Feb 032012
 

W grudniowym numerze USNI Proceedings ukazał się artykuł pod wiele mówiącym tytułem More Brains, Less Brawn. Myśl przewodnią dobrze oddaje cytat:

Wiedza o budowie bezzałogowych pojazdów latających, naziemnych, czy podwodnych jest już mocno zaawansowana. Jednak koszt obsługi przez personel wojskowy wymaga wyjścia poza zasadę “jeden człowiek, jeden joystick, jeden pojazd”, która istniała w poprzednich dekadach rozwoju systemów bezzałogowych.

Mnie jednak bardziej niż obcinanie kosztów u nas jeszcze nie istniejących, interesują wątki poboczne ale chyba ważniejsze w naszej rzeczywistości. Złamanie wspomnianej zasady prowadzi do kilku koncepcji, już będących przedmiotem badań w USA.

Pierwszy koncept to konieczność obsługi wielu urządzeń przez jednego operatora jednocześnie. Typową sytuacją może być monitorowanie obszaru, bądź to przez pojazdy latające poszukujące celów nawodnych, bądź też podwodne w poszukiwaniu min. Mamy do czynienia z konstelacją dronów, z których każdy porusza się w innym obszarze, według innego programu i każdy może być źródłem informacji. Wymaga to opracowania bardzo sprytnego interfejsu pomiędzy człowiekiem a maszyną. Bardzo dobry przykład o co chodzi demonstrują wyniki prac grupy podwodniaków TANG.

Związany z powyższym jest inny problem doskonale ujęty w poniższym cytacie autorstwa generała Cartwright’a a pochodzącym z dyskutowanego artykułu:

W dzisiejszych czasach analityk siedzi sobie tam i spogląda na Death TV godzinami, usiłując znaleźć pojedynczy cel lub cokolwiek poruszającego się. To po prostu strata czasu.

Człowiek w tym wypadku powinien być potrzebny tylko do podejmowania decyzji w sytuacji otrzymania istotnej informacji. To oznacza dalsze zwiększenie autonomii pojazdu i “uzbrojenia” go w dodatkowe algorytmy samodzielnego interpretowania zbieranych danych.

Załączony link wyjaśnia następny koncept operowania dronów w “rojach”. Parominutowy filmik, który obiegł już światową blogosferę, potrafi pobudzić wyobraźnię. “Rój” w tym wypadku ma jedno zadanie, które wykonuje kolektywnie i w przyszłości może mieć zapewne wbudowaną zdolność autonomicznego doboru optymalnego sposobu wykonania zadania w zależności od okoliczności i ogólnych instrukcji od operatora. Wyobraźmy sobie “rój” pocisków przeciwokrętowych. Implikacje są spore. Dotychczas każdy pocisk posiada własne sensory. W przypadku roju właściwie wystarczy tylko jeden. Wynikające z tego obniżenie kosztów działa na korzyść strategii nasycenia obrony i wojny na wyczerpanie, opisywanej przez Wayne’a Hughes’a i dyskutowanej w poprzednich wpisach. Można iść również w przeciwnym kierunku i uzbrajać “rój” w szereg różnych sensorów a nawet w systemy zakłócania radioelektronicznego obrony przeciwnika. To zmniejsza ograniczenia okrętów wynikające z małej liczby przenoszonych rakiet. Zupełną nowością może być fakt, ze taki samobójczy rój może przerwać atak i powrócić na pokład, co daje nie znane do tej pory opcje taktyczne, podobne do samolotów.

