Nov 152013
 

Co może zrobić przysłowiowy Kowalski obserwując zamieszanie wokół wymagań na okręty podwodne dla Marynarki Wojennej RP? Najprościej będzie odwołać się do zdrowego rozsądku i faktów dostępnych dla zwykłego śmiertelnika. To pozwoli sobie wyrobić własną ocenę sytuacji i krytycznie podejść do doniesień mediów.

Rozsądek każe nam zacząć od pytania czego chcemy albo jeszcze lepiej co potrzebujemy? Odpowiedź nie jest prosta bo co innego okręt podwodny dla marynarki wojennej a co innego “Polskie Kły”, czyli elementy odstraszania konwencjonalnego w postaci pocisków manewrujących ze zdolnością atakowanie celów na lądzie. Rozróżnienie jest bardzo istotne, bo okręt uzbrojony w rakiety dużego zasięgu (o tym za chwilę) będzie zasobem strategicznym przez Marynarkę Wojenną tylko administrowanym. Zadania będą wyznaczane przez Sztab Generalny albo i wyżej. Korzyść dla marynarki stoi pod znakiem znakiem zapytania. Okręt nieposiadający takich rakiet lub o krótszym zasięgu jest natomiast potężną bronią w walce na morzu, zarówno ofensywną jak i defensywną, wymuszającą na przeciwniku zaangażowania sporych sił i środków dla neutralizacji tego zagrożenia. Taki okręt jest również ważnym nabytkiem dla systemu rozpoznania (ISR). Pomiędzy tymi dwoma zastosowaniami jest pewna sprzeczność. Nikt nie będzie wysyłał okrętu spełniającego misję odstraszania w pobliże bazy morskiej przeciwnika by zbierać dane wywiadowcze. Powstaje pytanie dość paradoksalne, czy szukamy okrętu dla MW czy SG?

Gdy już przebrniemy przez dylemat wyboru co jest nam potrzebne, naturalnie rozglądamy się wokół co jest dostępne, albo czego w ogóle można chcieć? Krótki przegląd państw członkowskich NATO pokazuje, że na 28 członków, 23 ma jakiekolwiek siły morskie, 13 posiada okręty podwodne, 9 okręty podwodne z napędem klasycznym i tylko 4 z napędem AIP, niezależnym od powietrza. Aby być uczciwym, trzeba powiedzieć, że większość budowanych dzisiaj okrętów podwodnych w Europie to są jednostki z AIP.

Konwencjonalne okręty podwodne w NATO

Konwencjonalne okręty podwodne w NATO

Dominacja Niemców jest bardzo widoczna. W ciągu najbliższych lat, biorąc pod uwagę już podpisane kontrakty i okręty w budowie, jest całkiem możliwe, że blisko 2/3 konwencjonalnych okrętów podwodnych w służbie NATO będzie niemieckiego pochodzenia. Ponadto 4 jednostki hiszpańskie S80 wywodzące się ze Scorpene oraz kilkanaście typów nie rozpatrywanych jako potencjalni kandydaci w przyszłym przetargu. Nieobecność Scorpene na liście wynika z faktu, że jest to product francuski ale nie użytkowany przez Marine Nationale. Możliwość wspólnej bazy szkoleniowej i logistycznej jest więc argumentem pozatechnicznym, ale niezwykle atrakcyjnym.

Gdy już wiemy czego chcemy i co jest dostępne, czas na wybór oferty. W grę zaczynają wchodzić szczegóły. Główną cechą U212 odróżniającą go od reszty jest amagnetyczny kadłub. Cecha pożyteczna na Bałtyku gdzie zagrożenie minowe będzie wysokie a degradacja zasięgu systemów sonarowych powoduje wzrost znaczenia detektora anomalii magnetycznych (MAD) do wykrywania okrętów podwodnych, szczególnie na płytkich wodach jak Bałtyk. Minusem jest brak zintegrowanych z okrętem rakiet manewrujących. Tyle, że który je ma? Scorpene jest zintegrowany z SM 39 Exocet o zasięgu 50km a U214 z Sub Harpoon o zasięgu „powyżej 124km”. Exocet nie może być traktowany jako broń odstraszająca a Sub Harpoon jest tylko namiastką. Spekulacje na temat Scalp Naval czy też Tomahawk wyrażają tylko pewne potencjalne możliwości stwarzające problemy polityczne związane z koniecznością uzyskania zgody odpowiednich rządów jak i integracji z danym typem okrętu i związanych z tym kosztów. Pomijając fakt, że Scalp Naval jest dopiero w fazie rozwoju z planowaną datą wprowadzenia do służby w 2017 na atomowych okrętach Barracuda. Przy napiętym harmonogramie wprowadzania okrętów do służby stawia to znak zapytania nad celowością całego przedsięwzięcia. W zasięgu ręki pozostaje Sub Harpoon.

