Oct 192014
 

W tytułowym, otwartym pytaniu pobrzmiewa delikatnie nutka wątpliwości. Niepokój ma jednak swoje uzasadnienie w niezwykle wysokich planowanych kosztach i niejasnej sytuacji do czego i w jaki sposób te okręty miałyby być wykorzystane. Jest to więc pytanie o tak zwany CONOPS (Concept of Operations), na co nie tak łatwo znaleźć odpowiedź. Problem tkwi po części w tym, że ci którzy mają na ten temat wiedzę, rzadko się wypowiadają, a ci którzy takiej wiedzy nie posiadają, nie wychodzą publicznie poza koncept odstraszania, czyli przenoszenia przez okręty podwodne rakiet manewrujących dalekiego zasięgu. Tym cenniejsza staje się lektura czwartego numeru Przeglądu Sił Zbrojnych, zawierającego szereg artykułów dotyczących Marynarki Wojennej. Autorzy tych tekstów są oficerami marynarki i ich poglądy warto skonfrontować z obowiązującą wykładnią BBN-u odnośnie strategii bezpieczeństwa narodowego. Ta mówi o obronie żywotnych interesów Polski, wśród których obrona niezawisłości Państwa i jego integralności terytorialnej są najważniejsze. Na pierwszy rzut oka, okręt podwodny wpisuje się dobrze w taki scenariusz, zwłaszcza ubrany w szaty doktryny odmowy dostępu. Z drugiej strony, uznając realia geopolityczne, doktryna BBN-u kładzie nacisk na zagrożenia wynikające z konfliktów hybrydowych i „podprogowych”, a więc działań przeciwnika nie wywołujących automatycznej reakcji sojuszników. Co więc możemy się dowiedzieć na temat koncepcji operacyjnego użycia okrętów podwodnych z lektury Przeglądu Sił Zbrojnych i jak to wygląda w świetle konfliktów o ograniczonej skali?

Czysta ciekawość każe przeczytać w pierwszej kolejności artykuł Jednostki podwodne na Bałtyku, autorstwa dwóch podwodniaków, kmdr ppor. Tomasz Witkiewicza i kmdr ppor. Tomasz Sołkiewicza. Na wstępie sami zauważają, że podstawowy obszar działania nie jest optymalny:

Z analizy danych (…) wynika, że Bałtyk nie jest idealnym rejonem do działania okrętów podwodnych. Charakteryzuje go raczej mała głębokość z wyłączeniem niektórych obszarów, takich jak Rynna Słupska (głębokość powyżej 90 m) czy Głębia Gdańska (głębokość dochodzi do 120 m). Ponad 50% powierzchni morza to wody, których głębokość nie przekracza 50 m.

Tekst jest wzbogacony ładnymi ilustracjami, wśród nich mapą Bałtyku z zaznaczeniem wód o głębokości powyżej 50m, co jest istotne ze względu na fakt, że według autorów, bezpieczne manewrowanie okrętem podwodnym wymaga głębokości minimalnej 40-50m. Rzut oka na mapę skłania do refleksji, że podstawowym obszarem działań mogą być wody Zatoki Gdańskiej, co nierozerwalnie będzie związane z aktywnością skupioną wokół głównych baz i portów Polski i Rosji oraz główne szlaki żeglugowe odsunięte od polskich wód przybrzeżnych. To sugeruje niecelowość użycia okrętów podwodnych do zwalczania desantu przeciwnika na naszym wybrzeżu. I rzeczywiście, w analizie prowadzenia działań autorzy skupiają się na zwalczaniu żeglugi, zwłaszcza w pobliżu portów, uznając że korzyści mogą być niewspółmiernie większe od ryzyka oraz na zabezpieczeniu działań wojsk specjalnych. Niewątpliwie okręty podwodne, historycznie są najpotężniejszą bronią do prowadzenia guerre de course, ale jednocześnie ta sama historia wskazuje na dwie rzeczy. Wojna handlowa, aby miała jakikolwiek efekt strategiczny, jest długotrwała. Ale czy to jest możliwe w przypadku wojny hybrydowej? W końcu okręt podwodny służy do skrytego zatapiania statków i okrętów, a nie ich zatrzymywania lub rewidowania. Jak długo można bezkarnie topić statki przeciwnika w sytuacji niewypowiedzianej wojny? Dopuszczalny jest pewnie incydent jak zatopienie południowokoreańskiej korwety, lecz jest to działanie jednorazowe a nie regularna wojna ekonomiczna na liniach żeglugowych. Z drugiej strony, rozpatrując mało prawdopodobny (według obowiązującej doktryny BBN) przypadek otwartej wojny z Rosją, skuteczne działania na liniach żeglugowych wymagają posiadania przewagi na morzu. Tak przynajmniej twierdził Sir Julian Corbett. Co więc jeszcze pozostaje w menu? W artykule Perspektywy rozwoju marynarki wojennej, kmdr. rez. Krzysztof Marciniak okrętom podwodnym poświęca niewiele miejsca, zauważając, że:

Załoga Orki będzie w stanie prowadzić rozpoznanie, stawiać miny i transportować grupy specjalne w rejon ich działania.

