Sep 192016
 
an_spg-55

Obrona przeciwlotnicza i przeciwrakietowa to gorący temat wszelkich dyskusji publicznych na temat marynarki wojennej. W tej wymianie argumentów często pojawia się słowo “potrzebujemy. Przy odrobinie filozoficznego podejścia natychmiastową reakcją jest pytanie kto potrzebuje i do czego potrzebuje? Nie od dzisiaj wiadomo, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Politycy najogólniej rzecz ujmując określają rolę marynarki wojennej w funkcjonowaniu państwa i przeznaczają na wypełnienie tej roli określone środki. Marynarze znając zadania do wykonania określają zdolności niezbędne do ich realizacji. Sformułowane wymagania są przekazywane inżynierom, którzy weryfikują techniczne możliwości realizacji i określają szacowany koszt przedsięwzięcia. Ten z kolei trafia do księgowych akceptujących lub nie dany przewidywany poziom wydatków. To czy projekt kosztuje za dużo lub nie znów zależy od polityków rozpatrujących koszt naprzeciw wartości postrzeganej w kategoriach bardziej politycznych niż militarnych, co ponownie zamyka pętlę i stawia pytanie o polityczną użyteczność floty. Tyle teoria.
Co się jednak dzieje gdy politycy zdefiniują rolę marynarki wojennej niezgodnie z dominującymi poglądami na temat wojny na morzu lub morskiej siły państwa? Lub też ich wizja jest zgodna z tymi poglądami lecz nie przeznaczają odpowiednich środków na jej realizację? W pierwszym przypadku marynarze będą mieli duży kłopot ze zdefiniowaniem wymagań, bo będą się wciąż kłóciły z ich przekonaniami a w drugim powstaje pokusa rozwiązania problemu poprzez technologię. Technologia ma jednak to do siebie, że tyle samo problemów przynosi ze sobą co rozwiązuje. W żadnym zaś przypadku nie jest w stanie skompensować braku strategii. W poprzednim wpisie padło także stwierdzenie, że nauka płynąca z Jeune Ecole mówi o niezależności strategii od bieżącego stanu ekonomii państwa. Z drugiej strony również na tym blogu padło zdanie by nie lekceważyć siły ekonomii o czym mówi historia brytyjskich lotniskowców po II wojnie światowej.

Przenosząc to filozofowanie na pole obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej okrętów czy Marynarki Wojennej RP jako całości wchodzimy w ślepą uliczkę. Doktryna odmowy dostępu bowiem opiera się na asymetrycznej sile ofensywnej jak Nadbrzeżna Jednostka Rakietowa czy okręty podwodne i w zasadzie nie ma potrzeby obrony przeciwlotniczej okrętów. Nie jesteśmy w stanie za polityków powiedzieć, czego oczekują od marynarki wojennej więc większość dyskusji toczy się wokół tego co jest możliwe a nie co potrzebne. W zasadzie rozmawiamy o zdolnościach niszczyciela w kadłubie fregaty, planując budowę korwety i mając pieniądze na niszczyciel min (a i to nie jest pewne). Czekając na werdykt rządzących warto zerknąć na wachlarz rozwiązań dla obrony przeciwlotniczej poprzez pryzmat potrzeb potencjalnie realnych. Lista zaś jest krótka i składa się z trzech pozycji:

  • wyremontowanej, starej fregaty o przedłużonym życiu o 15 lat,
  • niespełnionej korwety i
  • Nadbrzeżnej Jednostki Rakietowej, która niezależnie od naszych sympatii czy antypatii jest wraz z Orkanami główną siłą ofensywną marynarki wojennej.

Poniższy rysunek pokazuje obronę okrętu w dwóch przekrojach. W pionie dzieli przestrzeń powietrzną na trzy strefy:

  • samoobrony
  • średnich wysokości
  • poniżej horyzontu radarowego

opl-001

Główne pytanie brzmi jaki środek napadu powietrznego jest najbardziej prawdopodobny w danej strefie. Dla ilustracji pokazano przykłady zasięgów (z Wikipedii) kilku rakiet mniejszego zasięgu oraz bomb kierowanych i szybujących. Nasz problem polega na racjonalizowaniu obrony. JDAM i SDB II mogą być przenoszone przez ten sam samolot ale ich zasięg różni się 2.5 krotnie. Koszt ataku zmienia się niewiele, ale dla obrony oznacza to zmianę pocisku ze średniego na dalekiego zasięgu i być może wręcz inną klasę okrętu. Koszty mogą rosnąć lawinowo w zależności od wybranego rozwiązania. Przykładowo, Amerykanie stosują pociski Standard i ESSM kierowane półaktywnie oraz łącze danych z pociskiem zintegrowane z radarem głównym. Wymaga to radaru SPY-1 z systemem Aegis i radarami podświetlającymi. Europejczycy poszli nieco inną drogą. W radarze APAR wbudowano funkcję podświetlania dla rakiet naprowadzanych półaktywnie co eliminuje potrzebę radarów podświetlających ale to w dalszym ciągu 11 ton na wysokości kilkunastu metrów co jest możliwe na okręcie wielkości fregaty. Rozwiązanie alternatywne to rakiety z naprowadzaniem aktywnym jak Aster, które wciąż współdziałają z łączem wbudowanym w główny radar. Najnowszym rozwiązaniem jest CAMM z naprowadzaniem aktywnym ale łączem danych oddzielonym od radaru. Ponieważ przy okazji pocisk CAMM jest wystrzeliwany z lżejszych kontenerów/wyrzutni dzięki „zimnemu startowi” to pojawia się realna możliwość instalacji systemu na okrętach klasy korweta. Aktualna wersja ma zasięg o połowę mniejszy od ESSM ale trwają pracę nad pociskiem ER o zasięgu porównywalnym do ESSM. Podobny efekt osobnego łącza można by teoretycznie uzyskać rozdzielając CEAMOUNT od CEAFAR, jakkolwiek nikt tego jeszcze nie próbował.

Łącze niezależne od radaru. Daje szanse korwetom na większy zasięg obrony plot. Foto www.thinkdefence.co.uk

Łącze niezależne od radaru. Daje szanse korwetom na większy zasięg obrony plot. Foto www.thinkdefence.co.uk

Rzut poziomy na powyższym rysunku pokazuje znaczenie łącza danych pozwalającego na korektę kursu nie tylko w sytuacji rosnącej odległości od celu ale w obronie statku czy okrętu osłanianego. Rakieta jest bowiem kierowana to przewidywanego punku przechwycenia i cel może dość długo pozostawać poza polem widzenia pokładowych sensorów rakiety plot jakkolwiek zasięg się zwiększa dzięki optymalnej trajektorii lotu.

Obszar poniżej horyzontu radarowego, gdzie dominują rakiety manewrujące i lotnictwo próbujące podejść skrycie w zasięg posiadanego uzbrojenia ofensywnego to obecnie najtrudniejszy orzech do zgryzienia, gdyż sensory okrętu nie widzą celu i mogą jedynie korzystać z informacji dostarczonej z zewnątrz. Pytanie w jaki sposób można kierować uzbrojeniem przeciwlotniczym w takim przypadku. Niezależnie od odpowiedzi na to pytanie mamy do czynienia nie z pojedynczym okrętem, ale całym systemem obrony łączącej w sobie okręty i pojazdy latające wraz z łączami komunikacji i systemami dowodzenia.

Chęć zabezpieczenia się przed największym niebezpieczeństwem może się okazać całkowicie nieracjonalne. Następnym pytaniem jest jakie niebezpieczeństwo jest najbardziej prawdopodobne i jak jemu zapobiegać. Na samym końcu można zapytać ale co jest możliwe zwłaszcza dla okrętu klasy korweta, gdyż taki właściwie mamy do dyspozycji. Powstają więc co najmniej trzy opcje i związane z nimi koszty do oceny racjonalności przedsięwzięcia niezależnie od jego technicznej wykonalności. Przykładowo czy myśląc o korwecie stawiamy na zasięg i pocisk ESSM ale brak łącza skazuje nas na sekwencyjne a nie równoległe zwalczanie celów? Czy też dokładnie odwrotnie wybieramy CAMM zdolne do zwalczania ataków saturacyjnych ale na połowę mniejszym dystansie? A może zdecydujemy się na VL Mica oferujące dwa rodzaje naprowadzania ale o czterokrotnie mniejszej pojemności magazynów uzbrojenia? Lub w ostateczności RAM/SeaRAM dający szansę upowszechnienia na wielu okrętach choć za cenę jeszcze mniejszego zasięgu.
Lepsze jest wrogiem dobrego i spoglądając na przedstawione przykłady dla korwety widać, że RAM jak i Mica mogą nie podołać samolotom atakującymi JDAM, CAMM da pewnie radę ale podobnie jak ESSM nie da już rady samolotom z SDB II. Gdzie więc nakreślić linię i powiedzieć dość – dalej nie ma sensu? Jakie kryteria o tym zdecydują. Czy wymóg obrony lokalnej i ochrony osłanianych statków czy też samoobrona? Zasięg czy gęstość ognia? Czy będziemy to robić dla jednej korwety czy dla programu Miecznik również? Jaka jest pewność realizacji programu Miecznik po 2019 czyli teoretycznie po następnej zmianie rządu?
Jak widać seria prostych pytań dotyczy nie tylko marynarzy definiujących wymagania czy inżynierów wyjaśniających ograniczenia ale przede wszystkim sztabowców i polityków decydujących jak te okręty chcemy wykorzystać. Przykład ostatniej misji ORP Kościuszko pokazuje, że nie potrzeba żadnej obrony plot do dyplomatycznej misji uszczelniania granic Unii Europejskiej.
Jak na razie wygląda na to, że pytanie co jest możliwe ma większą moc sprawczą niż pytanie co jest potrzebne. Doktrynalnie błędne, ale jeśli przynajmniej założymy jakąś drogę rozwoju to możemy na tej drodze zrobić mały krok, ale możliwy do wykonania.

Sep 032016
 
FrenchTorpedoBoat

Tytuł może budzić kontrowersje i słusznie, bo zaprasza do pójścia pod prąd i wbrew modzie. Dolewając oliwy do ognia zadajmy sobie pytanie o źródłosłów określenia anti-access/area denial. Obecnie termin używany powszechnie w literaturze anglosaskiej odnosi się głównie do Chin, ale czy jest odzwierciedleniem rzeczywistych intencji Chin czy raczej wyraża kłopot US Navy w swobodnym operowaniu wewnątrz pierwszego łańcucha wysp? Trzy wielkie przykłady historyczne dostępne do rozważań to Jeune Ecole we Francji z przełomu XIX i XX wieku, porewolucyjna Młoda Szkoła w Związku Radzieckim w latach 20-tych i współczesna realizacja aktywnej obrony Mao w Chinach. Mamy szczęście, bo US Naval War College Review w lecie 2015 roku opublikował artykuł Fighting The Naval Hegemon. Evolution in French, Soviet and Chinese Naval Thought, z którego nic tylko czerpać cytaty garściami.

Geografia nadaje strategii znaczenie. Bezpieczne od lądowej inwazji, Wielka Brytania i później Stany Zjednoczone wykorzystywały w szczególny sposób potęgę morską do pokonania swoich przeciwników. Oba kraje używały marynarkę wojenną do kontrolowania morskich szlaków komunikacyjnych i kluczowych przesmyków do wywierania bezpośredniej presji na wybrzeża wroga.

Alternatywna szkoła myśli wojenno-morskiej zakorzeniona w obronie wybrzeża podąża ścieżką asymetrycznych działań mających umożliwić słabszemu powalenie silniejszego.

Mahan i Corbett reprezentują dziedzictwo anglosaskiego myślenia oceanicznego, które wydaje się dla nas całkowicie abstrakcyjne i nie stosowalne. W końcu nie jesteśmy światowym hegemonem ani nasza flota królową mórz. Stąd pewnie część krytyki celującej we „flotę oceaniczną”. Z drugiej strony jest możliwe dołączenie się do takiej koalicji dobrej woli co miałoby pozytywny wpływ na nasze bezpieczeństwo narodowe, ale wyraźna niechęć do takiego podejścia wpycha nas do alternatywnej koncepcji obrony wybrzeża. Czy jednak rzeczywiście jest to alternatywa dla nas i czy istnieje tak zwana „trzecia droga”? Nawiasem mówiąc, Polska Marynarka Wojenna nie odegrała wielkiej roli w kampanii wrześniowej ale stała się członkiem takiej koalicji dobrej woli i walczyła dzielnie u boku Royal Navy przez cały okres wojny. Gdyby tak się nie stało to czym minister Macierewicz zapełniłby izby pamięci narodowej?

Przypadek Francji jest poniekąd wynikiem szybkiego rozwoju technologii w końcu XIX wieku i relatywnej słabości ekonomicznej w stosunku do Wielkiej Brytanii. Flota francuska za swojego głównego rywala uważała tradycyjnie Anglię stąd podwójny koncept wojny asymetrycznej. Zaatakować brutalnie handel morski by wstrząsnąć opinią publiczną w Wielkiej Brytanii i zmusić rząd do korzystnych dla Francji rozstrzygnięć oraz zorganizować obronę wybrzeża przed inwazją za pomocą nowej broni asymetrycznej czyli torpedy. Zarodek porażki Jeune Ecole tkwił w samych założeniach. Przegrana wojna z Prusami w 1870-71 zmieniła priorytety armii francuskiej i Niemcy zaczęły być głównym przeciwnikiem a jednocześnie postępowało zbliżenie z Wielką Brytanią. Flota skonstruowana do walki z handlem brytyjskim straciła rację bytu, z kolei obrona wybrzeża nie pozwalała Francji na interwencję w koloniach i obronę interesów poza Europą. Nie miała również wielkiego znaczenia w w ewentualnej wojnie z Niemcami. Koncepcja stworzona w czasach słabości ekonomicznej upadła gdy gospodarka mogła sobie pozwolić na budowę trzonu floty opartego o duże okręty pancerne. Technologia również obróciła się przeciwko Jeune Ecole – Lord Fisher wziął na serio zagrożenie torpedami i powstało specjalizowane narzędzie do zwalczania torpedowców – niszczyciel, chociaż lepiej w tym miejscu odwołać się do nazwy francuskiej a nie angielskiej – contre-torpilleur.