Kontrowersje związane z napędem opisuje dość dobrze i zwięźle globalsecurity.org. Scorpene i niemieckie okręty stosują odmienne rozwiązania, z których każde posiada swoje wady i zalety. Zbyt szczegółowe określenie wymagań co do napędu automatycznie wyeliminuje konkurenta i sprowadzi przetarg do sytuacji bez wyboru. W którąkolwiek stronę.

Co wybierze MON i Marynarka Wojenna, tego Kowalski nie wie, ale może mieć swoje zdanie i je „hartować” w dyskusji. Do tego potrzebny jest jednak dialog i opanowanie zbytniej podejrzliwości.

  17 Responses to “Kowalski wybiera okręt podwodny”

  1. Witam Panie Przemku,

    Myślę, że przedstawiony przez Pana dylemat: czy okręt powinien być bronią strategiczną, czy też taktyczno-operacyjną jest pozorny. Załóżmy, że jako kraj weszliśmy w posiadanie okrętów podwodnych uzbrojonych w pociski Cruise do ataków na odległe cele lądowe. Jeżeli ma to być konwencjonalna broń odstraszania, to póki spełnia swe funkcje, nie musi się martwić działaniami przeciwko nieprzyjacielowi, bo takego w czasie pokoju nie ma. Jeżeli zaś nie spełniła swojego zadania, to okręty odpalają swoje pociski (zapewne nie będzie ich więcej niż 10 na jednej jednostce) w pierwszych dniach konfliktu w wybrane zawczasu elementy wrogiej infrastruktury i dalej spełnia role zwykłego okrętu podwodnego – wszak pociski Cruise działają na zasadzie Fire and Forget. Dylemat więc naprawdę brzmi: czy okręt powinien być bronią strategiczną i taktyczno-operacyjną, czy też tylko taktyczno-operacyjną? Reszta to kwestia procedur używania okrętów, ale powiedzmy szczerze – bez odpowiednich procedur żadna broń nie będzie wykorzystywana efektywnie.

    Dziękuję, że zwrocił Pan uwagę na fakt, iż MdCN (dawniej SCALP Naval) ma przede wszystkim stanowić uzbrojenie FREMMów i Barracud. Dotąd za M. Cielmą z Dziennika Zbrojnego sądziłem, że pocisk również ma być przystosowany do wystrzelenia ze Scorpen. Ponownie przejrzałem informacje dotyczące Scorpene i MdCN na defense industry daily, naval technology i stronie DCNS – nigdzie ani słowa o kompatybilności okrętu z tym systemem uzbrojenia.

    Jak rozumiem użył Pan przykładów pocisków Exocet i Harpoon raczej w kategoriach zabawy myślowej – w końcu żaden z tych pocisków nie jest pociskiem Cruise i nie zapewni zdolności konwencjonalnego odstraszania.

    Jeśli wierzyć niedawnemu oświadczeniu Resortu Obrony, nie istnieją jeszcze wymaganania dotyczące przyszłej polskiej broni podwodnej. Niemniej na swój sposób zabawnym byłby rozwój wypadków w którym dwaj medialni faworyci przetargu: U-212 i Scorpene – odpadliby ze względu na niemożność przystosowania ich do użycia pocisków Cruise, za to wybrane zostałyby S-80 zintegrowane z pociskami Tomahawk.

    Sprzedaż pocisków dalekiego zasięgu to już zupełnie inna sprawa.

    Pozdrawiam Serdecznie!

