Dec 202013
 

Od czasu do czasu warto podnieść wzrok znad szczegółów taktyczno-technicznych okrętów i rozejrzeć się dookoła. Wielka polityka bowiem może mieć wpływ na nasze lokalne decyzje i zmienić wcześniej obrany kurs. Końcowy dokument kończącego się właśnie szczytu EU nie wnosi wiele nowego do wspólnej polityki bezpieczeństwa i obrony. Są jednak dwa interesujące wyjątki, gdzie język dokumentu staje się bardziej konkretny:

 

Rada Europejska wzywa do:

  • opracowania ram polityki UE w zakresie cyberobrony w 2014 r. na podstawie wniosku Wysokiego Przedstawiciela, we współpracy z Komisją i Europejską Agencją Obrony;
  • opracowania strategii UE w zakresie bezpieczeństwa morskiego do czerwca 2014 r. na podstawie wspólnego komunikatu Komisji i Wysokiego Przedstawiciela, z uwzględnieniem opinii państw członkowskich, a następnie opracowania planów działania, aby reagować na wyzwania na morzu;

Interesujące. Pomimo starań Polski i kilku innych krajów o opracowanie wspólnej strategi europejskiej, słowo strategia pada wyraźnie i konkretnie tylko w odniesieniu do strategii morskiej. Aby lepiej zrozumieć co to oznacza, sięgam do komunikatu Catherine Ashton próbując dociec, co Wysoki Przedstawiciel ma na myśli wypowiadając się na temat morskich interesów Wspólnoty (tłumaczenie własne):

Unia Europejska ma interesy dotyczące bezpieczeństwa morskiego na całym globie i potrzebuje być zdolną do ich zabezpieczenia przed szerokim wachlarzem zagrożeń – od nielegalnej migracji, przemytu narkotyków i dóbr poprzez nielegalny połów ryb, terroryzm na morzu, piractwo i zbrojny rozbój aż po spory terytorialne dotyczące morskich granic czy akty agresji i zbrojne konflikty pomiędzy państwami.

Dla Unii południowa granica jest równie ważna jak wschodnia.

Dla Unii południowa granica jest równie ważna jak wschodnia.

Jak zwykle kolejność słów ma znaczenie. Jest to wspólny mianownik tego jak państwa członkowskie postrzegają zagrożenie dla siebie. Trudno w Europie znaleźć kogoś kto ma rzeczywistą obawę przed zbrojnym konfliktem z innym państwem. Należymy do mniejszości. Mamy swoje własne poczucie zagrożeń współdzielone z nielicznymi i mniej znaczącymi członkami Unii. W rezultacie staramy się zrobić szpagat – z jednej strony skupiamy się na własnym bezpieczeństwie a z drugiej strategia morska Unii będzie nas wzywała do zainteresowania się bezpieczeństwem zewnętrznych granic całej Wspólnoty. Współzależność państw będzie czyniła ten szpagat coraz trudniejszym i bolesnym. Nawet Francja interweniując w Mali i Republice Środkowoafrykańskiej szuka wsparcia i sojuszników w dźwiganiu ciężaru tych operacji. Samodzielne rozwiązanie naszych własnych problemów nie wchodzi raczej w grę. Sprawa się znacznie komplikuje, gdy spojrzymy na wspólną obronę przez pryzmat bazy przemysłowo-badawczej. Nacisk Polski na zbudowanie bazy przemysłowo – badawczej w kraju, która będzie w stanie oferować pewne kluczowe technologie ma uzasadnienie polityczne i ekonomiczne ale zwiększa jednocześnie ryzyko dla realizacji najbardziej ambitnych i jednocześnie kosztownych projektów w planie modernizacji sił zbrojnych. Wielką niewiadomą jest również stabilność finansowania planu, bo przy stałym współczynniku 1.95% na obronę narodową istnieją tylko dwa źródła finansowania modernizacji sprzętu. Jedno to zakładany wzrost gospodarczy a drugie to procentowy udział wydatków majątkowych w budżecie MON. Postronny obserwator, jakim poniekąd jest prof. Andrew Michta, podsumowuje zwięźle powyższe dylematy w artykule Polish hard power: Investing in the military as Europe cuts back:

Dwa kluczowe pytania snują się nad planami modernizacji. Pierwsze to potencjalne ryzyko związane z żądaniem, aby polskie firmy przyjęły na siebie główny ciężar wysiłków modernizacyjnych.

