Jan 022017
 

Czy w ogóle jest możliwa tania fregata i jeśli tak, to czy można oszacować jej koszt? Z punktu widzenia praktycznego interesuje nas w jaki sposób można ograniczyć koszt fregaty i okrętu wojennego ogólnie. Gdyby fregaty Oliver Hazard Perry miały doczekać się swoich następców w Marynarce Wojennej RP, byłyby to pytania całkiem istotne. Najistotniejszą kwestią jest oczywiście ich cel i sposób użycia, ale pracując nad tą kwestią marynarka wojenna powinna mieć dostępne opcje już przemyślane tak, aby we właściwym momencie podsunąć akceptowalną propozycję.

Jest kilka metod szacowania kosztów budowy okrętów wojennych stosowanych na różnych etapach projektu. Nas najbardziej interesują wczesne etapy koncepcyjne by projekt przeszedł pozytywnie pierwszą debatę o kontynuacji lub zakończeniu dalszych prac. Najogólniej na tym etapie dostępne są dwie metody – poprzez analogię co wymaga znajomości kosztów okrętów podobnej klasy oraz parametryczna dająca dość szybko rezultat pod warunkiem posiadania sporej wiedzy na temat współczynników niezbędnych do obliczeń. Parametrem podstawowym używanym przynajmniej przez NAVSEA i GAO w USA jest waga okrętu (a więc wyporność) w rozbiciu na kilka grup mnożonych przez współczynniki wyrażające koszt na kilogram. Współczynniki mogą być różne w zależności od rodzaju napędu czy stopnia komplikacji uzbrojenia lub „upakowania” okrętu. Rozbicie na grupy może również być na różnym poziomie szczegółowości lub agregacji, ale typowy będzie jak poniżej:

100 Hull Structure
200 Propulsion Plant
300 Electric Plant
400 Command & Surveillance
500 Auxiliary Systems
600 Outfit & Furnishings
700 Armament
800 Design & Engineering Services
900 Construction Services

Zgodnie z tą metodą istnieje zależność pomiędzy wypornością okrętu i jego kosztem i przy wyborze wagi jako podstawowego parametru mamy na tym etapie dwie metody ograniczenia kosztu okrętu – narzucić arbitralnie pułap kosztu lub ograniczyć wyporność okrętu. Istnieje powiedzenie, że „stal jest tania a powietrze za darmo” ale pomija fakt, że okręt wojenny nie służy do przenoszenia powietrza tylko uzbrojenia. Ekonomia i psychologia pcha nas więc do wykorzystania wszelkich rezerw w postaci ładunku użytecznego czy przestrzeni dla celów uzbrojenia napędu lub ochrony. Ograniczanie wyporności ma jednak swoje równie sztuczne minimum w postaci typowego zestawu uzbrojenia i sensorów uznawanych w danej epoce i flocie za pewien standard. Tak więc projekt okrętu musi się zmieścić w przedziale pomiędzy minimum akceptowalnych parametrów i możliwości a maksimum kosztów wynikających z budżetu i liczby planowanych jednostek. Jeżeli ten przedział zbliży się do zera, okręt nie powstaje.

Na wstępnym etapie projektu mamy do czynienia z interakcją przyszłego użytkownika (marynarki), projektantem i organem finansującym projekt dotyczącej minimalnych zdolności bojowych, napędu, poziomu przeżywalności lub produktywności projektu. Praktycznym rozwiązaniem na drodze do „taniego” okrętu jest metoda „design-to-cost”, która po wstępnej analizie z użyciem wspomnianych narzędzi a jeszcze przed szczegółowym kosztorysem wynikającym z projektu technicznego narzuca pułap wyporności i kosztów wstępnie zaakceptowanych. Metoda jest mało popularna bo marynarze rzadko godzą się na sztuczne ograniczanie możliwości okrętów ale zyskuje w czasach ograniczeń finansowych lub wobec konieczności masowej rozbudowy floty (lub jej odtworzenia, jak w naszym przypadku). Dobrze opisanym przypadkiem tej strategii akwizycji okrętu jest historia Oliver Hazard Perry. Ciekawym choć dość starym dokumentem na ten temat jest The impact of design to cost on naval ship design. Autor, Michael Nickelsburg podkreśla różnice z innymi metodami, które widzi w nacisku na koszt zakupu a nie cykl życia oraz wyważaniu pomiędzy osiągami a kosztem. Wynikowy projekt jest wystarczająco dobry a nie optymalny pod względem parametrów, czyli stawiający kontrowersyjne pytanie o granicę poświęcenia parametrów aby nie przekroczyć pułapu kosztów. Proces wyglądał mniej więcej tak:

Wybrano zakres wielkości okrętu od 1500 do 7000 ton, wybrano typowe uzbrojenie dla danej wielkości kadłuba i obliczono koszt każdego wariantu. Wynikłe opcje wahały się od kilku bardzo silnych okrętów eskortowych niezdolnych to ochrony wystarczająco dużych obszarów aby znacząco polepszyć efektywność sił eskortowych, aż do wielu niedrogich okrętów niezdolnych do przenoszenia uzbrojenia niezbędnego do ochrony floty.

Przeanalizowano scenariusze z udziałem nowych okrętów wymieszanych z już istniejącymi. Nakreślono zależność efektywności zespołów okrętów z udziałem nowych okrętów w zależności od ich wyporności, która to zależność wskazała na maksimum w zakresie 3000/3500 ton. Taki okręt był wyceniany na $45-50M.

Oszczędności na etapie projektu były drastyczne, ale powstał okręt budowany w dziesiątkach sztuk. foto www.wikiwand

W tym punkcie procesu Adm. Zumwalt narzucił ograniczenie na koszt i wyporność a później na liczebność załogi. Innym współczesnym przypadkiem dającym wgląd na złożoność wyboru właściwego kompromisu jest ewolucja LCS w kierunku fregaty.

Raport GAO opisuje proces dochodzenia do rekomendacji, które jak wiemy zalecają modyfikacje istniejącego projektu LCS. Rozważano osiem kombinacji różnych zdolności jak AAW, ASuW i ASW w podziale na trzy strefy (samoobrona, lokalna i pozahoryzontalna), zasięg, autonomiczność i prędkość w oparciu o dwie modyfikacje LCS (umiarkowaną i głęboką), National Security Cutter i nowy projekt. Ciekawą konkluzją jest spostrzeżenie, że pełny zakres pożądanych zdolności zapewnia dopiero NSC a więc okręt o wyporności 4500 ton. Jakkolwiek przedstawiciele floty preferowali posiadanie lokalnej obrony przeciwlotniczej wraz z ASW to po trzeciej rundzie ograniczeń kontynuowano wariant z rakietami przeciwokrętowymi lecz zredukowaną zdolnością ASW i samoobroną AAW. Kadłub LCS o wyporności 3000-3500 ton nie pozwalał na więcej. Co więcej, zmiana standardów cywilnych na militarne „kosztowałaby” dodatkowe 200 ton wyporności, czyli wymaga głębokiej modyfikacji LCS. O wyborze ostatecznym wersji umiarkowanej modernizacji LCS pomimo najmniejszych zdolności zadecydowała kombinacja kosztów i czasu możliwego rozpoczęcia budowy. Liczby poniżej pochodzą z omawianego raportu GAO

Umiarkowana modyfikacja LCS      $613-631M od 2020
Głęboko modernizowany LCS         $754M        od 2021
NSC                                                   $840M       od 2021
Nowy projekt                                     $843M        od 2023

Liczby dotyczą wartości dolara w 2014 roku i nie można zapominać, że raport RAND na temat przyczyn wzrostu kosztu okrętów twierdzi, że okręty nawodne drożeją około 9% rocznie!

Czy mamy w historii współczesnych okrętów rzeczywiście tanią fregatę? Mamy przykłady udanych konstrukcji jak Spruance, Leander, Oliver Hazard Perry produkowanych masowo, czy jednak były znacząco tańsze od swoich rówieśników? Przypadkiem teoretycznie pasującym do teorii taniej stali i darmowego powietrza są niszczyciele typu Spruance ale Norman Friedman opisując genezę okrętu wskazuje na czynniki podważające tę hipotezę. Okręt przede wszystkim miał utrzymywać prędkość stałą 30w przy stanie morza 4, co było wymagane dla eskorty lotniskowców na Północnym Atlantyku i dawało jednostkę sporą na wstępie. Ponadto projektując niszczyciel ASW założono jego potencjalnie podwójną rolę i możliwość dozbrojenia do standardu niszczyciela rakietowego z systemem Tartar (DDG). Powstał więc okręt o sporym zapasie tonażu i objętości co zostało później wykorzystane przy budowie pierwszych okrętów z systemem Aegis. Fregaty Leander (Type Improved 12) były w kolejnych partiach dozbrajane w rakiety Exocet i SeaWolf zamiast Seacat. Ostatnia wersja była już bardzo droga i D.K. Brown w książce Rebuilding the Royal Navy zastanawia się na ile warto było takie konwersje robić ale w ostatecznym rachunku stwierdza, że taka polityka pozwoliła na wprowadzanie do marynarki nowych systemów uzbrojenia.

Jedynym przypadkiem zwracającym powszechną uwagę i wyraźnie tańszym od konkurentów są duńskie fregaty Iver Huitfeldt. Większość komentatorów podchodzi do nich jak do przysłowiowego jeża, bo z jednej strony strona duńska podała oficjalnie liczby w rozbiciu na główne grupy kosztowe z wyszczególnieniem systemów przeniesionych z poprzednich jednostek a z drugiej strony nikt nie umie tego sukcesu powtórzyć. Niemniej wskazówką użyteczną jest fakt budowy fregat zgodnie z metodologią „design-to-cost” z poświęceniem głównie standardów militarnych i wykorzystaniem produktywności projektu dzięki doświadczeniom z budowy kontenerowców.

Pytanie o tanią fregatę nie jest trywialne i ponownie obserwujemy wysiłki w tym kierunku podejmowane we Francji i Wielkiej Brytanii. FREMM miał w założeniu być fregatą tanią ale najwyraźniej nie jest i chęć utrzymania pożądanej liczebności eskorty przy zadanym budżecie owocuje projektem FTI. Ma to być okręt o wyporności 4200 ton z budżetem 3.8mld EUR na pięć jednostek a więc z kosztem jednostkowym 760 mln EUR!

“Tania” fregata za ponad 700 mln EUR. Takie czasy! foro www.navyrecognition.com

Przykład brytyjski jest bardziej drastyczny – Type 26 jest za droga zanim została rozpoczęta budowa. Wśród kandydatów na Type 31 uzupełniający pożądany stan liczebny fregat Royal Navy jest Venator 110 projektu BMT, czyli okręt o wyporności 4000 ton.

Venator – być może bardziej pragmatyczna próba budowy tańszej fregaty. Foto www.bmtdsl.co.uk

W odniesieniu do naszej sytuacji pojawiają się dwie kwestie. Po pierwsze metody szacowania kosztów projektów dla naszej marynarki wojennej a po drugie analizy osiągalności różnych wariantów. Być może dla nas najodpowiedniejszą metodą byłaby metoda parametryczna z elementami analogii. Ponieważ nie mamy doświadczenia i bazy historycznych danych odnośnie kosztów i wagi systemów dowodzenia, uzbrojenia i sensorów dla różnych klas i wielkości okrętów moglibyśmy próbować w tym fragmencie posługiwać się analogią natomiast powinniśmy być w stanie oszacować koszty materiałowe i robocizny w pozostałych kategoriach metody parametrycznej. W kwestii osiągalności można by podejrzeć metodologię z raportu GAO o analizie alternatyw dla Small Surface Combatant. Należałoby stosując obraną metodę szacunku kosztów wypełnić tabelę jak poniżej. Zawarte liczby należy traktować jako przykładowe a nie wiążące i służące do celów poglądowych. Zamiast ogólnych stwierdzeń można wskazać konkretne przykłady systemów.

Zakładając okres służby okrętów i przeciętnego rocznego oczekiwanego poziomu finansowania marynarki jesteśmy w stanie określić długofalowy budżet floty i wydzielić z niego część na okręty nawodne. Dodatkowo należałoby wziąć pod uwagę typowy czas budowy okrętu danej klasy pomnożony przez realistyczny roczny poziom finansowania czyli maksymalną wartość okrętu mającego szansę na realizację. To mogłoby być podstawą do dyskusji jakie klasy są w ogóle dla nas dostępne i w jakiej liczbie. Dyskusja o tym jak te okręty wykorzystać może się toczyć równolegle z opracowaniem strategii czy doktryny użycia marynarki wojennej, co może wzbudzać protest ze względu na niewłaściwą kolejność rzeczy. Tak się jednak składa, że z poprzedniego wpisu można wnioskować, ze marynarka chcąc zachować inicjatywę w środowisku zdominowanym przez armię i jej potrzeby musi być gotowa na przyjęcie postawy handlowca podsuwającego pod nos bardziej idee niż produkty, chociaż mając propozycje takowych na podorędziu. Krytycznym parametrem nie uwzględnionym w tabeli jest czas i aktualna sytuacja a więc punkt startowy, bo nie zaczynamy od zera tylko z pozycji już zaangażowanych środków. Spoglądając na tabelę korwety sprawiają wrażenie rozwiązania dobrego jeśli nie optymalnego z punktu widzenia techniczno-ekonomicznego ale to zderza się z pytaniem co mają robić i do czego służyć? Tym sposobem wracamy do podstawowego pytania jaką funkcje ma spełniać nasza flota.

Dec 232016
 

Ostatnio ukazała się książka Andrzeja Drzewieckiego Polska Marynarka Wojenna od Drugiej do Trzeciej Rzeczypospolitej, której jedną z głównych tez jest zależność floty od interesów morskich co w pigułce zostało przez autora sformułowane tak:

Dopiero pełnokrwista obecność państwa na morzu dopomina się o flotę wojenną, która staje się gwarantem bezpieczeństwa jego „morskich interesów”. W przeciwnym wypadku będzie ona tylko „dekoracją wybrzeża” i dodajmy, że bardzo kosztowną. Flota wojenna, podkreślałem to z naciskiem, musi być proporcjonalna do interesów państwa na morzu, co w sposób nie budzący wątpliwości powinno wynikać z podstawowych zasad polityki morskiej.

Konfrontacja z danymi Głównego Urzędu Statystycznego na temat gospodarki morskiej na tle całej naszej gospodarki pokazuje jakimi meandrami kroczy nasza marynarka wojenna. To porównanie prosi się o spojrzenie na argumenty używane w dyskusji o potrzebie posiadania marynarki wojennej a w konsekwencji o odpowiedź na pytanie jakiej? Wybiegając nieco w przód te argumenty można podzielić na kilka grup:

  • polityczne:

realizacja celów politycznych państwa na morzu lub z użyciem marynarki jako narzędzia polityki
wkład w obronę kolektywną

  • gospodarcze:

obrona interesów gospodarczych państwa związanych z morzem

  • militarne:

zapobieganie kryzysom i eskalacji konfliktów
działania hybrydowe (sytuacje trudno-konsensusowe według terminologii prof. Kozieja)
wojna ograniczona
wojna pełnoskalowa

Wracając do wspomnianych danych GUS-u trzeba zacząć od zastrzeżenia, że jest to wierzchołek góry lodowej i aby właściwie dane zinterpretować należałoby wgłębić się w temat znacznie bardziej. Niemniej, decydent patrzący na świat poprzez pryzmat komórki w Excelu tak właśnie będzie widział „gospodarcze interesy morskie”. Rocznik Statystyczny Gospodarki Morskiej 2015 mówi, że w gospodarce morskiej było zatrudnionych 0.7% ogółu zatrudnionych. Gospodarka morska wypracowała 1.1% przychodu z rentownością stanowiącą 0.9% całego zysku przyciągając 1.4% inwestycji. Tak więc można powiedzieć, że region daje sobie radę całkiem dobrze, wręcz lepiej niż pozostałe i pozostaje atrakcyjny dla inwestorów. Niemniej w całości gospodarki jest to niewielki ułamek.
Kontynuując, przemysł stoczniowy wyprodukował 4 nowe statki oraz wyremontował 610 statków. Większość nowych konstrukcji to „statki nietowarowe” co wskazuje na umiejscowienie się w niewielkich acz lukratywnych niszach. Dysproporcja pomiędzy jednostkami remontowanymi a nowo-budowanymi jest olbrzymia i może poddawać w wątpliwość nasze zdolności budowy bardziej złożonych okrętów wojennych. Na gospodarkę morską można popatrzyć pod innym kątem a mianowicie jako część systemu transportowego. Niestety, udział żeglugi morskiej w ogólnej masie towarów transportowanych nie przekroczył 0.4% w ciągu ostatnich pięciu lat. Jeśli odnieść to do samego eksportu, to takich danych GUS nie podaje, ale pośrednie obliczenia wskazują na jeszcze mniejszy udział. Zaskakujące jest to, że ten wskaźnik jest w 2015 roku niższy niż dla żeglugi śródlądowej!

