Mar 012015
 
Remontowa-Hirta

Czas oczekiwania na nowe wieści odnośnie decyzji MON-u dotyczących Marynarki Wojennej sprzyja refleksjom. Pod takim hasłem, Chwila na refleksję, ukazał się trzy lata temu wpis na tymże blogu, który wydaje się zachował świeżość. To nie jest wyraz nieskromności, tylko raczej powód do zaniepokojenia. Cóż się bowiem takiego dzieje, że tkwimy nie tyle w tym samym miejscu, ale wciąż daleko od rozstrzygnięcia podstawowych problemów. W tamtym tekście pojawił się pewien rysunek/schemat, nad którym trzeba się pochylić jeszcze raz, aby próbować zrozumieć mechanizmy blokujące postęp prac. Nie mamy innego wyjścia, bo polityka informacyjna MON-u wprowadziła chyba tę instytucję w pewnego rodzaju pułapkę. Próba większej otwartości informacyjnej owocuje bowiem atakami politycznych oponentów i druzgocącą krytyką przeciwników konkretnej propozycji. Wystarczy prześledzić historię okrętów podwodnych by zrozumieć potencjalną alergię urzędników MON-u na upowszechnianie wszelkiej informacji, która nie jest już faktem dokonanym.

Wracając do wspomnianego rysunku, spróbujmy skomentować pokrótce, jak główne siły działające na strukturę i zadania floty wyglądają w 2015 roku.

WpływyNaStrukturęFloty

Mamy strategię BBN-u kładącą nacisk na zwalczanie zagrożeń asymetrycznych, mobilność sił zbrojnych, walkę cybernetyczną, siły specjalne i sytuacje „podprogowe”. Zasadniczo marynarka wojenna jest w stanie odnaleźć się w tych kategoriach, chociaż na niekorzyść działa brak doświadczeń polityków w użyciu okrętów dla celów politycznych. Nie mają więc oni dobrej oceny wartości politycznej floty. Taka sytuacja promuje niezdecydowanie a w sytuacji przymusu podjęcia decyzji, łatwo przenosi się na dobrze znany grunt dyskusji budżetowych.

Dominują więc dwie inne siły – lobby przemysłowe i poglądy korpusu oficerskiego. Z tym pierwszym związana jest rządowa wizja rozwoju krajowej bazy przemysłowej i badawczo-rozwojowej, zdolnej do wspierania lokalnie działań i funkcjonowania marynarki wojennej. Jakie więc rząd ma dzisiaj opcje? Zacznijmy od cytatu z nie najnowszego artykułu na temat SMW:

Warunkiem przejścia do opcji układowej jest wypracowanie takich środków finansowych, które umożliwią spłatę wierzycieli. I tutaj są jak gdyby dwa źródła przychodów, dwa źródła finansowania. Jedno, to jest sprzedaż majątku. I to rozpoczęliśmy (…) Drugim źródłem finansowania są wpływy z bieżącej produkcji (…) W związku z tym, warunkiem przejścia do opcji układowej jest możliwość przedstawienia sądowi projekcji przychodów i wydatków oraz osiąganego zysku, z którego ma być finansowana spłata wierzycieli, przynajmniej w horyzoncie 3 lat. Dzisiaj Stocznia nie jest w stanie takiej projekcji przedstawić, ponieważ w tej chwili możemy to zaprezentować na rok bieżący i na rok przyszły – powiedziała na posiedzeniu komisji Magdalena Smółka.

Strategie przemysłowe możliwe do implementacji mogą wyglądać następująco:

  • Sześć jednostek dla SMW – oznacza długi okres budowy, bo nie wiadomo, czy stocznia ma środki finansowe i moce produkcyjne na budowę okrętów „na zakładkę”. Ryzyko finansowe jest ogromne – nie daje się takich kontraktów bankrutowi w likwidacji, który wydaje się żyć głównie dzięki Ślązakowi i konsorcjum z Remontową. Z drugiej strony odcięcie SMW od kontraktu może oznaczać brak realnych szans na przeżycie stoczni. Ale można zaryzykować budowę kolejnego Ślązaka po odbiorze pierwszego.
  • Ofertę składa PeGaZ, a nie stocznia. Wówczas można podzielić budowę na dwie serie w Gryfii i Naucie. Licencjobiorcą jest PeGaZ, co daje większą elastyczność w zarówno finansowaniu jak i podziale prac. Należy spodziewać się silnego wsparcia lobbingowego dla takiego rozwiązania, chociaż ta opcja jest ryzykowna dla MON-u, któremu grozi w przyszłości nieprzyjemny dyktat monopolisty o silnym wsparciu politycznym. Buduje się teoretycznie szerszą bazę przemysłową dla marynarki wojennej, ale zajmie to sporo czasu i skazuje na śmierć SMW. Prowadzi również do wąskiego gardła w przypadku realnego podjęcia budowy okrętów podwodnych w Polsce, bo miałaby się tym zająć Nauta w ramach PGZ.
  • Kontrakt wygrywa Remontowa. To stocznia w najlepszej chyba kondycji finansowej i pewnie posiadająca odpowiedni moce produkcyjne. Jeden z lepszych wariantów rozwoju potencjału budowy okrętów dla Państwa Polskiego, ale… nie należy do polskiego sektora zbrojeniowego i może mieć małe poparcie polityczne. Niebezpieczeństwo może również przyjść ze strony konkurencji z PeGaZem, który w sposób naturalny będzie promował swoje stocznie, niezależnie od ich rzeczywistego potencjału.
  • Okręty buduje istniejące już konsorcjum Remontowa/SMW. Ma to swoje zalety, gdyż pozwala utrzymać przy życiu SMW ograniczając ryzyko dla kontraktu. Możliwy jest również podział prac pomiędzy dwie stocznie. Dodatkowym atutem jest posiadana już licencja na MEKO, co ogranicza koszty oraz pozwala budować na istniejącym już doświadczeniu z budowy Ślązaka. Wówczas PeGaZ zostaje w odwodzie do budowy okrętów podwodnych, jeśli do tego w ogóle dojdzie.
  • Damen pozostaje zagadką. Czy jest możliwa budowa przez Damen tak dużych jednostek samodzielnie w Polsce? Raczej nie, bo na własnej stronie Damen Shipyards Gdynia podaje granice swoich możliwości na poziomie 80m długości i 950 ton. Czy należy się więc sprzymierzyć z którymś z wyżej wymienionych aktorów sceny? Tylko którym? Ciekawy dylemat marketingowy, na rozstrzygnięcie którego trzeba chyba poczekać.

Poglądy korpusu oficerskiego MW mają kluczowe znaczenie, bo Minister Obrony Narodowej nawet, jeśli posiada swoje zdanie na temat marynarki wojennej, to nie odważy się pewnie działać kompletnie wbrew opinii marynarzy. Spojrzenie retrospektywne na wspomniane poglądy oferuje nam niespodziewanie nowy numer specjalny MSiO – Niszczyciele Polskiej Marynarki Wojennej. To, co się rzuca w oczy, to dość uporczywa próba oparcia trzonu floty o grupę uderzeniową opartą na niszczycielach/fregatach, czy w końcu korwetach jako ich substytucie. No to popatrzmy, co się udało uzyskać w niezbyt długiej historii naszej Marynarki Wojennej. Poniższy rysunek przedstawia w formie graficznej ile niszczycieli mieliśmy rzeczywiście w służbie niezależnie od planów.

Niszczyciele w MW.001

Przez połowę czasu były to dwie jednostki, przez następną ćwiartkę – tylko jeden okręt a przez 1/6 czasu mieliśmy do dyspozycji trzy jednostki. Większą liczbą dysponowaliśmy w czasie wojny oraz czterema jednostkami przez ostatnie dwa lata przedwojenne i w 1958 roku. W tym świetle pytanie o szanse programu budowy sześciu jednostek wydaje się mieć charakter retoryczny. Tomasz Grotnik w artykule Amerykańskie prezenty pyta Czyżby powrócił pomysł na 7 korwet, tym razem „nieco zakamuflowanych”, zaś fregata ponownie stała się „rozwiązaniem tymczasowym”? Dodałbym od siebie, że rozwiązaniem tymczasowym jest fregata wraz ze Ślązakiem, bo mamy swoje statystyczne dwa okręty.

Być może rząd konsekwentnie będzie realizował swój program, chociaż deklaracje Ministra Mroczka z końca stycznia (wspomniane w poprzednim wpisie) o ogłoszeniu postępowania w ciągu kilku, kilkunastu dni nie zostały wypełnione. Trudno dokonywać oceny bez znajomości faktów, ale rozwiązaniem najbezpieczniejszym jest w moim odczuciu kontynuacja programu MEKO przez konsorcjum Remontowa/SMW. Daje to szansę na najszybszy efekt, rozsądną kontrolę ryzyka i pełną elastyczność w którym momencie przerywamy program, nie zostawiając sierot, z którymi politycy nie wiedzą co zrobić.

Zbytnia koncentracja na okrętach uderzeniowych zdolnych do współpracy w ramach grup NATO, przesłania też fakt, że przynajmniej zgodnie z doktryną BBN-u priorytet powinien mieć okręt transportowy dla sił zbrojnych, co jest również w zasięgu możliwości wspomnianego konsorcjum. I o tym być może trzeba zacząć mówić coraz więcej i częściej.

Feb 102015
 
Wielokrotny bohater tego blogu. System samoobrony dla niewielkich okrętów bez  wysadzania w powietrze budżetu.

Otoczenie strategiczne Polski i związany z tym poziom zagrożenia zmieniły się znacząco w ciągu ostatniego roku. Polityki Rosji nie można już nazwać tylko asertywną. Zachód nie jest gotowy na konfrontację, a Rosja nie widzi powodów do negocjacji. Postępuje więc erozja poczucia bezpieczeństwa w regionie i nie tylko. To poczucie niepewności i zagrożenia maleje wraz z oddalaniem się od granic Rosji. Cała sytuacja jest tylko potwierdzeniem nieliniowości historii, innymi słowy jeśli w przeszłości było spokojnie to wcale nie znaczy, że w przyszłości będzie tak samo. Najbardziej niepokojąca jest jednak szybkość zmian w poziomie zagrożenia i w pewnym sensie niestabilność polityki rosyjskiej w połączeniu z urażoną dumą narodową. Reakcja rządu polskiego jest w zasadzie prawidłowa, czyli w miarę konsekwentna realizacja planów wzmocnienia potencjału militarnego i obronnego Polski, tylko czy to wystarczy? Minister Mroczek w trakcie konferencji prasowej 29-go stycznia powiedział:

W ciągu kilku, kilkunastu dni ogłosimy postępowanie dotyczące budowy sześciu okrętów nawodnych…

To wyczekiwany i dobry znak, tylko czy nie powinno się przedsięwziąć dodatkowych kroków, poza programem modernizacji, tak aby wzmocnić nasz potencjał w najbliższym czasie? Nie chodzi o wielkie programy, ale raczej coś, co uzupełni lub wzmocni zasoby już posiadane lub te, które pojawią się w przewidywalnej przyszłości.

Patrząc realistycznie na sytuację w jakiej znajduję się marynarka wojenna, to program Orka „odszedł na drugi krąg” i przyszłość dopiero pokaże, czy opłaciła się gorąca dyskusja na temat rakiet manewrujących. Nawet jeśli przetarg na okręty nawodne zostanie rzeczywiście ogłoszony na dniach i rozstrzygnięty w kilka miesięcy, to pierwszy Miecznik wejdzie do służby nie wcześniej jak w 2018-19 roku. Widząc, ile się zmieniło w ciągu jednego, ostatniego roku, te daty przywodzą na myśl raczej wyścig z czasem. Najszybciej, bo w 2016 roku pojawią się tylko Ślązak, OHP po remoncie i jeden Kormoran. Ponadto, być może, drugi NDR. I na tych zasobach należałoby skupić naszą uwagę, bo mogą się okazać jedynymi do dyspozycji w krytycznym momencie.

Swego czasu na tym blogu, próbując odpowiedzieć na pytanie o sens istnienia marynarki wojennej w państwie raczej kontynentalnym, położonym nad morzem zamkniętym, padło takie sformułowanie:

Tak więc Marynarka Wojenna powinna być użytecznym narzędziem Państwa i jego polityki zagranicznej w czasie pokoju lub kryzysu (czy też wojen ograniczonych) oraz udostępniać dodatkowe pole manewru dla Sił Zbrojnych w czasie wojny nieograniczonej.

