Jun 092017
 

Koncepcja Obronna Rzeczypospolitej Polskiej sprowadza rolę Marynarki Wojennej RP do „przygotowania obrony polskiego Wybrzeża i uniemożliwienia przeciwnikowi panowania nad południowym Bałtykiem”. Pytanie, czy to najlepsze rozwiązanie dla Polski i jej morskiego rodzaju sił zbrojnych jest źródłem kontrowersji. Pozostaje nam wierzyć, że polemika z autorami odnośnie samej idei doprowadzi do stworzenia propozycji mieszczącej się w ramach logiki koncepcji ale o potencjalnie szerszym zastosowaniu.

Historyczne przykłady strategii obrony wybrzeża pokazują ukryte założenia i granice stosowalności. Jeune Ecole, która powstała we Francji w końcu XIX wieku miała intencję bronić wybrzeża Francji przed atakami Brytyjczyków. Straciła całkowicie na znaczeniu po podpisaniu Entente Cordiale w 1904 roku z Wielka Brytanią i zmianie potencjalnego wroga na Niemcy – lądową potęgę, z którą Francja graniczyła. Późniejsza kopia w postaci Młodej Szkoły w Związku Radzieckim została zarzucona przez Stalina, ale nawet gdyby tak nie było to nie przetrwałaby II wojny światowej gdy Niemcy zajęli bazy floty w trakcie kampanii lądowej. Ideą zainteresował się również wielki innowator Sir John Fisher i stworzył koncepcję Flotilla Defence. Pomysł nie wypalił po części z powodu zbyt dużych obietnic technologii, która była wciąż niedojrzała a po części z braku poparcia dla idei. Gdy zabrakło Lorda Fishera jego następcy natychmiast porzucili koncept. Współczesny przykład Chin wskazuje na jeszcze inny aspekt. Początki Chińskiej marynarki wojennej wiązały się z pojęciem aktywnej obrony i „partyzantki na morzu”. Jednak chęć rozszerzenia wpływów na morza wewnątrz 1-go łańcucha wysp doprowadziły do budowy floty kontroli morza gdyż zatarły się granice pomiędzy odmową dostępu a kontrolą morza na tak wielkich obszarach. Stąd pierwszy wniosek:

  • Jeśli spodziewamy się ataku ze strony sąsiada na lądzie, nie warto inwestować we flotę obrony wybrzeża więcej niż w lądową obronę tegoż wybrzeża. Całkiem przeciwnie, jeśli przeciwnikiem ma być zamorska potęga należy inwestować we flotę kontroli morza.

Oblężona i ostatnia baza Floty Bałtyckiej nie mogła stanowić oparcia dla okrętów, zamienionych w pływające baterie.

Źródłem obietnic podejścia odmowy dostępu jest zasięg współczesnej broni, który w przypadku naszego Bałtyku obejmuje całą jego południową część. Tak więc zakładamy posiadanie zdolności do rażenia ogniem przeciwnika w dowolnym punkcie obszaru i dowolnym momencie. Mamy jednak podskórnie dwa założenia, które historia weryfikuje raczej negatywnie. Ignorujemy pojęcie tarcia wprowadzone do teorii wojny przez Carla von Clausewitza oraz przyjmujemy za pewnik posiadanie ciągłego i skutecznego rozpoznania. Historia obfituje w przykłady braku skuteczności systemów pomimo ich teoretycznej zdolności do rażenia i rozpoznania. Wynik bitwy o Midway jest rezultatem przypadku a nie dobrego rozpoznania chociaż teoretycznie na pokładach lotniskowców bazowały samoloty rozpoznawczo-bombowe, krążowniki miały na wyposażeniu wodnopłaty rozpoznawcze a z Midway operowały Cataliny. Utarczki nocne z Tokio Express kończyły się początkowo porażką Amerykanów pomimo posiadania przewagi radaru. Wyciągnięcie wniosków z porażek i nauczenie się wykorzystywania radaru w sposób właściwy zajęło Amerykanom rok. Włosi nie byli w stanie sparaliżować dostaw na Maltę ani zapewnić osłony własnych konwojów do Afryki Północnej pomimo działań w zasięgu własnego lotnictwa lądowego i jego dominacji w powietrzu. Stąd wniosek drugi:

  • Warunkiem koniecznym choć niewystarczającym do użycia systemów rażenia dalekiego zasięgu jest bardzo dobre rozpoznanie i naprowadzanie. Ze względu na „tarcie” czyli nieprzewidywalność wypadków obecność innych sił „na miejscu” jest pożądana.

Pomimo ciężkich strat i trasy pod ciągłym atakiem lotnictwa, konwoje docierały na Maltę. Foto www.wlb-stuttgart.de

Rozumowanie w kategoriach odmowy dostępu nie daje głosu przeciwnikowi a przecież on też może symetrycznie zastosować swoje systemy odmowy dostępu. Przykładowo nasze samoloty patrolowe czy śmigłowce do zwalczania okrętów podwodnych nie będą mogły działać w zasięgu obrony przeciwlotniczej dalekiego zasięgu przeciwnika. Podobnie nasze stawiacze czy niszczyciele min będą celem dla systemów odmowy dostępu przeciwnika. Wracamy wówczas do dobrze znanego pojedynku pomiędzy atakiem i obroną, w którym wszechstronność okrętów i ich użycie nie mieści się w kategorii odmowy dostępu. Kormoran stawiający miny na własnych wodach możemy nazwać systemem odmowy dostępu ale jeśli postawi te same miny na wodach przeciwnika będzie elementem aktywnej obrony. Zwalczanie min na własnych wodach nie będzie z kolei odmową dostępu chociaż będzie obroną. Walka z systemami odmowy dostępu może przyjąć różne formy co ponownie dowodzi, że każda akcja rodzi w końcu reakcję:

  • Nasycenie obrony celami rzeczywistymi i pozornymi,
  • Uniemożliwienie działania systemów rozpoznania i naprowadzania lub ich oszukanie,
  • Dezorganizacja centrów dowodzenia i przerwanie łączności,
  • Niszczenia środków rażenia,
  • Wzmacnianie własnej obrony

Stąd wniosek trzeci:

  • Działania przeciwnika prowadzą do zaniku asymetrii i grożą eskalacją kosztów podważając sens tezy o słabszej stronie skutecznie broniącej się przed silniejszym przeciwnikiem przy użyciu asymetrii.

Przeciwnik ma głos! Air-Sea Battle w początkowej fazie koncepcji. Foto www.globalbalita.com

Jak w świetle wyciągniętych wniosków możemy zmodyfikować strukturę floty zaproponowaną przez Koncepcję Obronną RP? Dokument zawiera tylko jedno zdanie na temat planowanego kształtu marynarki wojennej więc trzeba mu się przyglądnąć dokładnie. Równie ważne co mówi jest to czego nie mówi:

Dzięki wzmocnieniu nabrzeżnych jednostek rakietowych, załogowym i bezzałogowym platformom rozpoznawczym, nowoczesnym technikom walki minowej, a także nowym okrętom podwodnym, radykalnie wzrosną możliwości obrony Wybrzeża.

Trzy rzeczy rzucają się w oczy. Oczywisty kierunek platform rozpoznawczych obecnych również w poprzednim planie, ale zawieszonych w próżni; dość ogólnikowe określenie walki minowej dające szerokie pole dla nowych propozycji oraz brak wzmianki o rakietach dalekiego zasięgu przy okrętach podwodnych. Teraz musimy to wszystko złożyć w jakąś całość.

Wniosek pierwszy mówi o konieczności równowagi pomiędzy inwestycjami w bezpieczeństwo baz morskich a w to, co w nich bazuje. Mamy więc zachętę z jednej strony do wzmocnienia obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej baz morskich oraz nadbrzeżnych dywizjonów rakietowych a z drugiej do ograniczenia kosztów programu okrętów podwodnych czyli największej pozycji w budżecie. Potrzebny jest więc Kryl lub jakaś jego następna wersja rozwojowa i jasna decyzja bo program medialnie pojawia się i znika. Nadbrzeżny Dywizjon Rakietowy aż prosi się o zintegrowanie w jego strukturach obrony przeciwlotniczej krótkiego zasięgu, a obrona baz o Wisłę, gdyż poprzedni program modernizacji mówił tylko o bateriach krótkiego zasięgu. Z kolei redukcja kosztów programu Orka jest osiągalna przez rezygnację z rakiet dalekiego zasięgu i napędu AIP przy zakupie okrętów podwodnych. Innym tematem pozostającym poza marynarką wojenną jest Brygada Obrony Wybrzeża. Czy jest nią tylko z nazwy? Jeśli tak, to czy nie warto jej wydzielić jako osobnej specjalizowanej brygady i zastanowić się nad jej strukturą i wyposażeniem? I czy morze nie powinno być dla niej naturalnym polem manewru?

Wniosek drugi otwiera pole do popisu dla platform rozpoznawczych. Jeżeli weźmiemy pod uwagę scenariusz otwartej wojny to bezbronne i załogowe systemy jak samoloty patrolowe powinny oddać pola platformom bezzałogowym i możliwie tańszym nawet za cenę pogorszenia osiągów i możliwości. Bezzałogowe platformy nawodne dają unikalną możliwość ciągłego monitorowania sytuacji pod powierzchnią wody. Obawa przed działaniem w trybie całkowicie autonomicznym powoduje konieczność możliwości ingerencji przez człowieka w określonych sytuacjach. Ilość wymienianej informacji a więc szerokość pasma będzie wpływała na wybór sposobu łączności. Na wodach terytorialnych do tego celu można wykorzystać Zautomatyzowany System Nadzoru Radarowego Morskiego Oddziału Straży Granicznej. Pomocne mogą być przekaźniki łączności również w formie UAV.
Rozpoznanie z powietrza oferuje szybkość dotarcia do celu i wielkość obszaru monitorowanego. Pierwszym miejscem dla rozpoznawczych UAV powinna być struktura Nabrzeżnego Dywizjonu Rakietowego, na rzecz którego prowadziłyby nie tylko rozpoznanie ale także identyfikację celu i ocenę skuteczności ataku.
Systemy podwodne oferują skrytość a więc mają zastosowanie w zbieraniu danych wywiadowczych blisko przeciwnika. Mogą również stawiać pojedyncze miny w miejscach trudno inaczej dostępnych. Trudności z łącznością zmuszają do większej autonomii takich systemów, są więc najtrudniejsze do realizacji ale dają z drugiej strony największe pole do popisu dla własnego zaplecza naukowo-badawczego.

Co jednak, jeśli systemy zawiodą albo nie spełnią oczekiwań czy po prostu nie zadziałają tak jak twórcy zakładali. Jest to naturalne w realnym świecie i chyba każdemu w domu „zawiesił” się komputer, chociaż nie powinien. Jednym ze sposobów jest dublowanie danego rozwiązania ale może to się okazać powielaniem tego samego błędu. Przykładowo zastępstwem dla baterii rakiet nadbrzeżnych jest w sposób naturalny lotnictwo szturmowe ale oba środki ataku mogą powielać problem złego rozpoznania. Innym rozwiązaniem alternatywnym jest obecność na miejscu okrętu uzbrojonego i kierowanego przez ludzi mogących oszacować sytuację i podjąć decyzję. Wychodzimy na przeciw wnioskowi trzeciemu, ale nie może to być okręt drogi bo byłby w sprzeczności z wnioskiem pierwszym. Niemniej otwiera to drogę do jakiejś formy rozwojowej Kormorana lub następcy Kaszuba, o czym dalej.

Wniosek trzeci przypomina nam, że jakakolwiek uzyskana przewaga asymetryczna będzie krótkotrwała co pcha nas w kierunku wzbogacenia arsenału o środki zarówno ofensywne jak i defensywne. Poczynając od tego co mamy czyli Kormorana, który poprzez swoją bezbronność nijak nie pasuje do koncepcji odmowy dostępu chociaż jest niezwykle wartościowym nabytkiem. Jego wersja rozwojowa oparta choćby o propozycje Remontowej mogłaby się wzbogacić o rozbudowane centrum dowodzenia dla kierowania nawodnymi USV do monitorowania sytuacji pod powierzchnią morza jak i elementy samoobrony. Najprostszym rozwiązaniem byłyby systemy obrony pasywnej, a w bardziej rozbudowanej wersji wsparte rakietami przeciwlotniczymi i przeciwrakietowymi krótkiego zasięgu. W końcu Umkhonto w marynarce fińskiej stanowi uzbrojenie ledwo 300 tonowych kutrów rakietowych.

Umkhonto ma zasięg 15km z widokami na 20km. I to na 300 tonowym okręcie> Cóż więcej potrzeba?

Ewolucja mogłaby jednak pójść jeszcze dalej jeślibyśmy dodali sonar holowany lub podkadłubowy do wykrywania okrętów podwodnych i zwiększyli prędkość okrętu. Wówczas Kormoran przekształca się bardziej w następcę Kaszuba. W zasadzie ta sama koncepcja tylko nigdy nie zrealizowana. SAAB ma propozycję 1.000 tonowego okrętu modułowego w swej odnowionej ofercie. Swego rodzaju kresem tej linii ewolucyjnej jest szwedzka korweta Visby, którą można zbudować ze stali co spowoduje wzrost wyporności ale ostatecznie okręt nie byłby wiele większy od oryginału. Alternatywą był Miecznik pozwalający na osłonę okrętów takich jak niszczyciele min ale program odłożono „na półkę”. Niemniej w dalszym ciągu można dodać Ślązakowi te same rakiety przeciwlotnicze i sonary co dla Kaszuba II. Zarówno Ślązak jak i Kaszub II byłby również lepszą platformą do stawiania min, gdyż po wycofaniu ze służby Lublinów nie ma na horyzoncie niczego zdolnego stawiać miny w liczbie większej niż kilka sztuk na raz.

Nowinki z Saab’a. Foto www.saab.com

W ostatecznym rozrachunku otrzymujemy flotę bardziej obrony wybrzeża niż odmowy dostępu ale o wiele bardziej elastyczną i użyteczną w czasach pokoju i kryzysu.

Sep 032016
 

Tytuł może budzić kontrowersje i słusznie, bo zaprasza do pójścia pod prąd i wbrew modzie. Dolewając oliwy do ognia zadajmy sobie pytanie o źródłosłów określenia anti-access/area denial. Obecnie termin używany powszechnie w literaturze anglosaskiej odnosi się głównie do Chin, ale czy jest odzwierciedleniem rzeczywistych intencji Chin czy raczej wyraża kłopot US Navy w swobodnym operowaniu wewnątrz pierwszego łańcucha wysp? Trzy wielkie przykłady historyczne dostępne do rozważań to Jeune Ecole we Francji z przełomu XIX i XX wieku, porewolucyjna Młoda Szkoła w Związku Radzieckim w latach 20-tych i współczesna realizacja aktywnej obrony Mao w Chinach. Mamy szczęście, bo US Naval War College Review w lecie 2015 roku opublikował artykuł Fighting The Naval Hegemon. Evolution in French, Soviet and Chinese Naval Thought, z którego nic tylko czerpać cytaty garściami.

Geografia nadaje strategii znaczenie. Bezpieczne od lądowej inwazji, Wielka Brytania i później Stany Zjednoczone wykorzystywały w szczególny sposób potęgę morską do pokonania swoich przeciwników. Oba kraje używały marynarkę wojenną do kontrolowania morskich szlaków komunikacyjnych i kluczowych przesmyków do wywierania bezpośredniej presji na wybrzeża wroga.

Alternatywna szkoła myśli wojenno-morskiej zakorzeniona w obronie wybrzeża podąża ścieżką asymetrycznych działań mających umożliwić słabszemu powalenie silniejszego.

Mahan i Corbett reprezentują dziedzictwo anglosaskiego myślenia oceanicznego, które wydaje się dla nas całkowicie abstrakcyjne i nie stosowalne. W końcu nie jesteśmy światowym hegemonem ani nasza flota królową mórz. Stąd pewnie część krytyki celującej we „flotę oceaniczną”. Z drugiej strony jest możliwe dołączenie się do takiej koalicji dobrej woli co miałoby pozytywny wpływ na nasze bezpieczeństwo narodowe, ale wyraźna niechęć do takiego podejścia wpycha nas do alternatywnej koncepcji obrony wybrzeża. Czy jednak rzeczywiście jest to alternatywa dla nas i czy istnieje tak zwana „trzecia droga”? Nawiasem mówiąc, Polska Marynarka Wojenna nie odegrała wielkiej roli w kampanii wrześniowej ale stała się członkiem takiej koalicji dobrej woli i walczyła dzielnie u boku Royal Navy przez cały okres wojny. Gdyby tak się nie stało to czym minister Macierewicz zapełniłby izby pamięci narodowej?

