May 172015
 
Port_gdanski

W ostatnim numerze periodyku Morza Statki i Okręty ukazał się wywiad z przewodniczącym Rady Budowy Okrętów Wojennych, kmdr. por. rez. Maciejem Janiakiem. Tytuł stanowi esencję przekazu – Przywrócić „Rzeczpospolitą Polską” i brzmi jak wezwanie do zmiany sposobu myślenia o marynarce wojennej. Zapytany o kierunki modernizacji floty przewodniczący Rady wspomina, że największą bolączką nie jest nawet brak okrętów co brak doktryny i dodaje, że środowisko skupione wokół Rady chce zaproponować dokument zwany roboczo Doktryną Bezpieczeństwa Morskiego Państwa. Osobiście bardzo mi się podoba termin Rzeczpospolita Morska, bo nie posiada znamion suchej i biurokratycznej nazwy a wskazuje jasno punkt widzenia. Wzywa do spojrzenia na sprawy naszego kraju od strony morza a nie lądu. W pełni popieram inicjatywę, bo chyba najwyższy czas „wziąć byka za rogi” i zacząć pracować nad koncepcyjnymi podstawami bytu naszej floty. W przeciwnym wypadku istnieje zagrożenie rozmycia się planów modernizacyjnych w ogniu walk budżetowych, nie wspominając o zbliżających się wyborach. Nieoczekiwany wynik pierwszej tury wyborów prezydenckich jest również sygnałem ostrzegawczym bo stawia pytanie co się stanie z Doktryną Bezpieczeństwa Narodowego w wypadku zmiany na stanowisku Prezydenta RP i Szefa BBN-u?

Maciej Janiak w wywiadzie daję dobrą i zwięzłą definicję Rzeczpospolitej Morskiej:

W państwach morskich nie jest tak, że marynarki istnieją same dla siebie, że ich racja bytu sprowadza się do oczekiwania na ewentualne użycie w stanie najwyższej konieczności. One prowadzą działania w sposób ciągły i aktywny na co dzień – w obliczu świata, w obliczu wyzwań współczesności. Ich zadaniem jest uprzedzanie stanów kryzysowych, likwidowanie ich w zarodku, zapobieganie rozprzestrzenianiu lub ich wygaszanie.

Dobrą ilustracją powyższej opinii jest publikacja John’a Roberts’a Safeguarding the Nation. The Story of the Modern Royal Navy. W Polsce ścierają się zasadniczo dwie koncepcje, aktualnie obowiązująca Bałtyk Plus sprowadzająca się do idei odmowy dostępu (A2/AD) oraz Rzeczpospolitej Morskiej opartej o współdziałanie z NATO i zorientowanej bardziej globalnie. Pierwszy koncept kłóci się mocno z tezami teoretyków wojny morskiej a zwłaszcza tezami Juliana Corbetta a druga pozostaje w pewnym oderwaniu od wyobrażeń polityków odnośnie naszej sytuacji. Dla ilustracji poniżej tabela z mało naukową syntezą odczuć po przestudiowaniu tekstów o misjach Rodzajów Sił Zbrojnych.

Percepcja zorientowania na obronę terytorium. Tylko jak w ten pogląd wcisnąć Marynarkę Wojenną?

Percepcja zorientowania na obronę terytorium. Tylko jak w ten pogląd wcisnąć Marynarkę Wojenną?

Największe zamieszanie mamy na stronie Marynarki Wojennej, gdzie nie tyle się ścierają co mieszają obie koncepcje w mało spójną całość. Widoczna jest próba naśladowania hierarchii celów całości sił zbrojnych kładącej nacisk na obronę terytorium przy jednoczesnej, codziennej praktyce i preferencjach dla współpracy międzynarodowej. Również próba ograniczenia geograficznego tworzy jeśli nie sprzeczności to przynajmniej niejednoznaczności. Próbując zrozumieć istotę problemu, stworzyłam na własny użytek coś, co nazwałem Corbett Cube, a co jest wynikiem lektury jego prac w połączeniu z tekstami adm. Richarda Hill’a (RN).

Spróbujmy wypełnić treścią najbardziej interesujące kosteczki

Spróbujmy wypełnić treścią najbardziej interesujące kosteczki

Julian Corbett jest dość łatwy w lekturze, bo podaje niejako na tacy menu działań floty w zależności od sytuacji. Jakkolwiek twierdzi, że podstawowym zadaniem floty jest zdobycie prawa do przejścia morzem, to jednocześnie podkreśla, że działania na morzu mają na celu wsparcie rozstrzygnięcia na lądzie. Wojna na morzu nie istnieje więc sama dla siebie, co jest bardzo ważne w naszym kontekście. Kostka jest trójwymiarowa i bierze pod uwagę alianse, relatywną pozycję wobec przeciwnika i poziom zagrożenia lub intensywność konfliktu.

Gdyby ograniczyć się do publikacji w mediach, to nasz poziom świadomości zawiera się w małej kostce w dolnym, lewym rogu rysunku. Mamy poczucie przewagi przeciwnika, osamotnienia i silnego zagrożenia. Historia Polski nas w tym utwierdza a trauma września 1939 roku tkwi mocno i głęboko. Jeśli taka jest nasza sytuacja, to zadania stawiane marynarce jak obrona przed desantem czy osłona linii komunikacyjnych stoi w jawnej sprzeczności z teorią. Do tego potrzebna jest przewaga na morzu, której jako osamotniona strona słabsza nie posiadamy. Gdyby ten wariant przyjąć za podstawę planowania struktury floty, rzeczywiście koncepcja odmowy dostępu jest potencjalnie interesująca. Tyle, że ma ona sens w przypadku przeciwnika atakującego zza morza, a nie posiadającego posiadającego granicę lądową. W takiej sytuacji rozstrzygające jest zajęcie baz przeciwnika w operacjach lądowych. W ten sposób Niemcy zneutralizowali Flotę Bałtycką w czasie wojny. Z menu Corbett’a pozostaje nam kontratak, rajdy dywersyjne czy mnożenie przeszkód na drodze przeciwnika. Inwestować warto w baterie nadbrzeżne, wojnę minową czy drobnoustroje. Okręty podwodne mogą się okazać zbyt drogą a raczej zbyt ryzykowną inwestycją. Popularne widzenie przebiegu kampanii wrześniowej na morzu tylko podsyca te obawy. Trzon floty został ewakuowany do portów sojusznika, okręty podwodne pozbawione oparcia swoich baz zostały internowane a reszta zatopiona przez lotnictwo.

Inaczej wygląda rzeczywistość a raczej praktyka działań floty lub jej możliwości widziana z perspektywy Rzeczpospolitej Morskiej. W prawym, dolnym fragmencie widać sytuację działania w koalicji, która ma przewagę i może działać przy różnym poziomie intensywności konfliktu. Jeśli zagrożenie jest mniejsze możemy mówić o wykorzystywaniu posiadanej przewagi na morzu, jak projekcja siły w ramach operacji sojuszniczych, działania na szlakach komunikacyjnych czy obrona przed desantem. W tym przypadku jest w gestii polityków decyzja ile pieniędzy chcemy na te cele przeznaczyć. Jakaś forma okrętu desantowego lub jako minimum – transportowego jest akceptowalna. Okręty patrolowe są najlepszą inwestycją oferującą duży zwrot korzyści politycznych przy małym poziomie nakładów. Wraz ze wzrostem zagrożenia pojawia się konieczność wzmocnienia obrony przeciwlotniczej, a z nią fregat. Okręty podwodne zaczynają mieć sens i stają się groźną formą „battle force”. Tyle, że wchodzimy na poziom nakładów konkurujących z priorytetami innych rodzajów sił zbrojnych bardziej nastawionych na obronę terytorialną. Politykom trudno takie inwestycje przedstawić wyborcom, którzy nie do końca czują się częścią Europy. Wciąż jesteśmy zainteresowani nie tyle Europą jaką całością, co naszym bezpośrednim sąsiedztwem w Europie. W dyskusji z młodym człowiekiem usłyszałem ironiczny komentarz – EU jest dla nas, a nie my dla EU.

Rozpięci pomiędzy dwoma niemożliwościami robimy więc szpagat nazywając korwetę okrętem obrony wybrzeża i próbując w niej zmieścić hangar dla 11-tonowego śmigłowca, system obrony przeciwlotniczej średniego zasięgu, rakiety do zwalczania celów na lądzie no i oczywiście zdolności do zwalczania okrętów podwodnych. Jeśli powyższa kostka Corbett Cube ma choć odrobinę sensu, to największą barierą w racjonalizowaniu problemu jesteśmy my sami i nasza psychika. Widać Kordian tkwi w nas głęboko, którego jak mawiał wieszcz Słowacki „… pokonały Strach i Imaginacja”. Szansą na długofalowy rozwój floty jest kompromis polegający na akceptacji równorzędności misji obrony terytorium z stabilizacją sytuacji międzynarodowej i rozszerzenia ograniczeń terytorialnych do wód okalających Europę. Coś na wzór Sił Specjalnych w zamieszczonej tabeli. Za tym szłyby środki budżetowe i podział Marynarki Wojennej na obronę wybrzeża w oparciu o systemy działające z lądu i flotę operującą zarówno na jak i poza Bałtykiem. Okręty patrolowe zyskałyby wysoką wartość a kwadratura koła w postaci fregaty w korwecie szansę na racjonalną analizę alternatyw. I nawet nie trzeba zmieniać nazw związków taktycznych, bo mamy wszak flotyllę okrętów i flotyllę obrony wybrzeża.

May 012015
 
Caracal

Dwie informacje prasowe przykuły moją uwagę i skłoniły do sięgnięcia „za pióro”. Pierwsza i nowsza jest pewnie mniej dostrzeżona – otóż Litwa wspierana przez Szwecję protestuje w próbie przeszkodzenia przez Flotę Bałtycką położenia energetycznego kabla podmorskiego NordBalt łączącego Litwę ze Skandynawią.

Wygląda na to, że w strefie EEZ Litwy, ćwiczące okręty rosyjskie zmusiły do zmiany pozycji statki realizujące projekt położenia kabla na dnie morza. Na dokładkę nie był to incydent odosobniony, lecz powtarzający się przez kilka dni. Mamy tym sposobem ilustrację tez BBN-u odnośnie działań podprogowych i hybrydowych. Nikt w takiej sytuacji nie uruchomi procedur NATO ani nie odpali rakiet z baterii nadbrzeżnych. Na miejscu powinien po prostu pojawić się okręt wojenny zainteresowanego państwa. Pod warunkiem posiadania takowego. Ten drobny incydent pokazuje użyteczność sił nawodnych oraz fakt, że złe intencje mogą spowodować napięcia i kryzys nawet w tak spokojnym zakątku świata jak Bałtyk. Noty dyplomatyczne mogą być później wymieniane pomiędzy rządami a prawnicy dyskutować na temat organizowania ćwiczeń w strefie wyłączności ekonomicznej innego państwa i co z tego wynika, ale w tym wypadku najwyraźniej mamy do czynienia z próbą ograniczania praw państwa nadbrzeżnego do eksploatacji swojej własnej strefy EEZ.

W czasie Wojen Dorszowych okręty patrolowe Islandii trzymały w szachu potężną Royal Navy. Do przemyślenia.

W czasie Wojen Dorszowych okręty patrolowe Islandii trzymały w szachu potężną Royal Navy. Do przemyślenia.

Opisany powyżej incydent prowadzi nas do drugiej, szeroko komentowanej wiadomości o wyborze śmigłowca Caracal i pytania jaki okręt byłby właściwy do egzekwowania własnych praw w opisanej sytuacji. Spośród trzech kandydatów, produkt Eurocoptera jest najbliższy eksploatowanym w polskim wojsku Mi-8/17 i najprawdopodobniej będziemy mieli do czynienia z przystosowaniem zmarynizowanej wersji śmigłowca do wykonywania zadań ASW z lądu. Dokładnie jak w przypadku Mi-17. W konsekwencji helikoptery będą mogły lądować na pokładach okrętów i być może z nich działać, ale nie bazować na nich. To nie oznacza jednak, że należy rezygnować z hangarów na okrętach, ale raczej zaprasza do pytania, co w tych hangarach w takiej sytuacji ma być?

Na pewno nie inne śmigłowce, bo te zostały już wybrane i są zbyt drogie, aby kupować je „na boku” lub organizować inny przetarg. Pozostaje cała gama bezzałogowców, ograniczona mocno przez oczekiwanie, że 70% uzbrojenia ma pochodzić z rodzimego przemysłu. No i podstawowym pytaniem jest, co te bezzałogowce mają wnosić do zdolności okrętów jako całego systemu. Delikatną kwestią pozostaje pytanie, jak MON zamierza rozwiązać problem bezzałogowców dla Marynarki Wojennej, biorąc pod uwagę specyficzne wymagania odnośnie startu i lądowania? Oficjalnie na stronie internetowej MON jest mowa w przetargu o aparatach latających dla Wojsk Lądowych. Czy przetarg nie obejmuje Marynarki Wojennej, czy też podejmie się próbę implementacji systemów lądowych do eksploatacji na okręcie?

