May 312014
 

Artykuł Odstraszanie à la MON vs. odstraszanie à la Sejm opublikowany na Defence24 powraca do niekończącego się tematu rakiet manewrujących na okrętach podwodnych, tym razem jednak próbując umieścić go w szerszym kontekście koncepcji odstraszania. Jako ciekawostkę, autor artykułu wskazuje na pocisk Spike, który według MON-u stanowi wartość odstraszającą, w przeciwieństwie do parlamentarzystów, którzy uważają że tylko JASSM zasługuje na miano broni odstraszającej. Tu uwidacznia się pierwszy problem – odstraszanie sprowadzone jest do zasięgu broni. W tym kontekście, gdyby hipotetycznym agresorem były Czechy (przepraszam sąsiadów), to taktyczna broń jądrowa o zasięgu poniżej 300km nie byłaby bronią odstraszania. Ogólnie po przeczytaniu artykułu, dochodzę do kilku wniosków:

  • Nigdy za wiele na temat psychologicznej natury zjawiska odstraszania
  • Mówi się dużo o zjawisku bez podania jego definicji, co powoduje pomieszanie pojęć
  • Analiza nie zadecyduje o niczym bez doprecyzowania o czym mówimy. Jest to raczej obronny manewr MON-u przed zapędami lobbystów i brakiem ustalonej równowagi politycznej w ośrodkach władzy

Ale po kolei. Ponieważ nie jestem ani politykiem, ani wojskowym, sięgam do… słownika Merriam – Webster, gdyż mamy do czynienia z pojęciem używanym w polityce i wojskowości, ale o rodowodzie anglosaskim:

the act of making someone decide not to do something : the act of preventing a particular act or behavior from happening (akt skłaniający kogoś do zaniechania uczynienia czegoś; akt zapobieżenia konkretnemu czynowi lub zachowaniu)

politics : the policy of developing a lot of military power so that other countries will not attack your country (w polityce: polityka rozwoju potężnej siły militarnej, aby inne kraje nie zaatakowały waszego kraju).

Ważny jest również dalszy akapit wyjaśniający znaczenie słowa w odniesieniu do strategii militarnej:

Strategia militarna, w której jedna strona używa groźby odwetu aby wykluczyć atak ze strony przeciwnika.

W takim ujęciu odstraszanie ma co najmniej dwa aspekty. Pierwszy wiąże się poniekąd z poglądami Sun Tzu – jeśli chcesz pokonać przeciwnika bez walki, to zaprzecz jego doktrynie. Atak przeciwnika na mnie nie ma sensu, bo jestem zbyt silny lub moja obrona jest zbyt skuteczna. Charakter odstraszający ma wówczas popularna ostatnio doktryna A2/AD. Także pocisk Spike, którego obecność niweluje skuteczność doktryny opartej na ataku silnych związków pancernych. Zasięg nie gra roli. Pytanie dla czytelnika, czy większą siłę odstraszania ma brygada piechoty silnie nasycona środkami przeciwpancernymi czy 4 rakiety manewrujące o zasięgu 1000 km z głowicą 450 kg? Ten aspekt jest najczęściej pomijany w dyskusjach.

Pomysł nie jest nowy. Ale długo się nie przyjął. Foto regulus-missile.com

Pomysł nie jest nowy. Ale długo się nie przyjął. Foto regulus-missile.com

Drugi aspekt odstraszania mówi o sile odwetu w przypadku, gdy do ataku jednak dojdzie. Odwet powinien mieć taką siłę, że koszty przewyższą potencjalne korzyści wygranej wojny. Powstaje pytanie trudne do odpowiedzi – co dla przeciwnika jest korzyścią i jaką cenę jest gotów zapłacić? Dla ułatwienia rozważań posłużmy się przykładem aneksji Krymu przez Federację Rosyjską. Czy potrafimy w tym przypadku określić zarówno korzyść jak i cenę postrzegane przez Rosję? I czy cztery lub osiem rakiet manewrujących zapobiegłyby konfliktowi i aneksji? Tukidydes wymienia trzy powody wojen: Obawa, Korzyść, Honor – na ile rakiet oceniamy poczucie dumy narodowej Rosjan lub ich globalne ambicje?

