Jan 112014
 

W coraz częściej pojawiających się publicznych dyskusjach na temat modernizacji sił zbrojnych, rzadko podejmowany jest temat koncepcji czy też strategii rządzącej logiką wysiłków modernizacyjnych. Terminy najczęściej używane w kontekście Marynarki Wojennej to Bałtyk Plus czy odstraszanie. Ostatnio Prof. Koziej użył terminu niedostępności terytorialnej kraju. Poniższy tekst jest próbą krytycznego spojrzenia na stosowność używania wspomnianych terminów i wezwaniem, aby wrócić do klasyków. Nie chcę dzielić włosa na czworo, ale od podstawowych definicji zależy (albo raczej powinno zależeć) jakie będziemy mieli okręty podwodne, jaką rolę będą spełniały drony w systemie obronnym lub czy ma sens inwestowanie w patrolowe samoloty CASA. W książce The Dynamics of Military Revolution, 1300-2050 (MacGregor Knox i Williamson Murray) znalazłem taką oto perełkę mądrości:

Błędy strategiczne mogą zostać skorygowane dopiero w następnej wojnie.

Do właściwości stosowania teorii Jeune Ecole w odniesieniu do naszych koncepcji obronnych już się na tym blogu odnosiłem. Dzisiaj czas na idee niedostępności terytorialnej kraju oraz odstraszania. Pierwsza jest zapewne spolszczeniem amerykańskiego terminu A2/AD czyli anti-access/area denial. Jest to określenie dość nowe i wcale nie precyzyjne. Termin jest popularny i chwytliwy ale do niedawna brakowało mu jakiejkolwiek podbudowy teoretycznej. Na szczęście ukazała się książka Samuela Tangredi, Anti-Access Warfare: Countering Anti-Access and Area-Denial Strategies, która jest próbą usystematyzowania wiedzy na ten temat. Autor, analizując konflikty z przeszłości wyodrębnia pięć podstawowych elementów stanowiących zręb koncepcji:

  • przekonanie o strategicznej przewadze sił atakujących
  • dominujący czynnik geografii jako element mający największy wpływ na czas operacji i wykruszanie się sił przeciwnika (attrition)
  • dominację obszarów morskich nad przestrzenią konfliktu
  • krytyczny wpływ posiadania informacji i rozpoznania oraz odwrotnie – decydujący efekt operacji wprowadzających przeciwnika w błąd co do rzeczywistych zamiarów i działania
  • zdecydowany wpływ wydarzeń w innych regionach i niezwiązanych bezpośrednio w konfliktem

Każdy z powyższych punktów jest w przypadku Polski dyskusyjny i nie daje jednoznacznego potwierdzenia słuszności przyjęcia takiej koncepcji obrony. Retoryka „państwa granicznego Unii” i położenie geograficzne eliminuje argument o dominacji obszarów morskich. Geografia sama w sobie nie sprzyja za bardzo działaniom opóźniającym ani wyczerpywaniu sił przeciwnika. Mamy natomiast wpływ na budowanie świadomości sytuacyjnej. Polityka zagraniczna za cel może również obrać tworzenie sytuacji dla przeciwnika niewygodnych i odwracających jego uwagę od bieżącego konfliktu. Ten ostatni punkt Tangredi ilustruje przykładem ataku Persów na Grecję. Bitwa morska pod Salaminą choć zwycięska dla Greków nie była w stanie sama zmienić wyniku wojny. Stworzyła jednak groźbę odcięcia dróg zaopatrzenia, co wobec mnożących się buntów podbitych ludów wewnątrz państwa Perskiego zmusiły Kserksesa do zmiany kalkulacji i wycofania się z Grecji. Do prowadzenia takiej polityki nie potrzebujemy jednak A2/AD. Przykładem jak najbardziej współczesnym prowadzenia aktywnej polityki zagranicznej poza potencjalnym obszarem konfliktu niech będzie wizyta okrętów JMSDF w Polsce i próba zacieśniania stosunków na płaszczyźnie militarnej.