    • Witam,

      S80 może być czarnym koniem tych zawodów, ale czy jest zintegrowany z Tomahawkiem, to nie jest dla mnie jasne. Hiszpania zrezygnowała z zakupu tych rakiet, o ile się doczytałem w internecie. Z drugiej strony S80 mają sporo technologii amerykańskiej w sobie więc jest to być może możliwe. Co do odstraszania, taki okręt samodzielnie nie może w ogóle stanowić żadnego odstraszania. Zapas amunicji (torped i rakiet) to jakieś 12 sztuk, z czego 6-8 w wyrzutniach. Nie wszystkie muszą być przystosowane do odpalenia rakiet i z pewnością co najmniej 2 będą załadowane torpedami dla samoobrony. Odstraszanie ma charakter psychologiczny. Poważny przeciwnik nie specjalnie się przestraszy salwy 4-6 pocisków, z którymi obrona plot może sobie poradzić. Natomiast może ta salwa mieć znaczenie jako wsparcie ataku lotnictwa. Ale koszt jest ogromny i osobiście mam wielkie wątpliwości. Głos zabrałem, bo publikacje mają charakter mało merytoryczny.

      Pozdrawiam,

      Przemek

  2. Usprawiedliwione domniemanie co do możliwości wyposażenia “Scorpene” w system MdCN, opiera się na użyciu tego samego typu wyrzutni i uzbrojenia, oraz systemu informacji bojowej i kierowania ogniem co na “Barracudach”. W polskiej prasie zamieszczono kilka rozmów z przedstawicielami DCNS, w których wprost była mowa o możliwości użycia tego systemu na proponowanych OP. Fakt, że MdCN w wersji dla OP nie będzie dostępny przed 2017, niczego nie zmienia – wszak nawet w optymistycznych planach MON, pierwsza nasza “Orka” ma wejść do służby dopiero 2018. Co do S80, to przypuszczać można, iż poczyniono wszelkie kroki by można było używać na nich pocisków “Tactical Tomahawk”, gdyż ich zakup, oficjalnie z powodu chwilowych oszczędności, ogłoszono za jedynie odsunięty w czasie. Według źródeł nieoficjalnych powodem rzeczywistym, jest brak zgody strony amerykańskiej na wgranie do systemu narodowej hiszpańskiej biblioteki celów. Można tu poniekąd zrozumieć zastrzeżenia Amerykanów, gdyż w przypadku Hiszpanii, na liście potencjalnych celów mogłyby znaleźć się obiekty marokańskie, czy brytyjskie. Zgadzam się, że kluczowa dla decyzji o polskim zakupie jest odpowiedź na pytanie: czy okręty mają posiadać pociski manewrujące, czy nie. Na pewno nie można za takowe uznać wersji “Harpoonów”, czy “Exocetów”, z racji małego zasięgu i niedostatecznej wielkości głowicy bojowej. Sam pomysł gen. Skrzypczaka, że systemy bazowania lądowego mogą zastąpić te z OP, uważam za chybiony. Traci się w ten sposób główny atut w postaci utajenia i dywersyfikacji kierunków, z których może nastąpić atak, a także możliwość ewentualnego przeniesienia konfliktu poza obszar przylegający do M. Bałtyckiego. Przy obecnej liczbie wyrzutni i pojemności magazynów torped na OP (łącznie 16 – 22 w przypadku okrętów niemieckich i po 18 dla francuskich i hiszpańskich), nie jest żadnym problemem, by w rejs “odstraszający” okręt zabierał 8-12 sztuk pocisków manewrujących. Podobnie zresztą zaplanowano zakupy liczebnie (po 9 dla okretów brytyjskich, po 12 dla “Barracud”, po 15 dla S-80).

