Nov 112014
 
BMT-Nigel-Gee-to-Present-XSS-Cymyran-Bay-at-Seawork

Jak wyglądałby możliwie najmniejszy, najtańszy i wciąż użyteczny okręt załogowy do zwalczania okrętów podwodnych? Zanim spróbujemy odpowiedzieć sobie na to pytanie, należałoby określić sens takiego ćwiczenia. Jest kilka powodów, dla których warto się zastanowić nad takim projektem.

Marynarka Wojenna RP jest flotą małą i taką pewnie pozostanie. To powoduje problem ciągłości utrzymania zdolności bojowych i trudności w zachowaniu wysokiego poziomu profesjonalnego marynarzy. Zgodnie z zasadą trening czyni mistrza, marynarze muszą mieć możliwość ciągłego utrzymywania i odświeżania swoich umiejętności. Nigdzie nie jest to tak widoczne jak w przypadku ASW. Każdy praktyk wypowiadający się w ogólnie dostępnych źródłach podkreśla, że proces poszukiwania i zwalczania okrętów podwodnych jest żmudny, długotrwały i angażujący dużo środków. Marynarka Wojenna w ramach swoich ćwiczeń, doskonali typowe elementy działań na morzu, jak ochrona żeglugi przed atakami z powietrza i spod wody, niezależnie od obowiązującej doktryny redukującej flotę do obrony wybrzeża. Ma to swoje uzasadnienie w teorii wojny morskiej, chociaż pomija problem panowania na morzu. To jednak mogą zapewnić siły sojusznicze. Jeśli natomiast rozpatrujemy doktrynę BBN-u skupiającą się na działaniach „podprogowych”, wówczas prowokacyjne operacje pod powierzchnią wody są całkiem prawdopodobne. Najlepszą ilustracją są ostatnie wydarzenia u wybrzeży Szwecji.

Pytanie zadane na wstępie można zadać inaczej – jak osiągnąć pewną masę krytyczną w ramach istniejącego budżetu, pozwalającą na zwiększenie liczby okrętów? W konsekwencji na szerszy dostęp do możliwości szkolenia, dowodzenia a w czasie kryzysu i wojny na szerzej zakrojone operacje.

Gdy w 1930 Royal Navy dokonała przeglądu swoich zdolności ASW, końcową rekomendacją było zwiększenie liczby przybrzeżnych eskortowców. Do tego celu przystosowano projekt okrętu wielorybniczego Southern Pride i tak narodziła się legenda uwieczniona w prozie Nicholasa Montserrata – korweta Flower.

D.K. Brown w książce Nelson to Vanguard opisuje logikę Admiralicji w ten sposób:

Celem nadrzędnym dla Aliantów w Bitwie o Atlantyk było bezpieczne przybycie ładunku; zatopienie U-bootów było tylko środkiem do osiągnięcia tego celu. Trzymanie U-bootów w szachu dopóki konwój nie przeszedł bezpiecznie było skuteczną taktyką i to, wraz z krótkim zasięgiem pierwszych sonarów prowadziło do nacisku na większą liczbę okrętów. Jedynym projektem dostępnym, możliwym do budowy seryjnej był Flower (…)

Niewiele się od tego czasu zmieniło. Bałtyk jest trudnym akwenem do prowadzenia działań przeciw okrętom podwodnym i zasięg współczesnych sonarów jest skutecznie redukowany w tych warunkach. Pozostałe argumenty pozostają w mocy. Spróbujmy więc zobaczyć, co może uczynić nowoczesna technologia ożeniona ze starym konceptem.

Jeśli okręt ma być produkowany w większej liczbie lokalnie, musi być przede wszystkim relatywnie niedrogi. Przyjmijmy kwotę 120-150 mln PLN za uzbrojoną jednostkę. Ponieważ większą część kosztów stanowią uzbrojenie, sensory i C3, zależy nam na minimalizacji kosztów platformy. Co oznacza jednostkę raczej małą. Niewielki kadłub pomoże nam również w ograniczeniu kosztów uzbrojenia, bo automatycznie ogranicza liczbę i wielkość zainstalowanych systemów. Trzeba przyjąć za swoje powiedzenie małe jest piękne. Koncepcyjnie, nasze drobnoustroje służyłyby do bezpośredniej osłony ważnych transportów, co wymaga działania pod osłoną większych i silniejszych jednostek operujących w pewnym oddaleniu. Taką osłonę mógłby docelowo zapewnić Miecznik wraz z NDR-em. Pod warunkiem wprowadzenia ograniczonej zdolności do rekonfiguracji, nasze maluchy mogłyby alternatywnie przenosić elementy modułu przeciwminowego, projektowanego dla Czapli.

Pierwszą, pewnie trudną decyzją jest sama forma kadłuba. Trudno sobie wyobrazić 25-30m okręcik, dotrzymujący kroku wielkim kontenerowcom czy gazowcom. Mniejszą dzielność morską, wynikającą z niewielkich rozmiarów, kompensować możemy jedynie egzotyczną formą kadłuba. Najlepszy rezultat uzyskujemy pod tym względem stosując SWATH, który wymaga jednak dużej mocy do utrzymywania prędkości przy spokojnym morzu. BMT Nigel Gee oferuje projekty małych statków do obsługi farm wiatrowych w oparciu o hybrydę katamaranu i SWATH zwaną Extreme Semi-SWATH, w skrócie XSS.

Dość dobrze widać na czym polega hybryda katamaranu z SWATH.

Dość dobrze widać na czym polega hybryda katamaranu z SWATH.

Materiały reklamowe firmy BMT Nigel Gee zawierają ciekawe porównanie dzielności morskiej i niezbędnej mocy dla różnych form katamaranu. W innej broszurze mamy też porównanie kilku kluczowych parametrów również z kadłubem klasycznym.

Egzotyczne formy kadłuba są używane, gdy nie ma alternatywnego rozwiązania. Tu chodzi o dzielność.morską. Źródło - broszura BMT Nigel Gee Project L3 case study.

Egzotyczne formy kadłuba są używane, gdy nie ma alternatywnego rozwiązania. Tu chodzi o dzielność.morską. Źródło – broszura BMT Nigel Gee Project L3 case study.

Jednostka ma prędkość 28 węzłów, co jest na potrzeby ASW zbyt dużo, z drugiej strony zapotrzebowanie na moc dla urządzeń elektrycznych i elektronicznych będzie znacznie większa, niż przewiduje standardowy projekt. Ładunek użyteczny wynosi 7.5 tony i to jest nasze wyzwanie. Wybór systemów musi być więc przemyślany. Tylko to, co niezbędne dla wypełnienia misji i przetrwania. Najtrudniejszy i kontrowersyjny jest wybór sonaru. W tym przypadku decyzja naprawdę należy do fachowców. Mój wybór padł na sonar podkadłubowy ze względu na wagę i maksymalną prędkość przy której można go używać i fakt bezpośredniej osłony transportu. VDS jest możliwy również (np. w formie skonteneryzowanej jak na poniższym rysunku), choć wymagać będzie jeszcze większej dyscypliny w zachowaniu wagi i poboru mocy.

Sonar VDS dla niewielkich jednostek. Z prezentacji Kongsberg -Total Subsea.

Sonar VDS dla niewielkich jednostek. Z prezentacji Kongsberg -Total Subsea.

Poniższa lista jest tylko propozycją i może teoretycznie ulegać polonizacji, z tym, że polski przemysł musiałby być zdolny do zaoferowania poniższych urządzeń w tej samej kategorii wagowej w sensie dosłownym:

  • Sonar podkadłubowy Kongsberg SS2030.
  • Opcjonalnie sonar VDS ST2400 tej samej firmy.
  • 2 pojedyncze wyrzutnie lekkich torped plus torpedy MU90.
  • Radar 2D Variant firmy Thales.
  • Głowica EO (IRST) SAGEM EOMS NG.
  • Pułapki SKWS Terma.
  • VSHORAD MBDA Simbad -RC.
  • OTO Melara 30mm Marlin.
  • Wolno stojąca konsola Link11/16 z wyświetlaczem.

Brak jest systemu C2, chociaż tworzy się pole do popisu dla uproszczonej wersji rodzimego produktu SKOT. To pozwoliłoby rozwinąć skrzydła CTM. Wybór samego sonaru podkadłubowego zmuszałoby pewnie „drobnoustroje” do ścisłej współpracy ze śmigłowcami ASW bazującymi na lądzie i używającymi sonarów zanurzeniowych. Sam jednak fakt istnienia takiego zespołu, niezależnie od skuteczności, być może jest w stanie osiągnąć podstawowy efekt odstraszania okrętów podwodnych.

Sporym wyzwaniem byłoby pomieszczenie załogi. Projekt naszego maleństwa przewiduje transfer 12 dodatkowych techników, co pozwala na aranżację wnętrza aby pomieścić wszystkie konsole wraz z operatorami. Inna sprawa, to pobyt 15-18 ludzi przez kilka dni na tak małej jednostce. Integracja i automatyzacja zwiększa koszty a zwiększenie załogi napotyka na ograniczenia w przestrzeni. Na koniec krótkie podsumowanie korwet klasy Flower z tej samej książki Nelson to Vanguard:

Korwety Flower były przeznaczone do działań przybrzeżnych i miały wiele wad w walce na otwartym oceanie.
(…)
Istnieją jasne wskazówki, że większe i szybsze korwety River były bardziej efektywne w zatapianiu U-bootów niż okręty klasy Flower, ale były dwa razy droższe (…) i nie wydaje się aby były dwa razy bardziej skuteczne.
(…)
Jest prawdopodobne, że liczniejsze okręty Flower byłe lepsze niż River w trzymaniu U-bootów na dystans.

W planie modernizacji Marynarki Wojennej nie ma miejsca na taki projekt i nie ma dla niego budżetu. Z tego punktu widzenia nie ma zbyt wielkiego sensu. Pod warunkiem pełnej realizacji planu. Obserwując w jakich bólach ten program jest realizowany trudno jednak pominąć okazję do szukania rozwiązań prostszych, mających szansę na poparcie lokalnego przemysłu i dających marynarzom więcej szans na wyjście w morze. W końcu nie potrzebujemy budować od razu całej serii jak trałowców 207. Wystarczą dwie, trzy jednostki do zebrania doświadczeń i potwierdzenia założeń koncepcyjnych.

Nov 022014
 
wrota

Przeglądając codziennie wiadomości, wielu z nas wyczekuje decyzji dotyczących modernizacji Sił Zbrojnych. Przeprowadzono już wiele dialogów technicznych, ale podjęto znacznie mniej decyzji. A nowe zadania wciąż przybywają, jak choćby ostatnio wspomniane wzmocnienie wschodnich garnizonów i infrastruktury. Sytuację tłumaczy się czasem tytaniczną pracą studiowania setek lub nawet tysięcy stron dokumentacji przy bardzo ograniczonych zasobach ministerstwa. Wkrótce zapowiada się następne postępowanie na system obrony przeciwlotniczej krótkiego zasięgu Narew. Portal Defence24 pisze:

Ministerstwo Obrony Narodowej zamierza rozpocząć postępowanie w celu pozyskania systemu przeciwlotniczego i przeciwrakietowego Narew krótkiego zasięgu w 2016 roku. W listopadzie bieżącego roku przewiduje się otwarcie dialogu technicznego.

Sprawa o tyle dotyczy Marynarki Wojennej, że w planie modernizacji zawarto dwie baterie rakiet przeciwlotniczych. Tylko, czy my nie wyważamy otwartych drzwi? Definiując system obrony przeciwlotniczej jako zintegrowane ze sobą poniższe elementy:

  • Radar i/lub inne sensory,
  • C2,
  • Łączność i protokoły danych,
  • Wyrzutnie rakietowe,
  • Rakiety,

zauważmy, że Polska taki system już zakupiła i wprowadziła na stan Sił Zbrojnych. Mowa jest o systemie NASAMS tworzącym trzon Nadbrzeżnego Dywizjonu Rakietowego. Niech nas nie myli rodzaj i natura pocisku rakietowego używanego przez te dwa systemy występujące pod różną nazwą. Sam Kongsberg w swoich materiałach pokazuje uniwersalność systemu, gdzie na poniższym rysunku występują obok siebie NSM i AMRAAM.