Cytowany artykuł podkreśla, że takie samo ekonomiczne podłoże legło u podstaw radzieckiej Młodej Szkoły. Był to czas po rewolucji październikowej i kraj był wyczerpany wojną. Komuniści ogłosili plan industrializacji (starsi czytelnicy mogą z rozrzewnieniem przypomnieć sobie czasy planów 5-letnich) a armia wymagała gwałtownie odbudowy. W rezultacie rola floty sprowadzała się do obrony morskiej flanki armii. Trochę później, w latach 30-tych Józef Stalin rozpoczął budowę floty oceanicznej, ale jak mówi inny cytat z artykułu:

Z jednej strony pancerniki były zupełnie nieprzystosowane do działań na płytkich wodach a z drugiej żadne plany się nie pojawiły, pokazujące jak te okręty miałyby operować na oceanach. Kuźniecow musiał przyznać po rozmowie ze Stalinem w końcu 1939-go, że „nie jest to całkiem jasne w mojej głowie dlaczego te okręty w ogóle są budowane”.

Marat w Gdyni. Niemcy wykorzystali lepiej swoje cięzkie okręty, ale mieli zupełnie inną pozycje na ladzie. Foto www.zerohedge.com

Marat w Gdyni. Niemcy wykorzystali lepiej swoje cięzkie okręty, ale mieli zupełnie inną pozycje na ladzie. Foto www.zerohedge.com

Historia powojenna rozwoju Floty Związku Radzieckiego to już trochę inna historia i bardziej przypominająca współczesny rozwój teorii morskich w Chinach. Przykład radziecki wskazuje na to, że zarówno narodziny jak i upadek Młodej Szkoły, oprócz ekonomii były przede wszystkim wynikiem promowanej ideologii. Wspólnym wątkiem z Jeune Ecole jest to, że w chwili gdy głównym przeciwnikiem jest potęga lądowa, z którą się ma wspólną granicę, marynarka wojenna zaczyna stawać przed egzystencjalnym pytaniem o sens bytu. Odwracając ten sam argument – ponieważ Jeune Ecole celowała w Wielką Brytanię oddzieloną od Francji wodą, przypadek Związku Radzieckiego jest dla nas bardziej ciekawy do analizowania bo tak nam mówi geografia.

Bardzo dobrze podsumowuje historię obu przypadków Młodej Szkoły Milan Vego w artykule On Littoral Warfare z US Naval War College Review z wiosny 2015:

Pomimo wspólnej nazwy, idee radzieckiej Młodej Szkoły nie pokrywały się z tymi z Jeune Ecole z lat 80-tych XIX wieku. Radziecka strategia była defensywna a nie ofensywna jak francuska. Obie szkoły stworzyły jednak teorie potencjalnie stosowalne do walki na wodach przybrzeżnych – lecz tylko biorąc pod uwagę przemijające czynniki narodowe niezwiązane z przedmiotem sprawy i bez prawdziwego zrozumienia wojny na morzu. Żadna ze szkół nie stworzyła koncepcji wystarczająco dostosowanej do działań na wodach przybrzeżnych, choć obie zajmowały znaczącą pozycję w swoich krajach przez wiele lat (a w przypadku Jeune Ecole również w Autro-Węgrzech). Obie szkoły zostały porzucone gdy sytuacja w ich macierzystych krajach uległa zmianie.

Chiny są uważane za kraj o najpotężniejszym systemie odmowy dostępu. Rakiety manewrujące i lotnictwo lądowe dalekiego zasięgu wspierane przez rakiety balistyczne DF-21 o zasięgu 1.000 mil morskich i uzupełnione przez okręty podwodne, miny oraz małe okręty rakietowe budzą respekt. Nawet jeśli wielu specjalistów i komentatorów powątpiewa w realną skuteczność rakiet DF-21 to USNavy bierze to zagrożenie całkiem na serio ogłaszając najpierw Air-Sea Battle a później Distributed Lethality. Czyż nie jest to raczej sukces i skąd pomysł przyklejania naklejki „porażka”? Chiny po wojnie stworzyły obronę wybrzeża z zewnątrz całkiem podobną do radzieckiej ale wypływającą z innych pobudek i założeń. Było to rozciągnięcie na morski kierunek teorii i praktyki wojny partyzanckiej w wykonaniu Mao Tse Tunga. Po pierwszych sukcesach w latach 50-tych walki z Kuomintangiem (dzisiejszy Taiwan) PLAN weszła w okres stagnacji. Zmiana nadeszła w początku lat 80-tych i PLAN z obrony wybrzeża przeszedł koncepcyjnie do „obrony przylegających mórz”. To zmieniło doktrynę na o wiele bardziej ofensywną i jednocześnie bardzo rozszerzyło obszar geograficzny działań. Zmienił się także status ekonomiczny Chin a z nim przyszło uzależnienie od handlu morskiego i kluczowych cieśnin morskich. Tak więc zamiast mówić o odmowie dostępu powinniśmy mówić o klasycznej kontroli morza czy panowaniu na morzu. Porażka koncepcji A2/AD w tym przypadku polega na staniu się ofiarą własnego sukcesu. Już nie chodzi o obronę przed inwazją ale o panowanie na obszarach, na których Chiny mogą prowadzić politykę i wywierać swój wpływ. Pierwszy w służbie lotniskowiec nie jest narzędziem do odmowy dostępu tylko do kontroli morza. Jest także znakiem postępującej dalej zmiany doktrynalnej. Nie bez powodu pojawiają się publikacje o studiowaniu przez chińczyków Mahana, o drugim a nie pierwszym łańcuchu wysp i nie bez powodu okręty PLAN pojawiają się u wybrzeży Afryki a nawet na Morzu Śródziemnym.

PLAN. Czy to wygląda na flotę obrony wybrzeża? Foto www.navalmarinearchive.com

PLAN. Czy to wygląda na flotę obrony wybrzeża? Foto www.navalmarinearchive.com

Jeśliby jakiś system A2/AD miał zasięg globalny to nie możemy już mówić o odmowie dostępu tylko mówimy o panowaniu na morzu. To, jak takie panowanie wykorzystamy i do czego, mówią nam teoretycy jak Mahan i Corbett. Wracamy więc do klasyków. Jeśli intencją czy sensem istnienia floty jest obrona przed inwazją to możemy używać słów jak „odmowa dostępu”. Jeśli celem jest prawo przejścia morzem, co według Corbetta jest podstawowym sensem posiadania floty to mówimy o kontroli morza. Jeżeli natomiast planujemy desanty taktyczne, wsparcie wojsk na lądzie, ewakuacje czy zapatrzenie drogą morską to mówimy o osłonie morskiej flanki wojsk. We wszystkich przypadkach rolę kluczową odgrywa kontrola morza. Jeśli ją posiadamy, możemy ją wykorzystywać do wszystkich wspomnianych celów. Jeśli jej nie posiadamy to zawsze pozostają rajdy i niepozwalanie przeciwnikowi na wykorzystanie przewagi na morzu przez niego. Innymi słowy strona słabsza zawsze może utrzymywać stan nierozstrzygniętego panowania na morzu.

Jeżeli więc mamy awersję do koncepcji oceanicznych, w których możemy uczestniczyć głównie jako sojusznik a z drugiej strony doktryna odmowy dostępu wydaje się być ślepą uliczką, to mamy do rozpatrzenia dwie alternatywy – albo przemyślimy swoją awersję do współpracy na oceanach albo zaczniemy rozmawiać o flocie przybrzeżnej, ale nie obrony wybrzeża.

Powyższy tekst nie jest argumentem ani za ani przeciw korwetom czy fregatom. Niemniej mówiąc o walce na Bałtyku lub otwartym oceanie warto mieć świadomość pewnych implikacji technologicznych powodujących, że coś co jest uważane za dogmat na wodach otwartego oceanu na wodach morza zamkniętego może nie mieć takiego znaczenia i na odwrót. Łatwo zapominamy, że technologia i taktyka są w interakcji. Mając daną doktrynę i taktykę szukamy sprzętu najlepiej realizującego znane nam koncepcje taktyczne. To samo jednak dotyczy odwrotnej relacji – rozwój technologii prowadzi do rozwoju taktyki, wystarczy wspomnieć samolot, radar czy okręt podwodny. Wspomniany artykuł Milana Vego zawiera wiele ostrzeżeń przed nadmiernym zaufaniem do technologii i o jej ograniczeniach rzadko się mówi. A ponieważ dotyczy to osiągów kluczowych dla okrętu systemów, ci co wiedzą – milczą. Przykładową ciekawostką jest informacja, że torpedy ASW jak Mk 46 Mod5A odpalane z okrętu nawodnego potrzebują co najmniej 148 stóp głębokości, czyli tyle ile średnia głębokość Bałtyku.

To nas prowadzi do innego, gorąco dyskutowanego tematu czyli obrony przeciwlotniczej okrętów i zespołów okrętów. Ponownie fascynacja technologią zakrywa przed nami fakt, że jest ona związana z konkretnymi sytuacjami taktycznymi. Króciutka historia obrony plot US Navy może służyć jako ilustracja. Dla uproszczenia zacznijmy od pojawienia się Standard Missile zastępujących starą triadę Talos, Terrier, Tartar. Systemem kierowania ognia był Tartar D a półaktywnie sterowane rakiety wymagały podświetlania celu przez cały czas lotu. Problemem były bombowce rosyjskie Badger i Backfire odpalające salwy rakiet z dalekiego dystansu w tak zwanej G-I-UK Gap czyli przestrzeni na Atlantyku pomiędzy Grenlandią, Islandią a UK. Rozwiązaniem była obrona strefowa (layered defence w odróżnieniu od area defence, które u nas jest tłumaczone tak samo a znaczy chyba coś innego). Dominującą doktryną była „Outer Air Battle” a głównym narzędziem lotniskowce z bazującymi na ich pokładach myśliwcami Tomcat uzbrojonymi w rakiety dalekiego zasięgu Phoenix. Tylko lotnictwo pokładowe dawało szansę na przechwycenie bombowców zanim odpalą swoje rakiety. Te, które nie zostały przechwycone zwane „leakers” były celem obrony na okrętach nawodnych. Ponieważ atakujących rakiet mogło być wciąż dużo, jednokanałowy system Tartar D był łatwy do nasycenia. Ważnym celem były również samoloty wskazujące bombowcom cel, tak zwane „pathfinder”. Jon Salomon w swojej pracy na temat walki z rajdami rosyjskich bombowców „Deception and the Backfire Bomber” pisze, że pomimo radarowych systemów na orbicie rosyjscy piloci największe zaufanie mieli do wizualnej identyfikacji celu przez samoloty Bear. Musiały się one więc znaleźć w zasięgu rakiet przeciwlotniczych na okrętach i tu liczył się zasięg rakiet. Rozwiązanie dla obu problemów przyszło w postaci New Threat Upgrade. Standard Missile wyposażono w autopilota i nawigację bezwładnościową co pozwoliło na zastosowanie nawigacji proporcjonalnej i oświetlanie celu tylko w końcowej fazie lotu. Nawigacja proporcjonalna kieruje pocisk raczej w punkt przewidywanej pozycji celu a nie aktualnej co pozwala na znacznie efektywniejszą trajektorię lotu, stąd większy zasięg bez modernizacji rakiety. Oświetlenie celu w końcowej fazie rozwiązało albo raczej poprawiło możliwości zwalczania ataków saturacyjnych, bo NTU mógł naprowadzać kilka rakiet jednocześnie. Obrona strefowa miała wciąż dużą głębokość.

Aby pokonać rajd rosyjskich bombowców, takie okręty z NTU musiałyby się mnożyć jak króliki.

Aby pokonać rajd rosyjskich bombowców, takie okręty z NTU musiałyby się mnożyć jak króliki.

System Aegis, który jest spadkobiercą projektu Typhoon był opracowywany równolegle i wszedł do służby w podobnym czasie. Miał znacznie lepsze możliwości ale wymagał dedykowanej platformy stąd równoległe wprowadzenie do służby obu systemów. NTU było krytyczne dla posiadanej olbrzymiej floty Tartar. Znaczenie Aegis wzrosło gwałtownie z zakończeniem zimnej wojny. Norman Friedman tak pisze w marcowym numerze Proceedings z 2004 roku:

Wraz z końcem zimnej wojny założenia zmieniły się radykalnie. Okręty operowałyby prawdopodobnie bliżej lądu. Przeciwnik posługiwałby się relatywnie małą liczbą rakiet przeciwokrętowych ale odpalanych ze znacznie krótszego zasięgu. Nacisk przeniósł się na czas reakcji systemu, co z kolei zależało częściowo od tego jak szybko można odpalać rakiety.

New Threat Upgrade wykorzystywał informacje z radarów poprzedniej generacji nie posiadających tak precyzyjnej informacji jak SPY-1 i musiał poświęcić znacznie więcej czasu na ustalenie trajektorii celu i naprowadzenie radarów kierowania ogniem. Nie nadawał się dobrze do walki na krótkich dystansach. Sprawę pogarszały też rakiety przeciwokrętowe odpalane z okrętów podwodnych. Zamiast wczesnego ostrzegania walka zaczynała się potencjalnie w ramach 15 milowego zasięgu radarowego dla celów lecących nisko nad wodą.
Kilka słów o NTU – jednym z głównych elementów był procesor SYS-2 służący do automatycznego tworzenia trajektorii lotu celów na podstawie informacji ze wszystkich posiadanych przez okręt radarów i sensorów. Radary pracują w różnych pasmach, mają inną częstotliwość odświeżania itd. Każdy radar może okresowo gubić cel z pola widzenia i trajektoria celu się urywa, jednak sumaryczna informacja z kilku sensorów ma znacznie większe szanse na utrzymanie trajektorii celu wystarczająco dokładnej do naprowadzania rakiet. Historia o tyle ciekawa, że się powtarza. O ile SPY-1 był olbrzymim postępem w porównaniu do SPS-48 to i tak nie był idealny i wciąż raportowano zaskakująco dużo „leakers” czyli niewykrytych atakujących celów. Ponownie więc sięgnięto do tej samej idei integracji sensorów, tyle że na skalę zespołu okrętów a nie pojedynczej platformy. W ten sposób powstało Cooperative Engagement Capability co było o tyle prostsze, że oba systemy stworzył ten sam ośrodek. Kolejnym krokiem jest Naval Integrated Fire Control – Counter Air (NIFCA-CA), który umożliwia realizacje starego pomysłu rakiet przeciwlotniczych Surface Launched Air Targeted (odpalanych z powierzchni morza ale kierowanych z powietrza). Obecnym urzeczywistnieniem idei jest kombinacja CEC, VLS, SM-6 i E-2D.