  3. Przepraszam, za “techniczne” wrzucenie komentarza :). Oczywiście serdecznie witam i pozdrawiam!

    • Panie Robercie,

      Nic nie szkodzi. Znów jestem trochę spóźniony z odpowiedzią. Zgadzam się, że krytycznym pytaniem jest czy warto mieć takie rakiety na okrętach podwodnych. Wątpię i podaję cytat prof. Holmesa, który zamieściłem jakiś czas temu:

      Oto mamy przed sobą teoretyczny sposób patrzenia na problem odstraszania. Pisząc pół wieku temu, Henry Kissinger przedstawiał odstraszanie jako wynik działania trzech zmiennych: możliwości, co oznacza możliwą do użycia fizyczną moc; zdecydowanie, oznaczające wolę przywódców do użycia tej mocy; oraz przekonanie, oznaczające stopień do jakiego przeciwnik bierze nasza zdolności odstraszające na serio. Jeśli którakolwiek z tych trzech zmiennych równa się zeru, zwykła arytmetyka mówi, że wartość odstraszanie wynosi zero.

      Czy naprawdę wierzymy, że jakiś kraj a na pewno już Rosja, przestraszy się detonacji paru półtonowych bomb? Dopóki nie będą to bomby atomowe, będę wątpił. Parę szczegółów. O ile rozumiem opis U214 na Dzienniku Zbrojnym wprost mówi,że 12-18 sztuk jest razem z amunicją w wyrzutniach. Gen. Skrzypczak ma rację w tym sensie, że np. Homar o zasięgu ponad 200km będzie tańszy i efektywniejszy, jeśli cel znajduję się w tym zasięgu od granic Polski. Ale co chcemy bombardować? Stolice innych państw? Londyn nie poddał się po latach bombardowań codziennie. Bazy marynarki wojennej? 5 niszczycieli Arleigh Burke u wybrzeży Syrii wielu w Stanach uważało, że to nie wystarczy dla odstraszania. Mogły odpalić jakąś setkę Tomahawków. W przypadku odstraszania konwencjonalnego ilość ma znaczenie.

      Pozdrawiam,

      Przemek

      • Broń atomowa odpada z tego względu, że jest droga i jej posiadanie jest źle postrzegane na świecie. Jest jednak alternatywa dla niej, alernatywa której realizacja nie będzie dużo kosztowała i w przeciwieństwie do uranu, czy plutonu materiały do niej już posiadamy. Pomimo tego jest ona tylko o rząd mniej groźna niż broń atomowa i tak, jak w jej przypadku wystarczy jeden czy 2 pociski, żeby uzyskać długotrwałe, trudnousuwalne skażenie powodujące niezdolność do zamieszkania sporego obszaru, np: miasta. Moskwa ze względu na obronę plot jest i tak poza zasięgiem, ale Sankt Petersburg – drugie największe miasto w Rosji już tak. Możliwość jego utraty działała by bardzo odstraszająco. Okręt podwodny ze względu na trudność wykrycia i realną możliwość zbliżenia się do celu jest najlepszą z potencjalnych platform pocisków manewrujących (wyrzutni lądowej i samolotu bojowego).

      • Witam Panie Przemku!
        Oczywiście argumentacja, tak Pańska jak i Holmesa bez zarzutu. Ale tylko w sytuacji, gdy mówimy o większym (lub długotrwałym) konflikcie, gdzie nawet duże straty, siłą rzeczy muszą być akceptowane (a z tym właśnie mamy do czynienia w przypadku przywołanej przez Pana Syrii). Zupełnie inaczej natomiast wygląda sytuacja w konflikcie lokalnym, mającym na celu przymuszenie przeciwnika do określonego zachowania. Szczególnie czymś na pograniczu: krótkotrwałej wojny (jak w Gruzji) i cableowskiego użycia siły “inaczej niż jako akt wojny”. Wtedy ryzyko, nawet niewielkich – choćby punktowych ale dotkliwych (i/lub prestiżowych) strat w kluczowych systemach wojskowych lub cywilnej infrastrukturze, powoduje powstanie u potencjalnego agresora poważnego dylematu: ryzykować czy nie? W sytuacji, gdy agresor czuje się zupełnie bezkarny, tego dylematu nie ma. Swoista triada rakietowa jaką planowano (Homar, JSSM dla F-16 i pociski dla OP) byłaby moim zdaniem dobrym rozwiązaniem. Bowiem przeciwnik, nawet zakładając w miarę szybkie obezwładnienie naszych lotnisk i własną gotowość do odparcia uderzeń na obiekty przyfrontowe dokonywanych przy pomocy naszych “Homarów”, musiałby się liczyć z groźbą głębokich, punktowych uderzeń odwetowych z nieprzewidywalnego kierunku. Co do ilości pocisków na okręcie. Przy łącznej pojemności (wyrzutnie+zapas) 16-18 środków bojowych, całkiem sensowne byłoby posiadanie na okręcie, powiedzmy ośmiu pocisków manewrujących. Jeśli chodzi o wybór celów to najbardziej sensowne są te, które godzą w prestiż przeciwnika lub jego ekonomię (obiekty symbolicznie związane z władzą państwową, rafinerie, gazo- i naftoporty) i oczywiście obiekty wojskowe: centra dowodzenia, stacje radarowe, lotniska, porty wojenne. Gdyby jednak doszło do rezygnacji z wymogu wyposażenia OP w pociski manewrujące, to zastanawiam się czy nie warto byłoby poszerzyć swojego zainteresowania o jednostki tańsze, jak Andrasta, czy typ 210mod, oferujące dość przyzwoite możliwości za dużo niższą cenę. Wtedy w ramach zbliżonych kwot, możliwy byłby zakup 5-6 jednostek, zamiast 3. W działaniach na ograniczonym akwenie, byłaby to już znacząca liczba. Choć nie nastąpiłby, w stosunku do obecnego stanu posiadania, skokowy wzrost możliwości jaki oferują OP z pociskami manewrującymi.
        Pozdrawiam serdecznie,
        Robert