Czy zmiana poziomu zagrożenia powinna wpłynąć na zmianę powyższej formuły? Ogólnie, raczej nie, chociaż zmieniają się akcenty. Rola dyplomatyczna i policyjna nabiera charakteru bardziej prewencji i ograniczania eskalacji. W przypadku wojny hybrydowej, poziom zagrożenia dość dobrze oddaje definicja, którą podał admirał Richard Hill, RN, mówiąc o Low Intensity i Higher Level Operations. Są to operacje o ograniczonych celach, różniących się charakterem. W pierwszym wypadku mówimy o osiąganiu celów politycznych, w drugim – militarnych. W konsekwencji dopuszcza się użycia nowoczesnej broni, chociaż prawdopodobnie w ograniczonym zakresie. W pełni uzasadnione jest prawo do samoobrony, jakkolwiek zasada proporcjonalności w reakcji może zostać zaburzona, stąd zagrożenie eskalacji. Tak, czy inaczej warto zwrócić uwagę na inwestycje, może nie zupełnie małe, ale warte przeanalizowania w nowych warunkach. Parę propozycji poniżej:

  • Systemy samoobrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej dla Ślązaka i OHP, a w późniejszym terminie dla Czapli. Fasta, Grom i tym podobne systemy są tylko półśrodkami w sytuacji zagrożenia nowoczesnymi środkami napadu. Biorąc pod uwagę, że wypowiedź ministra Mroczka wskazuje na gotowość dokumentów i wymagań taktyczno – technicznych, MON powinien mieć już zdanie co do preferowanego systemu dla Mieczników. CAMM staje się coraz bardziej atrakcyjny kosztem VL MICA, ale jest to system obrony lokalnej raczej niźli samoobrony. Zbyt rozbudowany i być może zbyt drogi dla okrętów patrolowych czy starej fregaty. Idąc w drugą stronę mamy RAM, a raczej SeaRAM nadający się do naszych celów doskonale. Nie obroni okrętu patrolowego przed pełną salwą, ale przed „przypadkowym” atakiem „nieznanego” sprawcy jak najbardziej. W przypadku OHP wzmocni istotnie obronę przeciwrakietową i możliwe są dwa warianty. Upgrade, czyli modernizacja systemu Phalanx do wersji SeaRAM, lub też zakup nowego systemu, a użycie Phalanxa np. na Czernickim.
  • Jeżeli RBS Mk2 pozostałe po programie Żeglarek, wraz z systemem planowania misji są naszą własnością, to jest to być może właściwy czas do zintegrowania ich z systemem Thalesa dla Ślązaka. Lepszy rydz, niż nic, jak mawia przysłowie.
  • Pewna cisza zapadła w odniesieniu do modułu przeciwminowego dla Czapli. Jest on jednak chyba pochodną systemu walki minowej dla Kormorana, więc powinny być wkrótce gotowe jego podstawowe elementy. Jeśli tak, to warto przyśpieszyć prace nad modułową wersją tego systemu do przetestowania technicznego i operacyjnego na Ślązaku, czy Czernickim.
Jak się nie ma co się lub, to się lubi co się ma. Bryza bis. Foto www.hej.mielec.pl

Jak się nie ma co się lub, to się lubi co się ma. Bryza bis. Foto www.hej.mielec.pl

  • NDR wygląda imponująco, chociaż trudno oprzeć się wrażeniu, że jest nie tyle ślepy, co ślepawy. Mamy potencjalnie kilka źródeł informacji o celach dla dywizjonu – systemy brzegowe jak europejski projekt MARSUR, okręty patrolowe oraz Bryzy. Te ostatnie mają radar, ale zdaje się nie mają systemów elektrooptycznych z jednym wyjątkiem wersji Bis. Flir, czy IRST byłyby dobrym uzupełnieniem ich możliwości rozpoznawczych. Ponieważ zasięg Bryz jest ograniczony, poziom inwestycji powinien być także rozsądny, ale nie pomijałbym tej możliwości w sytuacji „podbramkowej”. Na razie nic nie było o dronach, które są przedmiotem osobnego i całkiem skomplikowanego przetargu. Aktualnie, Inspektorat Uzbrojenia poszukuje dostawców systemów krótkiego zasięgu, nie wystarczającego dla wykorzystania maksymalnego zasięgu rakiet NSM. Jest jednak pewna luka w przetargu, który nic nie mówi na temat pionowzlotów zdolnych do startowania z pokładów okrętów. Jeśli rzeczywiście chcemy inwestować w polski przemysł, dajmy szansę ILX-27 lub Solo na zasadzie programu eksperymentalnego dla marynarki wojennej, poza głównym przetargiem na bezzałogowce. Oba mogą również operować z OHP w składzie mieszanym ze śmigłowcem ZOP, podobnie jak amerykanie proponują dla LCS.
  • Poprzedni punkt kieruje nas w stronę wciąż słabo zdefiniowanej roli USV i ich niewykorzystanego potencjału. Nieliczne doniesienia prasowe wskazują na trzy zastosowania:
    • monitorowanie sytuacji pod powierzchnią wody
    • rozpoznanie przeciwminowe
    • ochrona portów

Pierwsze dwa łączą się w pewien sposób z modułem przeciwminowym Czapli, więc jest to układanie tych samych klocków Lego, tylko inaczej. Ochrona portów może się potencjalnie rozwinąć w program badań nad ofensywnym użyciem roju bezzałogowców. Ale to już pieśń przyszłości, chociaż amerykanie już coś są w stanie zademonstrować w tym temacie.

W sumie tych kilka propozycji amatora reprezentuje spory koszt, chociaż żadna z propozycji nie wygląda na wydatek 9-cio cyfrowy. Nawet, jeśli pomysły są nieprofesjonalne czy po prosu nierealne, to zasadniczy pytanie o potrzebę szybkiego uzupełnienia systemów uzbrojenia pozostaje sensowne. Wykorzystajmy czas i róbmy coś, co będzie widoczne dla nas i naszych oponentów.

Jan 192015
 
Corvette HMCS Arrowhead in colour.

Zmiana klasyfikacji Littoral Combat Ship na fregatę (FF) zbiega się w czasie wraz z istotną zmianą sposobu myślenia US Navy o siłach nawodnych i ma konsekwencje znacznie większe niż tylko gra słów. Powinna być także pożywką intelektualną dla naszego projektu Okrętu Obrony Wybrzeża, który ma się zmaterializować w najbliższym czasie. Jest to świetna okazja do wyjścia w dyskusji o Mieczniku poza schemat ćwiczenia maksymalnego upakowania zdolności bojowych w kadłubie 2.000 tonowego okrętu i za jaką cenę.

Nowa nazwa to nie tylko wyjście naprzeciw krytykom LCS, ale w pewnym sensie zamknięcie na nieokreślony czas dyskusji o potrzebie działań marynarki wojennej na wodach przybrzeżnych. Fregata ma dość dobrze zdefiniowaną funkcję czy rolę i stanowi powszechnie akceptowaną klasę okrętów, ale ma mało wspólnego z walką na wodach przybrzeżnych. Czym jednak ma być Miecznik dla Marynarki Wojennej RP? Na fregatę jest za mały, chociaż ambicje idą być może w tym kierunku. Na przybrzeżnego wojownika broniącego przeciwnikowi dostępu do określonego akwenu jest za duży i za drogi. Chyba jesteśmy zakleszczeni pomiędzy tymi dwoma wizjami, z których jedna to okręt osłaniający własne linie żeglugowe a druga to ofensywna broń zdolna do zadania istotnych strat przeciwnikowi zarówno na lądzie jak i na wodzie. Zupełnie z boku jest trzecia wizja, obrony powietrznej zespołów okrętów czy konwojów a nawet obrony powietrznej kraju.

Korweta wydaje się być odpowiednim słowem dla jednostki 2.000 tonowej, chociaż w tradycji Royal Navy jest to raczej zdefiniowana rola przybrzeżnego okrętu ASW i być może jest to właściwe dla nas podejście. W styczniowym numerze USNI Proceedings, Adm. Holland w artykule Designing the Future Warships oferuje swoją wizję, jak do zadania definiowania okrętu podejść, unikając pułapek LCS:

Odpowiedzią nie jest próba szczegółowego opisania zadań jakie okręt będzie wykonywał, lecz sformułowanie w ogólnych kategoriach wymogów jakie okręt ma spełniać. Tak więc w pierwszym rzędzie trzeba przewidzieć okręt, który może spełniać zwyczajowe zadania zachowując jednocześnie elastyczność i podatność na modyfikacje, gdy pojawią się nowe zadania, sytuacje i systemy uzbrojenia. Aby wykonać tego typu zadanie, analitycy i komputery są mniej ważni od marynarzy, konstruktorów okrętów i poczucia morskiej oraz organizacyjnej historii.

Inną, cenną uwagą admirała jest stwierdzenie konieczności znalezienia odpowiedniego promotora czy mecenasa projektu. Osoby, która jest w stanie sterować złożoną interakcją pomiędzy doświadczeniem operacyjnym, technologią, bazą przemysłową, tradycją czy oczekiwaniami zarówno polityków jak i marynarzy. Zadanie niełatwe, ale mam wrażenie, że projekty jak F-16, Rosomak czy Spike miały tego typu instytucjonalne wsparcie. Nic mi niestety nie wiadomo na temat takiego wsparcia dla morskich przedsięwzięć MON-u.

Wyciskając Miecznika jak cytrynę, musimy więc skupić się jak najlepiej potrafimy na ogólnej definicji możliwości okrętu, tak aby dała wskazówki co do konkretnych rozwiązań technicznych. Przede wszystkim okręt wielkości korwety czy nawet fregaty jest jednozadaniowy, to znaczy może posiadać zdolności na wysokim poziomie w jednej dziedzinie (np. ASW) redukując zdolności w pozostałych do pewnego minimum. Jeżeli nasz wybór podążając śladem Royal Navy to ASW, wówczas obrona przeciwlotnicza zostanie sprowadzona do samoobrony a zdolności ofensywne powinny pozwolić na zwalczanie podobnej klasy okrętu na zasadzie symetrii. Taki model jest spójny z rolą floty polegającej na ochronie żeglugi, ale wymaga posiadania panowania na morzu, co w sytuacji pełnego konfliktu mogą zapewnić tylko sojusznicy. Jest on również niesprzeczny z doktryną BBN-u określającą poziom zagrożenia najbardziej prawdopodobnego jako „działań podprogowych”.

Alternatywnym kierunkiem może być inwestowanie w zdolności ofensywne. To podejście jest spójne z doktryną odmowy dostępu BBN, ale wówczas trudno uniknąć dyskusji na temat skutków wymiany salw rakietowych pomiędzy przeciwnikami. Taki scenariusz promuje jednostki o zdecydowanej przewadze możliwości ataku nad obroną, co stwarza sytuację groźną i niestabilną, kto pierwszy, ten lepszy. Ukrytym założeniem jest spora liczebność okrętów działających w rozproszeniu. Trzy korwety to z pewnością za mało. Swego rodzaju Mercedesem w tej klasie jest Visby. Ten kierunek nie wydaje się mieć większych szans z dwóch powodów:

  • Zainwestowano w zdolności obrony wybrzeża i odmowy dostępu w postaci Morskiej Jednostki Rakietowej i program modernizacji nie widzi w przyszłości roli dla jednostek klasy Orkan.
  • Marynarka bierze aktywny udział w ćwiczeniach międzynarodowych, sojuszniczych a przede wszystkim NATO, gdzie podstawową rolę odgrywają scenariusze z typowymi elementami walki na morzu, wynikającymi z doświadczeń flot sojuszników.
Niewykorzystany potencjał przybrzeżnego wojownika. Foto www.austal.com

Niewykorzystany potencjał przybrzeżnego wojownika. Foto www.austal.com

Nawet, jeśli priorytet przypiszemy zwalczaniu zagrożeń spod wody, to określenie tego, co należałoby uznać za minimum samoobrony przeciwlotniczej i zwalczania symetrycznych zagrożeń nawodnych zabierze sporo z ograniczonych limitów wagi, przestrzeni czy mocy dostępnej na korwecie. Proste symulacje scenariuszy z użyciem równania salwy pokazują, że zapas amunicji zabieranej przez okręt będzie krytyczny. System klasy RAM jest teoretycznie w stanie obronić okręt przed salwą 2-3 rakiet. Korweta uzbrojona w dwa takie systemy (jak K-130) teoretycznie może się bronić przed 4-6 pociskami nadlatującymi jednocześnie. Dla pewności unieszkodliwienia korwety należałoby w konsekwencji odpalić salwę 8 rakiet, biorąc pod uwagę brak 100% gwarancji właściwego działania sprzętu, wykrycia, identyfikacji celu i naprowadzania i konieczność trafienia co najmniej jedną rakietą. To oznacza, że postulat zdolności zwalczania innej korwety na zasadzie symetrii wymaga przenoszenia minimum 8 rakiet. Posługując się tą samą zasadą symetrii, korweta powinna mieć zdolność do obrony przed taką salwą, co być może jest realne przy zastosowaniu również środków maskowania czy zakłócania. Tylko w tym przypadku obrona przed jedną salwą nie wystarczy, dwie, trzy salwy wydają się być niezbędnym minimum, co automatycznie definiuje zapas rakiet obrony przeciwlotniczej, przenoszony przez okręt. Dodajmy tak samo niepełne prawdopodobieństwo zestrzelenia czy awarii jak w przypadku rakiet przeciw-okrętowych i liczba amunicji rośnie do ponad 24. Problemem może się stać bardziej dostępna przestrzeń niż waga tych rakiet, zgodnie z tezą głoszoną przez Normana Friedmana, że we współczesnych okrętach parametrem krytycznym w projektowaniu jest objętość a nie ciężar.