Wniosek jest taki, że technologia nie istnieje sama dla siebie tylko oferuje rozwiązania dla konkretnego scenariusza. Jeśli naszym scenariuszem jest walka na zamkniętym morzu lub wodach przybrzeżnych, wówczas nie powinniśmy chyba odrzucać rady Milana Vego:

Ryzyko działania okrętów o wysokich możliwościach ale drogich przewyższa potencjalne korzyści. Okręt nawodny operujący na zamkniętych wodach nie powinien być może przekraczać 1.200 – 1.500 ton. Wspólnymi cechami dla wszystkich okrętów zoptymalizowanych do działań na wodach przybrzeżnych są mała wielkość, umiarkowanie duża prędkość, małe zanurzenie, wysoka manewrowość, umiarkowany zasięg i niskie sygnatury (radarowa, termiczna, akustyczna i magnetyczna).

Ze względu na bezpośredni styk wszystkich fizycznych środowisk, w których rodzaje sił zbrojnych działają, główne operacje w strefach nadbrzeżnych prowadzone indywidualnie przez jeden rodzaj sił zbrojnych będą rzadkością.

Obrona strefowa w strefie nadbrzeżnej oznacza atakowanie nosicieli rakiet tak samo jak w Outer Air Battle z czasów zimnej wojny. Tyle, że nosiciele będą w znacznej mierze umieszczeni na lądzie. Tak więc odpowiednia wydaje się być kombinacja dużej siły ofensywnej i obrony powietrznej ograniczonej do mniej więcej 15 nm. Łączność i rozpoznanie będą kluczowe, bo mniej ważne są środki napadu od umiejętności wskazania właściwego celu. Backfire dawał zasięg ale kluczowym elementem był „pathfinder”.

Z drugiej strony jeśli naszym scenariuszem będzie współdziałanie z sojusznikami na wodach oceanu, to mamy wybór specjalizacji bo okręty stają się coraz droższe. Albo zdecydujemy się na wariant ASW albo AAW ale wówczas najprawdopodobniej coś na wzór CEC będzie standardowym wymogiem. A gdyby nam przyszło do głowy tak wyposażone okręty budować w kraju niech przestrogą będzie dla nas ambitna flota Stalina, której tylko mały fragment został zbudowany w oparciu o zagraniczne technologie i projekty napotykając niekończące się przeszkody technologiczne.

Jul 262016
 
Syzyf

Wypowiedź kandydata na Prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa na temat NATO jest dolaniem oliwy do ognia naszych rodzimych dyskusji o wartości sojuszy i zdolności do samodzielnej obrony przed Rosją. Teoretycznie rzecz biorąc powinniśmy jeszcze raz przeglądnąć dostępne opcje i zastanowić się nad kierunkiem modernizacji Marynarki Wojennej. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie nowe decyzje MON-u w sprawie kto może stawać do przetargu na zamówienia dla wojska. Odpowiedź jest prosta i kładące na łopatki wszelkie pomysły modernizacyjne – tylko spółki Skarbu Państwa z wyłączeniem podmiotów polskich, ale nie kontrolowanych przez Państwo. Zamiast próbować kontrargumentować chyba lepiej stwierdzić, że taka decyzja zwalnia nas z obowiązku racjonalnego myślenia, co otwiera drogę do swobodnych i fantazyjnych dyskusji na temat „co by było gdyby było”.
Dzisiaj próba wskazania na kilka wątków w zasadzie starych, ale w otoczce próby klasyfikacji flot. Chodzi o odpowiedź na stare pytanie Samuela Huntingtona w kontekście paru nowinek technologicznych. Dla przypomnienia pytanie brzmiało:

Jaką funkcję (flota) spełnia, taką że zobowiązuje społeczeństwo do utrzymywania floty?

Odpowiedź autora zawierała się w trzech zdaniach i niejako na boku oferowała diagnozę ówczesnego stanu US Navy i naszej Marynarki Wojennej obecnie:

Fundamentem sił zbrojnych jest ich przeznaczenie lub rola w implementowaniu strategii Państwa. Definicję tej roli możemy nazwać koncepcją strategiczną danego rodzaju sił zbrojnych. Zasadniczo, ten koncept jest określeniem jak, kiedy i gdzie siły zbrojne zamierzają chronić naród przed pewnymi niebezpieczeństwami dla swojego bezpieczeństwa. Jeśli dany rodzaj sił zbrojnych nie posiada takiej koncepcji, wówczas staje się organizacją bez celu, miota się się pomiędzy różnymi sprzecznymi celami i ostatecznie podlega fizycznej i moralnej degeneracji.

Jeśliby pewnym teoretycznym funkcjom flot „przykleić łatkę” znajdującą zrozumienie wśród polityków i w społeczeństwie, to warto podjąć próbę nawet jeśli marynarze i fachowcy będą się zżymać. Poniższa lista i telegraficzny opis pokazują gdzie mamy olbrzymie pole do pracy koncepcyjnej i gdzie polski przemysł (cały a nie państwowy) mógłby wnieść rzeczywisty wkład w bezpieczeństwo narodowe państwa:

  • flota kontroli morza – koncept obejmujący funkcję „prawa do przejścia morzem” jak określał to Sir Julian Corbett czyli podstawowa funkcja każdej marynarki wojennej świata. Jest to pojęcie bardzo szerokie i stanowiące chyba jedno z większych wyzwań strategicznych dla nas. Przede wszystkim wszelkie teorie na ten temat dotyczyły flot oceanicznych. Dla nas pytaniem byłoby co to znaczy kontrola morza czy panowanie na morzu w warunkach morza zamkniętego, gdzie duży wpływ na bieg wydarzeń będą miały instalacje lądowe oraz jak owa kontrola morza wpływa na bezpieczeństwo Państwa. Wkraczamy na terytorium otwartego konfliktu lub wojny i dopóki nie określimy jak mamy zamiar wymuszać na przeciwniku owo „prawo do przejścia morzem” dopóty nie będziemy w stanie określić potrzebnej struktury floty. Koncept jest tak pojemny a zagrożenia na zamkniętym akwenie wód przybrzeżnych tak różnorodne, że całość staje się niestabilna i rozwiązanie może prowadzić do „niezwyciężonych super pancerników” jak i całkowitego zanegowania możliwości realizacji funkcji.
  • flota sojusznicza – maksymalizuje nasz udział w sojuszach, a w szczególności stałych zespołach NATO. Definicja jest jasna chociaż koncepcja zakłada pośredni wkład w bezpieczeństwo narodowe. Premiuje likwidację zagrożeń w zarodku jak najdalej od naszych granic. Dobrym przykładem jest problem imigracji, jeszcze nie tak dawno całkowicie w Polsce lekceważony a obecnie wywracający rządy krajów i rozsadzający Unię Europejską. A właściwie rok temu na prośbę Włochów wystarczyłoby posłać okręt patrolowy Czapla, gdyby oczywiście istniał. Dzisiaj wysyłamy fregatę, która szczęśliwie dla nas jeszcze istnieje i pływa, w sytuacji gdy jest mocno za późno i nikt nie kontroluje przebiegu wydarzeń. Takich punktów zapalnych jest wokół Europy kilka i dalej je ignorujemy skoncentrowani na „obronie reduty Ordona” na własnym terytorium.
    Do realizacji takiej roli potrzeba w zasadzie odtworzenia marynarki wojennej w obecnej strukturze – para fregat, trzy planowane Kormorany plus okręty zaopatrzeniowe. Ten koncept od lat nie jest w stanie się przebić do szerszej świadomości klasy rządzących.
  • flota projekcji siły – pozwala na ograniczony desant lub transport połączonych sił zbrojnych niekoniecznie w celach ekspedycyjnych lecz również w ramach paragrafu 5-go na obszarze Bałtyku a nawet samej Polski (ze Świnoujścia do Gdyni – to tak dla prowokacji). Jest to koncepcja wykraczająca poza NATO. Może dotyczyć operacji pod egidą UE lub ONZ a nawet samodzielnych operacji Polski np. w sytuacji pomocy humanitarnej lub uzgodnień dwustronnych. Plusem jest współpraca różnych rodzajów sił zbrojnych pod warunkiem, że te inne rodzaje sił zbrojnych dostrzegą szansę we współpracy z marynarką. Koncepcja ambitna lecz potencjalnie realna. Wzorem może być niewielka flota Nowej Zelandii. Trzonem floty byłby Marlin wraz z okrętami eskorty. Ponieważ byłaby to nowa rzecz dla naszych tradycji, mądrze by było zacząć od średniej wielkości okrętu transportowego i wsparcia a nie od dużego okrętu desantowego jak Mistral, na który nie byłoby kogo i czego zaokrętować. Na bok należałoby odłożyć nasze własne deklaracje dla NATO o zdolności transportowania brygady na odległość tysięcy kilometrów. Lepsze mniejsze zdolności ale realne niż nic nie warte obietnice. Założenia dla Marlina należałoby wyrzucić do kosza i zastanowić się co realnie jest możliwe i ma sens. Byłby to zaczyn do zmian doktrynalnych i czas na eksperymentowanie wspólnie z wojskami lądowymi. Jak na razie łatka „ekspedycyjności” skutecznie dusi koncept w zarodku.
  • flota dyplomatyczna – wspiera realizacje i ochronę interesów Państwa na obszarach morskich w zakresie zainteresowania. Może być realizowana przez jedną z wyżej wymienionych „flot”, ale równie dobrze może być realizowana przez Czaple czy Mieczniki. Jest jednak trudny warunek do spełnienia – trzeba być świadomym własnych interesów a z tym u nas krucho i to od stuleci. Taka flota podkreśla konflikt interesów pomiędzy MON-em i Ministerstwem Spraw Zagranicznych, bo pierwszy byłby płatnikiem a drugi użytkownikiem. Ponadto MSW tradycyjnie nie widzi floty jako narzędzia realizacji polityki zagranicznej. Wkład takiej floty w bezpieczeństwo narodowe byłby zależny od tego na ile realizowane cele polityki zagranicznej byłby związane z bezpieczeństwem kraju. Związek może być zbyt zawiły i mało czytelny a więc łatwy do zanegowania w bataliach budżetowych.
  • flota obrony wybrzeża lub odmowy dostępu – teoretycznie rozumie się samo przez się. Flota broni terytorium kraju i wód pod jego jurysdykcją przed zagrożeniami „z kierunku morza”. Pierwsza próba wgłębienia się w temat jakie to mają być zagrożenia i jak przed nimi się bronić prowadzi do dylematów. Jeżeli nie ograniczymy się do realizacji celów wyłącznie negatywnych a więc do blokowania ruchów przeciwnika ale będziemy również chcieli realizować swoje własne cele jak prawo przejścia morzem to czym to się różni od kontroli morza? Jeżeli zaś skupimy się wyłącznie na przeciwniku i postawie czysto defensywnej to dojdzie do dalszej redukcji floty w postaci floty fortecznej (patrz poniżej). Koncept A2/AD jest obecnie popularny, żeby nie powiedzieć modny i dobrze by było zastanowić się na ile jest on rzeczywistą innowacją w teorii wojny morskiej a na ile wyrazem amerykańskiego punktu widzenia problemów taktycznych czy operacyjnych w Zatoce Perskiej lub na Morzu Południowochińskim. W samych Stanach Zjednoczonych próba naukowej analizy zjawiska przez Sama Tangredi w „Anti-Access Warfare: Countering A2/AD Strategies” wskazuje, że nie spełniamy podstawowego warunku strategii A2/AD to znaczy rozdzielenia przeciwników dużym obszarem morza. Po pozytywnej stronie walka na wodach przybrzeżnych jest zwykle bardzo dynamiczna i zróżnicowana i daje wiele możliwości do działania. Z dostępnej literatury na temat można polecić Milana Vego „Naval Strategy and Operations in Narrow Seas” oraz oczywiście, Wayne Hughes „Fleet Tactics and Coastal Combat”.
    W realizacji postawy defensywnej ciekawym wątkiem dla nas mogłaby być współpraca z armią na nadmorskiej flance działań. Natomiast dla realizacji celów pozytywnych wiele wnosi wpis na blogu USNI  “Mesh Networks in Littoral Operations”. Mamy do czynienia z ożenkiem poglądów Wayne Hughes’a na roje niewielkich okrętów ofensywnych z walką w przestrzeni cybernetycznej o dominację w zakresie C2. Jednoczesna realizacja cyklu decyzyjnego Rozpoznaj, Decyduj, Działaj w przestrzeni fizycznej i cybernetycznej pozwala na ukrycie działań przed okiem przeciwnika i uzyskanie efektu zaskoczenia. Wszystko podporządkowane zasadzie „zaatakuj przeciwnika zanim on ciebie zaatakuje”. W podsumowaniu znajdujemy zdania będące syntezą problemu walki na wodach przybrzeżnych i mogące mieć wpływ na nasze poglądy co do zdolności bojowych naszych okrętów:

Obrona okrętów (na wodach przybrzeżnych) jest znacznie trudniejsza niż na otwartych wodach gdzie głębokość w obronie jest możliwa …

Proponujemy Marynarce zmienić obszar zainteresowania z projekcji siły z bezpiecznych sanktuariów na morzu na nowe i inne operacje ofensywne zmuszające przeciwnika do obrony własnych okrętów i statków handlowych przed naszymi atakami z zaskoczenia.

Dwa okręty specjalnie zaprojektowane do walki przybrzeżnej. Który wybieramy?