        • Zgadzam się, ale obawiam się o analizę efekt/koszt. Minister Siemoniak wspomina o różnicy zdań pomiędzy MW i SG i dodaje, że opóźnienia w przetargu na OP to nie jest kwestia pieniędzy w budżecie. Czy jest to więc dyskusja nad koncepcją, która skończy się jak w przypadku Gawrona? Czy też jest to dyskurs polityczny o preferencji pewnych układów nad innymi (patrz niemieckie pomysły na klastry w NATO, czy Pool&Sharing)?

          Pozdrawiam,

          Przemek

        • Niestety Robert mylisz pojęcia odstraszanie i możliwość uderzenia na zaplecze. Chociaż na pozór podobne, są one w rzeczywistości odmienne i traktowanie je tak samo to poważny błąd mogący spowodować wyciągnięcie błędnych wniosków. To drugie jest w przeciwieństwie nie dodatkowym, a stałym działaniem poczas wojny – bazy i inne obiekty infrastruktury militarnej, a także cywilnej jak np: węzły kolejowe akatuje się i niszczy po to, by osłabić zdolności do prowadzenia walki przeciwnika. Znajdują się one w strefie 300-500 km od granicy państwa i właśnie do tego są/będą przeznaczone Homary i myśliwce uzbrojone w pociski manewrujące. Odstraszanie bronią konwencjonalną, czyli możliwość rażenia celów dalej położonych jest w waruknach Polski nierealne. Jest tak z 2 powodów:
          – potrzebna by była o wiele większa ilość pocisków manewrujących, żeby był na tyle widoczny efekt, żeby odstraszyło to agresora, co już zostało wspomniane w poprzednim poście;
          – platformy lądowe i powietrzne mają za mały zasięg do tego, przez co potrzeba by było o wiele więcej okrętów podwodnych, które mogą się na tyle zbliżyć, żeby cele znalazły się w zasięgu uzbrojenia, a to jest zupełnie nierealne, ponieważ są inne wydatki w wojsku.
          Podsumowując w polskich warunkach nierealne jest zapewnienie odstraszania bronią konwencjonalną. Mam nadzieję, że wyjaśniłem różnicę wystarczająco prosto, żeby nie mylono tych pojęć.

          • Echelon: do zniszczenia elektrowni atomowej potrzeba niewielu pocisków, atak taki jest boleśnie odczuwalny dla gospodarki nieprzyjaciela, wiąże też dużo jego środków z daleka od walk.