Takie zadania o wiele lepiej wpisują się w wizję doktryny BBN-u, tylko czy do ich realizacji potrzebujemy okrętów podwodnych za 2.5 mld PLN sztuka? Być może realizacja tych zadań możliwa jest z wykorzystaniem mniejszych okrętów podwodnych lub wręcz bez nich? Na koniec dochodzimy do drażliwego punktu, czyli przenoszenia rakiet manewrujących. W zupełnym oderwaniu od podwodnej tematyki, portal Defence24 zamieścił niedawno informację o tym, że 1/3 polskiego terytorium znajduje się w zasięgu zintegrowanego systemu obrony przeciwlotniczej Rosji. Komentując ten fakt i powołując się na wypowiedź gen. Breedlove, portal wyraża opinię:

Oznacza to, że w wypadku prowadzenia kolektywnej operacji obronnej konieczne może się okazać przełamywanie elementów systemu obrony powietrznej potencjalnego przeciwnika.

Naturalną koleją rzeczy, taki system obrony przeciwlotniczej stanie się podstawowym celem wszelkich środków będących w dyspozycji sił zbrojnych. Rakiety odpalane skrycie z okrętu podwodnego są atrakcyjne z tego punktu widzenia. O ile jednak okręty podwodne oferują skrytość działania, o tyle ich minusem jest utrudniona łączność i mała siła ognia w sensie liczebności salwy. Jeżeli założymy, że system klasy S-400 ma możliwość zwalczania sześciu celów jednocześnie, w tym rakiet manewrujących i że jego unieszkodliwienie wymaga zniszczenia co najmniej radaru i/lub stanowiska dowodzenia, to wymagana jest salwa około ośmiu rakiet. Czyli minimum dwóch okrętów odpalających salwy jednocześnie lub przeładowanie wyrzutni i salwę sekwencyjną, co ułatwia obronę. Zaczyna się zabawa w taktykę. Opuścić sprintem obszar odpalenia rakiet by uniknąć reakcji sił ZOP, czy też pozostać w rejonie poruszając się z małą prędkością? Zależy od oceny sił ZOP i przyjęcia za pewnik lub nie wykrycie okrętu przez przeciwnika. Jeśli przyjmiemy fakt wykrycia za pewnik, sprint już nie przeszkadza, jeśli jednak przeciwnik nie wykrył miejsca odpalenia, sprint daje mu dodatkową szansę na zlokalizowanie okrętu.

Ciekawy, acz kontrowersyjny komentarz na temat użycia Tomahawków znajdujemy w komentarzu autorstwa Johna T. Kuehn’a TLAMS and ISIS: Insane and cynical ways to blow things up:

Mój przyjaciel, który niech pozostanie anonimowy, określa TLAM jako: „XX- wieczny odpowiednik noty dyplomatycznej, mający przekazać niezadowolenie nie czyniąc w rzeczywistości nic”.

Tekst odnosi się do sytuacji przewagi Stanów Zjednoczonych nad przeciwnikiem. Trudno sobie wyobrazić, aby taka „nota dyplomatyczna” wywarła jakikolwiek pozytywny efekt na militarnym mocarstwie, jakim jest Rosja, poza ewidentną prowokacją. Powtórzę w tym miejscu wielokrotnie powtarzane zdanie, że odstraszanie jest zjawiskiem psychologicznym mającym swe źródło w przekonaniu przeciwnika o nieuchronności konsekwencji. Jeśli więc rakiety manewrujące odpalane spod wody nie są dobrym środkiem odstraszającym i zbyt nielicznym do efektywnej degradacji obrony przeciwlotniczej, to czy inwestycje w nie są rozsądne? Zwłaszcza, że wielu komentatorów podkreślając niewielki relatywny koszt samych rakiet, pomija inwestycje niezbędne w systemy do zdobywania informacji o celach (zwłaszcza mobilnych) i łączności z okrętami podwodnymi.

W ten sposób dochodzimy do całkiem zasadniczego pytania czy wydawać horrendalne kwoty na okręty podwodne, czy nie? Najbardziej spójną strategią zgodną z teorią wojny podprogowej i hybrydowej jest inwestycja w podwodne pojazdy dla sił specjalnych. Zwłaszcza, że te ostatnie i tak mają priorytet oraz uprzywilejowany status “polskich kłów”. Te jednak nie odpalą żadnej torpedy, chociaż stanowią zagrożenia dla baz przeciwnika i statków w portach, jak pokazują sukcesy włoskich płetwonurków z II wojny światowej.

