Jul 232017
 

O kształcie Marynarki Wojennej RP zdecyduje to w jaki sposób będzie postrzegana przez polityków i społeczeństwo. Ta zaś percepcja będzie rządziła polityką budżetową i poziomem inwestowania we flotę. Często w dyskusji o marynarce wojennej pojawia się argument konieczności zaspokojenia jej potrzeb jednak mija się on z celem właśnie z powodu wspomnianego postrzegania. Ujmując sprawę prosto choć brutalnie, dopóki nie zostaną wyartykułowane cele i zadania dla floty wspierane przez polityków i akceptowane przez społeczeństwo, marynarka nie ma żadnych potrzeb. Na starej stronie internetowej marynarki Wojennej RP istniała co prawda sformułowana lista zadań, ale najwyraźniej nie miała ani wystarczającego wsparcia ze strony rządu ani zrozumienia w społeczeństwie więc poziom finansowania był proporcjonalny do takiego stanu rzeczy.

Weźmy jako przykład siły przeciwminowe. Wciąż istnieje wiele min i niewybuchów z czasów II wojny światowej i zdjęcia z ich likwidacji mogą przemawiać do wyobraźni ludzi. Jeśli taka pozostałość wojenna zostaje odkryta w funkcjonującym porcie powstaje wówczas naturalna potrzeba posiadania środków przeciwdziałania a zdjęcia z akcji oddziałują na emocje wspierając przekaz. Mamy więc Kormorana, który z pewnością świetnie sobie da radę z takimi zagrożeniami i zadaniami chociaż najprawdopodobniej nie ma szans przeżycia w hipotetycznej Bitwie o Zatokę Gdańską.

Zmierzmy się z innym przykładem fregaty dla marynarki wojennej działającej w zespołach NATO. Postrzeganie potrzeby takiego działania może być dla społeczeństwa mgliste i niejasne a dla polityków mniej istotne w porównaniu z innymi potrzebami bieżącymi, stąd niechęć do inwestycji maskowana równie mglistymi deklaracjami. Jednak widok fregaty z wielką banderą na maszcie może budzić poczucie dumy narodowej i na fali wzbierającego nacjonalizmu stanowić wystarczający argument do inwestycji. Dla wątpiących w taki scenariusz proponuję przyjrzeć się dokładniej argumentacji na rzecz programu Orka. Przykład jest ciekawy bo pokazuje jak można oprzeć program modernizacji floty w kompletnym oderwaniu od strategii i celów potencjalnego przeciwnika oraz jego intencji. Jednocześnie pokazuje drugie dno dyskusji o „potrzebach” – w tym wypadku nie są to zdolności bojowe tylko potrzeba dumy. Historycznym przykładem jest być może flota Mussoliniego. Samo pojęcie „Mare Nostrum” nie określało potrzeb operacyjnych tylko cele polityczno-propagandowe.

Temat nie jest ani nowy ani nieznany. Lars Wedin, oficer szwedzkiej marynarki wojennej w książce Maritime Strategies for XXI century. The Contribution of Admiral Castex komentuje dokonania wybitnego francuskiego teoretyka wojny morskiej reprezentującego potęgę lądową. Najpierw cytat o postrzeganiu:

Opinia publiczna narodu wyspiarskiego uważa marynarkę wojenną za ważny instrument swojego bezpieczeństwa i istnienia, armia jest czynnikiem dodatkowym w sposób oczywisty ważnym ale bez mocy osiągnięcia głównego celu jakim jest obrona. Społeczeństwo państwa kontynentalnego widzi w armii główne narzędzie. Marynarka wojenna jest podrzędnym rodzajem broni, bardzo interesującym i ważnym lecz niczym więcej.

Za takim postrzeganiem idą proporcjonalnie fundusze pomimo, że powyższe słowa nie odzwierciedlają dobrze rzeczywistości. Rola i znaczenie percepcji jest właściwie opisana ale zawężenie tezy do wyłącznie obrony nie tłumaczy historii wielu flot świata. Przed narodzinami US Navy była Continental Navy powstała w czasie Wojny o Niepodległość. Za początki US Navy uznaje się budowę sześciu fregat do walki z piratami po drugiej stronie oceanu i do obrony wolności handlu morskiego. W czasach wojny secesyjnej floty obu walczących stron były klasycznymi flotami przybrzeżnymi z innowacjami jak Monitor. Amerykańska marynarka wojenna pozostawała mała i nieliczna oraz niedofinansowana tak długo jak Ameryka zajmowała się przede wszystkim sobą. Nie służyła do obrony przed zewnętrznym najeźdźcą lecz do obrony swych interesów handlowych. O tym do czego służy flota i ile na nią przeznaczał pieniędzy Kongres decydowało amerykańskie społeczeństwo i to, jak rozumie swoje cele i priorytety oraz ambicje. Dlatego o wiele bliższe rzeczywistości są inne słowa francuskiego teoretyka:

