Jun 112016
 

Kluczem do przyszłego kształtu Marynarki Wojennej RP jest to, w jaki sposób wyobrażają sobie jej użycie politycy w czasie pokoju i wojskowi w czasie wojny. Trudno sobie jednak wyobrazić, by na ten temat decydowano bez udziału marynarzy, którzy nie powinni w tym interaktywnym procesie tworzenia koncepcji pozostawać biernymi obserwatorami. Dlatego interesującą ciekawostką jest artykuł Niebieskie ludziki. Wojna morska na Bałtyku nie jest nierealna” autorstwa Macieja Matuszewskiego, oficera służby czynnej i dowódcy ORP Gen. T. Kościuszko. Ton artykułowi nadaje pierwsze zdanie, które nie mówiąc nic o flocie może nadać jej kształt:

Jak zmusić do ustępstw duży kraj należący do NATO, nie przekraczając progu wojny i unikając interwencji jego sojuszników?

Trudno uniknąć skojarzeń z Białą Księgą Bezpieczeństwa Narodowego opublikowaną przez poprzedni skład BBN-u. Głównym mankamentem Księgi był brak jakichkolwiek bezpośrednich odniesień do marynarki wojennej i jej roli w systemie bezpieczeństwa państwa i jest to być może rzecz do skorygowania w następnej edycji tej publikacji. Niemniej kontekst został zdefiniowany i daje dość sporo materiału do przemyśleń na temat zarówno doktryny jak i struktury Marynarki Wojennej.
Odpowiadając na wiodące pytanie, autor wskazuje na wojnę hybrydową jako sposób na działania nie wyzwalające automatyzmu traktatu NATO i próbuje zdefiniować zjawisko konfliktów hybrydowych. Zadaje sobie przy tym bardzo dobre pytanie:

Podstawową zasadą podczas tworzenia nowych pojęć jest udzielenie odpowiedzi pytanie: czy jest ono naprawdę potrzebne i czy nie istnieje już coś, co opisuje zjawisko, które chcemy przedstawić?

Mamy co najmniej dwa pojęcia już istniejące i dość dobrze opisujące zjawisko. Brytyjski admirał Richard Hill nazywał takie działania Low Intensity Operations:

(…) które nigdy nie zasługują na miano wojny, mają ograniczone cele, zakres i obszar, są przedmiotem międzynarodowego prawa do samoobrony i często zawierają sporadyczne akty przemocy z obu stron a ich cele są z natury swojej polityczne. Problemem jest zawsze możliwość eskalacji do starcia zbrojnego o wysokiej intensywności, co wymaga albo własnego albo sojuszniczego zespołu wsparcia.

Chiny używają przymusu popartego siła z wykorzystaniem słabo uzbrojonych okrętów Straży Przybrzeżnej. Foto www.time.com

Chiny używają przymusu popartego siła z wykorzystaniem słabo uzbrojonych okrętów Straży Przybrzeżnej. Foto www.time.com

Wojna hybrydowa całkiem dobrze mieści się również w pojęciu morskiej dyplomacji. Christian Le Miere w książce Maritime Diplomacy in the 21st Century twierdzi, że „zasadniczo, morska dyplomacja wypełnia przestrzeń pomiędzy wojną a cywilną dyplomacją, oferując szeroki zakres narzędzi i opcji dla polityków, które pozwalają na stopniowanie eskalacji w osiąganiu krótko i długoterminowych celów”.

Le Miere pojmuje dyplomacje szeroko i dostrzega trzy obszary zastosowania – współpracy, perswazji i przymusu. Jej główną rolą jest wysyłanie sygnałów i odgrywanie roli zaworu bezpieczeństwa w polityce międzynarodowej. Od tworzenia sojuszy, poprzez budowę prestiżu aż do groźby użycia siły, dyplomacja morska jest narzędziem pokazującym intencje wysyłającego komunikat i wagę jaką on do danej kwestii przypisuje.