Takie maleństwo jak prototyp General Atomic dla sił specjalnych, również może być wyposażone w baterie litowo-jonowe

Takie maleństwo jak prototyp General Atomic dla sił specjalnych, również może być wyposażone w baterie litowo-jonowe

Wówczas pozostaje rozważenie tańszej alternatywy mniejszych okrętów podwodnych. Takie okręty nie mają AIP i w konsekwencji dysponują znacznie mniejszym zasięgiem i czasem pozostawania w zanurzeniu. Jeśli jednak, zgodnie z tym co zostało wcześniej powiedziane, podstawowym zadaniem miałoby być rozpoznanie, skryte stawianie min, współpraca z siłami specjalnymi bądź rajdy przeciwko jasno sprecyzowanym celom to wymóg długotrwałego pozostania w zanurzeniu czy zasięgu pozostanie dyskusyjny. Przyczynkiem do pewnych spekulacji może być rozwój technologiczny i decyzja Japonii o wyposażeniu reszty okrętów klasy Soryu w baterie litowo-jonowe zamiast AIP. Reporter Defense News podaje kilka ciekawych argumentów i faktów związanych z tą decyzją. Po pierwsze, nowe baterie zastąpią dotychczasowe a nie uzupełnią je jako zastępstwo dla AIP, co najwyraźniej próbuje oferować DCNS w przypadku Scorpene. Ciekawy jest argumant uzasadniający taką decyzję:

Przyjmując, że okręty podwodne są szpicą sił zbrojnych Japonii … prędkość i zasięg są fundamentalne dla działań okrętów podwodnych, a napęd oferujący zwiększone parametry w tych obszarach jest szczególnie atrakcyjny dla japońskiej marynarki.

Wracając na Bałtyk można postawić tezę, że za wyjątkiem działań na liniach żeglugowych, dopóki okręty działają z Gdyni, nie potrzebują zasięgu, a jeśli działają ze Świnoujścia potrzebują szybkości, której nie daje AIP. Skąd więc nacisk na AIP? Dążenie do zbudowania zrównoważonej floty maksymalizującej zdolności bojowe może się zderzyć z założeniami doktryny bezpieczeństwa narodowego tak samo jak z budżetem, który prawdopodobnie preferuje inne priorytety. Nie jest również oczywiste dlaczego w przypadku sił nawodnych zostały narzucone pewne ograniczenia i korwety to wszystko, na co mogą liczyć marynarze, podczas gdy w przypadku sił podwodnych dopuszcza się możliwość zakupu jednostek o najwyższych parametrach w swojej kategorii.

  17 Responses to “Po co Polsce okręty podwodne?”

  1. Przemku,

    Dziękuję za kolejny ciekawy tekst. Pewnie twoim celem nie było rozpętanie burzy wśród komentujących, więc spróbuję być mało kontrowersyjny, jeżeli mi nie wyjdzie to z góry wszystkich komentujących przepraszam…
    Jeżeli chodzi o walory użytkowe OP w realiach polskiej MW to moim zdaniem są one w najlepszym wypadku wątpliwe. Uważam, że bardzo trafnie określiłeś celowość (a w zasadzie jej brak) prowadzenia blokady morskiej z użyciem OP. Hipotetycznie istnieją jeszcze inne role dla OP, jak transport grup dywersyjnych i użycie pocisków manewrujących.
    Jeżeli chodzi o grupy dywersyjne, to należy się zastanowić w jakiej sytuacji strategicznej będziemy na Bałtyku wysyłać drogą morską grupy dywersyjne? Jeżeli chodzi o otwartą wojnę, to przy naszym położeniu trudno mi wyobrazić sobie celowość takiego działania. W obronie kiepskim pomysłem wydaje się mi morski przerzut dywersantów zbyt głęboko za linię walki (gdzie będą się toczyć boje? na Pomorzu? ja raczej widziałbym błyskawiczne wyjście agresora z Obwodu Kaliningradzkiego na południe i, niestety, zacięte walki w centrum kraju).
    Chyba, że zakładamy iż będziemy mieli inicjatywę i MW służyć będzie do blokowania Floty Bałtyckiej w portach i głębokich desantów, a grupy dywersyjne utorują drogę natarciu i sparaliżują obronę, ale moim zdaniem równie dobrze możemy liczyć na ogień zaporowy na Bugu prowadzony z Gwiazdy Śmierci, albo na teleportację sojuszniczych transformersów do centrum Moskwy…
    Przy konfliktach o niskiej intensywności/wojnie hybrydowej użycie grup specjalnych desantowanych z morza jest rzeczywiście bardziej kuszące, ale pod warunkiem, że nie ma bezpieczniejszych alternatyw (wyobraźcie sobie co by się stało w czasie wpadki, jak zatonięcie, lub awaria OP z dywersantami na wodach terytorialnych Rosji), alternatywa to np. cicha infiltracja przez terytorium sojuszniczej Litwy.
    Temat użycia pocisków manewrujących z pokładu OP jest gorąco dyskutowany (nie tylko tutaj…) i nie chcę się zbytnio nad nim rozwodzić. Powiem tylko, że przy niskiej przydatności OP w innych scenariuszach OP tylko jako konwencjonalna odmiana “boomera” o mocno ograniczonym zapasie amunicji w mojej opinii daje kiepski rezultat w porównaniu koszt-efekt.