W obu przypadkach mamy do czynienia ze zjawiskami psychologicznymi. Strach ma wielkie oczy, mówi przysłowie i jest to uczucie trudne do opanowania. Oszacowanie w jakim przypadku u przeciwnika Obawa będzie silniejsza niż postrzegana Korzyść lub poczucie Honoru jest niezwykle trudne, a przeliczenie tego na ilość rakiet, okrętów czy brygad jeszcze trudniejsze. Dyskurs pomiędzy emocjami a rozumem nigdy łatwy nie był.

Wątek zasięgu broni odstraszającej wywodzi się pewnie w prostej linii od międzykontynentalnych rakiet balistycznych i koncepcji MAD – Mutual Assured Destruction. Doktryna zakłada, że atak nuklearny na jedną ze stron nie zabezpieczy przed jądrowym odwetem. Liczba i siła głowic gwarantowały kompletną anihilację przeciwnika i wobec tego, bezpodstawność jakiejkolwiek polityki. Jej już po prostu nie będzie. To czyni bezsensownymi słowa Carla von Clausewitza o prymacie polityki nad wojną.

W przypadku odstraszania konwencjonalnego nie zasięg jest istotny tylko wiara w skuteczność blitzkrieg’u. Według słów profesora Mearsheimera:

Odstraszanie najprawdopodobniej zawiedzie podczas kryzysu, jeśli potencjalny najeźdźca uważa, że jest w stanie uzyskać szybkie i decydujące zwycięstwo. Jest raczej mało prawdopodobne, że kierujący państwem wybiorą długą wojnę na wyniszczenie – nawet jeśli wierzą w ostateczne zwycięstwo.

Zasięg broni konwencjonalnej ma natomiast znaczenie w koncepcji stand-off weapon, czyli systemów pozwalających atakować przeciwnika spoza zasięgu jego obrony. Niewątpliwie taki charakter mają rakiety odpalane przez okręty podwodne. Ale nie mylmy tego z pojęciem odstraszania. Pociski manewrujące dalekiego zasięgu we współczesnej praktyce wojennej stanowią element strike warfare, czyli uderzeń na cele lądowe w ramach projekcji siły. Dobrym wprowadzeniem do tej dziedziny wiedzy jest książka Strike Warfare in the 21st Century. Autor przez 30 lat zawodowo zajmował się rozwojem tej kategorii uzbrojenia i zgromadzone doświadczenie uprawnia go do stwierdzenia, że „uzyskanie jednocześnie dużego zasięgu i dokładności jest nieustającym wyzwaniem od dziesięcioleci”. W dyskusji kompletnie pomija się koszty zdobycia informacji o celach pozwalających na precyzyjny atak. Jeśli potencjalny cel jest na dodatek mobilny, jak wyrzutnie Iskanderów, złożoność problemu rośnie wykładniczo. Koszt samej rakiety manewrującej jest w tym wypadku prawie pomijalny.

Kończąc, kilka słów o analizie mającej zdecydować o uzbrojeniu okrętów podwodnych w rakiety manewrujące jako broni odstraszającej. Jeśli takowa analiza miałaby mieć sens, musiałaby głęboko wejść w analizę korzyści i akceptowalnych strat przeciwnika. Myślę, że nie mamy takich danych, choć możemy snuć przypuszczenia i konstruować hipotezy. Czy to jednak będzie argument dla zwolenników rakiet manewrujących? To, co MON może zrobić to analizować stosunek kosztu do efektu dla poszczególnych rodzajów uzbrojenia i ich kombinacji zgodnie z założonymi scenariuszami operacyjnymi. Te jednak będą faworyzowały inne systemy niż okręty podwodne. Pozostanie argument zasięgu, który wzbudzać będzie tylko emocje. Najgorsze w tej dyskusji jest to, że jeśli skojarzenie okrętów podwodnych z funkcją odstraszania zostanie ugruntowane, to Marynarka Wojenna może tych okrętów nigdy nie zobaczyć, jeśli ktoś dojdzie do wniosku, że kilka rakiet nie wzbudza strachu u potencjalnego przeciwnika. W końcu przeciwnik też może mieć swój odpowiednik naszego przysłowia strachy na Lachy.