Wojna nie wymaga tylko działań militarnych. Równie niezbędna jest walka na froncie dyplomacji, ekonomii, finansów i morale.

To jest sztuka użycia w czasie wojny i pokoju wszelkich sił i środków w posiadaniu walczącego narodu.

Taka definicja jest nam dość bliska współcześnie w odniesieniu do wojny nazywanej hybrydową i rozciąga się poza wojną na całą sferę konfliktów międzynarodowych w czasie pokoju. Rosyjskie tezy o stosunku zaangażowanych w walkę hybrydową środków niemilitarnych do militarnych wynoszącym 4:1 mają pokrycie w słowach Castex’a. Nie powinno więc dziwić odpowiednie i proporcjonalne angażowanie środków finansowych. Nawet biorąc pod uwagę wyłącznie działania militarne to Castex proponuje klasyfikację na:

  • Walkę pomiędzy zorganizowanymi siłami
  • Walkę na liniach komunikacyjnych
  • Działania przeciw celom lądowym lub dla wsparcia działań na lądzie, takich jak:
    • Operacje połączonych sił zbrojnych
    • Blokada
    • Rajdy, bombardowania z morza, coups de main

Mając na względzie fakt sąsiadowania z potęgą lądową i nuklearną jaki rodzaj działań wydaje się być najbardziej prawdopodobny dla państwa przybrzeżnego? Ponownie odwołujemy się do postrzegania decydującego o proporcjach w budżecie. Tak więc inwestycje w siłę militarną są tylko fragmentem nakładów na szerzej pojmowane bezpieczeństwo państwa i jego interesy i dzielą się proporcjonalnie na trzy ogólne zadania floty. To swoiste rozcieńczanie nakładów finansowych na siłę i potęgę militarną konfrontuje się z możliwościami państwa nadbrzeżnego. Z jednej strony proporcjonalnie mała przypisywana waga daje niskie nakłady a z drugiej walka pomiędzy zorganizowanymi siłami wymaga najwyższych wydatków. Wątek przewija się w książce Navies in Northern Waters, gdzie Jacob Borrensen w rozdziale o norweskiej marynarce wojennej zatytułowanym Coastal Power: The Sea Power of the Coastal State and the Management of Maritime Resources pisze:

Połączenie ograniczenia zasobów z koniecznością szybkiej reakcji na pogwałcenia prawa i wtargnięcia zanim się rozwiną w pełny konflikt lub kryzys wraz z potrzebą zyskania czasu dla sojuszniczego wsparcia prowadzi do przedkładania ilości nad jakością. Jest bowiem ważniejsze zabezpieczenie pokrycia obszaru zainteresowania własnymi jednostkami tak, aby mogły reagować szybko, zademonstrować intencję czy oddać strzał ostrzegawczy niż posiadać zdolność przetrwania konfrontacji z napastnikiem.

Ponownie, floty przybrzeżne najlepiej i jeśli tylko to możliwe, powinny kierować swą uwagę na rozwiązania „szyte na miarę”, rozwijać własne wymagania i specyfikacje zamiast kopiować rozwiązania potęg morskich poprzez nabywanie ich sprzętu z drugiej ręki.

Mamy do czynienia z przedłożeniem użyteczności nad siłą bojową wraz z postulatem innowacyjności nawet za cenę ryzyka pójścia błędną drogą. Teraz możemy zatoczyć koło i zapytać o potrzeby Marynarki Wojennej RP. Dopóki zagrożenie będziemy widzieli w kategoriach wojny totalnej i ataku hord pancernych na cały obszar naszego kraju tak długo marynarka wojenna będzie istnieć w formie wirtualno-propagandowej lub w najlepszym wypadku postaci embrionalnej. Jeśli zmienimy postrzeganie zagrożenia ze strony potencjalnego przeciwnika z inwazji na próbę destabilizacji kraju z użyciem siły zbrojnej jeśli przeciwnik dostrzeże taką potrzebę to zaczniemy budować flotę odpowiednią do intencji przeciwnika a nie jego możliwości. Wówczas może się okazać, że parę Czapli i grupa zorganizowanych hakerów działających pod osłoną eskadry myśliwców będzie miała więcej sensu niż niszczyciele rakietowe.

