Jan 022017
 

Czy w ogóle jest możliwa tania fregata i jeśli tak, to czy można oszacować jej koszt? Z punktu widzenia praktycznego interesuje nas w jaki sposób można ograniczyć koszt fregaty i okrętu wojennego ogólnie. Gdyby fregaty Oliver Hazard Perry miały doczekać się swoich następców w Marynarce Wojennej RP, byłyby to pytania całkiem istotne. Najistotniejszą kwestią jest oczywiście ich cel i sposób użycia, ale pracując nad tą kwestią marynarka wojenna powinna mieć dostępne opcje już przemyślane tak, aby we właściwym momencie podsunąć akceptowalną propozycję.

Jest kilka metod szacowania kosztów budowy okrętów wojennych stosowanych na różnych etapach projektu. Nas najbardziej interesują wczesne etapy koncepcyjne by projekt przeszedł pozytywnie pierwszą debatę o kontynuacji lub zakończeniu dalszych prac. Najogólniej na tym etapie dostępne są dwie metody – poprzez analogię co wymaga znajomości kosztów okrętów podobnej klasy oraz parametryczna dająca dość szybko rezultat pod warunkiem posiadania sporej wiedzy na temat współczynników niezbędnych do obliczeń. Parametrem podstawowym używanym przynajmniej przez NAVSEA i GAO w USA jest waga okrętu (a więc wyporność) w rozbiciu na kilka grup mnożonych przez współczynniki wyrażające koszt na kilogram. Współczynniki mogą być różne w zależności od rodzaju napędu czy stopnia komplikacji uzbrojenia lub „upakowania” okrętu. Rozbicie na grupy może również być na różnym poziomie szczegółowości lub agregacji, ale typowy będzie jak poniżej:

100 Hull Structure
200 Propulsion Plant
300 Electric Plant
400 Command & Surveillance
500 Auxiliary Systems
600 Outfit & Furnishings
700 Armament
800 Design & Engineering Services
900 Construction Services

Zgodnie z tą metodą istnieje zależność pomiędzy wypornością okrętu i jego kosztem i przy wyborze wagi jako podstawowego parametru mamy na tym etapie dwie metody ograniczenia kosztu okrętu – narzucić arbitralnie pułap kosztu lub ograniczyć wyporność okrętu. Istnieje powiedzenie, że „stal jest tania a powietrze za darmo” ale pomija fakt, że okręt wojenny nie służy do przenoszenia powietrza tylko uzbrojenia. Ekonomia i psychologia pcha nas więc do wykorzystania wszelkich rezerw w postaci ładunku użytecznego czy przestrzeni dla celów uzbrojenia napędu lub ochrony. Ograniczanie wyporności ma jednak swoje równie sztuczne minimum w postaci typowego zestawu uzbrojenia i sensorów uznawanych w danej epoce i flocie za pewien standard. Tak więc projekt okrętu musi się zmieścić w przedziale pomiędzy minimum akceptowalnych parametrów i możliwości a maksimum kosztów wynikających z budżetu i liczby planowanych jednostek. Jeżeli ten przedział zbliży się do zera, okręt nie powstaje.

Na wstępnym etapie projektu mamy do czynienia z interakcją przyszłego użytkownika (marynarki), projektantem i organem finansującym projekt dotyczącej minimalnych zdolności bojowych, napędu, poziomu przeżywalności lub produktywności projektu. Praktycznym rozwiązaniem na drodze do „taniego” okrętu jest metoda „design-to-cost”, która po wstępnej analizie z użyciem wspomnianych narzędzi a jeszcze przed szczegółowym kosztorysem wynikającym z projektu technicznego narzuca pułap wyporności i kosztów wstępnie zaakceptowanych. Metoda jest mało popularna bo marynarze rzadko godzą się na sztuczne ograniczanie możliwości okrętów ale zyskuje w czasach ograniczeń finansowych lub wobec konieczności masowej rozbudowy floty (lub jej odtworzenia, jak w naszym przypadku). Dobrze opisanym przypadkiem tej strategii akwizycji okrętu jest historia Oliver Hazard Perry. Ciekawym choć dość starym dokumentem na ten temat jest The impact of design to cost on naval ship design. Autor, Michael Nickelsburg podkreśla różnice z innymi metodami, które widzi w nacisku na koszt zakupu a nie cykl życia oraz wyważaniu pomiędzy osiągami a kosztem. Wynikowy projekt jest wystarczająco dobry a nie optymalny pod względem parametrów, czyli stawiający kontrowersyjne pytanie o granicę poświęcenia parametrów aby nie przekroczyć pułapu kosztów. Proces wyglądał mniej więcej tak:

Wybrano zakres wielkości okrętu od 1500 do 7000 ton, wybrano typowe uzbrojenie dla danej wielkości kadłuba i obliczono koszt każdego wariantu. Wynikłe opcje wahały się od kilku bardzo silnych okrętów eskortowych niezdolnych to ochrony wystarczająco dużych obszarów aby znacząco polepszyć efektywność sił eskortowych, aż do wielu niedrogich okrętów niezdolnych do przenoszenia uzbrojenia niezbędnego do ochrony floty.

Przeanalizowano scenariusze z udziałem nowych okrętów wymieszanych z już istniejącymi. Nakreślono zależność efektywności zespołów okrętów z udziałem nowych okrętów w zależności od ich wyporności, która to zależność wskazała na maksimum w zakresie 3000/3500 ton. Taki okręt był wyceniany na $45-50M.

Oszczędności na etapie projektu były drastyczne, ale powstał okręt budowany w dziesiątkach sztuk. foto www.wikiwand

W tym punkcie procesu Adm. Zumwalt narzucił ograniczenie na koszt i wyporność a później na liczebność załogi. Innym współczesnym przypadkiem dającym wgląd na złożoność wyboru właściwego kompromisu jest ewolucja LCS w kierunku fregaty.

Raport GAO opisuje proces dochodzenia do rekomendacji, które jak wiemy zalecają modyfikacje istniejącego projektu LCS. Rozważano osiem kombinacji różnych zdolności jak AAW, ASuW i ASW w podziale na trzy strefy (samoobrona, lokalna i pozahoryzontalna), zasięg, autonomiczność i prędkość w oparciu o dwie modyfikacje LCS (umiarkowaną i głęboką), National Security Cutter i nowy projekt. Ciekawą konkluzją jest spostrzeżenie, że pełny zakres pożądanych zdolności zapewnia dopiero NSC a więc okręt o wyporności 4500 ton. Jakkolwiek przedstawiciele floty preferowali posiadanie lokalnej obrony przeciwlotniczej wraz z ASW to po trzeciej rundzie ograniczeń kontynuowano wariant z rakietami przeciwokrętowymi lecz zredukowaną zdolnością ASW i samoobroną AAW. Kadłub LCS o wyporności 3000-3500 ton nie pozwalał na więcej. Co więcej, zmiana standardów cywilnych na militarne „kosztowałaby” dodatkowe 200 ton wyporności, czyli wymaga głębokiej modyfikacji LCS. O wyborze ostatecznym wersji umiarkowanej modernizacji LCS pomimo najmniejszych zdolności zadecydowała kombinacja kosztów i czasu możliwego rozpoczęcia budowy. Liczby poniżej pochodzą z omawianego raportu GAO

Umiarkowana modyfikacja LCS      $613-631M od 2020
Głęboko modernizowany LCS         $754M        od 2021
NSC                                                   $840M       od 2021
Nowy projekt                                     $843M        od 2023

Liczby dotyczą wartości dolara w 2014 roku i nie można zapominać, że raport RAND na temat przyczyn wzrostu kosztu okrętów twierdzi, że okręty nawodne drożeją około 9% rocznie!

Czy mamy w historii współczesnych okrętów rzeczywiście tanią fregatę? Mamy przykłady udanych konstrukcji jak Spruance, Leander, Oliver Hazard Perry produkowanych masowo, czy jednak były znacząco tańsze od swoich rówieśników? Przypadkiem teoretycznie pasującym do teorii taniej stali i darmowego powietrza są niszczyciele typu Spruance ale Norman Friedman opisując genezę okrętu wskazuje na czynniki podważające tę hipotezę. Okręt przede wszystkim miał utrzymywać prędkość stałą 30w przy stanie morza 4, co było wymagane dla eskorty lotniskowców na Północnym Atlantyku i dawało jednostkę sporą na wstępie. Ponadto projektując niszczyciel ASW założono jego potencjalnie podwójną rolę i możliwość dozbrojenia do standardu niszczyciela rakietowego z systemem Tartar (DDG). Powstał więc okręt o sporym zapasie tonażu i objętości co zostało później wykorzystane przy budowie pierwszych okrętów z systemem Aegis. Fregaty Leander (Type Improved 12) były w kolejnych partiach dozbrajane w rakiety Exocet i SeaWolf zamiast Seacat. Ostatnia wersja była już bardzo droga i D.K. Brown w książce Rebuilding the Royal Navy zastanawia się na ile warto było takie konwersje robić ale w ostatecznym rachunku stwierdza, że taka polityka pozwoliła na wprowadzanie do marynarki nowych systemów uzbrojenia.

Jedynym przypadkiem zwracającym powszechną uwagę i wyraźnie tańszym od konkurentów są duńskie fregaty Iver Huitfeldt. Większość komentatorów podchodzi do nich jak do przysłowiowego jeża, bo z jednej strony strona duńska podała oficjalnie liczby w rozbiciu na główne grupy kosztowe z wyszczególnieniem systemów przeniesionych z poprzednich jednostek a z drugiej strony nikt nie umie tego sukcesu powtórzyć. Niemniej wskazówką użyteczną jest fakt budowy fregat zgodnie z metodologią „design-to-cost” z poświęceniem głównie standardów militarnych i wykorzystaniem produktywności projektu dzięki doświadczeniom z budowy kontenerowców.

Pytanie o tanią fregatę nie jest trywialne i ponownie obserwujemy wysiłki w tym kierunku podejmowane we Francji i Wielkiej Brytanii. FREMM miał w założeniu być fregatą tanią ale najwyraźniej nie jest i chęć utrzymania pożądanej liczebności eskorty przy zadanym budżecie owocuje projektem FTI. Ma to być okręt o wyporności 4200 ton z budżetem 3.8mld EUR na pięć jednostek a więc z kosztem jednostkowym 760 mln EUR!

“Tania” fregata za ponad 700 mln EUR. Takie czasy! foro www.navyrecognition.com

Przykład brytyjski jest bardziej drastyczny – Type 26 jest za droga zanim została rozpoczęta budowa. Wśród kandydatów na Type 31 uzupełniający pożądany stan liczebny fregat Royal Navy jest Venator 110 projektu BMT, czyli okręt o wyporności 4000 ton.

Venator – być może bardziej pragmatyczna próba budowy tańszej fregaty. Foto www.bmtdsl.co.uk

W odniesieniu do naszej sytuacji pojawiają się dwie kwestie. Po pierwsze metody szacowania kosztów projektów dla naszej marynarki wojennej a po drugie analizy osiągalności różnych wariantów. Być może dla nas najodpowiedniejszą metodą byłaby metoda parametryczna z elementami analogii. Ponieważ nie mamy doświadczenia i bazy historycznych danych odnośnie kosztów i wagi systemów dowodzenia, uzbrojenia i sensorów dla różnych klas i wielkości okrętów moglibyśmy próbować w tym fragmencie posługiwać się analogią natomiast powinniśmy być w stanie oszacować koszty materiałowe i robocizny w pozostałych kategoriach metody parametrycznej. W kwestii osiągalności można by podejrzeć metodologię z raportu GAO o analizie alternatyw dla Small Surface Combatant. Należałoby stosując obraną metodę szacunku kosztów wypełnić tabelę jak poniżej. Zawarte liczby należy traktować jako przykładowe a nie wiążące i służące do celów poglądowych. Zamiast ogólnych stwierdzeń można wskazać konkretne przykłady systemów.

Zakładając okres służby okrętów i przeciętnego rocznego oczekiwanego poziomu finansowania marynarki jesteśmy w stanie określić długofalowy budżet floty i wydzielić z niego część na okręty nawodne. Dodatkowo należałoby wziąć pod uwagę typowy czas budowy okrętu danej klasy pomnożony przez realistyczny roczny poziom finansowania czyli maksymalną wartość okrętu mającego szansę na realizację. To mogłoby być podstawą do dyskusji jakie klasy są w ogóle dla nas dostępne i w jakiej liczbie. Dyskusja o tym jak te okręty wykorzystać może się toczyć równolegle z opracowaniem strategii czy doktryny użycia marynarki wojennej, co może wzbudzać protest ze względu na niewłaściwą kolejność rzeczy. Tak się jednak składa, że z poprzedniego wpisu można wnioskować, ze marynarka chcąc zachować inicjatywę w środowisku zdominowanym przez armię i jej potrzeby musi być gotowa na przyjęcie postawy handlowca podsuwającego pod nos bardziej idee niż produkty, chociaż mając propozycje takowych na podorędziu. Krytycznym parametrem nie uwzględnionym w tabeli jest czas i aktualna sytuacja a więc punkt startowy, bo nie zaczynamy od zera tylko z pozycji już zaangażowanych środków. Spoglądając na tabelę korwety sprawiają wrażenie rozwiązania dobrego jeśli nie optymalnego z punktu widzenia techniczno-ekonomicznego ale to zderza się z pytaniem co mają robić i do czego służyć? Tym sposobem wracamy do podstawowego pytania jaką funkcje ma spełniać nasza flota.

Jul 032016
 

Coraz więcej sygnałów wskazuje na pustą kasę państwa. Ostatnim kamyczkiem wrzuconym do ogródka są wypowiedzi ministra Bartosza Kownackiego cytowane przez Defence24. Opracowywana doktryna morska nabiera więc charakteru miny, broni czekającej na swój moment. W międzyczasie decyzje będą podejmowane na podstawie doraźnych korzyści politycznych weryfikowanych przez możliwości finansowe, techniczne i organizacyjne. Cały ten kontekst spycha nas niejako do zmiany podstawowego pytania z „co nam potrzeba i dlaczego” na „co możemy wyprodukować w kraju szybko i relatywnie tanio”?