Przypadek Francji jest poniekąd wynikiem szybkiego rozwoju technologii w końcu XIX wieku i relatywnej słabości ekonomicznej w stosunku do Wielkiej Brytanii. Flota francuska za swojego głównego rywala uważała tradycyjnie Anglię stąd podwójny koncept wojny asymetrycznej. Zaatakować brutalnie handel morski by wstrząsnąć opinią publiczną w Wielkiej Brytanii i zmusić rząd do korzystnych dla Francji rozstrzygnięć oraz zorganizować obronę wybrzeża przed inwazją za pomocą nowej broni asymetrycznej czyli torpedy. Zarodek porażki Jeune Ecole tkwił w samych założeniach. Przegrana wojna z Prusami w 1870-71 zmieniła priorytety armii francuskiej i Niemcy zaczęły być głównym przeciwnikiem a jednocześnie postępowało zbliżenie z Wielką Brytanią. Flota skonstruowana do walki z handlem brytyjskim straciła rację bytu, z kolei obrona wybrzeża nie pozwalała Francji na interwencję w koloniach i obronę interesów poza Europą. Nie miała również wielkiego znaczenia w w ewentualnej wojnie z Niemcami. Koncepcja stworzona w czasach słabości ekonomicznej upadła gdy gospodarka mogła sobie pozwolić na budowę trzonu floty opartego o duże okręty pancerne. Technologia również obróciła się przeciwko Jeune Ecole – Lord Fisher wziął na serio zagrożenie torpedami i powstało specjalizowane narzędzie do zwalczania torpedowców – niszczyciel, chociaż lepiej w tym miejscu odwołać się do nazwy francuskiej a nie angielskiej – contre-torpilleur.

Cytowany artykuł podkreśla, że takie samo ekonomiczne podłoże legło u podstaw radzieckiej Młodej Szkoły. Był to czas po rewolucji październikowej i kraj był wyczerpany wojną. Komuniści ogłosili plan industrializacji (starsi czytelnicy mogą z rozrzewnieniem przypomnieć sobie czasy planów 5-letnich) a armia wymagała gwałtownie odbudowy. W rezultacie rola floty sprowadzała się do obrony morskiej flanki armii. Trochę później, w latach 30-tych Józef Stalin rozpoczął budowę floty oceanicznej, ale jak mówi inny cytat z artykułu:

Z jednej strony pancerniki były zupełnie nieprzystosowane do działań na płytkich wodach a z drugiej żadne plany się nie pojawiły, pokazujące jak te okręty miałyby operować na oceanach. Kuźniecow musiał przyznać po rozmowie ze Stalinem w końcu 1939-go, że „nie jest to całkiem jasne w mojej głowie dlaczego te okręty w ogóle są budowane”.

Marat w Gdyni. Niemcy wykorzystali lepiej swoje cięzkie okręty, ale mieli zupełnie inną pozycje na ladzie. Foto www.zerohedge.com

Marat w Gdyni. Niemcy wykorzystali lepiej swoje cięzkie okręty, ale mieli zupełnie inną pozycje na ladzie. Foto www.zerohedge.com

Historia powojenna rozwoju Floty Związku Radzieckiego to już trochę inna historia i bardziej przypominająca współczesny rozwój teorii morskich w Chinach. Przykład radziecki wskazuje na to, że zarówno narodziny jak i upadek Młodej Szkoły, oprócz ekonomii były przede wszystkim wynikiem promowanej ideologii. Wspólnym wątkiem z Jeune Ecole jest to, że w chwili gdy głównym przeciwnikiem jest potęga lądowa, z którą się ma wspólną granicę, marynarka wojenna zaczyna stawać przed egzystencjalnym pytaniem o sens bytu. Odwracając ten sam argument – ponieważ Jeune Ecole celowała w Wielką Brytanię oddzieloną od Francji wodą, przypadek Związku Radzieckiego jest dla nas bardziej ciekawy do analizowania bo tak nam mówi geografia.

Bardzo dobrze podsumowuje historię obu przypadków Młodej Szkoły Milan Vego w artykule On Littoral Warfare z US Naval War College Review z wiosny 2015:

Pomimo wspólnej nazwy, idee radzieckiej Młodej Szkoły nie pokrywały się z tymi z Jeune Ecole z lat 80-tych XIX wieku. Radziecka strategia była defensywna a nie ofensywna jak francuska. Obie szkoły stworzyły jednak teorie potencjalnie stosowalne do walki na wodach przybrzeżnych – lecz tylko biorąc pod uwagę przemijające czynniki narodowe niezwiązane z przedmiotem sprawy i bez prawdziwego zrozumienia wojny na morzu. Żadna ze szkół nie stworzyła koncepcji wystarczająco dostosowanej do działań na wodach przybrzeżnych, choć obie zajmowały znaczącą pozycję w swoich krajach przez wiele lat (a w przypadku Jeune Ecole również w Autro-Węgrzech). Obie szkoły zostały porzucone gdy sytuacja w ich macierzystych krajach uległa zmianie.

Chiny są uważane za kraj o najpotężniejszym systemie odmowy dostępu. Rakiety manewrujące i lotnictwo lądowe dalekiego zasięgu wspierane przez rakiety balistyczne DF-21 o zasięgu 1.000 mil morskich i uzupełnione przez okręty podwodne, miny oraz małe okręty rakietowe budzą respekt. Nawet jeśli wielu specjalistów i komentatorów powątpiewa w realną skuteczność rakiet DF-21 to USNavy bierze to zagrożenie całkiem na serio ogłaszając najpierw Air-Sea Battle a później Distributed Lethality. Czyż nie jest to raczej sukces i skąd pomysł przyklejania naklejki „porażka”? Chiny po wojnie stworzyły obronę wybrzeża z zewnątrz całkiem podobną do radzieckiej ale wypływającą z innych pobudek i założeń. Było to rozciągnięcie na morski kierunek teorii i praktyki wojny partyzanckiej w wykonaniu Mao Tse Tunga. Po pierwszych sukcesach w latach 50-tych walki z Kuomintangiem (dzisiejszy Taiwan) PLAN weszła w okres stagnacji. Zmiana nadeszła w początku lat 80-tych i PLAN z obrony wybrzeża przeszedł koncepcyjnie do „obrony przylegających mórz”. To zmieniło doktrynę na o wiele bardziej ofensywną i jednocześnie bardzo rozszerzyło obszar geograficzny działań. Zmienił się także status ekonomiczny Chin a z nim przyszło uzależnienie od handlu morskiego i kluczowych cieśnin morskich. Tak więc zamiast mówić o odmowie dostępu powinniśmy mówić o klasycznej kontroli morza czy panowaniu na morzu. Porażka koncepcji A2/AD w tym przypadku polega na staniu się ofiarą własnego sukcesu. Już nie chodzi o obronę przed inwazją ale o panowanie na obszarach, na których Chiny mogą prowadzić politykę i wywierać swój wpływ. Pierwszy w służbie lotniskowiec nie jest narzędziem do odmowy dostępu tylko do kontroli morza. Jest także znakiem postępującej dalej zmiany doktrynalnej. Nie bez powodu pojawiają się publikacje o studiowaniu przez chińczyków Mahana, o drugim a nie pierwszym łańcuchu wysp i nie bez powodu okręty PLAN pojawiają się u wybrzeży Afryki a nawet na Morzu Śródziemnym.

PLAN. Czy to wygląda na flotę obrony wybrzeża? Foto www.navalmarinearchive.com

PLAN. Czy to wygląda na flotę obrony wybrzeża? Foto www.navalmarinearchive.com

Jeśliby jakiś system A2/AD miał zasięg globalny to nie możemy już mówić o odmowie dostępu tylko mówimy o panowaniu na morzu. To, jak takie panowanie wykorzystamy i do czego, mówią nam teoretycy jak Mahan i Corbett. Wracamy więc do klasyków. Jeśli intencją czy sensem istnienia floty jest obrona przed inwazją to możemy używać słów jak „odmowa dostępu”. Jeśli celem jest prawo przejścia morzem, co według Corbetta jest podstawowym sensem posiadania floty to mówimy o kontroli morza. Jeżeli natomiast planujemy desanty taktyczne, wsparcie wojsk na lądzie, ewakuacje czy zapatrzenie drogą morską to mówimy o osłonie morskiej flanki wojsk. We wszystkich przypadkach rolę kluczową odgrywa kontrola morza. Jeśli ją posiadamy, możemy ją wykorzystywać do wszystkich wspomnianych celów. Jeśli jej nie posiadamy to zawsze pozostają rajdy i niepozwalanie przeciwnikowi na wykorzystanie przewagi na morzu przez niego. Innymi słowy strona słabsza zawsze może utrzymywać stan nierozstrzygniętego panowania na morzu.

Jeżeli więc mamy awersję do koncepcji oceanicznych, w których możemy uczestniczyć głównie jako sojusznik a z drugiej strony doktryna odmowy dostępu wydaje się być ślepą uliczką, to mamy do rozpatrzenia dwie alternatywy – albo przemyślimy swoją awersję do współpracy na oceanach albo zaczniemy rozmawiać o flocie przybrzeżnej, ale nie obrony wybrzeża.

Powyższy tekst nie jest argumentem ani za ani przeciw korwetom czy fregatom. Niemniej mówiąc o walce na Bałtyku lub otwartym oceanie warto mieć świadomość pewnych implikacji technologicznych powodujących, że coś co jest uważane za dogmat na wodach otwartego oceanu na wodach morza zamkniętego może nie mieć takiego znaczenia i na odwrót. Łatwo zapominamy, że technologia i taktyka są w interakcji. Mając daną doktrynę i taktykę szukamy sprzętu najlepiej realizującego znane nam koncepcje taktyczne. To samo jednak dotyczy odwrotnej relacji – rozwój technologii prowadzi do rozwoju taktyki, wystarczy wspomnieć samolot, radar czy okręt podwodny. Wspomniany artykuł Milana Vego zawiera wiele ostrzeżeń przed nadmiernym zaufaniem do technologii i o jej ograniczeniach rzadko się mówi. A ponieważ dotyczy to osiągów kluczowych dla okrętu systemów, ci co wiedzą – milczą. Przykładową ciekawostką jest informacja, że torpedy ASW jak Mk 46 Mod5A odpalane z okrętu nawodnego potrzebują co najmniej 148 stóp głębokości, czyli tyle ile średnia głębokość Bałtyku.

To nas prowadzi do innego, gorąco dyskutowanego tematu czyli obrony przeciwlotniczej okrętów i zespołów okrętów. Ponownie fascynacja technologią zakrywa przed nami fakt, że jest ona związana z konkretnymi sytuacjami taktycznymi. Króciutka historia obrony plot US Navy może służyć jako ilustracja. Dla uproszczenia zacznijmy od pojawienia się Standard Missile zastępujących starą triadę Talos, Terrier, Tartar. Systemem kierowania ognia był Tartar D a półaktywnie sterowane rakiety wymagały podświetlania celu przez cały czas lotu. Problemem były bombowce rosyjskie Badger i Backfire odpalające salwy rakiet z dalekiego dystansu w tak zwanej G-I-UK Gap czyli przestrzeni na Atlantyku pomiędzy Grenlandią, Islandią a UK. Rozwiązaniem była obrona strefowa (layered defence w odróżnieniu od area defence, które u nas jest tłumaczone tak samo a znaczy chyba coś innego). Dominującą doktryną była „Outer Air Battle” a głównym narzędziem lotniskowce z bazującymi na ich pokładach myśliwcami Tomcat uzbrojonymi w rakiety dalekiego zasięgu Phoenix. Tylko lotnictwo pokładowe dawało szansę na przechwycenie bombowców zanim odpalą swoje rakiety. Te, które nie zostały przechwycone zwane „leakers” były celem obrony na okrętach nawodnych. Ponieważ atakujących rakiet mogło być wciąż dużo, jednokanałowy system Tartar D był łatwy do nasycenia. Ważnym celem były również samoloty wskazujące bombowcom cel, tak zwane „pathfinder”. Jon Salomon w swojej pracy na temat walki z rajdami rosyjskich bombowców „Deception and the Backfire Bomber” pisze, że pomimo radarowych systemów na orbicie rosyjscy piloci największe zaufanie mieli do wizualnej identyfikacji celu przez samoloty Bear. Musiały się one więc znaleźć w zasięgu rakiet przeciwlotniczych na okrętach i tu liczył się zasięg rakiet. Rozwiązanie dla obu problemów przyszło w postaci New Threat Upgrade. Standard Missile wyposażono w autopilota i nawigację bezwładnościową co pozwoliło na zastosowanie nawigacji proporcjonalnej i oświetlanie celu tylko w końcowej fazie lotu. Nawigacja proporcjonalna kieruje pocisk raczej w punkt przewidywanej pozycji celu a nie aktualnej co pozwala na znacznie efektywniejszą trajektorię lotu, stąd większy zasięg bez modernizacji rakiety. Oświetlenie celu w końcowej fazie rozwiązało albo raczej poprawiło możliwości zwalczania ataków saturacyjnych, bo NTU mógł naprowadzać kilka rakiet jednocześnie. Obrona strefowa miała wciąż dużą głębokość.

Aby pokonać rajd rosyjskich bombowców, takie okręty z NTU musiałyby się mnożyć jak króliki.

Aby pokonać rajd rosyjskich bombowców, takie okręty z NTU musiałyby się mnożyć jak króliki.

System Aegis, który jest spadkobiercą projektu Typhoon był opracowywany równolegle i wszedł do służby w podobnym czasie. Miał znacznie lepsze możliwości ale wymagał dedykowanej platformy stąd równoległe wprowadzenie do służby obu systemów. NTU było krytyczne dla posiadanej olbrzymiej floty Tartar. Znaczenie Aegis wzrosło gwałtownie z zakończeniem zimnej wojny. Norman Friedman tak pisze w marcowym numerze Proceedings z 2004 roku:

Wraz z końcem zimnej wojny założenia zmieniły się radykalnie. Okręty operowałyby prawdopodobnie bliżej lądu. Przeciwnik posługiwałby się relatywnie małą liczbą rakiet przeciwokrętowych ale odpalanych ze znacznie krótszego zasięgu. Nacisk przeniósł się na czas reakcji systemu, co z kolei zależało częściowo od tego jak szybko można odpalać rakiety.

New Threat Upgrade wykorzystywał informacje z radarów poprzedniej generacji nie posiadających tak precyzyjnej informacji jak SPY-1 i musiał poświęcić znacznie więcej czasu na ustalenie trajektorii celu i naprowadzenie radarów kierowania ogniem. Nie nadawał się dobrze do walki na krótkich dystansach. Sprawę pogarszały też rakiety przeciwokrętowe odpalane z okrętów podwodnych. Zamiast wczesnego ostrzegania walka zaczynała się potencjalnie w ramach 15 milowego zasięgu radarowego dla celów lecących nisko nad wodą.
Kilka słów o NTU – jednym z głównych elementów był procesor SYS-2 służący do automatycznego tworzenia trajektorii lotu celów na podstawie informacji ze wszystkich posiadanych przez okręt radarów i sensorów. Radary pracują w różnych pasmach, mają inną częstotliwość odświeżania itd. Każdy radar może okresowo gubić cel z pola widzenia i trajektoria celu się urywa, jednak sumaryczna informacja z kilku sensorów ma znacznie większe szanse na utrzymanie trajektorii celu wystarczająco dokładnej do naprowadzania rakiet. Historia o tyle ciekawa, że się powtarza. O ile SPY-1 był olbrzymim postępem w porównaniu do SPS-48 to i tak nie był idealny i wciąż raportowano zaskakująco dużo „leakers” czyli niewykrytych atakujących celów. Ponownie więc sięgnięto do tej samej idei integracji sensorów, tyle że na skalę zespołu okrętów a nie pojedynczej platformy. W ten sposób powstało Cooperative Engagement Capability co było o tyle prostsze, że oba systemy stworzył ten sam ośrodek. Kolejnym krokiem jest Naval Integrated Fire Control – Counter Air (NIFCA-CA), który umożliwia realizacje starego pomysłu rakiet przeciwlotniczych Surface Launched Air Targeted (odpalanych z powierzchni morza ale kierowanych z powietrza). Obecnym urzeczywistnieniem idei jest kombinacja CEC, VLS, SM-6 i E-2D.

Wniosek jest taki, że technologia nie istnieje sama dla siebie tylko oferuje rozwiązania dla konkretnego scenariusza. Jeśli naszym scenariuszem jest walka na zamkniętym morzu lub wodach przybrzeżnych, wówczas nie powinniśmy chyba odrzucać rady Milana Vego:

Ryzyko działania okrętów o wysokich możliwościach ale drogich przewyższa potencjalne korzyści. Okręt nawodny operujący na zamkniętych wodach nie powinien być może przekraczać 1.200 – 1.500 ton. Wspólnymi cechami dla wszystkich okrętów zoptymalizowanych do działań na wodach przybrzeżnych są mała wielkość, umiarkowanie duża prędkość, małe zanurzenie, wysoka manewrowość, umiarkowany zasięg i niskie sygnatury (radarowa, termiczna, akustyczna i magnetyczna).