Drugie pytanie to czy polska gospodarka będzie kontynuowała swój wzrost w stopniu wystarczającym do stałego utrzymywania wydatków obronnych na poziomie czyniącym projekty modernizacyjne realnymi.

Jest jeszcze inne ryzyko w bezwarunkowym wspieraniu lokalnego przemysłu, na które w tej chwili nie patrzymy będąc na początku drogi do zdobywania istotnych dla bezpieczeństwa Państwa technologii. ThinkDefence zamieszcza link do wystąpienia gen. Sir Nicolas Houghton, Szefa Sztabu brytyjskiego Ministerstwa Obrony. W swoim przemówieniu do Royal United Services Institute (RUSI),  daje on wyraźne sygnały ostrzegawcze:

Musimy być również ostrożni, tak aby budżet obrony narodowej nie był nadmiernie używany do wspierania brytyjskiego przemysłu obronnego. Istnieją silne strategiczne powody dla samodzielnego utrzymywania pewnych zdolności w krajowych rękach; istnieją również poważne powody podtrzymywania zdolności do odtworzenia pewnych zdolności. Niemniej budżet obrony narodowej nie istnieje przede wszystkim dla subsydiowania przemysłu obronnego lub dla promowania eksportu broni. Istnieje dla maksymalizacji zdolności obronnych.

Co z tego wynika? Mamy plan modernizacji sił zbrojnych i nie należy go wywracać do góry nogami, bo jego wartość leży również w tym, że po prostu JEST. Niemniej równie istotne jest zarządzanie ryzykiem realizacji tego planu, co można dokonać za pomocą ustalani priorytetów z zakupach. Temat na tym blogu już był poruszany.

Jesteśmy w sytuacji, gdy okręty podwodne będą stanowiły być może 30-40% kosztów całego planu modernizacji floty a wymagania odnośnie rakiet zwalczających cele lądowe i strategicznej roli okrętów podwodnych zwiększają tylko ten udział.

Rakiety manewrujące i 4.000 ton. Na pewno dobry wybór na Bałtyk?

Rakiety manewrujące i 4.000 ton. Na pewno dobry wybór na Bałtyk?

Z drugiej strony mamy siły nawodne, które mogą spełniać podwójną rolę obrony własnego wybrzeża ale również i zewnętrznych granic Unii. Stają się wówczas narzędziem polityki zagranicznej Państwa zachowując zdolność do obrony kraju. Jeżeli weźmiemy pod uwagę, że zdobywanie kompetencji przyjdzie nam o wiele łatwiej w przypadku okrętów nawodnych (zwłaszcza patrolowych i przeciwminowych) niż okrętów podwodnych, to powstaje pytanie, czy dając priorytet Polskim Podwodnym Kłom nie gramy zbyt ostro w pokera? Nie rezygnując bynajmniej z posiadania okrętów podwodnych widzę co najmniej trzy możliwości:

  • dać priorytet okrętom nawodnym a okręty podwodne finansować z realnych nadwyżek finansowych. To opóźni znacznie program, co tworzy lukę czasową pomiędzy wycofaniem starych jednostek a wprowadzeniem do służby nowych;
  • porzucić pomysł Polskich Podwodnych Kłów, co pozwoli rozsądnie negocjować z Niemcami wspólne projekty szkoleniowe dla załóg przyszłych okrętów.
  • po rezygnacji z rakiet zrezygnować również z napędu AIP i rozważyć oferty na jednostki przybrzeżne, czyi U210Mod i Andrasta, co pozwoli zmniejszyć ryzyko budżetowe i finansowe dla projektu okrętów podwodnych.