Kilka słów ministra Kownackiego daje nam chybotliwe, ale jednak, podstawy do spekulacji na temat liczb (cytując w dalszym ciągu za Defence24):

My zakładamy, że przez najbliższe trzy lata mamy do wydania około 32 mld złotych. Po odliczeniu innych wydatków zostanie nam zapewne około 15 mld na modernizację techniczną.

Po podzieleniu kwot przez trzy i porównaniu z budżetem na 2016 rok możemy wnioskować, że pierwsza kwota odnosi się do całości wydatków majątkowych a druga do priorytetowych programów wieloletnich, a więc trzonu modernizacji technicznej. MON będąc w kleszczach pomiędzy słabym wzrostem gospodarczym i zmienionymi priorytetami jak Obrona Terytorialna musi wcześniej czy później z czegoś zrezygnować. I jest to wariant raczej optymistyczny w perspektywie trzech lat, gdyż przyjęcie do realizacji sztandarowych programów jak 500+ powoduje natychmiastowy efekt po stronie wydatków podczas gdy planowane nowe podatki przyniosą efekt lub nie po stronie przychodów w nieznanym czasie. Powstaje dziura budżetowa do „załatania”.

Jednak nas interesuje na ile może liczyć marynarka wojenna? Udział floty w wydatkach budżetowych MON waha się między 8-10%, stąd ze wspomnianych 15 mld PLN być może w wariancie optymistycznym na rekonstrukcję floty przypadnie 1.5 mld. Od tej kwoty należy odjąć drugiego Kormorana (przy założeniu kontynuacji projektu) i dokończenie Ślązaka, czyli jakąś połowę z tej sumy. Na co warto więc wydać pozostałe 700-800 mln PLN w ciągu trzech najbliższych lat biorąc pod uwagę graniczne warunki sformułowane przez polityczne priorytety rządu i oczekiwania marynarzy? Dla polityków priorytet to korzyści polityczne i ekonomiczne oczekiwane w rezultacie zainwestowania sum pozostających do dyspozycji w lokalny przemysł. Ponadto wielokrotnie podkreślano, że liczy się szybki efekt podjętych działań. Dla marynarzy kluczową sprawą są po prostu nowe okręty.

W poprzednich „myślach prowokatora” znalazło się porównanie do algorytmów genetycznych. Spróbujmy zobaczyć, jak daleko można zmutować programy Miecznik i Czapla, aby spełniły tak restrykcyjne warunki. Jeśli mówimy o bezpieczeństwie narodowym, to obejmuje ono nie tylko Marynarkę Wojenną ale szereg innych instytucji, wśród nich Morski Oddział Straży Granicznej. Na Forum Okrętów Wojennych co pewien czas pojawia się wątek roli i kompetencji MOSG. W zasadzie ustawa definiuje rolę tak jak wskazuje na to sama nazwa – ochrona granicy państwowej na lądzie i morzu. Ogranicza to działanie MOSG do pasa przygranicznego i 12 nm wód terytorialnych. Są jednak dwa wyjątki istotnie rozszerzające obszar kompetencji MOSG. Pierwszy to „nadzór nad eksploatacją polskich obszarów morskich oraz przestrzeganiem przez statki przepisów obowiązujących na tych obszarach” co rozszerza obszar działania o wody polskich obszarów morskich. Drugi to kombinacja dwóch paragrafów dająca możliwość działania na wodach w jurysdykcji Unii Europejskiej:

Straż Graniczna realizuje zadania wynikające z przepisów prawa Unii Europejskiej oraz umów i porozumień międzynarodowych na zasadach i w zakresie w nich określonych. Straż Graniczna w zakresie określonym w ust. 2 i 2a współdziała z właściwymi organami i instytucjami Unii Europejskiej oraz innych państw.

Czapla może więc teoretycznie wrócić do swej pierwotnej roli OPV i przy zmianie właściciela pełnić funkcję ochrony porządku prawnego na wodach będących w jurysdykcji Polski i innych państw Unii Europejskiej. Fizyczną realizacją mogłyby być jednostki z szerokiej oferty firmy Damen wspierające i uzupełniające parę Kaprów w aktualnym posiadaniu. Kluczową byłaby kwestia budżetowania takiej inwestycji. Mniejsze kutry patrolowe z linii Stan Patrol stanowiłyby tylko wzmocnienie funkcji MOSG, natomiast większe otwierałyby pole do współpracy z MW w zakresie rozpoznania. W takim układzie Marynarka Wojenna realizuje funkcje policyjne poza obszarem Unii lub przy wyższym poziomie zagrożenia lub tam, gdzie w grę wchodzi użycie uzbrojenia typowego dla wojska (rakiety, miny, itd.)

Wybór takiej jednostki dla MOSG zaostrza granice podziału ról pomiędzy MOSG i MW. Foto www.damen.com

Wybór takiej jednostki dla MOSG zaostrza granice podziału ról pomiędzy MOSG i MW. Foto www.damen.com

Miecznik również ma pewne szansę przy założeniu „skarłowacenia” programu. Wspomniana kwota to około 50-60% kosztu korwety co przy rozłożeniu programu budowy na 5-6 lat pozwoli na rozpoczęcie finansowania inwestycji. Do dyspozycji mamy zgromadzone doświadczenie budowy Ślązaka (doświadczenie negatywne to też doświadczenie) i wiedzę wyniesioną przez Inspektorat Uzbrojenia przy tworzeniu specyfikacji Miecznika. Niezależnie od jakości tej pracy albo będziemy umieli ominąć inercję rozpędzonej maszyny Inspektoratu albo będziemy musieli ją wykorzystać jak w dżudo. Mamy również ograniczenie w postaci postulatu szybkiego efektu, co ma swój zabawny wydźwięk gdy mówimy o budowie okrętów wojennych. Innym ograniczeniem jest biurokratyczny przepis wymagający zatwierdzenia prototypu przed uruchomieniem produkcji seryjnej, z którego to powodu cierpi program Kormoran.

Kwestię prototypu można ominąć bądź budując według nowego projektu, jak się to przewiduje obecnie bądź na bazie projektu Ślązaka argumentując, że jest to korweta a nie okręt patrolowy. W tym drugim przypadku efektem ubocznym rozsądnej specyfikacji byłaby możliwość modernizacji Ślązaka do standardu Miecznika w przyszłości. Tym sposobem dostajemy dwie korwety w przeciągu, powiedzmy dekady z otwartą ścieżką na dalszy rozwój marynarki wojennej. Pozostaje jednak kwestia prawna, kto może budować na bazie istniejącego projektu. Ryzyko budowy według nowego projektu polega natomiast na stworzeniu floty prototypów i utraty potencjalnych korzyści w eksploatacji „jedynaków”. W obu przypadkach kluczem jest kto będzie liderem kontraktu i partnerem dla MON-u.

Być może wszelkie wspomniane pomysły są niewiele warte, przyświeca im jednak idea, że zbudowanie „czegoś” co niekoniecznie musi być „byle czym” jest lepsze niż „nic”.

Jan 262016
 

Forum Bezpieczeństwa Morskiego przyniosło zmianę akcentów w wypowiedziach polityków ale też i kilka sygnałów ostrzegawczych dla przyszłości marynarki wojennej. Większe zrozumienie dla otwartości na świat i deklaracje koniecznego zrównoważenia funkcji obrony kraju z funkcją obrony interesów państwa na zewnątrz jest pozytywnym znakiem. Paradoksalnie główną przeszkodą staje się lobby przemysłu obronnego, gdyż stanowisko parlamentu i rządu stawia MON w pozycji zakładnika a nie klienta krajowego przemysłu obronnego.

Przyjmując wypowiedzi polityków jako powiew świeżości, przegląd planu modernizacji nabiera znaczenia i sensu. Kilka propozycji czy idei ze stron tego blogu prosi się więc o ocenę i porównanie dla łatwiejszego spojrzenia na dostępne alternatywy. W poniższym zestawieniu za kryterium oceny przyjęto raczej punkt widzenia polityków i to o czym mówią w swoich wypowiedziach a nie zdolności bojowe. Przyjęta metoda jest wrażliwa na subiektywną ocenę, więc dodano wiersz Inne nieuwzględnione dla wyrównania szans czy uwzględnienia pewnych zdolności bardziej szczegółowych. Druga tabela zawiera szereg założeń, czy też własnych ocen będących podstawą do kalkulacji. Tabelę należałoby traktować bardziej jako wskazówkę niż ostateczną ocenę, dlatego poniższe wnioski mają charakter ogólnych spostrzeżeń.

Warianty Floty Porównanie.001

Warianty Floty Porównanie.002

  • Aktualny plan modernizacji rozszerzono o dwa warianty. Przyjęte przez Inspektorat Uzbrojenia założenie o maksymalnie zbliżonej platformie czy zespole napędowym dla Miecznika i Czapli skutkuje rozwiązaniem najgorszym. Nie daje najlepszego wyniku w żadnej kategorii nie oferując jednocześnie żadnych korzyści ekonomicznych. W ramach aktualnego planu ma więc sens rozdzielenie Miecznika od Czapli i pójście w kierunku prostego OPV oferującego oszczędności budżetowe i relatywnie łatwego w realizacji przez stocznie krajowe.
  • Zaskakująco dobry wynik daje plan 3+3 OPV w porównaniu z dwoma fregatami uzupełnionymi o korwety. Tu jednak wyraźnie widać w co się inwestuje. Fregaty dają zdolności militarno – polityczne a korwety z patrolowcami korzyści ekonomiczno – gospodarcze. W tym miejscu zaznacza się dylemat rządu, czy chce polski zbrojnej czy socjalnej dotującej własny przemysł z miejscami pracy.
  • Porównanie fregat i crossover’ów z 1.000 tonowymi korwetami jest również interesujące. Właściwie patrząc na wyniki to jeśli chcemy maksymalizować możliwości to wybór jest między tymi właśnie opcjami. Pierwsza oferuje łatwiejszą współpracę z sojusznikami i większe zdolności militarne wraz z wszechstronnością. Druga jest bardziej dostępna dla krajowych stoczni pracujących pod nadzorem zagranicznego partnera, oferując inny wachlarz możliwości militarnych i zachowując otwarte drzwi to współpracy międzynarodowej.
Korweta 1.000 ton oferowana przez Damen jako Sigma 7310. Foto www.damen.com

Korweta 1.000 ton oferowana przez Damen jako Sigma 7310. Foto www.damen.com

Całkowicie w tabeli pominięto czynnik czasu, krytyczny dla marynarzy ale nie wiadomo jaką wartość przedstawia dla polityków. Przykładem niech będą wypowiedziane słowa szefa Inspektoratu Uzbrojenia przestrzegającego przed wywróceniem istniejącego planu, o czym mówi Defence24:

“Jeśli będziemy chcieli w tej chwili jakoś zasadniczo przebudować ten program, to to będzie oznaczało, że w wielu projektach trzeba będzie wrócić z powrotem do początku pracy, czyli: definiowania wymagań, prowadzenia dialogów technicznych, rozpoznawania rynku, opisywania przedmiotu zamówienia i przygotowania postępowania, a to niestety trwa”.

Niekoniecznie tak musi być, jeśli spojrzymy na sprawę z boku i niekonwencjonalnie. Dla pobudzenia wyobraźni zadajmy sobie pytanie w jakim czasie stworzono założenia taktyczno – techniczne przy przejęciu fregat OHP? Po prostu podjęto decyzję polityczną o wykorzystaniu pewnej okazji i przejęciu okrętów z „dobrodziejstwem inwentarza”. Decyzja ma wielu krytyków, ale z drugiej strony miała swoje podstawy i okręty zasłużyły na rzetelną ocenę swojej służby niezależnie od oceny ich wartości militarnej. Tak samo można by postąpić dzisiaj. W całym NATO w chwili obecnej jest tylko jeden projekt fregaty w fazie realizacji – FREMM w dwóch wersjach. Biorąc pod uwagę, że rząd Francji wykazywał dużą elastyczność w negocjacjach odnośnie terminów dostaw na co wskazują przypadki Grecji i Egiptu, teoretycznie byłaby szansa na wcielenie gotowej i nowej fregaty do służby w Marynarce Wojennej RP w roku … 2017 lub 2018 (Auvergne lub Bretagne). Dla zwolenników rakiet dalekiego zasięgu idea ma dodatkowy smaczek, gdyż jest to chyba jedyna fregata europejska z wyrzutniami zdolnymi do odpalania tego rodzaju uzbrojenia i to w liczbie 16 na okręt.

Fregata Gen. Haller. Ładnie brzmi, prawda?

Fregata Gen. Haller. Ładnie brzmi, prawda?

Kończąc słowo o Crossover’ach i możliwości ich wykorzystania. W poprzednim wpisie padła propozycja wykorzystania okrętu jako tendra dla mniejszych jednostek. Na czasie więc wpadł mi w ręce tekst o podobnej idei w ramach współpracy międzynarodowej. Autor tekstu Charles Hill potwierdza, że aktualnie istnieje zainteresowanie tego typu operacjami ze strony US Coast Guard. W przypadku podanego linku nie chodzi o niepopularne w Polsce „gonienie piratów” tylko o demonstracje naszych możliwości i zdolności Szwedom, Holendrom czy Niemcom lub Amerykanom. Nie wspominając o tym, że „gonienie piratów” jest z pewnością lepsze dla profesjonalizmu załóg od czekania w porcie na wojnę.

 

Dec 042015
 

Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić mówi stare porzekadło i pasuje jak ulał do propozycji dozbrojenia Ślązaka. Ten wpis jest kontynuacją dyskusji toczącej się w części Komentarze. Zanim padną jakiekolwiek słowa o szczegółach technicznych, trzeba otwarcie powiedzieć, że warunkiem koniecznym realizacji takiego programu jest jasne ograniczenie projektu finansowo i przede wszystkim czasowo. Nikt nie chce przedłużać epopei Gawrona vel Ślązak i wszelkie dodatkowe opóźnienia będą źle odbierane. Biorąc pod uwagę ewentualne korzyści wojskowe i propagandowe, być może 1-2 miesiące dodatkowo byłyby akceptowalne, bo mieszczą się po prostu w ramach typowego „poślizgu” projektu. Z natury rzeczy mówimy więc o systemach już w naszym posiadaniu, o krótkim czasie dostawy oraz już zintegrowane lub nie wymagające integracji. Byłaby to także ocena możliwości oferowanych przez koncepcje MEKO. Część modułów uzbrojenia w standaryzowanych kontenerach można przygotowywać równolegle do budowy okrętu. Narzucenie górnych ograniczeń na zakres, czas i koszt wydaje się być niezbędne również ze względu na niebezpieczeństwo postrzegania takiego przedsięwzięcia jako odwracania uwagi i środków od celu podstawowego, jakim jest pozyskanie nowych okrętów. Niestety żyjemy w świecie gdzie program budowy okrętów jest zadeklarowany ale nie realizowany i musimy sobie zadać pytanie jak długo mamy czekać na rzeczywiste działania oraz czy czas oczekiwania nie będzie zbyt długą bezczynnością.