    Pozdrawiam

    Ps. Przemku mam nadzieję, że impreza w Warszawie się udała 🙂

    • Witam.
      W dużej części nie zgodzę się z argumentacją powyżej. Jako podstawa posłużą mi, pominięte przez obu Panów okoliczności:
      1. Uderzenie wyprowadzone z obszaru Prus, wymaga wcześniejszego przerzutu sił w rejon Kaliningradu. Z braku granicy lądowej, przerzut taki musi być realizowany bądź drogą morską, bądź z naruszeniem terytoriów L.Ł. i E. Okoliczność taka, upoważnia nas do użycia siły, zgodnie z zobowiązaniami sojuszniczymi. Przy czym skuteczne użycie siły na morzu, w odróżnieniu od użycia jej na lądzie, niekoniecznie prowadzić musi do niekontrolowanej eskalacji konfliktu.
      2. Nie można, szczególnie w świetle ostatnich wydarzeń w obszarze Morza Czarnego, założyć niezmienności strategicznych warunków użycia sił podległych MW. Może się bowiem okazać, że nie angażując się w bezpośredni konflikt z NATO, Rosja może zmienić sytuację, choćby poprzez ustanowienie bazy morskiej np. na Gotlandii, co w sposób drastyczny zmniejszyłoby swobodę operowania okrętów nawodnych na wschód od Bornholmu. Co ciekawe w rosyjskich wytycznych strategicznych dla Floty Bałtyckiej, znajdują się punkty mówiące o konieczności zapewnienia bazowania wszelkim jej elementom składowym, w sposób umożliwiający im wyjście z Bałtyku. Przypomnieć wypada, że podobne zapisy, mówiące o konieczności posiadania w pełni użytkowego (głębokowodnego) zaplecza portowego na Morzu Czarnym umieszczone w rosyjskiej „Strategii transportowej …”, obecnie odczytywane są jako jeden z głównych powodów aneksji Krymu.
      Choćby tylko te okoliczności powodują, że okręty podwodne mogą stać się jedynym narzędziem MW, pozwalającym jej działać na wodach na wschód od Gdańska i jedynym, które może stać się narzędziem odstraszania i reakcji wobec prób znaczącego wzmocnienia sił lądowych stacjonujących w Prusach.
      Oczywiście, przydatne do takich zadań będą w pierwszym rzędzie okręty „zatokowo-redowe”, czyli bezpośredni następcy „Kobbenów”, wobec których wymóg uzyskiwania dużych prędkości, czy nawet posiadania AIP nie będzie obligatoryjny, ustępując zdolności do operowania na wodach płytkich, z wykorzystaniem klasycznego uzbrojenia torpedowego i minowego.
      Pozdrawiam,
      Robert

      • Panie Robercie,

        “Przy czym skuteczne użycie siły na morzu, w odróżnieniu od użycia jej na lądzie, niekoniecznie prowadzić musi do niekontrolowanej eskalacji konfliktu.” – w 100% zgadzam się z Panem, powiem więcej te słowa mogłyby być wręcz wyjściem do budowania spójnej wizji naszej MW (a tej brakuje nam równie bardzo, jak nowych okrętów) jako strategicznego narzędzia budowy bezpieczeństwa Polski.
        Ograniczone użycie MW jako element rozgrywki dyplomatycznej to nie nowość, ale u nas wciąż nie może się przebić. Kto wie, może dlatego, że opinii publicznej kojarzy się z polityką “lotniskowcową” w wykonaniu USA, czy mocarstwowej “polityki kanonierek” z czasów nieco bardziej odległych. Tym niemniej nie uważam, aby OP był najlepiej do tego nadającym się narzędziem.
        Cytując dalej Pana słowa: “okręty podwodne mogą stać się jedynym narzędziem MW, pozwalającym jej działać na wodach na wschód od Gdańska i jedynym, które może stać się narzędziem odstraszania i reakcji wobec prób znaczącego wzmocnienia sił lądowych stacjonujących w Prusach.” chciałbym zapytać o Pana wizję:
        1. małego OP “zatokowo-redowego” jako narzędzia odstraszania, czy chodzi Panu o Access Denial (tu widzę pewne zastosowania, przyznaję), czy o coś innego?
        2. wachlarza reakcji, w których taki okręt będzie najbardziej efektywnym środkiem. Może są tańsze alternatywy?