Ze względu na bezpośredni styk wszystkich fizycznych środowisk, w których rodzaje sił zbrojnych działają, główne operacje w strefach nadbrzeżnych prowadzone indywidualnie przez jeden rodzaj sił zbrojnych będą rzadkością.

Obrona strefowa w strefie nadbrzeżnej oznacza atakowanie nosicieli rakiet tak samo jak w Outer Air Battle z czasów zimnej wojny. Tyle, że nosiciele będą w znacznej mierze umieszczeni na lądzie. Tak więc odpowiednia wydaje się być kombinacja dużej siły ofensywnej i obrony powietrznej ograniczonej do mniej więcej 15 nm. Łączność i rozpoznanie będą kluczowe, bo mniej ważne są środki napadu od umiejętności wskazania właściwego celu. Backfire dawał zasięg ale kluczowym elementem był „pathfinder”.

Z drugiej strony jeśli naszym scenariuszem będzie współdziałanie z sojusznikami na wodach oceanu, to mamy wybór specjalizacji bo okręty stają się coraz droższe. Albo zdecydujemy się na wariant ASW albo AAW ale wówczas najprawdopodobniej coś na wzór CEC będzie standardowym wymogiem. A gdyby nam przyszło do głowy tak wyposażone okręty budować w kraju niech przestrogą będzie dla nas ambitna flota Stalina, której tylko mały fragment został zbudowany w oparciu o zagraniczne technologie i projekty napotykając niekończące się przeszkody technologiczne.

Jul 262016
 

Wypowiedź kandydata na Prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa na temat NATO jest dolaniem oliwy do ognia naszych rodzimych dyskusji o wartości sojuszy i zdolności do samodzielnej obrony przed Rosją. Teoretycznie rzecz biorąc powinniśmy jeszcze raz przeglądnąć dostępne opcje i zastanowić się nad kierunkiem modernizacji Marynarki Wojennej. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie nowe decyzje MON-u w sprawie kto może stawać do przetargu na zamówienia dla wojska. Odpowiedź jest prosta i kładące na łopatki wszelkie pomysły modernizacyjne – tylko spółki Skarbu Państwa z wyłączeniem podmiotów polskich, ale nie kontrolowanych przez Państwo. Zamiast próbować kontrargumentować chyba lepiej stwierdzić, że taka decyzja zwalnia nas z obowiązku racjonalnego myślenia, co otwiera drogę do swobodnych i fantazyjnych dyskusji na temat „co by było gdyby było”.
Dzisiaj próba wskazania na kilka wątków w zasadzie starych, ale w otoczce próby klasyfikacji flot. Chodzi o odpowiedź na stare pytanie Samuela Huntingtona w kontekście paru nowinek technologicznych. Dla przypomnienia pytanie brzmiało:

Jaką funkcję (flota) spełnia, taką że zobowiązuje społeczeństwo do utrzymywania floty?

Odpowiedź autora zawierała się w trzech zdaniach i niejako na boku oferowała diagnozę ówczesnego stanu US Navy i naszej Marynarki Wojennej obecnie:

Fundamentem sił zbrojnych jest ich przeznaczenie lub rola w implementowaniu strategii Państwa. Definicję tej roli możemy nazwać koncepcją strategiczną danego rodzaju sił zbrojnych. Zasadniczo, ten koncept jest określeniem jak, kiedy i gdzie siły zbrojne zamierzają chronić naród przed pewnymi niebezpieczeństwami dla swojego bezpieczeństwa. Jeśli dany rodzaj sił zbrojnych nie posiada takiej koncepcji, wówczas staje się organizacją bez celu, miota się się pomiędzy różnymi sprzecznymi celami i ostatecznie podlega fizycznej i moralnej degeneracji.

Jeśliby pewnym teoretycznym funkcjom flot „przykleić łatkę” znajdującą zrozumienie wśród polityków i w społeczeństwie, to warto podjąć próbę nawet jeśli marynarze i fachowcy będą się zżymać. Poniższa lista i telegraficzny opis pokazują gdzie mamy olbrzymie pole do pracy koncepcyjnej i gdzie polski przemysł (cały a nie państwowy) mógłby wnieść rzeczywisty wkład w bezpieczeństwo narodowe państwa:

  • flota kontroli morza – koncept obejmujący funkcję „prawa do przejścia morzem” jak określał to Sir Julian Corbett czyli podstawowa funkcja każdej marynarki wojennej świata. Jest to pojęcie bardzo szerokie i stanowiące chyba jedno z większych wyzwań strategicznych dla nas. Przede wszystkim wszelkie teorie na ten temat dotyczyły flot oceanicznych. Dla nas pytaniem byłoby co to znaczy kontrola morza czy panowanie na morzu w warunkach morza zamkniętego, gdzie duży wpływ na bieg wydarzeń będą miały instalacje lądowe oraz jak owa kontrola morza wpływa na bezpieczeństwo Państwa. Wkraczamy na terytorium otwartego konfliktu lub wojny i dopóki nie określimy jak mamy zamiar wymuszać na przeciwniku owo „prawo do przejścia morzem” dopóty nie będziemy w stanie określić potrzebnej struktury floty. Koncept jest tak pojemny a zagrożenia na zamkniętym akwenie wód przybrzeżnych tak różnorodne, że całość staje się niestabilna i rozwiązanie może prowadzić do „niezwyciężonych super pancerników” jak i całkowitego zanegowania możliwości realizacji funkcji.
  • flota sojusznicza – maksymalizuje nasz udział w sojuszach, a w szczególności stałych zespołach NATO. Definicja jest jasna chociaż koncepcja zakłada pośredni wkład w bezpieczeństwo narodowe. Premiuje likwidację zagrożeń w zarodku jak najdalej od naszych granic. Dobrym przykładem jest problem imigracji, jeszcze nie tak dawno całkowicie w Polsce lekceważony a obecnie wywracający rządy krajów i rozsadzający Unię Europejską. A właściwie rok temu na prośbę Włochów wystarczyłoby posłać okręt patrolowy Czapla, gdyby oczywiście istniał. Dzisiaj wysyłamy fregatę, która szczęśliwie dla nas jeszcze istnieje i pływa, w sytuacji gdy jest mocno za późno i nikt nie kontroluje przebiegu wydarzeń. Takich punktów zapalnych jest wokół Europy kilka i dalej je ignorujemy skoncentrowani na „obronie reduty Ordona” na własnym terytorium.
    Do realizacji takiej roli potrzeba w zasadzie odtworzenia marynarki wojennej w obecnej strukturze – para fregat, trzy planowane Kormorany plus okręty zaopatrzeniowe. Ten koncept od lat nie jest w stanie się przebić do szerszej świadomości klasy rządzących.
  • flota projekcji siły – pozwala na ograniczony desant lub transport połączonych sił zbrojnych niekoniecznie w celach ekspedycyjnych lecz również w ramach paragrafu 5-go na obszarze Bałtyku a nawet samej Polski (ze Świnoujścia do Gdyni – to tak dla prowokacji). Jest to koncepcja wykraczająca poza NATO. Może dotyczyć operacji pod egidą UE lub ONZ a nawet samodzielnych operacji Polski np. w sytuacji pomocy humanitarnej lub uzgodnień dwustronnych. Plusem jest współpraca różnych rodzajów sił zbrojnych pod warunkiem, że te inne rodzaje sił zbrojnych dostrzegą szansę we współpracy z marynarką. Koncepcja ambitna lecz potencjalnie realna. Wzorem może być niewielka flota Nowej Zelandii. Trzonem floty byłby Marlin wraz z okrętami eskorty. Ponieważ byłaby to nowa rzecz dla naszych tradycji, mądrze by było zacząć od średniej wielkości okrętu transportowego i wsparcia a nie od dużego okrętu desantowego jak Mistral, na który nie byłoby kogo i czego zaokrętować. Na bok należałoby odłożyć nasze własne deklaracje dla NATO o zdolności transportowania brygady na odległość tysięcy kilometrów. Lepsze mniejsze zdolności ale realne niż nic nie warte obietnice. Założenia dla Marlina należałoby wyrzucić do kosza i zastanowić się co realnie jest możliwe i ma sens. Byłby to zaczyn do zmian doktrynalnych i czas na eksperymentowanie wspólnie z wojskami lądowymi. Jak na razie łatka „ekspedycyjności” skutecznie dusi koncept w zarodku.
  • flota dyplomatyczna – wspiera realizacje i ochronę interesów Państwa na obszarach morskich w zakresie zainteresowania. Może być realizowana przez jedną z wyżej wymienionych „flot”, ale równie dobrze może być realizowana przez Czaple czy Mieczniki. Jest jednak trudny warunek do spełnienia – trzeba być świadomym własnych interesów a z tym u nas krucho i to od stuleci. Taka flota podkreśla konflikt interesów pomiędzy MON-em i Ministerstwem Spraw Zagranicznych, bo pierwszy byłby płatnikiem a drugi użytkownikiem. Ponadto MSW tradycyjnie nie widzi floty jako narzędzia realizacji polityki zagranicznej. Wkład takiej floty w bezpieczeństwo narodowe byłby zależny od tego na ile realizowane cele polityki zagranicznej byłby związane z bezpieczeństwem kraju. Związek może być zbyt zawiły i mało czytelny a więc łatwy do zanegowania w bataliach budżetowych.
  • flota obrony wybrzeża lub odmowy dostępu – teoretycznie rozumie się samo przez się. Flota broni terytorium kraju i wód pod jego jurysdykcją przed zagrożeniami „z kierunku morza”. Pierwsza próba wgłębienia się w temat jakie to mają być zagrożenia i jak przed nimi się bronić prowadzi do dylematów. Jeżeli nie ograniczymy się do realizacji celów wyłącznie negatywnych a więc do blokowania ruchów przeciwnika ale będziemy również chcieli realizować swoje własne cele jak prawo przejścia morzem to czym to się różni od kontroli morza? Jeżeli zaś skupimy się wyłącznie na przeciwniku i postawie czysto defensywnej to dojdzie do dalszej redukcji floty w postaci floty fortecznej (patrz poniżej). Koncept A2/AD jest obecnie popularny, żeby nie powiedzieć modny i dobrze by było zastanowić się na ile jest on rzeczywistą innowacją w teorii wojny morskiej a na ile wyrazem amerykańskiego punktu widzenia problemów taktycznych czy operacyjnych w Zatoce Perskiej lub na Morzu Południowochińskim. W samych Stanach Zjednoczonych próba naukowej analizy zjawiska przez Sama Tangredi w „Anti-Access Warfare: Countering A2/AD Strategies” wskazuje, że nie spełniamy podstawowego warunku strategii A2/AD to znaczy rozdzielenia przeciwników dużym obszarem morza. Po pozytywnej stronie walka na wodach przybrzeżnych jest zwykle bardzo dynamiczna i zróżnicowana i daje wiele możliwości do działania. Z dostępnej literatury na temat można polecić Milana Vego „Naval Strategy and Operations in Narrow Seas” oraz oczywiście, Wayne Hughes „Fleet Tactics and Coastal Combat”.
    W realizacji postawy defensywnej ciekawym wątkiem dla nas mogłaby być współpraca z armią na nadmorskiej flance działań. Natomiast dla realizacji celów pozytywnych wiele wnosi wpis na blogu USNI  “Mesh Networks in Littoral Operations”. Mamy do czynienia z ożenkiem poglądów Wayne Hughes’a na roje niewielkich okrętów ofensywnych z walką w przestrzeni cybernetycznej o dominację w zakresie C2. Jednoczesna realizacja cyklu decyzyjnego Rozpoznaj, Decyduj, Działaj w przestrzeni fizycznej i cybernetycznej pozwala na ukrycie działań przed okiem przeciwnika i uzyskanie efektu zaskoczenia. Wszystko podporządkowane zasadzie „zaatakuj przeciwnika zanim on ciebie zaatakuje”. W podsumowaniu znajdujemy zdania będące syntezą problemu walki na wodach przybrzeżnych i mogące mieć wpływ na nasze poglądy co do zdolności bojowych naszych okrętów:

Obrona okrętów (na wodach przybrzeżnych) jest znacznie trudniejsza niż na otwartych wodach gdzie głębokość w obronie jest możliwa …

Proponujemy Marynarce zmienić obszar zainteresowania z projekcji siły z bezpiecznych sanktuariów na morzu na nowe i inne operacje ofensywne zmuszające przeciwnika do obrony własnych okrętów i statków handlowych przed naszymi atakami z zaskoczenia.

Dwa okręty specjalnie zaprojektowane do walki przybrzeżnej. Który wybieramy?

Dwa okręty specjalnie zaprojektowane do walki przybrzeżnej. Który wybieramy?

Akcent przesuwa się coraz bardziej z „hardware’u” na „software” i podejmowanie decyzji czyli na kapitał intelektualny. Tu bym upatrywał szansy dla polskich firm ale z pewnością nie państwowych. Innowacja i biurokracja czy hierarchiczność nie idą w parze.

  • flota forteczna – zredukowana do obrony określonych obszarów z wykorzystaniem systemów i instalacji lądowych. Zakłada stworzenie teoretycznie bezpiecznego sanktuarium na lądzie, skąd scentralizowany system dowodzi i dysponuje zasobami na lądzie, w powietrzu, na morzu pod wodą oraz w przestrzeni informacyjnej i elektromagnetycznej. Okręty prawdopodobnie w postaci „drobnoustrojów” stają się tylko częścią całego systemu i niekoniecznie główną. Tutaj upatrywałbym ewentualne miejsce dla okrętów podwodnych (bez rakiet manewrujących). Koncept wywołujący być może największy sprzeciw wewnętrzny wśród marynarzy ale jednocześnie mający pewne zalety. Łatwo się bowiem łączy z którąkolwiek powyższą wersją „floty” i jest lekiem na nasze strachy.
czy tak będzie wyglądała flota forteczna?

czy tak będzie wyglądała flota forteczna?

Jest oczywiste, że wspomniane „floty” reprezentują funkcje wzajemnie się uzupełniające czy wręcz zamienne do pewnego stopnia. Chodziło o podkreślenie roli dominującej a nie precyzyjną definicję. Jest także możliwe wymieszanie ról. Przykładowo wiele sensu miałoby prawdopodobnie połączenie floty „sojuszniczej” z „forteczną” gdyż pierwsza jest mocno osadzona w bieżącej praktyce a druga, jak wspomniano odpowiada na zapotrzebowania ideologiczne. Pewne wybory dotyczące okrętów mogą dodatkowo zacierać granice pomiędzy „flotami”. Artykuł na blogu USNI mówi o sieci LCS-ów działających w ramach operacji przybrzeżnych, niemniej wielkość okrętu i jego moduł ASW pozwala LCS zmienić w eskortową fregatę zdolną do operacji w stałych zespołach NATO lub do osłony Marlina.

Cokolwiek teraz sobie poopowiadamy na blogu czy w fachowych pismach i tak na razie będzie to oderwane od rzeczywistości, która wygląda coraz bardziej ponuro. Gdyby zrealizować flotę według obecnych trendów i poglądów politycznych, to prawdopodobnie mielibyśmy do czynienia z morską odmianą OT czyli „żywymi torpedami” Kaiten a liczba ochotników byłaby miarą patriotyzmu narodu. Przepraszam za tę szczyptę cynizmu.

Feb 242016
 

Barier dla rozwoju marynarki wojennej w Polsce jest wiele. Niemniej jednak im bardziej drąży się temat, tym bardziej jest widoczne, że źródło leży w mentalności i postawach ludzi. Zarówno rządzących i tych, w których rękach leżą kluczowe decyzje. Mamy problemy technologiczne i przemysłowe? Zwróćmy się o asystę do partnerów zagranicznych. Nie mamy koncepcji? To ją opracujmy. Brak nam pieniędzy? Zbudujmy mniej lub podzielmy projekt na etapy. Zamiast tego próbujemy rozwiązać zadanie kwadratury koła.