Najprostszą rzeczą wydaje się być wyposażenie okrętu w rakiety przeciw-okrętowe. W grę wchodzą oba typy na wyposażeniu Marynarki Wojennej, a więc SAAB RBS15 oraz Kongsberg NSM. To, co się liczy to dostępność od ręki, czas i koszt integracji, cena jednostkowa zakupu oraz jednostka ognia możliwa do zainstalowania na okręcie. Poniżej proste porównanie obu pocisków.

NSM-RBS.001

W zasadzie oba pociski są dostępne. RBS15 został zakupiony w liczbie 36 sztuk, więc jest dodatkowa jednostka ognia do dyspozycji. Jeżeli ORKAN-y będą uznane za nieperspektywiczne, Ślązak będzie miał okazje korzystać z zapasów po wycofywanych jednostkach aż do wyczerpania resursów rakiet. RBS15 jest już zintegrowany z Tacticos, co powinno ułatwić sprawę. Rozwiązanie ma sens w przypadku albo anulacji programu Miecznik, albo jego znacznego odłożenia w czasie i pozostawienia Ślązaka jako jedynego w miarę nowoczesnego okrętu nawodnego na najbliższą dekadę.

NSM jest również dostępny dzięki rozszerzeniu umowy na Morską Jednostkę Rakietową. Umowę być może da się rozszerzyć dla uzupełnienia stanu rakiet, ale i wówczas cena jednostkowa rakiet nie powinna wzrosnąć. Minusem jest brak integracji z systemem zarządzania walką, chociaż chyba istnieje klauzula w kontrakcie z Thalesem o możliwej integracji dodatkowych systemów w ramach umowy. Plusem NSM jest jego znacznie mniejsza waga, co przy potencjalnych ograniczeniach wagowych na okręcie pozwoli na zwiększenie jednostki ognia. Zaletą tej opcji jest integracja NSM z Tacticos jako inwestycji w projekt Miecznik opóźniony przez biurokracje, ale nie odłożony „na półkę”.

NSM jest wystarczająco dobry do obezwładnienia średniej wielkości okrętu. Foto www.janes.com

NSM jest wystarczająco dobry do obezwładnienia średniej wielkości okrętu. Foto www.janes.com

Drugim w kolejności uzbrojeniem do wdrożenia jest obrona przeciwlotnicza i przeciwrakietowa. Nie mamy niestety komfortu posiadania na stanie systemu czy rakiet przeciwlotniczych (za wyjątkiem AMRAAM odpalanych z powietrza i ziemi). W selekcji kandydatów niech nas wesprze zakwalifikowanie systemów do jednej z trzech kategorii:

  • „Powszechny” – do takiej klasy zaliczyć można amerykańsko – niemiecki RAM i jego odmianę SeaRAM. W zasadzie system obrony przeciwrakietowej krótkiego zasięgu, ograniczonego do horyzontu radarowego. Plusem systemu jest łatwość instalacji, dość małe wymagania wobec okrętu i jego sensorów oraz spora jednostka ognia. Minusem jest teoretycznie zasięg, ale do zwalczania rakiet wystarczający. Jeśli korweta będzie pozbawiona informacji z zewnątrz ostrzegających o ataku, to okręt jest ograniczony do horyzontu radarowego – około 25-30km pod warunkiem wykrycia przez radar celu na tej odległości. Najprostsza reguła mówi, że pierwsze przechwycenie celu jest możliwe w połowie dystansu od momentu wykrycia, czyli w odległości 12-15 km od okrętu. RAM Block2 ma zasięg 1.5 raza większy od poprzedniej wersji, a więc właśnie w tym przedziale. System nie nadaje się natomiast do zwalczania samolotów poza zasięgiem używanego przez nie uzbrojenia.

 

  • „Maksymalny” – czyli oferujący największe możliwości dostępne dla danej klasy okrętów. Do tej kategorii zalicza się CAMM posiadający możliwość korekty kursu rakiety poprzez łącze niezależne od radaru i zasięg powyżej 25km. Dzięki temu można teoretycznie wykorzystać maksymalny zasięg rakiety wobec celów manewrujących. ESSM ma zasięg około 50km ale łącze jest realizowane w paśmie X i S za pomocą radaru z wiązką formowaną elektronicznie w obu płaszczyznach, czego Ślązak nie posiada. Alternatywą jest wykorzystanie STIR w trybie ciągłego podświetlania celu co zmusza obronę do sekwencyjnego wyboru celów. Większy zasięg kosztem siły ognia. Tak więc CAMM wydaje się być najlepszym aktualnie dostępnym rozwiązaniem dla korwet i lekkich fregat. Wyrzutnie potencjalnie interesujące to Sylver A35 oraz 3 Cell ExLS, obie przystosowane do odpalania CAMM, przy czym ExLS oferuje czteropak dla rakiet CAMM czego nie pokazuje broszura Sylver. Daje to ExLS trzykrotną przewagę w pojemności magazynu rakiet nad A35 przy jednocześnie mniejszej powierzchni wyrzutni. Próby mają się zakończyć w 2016 roku.
Dobre rozwiązanie dla korwety. Duża pojemność, średni zasięg - CAMM w ExLS. Foto - www.lockheedmartin.com

Dobre rozwiązanie dla korwety. Duża pojemność, średni zasięg – CAMM w ExLS. Foto – www.lockheedmartin.com

  • „Kompatybilny” – czyli zgodny z wyborem dostawcy dla projektu Narew lub z używanym AMRAAM przez Siły Powietrzne. Ta opcja oznacza oczekiwanie do pierwszego remontu okrętu, nie spełnia więc postulatu zdążenia na czas. Dla formalności należałoby zwrócić uwagę na AMRAAM, dostępny od zaraz. Nie ma on wersji odpalanej z okrętów, ale przy krótkim zasięgu być może nie potrzebowałby korekty kursu lub też NASAMS ma łącze niezależne od radaru. Wówczas, przynajmniej teoretycznie istniałaby szansa będąca technologicznym krokiem wstecz, czyli odpalanie AMRAAM z wyrzutni Mk 29.
Krok wstecz, ale... Foto www.seaforces.org

Krok wstecz, ale… Foto www.seaforces.org

Z powyższego rzutu okiem na dostępne możliwości rodzą się dwie ewentualne propozycje:

  • „Minimalistyczna” – kopiujemy konfiguracje uzbrojenia znaną z korwet K-130 w postaci dwóch wyrzutni RAM. Układ ograniczający się do samoobrony przed atakiem rakietowym z małymi możliwościami obrony okrętu/statku towarzyszącego i zalecany w przypadku zarzucenia realizacji projektu Miecznik. Trudno kupować jakikolwiek system tylko dla jednego okrętu. Wówczas można pójść drogą Royal Navy, która aż do pojawienia się niszczycieli T45 stała na stanowisku, że każdy okręt powinien być zdolny do samoobrony. Kombinacja RAM/SeaRAM mogłaby się pojawiać na wszystkich dostępnych jednostkach nawodnych marynarki wojennej. Jeden z czytelników blogu, Oskarm, ujął to w zgrabne sformułowanie uRAMowienia Marynarki Wojennej.

 

  • „Rekomendowana” – Instalacja na Ślązaku systemu SeaRAM, być może pochodzącego z modernizacji Phalanx na OHP w nadziei, że program budowy okrętów nawodnych będzie kontynuowany. Przy takim założeniu warto sprawdzić możliwość instalacji 3 Cell ExLS pozwalającego na odpalanie CAMM (w przyszłości) lub RAM Block 2 (tymczasowo). Pozostawia to otwartą ścieżkę rozwoju do konfiguracji docelowej dla Ślązaka i przyszłych Mieczników.

Trzecią grupą wyposażenia/uzbrojenia, w którą warto zainwestować jest Radar/Communication ESM wraz z pułapkami i wabikami. Parę lat temu na konferencji OPV zaprezentowano przykładową konfigurację dla okrętu patrolowego, która nie wymagała nawet osobnego specjalisty do walki elektronicznej a software mieścił się w laptopie. System daje szansę na ostrzeżenie przed atakiem i świadomość sytuacyjną sięgającą poza horyzont radarowy. Dużo się pisze i dyskutuje na temat tak zwanych „twardych środków” walki z atakiem rakietowym, ale mało o środkach „miękkich”. Jednak analiza historycznych przypadków użycia rakiet przeciw-okrętowych przynosi dość zaskakujące liczby. W swej książce Fleet Tactics and Coastal Combat, Wayne Hughes zamieszcza dość dobrą ocenę skuteczności rakiet, niestety nie uwzględniającą postępu elektroniki:

  • atak na bezbronne cele – 63 rakiety odpalone, skuteczność 91%
  • atak na cele zdolne do obrony, ale nie wykorzystujące tej możliwości w pełni – 38 rakiet odpalonych, skuteczność – 68%
  • atak na cele bronione – 121 rakiet odpalonych, skuteczność 26%.

Tylko niewielki procent skutecznej obrony przypisano zestrzeleniu rakiety przez obronę przeciwlotniczą. Z pewnością liczby te wyglądałyby dzisiaj inaczej, chociaż postęp dotyczy zarówno obrony jak i ataku. Mimo wszystko systemy obrony pasywnej wykazały się wysoką efektywnością, co pozwala na zwiększenie szans rakiet i systemów przeciwrakietowych w obronie okrętu przed salwą.

Nie ma w tym tekście niczego o zwalczaniu zagrożeń spod wody. Zbyt mało znalazłem danych, by się na ten temat wypowiadać. Najwyraźniej korweta jest przystosowana do instalacji sonaru podkadłubowego, jak na przykład Kingklip, ale trudno powiedzieć, na ile taka idea ma szanse na szybką realizację. Inna sprawa to rosnące potrzeba spojrzenia na zagrożenia podwodne szerzej, niż tylko walkę z okrętami podwodnymi. Rozwój autonomicznych pojazdów podwodnych będzie to wymuszał.

Marynarka Wojenna ma do pokonania dwie przeszkody, brak uzgodnionej i jasnej misji popieranej przez polityków i społeczeństwo oraz biurokrację nie będącą w stanie podjąć kluczowych decyzji w czasie pozwalającym na podpisanie kontraktów zanim zmienią się poglądy polityków. Presja czasu jest na tyle duża, aby usprawiedliwiała wszelkie działania zgodne z filozofią małych kroków. Jeśli opisana propozycja zamknęłaby się w koszcie 1-2 miesięcy opóźnienia i 200-300 mln PLN inwestycji to nie powinna być przeszkodą w realizacji podstawowego programu rozbudowy floty, a wręcz mogłaby stanowić jego uzupełnienie. Czy to jest możliwe pozostaje tematem do dyskusji.

 

Oct 112015
 

Marynarka Wojenna RP ponownie staje w punkcie decyzyjnym i to nie tylko ze względu na zbliżające się wielkimi krokami wybory, ale też z powodu kilku doniesień medialnych. Czasem uświadomienie sobie kilku prostych liczb lub dat zmusza do świeżego spojrzenia na sprawę. Aktualna kadencja Sejmu trwa od listopada 2011 roku i zakończy się wyborami w październiku 2015 roku. Plan modernizacji marynarki wojennej opublikowany został w formie prezentacji w marcu 2012 roku. To, co zostało zakontraktowane i podpisane to projekt Kormoran, baterie nadbrzeżne NSM, remont fregaty OHP i dokończenie Ślązaka. Pozostałe główne projekty wymienione w planie pozostają na różnym etapie prac. Nie ujmujmy temu rządowi jego zasług – wiele pracy wykonano i wiele wysiłku włożono, aby marynarka wojenna mogła się odrodzić. Jednak kluczowym pytaniem pozostaje, czy nowy rząd będzie kontynuatorem realizacji planu opracowanego przez politycznego oponenta, czy też wygrają tendencje do wprowadzenia nowych pomysłów. Jeżeli do planu modernizacji wprowadzi się istotne zmiany to będziemy mieli do czynienia z ponurym faktem, że cykl decyzyjny pokrywa się z grubsza z cyklem wyborczym. Niewątpliwie preferowanym rozwiązaniem dylematu jest w krajach demokratycznych uzyskanie ponadpartyjnej zgody co do głównych projektów modernizacyjnych, zwłaszcza tych wieloletnich. Wsłuchując się w wypowiedzi polityków, można mieć co do tego wątpliwości. Alternatywą pozostaje drastyczne usprawnienie procedur MON-u i współpracujących ministerstw i próba zmieszczenia się z podstawowymi decyzjami wewnątrz cyklu wyborczego. Dlatego hasło „bliźniak dla Ślązaka” miało sens – to jeden z niewielu projektów nie wymagających niczego innego jak tylko decyzji.

Powiedzmy, że jesteśmy optymistami i ewentualną nową politykę modernizacyjną armii przyszłego rządu potraktujemy jako nowe otwarcie i szansę na korektę błędów. Niestety, wciąż będziemy wracali do kwestii podstawowej, a mianowicie kształtu naszej floty. W najnowszym numerze MSiO głos ponownie zabiera Andrzej Makowski w artykule „Czy Polsce jest potrzebna marynarka wojenna?”:

Ponad 20-letnia modernizacja Sił Zbrojnych RP (można nawet powiedzieć, że permanentna), mimo niewątpliwych osiągnięć, nadal nie daje odpowiedzi na pytania: czy Polsce potrzebna jest MW, a jeśli tak, to do czego ma służyć i jaki musi być jej potencjał? Nigdy też nie odbyła się wiążąca dyskusja (z wyjątkiem nieformalnych na łamach periodyków i forów internetowych), jaka MW jest nam potrzebna w nowych uwarunkowaniach geopolitycznych (NATO, UE, ONZ). Również jakaś narodowa „wada” charakterologiczna (megalomania?) nie pozwala nam w kolejnych strategiach bezpieczeństwa na proste stwierdzenie faktu, że Wojsko Polskie w całości nie jest zdolne do samodzielnej obrony państwa w razie starcia z „poważnym” przeciwnikiem, stąd podstawowymi środkami realizacji potrzeb bezpieczeństwa państwa pozostają: polityka, dyplomacja i sojusze.