  11 Responses to “Postrzeganie i proporcje”

  1. “Potrzeba dumy” to trafne określenie, ale dodałbym również “Potrzeba najlepszości”. Tę rozumiałbym jako nieumiejętność przeprowadzenia procesu powstania produktu zbalansowanego. Dla mnie przykładem może być:
    ORP “Orzeł”. Bardzo dobrze pasuje pod “potrzebę dumy”. Duży, dużo wyrzutni, duża armata itp…. Wyporność mniejsza o ca 150 t od brytyjskiej klasy “T”, które były projektowane “pod” imperium brytyjskie i użycie oceaniczne. Użycie operacyjne Orła i Sępa to w sumie porażka. Zamiast dwóch dużych, można było się pokusić o budowę 3/4 okrętów o wyporności zbliżonej do typu VIIA/B czy brytyjskiego “U”/”V”. Do operowania na Bałtyku i Morzu Północnym byłyby w sam raz, a same wydarzena wojenne pokazały, że w europejskim teatrze działań wojennych okręty o takiej wyporności stały się koniami roboczymi.
    Podobnie zapowiada się program “Orka”. Powstanie coś co będzie za duże na Bałtyk i Morze Północne. Pomysły o wstawianiu dodatkowego modułu z pionowymi wyrzutniami pocisków manewrujących tym muszą się skończyć. Wzrośnie wyporność, załoga (skoro okręt stanie się narzędziem strategicznym to kwestia łączności na odpowiednim szczeblu, etc…), moc napędu. Tych kilkanaście pocisków w naszym mniemaniu “strategicznych” w istocie będzie mieć wymiar jedynie “taktyczny”. My zaś mamy białe słonie, ponieważ nie stać nas na ich utratę. Koszt/efekt żaden. Mamy “niestabilny projekt” spełniający dwa powyższe kryteria: “Potrzeby dumy” oraz “Potrzeby najlepszości”.
    Kolejny przykład z ostatnich tygodni: kupmy licencję na duńską fregatę i zbudujmy ją w kraju. Jeżeli do tego dojdzie, okaże się że zaczniemy projekt poprawiać. Bo: “kto to widział okręt wojenny na dieslach”. Dodajmy turbiny gazowe. Prędkość 28w okaże się za mała na działania przeciwpodwodne. Zwiększymy więc moc siłowni. Potem po serii artykułów o możliwościach naszych nowych budujących się okrętów dojdziemy do wniosku, że nasz wschodni sąsiad będzie do naszych fregat “strzelać” Granitami to dodamy pancerz burtowy – kto nam zabroni? Na dziobie pojawi się armata co najmniej 127mm. W efekcie pobijemy czas budowy Gawrona/Ślązaka. Powstanie coś czego inni nie mają, a co spełni dwa kryteria o których piszę.
    Z tej przewrotnej perspektywy można pomarzyć o “Mieczniku”, “Czapli” czy innej serii okrętów które można zbudować i które by pełniły swoją rolę dobrze, choć bez szans na “stawienie oporu całej Flocie Bałtyckiej, Czarnomorskiej i Północnej”. Ale niestety nie spełniają wymogu “Potrzeby dumy” oraz “Potrzeby najlepszości”.

    • No akurat Orzeł i Sęp były budowane jako okręty szybkie. A skoro szybkie to siłą rzeczy musiały być duże (fizyka). Nie były budowane pod żadne imperium brytyjskie ani użycie oceaniczne. No sorry, ale ile jeszcze lat powtarzane będą te mity.
      Kolejna sprawa to to czy ktokolwiek mówił o jakichś modułach pionowego startu dla pocisków manewrujących na Orkach? To tak w kwestii faktów.
      Idąc dalej, siła oddziaływania medialnego co do fregat typu Iver Huitfeldt jest imponująca.
      No i idąc do brzegu pozostaje stwierdzić, że Koncepcja Obrony RP zostawia już bardzo małe pole do manewru. A sprawa jest na tyle prosta, że bez poparcia władz (a nie “rady mędrców”) można zapomnieć o czymkolwiek co się w tę koncepcję nie wpisze.