Tak więc jest to bodziec dla wzrostu znaczenia Morskiego Oddziału Straży Granicznej ale kosztowne inwestycje w marynarkę wojenną muszą szukać wsparcia w innych argumentach, póki co. „Uprawianie morza” rozwijamy ale daleko mu do statusu „sportu narodowego”. Mówiąc o „morskich interesach” pozostają argumenty polityczne. Są pewne jaskółki na niebie jak informacja o poszukiwaniu przez MOSG środków na okręt patrolowy do działania w ramach FRONTEX-u czy wysłanie fregaty na Morze Śródziemne z zadaniem przeciwdziałania nielegalnemu przemytowi ludzi drogą morską. Prezydent podarował banderę bojową dla ORP Kościuszko ale wciąż nie wiadomo na ile poruszamy się w sferze symboli a na ile jest to przejaw świadomej i konsekwentnej polityki.

Symbol czy konsekwentna polityka?

Zauważmy w jaki sposób podano informację na temat pożądanej jednostki dla MOSG – to straż sama szuka środków na sfinansowanie inwestycji. Czyż nie państwo powinno łożyć na nowy kuter w ramach realizacji swoich celów politycznych? Innym przykładem niech będą fregaty. Załóżmy, że mamy parę okrętów tej klasy. Byłby to nasz wkład w obronę kolektywną NATO i widoczny znak woli oraz narzędzie do współpracy ze wspólnotą międzynarodową na morzach wokół Europy czy jeszcze dalej pod auspicjami EU czy ONZ. Tyle, że my mamy od 15 lat dwie fregaty, jak są one więc wykorzystywane? Centrum Operacji Morskich w swoich wiadomościach podaje przy okazji misji ORP Kościuszko na Morzu Śródziemnym, że nasze fregaty po raz trzeci uczestniczą w stałym zespole okrętów NATO dodając, że okręty przeciwminowe uczestniczyły w tym samym czasie 12 razy a ORP Xawery Czernicki dwukrotnie. Co powstrzymywało wykorzystanie fregat w podobnym stopniu jak okręty przeciwminowe? Czy brak woli politycznej? Chyba nie, bo niszczyciele min są nieomalże stałym uczestnikiem zespołów NATO. Stan techniczny fregat? Być może ale zmodernizowane trałowce są jeszcze starsze od fregat i były w zasadzie już „spisane”. Czy powstrzymywano modernizacje fregat aby nie blokować środków na nowe okręty? Ponownie być może, ale jeśli tak to popełniono błąd taktyczny o potencjalnych konsekwencjach strategicznych dla struktury floty. Brak środków na eksploatacje? Jeśli tak to źle wróży wszelkim planom budowy większych jednostek nawodnych. Wciąż przewija się podskórnie pytanie o koszt-efekt takiego zaangażowania międzynarodowego, podobnie jak w przypadku Royal Canadian Navy. Bilans służby fregat pod polską banderą jest wciąż trudny do interpretacji bo z jednej strony okręty pozwoliły na rozwinięcie współpracy z NATO i przyczyniły się do wyszkolenia wielu specjalistów ale z drugiej strony opanowaliśmy wiedzę w dziedzinach, o których wciąż nie wiemy czy będą rozwijane.

Argumenty militarne najczęściej dotyczą stanu wojny co szybko prowadzi do polaryzacji stanowisk, bowiem wojna w naszym położeniu geopolitycznym prowadzi do szybkiego podporządkowania floty ogólnym planom obronnym państwa. Te z kolei są zdominowane przez działania na lądzie i w powietrzu a więc plany są sformułowane językiem armii i reprezentują jej sposób postrzegania problemu. Jak to wyglądało w praktyce pokazuje wspomniana książka Andrzeja Drzewieckiego. Podaje on jeden z pierwszych planów obrony wybrzeża autorstwa generała Mossora zaproponowany w 1949 roku:

podstawy strategiczne: wskazujące dwa warianty przyszłego frontu, z bardziej prawdopodobnym w koncepcji defensywnej na Odrze;
rola marynarki wojennej: osłona północnego skrzydła frontu obronnego na Odrze i Nysie;
ogólna koncepcja obronna: zbyt szerokie polskie wybrzeże nie może być bronione przez obronę stałą za pomocą pasma fortyfikacji, wobec tego Mossor proponował zorganizowanie:
czterech ośrodków obrony stałej (obszary wojenne), obejmujących najważniejsze bazy morskie,
zmotoryzowanej grupy manewrowej dla zaczepnej interwencji na międzypolach obszarów wojennych,
dwóch flotylli MW dla zaczepnych operacji na Bałtyku,
lotnictwa rozpoznawczego i operacyjnego, lądowego i morskiego;

Niektóre sugestie gen. Mossora okazały się niezwykle długowieczne

Taki plan zrodził się pewnie na podstawie doświadczeń kampanii wrześniowej i nie jest jeszcze wizją Układu Warszawskiego, powołanego do życia kilka lat później. Ogólne spojrzenie mało mówi o zadaniach dla marynarki wojennej, ale w dalszej części książki znajdujemy zadania sformułowane przez ministra obrony narodowej w 1964 roku:

  • udział w zwalczaniu sił morskich NATO i niedopuszczenie ich do działań w środkowej części Bałtyku,
  • udział w obronie wybrzeża morskiego PRL wspólnie z wojskami Obrony Powietrznej Kraju, Okręgu Wojskowego oraz formacjami OTK,
  • zabezpieczenie przewozów dla Frontu Nadmorskiego drogą morską,
  • prowadzenie operacji desantowych wspólnie z wojskami Frontu Nadmorskiego,
  • udział w organizacji systemu bazowania sił własnych i sojuszniczych.

Nie patrzmy na daty pochodzenia obu dokumentów i ówczesny kontekst polityczny. Wystarczy zamienić Odrę na Wisłę i kontynuować dyskusję. Aby dać szansę marynarce wojennej w takim kontekście należałoby zmienić odrobinę słownictwo. Zamiast mówić o obronie wybrzeża rozmawiajmy o morzu jako polu manewru dla armii. Akcent przesuwa się na manewr a mobilność to główna zaleta sił morskich. Wówczas „obrona wybrzeża” zamienia się na zwalczanie przeciwnika w rejonie bazowania, desantu i w trakcie przejścia morzem. Na kształt floty mają duży wpływ technologia i obszar działania. Ten ostatni w przypadku uszanowania neutralności Szwecji to pas o szerokości około 30 – 40nm. Dla współczesnych środków rażenia taki dystans nie stanowi wyzwania a precyzja rażenia jest duża. Rośnie znaczenie rozpoznania i dynamika działań a czas na reakcję się kurczy.

Rozważając warianty użycia militarnego floty na wypadek wojny trzeba się zmierzyć z trudnym pytaniem czy w naszych kalkulacjach bierzemy pod uwagę możliwości czy intencje potencjalnego przeciwnika. Mając za sąsiada największą chyba potęgę nuklearną świata a więc państwo o nieograniczonych możliwościach eskalacji konfliktu nie pozostaje nic innego jak skupić się na jego intencjach pozostawiając problem eskalacji sojuszowi i jego zdolności odstraszania. O intencjach Federacji Rosyjskiej mówi co nieco doktryna morska do 2020 roku, która swój rozdział o działaniach wojenno-morskich zaczyna definicją:

Pod pojęciem działań wojenno-morskich rozumie się celową działalność państwa z użyciem siły militarnej dla tworzenia i utrzymywania sprzyjających warunków na światowym oceanie dla stałego rozwoju i realizacji narodowych priorytetów bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej.

W tej definicji pobrzmiewa niepokojąca nutka użycia siły dla jednostronnej ekspansji Federacji Rosyjskiej. Kluczem do interpretacji intencji jest więc zrozumienie priorytetów, które należy stale monitorować i brać pod uwagę. Ponadto trzeba być świadomym, że Rosja nazywa rozbudowę potencjału oraz obecności NATO w regionie Bałtyku „niewłaściwą”. Priorytety doktryny morskiej Rosji skupiają się na problemach gospodarczych i zabezpieczeniu linii zaopatrzeniowych do Obwodu Kaliningradzkiego wraz ze znajdującymi się tam bazami sił zbrojnych Federacji. Tak więc nie widać bezpośredniego i natychmiastowego zagrożenia wojną ale istnieje demonstrowana przez Rosję gotowość do wyrażania swojego niezadowolenia z „niewłaściwego” postępowania NATO w regionie i niebezpieczeństwo eskalacji.

Tych kilka powyższych spostrzeżeń uzmysławia, że nie mamy jednego i wiodącego argumentu prowadzącego wszelkie dyskusje do jednego rozwiązania. Wręcz przeciwnie, koncepcje są rozbieżne w zależności od wybranego rodzaju argumentu. Dzisiaj najsłabszym argumentem wydaje się być argument gospodarczy, a szkoda bo byłaby to naturalna siła napędowa floty. Argumenty polityczne muszą wyjść od instytucji państwowych a więc marynarka nie może snuć planów nie zawieszonych w próżni bez wcześniejszego wyrażenia zapotrzebowania na jej „usługi”. Z kolei argumenty militarne są natychmiast zdominowane przez wizje wojny lądowo-powietrznej i albo armia powie jak widzi rolę marynarki w swoich planach co doprowadzi armię do konfliktu interesów na tle budżetowym, albo marynarka zacznie myśleć pozytywniej o armii i co może dla niej zrobić chociaż grozi to flocie marginalizacją. Gdzieś pomiędzy jednym a drugim krańcem mamy zapobieganie kryzysom i przeciwstawianie się perswazji co na szczęście wymaga środków użytecznych w obu podstawowych koncepcjach floty.
Zwykle budując coś zaczynamy od rzeczy najważniejszych przechodząc później do pomniejszych. Przypadek naszej marynarki wojennej pokazuje, że być może warto tę kolej rzeczy odwrócić, bo cóż czynić, jeśli na rzeczy najważniejsze w pojęciu marynarzy trzeba czekać w nieskończoność? Dajmy więc szansę rzeczom małym, wierząc, że zmienią postrzeganie rzeczy i otworzą nowe horyzonty.

Nov 162016
 

Tytuł przypadkowo napotkanego w sieci artykułu Canada’s Naval Strategy: The Strategy of a Client State trudno przetłumaczyć, ale pobrzmiewają w nim nutki wzbudzające w czytelniku z Polski pewien rezonans. Możemy być zdumieni, że mając program budowy sześciu arktycznych OPV i piętnastu fregat mowa w nim o chybotliwych fundamentach kanadyjskiej marynarki wojennej. A jednak! Aby zrozumieć problem Kanadyjczyków trzeba sięgnąć do momentu założenia floty w 1910 roku, gdy Kanada była częścią imperium brytyjskiego a sąsiad w postaci Stanów Zjednoczonych uważany był za zagrożenie:

W chwili ustanowienia Royal Canadian Navy w 1910 roku Frederick Monk, członek parlamentu z ramienia Partii Konserwatywnej potępił ideę „floty, która ma być kanadyjska gdy trzeba za nią płacić tylko po to by była imperialna gdy zajdzie potrzeba jej użycia”

Od samego początku dla polityków flota była zbyt droga w porównaniu do korzyści, które oferowała. Jako element niezależnej polityki Kanady nie była w stanie samodzielnie zapewnić oczekiwanych korzyści politycznych a jako element floty brytyjskiej czy później sojuszniczej nie skutkowała wpływami na decyzje sojuszników w stopniu proporcjonalnym do wkładu. Autor artykułu cytuje Premiera Trudeau, który sformułował ten dylemat w sposób zaiste godny zręcznego polityka i mówcy stwierdzając:

Czy polityka obronna miała bardziej wywrzeć wrażenie na przyjaciołach niż przestraszyć naszych wrogów?

Trudeau, który piastował stanowisko premiera przez piętnaście lat był zwolennikiem polityki odprężenia w czasach zimnej wojny i widząc taki marny efekt inwestycji w kosztowną flotę sięgnął po inne, polityczne środki. Jakim cudem więc pod rządami takiego polityka zdecydowano się na budowę czterech niszczycieli Iroquois i dwunastu fregat Halifax? Ponownie trzeba sięgnąć do kontekstu tamtych czasów. Pytanie brzmiało, czy agresywne działania przeciw rosyjskim okrętów podwodnym, nosicielom rakiet balistycznych zniechęci Rosjan do użycia broni jądrowej, czy wręcz przeciwnie sprowokuje ich do tego. Wygrała opcja, że tego typu operacje wspomogą raczej niż przeszkodzą w rozmowach na temat kontroli zbrojeń. To mieściło się jak najbardziej w wizji politycznej partii rządzącego premiera. Potwierdza to pośrednio inny autor – Marc Milner w artykule Reflections on Canada, the State, the Nation and the Navy:

Byłoby wspaniale móc powiedzieć, że odrodzenie marynarki, które zaowocowało programem fregat w latach 90-tych było efektem narastającej fali patriotycznych uczuć albo wynikiem rosnącej presji członków Parlamentu na utrzymanie nowoczesnej i wszechstronnej floty. Niestety nic na to nie wskazuje. Większość Kanadyjczyków – zarówno wówczas jak i dziś – nigdy nie widziało swojej floty. Powody budowy fregat były całkowicie związane z polityką wewnętrzną, przemysłową i zagraniczną.

Czy fregaty Halifax doczekają się godnych następców? Foto www.navy-marine.forces.gc.ca

Czy fregaty Halifax doczekają się godnych następców? Foto www.navy-marine.forces.gc.ca

Co więc dzisiaj jest istotne dla polityków kanadyjskich w odniesieniu do marynarki wojennej? Wydaje się, że tak jak i przed dziesiątkami lat istnieje potrzeba patrolowania olbrzymich przestrzeni wód okalających Kanadę ze szczególnym współcześnie naciskiem na wody arktyczne. Do tego celu istnieje spora flota lodołamaczy Straży Przybrzeżnej wspieranych przez 12 uniwersalnych okrętów typu Kingston marynarki. Te niewielkie jednostki o wyporności poniżej 1.000 ton mogą wykonywać wiele zadań od patrolowania aż do walki z minami, chociaż nie są dedykowanymi niszczycielami min. Program budowy sześciu arktycznych okrętów patrolowych dla marynarki jest zwieńczeniem tej polityki i istotnym dla niej wsparciem.

Arktyczne OPV mają poparcie i są dobrym początkiem dla odzyskania kompetencji przez krajowy przemysł stoczniowy. Foto www.navy-marine.forces.gc.ca

Arktyczne OPV mają poparcie i są dobrym początkiem dla odzyskania kompetencji przez krajowy przemysł stoczniowy. Foto www.navy-marine.forces.gc.ca

Co jednak z fregatami? Peter Haydon zauważył, że flota jest właściwie na łasce lub niełasce widzimisię polityków, którzy nigdy nie dostrzegli istotnej roli dla niej w całokształcie polityki państwa. Na potwierdzenie inny cytat z Marca Milnera, wypisz wymaluj kopia naszych obecnych debat:

Jeśli ktoś się kiedykolwiek zastanawiał jak odległe dla większości Kanadyjczyków jest morze, wystarczy spojrzeć na niekończące się debaty w parlamencie na temat samolotów SAR, potrzeby śmigłowców dalekiego zasięgu zdolnych do działania w każdych warunkach pogodowych i rozmieszczenia stacji ratowniczych wzdłuż wybrzeża (czy też na północy).

