Feb 022018
 

Wieją wichry historii i wraz z odejściem ministra Antoniego Macierewicza rosną wpływy Prezydenta Andrzeja Dudy oraz BBN-u co oznacza być może powrót Strategicznej Koncepcji Bezpieczeństwa Morskiego RP.

Jeśli tak się stanie to pierwszym spostrzeżeniem będzie jak łatwo kierunki rozwoju marynarki wojennej mogą ulec zmianie na wskutek zmian w układzie politycznym. Trochę to przypomina spory w Związku Radzieckim pomiędzy „młodą” a „starą” szkołą co przekładało się na zmagania pomiędzy ambicjami Stalina odnośnie floty a możliwościami przemysłowymi. Flota potrzebuje jednak silniejszych fundamentów niż tylko bieżący trend czy układ w polityce. W praktyce mamy alternatywę tworzenia planów rozwoju marynarki wojennej w oparciu o scenariusze możliwych wydarzeń albo ogólne pożądane zdolności floty. Jak zwykle każde podejście ma swoje zalety i wady. Poniżej kilka refleksji laika na ten temat. W tym miejscu może warto dokonać pewnej dygresji. Otóż jaką rolę w dyskusji na tematy jednak dość specjalistyczne mogą odgrywać laicy. Wydaje się, że dość wieloraką. Są to obserwatorzy zewnętrzni bez balastu wieloletnich doświadczeń fachowców. To pozwala na postawienie odważnych tez dających impuls innowacji lub zwrócenie uwagi na kwestie ogólne wynikające ze świeżości spojrzenia. Ich opinie niewątpliwie muszą podlegać weryfikacji, choć jak pokazuje przykład publicysty Gabriela Charmes i jego roli w narodzinach Jeune Ecole, weryfikacja bywa trudna bo laik może uruchomić trudny do zatrzymania proces polityczny. Mają również szansę na wniesienie pozytywnego wkładu na styku świata wojskowych i cywilów bowiem politycy notorycznie nie znają się na wojnie morskiej ale i odwrotnie polityka i budżetowanie to nie jest tradycyjna domena marynarzy. Najważniejsze jednak jest to, że to właśnie laicy w rządzie i sejmie podejmują kluczowe decyzje dla przyszłości floty i marynarze muszą umieć wyrażać swoje zdanie na temat roli marynarki wojennej i jej potrzeb w sposób klarowny i zrozumiały właśnie dla laika. Koniec dygresji.

Budowanie floty w oparciu o ogólne zdolności pozwala na zabezpieczenie się przed niespodziankami nieznanej przyszłości i prowadzi do tak zwanej floty zrównoważonej. Jest to flota w miarę równomiernie rozwijająca zestaw zdolności do realizacji zadań wynikających z obowiązujących poglądów i przyjętej teorii wojny morskiej. Opiera się na doświadczeniu mówiącym, że pozytywny wynik wojny na morzu uzyskuje się w wyniku współdziałania pomiędzy różnymi systemami broni czy zdolnościami i nie ma cudownej broni dobrej na wszystko. To jednak przychodzi wysokim kosztem, bo zwykle wiąże się z maksymalizacją zdolności w każdym obszarze co w przypadku ograniczonego budżetu prowadzi do ostrych dylematów. Ostatnim przykładem może być współczesna brytyjska Royal Navy stojąca przed skomplikowanym wyborem – elastyczność w projekcji siły na użytek polityki Zjednoczonego Królestwa czy może raczej siły eskortowe w ramach transatlantyckiej współpracy. I skąd wziąć fundusze na strategiczne siły odstraszające w postaci okrętów podwodnych z bronią jądrową. Jeżeli nie można mieć wszystkiego choćby w okrojonej postaci, to z czego zrezygnować? Na naszym podwórku widać to jeszcze wyraźniej. Co to znaczy flota zrównoważona przy budżecie rozważanym na poziomie miliarda złotych rocznie? Plan modernizacji z 2012 roku sprawiał wrażenie floty zrównoważonej „dla ubogich” i już był krytykowany za niedoszacowanie. Strategiczna koncepcja BBN-u proponuje zamianę korwet na fregaty (i ma na to swoje argumenty) ale to dalsza eskalacja kosztów prowadząca do wyboru – albo fregaty albo okręty podwodne czyli rezygnację z floty zrównoważonej na rzecz realizacji konkretnych scenariuszy jak współpraca z NATO.

