Nov 112011
 

Dzień 11-go listopada to dobry dzień na drobne rozważania o roli i przyszłości Sił Zbrojnych RP. Tak się składa, że w mniej więcej w tym samym czasie ukazały się dwie publikacje, pośrednio lub całkiem bezpośrednio dotyczące Marynarki Wojennej. Pierwsza publikacja – ważna to Postanowienie Prezydenta RP określające kierunki przyszłego rozwoju Sił Zbrojnych:

 

 

 Zgodnie z postanowieniem Prezydenta priorytetowym zadaniem Sił Zbrojnych RP pozostaje wzmacnianie zdolności operacyjnych gwarantujących integralność terytorialną, nienaruszalność granic oraz ochronę i obronę przestrzeni powietrznej kraju.

W procesie modernizacji Sił Zbrojnych Prezydent odniósł się do priorytetowego traktowania trzech obszarów: systemów informacyjnych, obrony powietrznej w tym przeciwrakietowej oraz wysokiej mobilności wojsk lądowych.

W tym kontekście należałoby czytać artykuł Maksymiliana Dury w najnowszym numerze NTW, poddający krytyce wartość małych okrętów rakietowych. Artykuł jest o tyle ważny, że powinien wzbudzić pewien rezonans i dyskusję na temat, które z nabytków czy zasobów Marynarki Wojennej, obecnych czy planowanych wnoszą wartość dodaną do strategii Prezydenta RP? Pewnie trzeba by zacząć od uwagi, że w cytacie z BBN-u nie ma ani słowa o Marynarce Wojennej. Po prostu jest gdzieś na dalszym planie z niższym priorytetem. To automatycznie stawia pod znakiem zapytania kosztowne projekty posiadania np. okrętów podwodnych, mimo iż dobrze by się “wpasowały” w zadania obrony granic (A2AD). Schodząc o szczebel niżej w klasach okrętów, czy rację ma Marynarka Wojenna inwestując w Orkany i remont Tarantul, czy też może rację ma autor artykułu. postulując rezygnację z tego rodzaju uzbrojenia?

Spróbujmy odpowiedzieć sobie na to pytanie, ograniczając w miarę możności dyskusje natury technologicznej. Jako koncept, małe okręty rakietowe są potomkami kutrów torpedowych i różnego rodzaju ścigaczy jak MAS, S-Boot, Dog Boat czy amerykańskiej serii PT. Prawdopodobnie raczej niespodziewanie dla ich konstruktorów, głównym celem tych okrętów w czasach II wojny światowej była żegluga przybrzeżna a nie okręty przeciwnika. Przykład podsumowania działalności brytyjskich ścigaczy znajdujemy w D.K. Brown Nelson to Vanguard:

Lekkim okrętom przybrzeżnym przypisuje się zatopienie 574 statków wroga (…). Odpaliły one 1328 torped z 355 pewnymi i prawdopodobnymi trafieniami, czyli 26.7% skuteczności, co było lepszym wynikiem od jakiejkolwiek innej kategorii okrętów. (…) Przyjmuje się, że okręty przybrzeżne postawiły 7714 min w 1373 misjach, blisko dwukrotnie więcej niż stawiacze min. Znane ofiary tych min to 60 okrętów, 25 okrętów pomocniczych i 14 zaopatrzeniowych.

