Feb 172013
 

Czas oczekiwanego przełomu opublikowany w lutowym wydaniu Przeglądu Morskiego kryje w sobie chyba więcej treści aniżeli wydaje się to na pierwszy rzut oka. Przesłanie Pana Admirała dobrze jest czytać w kontekście innych informacji i wypowiedzi z ostatnich tygodni. Przede wszystkim jest to chyba pierwsza tak szeroka i oficjalna wypowiedź Marynarki Wojennej i choćby z tego powodu zasługuje na wnikliwą lekturę. Na wstępie padają słowa mogące stanowić zręb sensu istnienia floty oraz zarys podstaw doktrynalnych, które warto zacytować w całości i zwrócić uwagę na kolejność używania argumentów (podkreślenia są moje):

(…) wyłania się problem współodpowiedzialności Polski jako państwa morskiego, członka wspólnoty europejskiej oraz największego sojuszu państw morskich. Państwo polskie jest zobowiązane do posiadania skutecznych sił morskich. Warto podkreślić, że polska flota wojenna jest jedynym podmiotem polskiej polityki morskiej, który jest uprawniony do zbrojnego przeciwdziałania próbom naruszenia polskich obszarów morskich, strefy odpowiedzialności sojuszniczej, ochrony żeglugi oraz interesów gospodarczych na oddalonych akwenach morskich. Marynarka Wojenna RP ma obowiązek obrony polskiego wybrzeża w połączonej operacji obronnej i powinna dysponować potencjałem wystarczającym do odstraszania wrogich sił, które chciałyby podjąć próbę naruszenia ustalonych zasad współistnienia europejskiego.

Polska nie funkcjonuje w politycznej, ekonomicznej, geograficznej i militarnej próżni. Spośród trzech powodów prowadzenia wojny, wymienionych przez Tukidydesa jakimi są obawa, korzyść i honor, być może obawa w naszym kraju ma racje dla dominacji, ale korzyść i aspiracje na arenie międzynarodowej nabierają na znaczeniu. W końcu w Afganistanie i Iraku nie broniliśmy integralności politycznej i granic naszego Państwa? Zalety posiadania floty w czasach pokoju i kryzysu są w naszym położeniu równie wielkie jak nie większe niż w czasie wojny, ale czekają wciąż na swoje odkrycie.

Novum w przesłaniu stanowi funkcja odstraszania, dość niezwykła dla niewielkich flot i rodząca pytania teoretyczne na ile jest ona możliwa w tym przypadku. Profesor James Holmes poniższe słowa odnosi do sytuacji w Azji, ale są one uniwersalne:

Oto mamy przed sobą teoretyczny sposób patrzenia na problem odstraszania. Pisząc pół wieku temu, Henry Kissinger przedstawiał odstraszanie jako wynik działania trzech zmiennych: możliwości, co oznacza możliwą do użycia fizyczną moc; zdecydowanie, oznaczające wolę przywódców do użycia tej mocy; oraz przekonanie, oznaczające stopień do jakiego przeciwnik bierze nasza zdolności odstraszające na serio. Jeśli którakolwiek z tych trzech zmiennych równa się zeru, zwykła arytmetyka mówi, że wartość odstraszanie wynosi zero.

Czy odstraszanie to opcja możliwa dla małej floty?

Czy odstraszanie to opcja możliwa dla małej floty?

Potwierdzenie koncepcji odstraszania znajdujemy w enigmatycznym opisie przyszłych okrętów podwodnych Orka, mówiącym o zdolności okrętu do zwalczania celów lądowych i długotrwałego przebywania pod wodą. Słowa należy odczytywać zwłaszcza w kontekście informacji o intencjach zakupu JASSM dla polskich F-16. Minister Siemoniak w wywiadzie dla Gazety Wyborczej otwarcie potwierdza obranie takiej drogi.

Korzyścią posiadania zdolności odstraszających dla Marynarki Wojennej jest polityczne poparcie dla projektu budowy okrętów podwodnych i prawdopodobnie stabilne finansowanie. Z drugiej strony, okręty stają się zasobem strategicznym państwa. Jeśli raptem kilka pocisków konwencjonalnych ma stanowić o zmianie postawy potencjalnego przeciwnika, to obrane cele muszą mieć wysoką wartość militarną i polityczną. To może jednak prowadzić do destabilizacji sytuacji politycznej lub eskalacji, a więc decyzja o użyciu okrętów podwodnych będzie podejmowana na najwyższych szczeblach. Dostępność tych okrętów dla innych zadań operacyjnych marynarki znacznie zmaleje, zwłaszcza że ma morzu jednocześnie nie można się spodziewać więcej jak 1-2 jednostek. Najwygodniejszym rozwiązaniem byłoby posiadanie pocisków o zasięgu poniżej 300 km, ale wersje rakiet przeciw-okrętowych, nawet jeśli posiadają zdolność do ataku celów lądowych, należą raczej do kategorii 150-200 km. Tylko czy jest to zasięg satysfakcjonujący? Oczywiście wszelkie spekulacje na ten temat pocisków o zasięgu >300 km mają sens pod warunkiem zgody państw dysponujących taką technologią na jej transfer do Polski, co było przedmiotem dyskusji na forach internetowych. Zarówno w przypadku Stanów Zjednoczonych (Tomahawk) jak i Francji (Scalp Navale) wkraczamy w delikatna sferę stosunków tych państw z Federacja Rosyjską.

