Apr 072014
 

W początku kwietnia przedstawiciele MON poinformowali Komisję Obrony Narodowej Sejmu o stanie realizacji planów modernizacji Marynarki Wojennej. Ogólny wydźwięk jest pozytywny i nawet z dość ogólnej prezentacji kmdr. Olejnika można było wyłowić parę interesujących szczegółów. Posumowanie prezentuje Dziennik Zbrojny. Jednak najciekawszą częścią spotkania była sesja pytań i odpowiedzi. To materiał do przemyślenia pokazujący, że pewne problemy koncepcyjne wciąż mogą stać się groźną rafą na kursie modernizacji Marynarki Wojennej. Na szczęście rafy można ominąć i o tym jak ewentualnie ominąć przeszkody jest poniższy tekst. Najbardziej interesujące fragmenty sesji można sprowadzić do kilku punktów, będących właściwie pytaniami:

  • Wartość polityczna i militarna okrętów podwodnych
  • Zdolności produkcyjne polskich stoczni do budowy okrętów wojennych
  • Włączenie MW w doktryny NATO
  • Zachowanie wykwalifikowanej kadry do czasu wprowadzenia nowych okrętów do służby

Pierwszy problem został poruszony przez posła Ludwika Dorna, który zadał serię pytań o to, czy będą zainstalowane na okrętach podwodnych rakiety manewrujące dalekiego zasięgu, a jeśli nie to czy warto inwestować tak wysokie środki w duże okręty podwodne. Czy nie warto wówczas zainwestować w mniejsze (w domyśle tańsze) okręty podwodne, służące bardziej marynarce wojennej a nie narodowej strategii odstraszania. Pytanie jest zasadne, ale zadane chyba za późno by można było uniknąć istotnych szkód. Pytania zadane przez posła Ludwika Dorna stanowią groźną sekwencję – jeśli okręty podwodne nie będą stanowiły zasobu strategicznego odstraszania Państwa, wówczas nie są warte wydanych pieniędzy. Powstaje wówczas pytanie po co marynarce okręty podwodne w ogóle i za jakie pieniądze. Rezygnacja z realizacji tak zaawansowanego projektu byłaby dużym ciosem dla programu modernizacji i miałaby silne reperkusje polityczne i psychologiczne. W kraju i zagranicą. Aby ważny dla marynarki program miał wysokie szanse realizacji potrzebne jest wsparcie polityczne zarówno ze strony marynarzy jak i polityków. Szczególnie przed wyborami.

Zacznijmy od powtórzenia pewnych argumentów przeciw rakietom manewrującym jako strategii odstraszania. Odstraszanie jest zjawiskiem psychologicznym i działa pod dwoma warunkami – zagrożenie jest istotne i nieuniknione. To zamienia się na posiadanie odpowiednich zdolności, woli politycznej ich użycia i wysokiego prawdopodobieństwa uzyskania oczekiwanego skutku. Okręt podwodny odpalający kilka rakiet nie stanowi zagrożenia dla mocarstwa, jakim jest Rosja. Nikt również w Rosji nie może się zgodzić z tym, że obrona przeciwlotnicza i przeciwrakietowa nie jest w stanie sobie poradzić z powiedzmy, czterema rakietami. To byłoby ośmieszenie sił zbrojnych Federacji Rosyjskiej. Jest jeden wyjątek – jeśliby te rakiety przenosiły głowice nuklearne. Wówczas nawet niewielkie prawdopodobieństwo przedarcia się choćby jednej rakiety przez obronę, stanowiłoby poważne zagrożenie. O pójście taką drogą podejrzewa się tylko jedno państwo na świecie – Izrael. Dopóki Polska nie zamierza zostać członkiem klubu nuklearnego, przenoszenie rakiet dalekiego zasięgu przez klasyczne okręty podwodne należy odłożyć na półkę.