Tak więc fregaty wypełniające pracowicie szereg zadań na całym świecie, są w zasadzie odstępstwem od reguły, żeby nie powiedzieć wybrykiem natury niż wynikiem przemyślanej polityki. Na ich korzyść działa istniejące poparcie dla uczestnictwa w sojuszach jak NATO czy dla operacji humanitarnych lub pokojowych wraz z przeświadczeniem, że flota może być subtelnym instrumentem działającym w sposób pośredni stabilizująco na bezpieczeństwo państwa. Czy jednak wystarczy to dla utrzymania sporej floty czterech niszczycieli i dwunastu fregat lub ich piętnastu zamienników? Pomimo deklaracji rządu (tak jak i deklaracji poprzednich rządów) nie jest to takie jasne. Na razie rozpoczęto budowę arktycznych OPV mających wsparcie i dość powszechnie akceptowane uzasadnienie oraz modernizuje się fregaty Halifax. Wysłużone niszczyciele poszły w odstawkę wraz z okrętami zaopatrzeniowymi. Te ostatnie będą miały zamienników zbudowanych według niemieckiego projektu Berlin i cały program wydaje się być dość zaawansowany. Będzie miał też uzasadnienie w postaci wsparcia dla zmodernizowanych fregat, choć są głosy, że nie jest niemożliwe wysłanie fregat na misje bez własnych okrętów wsparcia ale polegając na zasobach sojuszników.
Nie można więc wykluczyć, że część deklaracji pozostanie na papierze i z 16 jednostek pozostanie w służbie na jakiś czas 12 zmodernizowanych fregat. Te z kolei być może zostaną zastąpione nie piętnastoma ale powiedzmy, sześcioma nowymi jednostkami co pozwoli na symboliczny udział w NATO i/lub równoległych operacjach pojedynczych jednostek na dwóch oceanach. Przyszłość okrętów podwodnych może się okazać równie jak nie bardziej mglista biorąc pod uwagę niekończące się problemy i lawinę kosztów z nimi związanych.

Powyższe rozmyślania mogą wydawać się jednostronne bo opierają się na głosach polityków i historyków ale nie reprezentują głosu samej Royal Canadian Navy. Jest to świadomy wybór gdyż wszelkie argumenty rodem z teorii wojny morskiej czy dyplomacji najwyraźniej nie trafiają. Podobnie jak u nas. Ciekawe jest to, że rząd Kanady w celu opracowania nowej doktryny zwraca się bezpośrednio do szerokiego kręgu odbiorców poprzez dokument Defence Policy Review Public Consultation Paper zawierający kilka kluczowych pytań. Obok na stronie mamy do dyspozycji Consultation Tool Kit dla wszystkich gotowych przeczytać opinie ekspertów.

Co możemy wyciągnąć dla siebie z krótkiego opisu chwiejnych podstaw Royal Canadian Navy? Programy mające uzasadnienie w powszechnie akceptowanych poglądach są realizowane. Potrzeba monitorowania obszarów arktycznych zaczyna docierać do szerokiego ogółu. Podobnie pomoc humanitarna. Symboliczna obecność w sojuszach ma również poparcie ale tu już zaczyna padać pytanie o relacje koszt-efekt. Czy potrafimy określić środki ciężkości albo kluczowe interesy nasze i Federacji Rosyjskiej na Bałtyku czy szerzej na morzach, tak jak to czyni Kanada? Spróbujmy, nawet jeśli miałoby to być mocno niezdarne, niech wywoła dyskusję.

Dla Rosji politycznym celem w obszarze Bałtyku jest neutralizacja wpływów NATO i odsunięcie sojuszu możliwie daleko od własnych granic. Ekonomicznym środkiem ciężkości jest eksport paliw drogą morską i rurociągiem Nord Stream oraz przemysł stoczniowy skoncentrowany wokół St. Petersburga. Militarnym centrum jest zaś Obwód Kaliningradzki i jego ewentualna obrona.

Gdy przychodzi do nas samych w głowie pojawia się pewnie pustka (za wyjątkiem osób związanych z morzem lub wybrzeżem). Jako cel polityczny wybierzmy hasło o nieco propagandowym posmaku – Bałtyk miejscem pokojowej współpracy. Zamieniając hasło na ekonomiczne realia możemy mówić o:

  • transporcie i szerzej o kanałach logistycznych wschód-zachód oraz północ-południe,
  • rozwoju handlu poprzez porty morskie,
  • infrastrukturze na wybrzeżu, powierzchni morza i jego dnie jak platformy wiertnicze, farmy wiatrowe, gazociągi i kable komunikacyjne,
  • ochronie ekologicznej basenu.

Cele militarne czy paramilitarne wynikają z powyższych a więc:

  • ochrona powyższej infrastruktury,
  • zapewnienie bezpieczeństwa na morzu zarówno od zagrożeń naturalnych jak i intencjonalnych,
  • zapobieganie użyciu siły i dyplomacji siłowej w regionie.

W takim obrazie nie ma wiele miejsca na okręty bojowe o rozbudowanych zdolnościach. Potrzeba być może bardziej rozbudowanej Straży Granicznej, której nazwa nieszczęśliwie sama sugeruje ograniczenie obszaru działania, pomimo że ustawa pozwala na znacznie więcej. Ostatni punkt wymaga okrętów nawodnych i korweta może być rozwiązaniem wystarczającym do tego celu. Dla zobrazowania weźmy toczącą się w Stanach Zjednoczonych dyskusję Presence czy Posture, czyli gdzie leży kompromis pomiędzy obecnością a zdolnościami bojowymi. Na przykład OPV reprezentuje „obecność” bez „zdolności” a kuter rakietowy na odwrót – „zdolności” bez „obecności”. Skrajnym przypadkiem braku „obecności” jest Nadbrzeżny Dywizjon Rakietowy niezdolny do wysyłania przeciwnikowi sygnałów ostrzegawczych. Jest to broń zero-jedynkowa. Kompromisem jest właśnie korweta, czyli takie pół na pół pod warunkiem rozsądnej specyfikacji i akceptowalnych kosztów.

Potrzeba okrętów wojennych z prawdziwego zdarzenia pojawia się w dwóch przypadkach. Pierwszy to zamiana regionu Morza Bałtyckiego z obszaru współpracy w obszar konfrontacji militarnej, co najprawdopodobniej zaktywuje sojusze wojskowe. Drugi to wola i ambicja państwa do odgrywania roli międzynarodowej niezależnie od sojuszy lub w ich ramach. Zwłaszcza ten ostatni punkt generuje potrzebę okrętów większych od korwety jednocześnie z towarzyszącym pytaniem ile państwo jest gotowe wydać pieniędzy na odgrywanie takiej roli?

Kiedyś na tym blogu padło hasło Polacy nie gęsi i swój koncept mają. Zbyt dużo rozmawiamy o środkach a zbyt mało o celach i drogach do ich osiągnięcia. Zrozumiałe w sytuacji braku strategii wiążącej te elementy ale jak mówią praktycy wojny, błędy na poziomie taktycznym można skorygować lecz na poziomie strategicznym już nie.

Nov 022016
 

W każdym momencie naszym celem powinno być zapobieganie kryzysom i konfliktom. Polityka bezpieczeństwa musi być dalekowzroczna i realna. Jednocześnie musimy być zdolni do szybkiej reakcji na gwałtowne konflikty, do udzielenia pomocy i do odegrania naszej części roli w rozwiązywaniu konfliktów. Do osiągnięcia tego celu konieczne jest połączenie działań instytucji militarnych i cywilnych. Musimy jednak być uczciwi i realistyczni w naszym spojrzeniu na świat: nie będziemy zdolni do zaradzenia wszystkim zagrożeniom w rejonach kryzysu samodzielnie. To oznacza, że nasi partnerzy w innych regionach muszą wykonać swoją część obowiązków.

Angela Merkel

Powyższy cytat ze wstępu do niedawno opublikowanej Białej Księgi Niemiec formułuje kluczowe elementy polityki bezpieczeństwa Niemiec zawarte w pytaniach o rolę Niemiec w świecie i wartości oraz interesy państwa, które warto bronić. Niemcy obok obrony integralności swojego terytorium i sojuszników (!) równie silnie akcentują swoją odpowiedzialność międzynarodową. To kwestia wyboru wartości jak demokracja i prawo. My jesteśmy w trudniejszej sytuacji bo zarówno rola Polski w świecie jak i podstawowe wartości są obecnie przedmiotem gorących dyskusji i coraz bardziej dramatycznych podziałów. Jakkolwiek wydaje się to odległe od pytania jakie okręty wojenne są potrzebne, ma to wbrew pozorom silny wpływ na kształt marynarki wojennej. Globalizacja i internet spowodowały, że nie ma możliwości bycia samotną i odizolowaną wyspą szczęśliwości w tym świecie. Ostatnim bastionem być może jest Korea Północna, przykład mało popularny do naśladowania. Złożone związki pomiędzy aktorami świata nauki, kultury, gospodarki i polityki w wymiarze globalnym są coraz trudniejsze do ogarnięcia i kontrolowania a więc powodują sytuacje coraz bardziej nieprzewidywalne. Sytuacje kryzysowe w takim świecie mają często zaskakujące i daleko sięgające konsekwencje nie mające nic wspólnego z administracyjnymi granicami państwa.

Niemcy zdają sobie sprawę, że międzynarodowe zaangażowanie ma swoje granice i zostawiają sobie prawo decydowania o stopniu i obszarze udziału tak, aby dostępne zasoby nie zostały wyczerpane. W Europie dostrzegają zagrożenie wynikające z coraz bardziej agresywnej polityki Rosji, stąd rosnące zainteresowanie Bałtykiem. W odróżnieniu od naszej, przynajmniej oficjalnej retoryki nasi sąsiedzi próbują znaleźć rozwiązanie dla sytuacji opisanej przez stare powiedzenie „złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma”. Dokument wprost stwierdza, że bez fundamentalnej zmiany polityki Rosja będzie zagrożeniem, ale jednocześnie Rosja jest wielorako powiązana z Europą. Niemcy szukają więc złotego środka. Nord Stream jest niewątpliwie takim punktem, gdzie nasze opinie rozbiegają się z niemieckimi, ale z drugiej strony nie chcemy zauważyć szerszego kontekstu naszych sąsiadów. Niemcy zdecydowały o rezygnacji z energii nuklearnej i są wciąż zdecydowane na rozwiązania proekologiczne. Mają już chyba największy w Europie udział energii wiatrowej i słonecznej i jedyną alternatywą dla atomu jest w tej chwili gaz. Nie mamy się więc co obrażać, że handlują z Rosją, tak jak i my oczekujemy wyrozumiałości dla naszego węgla.

Wśród zagrożeń wymienionych z nazwy terroryzm nas jak na razie omija, zagrożenia cybernetyczne ignorujemy, rozprzestrzenianie się broni masowego rażenia jest zbyt abstrakcyjne podobnie jak zmiany klimatyczne a imigracje nielegalną próbujemy rozwiązać poprzez negację problemu. Pozostały dwa zagrożenia znajdujące u nas zrozumienie to:

  • Konflikty międzypaństwowe. Obok zinstytucjonalizowanego nacjonalizmu głównym zagrożeniem według Białej Księgi są próby podminowania państwa z użyciem środków poniżej progu otwartej wojny. Mowa jest o starej taktyce salami:

(…) podejście łączy różne cywilne i militarne środki nacisku w sposób nie ujawniający swoich agresywnych i ofensywnych intencji aż do momentu gdy wszystkie elementy układanki zostaną złożone.

  • Zagrożenia dla systemów łączności i informacji, linii zaopatrzenia, transportu i szlaków handlowych jak również bezpieczeństwo energetyczne i surowcowe. Kwestia jest widziana w szerokim aspekcie we wszystkich wymiarach przestrzeni rzeczywistej i wirtualnej. Ponownie widać konieczność współpracy międzynarodowej i wspierania porządku prawnego:

Niemcy muszą więc czynić wysiłki w kierunku zapewnienia niezagrożonego dostępu do lądowych, lotniczych i morskich linii komunikacyjnych wraz z przestrzenią informatyczną i cybernetyczną. Nieustający przegląd i usprawnienia porozumień i instytucji gwarantujących prawny porządek międzynarodowy pozostanie ważnym zadaniem.

Aby ten ogólny dokument zamienić na realia Deutsche Marine, pomocą służy artykuł opublikowany na blogu CIMSEC. Sebastian Bruns w tekście The Baltic Sea and Current German Naval Strategy pisze o wyzwaniu jakie dla Niemiec stanowi wzrost aktywności Rosjan na Bałtyku i wymaganym zwrocie w strategii, sprzęcie i sposobie myślenia o tym obszarze. Opinie autora są o tyle interesujące, że brał on udział w formułowaniu dokumentu bardziej operacyjnego niż Biała Księga.
Pierwszy etap rozwoju powojennej Bundesmarine autor określa jako „obrona terytorium i uczestnictwo w siłach sojuszu ze ścisłym ograniczeniem na obszar i charakter działań”, a więc coś o czym toczy się dyskusja dzisiaj w Polsce. Druga faza po zakończeniu zimnej wojny to etap „ekspedycyjny”. Teraz przychodzi czas na trzecią fazę uwzględniającą dynamiczną sytuację powstałą w wyniku aneksji Krymu i konfliktu wewnątrz Ukrainy. W rekomendacjach zawarty jest między innymi postulat wyjścia poza Standing NATO Maritime Group (SNMG) we współpracy z sojusznikami oraz ponowne przemyślenie obszarów działania sił morskich na wzór lat 80-tych:

  • linie zaopatrzenia na Morzu Śródziemnym,
  • wschodni basem Morza Śródziemnego,
  • linie zaopatrzenia przez Atlantyk,
  • „płytkie morza” (w tym Bałtyk),
  • Morze Norweskie.

Kilka miesięcy po publikacji tego dokumentu mamy ogłoszenie decyzji ministerstwa obrony Niemiec o zakupie pięciu dodatkowych korwet K-130, czyli znanego nam typu MEKO A-100. Czy jest to tylko środek zapobiegawczy przeciwko malejącej liczbie okrętów w linii i etap pośredni przed realizacją projektu 180 czy raczej pierwsze znaki realizacji trzeciej fazy według nowej strategii? Więcej światła na kwestię rzuca krótki tekst opublikowany rok temu przez The Royal Institute of Naval Architects.

Bardziej rozwinięcie F-125 niż korweta. Czy przeżyje i co zastąpi? Foto www.GlobalSecurity.org

Bardziej rozwinięcie F-125 niż korweta. Czy przeżyje i co zastąpi? Foto www.GlobalSecurity.org

Analizując tekst widoczna jest zmiana akcentu w porównaniu z ostatnią i wciąż obowiązująca wersją długofalowego planu rozwoju Deutsche Marine, a mianowicie w miejsce MKS-180 wchodzą dodatkowe korwety. Przyczyna tkwi chyba w wypowiedzi admirała Manhardta cytowanej przez RINA o strategii „intensywnego użytkowania, modularyzacji i wymiennych załóg”. Jest to odpowiedź na nieustannie malejącą liczbę jednostek w służbie w połączeniu z problemami retencji załóg. My jesteśmy jeszcze w całkiem odmiennej sytuacji – mamy marynarzy nie mamy okrętów. Realia Deutsche Marine czy Royal Navy są pod tym względem całkiem inne. Tak więc zakup dodatkowych korwet ma kilka korzyści:

  • zmniejsza liczbę wymaganego personelu, bo K-130 mają wysoki poziom automatyzacji i jako mniejsze okręty mają mniejsze załogi,
  • oferują elastyczność w działaniu wymiennie z fregatami przy mniejszych kosztach eksploatacji, co demonstruje uczestnictwo korwety w SNMG,
  • pozwala na współpracę z sojusznikami/partnerami poza formułą SNMG,
  • zwiększa udział sił do działań na „płytkich morzach”,
  •  koszt inwestycji jest co najmniej dwukrotnie niższy niż planowany koszt MKS-180,
Korweta poddana dyscyplinie budżetowej to całkiem praktyczny nabytek. Foto www.naval-technology.com

Korweta poddana dyscyplinie budżetowej to całkiem praktyczny nabytek. Foto www.naval-technology.com

Po wycofaniu fregat 122 i kutrów rakietowych główne siły nawodne Deutsche Marine będą więc liczyły 11 fregat i 10 korwet. Ciekawe jest spojrzenie na ich możliwości. Tylko trzy fregaty są specjalizowane do obrony powietrznej i mają radar zdolny do naprowadzania wielu rakiet jednocześnie. Cztery fregaty są przeznaczone do walki z okrętami podwodnymi a kolejne cztery mają za zadanie misje stabilizacyjne. Wszystkie okręty opierają swoją samoobronę na rakietach RAM. Dodatkowo fregaty ASW mają do dyspozycji 16 wyrzutni SeaSparrow, ale kierowane za pomocą radaru STIR, co jest już rozwiązaniem przestarzałym. Korwety nie posiadają środków do zwalczania okrętów podwodnych i są specjalizowane do zwalczania celów na powierzchni morza lub na lądzie. Flotę dopełnia sześć nowoczesnych okrętów podwodnych z napędem AIP oraz flotylla docelowo 10 okrętów przeciwminowych. Na razie nie mamy ogłoszenia oficjalnego odnośnie planowanych dwóch okrętów wsparcia (JSS).