        Pozdrawiam

        Łukasz

        • Panie Łukaszu,
          Są widoki na konsensus. 🙂 Rozumiem, że dyskutujemy o różnych odmianach „coercive naval diplomacy”, a nie tylko o dyplomacji morskiej w rozumieniu polskich autorów (wizyty w portach, etc). Jak najbardziej; w tym właśnie upatruję głównej roli MW – możliwości oddziaływania na zachowanie potencjalnego przeciwnika szukajmy, a nie nowych Trafalgarów. Trzeba jednak instrumentarium dostosować do warunków geograficznych, a przy tym spodziewać się niespodziewanego. To co w czasie pokoju mogą na Bałtyku realizować okręty patrolowe, w sytuacji narastania kryzysu wymaga posiadania jednostek, które bądź to będą w miarę niewrażliwe na przeciwdziałanie przeciwnika, bądź będą stanowić zagrożenie poprzez fakt, iż pozostaną niewykryte. Wobec zagrożenia zaskakującym atakiem z powietrza, wobec braku jednostek dedykowanych OPL, naturalnym działaniem wydaje się w takiej sytuacji przesunięcie okrętów nawodnych na spokojniejsze wody zachodniego Bałtyku, gdzie lotnictwo nieprzyjaciela pozbawione byłoby swobody działania. Cóż nam wtedy pozostaje? NDR, który ma nie dopuścić do wrogiego desantu na nasze plaże, jaki osobiście uważam za dosyć mało prawdopodobny (tu kłaniają się przemyślenia Corbetta).
          Powinno nam zależeć by nie dopuścić do wzmocnienia sił w Kaliningradzie, bądź połączenia się sił Floty Bałtyckiej z obu rejonów stacjonowania (w odróżnieniu od Polski, w Rosji tuż po pierwszych anglojęzycznych wydaniach przetłumaczono dzieła Mahana, stąd nieobca jest im idea koncentracji floty – choć ograniczona do poszczególnych akwenów). Nie osiągniemy tego przy pomocy lotnictwa, które jest zbyt nieliczne, obciążone innymi zadaniami, a przy tym wysłanie go np. nad Zatokę Fińską, byłoby o wiele bliższe samobójstwu, niż rosyjski rajd lotniczy na Szczecin. Użycie NDR z polskiego wybrzeża jest możliwe w tym przypadku, ale w zasadzie tylko wobec jednostek, które będą wchodzić/wychodzić z pruskich portów, przy tym tracimy tu atut nieprzewidywalności naszych działań i musimy się liczyć z silnym przeciwdziałaniem ze strony OPL okrętowej, brzegowej i rosyjskiego lotnictwa, które na czas niezbędny do przejścia ostatnich 50 Mm powinno ich konwojom zapewnić bezpieczeństwo. Zdecydowanie korzystniejsze dla nas byłoby użycie elementów NDR w oparciu o wybrzeże Łotwy, czy Estonii. Ale skorzystanie z takiej możliwości obwarowane jest wieloma warunkami: gotowością na przyjęcie zarzutu dążenia do eskalacji konfliktu, stabilnością postawy tych krajów, chęcią do podjęcia przez nie ryzyka, zapewnieniem osłony PLOT i ochrony na lądzie przed przeciwdziałaniem grup dywersyjnych, etc. Stąd OP wydają się najbardziej skutecznym środkiem w okresie narastania kryzysu, działań (tuż) poniżej progu wojny i samej wojny, oddziałując już na poziomie odstraszania – pod warunkiem, że będą w morzu, nie w porcie. Samo zaś prowadzenie operacji przeciwpodwodnej przez Rosjan, np. na wodach wschodniej części Zatoki Gdańskiej, wymusza rozproszenie ich floty, oddalenie od bezpiecznego brzegu; co w sprzyjających okolicznościach, umożliwiłoby nam skuteczną kontrakcję.
          Wydaje się, że sama obecność w miarę licznej i przystosowanej do specyficznych warunków płytkiego morza floty podwodnej, jest w stanie powstrzymać Rosjan od nagłego wzmacniania Kaliningradu drogą morską, czyli prowadzi do osiągnięcia jednego z celów strategicznych, bo rozwiązanie alternatywne łączy się z agresją lądową na terytorium państw nadbałtyckich, a to z bezpośrednią reakcją NATO.
          Stąd uważam, że rezygnując z OP pozbawilibyśmy się jednego z najważniejszych instrumentów na czas wojny. Analogicznie – rezygnując z ON narażamy się na spadek możliwości oddziaływania MW w czasie pokoju, czy utrzymania własnych linii komunikacyjnych w czasie konfliktu.
          Rozwiązanie, które proponuję, ma co najmniej jeden słaby punkt – jest nim ryzyko polityczne jakie należałoby ponieść decydując się na kontrakcję wobec prób przerzucenia rosyjskich sił do Prus, podjętych bez wypowiedzenia wojny. Ale wydaje mi się, że ono istnieje niezależnie od tego z jakich instrumentów chcielibyśmy korzystać.
          Liczę na dalszą dyskusję 🙂
          Pozdrawiam,
          Robert

