Sep 062014
 

Nikt nie odwołał planu modernizacji Marynarki Wojennej ani nie ogłosił istotnych zmian, jednak trudno nie odnieść wrażenia, że budżet przeznaczony na realizację planu staje się powoli buforem finansowym dla realizacji innych celów. Brak nowych wieści tylko potęguje to wrażenie. Jeśli się mylę, w co chciałbym wierzyć, to oczekiwałbym jakiś jasnych komunikatów ze strony Ministerstwa Obrony Narodowej. Wierzę jednak, że Marynarka nie zostanie pozostawiona całkowicie na łaskę losu i MON podejmie działania kierując się trzema zasadami:

 

  • elastycznego wyboru realizowanych projektów
  • nie wychodzenia zbyt daleko poza ramy oficjalnego planu
  • minimalizując niezbędne nakłady finansowe.

Zmiany będą prawdopodobnie ułatwione, gdyż wkrótce należy się spodziewać rekonstrukcji rządu, a przyszły rok to rok wyborczy. Nowym politykom łatwiej przeforsować nowe idee, mając pewien kredyt zaufania na początek. Jest to kontynuacja toku myślenia z poprzedniego wpisu, który zyskał wsparcie po przeczytaniu w Dzienniku Zbrojnym zgrabnego podsumowania założeń finansowania modernizacji Sił Zbrojnych na lata 2014-2016. Wnioski jakie się nasuwają, wymagają nowego rozdania i propozycji jak i w co inwestować w przypadku programu „zwalczania zagrożeń ze strony morza”.

MW to najwyższa kwota i najniższy priorytet

MW to najwyższa kwota i najniższy priorytet

Powyższa tabela jest podobna do zamieszczonej we wspomnianym artykule, lecz sortuje inwestycje według wartości, od największej do najmniejszej. Czcionka pogrubiona wskazuje na projekty, które wydają się być pewne ze względu na fakt już podpisanej umowy lub też biorąc pod uwagę wysoki priorytet na liście MON-u i BBN-u. Przeglądając tabelę, przychodzi na myśl dość popularna przypowiastka o jak najlepszym wypełnieniu naczynia kamykami. Najpierw wrzuca się duże kamienie. W pozostałą przestrzeń stara się wcisnąć mniejsze kamyki, a resztę wypełnia się piaskiem. Niech naczynie będzie budżetem a kamyki i piasek projektami o różnej wartości i postąpmy tak jak nam mówi przypowieść. W tabeli są podane maksymalne wartości, które ministerstwo może wydatkować na projekt. Ich suma jest jednak większa od ogólnego limitu budżetowego na dany rok. Dla 2015-go nadwyżka wynosi dwa miliardy PLN. Gdzie znaleźć rezerwy? Na czele listy z największą wartością lecz najniższym priorytetem jest Marynarka Wojenna. Gdybyśmy zrezygnowali z realizacji wszelkich projektów nie oznaczonych jako pewne lub priorytetowe, to i tak musielibyśmy obciąć wydatki na marynarkę o 0.5 miliarda PLN, co nie pozwala na uruchomienia żadnego z głównych projektów jak okręty podwodne czy Miecznik. W 2016 jest znacznie gorzej. Przy zastosowaniu tej samej metody budżet floty się praktycznie zeruje. Nie przewiduję tak czarnego scenariusza ale podejrzewam istnienie silnych ograniczeń na wydatkowanie pieniędzy w tej dziedzinie. Teoretycznie można projekty odsunąć w przyszłość, co dotychczas było metodą preferowaną, ale w kolejce czeka projekt śmigłowców szturmowych Kruk, czy też rozbudowa infrastruktury pod „wzmocnienie wschodniej flanki NATO”. Minister Siemoniak po powrocie ze szczytu NATO, wyraża swoje zadowolenie, mówiąc:

Polska delegacja zabiegała o podniesienie znaczenia Wielonarodowego Korpusu Północ-Wschód, który znajduje się w Szczecinie. – Chcielibyśmy, aby korpus i jego dowództwo było organizatorem obrony na wschodniej flance NATO. To by oznaczało, że będzie dowodzić siłami większymi od szpicy – mówił minister Siemoniak. – Przedsięwzięcie jest trudne i kosztowne, ale jesteśmy na to przygotowani.

Pojawiają się więc nowe priorytety i uczciwie mówiąc bardzo istotne i całkiem uzasadnione. Razem wzięte, powyższe fakty skłaniają do przemyślenia swoistego resetu planu modernizacji Marynarki Wojennej. Groźną alternatywą pozostanie bujanie w obłokach i snucie snów o potędze. Co więc można lub trzeba zrobić? Nieodmiennie powraca pytanie o jaką marynarkę wojenną się staramy? Podobne pytanie zadaje sobie Prof. James Holmes na łamach National Interest. Jak wyglądałaby US Navy, gdyby ją stworzyć od podstaw dzisiaj, wobec aktualnych zagrożeń? Autor sięga do teorii Juliana Corbetta mówiąc, że „bitwa jest tylko środkiem w wojnie na morzu a nie celem samym w sobie” i podkreśla rolę lekkich sił nawodnych broniąc ich roli mimo uwagi skupiającej się na trzonie floty – „battle fleet” mającej za zadanie zmieść flotę przeciwnika z powierzchni morza. Proponuje okręty podwodne ograniczające ruchy floty przeciwnika oraz wachlarz lekkich okrętów nawodnych operujących w czasie pokoju lub kryzysu. Im poziom zagrożenia wyższy, tym mniejsze jednostki nawodne są preferowane. Symptomatyczne, że najsilniejsza flota świata nie czuję się już niezwyciężona . Szwedzką odpowiedzią było być niewidzialnym, a propozycja niewielkich okrętów nawodnych sugeruje opcję floty-roju. Stwierdzenie profesora – „potęga morska nie sprowadza się już tylko do floty” prowadzi nas do przyjętej doktryny odmowy dostępu. Tylko, że w naszym przypadku przyjęcie założenia Bałtyk Plus nie oznacza automatycznie strategii A2/AD. Sam Tangredi na łamach tegoż samego periodyku National Interest, wyjaśnia co stanowi wyróżnik doktryny odmowy dostępu:

wyjątkowość podejścia w doktrynie odmowy dostępu polega na tym, że jest specjalnie zaprojektowana tak, aby zablokować dostęp zewnętrznej potędze globalnej spoza regionu, której obrońcy nie są w stanie w innym przypadku pokonać.