W przypadku Polski, istotnym wyborem będzie posiadanie hangaru lub nie i co w tym hangarze ewentualnie ma być. Marynarka Wojenna prawdopodobnie będzie optowała za śmigłowcem pokładowym, a więc z hangarem i pełną obsługą wiropłata. To stoi w pewnej sprzeczności z dotychczasową praktyką śmigłowców operujących z lądu i wymogami przetargowymi na wspólną platformę dla wojsk lądowych i marynarki, bo preferencje 25 brygady kawalerii powietrznej leżą raczej po stronie cięższych maszyn. Powierzchnia hangaru będzie równie cennym zasobem jak pojemność magazynów amunicji. Ciężka maszyna w środku zabierze miejsce dla bezzałogowców potrzebnych do rozpoznania czy nawet zwalczania mniejszych, choć liczniejszych zagrożeń. Brak takiej maszyny obniży potencjał zwalczania okrętów podwodnych. Kompromisem może być lądowisko dla śmigłowca z możliwością uzupełniania paliwa i uzbrojenia a niewielki hangar dla bezzałogowców. Ogólnie, to co wybierze dla siebie armia, będzie miało wpływ na konfigurację okrętów. Tak samo jak w przypadku helikopterów, podobne konflikty wymagań taktyczno technicznych mogą zaistnieć dla dronów czy rakiet przeciwlotniczych.

Innym wymogiem, również dyskutowanym na tym blogu jest pytanie o stopień modułowości wbudowany w okręt. LCS jest być może realizacją wizji idącą zbyt daleko na obecną gotowość do asymilacji nowinek. We wspomnianym uprzednio numerze Proceeding, Gregory V. Cox w artykule Lessons Learned from the LCS, pomaga nam usystematyzować wiedzę na temat typów i celów modułowych konstrukcji, grupując je następująco:

  • Shipyard – Podatność na modernizacje. To jest typ bardzo interesujący dla niewielkiej floty zmuszonej do maksymalnego wykorzystania skromnych zasobów. MEKO czy StanFlex są dobrymi przykładami, jak można łatwo okręt modernizować.
  • Operational – definiowaną jako zdolność do zmiany konfiguracji okrętu we własnej bazie, pomiędzy kolejnymi przydzielonymi zadaniami. Pewien poziom takiej wymienności modułów jest wskazany, głównie poprzez użycie systemów skonteneryzowanych i pojazdów bezzałogowych. Możliwe jest wówczas wykonywanie zadań spoza standardowego menu okrętu jak rozpoznania radioelektronicznego czy przeciwminowego. Do tego potrzeba przestrzeni dla modułów.
  • Maintenance – utrzymanie kosztownej maszynerii i elektroniki w ruchu i pełnej sprawności. Dla jednostek działających w pobliżu własnych baz nie jest to parametr krytyczny, choć zawsze mile widziany. Przejawem takiego podejścia jest wymóg standardowej siłowni dla Czapli i Miecznika.
  • Tactical – możliwość rekonfiguracji okrętu będącego na misji. To nas interesuje mniej, przyjmując strategię Bałtyk Plus. Niemniej, uniwersalne wyrzutnie pionowego startu, jak Mk41 dają pewne szanse na elastyczność z pogranicza Tactical i Operational. Tyle, że aby zastosowanie wyrzutni pionowych miało sens, musielibyśmy zacząć od około 16-24 wyrzutni, co może napotkać na bariery zarówno techniczne jak i finansowe.

Nazwa Okręt Obrony Wybrzeża ma tę zaletę, że określa rolę okrętu, tak jak niegdyś torpedowiec, niszczyciel czy lotniskowiec. I byłoby wszystko dobrze gdybyśmy budowali Visby lub coś podobnego (niech będzie ze stali amagnetycznej), tyle że nie budujemy nic podobnego. Ale nazwa niesie ze sobą wiele konotacji co do sposobu użycia, czy przeznaczenia. Korweta nie jest wyjątkiem, a nazwa i tradycja stojąca za tą nazwą niech będzie jakąś wskazówką w decyzjach co do tego, w co zainwestujemy.

Jan 022015
 
Iranian-Small-Boat-Swarms-3

Wraz z Nowym Rokiem nasze spojrzenia powinny się kierować ku przyszłości, bez większego oglądania się za siebie. I rzeczywiście, poprzedni rok nie przyniósł marynarce wojennej żadnego rozstrzygnięcia za wyjątkiem rzutem na taśmę podpisanej umowy na drugi Nadbrzeżny Dywizjon Rakietowy. Nie jest to wyraz pesymizmu lub próba umniejszenia wagi tytanicznej, jak przypuszczam, pracy urzędników MON-u przygotowujących negocjacje na nowe okręty. To proste stwierdzenia faktu, że trzyletni okres podejmowania decyzji jest zbyt długi i porównywalny z cyklem życia lub dojrzewania wielu nowoczesnych technologii. Wojna na Ukrainie z udziałem i wsparciem Rosji, naszego wielkiego sąsiada, pokazuje również jak szybko potrafi się zmienić środowisko bezpieczeństwa kraju, podczas gdy zachowujemy się jakbyśmy mieli 10-20 lat czasu na realizacje naszych planów. Nader skromnych porównując ze skalą wydatków zbrojeniowych Rosji, co ponownie skłania do postawienia pytania o wartość naszych planów odstraszania konwencjonalnego z użyciem okrętów podwodnych.

Czego więc powinniśmy się spodziewać we właśnie rozpoczętym 2015 roku? Kontynuując wątek z poprzedniego wpisu o problemach doktrynalnych Marynarki Wojennej, można zaryzykować stwierdzenie, że to nieprawda, że nie mamy doktryny – wręcz przeciwnie, mamy dwie. Jedną, rozwijaną przez BBN i zorientowaną na konflikty hybrydowe oraz strategię odmowy dostępu. Drugą, poniekąd praktykowaną przez Marynarkę Wojenną i będącą zlepkiem teorii morskich czołowych potęg NATO. Mają się do siebie jak pięść do nosa, bo NATO, będąc najsilniejszym sojuszem wojskowym na świecie, nie ma w swojej doktrynie ani odmowy dostępu ani tego nie ćwiczy. Bawiąc się w grę słów zapytajmy, czy mamy rozwijać doktrynę wojny hybrydowej, czy też być może hybrydową doktrynę wojny?

Aby lepiej wyjaśnić, co przez to rozumiem, odwołuję się do tekstu częstego „gościa” na łamach tego blogu, profesora Jamesa Holmes’a. Artykuł Taiwan’s New Stealth Corvettes: Just What the Doctor Ordered? jest komentarzem do najnowszego nabytku marynarki wojennej Tajwanu – 500 tonowych okrętów rakietowych Tuo Jiang. Autor czyni uwagę, która nie jest czymś odkrywczym, ale przypomnieniem starych prawd, które lubimy zapominać:

Zmiana kultury organizacyjnej, to coś więcej niż wprowadzenie do użytku nowych gadżetów, nie ważne jak imponujących. Sposób, w jaki marynarka używa swoich okrętów jest co najmniej tak samo ważny jak techniczne możliwości w nich zawarte.

Coś bardziej zgodnego z doktryną BBN, ale poza praktyką NATO. Źródło - www.asian-defense-news.blogspot.com

Coś bardziej zgodnego z doktryną BBN, ale poza praktyką NATO. Źródło – www.asian-defense-news.blogspot.com

Powyższe zdanie stanowi pretekst do znacznie szerszego spojrzenia na problemy doktrynalne marynarki Tajwanu. W jaki sposób korpus oficerski przyzwyczajony do problemów panowania na morzu ma zamiar wdrożyć w życie „morską partyzantkę”? Czy zamiast podejmowania prób scalenia obu światów działań na morzu, może pójść dokładnie w przeciwnym kierunku i zaakceptować dwoistość koniecznych operacji morskich i stworzyć hybrydową, dwuczłonową doktrynę morską? Obarczyć rolą obrony i odmowy dostępu siły operujące z lądu a okręty nawodne przeznaczyć do realizacji celów polityki zagranicznej państwa?

Ma to swoje konsekwencje w wyborach priorytetów dotyczących kontraktów na budowę okrętów wojennych. Zacznijmy od tego, że tak naprawdę czasu jest mniej niż cały 2015 rok, ze względu na wybory. Liczą się więc tylko kontrakty podpisane w pierwszej połowie roku. Poza tym terminem, pozostaje wielki znak zapytania. Scenariusz, w którym podpisuje się umowę zarówno na Orkę, Miecznika i Czaplę w ciągu kilku miesięcy przyjmuję z dużą dozą sceptycyzmu. Jeśli tak się stanie, brawo dla Ministra Siemoniaka. Bardziej prawdopodobny rozwój wydarzeń, to jednak podpisanie umowy na okręty podwodne, bo ten program wydaje się być jedynym posiadającym poparcie zarówno polityków jak i marynarzy. Ponadto wpisuje się dobrze w retorykę „Polskich Kłów”. Co jednak stanie się z okrętami nawodnymi? Czy rząd zdecyduje się podjąć zobowiązanie równoległego prowadzenia dwóch najdroższych programów – Orki i Miecznika? Czapla wydaje się mieć najmniejsze szanse, bo brak mi wiary w to, że ktoś podejmie decyzję o budowie w pierwszej kolejności okrętów drugorzędnych z punktu widzenia marynarki. Jak bumerang powraca Plan B, czyli kontynuacja projektu Ślązak – patrolowca, który łatwo może z Czapli przeistoczyć się w Miecznika. Tylko to wymagałoby publicznego wycofania się z oficjalnie obowiązującego planu. Mało prawdopodobne, lecz możliwe pod warunkiem „sprzedania” opinii publicznej pomysłu pod hasłem „przyśpieszenia” wprowadzania w życie nowych zdolności bojowych przy zachowaniu znacznej swobody wyboru ostatecznej konfiguracji. Plus dla modułowej konstrukcji okrętu! Dość ponurą alternatywą jest przeczekanie, czyli pozostawienie decyzji odnośnie sił nawodnych na okres po wyborach. To może oznaczać nigdy. Kontynuując ton czarnego humoru, nie sądzę aby Federacja Rosyjska zechciała dopasować swoje plany do naszego harmonogramu wyborczego czy modernizacji technicznej preferującej lokalny przemysł.

Skoro nauczyliśmy się budować taki okręt, to czemu tego nie wykorzystać? Foto www.tvn24.pl

Skoro nauczyliśmy się budować taki okręt, to czemu tego nie wykorzystać? Foto www.tvn24.pl

Na koniec jeszcze jeden cytat z tego samego źródła na temat znanych prawd wynikających z bolesnych doświadczeń:

Według wszelkiego prawdopodobieństwa, straty będą osłabiać marynarkę wojenną Tajwanu. Flota praktykująca odmowę dostępu musi mieć na stanie mnogość sprzętu aby sprostać wymogom tego pola walki, które jest znacznie mniejsze niż Zachodni Pacyfik, ale równie nieprzyjazne.

Autor powątpiewa, czy tuzin korwet jest liczbą wystarczającą naprzeciw marynarce chińskiej. Jak więc mamy traktować próbę promowania idei trzech Mieczników w roli Okrętu Obrony Wybrzeża, zwłaszcza że z założenia tylko jeden będzie w danej chwili w morzu wykonując wyznaczone zadania. Chyba jednak trzeba trzymać kciuki za konsorcjum SMW I Remontowej, bo być może niezależnie od naszych preferencji będzie to najrozsądniejsza opcja. I takie rozwiązanie wcale nie byłoby złe.

Dec 142014
 
Pomorskie_PTPP_5

Takie pytanie stawia Defence24 omawiając Gdyńskie Forum Bezpieczeństwa. Z paru stwierdzeń w tekście jedno zasługuje na szczególną uwagę, gdyż sięga do źródeł problemów marynarki Wojennej RP, a mianowicie braku powszechnie akceptowanej doktryny. Portal przywołuje słowa kmdr rez. Andrzeja Makowskiego, wydawałoby się zrozumiałe i oczywiste:

Zwrócił on uwagę, że postrzeganie polskich sił morskich tylko w perspektywie działań wojennych jest ewenementem w NATO i wymaga rewizji. Zadaniem Marynarki Wojennej nie powinna być bowiem tylko obrona państwa ale również jego interesów. Konieczne jest wiec przygotowanie się do zapobieganiu konfliktom, do ochrony porządku prawnego i bezpieczeństwa na morzu, do promowania partnerstwa i współpracy, do zapewniania pomocy humanitarnej oraz ochrony i obrony interesów gospodarczych.