      • Przeczytałem ten komentarz jeszcze raz i właśnie doszło do mnie jakie pułapki czyhają na nas w naszych dyskusjach. Filtrujemy rzeczywistość poprzez nasze współczesne kryteria. Na przykład czy okręt jest duży czy mały, oceaniczny czy nie. Tymczasem naszym poprzednikom chodziło o prędkość a więc widzieli swoją rzeczywistość inaczej. Trochę podobny los spotyka dzisiaj LCS wymyślony bardziej dla Zatoki Perskiej niż dzisiejszych konfliktów wokół Chin. Przy okazji zupełnie pomijając wersję ASW, która może być bardzo pożyteczna.

        Pozdrawiam,

        Przemek

    • Największym problemem zawsze jest zaplecze intelektualne armii – instytucji konserwatywnej, biurokratycznej i nie premiującej inteligencji i radykalnych zmian. Jak się nie pomyśli najpierw to potem są problemy i historia polskiej myśli wojskowej dobrze to pokazuje.

      W IIRP nie potrafiono zrobić przymiarki do potencjalnego konfliktu i budowano flotę dla budowy floty bo w żadnym wypadku RP nie miała szansy z niej skorzystać w wypadku wojny. Niemcy były nie do pokonania na morzu z uwagi na geografię. Z ZSRR jeszcze w latach 20tych można było się łudzić ale już w latach 30tych było jasnym że przewaga ilościowa była przygniatająca. Mimo tego brnięto w okręty właśnie dla dumy. I nie pomogłyby tu wogóle bardziej racjonalne projekty jednostek bo co mogą 4 czy nawet 6 okrętów zdziałać przeciwko przeciwnikowi który ma ich kilkadziesiąt – jak ZSRR.

      Podobnie jest z Orką, porażającym głupotą programem leczenia kompleksów i mydlenia ludziom oczu. Okręt podwodny bez rakiet może mieć uzasadnienie w MW obecnie, ale trzeba wiedzieć jak się go chce wykorzystać i z czym używać. Obecnie nie ma na to koncepcji więc bedzie to zabawka za bardzo ciężkie pieniądze. Dla dumy.

      Podejście jakie proponuje autor też nie do końca jest potrzebne bo przecież ani społeczeństwo ani politycy nie mają pojęcia co i jak z marynarką należy robić więc podejmowanie decyzji i tworzenie poparcia to będzie jak 500+ lub WOT. Zamiast tego trzeba wypromować w społeczeństwie ideę mądrego wojska.

      Ale jak to zrobić jeżeli siły wewnętrzne prą na tandetną mitologię powstaniową? Przecież to sprzeczność.

      • Marcinie,

        Drobna uwaga. Proponuję sprawdzić jaki był stan floty ZSRR ma Bałtyku w pod koniec lat 1930-tych, jak wtedy wyglądała mapa i jak w praktyce się wykazała w 1941… Na tym kierunku (i przy założeniach długiej wojny) rozwój MW II RP był sensowny. Pamiętajmy, ze do 1936 roku to ZSRR był brany pod uwagę jako bardziej prawdopodobny przeciwnik.

        • Oskarmie.

          Pamiętajmy że od 1926r Polska jest de-facto dyktaturą wojskową czyli nie ma co się dopatrywać głębokiego sensu w decyzjach zbrojeniowych dokonywanych przez mundurową klikę wyrywającą sobie skromny budżet. Tak faktycznie należy postrzegać kontekst rozbudowy floty, w szczególności w latach 30tych. Istniały przesłanki strategiczne ale one były tylko jednym z czynników, w dodatku obarczonym błędem o czym poniżej.

          Rozwój floty należy też podzielić na dwa etapy:

          Lata dwudzieste to okres kiedy ZSRR postrzegano jako rewolucyjne hordy prące na zachód, a Niemcy jako kraj skutecznie utrzymywany w ryzach przez ustalenia traktatowe. Tu kupno niszczycieli (2szt) i okrętów podwodnych (3szt) we Francji można uzasadnić strategią oraz polityką, zbliżoną do tego co dziś robi się wobec Ameryki. W kontekście tego że PMW posiadała dwie kanonierki, sześć przeciekających torpedowców i cztery stare trałowce można było mówić o próbie zbudowania formacji na potrzeby pokoju. Można dyskutować o tym czy dokonano słusznego wyboru typów i ilości okrętów ale sprzeczanie się z samą ideą jest już mało sensowne. Poza tym pamiętajmy że Wichra i Burzę zamówił demokratyczny jeszcze rząd Władysława Grabskiego a umowę na Wilka, Rysia i Dzika mimo iż podpisywano w kilka miesięcy po zamachu, zaplanowano w trakcie prac nad niszczycielami. Również stan marynarki ZSRR sugerował że zagrożenia na morzu nie byłoby wielkiego tak więc okręty te mogły wykonywać swoje zadania.