Kluczowe słowa to te o sile spoza regionu a nie sąsiedzie z dostępem do morza. Czy można więc zaproponować doktrynę zgodną z poglądami Prezydenta na temat obrony terytorialnej Bałtyk Plus, ale różniącej się od teorii odmowy dostępu i akceptowalną dla rządu? Z pomocą znów przychodzi Julian Corbett, który oferuje dość sporo opcji dla strony uznającej przewagę przeciwnika. Możliwym rozwiązaniem jest skupić się na zapewnieniu czasowej i lokalnej przewagi na morzu w celu uzyskania „prawa przejścia morzem” oraz odmowy takiego prawa przeciwnikowi. Będąc stroną słabszą nie możemy, w świetle teorii Juliana Corbetta mówić obronie lub atakowaniu szlaków morskich i żeglugi, ale możemy podważać przewagę przeciwnika i chronić strategiczne pojedyncze transporty morskie, bądź militarne bądź handlowe. Aby wyobrazić sobie charakter działań na Bałtyku, warto przywołać analogię do działań na Morzy Śródziemnym lub Czarnym w czasach drugiej wojny światowej, gdzie lotnictwo lądowe odgrywało istotną rolę a każdy transport dostarczony na Maltę czy do Afryki wiązał się ze złożoną operacją połączonych sił zbrojnych z obu stron konfliktu.

W próbie zamiany powyższych tez na konkretny sprzęt nie powinniśmy lekceważyć ostrzeżenia, które James Holmes zawarł w swoim artykule:

Odkryj, co Amerykanie i rząd są gotowi wesprzeć. Potęga morska jest świadomym wyborem politycznym (…)

Tak więc, zataczając koło powracam do naczynia wypełnionego już po części dużymi kamieniami innych projektów niż marynarki wojennej i próbuję dopełnić je małymi kamyczkami oraz piaskiem. Przede wszystkim przyjmuję, że duże kamienie jak okręty podwodne i korwety, zostaną odłożone na nieznaną przyszłość. Przynajmniej w obecnej postaci projektów. Co więc można zrobić?

Obrona własnego prawa do przejścia morzem:

  • Ochrona kluczowych transportów zakłada, że jest co eskortować. Niespodziewanym priorytetem może stać się okręt wsparcia połączonych operacji. Jednak mam na myśli okręt transportowy, a nie desantowy. Idea szybkiego rajdu, czy wzmocnienia państw Bałtyckich wobec przewagi przeciwnika nie pozwala na długotrwałe wspieranie desantu z morza i pozostawanie w obszarze zagrożenia. Nie wiadomo również jakie śmigłowce miały by służyć do desantu. Głównym użytkownikiem będzie 25 brygada kawalerii powietrznej i przypuszczam, że będzie miała całkiem inne zadania. Dużą operację desantową w ramach NATO na Bałtyku uważam za na tyle mało prawdopodobną, że nie wartą przeznaczania istotnych i skąpych środków na ten cel. Transport brygady poza nasz obszar zainteresowania w obecnej sytuacji przypuszczalnie przegra z priorytetami jak obrona przeciwlotnicza czy nawet program pancerny. Rozwiązaniem mógłby być szybki prom w zmilitaryzowanej wersji, podobnie jak to uczynili amerykanie.
  • Eskortę dla transportu wojska czy też strategicznych dostaw surowców lub paliw miały zapewnić korwety. Jeśli jednak ich nie będzie to pozostajemy z fregatą po przeglądzie i Ślązakiem. Rozwiązaniem mogłoby być podjęcie budowy zubożonej serii korwet bez uzbrojenia ofensywnego i uzbrojeniem przeciwlotniczym ograniczonym do krótkiego zasięgu. Taki okręt ma szansę na modernizację w przyszłości i rozbicie finansowo projektu na etapy. Jeśli w grę nie wchodzi rozpoczęcie serii trzech okrętów, to pozostaje wielokrotnie proponowany na łamach blogu bliźniak dla Ślązaka. W takim wypadku być może miałaby sens modernizacja dwóch systemów Phalanx z fregat do poziomu SeaRAM. Nawet jeśli ekonomicznie nieuzasadnione, to pozwala na minimum samoobrony dla zarówno fregaty i korwety oraz na ich standaryzację.
  • Zainicjowanie programu okrętów patrolowych jako alternatywy do korwet przy założeniu działań wojny hybrydowej. W tym wypadku okręty w drugiej fazie powinny zostać wyposażone w system przeciwlotniczy samoobrony klasy RAM/Mica. Sonar holowany w formie skonteneryzowanej i wymienny pomiędzy jednostkami byłby również cennym uzupełnieniem. Podobnie jak w poprzednim wypadku, systemy modułowe lub „plug-in” jak RAM pozwalają na rozbicie finansowe projektu na etapy. Małe kamyki są wówczas uzupełniane piaskiem.
  • Wspomniane już w poprzednim wpisie samoloty patrolowe i ASW z prawdziwego zdarzenia.
  • Przyśpieszenie prac nad modułem przeciwminowym przewidzianym dla Czapli i zmodyfikowanie go w takim stopniu, aby był możliwy do przenoszenia przez dowolną platformę, włączając statki cywilne.