            “Jest jednak alternatywa dla niej, alernatywa której realizacja nie będzie dużo kosztowała i w przeciwieństwie do uranu, czy plutonu materiały do niej już posiadamy. Pomimo tego jest ona tylko o rząd mniej groźna niż broń atomowa i tak, jak w jej przypadku wystarczy jeden czy 2 pociski, żeby uzyskać długotrwałe, trudnousuwalne skażenie powodujące niezdolność do zamieszkania sporego obszaru, np: miasta. Moskwa ze względu na obronę plot jest i tak poza zasięgiem, ale Sankt Petersburg – drugie największe miasto w Rosji już tak. ” — Mam rozumieć, że chce Pan by Polska inwestowała w broń chemiczną? Karkołomne i równie politycznie niepoprawne. Pomysł przerzucania się bronią masowego rażenia z Federacją Rosyjską jest głupi z punktu widzenia polskiej racji stanu.

          • Eshelon. Nie zrozumieliśmy się. Pisząc o punktowych uderzeniach na głębokie obiekty, nie miałem na myśli np. węzłów drogowych, przepraw, czy instalacji militarnych wspomagających bieżące działania zbrojne. Myślałem o obiektach, które ze strony przeciwnika nie dysponującego bronią odstraszania (a w zasadzie ODWETU), nie są w żaden sposób zagrożone, a stają się takimi w momencie, gdy przeciwnik taką możliwość ma. To ma zdecydowanie silniejsze oddziaływanie psychologiczne, niż się może na pozór wydawać. Proszę zauważyć czym dla Amerykanów był (barbarzyński ze względu na wybór celu i narzędzia) atak z 11.09. Strategicznie – niczym, psychologicznie i prestiżowo – totalnym szokiem. To oczywiście przykład skrajny. Ale w wojnie psychologicznej, w której medium stanowi społeczeństwo rywala i jego odczucia, tak naprawdę nie jest ważne, czy grozimy mu odwetowym uderzeniem z wykorzystaniem 10, czy tysiąca rakiet. Byleby groźba ich użycia była realna. Parafrazując materiały propagandowe Al.-Kaidy: jeden obiekt zniszczony na głębokim (spokojnym) zapleczu wroga, wywołuje większy szok niż zniszczenie 100 na polu bitwy.
            Pozdrawiam,
            Robert

  4. (kontynuacja)
    @Pik
    1. Zgodziłbym się z Tobą, ale skutki ataku na elektrownię jądrową są, w przeciwieństwie do broni o znanej sile rażenia, w tym atomowej zastosowanej np przeciwko miastom, trudne do przewidzenia. W najgorszym przypadku skażony zostanie także kraj, który wykonał atak na taką elektrownię (gorzej niż Czarnobyl). Z tego powodu groźba takiego ataku będzie mało wiarygodna, gdyż żaden zdrowy na umyśle przywódca nie rozkaże takiego ataku, którego skutek może być zły dla własnego kraju, czyli nie będzie pełniła ona funkcji odstraszania. Ponieważ ryzyko najgorszego scenariusza skutków ataku na elektrownię jądrową jest duże (trudno ją trafić tak, żeby skażenie było tylko lokalne) i są bezpieczniejsze (bardziej przewidywalne i o prawdopodobniejszych mniejszych skutkach) cele do ataku Twoja propozycja jest nie do zaakceptowania przy odstraszaniu.
    2. Nie miałem na myśli broni chemicznej, która jest łatwiejsza i tańsza do pozyskania od broni atomowej. Jest jeszcze jedna opcja broni niekonwencjonalnej do wykorzystania, jeszcze tańsza i prostsza, bo “materiału” nie trzeba tworzyć.
    Posiadanie broni masowego rażenia przez Polskę wcale nie jest głupim pomysłem, tyle, że ani chemiczna ani atomowa nie wchodzi w rachubę. Broń masowego rażenia jest gwarantem pokoju na świecie i była by także skutecznym odstraszaniem w naszym, lokalnym wymiarze.

    @Robert
    Obiekty, których nie miałeś na myśli (bazy, węzły) też nie są zagrożone, jak nie ma się odpowiednich możliwości, dlatego zupełnie niepotrzebnie je wyodrębniasz. Po drugie już pisałem, że mała ilość środków nie da pożądanego efektu. Ludzie się na chwilę przestraszą, a później gdy nie będą nadchodzić kolejne ataki, ponieważ mała ilość broni została zużyta – szybko się okaże, że zagrożenie było małe. Poza tym musiał byś dużo pocisków wystrzelić na jedno miasto, żeby zniszczyły na tyle dużo, żeby uzskać odpowiedni efekt psychologiczny. Zniszczeń jednego pocisku czy dwóch ludzie się nie przestraszą, nowojorczycy się jakoś nie przestraszyli i od razu po atakach nie zaczęli masowo opuszczać miasta. Akty terrorystyczne nie mają tutaj przełożenia, ponieważ to coś innego niż atak militarny.

