Mar 202014
 

Trudno opracowywać strategię nie znając przeciwnika ani zagrożenia. Kryzys wokół Krymu tę sprawę wyjaśnia i reakcja Szwedów w postaci wypowiedzi Premiera jest całkowicie zgodna z Białą Księgą bezpieczeństwa narodowego Polski:

Mamy potężnego i nieprzewidywalnego sąsiada nie stosującego się do międzynarodowych standardów, które powstały po zakończeniu Zimnej Wojny. Ta nieprzewidywalność stwarza niepewność w naszym otoczeniu i musi być punktem początkowym dla rewizji potrzeb budżetu obrony.

Nasz problem polega na tym, że nie jesteśmy w stanie wygrać wyścigu zbrojeń z Rosją. Nawet, jeśli plan modernizacji zostanie w pełni zrealizowany, to nasza flota będzie nieliczna i tym samym wrażliwa na ciosy a odbudowa ewentualnych strat długotrwała, jeśli w ogóle możliwa. Ale czemu mielibyśmy w ogóle w takim wyścigu uczestniczyć? Przecież jest NATO, można by rzec. Tak, ale… jeśliby jakikolwiek konflikt wybuchł dzisiaj to siły NATO gotowe do natychmiastowego działania sprowadzają się do 12 F-16 w Polsce, 6 F-15C na Litwie oraz niszczyciela Aegis na Morzu Czarnym. Walczy się tym co jest dostępne w danym momencie, tak więc odwieczny problem ilość versus jakość znów powraca. Na to nakłada się równie antyczny problem równowagi pomiędzy atakiem i obroną, czyli armatą i pancerzem. Capt. Wayne Hughes stwierdza w swoim podręczniku taktyki, że flota powinna działać w rozproszeniu jeśli atak ma przewagę nad obroną lub odwrotnie, skoncentrowana, jeśli przewagę ma obrona. Zakładając, że środki ataku są skuteczniejsze od obrony i że nie posiadamy przewagi na morzu to powinniśmy dążyć do operacji, w których nasze siły są rozproszone fizycznie ale ich efekt działania jest skoncentrowany. Tylko nie bardzo jest co rozpraszać, chyba że zastosujemy znany koncept struktury sił High-Low, w którym użyje się systemów bezzałogowych jako uzupełnienie do tradycyjnych platform jak okręty i w połączeniu z nimi, tak aby dawały efekt synergii i wzmocnienia możliwości platform załogowych. Funkcja uzupełniająca a nie zastępująca rolę klasycznych okrętów pozwoli na zmniejszenie psychologicznej bariery wprowadzenia dronów do służby, o czym Lt. Matt Hipple, US Navy, pisze w USNI Proceedings:

Bariery kulturowe wciąż istnieją. W lotnictwie wszystkich rodzajów sił zbrojnych piloci w sposób naturalny sprzeciwiają się systemom bezzałogowym, zwłaszcza tym zaprojektowanym do niezależnego przeprowadzania ataku.

Założeniem prezentowanej idei jest, że każdy okręt klasy Czapla, Miecznik czy Ślązak współdziała z dwoma, trzema niewielkimi zautomatyzowanymi platformami jak łotewski okręt patrolowy Skrunda, pozostającymi pod kontrolą okrętu. Skrunda to mały SWATH o wyporności 125 ton zdolny do przenoszenia modułu w postaci 20-stopowego kontenera o wadze 6-ciu ton. Jego protoplasta był używany do testowania idei niszczyciela min dla Deutsche Marine. Wersja dla Estonii przewiduje funkcję i wyposażenie hydrograficzne. Maleństwo jest więc zaskakująco wszechstronne, a dzięki technologii SWATH „dzielne” na morzu.