Odmowa prawa przejścia morzem dla przeciwnika (łącznie z próbą blokady):

  • Głównym problemem pozostaje groźba zaniku naturalnego sił podwodnych wraz z kompetencjami marynarzy i całej wspierającej infrastruktury. Jedyną alternatywą wydaje się być leasing jednej jednostki od zaprzyjaźnionej floty NATO, co księgowo usuwa środki finansowe z rubryki „inwestycje”. Próba była już podejmowana a nasza wiarygodność podważona, jeśli wierzyć wspomnieniom osoby będącej blisko wydarzeń.
  • Miniaturowe okręty czy raczej pojazdy podwodne dla sił specjalnych. Biorąc pod uwagę sukcesy włoskich płetwonurków w czasach II wojny światowej na Morzu Śródziemnym, wydaje się to być bardzo ekonomicznym środkiem powstrzymywania i odstraszania.
Hybrydowe i asymetryczne. Specjalsi pod wod, czyli dwa w jednym

Hybrydowe i asymetryczne. Specjalsi pod wod, czyli dwa w jednym

  • Rozwój systemów bezzałogowych, zarówno nawodnych jak i podwodnych. Rozpoznanie, walka z minami czy patrolowanie to nie jest już w dzisiejszych czasach fantazja. Systemy są powoli wprowadzane do służby lub przechodzą intensywne testy. Ryzyko inwestowanie w niesprawdzone technologie jest w tym wypadku mniejsze od ryzyka niewykorzystania szansy. Jest to coś, z czym krajowy przemysł i zaplecze badawcze powinno sobie dać radę. Jest to również szansa na częściowe rozwiązanie odwiecznego dylematu ilość versus jakość. Strata bezzałogowca w wyniku działań wojennych to nie koniec floty. Uzupełnienie strat jest relatywnie proste i przede wszystkim w ogóle możliwe. Media pokazują interesujące prototypy czy prace badawcze, ale brakuje im chyba jasnego ukierunkowania, które może nadać tylko użytkownik i przynajmniej ogólna specyfikacja mówiąca jak chcemy dany pojazd wykorzystywać.
  • Powrót do idei Fast Attack Craft w wersji lżejszej i uproszczonej. W dalszym ciągu fascynuje mnie idea wykorzystania małego SWATH jak Skrunda w podwójnej roli okrętu załogowego i autonomicznego bezzałogowca. Coś na wzór SW-4/Solo. Niektóre zadania lub w czasie pokoju byłyby wykonywane z załogą na pokładzie, podczas podczas wzrostu zagrożenia lub wojny w trybie autonomicznym. Wiadomo, że Skrunda ma możliwość zabierania 6 tonowego kontenera, co wyznacza granicę ładunku użytecznego. Cztery lekkie pociski klasy Penguin lub Marte o zasięgu 30-50km wymagają prostego modułu planowania misji oraz, być może jednej konsoli C2 z łączem Link11/16. Radar nawigacyjny plus ESM.

Marte

Niektóre z powyższych pomysłów były już komentowane na tym blogu, jeżeli jednak grozi nam tytułowy „reset” to będziemy zmuszeni do powrotu do dyskusji o podstawach i sensie istnienia Marynarki Wojennej.

  32 Responses to “Modernizacja Marynarki Wojennej – Reset?”

  1. W kontekście obcinania budżetu, idealna na nasze potrzeby wydaje się być koncepcja DCNS – SMX-26.
    https://www.youtube.com/watch?v=OM2x5QraDRU
    Bez pocisków manewrujących, które już nie są punktem koniecznym w przetargu.
    Mniejszy okręt zaprojektowany wręcz na Bałtyk (płytkie wody).
    Dla mniejszego okrętu łatwiej wdrożyć produkcję w kraju…

    • SMX-26 jest jak na razie koncepcją i to dość egzotyczną. Gdyby jednak iść tym tropem, to jest to de fact okręt większy od Andrasty i porównywalny z U201Mod. Tak więc przechodzimy do dylematu średni czy mały okręt podwodny. Różnica w cenie pewnie wyniesie około 30%, przy mniejszym zasięgu i czasie przebywania pod wodą, nie mówiąc o sensorach. To prawdopodobnie zastopuje projekt.

      Przemek

  2. Małe okręty mają to do siebie, że mają bardzo ograniczone możliwości zastosowania. Abstrahując od innowacyjności projektu SMX-26, nie bez powodu wszystkie siły morskie w ciągu ostatnich 15 lat kupowały średnie uniwersalne OOP o wyporności około 2000t.

    Skoro sprawy są już tak zaawansowane (MON w pocie czoła pracuje nad okrętami podwodnymi od 2008), może jednak okręty z pociskami manewrującymi? Tu najlepsza ze znanych ofert wydaje się propozycja DCNS (okręty+pociski, budowa i serwisowanie w Polsce, niezależność w wykorzystaniu, gwarancje rządu francuskiego): https://www.dropbox.com/s/lejkg4yjd519kf1/140709Francuska_Oferta_Programu_ORKA_1.pdf?dl=0

    • Wracamy do gorącego tematu odstraszania. Jestem sceptyczny i polecam artykuł z Proceedings http://www.usni.org/magazines/proceedings/2014-09/repeating-three-strategic-mistakes
      Okręty podwodne średniej wielkości niewątpliwie mają większe możliwości i są bardziej uniwersalne na WOJNIE. W walce hybrydowej ich skrytość jest raczej przeszkodą, za wyjątkiem skrytego rozpoznania i działalności wywiadowczej. Ale nie za 6-7 mld PLN.

