Mar 102012
 

Na Information Dissemination znajduje się link do ciekawego artykułu Mahan’s Naval Strategy: China Learned It. Will America Forget It? Co prawda Chiny wykraczają dość daleko poza Bałtyk Plus (lub Plus jest bardzo duży), ale poniższy cytat ze wspomnianego artykułu dobrze oddaje zalety i rolę sił morskich. Jest poniekąd kontynuacją poprzedniego wpisu i pośrednią odpowiedzią na tezy zawarte w komentowanym na forach artykule Korweta Gawron a strategia obronna RP:

Według Mahana, siły morskie często okazują się być “bardziej ciche niż szczęk oręża” i równie wpływowe jak ciche.

Mahan sformułował tezę powszechnie odrzucaną w debatach o strategii militarnej:
a mianowicie, że siły morskie mają szczególne znaczenie w czasach pokoju. W jego przekonaniu, szczególna cecha mobilności floty powoduje, że może być ona wysłana gdziekolwiek, kiedykolwiek, pozostając na miejscu, a pożądany efekt uzyskuje się pośrednio dopiero po pewnym czasie.

Tak więc marynarka wojenna w czasach pokoju, bardziej niż jakikolwiek inny rodzaj sił zbrojnych służy jako siła prewencyjna, która może zaoferować wsparcie przyjaciołom lub pomóc uzyskać ich wsparcie, jak również wyperswadować państwom bez floty pomysł budowania takowej.

Do realizacji powyższej polityki siły nawodne są niezbędne. Konieczna jest widoczna obecność wywierająca na oponenta psychologiczną presję. Nie zapewni tego żaden NDR. Co więcej, w tym wypadku powiedzenie “duże jest piękne” wydaje się być bardziej właściwe. Po prostu duży okręt robi większe wrażenie niż mały, a stal do jego budowy nie jest aż tak droga. Jest to naturalne nawiązanie do pojawiającego się ostatnio zdania o “za dużym okręcie na Bałtyk”. Stwierdzenie jest chwytliwe, zamykające dyskusję i nie wymagające od mówcy sprecyzowania znaczenia. Co więc rozumiemy przez to, że okręt jest “za duży”? Widzę cztery aspekty – wymiary, koszt, siłę uzbrojenia i niezdolność do przetrwania na danym akwenie. Przyjrzyjmy się im bliżej.