Pierwszym naszym problemem jest skupienie uwagi na wojnie obronnej z Rosją. Nasz wielki sąsiad coraz bardziej jest postrzegany w kategoriach zagrożenia dla naszej suwerenności, tylko nie wiadomo dlaczego mamy ją utracić wyłącznie poprzez działania militarne a nie inne. Masowa emigracja młodych ludzi czy izolowanie się od Europy są równie niebezpieczne i o wiele bardziej realne. Pamiętajmy również o klasykach teorii wojny. Carl von Clausewitz nie mówił, że przeciwnika trzeba zniszczyć czy okupować jego terytorium, tylko przekonać do poddania się naszej woli. Jeżeli jednak już rozważamy problem militarny, to należałoby sobie postawić cele możliwe do osiągnięcia. Tak mówi każdy podręcznik zarządzania o sztuce stawiania celów. Świetnym komentarzem do takiej dyskusji jest artykuł The Dangers of Drawing Strategic Inference from Tactical Analogy na stronie The Bridge. Autor analizuje wynik wojny zimowej pomiędzy Finlandią a ZSRR na przełomie 1939 i 1940 roku. Przypadek powinien być nam bliski ze względu na oczywiste analogie. Krytyka planu obrony Finów zawiera się w dwóch zdaniach:

Finowie mieli ograniczone wsparcie artylerii, brak czołgów i braki w amunicji – nie było żadnej możliwości zorganizowanie skutecznej konwencjonalnej obrony przed radzieckim olbrzymem. Finowie nie wykorzystali również potencjału marynarki, który mógł się okazać decydujący w przesmyku Karelskim co było wynikiem braku połączonego planowania sił zbrojnych i skoncentrowania uwagi na obronie przed siłą Rosjan.

Być może Finowie zachowali niepodległość dzięki ograniczonemu celowi Rosjan w Wojnie Zimowej

Być może Finowie zachowali niepodległość dzięki ograniczonemu celowi Rosjan w Wojnie Zimowej. Foto wikimedia.org

Popatrzmy na naszą historię bardzo szeroko i ogólnie. W ciągu ostatnich 250 lat uzyskaliśmy niepodległość dwukrotnie. Ponadto mamy przypadek Księstwa Warszawskiego, zbudowanego przez Napoleona na ziemiach pruskiego zaboru. Dwa przypadki 1918 i 1989 roku zaistniały w chwilach poważnego osłabienia czy wręcz kryzysu w Rosji a nie dzięki naszej sile militarnej. To nie znaczy wcale, że nie mamy mieć siły militarnej tylko że powinniśmy sobie odpowiedzieć na pytanie do czego ta siła będzie zdolna a do czego nie. W tym świetle koncepcja poprzedniej ekipy stawiająca na zwalczanie zagrożeń asymetrycznych czy trudnych do akceptacji dla sojuszników ma o wiele więcej sensu niż obrona terytorialna. Można co prawda argumentować, że w Wojnie Zimowej obie strony wygrały na poziomie strategicznym, bo Związek Radziecki uzyskał głębokość obrony Leningradu a Finlandia utrzymała niezależność kosztem znacznej części terytorium. To jest jednak tyko część prawdy bo Rosjanie mieli ograniczony cel, który został osiągnięty.

Drugie zdanie powyższego cytatu wiedzie nas bezpośrednio do pytania o sens istnienia marynarki wojennej. Jest oczywiste, że w sytuacji otwartego konfliktu zbrojnego z sąsiadem mającym z nami granice lądową, marynarka wojenna będzie ogrywała rolę pomocniczą. Z drugiej strony bije w oczy brak koncepcji użycia tego narzędzia dla osiągnięcia korzyści w kampanii na lądzie. Wygląda to na typową chorobę potęg kontynentalnych, tylko my nie jesteśmy potęgą i nie stać nas na „chorowanie”. Mówimy więc o potrzebie istnienia floty nawet jeśli zignorujemy jej użyteczność w czasie pokoju czy kryzysu.

Jako drugą postawę mającą negatywny wpływ na przyszłość marynarki wojennej należałoby wymienić defensywne nastawienie. Przejawia się w wieloraki sposób. Poprzez zaniżanie własnych zdolności przy jednoczesnym zawyżaniu możliwości przeciwnika lub przekonaniu o niezdolności przetrwania okrętów nawodnych na zamkniętych obszarach wodnych Bałtyku. Pomijając współczesną terminologię czy raczej retorykę mówimy o starym stwierdzeniu Horatio Nelsona – A ship’s a fool to fight a fort. Okręt na morzu jest celem punktowym i w czasach Nelsona był w zasięgu wzroku, więc lądowy cel powierzchniowy w postaci ukrytej baterii fortecznej był trudniejszy do zniszczenia niż okręt. O ile zatopienie okrętu eliminowało wszystkie jego armaty o tyle na lądzie wymagało to eliminacji kolejno wszystkich dział. Dzisiaj prowadzi się walkę poza horyzontem i kluczem jest rozpoznanie. NDR jest w obecnych czasach tak samo wrażliwy jak okręt bo też jest celem punktowym. Zniszczenie wozu łączności eliminuje NDR z walki. Wyobraźmy sobie walkę w warunkach „ciszy” elektromagnetycznej, wybranej świadomie lub wymuszonej przez taktykę lub ataki cybernetyczne. Skąd wiemy, że tam na morzu jest okręt? W Polsce mamy trzy bazy lotnictwa myśliwskiego o stałej pozycji. Nie trzeba ich szukać jak okrętów na morzu. Na dokładkę bez skutecznej obrony przeciwlotniczej. Nikt jednak nie postuluje pozbycia się lotnictwa ze względu na wrażliwość jego baz na atak, jak to próbuje się robić z okrętami nawodnymi. Podobnie jak okręty na Bałtyku Południowym znajdują się w zasięgu środków ataku z powietrza, tak samo lotnictwo będzie musiało działać w strefie obrony przeciwlotniczej z Obwodu Kaliningradzkiego. Podobno 1/3 terytorium Polski jest w zasięgu rakiet przeciwlotniczym tam stacjonujących.

Czy jest jakaś rada na taki stan rzeczy? Dla US Navy odpowiedzią jest ogłoszony w 2015 roku koncept „Distributed lethality”, co można by niezgrabnie przetłumaczyć jako rozproszoną siłę ognia. Na blogu CIMSEC trwa właśnie tydzień poświęcony tej tematyce i poniższe cytaty pochodzą z artykułów z ostatnich dni. Zacznijmy od swego rodzaju motto. Matthew Hipple pisze w ten sposób o defensywnym nastawieniu umysłu:

Najlepszą obroną jest nie mieć obsesji na punkcie obrony.

Idea polega na stworzeniu grup okrętowych (SAG – Surface Action Groups) działających w rozproszeniu na obszarze będącym w zasięgu systemów odmowy dostępu przeciwnika. Poprzez sam fakt istnienia kilku takich grup manewrujących na danym akwenie komplikuje się przeciwnikowi problem rozpoznania, identyfikacji i namierzania wywierając jednocześnie silną presją czasową, gdyż w wymianie rakietowej wciąż dominuje zasada kto pierwszy, ten lepszy. Pojawia się problem alokacji zasobów, czyli głównie rozpoznania i środków ogniowych. Jeśli mamy przed sobą jeden cel rozpoznany jako korweta, to salwa dajmy 4-6 rakiet wystarczy. Jeśli mamy dwa zespoły korwet, to potrzeba więcej środków rozpoznania i dwa razy więcej rakiet. Powstaje również pytanie co do kolejności atakowania. Dobrą ilustracją do pobudzenia wyobraźni jest Bitwa o Midway, gdyż początki lotnictwa okrętowego miały podobne cechy jak walka na rakiety:

  • kluczowe znaczenie rozpoznania, czyli gdzie wysłać samoloty
  • Pulsacyjny charakter ataku – samoloty atakują w falach i następny atak jest możliwy po powrocie na pokład i uzupełnieniu paliwa oraz amunicji
  • przewaga ataku nad obroną, czyli łatwość nasycenia obrony
W jednym ataku Amerykanie zniwelowali przewagę Japończyków. Foto www.worldwar2collections.com

W jednym ataku Amerykanie zniwelowali przewagę Japończyków. Foto www.worldwar2collections.com

Podstawy taktyczne doktryny w telegraficznym i chwytliwym skrócie przedstawia inny autor – Jeffrey E. Kline, CAPT, USN:

Out think the enemy
Out scout the enemy
Out shoot the enemy

Czyli przechytrz przeciwnika, odnajdź go pierwszy i pierwszy zaatakuj z jak największej odległości. Tu następuje zderzenie defensywnej postawy w powyższymi postulatami. Zakładamy bowiem z góry przewagę Rosjan, ale czy naprawdę a priori jesteśmy głupsi? I czy naprawdę nie możemy mieć porównywalnego rozpoznania? I czy przewaga w sile ognia nie jest niwelowana przez fakt, kto pierwszy atakuje. Powróćmy do Midway. Japończycy mieli przewagę ale później wykryli przeciwnika i mieli problem co atakować – Midway czy lotniskowce podzielone na dwie grupy. Tak więc koncept nie jest bynajmniej nowy i daje szanse słabszej stronie. Czy nie pozostaje więc na koniec kwestia zwykłej woli? Tkwimy w chocholim tańcu plastycznie opisanym przez Wyspiańskiego – „panowie duża by juz mogli mieć ino oni nie chcą chcieć”.

Nov 142015
 

Karty zostały rozdane i skład nowego rządu zaproponowany. Retoryka polityków nowego obozu rządzącego jest na tyle odmienna od poprzedników, że uzasadnia pytanie o los planów modernizacyjnych marynarki wojennej. Podkreślanie zagrożenia ze strony Rosji, potrzeby obrony terytorialnej i oparcie się o własny przemysł zbrojeniowy nie wygląda korzystnie dla floty, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Istotną zmianą jest również stosunek do NATO, które z filaru koncepcji obronnych zamienia się w pożyteczne, ale niepewne wsparcie własnego potencjału obronnego. Szuka się alternatywy w „koalicji chętnych w oparciu lub bez oparcia NATO”, czyli państw skandynawskich i republik bałtyckich. W tym zamieszaniu źródłem kompromisu mogą stać się poglądy Romualda Szeremietewa, który podkreśla wagę Bałtyku dla rozwoju rosyjskich ambicji w kierunku zachodnim. Rzeczywiście, lektura nowej doktryny morskiej Federacji Rosyjskiej, wymienia Bałtyk z nazwy i podaje cele strategiczne dla tego regionu:

  • ochrona żeglugi i handlu w relacji portów około Sankt Petersburga i Cieśnin Duńskich. Obok dużego obrotu ładunków kontenerowych jest to również alternatywny do krajów tranzytowych, kanał eksportu ropy,
  • ochrona żeglugi promowej i zaopatrzenia dla Kalliningradu,
  • ochrona infrastruktury przesyłowej gazu a w szczególności gazociągu Nord Stream,
  • zapewnienie bezpieczeństwa całego obwodu kalliningradzkiego.
Bałtyk zawsze był ważny dla Rosji. Foto www.weaponsandwarfare.com

Bałtyk zawsze był ważny dla Rosji. Foto www.weaponsandwarfare.com

Z tych celów nie wynika jednak dla nas szczególne zagrożenie militarne za wyjątkiem celu nadrzędnego jakim jest osłabienie lub całkowita neutralizacja wpływów NATO w krajach graniczących z terytorium Federacji Rosyjskiej. Tak się składa, że główny rywal polityczny i militarny za jakiego Rosja uznaje NATO, pokrywa się w dużej mierze z głównym klientem i partnerem gospodarczym, czyli EU. Otwarty atak na sąsiednie państwa należące do sojuszu grozi aktywowaniem paragrafu 5-go i zamknięciem zarówno przejścia przez Cieśniny Duńskie jak i gazociągu Nord Stream, co stanowiłoby całkowitą negację celów gospodarczych wspomnianych w doktrynie. Jest to więc pole do rywalizacji polityczno-dyplomatycznej czy informacyjnej bardziej niż militarnej, natomiast dla osłabienia wpływów NATO na swoich obrzeżach, Rosja dopuszcza najprawdopodobniej działania militarne, ale nie wyzwalające automatyzmu paragrafu 5-go. Zarysowany szkic interesów i potencjalnej strategii Rosji jest więc potwierdzeniem większości przyjętych założeń w Białej Księdze poprzedniej ekipy. Używając słownika gen. Kozieja, mówimy o sytuacjach „podprogowych” i „trudno konsensusowych”.

Dla pełni obrazu powinniśmy spojrzeć na własne interesy w regionie Bałtyku. Podobnie jak w przypadku Rosji jesteśmy zainteresowani ochroną żeglugi do naszych głównych zespołów portowych Szczecin/Świnoujście oraz Gdańsk/Gdynia. Bezpieczeństwo energetyczne wymaga ochrony gazoportu w Świnoujściu i bałtyckich podejść do niego. Ważna jest żegluga promowa w poprzek Bałtyku, łącząca Polskę ze Skandynawią. Nadrzędnym interesem politycznym Polski wydaje się być utrzymanie Morza Bałtyckiego jako „wewnętrznego jeziora EU”, używając języka kolokwialnego.

Na tak zdefiniowanej scenie wydarzeń, działania militarne i otwarty konflikt na lądzie z użyciem regularnych oddziałów jest możliwy, ale ryzykowny. Co innego działania na morzu lub z kierunku morza nie wymagające naruszenia integralności terytorialnej państwa. Możemy mówić o dalekiej blokadzie lub przerwaniu morskich linii komunikacyjnych lub rajdach na infrastrukturę na morzu lub jego dnie. W grę mogą wchodzić „przypadkowe” ataki rakietowe lub rajdy i małe desanty. Takie działania stawiają nas w trudnej sytuacji, gdyż o ile zadawanie ciosów i strat agresorowi na własnym terytorium będzie akceptowane i pewnie popierane przez społeczność międzynarodową i sojuszników, to zatopienie okrętu innego państwa na otwartych wodach pozostawi nas całkowicie osamotnionych. W pewnym sensie zmusza to nas do przyjęcia postawy defensywnej, ograniczonej geograficznie do południowego Bałtyku.

Ćwiczą z przyzwyczajenia, czy po coś? Foto www.news.usni.org

Ćwiczą z przyzwyczajenia, czy po coś? Foto www.news.usni.org

Z takiego scenariusza można już próbować wysnuć wnioski co do potrzebnych sił morskich dla obrony przed opisanymi zagrożeniami. Pozostaje dylemat czy budować siły zbrojne zaprojektowane dla najbardziej prawdopodobnego scenariusza, czy też najgorszego. Wobec silnych ograniczeń finansowych i olbrzymiej dysproporcji sił, lepszą wydaje się orientacja na wariant prawdopodobny z zastrzeżeniem, że siły tak zaprojektowane mogą odegrać rolę w wariancie najgorszym, jakim jest samotna wojna na lądzie.

W powyższym scenariuszu liczy się demonstrowanie widocznej groźby użycia siły w celu zniszczenia woli przeciwnika lub też jej faktyczne użycie dla podkreślenia realności groźby. W szczególnych przypadkach zagrabienia mienia lub terytorium możliwe jest stosowanie polityki faktów dokonanych. Na demonstrację siły odpowiedzią może być demonstracja woli i możliwości oporu a nie natychmiastowy atak. Atak jest dopuszczalny w celu odzyskania zagrabionego mienia lub terytorium. Szczególnym przypadkiem mogą być akty piractwa lub terroru nie posiadające znamion zaangażowania państwa. W tym przypadku najbardziej sprzyjającym środowiskiem są głębiny wodne a seria incydentów na wodach Szwecji jest dobrym tego przykładem. Te definicje są potrzebne do określenia jakie zdolności i platformy są nam potrzebne. Dla przykładu, Nadbrzeżny Dywizjon Rakietowy wskazuje przeciwnikowi na nasze MOŻLIWOŚCI oporu, ale nie WOLĘ. Taką wolę może demonstrować obecność okrętu wojennego reprezentującego sobą realną siłę bojową. Zakładając imperatyw widoczności groźby ze strony państwa ościennego i pirackich działań podwodnych maskujących obecność państwa, głównie na obszarze Bałtyku południowego, potrzebujemy dwóch rodzajów kombinacji platform i zdolności:

  • okrętów nawodnych o odpowiedniej dzielności morskiej i autonomiczności ze zdolnościami zwalczania celów nawodnych i lokalną obroną przeciwlotniczą/przeciwrakietową. Praktycznie mówimy o korwetach lub fregatach.
  • platformy nawodne lub podwodne ze zdolnością do zwalczania zagrożeń podwodnych jak autonomiczne pojazdy podwodne, miniaturowe okręty podwodne, miny czy płetwonurkowie
Z jakiegoś powodu Rosja utrzymuje na Bałtyku duże okręty nawodne. Foto www.russia-insider.com

Z jakiegoś powodu Rosja utrzymuje na Bałtyku duże okręty nawodne. Foto www.russia-insider.com

Takie konkluzje są w całkowitej opozycji do wniosków ze wspomnianego raportu NCSS, Geografia wojskowa Bałtyku, gdzie zdecydowanie preferuje się okręty podwodne kosztem okrętów nawodnych za wyjątkiem okrętów walki minowej. Raport nie wyjaśnia w pełni po co nam okręty podwodne, wspomina tylko o przyjęciu „dla sił morskich priorytetu związanego z obroną wybrzeża i przerwaniem szlaków morskich” oraz „zdolności do zwalczania okrętów nawodnych i podwodnych przeciwnika za pomocą torped i rakiet, stawiania pól minowych, współpracy z dronami, robotami podwodnymi i nawodnymi”. To podejście ma kilka mankamentów i rodzi pytania. Dopóki nie zadziała paragraf 5-ty, trudno sobie wyobrazić, że nasze okręty podwodne będą zwalczać żeglugę do St. Petersburga, czyli topić statki armatorów jak Maersk czy MSC. Jeśli natomiast paragraf 5-ty zadziała, wówczas Cieśniny Duńskie będą zamknięte automatycznie i zwalczanie żeglugi traci sens. Wyjątkiem są transporty wojska i zaopatrzenia wewnątrz Bałtyku. W sytuacji otwartej wojny, okręty podwodne mogą zwalczać flotę przeciwną, tylko gdzie? Operowanie okrętów podwodnych w ramach obrony wybrzeża będzie trudne zważywszy na głębokość Bałtyku południowego za wyjątkiem Zatoki Gdańskiej. Poza tym strategia A2/AD ma sens dla krajów nie graniczących na lądzie z potencjalnym przeciwnikiem i tam, gdzie obszary morskie dominują w konflikcie, czemu raport NCSS zaprzecza. Natomiast wprowadzenie „zasady trwałych patroli bojowych w okolicach wejścia do Zatoki Fiñskiej oraz w Zatoce Ryskiej” bez wsparcia innych elementów floty i bez posiadania panowania na morzu w tym rejonie jest tylko i wyłącznie oczekiwaniem na wykrycie i zatopienie okrętu podwodnego. To może trwać, ale pojedynek będzie nierówny. Na koniec jeszcze słowo o odstraszającej sile rakiet manewrujących odpalanych z okrętu podwodnego. Według wikipedii S-400 jest w stanie zwalczać jednocześnie 6 celów, czyli mniej więcej całą potencjalną salwę okrętu podwodnego. Za cenę 2.5 mld PLN kupujemy sobie znikomą szansę przedarcia się przez obronę przeciwnika, albo szukamy celu ważnego, ale nie bronionego?