      Pozdrawiam,

      Przemek

    • To nie tak, że OP urosły w ostatnich latach dlatego, że stwierdzono iż tak będzie lepiej. Proszę zwrócić uwagę, że okręty niemieckie, czy szwedzkie urosły jedynie o długość modułu z systemem AIP. W dalszym ciągu oba te kraje preferują pozyskanie jednostek ze “szkoły niemieckiej” mówiącej, że im okręt mniejszy tym lepiej. Po prostu z modułem AIP nie dało się ich stworzyć krótszych, a przez to mniejszych (U212A, modernizowane Gotlandy, czy projekt A26). Te same państwa tworzą większe jednostki na eksport (214, 218 czy Collins), same miniaturyzując OP jak się da. Czy większe OP oferują większe możliwości? Zapewne – ale jednostki przeznaczone do operowania na ograniczonym akwenie nie potrzebują wyżyłowanego zasięgu, czy dużego zapasu środków bojowych. A budując okręty z kategorii “średnia+” ograniczamy ten akwen jeszcze bardziej (np. Zatoka Fińska ma średnią głębokość 35 m). Nawet jeśli oferują przy tym lepsze sonary, proszę zauważyć, że skomplikowana hydrologia Bałtyku, jest przysłowiowym “kijem o dwóch końcach” – trudno wykryć OP, ale warunki pracy jego aparatury też nie są najlepsze.

      • Panie Robercie,

        Zgadzam się z Panem zarówno co do AIP jak i ograniczenia obszaru działania OP. W ostatnim numerze Przeglądu Sił Zbrojnych, jest artykuł podwodniaka, który mimochodem stwierdza, że OP z zasady działają przy głębokości co najmniej 50m. Po prostu stwierdzam, że MW nie dopuszcza do siebie myśli o mniejszych jednostkach. Co ciekawe, byłyby one (Andrasta, U210Mod) właściwie dużym krokiem do przodu w porównaniu z Kobbenami. Z drugiej strony nie wiemy jak wyglądałaby analiza spadku ceny w porównaniu ze spadkiem możliwości. A to ocenialiby fachowcy z MW. Koło się zamyka.

        Przemek

        • Niektórzy marynarze jednak mają podobne zdanie jak my. Czytałem kilka artykułów w Przeglądzie Morskim, w których kmdr Witkiewicz, rozpisywał się nad zaletami niewielkich i małych OP. Biorąc pod uwagę, że jest (był?) dowódcą jednego z Kobbenów, chyba jest wiarygodny. Z jego opracowań wynika, że byłby zwolennikiem zastąpienia Kobbenów jednostkami o porównywalnej wielkości.

          • Jednym z problemów z wojskowymi ogólnie a marynarzami szczególnie jest ich dążenie do maksymalizacji możliwości. Ma to uzasadnienie w fakcie nieprzewidywalności rozwoju sytuacji i konieczności walki z tym, co mam a nie tym co mógłbym mieć. W końcu chodzi również o ich własne życie. Ta postawa często prowadzi do konfliktu z politykami czy księgowymi, którzy woleliby odpowiedzi na pytanie, co mogę uzyskać za daną kwotę. Problem U210Mod kontra U212/214 jest trochę z tego gatunku. Dla mnie osobiście małe okręty typu U210 czy Andrasta byłyby dużym krokiem do przodu i przede wszystkim utwierdzeniem floty podwodnej w jej egzystencji. Teraz ta flota czeka na decyzje, których rezultat może oznaczać koniec istnienia w MW tej klasy okrętów.

            Przemek

  3. Witam Panie Przemku,
    wpis jak zwykle ciekawy, lecz tym razem rzucają się w oczy dwie niekonsekwencje. Pierwsza związana jest z zakupem bliźniaka dla “Ślązaka”, która za nic nie może mi się wpasować w koncepcję taniego okrętu modułowego i z tym, że dwa okręty nie spełnią ani wymogu ilości, ani siły jednostek. W tym sensie ich zakup byłby kroplówką dla konającej PMW, a nie stworzeniem jej nowej jakości.
    Drugi zarzut jest bardziej poważny, bo ni stąd ni zowąd, znajduje się w Pańskich propozycjach uproszczony FAC, potrzeba posiadania którego w żaden sposób nie wynika z wcześniejszej treści wpisu.
    Nie wiem, czy zgodzi się Pan ze mną, ale zasadność posiadania FAC moglibyśmy rozważać jedynie w przypadku przyjęcia dosyć ofensywnych (ale realistycznych) założeń strategicznych, zakładających niedopuszczenie do wyrwania się Floty Bałtyckiej FR z Zatoki Fińskiej, za pomocą własnych jednostek stacjonujących w portach Estonii i Łotwy. W innym przypadku plan posiada FAC będzie oderwany od potrzeb w związku z posiadaniem NDR.

    • Postaram się odpowiedzieć, nie negując niekonsekwencji. Ślązak potrzebuje bliźniaka, bo fregata, nawet po remoncie będzie tylko łataniem dziury. Jedynak nie daje żadnych możliwości ciągłości operacji. Biorąc pod uwagę nacisk polityczny na 70% sprzęty produkcji krajowej i obłożenie stoczni już złożonymi zamówieniami, powstaje pytanie kto i co ma budować. Remontowa nie będzie zainteresowana zbyt dużym zaangażowaniem w kontrakty z MON-em i już ma Kormorany. SMW jest zajęta Ślązakiem i po nim mogłaby zacząć nowy okręt. Warto budować od początku cały łańcuch logistyczny dla jednej jednostki? Chyba nie, lepiej zbudować, coś co już umiemy zrobić i mamy licencję. Chyba, że będzie decyzja o budowie serii okrętów. Bez dodatkowej jednostki, nie będzie możliwa eskorta jakiegokolwiek transportu wtedy kiedy potrzebujemy, a nie wtedy, kiedy nasz jedynak będzie dostępny. To nie jest nowa jakość, tylko łatanie dziury. Co do FAC, to mam na myśli działania hybrydowe, a więc nie wojnę na pełną skalę. Problem polega na tym, że NDR ma dużą wartość odstraszającą w czasie kryzysu i stanowi realne zagrożenie w czasie wojny. Natomiast ma małą wartość użyteczną w konflikcie jak na UA. Powiedzmy, że Rosjanie zatrzymują i rewidują statki płynące do Gdańska/Gdyni. Jak NDR może odeprzeć taki “atak”? Potrzeba okrętu na miejscu, który by egzekwował nasze prawa. Jeśli będzie tylko Ślązak, to może być tylko w jednym miejscu, a i to nie zawsze. Zwykły patrolowiec może nie stanowić odpowiedniego zagrożenia, a taki “maluch” jest jak wrzód, nie powiem gdzie. Niegroźny ale dokuczliwy. W czasie wojny jest po prostu rozszerzeniem NDR-u. Ale może ten wątek rozwinę szerzej. Na pewno lepszym rozwiązaniem byłaby seria korwet. Tylko co, jeśli nic nie nastąpi? Ale nie wypieram się braku konsekwencji. To jest poszukiwanie planu B.