Analiza możliwych scenariuszy posiada zaletę dostosowania do konkretnych potrzeb i zadań a więc optymalizację pozytywnie wpływającą na koszty. Problemem jest ich dobór i ograniczenie stosowalności do rozważanych wariantów. Spośród wielu możliwych rozwojów wypadków musimy wybrać najbardziej prawdopodobne lub najgroźniejsze co nie jest ani łatwe do zdecydowania ani do zdefiniowania. Struktura floty oparta o taką analizę będzie miała większą podatność na bieżący kształt polityki państwa co nie jest zdrowe dla floty wymagającej zdecydowanie długiego horyzontu planowania i finansowania. Obroną przed tym zjawiskiem może być opinia projektanta okrętów brytyjskich D.K. Browna, który za dobry uważał okręt podatny na modyfikacje w czasie długiego cyklu życia. Premiowana jest więc wielkość okrętu bo w większym kadłubie łatwiej przeprowadzać modyfikacje i umieszczać nowe systemy uzbrojenia zawsze większe, cięższe czy bardziej energochłonne od poprzednich generacji. Tu krzyżują się oba podejścia bowiem stajemy przed wyborem pomiędzy jednostką wyspecjalizowaną i zoptymalizowaną, być może tańszą ale bez ścieżki rozwojowej, a okrętem większym w tym samym zakresie kosztów i z dużym marginesem na modyfikacje lecz słabiej uzbrojonym. Życie pokazuje, że szala przechyla się na stronę maksymalizacji zdolności okrętu większego co kończy się eskalacją kosztów i likwidacją marginesu wzrostu a tym samym ograniczeniem zdolności do modernizacji. Próbą wyjścia z pułapki są okręty z wymiennymi modułami zadaniowymi lub konfigurowalną przestrzenią wewnątrz okrętu.

Potrzeba zmniejszenia zależności wizji Marynarki Wojennej RP od aktualnej koniunktury politycznej uwidacznia się przy okazji lektury podsumowania National Defense Strategy Stanów Zjednoczonych z tego roku.

Wśród jedenastu podstawowych celów dokument wymienia obronę sojuszników przed agresją na szóstej pozycji zaraz za utrzymywaniem korzystnej równowagi sił w kluczowych regionach globu. Powinniśmy być świadomi, że aktualne wsparcie ze strony Ameryki ma źródło w dążeniu USA do utrzymania równowagi sił pomiędzy mocarstwami na naszym obszarze. Czy jeśli więc uwaga naszego głównego sojusznika zwróci się w innym kierunku to czy powinna się zmienić istotnie struktura naszej marynarki wojennej? To samo pytanie dotyczy NATO – jak ma wyglądać nasza marynarka wojenna gdyby NATO zniknęło? Jaki nasza flota ma istotny powód do istnienia w sytuacji braku sojuszu i sojuszników i jak ma wyglądać? Nie ma to nic wspólnego z rozpowszechnianą obecnie tezą o samowystarczalności sił zbrojnych w konflikcie z potężnym sąsiadem. Rozwiązaniem idealnym byłoby stworzenie floty wartościowej dla nas i jednocześnie dla naszych sojuszników.

Myśląc o esencji wartości istnienia flot nie uciekniemy chyba od pojęcia „prawa przejścia morzem”, które należałoby podporządkować celom strategicznym wojny na lądzie mającej decydujące znaczenia w naszym położeniu. Tylko czy armia widzi korzyść dla siebie w posiadaniu takiego „prawa” lub zagrożenie wynikające z „prawa” przysługującego przeciwnikowi? Nie mamy wiele publikacji na ten temat ale wzmocnienie Republik Bałtyckich drogą morską wydaje się być jednym z bardziej prawdopodobnych scenariuszy. Wsparcie ogniem z morza ma swoje naturalne ograniczenia w postaci nielicznych zapasów rakiet na okrętach i praktycznej niemożliwości ponownego załadowania rakiet na morzu. Ewakuacja drogą morską jest działaniem odwrotnym do wsparcia, mało dyskutowana publicznie ale historia II wojny światowej pokazuje, że może się okazać operacją o ogromnym znaczeniu.