Czy możliwe jest wpółistnienie NSM i AMRAAM w ramach jednego Dywizjonu

Czy możliwe jest wpółistnienie NSM i AMRAAM w ramach jednego Dywizjonu

Jedynym elementem do modyfikacji jest wyrzutnia rakietowa, której nie posiadamy. Taka sytuacja, pomijając nieco anegdotyczny charakter, stawia szereg pytań łatwych do zadania ale trudnych do odpowiedzi. Pierwsze i zasadnicze pytanie przychodzące na myśl, to czy potrzebna jest nam długotrwała procedura rozciągnięta do 2016 w sytuacji, gdy czas jest parametrem krytycznym? Być może zamiast skupić na definicji założeń taktyczno technicznych lepiej by było zebrać doświadczenia eksploatacyjne i dopiero wówczas wyznaczyć ścieżkę dalszego rozwoju?

Polska jest poniekąd w szczególnej sytuacji możliwości sprawdzenia praktycznego koncepcji, czy wspomniane tylko na rysunku współistnienie NSM i AMRAAM w ramach jednej baterii jest możliwe. Trzonem systemu jest bowiem moduł C2, zwany przez Kongsberga FDC (Fire Distribution Center), a w Polsce BCV (Battery Command Vehicle). Główną różnicą pomiedzy architekturą NASAMS i NDR są wozy programowania misji rakiet przeciwokrętowych zwane CCV (Combat Command Vehicle). Ładne i czytelne grafiki opisujące strukturę NDR znajdują sie w artykule Rakietowi Obrońcy Wybrzeża z Przeglądu Sił Zbrojnych. Inny jest również radar 3D, który był zagadką w baterii rakiet manewrujących, ale staje się bardzo cennym nabytkiem dla obrony przeciwlotniczej. Najważniejsze, że praca zintegrowania polskiego radaru 3D z FDC została już wykonana i zapłacona.

Ponieważ zbliża się zakup drugiego NDR-u, nadarza się więc idealna okazja do przetestowania pomysłu i to być może w ramach istniejącego budżetu. Konieczny jest zakup co najmniej jednego dodatkowego BCV do kierowania rakietami AMRAAM. Elastyczność konfiguracji wydaje się być duża, a więc możliwości manipulowania budżetem również. Jedna z możliwych propozycji poniżej.

 

Możliwości konfiguracji są spore. Powyżej jeden z wariantów.

Możliwości konfiguracji są spore. Powyżej jeden z wariantów.

Drugim, istotnym pytaniem związanym z ideą jest co zrobić, aby zdobyć poparcie krajowego przemysłu zbrojeniowego. Rząd bowiem stworzył Hydrę, z którą trudno będzie walczyć. Na naszych oczach rodzi się potężny na skalę lokalną kompleks militarno polityczny, który już wiąże ręce MON-owi. Pomimo faktu, że kontynuacja projektu NASAMS, który niewątpliwie znalazł się w kraju tylnymi drzwiami, może być najbardziej rozsądna, to krajowi potentaci wspierani przez polityków mogą zdecydować, że przetarg musi się odbyć pod hasłem „dostępu do kodów”. Nie neguje potrzeby niezależności w dziedzinie obronności. Zwracam tylko uwagę, że niewiele państw na świecie na taką niezależność stać, a podejście doktrynalne jest w stanie zablokować jakiekolwiek próby rozwoju. Najlepszą drogą wydaje się być selektywne inwestowanie w krajowe technologie i umiejętności oraz sprytne łączenie ich z elementami importowanymi. Coś na wzór Hindusów?

Skoro udało się wraz z Kongsbergiem dokonać integracji TRS-15 z FDC, to być może warto pomyśleć o rozszerzeniu współpracy idącej tym tropem. Kandydatów jest paru. Zacznijmy od radaru. TRS-15 o zasięgu instrumentalnym 240km ma pewną wartość wczesnego ostrzegania dla całości systemu Tarcza Polski, ale dla baterii bliskiego zasięgu to aż nadto. W rzeczy samej radar Sentinel występujący w oryginalnej wersji NASAMS ma zasięg od 50 do 75km, w zależności od wersji. To wskazuje na możliwość integracji mobilnego radaru Soła a jeszcze lepiej jego następcy Bystra.

Innym elementem istniejącym w architekturze NASAMS jest głowica EO dla celów kierowania środkami VSHORAD. I ponownie PIT/RADWAR posiada w swej ofercie coś podobnego w postaci systemu BLENDA, będącego w użytkowaniu Marynarki Wojennej. Idealnym kandydatem do integracji z NDR-em, ze względu na swoją mobilność jest POPRAD.

Problemem znacznie cięższego kalibru jest integracja nowych systemów dowodzenia z już istniejącymi. Na dobrą sprawę istnieje już produkt o funkcjach zbliżonych do FDC. Nazywa się REGA i ma w swej intencji integrować dowodzenie środków artyleryjsko-rakietowych obrony przeciwlotniczej, będących aktualnie na wyposażeniu Sił Zbrojnych. Czy nie warto układać się z Kongsbergiem na temat możliwości połączenia i zintegrowania najlepszych cech obu systemów w jedną całość w ramach projektu rozwojowego? Jeśli nie zaczniemy myśleć od samego początku o minimalizacji liczby systemów C2 w użyciu, to wkrótce działania sieciocentryczne staną się zmorą ze względu na niekompatybilność czy złożone interfejsy pomiędzy nimi.

Wszystko, co zostało napisane powyżej jest tylko być może rezultatem wyciągania nieuzasadnionych wniosków z lektury ogólnodostępnej literatury. Jeśli jednak coś w tym jest, rozsądne podejście do równowagi pomiędzy środkami, ambicjami umieszczonymi w kontekście czasu, pozwoli być może na uniknięcie tytanicznej pracy urzędników MON-u. Zamiast wyważać otwarte drzwi, skupmy się na jak najszybszej ścieżce dojścia do systemów spełniających wymagania minimalne, zamiast iść długą i krętą drogą w poszukiwaniu systemu optymalnego. Lepsze jest wrogiem dobrego jak mawiają anglosasi i mają w tym powiedzeniu sporo racji.

Oct 192014
 
Soryu

W tytułowym, otwartym pytaniu pobrzmiewa delikatnie nutka wątpliwości. Niepokój ma jednak swoje uzasadnienie w niezwykle wysokich planowanych kosztach i niejasnej sytuacji do czego i w jaki sposób te okręty miałyby być wykorzystane. Jest to więc pytanie o tak zwany CONOPS (Concept of Operations), na co nie tak łatwo znaleźć odpowiedź. Problem tkwi po części w tym, że ci którzy mają na ten temat wiedzę, rzadko się wypowiadają, a ci którzy takiej wiedzy nie posiadają, nie wychodzą publicznie poza koncept odstraszania, czyli przenoszenia przez okręty podwodne rakiet manewrujących dalekiego zasięgu. Tym cenniejsza staje się lektura czwartego numeru Przeglądu Sił Zbrojnych, zawierającego szereg artykułów dotyczących Marynarki Wojennej. Autorzy tych tekstów są oficerami marynarki i ich poglądy warto skonfrontować z obowiązującą wykładnią BBN-u odnośnie strategii bezpieczeństwa narodowego. Ta mówi o obronie żywotnych interesów Polski, wśród których obrona niezawisłości Państwa i jego integralności terytorialnej są najważniejsze. Na pierwszy rzut oka, okręt podwodny wpisuje się dobrze w taki scenariusz, zwłaszcza ubrany w szaty doktryny odmowy dostępu. Z drugiej strony, uznając realia geopolityczne, doktryna BBN-u kładzie nacisk na zagrożenia wynikające z konfliktów hybrydowych i „podprogowych”, a więc działań przeciwnika nie wywołujących automatycznej reakcji sojuszników. Co więc możemy się dowiedzieć na temat koncepcji operacyjnego użycia okrętów podwodnych z lektury Przeglądu Sił Zbrojnych i jak to wygląda w świetle konfliktów o ograniczonej skali?

Czysta ciekawość każe przeczytać w pierwszej kolejności artykuł Jednostki podwodne na Bałtyku, autorstwa dwóch podwodniaków, kmdr ppor. Tomasz Witkiewicza i kmdr ppor. Tomasz Sołkiewicza. Na wstępie sami zauważają, że podstawowy obszar działania nie jest optymalny:

Z analizy danych (…) wynika, że Bałtyk nie jest idealnym rejonem do działania okrętów podwodnych. Charakteryzuje go raczej mała głębokość z wyłączeniem niektórych obszarów, takich jak Rynna Słupska (głębokość powyżej 90 m) czy Głębia Gdańska (głębokość dochodzi do 120 m). Ponad 50% powierzchni morza to wody, których głębokość nie przekracza 50 m.

Tekst jest wzbogacony ładnymi ilustracjami, wśród nich mapą Bałtyku z zaznaczeniem wód o głębokości powyżej 50m, co jest istotne ze względu na fakt, że według autorów, bezpieczne manewrowanie okrętem podwodnym wymaga głębokości minimalnej 40-50m. Rzut oka na mapę skłania do refleksji, że podstawowym obszarem działań mogą być wody Zatoki Gdańskiej, co nierozerwalnie będzie związane z aktywnością skupioną wokół głównych baz i portów Polski i Rosji oraz główne szlaki żeglugowe odsunięte od polskich wód przybrzeżnych. To sugeruje niecelowość użycia okrętów podwodnych do zwalczania desantu przeciwnika na naszym wybrzeżu. I rzeczywiście, w analizie prowadzenia działań autorzy skupiają się na zwalczaniu żeglugi, zwłaszcza w pobliżu portów, uznając że korzyści mogą być niewspółmiernie większe od ryzyka oraz na zabezpieczeniu działań wojsk specjalnych. Niewątpliwie okręty podwodne, historycznie są najpotężniejszą bronią do prowadzenia guerre de course, ale jednocześnie ta sama historia wskazuje na dwie rzeczy. Wojna handlowa, aby miała jakikolwiek efekt strategiczny, jest długotrwała. Ale czy to jest możliwe w przypadku wojny hybrydowej? W końcu okręt podwodny służy do skrytego zatapiania statków i okrętów, a nie ich zatrzymywania lub rewidowania. Jak długo można bezkarnie topić statki przeciwnika w sytuacji niewypowiedzianej wojny? Dopuszczalny jest pewnie incydent jak zatopienie południowokoreańskiej korwety, lecz jest to działanie jednorazowe a nie regularna wojna ekonomiczna na liniach żeglugowych. Z drugiej strony, rozpatrując mało prawdopodobny (według obowiązującej doktryny BBN) przypadek otwartej wojny z Rosją, skuteczne działania na liniach żeglugowych wymagają posiadania przewagi na morzu. Tak przynajmniej twierdził Sir Julian Corbett. Co więc jeszcze pozostaje w menu? W artykule Perspektywy rozwoju marynarki wojennej, kmdr. rez. Krzysztof Marciniak okrętom podwodnym poświęca niewiele miejsca, zauważając, że:

Załoga Orki będzie w stanie prowadzić rozpoznanie, stawiać miny i transportować grupy specjalne w rejon ich działania.

Takie zadania o wiele lepiej wpisują się w wizję doktryny BBN-u, tylko czy do ich realizacji potrzebujemy okrętów podwodnych za 2.5 mld PLN sztuka? Być może realizacja tych zadań możliwa jest z wykorzystaniem mniejszych okrętów podwodnych lub wręcz bez nich? Na koniec dochodzimy do drażliwego punktu, czyli przenoszenia rakiet manewrujących. W zupełnym oderwaniu od podwodnej tematyki, portal Defence24 zamieścił niedawno informację o tym, że 1/3 polskiego terytorium znajduje się w zasięgu zintegrowanego systemu obrony przeciwlotniczej Rosji. Komentując ten fakt i powołując się na wypowiedź gen. Breedlove, portal wyraża opinię:

Oznacza to, że w wypadku prowadzenia kolektywnej operacji obronnej konieczne może się okazać przełamywanie elementów systemu obrony powietrznej potencjalnego przeciwnika.