Dwa okręty specjalnie zaprojektowane do walki przybrzeżnej. Który wybieramy?

Akcent przesuwa się coraz bardziej z „hardware’u” na „software” i podejmowanie decyzji czyli na kapitał intelektualny. Tu bym upatrywał szansy dla polskich firm ale z pewnością nie państwowych. Innowacja i biurokracja czy hierarchiczność nie idą w parze.

  • flota forteczna – zredukowana do obrony określonych obszarów z wykorzystaniem systemów i instalacji lądowych. Zakłada stworzenie teoretycznie bezpiecznego sanktuarium na lądzie, skąd scentralizowany system dowodzi i dysponuje zasobami na lądzie, w powietrzu, na morzu pod wodą oraz w przestrzeni informacyjnej i elektromagnetycznej. Okręty prawdopodobnie w postaci „drobnoustrojów” stają się tylko częścią całego systemu i niekoniecznie główną. Tutaj upatrywałbym ewentualne miejsce dla okrętów podwodnych (bez rakiet manewrujących). Koncept wywołujący być może największy sprzeciw wewnętrzny wśród marynarzy ale jednocześnie mający pewne zalety. Łatwo się bowiem łączy z którąkolwiek powyższą wersją „floty” i jest lekiem na nasze strachy.
czy tak będzie wyglądała flota forteczna?

czy tak będzie wyglądała flota forteczna?

Jest oczywiste, że wspomniane „floty” reprezentują funkcje wzajemnie się uzupełniające czy wręcz zamienne do pewnego stopnia. Chodziło o podkreślenie roli dominującej a nie precyzyjną definicję. Jest także możliwe wymieszanie ról. Przykładowo wiele sensu miałoby prawdopodobnie połączenie floty „sojuszniczej” z „forteczną” gdyż pierwsza jest mocno osadzona w bieżącej praktyce a druga, jak wspomniano odpowiada na zapotrzebowania ideologiczne. Pewne wybory dotyczące okrętów mogą dodatkowo zacierać granice pomiędzy „flotami”. Artykuł na blogu USNI mówi o sieci LCS-ów działających w ramach operacji przybrzeżnych, niemniej wielkość okrętu i jego moduł ASW pozwala LCS zmienić w eskortową fregatę zdolną do operacji w stałych zespołach NATO lub do osłony Marlina.

Cokolwiek teraz sobie poopowiadamy na blogu czy w fachowych pismach i tak na razie będzie to oderwane od rzeczywistości, która wygląda coraz bardziej ponuro. Gdyby zrealizować flotę według obecnych trendów i poglądów politycznych, to prawdopodobnie mielibyśmy do czynienia z morską odmianą OT czyli „żywymi torpedami” Kaiten a liczba ochotników byłaby miarą patriotyzmu narodu. Przepraszam za tę szczyptę cynizmu.

Jul 032016
 
MOSG-godło

Coraz więcej sygnałów wskazuje na pustą kasę państwa. Ostatnim kamyczkiem wrzuconym do ogródka są wypowiedzi ministra Bartosza Kownackiego cytowane przez Defence24. Opracowywana doktryna morska nabiera więc charakteru miny, broni czekającej na swój moment. W międzyczasie decyzje będą podejmowane na podstawie doraźnych korzyści politycznych weryfikowanych przez możliwości finansowe, techniczne i organizacyjne. Cały ten kontekst spycha nas niejako do zmiany podstawowego pytania z „co nam potrzeba i dlaczego” na „co możemy wyprodukować w kraju szybko i relatywnie tanio”?

Kilka słów ministra Kownackiego daje nam chybotliwe, ale jednak, podstawy do spekulacji na temat liczb (cytując w dalszym ciągu za Defence24):

My zakładamy, że przez najbliższe trzy lata mamy do wydania około 32 mld złotych. Po odliczeniu innych wydatków zostanie nam zapewne około 15 mld na modernizację techniczną.

Po podzieleniu kwot przez trzy i porównaniu z budżetem na 2016 rok możemy wnioskować, że pierwsza kwota odnosi się do całości wydatków majątkowych a druga do priorytetowych programów wieloletnich, a więc trzonu modernizacji technicznej. MON będąc w kleszczach pomiędzy słabym wzrostem gospodarczym i zmienionymi priorytetami jak Obrona Terytorialna musi wcześniej czy później z czegoś zrezygnować. I jest to wariant raczej optymistyczny w perspektywie trzech lat, gdyż przyjęcie do realizacji sztandarowych programów jak 500+ powoduje natychmiastowy efekt po stronie wydatków podczas gdy planowane nowe podatki przyniosą efekt lub nie po stronie przychodów w nieznanym czasie. Powstaje dziura budżetowa do „załatania”.

Jednak nas interesuje na ile może liczyć marynarka wojenna? Udział floty w wydatkach budżetowych MON waha się między 8-10%, stąd ze wspomnianych 15 mld PLN być może w wariancie optymistycznym na rekonstrukcję floty przypadnie 1.5 mld. Od tej kwoty należy odjąć drugiego Kormorana (przy założeniu kontynuacji projektu) i dokończenie Ślązaka, czyli jakąś połowę z tej sumy. Na co warto więc wydać pozostałe 700-800 mln PLN w ciągu trzech najbliższych lat biorąc pod uwagę graniczne warunki sformułowane przez polityczne priorytety rządu i oczekiwania marynarzy? Dla polityków priorytet to korzyści polityczne i ekonomiczne oczekiwane w rezultacie zainwestowania sum pozostających do dyspozycji w lokalny przemysł. Ponadto wielokrotnie podkreślano, że liczy się szybki efekt podjętych działań. Dla marynarzy kluczową sprawą są po prostu nowe okręty.

W poprzednich „myślach prowokatora” znalazło się porównanie do algorytmów genetycznych. Spróbujmy zobaczyć, jak daleko można zmutować programy Miecznik i Czapla, aby spełniły tak restrykcyjne warunki. Jeśli mówimy o bezpieczeństwie narodowym, to obejmuje ono nie tylko Marynarkę Wojenną ale szereg innych instytucji, wśród nich Morski Oddział Straży Granicznej. Na Forum Okrętów Wojennych co pewien czas pojawia się wątek roli i kompetencji MOSG. W zasadzie ustawa definiuje rolę tak jak wskazuje na to sama nazwa – ochrona granicy państwowej na lądzie i morzu. Ogranicza to działanie MOSG do pasa przygranicznego i 12 nm wód terytorialnych. Są jednak dwa wyjątki istotnie rozszerzające obszar kompetencji MOSG. Pierwszy to „nadzór nad eksploatacją polskich obszarów morskich oraz przestrzeganiem przez statki przepisów obowiązujących na tych obszarach” co rozszerza obszar działania o wody polskich obszarów morskich. Drugi to kombinacja dwóch paragrafów dająca możliwość działania na wodach w jurysdykcji Unii Europejskiej:

Straż Graniczna realizuje zadania wynikające z przepisów prawa Unii Europejskiej oraz umów i porozumień międzynarodowych na zasadach i w zakresie w nich określonych. Straż Graniczna w zakresie określonym w ust. 2 i 2a współdziała z właściwymi organami i instytucjami Unii Europejskiej oraz innych państw.

Czapla może więc teoretycznie wrócić do swej pierwotnej roli OPV i przy zmianie właściciela pełnić funkcję ochrony porządku prawnego na wodach będących w jurysdykcji Polski i innych państw Unii Europejskiej. Fizyczną realizacją mogłyby być jednostki z szerokiej oferty firmy Damen wspierające i uzupełniające parę Kaprów w aktualnym posiadaniu. Kluczową byłaby kwestia budżetowania takiej inwestycji. Mniejsze kutry patrolowe z linii Stan Patrol stanowiłyby tylko wzmocnienie funkcji MOSG, natomiast większe otwierałyby pole do współpracy z MW w zakresie rozpoznania. W takim układzie Marynarka Wojenna realizuje funkcje policyjne poza obszarem Unii lub przy wyższym poziomie zagrożenia lub tam, gdzie w grę wchodzi użycie uzbrojenia typowego dla wojska (rakiety, miny, itd.)

Wybór takiej jednostki dla MOSG zaostrza granice podziału ról pomiędzy MOSG i MW. Foto www.damen.com

Wybór takiej jednostki dla MOSG zaostrza granice podziału ról pomiędzy MOSG i MW. Foto www.damen.com

Miecznik również ma pewne szansę przy założeniu „skarłowacenia” programu. Wspomniana kwota to około 50-60% kosztu korwety co przy rozłożeniu programu budowy na 5-6 lat pozwoli na rozpoczęcie finansowania inwestycji. Do dyspozycji mamy zgromadzone doświadczenie budowy Ślązaka (doświadczenie negatywne to też doświadczenie) i wiedzę wyniesioną przez Inspektorat Uzbrojenia przy tworzeniu specyfikacji Miecznika. Niezależnie od jakości tej pracy albo będziemy umieli ominąć inercję rozpędzonej maszyny Inspektoratu albo będziemy musieli ją wykorzystać jak w dżudo. Mamy również ograniczenie w postaci postulatu szybkiego efektu, co ma swój zabawny wydźwięk gdy mówimy o budowie okrętów wojennych. Innym ograniczeniem jest biurokratyczny przepis wymagający zatwierdzenia prototypu przed uruchomieniem produkcji seryjnej, z którego to powodu cierpi program Kormoran.

Kwestię prototypu można ominąć bądź budując według nowego projektu, jak się to przewiduje obecnie bądź na bazie projektu Ślązaka argumentując, że jest to korweta a nie okręt patrolowy. W tym drugim przypadku efektem ubocznym rozsądnej specyfikacji byłaby możliwość modernizacji Ślązaka do standardu Miecznika w przyszłości. Tym sposobem dostajemy dwie korwety w przeciągu, powiedzmy dekady z otwartą ścieżką na dalszy rozwój marynarki wojennej. Pozostaje jednak kwestia prawna, kto może budować na bazie istniejącego projektu. Ryzyko budowy według nowego projektu polega natomiast na stworzeniu floty prototypów i utraty potencjalnych korzyści w eksploatacji „jedynaków”. W obu przypadkach kluczem jest kto będzie liderem kontraktu i partnerem dla MON-u.

Być może wszelkie wspomniane pomysły są niewiele warte, przyświeca im jednak idea, że zbudowanie „czegoś” co niekoniecznie musi być „byle czym” jest lepsze niż „nic”.

Jun 112016
 
Le Miere

Kluczem do przyszłego kształtu Marynarki Wojennej RP jest to, w jaki sposób wyobrażają sobie jej użycie politycy w czasie pokoju i wojskowi w czasie wojny. Trudno sobie jednak wyobrazić, by na ten temat decydowano bez udziału marynarzy, którzy nie powinni w tym interaktywnym procesie tworzenia koncepcji pozostawać biernymi obserwatorami. Dlatego interesującą ciekawostką jest artykuł Niebieskie ludziki. Wojna morska na Bałtyku nie jest nierealna” autorstwa Macieja Matuszewskiego, oficera służby czynnej i dowódcy ORP Gen. T. Kościuszko. Ton artykułowi nadaje pierwsze zdanie, które nie mówiąc nic o flocie może nadać jej kształt:

Jak zmusić do ustępstw duży kraj należący do NATO, nie przekraczając progu wojny i unikając interwencji jego sojuszników?

Trudno uniknąć skojarzeń z Białą Księgą Bezpieczeństwa Narodowego opublikowaną przez poprzedni skład BBN-u. Głównym mankamentem Księgi był brak jakichkolwiek bezpośrednich odniesień do marynarki wojennej i jej roli w systemie bezpieczeństwa państwa i jest to być może rzecz do skorygowania w następnej edycji tej publikacji. Niemniej kontekst został zdefiniowany i daje dość sporo materiału do przemyśleń na temat zarówno doktryny jak i struktury Marynarki Wojennej.
Odpowiadając na wiodące pytanie, autor wskazuje na wojnę hybrydową jako sposób na działania nie wyzwalające automatyzmu traktatu NATO i próbuje zdefiniować zjawisko konfliktów hybrydowych. Zadaje sobie przy tym bardzo dobre pytanie:

Podstawową zasadą podczas tworzenia nowych pojęć jest udzielenie odpowiedzi pytanie: czy jest ono naprawdę potrzebne i czy nie istnieje już coś, co opisuje zjawisko, które chcemy przedstawić?

Mamy co najmniej dwa pojęcia już istniejące i dość dobrze opisujące zjawisko. Brytyjski admirał Richard Hill nazywał takie działania Low Intensity Operations:

(…) które nigdy nie zasługują na miano wojny, mają ograniczone cele, zakres i obszar, są przedmiotem międzynarodowego prawa do samoobrony i często zawierają sporadyczne akty przemocy z obu stron a ich cele są z natury swojej polityczne. Problemem jest zawsze możliwość eskalacji do starcia zbrojnego o wysokiej intensywności, co wymaga albo własnego albo sojuszniczego zespołu wsparcia.

Chiny używają przymusu popartego siła z wykorzystaniem słabo uzbrojonych okrętów Straży Przybrzeżnej. Foto www.time.com

Chiny używają przymusu popartego siła z wykorzystaniem słabo uzbrojonych okrętów Straży Przybrzeżnej. Foto www.time.com

Wojna hybrydowa całkiem dobrze mieści się również w pojęciu morskiej dyplomacji. Christian Le Miere w książce Maritime Diplomacy in the 21st Century twierdzi, że „zasadniczo, morska dyplomacja wypełnia przestrzeń pomiędzy wojną a cywilną dyplomacją, oferując szeroki zakres narzędzi i opcji dla polityków, które pozwalają na stopniowanie eskalacji w osiąganiu krótko i długoterminowych celów”.

Le Miere pojmuje dyplomacje szeroko i dostrzega trzy obszary zastosowania – współpracy, perswazji i przymusu. Jej główną rolą jest wysyłanie sygnałów i odgrywanie roli zaworu bezpieczeństwa w polityce międzynarodowej. Od tworzenia sojuszy, poprzez budowę prestiżu aż do groźby użycia siły, dyplomacja morska jest narzędziem pokazującym intencje wysyłającego komunikat i wagę jaką on do danej kwestii przypisuje.