Skrunda jako 125-tonowy dron SWATH? Foto Masoc.lv

Skrunda jako 125-tonowy dron SWATH? Foto Masoc.lv

Każdy z dronów mógłby działać bądź z ograniczoną załogą, bądź w trybie całkowicie autonomicznym i pełniłby rolę zdalnie sterowanej wyrzutni rakiet z wykorzystaniem już posiadanej technologii Nadbrzeżnego Dywizjonu Rakietowego. Architektura NDR-u a konkretnie systemu łączności, dowodzenia i kierowania ogniem posiada swe źródło w systemie NASAMS II firmy Kongsberg. Na dronach SWATH mogą być zainstalowane zarówno rakiety przeciw-okrętowe lub przeciwlotnicze krótkiego zasięgu W tym ostatnim przypadku rozszerza się strefę obrony i niejako sztucznie zwiększa zasięg rakiet przeciwlotniczych. Alternatywnie drony mogą wykonywać zadania pomocnicze przy zwalczaniu min czy po prostu funkcje policyjno patrolowe.

Architekturę C2 NDR-u można wykorzystać do kierowania dronami SWATH. Foto 3FoW.MW

Architekturę C2 NDR-u można wykorzystać do kierowania dronami SWATH. Foto 3FoW.MW

Instalacja, powiedzmy czterech kontenerów z rakietami NSM wydaje się być możliwa mając do dyspozycji 6 ton ładunku użytecznego. Potraktujmy kontener jako zdalnie sterowaną wyrzutnię włączoną drogą radiową w system oparty o architekturę C2 Nadbrzeżnego Dywizjonu Rakietowego. Wóz dowodzenia CCV ma możliwość kierowania ogniem do 12 celów lub salwą 12 rakiet do jednego celu wykorzystując wyrzutnie wysunięte na odległość maksymalnie 10 lub 20km (różne źródła podają różne dane). Czyli instalacja skonteneryzowanego modułu CCV  na okręcie pozwoliłaby na kontrolę do 3 dronów SWATH. Zasięg 20km koresponduje z horyzontem i jest wystarczający do uzyskania efektu rozproszenia a z drugiej strony oznacza, że drony pozostają w zasięgu wzroku. Problemem pozostaje połączenie modułu CCV z systemem C2 okrętu. Nie będąc fachowcem w tej dziedzinie, świadomie jednak unikam słowa integracja. Oba systemy mogłyby traktować siebie nawzajem jako zewnętrzne źródło danych. Teoretycznie drony mogą stanowić bezpośrednie rozszerzenie NDR-u, jeśliby były sterowane z lądu za pomocą przekaźnika łączności w postaci UAV. O ile dobrze rozumiem broszury reklamowe Kongsberga i NASAMS, to mamy znaczny nadmiar wozów CCV już zakupionych. Budowa kilku dronów SWATH nie wymagałaby dodatkowych inwestycji ani w kontenery z rakietami NSM ani w wozy dowodzenia CCV, gdyż jedno i drugie już jest. Koszt samego dronu SWATH można w tej chwili tylko szacować, niemniej Skrunda kosztowała 11 milionów EUR. W skrócie całą idee można streścić w kilku punktach:

  • NDR lub okręty Czapla, Miecznik, Slązak stanowią centrum dowodzenia rozproszonych wyrzutni rakietowych NSM zarówno na lądzie jak i na morzu.
  • Zdalną wyrzutnią na morzu jest dowolny okręt lub dron SWATH
  • Dron SWATH jest modularny
  • Drony  mogą być budowane zamiast drugiego dywizjonu jako rozszerzenie NDR-u
  • Wykorzystuje się istniejącą technologię w rękach polskiego przemysłu.
  • Projekt ma krajowego sponsora i orędownika.

Jeśli pomysł ma sens to ciekawym efektem ubocznym może być zdolność Ślązaka do kierowania ogniem 12 rakiet NSM. W 2016 roku i bez modernizacji. W rzeczy samej, kontener CCV wyposażony w Link-16 może być zainstalowany na dowolnej platformie.