      Pozdrawiam,

      Przemek

      • Nie wydaje mi się, aby FAC mógł się sprawdzić w konflikcie nazwijmy to “handlowym”.
        Takie przepychanki na morzu przyglądając się doświadczeniom Chińsko Japońskim polegają na ryzykownym pływaniu często na kursach kolizyjnych, polewaniu aramtkami wodnymi i takim tam. Parę miesięcy temy Chińczycy próbowali nawet staranować Ticonderogę. Mały okręt nie może tego robić, bo po “przypadkowej” kolizji zwyczajnie pójdzie na dno. Jego załoga będzie też zbyt mała, żeby powstrzymać załogę większego okrętu przed wejściem na pokład chronionego statku.
        Niestety, tanie i wszechstronne rozwiązania na ogół mają fatalną jakość. Relatywnie tanim i efektywnym okrętem w konflikcie “handlowym” jest OPV.
        Uniwersalnym, ale bardziej kosztownym korweta/fregata.
        FAC w czasie wojny funkcjonuje de facto podobnie jak OP, z tą różnicą, że FAC atakuje szybko a OP skrycie.
        Niestety, wspomniany tu konserwatyzm marynarzy powoduje, że “na tapecie” mamy potwornie drogie, pełnomorskie OP, które bedą w warunkach bałtyckich wykorzystywały max 50% swojego potencjału a wchłoną większość budżetu. Na bałtyku znacznie lepiej sprawdziłyby się mniejsze okręty.
        Nie wspominając o tym, że znacznie optymalniejsza wydaje mi się ściezka Duńska. Dania jest znacznie bardziej “morskim” krajem niż my, a zrezygnowała z OP na korzyść fregat. Znacznie uniwersalniejszych.
        Fregaty sprawdzają się w konflikcie asymetrycznym, handlowym i pełnoskalowym. Zwalczają cele morskie i powietrzne. Moga przenosić znacznie więcej pocisków manewrujących niż OP.
        OP na pewno dają wiele korzyści, ale chwilowo chyba mamy pilniejsze potrzeby.

        • Zgadzam się, że po prostu Czapla czy OPV byłby lepszym rozwiązaniem. Obawiam się jednak, że marynarze mając jakieś 1700 ton od razu będą chcieli zrobić z OPV fregatę, wiedząc że na korwety nie ma szans. Innymi słowy będą głosować PRZECIWKO OPV mając nadzieje na korwety nie mówiąc o fregatach. Drugi problem jaki widzę, to udział polskiego przemysłu. W NDR przemysł był w stanie wcisnąć nawet radar 3D dozoru powietrznego. Za OPV może jedynie lobbować nasz bankrut, czyli SMW. Co OP to rzeczywiście sam nie byłem nigdy zwolennikiem nie dlatego, że są niepotrzebne, tylko dlatego że nas na to nie stać. Zwłaszcza przy tak ustawionych priorytetach dla Sił Zbrojnych.

          Przemek

        • Swego czasu jeden z autorów, że zarówno FAC jak i OP mogą być przydatne w działaniach morskich mieszczących się poniżej progu wojny ale w zasadzie jedynie podczas działań o charakterze “interdiction” – ograniczania ruchu handlowego danej bandery lub do/z danych portów (zob. C.D. Allen, “The Uses of Navies in Peacetime”, American Enterprise Institute, Waszyngton 1980, s. 10 – 11). Stąd moim zdaniem plan B powinien różnić się od planu A, nie wielkością jednostek nawodnych (jak ktoś kiedyś napisał: stal jest tania a powietrze za darmo 🙂 ), tylko ich pierwotnym uzbrojeniem. Stąd niezmiennie wydaje mi się, że klasą która powinna stanowić podstawę sił nawodnych PMW jest niskobudżetowa korweta – jak prosta Sigma, czy bardziej “bojowy” Gowind, zbudowana wg konceptu “LCS dla ubogich”, byle budowano ją w serii.

          • Zgoda, ale MW ma chyba problem ze sprzedaniem idei takiej misji, stąd ciągle okręty nie mogą się zmaterializować.

        • Rozwiązanie duńskie rzeczywiście w przypadku tego kraju wydaje się najbardziej sensowne. Ale żadną miarą nie przystaje do naszego położenia geograficznego i zadań. Dania, pomimo posiadania Bornholmu, skoncentrowana jest na zadaniach ochrony własnego handlu na otwartych morzach i posiadłości w Arktyce. Stąd w jej przypadku OP są mało przydatne. Dla nas główny sens posiadaniu OP (jeśli rozpatrujemy je jako jednostki uzbrojone jedynie w torpedy i popk) nadaje obecność enklawy Kaliningradzkiej.