Mamy więc do czynienia z szeregiem współgrających ze sobą powodów do takiej a nie innej decyzji. Jest to połączenie ekonomii z polityką przy jednoczesnej optymalizacji zdolności bojowych floty. Korwety K-130 reprezentują bowiem być może mniejszy potencjał niż przewidywany dla MKS-180 ale z pewnością większy od kutrów 143.

Czy taka flota spełni oczekiwania nakreślone bardzo ogólnie w Białej Księdze? W dużej mierze tak, chociaż diabeł tkwi w szczegółach. Jedenaście fregat wystarczy do prowadzenia dwóch operacji międzynarodowych jednocześnie i na udział w SNMG. Korwety oferują elastyczność w operowaniu na wodach przybrzeżnych od wschodniej części Morza Śródziemnego poprzez Bałtyk i Morze Północne aż po fiordy Norwegii. Dziesięć korwet to w razie konieczności znacząca siła na Bałtyku, którą zawsze mogą wesprzeć fregaty. Co do floty u-boot-ów to czytelnikowi zostawiam do rozważań cytat znaleziony w raporcie CSIS Undersea Warfare in Northern Europe:

Pomimo tego, że w sposób oczywisty sprawdzałyby się (U212) na Bałtyku, nie jest jasne do jakiego stopnia flota podwodna Niemiec operuje na tych wodach.

Czy z lektury Białej księgi Niemiec wypływają jakieś szczególne wnioski dla nas? Szczegóły, które mogą różnić Polskę od Niemiec to podejście do kwestii osłony linii żeglugowych i geografia. Z punktu widzenia Niemiec obrona terytorium odbywać się będzie na dość wąskim odcinku z pozycji środkowych. Polska miałaby długie wybrzeże będące flanką wszelkich operacji na lądzie czy na morzu. Niemniej możemy te teoretyczne rozważania pominąć bo i tak zarówno poprzedni rząd jak i obecny akceptuje korwety. Najrozsądniejszym i całkiem praktycznym wnioskiem jest połączenie wysiłków i zaproponowanie Niemcom zwiększenie serii o 2 jednostki zamówione w TKMS (plus Ślązak daje trzy) i budowę całej serii w polskich stoczniach pod nadzorem TKMS. Różnice w konfiguracji mogą być zmniejszone do minimum – C2, pojedynczy SeaRAM zamiast dwóch RAM pozostawiający pole manewru na przyszłość czy sonar. Przy tej okazji stara fregata mogłaby jeszcze skorzystać i zamienić stary Phalanx na bardziej użyteczny SeaRAM.

Takie rozwiązanie byłoby wykorzystaniem nadarzającej się okazji, która szybko może zniknąć, Walczy się tym co się ma a nie tym co jest w planach budżetowych na następne dziesięciolecia.

Oct 212016
 

Rzeczywistość wokół nas staje się coraz bardziej nieprzewidywalna i chwilami wręcz karykaturalna. Odskocznią niech będzie powrót do teorii. Sir Julian Corbett wspominał, że na pozór nie ma nic bardziej bezproduktywnego niż studiowanie teorii wojny na morzu ale później dał nam nadzieję, nadając temu sens samokształcenia i zrozumienia wydarzeń w szerszym kontekście.
Raoul Castex i jego pięciotomowe dzieło Theories Strategiques niełatwo znaleźć. Sam autor pozostaje w cieniu wielkich teoretyków, chociaż dla nas powinien być interesujący, gdyż jako Francuz reprezentuje problemy potęgi kontynentalnej a nie morskiej. Co nie znaczy, że Francja nie posiadała znaczącej floty na przestrzeni wieków. Swoją pracę pisał w latach 30-tych i miał okazję przeanalizować praktyczne użycie torped i okrętów podwodnych czyli coś, co Corbett dopiero intuicyjnie przewidywał pisząc jaką rolę będzie odgrywała w przyszłości flotilla. Jest też smakołyk dla nas w postaci osobnego rozdziału na temat działań na Bałtyku w czasie I wojny światowej.
Na nasze szczęście w internecie jest dostępne tłumaczenie części jego pracy wydane przez Naval War College w 1939 roku! Miło popatrzeć na fotokopię tych starych stron napisanych na maszynie. Admirał Raoul Castex w swojej teorii mocno rozwinął wątek manewru:

Manewr to znaczyć ruch wykonywany w sposób inteligenty w celu stworzenia korzystnej sytuacji.

Samo pojęcie Castex rozumie dość szeroko i obejmuje nie tylko działania wojenne na morzu ale wszelkie operacje sił połączonych, naciski ekonomiczne, propagandę czy podminowanie morale przeciwnika. Wszystko, co pozwoli uzyskać korzystniejsze dla nas warunki.

Manewr nie istnieje sam dla siebie lecz wspiera strategie unicestwienia (anihilation) lub wyniszczenia (attrition). W przeciwieństwie do Corbetta, który w swojej koncepcji fleet-in-being wskazywał na możliwość osiągnięcia celu bez walki Castex stwierdza prosto, że nie ma manewru nie zakończonego bitwą, nawet jeśli odwleczoną w czasie. A propos bezużyteczności studiowania teorii w tym miejscu przychodzi refleksja. Jeśli rzeczywiście jesteśmy stroną słabszą, to trudno mówić o unicestwieniu przeciwnika, a z drugiej strony działania na wyniszczenie wymagają większej ilości zasobów czy to w postaci oddziałów wojska, okrętów czy samolotów. Ma to istotne konsekwencje dla struktury floty przy ograniczonym i zadanym poziomie budżetu (pomijamy szczególny przypadek zerowego budżetu, co czasami przychodzi na myśl rozglądając się wokoło). Jeślibyśmy z kolei chcieli mieć potężnego protektora pozwalającego na posiadanie przewagi i unicestwienia sił przeciwnika, to musimy sobie zadać pytanie czego on od nas oczekuje w zamian. Miasta-państwa starożytnej Grecji zwracały się o taką protekcję do Sparty lub Aten i ją otrzymywały w zamian za udostępnianie swojego wojska i floty na wojny prowadzone przez protektorów. Jaką naszą flotą są zainteresowani sojusznicy? Uzupełnieniem ich własnej „battle force” czy raczej „enabler force” czyli floty pozwalającej siłom głównym działać na wodach przybrzeżnych. Przykładem mogą być niszczyciele min lub tak krytykowany (chyba niesłusznie) Littoral Combat Ship.

Anihilacja floty rosyjskiej wymagała "battle force". Tsushima 1905.

Anihilacja floty rosyjskiej wymagała “battle force”. Tsushima 1905.

Następne zdanie może brzmieć dziwnie dla strony przyznającej się do bycia słabszą:

Jest obojętne czy celem głównym będzie punkt najsilniejszy przeciwnika czy najsłabszy, istotne jest aby był to punkt, którego upadek daje największy rezultat.

Castex przywiązuje dużą wagę do koncentracji sił, które dzięki współczesnej technologii nie muszą być skupione geograficznie ale ich efekt ma być zmasowany geograficznie. Używa także popularnego współcześnie pojęcie środka ciężkości przeciwnika. Koncentracja własnych sił naprzeciw środka ciężkości przeciwnika, który nie musi być wcale punktem najsłabszym daje w rezultacie nierównomierne rozłożenie sił po obu stronach. Uzyskujemy więc efekt asymetrii, o której tak wiele się dzisiaj mówi i dyskutuje zamiast po prostu poczytać klasyków. Jak widać wciąż ocieramy się o stare koncepcje tyle, że ubrane w nowe szaty.

Częścią teorii manewru jest rozróżnienie na kierunek działań podstawowy i pomocniczy. Na podstawowym teatrze kluczem jest atak. Siły działające na drugorzędnych czy też pomocniczych teatrach odgrywają ważną rolę zabezpieczenia sił głównych:

Najważniejszy jest koncept zabezpieczenia sił wyznaczonych do osiągnięcia głównego celu. Jest to serce idei manewru ściśle związane ze swobodą działania. Aby ją zapewnić jest niezbędne utrzymywanie sprzyjających warunków uzyskanych wcześniej przez pewien czas; że nie będą zakłócane przez siły nieprzyjaciela okupujące obszary drugorzędne i będą utrzymywane z dala od decydujących zmagań na podstawowym teatrze działań przynajmniej na czas prowadzenia tych działań. Stąd wymóg wiązania tych sił w miejscu, w którym są. To zadanie przypada naszym siłom wydzielonym do pomocniczego kierunku działania, które będą słabsze od przeciwnika w wyniku stosowania zasady ekonomii sił posiadanych.

Nasze (drugorzędne) siły wykonają dywersję, której wartość możemy zmierzyć liczbą zaangażowanych okrętów nieprzyjaciela. Nasze siły będą blefować do maksimum możliwości.

Przy czym dywersja jest rozumiana całkiem precyzyjnie:

Najistotniejszym celem dywersji jako podstawowego środka zabezpieczenia sił jest utrzymywanie rozproszenia sił przeciwnika, jeśli do tej pory nie istniało.

Tu jest miejsce na kolejną refleksję, bo umieszczając powyższe cytaty w naszym kontekście geostrategicznym, teatrem podstawowym są działania na lądzie a operacje na morzu są kierunkiem drugorzędnym z zadaniem dywersji, czyli wiązania maksymalnych sił przeciwnika i odciąganiu ich od podstawowego celu na priorytetowym kierunku. W jaki sposób to czynić trudno ustalić bez dialogu z wojskami lądowymi i lotnictwem i bez odpowiedzi z ich strony na pytanie jak sobie armia wyobraża wsparcie ze strony marynarki wojennej. Nie kłóci się to w żaden sposób z teorią Juliana Corbetta twierdzącego, że podstawowym przedmiotem działań na morzu jest prawo przejścia morzem. W tym wypadku bardziej chodzi o transporty wojska, uzbrojenia i zapasów niż handel lecz zasada pozostaje w mocy. Guerre de course również może być znaczącą dywersją na szczeblu strategicznym o ile ma zastosowanie w naszym przypadku, co jest dyskusyjne. Cały ten wątek otwiera pole do rozważań o operacjach desantowych na drugorzędnym teatrze działań. Taki desant jest w stanie związać znaczne siły przeciwnika, gdyż wróg musi zdecydować gdzie nastąpi desant jeśli wybierze obronę na plaży lub zgromadzić spore rezerwy w głębi lądu jeśli myśli o obronie manewrowej w głębi lądu. Związane będą również siły morskie próbujące przeszkodzić w przejściu desantu morzem. Podobny manewr może wykonać przeciwnik, tak więc celem negatywnym jest przeciwdziałanie tym zamiarom, oczywiście z użyciem manewru.

Trudno pominąć rozdział dedykowany działaniom na Bałtyku w czasie I wojny światowej, z którego każdy może zaczerpnąć fragment wywołujący rezonans z własnymi koncepcjami. Pierwszy fragment jest pochwałą niedocenianej roli marynarki wojennej we wsparciu działań na lądzie:

Działając w ramach sił połączonych (Niemcy) były w stanie zaoferować cenne i korzystne wsparcie z morza dla dowolnej armii na froncie wschodnim opierającej się o flankę nadmorską.

Drugi cytat to słowo o brytyjskich okrętach podwodnych działających na Bałtyku.

Ich działania niezależnie od tego jak energicznie prowadzone i jakie poruszenie wywołujące, nie były w stanie wydrzeć Niemcom z rąk ich panowania na Bałtyku. Na tych wodach brytyjskim okrętom podwodnym brakowało niezbędnego wsparcia sił nawodnych.

hms_e9_submarine

Okręty podwodne. Aktywne, ale nie mające decydującego znaczenia. Ciekawa teza.

Mocno to się kłóci z głoszonymi tu i ówdzie poglądami o nieużyteczności sił nawodnych na Bałtyku z powodu ich wrażliwości na atak z powietrza. To tak, jakby powiedzieć żołnierzom na linii frontu, że nie mają prawa bytu bo są w zasięgu artylerii przeciwnika.

Ciekawe są również spostrzeżenia Raoula Castexa na temat skuteczności i znaczenia nowych wówczas technologii jak okrętów podwodnych, lotnictwa czy łączności radiowej. O ile lotnictwo dopiero dorastało to okręty podwodne w czasie I wojny światowej zaczęły osiągać wiek dojrzały. Rolę okrętów podwodnych widzi najwyraźniej jako element manewru:

Użycie okrętów podwodnych będzie ewidentnie ułatwione dzięki istnieniu wszelkich pułapek obliczonych na wciągnięcie w nie wroga i wymuszenie na nim znanych dróg podejścia i odwrotu. Taki stan zachodzi gdy manewr jest zastosowany do zagrożenia punktu na wybrzeżu przeciwnika lub dla osłony własnego konwoju.

Castex nie dostrzega jednak wielkiej roli okrętów podwodnych w zabezpieczeniu głównego teatru działań. W odniesieniu do użycia okrętów podwodnych przez przeciwnika wyraża dość duży sceptycyzm przyznając, że ich obecność komplikuje sprawę „ale w znacznie mniejszym stopniu niż byśmy się tego spodziewali”. Podstawowym sposobem zniwelowania tego niebezpieczeństwa jest ruch i manewr. Znacznie większą przeszkodę dla Castexa stanowią okręty podwodne użyte przez przeciwnika w obronie jako środek rozpoznania i zwiadu. Zaletą tak skonstruowanej teorii jest wydedukowanie potencjalnych wad i ograniczeń okrętów podwodnych z istoty manewru a nie osiągów technicznych, co czyni teorię ponadczasową. Przynajmniej aż do momentu obalenia logiki wywodu, ale nie poprzez rozwój technologii. Ostateczną konkluzją jest proste w formie ale o złożonych konsekwencjach stwierdzenie o zmniejszającej się przestrzeni, również dla manewru:

Jedną z bezpośrednich konsekwencji tego stanu rzeczy jest skrócenie czasu trwania sprzyjających warunków, stworzenie których jest celem każdej strategii. W dzisiejszych czasach nieprzyjaciel jest w mocy bardzo szybko zakłócić stan korzystny dla nas. Jest on przejściowy i efemeryczny. Wymaga aktywnego działania i szybkich decyzji.

Dążąc do bardziej praktycznych wniosków wniknijmy trochę głębiej w refleksje po lekturze tekstu. Jeśliby nasza flota miała być uzupełnieniem sojuszniczej „battleforce” to oznacza to jednostki bojowe o dużych możliwościach i przy posiadanym budżecie nieliczne w najlepszym wypadku. Tracimy więc zdolność do walki na wyniszczenie bo jedna dobrze ulokowana rakieta jest w stanie wyeliminować połowę albo więcej naszej floty. Pomyślmy o synonimie wielkich strat wśród żołnierzy jakim jest słowo zdziesiątkowani. Całkiem na zimno oznacza 10% strat. Idąc dalej, co oznacza „enabling force” w praktyce? Poddając się trendom mody w sztuce zarządzania, sformułujmy takie „morskie 5S”:

  • scout – zwiad, rozpoznanie
  • screen – eskorta, osłona
  • strike – uderzenie, atak
  • secure – zabezpieczenie, ochrona sił i infrastruktury
  • supply – transport, zaopatrzenie, ewakuacja

Są to zdolności wymienione w prezentacji PMT z 2012 roku tyle, że rozszerzone i po angielsku (moda!). „Strike” to domena „battleforce” ale aby siły główne mogły operować na naszych wodach przybrzeżnych musimy mieć dobry zwiad i zabezpieczenie. Konieczne wydaje się również „czyszczenie przedpola” dla sił głównych, na co zadania stawiane LCS w zasadzie dają nam gotową receptę. Mamy więc zwalczanie zagrożeń spod wody jak miny i okręty podwodne oraz na powierzchni morza jak łodzie motorowe, czy kutry rakietowe. Konkretna realizacja tych zadań wcale nie musi wyglądać jak LCS z tej prostej przyczyny, że projektujemy siły działające w oparciu o „przyjazny brzeg” i nie mamy wymogu szybkiego przejścia na sąsiedni teatr działań. Druga refleksja premiuje „supply” czyli zdolności transportowe ludzi, wyposażenia, zapasów bądź w ramach wsparcia, desantu czy ewakuacji.