W pogoni za maksymalizacją zdolności bojowych zapominamy często o psychologicznym aspekcie walki i wojny. Prof. James Holmes przypomina nam o tym analizując ostatni incydent na Morzu Południowochińskim z udziałem amerykańskiego krążownika Cowpens. Sam tytuł mówi za siebie – How the US Lost the South China Sea Standoff. Oto jeden z najpotężniejszych okrętów nawodnych, jakie pływają na morzach świata, ustępuje przed determinacją i psychologiczną presją okrętu desantowego! Okręty chińskiej marynarki wojennej nie wystraszyły się ani systemu Aegis ani potęgi US Navy. Czy jesteśmy pewni, że nasz potencjalny oponent przestraszy się kilku rakiet manewrujących odpalanych z jednego, może dwóch okrętów podwodnych. Profesor James Holmes wspiera swoje argumenty cytatem z Clausewitza “wynik opiera się na założeniu, że jeśliby doszło do walki, to przeciwnik zostałby zniszczony”. Mamy taką pewność? Jeśli nie, to jestem za poświęceniem jakości na rzecz zwiększenia pewności, że okręty podwodne będą pływały pod polską banderą.

Pozostawiając powyższe dylematy do spokojnego rozważania w głębi ducha, życzę wszystkim czytelnikom, marynarzom i sztabowcom radosnych Świąt.

  18 Responses to “Marynarka Wojenna jako instrument polityki zagranicznej Państwa. Argument za.”

  1. Witam Panie Przemku!
    Właśnie spojrzenia z punktu widzenia polityki zagranicznej zabrakło autorom krytykowanego przez Pana raportu NCSS. Prawda, że z tej perspektywy wszystko wygląda inaczej? O ile OP mogą, acz nie muszą, grać pierwsze skrzypce w otwartym konflikcie, o tyle schodzą na dalszy plan w całym szerokim spektrum działań MW: od funkcji policyjnej i prezentacji bandery, po dyplomację kanonierek i wszelkiej maści “short of war”. Tu ustępują zdecydowanie efektywnością okrętom nawodnym, które wcale nie muszą być uzbrojone “po zęby”. Jak pisał E. Luttwak: “by straszyć Jemen Południowy lub zachęcać szejka Abu Dhabi, nie trzeba potężnego sonaru pod kadłubem lub cyfrowego systemu danych w nadbudówce.”
    Wracając do samych OP … Osobiście jestem zwolennikiem odpuszczenia sobie jednostek oceanicznych i zbudowanie w zamian większej ilości (5-7) mniejszych OP. Przecież choćby KSS500 z ilustracji ma wyporność naszych obecnych “Kobbenów”, a “Andrasta” jest od nich dwukrotnie większa. Z pewnością więc nie można powiedzieć, że to jednostki za małe na nasze potrzeby. Z drugiej strony, nic nie stoi na przeszkodzie, by okręty takie dysponowały również pociskami manewrującymi. Pociski manewrujące mają wszak takie same wymagania w stosunku do wt i okrętowej elektroniki, jak pociski przeciwokrętowe (przykładowo: oba wspomniane typy w założeniu są zdolne do odpalania pk), a ich cena jest często niższa. Pozostaje kwestia dostępności, ale to już pole do popisu dla polityków.
    Pozdrawiam.
    Robert

    • Panie Robercie,

      Cieszę się ze zbieżności poglądów. Dalej jestem przekonany o tym, że rola marynarki wojennej w państwie o naszym położeniu geostrategicznym jest najefektywniejsza w czasie pokoju. W otwartym konflikcie z potęgami lądowymi, za różnicę w cenie między trzema U214 a U210 kupiłbym dodatkową eskadrę F-16 (czy też jej sporą część). Jeżeli miałbym te pieniądze spożytkować w ramach marynarki wojennej to zainwestowałbym więcej w drony.Chodzi o informację i liczbę platform. Strata jednego okrętu z trzech posiadanych może oznaczać eliminację naszej obecności na danym obszarze przez jakiś czas. Pociski rakietowe odpalane z okrętów podwodnych zwiększają zasięg rażenia, ale nic nie zastąpi uderzenia w cel torpedą. Ile rakiet musi trafić w nowoczesny kontenerowiec by go zatopić? Torpeda jedna lub dwie. Minusem jest również zdradzenie pozycji okrętu. Wówczas w zależności od tego kto ma przewagę w powietrzu może być niewesoło.