Jeżeli nie chcemy wchodzić w dość złożone systemy odzyskiwania aparatów latających wystrzeliwanych z katapulty, to pozostają typowe dla okrętów pionowzloty. Z tych, rodzimy przemysł oferuje, lub wkrótce zaoferuje chyba tylko trzy:

  • SW-4 RUAS w klasie lekkiego śmigłowca. Możliwość wyboru lotu załogowego lub nie jest atrakcyjna, ale może się okazać za droga i zbyt zbliżona do wyboru klasycznego śmigłowca, co może wywołać sprzeciw.
  • ILX-27 http://ilot.edu.pl/wp-content/uploads/2014/09/polski_smiglowiec_ilx-27.pdf w klasie 1 tony jest prawie dwukrotnie lżejszy, ale wciąż oferuje interesujący udźwig/zasięg. Ciekawe pytanie jak producent wyceni swój produkt. Zaprezentowano wersję z magnetometrem i wyrzutnikiem boi hydroakustycznych, ale na razie to raczej marketing niż potrzeba użytkownika.
  • Manta, nieco tajemniczy produkt WB Electronics, nieobecny na stronie internetowej firmy. Udźwig niezbyt atrakcyjny, ale być może kandydat do tworzenia autonomicznych rojów?

flytronic-manta-uav

W jaki sposób wykorzystać je jak najefektywniej, jest kluczowym pytaniem, które zdecyduje o poparciu lub odrzuceniu jakiejkolwiek propozycji dronów dla okrętów. Rozpoznanie czy wskazywanie celów wydają się być naturalną odpowiedzią i pewnie mało kontrowersyjną, ale czy wystarczająco atrakcyjną by przebić się w górę na długiej liście priorytetów wspartej problematycznym planem finansowania? Wspomniana wersja morska z magnetometrem jest w takim układzie konkurencyjna do śmigłowców ASW, które właśnie wybrane, dla planistów budżetu skutecznie „odhaczają” na liście zakupów kwestię poszukiwania okrętów podwodnych. Sama marynarka wojenna postawiona wobec możliwości wyboru postawi prawdopodobnie na samoloty patrolowe MPA, a nie drony o mocno ograniczonych możliwościach. Czy jednak drony mogą w jakikolwiek sposób wzmocnić siłę ofensywną okrętu, biorąc pod uwagę swój mały udźwig? Na pozór propozycja całkiem nieatrakcyjna, ale jeśli wziąć pod uwagę ograniczoną liczbę rakiet przeciw-okrętowych przenoszonych przez korwety i ich całkowity brak na okrętach patrolowych, to co zrobić z flotyllą FAC przeciwnika? WB Electronic proponuje z myślą o zupełnie innym zastosowaniu kombinację swojej Manty z innym produktem zwanym Warmate. Tylko jak takie ponad kilogramowe maleństwo ma zaszkodzić okrętowi? I dlaczego nie jakakolwiek inna klasyczna amunicja możliwa do przenoszenia przez drony, niech będzie laserowo kierowana rakieta 70mm? Według informacji z netu wersja Warmate do jednorazowego użytku ma mieć 700g materiału wybuchowego. To, przypuszczam jest odpowiednik amunicji 40-57mm. Okrętu klasy FAC nie zatopi, ale przy odrobinie szczęścia kilka takich mikro-kamikadze może uszkodzić ważne dla okrętu systemy i uniemożliwić wykonie misji. Dla okrętu patrolowego mającego do czynienia z niskim poziomem zagrożenia może to być właściwe narzędzie do zwalczania łodzi motorowych i innych zagrożeń bardziej rodem „z cywila” niż arsenału militarnej potęgi. Warmate może unosić się w powietrzu około 40 minut i odpalone z Manty czy ILS-27 ma szanse na atak spoza zasięgu obrony bezpośredniej typowego dla małego okrętu rakietowego. I to jest argument za takim dość nietypowym rozwiązaniem. Dodatkowym argumentem jest działanie psychologiczne, gdyż mamy do czynienia z dosłownie wiszącym nad głową toporem w postaci maleńkiego pocisku, który szuka celu i czeka na okazję.

Na ile rój takich maleństw może wpłynąć na przebieg incydentu takiego jak w przypadku NordBalt?

Na ile rój takich maleństw może wpłynąć na przebieg incydentu takiego jak w przypadku NordBalt?

Puszczając wodzy wyobraźni, jak takie cudeńko mogłoby być pomocne we wspomnianym na wstępie incydencie litwesko-rosyjskim? Warmate krążąc wokół okrętu i w końcu eksplodując gdzieś w wodzie w jego okolicy, może zadziałać podobnie do strzału ostrzegawczego z armaty. Tyle, że również poza jej zasięgiem, sugerując możliwość salwy z NDR-u spoza horyzontu. Czyli może dokonać czegoś, czego NDR nie jest w stanie zrobić – dać wyraźny sygnał intencji i woli.

Apr 122015
 
KrzyżŚwAndrzeja

Krótki tekst pod tytułem Conventional Deterrence by Denial and the Baltics, którego autorem jest Jon Solomon powinien zwrócić uwagę choćby z powodu naszego sąsiedztwa z republikami bałtyckimi i wspólnego członkostwa w NATO. Co jeszcze ciekawsze, artykuł odnosi się do scenariuszy strategicznych, w których marynarka wojenna mogłaby odegrać ważną rolę. Jest więc okazja do sprawdzenia na ile własne koncepcje (i mam tu na myśli nie tylko moje, lecz każdego z nas) sprawdziłyby się w opisywanych wariantach rozwoju wypadków. Autor zamieszcza dość obszerny fragment innego tekstu Stop Putin’s Next Invasion Before It Starts, który można krótko streścić w następujący sposób:

Rosja ma militarną siłę zdolną do pokonania obrony Litwy, Łotwy i Estonii wspomaganych przez lekkie siły NATO w czasie nawet dwóch dni. Gdyby do takiej sytuacji doszło, Stany Zjednoczone i NATO stoją przed ponurą alternatywą – poddać Pribałtykę z wszelkimi konsekwencjami dla sojuszu lub odbić ją od Rosjan, co wymagałoby potężnej operacji desantowej. Lepiej więc i taniej zapobiec temu rozmieszczając odpowiednie siły na terytorium tych krajów.

W zasadzie pokrywa się to z intencjami Polski i wysiłkami naszego rządu aby wzmocnić wschodnią flankę sojuszu i powrócić do pierwotnej funkcji obronnej sojuszu. Nieodmiennie wraca pytanie o rolę marynarki wojennej w obu przypadkach. Niewątpliwie scenariusz potężnego desantu z morza z obwodem Kalliningradzkim za plecami byłby poważnym argumentem za rozbudową sił morskich, ale na ile taki obrót sprawy jest prawdopodobny? Pomocnym w dalszym „rozgryzieniu” tematu jest raport organizacji RAND zatytułowany NATO Needs a Comprehensive Strategy for Russia. Na wstępie padają cztery kluczowe dla polityki pytania:

  • Jakie jest podstawowe zagrożenie dla członków NATO, któremu chcą zapobiec: tradycyjna agresja wojskowa, czy też niekonwencjonalne wymuszanie wojskowe i polityczne?
  • Jakie powinno być podejście do odstraszania Rosji przed podjęciem agresywnych kroków: podnoszenie kosztów takich akcji czy zaprzeczanie możliwościom osiągnięcia celów?
  • Jaki powinien być charakter relacji pomiędzy NATO a Rosją: zaangażowanie, czy odcinanie się?
  • Jaki stopień wpływów Rosji w krajach nie będących członkiem NATO, sojusz powinien zaakceptować oraz jaki rodzaj obietnic i wsparcia NATO powinno zaoferować tym krajom?

Jest to punkt widzenia amerykański i być może ogólniej, zachodni, ale dla nas krytyczny, bo jak teksty w odnośnikach zauważają, lokalne siły sąsiadów Rosji, do jej powstrzymania w żaden sposób nie wystarczą. Powyższe pytania stanowią swego rodzaju punkty decyzyjne i prowadzą autorów raportu do dwóch alternatywnych strategii postępowania wobec Rosji. Poniżej seria cytatów dająca krótki ich opis wraz z zaznaczeniem potencjalnych negatywów.

Punishment and disengagement (kara i odcięcie się)

Ta strategia szuka wpierw i przede wszystkim w jaki sposób zapobiec dalszej agresji poprzez wzmocnienie bezpośredniej obrony i zdolności do odwetu, rozwijając zdolności wojskowe NATO.

Wzywa również członków NATO i EU do zerwania współpracy z Rosją w szerokim zakresie obszarów, oferując dodatkową formę nacisku jak również dlatego, że dotychczasowe wysiłki współpracy okazały się bezowocne.

Chociaż NATO ogólnie dysponuje większymi siłami, to dla Rosji jest łatwiej skoncentrować wojska na swojej granicy i zagrozić sąsiadowi niż dla NATO skoncentrować swoje siły w odpowiedzi.

W ostatecznym rozrachunku istnieje ryzyko, że strategia punishment and disengagement wcześniej, czy później wywoła reakcję.

Resilience and engagement (odporność i otwarcie)

U podstaw tej strategi leży przekonanie, że przynajmniej aktualnie, Rosja wierzy w skuteczność paragrafu piątego sojuszu. Rosja postrzega potencjał NATO jako wystarczający do spowodowania, że użycie siły wojskowej spełznie na niczym. Pewne aspekty bieżącej polityki Rosji mogą mieć na celu osłabienie spójności sojuszu, a więc i jego wiarygodności dla uzyskania efektu zmiany równowagi sił.

W języku doktryny odstraszania jest to strategia zanegowania Rosji możliwości osiągnięcia celów, a nie obietnicy odwetu po ich osiągnięciu.

Scenariusze niekonwencjonalne i bez użycia siły militarnej, takie jak naciski ekonomiczne, polityczne, cybernetyczne lub tajne akcje są o wiele bardziej prawdopodobne niż zagrożenie otwartą wojną. W tym wypadku NATO powinno zmienić swoje priorytety na usuwanie potencjalnych słabości samej instytucji państwa. Rosja może widzieć takie kroki NATO jako niekonsekwentne, zwłaszcza początkowo, dające wolną rękę w krajach na peryferiach Rosji. Innymi słowy, Rosja może nie poczuć się zniechęcona do swoich działań destabilizujących NATO i jego partnerów i może wręcz poczuć się pewniej w zamysłach użycia swoich konwencjonalnych sił zbrojnych, nawet przeciwko członkom NATO.

Trzecią alternatywną strategią, odrzuconą w raporcie jest sfera wpływów, czyli koncesje dla Rosji na swobodę działania w krajach uważanych przez Rosję za swoją strefę wpływów.

Końcowe rekomendacje raportu faworyzują strategię drugą – budowania odporności i stopniowanej otwartości na Rosję. Istnieje również w tle silny argument finansowy – roczne koszty strategii odwetu to suma w granicach 1.0-1.5 miliarda dolarów na dość skromne siły, między innymi dwóch brygad pancernych, jednej eskadry F-16 i 90 dni w roku obecności lotniskowca na wodach przyległych. Alternatywa jest znacznie tańsza, w granicach nie przekraczających 0.8-1.0 miliarda i w zasadzie opierająca się na rotacyjnej obecności wybranych jednostek, wzmożonych ćwiczeniach i rozbudowie infrastruktury. A więc coś, co już znamy i obserwujemy w rzeczywistości.

Jaki wpływ ma na rolę i strukturę Marynarki Wojennej RP prezentowany punkt widzenia? Wersja pesymistyczna otwartej inwazji na republiki bałtyckie jest przez raport uznawana za mniej prawdopodobną ale przede wszystkim za, powiedzmy otwarcie, beznadzieją. Stąd skupienie się na zapobieżeniu takiej sytuacji. Czy jednak wspomniane dość skromne siły są w stanie zniechęcić zdeterminowaną Rosję do podjęcia działań? Wszyscy wolelibyśmy uniknąć sprawdzenia, czy tak jest. W każdym przypadku Obwód Kalliningradzki odgrywa kluczową rolę. Być może więc umiejętność zademonstrowania możliwości neutralizacji sił bazujących na tym kawałku Rosji byłaby wystarczającym motywem do ponownych kalkulacji szans na sukces? Dylemat, przed którym stoi nasza Marynarka Wojenna to oddzielenie tego, co może wykonać samodzielnie od tego, co może wnieść do wysiłku i strategii sojuszników. Sztuką będzie zbudowanie floty równie użytecznej w obu przypadkach. W kontekście raportu RAND, doktryna BBN-u skupia się na samodzielnych działaniach w sytuacji ograniczonego zagrożenia, zwanego „podprogowym”. Nie wnikając, a wręcz unikając rozważań o konkretnych planach operacyjnych, odwołuję się jeszcze raz do tego, co Jon Salomon pisze na końcu:

Role flot i obrony wybrzeża muszą zostać nakreślone. Potencjalne role marynarek wojennych państw członkowskich NATO leżących nad Bałtykiem byłyby całkiem różne od tych, które leżą nad Atlantykiem.

Problem roli Marynarki Wojennej RP jest więc wciąż tematem do dyskusji.