  21 Responses to “Odstraszanie, czyli strachy na Lachy”

  1. Raczej jest dokładnie odwrotnie. MW nigdy nie zobaczy nowych okrętów podwodnych bez pocisków manewrujących. Dla polityków potrzebny jest argument za dalszym istnieniem MW (w roli innej niż NDRy) – uzasadnienie wydania relatywnie dużych środków na obszar, którego nikt nie rozumie i który nikogo (poza pasjonatami i marynarzami) nie obchodzi. Tłumaczenie o potrzebie dalszego wykonywania tradycyjnych zadań do nikogo nie trafia. Odstraszanie wydaje się być jedynym uzasadnieniem łatwym do zrozumienia przez wszystkich (zdolności, których dzisiaj RP nie posiada, kontekst związany z potencjalnym przeciwnikiem – Rosją). Potrzebny jest nowy „mit założycielski MW” – w tym wypadku pełnienie roli strategicznego komponentu odstraszania (okręty podwodne + pociski manewrujące) obudowanego siłami osłonowymi (korwety ZOP, samoloty patrolowe, etc.). Albo uda się „sprzedać” politykom ten pomysł, albo MW umrze śmiercią naturalną, bo pieniądze na nią będą bezustannie przeznaczane na inne, pilniejsze, bardziej „zielone/stalowe” i szybsze w realizacji (szybciej przynoszące polityczne korzyści) rzeczy.

    • Prawdą jest konieczność politycznego uzasadnienia istnienia MW, a dokładniej stworzenia i posiadania wizji w jaki sposób MW ma być instrumentem polityki. To, na co staram się zwrócić uwagę jest niebezpieczeństwo łatwego ale złudnego argumentu. Istnieje zagrożenie wynikające z łatwych odpowiedzi na trudne pytania. Co gorsza, jeśli miałoby tak być, że mam rację, to politycy stworzą fałszywe poczucie bezpieczeństwa w oparciu o fikcyjne odstraszanie. To może zaowocować błędnymi kalkulacjami polityczno-wojskowymi. Argument pocisków manewrującym jest również w takim przypadku bronią obosieczną. Daje uzasadnienie, ale przy pojawiających się wątpliwościach daje mocny argument do ataku politycznego na gruncie kosztów. Przy zbliżających się wyborach, ten program będzie również pierwszym celem cięć budżetowych. Jeśli dodamy do tego, że właściwie cała MW ma służyć ochronie OP odpalających parę rakiet, to lotnictwo i armia “zje” ten program na zakąskę.

      Ale może się mylę.

      Pozdrawiam,

      Przemek

    • Niepojęte jest dla mnie, dlaczego nikt nie próbuje zbudować tego “mitu założycielskiego” na tak popularnym bezpieczeństwie energetycznym i ochronie morskiego transportu nosników energii..

      • Termin “Marynarka Wojenna” powinien być wymieniany jednym tchem po stwierdzeniu o konieczności dywersyfikacji źródeł pozyskania surowców energetycznych. I po każdym stwierdzeniu o konieczności ograniczenia i selektywnego udziału SZ w interwencjach zagranicznych, na co nie ma lepszego sposobu niż opisany już w tytule pracy L. Forster “Intervention without boots on the ground” – tanio, szybko, bez politycznych implikacji działań okupacyjnych i najczęściej bez jakichkolwiek strat osobowych.

        • Panie Robercie,

          W tym scenariuszu marynarka współdziałałaby z sojusznikami w celu utrzymania porządku prawnego na morzach. I to jest ważna funkcja floty. W sytuacji wojny nasze możliwości ograniczałyby się do ochrony krótkiego odcinka na Bałtyku. Na więcej nie byłoby nas stać. To znów nas kieruje w kierunku sojuszników, którzy mogliby gwarantować bezpieczeństwo transportów morskich poza Bałtykiem. Krótko mówiąc, mamy do czynienia z systemem naczyń połączonych.