Naturalną koleją rzeczy, taki system obrony przeciwlotniczej stanie się podstawowym celem wszelkich środków będących w dyspozycji sił zbrojnych. Rakiety odpalane skrycie z okrętu podwodnego są atrakcyjne z tego punktu widzenia. O ile jednak okręty podwodne oferują skrytość działania, o tyle ich minusem jest utrudniona łączność i mała siła ognia w sensie liczebności salwy. Jeżeli założymy, że system klasy S-400 ma możliwość zwalczania sześciu celów jednocześnie, w tym rakiet manewrujących i że jego unieszkodliwienie wymaga zniszczenia co najmniej radaru i/lub stanowiska dowodzenia, to wymagana jest salwa około ośmiu rakiet. Czyli minimum dwóch okrętów odpalających salwy jednocześnie lub przeładowanie wyrzutni i salwę sekwencyjną, co ułatwia obronę. Zaczyna się zabawa w taktykę. Opuścić sprintem obszar odpalenia rakiet by uniknąć reakcji sił ZOP, czy też pozostać w rejonie poruszając się z małą prędkością? Zależy od oceny sił ZOP i przyjęcia za pewnik lub nie wykrycie okrętu przez przeciwnika. Jeśli przyjmiemy fakt wykrycia za pewnik, sprint już nie przeszkadza, jeśli jednak przeciwnik nie wykrył miejsca odpalenia, sprint daje mu dodatkową szansę na zlokalizowanie okrętu.

Ciekawy, acz kontrowersyjny komentarz na temat użycia Tomahawków znajdujemy w komentarzu autorstwa Johna T. Kuehn’a TLAMS and ISIS: Insane and cynical ways to blow things up:

Mój przyjaciel, który niech pozostanie anonimowy, określa TLAM jako: „XX- wieczny odpowiednik noty dyplomatycznej, mający przekazać niezadowolenie nie czyniąc w rzeczywistości nic”.

Tekst odnosi się do sytuacji przewagi Stanów Zjednoczonych nad przeciwnikiem. Trudno sobie wyobrazić, aby taka „nota dyplomatyczna” wywarła jakikolwiek pozytywny efekt na militarnym mocarstwie, jakim jest Rosja, poza ewidentną prowokacją. Powtórzę w tym miejscu wielokrotnie powtarzane zdanie, że odstraszanie jest zjawiskiem psychologicznym mającym swe źródło w przekonaniu przeciwnika o nieuchronności konsekwencji. Jeśli więc rakiety manewrujące odpalane spod wody nie są dobrym środkiem odstraszającym i zbyt nielicznym do efektywnej degradacji obrony przeciwlotniczej, to czy inwestycje w nie są rozsądne? Zwłaszcza, że wielu komentatorów podkreślając niewielki relatywny koszt samych rakiet, pomija inwestycje niezbędne w systemy do zdobywania informacji o celach (zwłaszcza mobilnych) i łączności z okrętami podwodnymi.

W ten sposób dochodzimy do całkiem zasadniczego pytania czy wydawać horrendalne kwoty na okręty podwodne, czy nie? Najbardziej spójną strategią zgodną z teorią wojny podprogowej i hybrydowej jest inwestycja w podwodne pojazdy dla sił specjalnych. Zwłaszcza, że te ostatnie i tak mają priorytet oraz uprzywilejowany status “polskich kłów”. Te jednak nie odpalą żadnej torpedy, chociaż stanowią zagrożenia dla baz przeciwnika i statków w portach, jak pokazują sukcesy włoskich płetwonurków z II wojny światowej.

Takie maleństwo jak prototyp General Atomic dla sił specjalnych, również może być wyposażone w baterie litowo-jonowe

Takie maleństwo jak prototyp General Atomic dla sił specjalnych, również może być wyposażone w baterie litowo-jonowe

Wówczas pozostaje rozważenie tańszej alternatywy mniejszych okrętów podwodnych. Takie okręty nie mają AIP i w konsekwencji dysponują znacznie mniejszym zasięgiem i czasem pozostawania w zanurzeniu. Jeśli jednak, zgodnie z tym co zostało wcześniej powiedziane, podstawowym zadaniem miałoby być rozpoznanie, skryte stawianie min, współpraca z siłami specjalnymi bądź rajdy przeciwko jasno sprecyzowanym celom to wymóg długotrwałego pozostania w zanurzeniu czy zasięgu pozostanie dyskusyjny. Przyczynkiem do pewnych spekulacji może być rozwój technologiczny i decyzja Japonii o wyposażeniu reszty okrętów klasy Soryu w baterie litowo-jonowe zamiast AIP. Reporter Defense News podaje kilka ciekawych argumentów i faktów związanych z tą decyzją. Po pierwsze, nowe baterie zastąpią dotychczasowe a nie uzupełnią je jako zastępstwo dla AIP, co najwyraźniej próbuje oferować DCNS w przypadku Scorpene. Ciekawy jest argumant uzasadniający taką decyzję:

Przyjmując, że okręty podwodne są szpicą sił zbrojnych Japonii … prędkość i zasięg są fundamentalne dla działań okrętów podwodnych, a napęd oferujący zwiększone parametry w tych obszarach jest szczególnie atrakcyjny dla japońskiej marynarki.

Wracając na Bałtyk można postawić tezę, że za wyjątkiem działań na liniach żeglugowych, dopóki okręty działają z Gdyni, nie potrzebują zasięgu, a jeśli działają ze Świnoujścia potrzebują szybkości, której nie daje AIP. Skąd więc nacisk na AIP? Dążenie do zbudowania zrównoważonej floty maksymalizującej zdolności bojowe może się zderzyć z założeniami doktryny bezpieczeństwa narodowego tak samo jak z budżetem, który prawdopodobnie preferuje inne priorytety. Nie jest również oczywiste dlaczego w przypadku sił nawodnych zostały narzucone pewne ograniczenia i korwety to wszystko, na co mogą liczyć marynarze, podczas gdy w przypadku sił podwodnych dopuszcza się możliwość zakupu jednostek o najwyższych parametrach w swojej kategorii.

Sep 242014
 
OPV85_Luerssen

Politycy nie ukrywają, że program modernizacji Sił Zbrojnych, w tym Marynarki Wojennej jest sposobem na ożywienie polskiej gospodarki. Chęć posiadania kontroli nad strategicznymi gałęziami przemysłu obronnego wyraża się w postulacie polonizacji co najmniej 70% zakupów uzbrojenia i sprzętu. Dotychczas uwaga obserwatorów skupiała się przede wszystkim na ograniczeniach finansowych dotykających boleśnie naszą flotę. Jednak nie one chyba są przyczyną, że MON każe nam tak długo czekać na swoje decyzje odnośnie najważniejszych programów modernizacyjnych dla Marynarki Wojennej. Marcin Mikiel polemizując z krytyką swojej interesującej książki Koncepcja wielozadaniowego okrętu wojennego dla Marynarki Wojennej RP w świetle nowych wyzwań zawiera bardzo istotną uwagę:

Dziś można zaryzykować twierdzenia, że nie jest nam potrzebna nadmiernie rozbudowana marynarka wojenna, ale taka, która jest rozwijana w sposób ciągły i konsekwentny…

Jeśli społeczne i polityczne poparcie ograniczy finansowanie floty do motorówek hydrograficznych, niech tak będzie, ale niech ta potrzeba nie stanie się powodem nieustających dyskusji i braku decyzji. Ilustracją powyższej tezy jest obecny stan Royal Canadian Navy, która wycofuje ze służby trzy stare niszczyciele bez ich zastąpienia nowymi jednostkami, istniejącymi tylko na papierze w formie bardzo ambitnego planu o mglistych szansach na realizację.

Wobec braku szerokiego społecznego zrozumienia i poparcia dla programu zbrojeń morskich, flocie brak jest silnego sponsora przemysłowego. Niezależnie od chęci marynarzy do maksymalizowania zdolności bojowej floty w ramach nakreślonego budżetu, cały plan jest zawieszony pomiędzy gotowością do finansowania na przewidzianym poziomie a możliwościami produkcyjnymi naszych stoczni. Bo bez udziału naszych stoczni na poziomie wspomnianych 70%, silne lobby przemysłu zbrojeniowego będzie zainteresowane promocją innych swoich produktów. Tak więc na plan modernizacji warto może spojrzeć z punktu widzenia stoczni. Dalszy tekst prosi się wręcz o komentarz osób o wiele lepiej zorientowanych w temacie, niemniej jednak poniżej zawarte są spekulacje oparte o kilka prostych hipotez. Pod uwagę brane są tylko trzy stocznie – Remontowa, SMW i Nauta. Dwie ostatnie są przewidziane do włączenia w Polską Grupę Zbrojeniową. Remontowa jest zaangażowana w budowę 3 niszczycieli min do 2022 roku w tempie jednej jednostki co trzy lata. SMW wznowiła budowę Ślązaka i na wykończenie okrętu o poziomie kompletacji około 70% potrzebuje 2.5 roku. Przyjmuje się, że budowa dwóch korwet zajmie 7-8 lat. Dla OPV może to być trochę mniej, zwłaszcza jeśli to będzie prosty w miarę okręt jak L’Adroit. Horyzont czasowy przyjęty to lata 2015-2022 czyli 8 lat.

Ilustracja poniżej pokazuje, że okręty podwodne destabilizują budżet i są najsilniejszym ograniczeniem finansowym. Okręty nawodne mieszczą się w budżecie ale mogą stanowić wyzwanie dla zdolności produkcyjnych stoczni. Rozwiązaniem pośrednim jest budowa jednego OP w stoczni zagranicznej jako okrętu wiodącego w serii i po dwa Mieczniki oraz Czaple. Wówczas mieścimy się w teoretycznie założonym poziomie 900 mln PLN rocznie. Tyle, że nie ma tam już miejsca na pozostałe programy jak ELINT, okręty pomocnicze nie mówiąc o Marlinie.

MW-Reset

Jako wariant trzeci pokazano po raz kolejny na tym blogu wersję z bliźniakiem dla Ślązaka ale uzupełnionym o pakiety dozbrojenia pary do pełnej korwety. W tym wariancie rezygnuje się z jednego typoszeregu korwet i OPV, ale w dalszym ciągu zachowuje się tylko dwa typy okrętów – MEKO i OPV. Okręt patrolowy proponuje się zbudować w wersji Low – end, czyli prostej i ekonomicznej zgodnie z filozofią rozwiązania „wystarczająco dobrego”. Taka propozycja ma kilka zalet:

  • Wprowadza większą elastyczność budżetową, gdyż pakiety modernizacyjne dla korwet są osobną pozycją.
  • Wykorzystuje się szansę jaką daje Ślązak i poniesione już koszty do obniżenia kosztów korwet
  • Daje szansę na zastosowanie systemu C2 SCOT autorstwa CTM w projekcie uproszczonych OPV. Ryzyko jest znacznie mniejsze niż w przypadku korwet.
  • Minimalizuje czas uczenia się nie do uniknięcia w przypadku nowego projektu.
  • Zwiększa bazę przemysłową i zaplecze Marynarki Wojennej poprzez wciągnięcie w modernizację trzech stoczni oraz otwarcie nowego rynku dla CTM.
  • Zwiększa zainteresowanie potencjalnego sponsora i promotora w postaci polskiego lobby przemysłowego

Taka propozycja nie odbiega drastycznie od obranego planu i powinna zaoferować politykom większą elastyczność w wyborze opcji, co może być ważne wobec zbliżających się wyborów. W sumie Siły Zbrojne mają i tak sporo szczęścia, gdyż ostatnia rekonstrukcja rządu zachowuje nie tylko ciągłość na stanowisku Ministra Obrony ale wzmacnia go poprzez stanowisko wicepremiera. Tyle, że to tylko na rok a dalej nie wiemy, co będzie. W tym miejscu warto chyba przypomnieć rysunek już publikowany na tym blogu, autorstwa D.K. Browna, z książki Future British Surface Fleet: Options for Medium Sized Navy.

Wartość bojowa a percepcja użyteczności dla polityków to dwie różne rzeczy.

Wartość bojowa a percepcja użyteczności dla polityków to dwie różne rzeczy.