Podejrzenie, że ten okręt przenosi głowice nuklearne, może stanowić element odstraszania strategicznego. Foto www.defenceforumindia.com

Podejrzenie, że ten okręt przenosi głowice nuklearne, może stanowić element odstraszania strategicznego. Foto www.defenceforumindia.com

Co można zrobić w obronie planu modernizacji ale respektując argument małej wartości politycznej w stosunku do poniesionych nakładów. Wyjściem może być kompromis zarówno po stronie wartości politycznej (odstraszanie) jak i militarnej (zdolności) pozwalający na ograniczenie kosztu tak, aby korzyści polityczne i militarne się zrównoważyły. Odstraszanie to nie tylko zdolność do uderzenia. To także pewność, że przeciwnik nie może nas uczynić bezbronnymi za pomocą uderzenia wyprzedzającego. Okręty podwodne, dzięki swojej skrytości oferują tę drugą formę odstraszania. Być może warto parlamentarzystom zaprezentować grę z elementami taktyki. Aby zniszczyć okręty podwodne stanowiące barierę dla operacji desantowych przeciwnika, musi on użyć swoich sił ASW. Jednak działania na wodzie i w powietrzu spotkają się z przeciwdziałaniem własnego lotnictwa i NDR-u. Sam NDR, bez okrętów podwodnych może zostać zneutralizowany za pomocą operacji sił specjalnych lub odsunięty od bazy floty na bezpieczny dystans poprzez ofensywę na lądzie. Wówczas flota przeciwnika uzyskuje swobodę manewru. To tylko przykład, szkic tego co pozwoliłoby parlamentarzystom wczuć się w problematykę operacji morskich. NDR nie jest panaceum na wszystkie bolączki.

Do uzyskania takiego efektu odstraszania nie potrzeba okrętu z napędem AIP i rakietami. Rolę tę spełniają nawet dzisiaj Kobbeny. Mniejsze okręty poświęcają zasięg sensorów i działania pod wodą bez wynurzenia, oferując niższą cenę. W grę wchodziłby więc zakup Andrasty lub U210Mod pod warunkiem, że nie zaczynamy całej procedury od początku. To jednak nie wydaję się możliwe a dalsze odłożenie zakupu okrętów czyni wszelkie wysiłki marynarki utrzymania starych okrętów i ich załóg w służbie nie tylko mało realnymi ale raczej desperackimi. Wyjściem karkołomnym, nie przeczę, jest nabycie JEDNEGO okrętu z napędem AIP już zbudowanego lub na ukończeniu, co dałoby czas na zmianę wymagań. W grę wchodzą jednostki greckie lub wchodząca do służby ostatnia jednostka U212 dla Deutsche Marine. Dla tej ostatniej oznaczałoby to opóźnienie kilkuletnie ukończenia serii. Nie jest wcale pewne, czy Niemcy zechcą na ten temat w ogóle rozmawiać, ale są za tym argumenty. Polityczny to taki, że jest to dla Niemiec najtańsza forma wzmocnienia wschodniej flanki NATO bez reperkusji w wewnętrznej polityce Niemiec. Ekonomicznym argumentem mógłby być ewentualny kontrakt na kontynuację serii U210Mod i ciągłość zamówień dla niemieckich stoczni.

Równie istotnym problemem poruszanym na sesji podkomisji sejmowej a kluczowym dla polskiego przemysłu zbrojeniowego są zdolności produkcyjne polskich stoczni. Informacja podana mówi o zamiarze budowy dwóch serii okrętów w odstępie rocznym, zaczynając od 2017 roku. Przy czym obie klasy okrętów, Miecznik i Czapla mają bazować na takim samym kadłubie, czy wręcz całej platformie. Rozwiązanie jest logiczne i oferuje potencjalnie korzyści skali produkcyjnej, tylko dla kogo? Budowa okrętu tej klasy to około 3 lat przy dobrych układach. Oddawanie do służby jednostek w odstępie rocznym oznacza, że w stoczni jednocześnie będą trzy okręty w różnych fazach budowy. Która stocznia ma takie zdolności? SMW jest mimo wszystko w dalszym ciągu bankrutem, chociaż być może na dobrej drodze do zmartwychwstania. Niemniej przeskok ze Ślązaka budowanego przez 15 lat do 3 jednostek jednocześnie sprawia wrażenie cudu gospodarczego. Rozbudowa zdolności produkcyjnych do takich rozmiarów bez jasnej wizji co po roku 2022 też nie ma sensu. Remontowa ma zlecenia na Kormorany i portfel zamówień do 2015. Nie sądzę również, aby chciała zrezygnować ze swoich tradycyjnych rynków cywilnych. Ile procent swoich mocy produkcyjnych jest więc w stanie przeznaczyć dla zamówień MON-u? Nie buduje również tragikomiczny szczegół podany przez kmdr Olejnika, że do przetargu na motorówki hydrograficzne nie zgłosiła się żadna polska stocznia pomimo, że wiele uczestniczyło w dialogu technicznym. Poniższy rysunek jest propozycją urealnienia napiętego i ambitnego harmonogramu.