Inny aspekt pokojowego użycia dyplomacji morskiej. Budowa prestiżu poprzez pomoc humanitarną. Foto wikipedia.org

Inny aspekt pokojowego użycia dyplomacji morskiej. Budowa prestiżu poprzez pomoc humanitarną. Foto wikipedia.org

Autor omawianego artykułu idzie jednak inną drogą i w poszukiwaniu środowiska, w którym marynarka wojenna będzie odgrywała kluczową role, stwierdza:

Już Napoleon zrozumiał, że aby odnieść sukces należy uderzyć we wroga w miejscu i czasie, w którym jego obrona jest najsłabsza, a przez to nasza szansa na odniesienie sukcesu, możliwie małym nakładem środków, największa. Analizując, nawet pobieżnie, polski potencjał obronny, oczywistym staje się, że najsłabiej zabezpieczona przed atakiem jest strefa morskiej granicy państwa.

Chyba jako efekt uboczny, pierwsze zdanie podważa zasadność istnienia pojęcia wojny asymetrycznej w tym A2/AD, jako osobnej koncepcji gdyż każdy konflikt jest próbą wykorzystania asymetrii. Drugie zdanie wskazuje jednak, że autor sam nie jest wolny od defensywnego myślenia o obronie terytorialnej i wpada poniekąd we własne sidła. Próbując bowiem oderwać marynarkę wojenną od kontynentalnych wizji używa argumentu obrony granic, podczas gdy intencją autora jest raczej stworzenie scenariuszy, w których flota odgrywa kluczową rolę. Na taka interpretację wskazują poniższe słowa:

Konflikt na morzu wydaje się całkiem prawdopodobny. Konflikt taki, w formie działań pośrednich przeciw morskim liniom komunikacyjnym, może dojść do skutku w stosunkowo krótkim czasie. Jego areną, z dużym prawdopodobieństwem, będzie wyłącznie morze. Wezmą w nim udział tylko siły morskie.

Scenariusz wojny informacyjnej połączonej ze sponsorowanym sabotażem i zagrożeniem klęską ekologiczną na Bałtyku może mieć wpływ na decyzje polityczne i ma znamiona realności. Jest to kwestia utrzymania porządku prawnego na morzu a więc znów dyplomacji morskiej. Natomiast hipotetyczny atak SSN na gazowiec na oceanie w czasie pokoju jest mało realny. Tylko garść państw na świecie ma techniczne możliwości wykonania takiego ataku. Gazowiec będzie płynął pod banderą innego państwa i jego zatopienie wzbudziłoby reakcję całego świata. Ponadto sprawa może wyjść na jaw, na co wskazuje przykład zatopienia torpedą korwety Korei Południowej. Natomiast zablokowanie Cieśnin Duńskich, pomijając polityczny huragan jest samobójczym golem gdyż zmusza Rosję do zmiany ważnego kierunku eksportu swoich własnych surowców. Z kolei zmiana kierunków polskiego importu oznacza nie tyle uzależnienie się od Rosji co raczej od Niemiec, gdyż gazowce mogą być rozładowane w Hamburgu czy portach ARA i wędrować dalej koleją. Oczywiście to kosztuje. Jeśli więc szukamy argumentów za posiadaniem sił ASW to może lepszym byłaby osłona planowanego Marlina.

W innej publikacji na Defence24 o tytule mówiącym za siebie [NATO ESF] Rosyjska flota uniemożliwi ułożenie Baltic Pipe? mamy scenariusze w oparciu o incydent związany z ćwiczeniami okrętów rosyjskich w pobliżu miejsca gdzie kładziono kabel energetyczny Litwa – Szwecja.

Bezsprzecznie nadchodzi czas, w którym Bałtyk staje kluczem dla bezpieczeństwa energetycznego Polski. Nasz kraj w oparciu o świnoujski terminal LNG i projekt Baltic Pipe tworzy tzw. Korytarz Północny, który pozwoli uniezależnić się od dostaw rosyjskiego gazu i przełamać monopol Gazpromu w Europie Centralnej.