Najbardziej trafnym wydaje się być przekonanie o przewadze przeciwnika. Tu jednak napotykam na pewien problem logiczny. Po pierwsze zagrożenie może nadejść niekoniecznie ze strony dominującej potęgi. W końcu żyjemy w świecie, gdzie struktury pozarządowe i ponadnarodowe są równie groźne co państwa. Jeśli jednak będziemy wystawieni na prowokacje ze strony przeważającej siły to nasze działanie ma sens i szanse powodzenia wówczas gdy założymy, że przeciwnik ma ograniczone cele. Mamy więc do czynienia ze sporem nie będącym dla przeciwnika zagrożeniem istotnym i do realizacji którego przeznacza tylko fragment swoich sił. Dlaczego więc wówczas z góry zakładamy przewagę sił atakujących? Jeśli podważymy ten podstawowy argument za stosowaniem koncepcji niedostępności terytorialnej, to wówczas, jak zauważa Sam Tangredi:

W skrócie, bez przekonania o strategicznej przewadze oponenta, optymalizowanie sił zbrojnych pod kątem niedostępności terytorialnej nie jawi się ani jako niezbędne ani atrakcyjne. Zamiast tego, siła własnej armii na polu walki i zdolność do operowania poza obszarem konfliktu może nawet skuteczniej zapobiec jakiemukolwiek potencjalnemu atakowi. Koszty realizacji strategii niedostępności terytorialnej mogłyby być lepiej wykorzystanie do optymalizacji własnych sił.

Małe inwestycje i duży efekt. Włoscy płetwonurkowie zatapiają Viribus Unitis w porcie przeciwnika .

Małe inwestycje i duży efekt. Włoscy płetwonurkowie zatapiają Viribus Unitis w porcie przeciwnika .

Co więc w zamian? Proponowane podejście miałoby sens, gdybyśmy umieli precyzyjnie a wręcz chirurgicznie rozdzielić A2/AD od podejścia klasyków do obrony przed silniejszym przeciwnikiem i uzasadnić przewagę takiego teoretycznego wsparcia strategii obronnych. Klasycy oferują jednak wystarczająco dużo przemyśleń na temat i to zarówno w domenie wojny na lądzie jak i na morzu. Twierdzenia von Clausewitza o wyższości obrony nad atakiem nie brzmią tak medialnie jak “Polskie Kły”, ale już wersja “aktywnej obrony” w  wydaniu Mao Tse Tunga wydaje się być równie chwytliwa. Sir Julian Corbett powtarza za von Clausewitzem, że „prawdziwa obrona oznacza oczekiwanie na szansę do ataku” a „ogólna polityka obronna może się składać z serii mniejszych operacji ofensywnych”. Narzucenie sobie z góry przekonania o wyższości przeciwnika jest niekoniecznie i niekorzystne. Z góry może sugerować rozwiązania, które blokują ofensywne nastawienie sił zbrojnych. Jeśli wziąć pod uwagę twierdzenie Juliana Corbetta o tym, że struktura floty powinna być odzwierciedleniem dominujących poglądów, to brak precyzyjnego rozróżnienia pomiędzy koncepcją niedostępności terytorialnej a aktywną obroną może zaowocować chybionymi inwestycjami. Ilustracją niech będzie pomysł samolotów patrolowych CASA. Zgodnie z tym co wiemy już o A2/AD, posiadanie informacji jest kluczowym elementem strategii. Co jednak, jeśli konflikt rozstrzyga się głównie na lądzie a obszar patrolowany jest w zasięgu lotnictwa przeciwnika mającego strategiczną przewagę. Systemy ISR czy C2 będą wśród pierwszych celów do zniszczenia. Być może rozsądniej byłoby inwestować w drony? Albo porzucić koncepcję i założyć bardziej wyrównane szanse z możliwością walki o uzyskanie przynajmniej chwilowej i lokalnej przewagi. Wówczas samolot załogowy da nam lepszą informację i warto zaryzykować?