Idea zainstalowania na dronach SWATH rakiet przeciwlotniczych krótkiego zasięgu jest być może intrygująca ale mało interesująca dla Marynarki Wojennej. Niemniej wersja z rakietami AMRAAM jest w zasadzie dostępna jako rozszerzenie NDR-u. Flota potrzebowałaby pocisku z możliwością pionowego startu i bez konieczności instalacji specjalizowanych wyrzutni jak Mk41 czy Sylver. Takimi pociskami są zarówno RAM Blk II jak i VL Mica a broszury mówią o zdolności systemu NASAMS do adaptacji innych rakiet niż już zintegrowane. Jest więc pole do popisu i spekulacji na temat co jest możliwe a co jest fantazją. Jedno wydaje się być dzisiaj pewne – czas przyśpieszył i warto się skupić na technologiach i możliwościach będących w zasięgu ręki. Poza programami priorytetowymi, wykorzystanie do maksimum tego co już istnieje lub w co już zainwestowano będzie miało pierwszeństwo nad papierowymi planami.

  15 Responses to “Drony w rozproszonych działaniach na morzu”

  1. Drony, drony i znów drony. Przydatność w MW (i nie tylko) bliska… zeru! Łatwe do wykrycia, zakłócenia lotu i zniszczenia. Warunki pogodowe umożliwiające użycie: to idealne, albo prawie idealne. Przenoszenie uzbrojenia — symboliczne. Rozumiem wyposażenie naszych sił zbrojnych w drony, które nie różnią się, albo przewyższają możliwościami współczesne wielozadaniowe samoloty bojowe. Takich jeszcze nie ma, a jeśli są to długo dla nas nie będą dostępne. Podobne zdanie mam nt. bezzałogowych kutrów patrolowych. Moim zdaniem nic nie zastąpi kilku baterii naziemnych, pokr. wyrzutni rakietowych, paru eskadr samolotów wielozadaniowych i kilkunastu okrętów bojowych: niszczycieli, fregat i korwet.

  2. Witam serdecznie.
    Nie negując całkowicie sensu stawiania uzbrojenia na platformach bezzałogowych o wyporności >100 ton, proponuję by zastanowić się nad następującymi kwestiami:
    1. Największym problemem w zestawie okręt – bezzałogowiec z pewnością będzie zapewnienie właściwej łączności. Nikt jeszcze w realu nie próbował wykorzystania takich środków na rzeczywistym polu bitwy, w starciu z przeciwnikiem o porównywalnej technologii. A może próbował? I stąd w ostatnich miesiącach wzrost częstotliwości opinii sceptycznych?
    2. Zasięg współpracy 10-20 km jednak wydaje się zbyt optymistyczny. W jednym z opracowań dotyczących przyszłego systemu plot “Wisła” była mowa, że w sprzyjających warunkach odległość między stanowiskiem kierowania a wyrzutnią może wynieść 1-2 km, czyli dziesięciokrotnie mniej. Rozbieżność wynika zapewne z warunków walki: z zakłóceniami aktywnymi i bez zakłóceń. W kilku opracowaniach spotkałem się z opinią, że nasz najbardziej prawdopodobny przeciwnik jest mistrzem świata w kategorii: technologia zakłócania łączności na polu walki.
    3. Skoro wyrzutnie zmieszczą się na platformach o wyporności ok. 100 ton, to tym bardziej zmieszczą się na okrętach, na które ich pierwotnie nie planowano – na przykład na “Czaplach” i “Ślązaku”, skoro pierwsze informacje wskazują, że ich elektronika będzie miała “wydolność” na poziomie porównywalnym z resztą zachodniej budowy korwet i małych fregat. Zalety takiego rozwiązania: brak zagrożenia ciągłości łączności pomiędzy centralą a wyrzutnią, niższe koszty, “kompatybilność” pogodowa – unikniemy sytuacji gdy “radar” wypłynie w morze, a “wyrzutnia” będzie musiała zostać w porcie.
    4. Koncepcja użycia dronów wszelakiego rodzaju, moim zdaniem najbardziej sprawdziłaby się w ramach projektu “Marlin”, a więc (głównie) w działaniach ekspedycyjnych. Duża uniwersalna platforma umożliwiałaby “garażowanie” wszelkiej maści bezzałogowców: latających, nawodnych, podwodnych itp.
    5. Sam pomysł współpracy bardziej uniwersalnej jednostki w parze, bądź zespole z okrętem/-ami służącymi jako pływające wyrzutnie, ma duży sens, szczególnie w działaniach o większej intensywności. Pod warunkiem, że większy okręt bierze na siebie ciężar OPL zespołu i wskazywanie odleglejszych celów. W ten sposób otrzymujemy podwojenie salwy tańszym kosztem. Póki co, za “wyrzutnie” mogą nam służyć “Orkany”, które działając samodzielnie byłyby raczej rzucone na pastwę wrogiemu lotnictwu.