Autor poddaje jedynie pod wątpliwość stosunek korzyści do zainwestowanych środków w postaci infrastruktury, personelu i szkolenia.
Cechą charakterystyczną tej klasy była prędkość połączona z bronią ofensywną zdolną zagrozić nawet dużym okrętom. Głównymi wadami była relatywna bezbronność, słaba dzielność morska i mała autonomiczność. To samo odnosi się do współczesnych Fast Attack Craft. Próbując zaradzić niedostatkom tej klasy okrętów, rozwój idzie w trzech kierunkach:

  1. wzrost wyporności i przeobrażenie w korwetę. To daje dzielność morską, autonomiczność i miejsce na dodatkowe systemy uzbrojenia, niech będzie przeciwlotniczego. Reprezentantem klasycznym jest K130, okręt “wyrosły” z kutrów 143A.
  2. dozbrojenia małych okrętów rakietowych w systemy bezpośredniej obrony przeciwlotniczej i rakietowej. Także instalacja sonarów nie jest niezwykła. Świetnym przykładem jest fińska Hamina  lub egipski nowy nabytek S.Ezzat. Przypadki okrętów zatopionych, wymienionych w artykule z NTW były praktycznie pozbawione obrony przeciwlotniczej. Dygresja – to samo dotyczy niszczycieli min.
  3. minimalizacja okrętu do roli pocisku, czyli motorówki i szybkie łodzie wypełnione materiałem wybuchowym – patrz przypadek USS Cole.

Wspomniane środki zaradcze nie rozwiązują problemu wrażliwości na atak z powietrza, lecz co go naprawdę rozwiązuje? Aegis czy Viper mają potężne możliwości, potem jest długo nic i w końcu różnego rodzaju systemy obrony bezpośredniej, czy krótkiego zasięgu. Gawron wyposażony w pociski ESSM bez korekty w czasie lotu i dwa radary podświetlające, poradziłby sobie niewiele lepiej. Atak czterech samolotów czy rakiet najprawdopodobniej nasyciłby obronę. Miałby przewagę jedynie nad śmigłowcami. Być może rozwiązaniem pośrednim będzie CAMM. Rozwiązanie leży zupełnie gdzie indziej, jak pokazuje cytat z Milan Vego, Naval Strategy and Operations in Narrow Seas:

Panowanie na typowym morzu zamkniętym wymaga ścisłej współpracy wszystkich rodzajów sił zbrojnych kraju i w takim przypadku panowanie na morzu jest pod bezpośrednim wpływem sytuacji na froncie lądowym i w powietrzu.

Czy więc warto w Polsce inwestować w tę klasę okrętów? Odpowiedź jest niejednoznaczna i zależy w dużej mierze od tego, w jaki sposób Marynarka Wojenna rozwiąże swój problem głównych okrętów, lub inaczej “high-end”. Czy będzie szukała następców fregat? Wówczas odpowiedź będzie – raczej nie ma sensu inwestować w małe okręty rakietowe, bo siła uderzeniowa będzie rozłożona na innych jednostkach floty. Poza tym ten wariant skonsumuje wszystkie zasoby finansowe Marynarki. To samo dotyczy planów zakupu okrętów podwodnych. Jeśli się zrezygnuje z dużych okrętów, to wówczas opcja odżywa, bo ani okręty przeciwminowe ani patrolowe nie będą miały możliwości ofensywnych.

Jako prowokację intelektualną i zachętę do tzw. “lateral thinking” podaję poniższą opcję:
Pod warunkiem zmaterializowania się szybkiego okrętu JHSV do celów mobilności wojsk lądowych (patrz przesłanie Prezydenta), wówczas okręt potrzebuje eskorty. Eskorta, aby dotrzymać kroku JHSV musi być jednostką o prędkości porównywalnej, a na morzu zamkniętym jednocześnie nie za dużą. Aby uzyskać zadawalającą dzielność morską, wybór egzotycznej formy kadłuba jest prawdopodobny. Okręt spełniający minimum funkcji osłony powinien być uzbrojony w np. VL Mica z radarem 3D i pociski przeciw-okrętowe. Przy prędkości 35-38 węzłów trudno mówić o działaniach ASW, pozostaje więc śmigłowiec i pokład do lądowania. Takie “cudo” w wersji doświadczalnej istnieje w rzeczywistości a prowokacja polega na przewrotności, że “przerośnięty” Fast Attack Craft staje się “High-end” floty.

