Jun 252012
 

Okręt Obrony Wybrzeża chyba wszystkim sprawia pewien kłopot poprzez swoją enigmatyczną definicję, którą odczytywać można tylko poprzez rozważania semantyczne swojej nazwy. Pozytywnym aspektem jest to, że nazywając rzecz w ten sposób, mówimy więcej do czego służy niż jakie posiada zdolności. Sir Julian Corbett w swoich rozważaniach na temat kompozycji floty zauważył:

We wszystkich epokach wojny na morzu, okręty wojenne wykazywały tendencję do grupowania się w klasy zgodnie z podstawową funkcją, do wykonywania której dana klasa została zaprojektowana.

Powstaje więc pytanie, czy obrona wybrzeża jest rzeczywiście uzgodnioną funkcją jaką okręt ma wykonywać? Odpowiedź na to pytanie jest ważna, bo bez niej ryzykujemy wpadnięcie w pułapkę floty bez struktury, czyli okrętów maksymalizujących swoje zdolności bojowe we wszystkich obszarach. To zaś może się skończyć powtórką z Gawrona. Zacznijmy od tego, że zaprezentowana wizja modernizacji Marynarki Wojennej pokrywa się z ogólnym kierunkiem wyznaczanym przez BBN:

Istotę nowego modelu transformacji NATO, jaki w wyniku tego wyzwania zaczyna się kształtować, można sprowadzić do frazy: „najpierw dom (home first)”. Jeśli NATO chce mieć swobodę operowania poza obszarem traktatowym, najpierw musi zapewnić poczucie bezpieczeństwa państw członkowskich na swoim terytorium. Wszystkich państw. Bo niektóre takie poczucie już dziś mają. Ale duża część członków NATO nie.

Wracając do Corbetta, uważał on, że istotą wojny na morzu jest uzyskanie kontroli nad szlakami komunikacyjnymi i prawa do przejścia morzem. Strategia jest nazywana ofensywną jeśli dąży do uzyskania kontroli dla nas, a defensywną, jeśli dąży do zaprzeczenia posiadania jej przez przeciwnika. I to jest prawdopodobnie sposób widzenia rzeczy przez Marynarkę Wojenną, ale niekoniecznie przez Sztab Generalny, zorientowany bardziej na kontynentalne położenia kraju i lądowy charakter toczonych w przeszłości wojen. Dla Sztabu Generalnego koncepcja Jeune Ecole, obrony z użyciem ówczesnej broni asymetrycznej jaką była torpeda może być bardziej przemawiająca. Aby jednak lepiej zrozumieć przyczyny centralnej pozycji szlaków komunikacyjnych u Corbetta, warto sięgnąć głębiej:

To ignoruje fakt, że bitwy są tylko środkiem pozwalającym nam uczynić to, co rzeczywiście prowadzi do zakończenia wojny, a mianowicie wytworzyć presję na obywateli i ich życie jako społeczeństwa.

Kontrola nad liniami komunikacyjnymi pozwala wpływać na kondycję ekonomiczną przeciwnika, a nawet zagrozić stanowi finansów jego państwa. Blokada była popularną formą walki przez wieki. Trwa to jednak długo, aby przyniosło rezultat, jak w przypadku blokady Niemiec w czasie I wojny światowej, czy amerykańskiej ofensywy podwodnej wobec Japonii w czasie II wojny światowej.
Nawiasem mówiąc, uczestnictwo Polski w obronie globalnego handlu morskiego byłoby wielce wskazane, ale byłaby to domena bardziej MSZ niż MON i nie jest w centrum uwagi aktualnego planu modernizacji. Chociaż trzy patrolowce mogą zostać w tym celu użyte i zasiać ziarno nowej doktryny. W kontekście Bałtyku, działania na liniach komunikacyjnych mogą być dotkliwe i kosztowne zarówno dla nas jak i potencjalnych oponentów, ale wobec kontynentalnego położenia raczej nie będą decydować o wyniku konfliktu.

Pozostaje więc prawo przejścia morzem dla działań połączonych sił zbrojnych. Stronie słabszej, która zapewne nie posiada trwałego panowania na morzu, dla tego typu operacji wystarczy czasowa i lokalna kontrola nad trasą przejścia. Przykładem może być ryzykowna, lecz zakończona sukcesem dla Niemców, inwazja na Norwegię, czy też przejście przez kanał La Manche w 1942 roku, ciężkich okrętów niemieckich Scharnhorst i Gneisenau. Sir Julian Corbett wymienia kilka sposobów na uzyskanie takiego efektu:

  • akcje defensywne, niekoniecznie w pełni zakończone sukcesem (powstrzymanie)
  • zmuszenie przeciwnika do skoncentrowania wysiłków w innym miejscu (dywersja)
  • uzyskanie lokalnej przewagi przez koncentrację,
  • blokadę przeciwnika w porcie.

Przeciwdziałanie inwazji według Corbetta wymaga posiadania przewagi na morzu. W przypadku jej braku pozostaje kontratak, bo jak twierdził – obrona składa się z serii ofensywnych działań taktycznych. Koło się więc zamyka. Wracając do pytania początkowego o to, czy obrona wybrzeża jest właściwą funkcją i nazwą dla proponowanej klasy okrętów? Podstawową rolą okrętu dla wykonywania powyższych zadań wydaje się być zwalczanie celów nawodnych i nadbrzeżnych za pomocą rakiet przeciw-okrętowych i artylerii oraz ograniczanie swobody ruchu przeciwnika za pomocą min. Okręt może również wypełniać zadania osłony bezpośredniej transportu. Ciekawe, w czasach Sir Juliana okrętem spełniającym powyższe role był najpierw torpedowiec a potem niszczyciel. Współczesny odpowiednik takiej definicji możemy znaleźć w podsumowaniu argumentacji Wayne’a Hughes’a na InformationDissemination:

Ogólnie rzecz biorąc przewidujemy pojedyncze małe jednostki bojowe około 600 ton, przenoszące mniej więcej 8 rakiet przeciw-okrętowych, opierające swoje przetrwanie na wprowadzaniu w błąd przeciwnika, obronie pasywnej i liczebności jednostek, które to jednostki będą wspierane przez statki powietrzne załogowe lub autonomiczne wykonujące funkcje taktycznego rozpoznania.

Rosnąca uniwersalność i wszechstronność niszczycieli spowodowała gwałtowny wzrost ich wielkości i kosztów. Jeśli chcemy wyznaczyć temu wzrostowi jakiś kres, modułowość i systemy autonomiczne są dobrą drogą do tego. Ale aby te cechy móc w pełni wykorzystać, potrzebna jest większa liczba jednostek. Czy warto więc połączyć w jedną klasę trzy patrolowce i trzy okręty obrony wybrzeża? Powstałby w ten sposób okręt łączący w sobie idee SeaLance i Gunfire Support Ship autorstwa wspomnianego wyżej Wayne’a Hughes’a. I czy Gawron nie mógłby być testem koncepcji?

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)