    Pozdrawiam. Robert

    • Panie Robercie,

      Chyba umiem odpowiedzieć przynajmniej na niektóre z Pana pytań. Łączność jest punktem krytycznym a właściwie szerokość pasma i przepustowość. Tutaj mamy jednak do czynienia z krótkim zasięgiem w linii prostej. Powinno działać. Zasięg 10-20km jest dla łączności radiowej. natomiast NDR korzysta głównie z łącze kablowego naziemnego. Wówczas 20km staje się nonsensem. Nawiasem mówiąc nowa wersja NASAMS ma również Link-16. Ogólnie ma Pan rację, że w jakimkolwiek systemie rozproszonym łącznośc staje się słabym punktem. W sieciach komputerowych w naszych biurach, też. Oczywiście, że można zainstalować wyrzutnie rakietowe na Czaplach, pod warunkiem, że istnieje zapas wyporności, mocy elektrycznej itd. Oznacza to również rozbudowę centrum dowodzenia i wzrost kosztów. Patrolowiec zamieniamy na korwetę. To jeden problem. Drugi wynika z tego, że minimalizujemy ilość celów dla przeciwnika. To znaczy, jeśli 12 wyrzutni znajduje się na dwóch okrętach, to salwę dzielimy na dwa cele. Wielkość salwy zależy od środków obrony celów. Ale jeśli te same 12 wyrzutni jest rozłożone na 3-4 cele, to salwa albo musi być znacznie większa, albo może się okazać nieskuteczna. Marlin byłby świetną platformą do tych celów i może tak się stanie. Ale nie ma go w planie do 2022 roku w ogóle a czas goni. Niestety zagrożenie się nas wyklarowało w chwili jak zwykle, niesprzyjającej. Orkany mogą służyć za wyrzutnie a raczej mogłyby, gdyby nie wybrano innej opcji. To są okręty z pełnym centrum C2 i całkiem drogie. Mogą działać samodzielnie. Podobne, choć mniejsze fińskie okręty to koszt ponad 100 mln $. Taki dron SWATH to prawdopodobnie nie więcej jak dwukrotny koszt samej platformy – jakieś 20 mln EUR. Czyli mniej więcej 4 do jednego. Co do obrony plot, to jest to problem ogólny. Niemniej na upartego można zainstalować nawet AMRAAM i kierować nimi z użyciem CCV.

      Pozdrawiam,

      Przemek

      • Nie wydaje mi się, żeby taki system wymagał do unieszkodliwienia większej salwy pocisków. Przy systemie z 1 centrum decyzyjnym i 3 wysuniętymi punktami ogniowymi wystarczy zneutralizować Czaplę, żeby cały system przestał stanowić zagrożenie.
        Ponadto, przy zasięgu NSM, dodatkowe 20 km nie stanowi wielkiej różnicy.
        Jedyne zastosowanie takiego systemu widziałbym w wersji defensywnej.
        I znacząco zmniejszonej. Nie jestem specjalistą od wyporności, ale wydaje mi się, że lekki radar typu Soła (montowany normalnie na samochodzie terenowym) i np poczwórna wyrzutnia Gromów zmieściłaby się na łodzi wielkości motorówki. Taki dron mógłby faktycznie bazować na Czapli i mógłby umozliwić rozszerzenie obszaru obrony przeciwlotniczej, przynajmniej przy dobrej pogodzie..

        • Panie Marcinie,

          Ma Pan rację pod warunkiem, że przeciwnik wie która plamka na radarze to Czapla. Jeśli nie, to musi rozdzielić dajmy na to 8 rakiet na trzy cele. Czyli każdy ma szanse się obronić. Chodzi bowiem o liczbę posiadanych pocisków a nie zasięg.