Mar 282015
 
CARAT 2012

Nigdy za wiele o sensie istnienia marynarki wojennej, zwłaszcza w naszym położeniu geostrategicznym. Każda wątpliwość co do potrzeby jej istnienia, sygnalizowana przez nieobecność tematu w mediach, nieokreśloności budżetu czy planów inwestycyjnych bądź opóźnienia w ich realizacji, powinny nam przypominać o potrzebie powrotu do źródła. Do nieustannego formułowania klarownej funkcji i miejsca marynarki wojennej w strategii bezpieczeństwa państwa.
Zapraszam więc do wspólnej lektury Strategii Bezpieczeństwa Narodowego RP i wskazania, w których jej punktach flota może i powinna odgrywać istotną rolę, a gdzie będzie tylko narzędziem pomocniczym. Jeżeli potraktujemy rodzaje sił zbrojnych jako narzędzie realizacji polityki państwa, dobrze by było rozumieć do czego dane narzędzie się nadaje, a do czego nie bardzo. W tym punkcie z pomocą przychodzi nam świeżo wydana strategia US Navy pod znamiennym tytułem A Cooperative Strategy for 21st Century Seapower. Nie jesteśmy potęgą morską ani nie pretendujemy do bycia nią, skąd więc zainteresowanie akurat tym dokumentem, zwłaszcza w kontekście Polski? Z dwóch powodów – Stany Zjednoczone są państwem morskim a US Navy czołową potęgą morską świata. Możemy więc brać naukę z wiedzy, było nie było eksperta w dziedzinie wojny morskiej. Drugim powodem jest fakt, że nasza strategia opiera się na sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi i to podwójnie – w układzie dwustronnym (patrz Aegis ashore) oraz wielostronnym w ramach NATO. Jest więc istotne do jakiego stopnia nasze interesy leżą w polu zainteresowania USA, albo jak bardzo są zbieżne z niektórymi interesami naszego sojusznika.

Strategia opracowana przez BBN ma charakter hierarchiczny, zacznijmy więc od początku, skupiając się na aspektach związanych z siłami zbrojnymi, pomijając aspekty społeczno-gospodarcze:

Interesy narodowe określa art. 5 konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej. Z nich wynikają interesy narodowe w dziedzinie bezpieczeństwa, do których należą:

dysponowanie skutecznym narodowym potencjałem bezpieczeństwa zapewniającym gotowość i zdolność do zapobiegania zagrożeniom, w tym odstraszania, obrony i ochrony przed nimi oraz likwidowania ich następstw;

silna pozycja międzynarodowa Polski i członkostwo w wiarygodnych systemach bezpieczeństwa międzynarodowego;

ochrona indywidualna i zbiorowa obywateli przed zagrożeniami dla ich życia i zdrowia oraz przed naruszeniem, utratą lub degradacją istotnych dla nich dóbr (materialnych i niematerialnych);

Lektura pełnej listy interesów narodowych jest wskazana dla umiejscowienia roli całych sił zbrojnych w odpowiedniej perspektywie. Coś, co kiedyś nazywało się obroną cywilną lub niezależność energetyczna czy skuteczność w kierowaniu Państwem w razie kryzysu ma takie samo znaczenie jak zdolności bojowe komponentu militarnego. Jeśli ważyć każde słowo powyższego teksu to widać hierarchię zadań – od zapobiegania i odstraszania poprzez obronę i ochronę do likwidacji skutków. W tej piramidzie flota ma szansę odegrać ważną rolę w zapobieganiu i odstraszaniu, zwłaszcza w kontekście międzynarodowym, natomiast w obronie będzie w naszej sytuacji spełniała rolę pomocniczą. Podkreśla to punkt drugi. Jedynym wiarygodnym sojuszem jest dzisiaj NATO a najsilniejszym sojusznikiem USA. Jeśli chcemy odgrywać w tym towarzystwie jakąkolwiek rolę, musimy wziąć pod uwagę interesy naszych sojuszników i ich percepcję źródeł zagrożenia. Będąc krajem środkowo-europejskim leżącym pod bokiem jednej z największych potęg militarnych świata o coraz bardziej agresywnej polityce zewnętrznej, łatwo zapominamy o starym powiedzeniu, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

W NATO decydującą rolę militarną i finansową ogrywają Stany Zjednoczone a spośród krajów Europy są to Wielka Brytania, Niemcy i Francja. Dwa z tych czterech państw są potęgami morskimi a Francja zawsze była i jest zainteresowana posiadaniem silnej floty zdolnej do projekcji siły. Dwie tradycyjne potęgi lądowe – Francja i Niemcy mają całkiem odmienne poczucie zagrożenia od naszego. De facto mamy często rozbieżne zdanie z naszymi sojusznikami europejskimi na temat polityki wobec Rosji, która wydaje się dominować popularne i publiczne dyskusje w naszym kraju na temat bezpieczeństwa. Trzeba sobie wyraźnie powiedzieć, że absolutne bezpieczeństwo oznacza logicznie zdolność do obrony przed kimkolwiek, a więc bycie hegemonem, co najmniej regionalnym. Nie jesteśmy nim, więc nasze bezpieczeństwo w obliczu otwartej wojny zależy całkowicie od skutecznego wsparcia społeczności międzynarodowej, w tym NATO.

Jeśli polegamy na sojuszu transatlantyckim, co warto spojrzeć na priorytety US Navy, zawarte w najnowszej edycji:

Stany Zjednoczone są narodem morskim. Od ponad 200 lat Marynarka Wojenna, Straż Przybrzeżna i Korpus Piechoty Morskiej działają na całym świecie chroniąc obywateli amerykańskich i interesy Stanów Zjednoczonych poprzez reagowanie na kryzysy, a w razie konieczności tocząc i wygrywając wojny. (… ) siły morskie wykorzystują globalne wody międzynarodowe jako przestrzeń do manewru zapewniając dostęp do regionów zamorskich, broniąc kluczowych interesów w tych obszarach, chroniąc amerykańskich obywateli zagranicą i zapobiegając wykorzystaniu morza przez naszych przeciwników przeciwko nam.

Jakie więc są punkty zbieżne pomiędzy tymi dwoma strategiami, dla których Stany Zjednoczone będą gotowe się zaangażować i ponieść istotne koszty (nie tylko materialne)? Czy US Navy potrzebuje naszych czołgów? Z pewnością my potrzebujemy ich związków pancernych, ale odwrotnie? Wracając do strategii BBN-u i schodząc szczebel niżej w hierarchii celów, czytamy:

Z powyższego układu interesów wynikają odpowiadające im cele strategiczne w dziedzinie bezpieczeństwa:

utrzymywanie i demonstrowanie gotowości zintegrowanego systemu bezpieczeństwa narodowego do wykorzystywania szans, podejmowania wyzwań, redukowania ryzyk i przeciwdziałania zagrożeniom;

doskonalenie zintegrowanego systemu bezpieczeństwa narodowego, a zwłaszcza jego elementów kierowania, w tym zapewnienie niezbędnych zasobów i zdolności;

rozwój potencjału obronnego i ochronnego adekwatnego do potrzeb i możliwości państwa oraz zwiększenie jego interoperacyjności w ramach NATO i UE;

wzmocnienie gotowości i zdolności NATO do kolektywnej obrony oraz spójności działań UE w dziedzinie bezpieczeństwa; budowanie silnej pozycji Polski w obu tych organizacjach;

rozwijanie bliskiej współpracy ze wszystkimi sąsiadami oraz budowanie partnerskich relacji z innymi państwami, w tym służących zapobieganiu i rozwiązywaniu konfliktów i kryzysów międzynarodowych;

promowanie na arenie międzynarodowej zasad prawa międzynarodowego oraz uniwersalnych wartości, takich jak: demokracja, prawa człowieka
i wolności obywatelskie, a także podnoszenie w polskim społeczeństwie świadomości praw człowieka i obywatela;

Pierwszy punkt mówi, że mamy być gotowi i nasi przeciwnicy mają być tego świadomi. To jest prawdziwy element odstraszania, polegający na psychologicznym mechanizmie nieuchronności konsekwencji. Co ciekawe, ten punkt działa bez odniesienia się do jakichkolwiek konkretnych zdolności bojowych. Oczywiście, jeśli nie będziemy mieli żadnych zdolności, to nikogo to nie odstraszy, nic jednak nie wspominamy o górnej granicy możliwości bojowych. Ten punkt dla argumentu za istnieniem marynarki wojennej jest neutralny. Podobnie drugi. Ciekawostką jest fakt, że potencjał obronny jest wymieniony dopiero na trzecim miejscu i jako środkowy punkt. I taka jest jego waga. Punkt trzeci zwraca uwagę na konflikt pomiędzy potrzebami a możliwościami i konieczność współpracy sojuszniczej. Innymi słowy mamy nadzieję, że sojusznicy pokryją wspomniany deficyt pomiędzy potrzebą a możliwościami. Tylko co na to sojusznicy? To jest punkt za marynarką wojenną jako tym narzędziem, które leży w sferze zainteresowań naszych sojuszników. Żadna z europejskich potęg nie ma tak silnego poczucia zagrożenia ze strony Rosji jak my i nasi sąsiedzi z republik bałtyckich. Ich zainteresowania są związane o wiele bardziej z morzem – ochroną interesów w odległych regionach, projekcją siły lub ochroną żeglugi a raczej całego systemu handlu morskiego. O tym mówią wszystkie pozostałe cele strategiczne, jeśli spojrzymy na nie oczyma sojuszników. Zwłaszcza ostatni punkt powinien być silnym argumentem za istnieniem marynarki wojennej, gdyż utrzymywanie porządku i ładu międzynarodowego wymaga wysokiej mobilności a flota daje najlepszy kompromis pomiędzy tonażem i czasem przemieszczania ładunków i wojska. Potwierdzenia ponownie szukamy w strategii US Navy:

Ta strategia morska potwierdza dwie podstawowe zasady. Po pierwsze, wysunięta obecność marynarki wojennej jest kluczowa dla osiągnięcia następujących celów, wynikających z wytycznych władz państwowych: bronić kraju, zapobiegać konfliktom, reagować na kryzysy, odpierać agresję, chronić handel morski, wzmacniać partnerstwo i oferować pomoc humanitarną wraz z pomocą w katastrofach. Po drugie, siły morskie są silniejsze, gdy działają wspólnie lub razem z sojusznikami i partnerami. Łącząc nasze indywidualne zdolności i siły tworzymy efekt, który jest większy od sumy poszczególnych składników.

W kontekście sąsiedztwa z potęgami lądowymi i dzielenia z nimi granicy na lądzie, marynarka wojenna będzie najbardziej użyteczna przy zapobieganiu konfliktom i kryzysom oraz ochronie systemu międzynarodowego handlu morskiego przy drugorzędnym znaczeniu przy obronie kraju przed agresją. Jest to doprecyzowanie stosowalności narzędzia jakim jest flota, a nie negowanie wagi obrony narodowej. Problem obrony terytorialnej i integralności Państwa Polskiego jest złożony i nie ma prostej odpowiedzi bądź jednego rozwiązania. Prezydencki dokument próbuje to uchwycić w trzech priorytetach, kładąc nacisk na poziom zagrożenia, który będziemy w stanie zneutralizować samodzielnie i konieczność współpracy międzynarodowej dla zwalczania otwartej agresji militarnej. Różnica w poglądach na charakter i poziom zagrożenia pomiędzy członkami układów sojuszniczych jest wyraźnie widoczna w próbach wzmocnienia kolektywnej obrony i otwartym zdefiniowaniu całej strefy zdarzeń „podprogowych”, czy „trudno-konsensusowych”:

Główny kierunek działań strategicznych w tym zakresie określają trzy priorytety polityki bezpieczeństwa, do których należą:

zapewnienie gotowości i demonstracja determinacji do działania w sferze bezpieczeństwa i obrony oraz wzmocnienie narodowych zdolności obronnych, ze szczególnym traktowaniem tych obszarów bezpieczeństwa narodowego, w których sojusznicze (wspólne) działania mogą być utrudnione (sytuacje trudno-konsensusowe);

wspieranie procesów służących wzmocnieniu zdolności NATO do kolektywnej obrony, rozwój Wspólnej Polityki Bezpieczeństwa i Obrony UE, umacnianie strategicznych partnerstw (w tym z USA) oraz strategicznych relacji z partnerami w regionie;

wspieranie i selektywny udział w działaniach społeczności międzynarodowej, realizowanych na podstawie norm prawa międzynarodowego, mających na celu zapobieganie powstawaniu nowych źródeł zagrożeń, reagowanie na zaistniałe kryzysy oraz przeciwdziałanie ich rozprzestrzenianiu się.

Nie jest to łatwe zadania, patrząc na to jaką wagę w całej strategii US Navy przypisuje Europie w całości, nie wspominając o Polsce:

NATO i nasi Europejscy sojusznicy oraz partnerzy pozostają żywotną częścią interesów bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych w regionie i na świecie. Nasza zdolność do współdziałania z sojusznikami pozostaje priorytetem, na co wskazuje dziewięcio-miesięczny wspólny rejs Carrier Strike Group ze sztabowcami Royal Navy na pokładzie i wspólne operacje z marynarką wojenną Francji. Nasza infrastruktura wojskowa w Europie ma fundamentalne znaczenie dla wspierania działań morskich na wodach europejskich i przyległych. Siły morskie operujące w Europie są usytuowane idealnie do przeprowadzenia szybkich, elastycznych akcji w Europie, Afryce, na Bliskim Wschodzie i w Południowo-Wschodniej Azji.

Podkreślając nasze zobowiązania wobec NATO, US Navy będzie dalej wspierać Stałe Zespoły Okrętowe NATO i wydzielać siły do działań w Europie, które oferują unikalne zdolności dla sojuszu jak obrona przeciw rakietom balistycznym na lądzie i na morzu, chroniąc naszych sojuszników i partnerów przed zagrożeniem rakietami balistycznymi.