Ale to już dla rozluźnienia atmosfery.

  5 Responses to “Szybkie i groźne?”

  1. Pytanie laika:
    Czy w przypadku konfliktu na Bałtyku będzie można przypisać jednostkom nawodnym inne zadanie, niż nie dać się zniszczyć? Geografia raczej nie daje im szans: Bałtijsk po przeciwległej stronie Zatoki, ukształtowanie wybrzeża uniemożliwia chowanie małych jednostek, jak to mogą robić Finowie.
    Dodatkowo, jakie zadania ofensywne stawiać okrętom rakietowym? Do blokowania i atakowania baz na południu Bałtyku byłyby za słabe, do Zat. Fińskiej – za daleko.
    Sytuacja wyglądałaby tylko trochę inaczej, gdyby okręty mogły działać z baz w innych państwach. Ale historia uczy, żeby nie traktować takiej ewentualności zbyt serio.
    Z kolei jako wizytówka i komponent m-nar. sił na dalekich wodach, małe okręty mają zbyt mały zasięg i autonomiczność.
    IMHO jedyną siłą ofensywną polskich SZ może być lotnictwo, ew. okręty podwodne.
    Krótko: do czego mogą służyć PMW ofensywne okręty nawodne?

    • Krótki komentarz, ale bogaty w treści. Dlatego postaram się tylko wyodrębnić osobne wątki. Pierwsze pytanie o okręty nawodne należałoby rozbić na dwa: po co w ogóle jednostki nawodne i w szczególności FAC. Ogólnie jednostki nawodne w porównaniu z lotnictwem dają “presence”, czyli zdolność do pozostania “na posterunku” przez dłuższy czas. W przypadku lotnictwa będziemy tę obecność liczyć w godzinach, w przypadku okrętów w tygodniach, a nawet miesiącach. Gdyby okręty nawodne nie były potrzebne, nie byłoby Floty Bałtyckiej FR lub marynarki szwedzkiej czy np. izraelskiej. FAC służą dzisiaj głównie do zadań Anti-access/area denial, czyli po prostu odmowy przeciwnikowi swobody działania w danym obszarze. Nie są jednak żadną cudowną bronią i muszą współdziałać z innymi rodzajami SZ, w szczególności z lotnictwem. Nawiasem mówiąc, chyba w czasie którejś z wojen indyjsko – pakistańskich tego typu okręty zostały użyte do zaatakowania statków i okrętów w porcie przeciwnika. Co do Bałtijska, to w ludzkiej naturze leży to, że widzimy doskonale własne punkty słabe i silne przeciwnika, ale gorzej nam idzie z identyfikacją własnych punktów silnych a słabych przeciwnika. Co do Finów – zgoda, ale maskowanie za pomocą geografii nie jest jedyną możliwością. W latach 80-tych Amerykanie w ćwiczeniach w ramach strategii “Forward Deployed”, schowali lotniskowce w norweskich fiordach. Problem polega na coraz bardziej “elektronicznym” widzeniu otoczenia za pomocą sensorów a nie wzroku.
      Co do dyplomacji morskiej i współpracy koalicyjnej to się absolutnie zgadzam, chociaż tu też są wyjątki. Szwedzi wysłali swoje FAC na Morze Śródziemne, o ile mnie pamięć nie myli. Co do lotnictwa, to ono również ma swoje ograniczenia. W przypadku konfliktu na pełną skalę, wszystkie lotniska będą celem ataku w pierwszym rzędzie. Jest również problem jakiego uzbrojenia ma zamiar używać lotnictwo. Jest różnica taktyczna w użyciu JDAM i Exoceta przeciwko okrętom.
      Podsumowując, sam mam mieszane odczucia co do tej klasy jednostek, bo są mocno wyspecjalizowane, ale intencje Prezydenta będą miały wpływ na kształt Marynarki Wojennej. Możliwości ofensywne są niezbędne, gdyż jak zauważa Clausewitz – obrona jest silniejszą formą wojny niż atak, ale nie ma obrony bez ataku.
      Jeśli chodzi o okręty podwodne to temat jest bardzo delikatny ale trudno będzie uniknąć pytania o pieniądze: co lepiej mieć 1 okręt podwodny czy eskadrę F-16?
      Serdecznie pozdrawiam i dziękuję za komentarz