        • Łukasz,

          Pozwolę sobie w ramach odpowiedzi na Twój komentarz, podsumować dyskusję. Wszelkie scenariusze wymienione są możliwe, chociaż nie uważam wzmocnienia Kaliningradu za konieczne. Do wojny hybrydowej są już uzbrojeni po zęby. Na szybką eskalację konfliktu, bądź zmienność uwarunkowań strategicznych, wojskowi widzą zwykle maksymalizację zdolności bojowych jako ogólne lekarstwo. Takie podejście ma swoje uzasadnienie, ale kompletnie ignoruje ekonomie. matematycznie prowadzi do super okrętu – jednego okrętu. Receptą jest powszechnie stosowany przegląd otoczenia i wybór najbardziej prawdopodobnych zagrożeń, a następnie inwestowanie środków w środki przeciwdziałania tym zagrożeniom. Takim dokumentem w swym zamiarze jest Strategia Bezpieczeństwa Narodowego i jej upublicznione wersja w postaci Białej Księgi. Obawiam się, że inwestycja w OP z AIP i rakietami manewrującymi to wydawanie 60% środków na 10% zagrożenie.

          P.S. Godnie zakończyliśmy dzisiaj o 5.00 rano przy minimalnych stratach własnych:)

        • Panie Przemku,
          co do “Białej Księgi” uważam, że nawet jej autorzy, mają ją obecnie za dokument nieaktualny o bardziej życzeniowym, niż odpowiadającym realiom charakterze. Wydaje się również, że podobnie życzeniowy charakter ma założenie, że ewentualna kolejna wojna również będzie hybrydowa (?) skoro poprzednia taka była. Rzeczywiście wojskowi widzieli by najchętniej w swoim posiadaniu “wszystkomające” zabawki. Tymczasem, przy przyjęciu odpowiednich założeń strategicznych, określających cele do osiągnięcia lub cele na których osiągnięcie nie możemy zezwolić przeciwnikowi, czasem do ich realizacji “zamiast kombajnu, wystarczy: scyzoryk, sznurek i zapałki”. Stąd strategia – której w odniesieniu do obszarów morskich nie mamy – powinna mieć pierwszeństwo przed wyborem instrumentarium. Przy czym pewnych wskazówek co do wyboru instrumentów, udziela nam geografia.
          Pozdrawiam

          • Panie Robercie,
            Po raz kolejny – zgoda co do faktu że strategia powinna mieć pierwszeństwo przed wyborem instrumentów.

            Przemku
            “Receptą jest powszechnie stosowany przegląd otoczenia i wybór najbardziej prawdopodobnych zagrożeń, a następnie inwestowanie środków w środki przeciwdziałania tym zagrożeniom.” – tu znów co do zasady pewnie wszyscy trzej się zgadzamy. Gdy wszyscy się zgadzają dyskusja traci sens. Na szczęście nie zgadzamy się co do zagrożeń i środków. Negujesz scenariusz z wzmacnianiem sił w Obwodzie Kaliningradzkim, ja uważam że jest to możliwe, ale niestety nie wierzę, że bez eskalacji konfliktu można coś z tym zrobić.
            Ja zaproponuję inne scenariusze w których MW może odegrać dużą rolę, są to scenariusze przed pełnoskalowym konfliktem, bo taki już w moim odczuciu jest naszą porażką, bez względu na ostateczny wynik konfliktu. Kończmy wojny nim wybuchną.
            Gazoport zostaje ukończony i wnosi pewien wkład w poprawę bezpieczeństwa energetycznego RP (na dzień dzisiejszy nie jest to pewne, ale załóżmy…). Jaki wkład w bezpieczeństwo dostaw gazu ma MW? Czy OP będą pomocne?
            Rosja dąży do destabilizacji w państwach bałtyckich wykorzystując występujące w nich zróżnicowanie narodowościowe. “Zielone ludziki” pojawiają się w Estonii. Co powinna uczynić nasza MW? Czy OP będą tu pomocne?
            Jeden z rosyjskich Mistrali, nie należący nominalnie do Floty Bałtyckiej (skoro my w scenariuszach mamy już nowe OP, to Rosja może mieć Mistrale) pojawia się na Bałtyku i to w czasie bardzo dużych manewrów Floty Bałtyckiej. Lawinowo rośnie liczba wtargnięć rosyjskich samolotów w przestrzeń powietrzną Państw Bałtyckich i Polski, Rosjanie twierdzą, że to pomyłki do których dochodzi w trakcie ćwiczeń, buńczuczna retoryka władz Rosji nabiera na sile, polski dyplomata zostaje oskarżony o szpiegostwo…co robimy? jak wykorzystujemy OP?