Oddalając się poniekąd od lądu, działania na szlakach żeglugowych i wojna ekonomiczna skierowana przeciw handlowi morskiemu ma oczywiście dwie strony medalu – albo my atakujemy handel przeciwnika albo bronimy swojego. Takie działania mają sens w wojnie długotrwałej i przy założeniu uzależnienia którejś ze stron od krytycznego surowca transportowanego drogą morską bez rozsądnej alternatywy innym szlakiem. Sytuację komplikuje prawny problem żeglugi neutralnej spotęgowany przez globalizację handlu morskiego. Działania przeciw takiej żegludze mogą spowodować ingerencję innych państw w konflikt. Zawsze w zanadrzu pozostaje „mała wojna” czyli rajdy, działania dywersyjne czy odwracające uwagę od działań na głównym teatrze.

Istotne uniezależnienie się marynarki wojennej od działań na lądzie mamy dopiero w czasach pokoju i kryzysu. Przeciwdziałanie agresywnej dyplomacji morskiej i próbom wymuszenia na wodach własnych, sojuszników czy otwartym morzu. Wybór miejsca i poziomu zagrożenia pozwala na sporą swobodę w doborze klasy okrętu i jego zdolności. Monitorowanie aktywności przeciwnika na wodach w obszarze zainteresowania a zwłaszcza tego co się dzieje pod wodą i na dnie morza wiedzie nas do raczej wyspecjalizowanych jednostek. Uczestnictwo w operacjach sojuszniczych i społeczności międzynarodowej jak ONZ, UE czy koalicjach dobrej woli buduje naszą pozycję polityczną i wiarygodność ale trzeba właściwie dobrać stosunek kosztu do mało wymiernej korzyści wynikającej z wagi politycznej. To ponownie wpycha nas w uzależnienie od kaprysów polityki. Pomoc humanitarna jest ideą ze wszech miar szlachetną, ale jak ktoś zauważył marynarki wojenne mogą takie zadania wykonywać i wykonują ale nie są tworzone do tego celu.

Wybór rodzaju działania reprezentującego dla nas wartość w odniesieniu do głównych celów polityki obronnej i szerzej – bezpieczeństwa państwa skutkuje odpowiednim podziałem budżetu. Im większą wartość przypisujemy obronie tym mniejsze kwoty jesteśmy gotowi przeznaczyć na flotę czasu kryzysu i pokoju. Im bardziej jesteśmy aktywni na polu polityki zagranicznej tym bardziej flota „uniezależnia się” od strategii wojny na lądzie. W naszym kraju czyha na nas jeszcze jedna pułapka. Przykład obrony przeciwlotniczej kraju, która jest powszechnie uznawana za priorytet obronny pokazuje, że najwyraźniej politycy nie czują zbliżającego się zagrożenia. Gdyby tak było negocjacje byłyby krótsze a program w fazie realizacji. Tak właśnie stało się w przypadku Rumunii i Litwy.

Pozostaje kwestia technicznej realizacji wymaganych zdolności czyli głównie klas i liczby okrętów oraz czasu jaki mamy na modernizację. Przy omawianym budżecie wybór okrętów podwodnych zablokuje rozwój sił nawodnych na wiele lat. Są to jednostki mocno wyspecjalizowane i oferują wartość głównie w scenariuszach osiągania celów negatywnych a więc odmowie przeciwnikowi „prawa przejścia morzem” natomiast cele pozytywne to ich słaby punkt.

Okręty nawodne występują w szerokiej gamie klas i prowadzą do dyskusji ilość kontra jakość. Kwestię można dość dobrze zilustrować na przykładzie nowego projektu fregaty FFG(X) dla US Navy. Porównując specyfikacje dla fregaty ze zdolnościami dozbrojonej wersji ASW Littoral Combat Ship oba okręty mają lub mają mieć pierwszorzędne zdolności walki z okrętami podwodnymi i podobne możliwości zwalczania celów nawodnych gdyż nowa fregata dziedziczy niejako osiągnięcia na drodze rozwoju LCS. Porównajmy koszty. FF(X) szacuje się na $950M a LCS w wersji ASW powinien kosztować około $650-700M na podstawie raportu Ronalda O’Rourke z Congressional Research Service ($588 platforma plus $67M moduł ASW). Dodajmy, że w miarę dobrze uzbrojona korweta wielkości Ślązaka może kosztować około $350M.