W tym miejscu niezbędne wydaje się przejście do jeszcze szerszego kontekstu a mianowicie faktu, że jak na razie mówimy o wojnie pomijając czas pokoju i kryzysu. Te zaś stanowią gros czasu w rzeczywistych działaniach flot świata. Czy więc zarysowujący się kształt sił będzie równie przydatny do misji dyplomatycznych, humanitarnych, budowania sojuszy czy perswazji? Z punktu widzenia funkcji jak najbardziej tak, bo zwiad czyli posiadanie informacji jest podstawą podejmowania decyzji a więc działania niezależnie czy mamy pokój czy wojnę. To samo dotyczy transportu i logistyki. Zabezpieczenie i ochrona infrastruktury również ma swoje zagrożenia zarówno w czasie pokoju, kryzysu jak wojny a siły przeciwminowe mają szanse być nasza specjalnością. Różnica tkwi odpowiedzi na pytanie gdzie? Czy przy własnym wybrzeżu, czy z dala od niego? Trudniej przerzucić na drugi koniec świata niszczyciel min niż moduł przeciwminowy transportowany samolotem. Odwrotnie, łatwiej wysłać okręt jak „crossover” czy LPD aniżeli kilka barek desantowych. Jakikolwiek pomysł będziemy mieli na strukturę floty, musimy wyważyć między sobą postulaty użyteczności w czasach pokoju, kryzysu i wojny oraz postulat większej liczby jednostek ze względu na zdolność do walki na wyniszczenie.

Nowa wersja L-CAT jest łącznikiem brzeg-brzeg i pozwala na przerzut kompanii rozpoznawczej lub zmechanizowanej na dystans 800 nm. Foto www.janes.com

Nowa wersja L-CAT jest łącznikiem brzeg-brzeg i pozwala na przerzut kompanii rozpoznawczej lub zmechanizowanej na dystans 800 nm. Foto www.janes.com

W obecnej sytuacji dochodzi nam dodatkowy postulat skalowalności naszych pomysłów, czyli ograniczenia finansowe. Jeśli zaproponujemy na przykład LPD wraz shore-to-shore connectors jak odmiana L-CAT prezentowana na Euronaval to jeżeli LPD zostanie zbudowany, to świetnie. Jeżeli nie to wciąż jest szansa na L-CAT do współpracy z wojskiem. Taki katamaran może również przenosić moduł przeciwminowy i był ostatnio prezentowany z CAPTAS-1. Jakkolwiek to może być niesatysfakcjonujące, w obecnych warunkach musimy się wykazać całkiem niekonwencjonalnym sposobem myślenia.

Sep 192016
 

Obrona przeciwlotnicza i przeciwrakietowa to gorący temat wszelkich dyskusji publicznych na temat marynarki wojennej. W tej wymianie argumentów często pojawia się słowo “potrzebujemy. Przy odrobinie filozoficznego podejścia natychmiastową reakcją jest pytanie kto potrzebuje i do czego potrzebuje? Nie od dzisiaj wiadomo, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Politycy najogólniej rzecz ujmując określają rolę marynarki wojennej w funkcjonowaniu państwa i przeznaczają na wypełnienie tej roli określone środki. Marynarze znając zadania do wykonania określają zdolności niezbędne do ich realizacji. Sformułowane wymagania są przekazywane inżynierom, którzy weryfikują techniczne możliwości realizacji i określają szacowany koszt przedsięwzięcia. Ten z kolei trafia do księgowych akceptujących lub nie dany przewidywany poziom wydatków. To czy projekt kosztuje za dużo lub nie znów zależy od polityków rozpatrujących koszt naprzeciw wartości postrzeganej w kategoriach bardziej politycznych niż militarnych, co ponownie zamyka pętlę i stawia pytanie o polityczną użyteczność floty. Tyle teoria.
Co się jednak dzieje gdy politycy zdefiniują rolę marynarki wojennej niezgodnie z dominującymi poglądami na temat wojny na morzu lub morskiej siły państwa? Lub też ich wizja jest zgodna z tymi poglądami lecz nie przeznaczają odpowiednich środków na jej realizację? W pierwszym przypadku marynarze będą mieli duży kłopot ze zdefiniowaniem wymagań, bo będą się wciąż kłóciły z ich przekonaniami a w drugim powstaje pokusa rozwiązania problemu poprzez technologię. Technologia ma jednak to do siebie, że tyle samo problemów przynosi ze sobą co rozwiązuje. W żadnym zaś przypadku nie jest w stanie skompensować braku strategii. W poprzednim wpisie padło także stwierdzenie, że nauka płynąca z Jeune Ecole mówi o niezależności strategii od bieżącego stanu ekonomii państwa. Z drugiej strony również na tym blogu padło zdanie by nie lekceważyć siły ekonomii o czym mówi historia brytyjskich lotniskowców po II wojnie światowej.

Przenosząc to filozofowanie na pole obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej okrętów czy Marynarki Wojennej RP jako całości wchodzimy w ślepą uliczkę. Doktryna odmowy dostępu bowiem opiera się na asymetrycznej sile ofensywnej jak Nadbrzeżna Jednostka Rakietowa czy okręty podwodne i w zasadzie nie ma potrzeby obrony przeciwlotniczej okrętów. Nie jesteśmy w stanie za polityków powiedzieć, czego oczekują od marynarki wojennej więc większość dyskusji toczy się wokół tego co jest możliwe a nie co potrzebne. W zasadzie rozmawiamy o zdolnościach niszczyciela w kadłubie fregaty, planując budowę korwety i mając pieniądze na niszczyciel min (a i to nie jest pewne). Czekając na werdykt rządzących warto zerknąć na wachlarz rozwiązań dla obrony przeciwlotniczej poprzez pryzmat potrzeb potencjalnie realnych. Lista zaś jest krótka i składa się z trzech pozycji:

  • wyremontowanej, starej fregaty o przedłużonym życiu o 15 lat,
  • niespełnionej korwety i
  • Nadbrzeżnej Jednostki Rakietowej, która niezależnie od naszych sympatii czy antypatii jest wraz z Orkanami główną siłą ofensywną marynarki wojennej.

Poniższy rysunek pokazuje obronę okrętu w dwóch przekrojach. W pionie dzieli przestrzeń powietrzną na trzy strefy:

  • samoobrony
  • średnich wysokości
  • poniżej horyzontu radarowego

opl-001

Główne pytanie brzmi jaki środek napadu powietrznego jest najbardziej prawdopodobny w danej strefie. Dla ilustracji pokazano przykłady zasięgów (z Wikipedii) kilku rakiet mniejszego zasięgu oraz bomb kierowanych i szybujących. Nasz problem polega na racjonalizowaniu obrony. JDAM i SDB II mogą być przenoszone przez ten sam samolot ale ich zasięg różni się 2.5 krotnie. Koszt ataku zmienia się niewiele, ale dla obrony oznacza to zmianę pocisku ze średniego na dalekiego zasięgu i być może wręcz inną klasę okrętu. Koszty mogą rosnąć lawinowo w zależności od wybranego rozwiązania. Przykładowo, Amerykanie stosują pociski Standard i ESSM kierowane półaktywnie oraz łącze danych z pociskiem zintegrowane z radarem głównym. Wymaga to radaru SPY-1 z systemem Aegis i radarami podświetlającymi. Europejczycy poszli nieco inną drogą. W radarze APAR wbudowano funkcję podświetlania dla rakiet naprowadzanych półaktywnie co eliminuje potrzebę radarów podświetlających ale to w dalszym ciągu 11 ton na wysokości kilkunastu metrów co jest możliwe na okręcie wielkości fregaty. Rozwiązanie alternatywne to rakiety z naprowadzaniem aktywnym jak Aster, które wciąż współdziałają z łączem wbudowanym w główny radar. Najnowszym rozwiązaniem jest CAMM z naprowadzaniem aktywnym ale łączem danych oddzielonym od radaru. Ponieważ przy okazji pocisk CAMM jest wystrzeliwany z lżejszych kontenerów/wyrzutni dzięki „zimnemu startowi” to pojawia się realna możliwość instalacji systemu na okrętach klasy korweta. Aktualna wersja ma zasięg o połowę mniejszy od ESSM ale trwają pracę nad pociskiem ER o zasięgu porównywalnym do ESSM. Podobny efekt osobnego łącza można by teoretycznie uzyskać rozdzielając CEAMOUNT od CEAFAR, jakkolwiek nikt tego jeszcze nie próbował.

Łącze niezależne od radaru. Daje szanse korwetom na większy zasięg obrony plot. Foto www.thinkdefence.co.uk

Łącze niezależne od radaru. Daje szanse korwetom na większy zasięg obrony plot. Foto www.thinkdefence.co.uk

Rzut poziomy na powyższym rysunku pokazuje znaczenie łącza danych pozwalającego na korektę kursu nie tylko w sytuacji rosnącej odległości od celu ale w obronie statku czy okrętu osłanianego. Rakieta jest bowiem kierowana to przewidywanego punku przechwycenia i cel może dość długo pozostawać poza polem widzenia pokładowych sensorów rakiety plot jakkolwiek zasięg się zwiększa dzięki optymalnej trajektorii lotu.

Obszar poniżej horyzontu radarowego, gdzie dominują rakiety manewrujące i lotnictwo próbujące podejść skrycie w zasięg posiadanego uzbrojenia ofensywnego to obecnie najtrudniejszy orzech do zgryzienia, gdyż sensory okrętu nie widzą celu i mogą jedynie korzystać z informacji dostarczonej z zewnątrz. Pytanie w jaki sposób można kierować uzbrojeniem przeciwlotniczym w takim przypadku. Niezależnie od odpowiedzi na to pytanie mamy do czynienia nie z pojedynczym okrętem, ale całym systemem obrony łączącej w sobie okręty i pojazdy latające wraz z łączami komunikacji i systemami dowodzenia.

Chęć zabezpieczenia się przed największym niebezpieczeństwem może się okazać całkowicie nieracjonalne. Następnym pytaniem jest jakie niebezpieczeństwo jest najbardziej prawdopodobne i jak jemu zapobiegać. Na samym końcu można zapytać ale co jest możliwe zwłaszcza dla okrętu klasy korweta, gdyż taki właściwie mamy do dyspozycji. Powstają więc co najmniej trzy opcje i związane z nimi koszty do oceny racjonalności przedsięwzięcia niezależnie od jego technicznej wykonalności. Przykładowo czy myśląc o korwecie stawiamy na zasięg i pocisk ESSM ale brak łącza skazuje nas na sekwencyjne a nie równoległe zwalczanie celów? Czy też dokładnie odwrotnie wybieramy CAMM zdolne do zwalczania ataków saturacyjnych ale na połowę mniejszym dystansie? A może zdecydujemy się na VL Mica oferujące dwa rodzaje naprowadzania ale o czterokrotnie mniejszej pojemności magazynów uzbrojenia? Lub w ostateczności RAM/SeaRAM dający szansę upowszechnienia na wielu okrętach choć za cenę jeszcze mniejszego zasięgu.
Lepsze jest wrogiem dobrego i spoglądając na przedstawione przykłady dla korwety widać, że RAM jak i Mica mogą nie podołać samolotom atakującymi JDAM, CAMM da pewnie radę ale podobnie jak ESSM nie da już rady samolotom z SDB II. Gdzie więc nakreślić linię i powiedzieć dość – dalej nie ma sensu? Jakie kryteria o tym zdecydują. Czy wymóg obrony lokalnej i ochrony osłanianych statków czy też samoobrona? Zasięg czy gęstość ognia? Czy będziemy to robić dla jednej korwety czy dla programu Miecznik również? Jaka jest pewność realizacji programu Miecznik po 2019 czyli teoretycznie po następnej zmianie rządu?
Jak widać seria prostych pytań dotyczy nie tylko marynarzy definiujących wymagania czy inżynierów wyjaśniających ograniczenia ale przede wszystkim sztabowców i polityków decydujących jak te okręty chcemy wykorzystać. Przykład ostatniej misji ORP Kościuszko pokazuje, że nie potrzeba żadnej obrony plot do dyplomatycznej misji uszczelniania granic Unii Europejskiej.
Jak na razie wygląda na to, że pytanie co jest możliwe ma większą moc sprawczą niż pytanie co jest potrzebne. Doktrynalnie błędne, ale jeśli przynajmniej założymy jakąś drogę rozwoju to możemy na tej drodze zrobić mały krok, ale możliwy do wykonania.

Sep 032016
 

Tytuł może budzić kontrowersje i słusznie, bo zaprasza do pójścia pod prąd i wbrew modzie. Dolewając oliwy do ognia zadajmy sobie pytanie o źródłosłów określenia anti-access/area denial. Obecnie termin używany powszechnie w literaturze anglosaskiej odnosi się głównie do Chin, ale czy jest odzwierciedleniem rzeczywistych intencji Chin czy raczej wyraża kłopot US Navy w swobodnym operowaniu wewnątrz pierwszego łańcucha wysp? Trzy wielkie przykłady historyczne dostępne do rozważań to Jeune Ecole we Francji z przełomu XIX i XX wieku, porewolucyjna Młoda Szkoła w Związku Radzieckim w latach 20-tych i współczesna realizacja aktywnej obrony Mao w Chinach. Mamy szczęście, bo US Naval War College Review w lecie 2015 roku opublikował artykuł Fighting The Naval Hegemon. Evolution in French, Soviet and Chinese Naval Thought, z którego nic tylko czerpać cytaty garściami.

Geografia nadaje strategii znaczenie. Bezpieczne od lądowej inwazji, Wielka Brytania i później Stany Zjednoczone wykorzystywały w szczególny sposób potęgę morską do pokonania swoich przeciwników. Oba kraje używały marynarkę wojenną do kontrolowania morskich szlaków komunikacyjnych i kluczowych przesmyków do wywierania bezpośredniej presji na wybrzeża wroga.

Alternatywna szkoła myśli wojenno-morskiej zakorzeniona w obronie wybrzeża podąża ścieżką asymetrycznych działań mających umożliwić słabszemu powalenie silniejszego.

Mahan i Corbett reprezentują dziedzictwo anglosaskiego myślenia oceanicznego, które wydaje się dla nas całkowicie abstrakcyjne i nie stosowalne. W końcu nie jesteśmy światowym hegemonem ani nasza flota królową mórz. Stąd pewnie część krytyki celującej we „flotę oceaniczną”. Z drugiej strony jest możliwe dołączenie się do takiej koalicji dobrej woli co miałoby pozytywny wpływ na nasze bezpieczeństwo narodowe, ale wyraźna niechęć do takiego podejścia wpycha nas do alternatywnej koncepcji obrony wybrzeża. Czy jednak rzeczywiście jest to alternatywa dla nas i czy istnieje tak zwana „trzecia droga”? Nawiasem mówiąc, Polska Marynarka Wojenna nie odegrała wielkiej roli w kampanii wrześniowej ale stała się członkiem takiej koalicji dobrej woli i walczyła dzielnie u boku Royal Navy przez cały okres wojny. Gdyby tak się nie stało to czym minister Macierewicz zapełniłby izby pamięci narodowej?

Przypadek Francji jest poniekąd wynikiem szybkiego rozwoju technologii w końcu XIX wieku i relatywnej słabości ekonomicznej w stosunku do Wielkiej Brytanii. Flota francuska za swojego głównego rywala uważała tradycyjnie Anglię stąd podwójny koncept wojny asymetrycznej. Zaatakować brutalnie handel morski by wstrząsnąć opinią publiczną w Wielkiej Brytanii i zmusić rząd do korzystnych dla Francji rozstrzygnięć oraz zorganizować obronę wybrzeża przed inwazją za pomocą nowej broni asymetrycznej czyli torpedy. Zarodek porażki Jeune Ecole tkwił w samych założeniach. Przegrana wojna z Prusami w 1870-71 zmieniła priorytety armii francuskiej i Niemcy zaczęły być głównym przeciwnikiem a jednocześnie postępowało zbliżenie z Wielką Brytanią. Flota skonstruowana do walki z handlem brytyjskim straciła rację bytu, z kolei obrona wybrzeża nie pozwalała Francji na interwencję w koloniach i obronę interesów poza Europą. Nie miała również wielkiego znaczenia w w ewentualnej wojnie z Niemcami. Koncepcja stworzona w czasach słabości ekonomicznej upadła gdy gospodarka mogła sobie pozwolić na budowę trzonu floty opartego o duże okręty pancerne. Technologia również obróciła się przeciwko Jeune Ecole – Lord Fisher wziął na serio zagrożenie torpedami i powstało specjalizowane narzędzie do zwalczania torpedowców – niszczyciel, chociaż lepiej w tym miejscu odwołać się do nazwy francuskiej a nie angielskiej – contre-torpilleur.