 

Współpraca międzynarodowa i budowanie sojuszy. To zadanie dla MW RP

Współpraca międzynarodowa i budowanie sojuszy. To zadanie dla MW RP

Wszelkie wyżej wspomniane cytaty dość jasno określają oczekiwania naszego głównego i podwójnego sojusznika wobec nas i Europy. Na zasadzie wzajemności na tacy mamy podany wkład i co byłoby wysoko ocenione jako wzajemność. Jest więc rola dla naszej floty i chociaż bliższa ciału koszula, to powinniśmy spojrzeć odrobinę szerzej, by zobaczyć co my możemy zrobić dla partnerów, jeśli chcemy być netto konsumentem bezpieczeństwa narodowego. Ten wątek współpracy międzynarodowej przewija się w doktrynie BBN-u wielokrotnie. Najkrótsze podsumowanie naszej doktryny zawiera się w jednym zdaniu:

Istotą działań obronnych jest stałe utrzymywanie gotowości do skutecznego reagowania na zagrożenia dla niepodległości i nienaruszalności terytorialnej Rzeczypospolitej Polskiej. Do działań uzupełniających należy aktywne wykorzystywanie szans i uprzedzające redukowanie ryzyk w dziedzinie bezpieczeństwa, między innymi poprzez udział w międzynarodowych wysiłkach na rzecz ograniczania źródeł zagrożeń, w tym w międzynarodowych operacjach bezpieczeństwa.

O ile palmę pierwszeństwa w obronie nienaruszalności terytorialnej kraju należy oddać wojskom lądowym i lotnictwu, to domeną marynarki wojennej powinno być uprzedzające redukowanie ryzyk oraz udział w międzynarodowych działaniach na rzecz stabilizacji sytuacji międzynarodowej. Z tradycyjnego menu funkcji floty – odstraszanie/zapobieganie, kontrola morza, projekcja siły i ochrona żeglugi, samodzielnie powinniśmy się skupić na pierwszej i ostatniej funkcji, do pozostałych dwóch wnosząc pomocniczy wkład dla sojuszników. Flota dzięki swoim unikalnym cechom mobilności i autonomiczności jest idealnym narzędziem ochrony interesów państwa i polityki międzynarodowej. W naszej sytuacji oznacza to zapobieganie eskalacji konfliktów i budowanie sojuszy niezbędnych do pokrycia deficytu pomiędzy potrzebami a możliwościami podsystemu militarnego. Ile środków chcemy poświęcić na takie cele zależy od tego jak politycy postrzegają wagę takich priorytetów. Poprzez analogię do zawodu lekarza, który przede wszystkim ma nie szkodzić pacjentowi, flota powinna i może być istotnym elementem zapobieganiu konfliktom i ograniczaniu ich ryzyka. Jeśli już jednak dojdzie do walki zbrojnej na wielką skalę, flota wciąż może zaoferować manewr na flance i ochronę przed takim samym manewrem przeciwnika.

Mar 012015
 
Remontowa-Hirta

Czas oczekiwania na nowe wieści odnośnie decyzji MON-u dotyczących Marynarki Wojennej sprzyja refleksjom. Pod takim hasłem, Chwila na refleksję, ukazał się trzy lata temu wpis na tymże blogu, który wydaje się zachował świeżość. To nie jest wyraz nieskromności, tylko raczej powód do zaniepokojenia. Cóż się bowiem takiego dzieje, że tkwimy nie tyle w tym samym miejscu, ale wciąż daleko od rozstrzygnięcia podstawowych problemów. W tamtym tekście pojawił się pewien rysunek/schemat, nad którym trzeba się pochylić jeszcze raz, aby próbować zrozumieć mechanizmy blokujące postęp prac. Nie mamy innego wyjścia, bo polityka informacyjna MON-u wprowadziła chyba tę instytucję w pewnego rodzaju pułapkę. Próba większej otwartości informacyjnej owocuje bowiem atakami politycznych oponentów i druzgocącą krytyką przeciwników konkretnej propozycji. Wystarczy prześledzić historię okrętów podwodnych by zrozumieć potencjalną alergię urzędników MON-u na upowszechnianie wszelkiej informacji, która nie jest już faktem dokonanym.

Wracając do wspomnianego rysunku, spróbujmy skomentować pokrótce, jak główne siły działające na strukturę i zadania floty wyglądają w 2015 roku.

WpływyNaStrukturęFloty

Mamy strategię BBN-u kładącą nacisk na zwalczanie zagrożeń asymetrycznych, mobilność sił zbrojnych, walkę cybernetyczną, siły specjalne i sytuacje „podprogowe”. Zasadniczo marynarka wojenna jest w stanie odnaleźć się w tych kategoriach, chociaż na niekorzyść działa brak doświadczeń polityków w użyciu okrętów dla celów politycznych. Nie mają więc oni dobrej oceny wartości politycznej floty. Taka sytuacja promuje niezdecydowanie a w sytuacji przymusu podjęcia decyzji, łatwo przenosi się na dobrze znany grunt dyskusji budżetowych.

Dominują więc dwie inne siły – lobby przemysłowe i poglądy korpusu oficerskiego. Z tym pierwszym związana jest rządowa wizja rozwoju krajowej bazy przemysłowej i badawczo-rozwojowej, zdolnej do wspierania lokalnie działań i funkcjonowania marynarki wojennej. Jakie więc rząd ma dzisiaj opcje? Zacznijmy od cytatu z nie najnowszego artykułu na temat SMW:

Warunkiem przejścia do opcji układowej jest wypracowanie takich środków finansowych, które umożliwią spłatę wierzycieli. I tutaj są jak gdyby dwa źródła przychodów, dwa źródła finansowania. Jedno, to jest sprzedaż majątku. I to rozpoczęliśmy (…) Drugim źródłem finansowania są wpływy z bieżącej produkcji (…) W związku z tym, warunkiem przejścia do opcji układowej jest możliwość przedstawienia sądowi projekcji przychodów i wydatków oraz osiąganego zysku, z którego ma być finansowana spłata wierzycieli, przynajmniej w horyzoncie 3 lat. Dzisiaj Stocznia nie jest w stanie takiej projekcji przedstawić, ponieważ w tej chwili możemy to zaprezentować na rok bieżący i na rok przyszły – powiedziała na posiedzeniu komisji Magdalena Smółka.

Strategie przemysłowe możliwe do implementacji mogą wyglądać następująco:

  • Sześć jednostek dla SMW – oznacza długi okres budowy, bo nie wiadomo, czy stocznia ma środki finansowe i moce produkcyjne na budowę okrętów „na zakładkę”. Ryzyko finansowe jest ogromne – nie daje się takich kontraktów bankrutowi w likwidacji, który wydaje się żyć głównie dzięki Ślązakowi i konsorcjum z Remontową. Z drugiej strony odcięcie SMW od kontraktu może oznaczać brak realnych szans na przeżycie stoczni. Ale można zaryzykować budowę kolejnego Ślązaka po odbiorze pierwszego.
  • Ofertę składa PeGaZ, a nie stocznia. Wówczas można podzielić budowę na dwie serie w Gryfii i Naucie. Licencjobiorcą jest PeGaZ, co daje większą elastyczność w zarówno finansowaniu jak i podziale prac. Należy spodziewać się silnego wsparcia lobbingowego dla takiego rozwiązania, chociaż ta opcja jest ryzykowna dla MON-u, któremu grozi w przyszłości nieprzyjemny dyktat monopolisty o silnym wsparciu politycznym. Buduje się teoretycznie szerszą bazę przemysłową dla marynarki wojennej, ale zajmie to sporo czasu i skazuje na śmierć SMW. Prowadzi również do wąskiego gardła w przypadku realnego podjęcia budowy okrętów podwodnych w Polsce, bo miałaby się tym zająć Nauta w ramach PGZ.
  • Kontrakt wygrywa Remontowa. To stocznia w najlepszej chyba kondycji finansowej i pewnie posiadająca odpowiedni moce produkcyjne. Jeden z lepszych wariantów rozwoju potencjału budowy okrętów dla Państwa Polskiego, ale… nie należy do polskiego sektora zbrojeniowego i może mieć małe poparcie polityczne. Niebezpieczeństwo może również przyjść ze strony konkurencji z PeGaZem, który w sposób naturalny będzie promował swoje stocznie, niezależnie od ich rzeczywistego potencjału.
  • Okręty buduje istniejące już konsorcjum Remontowa/SMW. Ma to swoje zalety, gdyż pozwala utrzymać przy życiu SMW ograniczając ryzyko dla kontraktu. Możliwy jest również podział prac pomiędzy dwie stocznie. Dodatkowym atutem jest posiadana już licencja na MEKO, co ogranicza koszty oraz pozwala budować na istniejącym już doświadczeniu z budowy Ślązaka. Wówczas PeGaZ zostaje w odwodzie do budowy okrętów podwodnych, jeśli do tego w ogóle dojdzie.
  • Damen pozostaje zagadką. Czy jest możliwa budowa przez Damen tak dużych jednostek samodzielnie w Polsce? Raczej nie, bo na własnej stronie Damen Shipyards Gdynia podaje granice swoich możliwości na poziomie 80m długości i 950 ton. Czy należy się więc sprzymierzyć z którymś z wyżej wymienionych aktorów sceny? Tylko którym? Ciekawy dylemat marketingowy, na rozstrzygnięcie którego trzeba chyba poczekać.

Poglądy korpusu oficerskiego MW mają kluczowe znaczenie, bo Minister Obrony Narodowej nawet, jeśli posiada swoje zdanie na temat marynarki wojennej, to nie odważy się pewnie działać kompletnie wbrew opinii marynarzy. Spojrzenie retrospektywne na wspomniane poglądy oferuje nam niespodziewanie nowy numer specjalny MSiO – Niszczyciele Polskiej Marynarki Wojennej. To, co się rzuca w oczy, to dość uporczywa próba oparcia trzonu floty o grupę uderzeniową opartą na niszczycielach/fregatach, czy w końcu korwetach jako ich substytucie. No to popatrzmy, co się udało uzyskać w niezbyt długiej historii naszej Marynarki Wojennej. Poniższy rysunek przedstawia w formie graficznej ile niszczycieli mieliśmy rzeczywiście w służbie niezależnie od planów.

Niszczyciele w MW.001

Przez połowę czasu były to dwie jednostki, przez następną ćwiartkę – tylko jeden okręt a przez 1/6 czasu mieliśmy do dyspozycji trzy jednostki. Większą liczbą dysponowaliśmy w czasie wojny oraz czterema jednostkami przez ostatnie dwa lata przedwojenne i w 1958 roku. W tym świetle pytanie o szanse programu budowy sześciu jednostek wydaje się mieć charakter retoryczny. Tomasz Grotnik w artykule Amerykańskie prezenty pyta Czyżby powrócił pomysł na 7 korwet, tym razem „nieco zakamuflowanych”, zaś fregata ponownie stała się „rozwiązaniem tymczasowym”? Dodałbym od siebie, że rozwiązaniem tymczasowym jest fregata wraz ze Ślązakiem, bo mamy swoje statystyczne dwa okręty.

Być może rząd konsekwentnie będzie realizował swój program, chociaż deklaracje Ministra Mroczka z końca stycznia (wspomniane w poprzednim wpisie) o ogłoszeniu postępowania w ciągu kilku, kilkunastu dni nie zostały wypełnione. Trudno dokonywać oceny bez znajomości faktów, ale rozwiązaniem najbezpieczniejszym jest w moim odczuciu kontynuacja programu MEKO przez konsorcjum Remontowa/SMW. Daje to szansę na najszybszy efekt, rozsądną kontrolę ryzyka i pełną elastyczność w którym momencie przerywamy program, nie zostawiając sierot, z którymi politycy nie wiedzą co zrobić.

Zbytnia koncentracja na okrętach uderzeniowych zdolnych do współpracy w ramach grup NATO, przesłania też fakt, że przynajmniej zgodnie z doktryną BBN-u priorytet powinien mieć okręt transportowy dla sił zbrojnych, co jest również w zasięgu możliwości wspomnianego konsorcjum. I o tym być może trzeba zacząć mówić coraz więcej i częściej.

Feb 102015
 
Wielokrotny bohater tego blogu. System samoobrony dla niewielkich okrętów bez  wysadzania w powietrze budżetu.

Otoczenie strategiczne Polski i związany z tym poziom zagrożenia zmieniły się znacząco w ciągu ostatniego roku. Polityki Rosji nie można już nazwać tylko asertywną. Zachód nie jest gotowy na konfrontację, a Rosja nie widzi powodów do negocjacji. Postępuje więc erozja poczucia bezpieczeństwa w regionie i nie tylko. To poczucie niepewności i zagrożenia maleje wraz z oddalaniem się od granic Rosji. Cała sytuacja jest tylko potwierdzeniem nieliniowości historii, innymi słowy jeśli w przeszłości było spokojnie to wcale nie znaczy, że w przyszłości będzie tak samo. Najbardziej niepokojąca jest jednak szybkość zmian w poziomie zagrożenia i w pewnym sensie niestabilność polityki rosyjskiej w połączeniu z urażoną dumą narodową. Reakcja rządu polskiego jest w zasadzie prawidłowa, czyli w miarę konsekwentna realizacja planów wzmocnienia potencjału militarnego i obronnego Polski, tylko czy to wystarczy? Minister Mroczek w trakcie konferencji prasowej 29-go stycznia powiedział:

W ciągu kilku, kilkunastu dni ogłosimy postępowanie dotyczące budowy sześciu okrętów nawodnych…

To wyczekiwany i dobry znak, tylko czy nie powinno się przedsięwziąć dodatkowych kroków, poza programem modernizacji, tak aby wzmocnić nasz potencjał w najbliższym czasie? Nie chodzi o wielkie programy, ale raczej coś, co uzupełni lub wzmocni zasoby już posiadane lub te, które pojawią się w przewidywalnej przyszłości.