Samolot patrolowy czy drony? Zależy od subtelnych różnic w formułowaniu strategii

Samolot patrolowy czy drony? Zależy od subtelnych różnic w formułowaniu strategii

Odmowa terytorialna może być spójna z koncepcją odstraszania i często bywają one wymieniane jednym tchem. Pokazujemy przeciwnikowi, że atak na nas nie tylko będzie kosztowny ale mamy kły i możemy się odgryźć. Tylko czy aby na pewno? Zbyt często zapominamy o niedocenianym psychologicznym aspekcie odstraszania. Powracam do tego, co na ten temat mówi Sam Tangredi:

W dyskusji o odstraszaniu jako elemencie niedostępności lub anty-niedostępności terytorialnej należy pamiętać, że odstraszanie nie jest własnością fizyczną – jest to stan umysłu. Odstraszanie występuje gdy rządowi decydenci są przekonani, że potencjalny oponent posiada zarówno technologię jak i wolę do uniemożliwienia osiągnięcia celu. Zarówno możliwości jak i wola muszą być oczywiste dla decydentów, jeśli mają odwieść ich od podjęcia akcji.

Założenie o strategicznej przewadze przeciwnika utrudnia nam przekonanie go o naszej zdolności do uniemożliwienia mu osiągnięcia celu. W końcu ma wystarczającą przewagę, prawda? Autor analizując wojny z przeszłości dochodzi do wniosku, że technologia w ogóle ma mały wpływ na wynik zmagań z obroną opartą o ideę niedostępności terytorialnej. Na poziomie samej technologii podkreśla on konieczność nie tylko precyzji ale i siły oraz ciągłości ognia. To zakłada odporność na ciosy i duży zapas amunicji i wiele platform. Dlatego konwencjonalne odstraszanie jest tak trudne.

Niedawno ukazał się tekst warty lektury i napisany z dużą dozą poczucia humoru, zatytułowany How Poland Came to Be a Major EU Power a w nim zdanie:

As for the Poles, everyone knows why they don’t budge: they have an inferiority complex and a strong dose of territorial angst.

Z koncepcją A2/AD w odniesieniu do Polski mam dwa problemy. Pierwszy to obawa, że cytowane zdanie ma zbyt duży wpływ na nasz sposób myślenia o bezpieczeństwie narodowym. Drugi to pytanie na ile Marynarka Wojenna jest właściwym narzędziem do realizacji obranej koncepcji oraz czy flota nie byłaby bardziej przydatna do budowania relacji wzajemności w ramach zarówno EU jak i NATO.

  7 Responses to “Zamiast odstraszać, powróćmy do klasyków”

  1. Witam Panie Przemku,

    Wydaje mi się, że Pańskie odczucia dot. “polskiego A2/AD” są słuszne. Nie znalazł Pan w A2/AD “wspólnego mianownika” ze sprawą polską i skończył Pan sięgając po klasyków teorii prowadzenia wojen. Moim zdaniem powód takiej a nie innej struktury Pańskiego wywodu jest prosty: A2/AD nie można traktować jako teorii – ani ogólnej, ani średniego zasięgu. Nie jest to nawet “metodologia wojny”. Najbliżej A2/AD ma do studium przypadku: ot, po raz pierwszy od… zawsze Amerykanie stanęli naprzeciwko państwa, którego nie są w stanie zaatakować w ich ulubiony sposób, gdyż zespół lotniskowca zostałby unicestwiony na długo przed wejściem w zasięg samolotów pokładowych. Innymi słowy, A2/AD stara się udawać coś ogólnego, ale to tak naprawdę zawoalowane studium chińskiej obrony.

    • Witam,

      W dużej mierze zgoda. Co do moich obaw, to uważam że za daleko posuwamy się z tą obroną. To czyni nas zbyt zorientowanymi na własne problemy bez spojrzenia na kontekst i otoczenie, bez którego nie jesteśmy w stanie rozwiązać problemu bezpieczeństwa w przypadku poważnego konfliktu. Co do amerykanów, to termin jest świeży i częściowo przypisuje się jego popularyzację Robertowi Work. Z ich punktu widzenia jako światowego hegemona istotna jest swoboda operowania tam, gdzie jest to istotne dla interesów Stanów Zjednoczonych. Jakiekolwiek próby ograniczania tej swobody spotykają się z amerykańską reakcją. Z tego punktu widzenia nazwa jest bardzo adekwatna, ale mało ma wspólnego z naszymi problemami.