Inny aspekt pokojowego użycia dyplomacji morskiej. Budowa prestiżu poprzez pomoc humanitarną. Foto wikipedia.org

Inny aspekt pokojowego użycia dyplomacji morskiej. Budowa prestiżu poprzez pomoc humanitarną. Foto wikipedia.org

Autor omawianego artykułu idzie jednak inną drogą i w poszukiwaniu środowiska, w którym marynarka wojenna będzie odgrywała kluczową role, stwierdza:

Już Napoleon zrozumiał, że aby odnieść sukces należy uderzyć we wroga w miejscu i czasie, w którym jego obrona jest najsłabsza, a przez to nasza szansa na odniesienie sukcesu, możliwie małym nakładem środków, największa. Analizując, nawet pobieżnie, polski potencjał obronny, oczywistym staje się, że najsłabiej zabezpieczona przed atakiem jest strefa morskiej granicy państwa.

Chyba jako efekt uboczny, pierwsze zdanie podważa zasadność istnienia pojęcia wojny asymetrycznej w tym A2/AD, jako osobnej koncepcji gdyż każdy konflikt jest próbą wykorzystania asymetrii. Drugie zdanie wskazuje jednak, że autor sam nie jest wolny od defensywnego myślenia o obronie terytorialnej i wpada poniekąd we własne sidła. Próbując bowiem oderwać marynarkę wojenną od kontynentalnych wizji używa argumentu obrony granic, podczas gdy intencją autora jest raczej stworzenie scenariuszy, w których flota odgrywa kluczową rolę. Na taka interpretację wskazują poniższe słowa:

Konflikt na morzu wydaje się całkiem prawdopodobny. Konflikt taki, w formie działań pośrednich przeciw morskim liniom komunikacyjnym, może dojść do skutku w stosunkowo krótkim czasie. Jego areną, z dużym prawdopodobieństwem, będzie wyłącznie morze. Wezmą w nim udział tylko siły morskie.

Scenariusz wojny informacyjnej połączonej ze sponsorowanym sabotażem i zagrożeniem klęską ekologiczną na Bałtyku może mieć wpływ na decyzje polityczne i ma znamiona realności. Jest to kwestia utrzymania porządku prawnego na morzu a więc znów dyplomacji morskiej. Natomiast hipotetyczny atak SSN na gazowiec na oceanie w czasie pokoju jest mało realny. Tylko garść państw na świecie ma techniczne możliwości wykonania takiego ataku. Gazowiec będzie płynął pod banderą innego państwa i jego zatopienie wzbudziłoby reakcję całego świata. Ponadto sprawa może wyjść na jaw, na co wskazuje przykład zatopienia torpedą korwety Korei Południowej. Natomiast zablokowanie Cieśnin Duńskich, pomijając polityczny huragan jest samobójczym golem gdyż zmusza Rosję do zmiany ważnego kierunku eksportu swoich własnych surowców. Z kolei zmiana kierunków polskiego importu oznacza nie tyle uzależnienie się od Rosji co raczej od Niemiec, gdyż gazowce mogą być rozładowane w Hamburgu czy portach ARA i wędrować dalej koleją. Oczywiście to kosztuje. Jeśli więc szukamy argumentów za posiadaniem sił ASW to może lepszym byłaby osłona planowanego Marlina.

W innej publikacji na Defence24 o tytule mówiącym za siebie [NATO ESF] Rosyjska flota uniemożliwi ułożenie Baltic Pipe? mamy scenariusze w oparciu o incydent związany z ćwiczeniami okrętów rosyjskich w pobliżu miejsca gdzie kładziono kabel energetyczny Litwa – Szwecja.

Bezsprzecznie nadchodzi czas, w którym Bałtyk staje kluczem dla bezpieczeństwa energetycznego Polski. Nasz kraj w oparciu o świnoujski terminal LNG i projekt Baltic Pipe tworzy tzw. Korytarz Północny, który pozwoli uniezależnić się od dostaw rosyjskiego gazu i przełamać monopol Gazpromu w Europie Centralnej.

Cechą charakterystyczną obu artykułów jest skupienie uwagi na własnym punkcie widzenia i celach negatywnych. Dostrzega się zagrożenie ze strony Rosji i wymienia je z imienia, ale całkowicie pomija rosyjski punkt widzenia czy sposób myślenia. Nie chcemy zaakceptować prostego faktu, że z punktu widzenia globalnej polityki Rosji jesteśmy po prostu drobną przeszkodą, tyle że mocno drażniącą. W interesie Rosji leży zabezpieczenie własnego eksportu surowców energetycznych drogą przez Bałtyk a nie przecinanie naszych. Powód jest prosty – jeżeli Rosja chce nam zaszkodzić, to zakręci swój kurek zamiast ryzykować konflikt zbrojny a jeśli chce nas uzależnić od siebie, to wystarczy obniżyć cenę na gaz i odesłać inwestycję Baltic Pipe w niebyt. Brak również celów pozytywnych. Uwagę czytelnika skierowuje się na zapobieżenie przeciwnikowi osiągnięcia jego celów, nic natomiast nie ma na temat co my chcemy osiągnąć w polityce używając floty jako narzędzia. Wracamy więc do pierwszego zdania tego tekstu i pytania jak nasi politycy wyobrażają sobie morską dyplomację i jakie sobie stawiają cele?

Omawiane artykuły skupiają się wokół dwóch „środków ciężkości” – źródeł surowców energetycznych alternatywnych do Rosji oraz zagrożeniu dla tych źródeł ze strony Rosji. Na tej podstawie buduje się częściowe uzasadnienie dla istnienia Marynarki Wojennej. Pozytywnym aspektem obu artykułów jest fakt podjęcia dyskusji wychodzącej poza wąskie grono entuzjastów i sympatyków Marynarki Wojennej. Dużym minusem i niebezpieczeństwem jest łatwość zamiany tej dyskusji w propagandowe narzędzie do uzasadnienia inwestycji zgodnych z obowiązującymi poglądami politycznymi. Te z kolei należy oddzielić od interesów Państwa Polskiego, które to interesy Rzeczpospolita ma niezależnie od rządów w określonym czasie.

Nowym elementem, rzadko dyskutowanym jest obrona infrastruktury pojętej szerzej niż tylko porty, a więc również platformy, kable i rurociągi podmorskie czy farmy wiatrowe.

Ciekawostką jest to, że próba stworzenia w miarę realnych scenariuszy pobudzających wyobraźnię i trafiających do szerszego ogółu, sama w sobie pozytywna, nie generuje potrzeby posiadania systemów niezbędnych przy konfliktach o wysokiej intensywności lub wojnie. Nie wynika z nich potrzeba posiadania okrętów podwodnych czy strefowej obrony przeciwlotniczej zdolnej do zwalczania salwy szesnastu czy dwudziestu rakiet manewrujących. Jedynym niebezpieczeństwem jest niekontrolowana eskalacja, co można przekuć na potrzebę rozbudowy floty w przyszłości o własny zespół osłony lub też w połączeniu z Marlinem na stworzenie zalążka ograniczonej projekcji siły. Taki obrót sprawy zamieniłby Marynarkę Wojenną RP z floty przybrzeżnej do floty zdolnej do realizacji celów polityki na wodach przyległych do Bałtyku. Byłby to dowód na to, że czujemy się częścią Europy.

May 212016
 
KNM Fridtjof Nansen innseiling Oslofjorden
RN Fridtjof Nansen approach in Oslofjorden KNM Fridtjof Nansen innseiling Oslofjorden
RN Fridtjof Nansen approach in Oslofjorden

Świadomość ograniczeń i poszukiwanie kompromisowych rozwiązań narzuca nam pewną dyscyplinę, ale tracimy przy tym radość wyrażania swoich fantazyjnych pomysłów. W rzeczy samej, w inżynierii istnieje metoda rozwiązania idealnego uwalniająca umysł twórczy zwykle związany schematami myślowymi. Na politechnice pewnego razu zadano studentom pytanie co zrobić, aby zimą śniegu nie było na drogach. Właściwą ścieżką do rozwiązania okazało się stwierdzenie że najlepiej by było, gdyby śnieg w ogóle na drogę nie padał.
W przypadku Marynarki Wojennej dominuje podejście „top-down” – zaczynając od sformułowania strategii, poprzez zdefiniowanie wymaganych zdolności zamieniamy je później na specyfikacje okrętów. W końcu można to „ubrać” w budżet i uruchomić procedury nabycia sprzętu. Wspomniane „ubieranie” zwykle doprowadza do jakiegoś zgrzytu i ponownej iteracji długotrwałego procesu. A gdyby zacząć od dołu? Co można zrobić i co wydaje się być w zasięgu ręki?

Do takich pytań dodatkowo zachęciło mnie uczestnictwo w panelu dyskusyjnym „Bezpieczeństwo morskie RP – szanse i zagrożenia” zorganizowanym ostatnio przez sekcję Bezpieczeństwa Uniwersytetu Wrocławskiego w Instytucie Studiów Międzynarodowych. Publiczność stanowili studenci Uniwersytetu, którzy zadali między innymi pytanie o to co możemy zrobić, aby wesprzeć Marynarkę Wojenną w jej wysiłkach odnalezienia właściwego miejsca w projekcie budowy bezpieczeństwa państwa. Odbieram to pozytywnie. Po pierwsze są wśród nas młodzi ludzie zainteresowani problematyką roli marynarki wojennej w bezpieczeństwie państwa. Po drugie wkrótce będą oni tworzyć kadrę, która przejmie stery w tym kraju i będą to kadry wykształcone. Po trzecie ci młodzi ludzie szukają drogi aby mieć wpływ na wydarzenia na swoim miejscu, które obecnie jest daleko od tworzenia oficjalnych dokumentów strategicznych. Po czwarte wyszliśmy poza obszar wybrzeża, a więc ludzi potencjalnie związanych zawodowo lub ekonomicznie z morzem. Sięgając po anegdotę z brodą o dwóch starszych panach zapoznających się w sanatorium – jeden pyta drugiego „a Pan skąd?” „Ja z Wrocławia”, odpowiada drugi. „To my braty, bo ja też ze Lwowa!”. Tak więc problematyka wojennomorska dociera już mocno na południe! Od czego moglibyśmy więc zacząć?

  • Morskie pojazdy załogowe i bezzałogowe Politechniki Gdańskiej. Projekt się toczy, ale nie ma chyba sponsora, który by miał wizję wykorzystania ich w służbie Marynarki Wojennej. Powołajmy mały zespół z zadaniem znalezienia odpowiedzi na przykładowe pytania:
    1. jak prowadzić rozpoznanie na wodach opanowanych przez przeciwnika
    2. jak przeciwdziałać neutralizacji naszych pól minowych przez bezzałogowe pojazdy przeciwnika
    3. jak skrycie stawiać niewielkie zagrody minowe na szlakach morskich przeciwnika (patrz historia Port Artura)
    Zespół kierowany przez oficera z doświadczeniem może się składać z cywilnych osób o różnych zawodach i wykształceniu oraz młodszych oficerów/podoficerów marynarki. Po zbudowaniu prototypu projekt powinien znaleźć się w budżecie MON-u.
Wspierajmy dobre pomysły aby nie umarły zanim stworzymy strategię. Foto www.czasopismologistyka.pl

Wspierajmy dobre pomysły aby nie umarły zanim stworzymy strategię. Foto www.czasopismologistyka.pl

  • Kormoran. Nie czekajmy na prototyp. To podwyższa w sumie koszty stoczni, która albo będzie trzymała fachowców o unikalnych specjalnościach na garnuszku i wliczy to w koszty, albo będzie „na szybko” tych fachowców ściągała nie wiadomo skąd i też wliczy w koszty. Zamówmy od razu drugą i trzecią jednostkę. I tak są potrzebne.
  • Czapla oderwana od Miecznika. Jeśli zrezygnujemy ze wspólnej platformy Miecznika i Czapli to możemy złożyć zamówienie na Czaplę w Remontowej. Zagranie trochę pokerowe w stylu „sprawdzam”, ale projekt Kormoran wygląda z zewnątrz dobrze. Zaoferujmy premię na przykład 20% jeśli Czapla będzie miała system kierowania walką z CTM. Nie musimy od razu wyobrażać sobie czegoś na wzór fregat. Po prostu 1-2 konsolowy system prezentacji sytuacji taktycznej plus konsola samoobrony. Jeśli to będzie przekraczało nasze możliwości, to użyjmy rozwiązania gotowego. Wszystkie firmy oferują uproszczone systemy dla OPV. Wyposażmy Czaple w rodzime drony z WB Electronics czy ITWL nie czekając na losy całego projektu dla Wojsk Lądowych. Dronów potrzebuje zarówno Czapla jak i Morska Jednostka Rakietowa. Ciekawym rozwiązaniem opisywanym na tym blogu byłoby wyposażenie Czapli w składany balon na uwięzi. Taki balon w czasie prób w USA wytrzymywał sztorm. Wyposażony w sensory elektrooptyczne czy ESM poszerza horyzont do 30nm. Dla zobrazowania – Czapla z takim balonem jest w stanie monitorować w sposób ciągły fragment morza od Kołobrzegu do Bornholmu.
  • Rajdy i taktyczne desanty. Zainicjować dyskusję i prace planistyczne na temat jak siły zbrojne mogłyby stosować w pasie nadbrzeżnym w Polsce i sojuszniczych krajach Bałtyckich małe desanty do celów rozpoznania, sabotażu, przyspieszania postępu własnych wojsk lub opóźniania postępu wroga. Czy dodać do Formozy szturmowe kompanie w stylu skandynawskich Coastal Rangers, czy też zmienić profil jednego z batalionów 7 brygady obrony wybrzeża? Jaka powinna być wielkość takiego desantu – kompania, batalion? Zmechanizowany czy też nie? W zależności od odpowiedzi na te pytania zdecydujmy, czy właściwym wyposażeniem byłyby łodzie CB-90 czy też francuskie LCAT operujące nawet z lądu? Obie konstrukcje można z łatwością budować w Polsce na licencji.
  • Okręt wsparcia połączonych sił zbrojnych (Marlin). Walka w pasie nadbrzeżnym może wymagać przerzutu większych ilości ludzi, sprzętu czy zaopatrzenia, zwłaszcza w kontekście operacji sojuszniczych, NATO, czy ekspedycji pod auspicjami ONZ. Dotyczyć to może operacji desantowych, zaopatrzenia własnych oddziałów odciętych od sił głównych, ewakuacji wojska lub ludności cywilnej. W czasach pokoju i kryzysu dodatkowo pomoc humanitarną. Jeśli w poprzednim punkcie wybór padł na LCAT, to logicznym wyborem jest średniej wielkości okręt LPD, który również być może mieści się w zakresie kompetencji polskich stoczni.
    Ponieważ w naszych warunkach okręty muszą w dużej mierze liczyć na siebie, okręt powinien posiadać systemy samoobrony i armatę 127mm/5”. Armata może posłużyć nie tylko do wsparcia ogniowego, ale także do zwalczania morskich drobnoustrojów jak Fast Attack Craft. Amunicja kierowana Volcano czy HVP oferują kombinacje zasięgu i celności atrakcyjną dla małej floty a rozmiar okrętu klasy LPD nie stanowi przeszkody dla instalacji takiego uzbrojenia. Jeśli CTM osiągnął sukces w projekcie OPV, mamy kolejny okręt do wyposażenia w rodzimy system walki i szansę na rozwój projektu. LPD stanowi idealną bazę dla wszelkiego rodzaju pojazdów bezzałogowych – nawodnych, podwodnych i latających. Ponownie – jeśli projekty Politechniki Gdańskiej zyskają aprobatę i znajdą zastosowanie, nasz LPD stanie się automatycznie ich bazą w trakcie misji w oddaleniu od wybrzeża.
Nie za duży, nie za mały. Może dla nas. I dlaczego nie zacząć od niego? Foto www.products.damen.com