      Pozdrawiam,

      Przemek

  2. Panie Przemku
    Ma Pan oczywiście rację jeśli chodzi o porównanie na linii: torpeda – pocisk rakietowy. Oprócz wad tych drugich, które Pan wymienił, wspomnę jeszcze, że OP korzystając jedynie z własnych sensorów i tak nie będzie mógł wykorzystać, nawet w części, zasięgu rakiety. Cały czas zahaczam jednak o sprawę pocisków manewrujących, tym bardziej, że z ostatnich wypowiedzi medialnych (już po dymisji gen. Skrzypczaka) wynika, że jednak ich posiadanie będzie warunkiem (prawdopodobnie) niezbędnym dla konstrukcji, która miałaby zostać zakwalifikowana. A to, niejako automatycznie, dyskwalifikowałoby obecne konstrukcje niemieckie.
    Co do samolotów, obawiam się, że nieprędko doczekamy się koncepcji przywracającej większą rolę lotnictwu w ewentualnym konflikcie. Zdaje się, że dominuje przekonanie – przy obecnym stanie OPL uważam, słuszne – że nasze lotniska byłyby pierwszymi celami dla rakiet balistycznych i pocisków manewrujących. Na razie więc przyjdzie nam cieszyć się z tego co mamy.

  3. Panie Przemku
    Widzę, że muszę dziś stanąć po stronie MON’u 😉
    Nie wydaje mi się, żeby przybrzeżne okręty podwodne były nam potrzebne. Jeśli miałbym rezygnować z dużych okrętów, wolałbym zagospodarować całą ich wartość w inny sposób, niż kupować/utrzymywać kilka niepotrzebnych okrętów w imię utrzymania sprawności załóg. W przypadku konfliktu o dużej skali, dotyka je problem lotnictwa opartego na F16, czyli konieczność operowania ze stałej bazy. A wieć duża szansa zniszczenia bazy lub okrętu w bazie/na podejściu do bazy. W konflikcie o małej skali, na Bałtyku będą pływać jednostki neutralne, co wyklucza atakowanie wrogiego handlu morskiego (sonarzysta na pewno odróżni fregatę od korwety, a nawet zapewne typ wrogiej fregaty, ale nie przypuszczam, żeby był w stanie odróżniać kontenerowce.
    Duży okręt stanowi siłę odstraszania. 12 pocisków manewrujących nie zniszczy żadnego przeciwnika, ale może zadać bolesne straty. Elektrownie, rafinerie, linie przesyłu ropy/gazu…
    Gdyby Gruzini posiadali zdolność uszkodzenia Rosyjskich gazociągów, wątpię, czy Rosja zdecydowałaby się na interwencję w Osetii.
    W przypadku konfliktu o dużej skali, taki okręt długo stanowi zagrożenie, bo nie musi co tydzień zawijać do portu.
    Duży okręt podwodny może nie nadaje się do prowadzenia polityki kanonierek, może natomiast skrycie wysadzić gdzieś w afryce kilku panów z GROM’u i odebrać ich po wykonaniu zadania.
    Może współdziałać z siłami sojuszniczymi gdzieś na Atlantyku i wciąż stanowić aktywny element sił odstraszania.

    Być może okręty nawodne są nam pilniej potrzebne. Przybrzeżne okręty podwodne zdecydowanie nie są.