      Pozdrawiam,

      Przemek

  2. Witam
    Szczerze pisząc, wydaje mi się, że koncepcja Bałtyk+ jest posunięciem czysto marketingowym. Coś jak nazywanie korwety “okrętem obrony wybrzeża”. Trzeba sobie jasno powiedzieć, zdecydowana większość społeczeństwa nie ma pojęcia o polityce zagranicznej, nie ma pojęcia co dzieje się na świecie i nie wierzy, że może to mieć jakikolwiek wpływ na ich życie.
    Jak na razie, jest akceptacja społeczna dla wydatków obronnych, ale Marynarka Wojenna nie ma dobrej prasy. Zwłaszcza po fiasku Gawrona, dominuje opoinia: “po co nam ta flota?”.
    Stąd, mamy Bałtyk+. I w ramach Bałtyk+ koncepcja oceanicznych Okrętów Podwodnych. Cicha koncepcja okrętu projekcji siły…
    Odstraszanie odstraszaniem, ale dalej inwestujemy (lub planujemy) w klasyczne wojska pancerne/zmechanizowane. Wbrew panującym w NATO trędom. I dobrze.

    Drony to ciekawa koncepcja, ale kompletnie niesprawdzona w warunkach realnego konfliktu. Jak na razie, niezbyt rewelacyjna obrona przeciwlotnicza Iranu radzi sobie z nimi nieźle. Moim zdaniem, poleganie na dronach może być pułapką. Szczególnie, jesli te drony miały być importowane.
    Rosjanie unieszkodliwili Gruzińskie drony dyplomatycznie (dostali kody źródłowe z Izraela). Pytanie jak długo zajęło by im rozpracowanie i zakłucanie ich sygnałów na przykład po przejęciu zestrzelonego egzemplarza.

    Koncepcja Bałtycka z redukcją sił klasycznych została już przetestowana przez Szwecję, i wydaje się, że oni właśnie się z niej wycofują. Na szczęście nie wygląda na to, by Polska miała powtarzać tą drogę, ale na 3 pełnomorskie fregaty zamiast 3 korwet chyba nas jeszcze nie stać. Byc może po 2020..

    • Panie Marcinie,

      Bałtyk Plus jest nazwą chwytliwą i jako taka jest dobrym zabiegiem marketingowym. Natomiast sama koncepcja jest ukorzeniona znacznie głębiej. Prezydent i BBN pod przewodnictwem prof. Kozieja są zwolennikami powrotu NATO do źródła, czyli paragrafu 5-go. W przeciwnym wypadku istnieje obawa, że ze swoimi problemami zostaniemy sami. To oznacza realizację strategii “Home first” a w zmarynizowanej formie Bałtyk Plus. Wielkim pytaniem jest to, w jaki sposób flota może i powinna wspierać koncepcje obrony integralności i niezawisłości Państwa. Generałowie mogą to widzieć po prostu w kategoriach frontu nadmorskiego. Jeszcze jeden kierunek działań lądowych, który jest tylko jego przedłużeniem. Ginie w tym kompletnie rola międzynarodowa floty, która w naszych warunkach ma najwięcej sensu. Przynajmniej moim zdaniem. Problem odwracanie się społeczeństw od morza (sea blindness) nie jest naszą specjalnością. Istnieje w Wielkiej Brytanii i Stanach też. Po prostu globalny system morskiego handlu przyjmujemy jako dany i po prostu istniejący. Jest on na dokładkę ponadnarodowy więc “niczyj”.
      Jakiś element wojsk pancernych musimy mieć. To nie tyle odstraszanie ile realna siła. należy to traktować jako polisę ubezpieczeniową na życie. Na co dzień nie potrzebna, ale tylko do momentu. Później jest już za późno. Więc nie protestuje. 250 czołgów Leopard plud następne 200 Twardych jest akceptowalne. Czym zamienić zmodernizowane T72 – to już inna dyskusja z morskim wątkiem w tle. Proponowany wóz wsparcia bojowego to po prostu battlecruiser. Ze wszystkimi konsekwencjami.
      Obrona przeciwlotnicza wobec braku aktywnej jej degradacji poradzi sobie z każdym samolotem za wyjątkiem być może najbardziej zaawansowanych technik stealth. Drony do tej pory zakładały brak takiej obrony. Jednak US Navy w następnym kroku chce już zrobić dron zdolny do działania w przestrzeni “contested” czyli bronionej. Stąd maszyna wielkości Tomcata. Łączność jest słabym punktem dronów tak samo jak i wielu systemów uzbrojeni typu kierowane bomby. Cała obrona US Navy oparta o CEC zakłada ciągłą łączność pomiędzy okrętami i rakietami. Co do kodów to niedawno przeczytałem historyjkę o Niemcach, którzy do swoich zaawansowanych narzędzi obróbczych kupili część z Chin. Część ta z powrotem raportowała co ta maszyna wytwarza. Nikt nie jest już bezpieczny.
      Szwedzi nie tyle się wycofują z redukcji sił klasycznych ile doceniają rolę współpracy międzynarodowej. 600 tonowe okręty nie posiadają ani dzielności morskiej ani zasięgu i autonomiczności pozwalającej na taką współpracę. Pod tym względem 2.000 korweta jest rozsądnym kompromisem. Na fregaty pieniądze by były bo nie kosztują więcej niż planowane 7-9 miliardów na okręty podwodne. Tyle, że logika odstraszania promuje OP a nie fregaty. Stąd tak ważne są podstawy koncepcyjne.