Nie za duży, nie za mały. Może dla nas. I dlaczego nie zacząć od niego? Foto www.products.damen.com

  • Eskorta. Okręt klasy LPD jest cenną jednostką nie tylko z racji swojej wartości ale przede wszystkim ze względu na przewożonych żołnierzy. Wymaga więc eskorty. Jeżeli poprzednie punkty zdecydowaliśmy się realizować to mamy chwilę na zaczerpnięcie oddechu i zastanowienie się jaka klasa okrętów ma stanowić tę eskortę. W zależności od tego, czy pójdziemy na jakość czy w ilość, mamy kilka opcji do wyboru. Jakość i maksymalizacja możliwości bojowych oznacza fregaty. Drogie i pozostające raczej poza zasięgiem naszych stoczni. Niemniej fregata jest to klasyczny okręt eskortowy, który w naszych warunkach powinien mieć jednak zwiększone możliwości ofensywne. Fregaty są trudne dla budżetu, gdyż jest to inwestycja niepodzielna na kawałki i nie skalowalna. Raz się zdecydujemy to trzeba zapewnić środki i projekt dokończyć.
    Jeśli wybór padnie na ilość okrętów to teoretycznie oznacza to korwetę. Niestety trzy korwety to za mało, liczba 5-6 wydaje się bardziej odpowiednia co wprowadza nas w temat dyscypliny specyfikacji okrętu i narzucenia górnego kosztu na jednostkę. OHP były serią udanych i tanich fregat, gdyż cięcia w specyfikacji i kosztach były brutalne i wymuszone przez adm. Zumwalta. Zrezygnowano z pierwszej klasy sonaru, zastosowano gorszego sortu 🙂 obronę przeciwlotniczą a nawet zrezygnowano z drugiej śruby napędowej. Czy nam się to uda po oddaniu projektu korwety w ręce PGZ z SMW jako wiodącą w koncernie? Wątpliwości spychają nas w stronę uzbrojonych OPV takich jak projekt Fassmera OPV 2020 scalający w jedno Miecznika i Czaplę, co będzie budziło pewnie opór ze strony marynarzy. Niemniej taki projekt posiada zalety skalowalności i podziału na mniejsze kwoty budżetowe. Serię można zatrzymać po zbudowaniu dowolnej liczby jednostek.
    Osobny wątek to egzotyczny wybór szybkiego promu jak JHSV zamiast LPD i LCS jako jego eskorty. Powstaje wówczas zespół szybkiego przerzutu wojska zdolnego do wykonania zadania na Bałtyku w ciągu kilku, kilkunastu godzin plus rozładunek.
Wyrób korwetopodobny. Kontrowersyjny ale potencjalnie seryjny. Foto www.fassmer.com

Wyrób korwetopodobny. Kontrowersyjny ale potencjalnie seryjny. Foto www.fassmer.com

Jeślibyśmy dotarli do tego punktu, to już dysponujemy niewielką flotą będącą rekonstrukcją posiadanych lecz zużytych okrętów. W praktyce naśladujemy algorytmy genetyczne stosowane w procesach optymalizacyjnych. Zamiast poszukiwać tego jednego, najlepszego rozwiązania co zakłada znajomość całości problemu, dokonujemy najlepszego wyboru na danym etapie. W następnym etapie prezentują się nam nowe możliwości ale decyzja jest wspierana doświadczeniami poprzedniego kroku. Tak działa ewolucja, a to właśnie ewolucja a nie rewolucja jest najlepszym sposobem działania w tematach nie mających rozwiązania analitycznego bądź zbyt skomplikowanych do ogarnięcia całości.

May 142016
 
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Los Marynarki Wojennej RP jest nierozerwalnie związany z Grand Strategy polityki bezpieczeństwa państwa polskiego. Niestety, tak jak nie ma w kraju zgody co do fundamentów polityki zagranicznej i bezpieczeństwa państwa, tak nie ma zgody co do roli marynarki wojennej. Gdy w 1989 roku Polska odzyskiwała swoją podmiotowość (unikam jak ognia nadużywanego słowa suwerenność), panowała dość powszechna zgoda co do dwóch filarów polityki zagranicznej – członkostwa w EU i NATO. Dziś jest to kwestionowane a Marynarka Wojenna dryfuje na morzu audytów w nieznanym kierunku. W takiej sytuacji lektura klasyków i redukcja problemu do podstawowych elementów powinna co nieco rozjaśnić horyzont. Stąd ponowne „podejście” do Tukidydesa i jego Wojny Peloponeskiej wchodzącej w skład kanonu zarówno strategii (obok Sun Tzu i Carla von Clausewitza) jak i polityki realnej. Poniżej popularny cytat z dialogu melijskiego:

Przecież jak wy tak i my wiemy doskonale, że sprawiedliwość w ludzkich stosunkach jest tylko wtedy momentem rozstrzygającym, jeśli po obu stronach równe siły mogą ją zagwarantować; jeśli zaś idzie o zakres możliwości, to silniejsi osiągają swe cele, a słabsi ustępują.

Po dwóch tysiącach lat wciąż znamy w zasadzie tylko dwie strategie dla małych państw w konfrontacji z hegemonem – szukać ochrony u protektora lub stworzyć przeciwwagę. Tukidydes opisuje rzeczywistość, w której jedynym sensownym rozwiązaniem dla słabszych jest sprzymierzenie się z jednym z dwóch protektorów. Taka konstrukcja wynika z dwubiegunowości świata Hellenów. O tym, którego z hegemonów lepiej wybrać za protektora mówi inny cytat z dialogu melijskiego:

Najlepiej może postępują ci, którzy równym sobie nie ustępują, dla silniejszych zachowują szacunek, wobec słabszych umiar.

Przyjęcie do wiadomości swojej pozycji jako małego państwa na światowej szachownicy supermocarstw jest być może psychologicznie trudne i bolesne, ale jak najbardziej zgodne z duchem realizmu politycznego.

Drugim sposobem jest utworzenie przeciwwagi dla potęgi sąsiada. Z tą intencją portal War on the Rocks opublikował artykuł Does Europe need a new Warsaw Pact? Podtytuł trafia idealnie w nastroje wielu polityków naszego regionu – „kraje Europy Wschodniej nie powinny polegać wyłącznie na NATO”. Propozycja stworzenia sojuszu państw, które na papierze są w stanie liczebnie utworzyć siłę odstraszającą, chwieje się w posadach po spojrzeniu na zwykłą mapę. Z wymienionych w artykule państw: Estonii, Łotwy, Litwy, Polski, Słowacji, Czech, Węgier, Rumunii i Bułgarii, tylko pierwsze cztery graniczą z Rosją i trudno sobie wyobrazić bułgarski desant morski na Krym w odpowiedzi na zajęcie Estonii. Taka konstrukcja w przeciwieństwie do poprzedniej, nie jest zgodna z duchem realizmu politycznego, co nie wyklucza współpracy politycznej i militarnej.

Akceptacja pozycji słabszej strony szukającej protekcji wymaga w konsekwencji zgody na warunki tej ochrony. W epoce wojny peloponeskiej mniejsze państwa – miasta dostarczały żołnierzy, okręty wraz zaopatrzeniem czy po prostu pieniądze dla protektora w zamian za bezpieczeństwo. Obrona słabszego sojusznika nie była jednak automatyczna i wymagała zabiegania o nią oraz zrozumienia interesów protektora. W sporze pomiędzy Korkyrą a Koryntem początkującym wojnę peloponeską, flota Aten pojawia się na scenie ale nie angażuje się w bezpośrednią walkę. Sztuką jest więc nieustanne szukanie wspólnoty interesów z silniejszym sojusznikiem, co ułatwia mu bezpośrednie zaangażowanie się w spór.

Greckie okręty - źródło potęgi dla Aten i niezbędne narzędzie dla Sparty

Greckie okręty – źródło potęgi dla Aten i niezbędne narzędzie dla Sparty

Przenosząc się do współczesności mamy do czynienia z podobną sytuacją w przypadku Republik Bałtyckich (czy też Polski) oraz NATO w konfrontacji czy sporze z Rosją. War on the Rocks oferuje nam kolejny artykuł dotyczący naszego regionu Fixing NATO Deterrence in the East or: How I learned to stop worrying and love NATO’s crushing defeat by Russia, będący przy okazji krytyką gry wojennej przeprowadzonej przez RAND na temat rosyjskiej agresji na Bałtów. Pierwsze zdanie poniższego cytatu definiuje dobrze nasze poglądy a drugie wprowadza w dylemat sojusznika i protektora:

Czy cokolwiek mniej niż kilkanaście brygad amerykańskich usatysfakcjonuje Republiki Bałtyckie? Prawdopodobnie nie. Niestety, usatysfakcjonowanie a obrona ich niekoniecznie oznacza to samo zadanie.

Dalej autorzy wyjaśniają różnicę i proponują rozwiązanie problemu obrony sojuszniczej ale niekoniecznie terytorium sojuszniczego!

Właściwą drogą jest ustanowienie odstraszania przez ukaranie (punishment), co dawało dobre rezultaty przez całe lata. Oznacza to wykorzystanie lotnictwa i marynarki jako globalnej siły zdolnej do rozciągnięcia teatru działań i zadania Rosji kolosalnych strat militarnych i ekonomicznych, jeśliby dokonała agresji na członka NATO.

No cóż, niełatwe jest życie słabszego sąsiada hegemona a opcje są bardzo ograniczone. Dzieło Tukidydesa ma dla nas dodatkową zaletę, gdyż zawiera silny wątek wojny morskiej. Ateny jako model państwa morskiego może w mniejszym stopniu przyciągać naszą uwagę, ale Sparta? W trakcie wojny obie strony używały floty do rozszerzenia pola manewru dla wojska. Podczas gdy Sparta pustoszyła ziemie należące do Aten i ich sojuszników, flota ateńska do woli atakowała wybrane punkty wybrzeża.

Łącząc wątki rozciągnięcia strategicznego frontu działań NATO z rozszerzeniem pola manewru wojska w czasie wojen peloponeskich wyłania się struktura floty złożonej z dwóch podstawowych komponentów. Jednym są okręty zdolne do działań sojuszniczych przynajmniej na europejskim teatrze działań. Drugim to środki do transportu wojska w ramach co najmniej Bałtyku. Dodatkowym składnikiem floty stają się siły minowe, rozpoznawcze czy osłony portów. Okręty transportujące wojsko powinny mieć osłonę i w tej roli może występować komponent do współpracy z NATO. Walka o uzyskanie panowania na morzu jest możliwa we współpracy sojuszniczej. Swego rodzaju rewolucją i ukłonem w stronę koncepcji obrony terytorialnej byłoby nadanie pierwszeństwa siłom wsparcia połączonych sił zbrojnych, czyli jednostkom transportowym. Dodatkową korzyścią byłoby większe prawdopodobieństwo zaangażowania w projekt krajowych stoczni.

Wykorzystanie morza jako pola manewru dla wojska na Bałtyku tym się różni od wojen peloponeskich, że w dzisiejszych czasach flota musi działać w zasięgu systemów nadbrzeżnych i pod nieomalże ciągłą obserwacją. Dla niektórych komentatorów oznacza to w konsekwencji niemożliwość działań floty nawodnej, łatwej do zniszczenia. Pogląd nie tyle nieprawdziwy, co pokazujący brak konsekwencji w myśleniu o działaniach w trakcie konfliktu z nieograniczonym użyciem nowoczesnej broni.

W dawnych czasach na Studium Wojskowym uczono studentów, że cele dzielą się na punktowe, liniowe i powierzchniowe. Okręt jest celem punktowym i raz wykryty staje się teoretycznie łatwym do zniszczenia. Tyle, że dotyczy to tak samo lotnisk, centrów dowodzenia czy zgrupowania wojsk. Teoretycznie lotnisko czy nabrzeżny dywizjon rakietowy jest celem powierzchniowym, ale przy dzisiejszej technice broni precyzyjnych jest to raczej zbiór celów punktowych. Eliminacja kontroli lotów, systemów nawigacyjnych, centrów łączności lub stacji pomp paliwa ogranicza automatycznie działania lotnictwa, co może mieć decydujące znaczenie w pierwszych godzinach ataku. Na dokładkę korweta uzbrojona tylko w RAM dysponuje przy obecnym stanie obrony przeciwlotniczej lepszą obroną przeciwrakietową (choć nie przeciwlotniczą) od lotniska. Większość polskiego lotnictwa jest zgrupowana na 3-4 lotniskach, które wiadomo gdzie są i nie zmieniają położenia w przeciwieństwie do okrętów. Tak więc, jeśli twierdzimy że okręty nawodne są bezbronne zastosujmy tę samą logikę do innych rodzajów sił zbrojnych czy uzbrojenia. Natomiast jeśli akceptujemy przewagę środków ataku nad obroną i straty, to powstaje pytanie jak skomplikować przeciwnikowi atak i jak zwiększyć swoje własne siły ofensywne.