Patrząc realistycznie na sytuację w jakiej znajduję się marynarka wojenna, to program Orka „odszedł na drugi krąg” i przyszłość dopiero pokaże, czy opłaciła się gorąca dyskusja na temat rakiet manewrujących. Nawet jeśli przetarg na okręty nawodne zostanie rzeczywiście ogłoszony na dniach i rozstrzygnięty w kilka miesięcy, to pierwszy Miecznik wejdzie do służby nie wcześniej jak w 2018-19 roku. Widząc, ile się zmieniło w ciągu jednego, ostatniego roku, te daty przywodzą na myśl raczej wyścig z czasem. Najszybciej, bo w 2016 roku pojawią się tylko Ślązak, OHP po remoncie i jeden Kormoran. Ponadto, być może, drugi NDR. I na tych zasobach należałoby skupić naszą uwagę, bo mogą się okazać jedynymi do dyspozycji w krytycznym momencie.

Swego czasu na tym blogu, próbując odpowiedzieć na pytanie o sens istnienia marynarki wojennej w państwie raczej kontynentalnym, położonym nad morzem zamkniętym, padło takie sformułowanie:

Tak więc Marynarka Wojenna powinna być użytecznym narzędziem Państwa i jego polityki zagranicznej w czasie pokoju lub kryzysu (czy też wojen ograniczonych) oraz udostępniać dodatkowe pole manewru dla Sił Zbrojnych w czasie wojny nieograniczonej.

Czy zmiana poziomu zagrożenia powinna wpłynąć na zmianę powyższej formuły? Ogólnie, raczej nie, chociaż zmieniają się akcenty. Rola dyplomatyczna i policyjna nabiera charakteru bardziej prewencji i ograniczania eskalacji. W przypadku wojny hybrydowej, poziom zagrożenia dość dobrze oddaje definicja, którą podał admirał Richard Hill, RN, mówiąc o Low Intensity i Higher Level Operations. Są to operacje o ograniczonych celach, różniących się charakterem. W pierwszym wypadku mówimy o osiąganiu celów politycznych, w drugim – militarnych. W konsekwencji dopuszcza się użycia nowoczesnej broni, chociaż prawdopodobnie w ograniczonym zakresie. W pełni uzasadnione jest prawo do samoobrony, jakkolwiek zasada proporcjonalności w reakcji może zostać zaburzona, stąd zagrożenie eskalacji. Tak, czy inaczej warto zwrócić uwagę na inwestycje, może nie zupełnie małe, ale warte przeanalizowania w nowych warunkach. Parę propozycji poniżej:

  • Systemy samoobrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej dla Ślązaka i OHP, a w późniejszym terminie dla Czapli. Fasta, Grom i tym podobne systemy są tylko półśrodkami w sytuacji zagrożenia nowoczesnymi środkami napadu. Biorąc pod uwagę, że wypowiedź ministra Mroczka wskazuje na gotowość dokumentów i wymagań taktyczno – technicznych, MON powinien mieć już zdanie co do preferowanego systemu dla Mieczników. CAMM staje się coraz bardziej atrakcyjny kosztem VL MICA, ale jest to system obrony lokalnej raczej niźli samoobrony. Zbyt rozbudowany i być może zbyt drogi dla okrętów patrolowych czy starej fregaty. Idąc w drugą stronę mamy RAM, a raczej SeaRAM nadający się do naszych celów doskonale. Nie obroni okrętu patrolowego przed pełną salwą, ale przed „przypadkowym” atakiem „nieznanego” sprawcy jak najbardziej. W przypadku OHP wzmocni istotnie obronę przeciwrakietową i możliwe są dwa warianty. Upgrade, czyli modernizacja systemu Phalanx do wersji SeaRAM, lub też zakup nowego systemu, a użycie Phalanxa np. na Czernickim.
  • Jeżeli RBS Mk2 pozostałe po programie Żeglarek, wraz z systemem planowania misji są naszą własnością, to jest to być może właściwy czas do zintegrowania ich z systemem Thalesa dla Ślązaka. Lepszy rydz, niż nic, jak mawia przysłowie.
  • Pewna cisza zapadła w odniesieniu do modułu przeciwminowego dla Czapli. Jest on jednak chyba pochodną systemu walki minowej dla Kormorana, więc powinny być wkrótce gotowe jego podstawowe elementy. Jeśli tak, to warto przyśpieszyć prace nad modułową wersją tego systemu do przetestowania technicznego i operacyjnego na Ślązaku, czy Czernickim.
Jak się nie ma co się lub, to się lubi co się ma. Bryza bis. Foto www.hej.mielec.pl

Jak się nie ma co się lub, to się lubi co się ma. Bryza bis. Foto www.hej.mielec.pl

  • NDR wygląda imponująco, chociaż trudno oprzeć się wrażeniu, że jest nie tyle ślepy, co ślepawy. Mamy potencjalnie kilka źródeł informacji o celach dla dywizjonu – systemy brzegowe jak europejski projekt MARSUR, okręty patrolowe oraz Bryzy. Te ostatnie mają radar, ale zdaje się nie mają systemów elektrooptycznych z jednym wyjątkiem wersji Bis. Flir, czy IRST byłyby dobrym uzupełnieniem ich możliwości rozpoznawczych. Ponieważ zasięg Bryz jest ograniczony, poziom inwestycji powinien być także rozsądny, ale nie pomijałbym tej możliwości w sytuacji „podbramkowej”. Na razie nic nie było o dronach, które są przedmiotem osobnego i całkiem skomplikowanego przetargu. Aktualnie, Inspektorat Uzbrojenia poszukuje dostawców systemów krótkiego zasięgu, nie wystarczającego dla wykorzystania maksymalnego zasięgu rakiet NSM. Jest jednak pewna luka w przetargu, który nic nie mówi na temat pionowzlotów zdolnych do startowania z pokładów okrętów. Jeśli rzeczywiście chcemy inwestować w polski przemysł, dajmy szansę ILX-27 lub Solo na zasadzie programu eksperymentalnego dla marynarki wojennej, poza głównym przetargiem na bezzałogowce. Oba mogą również operować z OHP w składzie mieszanym ze śmigłowcem ZOP, podobnie jak amerykanie proponują dla LCS.
  • Poprzedni punkt kieruje nas w stronę wciąż słabo zdefiniowanej roli USV i ich niewykorzystanego potencjału. Nieliczne doniesienia prasowe wskazują na trzy zastosowania:
    • monitorowanie sytuacji pod powierzchnią wody
    • rozpoznanie przeciwminowe
    • ochrona portów

Pierwsze dwa łączą się w pewien sposób z modułem przeciwminowym Czapli, więc jest to układanie tych samych klocków Lego, tylko inaczej. Ochrona portów może się potencjalnie rozwinąć w program badań nad ofensywnym użyciem roju bezzałogowców. Ale to już pieśń przyszłości, chociaż amerykanie już coś są w stanie zademonstrować w tym temacie.

W sumie tych kilka propozycji amatora reprezentuje spory koszt, chociaż żadna z propozycji nie wygląda na wydatek 9-cio cyfrowy. Nawet, jeśli pomysły są nieprofesjonalne czy po prosu nierealne, to zasadniczy pytanie o potrzebę szybkiego uzupełnienia systemów uzbrojenia pozostaje sensowne. Wykorzystajmy czas i róbmy coś, co będzie widoczne dla nas i naszych oponentów.

Jan 192015
 
Corvette HMCS Arrowhead in colour.

Zmiana klasyfikacji Littoral Combat Ship na fregatę (FF) zbiega się w czasie wraz z istotną zmianą sposobu myślenia US Navy o siłach nawodnych i ma konsekwencje znacznie większe niż tylko gra słów. Powinna być także pożywką intelektualną dla naszego projektu Okrętu Obrony Wybrzeża, który ma się zmaterializować w najbliższym czasie. Jest to świetna okazja do wyjścia w dyskusji o Mieczniku poza schemat ćwiczenia maksymalnego upakowania zdolności bojowych w kadłubie 2.000 tonowego okrętu i za jaką cenę.

Nowa nazwa to nie tylko wyjście naprzeciw krytykom LCS, ale w pewnym sensie zamknięcie na nieokreślony czas dyskusji o potrzebie działań marynarki wojennej na wodach przybrzeżnych. Fregata ma dość dobrze zdefiniowaną funkcję czy rolę i stanowi powszechnie akceptowaną klasę okrętów, ale ma mało wspólnego z walką na wodach przybrzeżnych. Czym jednak ma być Miecznik dla Marynarki Wojennej RP? Na fregatę jest za mały, chociaż ambicje idą być może w tym kierunku. Na przybrzeżnego wojownika broniącego przeciwnikowi dostępu do określonego akwenu jest za duży i za drogi. Chyba jesteśmy zakleszczeni pomiędzy tymi dwoma wizjami, z których jedna to okręt osłaniający własne linie żeglugowe a druga to ofensywna broń zdolna do zadania istotnych strat przeciwnikowi zarówno na lądzie jak i na wodzie. Zupełnie z boku jest trzecia wizja, obrony powietrznej zespołów okrętów czy konwojów a nawet obrony powietrznej kraju.

Korweta wydaje się być odpowiednim słowem dla jednostki 2.000 tonowej, chociaż w tradycji Royal Navy jest to raczej zdefiniowana rola przybrzeżnego okrętu ASW i być może jest to właściwe dla nas podejście. W styczniowym numerze USNI Proceedings, Adm. Holland w artykule Designing the Future Warships oferuje swoją wizję, jak do zadania definiowania okrętu podejść, unikając pułapek LCS:

Odpowiedzią nie jest próba szczegółowego opisania zadań jakie okręt będzie wykonywał, lecz sformułowanie w ogólnych kategoriach wymogów jakie okręt ma spełniać. Tak więc w pierwszym rzędzie trzeba przewidzieć okręt, który może spełniać zwyczajowe zadania zachowując jednocześnie elastyczność i podatność na modyfikacje, gdy pojawią się nowe zadania, sytuacje i systemy uzbrojenia. Aby wykonać tego typu zadanie, analitycy i komputery są mniej ważni od marynarzy, konstruktorów okrętów i poczucia morskiej oraz organizacyjnej historii.

Inną, cenną uwagą admirała jest stwierdzenie konieczności znalezienia odpowiedniego promotora czy mecenasa projektu. Osoby, która jest w stanie sterować złożoną interakcją pomiędzy doświadczeniem operacyjnym, technologią, bazą przemysłową, tradycją czy oczekiwaniami zarówno polityków jak i marynarzy. Zadanie niełatwe, ale mam wrażenie, że projekty jak F-16, Rosomak czy Spike miały tego typu instytucjonalne wsparcie. Nic mi niestety nie wiadomo na temat takiego wsparcia dla morskich przedsięwzięć MON-u.

Wyciskając Miecznika jak cytrynę, musimy więc skupić się jak najlepiej potrafimy na ogólnej definicji możliwości okrętu, tak aby dała wskazówki co do konkretnych rozwiązań technicznych. Przede wszystkim okręt wielkości korwety czy nawet fregaty jest jednozadaniowy, to znaczy może posiadać zdolności na wysokim poziomie w jednej dziedzinie (np. ASW) redukując zdolności w pozostałych do pewnego minimum. Jeżeli nasz wybór podążając śladem Royal Navy to ASW, wówczas obrona przeciwlotnicza zostanie sprowadzona do samoobrony a zdolności ofensywne powinny pozwolić na zwalczanie podobnej klasy okrętu na zasadzie symetrii. Taki model jest spójny z rolą floty polegającej na ochronie żeglugi, ale wymaga posiadania panowania na morzu, co w sytuacji pełnego konfliktu mogą zapewnić tylko sojusznicy. Jest on również niesprzeczny z doktryną BBN-u określającą poziom zagrożenia najbardziej prawdopodobnego jako „działań podprogowych”.

Alternatywnym kierunkiem może być inwestowanie w zdolności ofensywne. To podejście jest spójne z doktryną odmowy dostępu BBN, ale wówczas trudno uniknąć dyskusji na temat skutków wymiany salw rakietowych pomiędzy przeciwnikami. Taki scenariusz promuje jednostki o zdecydowanej przewadze możliwości ataku nad obroną, co stwarza sytuację groźną i niestabilną, kto pierwszy, ten lepszy. Ukrytym założeniem jest spora liczebność okrętów działających w rozproszeniu. Trzy korwety to z pewnością za mało. Swego rodzaju Mercedesem w tej klasie jest Visby. Ten kierunek nie wydaje się mieć większych szans z dwóch powodów:

  • Zainwestowano w zdolności obrony wybrzeża i odmowy dostępu w postaci Morskiej Jednostki Rakietowej i program modernizacji nie widzi w przyszłości roli dla jednostek klasy Orkan.
  • Marynarka bierze aktywny udział w ćwiczeniach międzynarodowych, sojuszniczych a przede wszystkim NATO, gdzie podstawową rolę odgrywają scenariusze z typowymi elementami walki na morzu, wynikającymi z doświadczeń flot sojuszników.
Niewykorzystany potencjał przybrzeżnego wojownika. Foto www.austal.com

Niewykorzystany potencjał przybrzeżnego wojownika. Foto www.austal.com

Nawet, jeśli priorytet przypiszemy zwalczaniu zagrożeń spod wody, to określenie tego, co należałoby uznać za minimum samoobrony przeciwlotniczej i zwalczania symetrycznych zagrożeń nawodnych zabierze sporo z ograniczonych limitów wagi, przestrzeni czy mocy dostępnej na korwecie. Proste symulacje scenariuszy z użyciem równania salwy pokazują, że zapas amunicji zabieranej przez okręt będzie krytyczny. System klasy RAM jest teoretycznie w stanie obronić okręt przed salwą 2-3 rakiet. Korweta uzbrojona w dwa takie systemy (jak K-130) teoretycznie może się bronić przed 4-6 pociskami nadlatującymi jednocześnie. Dla pewności unieszkodliwienia korwety należałoby w konsekwencji odpalić salwę 8 rakiet, biorąc pod uwagę brak 100% gwarancji właściwego działania sprzętu, wykrycia, identyfikacji celu i naprowadzania i konieczność trafienia co najmniej jedną rakietą. To oznacza, że postulat zdolności zwalczania innej korwety na zasadzie symetrii wymaga przenoszenia minimum 8 rakiet. Posługując się tą samą zasadą symetrii, korweta powinna mieć zdolność do obrony przed taką salwą, co być może jest realne przy zastosowaniu również środków maskowania czy zakłócania. Tylko w tym przypadku obrona przed jedną salwą nie wystarczy, dwie, trzy salwy wydają się być niezbędnym minimum, co automatycznie definiuje zapas rakiet obrony przeciwlotniczej, przenoszony przez okręt. Dodajmy tak samo niepełne prawdopodobieństwo zestrzelenia czy awarii jak w przypadku rakiet przeciw-okrętowych i liczba amunicji rośnie do ponad 24. Problemem może się stać bardziej dostępna przestrzeń niż waga tych rakiet, zgodnie z tezą głoszoną przez Normana Friedmana, że we współczesnych okrętach parametrem krytycznym w projektowaniu jest objętość a nie ciężar.