Cechą charakterystyczną obu artykułów jest skupienie uwagi na własnym punkcie widzenia i celach negatywnych. Dostrzega się zagrożenie ze strony Rosji i wymienia je z imienia, ale całkowicie pomija rosyjski punkt widzenia czy sposób myślenia. Nie chcemy zaakceptować prostego faktu, że z punktu widzenia globalnej polityki Rosji jesteśmy po prostu drobną przeszkodą, tyle że mocno drażniącą. W interesie Rosji leży zabezpieczenie własnego eksportu surowców energetycznych drogą przez Bałtyk a nie przecinanie naszych. Powód jest prosty – jeżeli Rosja chce nam zaszkodzić, to zakręci swój kurek zamiast ryzykować konflikt zbrojny a jeśli chce nas uzależnić od siebie, to wystarczy obniżyć cenę na gaz i odesłać inwestycję Baltic Pipe w niebyt. Brak również celów pozytywnych. Uwagę czytelnika skierowuje się na zapobieżenie przeciwnikowi osiągnięcia jego celów, nic natomiast nie ma na temat co my chcemy osiągnąć w polityce używając floty jako narzędzia. Wracamy więc do pierwszego zdania tego tekstu i pytania jak nasi politycy wyobrażają sobie morską dyplomację i jakie sobie stawiają cele?

Omawiane artykuły skupiają się wokół dwóch „środków ciężkości” – źródeł surowców energetycznych alternatywnych do Rosji oraz zagrożeniu dla tych źródeł ze strony Rosji. Na tej podstawie buduje się częściowe uzasadnienie dla istnienia Marynarki Wojennej. Pozytywnym aspektem obu artykułów jest fakt podjęcia dyskusji wychodzącej poza wąskie grono entuzjastów i sympatyków Marynarki Wojennej. Dużym minusem i niebezpieczeństwem jest łatwość zamiany tej dyskusji w propagandowe narzędzie do uzasadnienia inwestycji zgodnych z obowiązującymi poglądami politycznymi. Te z kolei należy oddzielić od interesów Państwa Polskiego, które to interesy Rzeczpospolita ma niezależnie od rządów w określonym czasie.

Nowym elementem, rzadko dyskutowanym jest obrona infrastruktury pojętej szerzej niż tylko porty, a więc również platformy, kable i rurociągi podmorskie czy farmy wiatrowe.

Ciekawostką jest to, że próba stworzenia w miarę realnych scenariuszy pobudzających wyobraźnię i trafiających do szerszego ogółu, sama w sobie pozytywna, nie generuje potrzeby posiadania systemów niezbędnych przy konfliktach o wysokiej intensywności lub wojnie. Nie wynika z nich potrzeba posiadania okrętów podwodnych czy strefowej obrony przeciwlotniczej zdolnej do zwalczania salwy szesnastu czy dwudziestu rakiet manewrujących. Jedynym niebezpieczeństwem jest niekontrolowana eskalacja, co można przekuć na potrzebę rozbudowy floty w przyszłości o własny zespół osłony lub też w połączeniu z Marlinem na stworzenie zalążka ograniczonej projekcji siły. Taki obrót sprawy zamieniłby Marynarkę Wojenną RP z floty przybrzeżnej do floty zdolnej do realizacji celów polityki na wodach przyległych do Bałtyku. Byłby to dowód na to, że czujemy się częścią Europy.

  11 Responses to “media o Marynarce Wojennej”

  1. O przytoczonych artykułach wypowiada się Pan zdecydowanie zbyt mało krytycznie. Zwracam uwagę na użyte w ich treści sformułowania które sugerują że potencjalnie mogły to być teksty koordynowane będące częścią szerzej zakrojonej strategii medialnej:

    Z artykułu Macieja Matuszewskiego:

    “Rosja od czasów zimnej wojny podejrzewana jest o sponsorowanie działalności radykalnych ruchów ekologicznych, blokujących ważne inwestycje. Są wśród nich poszukiwania gazu łupkowego w Polsce. Organizacje tego typu potrafią prowadzić dość agresywne akcje na morzu, jak choćby działania przeciw norweskiej platformie badawczej „Transocean Spitsbergen” na Morzu Barentsa.