      Pozdrawiam,

      Przemek

      • Panie Przemku
        Strategia “Home First” jest akurat w naszym przypadku racjonalna, nawet z punktu widzenia innych członków sojuszu. Jesteśmy w końcu państwem granicznym. Nawet, jeśli wjakiejś odległej przyszłości uda się wciągnąc Ukrainę w orbitę UE/NATO, to konflikt na terenie Ukrainy czy państw Bałtyckich nie wymaga od nas zdolności do strategicznego przerzutu wojsk nie wiadomo gdzie morzem lub powietrzem. Rozsądnie zorganizowana brygada na Rosomakach / Wilkach może po przyjaznym terenie w ciągu doby przejechać kilkaset kilometrów. Nie musi płynąć do Estonii morzem. Jej gąsiennicowy odpowiednik z Leopardami/PT-01/Andersami czy cokolwiek z tego wyniknie i gąsiennicowymi BWP będzie na miejscu dobę później. To jest moim zdaniem rozsądne połączenie bezpiecznej zasady Home First i pewna specjalizacja w ramach sojuszu. Specjalizacja, którą trzeba odpowiednio wypromować i uświadamiać sojusznikom:
        Wy ekspediujecie 3000 ludzi do Mali, a my w tym czasie utrzymujemy 600 czołgów na naszej wspólnej granicy.
        Koncepcja lekkiego czołgu również pasuje tu idealnie. Pasuje do “Home First”, ponieważ lekki czołg będzie tańszy (i produkowany w Polsce) więc będzie nas stać, by zastąpić nim przestarzałe T72 (T72 nawiasem pisząc, również są czołgami lekkimi z masą nieco ponad 40 ton). Pasuje jako wkład sojuszniczy, bo będzie mógł szybciej przemiescić się w rejon zapalny. Pasuje też do koncepcji wojny manewrowej, która jest nieuchronna przy obecnej liczebności wojsk lądowych. Nie ma co dziś marzyć o “linii frontu”.

        Oczywiście, Generałowie najprawdopodobniej przejmują się tym, żeby kiedy 600 czołgów stoi na granicy, nikt nie wysadził desantu pod Szczecinem. Zrozumiałe. Niemniej jednak być może to nie ich głos jest tu ostateczny. W zaproszeniu do dialogu technicznego na korwety, zapisano np autonomiczność 30 dni i zasięg 6000MM. Sporo jak na okręty operujące 200 km od portów. Stricte oceaniczne korwety jak Khareef mają autonomiczność 21 dni i zasięg 4500MM. Można zakładać brak kompetencji albo … albo nasze OOW to tak na prawdę skromne LCS’y. Nazywane OOW, żeby społeczeństwo, a przede wszystkim minister finansów nie wszczynało burzy.. W tym kontekście, wydaje mi się, że pieniądze podatników będą wydawane w miarę racjonalnie.