Dolną granicę zdolności bojowych definiują marynarze a konstruktorzy okrętów określają dla takiej jednostki dolną granicę kosztów. Gdybyśmy przyjęli, że minimum akceptowalne to prosty OPV uzbrojony w armatę średniego kalibru, najprostsze rakiety plot obrony bezpośredniej i moduł przeciwminowy, to koszt być może wyniesie 300-400 mln PLN. Górną granice finansową definiują politycy, określając jednocześnie wartość użyteczną okrętu. To nie jest kwestia obliczeń, ale prosta obserwacja mówi, że największa jednostkowa inwestycja w MW to NDR, czyli 700 mln PLN, de facto podzielone na pół pomiędzy dywizjon i rakiety. Drugim przypadkiem jest poród w bólach Ślązaka za 800 mln PLN. Jest to praktycznie rzecz biorąc uproszczona korweta. I to jest najbardziej prawdopodobny zakres poruszania się lub pole manewru dla planistów MON-u i Marynarki Wojennej. Okręty podwodne za 2-2.5 mld PLN są interesującym przypadkiem. Albo wartość tak zwanego odstraszania będzie dla polityków na tyle atrakcyjna, że się zdecydują na tak ogromny wydatek, albo OP mogą zniknąć ze składu naszej floty. Istnieje optymistyczna wersja, że plan zostanie po prostu zrealizowany w przewidywanej wersji, tyle że rozciągnięty w czasie. Warto poobserwować i wyciągnąć wnioski.

Sep 062014
 
Sigma for Marocco

Nikt nie odwołał planu modernizacji Marynarki Wojennej ani nie ogłosił istotnych zmian, jednak trudno nie odnieść wrażenia, że budżet przeznaczony na realizację planu staje się powoli buforem finansowym dla realizacji innych celów. Brak nowych wieści tylko potęguje to wrażenie. Jeśli się mylę, w co chciałbym wierzyć, to oczekiwałbym jakiś jasnych komunikatów ze strony Ministerstwa Obrony Narodowej. Wierzę jednak, że Marynarka nie zostanie pozostawiona całkowicie na łaskę losu i MON podejmie działania kierując się trzema zasadami:

 

  • elastycznego wyboru realizowanych projektów
  • nie wychodzenia zbyt daleko poza ramy oficjalnego planu
  • minimalizując niezbędne nakłady finansowe.

Zmiany będą prawdopodobnie ułatwione, gdyż wkrótce należy się spodziewać rekonstrukcji rządu, a przyszły rok to rok wyborczy. Nowym politykom łatwiej przeforsować nowe idee, mając pewien kredyt zaufania na początek. Jest to kontynuacja toku myślenia z poprzedniego wpisu, który zyskał wsparcie po przeczytaniu w Dzienniku Zbrojnym zgrabnego podsumowania założeń finansowania modernizacji Sił Zbrojnych na lata 2014-2016. Wnioski jakie się nasuwają, wymagają nowego rozdania i propozycji jak i w co inwestować w przypadku programu „zwalczania zagrożeń ze strony morza”.

MW to najwyższa kwota i najniższy priorytet

MW to najwyższa kwota i najniższy priorytet

Powyższa tabela jest podobna do zamieszczonej we wspomnianym artykule, lecz sortuje inwestycje według wartości, od największej do najmniejszej. Czcionka pogrubiona wskazuje na projekty, które wydają się być pewne ze względu na fakt już podpisanej umowy lub też biorąc pod uwagę wysoki priorytet na liście MON-u i BBN-u. Przeglądając tabelę, przychodzi na myśl dość popularna przypowiastka o jak najlepszym wypełnieniu naczynia kamykami. Najpierw wrzuca się duże kamienie. W pozostałą przestrzeń stara się wcisnąć mniejsze kamyki, a resztę wypełnia się piaskiem. Niech naczynie będzie budżetem a kamyki i piasek projektami o różnej wartości i postąpmy tak jak nam mówi przypowieść. W tabeli są podane maksymalne wartości, które ministerstwo może wydatkować na projekt. Ich suma jest jednak większa od ogólnego limitu budżetowego na dany rok. Dla 2015-go nadwyżka wynosi dwa miliardy PLN. Gdzie znaleźć rezerwy? Na czele listy z największą wartością lecz najniższym priorytetem jest Marynarka Wojenna. Gdybyśmy zrezygnowali z realizacji wszelkich projektów nie oznaczonych jako pewne lub priorytetowe, to i tak musielibyśmy obciąć wydatki na marynarkę o 0.5 miliarda PLN, co nie pozwala na uruchomienia żadnego z głównych projektów jak okręty podwodne czy Miecznik. W 2016 jest znacznie gorzej. Przy zastosowaniu tej samej metody budżet floty się praktycznie zeruje. Nie przewiduję tak czarnego scenariusza ale podejrzewam istnienie silnych ograniczeń na wydatkowanie pieniędzy w tej dziedzinie. Teoretycznie można projekty odsunąć w przyszłość, co dotychczas było metodą preferowaną, ale w kolejce czeka projekt śmigłowców szturmowych Kruk, czy też rozbudowa infrastruktury pod „wzmocnienie wschodniej flanki NATO”. Minister Siemoniak po powrocie ze szczytu NATO, wyraża swoje zadowolenie, mówiąc:

Polska delegacja zabiegała o podniesienie znaczenia Wielonarodowego Korpusu Północ-Wschód, który znajduje się w Szczecinie. – Chcielibyśmy, aby korpus i jego dowództwo było organizatorem obrony na wschodniej flance NATO. To by oznaczało, że będzie dowodzić siłami większymi od szpicy – mówił minister Siemoniak. – Przedsięwzięcie jest trudne i kosztowne, ale jesteśmy na to przygotowani.

Pojawiają się więc nowe priorytety i uczciwie mówiąc bardzo istotne i całkiem uzasadnione. Razem wzięte, powyższe fakty skłaniają do przemyślenia swoistego resetu planu modernizacji Marynarki Wojennej. Groźną alternatywą pozostanie bujanie w obłokach i snucie snów o potędze. Co więc można lub trzeba zrobić? Nieodmiennie powraca pytanie o jaką marynarkę wojenną się staramy? Podobne pytanie zadaje sobie Prof. James Holmes na łamach National Interest. Jak wyglądałaby US Navy, gdyby ją stworzyć od podstaw dzisiaj, wobec aktualnych zagrożeń? Autor sięga do teorii Juliana Corbetta mówiąc, że „bitwa jest tylko środkiem w wojnie na morzu a nie celem samym w sobie” i podkreśla rolę lekkich sił nawodnych broniąc ich roli mimo uwagi skupiającej się na trzonie floty – „battle fleet” mającej za zadanie zmieść flotę przeciwnika z powierzchni morza. Proponuje okręty podwodne ograniczające ruchy floty przeciwnika oraz wachlarz lekkich okrętów nawodnych operujących w czasie pokoju lub kryzysu. Im poziom zagrożenia wyższy, tym mniejsze jednostki nawodne są preferowane. Symptomatyczne, że najsilniejsza flota świata nie czuję się już niezwyciężona . Szwedzką odpowiedzią było być niewidzialnym, a propozycja niewielkich okrętów nawodnych sugeruje opcję floty-roju. Stwierdzenie profesora – „potęga morska nie sprowadza się już tylko do floty” prowadzi nas do przyjętej doktryny odmowy dostępu. Tylko, że w naszym przypadku przyjęcie założenia Bałtyk Plus nie oznacza automatycznie strategii A2/AD. Sam Tangredi na łamach tegoż samego periodyku National Interest, wyjaśnia co stanowi wyróżnik doktryny odmowy dostępu:

wyjątkowość podejścia w doktrynie odmowy dostępu polega na tym, że jest specjalnie zaprojektowana tak, aby zablokować dostęp zewnętrznej potędze globalnej spoza regionu, której obrońcy nie są w stanie w innym przypadku pokonać.

Kluczowe słowa to te o sile spoza regionu a nie sąsiedzie z dostępem do morza. Czy można więc zaproponować doktrynę zgodną z poglądami Prezydenta na temat obrony terytorialnej Bałtyk Plus, ale różniącej się od teorii odmowy dostępu i akceptowalną dla rządu? Z pomocą znów przychodzi Julian Corbett, który oferuje dość sporo opcji dla strony uznającej przewagę przeciwnika. Możliwym rozwiązaniem jest skupić się na zapewnieniu czasowej i lokalnej przewagi na morzu w celu uzyskania „prawa przejścia morzem” oraz odmowy takiego prawa przeciwnikowi. Będąc stroną słabszą nie możemy, w świetle teorii Juliana Corbetta mówić obronie lub atakowaniu szlaków morskich i żeglugi, ale możemy podważać przewagę przeciwnika i chronić strategiczne pojedyncze transporty morskie, bądź militarne bądź handlowe. Aby wyobrazić sobie charakter działań na Bałtyku, warto przywołać analogię do działań na Morzy Śródziemnym lub Czarnym w czasach drugiej wojny światowej, gdzie lotnictwo lądowe odgrywało istotną rolę a każdy transport dostarczony na Maltę czy do Afryki wiązał się ze złożoną operacją połączonych sił zbrojnych z obu stron konfliktu.

W próbie zamiany powyższych tez na konkretny sprzęt nie powinniśmy lekceważyć ostrzeżenia, które James Holmes zawarł w swoim artykule:

Odkryj, co Amerykanie i rząd są gotowi wesprzeć. Potęga morska jest świadomym wyborem politycznym (…)

Tak więc, zataczając koło powracam do naczynia wypełnionego już po części dużymi kamieniami innych projektów niż marynarki wojennej i próbuję dopełnić je małymi kamyczkami oraz piaskiem. Przede wszystkim przyjmuję, że duże kamienie jak okręty podwodne i korwety, zostaną odłożone na nieznaną przyszłość. Przynajmniej w obecnej postaci projektów. Co więc można zrobić?

Obrona własnego prawa do przejścia morzem:

  • Ochrona kluczowych transportów zakłada, że jest co eskortować. Niespodziewanym priorytetem może stać się okręt wsparcia połączonych operacji. Jednak mam na myśli okręt transportowy, a nie desantowy. Idea szybkiego rajdu, czy wzmocnienia państw Bałtyckich wobec przewagi przeciwnika nie pozwala na długotrwałe wspieranie desantu z morza i pozostawanie w obszarze zagrożenia. Nie wiadomo również jakie śmigłowce miały by służyć do desantu. Głównym użytkownikiem będzie 25 brygada kawalerii powietrznej i przypuszczam, że będzie miała całkiem inne zadania. Dużą operację desantową w ramach NATO na Bałtyku uważam za na tyle mało prawdopodobną, że nie wartą przeznaczania istotnych i skąpych środków na ten cel. Transport brygady poza nasz obszar zainteresowania w obecnej sytuacji przypuszczalnie przegra z priorytetami jak obrona przeciwlotnicza czy nawet program pancerny. Rozwiązaniem mógłby być szybki prom w zmilitaryzowanej wersji, podobnie jak to uczynili amerykanie.
  • Eskortę dla transportu wojska czy też strategicznych dostaw surowców lub paliw miały zapewnić korwety. Jeśli jednak ich nie będzie to pozostajemy z fregatą po przeglądzie i Ślązakiem. Rozwiązaniem mogłoby być podjęcie budowy zubożonej serii korwet bez uzbrojenia ofensywnego i uzbrojeniem przeciwlotniczym ograniczonym do krótkiego zasięgu. Taki okręt ma szansę na modernizację w przyszłości i rozbicie finansowo projektu na etapy. Jeśli w grę nie wchodzi rozpoczęcie serii trzech okrętów, to pozostaje wielokrotnie proponowany na łamach blogu bliźniak dla Ślązaka. W takim wypadku być może miałaby sens modernizacja dwóch systemów Phalanx z fregat do poziomu SeaRAM. Nawet jeśli ekonomicznie nieuzasadnione, to pozwala na minimum samoobrony dla zarówno fregaty i korwety oraz na ich standaryzację.
  • Zainicjowanie programu okrętów patrolowych jako alternatywy do korwet przy założeniu działań wojny hybrydowej. W tym wypadku okręty w drugiej fazie powinny zostać wyposażone w system przeciwlotniczy samoobrony klasy RAM/Mica. Sonar holowany w formie skonteneryzowanej i wymienny pomiędzy jednostkami byłby również cennym uzupełnieniem. Podobnie jak w poprzednim wypadku, systemy modułowe lub „plug-in” jak RAM pozwalają na rozbicie finansowe projektu na etapy. Małe kamyki są wówczas uzupełniane piaskiem.
  • Wspomniane już w poprzednim wpisie samoloty patrolowe i ASW z prawdziwego zdarzenia.
  • Przyśpieszenie prac nad modułem przeciwminowym przewidzianym dla Czapli i zmodyfikowanie go w takim stopniu, aby był możliwy do przenoszenia przez dowolną platformę, włączając statki cywilne.

