Nov 252012
 

Historia nie daje nam odpowiedzi na pytanie o przyszłość, raczej uczy pokory będąc jedynym dostępnym miernikiem rozdźwięku pomiędzy założeniami a rzeczywistym przebiegiem wydarzeń. Pasjonujące jest wniknąć w motywy decyzji głównych aktorów dawnych wydarzeń i skonfrontować je z rzeczywistym efektem. To pozwala spojrzeć z dystansem na własne decyzje podejmowane dzisiaj w obliczu nieznanej przyszłości. Z tego punktu widzenia książka Naval Warfare in the English Channel 1939-1945  jest bardzo interesująca.Tym bardziej, że dotyczy wód przybrzeżnych i wynikających z tego faktu interakcji pomiędzy różnymi rodzajami sił zbrojnych, ograniczonej przestrzeni i skróconego czasu reakcji. Jest to według autora obszar w dalszym ciągu niezgłębiony:

Pomimo, wydawałoby się oczywistej wagi dla dobrobytu narodów, ten obszar walki na morzu jak dotąd jest mało znany. Wojna pomiędzy kutrem torpedowym i konwojem, niszczycielem i bombowcem nurkującym, jeszcze bardziej niebezpieczna z powodu wszechobecnego zagrożenia minami i okrętami podwodnymi, pozostaje w dużej mierze niezapisana.

W dalszym ciągu zamieszczam kilka refleksji, przychodzących na myśl w miarę lektury.

W wyniku zagrożenia minowego i ataków lotniczych, na obszarze kanału La Manche i wód przyległych operowały praktycznie tylko lekkie siły nawodne. Z ciężkich okrętów ostał się stary pancernik Revenge. Straty wśród lekkich sił nawodnych były duże, a jako odsetek całości zaangażowanych sił jeszcze większe. Relacja uczestnika tych wydarzeń ujmuje kwestię zwięźle:

Powiedziałbym, że 1-sza flotylla niszczycieli widziała więcej akcji na krótkim dystansie niż większość innych okrętów Royal Navy. Można było założyć, że będziemy bombardowani lub atakowani przez kutry torpedowe sześć razy na dziesięć.

Długotrwały konflikt jest walką na wyniszczenie. Biorąc pod uwagę koszty i liczebność współczesnych flot, trudno sobie nie zadać pytania o to, czy w ogóle w przyszłości jest możliwy przeciągający się w czasie konflikt obliczony na wyczerpanie zasobów. Chociaż operacje lądowe jak Irak czy Afganistan raczej potwierdzają, że tak. Głównymi aktorami walk na wodach przyległych do kanału La Manche były stare niszczyciele rodem z I wojny światowej, co stawia ponownie odwieczne pytanie, gdzie leży właściwa równowaga pomiędzy ilością i jakością. I jak zapewnić ilość wobec braku odpowiedniego zaplecza stoczniowego. Ogromną rolę w odpowiedzi na te pytania odgrywa sama Marynarka Wojenna, która może stymulować rozwój zaplecza poprzez odpowiednie planowanie struktury floty, pozwalającej przemysłowi na zdobywanie kompetencji ale i zapewniającej długoterminową dochodowość poprzez powtarzalne zamówienia. Z tego punktu widzenia planowane okręty patrolowe mają większe znaczenie niż ich możliwości bojowe.

Najbardziej efektywne i cenione okazały się nie najsilniejsze niszczyciele floty lecz eskortowce klasy Hunt, głównie dzięki swojej uniwersalnej artylerii. Pomimo wszelkich podejmowanych wysiłków i licznych projektów, Royal Navy nie wypracowała w czasie wojny uniwersalnej artylerii średniego kalibru na wzór amerykańskich 5″/38 i armaty 4″ pozostały najskuteczniejszą bronią. Typowym przeciwnikiem jednostek Hunt obok Luftwaffe były Schnellboote, które najbardziej się obawiały nie brytyjskich MTB, ale artylerii głównej niszczycieli. Według autora książki, niemieckie jednostki były groźniejsze niż ich brytyjskie odpowiedniki. Główny powód autor upatruje w mniejszej wielkości, a więc i dzielności morskiej oraz zawodnemu silnikowi benzynowemu. D.K. Brown w Nelson to Vanguard twierdzi, że ich wyniki były lepsze niż innych klas okrętów, ale poniesione koszty na infrastrukturę stawiają ten sukces pod znakiem zapytania. Potwierdza również znaczący wzrost wyporności jednostek brytyjskich w trakcie wojny, ale to powodowało jeszcze większe problemy z jednostką napędową. Brytyjczykom w czasie wojny nie udało się opracować wydajnych silników diesla i pozostawali w tyle za Amerykanami czy Niemcami.

Wbrew przewidywaniom, udało się w miarę skutecznie zneutralizować zagrożenie ze strony okrętów podwodnych, natomiast miny pozostały śmiertelną bronią przez cały okres trwania wojny. Lotnictwo, głownie Ju-87 Stuka zebrały obfite żniwo, zwłaszcza wobec odmiennych priorytetów RAF. Zagrożenie osłabło zimą 1940/41, gdyż ograniczone zasoby zmusiły Niemcy do przerzucenia większość jednostek na planowany front wschodni. Niedostateczne wsparcie ze strony RAF przewija się przez całą książkę i autor wystawia RAF-owi druzgocącą opinię. Poniższy cytat dotyczy operacji przejścia ciężkich okrętów nawodnych Kriegsmarine (Scharnhorst, Gneisenau, Prinz Eugen) z portu w Breście do Niemiec w 1942 roku:

Jeden fakt wyróżnia się spośród wszystkich innych: Niemcy woleli stanąć oko w oko ze wszystkim co RAF mógłby rzucić przeciwko nim, aniżeli ryzykować długie przejście morzem przez Północny Atlantyk.