Współczesna wersja Grishy. Czemu nie? foto www.almaz-kb.ru

Kilka wniosków z tego porównania. W porównaniu do LCS-ów z rakietami NSM fregata oferuje przede wszystkim lokalna obronę przeciwlotniczą oraz większą odporność bierną na ciosy. To kosztuje dodatkowo $250-300M. Za dwie fregaty możemy kupić mniej więcej trzy LCS-y. W zależności od tego czy nacisk kładziemy na działania w zespołach okrętów, czy obronę konwojów przed okrętami podwodnymi wybór może być różny. Jeszcze ostrzej prezentuje się wybór pomiędzy jedną fregatą a prawie trzema korwetami. Czy to w działaniach na wodach przybrzeżnych czy przy postulacie wzrostu liczebności floty wobec wymogu obecności na morzach, wybór może być na korzyść korwet pomimo ich mniejszych jednostkowych zdolności. W naszych realiach dwie fregaty wystarczą do udziału z stałych zespołach NATO, ale to za mało do osłony wsparcia dla republik bałtyckich. Natomiast sześć korwet to realizacja pierwotnego planu dla Gawrona. Co wybieramy?

Jak więc w końcu uniezależnić się od kaprysów polityki i móc zbudować długofalowy plan budowy floty? Punktem wyjścia jest posiadanie potrzeby i dlatego należałoby budować scenariusze najbardziej prawdopodobne mające szansę na poparcie polityków. Właściwie mamy pecha, że do tej pory nie trafił się nam jakiś głośny incydent na morzu mobilizujący opinię publiczną. Chociaż być może ktoś świadomie takich incydentów unika zadowalając się naszym stanem uśpienia. Budowa szerokich zdolności i floty zrównoważonej nie ma u nas chyba szansy bo najwyraźniej decydenci nie widzą takiej potrzeby a koszt floty dla celów propagandowych jest zabójczy. Być może warto śledzić losy Orki bo program może się okazać smutną ilustracją powyższej tezy.

Jeśli świadomość potrzeby jest jeszcze słaba to trudno oczekiwać szczodrej ręki w przyznawaniu sum budżetowych. Tak więc budowanie zdolności raczej od dołu i równoległe pokazywanie użyteczności floty może jest sposobem wyjścia z impasu. W końcu politycy wpadną we własne sidła. Konsolidacja stoczni w ramach PGZ gdy brak portfela zamówień nie wniesie wiele. PGZ będzie napierał na zamówienia i powstanie pytanie czym nakarmić molocha. Okręt ratowniczy ponownie jest potencjalnym przykładem takiej polityki. „Małe jest piękne” mówi powiedzenie i dobrze by się stało gdyby marynarze jak i miłośnicy marynarki zaczęli tworzyć i propagować scenariusze realistyczne ale całkiem pożyteczne na co dzień. Skoro nieśpieszno nam nawet do budowy obrony przeciwlotniczej kraju trudno sobie wyobrazić polityków snujących plany wielkiej wojny na morzu. Z powyższych powodów należałoby się oswoić z myślą, że korweta to raczej największa klasa okrętów do rozważania i raczej powinniśmy pomyśleć co ciekawego jest „poniżej” klasyfikacji korwety.

  4 Responses to “Wieją wichry historii”

  1. Przemku,
    1) SKBM nie eskaluje kosztow w stosunku do planu z marca 2012. 3-4 fregaty mialby zastapic lacznie 6 Czapli/Miecznikow a 2 uniwersalne okrety zaopatrzeniowe/dowodzenia: maly zbiornikowie (Supply), zaopatrzeniowiec (WOWOSz) i okret transportowy/desantowy (Marlin).

    2) Porownywanie kosztu najdrozszych fregat do srednio drogich korwet tez jest swego rodzaju manipulacja. Mamy przeciez fregaty za 250 mln E (Absalon, FFX II), 350 mln E (Iver Huitfeldt), 480 mln E (PPA Heavy).

    Oczywiscie Iver w stosunku do FFX(G) czy naszego Gawrona sa zbudowane wedlog 3 zupelnie innych filozofii, ale poza samymi klasami okretow warto tez porownywac te filozofie i co sie w zwiazku z nimi otrzymuje a co traci. Moim zdaniem to wlasnie Gawronza 350 mln E czy Miecznik za 400-450 mln E, ze wzgledu na brak zdolnosci, jest na przegranej pozycji. Podobnie jak FFG(X) ze wzgledu na koszty.