    • @Echelon.
      Tak się składa, że akt terrorystyczny, o którym była mowa, był aktem jak najbardziej militarnym, z punktu widzenia osób, które go zaplanowały, choć nie mieścił się w naszym rozumieniu prowadzenia wojny. Zgodzę się z tym, że w przypadku konfliktu długotrwałego, czy pełnoskalowego, pojedyncze ataki na punktowe cele nie mają żadnego znaczenia. Nie patrz jednak na konflikt zbrojny przez pryzmat tego co działo się podczas II WŚ. Spróbuj wyobrazić sobie kilkudniową, a nawet kilkugodzinną wojenkę, której celem nie byłoby zajęcie naszego terytorium, a na przykład przymuszenie nas do powrotu do niekorzystnych umów handlowych np. kupowania wyłącznie rosyjskiego gazu po podyktowanych nam cenach (skoro już przykład Rosji został przywołany). Abstrahuję w tym momencie od kwestii sojuszy w których się znajdujemy. Celem operacyjnym takiego działania byłoby znaczące uszkodzenie naszej infrastruktury pozwalającej na dywersyfikację dostaw, co mimo protestów i potrząsania szabelką i tak zmusiłoby nas do wspomnianego zakupu. Wykonalne? Jak najbardziej. Nawet bez wywoływania przez Rosję wojny z NATO. Czy przeciwnik wiedząc, że możesz się mu odwzajemnić zrobieniem symetrycznego “ku-ku” przy użyciu, choćby tych kilkudziesięciu rakiet, do tego w rejonie w którym się tego zupełnie nie spodziewa, wręcz po przeciwnej stronie kontynentu, zdecyduje się na taki krok? Szczerze wątpię, bo ryzykuje stratami związanymi z drastycznym spadkiem dochodów z eksportu, chociażby. W tym sensie nawet niewielka ilość pocisków służy odstraszaniu. O tym, że pojedynczy atak (w tym przypadku znów terrorystyczny, znów przeciw cywilom, i znów użyty do wymuszenia pewnego zachowania mającego znaczenie strategiczne) może dużo zmienić, przekonać się można było na przykładzie Hiszpanii w 2004. Po jednym ataku na stacji metra, w kilka dni zmienił się rząd i podjęto decyzję o wycofaniu kontyngentu z Iraku. W dzisiejszym, medialnym świecie, straty rzędu kilkudziesięciu osób jednorazowo są nie do zaakceptowania, jeżeli nie są związane z zapewnieniem istnienia państwa, a jedynie z jego interesem.

      • Robert, atak terrorystyczny nie jest aktem militarnym (który jak nazwa wskazuje jest działaniem dokonywanym przez siły militarne, czyli wojsko), a aktem zbrojnym. Walczące ze sobą armie nie dokonują ataków terrorystycznych, takie mają miejsce tylko tam, gdzie jedna ze stron nie posiada wystarczającej siły militarnej by nawiązać walkę z przeciwnikiem. Wtedy stosuje ataki terrorystyczne i tak jest np: w Afganistanie. Od działań militarnych odróżnia je to, że dokonuje je grupka nieznanych ludzi, a nie jasno określony przeciwnik (wroga armia) i mają one miejsce także bez rozpoczęcia wojny, jak w Rosji. To niszczenie infrastruktury, o którym napisałeś będzie aktem terrorystycznym – dokonają tego małe grupki (komandosów), a nie armia i nikt się do nich nie będzie przyznawał. W żadnym jednak wypadku nie będzie to działaniem odstraszającym, a nakłaniającym do czegoś. Atak na infrastrukturę pociskami manewrującymi zawsze będzie jawnym wypowiedzeniem wojny, ponieważ nie da się ukryć tego, kto to zrobił.
        Kilkanaście pocisków nie zniszczy infrastruktury przesyłowej przeciwnika, tylko ją uszkodzi, a uszkodzenia zawsze można naprawić. Z tego powodu oraz z tego, że dla mieszkańców, którzy mają wpływ na władzę liczy się własny dom, a nie jakieś rury gdzieś tam takie odstraszanie nie spełni swojej funkcji – powstałe straty będą się mieścić w akceptowalnych, które nie powodują zniechęcenia do wykonania ataku.