      • Dziękuję za odpowiedź szybką i treściwą.
        Właśnie chodzi mi o kwestie rozpoznania elektronicznego (i pod tym kątem przywołałem fińskie szkiery) i panowania w powietrzu. Jak napisał Pan w poście, FAC, czy w ogóle mniejsze jednostki nawodne potrzebują zabezpieczenia “od góry”. I tu widzę piętę achillesową całej idei FAC w polskie MW – po prostu nie wierzę, by polskie SZ nie będą w stanie zapewnić tego minimum zabezpieczenia zaczepnych operacji (czy tylko demonstracji) sił nawodnych, ani uniemożliwiając wykrycie tych sił, ani broniąc ich przed wyprzedzającym atakiem z powietrza.
        A wypracowanie chwilowej, punktowej przewagi – co dałoby się zrobić – można by lepiej wykorzystać również przy użyciu lotnictwa.
        Jak Pan sądzi?

        • Zdaje się, że wchodzimy na obszar taktyki. Jestem laikiem w tej dziedzinie, więc postaram się odpowiedzieć ostrożnie, w miarę możności nie opowiadając idiotyzmów. Zanim to zrobię, polecam fachowca – Marmik na Forum Okrętów Wojennych.
          Przede wszystkim, panowanie na morzu według Corbetta jest zawsze “tu i teraz”. Wyobraźmy sobie, że celem jest konwój lub zespół okrętów. Aby go chronić przez cały czas, lotnictwo musiałoby utrzymywać nad nim parę samolotów non-stop. W zależności od dystansu i czasu, może to być zajęcie dla całej eskadry a nawet dwóch. zanim wymyślono Aegis, amerykanie potrzebowali grupy dwóch lotniskowców do utrzymywania stałej obrony myśliwskiej i jednoczesnego użycia samolotów szturmowych. Ograniczenie zasobów dotyczy zarówno nas jak i potencjalnego przeciwnika. Alternatywą jest start pary dyżurnej, ale to oznacza, że przeciwnik nas już zidentyfikował. Ciężar ciężkości przenosi się na systemy wykrywania i dowodzenia czyli C3ISR. Następny problem to liczba napastników – przed 1-2 samolotami, okręty prawdopodobnie są w stanie się obronić (zakładamy, że są uzbrojone jak np. Hamina). Jeśli atak ma być saturacyjny, to wracamy do problemu ekonomi sił. Następny problem to czym atakujemy. Jeśli bombami kierowanymi, jak JDAM, to samolot musi pozostać na czas kierowania bombą w linii widoczności, czyli wystawia się na niebezpieczeństwo ataku lub przerwania procesu naprowadzania (tak alianci poradzili sobie z niemieckimi bombami kierowanymi radiem, które zatopiły pancernik Roma). Jeśli są to rakiety przeciw-okrętowe, to wracamy do problemu obrony przeciwrakietowej, gdzie dużą rolę mogą odegrać metody pasywne lub zakłócanie (rakiety są “głupie). Ogólnie jest to niezły poker, ale polecam zainteresować się historią II wojny na Morzu Śródziemnym. Nasze opinie są dużej mierze ukształtowane przez wojnę na Pacyfiku, natomiast historia działań lotnictwa nad Morzem Śródziemnym daje do myślenia.
          Pozdrawiam

          • No, rzeczywiście sprawa ma wiele aspektów. Dziękuję za konwersację, no i przede wszystkim za Pański – jakże potrzebny – blog.

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)