Czy jednak zaproponowana struktura floty będzie w stanie bronić naszych interesów w wypadku samotnej walki na lądzie w obronie terytorium kraju? Być może kluczem do znalezienia odpowiedzi na takie pytanie jest pozytywistyczna praca u podstaw z kolegami z wojsk lądowych, aby dostrzegli korzyści z posiadania dodatkowego pola manewru, jakim jest morze. Milan Vego w książce Naval Strategy and Operations in Narrow Seas oferuje kilka spostrzeżeń godnych uwagi w naszej aktualnej sytuacji polityczno-doktrynalnej:

Zadanie wsparcia flanki armii było wykonywane od czasów starożytnych przez prawie wszystkie floty działające wewnątrz mórz zamkniętych, półzamkniętych lub na wielkich jeziorach czy w ujściach rzek. Gdy tylko współpraca była dobrze zaplanowana i realizowana, wyniki tej współpracy były bardzo korzystne dla całego przebiegu wojny.

Jako jeden z wielu przykładów autor podaje wojnę rosyjsko-turecką w latach 1876-1877. Rosjanie nie posiadali panowania na Morzu Czarnym, co znacznie wydłużyło ich linie zaopatrzeniowe i zaowocowało krwawą bitwą pod Plewną w ich marszu na Konstantynopol. Podobny brak docenienia morskiej drogi zaopatrzenia wzdłuż wybrzeża Bałtyku przez dowództwo niemieckiej armii w czasie II wojny światowej zmusiło Wehrmacht do zaopatrywania wojska z wykorzystaniem słabo rozwiniętej infrastruktury drogowo-kolejowej. Bardziej znanym w kraju przypadkiem jest zaopatrywanie i ewakuacja niemieckich oddziałów z Kurlandii w czasie ostatniej wojny światowej. Zachęcam w tym miejscu do zainteresowania się infrastrukturą logistyczną w naszym kraju a zwłaszcza jej północno-wschodniej części. Mapa kolejowa czy drogowa pokaże jak niedorozwinięta jest nasza infrastruktura w tych rejonach w porównaniu z częścią południowo-zachodnią. Kierunek północ-południe ma się o wiele lepiej niż wschód- zachód. Wracając do Milana Vego, podaje nam menu działań floty we wspieraniu obronnych działań armii w pasie przybrzeżnym:

  • Obrona przed desantem
  • Przeprowadzanie rajdów na tyły przeciwnika
  • Ewakuacja własnych wojsk i cywilów
  • Wsparcie dla obrony baz morskich

Jeśliby dodać do naszej zdefiniowanej floty nawodnej posiadane aktualnie okręty desantowe typu Lublin, to jesteśmy w stanie realizować punkty drugi i trzeci z powyższej listy. Co więcej ich realizacje jest niemożliwa bez okrętów nawodnych. Należałoby ponadto przekonać kolegów z armii do przekształcenia przynajmniej jednego batalionu 7-mej brygady obrony wybrzeża w jednostkę piechoty morskiej, wciąż podległej wojskom lądowym. Taki przypadek występuje np. w armii włoskiej – regimento lagunari „Serenissima”. Rozwinięcia tematu wymaga obrona przed desantem i tu polecam lekturę książki At the Water’s Edge: Defending Against the Modern Amphibious Assault. Podobnie jak obrona przeciwlotnicza, tak i obrona przed desantem może mieć swoją głębokość. Zaczynamy od blokady sił przeciwnika w jego porcie, później atakujemy w trakcie przejścia morzem, bronimy się przed lądowaniem oddziałów na brzegu i w końcu zwalczamy desant wewnątrz naszego terytorium stosując wojnę manewrową. Idąc od końca, marynarka wojenna odgrywa rolę dopiero w obronie na brzegu, kiedy przeciwnik jest szczególnie wrażliwy w fazie transportu oddziałów z okrętów na brzeg. Wojna minowa jest jak najbardziej na miejscu, ale też potrzebujemy platform i środków do zwalczania autonomicznych pojazdów podwodnych przeciwnika, które będą wykorzystywane w neutralizacji naszych zapór minowych. W trakcie przejścia morzem Nadbrzeżny Dywizjon Rakietowy będzie współdziałał z okrętami nawodnymi, natomiast blokada przeciwnika w jego porcie może okazać się zbyt trudna i zależy mocno od losów działań na lądzie. Jeśli front odsunie NDR od baz przeciwnika poza zasięg jego rakiet, pozostaje posiadać przewagę na morzu, co pozostaje wątpliwe w samotnej walce lub wysłać pod bazy przeciwnika okręty podwodne bez osłony ze wspomnianymi wcześniej konsekwencjami.
Obecny plan modernizacji może zostać znacznie zmieniony, co nie jest chyba dobrą drogą na przyszłość. Nie dlatego, że ma tak wielkie zalety, ale dlatego, że jest prawdopodobnie ciężko wypracowanym kompromisem pomiędzy wizją Rzeczpospolitej Morskiej a opcją obrony terytorialnej. Wypracowanie nowego kompromisu będzie niezwykle trudne czasochłonne i chyba nieuchronnie doprowadzi nas do konfrontacji fregaty czy okręty podwodne. Tak więc należy przygotować odpowiedź na pytanie, co możemy zrobić dla marynarki wojennej w ciągu najbliższych czterech lat, zakładając tak zwaną „posuchę”. De facto, w pierwszym roku tego okresu Marynarka Wojenna już została odstawiona na półkę z planowanym budżetem około 250 mln PLN, co najwyraźniej związane jest z płatnościami za rozpoczęte projekty. Krokiem neutralnym, spójnym zarówno z istniejącym planem modernizacji jak i powyższą propozycją wynikającą z zaproponowanego scenariusza jest budowa bliźniaka dla Ślązaka i dozbrojenie obu okrętów w rakiety przeciwokrętowe i przeciwrakietowej samoobrony jako minimum oraz skupienie się na platformach bezzałogowych do zwalczania autonomicznych pojazdów przeciwnika. Jeśli z kolejki po środki finansowe na szybko zmieniające się priorytety bezpieczeństwa Państwa, Marynarka Wojenna nie wypadnie, być może będzie okazja do racjonalnej dyskusji w co warto inwestować, gdyż będzie to silnie zależało od wciąż nieuzgodnionych poglądów na rolę i zadania sił zbrojnych zarówno w obronie granic jak i interesów Państwa.

Jun 092015
 

Mamy jeszcze czas na spekulacje, jaki kurs obierze Prezydent Elekt w zakresie bezpieczeństwa państwa, jednak już pojawiają się z jego strony sygnały o możliwej rewizji podejścia do tematu. Jak wskazują na to tytułowe słowa zaczerpnięte z piosenki Grzegorza Turnaua, otwarta staje się droga do ponownego rozważenia doktryny Bałtyk Plus i planu modernizacji Marynarki Wojennej. Niewykluczona jest dalsza polaryzacja stanowisk wokół dwóch podstawowych wizji – Bałtyk Plus i Rzeczpospolitej Morskiej. Ta pierwsza może zostać wręcz wzmocniona, a ta druga uzyskać pełniejszą materialną realizację w postaci fregat. Gdy się powiedziało A, czas na następną literę w alfabecie. Dzisiaj o tym jak mogłaby wyglądać w miarę spójna wersja Bałtyk Plus skłaniająca się jeszcze bardziej w kierunku obrony terytorialnej. Odnosząc się do do poprzedniego wpisu o „Corbett Cube”, mówimy o sytuacji dużego zagrożenia ze strony silniejszego przeciwnika i poczucia osamotnienia. W następnym wpisie lustrzana wizja Rzeczypospolitej Morskiej.

Nie spodziewajmy się, że politycy będą po nocach studiować wielkich teoretyków wojny morskiej, ale można od nich oczekiwać przeczytania przynajmniej ściągi z internetu. Taką ściągą jest Green Pamphlet przygotowany w formie wykładu z historii wojen na morzu. Corbett wymienia w nim trzy podstawowe funkcje floty:

  • tworzenie lub zapobieganie tworzeniu sojuszy
  • ochrona lub zwalczanie handlu morskiego
  • wspieranie lub utrudnianie operacji na lądzie

Aby móc wypełniać powyższe funkcje, za główny cel floty Corbett uważa posiadanie „prawa do przejścia morzem”, które nie musi być absolutne czy trwałe, lecz czasowe i ograniczone w przestrzeni. Po prostu tu i teraz. Jeżeli flota przeciwnika zagraża temu prawu, należy ją zneutralizować. W tym punkcie rozbiegają się nasze możliwości, jakie posiadamy w w zależności od sytuacji opisanej przez „Corbett Cube” z poprzedniego wpisu.

Jeśli w naszym mniemaniu jesteśmy w sytuacji wysokiego zagrożenia ze strony silniejszego przeciwnika a nasza wiara w sojusze jest zachwiana, wówczas sens ma przyjęcie strategii defensywnej. Oznacza ona, że naszym celem jest zaprzeczenie przeciwnikowi możliwości osiągnięcia jego celów. Dobrą radą oferowaną przez Juliana Corbetta w tym przypadku jest przyjęcie polityki szeregu akcji ofensywnych w ramach ogólnej obrony, przybierających formę kontrataków lub dywersji. Różnica pomiędzy nimi polega na obszarze działania – kontratak jest przeprowadzany na teatrze działań ofensywnych przeciwnika w miejscu, gdzie obnaża swoje słabe punkty, natomiast dywersja jest działaniem poza teatrem działań ofensywnych wroga i ma na celu wprowadzenie zamieszania, odwrócenia uwagi lub zmiany planów co do głównej linii ataku. Naszym celem dla floty staje się kwestionowanie przewagi przeciwnika na morzu, gdyż w tym stanie według Corbetta obowiązują dwie reguły:

  • tak długo, jak stan kontestacji zmusza stronę silniejszą do koncentracji, działanie poprzez unik jest możliwe dla strony słabszej
  • jakkolwiek w stanie kontestacji strona słabsza może nie być zdolna do zablokowania morskich linii komunikacji strony silniejszej, to może być zdolna do obrony swoich własnych.

Jakie klasy okrętów i siły powinny być materialnym wyrazem powyższej strategii floty? Może zacznijmy od tego, że nasza strategia jest defensywna, czyli ma uniemożliwić lub utrudnić przeciwnikowi wykorzystania jego przewagi na morzu dla:

  • ochrony żeglugi czy transportów wojskowych
  • blokady naszych portów
  • desantu na nasze wybrzeże

Celem będą więc głównie jednostki nawodne, zarówno handlowe jak i wojennomorskie. Dopiero w sytuacji spornej przewagi na morzu, w grę wchodzi obrona własnych transportów przed atakami spod wody. Niezależnie od sytuacji, dobre rozpoznanie jest w cenie. Jeśliby pożenić sprawdzone historycznie koncepcje z nowoczesną technologią, to może ograniczymy fantazjowanie do akceptowalnego poziomu.

W przypadku obrony przed desantem, niewiele zdziałamy, pomijając kwestie na ile jest to dla nas realne zagrożenie w naszym położeniu geostrategicznym. Istnieje uzasadnione pytanie, czy obrona przed desantem powinna się zacząć już na morzu, czy na brzegu lub wręcz w głębi lądu, chociaż Corbett uważa posiadanie przewagi na morzu za warunek konieczny skutecznej obrony przed desantem. Można dyskutować przypadek Gallipoli, gdzie rozstrzygnięcie nastąpiło już na lądzie lub też Midway, kiedy inwazję odwołano, ale wpierw nastąpiło rozstrzygnięcie panowania na morzu. Z kolei inwazja aliantów w Normandii pokazuje, jak bezsilne w sumie okazały się niemieckie U-booty i Schnellbooty. Z punktu widzenia Marynarki Wojennej sens ma ulokowanie ograniczonych środków w wojnę minową i baterie nadbrzeżne. Tu uwaga na marginesie – skoro jest już NDR to dobrze, ale czy była to „ograniczona” inwestycja? Może droga Finów i Hellfire jest lepsza?

W przeciwdziałaniu blokadzie skuteczne okazały się w przeszłości zarówno miny, torpedowce i okręty podwodne a raczej obawa przed nimi, co pokazuje wagę czynnika psychologicznego. Ta obawa spowodowała zwiększenie dystansu i zamianę blokady bliskiej na odległą. Dygresja – wracamy do pojęcia odstraszania i co ono naprawdę oznacza. Nie uciekniemy ponownie od naszego kontekstu geostrategii i pytania ile warto przeznaczyć środków na przeciwdziałanie blokadzie w porównaniu ze środkami na obronę przed atakiem z lądu? Czyli patrząc z punktu widzenia przeciwnika, blokada portów ma sens tylko wtedy gdy nie ma możliwości po prostu zająć ich w operacji lądowej. Do studiowania mamy drugą wojnę światową na Bałtyku i Morzu Czarnym jak i sięgając wstecz wojnę rosyjsko-japońską i historię Port Artur. Lub ciekawy przypadek Singapuru i jego upadku w czasie ostatniej wojny światowej. W planach inwestycyjnych floty ponownie pojawią się miny wraz z ich nosicielami i niszczycielami. Współczesnym odpowiednikiem torpedowców są kutry rakietowe a ich futurystyczną wersją mogą się stać bezzałogowe odpowiedniki Schnellbootów.

Stary koncept w nowej szacie. Kompromis pomiędzy ryzykiem i możliwościami rozważany na nowo. Foto www.s-boot.net

Stary koncept w nowej szacie. Kompromis pomiędzy ryzykiem i możliwościami rozważany na nowo. Foto www.s-boot.net

Około 100 ton, z możliwością stawiania kilku min lub przenoszenia pojazdów rozpoznawczych do wykrywania min. Głównym uzbrojeniem byłyby dwie rakiety lub … torpedy. Dopóki mówimy o obezwładnieniu okrętów, rakiety będą stosowną bronią, jednak gdy chodzi o transportowiec wojska lub zaopatrzenia jesteśmy zainteresowani zatopieniem statku a nie jego obezwładnieniem. Działając w roju postawią przeciwnikowi wysoko poprzeczkę i mimo iż w czasie drugiej wojny światowej alianci dość skutecznie bronili się przed nimi, to zaangażowanie sił było znaczące. Współcześnie taką taktykę obiera Iran i reakcja Amerykanów na nią potwierdza tezę, że obrona przed takim zagrożeniem kosztuje o wiele więcej niż inwestycja w jego stworzenie. Menu arsenału marynarki wojennej uzupełniają okręty podwodne z zastrzeżeniem podobnym do NDR-u. Mówimy więc o jednostkach bez rakiet manewrujących i z napędem AIP lub nie w zależności od budżetu. Ponownie odwołuję się do efektu psychologicznego obecności okrętu podwodnego nawet tak ograniczonego w swoich możliwościach jak U210mod, czy jego francuski odpowiednik.