Cytowany artykuł podkreśla, że takie samo ekonomiczne podłoże legło u podstaw radzieckiej Młodej Szkoły. Był to czas po rewolucji październikowej i kraj był wyczerpany wojną. Komuniści ogłosili plan industrializacji (starsi czytelnicy mogą z rozrzewnieniem przypomnieć sobie czasy planów 5-letnich) a armia wymagała gwałtownie odbudowy. W rezultacie rola floty sprowadzała się do obrony morskiej flanki armii. Trochę później, w latach 30-tych Józef Stalin rozpoczął budowę floty oceanicznej, ale jak mówi inny cytat z artykułu:

Z jednej strony pancerniki były zupełnie nieprzystosowane do działań na płytkich wodach a z drugiej żadne plany się nie pojawiły, pokazujące jak te okręty miałyby operować na oceanach. Kuźniecow musiał przyznać po rozmowie ze Stalinem w końcu 1939-go, że „nie jest to całkiem jasne w mojej głowie dlaczego te okręty w ogóle są budowane”.

Marat w Gdyni. Niemcy wykorzystali lepiej swoje cięzkie okręty, ale mieli zupełnie inną pozycje na ladzie. Foto www.zerohedge.com

Marat w Gdyni. Niemcy wykorzystali lepiej swoje cięzkie okręty, ale mieli zupełnie inną pozycje na ladzie. Foto www.zerohedge.com

Historia powojenna rozwoju Floty Związku Radzieckiego to już trochę inna historia i bardziej przypominająca współczesny rozwój teorii morskich w Chinach. Przykład radziecki wskazuje na to, że zarówno narodziny jak i upadek Młodej Szkoły, oprócz ekonomii były przede wszystkim wynikiem promowanej ideologii. Wspólnym wątkiem z Jeune Ecole jest to, że w chwili gdy głównym przeciwnikiem jest potęga lądowa, z którą się ma wspólną granicę, marynarka wojenna zaczyna stawać przed egzystencjalnym pytaniem o sens bytu. Odwracając ten sam argument – ponieważ Jeune Ecole celowała w Wielką Brytanię oddzieloną od Francji wodą, przypadek Związku Radzieckiego jest dla nas bardziej ciekawy do analizowania bo tak nam mówi geografia.

Bardzo dobrze podsumowuje historię obu przypadków Młodej Szkoły Milan Vego w artykule On Littoral Warfare z US Naval War College Review z wiosny 2015:

Pomimo wspólnej nazwy, idee radzieckiej Młodej Szkoły nie pokrywały się z tymi z Jeune Ecole z lat 80-tych XIX wieku. Radziecka strategia była defensywna a nie ofensywna jak francuska. Obie szkoły stworzyły jednak teorie potencjalnie stosowalne do walki na wodach przybrzeżnych – lecz tylko biorąc pod uwagę przemijające czynniki narodowe niezwiązane z przedmiotem sprawy i bez prawdziwego zrozumienia wojny na morzu. Żadna ze szkół nie stworzyła koncepcji wystarczająco dostosowanej do działań na wodach przybrzeżnych, choć obie zajmowały znaczącą pozycję w swoich krajach przez wiele lat (a w przypadku Jeune Ecole również w Autro-Węgrzech). Obie szkoły zostały porzucone gdy sytuacja w ich macierzystych krajach uległa zmianie.

Chiny są uważane za kraj o najpotężniejszym systemie odmowy dostępu. Rakiety manewrujące i lotnictwo lądowe dalekiego zasięgu wspierane przez rakiety balistyczne DF-21 o zasięgu 1.000 mil morskich i uzupełnione przez okręty podwodne, miny oraz małe okręty rakietowe budzą respekt. Nawet jeśli wielu specjalistów i komentatorów powątpiewa w realną skuteczność rakiet DF-21 to USNavy bierze to zagrożenie całkiem na serio ogłaszając najpierw Air-Sea Battle a później Distributed Lethality. Czyż nie jest to raczej sukces i skąd pomysł przyklejania naklejki „porażka”? Chiny po wojnie stworzyły obronę wybrzeża z zewnątrz całkiem podobną do radzieckiej ale wypływającą z innych pobudek i założeń. Było to rozciągnięcie na morski kierunek teorii i praktyki wojny partyzanckiej w wykonaniu Mao Tse Tunga. Po pierwszych sukcesach w latach 50-tych walki z Kuomintangiem (dzisiejszy Taiwan) PLAN weszła w okres stagnacji. Zmiana nadeszła w początku lat 80-tych i PLAN z obrony wybrzeża przeszedł koncepcyjnie do „obrony przylegających mórz”. To zmieniło doktrynę na o wiele bardziej ofensywną i jednocześnie bardzo rozszerzyło obszar geograficzny działań. Zmienił się także status ekonomiczny Chin a z nim przyszło uzależnienie od handlu morskiego i kluczowych cieśnin morskich. Tak więc zamiast mówić o odmowie dostępu powinniśmy mówić o klasycznej kontroli morza czy panowaniu na morzu. Porażka koncepcji A2/AD w tym przypadku polega na staniu się ofiarą własnego sukcesu. Już nie chodzi o obronę przed inwazją ale o panowanie na obszarach, na których Chiny mogą prowadzić politykę i wywierać swój wpływ. Pierwszy w służbie lotniskowiec nie jest narzędziem do odmowy dostępu tylko do kontroli morza. Jest także znakiem postępującej dalej zmiany doktrynalnej. Nie bez powodu pojawiają się publikacje o studiowaniu przez chińczyków Mahana, o drugim a nie pierwszym łańcuchu wysp i nie bez powodu okręty PLAN pojawiają się u wybrzeży Afryki a nawet na Morzu Śródziemnym.

PLAN. Czy to wygląda na flotę obrony wybrzeża? Foto www.navalmarinearchive.com

PLAN. Czy to wygląda na flotę obrony wybrzeża? Foto www.navalmarinearchive.com

Jeśliby jakiś system A2/AD miał zasięg globalny to nie możemy już mówić o odmowie dostępu tylko mówimy o panowaniu na morzu. To, jak takie panowanie wykorzystamy i do czego, mówią nam teoretycy jak Mahan i Corbett. Wracamy więc do klasyków. Jeśli intencją czy sensem istnienia floty jest obrona przed inwazją to możemy używać słów jak „odmowa dostępu”. Jeśli celem jest prawo przejścia morzem, co według Corbetta jest podstawowym sensem posiadania floty to mówimy o kontroli morza. Jeżeli natomiast planujemy desanty taktyczne, wsparcie wojsk na lądzie, ewakuacje czy zapatrzenie drogą morską to mówimy o osłonie morskiej flanki wojsk. We wszystkich przypadkach rolę kluczową odgrywa kontrola morza. Jeśli ją posiadamy, możemy ją wykorzystywać do wszystkich wspomnianych celów. Jeśli jej nie posiadamy to zawsze pozostają rajdy i niepozwalanie przeciwnikowi na wykorzystanie przewagi na morzu przez niego. Innymi słowy strona słabsza zawsze może utrzymywać stan nierozstrzygniętego panowania na morzu.

Jeżeli więc mamy awersję do koncepcji oceanicznych, w których możemy uczestniczyć głównie jako sojusznik a z drugiej strony doktryna odmowy dostępu wydaje się być ślepą uliczką, to mamy do rozpatrzenia dwie alternatywy – albo przemyślimy swoją awersję do współpracy na oceanach albo zaczniemy rozmawiać o flocie przybrzeżnej, ale nie obrony wybrzeża.

Powyższy tekst nie jest argumentem ani za ani przeciw korwetom czy fregatom. Niemniej mówiąc o walce na Bałtyku lub otwartym oceanie warto mieć świadomość pewnych implikacji technologicznych powodujących, że coś co jest uważane za dogmat na wodach otwartego oceanu na wodach morza zamkniętego może nie mieć takiego znaczenia i na odwrót. Łatwo zapominamy, że technologia i taktyka są w interakcji. Mając daną doktrynę i taktykę szukamy sprzętu najlepiej realizującego znane nam koncepcje taktyczne. To samo jednak dotyczy odwrotnej relacji – rozwój technologii prowadzi do rozwoju taktyki, wystarczy wspomnieć samolot, radar czy okręt podwodny. Wspomniany artykuł Milana Vego zawiera wiele ostrzeżeń przed nadmiernym zaufaniem do technologii i o jej ograniczeniach rzadko się mówi. A ponieważ dotyczy to osiągów kluczowych dla okrętu systemów, ci co wiedzą – milczą. Przykładową ciekawostką jest informacja, że torpedy ASW jak Mk 46 Mod5A odpalane z okrętu nawodnego potrzebują co najmniej 148 stóp głębokości, czyli tyle ile średnia głębokość Bałtyku.

To nas prowadzi do innego, gorąco dyskutowanego tematu czyli obrony przeciwlotniczej okrętów i zespołów okrętów. Ponownie fascynacja technologią zakrywa przed nami fakt, że jest ona związana z konkretnymi sytuacjami taktycznymi. Króciutka historia obrony plot US Navy może służyć jako ilustracja. Dla uproszczenia zacznijmy od pojawienia się Standard Missile zastępujących starą triadę Talos, Terrier, Tartar. Systemem kierowania ognia był Tartar D a półaktywnie sterowane rakiety wymagały podświetlania celu przez cały czas lotu. Problemem były bombowce rosyjskie Badger i Backfire odpalające salwy rakiet z dalekiego dystansu w tak zwanej G-I-UK Gap czyli przestrzeni na Atlantyku pomiędzy Grenlandią, Islandią a UK. Rozwiązaniem była obrona strefowa (layered defence w odróżnieniu od area defence, które u nas jest tłumaczone tak samo a znaczy chyba coś innego). Dominującą doktryną była „Outer Air Battle” a głównym narzędziem lotniskowce z bazującymi na ich pokładach myśliwcami Tomcat uzbrojonymi w rakiety dalekiego zasięgu Phoenix. Tylko lotnictwo pokładowe dawało szansę na przechwycenie bombowców zanim odpalą swoje rakiety. Te, które nie zostały przechwycone zwane „leakers” były celem obrony na okrętach nawodnych. Ponieważ atakujących rakiet mogło być wciąż dużo, jednokanałowy system Tartar D był łatwy do nasycenia. Ważnym celem były również samoloty wskazujące bombowcom cel, tak zwane „pathfinder”. Jon Salomon w swojej pracy na temat walki z rajdami rosyjskich bombowców „Deception and the Backfire Bomber” pisze, że pomimo radarowych systemów na orbicie rosyjscy piloci największe zaufanie mieli do wizualnej identyfikacji celu przez samoloty Bear. Musiały się one więc znaleźć w zasięgu rakiet przeciwlotniczych na okrętach i tu liczył się zasięg rakiet. Rozwiązanie dla obu problemów przyszło w postaci New Threat Upgrade. Standard Missile wyposażono w autopilota i nawigację bezwładnościową co pozwoliło na zastosowanie nawigacji proporcjonalnej i oświetlanie celu tylko w końcowej fazie lotu. Nawigacja proporcjonalna kieruje pocisk raczej w punkt przewidywanej pozycji celu a nie aktualnej co pozwala na znacznie efektywniejszą trajektorię lotu, stąd większy zasięg bez modernizacji rakiety. Oświetlenie celu w końcowej fazie rozwiązało albo raczej poprawiło możliwości zwalczania ataków saturacyjnych, bo NTU mógł naprowadzać kilka rakiet jednocześnie. Obrona strefowa miała wciąż dużą głębokość.

Aby pokonać rajd rosyjskich bombowców, takie okręty z NTU musiałyby się mnożyć jak króliki.

Aby pokonać rajd rosyjskich bombowców, takie okręty z NTU musiałyby się mnożyć jak króliki.

System Aegis, który jest spadkobiercą projektu Typhoon był opracowywany równolegle i wszedł do służby w podobnym czasie. Miał znacznie lepsze możliwości ale wymagał dedykowanej platformy stąd równoległe wprowadzenie do służby obu systemów. NTU było krytyczne dla posiadanej olbrzymiej floty Tartar. Znaczenie Aegis wzrosło gwałtownie z zakończeniem zimnej wojny. Norman Friedman tak pisze w marcowym numerze Proceedings z 2004 roku:

Wraz z końcem zimnej wojny założenia zmieniły się radykalnie. Okręty operowałyby prawdopodobnie bliżej lądu. Przeciwnik posługiwałby się relatywnie małą liczbą rakiet przeciwokrętowych ale odpalanych ze znacznie krótszego zasięgu. Nacisk przeniósł się na czas reakcji systemu, co z kolei zależało częściowo od tego jak szybko można odpalać rakiety.

New Threat Upgrade wykorzystywał informacje z radarów poprzedniej generacji nie posiadających tak precyzyjnej informacji jak SPY-1 i musiał poświęcić znacznie więcej czasu na ustalenie trajektorii celu i naprowadzenie radarów kierowania ogniem. Nie nadawał się dobrze do walki na krótkich dystansach. Sprawę pogarszały też rakiety przeciwokrętowe odpalane z okrętów podwodnych. Zamiast wczesnego ostrzegania walka zaczynała się potencjalnie w ramach 15 milowego zasięgu radarowego dla celów lecących nisko nad wodą.
Kilka słów o NTU – jednym z głównych elementów był procesor SYS-2 służący do automatycznego tworzenia trajektorii lotu celów na podstawie informacji ze wszystkich posiadanych przez okręt radarów i sensorów. Radary pracują w różnych pasmach, mają inną częstotliwość odświeżania itd. Każdy radar może okresowo gubić cel z pola widzenia i trajektoria celu się urywa, jednak sumaryczna informacja z kilku sensorów ma znacznie większe szanse na utrzymanie trajektorii celu wystarczająco dokładnej do naprowadzania rakiet. Historia o tyle ciekawa, że się powtarza. O ile SPY-1 był olbrzymim postępem w porównaniu do SPS-48 to i tak nie był idealny i wciąż raportowano zaskakująco dużo „leakers” czyli niewykrytych atakujących celów. Ponownie więc sięgnięto do tej samej idei integracji sensorów, tyle że na skalę zespołu okrętów a nie pojedynczej platformy. W ten sposób powstało Cooperative Engagement Capability co było o tyle prostsze, że oba systemy stworzył ten sam ośrodek. Kolejnym krokiem jest Naval Integrated Fire Control – Counter Air (NIFCA-CA), który umożliwia realizacje starego pomysłu rakiet przeciwlotniczych Surface Launched Air Targeted (odpalanych z powierzchni morza ale kierowanych z powietrza). Obecnym urzeczywistnieniem idei jest kombinacja CEC, VLS, SM-6 i E-2D.

Wniosek jest taki, że technologia nie istnieje sama dla siebie tylko oferuje rozwiązania dla konkretnego scenariusza. Jeśli naszym scenariuszem jest walka na zamkniętym morzu lub wodach przybrzeżnych, wówczas nie powinniśmy chyba odrzucać rady Milana Vego:

Ryzyko działania okrętów o wysokich możliwościach ale drogich przewyższa potencjalne korzyści. Okręt nawodny operujący na zamkniętych wodach nie powinien być może przekraczać 1.200 – 1.500 ton. Wspólnymi cechami dla wszystkich okrętów zoptymalizowanych do działań na wodach przybrzeżnych są mała wielkość, umiarkowanie duża prędkość, małe zanurzenie, wysoka manewrowość, umiarkowany zasięg i niskie sygnatury (radarowa, termiczna, akustyczna i magnetyczna).

Ze względu na bezpośredni styk wszystkich fizycznych środowisk, w których rodzaje sił zbrojnych działają, główne operacje w strefach nadbrzeżnych prowadzone indywidualnie przez jeden rodzaj sił zbrojnych będą rzadkością.

Obrona strefowa w strefie nadbrzeżnej oznacza atakowanie nosicieli rakiet tak samo jak w Outer Air Battle z czasów zimnej wojny. Tyle, że nosiciele będą w znacznej mierze umieszczeni na lądzie. Tak więc odpowiednia wydaje się być kombinacja dużej siły ofensywnej i obrony powietrznej ograniczonej do mniej więcej 15 nm. Łączność i rozpoznanie będą kluczowe, bo mniej ważne są środki napadu od umiejętności wskazania właściwego celu. Backfire dawał zasięg ale kluczowym elementem był „pathfinder”.