          Lata trzydzieste natomiast to już powrót do faktycznej rzeczywistości gdzie Polska znalazła się pomiędzy dwoma potencjalnie wrogimi krajami, a w Warszawie rządził odpowiednik obecnego MON. Tu próba rozbudowy PMW była z góry skazana na porażkę. Można dopatrywać się w niszczycielach próby wkupienia się właski Brytyjczyków ale ja postrzegam to jako typowe biurokratyczne parcie na konsumpcję środków, zwłaszcza że kolejne jednostki miały być budowane w SMW. Podobnie Orzeł, Sęp i dwa kolejne okręty który były faktycznie “Orką” tamtych czasów. To były okręty przystosowane do wojny z portów sojuszniczych…tylko że Bałtyk był morzem zamkniętym.

          A jaki był kontekst dla tych zbrojeń? Prawie dwieście okrętów podwodnych budowanych w Związku Radzieckim? Kirowy wprowadzone do służby pod koniec lat 30tych? Nowe niszczyciele Gniewnyj i Sobrazitielnyj? Co w tym kontekście mogłaby zdziałać flotylla sześciu niszczycieli czy siedmiu okrętów podwodnych działających bez portu bo Gdynia byłaby zbombardowana z morza i powietrza.

          Jeszcze bardziej otrzeźwiające jest właśnie spojrzenie na mapę. Czy jakikolwiek kompetentny strateg może oczekiwać że ZSRR rozpoczynając wojnę z Polską nie zajmie kluczowej infrastruktury na Litwie, Łotwie czy Estonii? Przecież w 1939 Armia Czerwona sobie do tych krajów “po prostu” weszła i została. A jak w wypadku agresji Sowieckiej na Polskę zachowałyby się Niemcy które miałyby potencjalnie Prusy Wschodnie do stracenia? Przecież zajęcie “dla obrony ludności Polski i Niemiec” korytarza byłoby natychmiastowym i logicznym krokiem.

          Do tego jeżeli ZSRR zdecydowałby się zaatakować Polskę w ramach czynu rewolucyjnego to przecież robionoby to w kontekście np rewolucji w Niemczech. Tak więc można uznać że ZSRR od razu zajmowałby i Prusy Wschodnie i korytarz tym samym odcinając Polskę od morza.

          W kontekście wojny z Niemcami natomiast podnosi się często argument o ochronie tranzytu poprzez Rumunię ale tu aktywność PMW byłaby czysto symboliczna, a i to pod warunkiem że udałoby się uciec z Bałtyku, oraz że ZSRR nie stanęłoby na przeszkodzie.

          Dziś uzasadniamy flotę IIRP z punktu widzenia “bo były okręty, można było walczyć” i mimo wszystko jednostki te wróciły by pływać pod biało-czerwoną banderą po 1945. Ale to jest myślenie entuzjasty marynistyki, dla którego ważny jest model, zdjęcia, okręt w muzeum.

          Tymczasem jeżeli mówimy o strategii i obronności to cały plan modernizacji floty w latach 30tych mijał się całkowicie z celem. Był bo był, i nic poza tym.Żadnych faktycznych pożytków nie mógł przynieść i nie przyniósł.

          Natomiast trzeba też uzmysłowić sobie że żadne “Wunderwaffen” w rodzaju miniokrętów podwodnych czy kutrów torpedowych czy żywych torped nie zmieniłyby losów wojny na morzu do której Polska przystępowałaby w absolutnie tragicznej sytuacji geostrategicznej.

          Nawet dyskusje o tym czy zamiast stali na okręty lepiej było naprodukować więcej amunicji do dział mają drugorzędny sens w sytuacji gdy nieumiejętnie prowadzona, kłótliwa i arogancka polityka międzynarodowa (skąd my to znamy) postawiła Polskę w jeszcze gorszej sytuacji niż wynikałoby to z geografii.