          • Łukasz,

            Co wzmocnienia Kaliningradu, miałem na myśli sytuację, gdy przy działaniach “podprogowych” taka potrzeba w zasadzie nie istnieje. Natomiast po przekroczeniu progu pełnoskalowego konfliktu, zrobią to lądem nie patrząc na nic. Ale macie obaj racje, taki scenariusz jest możliwy. Co do pozostałych scenariuszy, jak najbardziej tak i pytanie o rolę OP jest dobre. Myślę, że w niektórych z nich OP mogą odegrać rolę, ale nie takim kosztem. Przykładowo, w przypadku Mistrali, OP musiałby się ujawnić w środku grupy rosyjskich okrętów aby pokazać “uważajcie”, ale nie wyobrażam sobie zatopienie Mistrala bez eskalacji. Większość scenariuszy jest argumentem za okrętami nawodnymi. Argument o zagrożeniu z powietrza jest słuszny, ale nawet amerykanie twierdzą, że Aegis tu nie pomoże. W związku z tym jedyną receptą jest własne lotnictwo i maskowanie z dezinformacją. Wówczas liczymy na działanie wewnątrz pętli czasu reakcji przeciwnika. Ostanie ćwiczenia RIMPAC pokazały, że LCS używając takiej taktyki pozostawał niewykryty przez przeciwnika przez kilka godzin. Na Bałtyku to dużo.

            Przemek

        • Panowie,
          we wszystkich scenariuszach realizowanych w czasie pokoju pierwsze skrzypce grają jednostki nawodne MW i co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości. Jednak już, w latach 70. i 80. teoretycy wykorzystania MW jako narzędzia nacisku w dyplomacji, zwracali uwagę, że o ile do akcentowania własnej determinacji w czasie wystąpienia sytuacji konfliktowej wystarczą okręty, które dla przeciwnika będą „widzialne” (Luttwak „The Political Use o Sea Power” 1974), to aby spowodować u niego pożądaną reakcję na nasze działania, powinny dysponować zapleczem w postaci jednostek, które dysponują realną siłą bojową, zdolną do odpowiedzi na wypadek eskalacji konfliktu, czy choćby braku ustępstw ze strony rywala. Co nie oznacza oczywiście, że musiałyby zostać użyte. W innym przypadku, każda nasza demonstracja nie będzie niczym innym jak fanfaronadą (Art., „To What Ends MIlitary Power?”, 1980), szczególnie w sytuacji gdy zostanie podjęta wobec teoretycznie silniejszego przeciwnika.
          Stąd pytanie: czy posiadamy lub w obecnej sytuacji posiadać możemy, inny poza OP instrument, który stworzyłby „bojowe zaplecze” dla realizujących zadania z zakresu twardszej dyplomacji jednostek nawodnych, zapewniając im wsparcie również u wybrzeży Litwy, czy Łotwy (bo z Estonią sprawa jest bardziej skomplikowana)? Wydaje mi się, że dyskusja n/t posiadania OP, byłaby zasadna dopiero w momencie, gdybyśmy zaproponowali dla nich realną alternatywę.
          Pozdrawiam

          • Panie Robercie,

            Wszytko, co Pan napisał jest prawdą. Teorie wspomniane odnoszą się do głównie do państw będących potęgami morskimi wywierającymi wpływ na odległość. My mamy problem z sąsiadem mającym z nami granicę lądową. Dlatego twarde środki odstraszania nie kończą się na Marynarce Wojennej. Dla przykładu. Mamy zdolność do zneutralizowania Floty Bałtyckiej, ale nie jesteśmy w stanie obronić baz morskich. W co zainwestować 7-7.5 mld PLN? W obronę plot, brygadę zmech., czy może eskadrę F-16 lub Homara? Ostatnio min. Siemoniak wspomina o zwiększeniu gotowości bojowej jednostek na ścianie wschodniej, co wiąże się ze zwiększeniem stanu ukompletowania oddziałów i polepszenia infrastruktury. To jest jak najbardziej twarde odstraszanie. OP będą zawsze pożyteczne, tylko za jaką cenę w porównaniu ze wspomnianymi przez Pana alternatywami. Alternatywy w naszym przypadku są na lądzie i w powietrzu. Dla miłośników marynarki, niestety tak chyba jest.

            Przemek

          • I tu jest właśnie pies pogrzebany. Aby rozmawiać o tym jakie środki powinna mieć MW musimy znaleźć obszary w których jej użycie daje nam największe korzyści. Ale żeby dobrze zdefiniować te obszary musimy przeanalizować zagrożenia, aby nie skupiać się na obszarach które nie są dla nas priorytetowe. WL popełniły moim zdaniem ten błąd inwestując w przesiadkę wojsk zmechanizowanych na koła (to dobre dla wojsk ekspedycyjnych, gdzie liczy się mobilność strategiczna, niższa masa pojazdów itp.), a teraz aby nie przyznawać się do błędu broni Rosomaka podnosząc kwestię pływalności wozów bojowych do rangi jednego z podstawowych wymogów. MW ma już za dużo problemów (również wizerunkowych) aby ryzykować inwestowanie dużych sum w źle dobrane okręty. Nie chodzi mi tu tylko o OP – ja w wcale nie neguję sensu jego posiadania (po prostu nie odpowiadają mi pewne koncepcje, albo pomysły na pozyskanie).