Skoro jest to tak oczywiste, to co powoduje problemy w sformułowaniu doktryny znajdującej powszechne poparcie? Próbuję znaleźć odpowiedź w wątkach i przemyśleniach przewijających się przez ten blog w ciągu ostatnich trzech lat. Na zadane pytanie można spojrzeć z wielu różnych stron. Jeśli odpowiedzi na te różnorakie pytania będą prowadzić w tym samym lub podobnym kierunku, jest szansa na stworzenie przynajmniej logicznego uzasadnienia przyszłej doktryny. Poniżej kilka wybranych aspektów.

Klasyfikacja flot

Eric Grove w książce Strategy and Policy for Small Navies in War and Peace opisuje „typologię flot”, która w zasadzie koncentruje się wokół zdolności flot ale niekoniecznie ich misji widzianej oczyma polityków. Skala ma dziewięć stopni, w której kluczową rolę odgrywają pojęcia projekcji siły i zasięgu.

  • Global Force Projection Navies, czyli floty zdolne do globalnej projekcji siły, które autor dzieli na Major, Partial i Medium.
  • Medium Regional Force Projection Navies zdolne do „projekcji siły na wody sąsiednich mórz i oceanów”.
  • Adjacent Force Projection Navies posiadające „pewne zdolności do projekcji siły z dala od wybrzeży”.
  • Offshore Territorial Defense Navies zdolne do „operowania w odległości około 200 nm od brzegu”.
  • Inshore Territorial Defence Navies zorientowane na „walkę na wodach przybrzeżnych w dodatku do funkcji policyjnych”.
  • Constabulary Navies – głównie straż przybrzeżna z pewnymi elementami zdolności militarnych.
  • Token Navies, czyli Tak Zwane Floty. Są siły morskie ograniczone do istnienia formalnej struktury z nielicznymi przybrzeżnymi jednostkami pływającymi.

Polską marynarkę wojenną intuicyjnie można nazwać małą, ale jeśli użyjemy definicji Geoffrey’a Till, że jest to flota z „ograniczonymi środkami i aspiracjami” to możemy natknąć się na rafę. Spoglądając bowiem na powyższą klasyfikację i próbując przypisać naszej marynarce odpowiednią rangę, można pokusić się o nieco prowokacyjne stwierdzenie:

Marynarka Wojenna RP posiada aspiracje do bycia Adjacent Force Projection Navy, posiada zdolności Offshore Territorial Defense Navy, ale doktryna BBN wzywa w zasadzie do Inshore Territorial Defense. Każdy rozdźwięk pomiędzy doktryną polityczną a aspiracjami marynarzy będzie prowadził do niestabilnego programu budowy floty, gdzie którym głównym argumentem w dyskusji będą finanse ale prawdziwe powody pozostaną ukryte.

Czego naprawdę chcemy? Czy nasze aspiracje są spójne ze strategią bezpieczeństwa państwa BBN-u?

Czego naprawdę chcemy? Czy nasze aspiracje są spójne ze strategią bezpieczeństwa państwa BBN-u?

Kierunek zagrożenia i pojęcie kraju kontynentalnego.

Na pytanie czy musimy być krajem kontynentalnym należy odpowiedzieć pozytywnie, tak musimy nim być, bo z kontynentu i sąsiedniego kraju pochodzi główne zagrożenie dla Polski. To nie oznacza automatycznie brak potrzeby posiadania floty, wręcz przeciwnie, oznacza to konieczność zwiększonego wysiłku intelektualnego dla bardziej precyzyjnego określenia priorytetów i roli floty w polityce zagranicznej i bezpieczeństwa Państwa. Jeśli główne zagrożenie przyjdzie z lądu, to naturalnie funkcja militarna rośnie na znaczeniu a priorytety będą przyznane armii i lotnictwu. Ponieważ każdy okręt spełniający wymogi okrętu wojennego zdolnego do operowania w warunkach otwartej wojny będzie bardzo drogi, to z punktu widzenia państwa stosunek nakładu do korzyści będzie niekorzystny. Jeśli naprawdę wierzymy w niezdolność okrętów nawodnych do przetrwania ataków lotnictwa, to zainwestujmy w eskadrę samolotów szturmowych a nie korwety. Dlatego budowa okrętów wojennych będzie podlegała cięciom budżetowym jako pierwsza, pomimo iż pieniądze nie będą rzeczywistym powodem takich decyzji.

Continental Navy - samo w sobie nic złego. Tak zaczynała największa potęga morska świata. Foto - www.history.navy.mil

Continental Navy – samo w sobie nic złego. Tak zaczynała największa potęga morska świata. Foto – www.history.navy.mil

Niestabilne projekty według D.K. Brown.

Ten brytyjski konstruktor okrętów, znany z popularnych książek o historii i genezie okrętów Royal Navy, w książce Future British Surface Fleet podaje nam prawdziwą perłę mądrości, zwykle ignorowaną. Historia dotyczy fregat Type 23:

Wszystkie projekty mają tendencję do wzrostu rozmiarów z powodu presji wywieranej na wprowadzenie do projektu nowych systemów uzbrojenia jako przeciwwagę dla coraz większych zagrożeń; tylko znacznie słabsze siły działają w przeciwnym kierunku, tak aby zredukować koszt jednostkowy w nadziei na zwiększenie liczby jednostek. Istnieje pewien przedział wielkości i kosztów, w którym jedna z sił, zwykle wzrost jest nieomalże nie do odparcia.
Pierwotny koncept dla fregat Duke (Type 23) to była mała jednostka do holowania sonaru, oferująca lądowisko dla helikoptera ale bez hangaru i nieomalże bez uzbrojenia, kosztująca jakieś 65 mln funtów. Tak pomyślany okręt był zbyt drogi, by móc być „spisanym na straty”, a wciąż niezdolny do samoobrony. Cały pomysł był więc filozoficznie „niestabilny” i musiał się albo zmniejszyć do rozmiarów akceptowalnej kosztowo straty, albo wzrosnąć kosztowo do ponad 100 mln funtów, tak by możliwe zastosowanie jakiś systemów obronnych.

Zaczęło się niewinnie. "Mała i tania platforma dla sonaru holowanego". Foto - www.naval-technology.com

Zaczęło się niewinnie. “Mała i tania platforma dla sonaru holowanego”. Foto – www.naval-technology.com

Czy korweta jest projektem niestabilnym?

W świetle powyższych rozważań doświadczonego konstruktora okrętów na temat filozofii swojej profesji, usprawiedliwione wydaje się być pytanie o koncepcyjną niestabilność korwety. Oczekiwania co do obrony przeciwlotniczej średniego zasięgu przy pozostawieniu zdolności do ASW i ASuW idą w kierunku destabilizacji projektu, dokładnie zgodnie z opisanym powyżej scenariuszem. W rzeczy samej, ten sam autor stwierdza:

Tania korweta, a nawet tani lotniskowiec dla helikopterów są możliwe, lecz bardzo rygorystyczna kontrola na samym szczycie jest niezbędna dla zapewnienia, że wymagania nie będą napędzały kosztów do poziomu nieosiągalności.

Jest to bardzo widoczne w popularnych dyskusjach na forach, gdzie wymagania błyskawicznie przeistaczają planowaną korwetę we fregatę. Pójście zaś w drugim kierunki oznacza ograniczenia w systemach uzbrojenia a więc pewną minimalizację funkcji militarnej, co tworzy konflikt, bo w naszej flocie korweta nie będzie tanim okrętem pomocniczym, elementem czegoś co Julian Corbett nazywał „flotilla”, tylko będzie to „capital ship”, najsilniejszy posiadany okręt, następca fregat OHP.

Trójkąt misji – funkcje militarna, dyplomatyczna, policyjna

Wszystko, co powyżej powiedziano prowadzi do pewnego paradoksu, niewątpliwie boleśnie odczuwanego przez marynarzy i wszystkich sympatyków marynarki wojennej. Im większy kładziemy nacisk na militarną funkcję floty, tym bardziej ma ona szansę na marginalizację. Ale czyż obecnie realizowany program modernizacji nie jest zaprzeczeniem tej tezy? Być może, bo ostatnie doniesienia Dziennika Zbrojnego mówią o prawie 1.4 mld inwestycji w 2015 roku. Można się domyślać, że chodzi o okręty podwodne i Mieczniki, być może drugi NDR. Niemniej rząd musi się śpieszyć z podpisaniem umów przed wyborami, bo po nich wszystko nie będzie takie pewne.

Wracamy więc do tradycyjnego trójkąta misji i przypatrzmy się pozostałym dwóm. Funkcja policyjna ma sens głównie w ramach współpracy międzynarodowej na rzecz zapewnienia bezpieczeństwa żeglugi. To z naszego punktu widzenia jest elementem dyplomacji i realizacji celów polityki zagranicznej. Jest również w naszym własnym szeroko pojętym interesie gospodarczym, ze względu na rosnące znaczenie transportu morskiego w gospodarce. Politycy powinni sobie również zadać pytanie ile są gotowi zainwestować w pewne korzyści polityczne, np. ile jest warte wsparcie Włochów w ich zmaganiach z uszczelnieniem południowych granic UE? Do tego celu Czapla z pewnością będzie wystarczająca. Natomiast bardzo niebezpieczne jest szafowanie argumentem konieczności współpracy z NATO. Bo gdyby NATO nie było, to czy zniknąłby powód do istnienia marynarki wojennej? Aby marynarka wojenna miała trwałe podstawy bytu i zagwarantowane wsparcie finansowe, w ramach otwartej dyskusji muszą zostać sformułowane powody istnienia floty, użyteczne dla polskiej racji stanu i to niezależnie od sojuszniczych zobowiązań.

Odstraszanie dodatkową funkcją poza trójkątem misji?

Temat jest wywołany planami zakupu okrętów podwodnych z rakietami manewrującymi. Na razie dyskutuje się możliwości, jakie oferuje technologia. Bez odpowiedzi pozostaje pytanie, jaka jest rola odstraszania konwencjonalnego wobec największej potęgi nuklearnej świata? Odczuwalny jest brak jest niedostatek krajowych opracowań na temat odstraszania konwencjonalnego i warunków jakie muszą zaistnieć, aby wielokrotnie silniejszy przeciwnik rzeczywiście był skłonny zmienić swe decyzje pod wpływem faktu posiadania przez Polskę pewnych zdolności bojowych. I to w sytuacji, kiedy jeśli wierzyć doniesieniom prasowym, potencjalny przeciwnik prowadzi ćwiczenia ataku jądrowego na Warszawę.

Co to jest battleforce? I co ma zwalczać?

Profesor James Holmes w The National Interest zadaje interesujące pytania na temat, co dzisiaj stanowi trzon bojowy floty (battleforce) i co ten trzon ma zwalczać. Pytania są zadane w kontekście rywalizacji amerykańsko – chińskiej na Pacyfiku, ale ich wagi nie umniejsza zmiana kontekstu na nasz lokalny. Warto przeczytać artykuł wraz z odnośnikami i linkami do poprzednich tekstów profesora. Otóż wyłania się bardzo dla nas atrakcyjna koncepcja funkcji militarnej wypełnianej przez instalacje i systemy uzbrojenia działające z lądu. Inny bloger, Niel Kaneshiro na CIMSEC nazywa to wprost Sea Control from Ashore.

Atrakcyjność takiej opcji polega na możliwości wykorzystania sił nawodnych do realizacji polityki zagranicznej państwa, a więc spełniania funkcji dyplomatycznej, pozostawiając funkcję militarną (głównie obronę wybrzeża) instalacjom na lądzie. Nie są już konieczne bardzo drogie okręty o wyrafinowanych możliwościach obrony i dużej sile ognia, pod warunkiem założenia, że politycy nie będą wysyłali okręty na misje typowo bojowe. To wymaga również przyjęcia ryzyka eskalacji konfliktu poza planowany poziom zagrożeń. Pomimo wewnętrznych zastrzeżeń, takie podejście jest praktykowane nawet na wojnie, gdzie zasoby dostępne nie zawsze są w zgodzie z przewidywanym niebezpieczeństwem.