Odmowa prawa przejścia morzem dla przeciwnika (łącznie z próbą blokady):

  • Głównym problemem pozostaje groźba zaniku naturalnego sił podwodnych wraz z kompetencjami marynarzy i całej wspierającej infrastruktury. Jedyną alternatywą wydaje się być leasing jednej jednostki od zaprzyjaźnionej floty NATO, co księgowo usuwa środki finansowe z rubryki „inwestycje”. Próba była już podejmowana a nasza wiarygodność podważona, jeśli wierzyć wspomnieniom osoby będącej blisko wydarzeń.
  • Miniaturowe okręty czy raczej pojazdy podwodne dla sił specjalnych. Biorąc pod uwagę sukcesy włoskich płetwonurków w czasach II wojny światowej na Morzu Śródziemnym, wydaje się to być bardzo ekonomicznym środkiem powstrzymywania i odstraszania.
Hybrydowe i asymetryczne. Specjalsi pod wod, czyli dwa w jednym

Hybrydowe i asymetryczne. Specjalsi pod wod, czyli dwa w jednym

  • Rozwój systemów bezzałogowych, zarówno nawodnych jak i podwodnych. Rozpoznanie, walka z minami czy patrolowanie to nie jest już w dzisiejszych czasach fantazja. Systemy są powoli wprowadzane do służby lub przechodzą intensywne testy. Ryzyko inwestowanie w niesprawdzone technologie jest w tym wypadku mniejsze od ryzyka niewykorzystania szansy. Jest to coś, z czym krajowy przemysł i zaplecze badawcze powinno sobie dać radę. Jest to również szansa na częściowe rozwiązanie odwiecznego dylematu ilość versus jakość. Strata bezzałogowca w wyniku działań wojennych to nie koniec floty. Uzupełnienie strat jest relatywnie proste i przede wszystkim w ogóle możliwe. Media pokazują interesujące prototypy czy prace badawcze, ale brakuje im chyba jasnego ukierunkowania, które może nadać tylko użytkownik i przynajmniej ogólna specyfikacja mówiąca jak chcemy dany pojazd wykorzystywać.
  • Powrót do idei Fast Attack Craft w wersji lżejszej i uproszczonej. W dalszym ciągu fascynuje mnie idea wykorzystania małego SWATH jak Skrunda w podwójnej roli okrętu załogowego i autonomicznego bezzałogowca. Coś na wzór SW-4/Solo. Niektóre zadania lub w czasie pokoju byłyby wykonywane z załogą na pokładzie, podczas podczas wzrostu zagrożenia lub wojny w trybie autonomicznym. Wiadomo, że Skrunda ma możliwość zabierania 6 tonowego kontenera, co wyznacza granicę ładunku użytecznego. Cztery lekkie pociski klasy Penguin lub Marte o zasięgu 30-50km wymagają prostego modułu planowania misji oraz, być może jednej konsoli C2 z łączem Link11/16. Radar nawigacyjny plus ESM.

Marte

Niektóre z powyższych pomysłów były już komentowane na tym blogu, jeżeli jednak grozi nam tytułowy „reset” to będziemy zmuszeni do powrotu do dyskusji o podstawach i sensie istnienia Marynarki Wojennej.

Aug 122014
 
c295-asw-chile

W realizacji programu modernizacji Marynarki Wojennej mamy dość interesującą sytuację. MON bowiem zaprasza firmy do dialogów technicznych i zapytuje o informacje potencjalnych dostawców, brak jest jednak decyzji o realizacji poszczególnych projektów. Na stronie ministerstwa pojawia się przy najważniejszych programach zdanie „SW i WZTT w trakcie uzgodnień wewnątrz MON”. Być może jest to kwestia złożoności problemów i skomplikowanej procedury, a być może po prostu inercja. W międzyczasie na stronach Inspektoratu Uzbrojenia pojawiły się ogłoszenia o „zamiarze przeprowadzenia dialogu technicznego” na okręty zaopatrzeniowe dla floty jak i o „rozpoczęciu realizacji fazy analityczno-koncepcyjnej dotyczącej zdolności do kompleksowego rozpoznania z powietrza oraz zwalczania okrętów podwodnych”.

Wkrada się nutka niepokoju. Jeśli procedury są tak skomplikowane, to dlaczego skąpe zasoby specjalistów rzuca się na nowe tematy zamiast dopiąć już rozpoznane i kluczowe projekty? Być może odpowiedź jest inna – MON zbiera informacje o wszelkich opcjach trzymając je do końca otwarte. Niewątpliwie są to tylko spekulacje autora, ale wobec braku nowych informacji z Ministerstwa, dają jakieś wytłumaczenie. Jednak jeśli tak jest to konsekwencje nie są wesołe, bowiem urzędnicy państwowi stoją prawdopodobnie przed trudnymi decyzjami. Podobnie jak autor na tym blogu tak i Defence24 podnosił już dawno kwestię potencjalnej kumulacji wydatków modernizacyjnych poza granicę realności.

W takiej sytuacji mamy kilka możliwych strategii postępowania. Jedna to trwać przy pierwotnych założeniach wierząc, że środki jednak się znajdą. To może być trudne, bo poza planem pojawiają się nowe propozycje. Druga możliwość polega drastycznej decyzji sprowadzającej się do alternatywy albo okręty podwodne albo okręty nawodne. Wynika to z sum jakie trzeba przeznaczyć na te dwie największe pozycje budżetowe. Jest też trzecia droga, która sprowadza się do przesuwania w czasie kluczowych decyzji a w międzyczasie realizacja przedsięwzięć na mniejszą skalę, dających jednak efekt synergii z wyposażeniem i uzbrojeniem już w trakcie realizacji. Przykładowo pomysł na Maritime Patrol Aircraft (MPA), a tak chyba należy odczytywać ostatnie ogłoszenie Inspektoratu Uzbrojenia byłby idealnym uzupełnieniem śmigłowców ZOP. Głównym sensorem tych ostatnich będzie sonar zanurzany, ale wobec ograniczonego czasu przebywania w powietrzu helikopter powinien mieć już wcześniej informację o potencjalnym obszarze przebywania okrętu podwodnego. Najnowsze boje Multistatic Active Coherent (MAC) jak SSQ-125 dają na to szansę, ale wymagają wyższego pułapu w celu monitorowania większego obszaru, na którym pole sonoboi się znajduje. To implikuje samolot raczej, nie helikopter.

Ten sam samolot MPA może być cennym źródłem danych dla NDR-u. Przy relatywnie niewielkim koszcie uzyskujemy efekt znacznie większy niż by to wynikało z zainwestowanych sum.

Ciekawe będzie porównanie pierwotnego, powyższego rysunku z ostatecznym rezultatem.

Ciekawe będzie porównanie pierwotnego, powyższego rysunku z ostatecznym rezultatem.

Idąc dalej tym tropem można dojść do wniosku, że skoro godzimy się na operowanie bezbronnego MPA w przestrzeni nad Zatoką Gdańską, to unikając sprzeczności logicznej, powinniśmy „dać szansę” na przeżycie okrętom nawodnym. Innymi słowy jeżeli zdecydujemy się na ograniczony poziom zagrożenia, to opcja budowy okrętów nawodnych staje się atrakcyjniejsza. Istnieje po temu kilka powodów. Wszyscy bacznie obserwujemy rozwój konfliktu na Ukrainie. Jak na razie raczej potwierdza on tezy gen. Koziej o działaniach „podprogowych” i potrzebie zdolności „anty zaskoczeniowych”. W rzeczy samej marynarka w konflikcie Krymskim nie odegrała żadnej innej roli poza „Fleet-in-being”. Budowa okrętów nawodnych jest równiej łatwiejsza do kontrolowania wydatków i bardziej realna dla krajowego przemysłu stoczniowego. Modułowość, jak MEKO na Ślązaku, stanowi wciąż niewykorzystany potencjał do podzielenia projektu na bardziej strawne dla budżetu kawałki bez utraty możliwości modernizacyjnych. Z drugiej strony dla polityków bardziej atrakcyjna wydaje się być opcja okrętów podwodnych. To rozwiązanie, zwłaszcza w połączeniu z tak zwaną opcją odstraszania, byłoby dla programu modernizacji marynarki wojennej destabilizujące. Nie tylko dlatego, że może podnieść koszt samego okrętu podwodnego, który już jest niebotyczny, to jeszcze de facto wymagać będzie całego zaplecza rozpoznania strategicznego z satelitami i łącznością, co opróżni kasę do dna. W konsekwencji siły nawodne pozostaną na długo z jedną fregatą OHP, OPV Ślązak, trzema Kormoranami i trójką Orkanów.

Tak więc niewykluczone, że cisza medialna wynika nie tyle z mrówczej pracy urzędników, co niełatwych do podjęcia decyzji i trzymaniu do końca otwartych opcji. Osobiście nie miał bym nic przeciwko metodzie małych kroków budujących synergię, byle by były widoczne zarówno dla nas jak i dla rywali. To też jest odstraszanie.

Jul 142014
 
A5326

Ogłoszenie przez Inspektorat Uzbrojenia zamiaru przeprowadzenia dialogu technicznego na zbiornikowiec floty oraz okręt wsparcia logistycznego mogłoby przejść bez echa wobec powszechnego skupienia uwagi na sile i zdolności rażenia naszych przyszłych okrętów. Jest jednak parę szczegółów, które nawet takiego laika w zakresie morskiej logistyki jak autor tego blogu, zastanawia i prowokuje do paru pytań. Techniczne niuanse zostawiam fachowcom i odsyłam do dobrego przykładu jakim są wiadomości na Defence24.

Pierwsza rzecz, która uderza to przyśpieszenie terminów w porównaniu do pierwotnej prezentacji programu modernizacji. Może to mieć źródło w chęci zaoferowania przemysłowi interesującego kontraktu. Ale może być również znakiem dość poważnego podejścia do planów rozwoju floty. Z dwóch względów – sięgamy oto po fragment mało interesujący polityków, ale bez którego samodzielne działania sił nawodnych poza Bałtykiem nie mają szans na powodzenie. Po drugie, jest to znak, że flota nawodna jednak przeżyje. Ten niepokój o okręty nawodne rodzi się obserwując jak forsowany jest program okrętów podwodnych, stanowiących największą pozycje w budżecie modernizacyjnym marynarki wojennej.

Innym szczegółem wzbudzającym zainteresowanie są niektóre parametry wspomniane w bardzo ogólnej specyfikacji:

  • zaopatrywanie w paliwo – 3000/6000 ton
  • zaopatrywanie w wodę 500/100 ton
  • Parametry okrętu – około 10.000 ton wyporności oraz prędkość maksymalna nie mniejsza niż 25 węzłów.
Etna - coś dla nas i na dokładkę zupełnie nieźle uzbrojona. Foto - www.marina.difesa.it

Etna – coś dla nas i na dokładkę zupełnie nieźle uzbrojona. Foto – www.marina.difesa.it

Wygląda na to, że najbliższa temu opisowi jest Etna włoskiej Marina Militare. Z jednym wyjątkiem – prędkości maksymalnej. Powyżej 25 węzłów mają tylko okręty Fast Combat Support Ships amerykańskiej Military Sealift Command. To ma sens jeśli zakłada się, iż okręty logistyczne towarzyszą okrętom wojennym, a nie spotykają się w wyznaczonych rejonach o wyznaczonym czasie. Właściwie w żadnej flocie europejskiej nie znalazłem okrętów wsparcia logistycznego (w tym AOR, bo o takim okręcie mówimy) o prędkości maksymalnej większej od 22 węzłów. Typowym przykładem niech będzie Royal Auxiliary Fleet. Jako laik, mogę sobie trochę spekulować, że US Navy potrzebuje takich okrętów wobec olbrzymich przestrzeni Pacyfiku przy braku odpowiednio gęstej sieci baz. No właśnie, o jakich przestrzeniach mówimy w naszym przypadku? Jedyne uzasadnienie koncepcyjne przychodzące na myśl to eskorta gazowców z Kataru. Tylko, czy się nie porywamy z motyką na słońce? Korwety nie służą do takich celów, a w chwili gdy nasz logistyk się zmaterializuje, ostatnia fregata już zostanie wycofana ze służby. Byłoby to także wyraźny sygnał braku zaufania do NATO. Mówimy w ten sposób, że jesteśmy skazani na siebie i nasze decyzje są tego wynikiem.