W zwalczaniu żeglugi prym wiodły okręty podwodne, lotnictwo a za nimi miny i różnej maści ścigacze. W przypadku okrętów zmienia się trochę kolejność i na czele staje lotnictwo, pojawiają się również okręty nawodne. Pod warunkiem skutecznego podważania panowania na morzu przez przeciwnika, po raz pierwszy pojawia się symetryczność działań pomiędzy dwoma oponentami. Słabsza strona może zarówno próbować przerywać linie komunikacyjne przeciwnika lub używając porównania – prowadzić sabotaż na morzu, jak i chronić własną żeglugę a raczej kluczowe transporty. Środki do prowadzenia działań ofensywnych są te same, co już wymienione – okręty podwodne, miny i przyszłościowe Schnellbooty. Brakuje nam natomiast okrętów do obrony własnych linii komunikacyjnych. Koncepcyjnie do tego celu służy korweta w rozumieniu Royal Navy z okresu międzywojennego i później wojny. Ślązak jest dobrym prototypem dla takiej klasy okrętów. Wystarczy doposażyć go w średniej klasy sonar holowany aktywno-pasywny i system samoobrony przeciwrakietowej. W miarę możliwości system lokalnej obrony powietrznej, jeśli budżet na to pozwoli. Cztery korwety plus tuzin Schellbootów lub pięć korwet zamiast Mieczników i Czapli. Oczywiście platformą nie musi być MEKO, chociaż niewątpliwą zaletą tego rozwiązania jest to, że jeden okręt jest prawie gotowy.

CAPTAS-1 dostępny dla jednostek już od 300 ton. Captas - 4 od 1.500 ton. Foto www.thalesgroup.com

CAPTAS-1 dostępny dla jednostek już od 300 ton. Captas – 4 od 1.500 ton. Foto www.thalesgroup.com

Istnieje i w tym wypadku wariant futurystyczny w postaci już proponowanej na tym blogu korwety mini-Flower. Aby nie poruszać się po wartościach skrajnych, dajmy na to 800 tonowy SWATH byłby prawdopodobnie dobrą platformą dla sonaru holowanego i operacji lotniczych oferując być może akceptowalną dzielność morską przy wystarczającym ładunku użytecznym. Trochę na wzór T-AGOS czy niemieckiego okrętu badawczego Planet.

Tematem mało zajmującym publicystów jest rozpoznanie. Mamy chlubny wyjątek w postaci Maksymiliana Dury piszącego na łamach Defence24 o niedostatkach NDR-u w tym zakresie. Wyjaśnienia MON-u są mało przekonywujące, bo oferują zbyt mało informacji. Dlaczego Marynarka Wojenna ma czekać na wynik przetargu na drony dla całych Sił Zbrojnych, jeśli w tym przetargu wspomina się tylko o dronach dla wojsk lądowych?

Komentując aktualny plan modernizacji w świetle powyższego tekstu, nasuwa się kilka uwag:

  • program budowy okrętów nawodnych warto rozważyć ponownie i dokonać w nim modyfikacji, pod kątem ujednolicenia serii w jedną klasę korwet.
  • budowane niszczyciele min powinny posiadać minimum obrony przeciwrakietowej. Rozwiązanie nietypowe i nieekonomiczne ale w sytuacji normalnej, a nie rozważanego osamotnienia wobec przeciwnika o dużej przewadze i wysokiego zagrożenia otwartym konfliktem.
  • podobnie w przypadku samolotów MPA – powinny oddać pola dronom. Mniej efektywnym o mniejszych możliwościach, ale łatwiej zastępowalnych w przypadku straty.
  • rozpoznanie powinno uzyskać znacznie większy priorytet lub alternatywnie Marynarka mogłaby posiadać większą autonomię w zakupach sprzętu dla rozpoznania.
  • ponownie należałoby rozważyć rolę małych jednostek rakietowych. Opisane skrótowo Schnellbooty są pewnym rozwiązaniem dylematu kosztów (materialnych i ludzkich) versus ryzyko utraty jednostki. Innymi słowy, co dla nas jest „na straty”.

Plusem takiej koncepcji jest spójność roli marynarki wojennej z postrzeganym środowiskiem bezpieczeństwa państwa. Pytanie, na ile rzeczywistym. Całość za wyjątkiem być może sonarów holowanych jest prawdopodobnie w zasięgu polskiego przemysłu. Projekty są również na tyle małe i innowacyjne, że mogą stanowić bodziec dla rozwoju bardziej zaawansowanej myśli technicznej, ale z nadzieją na realną implementację. Minusem jest niewykorzystanie potencjału narzędzia jakim jest marynarka wojenna i rozdźwięk pomiędzy tą koncepcją a poglądami korpusu oficerskiego jak i aktualną praktyką operacji morskich. O tym więcej następnym razem.

May 172015
 

W ostatnim numerze periodyku Morza Statki i Okręty ukazał się wywiad z przewodniczącym Rady Budowy Okrętów Wojennych, kmdr. por. rez. Maciejem Janiakiem. Tytuł stanowi esencję przekazu – Przywrócić „Rzeczpospolitą Polską” i brzmi jak wezwanie do zmiany sposobu myślenia o marynarce wojennej. Zapytany o kierunki modernizacji floty przewodniczący Rady wspomina, że największą bolączką nie jest nawet brak okrętów co brak doktryny i dodaje, że środowisko skupione wokół Rady chce zaproponować dokument zwany roboczo Doktryną Bezpieczeństwa Morskiego Państwa. Osobiście bardzo mi się podoba termin Rzeczpospolita Morska, bo nie posiada znamion suchej i biurokratycznej nazwy a wskazuje jasno punkt widzenia. Wzywa do spojrzenia na sprawy naszego kraju od strony morza a nie lądu. W pełni popieram inicjatywę, bo chyba najwyższy czas „wziąć byka za rogi” i zacząć pracować nad koncepcyjnymi podstawami bytu naszej floty. W przeciwnym wypadku istnieje zagrożenie rozmycia się planów modernizacyjnych w ogniu walk budżetowych, nie wspominając o zbliżających się wyborach. Nieoczekiwany wynik pierwszej tury wyborów prezydenckich jest również sygnałem ostrzegawczym bo stawia pytanie co się stanie z Doktryną Bezpieczeństwa Narodowego w wypadku zmiany na stanowisku Prezydenta RP i Szefa BBN-u?

Maciej Janiak w wywiadzie daję dobrą i zwięzłą definicję Rzeczpospolitej Morskiej:

W państwach morskich nie jest tak, że marynarki istnieją same dla siebie, że ich racja bytu sprowadza się do oczekiwania na ewentualne użycie w stanie najwyższej konieczności. One prowadzą działania w sposób ciągły i aktywny na co dzień – w obliczu świata, w obliczu wyzwań współczesności. Ich zadaniem jest uprzedzanie stanów kryzysowych, likwidowanie ich w zarodku, zapobieganie rozprzestrzenianiu lub ich wygaszanie.

Dobrą ilustracją powyższej opinii jest publikacja John’a Roberts’a Safeguarding the Nation. The Story of the Modern Royal Navy. W Polsce ścierają się zasadniczo dwie koncepcje, aktualnie obowiązująca Bałtyk Plus sprowadzająca się do idei odmowy dostępu (A2/AD) oraz Rzeczpospolitej Morskiej opartej o współdziałanie z NATO i zorientowanej bardziej globalnie. Pierwszy koncept kłóci się mocno z tezami teoretyków wojny morskiej a zwłaszcza tezami Juliana Corbetta a druga pozostaje w pewnym oderwaniu od wyobrażeń polityków odnośnie naszej sytuacji. Dla ilustracji poniżej tabela z mało naukową syntezą odczuć po przestudiowaniu tekstów o misjach Rodzajów Sił Zbrojnych.

Percepcja zorientowania na obronę terytorium. Tylko jak w ten pogląd wcisnąć Marynarkę Wojenną?

Percepcja zorientowania na obronę terytorium. Tylko jak w ten pogląd wcisnąć Marynarkę Wojenną?

Największe zamieszanie mamy na stronie Marynarki Wojennej, gdzie nie tyle się ścierają co mieszają obie koncepcje w mało spójną całość. Widoczna jest próba naśladowania hierarchii celów całości sił zbrojnych kładącej nacisk na obronę terytorium przy jednoczesnej, codziennej praktyce i preferencjach dla współpracy międzynarodowej. Również próba ograniczenia geograficznego tworzy jeśli nie sprzeczności to przynajmniej niejednoznaczności. Próbując zrozumieć istotę problemu, stworzyłam na własny użytek coś, co nazwałem Corbett Cube, a co jest wynikiem lektury jego prac w połączeniu z tekstami adm. Richarda Hill’a (RN).

Spróbujmy wypełnić treścią najbardziej interesujące kosteczki

Spróbujmy wypełnić treścią najbardziej interesujące kosteczki

Julian Corbett jest dość łatwy w lekturze, bo podaje niejako na tacy menu działań floty w zależności od sytuacji. Jakkolwiek twierdzi, że podstawowym zadaniem floty jest zdobycie prawa do przejścia morzem, to jednocześnie podkreśla, że działania na morzu mają na celu wsparcie rozstrzygnięcia na lądzie. Wojna na morzu nie istnieje więc sama dla siebie, co jest bardzo ważne w naszym kontekście. Kostka jest trójwymiarowa i bierze pod uwagę alianse, relatywną pozycję wobec przeciwnika i poziom zagrożenia lub intensywność konfliktu.

Gdyby ograniczyć się do publikacji w mediach, to nasz poziom świadomości zawiera się w małej kostce w dolnym, lewym rogu rysunku. Mamy poczucie przewagi przeciwnika, osamotnienia i silnego zagrożenia. Historia Polski nas w tym utwierdza a trauma września 1939 roku tkwi mocno i głęboko. Jeśli taka jest nasza sytuacja, to zadania stawiane marynarce jak obrona przed desantem czy osłona linii komunikacyjnych stoi w jawnej sprzeczności z teorią. Do tego potrzebna jest przewaga na morzu, której jako osamotniona strona słabsza nie posiadamy. Gdyby ten wariant przyjąć za podstawę planowania struktury floty, rzeczywiście koncepcja odmowy dostępu jest potencjalnie interesująca. Tyle, że ma ona sens w przypadku przeciwnika atakującego zza morza, a nie posiadającego posiadającego granicę lądową. W takiej sytuacji rozstrzygające jest zajęcie baz przeciwnika w operacjach lądowych. W ten sposób Niemcy zneutralizowali Flotę Bałtycką w czasie wojny. Z menu Corbett’a pozostaje nam kontratak, rajdy dywersyjne czy mnożenie przeszkód na drodze przeciwnika. Inwestować warto w baterie nadbrzeżne, wojnę minową czy drobnoustroje. Okręty podwodne mogą się okazać zbyt drogą a raczej zbyt ryzykowną inwestycją. Popularne widzenie przebiegu kampanii wrześniowej na morzu tylko podsyca te obawy. Trzon floty został ewakuowany do portów sojusznika, okręty podwodne pozbawione oparcia swoich baz zostały internowane a reszta zatopiona przez lotnictwo.

Inaczej wygląda rzeczywistość a raczej praktyka działań floty lub jej możliwości widziana z perspektywy Rzeczpospolitej Morskiej. W prawym, dolnym fragmencie widać sytuację działania w koalicji, która ma przewagę i może działać przy różnym poziomie intensywności konfliktu. Jeśli zagrożenie jest mniejsze możemy mówić o wykorzystywaniu posiadanej przewagi na morzu, jak projekcja siły w ramach operacji sojuszniczych, działania na szlakach komunikacyjnych czy obrona przed desantem. W tym przypadku jest w gestii polityków decyzja ile pieniędzy chcemy na te cele przeznaczyć. Jakaś forma okrętu desantowego lub jako minimum – transportowego jest akceptowalna. Okręty patrolowe są najlepszą inwestycją oferującą duży zwrot korzyści politycznych przy małym poziomie nakładów. Wraz ze wzrostem zagrożenia pojawia się konieczność wzmocnienia obrony przeciwlotniczej, a z nią fregat. Okręty podwodne zaczynają mieć sens i stają się groźną formą „battle force”. Tyle, że wchodzimy na poziom nakładów konkurujących z priorytetami innych rodzajów sił zbrojnych bardziej nastawionych na obronę terytorialną. Politykom trudno takie inwestycje przedstawić wyborcom, którzy nie do końca czują się częścią Europy. Wciąż jesteśmy zainteresowani nie tyle Europą jaką całością, co naszym bezpośrednim sąsiedztwem w Europie. W dyskusji z młodym człowiekiem usłyszałem ironiczny komentarz – EU jest dla nas, a nie my dla EU.

Rozpięci pomiędzy dwoma niemożliwościami robimy więc szpagat nazywając korwetę okrętem obrony wybrzeża i próbując w niej zmieścić hangar dla 11-tonowego śmigłowca, system obrony przeciwlotniczej średniego zasięgu, rakiety do zwalczania celów na lądzie no i oczywiście zdolności do zwalczania okrętów podwodnych. Jeśli powyższa kostka Corbett Cube ma choć odrobinę sensu, to największą barierą w racjonalizowaniu problemu jesteśmy my sami i nasza psychika. Widać Kordian tkwi w nas głęboko, którego jak mawiał wieszcz Słowacki „… pokonały Strach i Imaginacja”. Szansą na długofalowy rozwój floty jest kompromis polegający na akceptacji równorzędności misji obrony terytorium z stabilizacją sytuacji międzynarodowej i rozszerzenia ograniczeń terytorialnych do wód okalających Europę. Coś na wzór Sił Specjalnych w zamieszczonej tabeli. Za tym szłyby środki budżetowe i podział Marynarki Wojennej na obronę wybrzeża w oparciu o systemy działające z lądu i flotę operującą zarówno na jak i poza Bałtykiem. Okręty patrolowe zyskałyby wysoką wartość a kwadratura koła w postaci fregaty w korwecie szansę na racjonalną analizę alternatyw. I nawet nie trzeba zmieniać nazw związków taktycznych, bo mamy wszak flotyllę okrętów i flotyllę obrony wybrzeża.

Jan 022015
 

Wraz z Nowym Rokiem nasze spojrzenia powinny się kierować ku przyszłości, bez większego oglądania się za siebie. I rzeczywiście, poprzedni rok nie przyniósł marynarce wojennej żadnego rozstrzygnięcia za wyjątkiem rzutem na taśmę podpisanej umowy na drugi Nadbrzeżny Dywizjon Rakietowy. Nie jest to wyraz pesymizmu lub próba umniejszenia wagi tytanicznej, jak przypuszczam, pracy urzędników MON-u przygotowujących negocjacje na nowe okręty. To proste stwierdzenia faktu, że trzyletni okres podejmowania decyzji jest zbyt długi i porównywalny z cyklem życia lub dojrzewania wielu nowoczesnych technologii. Wojna na Ukrainie z udziałem i wsparciem Rosji, naszego wielkiego sąsiada, pokazuje również jak szybko potrafi się zmienić środowisko bezpieczeństwa kraju, podczas gdy zachowujemy się jakbyśmy mieli 10-20 lat czasu na realizacje naszych planów. Nader skromnych porównując ze skalą wydatków zbrojeniowych Rosji, co ponownie skłania do postawienia pytania o wartość naszych planów odstraszania konwencjonalnego z użyciem okrętów podwodnych.

Czego więc powinniśmy się spodziewać we właśnie rozpoczętym 2015 roku? Kontynuując wątek z poprzedniego wpisu o problemach doktrynalnych Marynarki Wojennej, można zaryzykować stwierdzenie, że to nieprawda, że nie mamy doktryny – wręcz przeciwnie, mamy dwie. Jedną, rozwijaną przez BBN i zorientowaną na konflikty hybrydowe oraz strategię odmowy dostępu. Drugą, poniekąd praktykowaną przez Marynarkę Wojenną i będącą zlepkiem teorii morskich czołowych potęg NATO. Mają się do siebie jak pięść do nosa, bo NATO, będąc najsilniejszym sojuszem wojskowym na świecie, nie ma w swojej doktrynie ani odmowy dostępu ani tego nie ćwiczy. Bawiąc się w grę słów zapytajmy, czy mamy rozwijać doktrynę wojny hybrydowej, czy też być może hybrydową doktrynę wojny?

Aby lepiej wyjaśnić, co przez to rozumiem, odwołuję się do tekstu częstego „gościa” na łamach tego blogu, profesora Jamesa Holmes’a. Artykuł Taiwan’s New Stealth Corvettes: Just What the Doctor Ordered? jest komentarzem do najnowszego nabytku marynarki wojennej Tajwanu – 500 tonowych okrętów rakietowych Tuo Jiang. Autor czyni uwagę, która nie jest czymś odkrywczym, ale przypomnieniem starych prawd, które lubimy zapominać:

Zmiana kultury organizacyjnej, to coś więcej niż wprowadzenie do użytku nowych gadżetów, nie ważne jak imponujących. Sposób, w jaki marynarka używa swoich okrętów jest co najmniej tak samo ważny jak techniczne możliwości w nich zawarte.