  5. @Echelon.
    Nie zgodzę się z Tobą w kwestii “niemilitarności” części z aktów terroryzmu. Zresztą nie tylko ja: “…cechą takiego konfliktu (nowego typu wojny), jest uznanie przez jedną ze stron, jako dominującej w strategii, takiej techniki wojennej, która dotąd uznawana była za podrzędną, drugoplanową, w tym przede wszystkim terroryzmu i wojny partyzanckiej.1
    W tym wypadku terroryzm będzie traktowany jako ofensywna forma walki z przeciwnikiem, najczęściej na jego terytorium, gdzie celami będą głównie: ludność cywilna i takaż infrastruktura, bądź też ta część sił zbrojnych, która nie bierze udziału w walce. Taktyką obronną, będzie natomiast wojna partyzancka na własnym terytorium, daleka jednak od tej, do jakiej przyzwyczaiła nas choćby historia naszego własnego narodu. Współczesna partyzantka w wydaniu terrorystów, to wojna prowadzona dosłownie pośród społeczeństw.” 2
    1. Munkler “Wojny naszych czasów”
    2. Jędrysiak “Nowe wojny”

    O tym, że nie tylko strona przeciwna uznaje się za żołnierzy: w tym przypadku nie państwa, tylko “sprawy” – a konkretnie idei powołania światowego kalifatu, świadczy choćby fakt prowadzenia “wojny z terroryzmem”, a w jej ramach powołanie się pierwszy raz w historii NATO na zapis art. 5 Traktatu Waszyngtońskiego. Sumując: we współczesnych konfliktach, zaciera się granica między tym co “czysto wojskowe” a tym co było dotychczas domeną terrorystów. Zresztą takie są też przewidywania na przyszłość, gdyż zgodnie np. z raportem National Security Council 2025 (lub 2030 – pewien nie jestem), większość przyszłych konfliktów militarnych będzie hybrydowa. Stanowić będzie kombinację działań oddziałów specjalnych lub terrorystów (w przypadku gdy stroną konfliktu będzie nie państwo, tylko organizacja) , oraz precyzyjnych uderzeń rakietami balistycznymi lub pociskami manewrującymi. Co nie wyklucza oczywiście udziału klasycznej armii w przypadku eskalacji konfliktu.

    • Podane cytaty tylko potwierdzają to, o czym wcześniej wspomniałem – konflikcie asymetrycznym, gdzie jedna ze stron będzie za słaba, żeby nawiązać “równą” walkę z przeciwnikiem. Nie jest to więc potwierdzeniem Twojego zdania, które się nie zgadza z moim.
      Konflikty hybrydowe będą tylko tam, gdzie będą do tego warunki. Agresja Rosji lub Niemiec takim nie będzie ponieważ dzięki silniejszej armii nie potrzebują one dokonywać ataków terrorystycznych, to będą wyłącznie robić słabsze armie. To powoduje, że Twoje założenie wojny hybrydowej z Rosją jest po prostu chybione, nierealistyczne i przez to pomysł konwencjonalnego odstraszania jest bezwartościowy. Błędne założenia przyjąłeś i przez to do błędnych doszedłeś wniosków.

      • @Echelon
        🙂 A gdzie Ty zobaczyłeś, propozycję prowadzenia hybrydowej wojny z Rosją?
        Przesłaniem było ukazanie Ci, że przerażenie po ataku terrorystycznym (czy ze strony państwa, czy społeczeństwa) wcale nie muszą się różnić od reakcji po ataku bronią odwetową. A Ty traktujesz to tak, jakby straty wynikłe z terroryzmu były szokujące, a straty wynikłe z ostrzału rakietowego mogły być zignorowane.

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)