        • Nie wydaje mi się, aby Okręg Kaliningradzki był problemem, którego rozwiązaniem mogą być OP, albo jedynie OP, a już na pewno nie duże OP. Rozmawiamy o porcie odległym trochę ponad 100 km od naszych baz. W zasięgu NDR, w zasięgu FAC, w zasięgu artylerii lądowej. Jeżeli już chcemy nastawiać się na blokowanie dostępu w warunkach dużej przewagi przeciwnika, małe OP są wielokrotnie przydatniejsze, bo trudniej je wykryć w wodzie i łatwiej zorganizować im zapasowe miejsce bazowania/uzupełniania paliwa i amunicji (kiedy główna baza znajdzie się w zasięgu artylerii wroga, gdzie duże OP uzupełnią paliwo?).
          Szczerze pisząc, w kwestii Kaliningradu, wolałbym, żeby w Gdyni stały 2 fregaty, dodające swój potencjał do systemu OPL/OPR, niż 3 OP.

          Powiedziałbym, że OP mogą być znacznie przydatniejsze w kontekście posiadłości arktycznych (działanie pod lodem). Niemniej Duńczycy zdecydowali, że inne okręty będą tu efektywniejsze. Podobnie jest z nami i Kaliningradem. Nie powinniśmy wydawać zdecydowanej większości budżetu na flotę i rezygnować z korzyści zapewnianych przez sprawną flotę nawodną

          • Panie Marcinie,
            tu się do końca nie zgodzę. Bo problem komunikacją do Kaliningradu nie dotyczy jedynie samego wejścia do portu, ale również całego szlaku komunikacyjnego przez Zatokę Fińską i Bałtyk wschodni, który byłby tym ważniejszy, im ważniejsza byłaby dla FR wskazówka strategiczna “walczymy przeciwko NATO, nie atakując NATO bezpośrednio”. A musi Pan przyznać, że wiele wskazuje, że właśnie w tym kierunku sytuacja może się rozwinąć. Ja wręcz uważam, że dla Rosji to jedyny, nie skutkujący groźbą totalnej klęski sposób prowadzenia wojny, który do tego sprawdza się na Ukrainie. FAC, NDR a nawet lotnictwo, o ile stacjonować będą jedynie na polskim wybrzeżu, nie na wiele się zdadzą w blokadzie Kaliningradu, bo koncentrując się na obronie Rosjanie byliby w stanie wywalczyć bezwzględną przewagę w powietrzu nad wschodnimi akwenami Zatoki Gdańskiej. A to wyklucza zasadność użycia FAC i lotnictwa, a bardzo ogranicza użyteczność NDR, który i tak miałby niską świadomość sytuacyjną w takich okolicznościach. Stąd potrzeba posiadania OP, ale fakt: niewielkich, bo takie lepiej sprawdzą się na płytkich akwenach! A fregaty przeciwlotnicze – bardzo chętnie, ale w następnym etapie, czyli po 2022. Bo na razie nie ma ich w planach. Ale w przyszłości powinny być. Pamiętajmy, że finansowanie SZ nie kończy się na 2022, a sama PMW za dekadę powinna generować o wiele niższe koszty wegetatywne, przez co można zakładać pozytywną koniunkturę dla jej rozbudowy.

          • Zatoka Fińska może ewentualnie być w zakresie naszego zainteresowania tylko pod warunkiem, że Pribałtyka się obroni i że mamy przewagę na morzy i w powietrzu. To zakłada działania raczej NATO. Takie samotne wypuszczenie “wilka” na polowanie musi się skończyć źle. Jest to kwestia czasu.

            Przemek

          • Do ostatniego komentarza p. Przemka.
            W tym rzecz: FR by nie wywołać wojny z całym Sojuszem, MUSI ominąć w działaniach terytorium Pribałtyki. I Polski też. Realności tego, że rosyjscy stratedzy znajdą sposób na prowadzenie aterytorialnej wojny na akwenach i wybrzeżach Bałtyku, nikt już chyba nie kwestionuje, choć nie każdy sobie ją uzmysławia. Stąd duże prawdopodobieństwo, że w takim konflikcie pierwsze skrzypce może zagrać marynarka. W każdym razie na pewno zagra rosyjska, jeżeli … my nie będziemy mieć swojej. A samo domniemanie obecności polskich OP u wylotu Zatoki Fińskiej (i/lub ścigaczy i/lub drugiego NDR na wybrzeżu estońskim) lub w okolicy Kaliningradu, troszkę studzi zapały.
            O ile u nas nikt nie pokusił się nawet o przetłumaczenie prac Corbetta, czy Mahana, że o teoretykach “coercive diplomacy” nie wspomnę, o tyle w Rosji systematycznie studiuje się strategie morskie od końca XIX wieku. A praktyczne ich zastosowanie widać po zajęciu Krymu i obecnych głosach o możliwości zajęcia całego wybrzeża Ukrainy. Najciekawsze, że uwaga wszystkich polskich analityków skupia się na Donbasie, jakby nie zauważali czym dla Ukrainy (ale również: Rumunii, Mołdawii, Bułgarii i Turcji) byłoby takie posunięcie.

          • Niestety mój pesymizm rośnie i mam wrażenie, że plan modernizacji MW nie miał politycznego wsparcia innego niż strach przed odpowiedzialnością za zlikwidowanie tego rodzaju sił zbrojnych. Stąd w rezultacie podtrzymuje się MW na kroplówce, czyli robi to, co pozwoli jej trwać w chocholim śnie. Wyremontowana fregata i Ślązak plus Kormorany i Orkany wystarczą na najbliższe 8-10 lat. Nie bardzo wiadomo co zrobić z OP. Taniej opcji nie ma, jest tylko ewentualnie tańsza. Naprawdę najlepszym rozwiązaniem byłby leasing, jeśli nikt nie będzie miał odwago powiedzieć – nie kupujemy nic. Nie należy się jednak poddawać i trzeba dążyć do zwiększenia przejrzystości decyzji i zrozumienia faktycznego a nie formalnego procesu podejmowania decyzji.