    Pozdrawiam i Wesołych Świąt 😉

    • Panie Marcinie,

      To, czy okręty mają mieć rakiety czy nie to pewnie główna oś dyskusji. Bardzo trudno tu jest osiągnąć kompromis. Po prostu jedna ze stron przeważy(ła). Co do przybrzeżnych okrętów podwodnych to postawiłbym pytanie czy W OGÓLE są nam potrzebne okręty podwodne. Odnośnie szczegółów to warto zwrócoć uwagę, że co do stałej bazy dla F-16 – to samo dotyczy OP. Przeciwnik nie tylko wie gdzie stacjonują ale może się “zasadzić” na nie podczas powrotu do bazy. Jeśli bazą miałaby być Gdynia to Zatoka stanie się automatycznie wielkim polem operacji ASW. Na morzu, pod powierzchnią i w powietrzu. Aby chronić swoje zasoby strategiczne i zwalczać OP przeciwnika, musimy uzyskać przewagę na morzu i w powietrzu na obszarze Zatoki Gdańskiej. Siła odstraszania okrętu nie leży w jego wielkości lecz skrytości. Okręt podwodny operujący na Atlantyku lub innych dalekich morzach nie mieści się w strategii Bałtyk Plus. Mnie osobiście przeraża wręcz kwota wymieniana – 7mld PLN albo więcej. Po dziesiątkach lat zapóźnień w inwestycjach, Marynarka dostaje środki i rzuca się je na jedną pozycję. Czysty hazard. Z pewnością duże okręty z napędem AIP mają znacznie większe możliwości. I dobrze by je było mieć. Pytanie tylko co przy tym poświęcamy i czy taka alokacja środków finansowych jest wyważona.

      Pozdrawiam,

      Przemek

      • Mniej więcej to miałem na myśli. Dla mnie wybór nie leży między małym a dużym okrętem. Wybrać można między brakiem okrętów a dużym okrętem, służącym jako narzędzie odstraszania i mogącym operować bardziej… globalnie.
        Z punktu widzenia wojny na Bałtyku, nie mamy bezpiecznych baz z których OP mogłyby bezpiecznie operować.

        • Jeżeli my nie mamy potencjalnie bezpiecznych baz (Świnoujście, Kołobrzeg), to co mają powiedzieć Rosjanie?

          • Rosjanie nie traktują NAS jako potencjalne zagrożenie. Ich flota podwodna ma operować na atlantyku lub w arktyce, a więc z dala od baz. Po wykonaniu misji, mogą wracać w zależności od sytuacji do Murmańska, Petersburga, Królewca lub nawet Tartus.

            Świnoujście czy Kołobrzeg są na pewno bezpieczniejsze, ale nie są przygotowane do obsługi nowoczesnych OP, a więc konieczna będzie inwestycja w infrastrukturę. Infrastrukturę, która nie będzie tania, a w okresie pokoju będzie wymagała utrzymania (koszty) i nie będzie wykorzystywana.
            Jeśli już mamy ponosić koszty, wolałbym, żeby te koszty faktycznie zwiększały potencjał MW.

          • Panie Marcinie,

            To prawda, dla Rosjan nie jesteśmy militarnie żadnym zagrożeniem. Ich problem to ewentualnie utrzymywanie Obwody Kaliningradzkiego “przy macierzy”. Podobnie jestem za tym, aby budować marynarkę wojenną od podstaw anie zaczynać “z górnego C”. To trochę tak ,jakby amerykanie zaczynali od SSBN, a jak zostanie trochę pieniędzy to coś zbudujemy. W UK jest chyba inne rozwiązanie – siły strategiczne (Trident) finansuje Państwo a nie Royal Navy (teraz mamy chyba wyjątek). Jeśli tak, to proszę bardzo. Bezpieczeństwo baz to wątek rzadko poruszany. W zasadzie zarówno Gdynia jak i Bałtijsk są w zasięgu nowoczesnej artylerii rakietowej (patrz program Homar) a nawet na upartego – lufowej ( patrz 155mm Zumwalt). Nie wspominam o tym, że jest to problem jednej doby dla dywizji pancernej. Nasz problem polega na tym, że takie scenariusze dominują sposób myślenia wielu ludzi. Myślę, że powinniśmy się zabezpieczyć przed prowokacją, atakiem niekonwencjonalnym (cyber lub coś podobnego) czy zwykłą demonstracją siły. Wyścigu zbrojeń z Rosją nie wygramy a jego eskalacja nam tylko zaszkodzi. Jeśli tak chcemy powinniśmy zacząć od zaprzestania kupowania gazu, z którego Rosja finansuje zbrojenia:)