  • Wymiary – są określane bądź w metrach, bądź jako wyporność w tonach. Nie sądzę, by to był problem. Nawiasem mówiąc, korweta o wyporności 2.000 ton znajduje się na górnej półce “drobnoustrojów”, a więc jest to okręt mały. Wielkość okrętu pozwala na uzyskanie pożądanej dzielności morskiej, innymi słowy możliwości do działania na wzburzonym morzu. Jeśli dodatkowo okręt ma być zdolny do działań lotniczych, 1.500- 2.000 ton stanie się raczej niezbędnym minimum (zakładając klasyczną konstrukcję wypornościową, jednokadłubową).
  • Koszt – im większy okręt, tym większy ładunek przenoszonego uzbrojenia, sensorów i systemów C2. Możliwości okrętu ze wzrostem wielkości rosną szybciej niż jego cena. Stąd naturalna tendencja do budowy coraz większych okrętów. Trzeba sobie jednak powiedzieć, że główne czynniki tworzące koszt to uzbrojenie, elektronika, prędkość, odporność na ciosy i ograniczenie sygnatur. Ale nie wielkość okrętu. Czy gdyby Gawron kosztował 90-100 mln PLN, czyli mniej więcej tyle, za ile sprzedano Hirtę, to dalej byśmy twierdzili, że Gawron jest za duży? A są to jednostki porównywalnej wielkości. Tu mój komentarz – decyzja o zakończeniu projektu ma swoje racje, ale nie te, które wymieniono w uzasadnieniu.
  • Siła uzbrojenia – to efekt optymalizacji relacji możliwości/koszt. Jeżeli nie narzuci się odgórnie dyscypliny co do wymagań taktyczno-technicznych, okręt będzie w sposób naturalny coraz potężniejszy. I tu dotykamy po raz pierwszy rzeczywistego problemu Gawrona. Próbowano w kadłub korwety wcisnąć możliwości bardziej przystające do fregaty. Kwestia na ile Polska potrzebuje fregat, może rzeczywiście być dyskusyjna.
  • Niezdolność do przetrwania na danym akwenie – i w rezultacie niemożliwość wykonywania przypisanych zadań. Pojawienie się kolejno lotnictwa morskiego, rakiet przeciw-okrętowych czy broni jądrowej powodowało za każdym razem podniesienie argumentu o małej przeżywalności okrętów nawodnych wobec wymienionych zagrożeń. Zwłaszcza na zamkniętym akwenie, takim jak Bałtyk. W rzeczywistości jesteśmy świadkami odwiecznego wyścigu technologicznego w pojedynku środków ataku i obrony. W latach 70-tych popularnym tematem były lotniskowce zwane przez ich przeciwników “sitting ducks”. Eskorta była w stanie obronić je przed atakiem rakietowym, ale problemem była zbyt duża liczba rakiet przenikających obronę, tak zwanych “leakers” oraz ataki saturacyjne. Najpierw powstał New Threat Upgrade a wraz z pojawieniem się Aegis, problem został w dużej mierze opanowany, ale wciąż zaskakująca była liczba niewykrytych rakiet. Wymyślono więc Cooperative Engagement Capability, znacząco podnoszące prawdopodobieństwo wykrycia i śledzenia celów. I tak wyścig o prymat pomiędzy armatą i pancerzem trwa nadal. Co więcej, okręty nawodne zyskały znaczne możliwości ofensywne. Dzięki rakietom Tomahawk są w stanie bezpośrednio zagrozić lotniskom, z których operuje lotnictwo. Jako prowokację intelektualną stawiam zakład, że para Arleigh Burke i Zumwalt skutecznie stawi czoło całemu lotnictwu polskiemu. Czy takie okręty są za duże? Z pewnością będą mogły zawinąć tylko do niektórych portów, ale nie o tym mowa. Są za duże, bo za drogie – to jest prawdą. Co można uczynić aby okręty nawodne były osiągalne finansowo a jednocześnie zdolne do przeżycia na zamkniętym akwenie? Zbudować większą liczbę prostszych okrętów. Każdy kto grał w “okręty” na kartce papieru szybko odkrywa, że czas jest kluczem. Wykryć “czteromasztowca” i zatopić go to jedno, ale wstrzelić się w cztery “jednomasztowce” zanim przeciwnik zrobi to samo z tobą, to zupełnie inna historia. Innymi słowy, rozłożenie ryzyka dzięki złożoności efektywnego rozpoznania bywa równie skuteczne jak aktywna obrona.

Obawiam się, że nie uniknę trudnego tematu okrętów podwodnych. Trudno ich nie doceniać, bo to potężne ale i bardzo kosztowne narzędzie. No właśnie, tylko narzędzie do czego? Okręty podwodne spiszą się świetnie w przypadku otwartej wojny, ale marynarka wojenna w naszym położeniu geostrategicznym będzie miała wówczas drugorzędne znaczenie. Stajemy więc wobec decyzji o dużych inwestycjach w na pobocznym kierunku. Wracając zaś do otwierającego tekst cytatu, flota demonstruje swoją wartość w czasie pokoju, kiedy to potrzebuje o wiele bardziej sił nawodnych. Przy ograniczonych środkach powstaje silny konflikt interesów, mało zrozumiały dla marynarzy (przecież potrzebujemy jednego i drugiego!), a podkreślony przez historycznie uzasadnione lęki i niejasność koncepcji. Brak nam tradycji używania sił zbrojnych do wspierania racji stanu i nie odkryliśmy jeszcze, że flota jest najtańszym i najmniej ryzykownym sposobem na to. A szkoda.

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)