W przypadku Polski, istotnym wyborem będzie posiadanie hangaru lub nie i co w tym hangarze ewentualnie ma być. Marynarka Wojenna prawdopodobnie będzie optowała za śmigłowcem pokładowym, a więc z hangarem i pełną obsługą wiropłata. To stoi w pewnej sprzeczności z dotychczasową praktyką śmigłowców operujących z lądu i wymogami przetargowymi na wspólną platformę dla wojsk lądowych i marynarki, bo preferencje 25 brygady kawalerii powietrznej leżą raczej po stronie cięższych maszyn. Powierzchnia hangaru będzie równie cennym zasobem jak pojemność magazynów amunicji. Ciężka maszyna w środku zabierze miejsce dla bezzałogowców potrzebnych do rozpoznania czy nawet zwalczania mniejszych, choć liczniejszych zagrożeń. Brak takiej maszyny obniży potencjał zwalczania okrętów podwodnych. Kompromisem może być lądowisko dla śmigłowca z możliwością uzupełniania paliwa i uzbrojenia a niewielki hangar dla bezzałogowców. Ogólnie, to co wybierze dla siebie armia, będzie miało wpływ na konfigurację okrętów. Tak samo jak w przypadku helikopterów, podobne konflikty wymagań taktyczno technicznych mogą zaistnieć dla dronów czy rakiet przeciwlotniczych.

Innym wymogiem, również dyskutowanym na tym blogu jest pytanie o stopień modułowości wbudowany w okręt. LCS jest być może realizacją wizji idącą zbyt daleko na obecną gotowość do asymilacji nowinek. We wspomnianym uprzednio numerze Proceeding, Gregory V. Cox w artykule Lessons Learned from the LCS, pomaga nam usystematyzować wiedzę na temat typów i celów modułowych konstrukcji, grupując je następująco:

  • Shipyard – Podatność na modernizacje. To jest typ bardzo interesujący dla niewielkiej floty zmuszonej do maksymalnego wykorzystania skromnych zasobów. MEKO czy StanFlex są dobrymi przykładami, jak można łatwo okręt modernizować.
  • Operational – definiowaną jako zdolność do zmiany konfiguracji okrętu we własnej bazie, pomiędzy kolejnymi przydzielonymi zadaniami. Pewien poziom takiej wymienności modułów jest wskazany, głównie poprzez użycie systemów skonteneryzowanych i pojazdów bezzałogowych. Możliwe jest wówczas wykonywanie zadań spoza standardowego menu okrętu jak rozpoznania radioelektronicznego czy przeciwminowego. Do tego potrzeba przestrzeni dla modułów.
  • Maintenance – utrzymanie kosztownej maszynerii i elektroniki w ruchu i pełnej sprawności. Dla jednostek działających w pobliżu własnych baz nie jest to parametr krytyczny, choć zawsze mile widziany. Przejawem takiego podejścia jest wymóg standardowej siłowni dla Czapli i Miecznika.
  • Tactical – możliwość rekonfiguracji okrętu będącego na misji. To nas interesuje mniej, przyjmując strategię Bałtyk Plus. Niemniej, uniwersalne wyrzutnie pionowego startu, jak Mk41 dają pewne szanse na elastyczność z pogranicza Tactical i Operational. Tyle, że aby zastosowanie wyrzutni pionowych miało sens, musielibyśmy zacząć od około 16-24 wyrzutni, co może napotkać na bariery zarówno techniczne jak i finansowe.

Nazwa Okręt Obrony Wybrzeża ma tę zaletę, że określa rolę okrętu, tak jak niegdyś torpedowiec, niszczyciel czy lotniskowiec. I byłoby wszystko dobrze gdybyśmy budowali Visby lub coś podobnego (niech będzie ze stali amagnetycznej), tyle że nie budujemy nic podobnego. Ale nazwa niesie ze sobą wiele konotacji co do sposobu użycia, czy przeznaczenia. Korweta nie jest wyjątkiem, a nazwa i tradycja stojąca za tą nazwą niech będzie jakąś wskazówką w decyzjach co do tego, w co zainwestujemy.

Jan 022015
 
Iranian-Small-Boat-Swarms-3

Wraz z Nowym Rokiem nasze spojrzenia powinny się kierować ku przyszłości, bez większego oglądania się za siebie. I rzeczywiście, poprzedni rok nie przyniósł marynarce wojennej żadnego rozstrzygnięcia za wyjątkiem rzutem na taśmę podpisanej umowy na drugi Nadbrzeżny Dywizjon Rakietowy. Nie jest to wyraz pesymizmu lub próba umniejszenia wagi tytanicznej, jak przypuszczam, pracy urzędników MON-u przygotowujących negocjacje na nowe okręty. To proste stwierdzenia faktu, że trzyletni okres podejmowania decyzji jest zbyt długi i porównywalny z cyklem życia lub dojrzewania wielu nowoczesnych technologii. Wojna na Ukrainie z udziałem i wsparciem Rosji, naszego wielkiego sąsiada, pokazuje również jak szybko potrafi się zmienić środowisko bezpieczeństwa kraju, podczas gdy zachowujemy się jakbyśmy mieli 10-20 lat czasu na realizacje naszych planów. Nader skromnych porównując ze skalą wydatków zbrojeniowych Rosji, co ponownie skłania do postawienia pytania o wartość naszych planów odstraszania konwencjonalnego z użyciem okrętów podwodnych.

Czego więc powinniśmy się spodziewać we właśnie rozpoczętym 2015 roku? Kontynuując wątek z poprzedniego wpisu o problemach doktrynalnych Marynarki Wojennej, można zaryzykować stwierdzenie, że to nieprawda, że nie mamy doktryny – wręcz przeciwnie, mamy dwie. Jedną, rozwijaną przez BBN i zorientowaną na konflikty hybrydowe oraz strategię odmowy dostępu. Drugą, poniekąd praktykowaną przez Marynarkę Wojenną i będącą zlepkiem teorii morskich czołowych potęg NATO. Mają się do siebie jak pięść do nosa, bo NATO, będąc najsilniejszym sojuszem wojskowym na świecie, nie ma w swojej doktrynie ani odmowy dostępu ani tego nie ćwiczy. Bawiąc się w grę słów zapytajmy, czy mamy rozwijać doktrynę wojny hybrydowej, czy też być może hybrydową doktrynę wojny?

Aby lepiej wyjaśnić, co przez to rozumiem, odwołuję się do tekstu częstego „gościa” na łamach tego blogu, profesora Jamesa Holmes’a. Artykuł Taiwan’s New Stealth Corvettes: Just What the Doctor Ordered? jest komentarzem do najnowszego nabytku marynarki wojennej Tajwanu – 500 tonowych okrętów rakietowych Tuo Jiang. Autor czyni uwagę, która nie jest czymś odkrywczym, ale przypomnieniem starych prawd, które lubimy zapominać:

Zmiana kultury organizacyjnej, to coś więcej niż wprowadzenie do użytku nowych gadżetów, nie ważne jak imponujących. Sposób, w jaki marynarka używa swoich okrętów jest co najmniej tak samo ważny jak techniczne możliwości w nich zawarte.

Coś bardziej zgodnego z doktryną BBN, ale poza praktyką NATO. Źródło - www.asian-defense-news.blogspot.com

Coś bardziej zgodnego z doktryną BBN, ale poza praktyką NATO. Źródło – www.asian-defense-news.blogspot.com

Powyższe zdanie stanowi pretekst do znacznie szerszego spojrzenia na problemy doktrynalne marynarki Tajwanu. W jaki sposób korpus oficerski przyzwyczajony do problemów panowania na morzu ma zamiar wdrożyć w życie „morską partyzantkę”? Czy zamiast podejmowania prób scalenia obu światów działań na morzu, może pójść dokładnie w przeciwnym kierunku i zaakceptować dwoistość koniecznych operacji morskich i stworzyć hybrydową, dwuczłonową doktrynę morską? Obarczyć rolą obrony i odmowy dostępu siły operujące z lądu a okręty nawodne przeznaczyć do realizacji celów polityki zagranicznej państwa?

Ma to swoje konsekwencje w wyborach priorytetów dotyczących kontraktów na budowę okrętów wojennych. Zacznijmy od tego, że tak naprawdę czasu jest mniej niż cały 2015 rok, ze względu na wybory. Liczą się więc tylko kontrakty podpisane w pierwszej połowie roku. Poza tym terminem, pozostaje wielki znak zapytania. Scenariusz, w którym podpisuje się umowę zarówno na Orkę, Miecznika i Czaplę w ciągu kilku miesięcy przyjmuję z dużą dozą sceptycyzmu. Jeśli tak się stanie, brawo dla Ministra Siemoniaka. Bardziej prawdopodobny rozwój wydarzeń, to jednak podpisanie umowy na okręty podwodne, bo ten program wydaje się być jedynym posiadającym poparcie zarówno polityków jak i marynarzy. Ponadto wpisuje się dobrze w retorykę „Polskich Kłów”. Co jednak stanie się z okrętami nawodnymi? Czy rząd zdecyduje się podjąć zobowiązanie równoległego prowadzenia dwóch najdroższych programów – Orki i Miecznika? Czapla wydaje się mieć najmniejsze szanse, bo brak mi wiary w to, że ktoś podejmie decyzję o budowie w pierwszej kolejności okrętów drugorzędnych z punktu widzenia marynarki. Jak bumerang powraca Plan B, czyli kontynuacja projektu Ślązak – patrolowca, który łatwo może z Czapli przeistoczyć się w Miecznika. Tylko to wymagałoby publicznego wycofania się z oficjalnie obowiązującego planu. Mało prawdopodobne, lecz możliwe pod warunkiem „sprzedania” opinii publicznej pomysłu pod hasłem „przyśpieszenia” wprowadzania w życie nowych zdolności bojowych przy zachowaniu znacznej swobody wyboru ostatecznej konfiguracji. Plus dla modułowej konstrukcji okrętu! Dość ponurą alternatywą jest przeczekanie, czyli pozostawienie decyzji odnośnie sił nawodnych na okres po wyborach. To może oznaczać nigdy. Kontynuując ton czarnego humoru, nie sądzę aby Federacja Rosyjska zechciała dopasować swoje plany do naszego harmonogramu wyborczego czy modernizacji technicznej preferującej lokalny przemysł.

Skoro nauczyliśmy się budować taki okręt, to czemu tego nie wykorzystać? Foto www.tvn24.pl

Skoro nauczyliśmy się budować taki okręt, to czemu tego nie wykorzystać? Foto www.tvn24.pl

Na koniec jeszcze jeden cytat z tego samego źródła na temat znanych prawd wynikających z bolesnych doświadczeń:

Według wszelkiego prawdopodobieństwa, straty będą osłabiać marynarkę wojenną Tajwanu. Flota praktykująca odmowę dostępu musi mieć na stanie mnogość sprzętu aby sprostać wymogom tego pola walki, które jest znacznie mniejsze niż Zachodni Pacyfik, ale równie nieprzyjazne.

Autor powątpiewa, czy tuzin korwet jest liczbą wystarczającą naprzeciw marynarce chińskiej. Jak więc mamy traktować próbę promowania idei trzech Mieczników w roli Okrętu Obrony Wybrzeża, zwłaszcza że z założenia tylko jeden będzie w danej chwili w morzu wykonując wyznaczone zadania. Chyba jednak trzeba trzymać kciuki za konsorcjum SMW I Remontowej, bo być może niezależnie od naszych preferencji będzie to najrozsądniejsza opcja. I takie rozwiązanie wcale nie byłoby złe.

Dec 142014
 
Pomorskie_PTPP_5

Takie pytanie stawia Defence24 omawiając Gdyńskie Forum Bezpieczeństwa. Z paru stwierdzeń w tekście jedno zasługuje na szczególną uwagę, gdyż sięga do źródeł problemów marynarki Wojennej RP, a mianowicie braku powszechnie akceptowanej doktryny. Portal przywołuje słowa kmdr rez. Andrzeja Makowskiego, wydawałoby się zrozumiałe i oczywiste:

Zwrócił on uwagę, że postrzeganie polskich sił morskich tylko w perspektywie działań wojennych jest ewenementem w NATO i wymaga rewizji. Zadaniem Marynarki Wojennej nie powinna być bowiem tylko obrona państwa ale również jego interesów. Konieczne jest wiec przygotowanie się do zapobieganiu konfliktom, do ochrony porządku prawnego i bezpieczeństwa na morzu, do promowania partnerstwa i współpracy, do zapewniania pomocy humanitarnej oraz ochrony i obrony interesów gospodarczych.