Patrząc na problem oczyma polityków powinniśmy sobie odpowiedzieć na pytanie jaką część budżetu zbrojeniowego jesteśmy gotowi przeznaczyć na flotę pełniącą rolę pomocniczą dla działań połączonych wojsk. Historia budżetu MON wskazuje, że 10% udziału floty w programach modernizacyjnych jest realne i możliwe. Jest to również liczba, która nie powinna wywoływać kontrowersji na temat ważniejszych priorytetów wojsk lądowych czy lotnictwa. Przy obecnym poziomie finansowania obrony narodowej oznacza to 600-800 mln PLN rocznie. To wystarczy na zbudowanie niewielkiej i dość wszechstronnej floty, która być może nie obroni samodzielnie wybrzeża, ale może być użytecznym narzędziem polityków w czasie pokoju i wojska w czasie wojny.

Apr 072016
 
EW-cover-200x258

Być może czas na zmianę kursu modernizacji naszej marynarki wojennej, co będzie problematyczne bo rozwój technologii wyprzedza nasze zdolności do uczenia się i adaptacji, czego historia Ślązaka jest dowodem. Defense News informuje, że mały ale wpływowy zespół analiz strategicznych przy US Naval War College i podległy bezpośrednio CNO został rozwiązany. Wydarzenie samo w sobie nie jest czymś niezwykłym dopóki nie przeczyta się uzasadnienia:

Adm. John Richardson, obecny CNO szuka sposobów przyśpieszenia procesów przyswajania wiedzy oraz przetwarzania informacji i według doniesień zdecydował, że okres ośmiu miesięcy jaki zajmował każdej powołanej grupie do przestudiowania problemu i stworzenia raportu to za długo.

Bezwładność naszych własnych instytucji jest o wiele bardziej porażająca i wszelkie próby centralizacji władzy i instytucji są drogą donikąd. Centralna władza jest bowiem w stanie przełamać bariery biurokracji i bezwładu ale nie jest w stanie promować innowacyjnego i niezależnego myślenia na szerszą skalę. Tymczasem w świecie dzieje się dużo nowego. Ostatnio ukazały się dwa raporty:

Pierwszy wprowadza w stan zaawansowania prac nad bronią laserową, działem elektromagnetycznym i Hypervelocity Projectile (HVP). Nawiasem mówiąc konia z rzędem temu, kto ładnie to przetłumaczy na język polski. Drugi raport dotyczy bardziej złożonej materii walki o spektrum elektromagnetyczne. Istotnym spostrzeżeniem w obu dokumentach jest to, że osiągnęliśmy granice możliwości pewnych sposobów walki i czeka nas zmiana taktyki. Dotyczy to zarówno obrony przeciwrakietowej, gdzie koszt systemów obrony rośnie o wiele szybciej niż koszt środków ataku jak i walki radioelektronicznej gdzie gwałtownie rośnie wrażliwość aktywnych sensorów i zakłóceń na przeciwdziałanie przeciwnika. Ten, kto właściwie odczyta znaki czasu i się zaadaptuje szybciej zyska przewagę przynajmniej na krótką metę. Być może świadomość osiągnięcia granic pewnych możliwości w połączeniu z tendencją do liniowych ekstrapolacji przyszłości powoduje popularne u nas przekonanie o niemożności przetrwania okrętów nawodnych na wodach przybrzeżnych.

Jest wiele możliwych sposobów na zwiększenie za pomocą taktyki i technologii skuteczności i przeżywalności sił nawodnych w konfrontacji z systemami bazującymi na lądzie. Wayne Hughes w książce „Fleet Tactics and Coastal Combat” podaje pięć stałych czynników wojny na morzu i pięć atrybutów sił morskich. Dodajmy, że są one na tyle uniwersalne, że można je chyba rozciągnąć na inne rodzaje sił zbrojnych.

Pięć „stałych” wojny na morzu:

manewr, siła ognia, rozpoznanie, przeciwdziałanie i dowodzenie (maneuver, firepower, scouting, counterforce, C2)

Pięć atrybutów sił morskich:

przywództwo, wyszkolenie, wytrzymałość, odporność, wyposażenie (Leadership, training, endurance, resilience, hardware)

Pomiędzy nimi istnieją zależności i synergie. Pozycja T w walce artyleryjskiej pokazuje jak manewr, czyli uzyskanie dogodnej pozycji może wzmocnić siłę ognia. Stworzenie pierwszych systemów kierowania walką umożliwiło zorganizowanie patroli myśliwców grup lotniskowców i zwiększyło ich odporność na atak. We wspomnianej książce mamy również świetnie opisaną zależność między siłą ognia a rozpoznaniem. Można bowiem wyróżnić trzy strefy działania, które ograniczają skuteczność siły ognia niezależnie od zasięgu używanej broni.

  • W strefie panowania potrzebujemy informacji do namierzania celu
  • W strefie wpływów potrzebujemy informacji do śledzenia celu
  • W strefie zainteresowania potrzebujemy informacji o wykryciu celu.

Przykład NDR-u pokazuje jak niezrównoważona inwestycje w siłę ognia i rozpoznanie ogranicza siłę ognia do pola widzenia Bryzy o wiele bardziej bezbronnej od okrętów nawodnych. Nawiasem mówiąc, ponownie można rozszerzyć to stwierdzenie na Kraby, Kryle, Homary i inne skorupiaki. W jakich więc obszarach nowe technologie oferują pokonanie osiągniętych barier?

  • Radary multistatyczne nie zwiększają siły ognia ale znacznie polepszają odporność na przeciwdziałanie przeciwnika i pośrednio wpływają na lepsze rozpoznanie. Źródłem aktywnym sygnału mogą być zarówno nadajniki z otoczenia jak i specjalne bezzałogowe źródła promieniowania. Jeśli nawet ulegną zniszczeniu, łatwo je zamienić czy wysłać w powietrze następne przy czym odbiornik wciąż może pozostać niewykryty.
  • Bezzałogowe pojazdy generujące zakłócenia działają dwojako. Mogą być alternatywą do taktyki nasycenia obrony poprzez zwiększenie prawdopodobieństwa przedarcia się przez obronę ograniczonej liczby pocisków. Wówczas zwiększają siłę ognia, ale mogą również być użyte do ograniczenia efektywności rozpoznania przeciwnika i wówczas stanowią element przeciwdziałania zwiększający odporność sił własnych.
  • Cele pozorne mają podwójna rolę. W obronie wymuszają większą salwę na przeciwniku podnosząc koszty ataku lub przy danej salwie zmniejszają prawdopodobieństwo trafienia a więc ponownie zwiększają odporność. W ataku mogą symulować własne rakiety co znacząco zwiększa wymagania dla obrony i wpływa pośrednio na zwiększenie siły ognia.

Lasery, działa elektromagnetyczne oraz HVP celują raczej w korzystniejszy stosunek kosztów obrony do kosztów ataku, ale ze względu na technologie użyte zwiększają pojemność magazynów amunicji a więc rośnie wytrzymałość (endurance) własnych sił. Żadna z tych technologii nie jest jeszcze w pełni gotowa, chociaż próby laserów na okręcie już się prowadzi a działo elektromagnetyczne planuje się zainstalowań na okręcie w tym roku. Może najmniej spektakularny ale dający szansę na szybkie wprowadzenie na uzbrojenie jest HVP. Okazało się bowiem przy okazji rozwoju działa elektromagnetycznego, że amunicja dla tego działa może być odpalana również z konwencjonalnej armaty 127 lub 155mm. Aktualnie uzyskany zasięg już jest porównywalny z amunicją Volcano. W podobnym kierunku idzie rozwój Miniaturowego Kinetycznego Pocisku Przechwytującego Lockheed-Martin o czym wspomina Defence24.

Artyleria ponownie odzyskuje swój uniwersalny charakter. Warto spróbować. Żródło - prezentacja NAVSEA

Artyleria ponownie odzyskuje swój uniwersalny charakter. Warto spróbować. Żródło – prezentacja NAVSEA

Jak powyższe technologie mogą wpłynąć na kształt floty i samych okrętów? Rośnie zapotrzebowanie na nosiciela pojazdów bezzałogowych, parafrazując – „drone carrier”. Drony będą liczne nie tylko ze względu na różnorodność zastosowania ale także na ich wpisaną w koncept akceptacje strat. Tania amunicja w postaci HVM czy miniaturowych rakiet kierowanych spowoduje wzrost gęstości obrony kosztem zasięgu. Walka o pasmo elektromagnetyczne przesunie środki inwestycyjne z aktywnej obrony kinetycznej na walkę o dominację w cyberprzestrzeni i paśmie elektromagnetycznym. Premiowana na okręcie będzie przestrzeń, wielofunkcyjność i moc generatorów oraz siła ofensywna. Do łask powinna wrócić artyleria o coraz większym zasięgu i uniwersalności. Potrzebna będzie przestrzeń wielofunkcyjna lub hangar oraz pokład lotniczy, być może również dok.

Dla nas wnioski mogą być radykalne. Klasyczna korweta nie spełnia większości tych wymogów i lepszym kandydatem byłby krytykowany LCS czy kuter US Coast Guard. Dobrym kandydatem są okręty desantowe LPD czy hybrydy jak Damen Crossover lub duński Absalon. Co zrobić z tak radykalnymi wnioskami? No cóż, władza scentralizowana ma tę zaletę, że może podjąć decyzję szybko a taką wadę, że poza nią decyzji nie podejmie nikt.

Mar 062016
 
A starboard bow view of ships of tanker convoy No. 12 underway in the gulf.  Included in the convoy are the guided missile frigate USS HAWES (FFG-53), the reflagged tanker GAS KING, the guided missile cruiser USS WILLIAM H. STANDLEY (CG-32) and the amphibious assault ship USS GUADALCANAL (LPH-7).

W okresie od Forum Bezpieczeństwa Morskiego do ostatniego posiedzenia SKON-u politycy wypowiedzieli i niedopowiedzieli wystarczająco wiele kwestii aby zaniepokoić się o przyszłość Marynarki Wojennej RP. W wywiadach z przedstawicielami MON przewija się często wątek strategicznych korzyści danej inwestycji. Jaka jest więc w tym świetle strategiczna wartość floty?

Dwóch wielkich teoretyków wojny morskiej ma na ten temat trochę odmienne zdanie. „Floty istnieją dla ochrony handlu” twierdził Alfred Thayer Mahan i jego poglądy są tak samo aktualne dziś jak i na przełomie XIX i XX wieku. Z tego punktu widzenia, biorąc pod uwagę dominującą rolę transportu morskiego w światowym handlu, marynarki wojenne świata mają znaczenie i pozycję strategiczną. Kłopot polega na tym, że z globalnego handlu korzystamy wszyscy ale nie należy on do nikogo. Kto ma więc zająć się jego obroną? Ze światowych potęg Stany Zjednoczone mogą i i jeszcze chcą a Chiny chcą ale jeszcze nie mogą. Sir Julian Corbett swoje zdanie zawarł w bardziej rozwiniętej formie:

Ponieważ ludzie żyją na lądzie a nie na morzu, wielkie spory pomiędzy wojującymi narodami zawsze decydowały się – z bardzo nielicznymi wyjątkami – albo poprzez to, co własna armia mogła zdziałać przeciwko terytorium przeciwnika i jego narodowemu bytowi albo poprzez obawę, co flota może swojej armii uczynić możliwym do wykonania.

Takie postawienie sprawy czyni flotę narzędziem pomocniczym i podporządkowanym strategii walki na lądzie. Flota ma więc o tyle wartość strategiczną o ile jest w stanie stworzyć dźwignię strategiczną dla armii w jej działaniach. W tym przypadku nasz kłopot objawia się w tym, że flota z natury rzeczy zwraca się ku morzu i ochronie handlu a armia zachowuje się jak przysłowiowa Zosia Samosia i nie widzi korzyści z dodatkowego pola manewru na morskiej flance.

Ochrona żeglugi odegrała istotną rolę w obu ostatnich wojnach światowych, ale poniekąd związane to było z pozycją i istnieniem flot narodowych czy państwowych. Dzisiejsza bezosobowość handlu morskiego powoduje, że jego ochrona ma większe znaczenie w czasie pokoju niż wojny chociaż atak na linie żeglugowe może być zapalnikiem światowego konfliktu gdzie wszyscy walczą ze wszystkimi. Z kolei działania na flance armii są raczej domeną czasu wojny. Nadmierna orientacja na działania wojenne kosztem zapobiegania konfliktom jest zachowaniem podobnym do sytuacji znanej nam ze służby zdrowia. Wydajemy miliardy na leki i tylko miliony na profilaktykę. Obserwujemy nakręcającą się spiralę – im mniej prewencji tym większy koszt leczenia. Kontynuując tę analogię, złotówka wydana na profilaktykę daje o wiele większy zwrot niż ta sama złotówka wydana na leczenie. Odzwierciedlenie tej prawdy znajdujemy w marcowym numerze USNI Proceedings gdzie w rubryce World Navies in Review jej edytor Eric Wertheim tak podsumowuje miniony rok:

W ciągu całego poprzedniego roku siły morskie wielu narodów działały na, pod i nad powierzchnią światowych oceanów i wód przybrzeżnych jako instrumenty polityki państwa. Od prężenia muskułów do wsparcia humanitarnego, od uspakajania zaniepokojonych sojuszników do zbierania poufnych danych wywiadowczych, współczesne floty często były przeciążone lecz wciąż zdolne do wywierania bezpośredniego i nieproporcjonalnie dużego wpływu na światowej scenie.