Harmonogram budowy okrętów nawodnych

Propozycja polega na podzieleniu zamówienia serii sześciu okrętów pomiędzy dwie stocznie tworzące konsorcjum budujące Kormorany. Pozwoli to na budowę w dowolnej stoczni nie więcej jak dwóch okrętów jednocześnie a Remontowej na ograniczone zaangażowanie w rynku militarnym. Różnica polega na przypisaniu danej klasy tylko jednej stoczni (Miecznik dla SMW, Czapla dla Remontowej) lub budowy serii naprzemiennie przez obie stocznie bez wskazania klasy okrętu. W dalszym ciągu termin 2017 dla pierwszej jednostki jest bardzo ambitny. Gdyby miał się okazać zbyt ambitny, wówczas można całą serię opóźnić na przykład o rok a w ramach rekompensaty ukończyć Ślązaka według specyfikacji zbliżonej dla Czapli.

Interesującym wątkiem jest cel 70% polonizacji dla okrętów wojennych. Jako przykład do naśladowania podano Turcję, wspominając, że w przypadku Kormorana osiągniemy całkiem dobry wskaźnik 50%. Jedynym sposobem na osiągnięcie takiego poziomu jest spolonizowanie przynajmniej części systemów dowodzenia, kierowania ogniem i uzbrojenia. Tak właśnie jest w Turcji oferującej swój własny system C2. Czy to oznacza, że mamy nadzieję na zastępstwo dla Thalesa lub własne systemy przeciwlotnicze do samoobrony? Czas pokaże.

Podnoszone problemy związane z długoterminowym finansowaniem projektu są uzasadnione, lecz stanowisko ministra Mroczka ma sens – skupmy się na pierwszym etapie i najbliższych zadaniach. Jeśli się uda, będzie to dobry prognostyk na przyszłość, jeśli nie – cały plan będzie wymagał poważnej rewizji. Pan minister nie ukrywał, że budowa zarówno Kormorana jak i Ślązaka jest przedsięwzięciem ryzykownym. Cieszy podejście racjonalne do wielu spraw. Naleganie na wyposażenie okrętów podwodnych w pociski manewrujące dalekiego zasięgu daje złudne i fałszywe poczucie siły. Z drugiej strony podjęcie próby budowy serii okrętów nawodnych w Polsce, nawet jeśli ryzykowne, obiecuje w razie sukcesu spore korzyści dla rodzimego przemysłu stoczniowego i ogólnie obronnego.