            Pozdrawiam,

            Przemek

          • Jaki sens ma operowanie rosyjskich okrętów z baz bałtyckich na Atlantyku i Morzu Północnym? Wszak samo ich przeparadowanie przez otwarty Bałtyk, w czasie kryzysu to “Droga przez mękę” (że się już na rosyjską literaturę powołam), a tu jeszcze Cieśniny Duńskie po drodze. To by troszkę honorowe samobójstwo przypominało … Od tego mają bazy na północy, gdzie zresztą stacjonują znaczne siły podwodne oparte na oceanicznych jednostkach z napędem nuklearnym. Okręty rosyjskie stacjonujące na Bałtyku, w razie konfliktu zbrojnego na nim pozostaną – bo nie mają innej możliwości.
            Cały zakup zaś naszych OP ma być zrealizowany “z pełną infrastrukturą” – jak brzmiała wypowiedź SSG przed niespełna pół roku. Cokolwiek miałoby to oznaczać.

          • Z punktu widzenia Rosji, rozważając ewentualny konflikt z NATO, jest sens wysłać OP nawet na tydzień na Bałtyk, aby odciąć Państwa Bałtyckie od dostaw i zmaksymalizować ryzyko wejścia na bałtyk poważnych sił morskich. Po 3-5 dniach Litwa Łotwa i Estonia będą zajęte i nie będzie tematu a Petersburg będzie bezpieczny daleko od wrogiego terytorium. Rosja nie potrzebuje do tego transportu morskiego.
            Rosja może też rozważać ograniczony konflikt z którymś z państw skandynawskich lub Polską, a w tym przypadku OP mogą podjąć próbę blokowania/utrudniania żegligi na zachodnim Bałtyku, poza komfortowym zasięgiem własnego lotnictwa.
            Polska nie ma tego problemu, bo NDR blokuje dowolną żeglugę na zachodnim Bałtyku. Nasze OP nie muszą podpływać pod Petersburg.
            Z punktu widzenia wojny na Bałtyku, nasze korzystne położenie geograficzne pozwala nam kontrolować żeglugę bez drogich inwestycji w OP.

            Co do pełnej infrastuktury, to zapewne mowa o modernizacji istniejącej infrastruktury w Gdyni. Zbudowanie jej od nowa w Kołobrzegu byłoby na pewno droższe, a zbudowanie 2-3 alternatywnych baz, byłoby droższe o dużo.

  4. Panie Marcinie
    Trudno okręty przeszło dwukrotnie większe od “Kobbenów” (które radziły sobie jakoś podczas patroli na Morzu Śródziemnym), posiadające zasięg 9 tys. Mm, jak U210mod, nazwać przybrzeżnymi. Podobnie Andrastę, która ma autonomiczność 21 dni, a jednorazowe zanurzenie może trwać 5 dni przy trzywachtowej obsłudze. To, nawet koreańskie “maleństwo” – KSS550, którego rysunek Pan Przemek zamieścił, jest nieco większe od “Kobbenów” i może przebywać pod wodą trzy tygodnie.
    Natomiast zgadzam się co do roli pocisków manewrujących ale uważam, że równie dobrze mogą znaleźć się na mniejszych jednostkach (choć wtedy ich liczba spadnie do 2-4 na jednostkę jednorazowo).
    Jeśli chodzi o obronę MON. Proszę zauważyć, że pierwotna koncepcja modernizacji MW powstawała na przełomie 2011/2012. Że sporo się od tej pory zmieniło, świadczy choćby różnica w wymowie expose MSZ z wiosny 2012, a wiosny 2013. Ja też wolałbym, żeby nasze oceaniczne OP pływały wzdłuż wybrzeży Afryki, ale póki sytuacja jest niejasna, to myślę, że lepiej aby nieco mniejsze -“bałtyckie” OP – pływały w większej ilości pomiędzy Kłajpedą a Bornholmem. A wtedy bardziej niż AIP i zapasowe uzbrojenie na pokładzie przydadzą im się wymienne załogi.
    Pozdrawiam,
    Robert