Wygląda na to, że podstawowym zadaniem mediów jak i portali społecznościowych jest szerzenie świadomości prostych faktów zawartych w powyższym cytacie. Fachowcom i politykom pozostaje wciąż do rozwiązania problem jaki kształt floty zrealizuje wspomniane postulaty w najefektywniejszy sposób przy zadanych środkach finansowych. Obawiam się, że zwolennikom Marynarki Wojennej brak jest wiary w pozytywny wynik merytorycznych dyskusji między politykami i wojskowymi. Jako ostatnia deska ratunku pozostaje być może wiara w logikę. Gdzieś w początkach tego blogu użyto analogii do lejka, który eliminuje różne pomysły na drodze do ich realizacji poprzez stosowanie różnych ograniczeń. Zostają tylko te projekty, które przeszły przez sito wszystkich ograniczeń. Taka luźna wersja reductio ad absurdum. Na początek niemiła informacja dla wszystkich zwolenników fregat. Portal DefenseNews dzieli się z nami świeżymi doniesieniami ze Zjednoczonego Królestwa na temat kosztów programu tak zwanej taniej fregaty (przynajmniej w zamiarze), Type 26:

Burton wzmiankował o koszcie 12 mln funtów na projekt 13 fregat (według aktualnych założeń) mających zastąpić starzejące się jednostki ASW Type 23 zaczynając od 2023 roku, gdy HMS Argyll zostanie wycofana ze służby.

Liczba nie jest dokładnym kosztem programu, lecz raczej wskazówką oferującą słuchaczom wyobrażenie na temat wielkości programu w porównaniu z innymi, stwierdził informator z MoD.

Ta liczba została przez Burtona zaokrąglona w górę, a prawdziwy koszt jest według źródła informacji bliższy 11.5 mln funtów.

Fregata za 5 mld PLN nadaje nowe znaczenie słowu "affordable". Fotowww.royalnavy.mod.uk

Fregata za 5 mld PLN nadaje nowe znaczenie słowu “affordable”. Fotowww.royalnavy.mod.uk

To nam daje 5 miliardów PLN za jedną fregatę lub około 10-15 mld PLN za projekt dwóch fregat z kosztami dodatkowych pakietów logistyczno – szkoleniowych. Czyli chyba więcej niż mamy zamiar przeznaczyć na cały plan modernizacyjny marynarki wojennej? W podobnym nastroju utrzymuje nas inna informacja z portalu Defence24 na temat Orki, który to portal cytuje wiceministra obrony, Czesława Mroczka:

Studium wykonalności w tej sprawie, dokumentacja którą tworzymy, odpowie w perspektywie najbliższych miesięcy na pytanie, czy zasadne będzie pozyskanie wspólnie czy rozdzielnie. (…) Norwegowie mocno stąpają po ziemi i mówią że widzą interes we wspólnym działaniu z Polakami. Jeśli kupimy wspólnie np. osiem okrętów to będzie taniej, niż jeśli sami kupią 4-6, bo tyle mają w planie.

Po trzech i pół roku zataczamy koło i wracamy do punktu wyjścia, bo z góry było wiadomo, że koszt programu pozyskania okrętów podwodnych będzie mocno konkurował z inwestycją w okręty nawodne. Cała dyskusja na temat rakiet manewrujących problem tylko zaostrzyła. Dla wszystkich wątpiących proponuję poniżej prostą zabawę w bardzo zgrubne rachunki. Zabawa jest w księgowego bawiącego się klockami. Każdy klocek to „kwant” wydatków na poziomie około miliarda PLN. Projekt modernizacji to jakieś 10-13 mld PLN przy poziomie rocznym inwestycji 0.9 mld, co daje nam około 14 lat realizacji programu. Zakładając czas eksploatacji okrętów dwukrotnie dłuższy, na amortyzację naszej floty mamy 28 lat i podwójną wartość kwoty inwestycji, czyli 20-26 mld PLN. Co za to można kupić? Najpierw wymieńmy projekty, o których się wspomina i przypiszmy im z grubsza liczbę „kwantów” inwestycyjnych na realizację potrzeb:

  • rozpoznanie i C2 (1)
  • baterie nadbrzeżne NSM i przeciwlotnicze (2)
  • lotnictwo ASW (1)
  • zwalczanie min i okręty MCM (1.5)
  • przerzut wojska (1)
  • okręty wsparcia logistycznego (0.5)
  • okręty nawodne (?)
  • okręty podwodne (?)

Po podsumowaniu zainwestowaliśmy 7 mld PLN co pozostawia 3 mld w perspektywie 10 lat lub 13-19 w perspektywie 20 lat zaczynając po 2022-2025 roku. Czyli w najbliższym dziesięcioleciu okręty nawodne konkurują o środki z okrętami podwodnymi bo po zaangażowaniu pieniędzy w już uruchomione projekty, stać nas na 2-3 korwety plus być może 1-2 okręty patrolowe lub 2 okręty podwodne. Zamiast, nie razem. I to pod warunkiem, że rezygnujemy z okrętów wsparcia i przerzutu wojska. Nie dziwmy się zatem, że projekt Orka potrzebujący około 6-9 mld PLN będzie odkładany „na potem”, czyli po 2022 roku. Nie dlatego, że okręty nawodne mają wyższy priorytet, ale dlatego, że są one podzielne na mniejsze kwoty łatwiejsze do zarządzania (pamiętajmy – jesteśmy w roli księgowego) i o wiele bardziej prawdopodobna jest ich budowa w Polsce.

To nas prowadzi prostą drogą do trzeciej informacji medialnej ostatnich dni, czyli ataku okrętów Federacji Rosyjskiej na obiekty w Syrii. Smaczek tkwi w klasie okrętów odpalających rakiety manewrujące dalekiego zasięgu. Dwadzieścia sześć pocisków zostało wystrzelonych z czterech korwet Floty Kaspijskiej. Taka operacja jest ewidentnie pokazem siły dla celów dyplomatycznych i jest możliwa tylko w warunkach poczucia całkowitej bezkarności. Każdy z użytych do operacji okrętów jest wyposażony w ośmioprowadnicową wyrzutnię pionowego startu, które dla celów operacji były załadowane rakietami manewrującymi dalekiego zasięgu. To znaczy, że dla celów defensywnych pozostały artyleryjskie systemy samoobrony. Jeśli atak miałby jakiekolwiek istotne znaczenie dla strony atakowanej, należałoby się spodziewać przeciwdziałania. Albo zespół okrętów pozostaje poza zasięgiem przeciwnika, albo operacja odbywa się w czasie „pokoju” albo okręty mają silną osłonę czy eskortę. Przekładając na nasze warunki, przypadek pierwszy nie wchodzi w grę przy potencjalnie rozważanych konfliktach, drugi jest mocno teoretyczny a trzeci nie ma sensu, bo jeśli eskorta ma dać skuteczną ochronę to będziemy mieli do czynienia z fregatami i niszczycielami zdolnymi do samodzielnej operacji tego typu, na które to okręty mamy małe szanse o czym była już mowa.

Pozostaje jednak pytanie jaki optymalny zestaw uzbrojenia powinna nosić nasza korweta i do jakiego stopnia istnieje możliwość oddziaływania tej klasy okrętów na cele lądowe. Istnieje pokusa, aby do już długiej listy zdolności bojowych oczekiwanych od niewielkiego, bądź co bądź okrętu, dołożymy jeszcze wymóg przenoszenia rakiet dalekiego zasięgu. W przypadku Rosji, wykorzystano naturalną elastyczność wyrzutni pionowego startu do wystrzeliwania szerokiej gamy amunicji. Taka elastyczność zaczyna mieć jednak sens od pewnej minimalnej liczby wyrzutni, powiedzmy 16-stu. Jeden moduł z 8-ma wyrzutniami nie oferuje nawet minimum elastyczności jak pokazuje nam powyższy przykład. Dlatego do takich pomysłów należałoby podejść z najwyższą ostrożnością. Wracając do prostej wyliczanki, mając do dyspozycji „wolne” 3-5 mld PLN w najbliższym 10-leciu i pozostając pod presją czasu najbardziej optymalna wydaje się być kontynuacja MEKO A-100 w dozbrojonej wersji i zainicjowanie budowy okrętu transportowego dla w pełni wyposażonej wzmocnionej kompanii wojska. Okręty patrolowe nie zyskają chyba wystarczającego poparcia dopóki nie będą miały łatwej możliwości dozbrojenia, co z góry zakłada kontynuację projektu korwety w dwóch standardach wyposażenia, kosztem cech charakterystycznych dla typowego OPV.

Niekoniecznie w wersji desantowej, produkt Damen może przetransportować 200 żołnierzy z uzbrojeniem. Foto www.products.damen.com

Niekoniecznie w wersji desantowej, produkt Damen może przetransportować 200 żołnierzy z uzbrojeniem. Foto www.products.damen.com

W realnym życiu istnieje duża różnica pomiędzy tym co być powinno lub nie, a tym co istnieje lub nie. Narzucenie silnych ograniczeń logicznych na proces decyzyjny ma chyba większe szanse na powodzenie niż poleganie na zgodzie ponadpartyjnej, chociaż ogranicza w sposób naturalny wielkość projektów możliwych do realizacji w czasie jednego cyklu wyborczego. Niemniej istnieje definicja wolności mówiąca, że wolność jest świadomością własnych ograniczeń. Pozostaje pracować nad naszym wspólnym zrozumieniem ograniczeń, którym podlegamy.

Sep 062015
 

Często w rozmowach o planach rozwojowych Marynarki Wojennej używamy określenia „flota zrównoważona”. Czy nie powinniśmy również zastanowić się nad pojęciem okrętu zrównoważonego? Powód do takiego pytania daje kilka myśli dość luźno związanych z tematem, powstałych z podsumowania wakacyjnej lektury serwisów informacyjnych.

Zanim padną zgryźliwe uwagi sceptyka, kilka słów optymizmu. Wodowanie Kormorana jest samo w sobie dobrą wiadomością po tak długim okresie posuchy w budownictwie okrętowym, ale to że dzieje się to zgodnie z planem w dość krótkim czasie od podpisania umowy dodaje otuchy. Z pewną przesadą (a może niekoniecznie?) efekt psychologiczny tego pozytywnego wydarzenia może w dłuższej perspektywie okazać się mieć większą wartość od samego okrętu.

Wracając do głównego wątku, mieliśmy ostatnio okazję wejrzeć za kurtynę wydarzeń i dowiedzieć się paru szczegółów jak może wyglądać Miecznik i Czapla oferowane przez PGZ. Projekt wygląda na wersję rozwojową MEKO A-100, czyli Ślązaka/Gawrona. W porównaniu z pierwowzorem dodanie slipu rufowego i hangaru dla 11-tonowego śmigłowca zaowocowało wzrostem wyporności o mniej więcej 1/4, czyli jakieś 500-600 ton. Z punktu widzenia technicznego wszystko jest poprawne. Wychodząc na przeciw wymaganiom Inspektoratu Uzbrojenia dodano wymagane cechy okrętu. Porównajmy taki okręt z dozbrojonym Ślązakiem i zauważmy, że właściwie dla zdolności bojowych jedyną różnicą jest wspomniany hangar. Tylko ile to będzie kosztowało? Nie mając dostępu do takiej informacji, zastosujmy prymitywną ekstrapolację ze znanych kosztów naszego okrętu patrolowego, zakładając podział 50/50 kosztów platformy i uzbrojenia. Przypuszczalnie nowy Miecznik będzie kosztował co najmniej 1.5 mld PLN w porównaniu z 1.2 mld PLN dozbrojonego patrolowca. Pierwsze spostrzeżenie – zatoczyliśmy koło i wróciliśmy do Gawrona. Trochę większego i ze słabszym niż planowaliśmy uzbrojeniem przeciwlotniczym, ale z hangarem i za podobne pieniądze. Drugie spostrzeżenie to rodzące się pytanie jak bardzo cenimy sobie posiadanie hangaru. Łamiąc schematy myślowe zapytajmy, czy lepiej mieć hangar na Miecznikach, czy dodatkowy okręt patrolowy w postaci np. bliźniaka dla Ślązaka? Ten blog, jak sama nazwa wskazuje, jest kroniką samo-edukacji autora. Patrząc na poprzednie wpisy, pojawia się w nich konkluzja, że korweta to „zwierzę stadne” i powinna działać w grupach po kilka. Wynika to z faktu, że z powodu ograniczenia wielkości jest to klasa okrętów raczej jednozadaniowych i mając ograniczone zdolności do obrony, zespół broni się przez rozproszenie. Tak więc nieustanny wzrost wielkości i w konsekwencji kosztu, spowodowany jak najbardziej racjonalnymi przesłankami ogranicza liczbę okrętów przy zadanym budżecie. Słowa te padają w kraju znanym z bardzo ograniczonego i całkowicie nierozciągliwego budżetu marynarki wojennej a budownictwa okrętowego w szczególności.

Brak hangaru istotnie ogranicza elastyczność operacyjną okrętu a raczej jego operacji lotniczych. Jednak w specyficznych warunkach lub sytuacji, może się takie rozwiązanie okazać akceptowalnym. Aby móc coś takiego stwierdzić, należy sięgnąć głębiej do podstawowych powodów, dla których hangar jest niezbędny. W sumie są one dość proste i wynikają z dążenia do autonomii okrętu i jego systemów jako całości. Śmigłowiec pokładowy potrzebuje uzupełnienia paliwa i uzbrojenia, przeglądów technicznych i okresowych drobnych napraw, ochrony przed środowiskiem morskim. Śmigłowiec może również stanowić integralną część systemów uzbrojenia okrętu. Idąc tym tropem, to wszystko jest tym trudniejsze im dalej okręt operuje od własnej bazy. Jeśli mówimy o Okręcie Obrony Wybrzeża na Bałtyku, to częściowo powyższe wymagania słabną i przestają być imperatywem. Jeśli jednak nasz okręt będzie działał już na Morzu Północnym, sprawy mają się inaczej. Postęp technologiczny zmienia również relacje śmigłowiec-okręt. Na początku helikopter był tylko platformą do przenoszenia uzbrojenia a głównym sensorem był sonar okrętowy. Z czasem sonary aktywne zaczęły odgrywać coraz większą rolę i śmigłowce same stały się nośnikiem sensorów w postaci boi hydroakustycznych przy sonarów aktywnych zanurzeniowych. W rzeczy samej, nasze helikoptery ZOP działają z lądu na zasadzie całkowicie autonomicznej.