Drugim rysem charakterystycznym marynarek wojennych obok zaskakująco dobrego zwrotu z inwestycji jest współpraca międzynarodowa. Wspomniany numer marcowy USNI Proceedings jest tradycyjnie poświęcony przeglądowi wydarzeń na świecie i od lat zawiera równie interesującą kolumnę The Commanders Respond. Z niej zaczerpnięto szereg poniżej wybranych cytatów:

Marynarka wojenna Finlandii współpracuje głównie z marynarką szwedzką ale z innymi również. Obecnie współdziała blisko z marynarką wojenną Niemiec w przedsięwzięciach zapobiegania kryzysom.

W początkach bieżącego tysiąclecia nasze floty rozpoczęły współpracę w dziedzinie operacji antykryzysowych i rozszerzyły ją o nasze oddziały piechoty morskiej. Kilka lat temu utworzono fundamenty pod ustanowienie wspólnego fińsko-szwedzkiego zespołu okrętowego (SFNTG)

– Rear Admiral Veijo Taipalus Finnish Navy

Wielkość floty ma znaczenie. Jako mała marynarka wojenna, powinniśmy być elastyczni w dopasowaniu się do standardów naszego większego partnera nie rezygnując z własnych podstawowych wartości. Jeśli jesteś większym partnerem, bądź otwarty na uczenie się od innych

– Lieutenant General Rob Verkerk Royal Netherlands Navy

Winston Churchill powiedział pewnego razu „Jest co najmniej jedna rzecz gorsza od wspólnej walki z sojusznikami – i jest to walka bez nich”. Ten cytat jest wciąż aktualny. Współpraca koalicyjna znaczy więcej niż kiedykolwiek.

Jako mały naród z ograniczonym budżetem i sąsiadując z jedną z najpotężniejszych flot, Norwegia polega na bliskich sojusznikach od dziesiątków lat. (To jest główny powód przystąpienia do NATO w 1949 roku). Gdy bliscy przyjaciele i sojusznicy idą ramię w ramię, możliwości i jakość szkolenia rosną niewspółmiernie. The Royal Navy’s Flag Officer Sea Training (FOST) w Devonport jest tego przykładem

– Rear Admiral Lars Saunes Royal Norwegian Navy

Nie tylko NATO ma swoje grupy okrętowe. Fińskie i szwedzkie okręty razem. Fot. www.annualreport.mil.fi

Nie tylko NATO ma swoje grupy okrętowe. Fińskie i szwedzkie okręty razem. Fot. www.annualreport.mil.fi

Wracając do pierwszych zdań tekstu, trudno nam ocenić, co się dzieje wewnątrz rządu i obozu prezydenckiego. Mamy do czynienia chyba z trzema wariantami wewnętrznej polityki:

  • w łamach rządu istnieją poważne różnice co do roli floty. To daje szanse koncepcjom współpracy międzynarodowej i programowi Rady Budowy Okrętów. Z drugiej strony przegrana może oznaczać porzucenie jakichkolwiek planów modernizacyjnych marynarki wojennej.
  • Rząd prowadzi działania propagandowe w celu przygotowania gruntu do negocjacji. Wówczas ma sens kontynuowanie dialogu w ramach istniejącego programu modernizacyjnego oraz zakresu jego modyfikacji. Główną osią konfliktu będzie wybór pomiędzy siłami nawodnymi i podwodnymi oraz rola okrętów nawodnych.
  • Rząd nie widzi żadnych strategicznych korzyści w rozwoju floty i sprowadzi marynarkę wojenną do statusu tak zwanej token navy. W takiej sytuacji każdy z nas będzie czynił tak, jak mu nakazuje poczucie obywatelskiego obowiązku. Rezygnacja pięciu generałów i ich wymiana „w locie” nie jest dobrym prognostykiem dla rządu i jego polityki.

Brak polityki informacyjnej tylko pogłębia atmosferę niepewności i utrudnia wymianę argumentów. Pozostaje lektura na temat “Cóż tam, panie, w polityce? Chińcyki trzymają się mocno!”

Feb 242016
 
Chochoły

Barier dla rozwoju marynarki wojennej w Polsce jest wiele. Niemniej jednak im bardziej drąży się temat, tym bardziej jest widoczne, że źródło leży w mentalności i postawach ludzi. Zarówno rządzących i tych, w których rękach leżą kluczowe decyzje. Mamy problemy technologiczne i przemysłowe? Zwróćmy się o asystę do partnerów zagranicznych. Nie mamy koncepcji? To ją opracujmy. Brak nam pieniędzy? Zbudujmy mniej lub podzielmy projekt na etapy. Zamiast tego próbujemy rozwiązać zadanie kwadratury koła.

Pierwszym naszym problemem jest skupienie uwagi na wojnie obronnej z Rosją. Nasz wielki sąsiad coraz bardziej jest postrzegany w kategoriach zagrożenia dla naszej suwerenności, tylko nie wiadomo dlaczego mamy ją utracić wyłącznie poprzez działania militarne a nie inne. Masowa emigracja młodych ludzi czy izolowanie się od Europy są równie niebezpieczne i o wiele bardziej realne. Pamiętajmy również o klasykach teorii wojny. Carl von Clausewitz nie mówił, że przeciwnika trzeba zniszczyć czy okupować jego terytorium, tylko przekonać do poddania się naszej woli. Jeżeli jednak już rozważamy problem militarny, to należałoby sobie postawić cele możliwe do osiągnięcia. Tak mówi każdy podręcznik zarządzania o sztuce stawiania celów. Świetnym komentarzem do takiej dyskusji jest artykuł The Dangers of Drawing Strategic Inference from Tactical Analogy na stronie The Bridge. Autor analizuje wynik wojny zimowej pomiędzy Finlandią a ZSRR na przełomie 1939 i 1940 roku. Przypadek powinien być nam bliski ze względu na oczywiste analogie. Krytyka planu obrony Finów zawiera się w dwóch zdaniach:

Finowie mieli ograniczone wsparcie artylerii, brak czołgów i braki w amunicji – nie było żadnej możliwości zorganizowanie skutecznej konwencjonalnej obrony przed radzieckim olbrzymem. Finowie nie wykorzystali również potencjału marynarki, który mógł się okazać decydujący w przesmyku Karelskim co było wynikiem braku połączonego planowania sił zbrojnych i skoncentrowania uwagi na obronie przed siłą Rosjan.

Być może Finowie zachowali niepodległość dzięki ograniczonemu celowi Rosjan w Wojnie Zimowej

Być może Finowie zachowali niepodległość dzięki ograniczonemu celowi Rosjan w Wojnie Zimowej. Foto wikimedia.org

Popatrzmy na naszą historię bardzo szeroko i ogólnie. W ciągu ostatnich 250 lat uzyskaliśmy niepodległość dwukrotnie. Ponadto mamy przypadek Księstwa Warszawskiego, zbudowanego przez Napoleona na ziemiach pruskiego zaboru. Dwa przypadki 1918 i 1989 roku zaistniały w chwilach poważnego osłabienia czy wręcz kryzysu w Rosji a nie dzięki naszej sile militarnej. To nie znaczy wcale, że nie mamy mieć siły militarnej tylko że powinniśmy sobie odpowiedzieć na pytanie do czego ta siła będzie zdolna a do czego nie. W tym świetle koncepcja poprzedniej ekipy stawiająca na zwalczanie zagrożeń asymetrycznych czy trudnych do akceptacji dla sojuszników ma o wiele więcej sensu niż obrona terytorialna. Można co prawda argumentować, że w Wojnie Zimowej obie strony wygrały na poziomie strategicznym, bo Związek Radziecki uzyskał głębokość obrony Leningradu a Finlandia utrzymała niezależność kosztem znacznej części terytorium. To jest jednak tyko część prawdy bo Rosjanie mieli ograniczony cel, który został osiągnięty.

Drugie zdanie powyższego cytatu wiedzie nas bezpośrednio do pytania o sens istnienia marynarki wojennej. Jest oczywiste, że w sytuacji otwartego konfliktu zbrojnego z sąsiadem mającym z nami granice lądową, marynarka wojenna będzie ogrywała rolę pomocniczą. Z drugiej strony bije w oczy brak koncepcji użycia tego narzędzia dla osiągnięcia korzyści w kampanii na lądzie. Wygląda to na typową chorobę potęg kontynentalnych, tylko my nie jesteśmy potęgą i nie stać nas na „chorowanie”. Mówimy więc o potrzebie istnienia floty nawet jeśli zignorujemy jej użyteczność w czasie pokoju czy kryzysu.

Jako drugą postawę mającą negatywny wpływ na przyszłość marynarki wojennej należałoby wymienić defensywne nastawienie. Przejawia się w wieloraki sposób. Poprzez zaniżanie własnych zdolności przy jednoczesnym zawyżaniu możliwości przeciwnika lub przekonaniu o niezdolności przetrwania okrętów nawodnych na zamkniętych obszarach wodnych Bałtyku. Pomijając współczesną terminologię czy raczej retorykę mówimy o starym stwierdzeniu Horatio Nelsona – A ship’s a fool to fight a fort. Okręt na morzu jest celem punktowym i w czasach Nelsona był w zasięgu wzroku, więc lądowy cel powierzchniowy w postaci ukrytej baterii fortecznej był trudniejszy do zniszczenia niż okręt. O ile zatopienie okrętu eliminowało wszystkie jego armaty o tyle na lądzie wymagało to eliminacji kolejno wszystkich dział. Dzisiaj prowadzi się walkę poza horyzontem i kluczem jest rozpoznanie. NDR jest w obecnych czasach tak samo wrażliwy jak okręt bo też jest celem punktowym. Zniszczenie wozu łączności eliminuje NDR z walki. Wyobraźmy sobie walkę w warunkach „ciszy” elektromagnetycznej, wybranej świadomie lub wymuszonej przez taktykę lub ataki cybernetyczne. Skąd wiemy, że tam na morzu jest okręt? W Polsce mamy trzy bazy lotnictwa myśliwskiego o stałej pozycji. Nie trzeba ich szukać jak okrętów na morzu. Na dokładkę bez skutecznej obrony przeciwlotniczej. Nikt jednak nie postuluje pozbycia się lotnictwa ze względu na wrażliwość jego baz na atak, jak to próbuje się robić z okrętami nawodnymi. Podobnie jak okręty na Bałtyku Południowym znajdują się w zasięgu środków ataku z powietrza, tak samo lotnictwo będzie musiało działać w strefie obrony przeciwlotniczej z Obwodu Kaliningradzkiego. Podobno 1/3 terytorium Polski jest w zasięgu rakiet przeciwlotniczym tam stacjonujących.

Czy jest jakaś rada na taki stan rzeczy? Dla US Navy odpowiedzią jest ogłoszony w 2015 roku koncept „Distributed lethality”, co można by niezgrabnie przetłumaczyć jako rozproszoną siłę ognia. Na blogu CIMSEC trwa właśnie tydzień poświęcony tej tematyce i poniższe cytaty pochodzą z artykułów z ostatnich dni. Zacznijmy od swego rodzaju motto. Matthew Hipple pisze w ten sposób o defensywnym nastawieniu umysłu:

Najlepszą obroną jest nie mieć obsesji na punkcie obrony.

Idea polega na stworzeniu grup okrętowych (SAG – Surface Action Groups) działających w rozproszeniu na obszarze będącym w zasięgu systemów odmowy dostępu przeciwnika. Poprzez sam fakt istnienia kilku takich grup manewrujących na danym akwenie komplikuje się przeciwnikowi problem rozpoznania, identyfikacji i namierzania wywierając jednocześnie silną presją czasową, gdyż w wymianie rakietowej wciąż dominuje zasada kto pierwszy, ten lepszy. Pojawia się problem alokacji zasobów, czyli głównie rozpoznania i środków ogniowych. Jeśli mamy przed sobą jeden cel rozpoznany jako korweta, to salwa dajmy 4-6 rakiet wystarczy. Jeśli mamy dwa zespoły korwet, to potrzeba więcej środków rozpoznania i dwa razy więcej rakiet. Powstaje również pytanie co do kolejności atakowania. Dobrą ilustracją do pobudzenia wyobraźni jest Bitwa o Midway, gdyż początki lotnictwa okrętowego miały podobne cechy jak walka na rakiety:

  • kluczowe znaczenie rozpoznania, czyli gdzie wysłać samoloty
  • Pulsacyjny charakter ataku – samoloty atakują w falach i następny atak jest możliwy po powrocie na pokład i uzupełnieniu paliwa oraz amunicji
  • przewaga ataku nad obroną, czyli łatwość nasycenia obrony
W jednym ataku Amerykanie zniwelowali przewagę Japończyków. Foto www.worldwar2collections.com

W jednym ataku Amerykanie zniwelowali przewagę Japończyków. Foto www.worldwar2collections.com

Podstawy taktyczne doktryny w telegraficznym i chwytliwym skrócie przedstawia inny autor – Jeffrey E. Kline, CAPT, USN:

Out think the enemy
Out scout the enemy
Out shoot the enemy

Czyli przechytrz przeciwnika, odnajdź go pierwszy i pierwszy zaatakuj z jak największej odległości. Tu następuje zderzenie defensywnej postawy w powyższymi postulatami. Zakładamy bowiem z góry przewagę Rosjan, ale czy naprawdę a priori jesteśmy głupsi? I czy naprawdę nie możemy mieć porównywalnego rozpoznania? I czy przewaga w sile ognia nie jest niwelowana przez fakt, kto pierwszy atakuje. Powróćmy do Midway. Japończycy mieli przewagę ale później wykryli przeciwnika i mieli problem co atakować – Midway czy lotniskowce podzielone na dwie grupy. Tak więc koncept nie jest bynajmniej nowy i daje szanse słabszej stronie. Czy nie pozostaje więc na koniec kwestia zwykłej woli? Tkwimy w chocholim tańcu plastycznie opisanym przez Wyspiańskiego – „panowie duża by juz mogli mieć ino oni nie chcą chcieć”.