  6 Responses to “Rafy na kursie”

  1. Witam Panie Przemku.
    Mam kilka drobnych uwag do Pańskiego tekstu. Pierwszy dotyczy skuteczności rosyjskiej OPL i jej przełamania przez pociski manewrujące. Cały sens ewentualnego użycia takich pocisków z okrętów podwodnych, wobec państwa o tak rozległym terytorium jak FR opiera się w właśnie na użyciu niewielkiej ilości pocisków, wystrzelonych z miejsc i wycelowanych w miejsca, gdzie OPL będzie bądź nieefektywna, bądź wręcz będzie jej brak. Z reguły, tłumacząc celowość wyposażenia OP w takie pociski, rysowałem cztery okręgi o promieniu kilkuset kilometrów: jeden wokół punktu w północno-wschodniej Polsce, kolejne wokół: Zatoki Ryskiej, okolic Krymu i północnych wybrzeży Norwegii. Maksymilian Dura poszedł dalej otaczając na Defence24 wianuszkiem okręgów większość Eurazji :). W przypadku pocisków wystrzeliwanych z terenu RP ich cele ograniczone są jedynie do Obwodu Kaliningradzkiego. W każdym innym przypadku przełamać musiałyby, nie tylko rosyjską, ale i białoruską OPL (o stopniu politycznej komplikacji takiego przedsięwzięcia, w przypadku gdyby Białoruś, nawet tylko teoretycznie pozostawała neutralna, nie muszę przecież przekonywać), a trasa ich przelotu, w każdym przypadku wypadać będzie nad najsilniej bronionymi rejonami. Może się zatem okazać, że z terytorium RP zastosowanie będą miały jedynie pociski o zasięgu 200-300 km. Ponadto by kilka- kilkanaście z nich mogło się przedrzeć przez OPL z kierunku zachodniego, musiałyby być użyte w znacznych ilościach.
    Zatem o zaletach użycia PK z OP decyduje nie tyle chęć dywersyfikacji nośników, co względy geograficzne, wskazujące że najbardziej korzystne punkty odpalenia rakiet znajdują się na wodach oblewających terytorium FR. Moim zdaniem, tylko i wyłącznie w przypadku zakupu OP z rakietami manewrującymi, sens ma kupowanie relatywnie dużych i drogich jednostek. Za chybioną uważam ideę wykorzystania OP w charakterze broni obrony wybrzeża, gdyż w uwagi na granicę lądową w potencjalnym przeciwnikiem i wzajemne położenie wybrzeży, każda próba desantu skutkować musi bardzo wysokimi stratami w porównaniu do swojej ograniczonej skali. OP mogłyby znaleźć swoje zastosowanie, w celu przerwania komunikacji mainlandu z kaliningradzką enklawą i tu ich rola byłaby kluczowa. Wbrew wszystkiemu ta linia komunikacyjna jest dla potencjalnego przeciwnika tym ważniejsza, im bardziej ograniczać chciałby zasięg działań wojennych. Ale do tego celu wystarczą relatywnie niewielkie i proste OP, z tym że niestety liczba trzech była niewystarczająca. Stąd w przypadku rezygnacji z pocisków manewrujących i dużych OP, do głowy przychodzi mi taki oto pomysł: Zakup dwóch mniejszych, zamiast trzech większych OP w ciągu najbliższych kilku lat, zbudowanie 3-4 kolejnych po zakończeniu programu budowy ON, czyli po 2022. W ten sposób nie dochodzi, ani do nadmiernej kumulacji wydatków, ani terminów. Co więcej, w przypadku zakupu drugiej serii OP realnie można pomyśleć o znaczącym udziale polskich stoczni.
    Pozdrawiam,
    Robert.

    • Panie Robercie,

      Zacznę od końca, czyli mniejszych okrętów podwodnych. Myślę, że tu się zgadzamy, trzeba coś zrobić z kosztem programu. 6 czy 7 mld PLN to jest 7-8 letni budżet inwestycyjny Marynarki Wojennej. To tak jakby amerykańskie lotniskowce miały kosztować nie 10-13 mld dolarów tylko ponad 200 mld dolarów. Kongres by osłupiał. Myślę, że zadania okrętów podwodnych naprawdę mogą się sprowadzać do zwiadu i rozpoznania, ASW oraz blokady Bałtijska. Walka z liniami komunikacyjnymi nie ma sensu ze względu na długotrwałośc i długofalowość działań ekonomicznych. Wyjątkiem jest transport techniki i wojska nieprzyjaciela. Tylko po co Rosjanie mieliby używać drogi morskiej? Albo działania będą ograniczone i wówczas naszym przeciwnikiem jest Obwód Kalliningradzki, albo mamy konflikt z NATO i pierszym celem będą Republiki Bałtyckie. Co do geografii, to pytanie powstaje, co miałoby być celem, ważnym ale pojedynczym? Mariusz Cielma na Twitterze zaproponował elektrownie atomowe, czyli mówimy o wojnie nuklearnej. To jednak uważam za samobójstwo, chociaż niektóre źródła rosyjskie mówią otwarcie o możliwości prowadzenia taktycznej operacji z użyciem broni jądrowej. Pozostając w kręgu wojny konwencjonalnej, wszelkie cele istotne dla przeciwnika będą bronione, a atakowanie celów cywilnych paroma bombami nie ma sensu. Dodatkowo popatrzmy jak rozwiązują ten problem amerykanie. AWACS lub sterowiec z radarem w powietrzu monitoruje przestrzeń pod sobą w dużytm zakresie. Jeśli rakieta ma przelecieć spory dystans, to może ją zestrzelić nawet dyżurna para myśliwców.Bo ma czas. Tak działała kombinacja Hawkeye/Tomcat/Phoenix. Natomiast na razie warto się skupić na gęstości ognia w zakresie operacyjnym czyli do 300km. Lotnictwo z JASSM daje zalążek broni strategicznej.