Skoro jest to tak oczywiste, to co powoduje problemy w sformułowaniu doktryny znajdującej powszechne poparcie? Próbuję znaleźć odpowiedź w wątkach i przemyśleniach przewijających się przez ten blog w ciągu ostatnich trzech lat. Na zadane pytanie można spojrzeć z wielu różnych stron. Jeśli odpowiedzi na te różnorakie pytania będą prowadzić w tym samym lub podobnym kierunku, jest szansa na stworzenie przynajmniej logicznego uzasadnienia przyszłej doktryny. Poniżej kilka wybranych aspektów.

Klasyfikacja flot

Eric Grove w książce Strategy and Policy for Small Navies in War and Peace opisuje „typologię flot”, która w zasadzie koncentruje się wokół zdolności flot ale niekoniecznie ich misji widzianej oczyma polityków. Skala ma dziewięć stopni, w której kluczową rolę odgrywają pojęcia projekcji siły i zasięgu.

  • Global Force Projection Navies, czyli floty zdolne do globalnej projekcji siły, które autor dzieli na Major, Partial i Medium.
  • Medium Regional Force Projection Navies zdolne do „projekcji siły na wody sąsiednich mórz i oceanów”.
  • Adjacent Force Projection Navies posiadające „pewne zdolności do projekcji siły z dala od wybrzeży”.
  • Offshore Territorial Defense Navies zdolne do „operowania w odległości około 200 nm od brzegu”.
  • Inshore Territorial Defence Navies zorientowane na „walkę na wodach przybrzeżnych w dodatku do funkcji policyjnych”.
  • Constabulary Navies – głównie straż przybrzeżna z pewnymi elementami zdolności militarnych.
  • Token Navies, czyli Tak Zwane Floty. Są siły morskie ograniczone do istnienia formalnej struktury z nielicznymi przybrzeżnymi jednostkami pływającymi.

Polską marynarkę wojenną intuicyjnie można nazwać małą, ale jeśli użyjemy definicji Geoffrey’a Till, że jest to flota z „ograniczonymi środkami i aspiracjami” to możemy natknąć się na rafę. Spoglądając bowiem na powyższą klasyfikację i próbując przypisać naszej marynarce odpowiednią rangę, można pokusić się o nieco prowokacyjne stwierdzenie:

Marynarka Wojenna RP posiada aspiracje do bycia Adjacent Force Projection Navy, posiada zdolności Offshore Territorial Defense Navy, ale doktryna BBN wzywa w zasadzie do Inshore Territorial Defense. Każdy rozdźwięk pomiędzy doktryną polityczną a aspiracjami marynarzy będzie prowadził do niestabilnego programu budowy floty, gdzie którym głównym argumentem w dyskusji będą finanse ale prawdziwe powody pozostaną ukryte.

Czego naprawdę chcemy? Czy nasze aspiracje są spójne ze strategią bezpieczeństwa państwa BBN-u?

Czego naprawdę chcemy? Czy nasze aspiracje są spójne ze strategią bezpieczeństwa państwa BBN-u?

Kierunek zagrożenia i pojęcie kraju kontynentalnego.

Na pytanie czy musimy być krajem kontynentalnym należy odpowiedzieć pozytywnie, tak musimy nim być, bo z kontynentu i sąsiedniego kraju pochodzi główne zagrożenie dla Polski. To nie oznacza automatycznie brak potrzeby posiadania floty, wręcz przeciwnie, oznacza to konieczność zwiększonego wysiłku intelektualnego dla bardziej precyzyjnego określenia priorytetów i roli floty w polityce zagranicznej i bezpieczeństwa Państwa. Jeśli główne zagrożenie przyjdzie z lądu, to naturalnie funkcja militarna rośnie na znaczeniu a priorytety będą przyznane armii i lotnictwu. Ponieważ każdy okręt spełniający wymogi okrętu wojennego zdolnego do operowania w warunkach otwartej wojny będzie bardzo drogi, to z punktu widzenia państwa stosunek nakładu do korzyści będzie niekorzystny. Jeśli naprawdę wierzymy w niezdolność okrętów nawodnych do przetrwania ataków lotnictwa, to zainwestujmy w eskadrę samolotów szturmowych a nie korwety. Dlatego budowa okrętów wojennych będzie podlegała cięciom budżetowym jako pierwsza, pomimo iż pieniądze nie będą rzeczywistym powodem takich decyzji.

Continental Navy - samo w sobie nic złego. Tak zaczynała największa potęga morska świata. Foto - www.history.navy.mil

Continental Navy – samo w sobie nic złego. Tak zaczynała największa potęga morska świata. Foto – www.history.navy.mil

Niestabilne projekty według D.K. Brown.

Ten brytyjski konstruktor okrętów, znany z popularnych książek o historii i genezie okrętów Royal Navy, w książce Future British Surface Fleet podaje nam prawdziwą perłę mądrości, zwykle ignorowaną. Historia dotyczy fregat Type 23:

Wszystkie projekty mają tendencję do wzrostu rozmiarów z powodu presji wywieranej na wprowadzenie do projektu nowych systemów uzbrojenia jako przeciwwagę dla coraz większych zagrożeń; tylko znacznie słabsze siły działają w przeciwnym kierunku, tak aby zredukować koszt jednostkowy w nadziei na zwiększenie liczby jednostek. Istnieje pewien przedział wielkości i kosztów, w którym jedna z sił, zwykle wzrost jest nieomalże nie do odparcia.
Pierwotny koncept dla fregat Duke (Type 23) to była mała jednostka do holowania sonaru, oferująca lądowisko dla helikoptera ale bez hangaru i nieomalże bez uzbrojenia, kosztująca jakieś 65 mln funtów. Tak pomyślany okręt był zbyt drogi, by móc być „spisanym na straty”, a wciąż niezdolny do samoobrony. Cały pomysł był więc filozoficznie „niestabilny” i musiał się albo zmniejszyć do rozmiarów akceptowalnej kosztowo straty, albo wzrosnąć kosztowo do ponad 100 mln funtów, tak by możliwe zastosowanie jakiś systemów obronnych.

Zaczęło się niewinnie. "Mała i tania platforma dla sonaru holowanego". Foto - www.naval-technology.com

Zaczęło się niewinnie. “Mała i tania platforma dla sonaru holowanego”. Foto – www.naval-technology.com

Czy korweta jest projektem niestabilnym?

W świetle powyższych rozważań doświadczonego konstruktora okrętów na temat filozofii swojej profesji, usprawiedliwione wydaje się być pytanie o koncepcyjną niestabilność korwety. Oczekiwania co do obrony przeciwlotniczej średniego zasięgu przy pozostawieniu zdolności do ASW i ASuW idą w kierunku destabilizacji projektu, dokładnie zgodnie z opisanym powyżej scenariuszem. W rzeczy samej, ten sam autor stwierdza:

Tania korweta, a nawet tani lotniskowiec dla helikopterów są możliwe, lecz bardzo rygorystyczna kontrola na samym szczycie jest niezbędna dla zapewnienia, że wymagania nie będą napędzały kosztów do poziomu nieosiągalności.

Jest to bardzo widoczne w popularnych dyskusjach na forach, gdzie wymagania błyskawicznie przeistaczają planowaną korwetę we fregatę. Pójście zaś w drugim kierunki oznacza ograniczenia w systemach uzbrojenia a więc pewną minimalizację funkcji militarnej, co tworzy konflikt, bo w naszej flocie korweta nie będzie tanim okrętem pomocniczym, elementem czegoś co Julian Corbett nazywał „flotilla”, tylko będzie to „capital ship”, najsilniejszy posiadany okręt, następca fregat OHP.

Trójkąt misji – funkcje militarna, dyplomatyczna, policyjna

Wszystko, co powyżej powiedziano prowadzi do pewnego paradoksu, niewątpliwie boleśnie odczuwanego przez marynarzy i wszystkich sympatyków marynarki wojennej. Im większy kładziemy nacisk na militarną funkcję floty, tym bardziej ma ona szansę na marginalizację. Ale czyż obecnie realizowany program modernizacji nie jest zaprzeczeniem tej tezy? Być może, bo ostatnie doniesienia Dziennika Zbrojnego mówią o prawie 1.4 mld inwestycji w 2015 roku. Można się domyślać, że chodzi o okręty podwodne i Mieczniki, być może drugi NDR. Niemniej rząd musi się śpieszyć z podpisaniem umów przed wyborami, bo po nich wszystko nie będzie takie pewne.

Wracamy więc do tradycyjnego trójkąta misji i przypatrzmy się pozostałym dwóm. Funkcja policyjna ma sens głównie w ramach współpracy międzynarodowej na rzecz zapewnienia bezpieczeństwa żeglugi. To z naszego punktu widzenia jest elementem dyplomacji i realizacji celów polityki zagranicznej. Jest również w naszym własnym szeroko pojętym interesie gospodarczym, ze względu na rosnące znaczenie transportu morskiego w gospodarce. Politycy powinni sobie również zadać pytanie ile są gotowi zainwestować w pewne korzyści polityczne, np. ile jest warte wsparcie Włochów w ich zmaganiach z uszczelnieniem południowych granic UE? Do tego celu Czapla z pewnością będzie wystarczająca. Natomiast bardzo niebezpieczne jest szafowanie argumentem konieczności współpracy z NATO. Bo gdyby NATO nie było, to czy zniknąłby powód do istnienia marynarki wojennej? Aby marynarka wojenna miała trwałe podstawy bytu i zagwarantowane wsparcie finansowe, w ramach otwartej dyskusji muszą zostać sformułowane powody istnienia floty, użyteczne dla polskiej racji stanu i to niezależnie od sojuszniczych zobowiązań.

Odstraszanie dodatkową funkcją poza trójkątem misji?

Temat jest wywołany planami zakupu okrętów podwodnych z rakietami manewrującymi. Na razie dyskutuje się możliwości, jakie oferuje technologia. Bez odpowiedzi pozostaje pytanie, jaka jest rola odstraszania konwencjonalnego wobec największej potęgi nuklearnej świata? Odczuwalny jest brak jest niedostatek krajowych opracowań na temat odstraszania konwencjonalnego i warunków jakie muszą zaistnieć, aby wielokrotnie silniejszy przeciwnik rzeczywiście był skłonny zmienić swe decyzje pod wpływem faktu posiadania przez Polskę pewnych zdolności bojowych. I to w sytuacji, kiedy jeśli wierzyć doniesieniom prasowym, potencjalny przeciwnik prowadzi ćwiczenia ataku jądrowego na Warszawę.

Co to jest battleforce? I co ma zwalczać?

Profesor James Holmes w The National Interest zadaje interesujące pytania na temat, co dzisiaj stanowi trzon bojowy floty (battleforce) i co ten trzon ma zwalczać. Pytania są zadane w kontekście rywalizacji amerykańsko – chińskiej na Pacyfiku, ale ich wagi nie umniejsza zmiana kontekstu na nasz lokalny. Warto przeczytać artykuł wraz z odnośnikami i linkami do poprzednich tekstów profesora. Otóż wyłania się bardzo dla nas atrakcyjna koncepcja funkcji militarnej wypełnianej przez instalacje i systemy uzbrojenia działające z lądu. Inny bloger, Niel Kaneshiro na CIMSEC nazywa to wprost Sea Control from Ashore.

Atrakcyjność takiej opcji polega na możliwości wykorzystania sił nawodnych do realizacji polityki zagranicznej państwa, a więc spełniania funkcji dyplomatycznej, pozostawiając funkcję militarną (głównie obronę wybrzeża) instalacjom na lądzie. Nie są już konieczne bardzo drogie okręty o wyrafinowanych możliwościach obrony i dużej sile ognia, pod warunkiem założenia, że politycy nie będą wysyłali okręty na misje typowo bojowe. To wymaga również przyjęcia ryzyka eskalacji konfliktu poza planowany poziom zagrożeń. Pomimo wewnętrznych zastrzeżeń, takie podejście jest praktykowane nawet na wojnie, gdzie zasoby dostępne nie zawsze są w zgodzie z przewidywanym niebezpieczeństwem.