Z drugiej strony jeśli naszym scenariuszem będzie współdziałanie z sojusznikami na wodach oceanu, to mamy wybór specjalizacji bo okręty stają się coraz droższe. Albo zdecydujemy się na wariant ASW albo AAW ale wówczas najprawdopodobniej coś na wzór CEC będzie standardowym wymogiem. A gdyby nam przyszło do głowy tak wyposażone okręty budować w kraju niech przestrogą będzie dla nas ambitna flota Stalina, której tylko mały fragment został zbudowany w oparciu o zagraniczne technologie i projekty napotykając niekończące się przeszkody technologiczne.

Jul 262016
 

Wypowiedź kandydata na Prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa na temat NATO jest dolaniem oliwy do ognia naszych rodzimych dyskusji o wartości sojuszy i zdolności do samodzielnej obrony przed Rosją. Teoretycznie rzecz biorąc powinniśmy jeszcze raz przeglądnąć dostępne opcje i zastanowić się nad kierunkiem modernizacji Marynarki Wojennej. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie nowe decyzje MON-u w sprawie kto może stawać do przetargu na zamówienia dla wojska. Odpowiedź jest prosta i kładące na łopatki wszelkie pomysły modernizacyjne – tylko spółki Skarbu Państwa z wyłączeniem podmiotów polskich, ale nie kontrolowanych przez Państwo. Zamiast próbować kontrargumentować chyba lepiej stwierdzić, że taka decyzja zwalnia nas z obowiązku racjonalnego myślenia, co otwiera drogę do swobodnych i fantazyjnych dyskusji na temat „co by było gdyby było”.
Dzisiaj próba wskazania na kilka wątków w zasadzie starych, ale w otoczce próby klasyfikacji flot. Chodzi o odpowiedź na stare pytanie Samuela Huntingtona w kontekście paru nowinek technologicznych. Dla przypomnienia pytanie brzmiało:

Jaką funkcję (flota) spełnia, taką że zobowiązuje społeczeństwo do utrzymywania floty?

Odpowiedź autora zawierała się w trzech zdaniach i niejako na boku oferowała diagnozę ówczesnego stanu US Navy i naszej Marynarki Wojennej obecnie:

Fundamentem sił zbrojnych jest ich przeznaczenie lub rola w implementowaniu strategii Państwa. Definicję tej roli możemy nazwać koncepcją strategiczną danego rodzaju sił zbrojnych. Zasadniczo, ten koncept jest określeniem jak, kiedy i gdzie siły zbrojne zamierzają chronić naród przed pewnymi niebezpieczeństwami dla swojego bezpieczeństwa. Jeśli dany rodzaj sił zbrojnych nie posiada takiej koncepcji, wówczas staje się organizacją bez celu, miota się się pomiędzy różnymi sprzecznymi celami i ostatecznie podlega fizycznej i moralnej degeneracji.

Jeśliby pewnym teoretycznym funkcjom flot „przykleić łatkę” znajdującą zrozumienie wśród polityków i w społeczeństwie, to warto podjąć próbę nawet jeśli marynarze i fachowcy będą się zżymać. Poniższa lista i telegraficzny opis pokazują gdzie mamy olbrzymie pole do pracy koncepcyjnej i gdzie polski przemysł (cały a nie państwowy) mógłby wnieść rzeczywisty wkład w bezpieczeństwo narodowe państwa:

  • flota kontroli morza – koncept obejmujący funkcję „prawa do przejścia morzem” jak określał to Sir Julian Corbett czyli podstawowa funkcja każdej marynarki wojennej świata. Jest to pojęcie bardzo szerokie i stanowiące chyba jedno z większych wyzwań strategicznych dla nas. Przede wszystkim wszelkie teorie na ten temat dotyczyły flot oceanicznych. Dla nas pytaniem byłoby co to znaczy kontrola morza czy panowanie na morzu w warunkach morza zamkniętego, gdzie duży wpływ na bieg wydarzeń będą miały instalacje lądowe oraz jak owa kontrola morza wpływa na bezpieczeństwo Państwa. Wkraczamy na terytorium otwartego konfliktu lub wojny i dopóki nie określimy jak mamy zamiar wymuszać na przeciwniku owo „prawo do przejścia morzem” dopóty nie będziemy w stanie określić potrzebnej struktury floty. Koncept jest tak pojemny a zagrożenia na zamkniętym akwenie wód przybrzeżnych tak różnorodne, że całość staje się niestabilna i rozwiązanie może prowadzić do „niezwyciężonych super pancerników” jak i całkowitego zanegowania możliwości realizacji funkcji.
  • flota sojusznicza – maksymalizuje nasz udział w sojuszach, a w szczególności stałych zespołach NATO. Definicja jest jasna chociaż koncepcja zakłada pośredni wkład w bezpieczeństwo narodowe. Premiuje likwidację zagrożeń w zarodku jak najdalej od naszych granic. Dobrym przykładem jest problem imigracji, jeszcze nie tak dawno całkowicie w Polsce lekceważony a obecnie wywracający rządy krajów i rozsadzający Unię Europejską. A właściwie rok temu na prośbę Włochów wystarczyłoby posłać okręt patrolowy Czapla, gdyby oczywiście istniał. Dzisiaj wysyłamy fregatę, która szczęśliwie dla nas jeszcze istnieje i pływa, w sytuacji gdy jest mocno za późno i nikt nie kontroluje przebiegu wydarzeń. Takich punktów zapalnych jest wokół Europy kilka i dalej je ignorujemy skoncentrowani na „obronie reduty Ordona” na własnym terytorium.
    Do realizacji takiej roli potrzeba w zasadzie odtworzenia marynarki wojennej w obecnej strukturze – para fregat, trzy planowane Kormorany plus okręty zaopatrzeniowe. Ten koncept od lat nie jest w stanie się przebić do szerszej świadomości klasy rządzących.
  • flota projekcji siły – pozwala na ograniczony desant lub transport połączonych sił zbrojnych niekoniecznie w celach ekspedycyjnych lecz również w ramach paragrafu 5-go na obszarze Bałtyku a nawet samej Polski (ze Świnoujścia do Gdyni – to tak dla prowokacji). Jest to koncepcja wykraczająca poza NATO. Może dotyczyć operacji pod egidą UE lub ONZ a nawet samodzielnych operacji Polski np. w sytuacji pomocy humanitarnej lub uzgodnień dwustronnych. Plusem jest współpraca różnych rodzajów sił zbrojnych pod warunkiem, że te inne rodzaje sił zbrojnych dostrzegą szansę we współpracy z marynarką. Koncepcja ambitna lecz potencjalnie realna. Wzorem może być niewielka flota Nowej Zelandii. Trzonem floty byłby Marlin wraz z okrętami eskorty. Ponieważ byłaby to nowa rzecz dla naszych tradycji, mądrze by było zacząć od średniej wielkości okrętu transportowego i wsparcia a nie od dużego okrętu desantowego jak Mistral, na który nie byłoby kogo i czego zaokrętować. Na bok należałoby odłożyć nasze własne deklaracje dla NATO o zdolności transportowania brygady na odległość tysięcy kilometrów. Lepsze mniejsze zdolności ale realne niż nic nie warte obietnice. Założenia dla Marlina należałoby wyrzucić do kosza i zastanowić się co realnie jest możliwe i ma sens. Byłby to zaczyn do zmian doktrynalnych i czas na eksperymentowanie wspólnie z wojskami lądowymi. Jak na razie łatka „ekspedycyjności” skutecznie dusi koncept w zarodku.
  • flota dyplomatyczna – wspiera realizacje i ochronę interesów Państwa na obszarach morskich w zakresie zainteresowania. Może być realizowana przez jedną z wyżej wymienionych „flot”, ale równie dobrze może być realizowana przez Czaple czy Mieczniki. Jest jednak trudny warunek do spełnienia – trzeba być świadomym własnych interesów a z tym u nas krucho i to od stuleci. Taka flota podkreśla konflikt interesów pomiędzy MON-em i Ministerstwem Spraw Zagranicznych, bo pierwszy byłby płatnikiem a drugi użytkownikiem. Ponadto MSW tradycyjnie nie widzi floty jako narzędzia realizacji polityki zagranicznej. Wkład takiej floty w bezpieczeństwo narodowe byłby zależny od tego na ile realizowane cele polityki zagranicznej byłby związane z bezpieczeństwem kraju. Związek może być zbyt zawiły i mało czytelny a więc łatwy do zanegowania w bataliach budżetowych.
  • flota obrony wybrzeża lub odmowy dostępu – teoretycznie rozumie się samo przez się. Flota broni terytorium kraju i wód pod jego jurysdykcją przed zagrożeniami „z kierunku morza”. Pierwsza próba wgłębienia się w temat jakie to mają być zagrożenia i jak przed nimi się bronić prowadzi do dylematów. Jeżeli nie ograniczymy się do realizacji celów wyłącznie negatywnych a więc do blokowania ruchów przeciwnika ale będziemy również chcieli realizować swoje własne cele jak prawo przejścia morzem to czym to się różni od kontroli morza? Jeżeli zaś skupimy się wyłącznie na przeciwniku i postawie czysto defensywnej to dojdzie do dalszej redukcji floty w postaci floty fortecznej (patrz poniżej). Koncept A2/AD jest obecnie popularny, żeby nie powiedzieć modny i dobrze by było zastanowić się na ile jest on rzeczywistą innowacją w teorii wojny morskiej a na ile wyrazem amerykańskiego punktu widzenia problemów taktycznych czy operacyjnych w Zatoce Perskiej lub na Morzu Południowochińskim. W samych Stanach Zjednoczonych próba naukowej analizy zjawiska przez Sama Tangredi w „Anti-Access Warfare: Countering A2/AD Strategies” wskazuje, że nie spełniamy podstawowego warunku strategii A2/AD to znaczy rozdzielenia przeciwników dużym obszarem morza. Po pozytywnej stronie walka na wodach przybrzeżnych jest zwykle bardzo dynamiczna i zróżnicowana i daje wiele możliwości do działania. Z dostępnej literatury na temat można polecić Milana Vego „Naval Strategy and Operations in Narrow Seas” oraz oczywiście, Wayne Hughes „Fleet Tactics and Coastal Combat”.
    W realizacji postawy defensywnej ciekawym wątkiem dla nas mogłaby być współpraca z armią na nadmorskiej flance działań. Natomiast dla realizacji celów pozytywnych wiele wnosi wpis na blogu USNI  “Mesh Networks in Littoral Operations”. Mamy do czynienia z ożenkiem poglądów Wayne Hughes’a na roje niewielkich okrętów ofensywnych z walką w przestrzeni cybernetycznej o dominację w zakresie C2. Jednoczesna realizacja cyklu decyzyjnego Rozpoznaj, Decyduj, Działaj w przestrzeni fizycznej i cybernetycznej pozwala na ukrycie działań przed okiem przeciwnika i uzyskanie efektu zaskoczenia. Wszystko podporządkowane zasadzie „zaatakuj przeciwnika zanim on ciebie zaatakuje”. W podsumowaniu znajdujemy zdania będące syntezą problemu walki na wodach przybrzeżnych i mogące mieć wpływ na nasze poglądy co do zdolności bojowych naszych okrętów:

Obrona okrętów (na wodach przybrzeżnych) jest znacznie trudniejsza niż na otwartych wodach gdzie głębokość w obronie jest możliwa …

Proponujemy Marynarce zmienić obszar zainteresowania z projekcji siły z bezpiecznych sanktuariów na morzu na nowe i inne operacje ofensywne zmuszające przeciwnika do obrony własnych okrętów i statków handlowych przed naszymi atakami z zaskoczenia.

Dwa okręty specjalnie zaprojektowane do walki przybrzeżnej. Który wybieramy?

Dwa okręty specjalnie zaprojektowane do walki przybrzeżnej. Który wybieramy?

Akcent przesuwa się coraz bardziej z „hardware’u” na „software” i podejmowanie decyzji czyli na kapitał intelektualny. Tu bym upatrywał szansy dla polskich firm ale z pewnością nie państwowych. Innowacja i biurokracja czy hierarchiczność nie idą w parze.

  • flota forteczna – zredukowana do obrony określonych obszarów z wykorzystaniem systemów i instalacji lądowych. Zakłada stworzenie teoretycznie bezpiecznego sanktuarium na lądzie, skąd scentralizowany system dowodzi i dysponuje zasobami na lądzie, w powietrzu, na morzu pod wodą oraz w przestrzeni informacyjnej i elektromagnetycznej. Okręty prawdopodobnie w postaci „drobnoustrojów” stają się tylko częścią całego systemu i niekoniecznie główną. Tutaj upatrywałbym ewentualne miejsce dla okrętów podwodnych (bez rakiet manewrujących). Koncept wywołujący być może największy sprzeciw wewnętrzny wśród marynarzy ale jednocześnie mający pewne zalety. Łatwo się bowiem łączy z którąkolwiek powyższą wersją „floty” i jest lekiem na nasze strachy.
czy tak będzie wyglądała flota forteczna?

czy tak będzie wyglądała flota forteczna?

Jest oczywiste, że wspomniane „floty” reprezentują funkcje wzajemnie się uzupełniające czy wręcz zamienne do pewnego stopnia. Chodziło o podkreślenie roli dominującej a nie precyzyjną definicję. Jest także możliwe wymieszanie ról. Przykładowo wiele sensu miałoby prawdopodobnie połączenie floty „sojuszniczej” z „forteczną” gdyż pierwsza jest mocno osadzona w bieżącej praktyce a druga, jak wspomniano odpowiada na zapotrzebowania ideologiczne. Pewne wybory dotyczące okrętów mogą dodatkowo zacierać granice pomiędzy „flotami”. Artykuł na blogu USNI mówi o sieci LCS-ów działających w ramach operacji przybrzeżnych, niemniej wielkość okrętu i jego moduł ASW pozwala LCS zmienić w eskortową fregatę zdolną do operacji w stałych zespołach NATO lub do osłony Marlina.

Cokolwiek teraz sobie poopowiadamy na blogu czy w fachowych pismach i tak na razie będzie to oderwane od rzeczywistości, która wygląda coraz bardziej ponuro. Gdyby zrealizować flotę według obecnych trendów i poglądów politycznych, to prawdopodobnie mielibyśmy do czynienia z morską odmianą OT czyli „żywymi torpedami” Kaiten a liczba ochotników byłaby miarą patriotyzmu narodu. Przepraszam za tę szczyptę cynizmu.

Jul 032016
 

Coraz więcej sygnałów wskazuje na pustą kasę państwa. Ostatnim kamyczkiem wrzuconym do ogródka są wypowiedzi ministra Bartosza Kownackiego cytowane przez Defence24. Opracowywana doktryna morska nabiera więc charakteru miny, broni czekającej na swój moment. W międzyczasie decyzje będą podejmowane na podstawie doraźnych korzyści politycznych weryfikowanych przez możliwości finansowe, techniczne i organizacyjne. Cały ten kontekst spycha nas niejako do zmiany podstawowego pytania z „co nam potrzeba i dlaczego” na „co możemy wyprodukować w kraju szybko i relatywnie tanio”?

Kilka słów ministra Kownackiego daje nam chybotliwe, ale jednak, podstawy do spekulacji na temat liczb (cytując w dalszym ciągu za Defence24):

My zakładamy, że przez najbliższe trzy lata mamy do wydania około 32 mld złotych. Po odliczeniu innych wydatków zostanie nam zapewne około 15 mld na modernizację techniczną.

Po podzieleniu kwot przez trzy i porównaniu z budżetem na 2016 rok możemy wnioskować, że pierwsza kwota odnosi się do całości wydatków majątkowych a druga do priorytetowych programów wieloletnich, a więc trzonu modernizacji technicznej. MON będąc w kleszczach pomiędzy słabym wzrostem gospodarczym i zmienionymi priorytetami jak Obrona Terytorialna musi wcześniej czy później z czegoś zrezygnować. I jest to wariant raczej optymistyczny w perspektywie trzech lat, gdyż przyjęcie do realizacji sztandarowych programów jak 500+ powoduje natychmiastowy efekt po stronie wydatków podczas gdy planowane nowe podatki przyniosą efekt lub nie po stronie przychodów w nieznanym czasie. Powstaje dziura budżetowa do „załatania”.