Czy te kilka powyższych komentarzy prowadzi nas w jakimś kierunku? Chyba tak, chociaż to być może efekt tego samego autora błądzącego utartymi ścieżkami. Z przemyśleń wyłania się obraz marynarki złożonej z kilku podstawowych elementów lub „klocków” spełniających dwie podstawowe funkcje – militarną obrony wybrzeża opartą o systemy głównie nadbrzeżne oraz dyplomatyczną promującą i chroniącą interesy Polski zarówno na jak i poza Bałtykiem. „Klocki” można układać w różne konfiguracje dla uzyskania najlepszego, pożądanego efektu a są nimi z pewnymi modyfikacjami, jak wspomniano już na tym blogu:

  • Zespół Mobilności Morskiej Sił Zbrojnych
    Prom Ro-Ro (z pokładu mogą operować śmigłowce szturmowe lub ZOP)
    Okręty eskorty (możemy się dziś pokusić o dokładniejszą definicję – dwa Ślązaki lub Naval OPV z Zespołu Patrolowo-Rozpoznawczego). Zespół służy w czasie wojny do przerzutu wojsk (ale nie desantu). W czasie pokoju do operacji humanitarnych i ekspedycyjnych. Okręty mogą być wydzielone do działania w ramach operacji sojuszniczych.
  • Zespół Wojny Minowej
    Niszczyciele min plus moduły na okrętach Zespołu Patrolowo-Rozpoznawczego
    Wojna minowa jest skuteczną formą walki ofensywnej i defensywnej na Bałtyku. Okręty mogą być wydzielone do NATO Response Force.
  • Zespół Patrolowo-Rozpoznawczy
    Okręty patrolowe (z alternatywnym modułem walki minowej lub rozpoznania radioelektronicznego i wzmocnionym uzbrojeniem w granicach stosowalności).
    Samoloty patrolowe
    Pojazdy bezzałogowe
    Środki rozpoznania radioelektronicznego na platformach Zespołu
    Pozwala na wykorzystanie pełnego zasięgu Nadbrzeżnego Dywizjonu Rakietowego. Możliwe uczestnictwo w operacjach NATO, EU czy ONZ wspierających porządek prawny na morzu.
  • Zespół Obrony Wybrzeża i Portów
    Nadbrzeżne Dywizjony Rakietowe
    Małe Okręty Rakietowe
    Śmigłowce szturmowe
    Eskadra śmigłowców ZOP
    Sieć radarów nadbrzeżnych
    Obrona przeciwlotnicza, przeciw-podwodna portów
Koncept prezentowany na tym blogu. Nieco egzotyczny, ale uniwersalny. Foto - Fassmer

Koncept prezentowany na tym blogu. Nieco egzotyczny, ale uniwersalny. Foto – Fassmer

Patrząc w ten sposób, optymalną platformą jest OPV zbudowany według norm cywilnych z zastosowaniem selektywnym standardów wojenno-morskich. Uzbrojenie powinno być wzbogacone o systemy samoobrony w granicach rozsądku i stosowalności na platformie klasy OPV, a więc umożliwiające obronę przed prowokacją lub atakiem terrorystycznym z użyciem nowoczesnych środków napadu, lecz poniżej progu otwartej wojny i nieograniczonego ataku. Kłopot może sprawić eskorta okrętu transportowego/wsparcia wojsk w trakcie operacji poza zasięgiem wsparcia z lądu. Stąd pomysł bliźniaka dla Ślązaka i zbudowania pary lekko uzbrojonych korwet, co jest alternatywą dla OPV. Nazwy Miecznik unikam ze względu na niebezpieczeństwo eskalacji wymagań. Do dyskusji jest to, czy korwety powinny mieć uzbrojenie przeciw celom nawodnym, czy też raczej ASW. Być może pewna forma modułowości jest drogą właściwą? Wielkim nieobecnym w tej propozycji są okręty podwodne, ale mam wrażenie, że z punktu widzenia polityków tak zwane odstraszanie jest głównym uzasadnieniem wydatków tej skali.

Nov 302014
 
CSBA-a-plan-to-reinvigorate-us-navy-surface-warfare

Raport CSBA Commanding the Seas: A Plan to Reinvigorate U.S. Navy Surface Warfare w Stanach Zjednoczonych komentowany, a w Polsce raczej niezauważony, jest głosem w dyskusji na temat przyszłości amerykańskich sił nawodnych. Z punktu widzenia czytelnika w Stanach Zjednoczonych zawiera kilka interesujących tez jak i kontrowersji, ale nas interesuje pytanie, czy z raportu wynika jakaś nauka dla małej floty na Bałtyku. Wątkiem wiodącym jest koncepcja:

Ofensywna kontrola morza jest kluczową koncepcją, wokół której skupiają się rekomendacje wynikające z analizy. Ta idea powinna zmienić zapatrywania na konfigurację, uzbrojenie i użycie dużych i małych okrętów wojennych dla celów podtrzymania zdolności sił nawodnych do zdobycia i utrzymania panowania nad obszarami oceanów poprzez zniszczenie zagrożeń, takich jak okręty nawodne, podwodne i samoloty zamiast bronić się przed rakietami i torpedami.

Mamy więc do czynienia z próbą ożywienia starej doktryny Outer Air Battle z czasów zimnej wojny. Wówczas hasłem przewodnim było „zniszcz łucznika zamiast strzały”, a jego materialnym wyrazem była znana kombinacja F-14 Tomcat i pocisku Phoenix. Za współczesny odpowiednik można by uznać równie znaną i popularną parę systemu zarządzania walką Aegis wraz z najnowszą wersją pocisków rodziny Standard SM-6. Co więc powoduje, że tak rozwinięta technologia uznana zostaje za niewystarczającą lub nieadekwatną? Dwa czynniki – pojemność magazynów amunicji i jej drastycznie rosnący koszt, a właściwie rosnąca dysproporcja kosztu pomiędzy środkami napadu i obrony:

Marynarka wojenna powinna zaimplementować nowy koncept obrony przeciwlotniczej składającej się z tylko jednej warstwy obrony krótkiego zasięgu, aby zwolnić miejsce w VLS dla uzbrojenia ofensywnego; zwiększyć gęstość obrony powietrznej i polepszyć koszt wymiany pomiędzy obroną sił własnych a pociskami manewrującymi (ASCM) wroga.

Powyższe zdanie jest niczym innym, jak dążeniem do zwiększenia efektywności zasobów i jako takie nie jest niczym nowym. To, co się zmieniło to kontekst, w którym przyjdzie działać US Navy. Rosnąca potęga morska Chin wraz z coraz bardziej asertywną Rosją (co już zostało dostrzeżone) kończy powoli epokę niekwestionowanej przewagi Stanów Zjednoczonych na morzu. Do tej pory lotniskowce mogły bez większych obaw swobodnie operować na dowolnie wybranych akwenach mórz, tak aby zoptymalizować swój potencjał uderzeniowy na cele lądowe. Dlatego pomimo protestów, flota zaakceptowała wymianę generacyjną lotnictwa morskiego z Intruderów na Hornety, co wiązało się ze znacznym zmniejszeniem zasięgu. W przypadku Chin i Morza Południowochińskiego oznaczałoby to dzisiaj niebezpiecznie bliski dystans i nieakceptowalne ryzyko utraty lotniskowców.
Ścierają się więc ze sobą dwie koncepcje – wycofanie głównych sił poza zasięg oddziaływania przeciwnika i stamtąd próba obezwładnienie jego zdolności do działania. Innymi słowy Air Sea Battle. Druga koncepcja, opisana w omawianym raporcie to próba wejścia w zwarcie i klasyczna walka na krótkim dystansie. Takie podejście wymaga jednak zmiany w myśleniu o małych jednostkach jak LCS:

Marynarka powinna wdrożyć nową ideę zwiększenia liczby okrętów nawodnych zdolnych do uczestniczenia w ofensywnej kontroli morza.
(…)
Zdolność okrętów pomocniczych typu JHSV, do przeprowadzenia niektórych zadań przypisanych do LCS, jak wojna minowa czy operacje związane z bezpieczeństwem żeglugi sugerują, że należy oddzielić moduły zadaniowe od samych okrętów LCS, uczynić je niezależnymi i uniwersalnymi modułami do przenoszenia przez szeroką gamę okrętów floty.

Nie jest to żadne prawo udowodnione, lecz tylko intuicyjne podejście, niemniej im krótszy dystans walki, tym większa gęstość ognia i w konsekwencji większe straty. Liczbę okrętów teoretycznie można zwiększyć budując ich więcej lecz tańszych i prostszych, ale co zrobić z gęstością ognia? Poniższy cytat pochodzi z Defense News, gdzie wypowiada się podsekretarz obrony Robert Work. Zostawiam tym razem w oryginale, aby uniknąć kaleczenia języka i słownej gimnastyki:

Right now; we’re on the losing end of a cost imposing strategy, where it costs more to shoot down incoming missiles and guided missiles than it does to shoot them. So a key aspect of the offset strategy is to handle that problem, as well as to bring more offensive capabilities. So we’re looking at things such as electromagnetic rail guns, directed energy weapons. If we can crack those technologies, then the competition looks much, much different.

Railgun - niedaleka przyszłość? Na razie pozostaje nam artyleria klasyczna. Zdjęcie www.defenseindustrydaily.com

Railgun – niedaleka przyszłość? Na razie pozostaje nam artyleria klasyczna. Zdjęcie www.defenseindustrydaily.com

Najwyższy czas zastanowić się nad konsekwencjami dla nas, czyli działaniach na obszarze Bałtyk Plus w świetle rekomendacji raportu. Planiści MON bardzo słusznie sformułowali wymóg zdolności atakowania celów na lądzie dla Mieczników. Nie zajęli się jednak problemem, że korweta jest w stanie przenosić zwykle 4-8 rakiet manewrujących. To za mało, aby móc zwalczać równocześnie cele na morzu i na lądzie, co wydaje się być scenariuszem prawdopodobnym. Rozwiązaniem może być bądź artyleria w postaci klasycznej lub wiązki energii, bądź zwiększenie liczby okrętów. Ze względu na ograniczenia ładunku użytecznego, mocy i przestrzeni dostępnych na okręcie tak niewielkim jak korweta, większego sensu nabiera użycie broni z użyciem wiązki energetycznej do obrony własnej przy jednoczesnym zwiększeniu liczby jednostek. To jednak przyszłość. Dzisiaj dostępna jest tylko artyleria klasyczna z amunicją kierowaną. Wspominany już na tym blogu pomysł wykorzystania armat 127mm Oto Melary oferowałby w takim przypadku możliwości zwalczania niewielkich jednostek na morzu zachowując rakiety dla ataku celów lądowych. Raczej pomyłką wydaję się być ewentualny montaż około 12 wyrzutni rakiet klasy VL Mica, co wystarczyłoby być może na obronę przed jedną salwą wroga bez możliwości przeładowania w morzu. Lepszą alternatywą byłaby instalacja jednego modułu VLS z „czteropakiem” ESSM, ale pod warunkiem integracji z radarem AESA i wersją ESSM 2 z aktywną głowicą samonaprowadzania. Tyle, że to może podrożeć istotnie korwetę, która zbudowana w liczbie trzech automatycznie stanie się „capital ship” i jako taka będzie głównym celem ataku. Tracimy więc zaletę rozproszenia i wymogu większej liczby jednostek koniecznych, istotnego do zwiększenia ilości broni ofensywnej. Pozostaje pójść w przeciwnym kierunku, czyli RAM Blk 2 lub coś podobnego.

Wielokrotny bohater tego blogu. System samoobrony dla niewielkich okrętów bez  wysadzania w powietrze budżetu.

Wielokrotny bohater tego blogu. System samoobrony dla niewielkich okrętów bez wysadzania w powietrze budżetu.

Jest jeszcze jeden istotny aspekt nie poruszony w raporcie, ale podnoszony od dłuższego czasu przez Wayne Hughes’a – w walce na rakiety przeciwokrętowe kluczem jest informacja. W najbliższej przyszłości jej źródłem będą przede wszystkim drony. Ciekawego porównania użył Craig Hooper na swoim blogu NextNavy, stwierdzając, że wszędobylskie drony są współczesnym odpowiednikiem min. Jeśli dane o celu w połączeniu z łatwością ataku potrafią doprowadzić do porzucenia realizacji misji lub wręcz do zatopienia okrętu, to efekt jest taki sam jak kiedyś miny. Stąd nieoczekiwana konieczność zmiany priorytetów w przeciwdziałaniu:

Tak więc…odłóżmy przez chwilę na bok rozpowszechnianie super samolotów, rakiet manewrujących i innych systemów uzbrojenia z górnej półki. Nie są naszym głównym celem w średnio-okresowym terminie. To pleniąca się flota „niekonwencjonalnych” sensorów, o którą powinniśmy się martwić. Ułatwiają przeciwnikowi rozwiązanie problemu naprowadzania na cel i stawiają na drodze amerykańskiej flocie niespodziewane przeszkody.

Tłumacząc „na nasze”, po co przeciwnik ma atakować broniony NDR, jeśli wystarczy go oślepić atakując bezbronne Bryzy? I w drugą stronę, po co nam uzbrojony po zęby NDR czy Miecznik, który nie zna precyzyjnie pozycji celu lub nie umie go pozytywnie zidentyfikować?