Można sobie wyobrazić patrolowiec bez hangaru.

Można sobie wyobrazić patrolowiec bez hangaru.

Rozwiązaniem kompromisowym dla niewielkiego okrętu jak korweta mógłby być pokład lotniczy dla dużego śmigłowca z możliwością uzupełniania zapasów i niewielkim hangarem dla dronów. Ma to o tyle sens, że jesteśmy świadkami ogromnego rozwoju dronów i stoimy już przed problemem ich integracji nie tylko z systemami okrętowymi ale z pokładowymi śmigłowcami. W najnowszym numerze USNI Proceedings, kontradmirał Mark Darrah, U.S. Navy wspomina lata 50-te, gdy lotnictwo morskie stanęło przed problemem integracji samolotów odrzutowych z turbośmigłowymi w jednym skrzydle lotniczym. Nie pasowało do siebie nic:

Szybkość, łączność, możliwości nawigacyjne, nowe zadanie zbrojnego zwiadu, zapalniki nie dostosowane do prędkości odrzutowców, operacje w niskich temperaturach oraz ograniczenia wywiadu w odniesieniu do nowego sposobu prowadzenia walki, to wszystko w sumie przeciwstawiało się próbom prowadzenia walki w nowej epoce odrzutowców.

I dalej stwierdza, że dzisiaj jest nie inaczej. Stoimy przed nowymi wyzwaniami, w naszym kraju podwójnymi. Podczas gdy amerykanie zastanawiają się, jak zintegrować drony z innymi systemami załogowymi, my próbujemy wprowadzić śmigłowce na pokłady naszych okrętów. Może rację miał gen. Koziej mówiąc o konieczności skoku generacyjnego?

Nie tylko hangar wzbudza pewne wątpliwości. Proponowany projekt ma jako uzbrojenie przeciwlotnicze 12 wyrzutni pionowego startu plus RAM i Kusza. Liczba 12 sugeruje rakiety krótkiego zasięgu jak VL Mica. Niepokój wzbudza liczba 12 rakiet w magazynie. To powinno wystarczyć do obrony przed jedną pełną salwą rakietową równorzędnego przeciwnika. Tu przechodzimy do sedna okrętu zrównoważonego. Posiadanie hangaru jest spójne z ideą długotrwałego działania okrętu poza wodami macierzystymi. Proponowany zasięg i autonomiczność dają taką możliwość i wspierają koncept. Tylko co ma zrobić okręt wypełniający misję poza Bałtykiem po pierwszym poważnym ataku? Przeładowanie rakiet do VLS na pełnym morzu amerykanie próbowali i zarzucili. Po co nam więc autonomiczność i zasięg, jeśli musimy wrócić do bazy po pierwszym starciu? Przyjmijmy zasadę symetryczności w projektowaniu okrętów, to znaczy, że okręt powinien być zdolny zarówno do ataku jak i obrony przed równorzędnym przeciwnikiem. Przy dłuższych rejsach ma sens magazyn rakiet na obronę przed 2-3 salwami, co daje 16-24 rakiety minimum. Czy zaprezentowany projekt ma taką rezerwę, czy też musimy go ponownie powiększyć? Czy rezygnacja z hangaru umożliwi tak znaczący wzrost pojemności magazynów rakiet? Defence24 aktualną wersję już nazywa lekką fregatą, więc uzasadnione jest pytanie, czy chcemy korwety czy fregaty? Tu kłania się niewidoczna dla gołego oka interakcja pomiędzy projektantem a klientem, czyli Marynarką Wojenną lub jej brak.

Sięgając w przeszłość do doświadczeń U.S. Navy, amerykanie w pewnym momencie stwierdzili, że zamiast projektować platformę i zastanawiać się co się na niej zmieści, należy zaprojektować okręt wokół wcześniej zdefiniowanego systemu uzbrojenia. Chyba pierwszym takim powojennym okrętem był Charles F. Adams.

Kura czy jajko? Platforma, czy systemy uzbrojenia. DDG-2 został zbudowany wokół systemu Tartar. Fot. www.ussadams.com

Kura czy jajko? Platforma, czy systemy uzbrojenia. DDG-2 został zbudowany wokół systemu Tartar. Fot. www.ussadams.com

Idąc dalej tym tropem, można dla bardzo zgrubnego szacowania opcji wyboru zaproponować kilka alternatyw:

  • Fregata zdolna do lokalnej obrony przeciwlotniczej z sonarem klasy CAPTAS-4
  • Korweta ASW z możliwością samoobrony i sonarem klasy CAPTAS -2 lub alternatywnie
  • Korweta AAW z ograniczoną zdolnością do lokalnej obrony przeciwlotniczej
  • Okręt patrolowy „uzbrojony” zbudowany według standardów wojennomorskich
  • Okręt patrolowy zbudowany według standardów cywilnych do zadań policyjnych

Jeżeli każdą z tych alternatyw zbudujemy wokół konkretnych systemów uzbrojenia trzymając się wspomnianej zasady symetryczności w projektowaniu okrętów, to otrzymamy swego rodzaju puzle do układania na poziomie formułowania budżetu i strategii. Każda z nich wiąże się z określonym poziomem kosztów inwestycji i utrzymania. Wobec ograniczonego budżetu liczba jednostek będzie się silnie zmieniała. W każdej iteracji powinien brać udział konstruktor okrętów definiujący co jest możliwe a co nie. W przeciwnym wypadku nie wyjdziemy z pętli próbowania zbudowania fregaty za cenę korwety. Decyzja o ograniczeniu negocjacji do PGZ jest o tyle nieszczęśliwa, że ogranicza konkurencję i potencjalną wiedzę MON-u na temat tego co jest możliwe zawęża do propozycji PGZ będących wypadkową możliwości i ambicji. Chyba czas na ruch MON-u i decyzję czym Miecznik i Czapla naprawdę mają być.

Jul 192015
 

Wiadomość o wodowaniu ORP Ślązak cieszy. Mniej entuzjazmu a więcej niepokoju budzi natomiast informacja o wyborze PGZ do negocjacji kontraktu na budowę sześciu okrętów nawodnych w połączeniu z wizjami adaptacji projektu MEKO A-100 autorstwa biura BTT, prezentowanymi na portalu Defence24. Być może planowane i ogłoszone niedawno kolejne przesunięcia terminu kontraktu o rok ma dać koncernowi czas na opracowanie propozycji, czy wręcz projektu. Źródłem niepokoju nie jest sam fakt kolejnego opóźnienia lecz niebezpieczeństwo kompletnej utraty kontroli nad projektem i jego kosztami. Problem tkwi w tym, że ani MON ani Marynarka Wojenna nie posiada w swych strukturach zespołu projektowego, zdolnego do niezależnej oceny co jest możliwe a co nie z technicznego punktu widzenia. Innymi słowy brakującym ogniwem jest Naval Architect, ktoś, kto łączy w sobie umiejętności zarządzania skomplikowanym projektem z praktyczną wiedzą techniczną na temat projektowania i konstrukcji okrętów. Wszystko pozostaje więc w rękach przemysłu posiadającego również, bez urazy, dość skromną wiedzę na ten temat. Nie mając żadnego w tym względzie doświadczenia, tym bardziej cenię sobie książki doświadczonego konstruktora okrętów, D.K Browna. Dzieli się w nich z nami swego rodzaju filozofią zawodu i zbiorowym doświadczeniem Royal Navy. W poniższym tekście czerpię pełną garścią cytaty z dwóch pozycji:

Future British Surface Fleet: Options for medium-sized navies oraz,
Rebuilding the Royal Navy. Warship design since 1945.

Posiadanie doświadczonego zespołu projektantów okrętów w kraju ma swoje niezaprzeczalne zalety, ale nie jest łatwe do osiągnięcia. Poniższy cytat dotyczy Wielkiej Brytanii i początku lat 90-tych, ale późniejsze wydarzenia związane z projektowaniem zarówno Type 45 jak i przyszłej fregaty Type 26 chyba potwierdzają werdykt autora wymienionych książek:

Przed drugą wojną światową niszczyciel wypływał na morze jakieś 18 miesięcy po rozpoczęciu projektu i w czasie trzyletniej kadencji Konstruktor miał szanse pracować nad trzema typami okrętów. Taka szybkość cyklu projektowania pozwalała projektantom na naukę zawodu, wypróbowanie nowych idei i zobaczenia wyników swojej pracy w krótkim okresie czasu. Dzisiaj potrzeba ośmiu do dziesięciu lat na pełen cykl od koncepcji do prób morskich. Wynikający z tego faktu brak doświadczenia staje się krytyczny (…).


W rzeczy samej wątpliwa jest ciągła zdolność Wielkiej Brytanii to zmontowania jednego, kompetentnego zespołu projektowego potrzebnego do zaprojektowania fregaty.

Co się stanie, jeśli dodamy do tego, że następna okazja do zaprojektowania jakiegokolwiek okrętu wojennego w Polsce będzie za co najmniej 10 lat, jeśli w ogóle? Nasze dyskusje publiczne w kraju i chyba na poziomie polityków również, kończą się próbie weryfikacji jakie uzbrojenie i elektronika zmieści się w kadłubie korwety za określone pieniądze. Nie pomagają upublicznione specyfikacje na tyle ogólne, że zdolne do zdestabilizowania projektu w tym sensie, że będziemy musieli zdecydować, czy rezygnujemy z części specyfikacji czy pułapu cenowego. Takie decyzją mogą zapaść tylko w Ministerstwie Obrony Narodowej, ale na jakiej podstawie. Kto powie co jest realne a co nie, bo przemysł szukający klienta za duże pieniądze zawsze będzie miał tendencje do mówienia tego, co chce usłyszeć klient. Wbrew temu, co próbuje się robić z projektem Kormoran, okręt wojenny NIE MA prototypu. Dialog techniczny jest w tej sytuacji niewątpliwie niezbędny, ale obarczony wspomnianym podejściem marketingowym. W końcu oferenci proponują gotowy produkt lub projekt z wbudowaną elastycznością konfiguracji (patrz MEKO) czy konstrukcji (jak DAMEN), opierając się na uogólnionych wymaganiach potencjalnych klientów uzyskanych w wyniku badań rynkowych.

Projekt powinien się zacząć od jasnej definicji funkcji spełniaj przez okręt”. Ten warunek nie wydaje się być spełniony, bo trudno uniknąć wrażenia, że wciąż mamy do czynienia z próbą zbudowania korwet z ogólnymi zdolnościami fregat OHP. O niebezpieczeństwach takiego podejścia niech świadczą niżej podane przykłady zaczerpnięte ze wspomnianych wyżej książek. Zacznijmy od korwety, co będzie łatwiejsze, gdyż D.K Brown był wiodącym konstruktorem dla OPV Castle, na bazie którego próbowano zaprojektować tanią korwetę.

Jej podstawową rolą byłoby służenie jako platforma dla sonaru holowanego wraz z lądowiskiem dla dużego helikoptera. Dla wypełnienia tej funkcji korweta musi być cicha, co implikuje napęd mieszany diesel-electric. Prędkość około 25 węzłów wydaję się być pożądana do towarzyszenia kontenerowcom (…)


Takie korwety mogą w czasie pokoju spełniać rolę policyjną, dla wykonania której potrzebują działa zdolnego do odparcia ataku terrorystycznego i wystarczająco precyzyjnego do oddania strzału ostrzegawczego. Nowoczesne armaty 30mm posiadają pewne zdolności zwalczania helikopterów, ale większy kaliber jak 105mm może być preferowany.

W czasie wojny okręt służyłby jako nosiciel sonaru holowanego operującego w odległości do 100 mil od niszczyciela lub lotniskowca, a jego śmigłowiec byłby serwisowany przez towarzyszący większy okręt, aby uniknąć konsekwencji bazowania helikoptera na otwartym pokładzie. Dla wielu zadań pokojowych, śmigłowiec nie musiałby być zaokrętowany.

OPV Castle jako podstawa projektu prostej korwety ASW. Fot. www.shipspotting.com

OPV Castle jako podstawa projektu prostej korwety ASW. Fot. www.shipspotting.com

Mamy więc funkcje okrętu sformułowane prostym językiem na najwyższym poziomie ogólności. Jeśli zamienić w powyższych zdaniach lotniskowiec na lotnictwo lądowe a niszczyciel na zespół NATO, to mamy gotową receptę na Ślązaka. W drugim etapie definiowania okrętu musimy określić jakie konkretnie systemy ma ten okręt przenosić (nie wystarczy stwierdzić system plot średniego zasięgu) i tu zaczynają się trudne decyzje i kompromisy. Popatrzmy, co się stało z „naszą” korwetą dalej przy dodawaniu kolejnych, wydawałoby się rozsądnych jeśli nie minimalnych wymagań:

Na dolnym końcu studium alternatyw był projekt 353 mający około 1960 ton, napędzany dwoma dieslami o mocy 20.000 shp i prędkości 26.4 węzła. Uzbrojenie stanowiła pojedyncza armata 40mm, podwójny miotacz Mark X, w sumie okręt kosztował 4 mln funtów. System łączności mógł transmitować dane do innego okrętu wyposażonego w wyrzutnie Ikara. Za 6.5 mln funtów (Leander 5.25 mln) można było otrzymać okręt o wyporności 2.700 ton, napędem parowym o mocy 30.000 shp oferującym 27 węzłów i przenoszący system Ikara (z 24 pociskami) wraz z armatą 4.5 calową.
W trakcie prac nad projektem OPV Castle, wykonaliśmy model na wystawę RN Equipment Exhibition, demonstrujący potencjalnie silniej uzbrojone warianty.