    Dodatkową korzyścią związaną wykorzystaniem grup ekologicznych czy raczej quasi ekologicznych, jest niejednoznaczny odbiór ich działań przez opinię publiczną państw demokratycznych. Zwykle walka ekologów z przemysłem wzbudza szeroką sympatię. Sytuacji tej sprzyjają dość regularnie pojawiające się materiały medialne związane z „ociepleniem klimatu” czy dawniej z „dziurą ozonową”.

    Niewykluczone, że konflikt hybrydowy na Bałtyku już się rozpoczął. Być może histeryczne artykuły dotyczące tak zwanej katastrofy klimatycznej to pierwsze takty operacji informacyjnej, będącej wstępem do szerzej zakrojonej akcji, przeciw morskim liniom komunikacyjnym Polski. Dziś nie sposób dowieść prawdziwości tego twierdzenia.”

    Z artykułu Piotra Maciążka dla D24:

    “Skala wyzwań jaka czeka Polskę w aspekcie morskim jest ogromna. Jak słusznie zauważył Mariusz Ruszel, jeden z panelistów NATO ESF, już dziś można wśród nich wymienić – wykorzystanie organizacji ekologicznych w kreowaniu polityki rosyjskiej na akwenie, elementy wojny informacyjnej, wywołania katastrofy ekologicznej w miejscach strategicznych z perspektywy Kremla, możliwe działania dywersyjne skutkujące awariami terminala LNG lub naftoportu etc.”

    Trochę o instytycjach publikujących te teksty :
    Tekst kmdr. Matuszewkiego wydany został przez Para Bellum, wydawnictwo Polskiego Instytutu Dyplomacji założonego przez Radosława Sikorskiego. Portal Wszystko Co Najważniejsze który tekst opublikował też publikuje teksty Radosława Sikorsiego i jego żony Anne Applebaum. Z kolei wspomniany we fragmencie Mariusz Ruszel ma również związki z fundacjami powiązanymi personalnie i finansowo ze Stanami Zjednoczonymi:

    “Dr Mariusz Ruszel – adiunkt w Katedrze Ekonomii Wydziału Zarządzania Politechniki Rzeszowskiej im.Ignacego Łukasiewicza. Absolwent Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politologicznych Uniwersytetu Łódzkiego. Ekspert ds. polityki energetycznej w Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego oraz ekspert ds. energii i klimatu w Instytucie Kościuszki. Ekspert Laboratorium Idei – Prezydenckiego Programu Eksperckiego KPRP (2012-2013). Recenzent międzynarodowych i krajowych czasopism naukowych. ”

    Tłumaczyłoby to także w kontekście niedawnych wypowiedzi przedstawicieli Stratforu charakter wypowiedzi i nacisk na konkretne zagadnienia mające niewiele wspólnego z rzeczywistością i potrzebami doktryny morskiej RP. Twierdzę że mamy tu do czynienia z próbą wykreowania opinii w powiązaniu z luźną opinią o tematyce bezpiczeństwa morskiego. Wskazuje na to wewnętrznie sprzeczna treść wypowiedzi komandora Matuszewskiego który z jednej strony pisze o konieczności posiadania okrętów zdolnych do dzialania na morzach świata, postulując nawet pozyskanie kolejnych jednostek używanych, a z drugiej pozytywnie wypowiada się o Bałtyk Plus i obecnym PMT które stoją w sprzeczności do takich założeń.

    Wracając jeszcze na moment do tego nieszczęsnego Marlina. Marlin oznacza projekcję siły na ląd, a to jest bardzo duża różnica w stosunku do otwarcia się na bardziej ekspansywną politykę bezpieczeństwa morskiego. Koncepcja tej jednostki na chwilę obecnę lokuje się bliżej Orek z Tomahawkami niż idei floty zdolnej do współdziałania z sojusznikami.