    • Oskar,

      Staram się brać koszty realne i unikać manipulacji bo to nie moja intencja. Mam świadomość, że różnimy się w kwestii kosztów fregat. Próbuję śledzić programy najnowszych fregat, zawsze pod hasłem okrętów “affordable” ale ich cena jest wciąż przerażająco wysoka i raczej spójna. T26 czy FF(X) lub FTI są drogie i za Mieczniki i Czaple może kupimy ze dwie. Niemniej jest to możliwe. Jeśli jednak plan z 2012 był niedoszacowany, to na nowy plan BBN-u musielibyśmy wziąć kwotę realną dla planu z 2012 i wówczas się zastanowić ile fregat za to kupimy. Jeśli zostawimy kwotę z 2012 to wybór jest jasny – albo fregaty albo okręty podwodne. Dodajmy, że okręty podwodne też są z czasem droższe. Najpierw 6 mld a teraz 8-10mld. Kwoty, które podajesz też należałoby skorygować. RAND bodajże zbadał, że koszt okrętów nawodnych rośnie 7% rocznie co nie ma nic wspólnego z inflacją. Korweta za 350 mln EUR nie jest “średnio droga” – jest za droga i słusznie zauważasz, że są w conajmniej trudnej pozycji. FF(X) nigdy by nie powstał, gdyby nie było LCS – kontynuowano by DDG i wciąż żądano większego budżetu. Jednak fregata jest krokiem w kierunku wzmocnienia zdolności LCS i zyskała aprobatę. Przy $1.0B przejdzie, bo porównując z DDG oferuje wystarczająco duże zdolności wobec DDG ale za trochę ponad połowę ceny. Ten wątek obciąłem, ale mogę go przytoczyć. DDG i FF(X) mają praktycznie takie same zdolności ASW. DDG ma przewagę w zwalczaniu celów nawodnych bo będzie miał LRASM a fregata tylko wyrzutnie skrzynkowe. Dodatkowo DDG ma Tomahawki. Główna różnica jest w AAW gdzie DDG daje obronę obszaru a fregata obronę lokalną. W sumie fregata może spełniać rolę “body guard” w zespołach lotniskowców oraz sił amfibijnych a DDG rolę “cover”. Jest też bardzo potrzebna do eskortowania konwojów, sił logistycznych i punktów bazowania AFB. Jeśli kosztuje połowę Arleigh Burke to jest to dobry interes. Gorzej będzie jak koszt urośnie do 2/3 lub 3/4 kosztu niszczycieli. Wtedy możemy zobaczyć ciekawą grę. Jednakże mój główny przekaz jest trochę inny – to nie ważne czy fregata kosztuje tyle czy tyle. Mało kto widzi potrzebę wydawania na nie pieniędzy. I koszt programu z 2012 też był kontrowersyjny – dla jednych za mały by zrealizować założone plany a dla drugich za duży bo nie widzieli potrzeby dla takiej floty. Ten kruchy kompromis legł w gruzach i musimy zaczynać od początku. Fregaty mają wsparcie BBN-u a więc Prezydenta ale czy to wystarczy? Nawet wspomniany w tekście Stalin nie zdołał zbudować swojej floty marzeń i uległ realiom.

      Pozdrawiam,

      Przemek

      • Przemku,

        Przy ocenie kosztów okrętów trzeba zwrócić uwagę na to z czego one wynikają.

        Pierwszym oczywistym czynnikiem są same koszty budowy w danym kraju. Zwróć uwagę, że nie gorzej wyposażone włoskie FREMMy są sporo tańsze od brytyjskich Type 26 (przy czym Brytyjczycy sporą cześć wyposarzenia mają przenieść ze starych okrętów), widać to też po budowanych w Wielkiej Brytanii patrolowcach.

        Drugim jest filozofia podejścia do samego projektu. Po upadku komunizmu, przy cięciach ilościowych, naturalnym stał się trend ładowania na mniejsza ilość okrętów jak największej ilości systemów i śrubowanie parametrów by same okręty były jak najlepsze. Zatracono gdzieś myślenie w kategoriach efekt/koszt, czego najbardziej jaskrawym przykładem są Zumwalty. Ale są jednak, na razie nieliczne przykłady innego podejścia: Absalon/Iver Huitfeldt czy Pattugliatore Polivalente d’Altura. W obu przypadkach dałoby się jeszcze zracjonalizować te projekty ograniczając cześć kosztów.

        • Oskar,

          To prawda, że koszty okrętów eskalują okrutnie i Duńczycy są chlubnym wyjątkiem od tej reguły. Co do Włochów – zobaczymy. Na pewno my nie jesteśmy dobrym przykładem w zarządzaniu kosztami 🙂

          Pozdrawiam,

          Przemek

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)