To było interesujące ćwiczenie z pewnymi fundamentalnymi konsekwencjami. Okręt miał być cichy, co oznaczało że większość wyposażenia musiała być wykonana według standardów dla okrętów wojennych, a zasilanie elektryczne powinno mieć stabilne napięcie i częstotliwość. Wszystko to wskazywało na budowę okrętu w stoczni „okrętów wojennych” z jej wysokimi kosztami stałymi i prowadziło do szacowanej ceny 25 mln funtów bez uzbrojenia, zamiast 6 mln dla OPV. Okręt w pełni wyposażony kosztowałby około 35 mln. (…) Uzbrojenie korwety w rozsądny system samoobrony podniósłby cenę na poziom bliski kosztowi fregaty Type 23, czyli znacznie powyżej 100 mln funtów.

Innym przykładem, wydawałoby się prostej ewolucji było poszukiwanie następcy dla typu Leander. Zadanie o tyle trudne, że te fregaty były ogromnym sukcesem trudnym do pobicia. Ponieważ w brytyjskiej marynarce fregaty to przede wszystkim okręty ASW, powinny nosić najnowsze systemy sonarowe, aktualnie dostępne. Wówczas takim był sonar podkadłubowy Type 2016. W ten sposób powstał Type 22, traktowany jako ulepszony Leander i z pewnymi podobieństwami, ale znacznie większy (raczej projektowe 3.500 ton zamiast 2.450) i droższy. Wkrótce i on był krytykowany:

Już w chwili przyjęcia do służby okręty były krytykowane jako zbyt duże. Rzeczywiście, oferowały dużo przestrzeni w wyniku próby ułatwienia konserwacji i utrzymania w ruchu i żywiono nadzieję, że będzie miejsce na przyszłe wyposażenie. Jednakże, jak wkrótce się okazało, okręty były zbyt małe do pomieszczenia sonaru holowanego Type 2031Z wraz z towarzyszącym wyposażeniem elektronicznym.

Od tego się zaczęło. Trudno  pobić własny sukces. Fot. www.leander-project.homecall.co.uk

Od tego się zaczęło. Trudno pobić własny sukces. Fot. www.leander-project.homecall.co.uk

A "TO" spowodowało wzrost wielkości następcy o 40%. Fot. www.wstg.co.uk

A “TO” spowodowało wzrost wielkości następcy o 40%. Fot. www.wstg.co.uk

Historia fregat Duke (Type 23) jest równie pasjonująca i pokazująca jak proste na pierwszy rzut oka wymagania mają konsekwencje znacznie niedowartościowane. Najprostsza i wstępna definicja wyglądała następująco:

Wstępne wymagania zostały opublikowane w początku 1981 roku dla lekkiej fregaty ASW, Type 23. Oczekiwano okrętu bardzo cichego, o kształtach minimalizujących echo radarowe, dobrym zasięgu przy umiarkowanych prędkościach wraz z pokładem i hangarem dla bardzo dużego śmigłowca EH 101. Wszytko to za nie więcej niż 70 mln funtów w cenach z 1980 roku.

Historia projektu to seria interakcji, kolejnych wersji i kompromisów w wyniku których otrzymano okręt znacznie bardziej złożony i droższy:

Pierwsze studium pokazywało okręt o długości 107m o koszcie przekraczającym narzucony pułap i z poważnymi ograniczeniami natury operacyjnej. Nie było hangaru i helikopter, nie chroniony niczym, wkrótce straciłby zdolności operacyjne; okręt nie miał też systemów samoobrony. Powzięto desperackie kroki w celu redukcji kosztów, włączając eliminację jednego silnika głównego! Pewne oszczędności uzyskano na kosztach struktury kadłuba. Projekt został skorygowany do 115m i zawierał pojedynczą wyrzutnię Sea Wolf z prostym hangarem, chociaż koszt wciąż przewyższał 70 mln funtów. W takiej formie projekt został przedstawiony do akceptacji w początku 1982 roku i zatwierdzony z drugim silnikiem głównym oraz drugim radarem śledzącym dla Sea Wolf. Zdolność do bazowania na okręcie śmigłowców zarówno Sea King jak i EH 101 dodała 3m do długości okrętu co pozwoliło na zmniejszenie zagęszczenia wyposażenia i pomieszczeń dla załogi.
Lekcje z wojny o Falklandy zaowocowały dalszymi większymi zmianami. Dodano armatę 4.5 cala dla ostrzeliwania celów na lądzie i wyrzutnie pionowego startu dla rakiet Sea Wolf.

Projekt zaczął się od platformy z sonarem holowanym i lądowiskiem dla Merlina. Nawet bez hangaru i systemów samoobrony projekt przekraczał budżet

Projekt zaczął się od platformy z sonarem holowanym i lądowiskiem dla Merlina. Nawet bez hangaru i systemów samoobrony projekt przekraczał budżet

W sumie pierwszy okręt w serii, Norfolk kosztował 135 milionów chociaż następne jednostki już „tylko” 60-96 milionów funtów. Istniała również dyskusja na temat liczebności załogi, bowiem według D.K Browna, koszt jednego dodatkowego człowieka na fregacie to około 80 tys. funtów, co przeliczone na dzisiaj wyniosłoby może 300 tys. funtów. Do wyobraźni może przemówić kalkulacja polegająca na zamianie systemu obrony przeciwlotniczej z samoobrony na obronę strefową. W popularnych dyskusjach bierze się zwykle pod uwagę koszt sprzętu, ale pomija przestrzeń i dodatkowa załogę w Centrum Informacji Bojowej. Jeśli by miało to być tylko 5 osób więcej to mówimy o ponad 8 mln PLN.

Podane przykłady opisują typowe sytuacje gdzie naturalne, wydawałoby się wymagania, poprzez złożone interakcje projektowe i techniczne prowadzą do znacznie większych konsekwencji odnośnie zarówno wielkości jak i kosztów okrętu. Proces tym bardziej niebezpieczny w sytuacji braku powszechnej wiedzy technicznej na temat projektowania okrętów i braku zespołów kierowanych przez osobę spełniającą funkcję Naval Architect zarówno po stronie MON jak i MW. Dlatego mają sens ograniczenia, poniekąd sztuczne bądź na wielkość bądź na maksymalny koszt okrętu. Ale podstawowym środkiem zaradczym jest jasna koncepcja co do funkcji okrętu. Pomocnym byłoby zaprzestanie nazywania korwety okrętem wielozadaniowym. To niewątpliwie podnosi wartość okrętu w oczach szerokiej publiczności i uzasadnia wysokie koszty budowy, ale nie pomaga w klarownej definicji co okręt ma robić w czasie pokoju i wojny. Nawet większość fregat państw zachodnich nie jest okrętami wielozadaniowymi. Wymienione w tekście fregaty Royal Navy są wyspecjalizowanymi okrętami do zwalczania okrętów podwodnych z lepszym lub gorszym systemem samoobrony. Być może dla całego programu modernizacji MW stwierdzenie, że budujemy sześć korwet, z czego trzy w wersji ASW a trzy w wersji AAW byłoby lepsze dla szerszego odbioru, aniżeli operowanie pojęciami okrętu patrolowego i obrony wybrzeża.

Jun 212015
 

W poprzednim wpisie koncentrowaliśmy się na strategii Bałtyk Plus. Była to próba wykorzystania pewnych logicznych zależności w teorii Juliana Corbetta do stworzenia struktury sił morskich państwa zorientowanego na samotną obronę swojego terytorium przed atakiem znacznie silniejszego przeciwnika. Dzisiaj o prawie lustrzanym odbiciu sytuacji, czyli działaniu w koalicji dającej możliwość przewagi niezależnie od stopnia zagrożenia. To pozwala uczestniczyć w pełnym spektrum działań na morzu wymienianych przez Corbetta. Nie możemy więc wykorzystać ograniczeń teorii do zdefiniowania klas okrętów potrzebnych flocie w realizacji zadań postawionych przez polityków. Może za jednym wyjątkiem, są bowiem możliwe operacje desantowe, stąd ma sens rozważanie okrętów desantowych lub transportowych. Niezależnie od scenariusza niezmienny pozostaje kontekst geopolityczny i nurtujące nas pytanie jak mamy się zachować wobec sąsiada coraz bardziej demonstrującego ambicje odzyskania pozycji światowego mocarstwa?

Profesor Mearsheimer w książce The Tragedy of Great Power Politics podaje kilka typowych strategii używanych przez potencjalnych hegemonów do zmiany równowagi sił na swoją korzyść. Oczywistą i pierwszą metodą jest wojna. Ta jest jednak bardzo kosztowna i może nieść ryzyko. Drugim sposobem popularnym jest szantaż. Im słabszy przeciwnik tym lepszy efekt. Dodatkowym plusem jest niski koszt. W końcu nie używamy siły, tylko grozimy jej użyciem. Dotychczasowa strategia BBN-u skupia się właśnie na takiej sytuacji. Trzecie podejście to wykrwawianie, czyli to co obserwujemy na Ukrainie.

Państwa zagrożone mają do dyspozycji dwie podstawowe strategie – budowania przeciwwagi lub przerzucania odpowiedzialności. Profesor Mearsheimer daje jasną wskazówkę co do preferencji wyboru strategii w zależności od wzajemnego położenia przeciwników na mapie:

Kwestią krytyczną w odniesieniu do geografii jest to, czy zagrożone państwo ma wspólną granicę z agresorem lub też bariera – w postaci innego państwa lub dużej przestrzeni wodnej, oddziela rywali. Wspólna granica promuje budowanie przeciwwagi, bariery zachęcają do przerzucania odpowiedzialności.

Budowanie przeciwwagi w naszej sytuacji polega na tworzeniu sojuszy i uczestnictwie w już istniejących, jak NATO. Możemy w tym dziele porzucić idealizm i nie polegać ani na literze prawa ani na zobowiązaniach moralnych. Wystarczy, że będziemy w sposób aktywny identyfikować i wspierać wspólne interesy uczestników aliansu. Być może nie jest w interesie Stanów Zjednoczonych walka w obronie Polski, ale jest w ich interesie powstrzymywanie ambicji imperialnych potencjalnych regionalnych hegemonów grożących zmianą obowiązującego status quo. Wiceadmirał James Foggo podaje na blogu USNI dobry przykład:

W BALTOPS 2015 uczestniczy 49 okrętów reprezentujących 17 krajów. Często otrzymuję pytanie od europejskich sojuszników jaki wpływ na Europę ma, jeśli w ogóle, reorientacja na Pacyfik? Spójrzmy na te liczby z perspektywy zeszłorocznych ćwiczeń państw basenu Pacyfiku (RIMPAC), największych ćwiczeń wojennomorskich na świecie, w których uczestniczyło również 49 okrętów. To, co się dzieje na naszych oczach na Bałtyku to natowska własna wersja RIMPAC.

Symboliczny wyraz sojuszniczej współpracy. Foto FB Marynarka Wojenna RP

Symboliczny wyraz sojuszniczej współpracy. Foto FB Marynarka Wojenna RP

Dodajmy kilka znanych oficjalnie liczb odnośnie BALTOPS 2015 – oprócz 49 okrętów uczestniczyło w ćwiczeniach 60 samolotów, 5.600 żołnierzy i marynarzy w tym 700 żołnierzy piechoty morskiej ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii ale także Szwecji i Finlandii. Pytanie retoryczne brzmi, czy jesteśmy w stanie zbudować własnym sumptem taką siłę? I w jakim czasie? Tak więc flota staje się wsparciem i narzędziem dla wysiłków dyplomatycznych tworzących przeciwwagę lub używając języka finansistów inwestycją dającą dobry zwrot.

W ten sposób zarysowuje się misja Rzeczpospolitej Morskiej wspomnianej w poprzednich wpisach. Otwarcie na świat ma dzisiaj również inne uzasadnienie. Sir Julian Corbett uważał, że nadrzędnym celem floty jest zapewnienia prawa do przejścia morzem. Środkiem do tego było w przeszłości panowanie na morzu, niekoniecznie trwałe. Współcześnie te koncepcje posiadają więcej niuansów o czym tak pisze Geoffrey Till w klasycznej pozycji na temat roli flot w świecie Seapower: A Guide for the Twenty-First Century:

W czasach globalizacji jest coraz mniej ważna kwestia „zabezpieczenia” morza w sensie zagwarantowania użytkowania tylko dla siebie, lecz bardziej „uczynienia go bezpiecznym” dla każdego za wyjątkiem wrogów całego systemu.

Innymi słowy Polska korzysta z dobrodziejstw handlu morskiego niezależnie od tego, gdzie statki zawijają i jakiego są armatora. Nieistotne jest czy będzie to Szczecin, Gdynia, Gdańsk czy też raczej Hamburg lub porty ARA. Sami z siebie w najlepszym wypadku możemy pokusić się o osłonę wybranych transportów na kawałku Bałtyku. Jakakolwiek flota oceaniczna może prowadzić działania przeciw żegludze poza naszym zasięgiem, ale prawdą jest też to, że nie ma na świecie floty zdolnej do zapewnienia bezpieczeństwa całemu systemowi handlu morskiego. Tak więc naturalną konsekwencją jest współpraca międzynarodowa na tym polu i w tym wypadku możemy mieć swój wkład. Należy jednak podkreślić – to jest kwestia naszego świadomego wyboru a nie rezultat analizy dającej jednoznaczny wynik. Wspomniana książka jest kopalnią wiedzy o roli współczesnych flot i źródłem mądrości ujętych w chwytliwe zdania. Oto następny argument w dyskusji:

Zasadą naczelną w dążeniu do realizacji celów narodowych jest to, że zapobieganie wojnie jest zawsze lepsze od wygrywania jej.