Jest też inne uzasadnienie, całkiem logiczne i zgodne z teoriami użycia sił morskich. Flota służy do realizacji funkcji dyplomatycznej i zapobieganiu wojnom a nie ich prowadzeniu na Bałtyku. Wówczas oczywistym stają się tereny operacji morskich poza Bałtykiem. Jeżeli polskie firmy inwestują w podmorskie złoża gazu i ropy na Morzu Północnym, to taka inwestycja staje się nie tylko sensowna ale niezbędna. Mamy tylko jeden zgrzyt – w żaden sposób nie przystaje to do Doktryny Komorowskiego i koncentracji uwagi na obronie wybrzeża. Na dobrą sprawę, można by te dwie koncepcje pożenić organizując w ramach Marynarki Wojennej siły Obrony Wybrzeża obok Flotylli Okrętów. W miniaturze Corbettowski podział na flotyllę i battleforce.

W sumie należy spojrzeć na projekt pozytywnie. Marynarka Wojenna chce najwyraźniej służyć szerszym interesom morskim Państwa a nie tylko skupiać się na niewątpliwie ważnej, ale pobocznej dla obrony narodowej obronie wybrzeża. I tego kursu bym się trzymał.

Jun 232014
 
saar5

W dość ubogiej publicznej dyskusji na temat struktury marynarki wojennej dominuje przekonanie o małych szansach na przeżycie okrętów nawodnych w przypadku konfliktu na Bałtyku w przeciwieństwie do okrętów podwodnych. Prowadzi to czasem do zaskakujących i raczej groźnych dla istnienia marynarki wojennej konkluzji. Przykładem jest warty przeczytania i moim zdaniem, dyskusyjny artykuł Krzysztofa Kubiaka Militarna funkcja Marynarki Wojennej. Sporą wartością tekstu jest próba zdefiniowania „raison d’etre” naszej floty w kategoriach trójkąta funkcji – dyplomatycznej, policyjnej i militarnej w sytuacji, gdy nasze kontynentalne położenie powoduje, że konflikty są zwykle rozstrzygane w operacjach lądowych. O ile dobrze rozumiem zamysł autora, proponuje on sprowadzić rolę sił nawodnych do funkcji dyplomatycznej bądź policyjnej a okręty podwodne w ramach funkcji militarnej:

należy (…) traktować jako oręż odstraszający i to być może jedyny, który zdoła przetrwać i wykonać zadanie w przypadku uzyskania zaskoczenia strategiczno-operacyjnego przez znacznie silniejszego przeciwnika.

Logiczny wywód prowadzi autora aż do negacji wartości broni podwodnej na poziomie taktycznym i sugestii, iż odstraszanie jest jedynym sensem istnienia tego rodzaju sił morskich. W konsekwencji wzywa do budowy okrętów dużych, z napędem AIP pozwalającym na długotrwałe przebywanie w zanurzeniu i możliwie sporej jednostce ognia. Jeśli jednak spojrzeć z dystansem na powyższe zdanie, to mamy do czynienia z propozycją poświęcenia większości środków budżetowych przeznaczonych na modernizacje marynarki wojennej na budowę okrętów, które nie będą miały dokąd powrócić a ich jedynym sensem istnienia jest odpalenie 4-6 rakiet zanim zostaną wykryte. Przychodzi mi na myśl ostatni rejs Yamato za 7 mld PLN. Będąc na miejscu decydentów, zgodziłbym się z tezą o rozstrzygającej roli działań na lądzie i zainwestował te miliardy w lotnictwo lub brygadę pancerną. To dopiero początek kaskady potencjalnie negatywnych decyzji. Ponieważ funkcja militarna dominuje w myśleniu o flocie, a wydarzenia na Ukrainie tylko ten sposób widzenia spraw podkreślają, to jeżeli okręty podwodne nie maja wartości taktycznej, a funkcja odstraszania jest zbyt nieefektywna, okręty nawodne z kolei bez szans na przeżycie, to czy warto inwestować w coś, co pełnić będzie tylko funkcję dyplomatyczną? Plan modernizacji, a właściwie restytucji Marynarki Wojennej jest drugim co do wartości po obronie przeciwlotniczej i przeciwrakietowej programem zbrojeniowym na najbliższą dekadę. Tylko dla dyplomacji i działań policyjnych?

Aby wyjść z tego niebezpiecznego zaułka, należałoby sięgnąć do podstaw i podjąć dyskusję na ile wyrażane poglądy zarówno co do sił nawodnych jak i okrętów podwodnych są mitem a na ile rzeczywistością. Ponadto, tak jak uczynił to Krzysztof Kubiak, nadać flocie właściwą rangę w realizacji celów politycznych, gospodarczych i militarnych Państwa. Zacznijmy od okrętów nawodnych. W artykule zatytułowanym Single-Purpose Warships for the Littorals, niestrudzony Capt. Wayne Hughes ponownie prezentuje swoje poglądy co do morskich operacji na wodach przybrzeżnych i zwraca uwagę na doświadczenia floty szwedzkiej i izraelskiej, dla których jest to typowe środowisko działania:

Oficerowie szwedzcy wskazywali na wiele możliwości, które uczyli się wykorzystywać dla uzyskania przewagi. Uważali oni własne wody przybrzeżne jako przewagę dla obrony. Zamiast widzieć łodzie rybackie, przybrzeżną żeglugę i inny „przybrzeżny szum” za problem lub przeszkodę, Szwedzi sugerują, że dla celów agresywnej obrony, państwo może aktywnie zwiększać ten „szum” dla zdobycia przewagi.

Nie jest to bynajmniej panaceum na wszelkie bolączki, ale przesuwa punkt ciężkości debaty na temat działań lekkich sił nawodnych z problemu aktywnej obrony i kinetycznego niszczenia środków rażenia na unikanie ich. Niebezpieczeństwo inwestowania w środki aktywnej obrony, a raczej pułapka przeinwestowania jest problemem trapiącym wszystkie floty świata. Nie odgrywa wielkiej roli tylko w niezwykle komfortowej sytuacji dostępności do nieomal nieograniczonych środków. Ale to nie o nas. Wayne Hughes starannie dobrał inny cytat dla zobrazowania wspomnianej pułapki:

Jak powiedział Wiceadmirał Benyamin Telem z Izraelskich Sił Obronnych, „ pod żadnym pozorem okręty nie powinny stać się duże lub kosztowne do tego stopnia, że ich obrona staje się dominującym priorytetem i celem samym w sobie. To w nieunikniony sposób zanegowałoby ich wartość ofensywną”.

Powyższe zdanie jest wielowątkowe. Po pierwsze stosuje ideę rzeczy „wystarczająco dobrej” w odniesieniu do okrętów wojennych. Okręt powinien być „wystarczająco duży” aby przenosić broń ofensywną oraz posiadać „minimalnie wystarczającą” obronę własną. Być może wizja okrętów obrony wybrzeża nie przekraczających 1.000 ton miała sens? Dopóki głównym zadaniem marynarki jest funkcja dyplomatyczna i budowa sojuszy, takie okręty są zbyt małe. Dla realizacji funkcji militarnej, a zwłaszcza strategii A2/AD, taka wielkość wydaje się być bliska optymalnej. Cytowany Capt. Wayne Hughes zawsze promował okręty około 600 ton. Lecz te dywagacje prowadzą nas do rozważań, na ile strategia A2/AD jest właściwa dla Polski?

Drugi wątek wypowiedzi admirała Telem’a dotyczy sposobu w jaki lekkie siły nawodne powinny działać, aby mieć szanse na przeżycie. Liczy się siła ofensywna i atak. Dotykamy w tym miejscu naszego własnego słabego punktu. Myśląc o wojnie na Bałtyku, nieodmiennie mówimy o znaczącej przewadze przeciwnika. Posiadanie najlepszego i najsilniejszego uzbrojenia w połączeniu z takim nastawieniem musi prowadzić do porażki. RADM Thomas S. Rowden, chcąc przekazać podobne przesłanie, chyba nieprzypadkowo skorzystał z okazji publikacji na łamach CIMSEC, własnego artykułu Surface Warfare: Taking the Offensive, z którego wybrałem takie oto zdanie:

Przejście do ofensywy to nastawienie, sposób myślenia o wojnie morskiej. To znaczy myśleć o wiele więcej o tym, jak coś zniszczyć aniżeli jak coś bronić. Proszę nie zrozumieć mnie źle – wciąż będziemy potrzebowali mieć zdolność do obrony ważnych jednostek, sił amfibijnych, konwojów i zaplecza – lecz w coraz większym stopniu będziemy je bronić poprzez wyjście w przód i eliminacje zagrożeń zanim będą one zdolne do rażenia tego, co bronimy.

Jeśli założymy, że okręty nawodne nie mają szans przeżycia w otwartym konflikcie na Bałtyku, to tak samo szans nie mają niszczyciele min, śmigłowce ASW i samoloty patrolowe. Czyżby rzeczywiście tylko okręty podwodne mogły operować na Bałtyku? Okręty podwodne są bronią zazdrośnie trzymającą swoje możliwości i słabości w sekrecie. W fachowej prasie możemy sporo przeczytać o sukcesach szwedzkich okrętów podwodnych w symulowanych atakach na amerykańskie lotniskowce i o tym, jak żmudne, pracochłonne i mało skuteczne jest poszukiwanie okrętów zanurzonych w głębinach. Jednak jest to tylko jedna strona medalu. O tym jak US Navy uczyła się na własnych, trudnych doświadczeniach wielu ćwiczeń, pisze Capt. Wiliam J. Toti, USN:

Podstawowy problem jest taki: jakkolwiek wykrycie i zniszczenie wrogiego okrętu podwodnego jest to wielka frajda, prawdziwe działania ASW nie skupiają się na wykryciu okrętu podwodnego, ani na zatopieniu okrętu, lecz na jego pokonaniu. To jest niuans, ale ważny.
(…)
Wykrycie okrętu podwodnego, który może stanowić zagrożenie to jak szukanie igły w stogu siana, niezależnie od technologii czy rodzaju użytych sił. Aby pokonać okręt podwodny, wystarczy uczynić go nieistotnym. Wywieść go poza właściwą pozycję do strzału. Spowodować błędne namierzanie. Zmusić do śledzenia niewłaściwego celu. Uczynić jego broń bezużyteczną.

Zanim zaczniemy szukać go na pełnym morzu, spójrzmy w którym jest porcie. Foto www.Defence24.pl

Zanim zaczniemy szukać go na pełnym morzu, spójrzmy w którym jest porcie. Foto www.Defence24.pl

Erozja umiejętności ASW odczuwana coraz boleśniej przez US Navy w połączeniu z rosnącą liczbą okrętów podwodnych służących we flotach potencjalnie wrogich państw zaowocowała zmianami doktrynalnymi. Po latach projekcji siły z morza na ląd, ta tradycyjna forma walki na morzu zaczęła wracać do łask. Próby rozwiązania problemu szły dwutorowo – poszukiwano rozwiązań technologicznych oraz próbowano odpowiedzieć na pytanie jak unieszkodliwić okręt podwodny, w sytuacji gdy szanse na wykrycie i zatopienie są niskie? Wśród rozwiązań typowo technologicznych znajdują się sonoboje do multistatycznego przeszukiwania obszaru (Multistatic Active Coherent). Klasyczne sonoboje wyłapują źródła dźwięku pochodzące z okrętów podwodnych. Jest to metoda pasywna. W systemie MAC jedna boja jest elektronicznym źródłem sygnału akustycznego, a pozostałe boje odbierają sygnał odbity od okrętu. Więcej na ten temat w artykule Recapture Wide-Area Antisubmarine Warfare.

Technologia to broń obosieczna.

Technologia to broń obosieczna.