          Lekcje z 2WŚ nie przystają do obecnej rzeczywistości żadną miarą, bo paradoksalnie te lekcje są właśnie realizowane uporczywie – marynarka jest bo jest, okręty sa bo muszą być itd. Efekt jest taki, że Kobbeny idą do remontu.

          Orka. Ale na ugorze.

          • Oskarmie

            Jeszcze odnośnie zasadności wydatków, czysto teoretycznie:

            Za Gryfa który miał stawiać zgrody minowe w Zatoce Fińskiej (!) zapłacono w 1934r. 13,5mln złotych. Za Błyskawicę i Groma zapłacono w 1935r. 27,5 mln złotych. Za Orła i Sępa w 1936r. zapłacono ponad 21 mln złotych (rozliczenie miało być w towarze z racji braku walut, ale nie należy tego traktować dosłownie jako barter, tylko formę zabezpieczenia finansowania – towarem zamiast obligacjami czy kredytem). Łącznie plany rozbudowy floty z lat 30tych to 62 miliony złotych.

            To jest równowartość:

            37500 rkmów Browning,
            2700 armat 37mm,
            600 armat plot 40mm,
            400 haubic 100mm,
            4100 ciągników półgąsienicowych C4P,
            8700 ciężarówek PF-618,
            1290 tankietek TKS,
            265 czołgów 7TP,
            344 P-11c,
            200 Spitfire,

            Teraz bez opowiadania bajek o banderze na morzu i walce u boków sojusznika trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie – co byłoby praktyczniejsze? Pięć okrętów czy którakolwiek z powyższych pozycji.

            Odpowiedź nie pozostawia złudzeń i pokazuje jak bardzo krótkowzroczna i skupiona na własnym towarzystwie była polityka IIRP. Miało to co prawda miejsce w całej armii (kawaleria!) ale nie można tu bronić tezy że budowana takimi kosztami flota była i potrzebna i pożyteczna. Bo nie była.

            Do tego dochodzi interesująca historia z “Ptaszkami” czyli minowcami typu Jaskółka. Wybrana oferta z 1932 wynosiła 1 milion za cztery okręty. Kiedy rozdysponowano zamówienia do różnych firm z powodów politycznych koszt kontraktu wzrósł do ponad 5 milionów bez wyposażenia. Czy czegoś to nam nie przypomina? Tradycja wiecznie żywa.

            Niestety lubimy zapominać że IIRP to było quasi-faszystowskie państewko kolesiów których główną ideą gospodarczą był etatyzm i żerowanie na państwowym.

  2. Zastanawia mnie jedno – problemy modernizacyjne są następstwem posuchy intelektualnej. Politycy nie muszą się znać, ale jak im się przedstawi idee, ta może zadziała. Stąd takie pytanie, czy wątpliwość – jak się do tej sytuacji ma np. Akademia Marynarki Wojennej? Czy jest kuźnią pomysłów, czy ciepłą posadą z przewodami doktorskimi, habilitacjami, które tak na prawdę wiele nie wnoszą? W końcu ileś lat działań w obrębia NATO za sobą mamy. Procesy modernizacyjne w innych państwach nie są żądną tajemnicą. Powstają stosy dostępnych publikacji. A na naszym podwórku?
    Przecież takie projekty jak przebudowa duńskiej MW, projekty w rodzaju LCS są następstwem pomysłów, analiz, ścierania się opinii i zawieranych kompromisów na etapie pomysłu jak i realizacji.
    W tych przypadkach przykład Danii to przykład sprzężenia wszystkich elementów i generalnie sukcesu (może po za rezygnacją z OP). LCS raczej sukcesem nie jest, bo nie przewidziano, że nastąpi polityczno – militarny zakręt. Co nie zmienia sprawy, że takie okręty na pewnych obszarach będą miały dalej zastosowanie.
    Wygląda mi na to, że u nas wszystko sprowadza się do rzutu na taśmę “by było” i jak spełni “potrzebę dumy” i “potrzebę najlepszości” jest ok.

    • AMW jak cały praktycznie polski system edukacji to jest quasi-feudalna przechowalnia znajomych na wygodnych etatach. W szczególności uczelnie wojskowe które wogóle nie potrafią wykorzystać potencjału.