Ostatni wymieniony koncept powoduje kaskadę następnych pytań o platformę przenoszącą drony. Wszystkie przykłady opisują sytuacje wykorzystania wielu pojazdów bezzałogowych jednocześnie. To wymaga nosiciela zdolnego do przechowywania, wypuszczania i przyjmowania z powrotem większej ilości pojazdów. Jakkolwiek niebezpieczna, nasuwa się analogia do okresu, gdy lotnictwo morskie przekształcało się z pojedynczych wodnopłatowców przenoszonych przez krążowniki czy tendry lotnicze w lotnicze grupy bojowe bazujące na lotniskowcach. Angielska nazwa oddaje wiernie istotę – Aircraft Carrier. Pytanie jaki okręt będzie przyszłym Drone Carrier? Niewątpliwie powinien mieć spory hangar, ale co z Launch&Recovery? Lotniskowce operują tylko statkami powietrznymi, drony latają, pływają i nurkują.

Wspominałem na początku o pobocznych wątkach nas interesujących i czas do nich wrócić. Pytanie brzmi, kto dla nas to wszystko opracuje i zrobi? Na razie jesteśmy na etapie, gdy AMW pracuje nad konwersją torpedy na UUV do celów rozpoznawania min. Czy nie należałoby, wobec coraz szybszego postępu technologii porzucić prace nad hardware i zająć się software? Inaczej mówiąc, czy nie należy zakupić sprzęt “z półki” i zająć się systemami C2 i interfejsem człowiek maszyna dla powyższych koncepcji? Lub też opracowaniem koncepcji nosiciela? Problem leży w tym, że potencjalne zasoby (jeżeli w ogóle istnieją) potrzebne do wykonania takich prac leżą bardziej po stronie cywilnej społeczeństwa, ale inicjatywa musi wyjść ze strony Marynarki. W tym miejscu znowu cytat z artykułu, tym razem autorstwa prezydenta Franklina Roosevelta (nawiasem mówiąc wielkiego zwolennika Marynarki):

To change anything in the Navy is like punching a feather bed. You punch it with your right and you punch it with your left until you are finally exhausted, and then you find the damn bed just as it was before you started punching.

Prezydent ujął zagadnienie z duża dozą humoru, ale kwestia nie jest bynajmniej trywialna. Marynarka Wojenna służy państwu i społeczeństwu, stanowi jednak tylko maleńki ułamek tego społeczeństwa. Będąc swego rodzaju elitą, jak każda inna elita wytwarza silną identyfikację i własną kulturę organizacyjną. Niestety, im silniejsza identyfikacja wewnętrzna tym większa bariera pomiędzy elitą a resztą społeczeństwa. Stąd wiele pomysłów przychodzących z zewnątrz (lub nie daj Boże narzucanych) jest traktowana nieufnie w obawie, że sprowadzą Marynarkę na manowce. Barwnym przykładem jest historia spotkania admirała Jamesa Holloway’a III (wówczas będącego CNO) z profesorem Edwardem Tellerem, twórcą bomby wodorowej, a opisana we wspomnieniach Aircraft Carriers at War. Profesor roztoczył przed admirałem wizję okrętów podwodnych, które analogicznie do lotniskowców zabierałyby na pokład szereg maleńkich, 1-2 osobowych okrętów podwodnych, poruszających się z szybkością 100 węzłów. Reakcją admirała był wniosek, że niezależnie od błyskotliwości umysłu, czy wręcz geniuszu, opinie wyrażane na polu innej dziedziny powinny być traktowane z olbrzymią rezerwą. Później Rosjanie skonstruowali Szkwał a dzisiaj kwitnie technologia UUV, stąd rozdział swoich wspomnień admirał kończy konstatacją, że być może profesor był mądrzejszy niż admirał był gotów mu to wówczas przyznać. Na koniec jeszcze raz cytat z Fleet Tactics and Coastal Combat, w orginale dla zachowania gry słów:

The inspiration for these transitions often comes from outside a navy. The perspiration always comes from within it.

P.S. W towarzyszącej wspomnianemu na wstępie artykułowi nocie, major Charles Weko podnosi niebanalny temat nazewnictwa. Używając słowa unmanned, czy bezzałgowce określamy czym przedmiot nie jest, a nie czym jest. Może mały konkurs na nazwę czym to-to jest? Moja propozycja to Szperacz.

 

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)