Coś bardziej zgodnego z doktryną BBN, ale poza praktyką NATO. Źródło - www.asian-defense-news.blogspot.com

Coś bardziej zgodnego z doktryną BBN, ale poza praktyką NATO. Źródło – www.asian-defense-news.blogspot.com

Powyższe zdanie stanowi pretekst do znacznie szerszego spojrzenia na problemy doktrynalne marynarki Tajwanu. W jaki sposób korpus oficerski przyzwyczajony do problemów panowania na morzu ma zamiar wdrożyć w życie „morską partyzantkę”? Czy zamiast podejmowania prób scalenia obu światów działań na morzu, może pójść dokładnie w przeciwnym kierunku i zaakceptować dwoistość koniecznych operacji morskich i stworzyć hybrydową, dwuczłonową doktrynę morską? Obarczyć rolą obrony i odmowy dostępu siły operujące z lądu a okręty nawodne przeznaczyć do realizacji celów polityki zagranicznej państwa?

Ma to swoje konsekwencje w wyborach priorytetów dotyczących kontraktów na budowę okrętów wojennych. Zacznijmy od tego, że tak naprawdę czasu jest mniej niż cały 2015 rok, ze względu na wybory. Liczą się więc tylko kontrakty podpisane w pierwszej połowie roku. Poza tym terminem, pozostaje wielki znak zapytania. Scenariusz, w którym podpisuje się umowę zarówno na Orkę, Miecznika i Czaplę w ciągu kilku miesięcy przyjmuję z dużą dozą sceptycyzmu. Jeśli tak się stanie, brawo dla Ministra Siemoniaka. Bardziej prawdopodobny rozwój wydarzeń, to jednak podpisanie umowy na okręty podwodne, bo ten program wydaje się być jedynym posiadającym poparcie zarówno polityków jak i marynarzy. Ponadto wpisuje się dobrze w retorykę „Polskich Kłów”. Co jednak stanie się z okrętami nawodnymi? Czy rząd zdecyduje się podjąć zobowiązanie równoległego prowadzenia dwóch najdroższych programów – Orki i Miecznika? Czapla wydaje się mieć najmniejsze szanse, bo brak mi wiary w to, że ktoś podejmie decyzję o budowie w pierwszej kolejności okrętów drugorzędnych z punktu widzenia marynarki. Jak bumerang powraca Plan B, czyli kontynuacja projektu Ślązak – patrolowca, który łatwo może z Czapli przeistoczyć się w Miecznika. Tylko to wymagałoby publicznego wycofania się z oficjalnie obowiązującego planu. Mało prawdopodobne, lecz możliwe pod warunkiem „sprzedania” opinii publicznej pomysłu pod hasłem „przyśpieszenia” wprowadzania w życie nowych zdolności bojowych przy zachowaniu znacznej swobody wyboru ostatecznej konfiguracji. Plus dla modułowej konstrukcji okrętu! Dość ponurą alternatywą jest przeczekanie, czyli pozostawienie decyzji odnośnie sił nawodnych na okres po wyborach. To może oznaczać nigdy. Kontynuując ton czarnego humoru, nie sądzę aby Federacja Rosyjska zechciała dopasować swoje plany do naszego harmonogramu wyborczego czy modernizacji technicznej preferującej lokalny przemysł.

Skoro nauczyliśmy się budować taki okręt, to czemu tego nie wykorzystać? Foto www.tvn24.pl

Skoro nauczyliśmy się budować taki okręt, to czemu tego nie wykorzystać? Foto www.tvn24.pl

Na koniec jeszcze jeden cytat z tego samego źródła na temat znanych prawd wynikających z bolesnych doświadczeń:

Według wszelkiego prawdopodobieństwa, straty będą osłabiać marynarkę wojenną Tajwanu. Flota praktykująca odmowę dostępu musi mieć na stanie mnogość sprzętu aby sprostać wymogom tego pola walki, które jest znacznie mniejsze niż Zachodni Pacyfik, ale równie nieprzyjazne.

Autor powątpiewa, czy tuzin korwet jest liczbą wystarczającą naprzeciw marynarce chińskiej. Jak więc mamy traktować próbę promowania idei trzech Mieczników w roli Okrętu Obrony Wybrzeża, zwłaszcza że z założenia tylko jeden będzie w danej chwili w morzu wykonując wyznaczone zadania. Chyba jednak trzeba trzymać kciuki za konsorcjum SMW I Remontowej, bo być może niezależnie od naszych preferencji będzie to najrozsądniejsza opcja. I takie rozwiązanie wcale nie byłoby złe.

Dec 142014
 

Takie pytanie stawia Defence24 omawiając Gdyńskie Forum Bezpieczeństwa. Z paru stwierdzeń w tekście jedno zasługuje na szczególną uwagę, gdyż sięga do źródeł problemów marynarki Wojennej RP, a mianowicie braku powszechnie akceptowanej doktryny. Portal przywołuje słowa kmdr rez. Andrzeja Makowskiego, wydawałoby się zrozumiałe i oczywiste:

Zwrócił on uwagę, że postrzeganie polskich sił morskich tylko w perspektywie działań wojennych jest ewenementem w NATO i wymaga rewizji. Zadaniem Marynarki Wojennej nie powinna być bowiem tylko obrona państwa ale również jego interesów. Konieczne jest wiec przygotowanie się do zapobieganiu konfliktom, do ochrony porządku prawnego i bezpieczeństwa na morzu, do promowania partnerstwa i współpracy, do zapewniania pomocy humanitarnej oraz ochrony i obrony interesów gospodarczych.

Skoro jest to tak oczywiste, to co powoduje problemy w sformułowaniu doktryny znajdującej powszechne poparcie? Próbuję znaleźć odpowiedź w wątkach i przemyśleniach przewijających się przez ten blog w ciągu ostatnich trzech lat. Na zadane pytanie można spojrzeć z wielu różnych stron. Jeśli odpowiedzi na te różnorakie pytania będą prowadzić w tym samym lub podobnym kierunku, jest szansa na stworzenie przynajmniej logicznego uzasadnienia przyszłej doktryny. Poniżej kilka wybranych aspektów.

Klasyfikacja flot

Eric Grove w książce Strategy and Policy for Small Navies in War and Peace opisuje „typologię flot”, która w zasadzie koncentruje się wokół zdolności flot ale niekoniecznie ich misji widzianej oczyma polityków. Skala ma dziewięć stopni, w której kluczową rolę odgrywają pojęcia projekcji siły i zasięgu.

  • Global Force Projection Navies, czyli floty zdolne do globalnej projekcji siły, które autor dzieli na Major, Partial i Medium.
  • Medium Regional Force Projection Navies zdolne do „projekcji siły na wody sąsiednich mórz i oceanów”.
  • Adjacent Force Projection Navies posiadające „pewne zdolności do projekcji siły z dala od wybrzeży”.
  • Offshore Territorial Defense Navies zdolne do „operowania w odległości około 200 nm od brzegu”.
  • Inshore Territorial Defence Navies zorientowane na „walkę na wodach przybrzeżnych w dodatku do funkcji policyjnych”.
  • Constabulary Navies – głównie straż przybrzeżna z pewnymi elementami zdolności militarnych.
  • Token Navies, czyli Tak Zwane Floty. Są siły morskie ograniczone do istnienia formalnej struktury z nielicznymi przybrzeżnymi jednostkami pływającymi.

Polską marynarkę wojenną intuicyjnie można nazwać małą, ale jeśli użyjemy definicji Geoffrey’a Till, że jest to flota z „ograniczonymi środkami i aspiracjami” to możemy natknąć się na rafę. Spoglądając bowiem na powyższą klasyfikację i próbując przypisać naszej marynarce odpowiednią rangę, można pokusić się o nieco prowokacyjne stwierdzenie:

Marynarka Wojenna RP posiada aspiracje do bycia Adjacent Force Projection Navy, posiada zdolności Offshore Territorial Defense Navy, ale doktryna BBN wzywa w zasadzie do Inshore Territorial Defense. Każdy rozdźwięk pomiędzy doktryną polityczną a aspiracjami marynarzy będzie prowadził do niestabilnego programu budowy floty, gdzie którym głównym argumentem w dyskusji będą finanse ale prawdziwe powody pozostaną ukryte.

Czego naprawdę chcemy? Czy nasze aspiracje są spójne ze strategią bezpieczeństwa państwa BBN-u?

Czego naprawdę chcemy? Czy nasze aspiracje są spójne ze strategią bezpieczeństwa państwa BBN-u?

Kierunek zagrożenia i pojęcie kraju kontynentalnego.

Na pytanie czy musimy być krajem kontynentalnym należy odpowiedzieć pozytywnie, tak musimy nim być, bo z kontynentu i sąsiedniego kraju pochodzi główne zagrożenie dla Polski. To nie oznacza automatycznie brak potrzeby posiadania floty, wręcz przeciwnie, oznacza to konieczność zwiększonego wysiłku intelektualnego dla bardziej precyzyjnego określenia priorytetów i roli floty w polityce zagranicznej i bezpieczeństwa Państwa. Jeśli główne zagrożenie przyjdzie z lądu, to naturalnie funkcja militarna rośnie na znaczeniu a priorytety będą przyznane armii i lotnictwu. Ponieważ każdy okręt spełniający wymogi okrętu wojennego zdolnego do operowania w warunkach otwartej wojny będzie bardzo drogi, to z punktu widzenia państwa stosunek nakładu do korzyści będzie niekorzystny. Jeśli naprawdę wierzymy w niezdolność okrętów nawodnych do przetrwania ataków lotnictwa, to zainwestujmy w eskadrę samolotów szturmowych a nie korwety. Dlatego budowa okrętów wojennych będzie podlegała cięciom budżetowym jako pierwsza, pomimo iż pieniądze nie będą rzeczywistym powodem takich decyzji.

Continental Navy - samo w sobie nic złego. Tak zaczynała największa potęga morska świata. Foto - www.history.navy.mil

Continental Navy – samo w sobie nic złego. Tak zaczynała największa potęga morska świata. Foto – www.history.navy.mil

Niestabilne projekty według D.K. Brown.

Ten brytyjski konstruktor okrętów, znany z popularnych książek o historii i genezie okrętów Royal Navy, w książce Future British Surface Fleet podaje nam prawdziwą perłę mądrości, zwykle ignorowaną. Historia dotyczy fregat Type 23:

Wszystkie projekty mają tendencję do wzrostu rozmiarów z powodu presji wywieranej na wprowadzenie do projektu nowych systemów uzbrojenia jako przeciwwagę dla coraz większych zagrożeń; tylko znacznie słabsze siły działają w przeciwnym kierunku, tak aby zredukować koszt jednostkowy w nadziei na zwiększenie liczby jednostek. Istnieje pewien przedział wielkości i kosztów, w którym jedna z sił, zwykle wzrost jest nieomalże nie do odparcia.
Pierwotny koncept dla fregat Duke (Type 23) to była mała jednostka do holowania sonaru, oferująca lądowisko dla helikoptera ale bez hangaru i nieomalże bez uzbrojenia, kosztująca jakieś 65 mln funtów. Tak pomyślany okręt był zbyt drogi, by móc być „spisanym na straty”, a wciąż niezdolny do samoobrony. Cały pomysł był więc filozoficznie „niestabilny” i musiał się albo zmniejszyć do rozmiarów akceptowalnej kosztowo straty, albo wzrosnąć kosztowo do ponad 100 mln funtów, tak by możliwe zastosowanie jakiś systemów obronnych.

Zaczęło się niewinnie. "Mała i tania platforma dla sonaru holowanego". Foto - www.naval-technology.com

Zaczęło się niewinnie. “Mała i tania platforma dla sonaru holowanego”. Foto – www.naval-technology.com

Czy korweta jest projektem niestabilnym?

W świetle powyższych rozważań doświadczonego konstruktora okrętów na temat filozofii swojej profesji, usprawiedliwione wydaje się być pytanie o koncepcyjną niestabilność korwety. Oczekiwania co do obrony przeciwlotniczej średniego zasięgu przy pozostawieniu zdolności do ASW i ASuW idą w kierunku destabilizacji projektu, dokładnie zgodnie z opisanym powyżej scenariuszem. W rzeczy samej, ten sam autor stwierdza:

Tania korweta, a nawet tani lotniskowiec dla helikopterów są możliwe, lecz bardzo rygorystyczna kontrola na samym szczycie jest niezbędna dla zapewnienia, że wymagania nie będą napędzały kosztów do poziomu nieosiągalności.

Jest to bardzo widoczne w popularnych dyskusjach na forach, gdzie wymagania błyskawicznie przeistaczają planowaną korwetę we fregatę. Pójście zaś w drugim kierunki oznacza ograniczenia w systemach uzbrojenia a więc pewną minimalizację funkcji militarnej, co tworzy konflikt, bo w naszej flocie korweta nie będzie tanim okrętem pomocniczym, elementem czegoś co Julian Corbett nazywał „flotilla”, tylko będzie to „capital ship”, najsilniejszy posiadany okręt, następca fregat OHP.

Trójkąt misji – funkcje militarna, dyplomatyczna, policyjna

Wszystko, co powyżej powiedziano prowadzi do pewnego paradoksu, niewątpliwie boleśnie odczuwanego przez marynarzy i wszystkich sympatyków marynarki wojennej. Im większy kładziemy nacisk na militarną funkcję floty, tym bardziej ma ona szansę na marginalizację. Ale czyż obecnie realizowany program modernizacji nie jest zaprzeczeniem tej tezy? Być może, bo ostatnie doniesienia Dziennika Zbrojnego mówią o prawie 1.4 mld inwestycji w 2015 roku. Można się domyślać, że chodzi o okręty podwodne i Mieczniki, być może drugi NDR. Niemniej rząd musi się śpieszyć z podpisaniem umów przed wyborami, bo po nich wszystko nie będzie takie pewne.

Wracamy więc do tradycyjnego trójkąta misji i przypatrzmy się pozostałym dwóm. Funkcja policyjna ma sens głównie w ramach współpracy międzynarodowej na rzecz zapewnienia bezpieczeństwa żeglugi. To z naszego punktu widzenia jest elementem dyplomacji i realizacji celów polityki zagranicznej. Jest również w naszym własnym szeroko pojętym interesie gospodarczym, ze względu na rosnące znaczenie transportu morskiego w gospodarce. Politycy powinni sobie również zadać pytanie ile są gotowi zainwestować w pewne korzyści polityczne, np. ile jest warte wsparcie Włochów w ich zmaganiach z uszczelnieniem południowych granic UE? Do tego celu Czapla z pewnością będzie wystarczająca. Natomiast bardzo niebezpieczne jest szafowanie argumentem konieczności współpracy z NATO. Bo gdyby NATO nie było, to czy zniknąłby powód do istnienia marynarki wojennej? Aby marynarka wojenna miała trwałe podstawy bytu i zagwarantowane wsparcie finansowe, w ramach otwartej dyskusji muszą zostać sformułowane powody istnienia floty, użyteczne dla polskiej racji stanu i to niezależnie od sojuszniczych zobowiązań.

Odstraszanie dodatkową funkcją poza trójkątem misji?

Temat jest wywołany planami zakupu okrętów podwodnych z rakietami manewrującymi. Na razie dyskutuje się możliwości, jakie oferuje technologia. Bez odpowiedzi pozostaje pytanie, jaka jest rola odstraszania konwencjonalnego wobec największej potęgi nuklearnej świata? Odczuwalny jest brak jest niedostatek krajowych opracowań na temat odstraszania konwencjonalnego i warunków jakie muszą zaistnieć, aby wielokrotnie silniejszy przeciwnik rzeczywiście był skłonny zmienić swe decyzje pod wpływem faktu posiadania przez Polskę pewnych zdolności bojowych. I to w sytuacji, kiedy jeśli wierzyć doniesieniom prasowym, potencjalny przeciwnik prowadzi ćwiczenia ataku jądrowego na Warszawę.

Co to jest battleforce? I co ma zwalczać?

Profesor James Holmes w The National Interest zadaje interesujące pytania na temat, co dzisiaj stanowi trzon bojowy floty (battleforce) i co ten trzon ma zwalczać. Pytania są zadane w kontekście rywalizacji amerykańsko – chińskiej na Pacyfiku, ale ich wagi nie umniejsza zmiana kontekstu na nasz lokalny. Warto przeczytać artykuł wraz z odnośnikami i linkami do poprzednich tekstów profesora. Otóż wyłania się bardzo dla nas atrakcyjna koncepcja funkcji militarnej wypełnianej przez instalacje i systemy uzbrojenia działające z lądu. Inny bloger, Niel Kaneshiro na CIMSEC nazywa to wprost Sea Control from Ashore.