          • Zgoda. Z tym, że całkowicie bezsilna i niezdolna do działania od pierwszych chwil MW, wobec braku silnego, a przy tym zdecydowanego na działanie sojusznika na obszarze Bałtyku, powoduje automatyczne ośmielenie przeciwnika. A że u naszego wschodniego sąsiada, nie tylko Lenin, ale i Mahan z Gorszkowem wiecznie żywi, skutkowałoby to natychmiastowym uzyskaniem kontroli również nad tymi obszarami Bałtyku, które dla nas powinny stanowić “Alamo” bez którego nie jesteśmy w stanie przyjąć poważniejszego sojuszniczego wsparcia, stawiając się w sytuacji, może nie analogicznej – bo inny jest obecny status Niemiec, ale cokolwiek zbliżonej do tej sprzed 75 lat, dając sojusznikom pretekst do zaniechania interwencji. Staram się być realistą i zdaje sobie sprawę, że przy niekorzystnym obrocie sytuacji, priorytetem może okazać się obrona (ale daleka) ostatniego portu. Żeby unaocznić skalę problemu: proszę sobie przez chwilę wyobrazić konflikt, w którym co prawda większość państw NATO z całą mocą występuje w naszej obronie, ale … Niemcy pozostają neutralne. A to wcale nie jest takie niemożliwe. Bo ichniejszy zwrot na Realpolitik, jest aż nadto widoczny. Na tyle, że już nawet za oceanem go widać, choć tam inna optyka działa.
            Pozdrawiam,
            Robert

          • Scenariusz jak najbardziej realny. Być może ocena naszej floty i jej możliwości zbyt surowa. Pod warunkiem realizacji planu modernizacji będzie to zespół zdolny do kontestowania panowania przeciwnika na morzu. Ponieważ panowanie na morzu rzadko jest absolutne, więc można wywalczyć “prawo do przejścia morzem” na czas transportu. Ciekawy tweet zobaczyłem ostatnio. Chyba chodzi o wypowiedź min. Sikorskiego o tym, że staliśmy się Europą północną, nie wschodnią bez zmiany położenia geograficznego. Wracamy więc do idei sojuszu skupionego wokół państw bardziej zainteresowanych problemem polityki Rosji.

          • Scenariusz katastroficzny odnosi się do sytuacji, gdy rezygnujemy z planu odbudowy MW. Na mahanowskie panowanie nad Bałtykiem nas nie stać, ale wizje czasowej kontroli nad szlakami, oraz odrzucania sporadycznych wypadów przeciwnika na Bałtyk zachodni są w przypadku realizacji założonych planów modernizacyjnych, jak najbardziej realne. Wiadomo, że przewaga liczebna byłaby po stronie przeciwnika, ale o ile byłaby nim Rosja to geografia przemawia zdecydowanie na naszą korzyść. Myślę, że ofensywa dyplomatyczna z jaką mamy w tej chwili do czynienia, oprócz wizji podtrzymania spójności NATO i UE oraz zacieśnienia współpracy z USA, powinna mieć na celu również stworzenie nowej rzeczywistości na obszarze Bałtyku. Z pewnością jest tym zainteresowana Szwecja, a i Dania ostatnio wykonuje mocne pro-sojusznicze gesty w postaci aktywnego udziału w ćwiczeniach w Krajach Bałtyckich, które większość “sojuszników” mówiąc kolokwialnie zlewa.

          • Nie należy też zapominać o Finlandii. Wydaje się, że coraz powazniej myslą tam o członkostwie w NATO. Pomiędzy Estonią a Finlandią, sytuacja Floty Bałtyckiej w temacie wychodzenia w morze jest nie do pozazdroszczenia.
            Co z kolei powoduje, że najbardziej prawdopodobnym źródlem zagrożenia na morzu, z którym nasza MW może się zmagać jest lotnictwo i OP.
            Kolejny powód, dla którego zakup drogich OP wydaje się być chybionym pomysłem. Niezależnie od posiadania lub nie pocisków manewrujących. Bardziej potrzebujemy solidnych wielozadaniowych fregat.

          • Finlandia też, ale z Finlandią jest ten sam problem co z Państwami Bałtyckimi (może z wyjątkiem Litwy) – mają długą granicę lądową z Rosją i mały potencjał demograficzny. Fińskie przedwojenne plany zablokowania Cieśniny Fińskiej upadły wobec rezygnacji z oporu przez sojuszniczą Estonię. A i Finlandia już nie ta co wtedy, więc na replay z Talvisoty nie ma co liczyć. Ich racją stanu może stać się, niestety, udzielenie wsparcia Rosji, w przypadku mocnej presji i militarnego szantażu.