          Przemek

      • Panie Przemku.
        W tym co Pan napisał, widzę dużą nieścisłość. “Oznacza to również rozbudowę centrum dowodzenia i wzrost kosztów. Patrolowiec zamieniamy na korwetę.” ————————– Taki sam, jeśli nie powiększony – o dodatkowe środki łączności – koszt poniesiemy przystosowując okręt do roli przewodnika flotylli bezzałogowców. Do czego dodać należy koszt samych bezzałogowych platform. Pomnożenie samych platform – wyrzutni niczego nie zmienia. Według opisanego przez Pana schematu i tak to okręt załogowy jest sercem i mózgiem systemu. Czyli tak naprawdę wystarczy, by przeciwnik polował na niego.
        Ps. Tak naprawdę “Czapla”, niezależnie od wymyślonej nazwy klasy, według założeń MON przedstawionych w zeszłorocznym RFI jest korwetą. Tyle, że z naciskiem na rozbudowane funkcje przeciwminowe i brakiem (chyba chwilowym) wymagania przenoszenia przeciwokrętowych pk.
        Wpięcie zarówno okrętów, jak nadbrzeżnych radarów, oraz wyrzutni okrętowych i lądowych w jeden system, jest przedsięwzięciem jak najbardziej celowym. Ale za błąd uważam całkowitą rezygnację z łączenia systemu kierowania ogniem i samych wyrzutni na jednym kadłubie. Jest to zbędne ryzyko, bo jak pokazują konflikty począwszy od Iraku 1991, każdy atak rozpoczyna się od działań skierowanych przeciw centrom radarowym, łączności, rozpoznania, dystrybucji informacji. Rezygnacja z autonomiczności jako podstawowego sposobu działania okrętu może spowodować, że nie będzie on w stanie zupełnie realizować swoich zadań.
        Robert

        • Panie Robercie,

          Na Czapli, czy Ślązaku nie ma potrzeby rozbudowywać C2, bo mamy do dyspozycji kontenery z NDR-u. To kwestia ich przepakowania. Na upartego, choć trochę bez sensu, to C2 okrętu z modułem CCV mogą ze sobą rozmawiać poprzez Link-16. Okręt jest sercem i mózgiem, ale jak odpowiedziałem Panu Marcinowi, przeciwnik musi wiedzieć, która plamka na radarze to okręt-matka. Nawet, jeśli przeciwnik zniszczy matkę, drony mogą przejść automatycznie pod kontrolę NDR-u bezpośrednio. A w tej grze wygrywa ten, kto strzela pierwszy. Komplikujemy więc proces decyzyjny przeciwnika, jak rozdzielić salwę rakiet, których mamy tylko kilka lub kilkanaście. I jeśli popełnimy błąd w ocenie, to nie ma już amunicji na drugą salwę. Bądź pierwsza salwa jest ograniczona w liczbie, lecz jeśli rozłożona na kilka celów, to mamy szansę na obronę.

          Pozdrawiam,

          Przemek

          • Panie Przemku, gdyby to było tak proste, wszystkie okręty bojowe świata poruszałyby się w asyscie dronów – wabików.
            Wydaje mi się jednak, że nie tak tródno odróżnić okręt o wyporności 2000 ton od 100 tonowego drona.
            Nie wspominając o całej gamie promieniowania generowanego przez środki łączności i radary, które będą wyróżniały okręt na tle wabików.
            Nie wykluczyłbym nawet, że przeciwnik ma duże szanse wykryć i odpalić pociski do Czapli zanim wogóle zauważy istnienie dronów..