Podobnie rozpaczliwą próbą był atak samolotów Swordfish z Fleet Air Arm bez jakiejkolwiek osłony myśliwców. Utrata prawie całej 825-tej eskadry była gorzkim ciosem. Fakt, że od tych heroicznych, młodych ludzi oczekiwano zaatakowania krążowników liniowych starymi dwupłatowcami w trakcie trzeciego roku wojny był skandalem pośród wielu skandali.

Lotnictwo słusznie jest uważane za niezwykle groźny środek ataku na wodach zamkniętych. Jednak potencjalne możliwości rozbiegają się z rzeczywistym efektem. Jest paradoksem, że potęga kontynentalna, jaką były Niemcy potrafiła zorganizować lepsze wsparcie lotnictwa dla marynarki aniżeli uczyniła to Wielka Brytania, będąc potęgą morską. Jest to godne podkreślenia zwłaszcza, że Royal Navy bardziej od możliwości szturmowych lotnictwa, oczekiwała osłony z powietrza przed atakami Luftwaffe.

Interesującym szczegółem, wynikającym ze skondensowanej przestrzeni było użycie przez Niemców ciężkiej artylerii nadbrzeżnej do ostrzeliwania przybrzeżnych konwojów po stronie brytyjskiej. Były one kierowane radarem, stąd taktyka konwojów nocnych nie dała spodziewanych efektów. Broń okazała się raczej nieskuteczna za wyjątkiem sporego efektu psychologicznego, gdyż załogi statków w konwojach najpierw dostrzegały wybuch pocisków a dopiero potem słyszały ich dźwięk w trakcie lotu. Co prawda nie mamy dzisiaj armat 15″ czy nawet 11″ calowych, ale postępy w zwiększaniu zasięgu i celności artylerii są imponujące.

Operacja ostrzelania wybrzeży w okolicach Cherbourga przez Revenge pokazuje kilka ciekawych aspektów. Po pierwsze z lektury książki wynika, iż pomimo tym razem dobrej współpracy z RAF-em, okręty nie miały pełnej osłony lotniczej. Zamiast tego RAF zorganizował akcję dywersyjną bombardowania wybrzeża w ten sposób, aby eksplozje pocisków 15″ z Revenge wyglądały na wybuchy bomb. To się udało, ale powstaje pytanie, jak to się stało, że konwoje i ruch okrętów były śledzone rzez radary Freya, ale przejście morzem Revenge z eskortą pozostało niezauważone? Książka nie daje odpowiedzi na to pytanie, co może być potwierdzeniem mądrości mówiącej, że technologia rozwiązuje tyle samo starych problemów co przynosi ze sobą nowych.

Cała historia przywodzi mi na myśl całkiem współczesną analogię. W latach 60-tych nowoczesne wówczas rakietowe systemy obrony przeciwlotniczej Terrier miały, jeśli dobrze pamiętam niezawodność i dostępność na poziomie rzędu 60%. Pomimo tak słabego wyniku, wynikającego z nowatorskich wówczas technologii, system był w służbie, bo nie było nic innego i lepszego. To oznaczało, że jakikolwiek dłuższy konflikt powinien się zakończyć fatalnie dla zespołów floty. Tak powinno być, chyba że … środki napadu powietrznego miały podobną niezawodność lub raczej zawodność. Wówczas przestrzeń dla przypadku czy zwykłego szczęścia odgrywającego wielką i niedocenianą rolę na wojnie pozostaje olbrzymia. Natomiast planowanie operacji w oparciu o obietnice, które oferuje technologia w oderwaniu od praktyki jest zaproszeniem do porażki.

Aspektem często przewijającym się na stronach książki, choć mało “bojowym” była propaganda. Tradycyjny wizerunek rzetelności BBC legnie w gruzach po lekturze. Triumfalizm i nieznajomość tematyki dominowały urągając inteligencji i bezpośrednim doświadczeniom uczestników akcji. Trudno jest walczyć mając gorycz w ustach.

Książka jest napisana z pasją i zawiera wiele relacji bezpośrednich uczestników wydarzeń. Z pewnością godna polecenia każdemu, kto zadaje sobie pytanie jak może wyglądać ewentualny przyszły konflikt morski na Bałtyku.

  2 Responses to “Naval Warfare in the English Channel 1939-1945”

  1. “ale postępy w zwiększaniu zasięgu i celności artylerii są imponujące.”
    Już dzisiaj dostępna amunicja do dział okrętowych ma zasięg większy lub porównywalny z najbardziej rozpowszechnionymi typami pocisków przeciwokrętowych, a ma możliwości jeszcze większe.
    Nawet posiadając naprowadzaną o mniejszym zasięgu można wykorzystać lądowe haubice do zwalczania okrętów nawodnych. Po wyczerpaniu przez nie pocisków przeciwokrętowych mogących też zostać wykorzystanych do ataku na cele lądowe pozostanie im możliwość tego, tylko za pomocą głównej artylerii, ale wtedy same będą musiały wejść w zasięg lądowej (jeżeli obrońcy posiadają amunicję o podobnym zasięgu).

    • Zaletą artylerii zawsze był większy magazyn amunicji w porównaniu z rakietami przeciw-okrętowymi. 8 rakiet to góra dwie salwy, zdolne nasycić nawet relatywnie prostą obronę przeciwlotniczą opartą o RAM i środki pasywne. Inną sprawą może być to, że okręty operujące na wodach przybrzeżnych przez większość czasu będą w zasięgu artylerii nadbrzeżnej, a więc nie tyle będą w ten zasięg wchodzić co raczej rzadko wychodzić.

      Pozdrawiam,

      Przemek

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)