Opis Okrętu Obrony Wybrzeża przynosi zmianę akcentów, podobnie jak powyżej, tkwiącą również w kolejności prezentowanych argumentów.

Pod tajemniczo brzmiącą nazwą okrętu obrony wybrzeża „Miecznik” kryje się jednostka wielozadaniowa, dzięki której możliwe będzie skuteczne przeciwdziałanie zagrożeniom na wodach przybrzeżnych. Będzie ona także mogła wykonywać zadania na wodach otwartych w składzie sojuszniczych zespołów zadaniowych. Nie da się uniknąć skojarzeń zadań tego okrętu z tymi określonymi dla tradycyjnej korwety wielozadaniowej, ale różnice będą się odnosić zarówno do priorytetów zadaniowych, jak i wyposażenia „Miecznika”. Planuje się, że na pierwszym okręcie tej klasy bandera zostanie podniesiona w roku 2017.

Idealny Okręt Obrony Wybrzeża słabo nadaje się do sojuszniczych grup zadaniowych

Powyższy opis nabiera znaczenia w świetle ostatnich ćwiczeń przeprowadzanych przez Marynarkę Wojenną. Tematy dominujące to ochrona transportu morskiego, przeciwdziałanie blokadzie i desantowi na własne wybrzeże. Jakie zagrożenia będą dominujące w takich operacjach? Blokada morska i desant z morza to domena przede wszystkim okrętów nawodnych, stąd wniosek, że rakiety przeciw-okrętowe, artyleria i miny to potencjalnie główny arsenał Okrętów Obrony Wybrzeża. Na zasadzie symetrii, jednostki powinny posiadać możliwość obrony przed użyciem przez przeciwnika podobnych środków ataku. Jako minimum niezbędne wydają się być obrona bezpośrednia przed rakietami manewrującymi oraz zdolność do wykrycia i unikania min, bez konieczności ich zwalczania.

Idea Okrętu Obrony Wybrzeża jest w zgodzie z twierdzeniem Sir Juliana Corbetta powtarzającego za Carlem von Clausewitzem, że prawdziwa obrona oznacza oczekiwanie na szanse do ataku. Jeśli strona posiadająca przewagę nie zdoła uzyskać rozstrzygnięcia w kwestii panowania na morzu, daje to stronie słabszej szanse na przeciwdziałanie, w tym osłonę morskich linii komunikacyjnych. Jest to więc okręt do kontestowania panowania na morzu przez przeciwnika. W przypadku eskortowania ważnych jednostek, torpeda czy mina są o wiele groźniejsze od rakiet. Ataki na tankowce w Zatoce Perskiej w latach 80-tych zademonstrowały niezwykłą odporność współczesnych, dużych statków handlowych na ataki z powietrza z użyciem rakiet przeciw-okrętowych. Posiadanie zdolności zwalczania okrętów podwodnych wysuwa się więc na czoło w zadaniach eskortowych.

Czym to zatopić?

Czym to zatopić?

Uczestnictwo w sojuszniczych zespołach zadaniowych wymaga posiadania przed jakimikolwiek zdolnościami bojowymi dzielności morskiej, autonomiczności i systemów łączności. Spośród zdolności bojowych możliwość prowadzenia operacji lotniczych z użyciem śmigłowca czy dronów będzie istotna. W tym momencie pojawia się moim zdaniem podstawowy problem z definicją Okrętu Obrony Wybrzeża a mianowicie to, że wymienione wymagania prowadzą do niestabilnej koncepcji. Przykład OHP, LCS czy Venatora skłaniają do przyjęcia, że wymienione wymagania prowadzą do okrętu w klasie 3.000 ton. To grozi z kolei pokusą zbudowania fregaty, czyli okrętu koncepcyjnie przeznaczonego do działań na liniach komunikacyjnych, co zakłada jeśli nie posiadanie panowania na morzu to przynajmniej braku rozstrzygnięcia tej kwestii i jest w opozycji do koncepcji okrętu kontestującego silniejszego przeciwnika. Ponadto okręt wielkości fregaty w niewielkiej flocie jak nasza stanie się automatycznie “capital ship” i będzie prawdopodobnie przedmiotem nieustającej krytyki, że jest niedozbrojony. Rozwiązaniem stosowanym przez długi czas w Royal Navy było administracyjne narzucenie limitu na wielkość okrętu, co przy wymaganej autonomiczności i zasięgu ogranicza naturalnie ładunek użyteczny, czyli uzbrojenie i związaną z nim załogę. Przyjęcie niekonwencjonalnej formy kadłuba mogłoby pomóc, ale wątpię czy marynarka wojenna zdecyduje się na takie ryzyko.