Ważniejsze i bardziej nas interesujące, ze względu na konsekwencje i stosowalność w naszym obszarze geograficznym są zmiany doktrynalne opisane w artykule Williama Toti. Jest to prosta lista działań, które potencjalnie eliminują niekoniecznie okręt podwodny, ale zagrożenie przez niego tworzone:

  • Stworzenie warunków, w których przeciwnik decyduje o nieużyciu OP
  • Pokonać OP w porcie
  • Pokonać OP w pobliżu portu lub obszarach „odmowy dostępu”
  • Pokonać OP w cieśninach
  • Pokonać OP na otwartym morzu
  • Zwabić OP do „stref śmierci” ASW, do miejsca i o czasie przez nas wybranym
  • Zamaskować własne siły przed wykryciem i klasyfikacją przez OP
  • Pokonać OP w walce „w zwarciu”
  • Pokonać zbliżającą się torpedę

Jak widać można wiele uczynić dla uprzykrzenia życia podwodniakom. Warunki na Bałtyku z jednej strony sprzyjają okrętom podwodnym znacznie komplikując ich wykrycie, z drugiej strony sprzyjają siłom nawodnym ze względu na przykład, relatywną płytkość. Znane są również bazy floty i podejścia do nich. W przypadku Polski I Rosji główne bazy są od siebie oddalone o kilka godzin marszu dla brygady pancernej. Po co szukać okrętu na morzu dniami czy tygodniami? I ile rakiet manewrujących zniszczy jednocześnie nasza obrona przeciwlotnicza. Planujemy jedną baterię broniącą każdej bazy. W handlu znane jest zjawisko, psychologicznie uzasadnione, że sprzedawcy znają doskonale wszystkie zalety konkurenta i własne słabości. Mało wiedzą o własnych zaletach i słabościach konkurencji. Podobnie wygląda porównywanie okrętów podwodnych i sił nawodnych w działaniach na morzu zamkniętym. Jeśli już zdecydowano o strategii A2/AD to rozmawiajmy o synergii i współpracy tych dwóch rodzajów czy klas okrętów zamiast je sobie przeciwstawiać.

May 312014
 
Tomahawk

Artykuł Odstraszanie à la MON vs. odstraszanie à la Sejm opublikowany na Defence24 powraca do niekończącego się tematu rakiet manewrujących na okrętach podwodnych, tym razem jednak próbując umieścić go w szerszym kontekście koncepcji odstraszania. Jako ciekawostkę, autor artykułu wskazuje na pocisk Spike, który według MON-u stanowi wartość odstraszającą, w przeciwieństwie do parlamentarzystów, którzy uważają że tylko JASSM zasługuje na miano broni odstraszającej. Tu uwidacznia się pierwszy problem – odstraszanie sprowadzone jest do zasięgu broni. W tym kontekście, gdyby hipotetycznym agresorem były Czechy (przepraszam sąsiadów), to taktyczna broń jądrowa o zasięgu poniżej 300km nie byłaby bronią odstraszania. Ogólnie po przeczytaniu artykułu, dochodzę do kilku wniosków:

  • Nigdy za wiele na temat psychologicznej natury zjawiska odstraszania
  • Mówi się dużo o zjawisku bez podania jego definicji, co powoduje pomieszanie pojęć
  • Analiza nie zadecyduje o niczym bez doprecyzowania o czym mówimy. Jest to raczej obronny manewr MON-u przed zapędami lobbystów i brakiem ustalonej równowagi politycznej w ośrodkach władzy

Ale po kolei. Ponieważ nie jestem ani politykiem, ani wojskowym, sięgam do… słownika Merriam – Webster, gdyż mamy do czynienia z pojęciem używanym w polityce i wojskowości, ale o rodowodzie anglosaskim:

the act of making someone decide not to do something : the act of preventing a particular act or behavior from happening (akt skłaniający kogoś do zaniechania uczynienia czegoś; akt zapobieżenia konkretnemu czynowi lub zachowaniu)

politics : the policy of developing a lot of military power so that other countries will not attack your country (w polityce: polityka rozwoju potężnej siły militarnej, aby inne kraje nie zaatakowały waszego kraju).

Ważny jest również dalszy akapit wyjaśniający znaczenie słowa w odniesieniu do strategii militarnej:

Strategia militarna, w której jedna strona używa groźby odwetu aby wykluczyć atak ze strony przeciwnika.

W takim ujęciu odstraszanie ma co najmniej dwa aspekty. Pierwszy wiąże się poniekąd z poglądami Sun Tzu – jeśli chcesz pokonać przeciwnika bez walki, to zaprzecz jego doktrynie. Atak przeciwnika na mnie nie ma sensu, bo jestem zbyt silny lub moja obrona jest zbyt skuteczna. Charakter odstraszający ma wówczas popularna ostatnio doktryna A2/AD. Także pocisk Spike, którego obecność niweluje skuteczność doktryny opartej na ataku silnych związków pancernych. Zasięg nie gra roli. Pytanie dla czytelnika, czy większą siłę odstraszania ma brygada piechoty silnie nasycona środkami przeciwpancernymi czy 4 rakiety manewrujące o zasięgu 1000 km z głowicą 450 kg? Ten aspekt jest najczęściej pomijany w dyskusjach.

Pomysł nie jest nowy. Ale długo się nie przyjął. Foto regulus-missile.com

Pomysł nie jest nowy. Ale długo się nie przyjął. Foto regulus-missile.com

Drugi aspekt odstraszania mówi o sile odwetu w przypadku, gdy do ataku jednak dojdzie. Odwet powinien mieć taką siłę, że koszty przewyższą potencjalne korzyści wygranej wojny. Powstaje pytanie trudne do odpowiedzi – co dla przeciwnika jest korzyścią i jaką cenę jest gotów zapłacić? Dla ułatwienia rozważań posłużmy się przykładem aneksji Krymu przez Federację Rosyjską. Czy potrafimy w tym przypadku określić zarówno korzyść jak i cenę postrzegane przez Rosję? I czy cztery lub osiem rakiet manewrujących zapobiegłyby konfliktowi i aneksji? Tukidydes wymienia trzy powody wojen: Obawa, Korzyść, Honor – na ile rakiet oceniamy poczucie dumy narodowej Rosjan lub ich globalne ambicje?

W obu przypadkach mamy do czynienia ze zjawiskami psychologicznymi. Strach ma wielkie oczy, mówi przysłowie i jest to uczucie trudne do opanowania. Oszacowanie w jakim przypadku u przeciwnika Obawa będzie silniejsza niż postrzegana Korzyść lub poczucie Honoru jest niezwykle trudne, a przeliczenie tego na ilość rakiet, okrętów czy brygad jeszcze trudniejsze. Dyskurs pomiędzy emocjami a rozumem nigdy łatwy nie był.

Wątek zasięgu broni odstraszającej wywodzi się pewnie w prostej linii od międzykontynentalnych rakiet balistycznych i koncepcji MAD – Mutual Assured Destruction. Doktryna zakłada, że atak nuklearny na jedną ze stron nie zabezpieczy przed jądrowym odwetem. Liczba i siła głowic gwarantowały kompletną anihilację przeciwnika i wobec tego, bezpodstawność jakiejkolwiek polityki. Jej już po prostu nie będzie. To czyni bezsensownymi słowa Carla von Clausewitza o prymacie polityki nad wojną.

W przypadku odstraszania konwencjonalnego nie zasięg jest istotny tylko wiara w skuteczność blitzkrieg’u. Według słów profesora Mearsheimera:

Odstraszanie najprawdopodobniej zawiedzie podczas kryzysu, jeśli potencjalny najeźdźca uważa, że jest w stanie uzyskać szybkie i decydujące zwycięstwo. Jest raczej mało prawdopodobne, że kierujący państwem wybiorą długą wojnę na wyniszczenie – nawet jeśli wierzą w ostateczne zwycięstwo.

Zasięg broni konwencjonalnej ma natomiast znaczenie w koncepcji stand-off weapon, czyli systemów pozwalających atakować przeciwnika spoza zasięgu jego obrony. Niewątpliwie taki charakter mają rakiety odpalane przez okręty podwodne. Ale nie mylmy tego z pojęciem odstraszania. Pociski manewrujące dalekiego zasięgu we współczesnej praktyce wojennej stanowią element strike warfare, czyli uderzeń na cele lądowe w ramach projekcji siły. Dobrym wprowadzeniem do tej dziedziny wiedzy jest książka Strike Warfare in the 21st Century. Autor przez 30 lat zawodowo zajmował się rozwojem tej kategorii uzbrojenia i zgromadzone doświadczenie uprawnia go do stwierdzenia, że „uzyskanie jednocześnie dużego zasięgu i dokładności jest nieustającym wyzwaniem od dziesięcioleci”. W dyskusji kompletnie pomija się koszty zdobycia informacji o celach pozwalających na precyzyjny atak. Jeśli potencjalny cel jest na dodatek mobilny, jak wyrzutnie Iskanderów, złożoność problemu rośnie wykładniczo. Koszt samej rakiety manewrującej jest w tym wypadku prawie pomijalny.

Kończąc, kilka słów o analizie mającej zdecydować o uzbrojeniu okrętów podwodnych w rakiety manewrujące jako broni odstraszającej. Jeśli takowa analiza miałaby mieć sens, musiałaby głęboko wejść w analizę korzyści i akceptowalnych strat przeciwnika. Myślę, że nie mamy takich danych, choć możemy snuć przypuszczenia i konstruować hipotezy. Czy to jednak będzie argument dla zwolenników rakiet manewrujących? To, co MON może zrobić to analizować stosunek kosztu do efektu dla poszczególnych rodzajów uzbrojenia i ich kombinacji zgodnie z założonymi scenariuszami operacyjnymi. Te jednak będą faworyzowały inne systemy niż okręty podwodne. Pozostanie argument zasięgu, który wzbudzać będzie tylko emocje. Najgorsze w tej dyskusji jest to, że jeśli skojarzenie okrętów podwodnych z funkcją odstraszania zostanie ugruntowane, to Marynarka Wojenna może tych okrętów nigdy nie zobaczyć, jeśli ktoś dojdzie do wniosku, że kilka rakiet nie wzbudza strachu u potencjalnego przeciwnika. W końcu przeciwnik też może mieć swój odpowiednik naszego przysłowia strachy na Lachy.

May 192014
 
Callwell

Portal Defence24 w ramach codziennego przeglądu prasy, zamieścił niedawno fragment artykułu Cezarego Pytlosa z Dziennika Gazety Prawnej pod znamiennym tytułem Bronić wodę czy ziemię. Interesujący nas cytat wskazuje bezpośrednio na siły nawodne jaką potencjalne źródło rezerw finansowych, które należałoby wykorzystać dla realizacji innych programów:

Nasi rozmówcy związani z przemysłem obronnym nie mają też wątpliwości, że zmian wymagają programowe plany dotyczące marynarki wojennej. To jednak bardzo drażliwa kwestia, dlatego żaden z nich nie chce wypowiadać się pod nazwiskiem. Przeważa opinia, że wydawanie pieniędzy z budżetu na okręty nie ma sensu, bo w razie konfliktu przy braku obrony przeciwlotniczej szybko zostaną zatopione.

Nie komentując tej wypowiedzi, wystarczy tylko stwierdzić, że program modernizacji marynarki wojennej jest drugim, co do wartości po obronie przeciwlotniczej i z pewnością będzie podlegał olbrzymim naciskom politycznym. Słowo polityka jest kluczem. Rozmówcy autora tekstu nie dążą do maksymalizacji oszczędności finansowych, wówczas zaatakowaliby projekt okrętów podwodnych będący największą pozycją w budżecie modernizacji MW. Te jednak wpisują się w łatwy do zrozumienia koncept sea denial, czyli odmowy dostępu do spornego obszaru morza i mogą liczyć na wsparcie polityków lub nawet generałów. Celem ataku i źródłem potencjalnych cięć stają się więc siły nawodne. Warto więc podjąć dyskusję zarówno na temat zarówno roli i znaczenia sił nawodnych jak i technicznego argumentu zdolności okrętów do działania w warunkach zagrożenia atakiem z powietrza.

Ian Speller we wstępie do swojej książki pod znamiennym tytułem Understanding Naval Warfare, cytuje słowa Grega Kennedy’ego:

Aby zrozumieć koncept wojny morskiej niezbędne są dwie rzeczy: być zdolnym do zdefiniowania co marynarka wojenna daje państwu oraz jej użyteczność w działaniach podczas wojny totalnej, ograniczonej oraz w czasie pokoju.