          • Wydaje mi się, że przeceniacie Panowe znaczenie Kaliningradu, szczególnie w otwartym konflikcie. Jeżeli Rosyjskie lotnictwo walczy o przewagę w powietrzu albo atakują nasze statki/okręty, port w Kaliningradzie jest 50 km od granicy. A nasza artyleria jest prawdopodobnie jedną z lepiej zorganizowanych i wyposarzonych części naszej armii. Z bardzo realnymi planami rozwoju w bliskiej przyszłości.
            Jeżeli Rosjanie chcieliby prowadzić jakiekolwiek działania z terytorium okręgu, musieliby agresywnie wkroczyć na nasz teren i odsunąć front od własnych baz.
            Tu nie ma pośrednich mozliwości, zwłaszcza że nie mamy żadnej “mniejszości rosyjskiej” która mogłaby prowadzić partyzantkę.
            Bardziej prawdopodobny konflikt niskiej intensywności grozi np Estonii, ale ta graniczy bezpośrednio z terytorium FR.
            W poważnego przypadku konfliktu, w którym nasze OP polowałyby na transporty do Kaliningradu, trasa morska szybko straci znaczenie. Bardzo szybko FR otworzy sobie korytarz przez terytorium Litwy.
            Prawdopodobnie potrafię sobie wyobrazić rozwój sytuacji geopolitycznej, w której Rosja chce zaatakować nas z terenu Okręgu K a zachować pokój z Litwą przy jednoczesnej blokadzie granicy ze strony Litwy…. ale nie wydaje mi się to szczególnie realistyczny scenariusz. Na pewno grozi nam wiele bardziej prawdopodobnych scenariuszów, w których OP a zwłaszcza duże OP są mało lub wogóle nieprzydatne.

          • Panie Marcinie,
            chodzi mi bardziej o konflikt o innym charakterze. Taki, w którym Rosja w żaden sposób nie naruszyłaby integralności żadnego z państw NATO, lecz na przykład, wykorzystując porty Kaliningradu prowadziła działania o charakterze szantażu ekonomicznego ograniczając wolność żeglugi Bałtów, Finów, Szwedów i naszą. Albo, co gorsza poszła o krok dalej, zajmując punkty strategiczne na wybrzeżu szwedzkim, wymuszając na Skandynawach faktyczne (choć nie deklarowane) uznanie nowego porządku, tak jak wymusiła na Ukrainie po zajęciu Krymu. A to byłoby tylko preludium do bardziej agresywnych działań w stosunku do państw nad Bałtykiem, konsekwentnie zmierzających do ich ponownego podporządkowania. W takiej sytuacji trudno byłoby uzyskać konsensus w NATO uruchamiający działania z art. 5 Traktatu Waszyngtońskiego. I to jest dla Rosjan sposób na realizację swoich celów, bez wojny z NATO, a jedynie przez ograniczony konflikt (z gatunku agresywnej presji) z niektórymi z jego członków. Podobna presja w latach 1939/40 wymusiła na Państwach Bałtyckich zrzeczenie się suwerenności.

          • Panie Robercie,
            Scenariusz jak najbardziej realistyczny, niemniej nie rozumiem jak nasze OP mogłyby wpłynąć na rozwój sytuacji. Będą mogłu działać dopiero, kiedy rozpoczną się prawdziwe walki. Okręt nawodny może przynajmniej przeprowadzić jakiś pokaz siły, biernie blokować dostęp lub stanowić zagrożenie przez samą obecność. OP działają skrycie, a więc nawet jeśli byłyby na miejscu, zostaną zignorowane. Nawet jeśli wiadomo, że są na miejscu, zostaną zignorowane, bo wiadomo, że nie zrobią nic. Co więcej, może im się zdażyć “wypadek”, który niełatwo potem zweryfikować.

          • “Jeżeli wiadomo, że nic nie zrobią” … i to jest klucz do zagadki. Bo jeśli będziemy patrzeć na to co zapisano w oficjalnych dokumentach, czyli paranoję pod tytułem “obrona wód terytorialnych”, to nie potrzebujemy żadnych okrętów, a już na pewno nie podwodnych. Jeśli zaś rozważymy scenariusz opisany przeze mnie powyżej (utworzenie rosyjskich baz rakietowych, lotniczych i morskich na wybrzeżu Szwecji), skutkujący błyskawicznym i drastycznym spadkiem ilości towaru docierającego do polskich portów, to jedynym sposobem niedopuszczenia do takiego zdarzenia wydaje się atak na jednostki inwazyjne, a następnie przejście do blokady ruchu pomiędzy Prusami Wsch. a rosyjskim mainlandem. Blokadę należałoby również założyć w sytuacji, gdyby nie udało się zatrzymać floty inwazyjnej. A tu rola OP byłaby kluczowa. Czy takie posunięcie wydaje się zbyt drastyczne? Na pierwszy rzut oka, tak. Trzeba sobie jednak uświadomić sobie, że inwazja na którykolwiek kraj nadbałtycki nie pozostawiałaby złudzeń co do dalekosiężnych planów Rosji.