  5. Odpowiedź na komentarz P. Marcina
    Zgadzam się. Zachodni Bałtyk to jak najbardziej strefa zainteresowania bałtyckiej części rosyjskiej floty podwodnej. Ale to limes dla Floty Bałtyckiej.
    Całej sfery związanej z obroną Bałtyku Zachodniego, podobnie jak tytułowego spojrzenia od strony polityki zagranicznej, zabrakło w opracowaniu NCSS, które jakoś dziwnie skupiło się Zatoce Fińskiej.
    Ps. NDR może blokować żeglugę tylko do zasięgu własnych środków obserwacji technicznej (czyli 30-40 km od radaru), a i tak nie dalej niż ok. 150 km (zostawiam margines na niewielkie manewry) od Wybrzeża. To znaczy nie dalej niż do Bornholmu. Na nasze lotnictwo bym nie liczył, bo przy jego liczebności, morze byłoby ostatnie na liście obszarów, nad którymi będzie latać. Pozostają … okręty.

    • Panie Robercie,

      Wymiana zdań mnie bardzo cieszy. Tego zabrakło w ogólnej dyskusji na temat okrętów podwodnych, czy też Marynarki Wojennej. Zaczynają padać racjonalne argumenty a dyskusja jest potrzebna. Co do raportu NCSS to już wyraziłem swoje zdanie. natomiast dyskusja oprócz budowania merytorycznego uzasadnienia takiej a nie innej kompozycji floty ma również wartość edukacyjno – propagandową w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Równie ważne jest wyłaniająca się zbieżność stanowisk oraz to, że dyskusja de facto eliminuje część opcji jako nieperspektywiczne.

      Pozdrawiam,

      Przemek

      • Panie Przemku.
        Na tej części edukacyjno – propagandowej przede wszystkim trzeba się skupić. Rzeczywiście, najczęściej polskie myślenie o obronności jest, bądź oderwane od realiów, również ekonomicznych, bądź zbyt przywiązane do lądu. Słusznie zauważył Pan, że pierwszym krokiem w “wyścigu zbrojeń” z Rosją powinno być zaprzestanie korzystania z jej gazu. Ale ile osób, które takie hasła wysuwają coraz częściej, zdaje sobie sprawę, że właśnie wtedy MW najbardziej będzie nam potrzebna? I że, jak słusznie Pan zauważył, MW ma szczególne znaczenie w czasie pokoju, choćby w sytuacji kryzysów politycznych, ba, może być podstawowym i jedynym akceptowalnym instrumentem militarnym służącym do ich zażegnania lub rozwiązania?

        Życzę Wesołych i Spokojnych Świąt
        oraz kolejnych świetnych tekstów, nad którymi można będzie dyskutować.
        Pozdrawiam

    • Panie Robercie, NDR to nie wszystko.
      Jako że rozmawiamy o wizji przyszłości za 5-10 lat (kiedy potencjalne okręty podwodne będą mogły wejść do służby), zakładałbym, że będziemy posiadać relatywnie nowoczesny system OPL. System, który będzie między innymi ochraniał wybrzeże (jako potencjalny kierunek ataku przeciwnika).
      Taki system pozwala lotnictwu MW relatywnie bezpiecznie operować w strefie przybrzeżnej. Drony mogą wykrywać i identyfikować cele. Podobnie jak nasze nieszczęsne Bryzy. Zakup/modernizacja kilku C295 do standardu C295MPA wydaje się przesądzony (rozpisano już przetarg na hangary dla tych maszyn ;))
      C295MPA między innymi mogą przenosić pokpr. Po zintegrowaniu na przykład z JSM, mamy możliwość atakowania celów na dystansie wystarczającym, do zablokowania żeglugi w tym rejonie. Nawet, jeśli C295 dla bezpieczeństwa pozostawałyby nad lądem.