          • Panie Przemku,
            “… odnoszą się do głównie do państw będących potęgami morskimi wywierającymi wpływ na odległość. My mamy problem z sąsiadem mającym z nami granicę lądową …” I tak, … i nie. Z pewnością zauważył Pan toczącą się od kilku miesięcy między anglosaskimi ekspertami dyskusję dotyczącą optymalnej strategii morskiej dla Wietnamu, w możliwym konflikcie “podprogowym” z Chinami. W tym wypadku sytuacja Wietnamu jest dużo bardziej skomplikowana niż nasza, bo posiada relatywnie długą granicę lądową z Chinami. My zaś graniczymy bezpośrednio jedynie z kolonią rosyjską, która nie jest samowystarczalna, ani ekonomicznie, ani militarnie. Stąd dopóki będziemy w stanie ją w miarę izolować, każdy konflikt będzie siłą rzeczy ograniczony. Zatem rola MW jest nie do przecenienia. Natomiast z pewnością wybór do takiego zadania okrętów po 2,5 – 3 mld sztuka, nie jest optymalny. OP powinien być jak: najmniejszy, najprostszy, najtańszy, byle nie tracić na możliwości realizacji podstawowych funkcji.

      • Ps. Jak słusznie zauważył Pan Przemek, alternatywą mogłoby stać się lotnictwo. Sęk w tym, że każda wyprawa lotnicza na wschód od Gdańska związana jest z przedefilowaniem kilkuset kilometrów w zasięgu rosyjskiej OPL. A to problem niemały, bo nawet udany atak lotniczy musiałby wiązać się ze znacznymi stratami własnymi, choćby dlatego, że Kaliningrad w zakresie OPL jest istną twierdzą.

        • Sięgamy do sedna sprawy, tak jak to pewnie widzi Sztab Generalny. Jak zneutralizować obronę powietrzną w Kaliningradzie i przy okazji Iskandery. I jaką rolę w tym może odegrać MW? A może w ogóle nie powinna, bo MW jest dobra w innych obszarach?

          • Proszę zwrócić uwagę jeszcze na jedno. Atak lotniczy to już wojna. Atak rakietowy na instalacje przeciwlotnicze też. Wysłanie dwóch OP do wyjścia z Zatoki Fińskiej w sposób stanowiący demonstrację dla przeciwnika rozważającego wysłanie konwoju, wojną nie jest z pewnością. Tak bym widział dyplomację OP.

          • Panie Robercie,

            W przypadku Wietnamu dużą rolę odgrywa konflikt wokół wysp i zasobów na Morzu Południowochińskim. To wyjaśnia większe znaczenie floty. Ale niewątpliwie powinniśmy studiować, co się dzieje w Azji i obszarze Pacyfiku. Jest wiele analogii i Wietnam może stanowić jedną z nich. Zawsze unikałem tematu wysyłania OP w kierunku Zatoki Fińskiej. To będzie prawdopodobnie obszar zdominowany przez Flotę Bałtycką. OP, aby dać znać “jestem tutaj i stanowię zagrożenie” musi się zdemaskować, czyli pozbyć swojego głównego atutu. Jeśli zrobi to na obszarze, gdzie przeciwnik ma przewagę, to samotny OP zostanie wcześniej, czy później wykryty i zatopiony. To przywodzi mi na myśl następną analogię z II wojny światowej na Morzu Śródziemnym. Alianci robili wszystko, aby przerwać dostawy dla Rommla w północnej Afryce. Ograniczyli je, ale nie przerwali przy użyciu znacznie większych zasobów i właściwie raczej przewadze na morzu. Powstaje pytanie ile pojedynczy OP jest w stanie zadać strat w czasie 3-4 tygodni przed powrotem do bazy (jeśli ma gdzie wracać) lub przed zatopieniem? Uznając zalety OP jestem jednak dość sceptyczny i widzę również ich ograniczenia. Stąd jeśli miałbym wybów to poszedłbym w małe OP.

          • Panie Przemku,
            dokładnie o małych OP piszę bez przerwy – dla odbioru przez przeciwnika nie ma znaczenia ich wielkość, tylko fakt istnienia. Ujawniać się … ? Nie. Po prostu w odpowiednim momencie wyjść w morze – wywiad i analitycy zrobią swoje, domyślając się gdzie jednostki płyną. A do tego przeciwnik nie będzie miał pojęcia, w którym punkcie trasy może czekać zasadzka. Przy odpowiedniej koordynacji z ON i lotnictwem, można skutecznie wpłynąć na przeciwnika. Wejście do Z. Fińskiej wcale nie jest jakimś groźnym akwenem. Rzekłbym, że bezpieczniejszym niż wody bliżej Kaliningradu: Rosjanie relatywnie daleko, zawsze istnieje możliwość zwalczania lotniczych środków ZOP z lądu, o ile oczywiście L, Ł i E kiedyś nabędą odpowiednie systemy.

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)