Podsumowanie jest w zasadzie jednym wielkim pytaniem o spójność obranego kursu modernizacji Marynarki Wojennej. Jeśli zagrożenie ma być ograniczone do wojny hybrydowej lub lokalnych prowokacji to 3 korwety zdolne do działania poza Bałtykiem mają sens. Nie ma natomiast sensu próba uzbrajania ich w wyrafinowane systemy obrony przeciwlotniczej. Nie spełnią swojego zadania w warunkach wyższego niż planowane, zagrożenia. Jeśli natomiast ograniczyć się do Bałtyku z założeniem możliwości otwartego konfliktu, to za te same pieniądze należałoby zbudować nie sześć, a dziewięć lub nawet dwanaście okrętów. Paradoksalnie, tak cenione przez polityków odstraszanie miałoby większy i bardziej realny wymiar w postaci większej ilości rakiet przenoszonych przez małe „stadko” korwet. Takie okręty musiałyby również być nosicielami dronów w liczbie kilku a nie jednego czy dwóch. Tym samym czynię pętlę i wracam do ORP Huragan, pomysłu z początków tego blogu, gdzie platformą był ulepszony Sea Fighter przenoszący parę dronów w wewnętrznym hangarze, uzbrojony w dwie armaty 30mm, parę pocisków ASCM wraz z RAM odpalanymi z pionowych wyrzutni.

Nov 112014
 
BMT-Nigel-Gee-to-Present-XSS-Cymyran-Bay-at-Seawork

Jak wyglądałby możliwie najmniejszy, najtańszy i wciąż użyteczny okręt załogowy do zwalczania okrętów podwodnych? Zanim spróbujemy odpowiedzieć sobie na to pytanie, należałoby określić sens takiego ćwiczenia. Jest kilka powodów, dla których warto się zastanowić nad takim projektem.

Marynarka Wojenna RP jest flotą małą i taką pewnie pozostanie. To powoduje problem ciągłości utrzymania zdolności bojowych i trudności w zachowaniu wysokiego poziomu profesjonalnego marynarzy. Zgodnie z zasadą trening czyni mistrza, marynarze muszą mieć możliwość ciągłego utrzymywania i odświeżania swoich umiejętności. Nigdzie nie jest to tak widoczne jak w przypadku ASW. Każdy praktyk wypowiadający się w ogólnie dostępnych źródłach podkreśla, że proces poszukiwania i zwalczania okrętów podwodnych jest żmudny, długotrwały i angażujący dużo środków. Marynarka Wojenna w ramach swoich ćwiczeń, doskonali typowe elementy działań na morzu, jak ochrona żeglugi przed atakami z powietrza i spod wody, niezależnie od obowiązującej doktryny redukującej flotę do obrony wybrzeża. Ma to swoje uzasadnienie w teorii wojny morskiej, chociaż pomija problem panowania na morzu. To jednak mogą zapewnić siły sojusznicze. Jeśli natomiast rozpatrujemy doktrynę BBN-u skupiającą się na działaniach „podprogowych”, wówczas prowokacyjne operacje pod powierzchnią wody są całkiem prawdopodobne. Najlepszą ilustracją są ostatnie wydarzenia u wybrzeży Szwecji.

Pytanie zadane na wstępie można zadać inaczej – jak osiągnąć pewną masę krytyczną w ramach istniejącego budżetu, pozwalającą na zwiększenie liczby okrętów? W konsekwencji na szerszy dostęp do możliwości szkolenia, dowodzenia a w czasie kryzysu i wojny na szerzej zakrojone operacje.

Gdy w 1930 Royal Navy dokonała przeglądu swoich zdolności ASW, końcową rekomendacją było zwiększenie liczby przybrzeżnych eskortowców. Do tego celu przystosowano projekt okrętu wielorybniczego Southern Pride i tak narodziła się legenda uwieczniona w prozie Nicholasa Montserrata – korweta Flower.

D.K. Brown w książce Nelson to Vanguard opisuje logikę Admiralicji w ten sposób:

Celem nadrzędnym dla Aliantów w Bitwie o Atlantyk było bezpieczne przybycie ładunku; zatopienie U-bootów było tylko środkiem do osiągnięcia tego celu. Trzymanie U-bootów w szachu dopóki konwój nie przeszedł bezpiecznie było skuteczną taktyką i to, wraz z krótkim zasięgiem pierwszych sonarów prowadziło do nacisku na większą liczbę okrętów. Jedynym projektem dostępnym, możliwym do budowy seryjnej był Flower (…)

Niewiele się od tego czasu zmieniło. Bałtyk jest trudnym akwenem do prowadzenia działań przeciw okrętom podwodnym i zasięg współczesnych sonarów jest skutecznie redukowany w tych warunkach. Pozostałe argumenty pozostają w mocy. Spróbujmy więc zobaczyć, co może uczynić nowoczesna technologia ożeniona ze starym konceptem.

Jeśli okręt ma być produkowany w większej liczbie lokalnie, musi być przede wszystkim relatywnie niedrogi. Przyjmijmy kwotę 120-150 mln PLN za uzbrojoną jednostkę. Ponieważ większą część kosztów stanowią uzbrojenie, sensory i C3, zależy nam na minimalizacji kosztów platformy. Co oznacza jednostkę raczej małą. Niewielki kadłub pomoże nam również w ograniczeniu kosztów uzbrojenia, bo automatycznie ogranicza liczbę i wielkość zainstalowanych systemów. Trzeba przyjąć za swoje powiedzenie małe jest piękne. Koncepcyjnie, nasze drobnoustroje służyłyby do bezpośredniej osłony ważnych transportów, co wymaga działania pod osłoną większych i silniejszych jednostek operujących w pewnym oddaleniu. Taką osłonę mógłby docelowo zapewnić Miecznik wraz z NDR-em. Pod warunkiem wprowadzenia ograniczonej zdolności do rekonfiguracji, nasze maluchy mogłyby alternatywnie przenosić elementy modułu przeciwminowego, projektowanego dla Czapli.

Pierwszą, pewnie trudną decyzją jest sama forma kadłuba. Trudno sobie wyobrazić 25-30m okręcik, dotrzymujący kroku wielkim kontenerowcom czy gazowcom. Mniejszą dzielność morską, wynikającą z niewielkich rozmiarów, kompensować możemy jedynie egzotyczną formą kadłuba. Najlepszy rezultat uzyskujemy pod tym względem stosując SWATH, który wymaga jednak dużej mocy do utrzymywania prędkości przy spokojnym morzu. BMT Nigel Gee oferuje projekty małych statków do obsługi farm wiatrowych w oparciu o hybrydę katamaranu i SWATH zwaną Extreme Semi-SWATH, w skrócie XSS.

Dość dobrze widać na czym polega hybryda katamaranu z SWATH.

Dość dobrze widać na czym polega hybryda katamaranu z SWATH.

Materiały reklamowe firmy BMT Nigel Gee zawierają ciekawe porównanie dzielności morskiej i niezbędnej mocy dla różnych form katamaranu. W innej broszurze mamy też porównanie kilku kluczowych parametrów również z kadłubem klasycznym.

Egzotyczne formy kadłuba są używane, gdy nie ma alternatywnego rozwiązania. Tu chodzi o dzielność.morską. Źródło - broszura BMT Nigel Gee Project L3 case study.

Egzotyczne formy kadłuba są używane, gdy nie ma alternatywnego rozwiązania. Tu chodzi o dzielność.morską. Źródło – broszura BMT Nigel Gee Project L3 case study.

Jednostka ma prędkość 28 węzłów, co jest na potrzeby ASW zbyt dużo, z drugiej strony zapotrzebowanie na moc dla urządzeń elektrycznych i elektronicznych będzie znacznie większa, niż przewiduje standardowy projekt. Ładunek użyteczny wynosi 7.5 tony i to jest nasze wyzwanie. Wybór systemów musi być więc przemyślany. Tylko to, co niezbędne dla wypełnienia misji i przetrwania. Najtrudniejszy i kontrowersyjny jest wybór sonaru. W tym przypadku decyzja naprawdę należy do fachowców. Mój wybór padł na sonar podkadłubowy ze względu na wagę i maksymalną prędkość przy której można go używać i fakt bezpośredniej osłony transportu. VDS jest możliwy również (np. w formie skonteneryzowanej jak na poniższym rysunku), choć wymagać będzie jeszcze większej dyscypliny w zachowaniu wagi i poboru mocy.

Sonar VDS dla niewielkich jednostek. Z prezentacji Kongsberg -Total Subsea.

Sonar VDS dla niewielkich jednostek. Z prezentacji Kongsberg -Total Subsea.

Poniższa lista jest tylko propozycją i może teoretycznie ulegać polonizacji, z tym, że polski przemysł musiałby być zdolny do zaoferowania poniższych urządzeń w tej samej kategorii wagowej w sensie dosłownym:

  • Sonar podkadłubowy Kongsberg SS2030.
  • Opcjonalnie sonar VDS ST2400 tej samej firmy.
  • 2 pojedyncze wyrzutnie lekkich torped plus torpedy MU90.
  • Radar 2D Variant firmy Thales.
  • Głowica EO (IRST) SAGEM EOMS NG.
  • Pułapki SKWS Terma.
  • VSHORAD MBDA Simbad -RC.
  • OTO Melara 30mm Marlin.
  • Wolno stojąca konsola Link11/16 z wyświetlaczem.

Brak jest systemu C2, chociaż tworzy się pole do popisu dla uproszczonej wersji rodzimego produktu SKOT. To pozwoliłoby rozwinąć skrzydła CTM. Wybór samego sonaru podkadłubowego zmuszałoby pewnie „drobnoustroje” do ścisłej współpracy ze śmigłowcami ASW bazującymi na lądzie i używającymi sonarów zanurzeniowych. Sam jednak fakt istnienia takiego zespołu, niezależnie od skuteczności, być może jest w stanie osiągnąć podstawowy efekt odstraszania okrętów podwodnych.

Sporym wyzwaniem byłoby pomieszczenie załogi. Projekt naszego maleństwa przewiduje transfer 12 dodatkowych techników, co pozwala na aranżację wnętrza aby pomieścić wszystkie konsole wraz z operatorami. Inna sprawa, to pobyt 15-18 ludzi przez kilka dni na tak małej jednostce. Integracja i automatyzacja zwiększa koszty a zwiększenie załogi napotyka na ograniczenia w przestrzeni. Na koniec krótkie podsumowanie korwet klasy Flower z tej samej książki Nelson to Vanguard:

Korwety Flower były przeznaczone do działań przybrzeżnych i miały wiele wad w walce na otwartym oceanie.
(…)
Istnieją jasne wskazówki, że większe i szybsze korwety River były bardziej efektywne w zatapianiu U-bootów niż okręty klasy Flower, ale były dwa razy droższe (…) i nie wydaje się aby były dwa razy bardziej skuteczne.
(…)
Jest prawdopodobne, że liczniejsze okręty Flower byłe lepsze niż River w trzymaniu U-bootów na dystans.

W planie modernizacji Marynarki Wojennej nie ma miejsca na taki projekt i nie ma dla niego budżetu. Z tego punktu widzenia nie ma zbyt wielkiego sensu. Pod warunkiem pełnej realizacji planu. Obserwując w jakich bólach ten program jest realizowany trudno jednak pominąć okazję do szukania rozwiązań prostszych, mających szansę na poparcie lokalnego przemysłu i dających marynarzom więcej szans na wyjście w morze. W końcu nie potrzebujemy budować od razu całej serii jak trałowców 207. Wystarczą dwie, trzy jednostki do zebrania doświadczeń i potwierdzenia założeń koncepcyjnych.

Nov 022014
 
wrota

Przeglądając codziennie wiadomości, wielu z nas wyczekuje decyzji dotyczących modernizacji Sił Zbrojnych. Przeprowadzono już wiele dialogów technicznych, ale podjęto znacznie mniej decyzji. A nowe zadania wciąż przybywają, jak choćby ostatnio wspomniane wzmocnienie wschodnich garnizonów i infrastruktury. Sytuację tłumaczy się czasem tytaniczną pracą studiowania setek lub nawet tysięcy stron dokumentacji przy bardzo ograniczonych zasobach ministerstwa. Wkrótce zapowiada się następne postępowanie na system obrony przeciwlotniczej krótkiego zasięgu Narew. Portal Defence24 pisze:

Ministerstwo Obrony Narodowej zamierza rozpocząć postępowanie w celu pozyskania systemu przeciwlotniczego i przeciwrakietowego Narew krótkiego zasięgu w 2016 roku. W listopadzie bieżącego roku przewiduje się otwarcie dialogu technicznego.

Sprawa o tyle dotyczy Marynarki Wojennej, że w planie modernizacji zawarto dwie baterie rakiet przeciwlotniczych. Tylko, czy my nie wyważamy otwartych drzwi? Definiując system obrony przeciwlotniczej jako zintegrowane ze sobą poniższe elementy:

  • Radar i/lub inne sensory,
  • C2,
  • Łączność i protokoły danych,
  • Wyrzutnie rakietowe,
  • Rakiety,

zauważmy, że Polska taki system już zakupiła i wprowadziła na stan Sił Zbrojnych. Mowa jest o systemie NASAMS tworzącym trzon Nadbrzeżnego Dywizjonu Rakietowego. Niech nas nie myli rodzaj i natura pocisku rakietowego używanego przez te dwa systemy występujące pod różną nazwą. Sam Kongsberg w swoich materiałach pokazuje uniwersalność systemu, gdzie na poniższym rysunku występują obok siebie NSM i AMRAAM.