Jednak nas interesuje na ile może liczyć marynarka wojenna? Udział floty w wydatkach budżetowych MON waha się między 8-10%, stąd ze wspomnianych 15 mld PLN być może w wariancie optymistycznym na rekonstrukcję floty przypadnie 1.5 mld. Od tej kwoty należy odjąć drugiego Kormorana (przy założeniu kontynuacji projektu) i dokończenie Ślązaka, czyli jakąś połowę z tej sumy. Na co warto więc wydać pozostałe 700-800 mln PLN w ciągu trzech najbliższych lat biorąc pod uwagę graniczne warunki sformułowane przez polityczne priorytety rządu i oczekiwania marynarzy? Dla polityków priorytet to korzyści polityczne i ekonomiczne oczekiwane w rezultacie zainwestowania sum pozostających do dyspozycji w lokalny przemysł. Ponadto wielokrotnie podkreślano, że liczy się szybki efekt podjętych działań. Dla marynarzy kluczową sprawą są po prostu nowe okręty.

W poprzednich „myślach prowokatora” znalazło się porównanie do algorytmów genetycznych. Spróbujmy zobaczyć, jak daleko można zmutować programy Miecznik i Czapla, aby spełniły tak restrykcyjne warunki. Jeśli mówimy o bezpieczeństwie narodowym, to obejmuje ono nie tylko Marynarkę Wojenną ale szereg innych instytucji, wśród nich Morski Oddział Straży Granicznej. Na Forum Okrętów Wojennych co pewien czas pojawia się wątek roli i kompetencji MOSG. W zasadzie ustawa definiuje rolę tak jak wskazuje na to sama nazwa – ochrona granicy państwowej na lądzie i morzu. Ogranicza to działanie MOSG do pasa przygranicznego i 12 nm wód terytorialnych. Są jednak dwa wyjątki istotnie rozszerzające obszar kompetencji MOSG. Pierwszy to „nadzór nad eksploatacją polskich obszarów morskich oraz przestrzeganiem przez statki przepisów obowiązujących na tych obszarach” co rozszerza obszar działania o wody polskich obszarów morskich. Drugi to kombinacja dwóch paragrafów dająca możliwość działania na wodach w jurysdykcji Unii Europejskiej:

Straż Graniczna realizuje zadania wynikające z przepisów prawa Unii Europejskiej oraz umów i porozumień międzynarodowych na zasadach i w zakresie w nich określonych. Straż Graniczna w zakresie określonym w ust. 2 i 2a współdziała z właściwymi organami i instytucjami Unii Europejskiej oraz innych państw.

Czapla może więc teoretycznie wrócić do swej pierwotnej roli OPV i przy zmianie właściciela pełnić funkcję ochrony porządku prawnego na wodach będących w jurysdykcji Polski i innych państw Unii Europejskiej. Fizyczną realizacją mogłyby być jednostki z szerokiej oferty firmy Damen wspierające i uzupełniające parę Kaprów w aktualnym posiadaniu. Kluczową byłaby kwestia budżetowania takiej inwestycji. Mniejsze kutry patrolowe z linii Stan Patrol stanowiłyby tylko wzmocnienie funkcji MOSG, natomiast większe otwierałyby pole do współpracy z MW w zakresie rozpoznania. W takim układzie Marynarka Wojenna realizuje funkcje policyjne poza obszarem Unii lub przy wyższym poziomie zagrożenia lub tam, gdzie w grę wchodzi użycie uzbrojenia typowego dla wojska (rakiety, miny, itd.)

Wybór takiej jednostki dla MOSG zaostrza granice podziału ról pomiędzy MOSG i MW. Foto www.damen.com

Wybór takiej jednostki dla MOSG zaostrza granice podziału ról pomiędzy MOSG i MW. Foto www.damen.com

Miecznik również ma pewne szansę przy założeniu „skarłowacenia” programu. Wspomniana kwota to około 50-60% kosztu korwety co przy rozłożeniu programu budowy na 5-6 lat pozwoli na rozpoczęcie finansowania inwestycji. Do dyspozycji mamy zgromadzone doświadczenie budowy Ślązaka (doświadczenie negatywne to też doświadczenie) i wiedzę wyniesioną przez Inspektorat Uzbrojenia przy tworzeniu specyfikacji Miecznika. Niezależnie od jakości tej pracy albo będziemy umieli ominąć inercję rozpędzonej maszyny Inspektoratu albo będziemy musieli ją wykorzystać jak w dżudo. Mamy również ograniczenie w postaci postulatu szybkiego efektu, co ma swój zabawny wydźwięk gdy mówimy o budowie okrętów wojennych. Innym ograniczeniem jest biurokratyczny przepis wymagający zatwierdzenia prototypu przed uruchomieniem produkcji seryjnej, z którego to powodu cierpi program Kormoran.

Kwestię prototypu można ominąć bądź budując według nowego projektu, jak się to przewiduje obecnie bądź na bazie projektu Ślązaka argumentując, że jest to korweta a nie okręt patrolowy. W tym drugim przypadku efektem ubocznym rozsądnej specyfikacji byłaby możliwość modernizacji Ślązaka do standardu Miecznika w przyszłości. Tym sposobem dostajemy dwie korwety w przeciągu, powiedzmy dekady z otwartą ścieżką na dalszy rozwój marynarki wojennej. Pozostaje jednak kwestia prawna, kto może budować na bazie istniejącego projektu. Ryzyko budowy według nowego projektu polega natomiast na stworzeniu floty prototypów i utraty potencjalnych korzyści w eksploatacji „jedynaków”. W obu przypadkach kluczem jest kto będzie liderem kontraktu i partnerem dla MON-u.

Być może wszelkie wspomniane pomysły są niewiele warte, przyświeca im jednak idea, że zbudowanie „czegoś” co niekoniecznie musi być „byle czym” jest lepsze niż „nic”.

Jun 112016
 

Kluczem do przyszłego kształtu Marynarki Wojennej RP jest to, w jaki sposób wyobrażają sobie jej użycie politycy w czasie pokoju i wojskowi w czasie wojny. Trudno sobie jednak wyobrazić, by na ten temat decydowano bez udziału marynarzy, którzy nie powinni w tym interaktywnym procesie tworzenia koncepcji pozostawać biernymi obserwatorami. Dlatego interesującą ciekawostką jest artykuł Niebieskie ludziki. Wojna morska na Bałtyku nie jest nierealna” autorstwa Macieja Matuszewskiego, oficera służby czynnej i dowódcy ORP Gen. T. Kościuszko. Ton artykułowi nadaje pierwsze zdanie, które nie mówiąc nic o flocie może nadać jej kształt:

Jak zmusić do ustępstw duży kraj należący do NATO, nie przekraczając progu wojny i unikając interwencji jego sojuszników?

Trudno uniknąć skojarzeń z Białą Księgą Bezpieczeństwa Narodowego opublikowaną przez poprzedni skład BBN-u. Głównym mankamentem Księgi był brak jakichkolwiek bezpośrednich odniesień do marynarki wojennej i jej roli w systemie bezpieczeństwa państwa i jest to być może rzecz do skorygowania w następnej edycji tej publikacji. Niemniej kontekst został zdefiniowany i daje dość sporo materiału do przemyśleń na temat zarówno doktryny jak i struktury Marynarki Wojennej.
Odpowiadając na wiodące pytanie, autor wskazuje na wojnę hybrydową jako sposób na działania nie wyzwalające automatyzmu traktatu NATO i próbuje zdefiniować zjawisko konfliktów hybrydowych. Zadaje sobie przy tym bardzo dobre pytanie:

Podstawową zasadą podczas tworzenia nowych pojęć jest udzielenie odpowiedzi pytanie: czy jest ono naprawdę potrzebne i czy nie istnieje już coś, co opisuje zjawisko, które chcemy przedstawić?

Mamy co najmniej dwa pojęcia już istniejące i dość dobrze opisujące zjawisko. Brytyjski admirał Richard Hill nazywał takie działania Low Intensity Operations:

(…) które nigdy nie zasługują na miano wojny, mają ograniczone cele, zakres i obszar, są przedmiotem międzynarodowego prawa do samoobrony i często zawierają sporadyczne akty przemocy z obu stron a ich cele są z natury swojej polityczne. Problemem jest zawsze możliwość eskalacji do starcia zbrojnego o wysokiej intensywności, co wymaga albo własnego albo sojuszniczego zespołu wsparcia.

Chiny używają przymusu popartego siła z wykorzystaniem słabo uzbrojonych okrętów Straży Przybrzeżnej. Foto www.time.com

Chiny używają przymusu popartego siła z wykorzystaniem słabo uzbrojonych okrętów Straży Przybrzeżnej. Foto www.time.com

Wojna hybrydowa całkiem dobrze mieści się również w pojęciu morskiej dyplomacji. Christian Le Miere w książce Maritime Diplomacy in the 21st Century twierdzi, że „zasadniczo, morska dyplomacja wypełnia przestrzeń pomiędzy wojną a cywilną dyplomacją, oferując szeroki zakres narzędzi i opcji dla polityków, które pozwalają na stopniowanie eskalacji w osiąganiu krótko i długoterminowych celów”.

Le Miere pojmuje dyplomacje szeroko i dostrzega trzy obszary zastosowania – współpracy, perswazji i przymusu. Jej główną rolą jest wysyłanie sygnałów i odgrywanie roli zaworu bezpieczeństwa w polityce międzynarodowej. Od tworzenia sojuszy, poprzez budowę prestiżu aż do groźby użycia siły, dyplomacja morska jest narzędziem pokazującym intencje wysyłającego komunikat i wagę jaką on do danej kwestii przypisuje.

Inny aspekt pokojowego użycia dyplomacji morskiej. Budowa prestiżu poprzez pomoc humanitarną. Foto wikipedia.org

Inny aspekt pokojowego użycia dyplomacji morskiej. Budowa prestiżu poprzez pomoc humanitarną. Foto wikipedia.org

Autor omawianego artykułu idzie jednak inną drogą i w poszukiwaniu środowiska, w którym marynarka wojenna będzie odgrywała kluczową role, stwierdza:

Już Napoleon zrozumiał, że aby odnieść sukces należy uderzyć we wroga w miejscu i czasie, w którym jego obrona jest najsłabsza, a przez to nasza szansa na odniesienie sukcesu, możliwie małym nakładem środków, największa. Analizując, nawet pobieżnie, polski potencjał obronny, oczywistym staje się, że najsłabiej zabezpieczona przed atakiem jest strefa morskiej granicy państwa.

Chyba jako efekt uboczny, pierwsze zdanie podważa zasadność istnienia pojęcia wojny asymetrycznej w tym A2/AD, jako osobnej koncepcji gdyż każdy konflikt jest próbą wykorzystania asymetrii. Drugie zdanie wskazuje jednak, że autor sam nie jest wolny od defensywnego myślenia o obronie terytorialnej i wpada poniekąd we własne sidła. Próbując bowiem oderwać marynarkę wojenną od kontynentalnych wizji używa argumentu obrony granic, podczas gdy intencją autora jest raczej stworzenie scenariuszy, w których flota odgrywa kluczową rolę. Na taka interpretację wskazują poniższe słowa:

Konflikt na morzu wydaje się całkiem prawdopodobny. Konflikt taki, w formie działań pośrednich przeciw morskim liniom komunikacyjnym, może dojść do skutku w stosunkowo krótkim czasie. Jego areną, z dużym prawdopodobieństwem, będzie wyłącznie morze. Wezmą w nim udział tylko siły morskie.

Scenariusz wojny informacyjnej połączonej ze sponsorowanym sabotażem i zagrożeniem klęską ekologiczną na Bałtyku może mieć wpływ na decyzje polityczne i ma znamiona realności. Jest to kwestia utrzymania porządku prawnego na morzu a więc znów dyplomacji morskiej. Natomiast hipotetyczny atak SSN na gazowiec na oceanie w czasie pokoju jest mało realny. Tylko garść państw na świecie ma techniczne możliwości wykonania takiego ataku. Gazowiec będzie płynął pod banderą innego państwa i jego zatopienie wzbudziłoby reakcję całego świata. Ponadto sprawa może wyjść na jaw, na co wskazuje przykład zatopienia torpedą korwety Korei Południowej. Natomiast zablokowanie Cieśnin Duńskich, pomijając polityczny huragan jest samobójczym golem gdyż zmusza Rosję do zmiany ważnego kierunku eksportu swoich własnych surowców. Z kolei zmiana kierunków polskiego importu oznacza nie tyle uzależnienie się od Rosji co raczej od Niemiec, gdyż gazowce mogą być rozładowane w Hamburgu czy portach ARA i wędrować dalej koleją. Oczywiście to kosztuje. Jeśli więc szukamy argumentów za posiadaniem sił ASW to może lepszym byłaby osłona planowanego Marlina.

W innej publikacji na Defence24 o tytule mówiącym za siebie [NATO ESF] Rosyjska flota uniemożliwi ułożenie Baltic Pipe? mamy scenariusze w oparciu o incydent związany z ćwiczeniami okrętów rosyjskich w pobliżu miejsca gdzie kładziono kabel energetyczny Litwa – Szwecja.

Bezsprzecznie nadchodzi czas, w którym Bałtyk staje kluczem dla bezpieczeństwa energetycznego Polski. Nasz kraj w oparciu o świnoujski terminal LNG i projekt Baltic Pipe tworzy tzw. Korytarz Północny, który pozwoli uniezależnić się od dostaw rosyjskiego gazu i przełamać monopol Gazpromu w Europie Centralnej.

Cechą charakterystyczną obu artykułów jest skupienie uwagi na własnym punkcie widzenia i celach negatywnych. Dostrzega się zagrożenie ze strony Rosji i wymienia je z imienia, ale całkowicie pomija rosyjski punkt widzenia czy sposób myślenia. Nie chcemy zaakceptować prostego faktu, że z punktu widzenia globalnej polityki Rosji jesteśmy po prostu drobną przeszkodą, tyle że mocno drażniącą. W interesie Rosji leży zabezpieczenie własnego eksportu surowców energetycznych drogą przez Bałtyk a nie przecinanie naszych. Powód jest prosty – jeżeli Rosja chce nam zaszkodzić, to zakręci swój kurek zamiast ryzykować konflikt zbrojny a jeśli chce nas uzależnić od siebie, to wystarczy obniżyć cenę na gaz i odesłać inwestycję Baltic Pipe w niebyt. Brak również celów pozytywnych. Uwagę czytelnika skierowuje się na zapobieżenie przeciwnikowi osiągnięcia jego celów, nic natomiast nie ma na temat co my chcemy osiągnąć w polityce używając floty jako narzędzia. Wracamy więc do pierwszego zdania tego tekstu i pytania jak nasi politycy wyobrażają sobie morską dyplomację i jakie sobie stawiają cele?

Omawiane artykuły skupiają się wokół dwóch „środków ciężkości” – źródeł surowców energetycznych alternatywnych do Rosji oraz zagrożeniu dla tych źródeł ze strony Rosji. Na tej podstawie buduje się częściowe uzasadnienie dla istnienia Marynarki Wojennej. Pozytywnym aspektem obu artykułów jest fakt podjęcia dyskusji wychodzącej poza wąskie grono entuzjastów i sympatyków Marynarki Wojennej. Dużym minusem i niebezpieczeństwem jest łatwość zamiany tej dyskusji w propagandowe narzędzie do uzasadnienia inwestycji zgodnych z obowiązującymi poglądami politycznymi. Te z kolei należy oddzielić od interesów Państwa Polskiego, które to interesy Rzeczpospolita ma niezależnie od rządów w określonym czasie.

Nowym elementem, rzadko dyskutowanym jest obrona infrastruktury pojętej szerzej niż tylko porty, a więc również platformy, kable i rurociągi podmorskie czy farmy wiatrowe.

Ciekawostką jest to, że próba stworzenia w miarę realnych scenariuszy pobudzających wyobraźnię i trafiających do szerszego ogółu, sama w sobie pozytywna, nie generuje potrzeby posiadania systemów niezbędnych przy konfliktach o wysokiej intensywności lub wojnie. Nie wynika z nich potrzeba posiadania okrętów podwodnych czy strefowej obrony przeciwlotniczej zdolnej do zwalczania salwy szesnastu czy dwudziestu rakiet manewrujących. Jedynym niebezpieczeństwem jest niekontrolowana eskalacja, co można przekuć na potrzebę rozbudowy floty w przyszłości o własny zespół osłony lub też w połączeniu z Marlinem na stworzenie zalążka ograniczonej projekcji siły. Taki obrót sprawy zamieniłby Marynarkę Wojenną RP z floty przybrzeżnej do floty zdolnej do realizacji celów polityki na wodach przyległych do Bałtyku. Byłby to dowód na to, że czujemy się częścią Europy.