W realizacji naszego celu możemy zasadniczo obrać dwie drogi – specjalizacji lub ogólnych zdolności marynarki wojennej wynikających z położenia i polityki bezpieczeństwa Państwa. Specjalizacja oznacza skupienie wysiłków i środków materialnych na dziedzinie użytecznej dla aliantów i w której możemy mieć przewagę, np. zwalczaniu min. W tym sensie strategia Bałtyk Plus nie jest sprzeczna z ideą Rzeczpospolitej Polskiej, jest drogą specjalizacji oferując kompetencje w walce na wodach przybrzeżnych. Druga alternatywa prowadzi nas do tak zwanej floty zrównoważonej a wraz z nią do dylematu małych marynarek wojennych. Problem tkwi w niebezpieczeństwie wpadnięcia w pułapkę kopiowania struktury dużych flot przy jednoczesnej niemożliwości technicznej przeprowadzenia procesu skalowania w dół. Dla przykładu spróbujmy zmniejszyć proporcjonalnie Royal Navy przy założeniu budżetu dwu- lub trzykrotnie mniejszego. Nie da się zbudować floty posiadającej 2 fregaty ale też pół lotniskowca i 2/3 okrętu desantowego plus sam reaktor do SSN. Proszę wybaczyć przesadne sformułowania, ale ilustrują problem. Z czegoś trzeba zrezygnować. Odnosząc się do naszej sytuacji flota zrównoważona ma sens na praktyczną realizację dopiero od pewnego poziomu ilościowego okrętów i finansowania. Posiadanie jednej fregaty nie zapewni bowiem odpowiedniego zaplecza kadr i poziomu wyszkolenia potrzebnego do efektywnego wykorzystania tejże fregaty. Do momentu ogłoszenia planu modernizacji Marynarki Wojennej RP budżet floty nie dawał nadziei na budowę zrównoważonej floty a i teraz balansujemy na krawędzi. W dalszym ciągu tego tekstu konsekwentnie będzie stosowana zasada priorytetu budżetu nad potrzebami.

O zaletach floty zrównoważonej a raczej jej przewadze nad flotą obrony wybrzeża i różnych mutacjach Jeune Ecole mówi interesujący cytat z książki Understanding Naval Warfare, w której autor – Ian Speller odnotowuje:

Paradoksalnie wiedząc, że ich poglądy na skuteczność łodzi torpedowych bazowały częściowo na zakończonym sukcesem rosyjskim ataku na turecki okręt Intikbah z 27 grudnia 1877 roku, Rosjanie nie poszli drogą Jeune Ecole. Zagrożenie atakiem torpedowym być może neutralizowało większą flotę Imperium Ottomańskiego ale Rosjanie rozumieli, że brak dużych okrętów (battle fleet) zredukowało ich możliwości artyleryjskiego wsparcia działań na wybrzeżu Morza Czarnego i zmusił ich do wycofania się z Konstantynopola po przejściu floty brytyjskiej przez Dardanele. Tak więc, Rosjanie kontynuowali budowę okrętów liniowych.

Używając terminologii zaproponowanej przez Erica Grove, nasz wybór floty zrównoważonej prawdopodobnie oznacza przejście od Offshore Territorial Defence Navy, czyli floty obrony wybrzeża reprezentowanej przez ideę Bałtyk Plus do Adjacent Force Projection Navy, czyli floty posiadającej pewne zdolności projekcji siły w oddaleniu od własnego wybrzeża. Tak więc dopiero obszar działania wychodzący poza ochronny parasol sił operujących z lądu jest pierwszym wskazaniem na konieczność posiadania organicznej i co najmniej lokalnej obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej. Jak twierdzi Geoffrey Till:

Większość jest zgodna co do tego, że rakiety przeciwokrętowe są najbardziej niebezpieczne, gdy są odpalane z samolotów; większość również jest zgodna co do tego, że najlepszą obroną przed tym jest utrzymywanie przewagi w powietrzu.

Poza zasięgiem lotnictwa lądowego jedyną szansą na utrzymanie przewagi w powietrzu jest lotnictwo pokładowe, stąd postulat chociaż częściowego rozwiązania problemu poprzez okrętowe systemy obrony strefowej. Ta długa droga prowadzi nas na końcu do fregat, czyli okrętów osłony bądź statków handlowych bądź transportów wojskowych. Dlaczego jednak fregata a nie korweta? Ponownie odwołam się do koncepcji D.K. Browna na temat projektów niestabilnych czyli takich okrętów, które są już zbyt drogie by być bezbronne. Korweta wydaje się być szczególnie podatna na stanie się niestabilnym projektem. Popatrzmy na historię Gawrona. Był zbyt drogi i postanowiono go ukończyć jako okręt patrolowy. Ślązak za cenę około 0.8-1.0 miliarda PLN jest kosztowny i jego strata byłaby uważana za nieakceptowalną a wciąż jest bezbronny. Z drugiej strony próba zbudowania okrętu uzbrojonego w sposób akceptowalny przez marynarzy powoduje szybki wzrost wyporności. Pomysł Okrętu Obrony Wybrzeża wystartował jako 1.000 tonowa jednostka, w specyfikacji Miecznika dolna granica to już 1.900 ton a ostatnio publikowane szkice mają 2.600 ton. Patrząc na inne projekty zagraniczne wiemy, że około 3.000 ton LCS to za mało aby oprócz modułu ASW zainstalować coś więcej niż SeaRAM do samoobrony a australijskie MEKO A-200 z CEAFAR wymagają jak rozumiem, dodatkowego balastu.

Jesteśmy więc ściśnięci w kleszczach budżetu i technicznej racjonalności okrętu co najmniej dwu zadaniowego w zakresie ASW i AAW. Postęp technologiczny daje pewne szanse na zamianę w Planie Modernizacyjnym sił nawodnych koncepcji trzech korwet i trzech okrętów patrolowych (3+3) na dwie fregaty plus dwie korwety ASW (2+2), pozostawiając resztę planu bez zmian lub też raczej do dalszej dyskusji. Czy ma to sens operacyjny to już pytanie do marynarzy, niemniej w takim mniej więcej modelu funkcjonujemy dzisiaj mając dwie fregaty OHP i Kaszuba. Aby taka zamiana była możliwa, należałoby się rozglądać za fregatami z dolnej półki a nie górnej, gdyż koszt współczesnej fregaty odpowiada kosztowi około 2-3 korwet. Poddałbym pod rozwagę dwa systemy obrony przeciwlotniczej i trzy platformy plus jeden okręt wymagający dodatkowego komentarza.

Na czele listy jest Nansen z uproszczoną wersją systemu Aegis. Klasyczny okręt eskorty z sonarem CAPTAS-2 i rakietami ESSM oferującymi lokalną, strefową obronę przeciwlotniczą i przeciwrakietową. Co prawda pasywne anteny radaru są już pewnym technologicznym przeżytkiem ale posiadanie Aegis na okrętach może otworzyć nowe możliwości współpracy z Aegis Ashore w Redzikowie. Warunkiem koniecznym jest sukces wysiłków dyplomatycznych i umieszczenie w Redzikowie nie tylko rakiet anty balistycznych ale również obrony przeciwlotniczej. Wówczas inwestycja w CEC mogłaby zaoferować interesującą synergię.

Prawda, że ładna para? Foto wikipedia

Prawda, że ładna para? Foto wikipedia

Na drugim miejscu jest MEKO A-200 z systemem Sea Ceptor. Rakiety CAMM upraszczają wyrzutnie i współpracują z każdym radarem, posiadając osobne łącze do korekty trajektorii lotu. System nie wymaga więc zbyt wyrafinowanych radarów jak APAR. Dzięki projektowi marynarki wojennej Nowej Zelandii wiemy, że instalacja takiego systemu w kadłubie poniżej 4.000 ton jest możliwa. W połączeniu z dwoma korwetami MEKO A-100 możemy zbudować politykę wymiennych modułów i uprościć logistykę zwiększając jednocześnie elastyczność w średnioterminowym planowaniu zdolności bojowych okrętów.

Konstrukcja wciąż zdobywająca nabywców. Ciekawe, na ile polskie stocznie byłyby zdolne partycypować? Foto www.janes.com

Konstrukcja wciąż zdobywająca nabywców. Ciekawe, na ile polskie stocznie byłyby zdolne partycypować? Foto www.janes.com

Na trzecim miejscu Freedom LCS w planowanej wersji FF z sonarem CAPTAS-2 raczej niż CAPTAS-4 oraz Sea Ceptor, jak w poprzednim przykładzie. Taki wybór ma dwie zalety. Z przeszukiwania sieci wygląda, że jest aktualnie najtańszą opcją za około $600 mln, pozwalając zaoszczędzić pieniądze na bliźniaka dla Ślązaka, co w poprzednich opcjach pozostaje mocno niepewne. Drugą zaletą jest możliwość zbudowania szybkiego Zespołu Mobilności Wojsk po zakupie JHSV lub odpowiednika. Ta para – LCS i JHSV pasuje do siebie idealnie. Ponadto wysiłki włożone w usunięcie największych bolączek okrętów dają już widoczne efekty i projekt staje się dojrzały.

Plany zamiany LCS na FF już się kreśli. My musielibyśmy pozmieniać trochę więcej. Foto www.breakingdefence.com

Plany zamiany LCS na FF już się kreśli. My musielibyśmy pozmieniać trochę więcej. Foto www.breakingdefence.com

Osobnej wzmianki wymaga duński Iver Huitfeldt ze względu na szeroko komentowany niski koszt i w rezultacie bardzo atrakcyjny wskaźnik osiągów do kosztów. Z pewnością należałoby zweryfikować jaki byłby koszt dla naszej marynarki biorąc również pod uwagę nasze wymagania. To może nie być to samo, ale warto spróbować. Drugą kwestią do rozstrzygnięcia jest pytanie na ile duńska fregata może być platformą ASW, mając świadomość jej cywilnego rodowodu. Oraz jeśli nie, na ile to jest akceptowalne lub też możliwe do skompensowanie przez parę (a może nawet trójkę) korwet ASW?.

W bazie Korsor.

W bazie Korsor.

W przypadku fregat z pewnością dodatkowym punktem spornym może być zdolność do budowy tej klasy okrętów w polskich stoczniach. Cała otoczka związana z polityką przemysłową może przekreślić najlepsze plany i obrócić w niwecz wszelkie nadzieje. Obecnemu rządowi i jego ministrowi obrony narodowej należy wyrazić uznanie za to, że program modernizacji marynarki wojennej w ogóle ruszył i otrzymał wsparcie finansowe. Jeśli uda się temu rządowi podpisać umowy na budowę następnych okrętów w tej kadencji, to możemy mówić o sukcesie niezależnie od naszych rozważań teoretycznych. Natomiast sytuacja jest poważna, bo nie udało się ministerstwu wykorzystać czasu mu danemu w skuteczny sposób i wszystko może stanąć pod znakiem zapytania. Tak więc wybór pomiędzy Bałtykiem Plus a Rzeczpospolitą Polską lub po prostu nihilizmem niekoniecznie się kończy.

Nov 112014
 

Jak wyglądałby możliwie najmniejszy, najtańszy i wciąż użyteczny okręt załogowy do zwalczania okrętów podwodnych? Zanim spróbujemy odpowiedzieć sobie na to pytanie, należałoby określić sens takiego ćwiczenia. Jest kilka powodów, dla których warto się zastanowić nad takim projektem.

Marynarka Wojenna RP jest flotą małą i taką pewnie pozostanie. To powoduje problem ciągłości utrzymania zdolności bojowych i trudności w zachowaniu wysokiego poziomu profesjonalnego marynarzy. Zgodnie z zasadą trening czyni mistrza, marynarze muszą mieć możliwość ciągłego utrzymywania i odświeżania swoich umiejętności. Nigdzie nie jest to tak widoczne jak w przypadku ASW. Każdy praktyk wypowiadający się w ogólnie dostępnych źródłach podkreśla, że proces poszukiwania i zwalczania okrętów podwodnych jest żmudny, długotrwały i angażujący dużo środków. Marynarka Wojenna w ramach swoich ćwiczeń, doskonali typowe elementy działań na morzu, jak ochrona żeglugi przed atakami z powietrza i spod wody, niezależnie od obowiązującej doktryny redukującej flotę do obrony wybrzeża. Ma to swoje uzasadnienie w teorii wojny morskiej, chociaż pomija problem panowania na morzu. To jednak mogą zapewnić siły sojusznicze. Jeśli natomiast rozpatrujemy doktrynę BBN-u skupiającą się na działaniach „podprogowych”, wówczas prowokacyjne operacje pod powierzchnią wody są całkiem prawdopodobne. Najlepszą ilustracją są ostatnie wydarzenia u wybrzeży Szwecji.

Pytanie zadane na wstępie można zadać inaczej – jak osiągnąć pewną masę krytyczną w ramach istniejącego budżetu, pozwalającą na zwiększenie liczby okrętów? W konsekwencji na szerszy dostęp do możliwości szkolenia, dowodzenia a w czasie kryzysu i wojny na szerzej zakrojone operacje.

Gdy w 1930 Royal Navy dokonała przeglądu swoich zdolności ASW, końcową rekomendacją było zwiększenie liczby przybrzeżnych eskortowców. Do tego celu przystosowano projekt okrętu wielorybniczego Southern Pride i tak narodziła się legenda uwieczniona w prozie Nicholasa Montserrata – korweta Flower.

D.K. Brown w książce Nelson to Vanguard opisuje logikę Admiralicji w ten sposób:

Celem nadrzędnym dla Aliantów w Bitwie o Atlantyk było bezpieczne przybycie ładunku; zatopienie U-bootów było tylko środkiem do osiągnięcia tego celu. Trzymanie U-bootów w szachu dopóki konwój nie przeszedł bezpiecznie było skuteczną taktyką i to, wraz z krótkim zasięgiem pierwszych sonarów prowadziło do nacisku na większą liczbę okrętów. Jedynym projektem dostępnym, możliwym do budowy seryjnej był Flower (…)

Niewiele się od tego czasu zmieniło. Bałtyk jest trudnym akwenem do prowadzenia działań przeciw okrętom podwodnym i zasięg współczesnych sonarów jest skutecznie redukowany w tych warunkach. Pozostałe argumenty pozostają w mocy. Spróbujmy więc zobaczyć, co może uczynić nowoczesna technologia ożeniona ze starym konceptem.