Atrakcyjność takiej opcji polega na możliwości wykorzystania sił nawodnych do realizacji polityki zagranicznej państwa, a więc spełniania funkcji dyplomatycznej, pozostawiając funkcję militarną (głównie obronę wybrzeża) instalacjom na lądzie. Nie są już konieczne bardzo drogie okręty o wyrafinowanych możliwościach obrony i dużej sile ognia, pod warunkiem założenia, że politycy nie będą wysyłali okręty na misje typowo bojowe. To wymaga również przyjęcia ryzyka eskalacji konfliktu poza planowany poziom zagrożeń. Pomimo wewnętrznych zastrzeżeń, takie podejście jest praktykowane nawet na wojnie, gdzie zasoby dostępne nie zawsze są w zgodzie z przewidywanym niebezpieczeństwem.

Czy te kilka powyższych komentarzy prowadzi nas w jakimś kierunku? Chyba tak, chociaż to być może efekt tego samego autora błądzącego utartymi ścieżkami. Z przemyśleń wyłania się obraz marynarki złożonej z kilku podstawowych elementów lub „klocków” spełniających dwie podstawowe funkcje – militarną obrony wybrzeża opartą o systemy głównie nadbrzeżne oraz dyplomatyczną promującą i chroniącą interesy Polski zarówno na jak i poza Bałtykiem. „Klocki” można układać w różne konfiguracje dla uzyskania najlepszego, pożądanego efektu a są nimi z pewnymi modyfikacjami, jak wspomniano już na tym blogu:

  • Zespół Mobilności Morskiej Sił Zbrojnych
    Prom Ro-Ro (z pokładu mogą operować śmigłowce szturmowe lub ZOP)
    Okręty eskorty (możemy się dziś pokusić o dokładniejszą definicję – dwa Ślązaki lub Naval OPV z Zespołu Patrolowo-Rozpoznawczego). Zespół służy w czasie wojny do przerzutu wojsk (ale nie desantu). W czasie pokoju do operacji humanitarnych i ekspedycyjnych. Okręty mogą być wydzielone do działania w ramach operacji sojuszniczych.
  • Zespół Wojny Minowej
    Niszczyciele min plus moduły na okrętach Zespołu Patrolowo-Rozpoznawczego
    Wojna minowa jest skuteczną formą walki ofensywnej i defensywnej na Bałtyku. Okręty mogą być wydzielone do NATO Response Force.
  • Zespół Patrolowo-Rozpoznawczy
    Okręty patrolowe (z alternatywnym modułem walki minowej lub rozpoznania radioelektronicznego i wzmocnionym uzbrojeniem w granicach stosowalności).
    Samoloty patrolowe
    Pojazdy bezzałogowe
    Środki rozpoznania radioelektronicznego na platformach Zespołu
    Pozwala na wykorzystanie pełnego zasięgu Nadbrzeżnego Dywizjonu Rakietowego. Możliwe uczestnictwo w operacjach NATO, EU czy ONZ wspierających porządek prawny na morzu.
  • Zespół Obrony Wybrzeża i Portów
    Nadbrzeżne Dywizjony Rakietowe
    Małe Okręty Rakietowe
    Śmigłowce szturmowe
    Eskadra śmigłowców ZOP
    Sieć radarów nadbrzeżnych
    Obrona przeciwlotnicza, przeciw-podwodna portów
Koncept prezentowany na tym blogu. Nieco egzotyczny, ale uniwersalny. Foto - Fassmer

Koncept prezentowany na tym blogu. Nieco egzotyczny, ale uniwersalny. Foto – Fassmer

Patrząc w ten sposób, optymalną platformą jest OPV zbudowany według norm cywilnych z zastosowaniem selektywnym standardów wojenno-morskich. Uzbrojenie powinno być wzbogacone o systemy samoobrony w granicach rozsądku i stosowalności na platformie klasy OPV, a więc umożliwiające obronę przed prowokacją lub atakiem terrorystycznym z użyciem nowoczesnych środków napadu, lecz poniżej progu otwartej wojny i nieograniczonego ataku. Kłopot może sprawić eskorta okrętu transportowego/wsparcia wojsk w trakcie operacji poza zasięgiem wsparcia z lądu. Stąd pomysł bliźniaka dla Ślązaka i zbudowania pary lekko uzbrojonych korwet, co jest alternatywą dla OPV. Nazwy Miecznik unikam ze względu na niebezpieczeństwo eskalacji wymagań. Do dyskusji jest to, czy korwety powinny mieć uzbrojenie przeciw celom nawodnym, czy też raczej ASW. Być może pewna forma modułowości jest drogą właściwą? Wielkim nieobecnym w tej propozycji są okręty podwodne, ale mam wrażenie, że z punktu widzenia polityków tak zwane odstraszanie jest głównym uzasadnieniem wydatków tej skali.

Oct 192014
 

W tytułowym, otwartym pytaniu pobrzmiewa delikatnie nutka wątpliwości. Niepokój ma jednak swoje uzasadnienie w niezwykle wysokich planowanych kosztach i niejasnej sytuacji do czego i w jaki sposób te okręty miałyby być wykorzystane. Jest to więc pytanie o tak zwany CONOPS (Concept of Operations), na co nie tak łatwo znaleźć odpowiedź. Problem tkwi po części w tym, że ci którzy mają na ten temat wiedzę, rzadko się wypowiadają, a ci którzy takiej wiedzy nie posiadają, nie wychodzą publicznie poza koncept odstraszania, czyli przenoszenia przez okręty podwodne rakiet manewrujących dalekiego zasięgu. Tym cenniejsza staje się lektura czwartego numeru Przeglądu Sił Zbrojnych, zawierającego szereg artykułów dotyczących Marynarki Wojennej. Autorzy tych tekstów są oficerami marynarki i ich poglądy warto skonfrontować z obowiązującą wykładnią BBN-u odnośnie strategii bezpieczeństwa narodowego. Ta mówi o obronie żywotnych interesów Polski, wśród których obrona niezawisłości Państwa i jego integralności terytorialnej są najważniejsze. Na pierwszy rzut oka, okręt podwodny wpisuje się dobrze w taki scenariusz, zwłaszcza ubrany w szaty doktryny odmowy dostępu. Z drugiej strony, uznając realia geopolityczne, doktryna BBN-u kładzie nacisk na zagrożenia wynikające z konfliktów hybrydowych i „podprogowych”, a więc działań przeciwnika nie wywołujących automatycznej reakcji sojuszników. Co więc możemy się dowiedzieć na temat koncepcji operacyjnego użycia okrętów podwodnych z lektury Przeglądu Sił Zbrojnych i jak to wygląda w świetle konfliktów o ograniczonej skali?

Czysta ciekawość każe przeczytać w pierwszej kolejności artykuł Jednostki podwodne na Bałtyku, autorstwa dwóch podwodniaków, kmdr ppor. Tomasz Witkiewicza i kmdr ppor. Tomasz Sołkiewicza. Na wstępie sami zauważają, że podstawowy obszar działania nie jest optymalny:

Z analizy danych (…) wynika, że Bałtyk nie jest idealnym rejonem do działania okrętów podwodnych. Charakteryzuje go raczej mała głębokość z wyłączeniem niektórych obszarów, takich jak Rynna Słupska (głębokość powyżej 90 m) czy Głębia Gdańska (głębokość dochodzi do 120 m). Ponad 50% powierzchni morza to wody, których głębokość nie przekracza 50 m.

Tekst jest wzbogacony ładnymi ilustracjami, wśród nich mapą Bałtyku z zaznaczeniem wód o głębokości powyżej 50m, co jest istotne ze względu na fakt, że według autorów, bezpieczne manewrowanie okrętem podwodnym wymaga głębokości minimalnej 40-50m. Rzut oka na mapę skłania do refleksji, że podstawowym obszarem działań mogą być wody Zatoki Gdańskiej, co nierozerwalnie będzie związane z aktywnością skupioną wokół głównych baz i portów Polski i Rosji oraz główne szlaki żeglugowe odsunięte od polskich wód przybrzeżnych. To sugeruje niecelowość użycia okrętów podwodnych do zwalczania desantu przeciwnika na naszym wybrzeżu. I rzeczywiście, w analizie prowadzenia działań autorzy skupiają się na zwalczaniu żeglugi, zwłaszcza w pobliżu portów, uznając że korzyści mogą być niewspółmiernie większe od ryzyka oraz na zabezpieczeniu działań wojsk specjalnych. Niewątpliwie okręty podwodne, historycznie są najpotężniejszą bronią do prowadzenia guerre de course, ale jednocześnie ta sama historia wskazuje na dwie rzeczy. Wojna handlowa, aby miała jakikolwiek efekt strategiczny, jest długotrwała. Ale czy to jest możliwe w przypadku wojny hybrydowej? W końcu okręt podwodny służy do skrytego zatapiania statków i okrętów, a nie ich zatrzymywania lub rewidowania. Jak długo można bezkarnie topić statki przeciwnika w sytuacji niewypowiedzianej wojny? Dopuszczalny jest pewnie incydent jak zatopienie południowokoreańskiej korwety, lecz jest to działanie jednorazowe a nie regularna wojna ekonomiczna na liniach żeglugowych. Z drugiej strony, rozpatrując mało prawdopodobny (według obowiązującej doktryny BBN) przypadek otwartej wojny z Rosją, skuteczne działania na liniach żeglugowych wymagają posiadania przewagi na morzu. Tak przynajmniej twierdził Sir Julian Corbett. Co więc jeszcze pozostaje w menu? W artykule Perspektywy rozwoju marynarki wojennej, kmdr. rez. Krzysztof Marciniak okrętom podwodnym poświęca niewiele miejsca, zauważając, że:

Załoga Orki będzie w stanie prowadzić rozpoznanie, stawiać miny i transportować grupy specjalne w rejon ich działania.

Takie zadania o wiele lepiej wpisują się w wizję doktryny BBN-u, tylko czy do ich realizacji potrzebujemy okrętów podwodnych za 2.5 mld PLN sztuka? Być może realizacja tych zadań możliwa jest z wykorzystaniem mniejszych okrętów podwodnych lub wręcz bez nich? Na koniec dochodzimy do drażliwego punktu, czyli przenoszenia rakiet manewrujących. W zupełnym oderwaniu od podwodnej tematyki, portal Defence24 zamieścił niedawno informację o tym, że 1/3 polskiego terytorium znajduje się w zasięgu zintegrowanego systemu obrony przeciwlotniczej Rosji. Komentując ten fakt i powołując się na wypowiedź gen. Breedlove, portal wyraża opinię:

Oznacza to, że w wypadku prowadzenia kolektywnej operacji obronnej konieczne może się okazać przełamywanie elementów systemu obrony powietrznej potencjalnego przeciwnika.

Naturalną koleją rzeczy, taki system obrony przeciwlotniczej stanie się podstawowym celem wszelkich środków będących w dyspozycji sił zbrojnych. Rakiety odpalane skrycie z okrętu podwodnego są atrakcyjne z tego punktu widzenia. O ile jednak okręty podwodne oferują skrytość działania, o tyle ich minusem jest utrudniona łączność i mała siła ognia w sensie liczebności salwy. Jeżeli założymy, że system klasy S-400 ma możliwość zwalczania sześciu celów jednocześnie, w tym rakiet manewrujących i że jego unieszkodliwienie wymaga zniszczenia co najmniej radaru i/lub stanowiska dowodzenia, to wymagana jest salwa około ośmiu rakiet. Czyli minimum dwóch okrętów odpalających salwy jednocześnie lub przeładowanie wyrzutni i salwę sekwencyjną, co ułatwia obronę. Zaczyna się zabawa w taktykę. Opuścić sprintem obszar odpalenia rakiet by uniknąć reakcji sił ZOP, czy też pozostać w rejonie poruszając się z małą prędkością? Zależy od oceny sił ZOP i przyjęcia za pewnik lub nie wykrycie okrętu przez przeciwnika. Jeśli przyjmiemy fakt wykrycia za pewnik, sprint już nie przeszkadza, jeśli jednak przeciwnik nie wykrył miejsca odpalenia, sprint daje mu dodatkową szansę na zlokalizowanie okrętu.

Ciekawy, acz kontrowersyjny komentarz na temat użycia Tomahawków znajdujemy w komentarzu autorstwa Johna T. Kuehn’a TLAMS and ISIS: Insane and cynical ways to blow things up:

Mój przyjaciel, który niech pozostanie anonimowy, określa TLAM jako: „XX- wieczny odpowiednik noty dyplomatycznej, mający przekazać niezadowolenie nie czyniąc w rzeczywistości nic”.

Tekst odnosi się do sytuacji przewagi Stanów Zjednoczonych nad przeciwnikiem. Trudno sobie wyobrazić, aby taka „nota dyplomatyczna” wywarła jakikolwiek pozytywny efekt na militarnym mocarstwie, jakim jest Rosja, poza ewidentną prowokacją. Powtórzę w tym miejscu wielokrotnie powtarzane zdanie, że odstraszanie jest zjawiskiem psychologicznym mającym swe źródło w przekonaniu przeciwnika o nieuchronności konsekwencji. Jeśli więc rakiety manewrujące odpalane spod wody nie są dobrym środkiem odstraszającym i zbyt nielicznym do efektywnej degradacji obrony przeciwlotniczej, to czy inwestycje w nie są rozsądne? Zwłaszcza, że wielu komentatorów podkreślając niewielki relatywny koszt samych rakiet, pomija inwestycje niezbędne w systemy do zdobywania informacji o celach (zwłaszcza mobilnych) i łączności z okrętami podwodnymi.

W ten sposób dochodzimy do całkiem zasadniczego pytania czy wydawać horrendalne kwoty na okręty podwodne, czy nie? Najbardziej spójną strategią zgodną z teorią wojny podprogowej i hybrydowej jest inwestycja w podwodne pojazdy dla sił specjalnych. Zwłaszcza, że te ostatnie i tak mają priorytet oraz uprzywilejowany status “polskich kłów”. Te jednak nie odpalą żadnej torpedy, chociaż stanowią zagrożenia dla baz przeciwnika i statków w portach, jak pokazują sukcesy włoskich płetwonurków z II wojny światowej.

Takie maleństwo jak prototyp General Atomic dla sił specjalnych, również może być wyposażone w baterie litowo-jonowe

Takie maleństwo jak prototyp General Atomic dla sił specjalnych, również może być wyposażone w baterie litowo-jonowe

Wówczas pozostaje rozważenie tańszej alternatywy mniejszych okrętów podwodnych. Takie okręty nie mają AIP i w konsekwencji dysponują znacznie mniejszym zasięgiem i czasem pozostawania w zanurzeniu. Jeśli jednak, zgodnie z tym co zostało wcześniej powiedziane, podstawowym zadaniem miałoby być rozpoznanie, skryte stawianie min, współpraca z siłami specjalnymi bądź rajdy przeciwko jasno sprecyzowanym celom to wymóg długotrwałego pozostania w zanurzeniu czy zasięgu pozostanie dyskusyjny. Przyczynkiem do pewnych spekulacji może być rozwój technologiczny i decyzja Japonii o wyposażeniu reszty okrętów klasy Soryu w baterie litowo-jonowe zamiast AIP. Reporter Defense News podaje kilka ciekawych argumentów i faktów związanych z tą decyzją. Po pierwsze, nowe baterie zastąpią dotychczasowe a nie uzupełnią je jako zastępstwo dla AIP, co najwyraźniej próbuje oferować DCNS w przypadku Scorpene. Ciekawy jest argumant uzasadniający taką decyzję:

Przyjmując, że okręty podwodne są szpicą sił zbrojnych Japonii … prędkość i zasięg są fundamentalne dla działań okrętów podwodnych, a napęd oferujący zwiększone parametry w tych obszarach jest szczególnie atrakcyjny dla japońskiej marynarki.

Wracając na Bałtyk można postawić tezę, że za wyjątkiem działań na liniach żeglugowych, dopóki okręty działają z Gdyni, nie potrzebują zasięgu, a jeśli działają ze Świnoujścia potrzebują szybkości, której nie daje AIP. Skąd więc nacisk na AIP? Dążenie do zbudowania zrównoważonej floty maksymalizującej zdolności bojowe może się zderzyć z założeniami doktryny bezpieczeństwa narodowego tak samo jak z budżetem, który prawdopodobnie preferuje inne priorytety. Nie jest również oczywiste dlaczego w przypadku sił nawodnych zostały narzucone pewne ograniczenia i korwety to wszystko, na co mogą liczyć marynarze, podczas gdy w przypadku sił podwodnych dopuszcza się możliwość zakupu jednostek o najwyższych parametrach w swojej kategorii.