        Drony bojowe działające w warunkach bojowych nad wrogim to na razie plany, bo nawet jeszcze nie projekty. Biorąc pod uwagę dynamikę ostatnich projektów zbrojeniowych w USA(F35, Zumwalt, G. Ford…), nie oczekiwałbym szybkich efektów.. Drony oczywiście są potrzebne, ale nie oczekiwałbym, że w najbliższym czasie poważnie zastąpią załogowe samoloty w misjach bojowych. Misje przeciwpartyzanckie natomiast w najbliższym czasie nam chyba nie grożą..

        W kwestii fregat muszę się zgodzić. Gdybym miał wybierać pomiędzy 3 OP a 3 GCS czy FREMM, zdecydowanie głosowałbym za fregatami. 3 OP to wciąż raczej za mało, żeby odstraszyć agresywne mocarstwo a 3 Fregaty to kolejna bariera opl do pokonania, potencjalnie większa salwa pocisków manewrujących, i większa przydatność w czasie pokoju. Rozumiem, jednak, że całkowita likwidacja sił podwodnych byłaby dla Dowództwa Marynarki zbyt rewolucyjną decyzją. Może trochę szkoda..
        Przy założeniu zbudowania w ciągu najbliższych lat nowoczesnego systemu OPL, znacznie większą siłę odstraszania będzie miało lotnictwo (operujące z w miarę bezpiecznych baz. Tutaj otwiera się temat konieczności szybkiego zastąpienia odchodzących Su 22..

        • Panie Marcinie,

          Co do Estonii i Steadfast Jazz to myślę, że drogą morską może iść całe zaplecze logistyczne i zaopatrzenie. To są co najmniej setki ton. Kto wie czy nie dziennie. Wymagania na korwety są wygórowane ale pomijając ten szczegół odbieram to jako kompromis pomiędzy SG a MW. Są to okręty do obrony wybrzeża i podejść do portów ale i do współpracy z sojusznikami.
          Drony na razie są nam potrzebne do rozpoznania, ale w przypadku równorzędnego przeciwnika lepiej wysłać dron niż załogowy samolot CASA. To było moją intencją. Bojowe drony to rzeczywiście pieść przyszłości.
          Co do Su-22 to jest taki artykuł na Defence24, że “muszą” zostać zastąpione. Myślę, że nie muszą. Z ustawowym finansowaniem obrony plot/prak i nadchodzącą cyberobroną oraz programem kosmicznym ten program ma małe szanse.

          Pozdrawiam,

          Przemek

          • Drony do rozpoznania jak najbardziej. W każdym wypadku znacząco rozszerzają swiadomość sytuacyjną. Ale kiedy taki dron wykryje potencjalny cel, lepiej mieć w powietrzu samolot patrolowy, który nawet patrolując bezpiecznie nad własną linią brzegową, jest w stanie szybko dostarczyć środki rażenia (torpedę/pokpr) tam gdzie trzeba.
            Szybciej, niż F16 poderwany alarmowo z Krzesin, czy okręt wypływający z Gdyni czy Kołobrzegu. Dron nie wyklucza, a uzupełnia samolot patrolowy.

            Nie neguję bynajmniej scenariusza Steadfast Jazz. Drogą morską może iść zaopatrzenie i posiłki np z Niemiec. Ale w tej sytuacji pojawią się też sojusznicze okręty. Starałem się jedynie wskazać potencjalny kierunek rozwoju Sił Zbrojnych jako całości, który moim zdaniem godzi zobowiązania sojusznicze z priorytetami własnej obronności. Ten kompromis nie wyklucza ani nie neguje roli marynarki wojennej, a jedynie zmniejsza rolę Floty na Bałtyku. W tej kwestii całkowicie się z Panem zgadzam i uważam, że Marynarka nie powinna być budowana na Bałtyk, a raczej jako narzędzie polityki zagranicznej.

            W kwestii Su22, uważam, że powinny być zastąpione. Oczywiście nie w proporcji 1:1 i nie sądzę, żeby było nas stać na zastąpienie ich “zwykłym” mysliwcem wielozadaniowym. Przydałoby się natomist coś bardziej budżetowego jak FA50 czy Textron Skorpion, co mogłoby operować z mniej wymagających lotnisk. Jedna eskadra z opcją na następną powinna być w zasięgu naszych możliwości. Nie mogę jednak wykluczyć, że większy priorytet będą miały śmigłowce uderzeniowe (czas życia Mi24 też dobiega końca..).

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)