          • Panie Marcinie,

            Amerykanie twierdzą, że problem może sprawić wykrycie nawet lotniskowca. Jeżeli okręty będą działały w trybie “ciszy” elektromagnetycznej, wówczas zabawa się kontynuuje. Wielkość okrętu widać na danych “surowych”. Niemniej ma Pan rację w tym, że kluczem jest rozpoznanie, kto pierwszy, ten lepszy

          • Panie Przemku.
            Zdaje Pan sobie sprawę, że taki system to tylko w przypadku obrony wybrzeża na dystansie bezpośrednim, skoro to NDR miałby przejąć drony pod swoje skrzydła po stracie kwoki? A jeśli tak, to taniej, bezpieczniej i bardziej skrycie będzie dokupić wyrzutnie na ciężarówkach. Wtedy jest szansa zarówno na ich ukrycie w terenie, jak i zapewnienie im OPL.
            Z tymi plamkami na radarze to też nie do końca. Bo nawet jeśli wyglądałyby tak samo, to jedna z nich, chcąc kierować ogniem pozostałych, musiałaby tworzyć ogromną emisję elektromagnetyczną
            (radar, łączność) która odróżniałaby ją zdecydowanie od pozostałych.
            Proszę też zwrócić uwagę, że nie wszystkie marynarki przejmują się równaniem kpt. Hughesa. Stąd bywają 500 tonowe ścigacze (tajwańskie, rosyjskie) które przenoszą po 16 pocisków, a na drugim końcu francuskie fregaty “Floreal” z dwoma, lub holenderskie “Sigmy”, które najczęściej mają po cztery, choć teoretycznie mogłyby mieć ich nawet przeszło 20, gdyż nie brak im, ani miejsca, ani wyporności.
            Pozdrawiam.

          • Panie Robercie,

            Ma Pan rację, że radiolinia ma zasięg tylko do granic horyzontu. Dlatego wspominałem o retlaslatorze łączności zaistalowanym bądź na UAV, bądź na samolocie Bryza. Fakt, nie wiem czy to jest możliwe. Co do marynarek zachodnich to dominowały do niedawna problemy związane z ASW i AAW. Z powodu braku przeciwnika równorzędnego, zwalczanie celów nawodnych pomijano lub “zrzucano” na lotnictwo pokładowe. To się szybko zmienia, zwłaszcza w Stanach, gdy się okazało, że żaden okręt nawodny US Navy nie ma możliwości skutecznego zwalczania celów nawodnych. Arleigh Burke nie mają nawet paru Harpoonów. Stąd ożywiona dyskusja o roli małych okrętów i programy następców dla Harpoona.

  3. Panie Przemku.
    Zarzut zachodnich zaniedbań w zakresie przeciwokrętowych PK, wydaje się celny. Rzeczywiście, na kilku pokoleniach okrętów amerykańskich i brytyjskich, bądź ich nie było, bądź nawet wyglądały na wciśnięte tam na siłę. Tylko nie wiem, czy po trosze nie wynikało to z doświadczeń z pięciu dekad kariery PK w marynarce. Nie przypominam sobie, poza potyczką pod Latakią, starcia flot w którym użyto jednorazowo duże ilości PK woda-woda. To co głosi Hughes ma sens ale głównie w odniesieniu do obrony wybrzeża, bądź masowego starcia mającego zetrzeć w proch flotę przeciwnika na danym akwenie. Zastanówmy się, czy w naszym położeniu akurat taka zdolność jest dla PMW najbardziej wskazana. Z krajów nad Bałtykiem, z pewnością rozsądna jest z punktu widzenia obawiających się desantu Szwedów (analogia: Chiny – Tajwan). Moim zdaniem dla nas byłaby wskazana, gdyby to zamorska Szwecja, a nie Rosja z którą mamy granicę lądową, była naszym rywalem.

    • Zgodziłbym się z tą opinią. Biorąc pod uwagę ograniczone środki, którymi dysponujemy, inwestowanie w obronę wybrzeża to strata pieniędzy. NDR zawsze będzie tu najefektywniejszy kosztowo, bo koszty wyrzutni i rakiet są takie same, platworma lądowa jest bez porównania tańsza i łatwiej ją ukryć.
      Marynarka powinna skupić się na potencjale eskortowym i odstraszania. Ewentualnie projekcji siły, bo jednak nasz wschodni sąsiad to nie cały świat.

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)