      Ryba psuje się od głowy. Ważne jest by było “wincyj wojska” i by głośno powiewać flagą i krzyczeć “cześć i chwała bohaterom”. Nieprzypadkiem ludzie zainteresowani – choć tu należałoby to słowo również wziąć w cudzysłów – kwestiami obronności wogóle to najczęściej typ mentalności “prostacko-narodowy” promowany przez obecny rząd.

      To jest model w ktorym napędza się hołotę do celów politycznych, jak niegdyś do powstania, a nie budue społęczeństwo ze zdolnością i potencjałem do obrony własnych interesów. Nawet faktycznej niepodległości nikt już nie próbuje bronić bo nie ma czegoś takiego jak niepodległe państwo polskie. Jest bantustan i kolonia USA rządzona przez mniej lub bardziej spolegliwych kacyków, przy czym jeżeli są mniej spolegliwi i próbują się podlizywać innym to są krytykowani jako zdrajcy i wrodzy kraju.

      Raz po raz wraca jak zły sen powiedzenie Bismarcka o tym jak najłatwiej zniszczyć Polaków :/

      O problemach MW pisałem tu wielokrotnie. Przede wszystkim winą obarczam środowisko wojskowych które skoncentrowało się na ochronie etatów i folwarków po upadku PRL gdzie byli uprzywilejowaną kastą. Skończyły się pieniądze i zaczęła się wojna o wpływy, stanowiska i utrzymanie lewizny niszczącej wojsko od lat. Do tego doszły stocznie i układy polityczne. W interesie tych obu grup utrzymywano fikcję. Okręty rdzewiały w portach, załogi się nie ćwiczyły ale stanowiska były zachowane i to było najważniejsze. A to że można było MW reformować a zajęć dla zwalnianej kadry zapewne by się znalazło, bo przecież nikt nie mówił żeby ich wyrzucać na bruk… po co o tym myśleć? Wysiłek, ryzyko a tak spokój i kasa wpada i zawsze można narzekać i pokazywać palcem zły rząd że “wincyj okrentuf” nie chce dać. Ni ma pieniądzuf? Jak to ni ma? Byndą! Byndą bo pan sekretarz obicał…w telewyzji muwił.

      Szydzę ordynarnie sobie, ale wystarczy popatrzeć na inne kraje żeby zobaczyć że utrzymanie sprawnej armii czy marynarki nie jest łatwe. Wymaga i wojska które jest nauczone myśleć praktycznie i zbrojeniówki która jest zdolna do istnienia na rynkach. Politycy paradoksalnie są z reguły nagorszym elemetnem, wiecznym problemem i konsekwencją tego jak na społeczeństwo wpływa przemysł i wojsko. Polityk realizuje interesy polityczne to od przemysłu i wojska zależy w jakim kierunku się one potoczą. Dobrze radzi sobie Dania bo ma konkretne potrzeby i je realizuje.Dobrze radzi sobie Finlandia z tego samego powodu. Estonia, Łotwa i Litwa budowały marynarki od podstaw więc nie mają obciążeń systemowych jak Polska. Względnie dobrze radzą sobie Francja i Włochy bo mają konkretne potrzeby i je realizują. Ale na przykład Wielka Brytania to już obraz bardzo smutny, który od tego co ma miejsce w Polsce różni się tym że mają więcej pieniędzy i jakiś tam przemysł. Podobnie ma to miejsce na świecie. Programy modernizacyjne w Australii czy Kanadzie to festiwale marnotrawstwa i kupowania głosów za ogromne pieniądze.

      My pieniędzy nie mamy więc karmi się ciemnego luda ściemą bo jak się wychowało ciemny lud to pomysłami i argumentami się go nie nakarmi. I tylko człowiek zachodzi w głowę jakim cudem redukcję floty sprzedano np w Holandii, kraju morskim z tradycjami i własnymi stoczniami.

  3. Przepraszam że wtrącę swoje dwanaście groszy, ale czy całość tego jarmarku nie jest po części brakiem jasno zdefiniowanej strategii morskiej? Takie miotanie się pomiędzy ekspedycją a obroną i zapętlenie się w schemat “do wszystkiego – do niczego”?

    • Trafna uwaga. Stąd te gorące czasami dyskusje na temat sensu istnienia marynarki wojennej w kraju o orientacji lądowej, leżącym nad morzem zamkniętym i mającym za sąsiada światową potęgę militarną i na dodatek nuklearną. Sympatycy wierzą, że marynarka wojenna ma sens bytu ale do tego samego muszą dojść politycy.

      Pozdrawiam,

      Przemek

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)