Czy możliwe jest wpółistnienie NSM i AMRAAM w ramach jednego Dywizjonu

Czy możliwe jest wpółistnienie NSM i AMRAAM w ramach jednego Dywizjonu

Jedynym elementem do modyfikacji jest wyrzutnia rakietowa, której nie posiadamy. Taka sytuacja, pomijając nieco anegdotyczny charakter, stawia szereg pytań łatwych do zadania ale trudnych do odpowiedzi. Pierwsze i zasadnicze pytanie przychodzące na myśl, to czy potrzebna jest nam długotrwała procedura rozciągnięta do 2016 w sytuacji, gdy czas jest parametrem krytycznym? Być może zamiast skupić na definicji założeń taktyczno technicznych lepiej by było zebrać doświadczenia eksploatacyjne i dopiero wówczas wyznaczyć ścieżkę dalszego rozwoju?

Polska jest poniekąd w szczególnej sytuacji możliwości sprawdzenia praktycznego koncepcji, czy wspomniane tylko na rysunku współistnienie NSM i AMRAAM w ramach jednej baterii jest możliwe. Trzonem systemu jest bowiem moduł C2, zwany przez Kongsberga FDC (Fire Distribution Center), a w Polsce BCV (Battery Command Vehicle). Główną różnicą pomiedzy architekturą NASAMS i NDR są wozy programowania misji rakiet przeciwokrętowych zwane CCV (Combat Command Vehicle). Ładne i czytelne grafiki opisujące strukturę NDR znajdują sie w artykule Rakietowi Obrońcy Wybrzeża z Przeglądu Sił Zbrojnych. Inny jest również radar 3D, który był zagadką w baterii rakiet manewrujących, ale staje się bardzo cennym nabytkiem dla obrony przeciwlotniczej. Najważniejsze, że praca zintegrowania polskiego radaru 3D z FDC została już wykonana i zapłacona.

Ponieważ zbliża się zakup drugiego NDR-u, nadarza się więc idealna okazja do przetestowania pomysłu i to być może w ramach istniejącego budżetu. Konieczny jest zakup co najmniej jednego dodatkowego BCV do kierowania rakietami AMRAAM. Elastyczność konfiguracji wydaje się być duża, a więc możliwości manipulowania budżetem również. Jedna z możliwych propozycji poniżej.

 

Możliwości konfiguracji są spore. Powyżej jeden z wariantów.

Możliwości konfiguracji są spore. Powyżej jeden z wariantów.

Drugim, istotnym pytaniem związanym z ideą jest co zrobić, aby zdobyć poparcie krajowego przemysłu zbrojeniowego. Rząd bowiem stworzył Hydrę, z którą trudno będzie walczyć. Na naszych oczach rodzi się potężny na skalę lokalną kompleks militarno polityczny, który już wiąże ręce MON-owi. Pomimo faktu, że kontynuacja projektu NASAMS, który niewątpliwie znalazł się w kraju tylnymi drzwiami, może być najbardziej rozsądna, to krajowi potentaci wspierani przez polityków mogą zdecydować, że przetarg musi się odbyć pod hasłem „dostępu do kodów”. Nie neguje potrzeby niezależności w dziedzinie obronności. Zwracam tylko uwagę, że niewiele państw na świecie na taką niezależność stać, a podejście doktrynalne jest w stanie zablokować jakiekolwiek próby rozwoju. Najlepszą drogą wydaje się być selektywne inwestowanie w krajowe technologie i umiejętności oraz sprytne łączenie ich z elementami importowanymi. Coś na wzór Hindusów?

Skoro udało się wraz z Kongsbergiem dokonać integracji TRS-15 z FDC, to być może warto pomyśleć o rozszerzeniu współpracy idącej tym tropem. Kandydatów jest paru. Zacznijmy od radaru. TRS-15 o zasięgu instrumentalnym 240km ma pewną wartość wczesnego ostrzegania dla całości systemu Tarcza Polski, ale dla baterii bliskiego zasięgu to aż nadto. W rzeczy samej radar Sentinel występujący w oryginalnej wersji NASAMS ma zasięg od 50 do 75km, w zależności od wersji. To wskazuje na możliwość integracji mobilnego radaru Soła a jeszcze lepiej jego następcy Bystra.

Innym elementem istniejącym w architekturze NASAMS jest głowica EO dla celów kierowania środkami VSHORAD. I ponownie PIT/RADWAR posiada w swej ofercie coś podobnego w postaci systemu BLENDA, będącego w użytkowaniu Marynarki Wojennej. Idealnym kandydatem do integracji z NDR-em, ze względu na swoją mobilność jest POPRAD.

Problemem znacznie cięższego kalibru jest integracja nowych systemów dowodzenia z już istniejącymi. Na dobrą sprawę istnieje już produkt o funkcjach zbliżonych do FDC. Nazywa się REGA i ma w swej intencji integrować dowodzenie środków artyleryjsko-rakietowych obrony przeciwlotniczej, będących aktualnie na wyposażeniu Sił Zbrojnych. Czy nie warto układać się z Kongsbergiem na temat możliwości połączenia i zintegrowania najlepszych cech obu systemów w jedną całość w ramach projektu rozwojowego? Jeśli nie zaczniemy myśleć od samego początku o minimalizacji liczby systemów C2 w użyciu, to wkrótce działania sieciocentryczne staną się zmorą ze względu na niekompatybilność czy złożone interfejsy pomiędzy nimi.

Wszystko, co zostało napisane powyżej jest tylko być może rezultatem wyciągania nieuzasadnionych wniosków z lektury ogólnodostępnej literatury. Jeśli jednak coś w tym jest, rozsądne podejście do równowagi pomiędzy środkami, ambicjami umieszczonymi w kontekście czasu, pozwoli być może na uniknięcie tytanicznej pracy urzędników MON-u. Zamiast wyważać otwarte drzwi, skupmy się na jak najszybszej ścieżce dojścia do systemów spełniających wymagania minimalne, zamiast iść długą i krętą drogą w poszukiwaniu systemu optymalnego. Lepsze jest wrogiem dobrego jak mawiają anglosasi i mają w tym powiedzeniu sporo racji.

Oct 192014
 
Soryu

W tytułowym, otwartym pytaniu pobrzmiewa delikatnie nutka wątpliwości. Niepokój ma jednak swoje uzasadnienie w niezwykle wysokich planowanych kosztach i niejasnej sytuacji do czego i w jaki sposób te okręty miałyby być wykorzystane. Jest to więc pytanie o tak zwany CONOPS (Concept of Operations), na co nie tak łatwo znaleźć odpowiedź. Problem tkwi po części w tym, że ci którzy mają na ten temat wiedzę, rzadko się wypowiadają, a ci którzy takiej wiedzy nie posiadają, nie wychodzą publicznie poza koncept odstraszania, czyli przenoszenia przez okręty podwodne rakiet manewrujących dalekiego zasięgu. Tym cenniejsza staje się lektura czwartego numeru Przeglądu Sił Zbrojnych, zawierającego szereg artykułów dotyczących Marynarki Wojennej. Autorzy tych tekstów są oficerami marynarki i ich poglądy warto skonfrontować z obowiązującą wykładnią BBN-u odnośnie strategii bezpieczeństwa narodowego. Ta mówi o obronie żywotnych interesów Polski, wśród których obrona niezawisłości Państwa i jego integralności terytorialnej są najważniejsze. Na pierwszy rzut oka, okręt podwodny wpisuje się dobrze w taki scenariusz, zwłaszcza ubrany w szaty doktryny odmowy dostępu. Z drugiej strony, uznając realia geopolityczne, doktryna BBN-u kładzie nacisk na zagrożenia wynikające z konfliktów hybrydowych i „podprogowych”, a więc działań przeciwnika nie wywołujących automatycznej reakcji sojuszników. Co więc możemy się dowiedzieć na temat koncepcji operacyjnego użycia okrętów podwodnych z lektury Przeglądu Sił Zbrojnych i jak to wygląda w świetle konfliktów o ograniczonej skali?

Czysta ciekawość każe przeczytać w pierwszej kolejności artykuł Jednostki podwodne na Bałtyku, autorstwa dwóch podwodniaków, kmdr ppor. Tomasz Witkiewicza i kmdr ppor. Tomasz Sołkiewicza. Na wstępie sami zauważają, że podstawowy obszar działania nie jest optymalny:

Z analizy danych (…) wynika, że Bałtyk nie jest idealnym rejonem do działania okrętów podwodnych. Charakteryzuje go raczej mała głębokość z wyłączeniem niektórych obszarów, takich jak Rynna Słupska (głębokość powyżej 90 m) czy Głębia Gdańska (głębokość dochodzi do 120 m). Ponad 50% powierzchni morza to wody, których głębokość nie przekracza 50 m.

Tekst jest wzbogacony ładnymi ilustracjami, wśród nich mapą Bałtyku z zaznaczeniem wód o głębokości powyżej 50m, co jest istotne ze względu na fakt, że według autorów, bezpieczne manewrowanie okrętem podwodnym wymaga głębokości minimalnej 40-50m. Rzut oka na mapę skłania do refleksji, że podstawowym obszarem działań mogą być wody Zatoki Gdańskiej, co nierozerwalnie będzie związane z aktywnością skupioną wokół głównych baz i portów Polski i Rosji oraz główne szlaki żeglugowe odsunięte od polskich wód przybrzeżnych. To sugeruje niecelowość użycia okrętów podwodnych do zwalczania desantu przeciwnika na naszym wybrzeżu. I rzeczywiście, w analizie prowadzenia działań autorzy skupiają się na zwalczaniu żeglugi, zwłaszcza w pobliżu portów, uznając że korzyści mogą być niewspółmiernie większe od ryzyka oraz na zabezpieczeniu działań wojsk specjalnych. Niewątpliwie okręty podwodne, historycznie są najpotężniejszą bronią do prowadzenia guerre de course, ale jednocześnie ta sama historia wskazuje na dwie rzeczy. Wojna handlowa, aby miała jakikolwiek efekt strategiczny, jest długotrwała. Ale czy to jest możliwe w przypadku wojny hybrydowej? W końcu okręt podwodny służy do skrytego zatapiania statków i okrętów, a nie ich zatrzymywania lub rewidowania. Jak długo można bezkarnie topić statki przeciwnika w sytuacji niewypowiedzianej wojny? Dopuszczalny jest pewnie incydent jak zatopienie południowokoreańskiej korwety, lecz jest to działanie jednorazowe a nie regularna wojna ekonomiczna na liniach żeglugowych. Z drugiej strony, rozpatrując mało prawdopodobny (według obowiązującej doktryny BBN) przypadek otwartej wojny z Rosją, skuteczne działania na liniach żeglugowych wymagają posiadania przewagi na morzu. Tak przynajmniej twierdził Sir Julian Corbett. Co więc jeszcze pozostaje w menu? W artykule Perspektywy rozwoju marynarki wojennej, kmdr. rez. Krzysztof Marciniak okrętom podwodnym poświęca niewiele miejsca, zauważając, że:

Załoga Orki będzie w stanie prowadzić rozpoznanie, stawiać miny i transportować grupy specjalne w rejon ich działania.

Takie zadania o wiele lepiej wpisują się w wizję doktryny BBN-u, tylko czy do ich realizacji potrzebujemy okrętów podwodnych za 2.5 mld PLN sztuka? Być może realizacja tych zadań możliwa jest z wykorzystaniem mniejszych okrętów podwodnych lub wręcz bez nich? Na koniec dochodzimy do drażliwego punktu, czyli przenoszenia rakiet manewrujących. W zupełnym oderwaniu od podwodnej tematyki, portal Defence24 zamieścił niedawno informację o tym, że 1/3 polskiego terytorium znajduje się w zasięgu zintegrowanego systemu obrony przeciwlotniczej Rosji. Komentując ten fakt i powołując się na wypowiedź gen. Breedlove, portal wyraża opinię:

Oznacza to, że w wypadku prowadzenia kolektywnej operacji obronnej konieczne może się okazać przełamywanie elementów systemu obrony powietrznej potencjalnego przeciwnika.