W dyskusjach o marynarce wojennej dominuje temat wojny totalnej z Rosją, niewymienioną nigdy z nazwy, kosztem roli floty w budowaniu sojuszy lub prewencji i zapobieganiu wojnie. Zanim rzucimy na szalę wszystkie zasoby naszego państwa w wojnie totalnej, warto się pochylić nad problemem demonstrowania determinacji i woli rządu wobec potencjalnego przeciwnika. W tej roli marynarka wojenna a zwłaszcza jej siły nawodne są bardzo użyteczne i kosztowo efektywne. Jeżeli już jednak mówimy o otwartych działaniach zbrojnych, to obronę znaczenia floty wspomniana książka powierza nie admirałowi, lecz generałowi :

Jak Charles Callwell zauważył ponad sto lat temu, trudno jest armii czuć się bezpiecznie na lądzie, jeśli jest oskrzydlona morzem kontrolowanym przez wrogą flotę.

Dzięki szczegółowej analizie wielu działań połączonych z XIX wieku, Callwell pokazał nieproporcjonalnie duże znaczenie strategiczne, jakie przewaga na morzu może mieć dla działań na lądzie poprzez kontrolę morskich szlaków komunikacyjnych, wpływ dywersyjnych działań desantowych lub zdolności do obrony wyeksponowanej flanki. Podobnie jak Corbett, Callwell dostrzegł, że taki wpływ miał często charakter pośredni i zwykle istotny na poziomie strategicznym, lecz to nie czyni go w jakikolwiek sposób mniej ważnym.

Dzisiaj będzie sporo cytatów, bo w książce admirała J.C. Wylie Military Strategy: A General Theory of Power Control znalazłem takie oto zdanie, nie tylko potwierdzające powyższą tezę, ale bezpośrednio odnoszące się do Polski, wymieniając ją z nazwy:

Pod koniec lat 40-tych kilka krajów Europy Środkowej próbowało pozostać poza lub wyłamać się z orbity wpływów Rosji. Polska, Czechosłowacja, Rumunia, Węgry i Bułgaria uległy. Tylko Jugosławia zdołała wyrwać się poza żelazną kurtynę. Spośród wszystkich tych krajów, tylko Jugosławia miała dostęp do morza kontrolowanego przez Zachód. Myślę, że ten fakt ma znaczenie. Myślę również, że gdybyśmy mieli kontrolę na Bałtyku, nie utracilibyśmy Polski.

Uzyskanie wspomnianego efektu strategicznego nie wymaga zawsze i wszędzie pełnej kontroli morza, która dla małej czy drugorzędnej floty jest po prostu najczęściej nieosiągalna. Wystarczy jednak kontrola chwilowa na ściśle określonym obszarze, aby zapewnić „prawo przejścia morzem”, używając słów Sir Juliana Corbetta. Do uzyskania tego celu flota nawodna jest niezbędna. Dopóki chcemy aby statki z towarami, zapasami czy wojskiem płynęły morzem, dopóty okręty nawodne pozostaną niezbędnym składnikiem marynarki wojennej. Doktryna odmowy dostępu jest bowiem „zasadniczo partyzantką na morzu”, jak mawiał admirał Stansfield Turner. Pozwala na szachowanie przeciwnika, ale nie daje szans na osiągnięcie strategicznie istotnych celów pozytywnych.

Jeśli już zgodzimy się co do konieczności budowy okrętów nawodnych, to należałoby uczciwie zmierzyć się z tematem ich przeżywalności na zamkniętym akwenie wodnym jak Bałtyk. Pomocne będą wydarzenia w rejonie Pacyfiku i wzrost potęgi Chin w połączeniu z cięciami budżetowymi Pentagonu. Amerykanie bowiem znaleźli się w sytuacji dawno już zapomnianej. Na morzach pojawia się przeciwnik słabszy, ale mogący rzucić wyzwanie US Navy a ograniczenia finansowe nie pozwalają w nieskończoność duplikować niszczycieli Aegis. Powstał więc problem ekonomicznej efektywności obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej. Odkryto, że obrona przed salwą rakiet odpaloną przez baterię nadbrzeżną jak nasz NDR za 700 mln PLN, wymaga okrętu z systemem wartym co najmniej $1.5 mld. Na dłuższą metę, jest to ekonomicznie nie do utrzymania, nawet dla Stanów Zjednoczonych. Co gorsza jest to wyraźny trend. Środki ataku nie tylko mają przewagę nad obroną ale o wiele łatwiej i taniej jest zwiększyć zasięg broni ofensywnej niż defensywnej. Przykładem niech będzie Small Diameter Bomb II, której zasięg wzrośnie do 45 nm. Ile systemów przeciwlotniczych na świecie jest w stanie wykryć i zestrzelić samolot na tym dystansie, zanim zrzuci ładunek kilku bomb jednocześnie? Ile taki system kosztuje i jaką liczbę okrętów tak wyposażonych marynarka może zakupić? Innym problemem, choć powiązanym jest pojemność magazynów amunicji. Radar Herakles jest podobno w stanie naprowadzać jednocześnie 16 rakiet. To prawdopodobnie pozwoli na obronę przed salwą, dajmy 12 rakiet, ale okręt zużyje znaczną część zapasu rakiet plot przy braku możliwości przeładowania na morzu. Bateria brzegowa ma przewagę.

W numerze majowym USNI Proceedings, admirał Walter E. Carter, US Navy dzieli się swoimi przemyśleniami na powyższe tematy w artykule Sea Power in the Precision – Missile Age. Tym ciekawsze, że autor pełni funkcję Prezydenta Naval War College. Poglądy wyrażone w artykule mają więc szansę na bycie podstawą teoretyczną przyszłych kierunków rozwoju US Navy. Poniższy cytat stanowi esencję artykułu:

Zdolność tych systemów to stworzenia zagrożenia dla celów mobilnych na dużych dystansach zależy w dużej mierze od zdolności do identyfikacji celów z użyciem ich emisji w spektrum elektromagnetycznym. Efektywna obrona platform musi więc przenieść nacisk z aktywnej obrony na aktywne zakłócanie oraz środki pasywne, takie jak uniemożliwianie namierzania dzięki neutralizacji sensorów, redukcję sygnatur, przemieszczanie się i rozproszenie. Zintegrowana obrona przeciwlotnicza i przeciwrakietowa nie wystarcza już samodzielnie do obrony pojedynczych okrętów, ich zespołów lub stałych instalacji w sytuacji rozprzestrzeniania się coraz skuteczniejszych rakiet balistycznych i manewrujących.

Nie daj się wykryć, to też metoda. Foto www.nrl.navy.mil

Nie daj się wykryć, to też metoda. Foto www.nrl.navy.mil

W dalszej części artykułu następuje rozwinięcie tezy z wyszczególnieniem konkretnych punktów jakie siły mają przyszłość i na zasadzie negacji, jakie nie są perspektywiczne. Postaram się je opatrzyć komentarzem i zwrócić uwagę na obiegowy charakter niektórych opinii publikowanych w naszych mediach.

Przyszłe siły morskie powinny opierać się o:

  • “Platformy wyposażone w broń stand-off pozwalające na penetracje systemów obronnych „z górnej półki””. Jest to scenariusz oparty o realia Pacyfiku. Na morzu zamkniętym jak Bałtyk, nie bardzo jest możliwość działania spoza zasięgu oddziaływania przeciwnika. Zasięg będzie istotny, ale zapas amunicji jeszcze bardziej. Konieczność wyważenia tych dwóch sprzecznych wymagań powinna prowadzić do rozwiązań specjalizowanych dla obszarów przybrzeżnych.
  • “Platformy z naciskiem na zdolności ofensywne potrzebne dla uzyskania przewagi na morzu”. Jeśli nie można „uciec” poza zasięg ognia nieprzyjaciela, pozostaje być szybszym w ataku. Jako minimum, każdy okręt powinien być na zasadzie symetrii zdolny do zniszczenia okrętu podobnej sobie klasy. Ze względu na bliskość lądu, większe jednostki powinny posiadać broń uniwersalną, zdolną do rażenia celów lądowych. Takie wymaganie znalazło się w wymaganiach Miecznika, pozostaje jednak problem ilości zabieranej amunicji. Korweta jest w sumie niewielkim okrętem z ograniczoną liczbą rakiet manewrujących, które muszą służyć do zwalczania zarówno okrętów przeciwnika jak i celów na lądzie. Konflikt priorytetów będzie nieunikniony. Artyleria może być pomocna.
  • “Platformy mobilne z obniżonym poziomem sygnatur, rozproszone, o silnej obronie lub ukryte pośród pułapek, szumu tła i aktywnego zakłócania”. Postulat silnej obrony pozostaje, ale poszukuje się innych rozwiązań, bardziej realistycznych w naszych warunkach. Wymienione alternatywy są o wiele bardziej przydatne dla korwet niż silna obrona. Szwedzi konstruując Visby byli świadomi tego problemu definiując go słowami Invincible or Invisible (niezwyciężony czy niewidzialny). Praktyka pokazuje również, że liczba rakiet przeciw-okrętowych zniszczona środkami aktywnymi była niewielka w porównaniu z rakietami, które ominęły cel dzięki zakłóceniu ich systemów naprowadzania.
  • “Siły polegające w minimalnym stopniu na sieciach radiowych, używające bezpiecznej łączności sporadycznie w sposób wcześniej zaplanowany”. Tak sformułowana definicja promuje dwie kategorie platform. Okręty z własnym systemem C2 i sensorami, czyli jednostki o pewnej wielkości mogące pomieścić sprzęt i sztab. Idąc w drugą stronę, systemy bezzałogowe i autonomiczne działające według ustalonego programu i obarczone jedną, konkretną misją.
Pułapki były skuteczniejsze od rakiet. Foto www.rheinmetall-defence.com

Pułapki były skuteczniejsze od rakiet. Foto www.rheinmetall-defence.com

To, czego należy w przyszłych siłach morskich unikać, to oprócz przeciwieństw do powyższych punktów są dwa ciekawe rodzaje platform:

  • “Polegające na stałych bazach”. I o tym się zapomina pisząc o wrażliwości okrętów nawodnych na atak z powietrza i pomijając fakt, że okręty podwodne podlegają temu samemu prawu. Gorzej, okręty podwodne w bazie są zdane tylko i wyłącznie na obronę umieszczoną na lądzie, podczas gdy okręty nawodne w ostateczności mają własne systemy pokładowe obrony przeciwlotniczej, zarówno aktywne jak i pasywne. Głównym problemem w zwalczaniu okrętów podwodnych jest ich wykrycie. Jednak w przypadku mórz zamkniętych, baza morska jest stałym punktem znanym przeciwnikowi, gdzie jest wiadome, że okręty się pojawią. Poza atakiem na bazę pozostaje blokada, również z wykorzystaniem okrętów podwodnych. Zwalczanie takiej blokady podwodnej będzie znów wymagało współpracy lotnictwa i okrętów nawodnych.
  • “Platformy opierające swoją zdolność do przetrwania głównie o aktywną obronę, czyli zestrzelenie rakiet rakietami”. Jeżeli ograniczone środki finansowe prowadzą najpotężniejszą flotę świata do takich wniosków, to co ma powiedzieć mała flota o ambicjach obrony wybrzeża? Czy prowadzi to amerykanów do rezygnacji z niszczycieli i krążowników? Nic na to nie wskazuje. Przykład FFG, czyli popularnych fregat OHP pokazuje drogę do naśladowania. Zamiast skupiać się na wyrafinowanych systemach aktywnej obrony przeciwlotniczej, lepiej określić sensowny pułap kosztów budowy okrętów nawodnych, akceptowalny politycznie i skupić się na tym, w jaki sposób liczebność serii, rozproszenie oraz taktyka połączona ze środkami pasywnymi i zakłóceniami pozwolą na egzekwowanie na przeciwniku prawa do przejścia morzem.

Pozostaje drobny problem „Planu B”. Co, jeśli naciski polityczne i działalność lobbystyczna jednak weźmie górę? DefenseNews zamieszcza wywiad z Arati Prabhakar, szefową DARPA. Portal cytuje słowa zdziwienia pani Prabhakar, która obserwuje znacznie większe zainteresowanie ofertą DARPA aniżeli pójście drogą stopniowej modernizacji czy rozbudowy istniejących i sprawdzonych systemów. Anglosasi mają powiedzenie, że lepsze jest wrogiem wystarczająco dobrego. Dlatego zwrócę jeszcze raz uwagę na niewykorzystany potencjał MEKO A-100, czyli Ślązaka. Pod warunkiem, że Stocznia Marynarki Wojennej zda egzamin maturalny (było nie było mamy maj i czas matur).