Jeśli okręt ma być produkowany w większej liczbie lokalnie, musi być przede wszystkim relatywnie niedrogi. Przyjmijmy kwotę 120-150 mln PLN za uzbrojoną jednostkę. Ponieważ większą część kosztów stanowią uzbrojenie, sensory i C3, zależy nam na minimalizacji kosztów platformy. Co oznacza jednostkę raczej małą. Niewielki kadłub pomoże nam również w ograniczeniu kosztów uzbrojenia, bo automatycznie ogranicza liczbę i wielkość zainstalowanych systemów. Trzeba przyjąć za swoje powiedzenie małe jest piękne. Koncepcyjnie, nasze drobnoustroje służyłyby do bezpośredniej osłony ważnych transportów, co wymaga działania pod osłoną większych i silniejszych jednostek operujących w pewnym oddaleniu. Taką osłonę mógłby docelowo zapewnić Miecznik wraz z NDR-em. Pod warunkiem wprowadzenia ograniczonej zdolności do rekonfiguracji, nasze maluchy mogłyby alternatywnie przenosić elementy modułu przeciwminowego, projektowanego dla Czapli.

Pierwszą, pewnie trudną decyzją jest sama forma kadłuba. Trudno sobie wyobrazić 25-30m okręcik, dotrzymujący kroku wielkim kontenerowcom czy gazowcom. Mniejszą dzielność morską, wynikającą z niewielkich rozmiarów, kompensować możemy jedynie egzotyczną formą kadłuba. Najlepszy rezultat uzyskujemy pod tym względem stosując SWATH, który wymaga jednak dużej mocy do utrzymywania prędkości przy spokojnym morzu. BMT Nigel Gee oferuje projekty małych statków do obsługi farm wiatrowych w oparciu o hybrydę katamaranu i SWATH zwaną Extreme Semi-SWATH, w skrócie XSS.

Dość dobrze widać na czym polega hybryda katamaranu z SWATH.

Dość dobrze widać na czym polega hybryda katamaranu z SWATH.

Materiały reklamowe firmy BMT Nigel Gee zawierają ciekawe porównanie dzielności morskiej i niezbędnej mocy dla różnych form katamaranu. W innej broszurze mamy też porównanie kilku kluczowych parametrów również z kadłubem klasycznym.

Egzotyczne formy kadłuba są używane, gdy nie ma alternatywnego rozwiązania. Tu chodzi o dzielność.morską. Źródło - broszura BMT Nigel Gee Project L3 case study.

Egzotyczne formy kadłuba są używane, gdy nie ma alternatywnego rozwiązania. Tu chodzi o dzielność.morską. Źródło – broszura BMT Nigel Gee Project L3 case study.

Jednostka ma prędkość 28 węzłów, co jest na potrzeby ASW zbyt dużo, z drugiej strony zapotrzebowanie na moc dla urządzeń elektrycznych i elektronicznych będzie znacznie większa, niż przewiduje standardowy projekt. Ładunek użyteczny wynosi 7.5 tony i to jest nasze wyzwanie. Wybór systemów musi być więc przemyślany. Tylko to, co niezbędne dla wypełnienia misji i przetrwania. Najtrudniejszy i kontrowersyjny jest wybór sonaru. W tym przypadku decyzja naprawdę należy do fachowców. Mój wybór padł na sonar podkadłubowy ze względu na wagę i maksymalną prędkość przy której można go używać i fakt bezpośredniej osłony transportu. VDS jest możliwy również (np. w formie skonteneryzowanej jak na poniższym rysunku), choć wymagać będzie jeszcze większej dyscypliny w zachowaniu wagi i poboru mocy.

Sonar VDS dla niewielkich jednostek. Z prezentacji Kongsberg -Total Subsea.

Sonar VDS dla niewielkich jednostek. Z prezentacji Kongsberg -Total Subsea.

Poniższa lista jest tylko propozycją i może teoretycznie ulegać polonizacji, z tym, że polski przemysł musiałby być zdolny do zaoferowania poniższych urządzeń w tej samej kategorii wagowej w sensie dosłownym:

  • Sonar podkadłubowy Kongsberg SS2030.
  • Opcjonalnie sonar VDS ST2400 tej samej firmy.
  • 2 pojedyncze wyrzutnie lekkich torped plus torpedy MU90.
  • Radar 2D Variant firmy Thales.
  • Głowica EO (IRST) SAGEM EOMS NG.
  • Pułapki SKWS Terma.
  • VSHORAD MBDA Simbad -RC.
  • OTO Melara 30mm Marlin.
  • Wolno stojąca konsola Link11/16 z wyświetlaczem.

Brak jest systemu C2, chociaż tworzy się pole do popisu dla uproszczonej wersji rodzimego produktu SKOT. To pozwoliłoby rozwinąć skrzydła CTM. Wybór samego sonaru podkadłubowego zmuszałoby pewnie „drobnoustroje” do ścisłej współpracy ze śmigłowcami ASW bazującymi na lądzie i używającymi sonarów zanurzeniowych. Sam jednak fakt istnienia takiego zespołu, niezależnie od skuteczności, być może jest w stanie osiągnąć podstawowy efekt odstraszania okrętów podwodnych.

Sporym wyzwaniem byłoby pomieszczenie załogi. Projekt naszego maleństwa przewiduje transfer 12 dodatkowych techników, co pozwala na aranżację wnętrza aby pomieścić wszystkie konsole wraz z operatorami. Inna sprawa, to pobyt 15-18 ludzi przez kilka dni na tak małej jednostce. Integracja i automatyzacja zwiększa koszty a zwiększenie załogi napotyka na ograniczenia w przestrzeni. Na koniec krótkie podsumowanie korwet klasy Flower z tej samej książki Nelson to Vanguard:

Korwety Flower były przeznaczone do działań przybrzeżnych i miały wiele wad w walce na otwartym oceanie.
(…)
Istnieją jasne wskazówki, że większe i szybsze korwety River były bardziej efektywne w zatapianiu U-bootów niż okręty klasy Flower, ale były dwa razy droższe (…) i nie wydaje się aby były dwa razy bardziej skuteczne.
(…)
Jest prawdopodobne, że liczniejsze okręty Flower byłe lepsze niż River w trzymaniu U-bootów na dystans.

W planie modernizacji Marynarki Wojennej nie ma miejsca na taki projekt i nie ma dla niego budżetu. Z tego punktu widzenia nie ma zbyt wielkiego sensu. Pod warunkiem pełnej realizacji planu. Obserwując w jakich bólach ten program jest realizowany trudno jednak pominąć okazję do szukania rozwiązań prostszych, mających szansę na poparcie lokalnego przemysłu i dających marynarzom więcej szans na wyjście w morze. W końcu nie potrzebujemy budować od razu całej serii jak trałowców 207. Wystarczą dwie, trzy jednostki do zebrania doświadczeń i potwierdzenia założeń koncepcyjnych.

Nov 022014
 

Przeglądając codziennie wiadomości, wielu z nas wyczekuje decyzji dotyczących modernizacji Sił Zbrojnych. Przeprowadzono już wiele dialogów technicznych, ale podjęto znacznie mniej decyzji. A nowe zadania wciąż przybywają, jak choćby ostatnio wspomniane wzmocnienie wschodnich garnizonów i infrastruktury. Sytuację tłumaczy się czasem tytaniczną pracą studiowania setek lub nawet tysięcy stron dokumentacji przy bardzo ograniczonych zasobach ministerstwa. Wkrótce zapowiada się następne postępowanie na system obrony przeciwlotniczej krótkiego zasięgu Narew. Portal Defence24 pisze:

Ministerstwo Obrony Narodowej zamierza rozpocząć postępowanie w celu pozyskania systemu przeciwlotniczego i przeciwrakietowego Narew krótkiego zasięgu w 2016 roku. W listopadzie bieżącego roku przewiduje się otwarcie dialogu technicznego.

Sprawa o tyle dotyczy Marynarki Wojennej, że w planie modernizacji zawarto dwie baterie rakiet przeciwlotniczych. Tylko, czy my nie wyważamy otwartych drzwi? Definiując system obrony przeciwlotniczej jako zintegrowane ze sobą poniższe elementy:

  • Radar i/lub inne sensory,
  • C2,
  • Łączność i protokoły danych,
  • Wyrzutnie rakietowe,
  • Rakiety,

zauważmy, że Polska taki system już zakupiła i wprowadziła na stan Sił Zbrojnych. Mowa jest o systemie NASAMS tworzącym trzon Nadbrzeżnego Dywizjonu Rakietowego. Niech nas nie myli rodzaj i natura pocisku rakietowego używanego przez te dwa systemy występujące pod różną nazwą. Sam Kongsberg w swoich materiałach pokazuje uniwersalność systemu, gdzie na poniższym rysunku występują obok siebie NSM i AMRAAM.

Czy możliwe jest wpółistnienie NSM i AMRAAM w ramach jednego Dywizjonu

Czy możliwe jest wpółistnienie NSM i AMRAAM w ramach jednego Dywizjonu

Jedynym elementem do modyfikacji jest wyrzutnia rakietowa, której nie posiadamy. Taka sytuacja, pomijając nieco anegdotyczny charakter, stawia szereg pytań łatwych do zadania ale trudnych do odpowiedzi. Pierwsze i zasadnicze pytanie przychodzące na myśl, to czy potrzebna jest nam długotrwała procedura rozciągnięta do 2016 w sytuacji, gdy czas jest parametrem krytycznym? Być może zamiast skupić na definicji założeń taktyczno technicznych lepiej by było zebrać doświadczenia eksploatacyjne i dopiero wówczas wyznaczyć ścieżkę dalszego rozwoju?

Polska jest poniekąd w szczególnej sytuacji możliwości sprawdzenia praktycznego koncepcji, czy wspomniane tylko na rysunku współistnienie NSM i AMRAAM w ramach jednej baterii jest możliwe. Trzonem systemu jest bowiem moduł C2, zwany przez Kongsberga FDC (Fire Distribution Center), a w Polsce BCV (Battery Command Vehicle). Główną różnicą pomiedzy architekturą NASAMS i NDR są wozy programowania misji rakiet przeciwokrętowych zwane CCV (Combat Command Vehicle). Ładne i czytelne grafiki opisujące strukturę NDR znajdują sie w artykule Rakietowi Obrońcy Wybrzeża z Przeglądu Sił Zbrojnych. Inny jest również radar 3D, który był zagadką w baterii rakiet manewrujących, ale staje się bardzo cennym nabytkiem dla obrony przeciwlotniczej. Najważniejsze, że praca zintegrowania polskiego radaru 3D z FDC została już wykonana i zapłacona.

Ponieważ zbliża się zakup drugiego NDR-u, nadarza się więc idealna okazja do przetestowania pomysłu i to być może w ramach istniejącego budżetu. Konieczny jest zakup co najmniej jednego dodatkowego BCV do kierowania rakietami AMRAAM. Elastyczność konfiguracji wydaje się być duża, a więc możliwości manipulowania budżetem również. Jedna z możliwych propozycji poniżej.

 

Możliwości konfiguracji są spore. Powyżej jeden z wariantów.

Możliwości konfiguracji są spore. Powyżej jeden z wariantów.

Drugim, istotnym pytaniem związanym z ideą jest co zrobić, aby zdobyć poparcie krajowego przemysłu zbrojeniowego. Rząd bowiem stworzył Hydrę, z którą trudno będzie walczyć. Na naszych oczach rodzi się potężny na skalę lokalną kompleks militarno polityczny, który już wiąże ręce MON-owi. Pomimo faktu, że kontynuacja projektu NASAMS, który niewątpliwie znalazł się w kraju tylnymi drzwiami, może być najbardziej rozsądna, to krajowi potentaci wspierani przez polityków mogą zdecydować, że przetarg musi się odbyć pod hasłem „dostępu do kodów”. Nie neguje potrzeby niezależności w dziedzinie obronności. Zwracam tylko uwagę, że niewiele państw na świecie na taką niezależność stać, a podejście doktrynalne jest w stanie zablokować jakiekolwiek próby rozwoju. Najlepszą drogą wydaje się być selektywne inwestowanie w krajowe technologie i umiejętności oraz sprytne łączenie ich z elementami importowanymi. Coś na wzór Hindusów?

Skoro udało się wraz z Kongsbergiem dokonać integracji TRS-15 z FDC, to być może warto pomyśleć o rozszerzeniu współpracy idącej tym tropem. Kandydatów jest paru. Zacznijmy od radaru. TRS-15 o zasięgu instrumentalnym 240km ma pewną wartość wczesnego ostrzegania dla całości systemu Tarcza Polski, ale dla baterii bliskiego zasięgu to aż nadto. W rzeczy samej radar Sentinel występujący w oryginalnej wersji NASAMS ma zasięg od 50 do 75km, w zależności od wersji. To wskazuje na możliwość integracji mobilnego radaru Soła a jeszcze lepiej jego następcy Bystra.

Innym elementem istniejącym w architekturze NASAMS jest głowica EO dla celów kierowania środkami VSHORAD. I ponownie PIT/RADWAR posiada w swej ofercie coś podobnego w postaci systemu BLENDA, będącego w użytkowaniu Marynarki Wojennej. Idealnym kandydatem do integracji z NDR-em, ze względu na swoją mobilność jest POPRAD.

Problemem znacznie cięższego kalibru jest integracja nowych systemów dowodzenia z już istniejącymi. Na dobrą sprawę istnieje już produkt o funkcjach zbliżonych do FDC. Nazywa się REGA i ma w swej intencji integrować dowodzenie środków artyleryjsko-rakietowych obrony przeciwlotniczej, będących aktualnie na wyposażeniu Sił Zbrojnych. Czy nie warto układać się z Kongsbergiem na temat możliwości połączenia i zintegrowania najlepszych cech obu systemów w jedną całość w ramach projektu rozwojowego? Jeśli nie zaczniemy myśleć od samego początku o minimalizacji liczby systemów C2 w użyciu, to wkrótce działania sieciocentryczne staną się zmorą ze względu na niekompatybilność czy złożone interfejsy pomiędzy nimi.

Wszystko, co zostało napisane powyżej jest tylko być może rezultatem wyciągania nieuzasadnionych wniosków z lektury ogólnodostępnej literatury. Jeśli jednak coś w tym jest, rozsądne podejście do równowagi pomiędzy środkami, ambicjami umieszczonymi w kontekście czasu, pozwoli być może na uniknięcie tytanicznej pracy urzędników MON-u. Zamiast wyważać otwarte drzwi, skupmy się na jak najszybszej ścieżce dojścia do systemów spełniających wymagania minimalne, zamiast iść długą i krętą drogą w poszukiwaniu systemu optymalnego. Lepsze jest wrogiem dobrego jak mawiają anglosasi i mają w tym powiedzeniu sporo racji.