          • Ps. Ale uważam, że do takich zadań spokojnie wystarczą niewielkie okręty podwodne, nawet takie jak koreański KSS500A http://www.ssbn.pl/kss-550a-koreanska-koncepcja-malego-okretu-podwodnego/

  4. Przemku
    Wpis bardzo interesujący – ale do tego już swoich czytelników przyzwyczaiłeś. Niestety ogólny wydźwięk mało optymistyczny dla MW RP. Wydaje mi się, że twoje obawy co do przyszłości finansowania projektów MW są bardzo zasadne. Z resztą o podobnych obawach porozmawiałem sobie w zeszłym tygodniu na stoisku DCNS w Kielcach. Na targach usłyszałem też jeszcze jedną obawę którą można określić ciekawym mianem jakie ostatnio znalazłem w prasie branżowej – “awanturnictwo techniczne”. Generalnie chodzi o to, że bardzo wygodną wymówką dla decydentów dla nie podejmowania “twardych” inwestycji są nowatorskie koncepcje które trzeba przemyśleć – jak np. zastosowanie bezpilotowców w roli morskich samolotów patrolowych na to pójdą jakieś mizerne środki, napisze się artykuł w Gazecie Wyborczej dla tłumu, a kasa gdzieś się rozpłynie…

    • Łukasz,

      Twoja wizyta na Targach przynosi potwierdzenie odczuć. Marynarze to najbardziej konserwatywny ludek w mundurach. Roosevelt chyba porównał US Navy do poduszki – ugniatasz ją na wszystkie strony próbując ukształtować według swojego pomysłu, po czym okazuje się, że poduszka wygląda dokładnie tak samo jak przedtem. Argument o zbytnim nowatorstwie jest dobry dla floty o dużych zainwestowanych środkach w klasyczne rozwiązania. Trudno wówczas porzucić wszystko, co się ma. Przykład Royal Navy w przededniu All-Big-Guns ship. W naszym przypadku trzeba raczej pójść drogą duńską – mieć swój koncept i nie bać się eksperymentować.

  5. Obserwując zachowanie władz dochodzi się do wniosku, że cywilizacyjnie wciąż jesteśmy zacofani. Niekończące się jałowe dyskusje nt. koncepcji mają swe źródło w nieprzemyślanych i nieskoordynowanych planach modernizacji wojska. Obawiam się, że bez gruntownej reformy samego państwa, ustalenia priorytetów polityki wewnętrznej i międzynarodowej nie można ukierunkować rozwoju wojska: jeszcze niedawno “eksperci” rządowi wieszczyli zmierzch konfliktów pełnoskalowych. Tymczasem braki WP są przecież duże praktycznie w każdej z kluczowych dziedzin. i niestety, wbrew tematyce bloga, uważam obronę przeciwlotniczą za najważniejszą, niezależnie od przyjętej drogi rozwoju WP. Pozbawieni bowiem takiej nowoczesnej i efektywnej osłony z powietrza w dzisiejszej dobie wiele nie dokonamy – także na morzu.

  6. Wracając do koncepcji “LCS dla ubogich” – dziś położono stępkę pod pierwszy okręt dla Singapuru: http://defense-studies.blogspot.com/2014/07/littoral-ships-for-singapore-navy.html.
    Koncepcyjnie bardzo podobny do Gowind 1000: http://www.navyrecognition.com/index.php/news/naval-exhibitions/balt-military-expo-2014/1894-at-balt-military-expo-2014-dcns-unveiled-the-new-gowind-1000-corvette.html.
    Myślę sobie, że takie jednostki idealnie wpisują się w konwencję “sporo, nieźle i tanio”, która pomogłaby PMW zyskać więcej zwolenników w kołach rządzących.

  7. Podnoszone przez Panów argumenty są oczywiście istotne. Niemniej przyjrzyjmy się najnowszym deklaracjom nt. wypełniania zobowiązań wobec Polski przez NATO. Znowu tj. przez 1939r. znajdziemy się w sytuacji, gdy rośnie zagrożenie, a my nie jesteśmy gotowi, a deklaracje sojusznicze są niewiele warte. Chcąc nie chcąc musimy zbudować silną armię w możliwie krótkim czasie i wysiłkiem finansowym większym niż 1,95 % PKB. Trzeba więc przyjąć realistyczną koncepcję obrony i konsekwentnie ją realizować: jeśli nie okręty podwodne z pociskami manewrującymi to może kolejny dywizjon rakiet Kongsberg (lub nawet dwa) i brygada zmotoryzowana przeciwdesantowa na wspólnej platformie w oparciu o kto Rosomak.

    • Wszyscy niewątpliwie zgadzamy się z tym, aby przyjąć realistyczną koncepcję obronną i ją konsekwentnie realizować. Budżet definiują politycy i ma to być (miejmy nadzieję) 2.0% od 2016. W tym miejscu trzeba oddać sprawiedliwość gen. Koziejowi, który za realistyczną obronę uznaje przeciwdziałanie akcjom “podprogowym” lub “trudno konsensusowym”, a więc takim wobec których NATO może okazać się bezradne i nie podjąć działania. Co za te pieniądze kupić jest przedmiotem dyskusji, również na tym blogu. W rzeczy samej jest w planie zakup drugiego NDR-u zgodnie z Pana sugestią. Dwa powinny wystarczyć, pod warunkiem zakupu odpowiedniego zapasu rakiet. Co do brygad zmechanizowanych, to w zasadzie nie ma specjalizowanych brygad przeciwdesantowych, co wynika z manewrowego charakteru działań wojennych i technologii desantu “pionowego” za pomocą śmigłowców. Mamy więc brygady “ogólnowojskowe”. Niewątpliwie należy je jak najszybciej doposażyć i wymienić stary sprzęt. Te ponad 1.000 BWP prosi się o to. To jest blog wojenno-morski, więc poruszam się po trudnym terenie. Niemniej jednak wiadomo ogólnie, że wojska lądowe chcą obok Rosomaków BWP na gąsienicach. W jakich proporcjach, to już osobna dyskusja. Co do okrętów podwodnych jako nosicieli rakiet, to jestem sceptyczny. Za te pieniądze zamiast kilku, kilkunastu odpalonych rakiet dalekiego zasięgu można mieć 8-10 NDR-ów. Różnica zasięgu i skrytości nie stanowi wystarczającej przeciwwagi w moim odczuciu. Jeżeli kupujemy OP, to nich służą do tego, do czego się nadają najlepiej.

      Pozdrawiam,

      Przemek

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)