Czy te kilka powyższych komentarzy prowadzi nas w jakimś kierunku? Chyba tak, chociaż to być może efekt tego samego autora błądzącego utartymi ścieżkami. Z przemyśleń wyłania się obraz marynarki złożonej z kilku podstawowych elementów lub „klocków” spełniających dwie podstawowe funkcje – militarną obrony wybrzeża opartą o systemy głównie nadbrzeżne oraz dyplomatyczną promującą i chroniącą interesy Polski zarówno na jak i poza Bałtykiem. „Klocki” można układać w różne konfiguracje dla uzyskania najlepszego, pożądanego efektu a są nimi z pewnymi modyfikacjami, jak wspomniano już na tym blogu:

  • Zespół Mobilności Morskiej Sił Zbrojnych
    Prom Ro-Ro (z pokładu mogą operować śmigłowce szturmowe lub ZOP)
    Okręty eskorty (możemy się dziś pokusić o dokładniejszą definicję – dwa Ślązaki lub Naval OPV z Zespołu Patrolowo-Rozpoznawczego). Zespół służy w czasie wojny do przerzutu wojsk (ale nie desantu). W czasie pokoju do operacji humanitarnych i ekspedycyjnych. Okręty mogą być wydzielone do działania w ramach operacji sojuszniczych.
  • Zespół Wojny Minowej
    Niszczyciele min plus moduły na okrętach Zespołu Patrolowo-Rozpoznawczego
    Wojna minowa jest skuteczną formą walki ofensywnej i defensywnej na Bałtyku. Okręty mogą być wydzielone do NATO Response Force.
  • Zespół Patrolowo-Rozpoznawczy
    Okręty patrolowe (z alternatywnym modułem walki minowej lub rozpoznania radioelektronicznego i wzmocnionym uzbrojeniem w granicach stosowalności).
    Samoloty patrolowe
    Pojazdy bezzałogowe
    Środki rozpoznania radioelektronicznego na platformach Zespołu
    Pozwala na wykorzystanie pełnego zasięgu Nadbrzeżnego Dywizjonu Rakietowego. Możliwe uczestnictwo w operacjach NATO, EU czy ONZ wspierających porządek prawny na morzu.
  • Zespół Obrony Wybrzeża i Portów
    Nadbrzeżne Dywizjony Rakietowe
    Małe Okręty Rakietowe
    Śmigłowce szturmowe
    Eskadra śmigłowców ZOP
    Sieć radarów nadbrzeżnych
    Obrona przeciwlotnicza, przeciw-podwodna portów
Koncept prezentowany na tym blogu. Nieco egzotyczny, ale uniwersalny. Foto - Fassmer

Koncept prezentowany na tym blogu. Nieco egzotyczny, ale uniwersalny. Foto – Fassmer

Patrząc w ten sposób, optymalną platformą jest OPV zbudowany według norm cywilnych z zastosowaniem selektywnym standardów wojenno-morskich. Uzbrojenie powinno być wzbogacone o systemy samoobrony w granicach rozsądku i stosowalności na platformie klasy OPV, a więc umożliwiające obronę przed prowokacją lub atakiem terrorystycznym z użyciem nowoczesnych środków napadu, lecz poniżej progu otwartej wojny i nieograniczonego ataku. Kłopot może sprawić eskorta okrętu transportowego/wsparcia wojsk w trakcie operacji poza zasięgiem wsparcia z lądu. Stąd pomysł bliźniaka dla Ślązaka i zbudowania pary lekko uzbrojonych korwet, co jest alternatywą dla OPV. Nazwy Miecznik unikam ze względu na niebezpieczeństwo eskalacji wymagań. Do dyskusji jest to, czy korwety powinny mieć uzbrojenie przeciw celom nawodnym, czy też raczej ASW. Być może pewna forma modułowości jest drogą właściwą? Wielkim nieobecnym w tej propozycji są okręty podwodne, ale mam wrażenie, że z punktu widzenia polityków tak zwane odstraszanie jest głównym uzasadnieniem wydatków tej skali.

Nov 302014
 
CSBA-a-plan-to-reinvigorate-us-navy-surface-warfare

Raport CSBA Commanding the Seas: A Plan to Reinvigorate U.S. Navy Surface Warfare w Stanach Zjednoczonych komentowany, a w Polsce raczej niezauważony, jest głosem w dyskusji na temat przyszłości amerykańskich sił nawodnych. Z punktu widzenia czytelnika w Stanach Zjednoczonych zawiera kilka interesujących tez jak i kontrowersji, ale nas interesuje pytanie, czy z raportu wynika jakaś nauka dla małej floty na Bałtyku. Wątkiem wiodącym jest koncepcja:

Ofensywna kontrola morza jest kluczową koncepcją, wokół której skupiają się rekomendacje wynikające z analizy. Ta idea powinna zmienić zapatrywania na konfigurację, uzbrojenie i użycie dużych i małych okrętów wojennych dla celów podtrzymania zdolności sił nawodnych do zdobycia i utrzymania panowania nad obszarami oceanów poprzez zniszczenie zagrożeń, takich jak okręty nawodne, podwodne i samoloty zamiast bronić się przed rakietami i torpedami.

Mamy więc do czynienia z próbą ożywienia starej doktryny Outer Air Battle z czasów zimnej wojny. Wówczas hasłem przewodnim było „zniszcz łucznika zamiast strzały”, a jego materialnym wyrazem była znana kombinacja F-14 Tomcat i pocisku Phoenix. Za współczesny odpowiednik można by uznać równie znaną i popularną parę systemu zarządzania walką Aegis wraz z najnowszą wersją pocisków rodziny Standard SM-6. Co więc powoduje, że tak rozwinięta technologia uznana zostaje za niewystarczającą lub nieadekwatną? Dwa czynniki – pojemność magazynów amunicji i jej drastycznie rosnący koszt, a właściwie rosnąca dysproporcja kosztu pomiędzy środkami napadu i obrony:

Marynarka wojenna powinna zaimplementować nowy koncept obrony przeciwlotniczej składającej się z tylko jednej warstwy obrony krótkiego zasięgu, aby zwolnić miejsce w VLS dla uzbrojenia ofensywnego; zwiększyć gęstość obrony powietrznej i polepszyć koszt wymiany pomiędzy obroną sił własnych a pociskami manewrującymi (ASCM) wroga.

Powyższe zdanie jest niczym innym, jak dążeniem do zwiększenia efektywności zasobów i jako takie nie jest niczym nowym. To, co się zmieniło to kontekst, w którym przyjdzie działać US Navy. Rosnąca potęga morska Chin wraz z coraz bardziej asertywną Rosją (co już zostało dostrzeżone) kończy powoli epokę niekwestionowanej przewagi Stanów Zjednoczonych na morzu. Do tej pory lotniskowce mogły bez większych obaw swobodnie operować na dowolnie wybranych akwenach mórz, tak aby zoptymalizować swój potencjał uderzeniowy na cele lądowe. Dlatego pomimo protestów, flota zaakceptowała wymianę generacyjną lotnictwa morskiego z Intruderów na Hornety, co wiązało się ze znacznym zmniejszeniem zasięgu. W przypadku Chin i Morza Południowochińskiego oznaczałoby to dzisiaj niebezpiecznie bliski dystans i nieakceptowalne ryzyko utraty lotniskowców.
Ścierają się więc ze sobą dwie koncepcje – wycofanie głównych sił poza zasięg oddziaływania przeciwnika i stamtąd próba obezwładnienie jego zdolności do działania. Innymi słowy Air Sea Battle. Druga koncepcja, opisana w omawianym raporcie to próba wejścia w zwarcie i klasyczna walka na krótkim dystansie. Takie podejście wymaga jednak zmiany w myśleniu o małych jednostkach jak LCS:

Marynarka powinna wdrożyć nową ideę zwiększenia liczby okrętów nawodnych zdolnych do uczestniczenia w ofensywnej kontroli morza.
(…)
Zdolność okrętów pomocniczych typu JHSV, do przeprowadzenia niektórych zadań przypisanych do LCS, jak wojna minowa czy operacje związane z bezpieczeństwem żeglugi sugerują, że należy oddzielić moduły zadaniowe od samych okrętów LCS, uczynić je niezależnymi i uniwersalnymi modułami do przenoszenia przez szeroką gamę okrętów floty.

Nie jest to żadne prawo udowodnione, lecz tylko intuicyjne podejście, niemniej im krótszy dystans walki, tym większa gęstość ognia i w konsekwencji większe straty. Liczbę okrętów teoretycznie można zwiększyć budując ich więcej lecz tańszych i prostszych, ale co zrobić z gęstością ognia? Poniższy cytat pochodzi z Defense News, gdzie wypowiada się podsekretarz obrony Robert Work. Zostawiam tym razem w oryginale, aby uniknąć kaleczenia języka i słownej gimnastyki:

Right now; we’re on the losing end of a cost imposing strategy, where it costs more to shoot down incoming missiles and guided missiles than it does to shoot them. So a key aspect of the offset strategy is to handle that problem, as well as to bring more offensive capabilities. So we’re looking at things such as electromagnetic rail guns, directed energy weapons. If we can crack those technologies, then the competition looks much, much different.

Railgun - niedaleka przyszłość? Na razie pozostaje nam artyleria klasyczna. Zdjęcie www.defenseindustrydaily.com

Railgun – niedaleka przyszłość? Na razie pozostaje nam artyleria klasyczna. Zdjęcie www.defenseindustrydaily.com

Najwyższy czas zastanowić się nad konsekwencjami dla nas, czyli działaniach na obszarze Bałtyk Plus w świetle rekomendacji raportu. Planiści MON bardzo słusznie sformułowali wymóg zdolności atakowania celów na lądzie dla Mieczników. Nie zajęli się jednak problemem, że korweta jest w stanie przenosić zwykle 4-8 rakiet manewrujących. To za mało, aby móc zwalczać równocześnie cele na morzu i na lądzie, co wydaje się być scenariuszem prawdopodobnym. Rozwiązaniem może być bądź artyleria w postaci klasycznej lub wiązki energii, bądź zwiększenie liczby okrętów. Ze względu na ograniczenia ładunku użytecznego, mocy i przestrzeni dostępnych na okręcie tak niewielkim jak korweta, większego sensu nabiera użycie broni z użyciem wiązki energetycznej do obrony własnej przy jednoczesnym zwiększeniu liczby jednostek. To jednak przyszłość. Dzisiaj dostępna jest tylko artyleria klasyczna z amunicją kierowaną. Wspominany już na tym blogu pomysł wykorzystania armat 127mm Oto Melary oferowałby w takim przypadku możliwości zwalczania niewielkich jednostek na morzu zachowując rakiety dla ataku celów lądowych. Raczej pomyłką wydaję się być ewentualny montaż około 12 wyrzutni rakiet klasy VL Mica, co wystarczyłoby być może na obronę przed jedną salwą wroga bez możliwości przeładowania w morzu. Lepszą alternatywą byłaby instalacja jednego modułu VLS z „czteropakiem” ESSM, ale pod warunkiem integracji z radarem AESA i wersją ESSM 2 z aktywną głowicą samonaprowadzania. Tyle, że to może podrożeć istotnie korwetę, która zbudowana w liczbie trzech automatycznie stanie się „capital ship” i jako taka będzie głównym celem ataku. Tracimy więc zaletę rozproszenia i wymogu większej liczby jednostek koniecznych, istotnego do zwiększenia ilości broni ofensywnej. Pozostaje pójść w przeciwnym kierunku, czyli RAM Blk 2 lub coś podobnego.

Wielokrotny bohater tego blogu. System samoobrony dla niewielkich okrętów bez  wysadzania w powietrze budżetu.

Wielokrotny bohater tego blogu. System samoobrony dla niewielkich okrętów bez wysadzania w powietrze budżetu.

Jest jeszcze jeden istotny aspekt nie poruszony w raporcie, ale podnoszony od dłuższego czasu przez Wayne Hughes’a – w walce na rakiety przeciwokrętowe kluczem jest informacja. W najbliższej przyszłości jej źródłem będą przede wszystkim drony. Ciekawego porównania użył Craig Hooper na swoim blogu NextNavy, stwierdzając, że wszędobylskie drony są współczesnym odpowiednikiem min. Jeśli dane o celu w połączeniu z łatwością ataku potrafią doprowadzić do porzucenia realizacji misji lub wręcz do zatopienia okrętu, to efekt jest taki sam jak kiedyś miny. Stąd nieoczekiwana konieczność zmiany priorytetów w przeciwdziałaniu:

Tak więc…odłóżmy przez chwilę na bok rozpowszechnianie super samolotów, rakiet manewrujących i innych systemów uzbrojenia z górnej półki. Nie są naszym głównym celem w średnio-okresowym terminie. To pleniąca się flota „niekonwencjonalnych” sensorów, o którą powinniśmy się martwić. Ułatwiają przeciwnikowi rozwiązanie problemu naprowadzania na cel i stawiają na drodze amerykańskiej flocie niespodziewane przeszkody.

Tłumacząc „na nasze”, po co przeciwnik ma atakować broniony NDR, jeśli wystarczy go oślepić atakując bezbronne Bryzy? I w drugą stronę, po co nam uzbrojony po zęby NDR czy Miecznik, który nie zna precyzyjnie pozycji celu lub nie umie go pozytywnie zidentyfikować?

Podsumowanie jest w zasadzie jednym wielkim pytaniem o spójność obranego kursu modernizacji Marynarki Wojennej. Jeśli zagrożenie ma być ograniczone do wojny hybrydowej lub lokalnych prowokacji to 3 korwety zdolne do działania poza Bałtykiem mają sens. Nie ma natomiast sensu próba uzbrajania ich w wyrafinowane systemy obrony przeciwlotniczej. Nie spełnią swojego zadania w warunkach wyższego niż planowane, zagrożenia. Jeśli natomiast ograniczyć się do Bałtyku z założeniem możliwości otwartego konfliktu, to za te same pieniądze należałoby zbudować nie sześć, a dziewięć lub nawet dwanaście okrętów. Paradoksalnie, tak cenione przez polityków odstraszanie miałoby większy i bardziej realny wymiar w postaci większej ilości rakiet przenoszonych przez małe „stadko” korwet. Takie okręty musiałyby również być nosicielami dronów w liczbie kilku a nie jednego czy dwóch. Tym samym czynię pętlę i wracam do ORP Huragan, pomysłu z początków tego blogu, gdzie platformą był ulepszony Sea Fighter przenoszący parę dronów w wewnętrznym hangarze, uzbrojony w dwie armaty 30mm, parę pocisków ASCM wraz z RAM odpalanymi z pionowych wyrzutni.