      No i oczywiście okręty. Szacowałbym, że nasze Orkany nie potrzebują tak skomplikowanej infrastruktury jak OP i spokojnie mogą operować ze Szczecina.

      Największy problem stanowi tu oczywiście panowanie w powietrzu, i to jest kwestia nad którą nasi planiści powinni się pochylić. Szczególnie w czasie formułowania wymagań dla OOW aka korwety. Mam szczerą nadzieję, że obrona przeciwlotnicza tych okrętów nie zostanie potraktowana po macoszemu. Oczywiście nie ma tu mowy o jakimś wynalazku typu korweta OPL (ograniczenie gabarytów), ale mamy na rynku/ w przygotowaniu kilka ciekawych rozwiązań OPL w zakresie zasięgu do 30 km, które mogłyby umożliwić funkcjonowanie reszcie MW (Orkany, samoloty/śmigłowce ASW, drony) w obszarze niepewnej sytuacji w powietrzu.

      • Panie Marcinie
        Jeśli pozostajemy przy temacie zwalczania żeglugi pomiędzy Cieśninami Duńskimi a Bałtykiem wschodnim, to warto zwrócić uwagę, że główne szlaki przechodzą pomiędzy Bornholmem a wybrzeżem Szwecji, czyli poza zasięgiem pocisków odpalanych z naszej linii brzegowej. Pytanie, czy w przypadku pełnoskalowego konfliktu, szlaki te byłyby wykorzystywane? Raczej wątpliwe, chyba że nasi obecni sojusznicy zachowaliby neutralność, co nie jest takie niemożliwe – wszak geopolityka i interesy narodowe wracają właśnie do Europy po wielu dekadach “wakacji”. Bardzo bym się nie skupiał na możliwości obrony obszarów morskich przez lądowe systemy OPL. Przy zakładanej ilości 6 (+2 w późniejszym czasie) baterii rakiet średniego zasięgu, muszą mieć one zasięg pow. 120 km i możliwość obrony okrężnej by w miarę zabezpieczyć lądowe terytorium kraju (a do tego trzeba pamiętać, że na pułapie poniżej 3 km zasięg spada o połowę, a dla ekstremalnie nisko lecących celów, efektywność wykrywania jest minimalna), co sprawia, że można liczyć co najwyżej na sensowną obronę podejść do dwóch głównych portów. Samoloty patrolowe są jak najbardziej przydatnym narzędziem, BSL również. Ale i tu pojawiają się problemy. Bo tak naprawdę nikt nie wie, jaka będzie skuteczność dronów w warunkach przeciwdziałania przeciwnika, a ograniczona ilość samolotów patrolowych spowoduje, że nie zapewnimy sobie ciągłości patroli w powietrzu, a i tak odbywać się one muszą poza obszarem oddziaływania OPL i lotnictwa npla. Ponieważ w najbliższych latach, raz ze względu na koszty, dwa ze względu na “czarny PR” jaki przy okazji budowy “Gawrona” poczyniono MW, nie ma co liczyć na okręty mogące ustanowić skuteczna OPL nad obszarami morskimi, ważne będzie by planowanym przez MON jednostkom “corvette size”, zapewnić gęstą obronę punktową. Bo to one przebywając na morzu będą głównym źródłem informacji choćby dla NDR. Podsumowując ten przydługi wywód: zarówno systemy lądowe, jak i okręty nawodne na Bałtyku, w warunkach wojennych, służyć będą głównie obronie własnych szlaków komunikacyjnych, bądź odmowie dostępu do własnego wybrzeża. Chcąc przecinać linie komunikacyjne npla, względnie nękać go na bliższych mu akwenach, musimy posiadać OP. I wcale nie muszą być z najwyższej półki, bo bardziej ważna wydaje się ich ilość. Obecnie posiadamy 5 i nie wydaje się, by była to liczba zbyt duża

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)