      Pozdrawiam,

      Przemek

  2. Hmm … Powiem szczerze, że po tym co zaprezentowali Rosjanie na Ukrainie, kładąc na szali własną pomyślność ekonomiczną, minął u mnie etap fascynacji bronią odstraszania. Rozważam tylko skuteczność stosowania różnych wariantów takiej metody, mierzoną liczbą pocisków jakie są w stanie realnie osiągnąć atakowane terytorium. I tu dochodzę do wniosku, że te z OP miałyby szanse największe. Jeśli rozmawiamy o liniach komunikacyjnych w ograniczonym konflikcie to tylko te łączące Kaliningrad – z portami wewnątrz Rosji, ale również z portami ewentualnego miejsca w które wymierzone byłyby działania. Stąd blokada Bałtijska, byłaby najlepszą formą przerwania tej komunikacji. Każda poza morską, metoda dostarczania zaopatrzenia lub posiłków do tego okręgu – a pamiętajmy, że nie jest on samowystarczalny nawet w czasie pokoju – wymaga naruszenia terytorium państw NATO, kończąc się dla Rosji formą konfliktu z Sojuszem, czyli strategiczną porażką. Rosjanie mają na Bałtyku bardzo niekorzystną sytuację, z racji położenia portów w Zatoce Fińskiej, którą tylko w pewnym zakresie poprawia Obwód Kaliningradzki. Chcąc kiedykolwiek jeszcze myśleć o ekspansji w kierunku zachodnim, by realnie zagrozić wsparciu materiałowo-technicznemu dla Polski, bez uruchamiania “z automatu” procedur z art. 5 TW, muszą odrzucić myśl o zajęciu Litwy, Łotwy czy Estonii i zacząć działać niekonwencjonalnie, co jak wykazali na Krymie, potrafią.
    Niezależnie od rozwoju sytuacji na Ukrainie, jeżeli nawet zostanie ona państwem okrojonym do swej zachodniej części, to póki będzie nieprzychylna Rosji, a Białoruś będzie zmuszona do utrzymywania choć pozorów niezależności, aktywność Rosji w naszej części Europy będzie się sprowadzać głównie, jeśli nie wyłącznie, do obszaru bałtyckiego. Idealnym dla Rosjan sposobem zmiany położenia strategicznego, nie tylko wobec Polski ale całego NATO, byłoby zajęcie południowego wybrzeża Szwecji, co Szwedzi zdaje się znakomicie niedawno zrozumieli. A to uczyniłoby z Bałtyku główne pole zmagań. Nierealne? Myślę, że dużo realniejsze niż się na pozór wydaje.
    Robert

    • No cóż, już kiedyś były wojny szwedzko-rosyjskie i Finlandia zmieniła właściciela. Szwedzi zaczynają rozumieć, że ich starzejące się społeczeństwo z modelem socjalnym nie stać kompletnie na neutralność. Pomysł przystąpienia do NATO zaczyna być więc realny. Trochę podobnie Finowie, chociaż w tym wypadku poparcie społeczne jest na razie za małe.

      Przemek

      • Być może to, co Pan napisał, dotyka właściwego znaczenia kroków podejmowanych przez Rosję: jeżeli kiedyś o pewne pozycje strategiczne opłacało się prowadzić krwawe, kosztowne i ryzykowne wojny, to czemu nie wykorzystać sytuacji, kiedy można je dostać bez walki (Krym), bądź przy relatywnie słabym oporze (Szwecja). Chi Lui pisał, że jeśli można zająć bez kłopotu (sporne) terytorium, to należy to uczynić. Zmartwienie będzie miał ten, kto będzie próbował je nam odebrać.

        Robert

        • I to jest to, co kraje Europy Wschodniej rozumieją i się obawiają, a co Europa Zachodnia odrzuca jako nieracjonalne.
          Przemek

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)