Naturalną koleją rzeczy, taki system obrony przeciwlotniczej stanie się podstawowym celem wszelkich środków będących w dyspozycji sił zbrojnych. Rakiety odpalane skrycie z okrętu podwodnego są atrakcyjne z tego punktu widzenia. O ile jednak okręty podwodne oferują skrytość działania, o tyle ich minusem jest utrudniona łączność i mała siła ognia w sensie liczebności salwy. Jeżeli założymy, że system klasy S-400 ma możliwość zwalczania sześciu celów jednocześnie, w tym rakiet manewrujących i że jego unieszkodliwienie wymaga zniszczenia co najmniej radaru i/lub stanowiska dowodzenia, to wymagana jest salwa około ośmiu rakiet. Czyli minimum dwóch okrętów odpalających salwy jednocześnie lub przeładowanie wyrzutni i salwę sekwencyjną, co ułatwia obronę. Zaczyna się zabawa w taktykę. Opuścić sprintem obszar odpalenia rakiet by uniknąć reakcji sił ZOP, czy też pozostać w rejonie poruszając się z małą prędkością? Zależy od oceny sił ZOP i przyjęcia za pewnik lub nie wykrycie okrętu przez przeciwnika. Jeśli przyjmiemy fakt wykrycia za pewnik, sprint już nie przeszkadza, jeśli jednak przeciwnik nie wykrył miejsca odpalenia, sprint daje mu dodatkową szansę na zlokalizowanie okrętu.

Ciekawy, acz kontrowersyjny komentarz na temat użycia Tomahawków znajdujemy w komentarzu autorstwa Johna T. Kuehn’a TLAMS and ISIS: Insane and cynical ways to blow things up:

Mój przyjaciel, który niech pozostanie anonimowy, określa TLAM jako: „XX- wieczny odpowiednik noty dyplomatycznej, mający przekazać niezadowolenie nie czyniąc w rzeczywistości nic”.

Tekst odnosi się do sytuacji przewagi Stanów Zjednoczonych nad przeciwnikiem. Trudno sobie wyobrazić, aby taka „nota dyplomatyczna” wywarła jakikolwiek pozytywny efekt na militarnym mocarstwie, jakim jest Rosja, poza ewidentną prowokacją. Powtórzę w tym miejscu wielokrotnie powtarzane zdanie, że odstraszanie jest zjawiskiem psychologicznym mającym swe źródło w przekonaniu przeciwnika o nieuchronności konsekwencji. Jeśli więc rakiety manewrujące odpalane spod wody nie są dobrym środkiem odstraszającym i zbyt nielicznym do efektywnej degradacji obrony przeciwlotniczej, to czy inwestycje w nie są rozsądne? Zwłaszcza, że wielu komentatorów podkreślając niewielki relatywny koszt samych rakiet, pomija inwestycje niezbędne w systemy do zdobywania informacji o celach (zwłaszcza mobilnych) i łączności z okrętami podwodnymi.

W ten sposób dochodzimy do całkiem zasadniczego pytania czy wydawać horrendalne kwoty na okręty podwodne, czy nie? Najbardziej spójną strategią zgodną z teorią wojny podprogowej i hybrydowej jest inwestycja w podwodne pojazdy dla sił specjalnych. Zwłaszcza, że te ostatnie i tak mają priorytet oraz uprzywilejowany status “polskich kłów”. Te jednak nie odpalą żadnej torpedy, chociaż stanowią zagrożenia dla baz przeciwnika i statków w portach, jak pokazują sukcesy włoskich płetwonurków z II wojny światowej.

Takie maleństwo jak prototyp General Atomic dla sił specjalnych, również może być wyposażone w baterie litowo-jonowe

Takie maleństwo jak prototyp General Atomic dla sił specjalnych, również może być wyposażone w baterie litowo-jonowe

Wówczas pozostaje rozważenie tańszej alternatywy mniejszych okrętów podwodnych. Takie okręty nie mają AIP i w konsekwencji dysponują znacznie mniejszym zasięgiem i czasem pozostawania w zanurzeniu. Jeśli jednak, zgodnie z tym co zostało wcześniej powiedziane, podstawowym zadaniem miałoby być rozpoznanie, skryte stawianie min, współpraca z siłami specjalnymi bądź rajdy przeciwko jasno sprecyzowanym celom to wymóg długotrwałego pozostania w zanurzeniu czy zasięgu pozostanie dyskusyjny. Przyczynkiem do pewnych spekulacji może być rozwój technologiczny i decyzja Japonii o wyposażeniu reszty okrętów klasy Soryu w baterie litowo-jonowe zamiast AIP. Reporter Defense News podaje kilka ciekawych argumentów i faktów związanych z tą decyzją. Po pierwsze, nowe baterie zastąpią dotychczasowe a nie uzupełnią je jako zastępstwo dla AIP, co najwyraźniej próbuje oferować DCNS w przypadku Scorpene. Ciekawy jest argumant uzasadniający taką decyzję:

Przyjmując, że okręty podwodne są szpicą sił zbrojnych Japonii … prędkość i zasięg są fundamentalne dla działań okrętów podwodnych, a napęd oferujący zwiększone parametry w tych obszarach jest szczególnie atrakcyjny dla japońskiej marynarki.

Wracając na Bałtyk można postawić tezę, że za wyjątkiem działań na liniach żeglugowych, dopóki okręty działają z Gdyni, nie potrzebują zasięgu, a jeśli działają ze Świnoujścia potrzebują szybkości, której nie daje AIP. Skąd więc nacisk na AIP? Dążenie do zbudowania zrównoważonej floty maksymalizującej zdolności bojowe może się zderzyć z założeniami doktryny bezpieczeństwa narodowego tak samo jak z budżetem, który prawdopodobnie preferuje inne priorytety. Nie jest również oczywiste dlaczego w przypadku sił nawodnych zostały narzucone pewne ograniczenia i korwety to wszystko, na co mogą liczyć marynarze, podczas gdy w przypadku sił podwodnych dopuszcza się możliwość zakupu jednostek o najwyższych parametrach w swojej kategorii.

Sep 242014
 
OPV85_Luerssen

Politycy nie ukrywają, że program modernizacji Sił Zbrojnych, w tym Marynarki Wojennej jest sposobem na ożywienie polskiej gospodarki. Chęć posiadania kontroli nad strategicznymi gałęziami przemysłu obronnego wyraża się w postulacie polonizacji co najmniej 70% zakupów uzbrojenia i sprzętu. Dotychczas uwaga obserwatorów skupiała się przede wszystkim na ograniczeniach finansowych dotykających boleśnie naszą flotę. Jednak nie one chyba są przyczyną, że MON każe nam tak długo czekać na swoje decyzje odnośnie najważniejszych programów modernizacyjnych dla Marynarki Wojennej. Marcin Mikiel polemizując z krytyką swojej interesującej książki Koncepcja wielozadaniowego okrętu wojennego dla Marynarki Wojennej RP w świetle nowych wyzwań zawiera bardzo istotną uwagę:

Dziś można zaryzykować twierdzenia, że nie jest nam potrzebna nadmiernie rozbudowana marynarka wojenna, ale taka, która jest rozwijana w sposób ciągły i konsekwentny…

Jeśli społeczne i polityczne poparcie ograniczy finansowanie floty do motorówek hydrograficznych, niech tak będzie, ale niech ta potrzeba nie stanie się powodem nieustających dyskusji i braku decyzji. Ilustracją powyższej tezy jest obecny stan Royal Canadian Navy, która wycofuje ze służby trzy stare niszczyciele bez ich zastąpienia nowymi jednostkami, istniejącymi tylko na papierze w formie bardzo ambitnego planu o mglistych szansach na realizację.

Wobec braku szerokiego społecznego zrozumienia i poparcia dla programu zbrojeń morskich, flocie brak jest silnego sponsora przemysłowego. Niezależnie od chęci marynarzy do maksymalizowania zdolności bojowej floty w ramach nakreślonego budżetu, cały plan jest zawieszony pomiędzy gotowością do finansowania na przewidzianym poziomie a możliwościami produkcyjnymi naszych stoczni. Bo bez udziału naszych stoczni na poziomie wspomnianych 70%, silne lobby przemysłu zbrojeniowego będzie zainteresowane promocją innych swoich produktów. Tak więc na plan modernizacji warto może spojrzeć z punktu widzenia stoczni. Dalszy tekst prosi się wręcz o komentarz osób o wiele lepiej zorientowanych w temacie, niemniej jednak poniżej zawarte są spekulacje oparte o kilka prostych hipotez. Pod uwagę brane są tylko trzy stocznie – Remontowa, SMW i Nauta. Dwie ostatnie są przewidziane do włączenia w Polską Grupę Zbrojeniową. Remontowa jest zaangażowana w budowę 3 niszczycieli min do 2022 roku w tempie jednej jednostki co trzy lata. SMW wznowiła budowę Ślązaka i na wykończenie okrętu o poziomie kompletacji około 70% potrzebuje 2.5 roku. Przyjmuje się, że budowa dwóch korwet zajmie 7-8 lat. Dla OPV może to być trochę mniej, zwłaszcza jeśli to będzie prosty w miarę okręt jak L’Adroit. Horyzont czasowy przyjęty to lata 2015-2022 czyli 8 lat.

Ilustracja poniżej pokazuje, że okręty podwodne destabilizują budżet i są najsilniejszym ograniczeniem finansowym. Okręty nawodne mieszczą się w budżecie ale mogą stanowić wyzwanie dla zdolności produkcyjnych stoczni. Rozwiązaniem pośrednim jest budowa jednego OP w stoczni zagranicznej jako okrętu wiodącego w serii i po dwa Mieczniki oraz Czaple. Wówczas mieścimy się w teoretycznie założonym poziomie 900 mln PLN rocznie. Tyle, że nie ma tam już miejsca na pozostałe programy jak ELINT, okręty pomocnicze nie mówiąc o Marlinie.

MW-Reset

Jako wariant trzeci pokazano po raz kolejny na tym blogu wersję z bliźniakiem dla Ślązaka ale uzupełnionym o pakiety dozbrojenia pary do pełnej korwety. W tym wariancie rezygnuje się z jednego typoszeregu korwet i OPV, ale w dalszym ciągu zachowuje się tylko dwa typy okrętów – MEKO i OPV. Okręt patrolowy proponuje się zbudować w wersji Low – end, czyli prostej i ekonomicznej zgodnie z filozofią rozwiązania „wystarczająco dobrego”. Taka propozycja ma kilka zalet:

  • Wprowadza większą elastyczność budżetową, gdyż pakiety modernizacyjne dla korwet są osobną pozycją.
  • Wykorzystuje się szansę jaką daje Ślązak i poniesione już koszty do obniżenia kosztów korwet
  • Daje szansę na zastosowanie systemu C2 SCOT autorstwa CTM w projekcie uproszczonych OPV. Ryzyko jest znacznie mniejsze niż w przypadku korwet.
  • Minimalizuje czas uczenia się nie do uniknięcia w przypadku nowego projektu.
  • Zwiększa bazę przemysłową i zaplecze Marynarki Wojennej poprzez wciągnięcie w modernizację trzech stoczni oraz otwarcie nowego rynku dla CTM.
  • Zwiększa zainteresowanie potencjalnego sponsora i promotora w postaci polskiego lobby przemysłowego

Taka propozycja nie odbiega drastycznie od obranego planu i powinna zaoferować politykom większą elastyczność w wyborze opcji, co może być ważne wobec zbliżających się wyborów. W sumie Siły Zbrojne mają i tak sporo szczęścia, gdyż ostatnia rekonstrukcja rządu zachowuje nie tylko ciągłość na stanowisku Ministra Obrony ale wzmacnia go poprzez stanowisko wicepremiera. Tyle, że to tylko na rok a dalej nie wiemy, co będzie. W tym miejscu warto chyba przypomnieć rysunek już publikowany na tym blogu, autorstwa D.K. Browna, z książki Future British Surface Fleet: Options for Medium Sized Navy.

Wartość bojowa a percepcja użyteczności dla polityków to dwie różne rzeczy.

Wartość bojowa a percepcja użyteczności dla polityków to dwie różne rzeczy.

Dolną granicę zdolności bojowych definiują marynarze a konstruktorzy okrętów określają dla takiej jednostki dolną granicę kosztów. Gdybyśmy przyjęli, że minimum akceptowalne to prosty OPV uzbrojony w armatę średniego kalibru, najprostsze rakiety plot obrony bezpośredniej i moduł przeciwminowy, to koszt być może wyniesie 300-400 mln PLN. Górną granice finansową definiują politycy, określając jednocześnie wartość użyteczną okrętu. To nie jest kwestia obliczeń, ale prosta obserwacja mówi, że największa jednostkowa inwestycja w MW to NDR, czyli 700 mln PLN, de facto podzielone na pół pomiędzy dywizjon i rakiety. Drugim przypadkiem jest poród w bólach Ślązaka za 800 mln PLN. Jest to praktycznie rzecz biorąc uproszczona korweta. I to jest najbardziej prawdopodobny zakres poruszania się lub pole manewru dla planistów MON-u i Marynarki Wojennej. Okręty podwodne za 2-2.5 mld PLN są interesującym przypadkiem. Albo wartość tak zwanego odstraszania będzie dla polityków na tyle atrakcyjna, że się zdecydują na tak ogromny wydatek, albo OP mogą zniknąć ze składu naszej floty. Istnieje optymistyczna wersja, że plan zostanie po prostu zrealizowany w przewidywanej wersji, tyle że rozciągnięty w czasie. Warto poobserwować i wyciągnąć wnioski.