Naval Task Force - od najmniejszego do największego

Naval Task Force – od najmniejszego do największego

Definicja okrętu patrolowego jest być może najmniej lakoniczna i nie sprawiająca kłopotów koncepcyjnych. Okręt dobrze się wpisuje w ideę współodpowiedzialności Polski za bezpieczeństwo na morzach jeśli nie świata to przynajmniej Europy, której jesteśmy częścią z własnego wyboru. Jest to bardzo ekonomiczny sposób prowadzenia polityki zagranicznej i dyplomacji morskiej:

Okręt patrolowy z funkcją zwalczania min pk. „Czapla” będzie nowym typem jednostki w naszej marynarce. Wpisuje się on w nowoczesne trendy rozwojowe flot europejskich do zwiększania zdolności operacyjnych jednostek tej klasy przez ich doposażenie w tak zwane moduły mi- sji. Oprócz przeznaczonego specjalnie dla „Czapli” modułu do zwalczania min, okręt będzie mógł przenosić moduły rozpoznawcze, hydrogra- ficzne czy też przewidziane do zwalczania zanieczyszczeń morza. Pierwszy okręt typu Czapla wejdzie do służby w roku 2018.

Czas oczekiwanego przełomu jest przekazem ostrożnego optymizmu. Powyższe spekulacją są być może tylko moją fantazją, ale pozwalają na przekonanie, że Marynarka Wojenna ma w końcu swoją wizję i plan zaakceptowany przez polityków a wiec w miarę realny. Opisy okrętów są lapidarne ale wskazują na zaawansowanie prac koncepcyjnych. Realizacja może być trudna i bolesna, jak pokazuje choćby artykuł Maksymiliana Dury w NTW o procedurze przetargowej na autonomiczne pojazdy podwodne. Budowa zaplecza przemysłowego mającego wspierać również powoli posuwa się do przodu. Należy sobie tylko życzyć konsekwencji w tak ogromnym i długotrwałym przedsięwzięciu.

 

  3 Responses to ““Czas oczekiwanego przełomu” – czytając między wierszami”

  1. Moim zdaniem na pociski manewrujące z prawdziwego zdarzenia (czyli o b. dużym zasięgu) dla op nie ma co liczyć ponieważ państwa od których można by było je kupić mają swoje interesy z Rosją i nie będą sobie ich psuć sprzedażą dla graniczącego z nią naszego kraju.
    Znacznie bardziej możliwe jest pozyskanie ich o mniejszym zasięgu, bazujących na pociskach przeciwokrętowych. W tym przypadku prawdopodobnie nawet nie trzeba by było wprowadzać kolejnego typu pocisku i komplikować logistyki, ponieważ mógłby nim być NSM, które już posiadamy
    http://www.janes.com/products/janes/defence-security-report.aspx?id=1065975498. Pytanie tylko czy mając w zasięgu wyłącznie Petersburg da to efekt wystarczający.
    Niezależnie od zasięgu pocisku manewrującego do odstraszania musi on mieć głowicę specjalną. Kilka pocisków z głowicami konwencjonalnymi dużych strat nie narobi, więc nie spełnią one wtedy swojej roli.

  2. Panie Przemku

    Coś nie tak z moim poprzednim komentarzem? Miało być “viribus unitis”, jak pamiętam pierwszy wpis na blogu…

    • Panie Krzysztofie,

      Mam nadzieję, że odpowiadam na właściwy komentarz, bo coś się porobiło z moim mailem. Pociski manewrujące o mniejszym zasięgu (poniżej 300km) nie wymagają zgody na “rozprzestrzenianie” ale mają zasięg do 200km (przynajmniej oficjalnie). Glowica wystarczająca do uszkodzenia okrętu może nie być odpowiednia do zwalczania celów “powierzchniowych” jakim jest np. bateria rakiet. Główny problem to zasięg. jeśli zwalczamy lądowe baterie rakiet przeciw-okrętoych to pół biedy, bo będą rozlokowane blisko wybrzeża. Gorzej w przypadku rakiet balistycznych bo będą w głębi lądu co oznacza podpłynięcie blisko brzegu. To oznacza zawężenie potencjalnego obszaru poszukiwania okrętu podwodnego, bo wiadomo gdzie musi być. Głowica specjalna oczywiście tak, tylko co mamy na myśli? Subammunition? Wariant skrajny to informacje o potencjalnym użyciu głowic nuklearnych przez marynarkę izraelską, ale to już zupełnie inna historia. Petersburg nie jest atrakcyjnym potencjalnym celem, ale te elementy, które przeciwnik używa do wywierania presji już są interesujące. Natomiast problem tylko kilku głowic jest zasadny, ale tu się chyba rozbiegają oceny efektu militarnego i politycznego. Niemniej cele marynarki powinny być podporządkowane ogólnej strategii narodowej, tylko jak na tym marynarka wyjdzie, to jeszcze nie wiadomo. Pytanie jest więc czy cena jest warta efektu.

      Pozdrawiam,

      Przemek

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)