    • Staram się znaleźć w artykule Pana Matuszewskiego pozytywy, bo jest oficerem służby czynnej i ich uczestnictwo w dyskusji wydaje się być konieczne na jakimś etapie. Nie mogę wykluczyć tego, że artykuły są częścią kampanii propagandowej, co zaznaczyłem w swoim tekście, niemniej nie mam podstaw do jednoznacznego stwierdzenia, że tak właśnie jest. Należy się spodziewać, że wszelkie media poza paroma wyjątkami i internetem będą w większym lub mniejszym stopniu elementami propagandy aktualnego rządu. W końcu rząd oficjalnie mówi o “mediach narodowych”. W takich warunkach będą się kształtować poglądy opinii publicznej. Nie szukałbym sponsorów za oceanem, tylko nad Wisłą.
      Sprzeczności w artykule Pana Matuszewskiego są dość wyraźne, ale nie było moim celem ich uwypuklanie.
      Co do Marlina, to jest to narzędzie projekcji na ląd, chociaż może z powodzeniem być wykorzystywane do utrzymywania bezpieczeństwa na morzu. I tak się dzieje nieomalże na co dzień ze względu na fakt, że okręty desantowe z natury rzeczy są naturalną bazą dla sił specjalnych, komandosów, RHIB-ów i wszelkich pojazdów bezzałogowych. Jest to jak najbardziej okręt przeznaczony do współpracy z sojusznikami i nie tak dawno usłyszałem opinię kompetentnej osoby, że jest jednostką najbardziej przez sojuszników pożądaną.

      Podsumowując, oba artykuły widzę jako próbę szukania uzasadnienia istnienia floty w oparciu o nośny temat bezpieczeństwa energetycznego. Temat jest nie tylko łatwy w odbiorze dla szerokiej publiczności ale ma też silne zabarwienie polityczne. Naszym zadaniem jest wyłuskać z tego elementy racjonalne i odrzucić te zbyt nasiąknięte ideologią.

      Pozdrawiam,

      Przemek

      • Pytaniem kluczowym jest na ile MW która ma problem żeby wyposażyć siebie samą w okręty podstawowe ma inwestować w duży okręt typu LPD lub JSS dla zaspokajania “pożądań sojuszników”. Dotychczasowa praktyka z wypełnianiem zobowiązań pokazuje że mierzenie się z motyką na słońcę to w dalszym ciągu częsty przypadek. Sam okręt jest drogi w utrzymaniu Holandia miała poważny problem z utrzymaniem Karela Doormana i niedawno dokonano formalnego “podzielenia się” nim z Deutsche Marine. W służbie pozostają Rotterdam i de Witt które też sa niemałych rozmiarów. Być może kierunek wytyczony przez klasę Absalon byłby praktyczniejszy bo pozwalałby pogodzić kilka funkcji na raz. Nie wyobrażam sobie gdzie Polska miałaby wysyłać cały batalion żolnierzy w formie desantu, pomijając że takiej formacji nie posiada. Natomiast możliwość zaokrętowania kompanii żołnierzy na okręt o możliwościach fregaty i posiadający uzbrojenie korwety to już zupełnie inne podejście do sprawy. Bardziej uniwersalne i bardziej wyważone.

        • Wzmianka o preferencjach sojuszników była tylko odpowiedzią na Pana wątpliwość, czy taki okręt byłby przydatny do działań sojuszniczych. Natomiast byłby to kiepski argument za zakupem, jeśli nie poparty innymi powodami. Wszytko zależy od tego jak widzi sprawę armia. Jest kilka potencjalnych zastosowań:
          1. Operacje poza Bałtykiem:
          1.1 desantowe
          1.2 okręt dowodzenia
          1.3 pomoc humanitarna lub ewakuacja
          1.4 tender dla sił przeciwminowych
          2. Operacje na Bałtyku
          2.1 Wsparcie Bałtów
          2.2 Ewakuacja lub zaopatrzenie własnych wojsk
          2.3 desant taktyczny na własnym terytorium zajętym przez wroga.