          • A propos dyskusji na temat Bałtyckich państw Skandynawskich – moje przemyślenia http://cimsec.org/nordic-nato-nominees/
            Przepraszam za autoreklamę 🙂

          • Gratuluję tekstu. Bardzo ciekawy 🙂 Widzę, że jeden aspekt sprawy rzucił nam się obu w oczy – wstąpienie Szwecji do Sojuszu, zmieniłoby zdecydowanie sytuację Finlandii, stając się “katalizatorem decyzji” dla tego państwa. Oby nie wybrali wtedy opcji pławienia się w bezpieczeństwie u boku potężnego sąsiada 🙁

          • Dziękuję. Myślę, że będąc w przeszłości księstwem Finlandii taka protekcja nie wchodzi w grę.

          • USA też kiedyś było brytyjską kolonią..

          • No, ale nie mają zamiaru wracać do macierzy?:)

        • Panie Przemku, proponuje jednak spojrzeć na taką – również w moim mniemaniu mało prawdopodobną, ale zawsze prawdopodobna możliwość, w innych kategoriach. Przypominam, że dla nas Rosja przez większość historii, była albo wrogiem, albo zaborcą, a całkiem niedawno na 45 lat zostaliśmy jej wasalem i sojusznikiem, bo tak potoczyła się wojna. Finowie w historii mieli, uzasadnione koniecznością przetrwania, momenty w których zmieniali stronę frontu, częściej niż żołnierze w okopach onuce.
          Pozdrawiam, Robert

          • Fakt, nie można wykluczyć takiego scenariusza. Kluczem dalej wydaje się być Szwecja. Głównym problemem, z kolei jest brak jakiejkolwiek głębokości obrony Pribałtyki. Zwłaszcza biorąc pod uwagę skromne siły zbrojne.

          • To fakt. Tam nawet spora armia, w wyniku małego błędu mogłaby zostać zmuszona do kapitulacji. A co dopiero siły jakimi dysponują Kraje Bałtyckie. To może być jeden z powodów, dla których Amerykanie za nic nie chcą zgodzić się na rozmieszczenie tam sił (vide teksty Brzezińskiego) – przegrać łatwo, a policzek prestiżowy byłby ogromny. To wręcz mogłoby zachęcać Rosjan do “małej zwycięskiej wojenki”, która politycznie przynosi więcej pożytku niż militarnie. 🙁

  2. Nie zgodziłbym się z porównaniem 1 brygady nasyconej bronią ppanc do kilkunastu pocisków manewrujących. W tym przypadku mamy doczynienia raczej z porównaniem 10 brygad do 9 brygad I kilkunastu pocisków manewrujących. Pociski manewrujące stanowią tu nową, dodatkową jakośc w porównaniu do kilkuprocentowego wzrostu siły wojsk lądowych.

    Inna kwestią jest szacowanie możliwych strat i determinacji przeciwnika. Tutaj nie ma raczej szans osiągnąć wystarczającego potencjału zniszczeń przy pomocy broni konwencjonalnej.
    Z drugiej strony, być może posiadanie dodatkowych średków “zniechęcających” spowoduje, że potencjalny agresor poszuka łatwiejszego celu gdzie indziej..

    Niezmiennie uwazam, że nasza marynarka ma pilniejsze potrzeby, niż duże OP z pociskami manewrującymi, ale daleki jestem od niedoceniania tej broni. Wystarczy wspomnieć co z ekonomią Japonii zrobiła awaria Fukushimy.

    • Panie Marcinie,

      Gwoli ścisłości brygada wojska i pociski manewrujące występują w różnych “kategoriach”. Brygada piechoty ma zniechęcić do ataku a rakiety w zamyśle naszych polityków mają raczej charakter odwetowy. Nie jest to więc proste porównanie siły militarnej ale raczej ocena co dla potencjalnego przeciwnika stanowi większą barierę w realizacji planów.

      • Wydaje mi się, że pociski manewrujące również w zamyśle mają zniechęcać do ataku poprzez świadomość nieuchronności odwetu. Tak jak brygada WL zniechęca poprzez świadomość nieuchronności poniesienia strat. Inna metoda generowania strat, ale cel taki sam – odstraszanie.

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)