          Pewnie można to menu rozszerzać. W co najmniej czterech wymienionych punktach większa liczba żołnierzy czy ilość sprzętu byłyby wskazane. W czasach pokojowych i działaniach podprogowych rzeczywiście kompania pewnie wystarczy. Fregata się do tego nie nadaje, bo sama ma załogę rzędu 100-150 ludzi a kompania to drugie tyle plus sprzęt. Wówczas Absalon lub Crossover byłyby właściwsze kosztem posiadania doku i możliwości operowania większymi bezzałogowcami.

          Pozdrawiam,

          Przemek

          • W kwestii Marlina mówiło się nawet o 15 000 ton, więc można rozważyć nawet Mistrala 140. Należy jednak pamiętać, że taki okręt byłby obok dwóch baz F-16 głównym celem ataku, a możliwości użycia na Bałtyku niewielkie. Jak już lepiej przemyśleć tańsze Absalony w liczbie 1-2. I tu rzeczywistość ostudza nasz zapał, bo z przyczyn finansowych nie zanosi się nawet na szybką dostawę nowych śmigłowców, o Mieczniku i Orce nie wspominając. Zanosi się za to na to, że ORP Kormoran oraz 50-letnie jednostki będą mogły korzystać z flagowego zbiornikowca na wodach Zatoki Gdańskiej…

          • Do tej pory dyskusja toczyła się wokół LPD a nie LHD. Pana argument na temat śmigłowców, jakie miałyby bazować na Mistralu są słuszne. W grę wchodzą siły specjalne, ale dso tego nie potrzeba Mistrala. natomiast budowa zbiornikowców przed okrętami, które mają zaopatrywać jest ciekawym przejawem bezwładności biurokratycznej. Co do programów Miecznik, Czapla, Orka itd, to zobaczymy, bo wygląda to na wyścig z czasem. Co przyjdzie szybciej – decyzja bezwładnej machiny IU czy pusta kasa państwa?

            Pozdrawiam,

            Przemek

  2. Znalazłem w Internecie pewien wywiad z wiceministrem.
    Szczególnie rozbawił mnie fragment o okrętach podwodnych:

    ,,Jednym z możliwych rozwiązań jest sytuacja, w której zamówimy okręty wspólnie ze stroną norweską. Wtedy polskie stocznie mogłyby produkować nie trzy, tylko – docelowo – może sześć, siedem okrętów, a może i nawet więcej”

    Teraz rozumiecie, dlaczego Norwegowie nie traktują nas poważnie?
    Pozdrawiam wszystkich

    • No cóż, pomarzyć można 🙂 Cała koncepcja opiera się na dość kruchych fundamentach. Norwegowie szukają z jednej strony obniżenia kosztów budowy, ale z drugiej chcieliby tak jak my jak najwięcej zrobić u siebie. My chcemy dotować nasz przemysł i obniżyć koszty, ale nie mamy doświadczenia. Jeśli zwycięży minimalizacja ryzyka, Norwegowie pójdą swoją drogą a my wydamy kolejne oświadczenia.

      Pozdrawiam,

      Przemek

      • Norwegowie chca umiescic jao najwiecej wlasnego sprzetu. Budowa kadlubow ich nie interesuje, bo nie maja do tego zdolnosci i uwazaja, ze nie ma sensu ich uzyskiwac dla budowy 4 OP.

        • mają własny system zarządzania walką, więc to naturalny wybór. Gdzieś czytałem historię fregat Nansen. Tam też był silny nacisk na budowę w kraju, ale cena Navanti była “nie do odrzucenia”, więc zrezygnowali z budowy lokalnie. W przypadku OP ciekawi mnie ich logika. Jeśli, jak mówisz nie chcą inwestować w kompetencje dla 4 OP, to muszą być świadomi wagi tychże kompetencji. To dlaczego w ogóle by rozważali budowę w Polsce? Chyba, że to tylko nasze miraże (czemu bym się nie dziwił).

          Pozdrawiam,

          Przemek

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)