Aug 122014
 
c295-asw-chile

W realizacji programu modernizacji Marynarki Wojennej mamy dość interesującą sytuację. MON bowiem zaprasza firmy do dialogów technicznych i zapytuje o informacje potencjalnych dostawców, brak jest jednak decyzji o realizacji poszczególnych projektów. Na stronie ministerstwa pojawia się przy najważniejszych programach zdanie „SW i WZTT w trakcie uzgodnień wewnątrz MON”. Być może jest to kwestia złożoności problemów i skomplikowanej procedury, a być może po prostu inercja. W międzyczasie na stronach Inspektoratu Uzbrojenia pojawiły się ogłoszenia o „zamiarze przeprowadzenia dialogu technicznego” na okręty zaopatrzeniowe dla floty jak i o „rozpoczęciu realizacji fazy analityczno-koncepcyjnej dotyczącej zdolności do kompleksowego rozpoznania z powietrza oraz zwalczania okrętów podwodnych”.

Wkrada się nutka niepokoju. Jeśli procedury są tak skomplikowane, to dlaczego skąpe zasoby specjalistów rzuca się na nowe tematy zamiast dopiąć już rozpoznane i kluczowe projekty? Być może odpowiedź jest inna – MON zbiera informacje o wszelkich opcjach trzymając je do końca otwarte. Niewątpliwie są to tylko spekulacje autora, ale wobec braku nowych informacji z Ministerstwa, dają jakieś wytłumaczenie. Jednak jeśli tak jest to konsekwencje nie są wesołe, bowiem urzędnicy państwowi stoją prawdopodobnie przed trudnymi decyzjami. Podobnie jak autor na tym blogu tak i Defence24 podnosił już dawno kwestię potencjalnej kumulacji wydatków modernizacyjnych poza granicę realności.

W takiej sytuacji mamy kilka możliwych strategii postępowania. Jedna to trwać przy pierwotnych założeniach wierząc, że środki jednak się znajdą. To może być trudne, bo poza planem pojawiają się nowe propozycje. Druga możliwość polega drastycznej decyzji sprowadzającej się do alternatywy albo okręty podwodne albo okręty nawodne. Wynika to z sum jakie trzeba przeznaczyć na te dwie największe pozycje budżetowe. Jest też trzecia droga, która sprowadza się do przesuwania w czasie kluczowych decyzji a w międzyczasie realizacja przedsięwzięć na mniejszą skalę, dających jednak efekt synergii z wyposażeniem i uzbrojeniem już w trakcie realizacji. Przykładowo pomysł na Maritime Patrol Aircraft (MPA), a tak chyba należy odczytywać ostatnie ogłoszenie Inspektoratu Uzbrojenia byłby idealnym uzupełnieniem śmigłowców ZOP. Głównym sensorem tych ostatnich będzie sonar zanurzany, ale wobec ograniczonego czasu przebywania w powietrzu helikopter powinien mieć już wcześniej informację o potencjalnym obszarze przebywania okrętu podwodnego. Najnowsze boje Multistatic Active Coherent (MAC) jak SSQ-125 dają na to szansę, ale wymagają wyższego pułapu w celu monitorowania większego obszaru, na którym pole sonoboi się znajduje. To implikuje samolot raczej, nie helikopter.

Ten sam samolot MPA może być cennym źródłem danych dla NDR-u. Przy relatywnie niewielkim koszcie uzyskujemy efekt znacznie większy niż by to wynikało z zainwestowanych sum.

Ciekawe będzie porównanie pierwotnego, powyższego rysunku z ostatecznym rezultatem.

Ciekawe będzie porównanie pierwotnego, powyższego rysunku z ostatecznym rezultatem.

Idąc dalej tym tropem można dojść do wniosku, że skoro godzimy się na operowanie bezbronnego MPA w przestrzeni nad Zatoką Gdańską, to unikając sprzeczności logicznej, powinniśmy „dać szansę” na przeżycie okrętom nawodnym. Innymi słowy jeżeli zdecydujemy się na ograniczony poziom zagrożenia, to opcja budowy okrętów nawodnych staje się atrakcyjniejsza. Istnieje po temu kilka powodów. Wszyscy bacznie obserwujemy rozwój konfliktu na Ukrainie. Jak na razie raczej potwierdza on tezy gen. Koziej o działaniach „podprogowych” i potrzebie zdolności „anty zaskoczeniowych”. W rzeczy samej marynarka w konflikcie Krymskim nie odegrała żadnej innej roli poza „Fleet-in-being”. Budowa okrętów nawodnych jest równiej łatwiejsza do kontrolowania wydatków i bardziej realna dla krajowego przemysłu stoczniowego. Modułowość, jak MEKO na Ślązaku, stanowi wciąż niewykorzystany potencjał do podzielenia projektu na bardziej strawne dla budżetu kawałki bez utraty możliwości modernizacyjnych. Z drugiej strony dla polityków bardziej atrakcyjna wydaje się być opcja okrętów podwodnych. To rozwiązanie, zwłaszcza w połączeniu z tak zwaną opcją odstraszania, byłoby dla programu modernizacji marynarki wojennej destabilizujące. Nie tylko dlatego, że może podnieść koszt samego okrętu podwodnego, który już jest niebotyczny, to jeszcze de facto wymagać będzie całego zaplecza rozpoznania strategicznego z satelitami i łącznością, co opróżni kasę do dna. W konsekwencji siły nawodne pozostaną na długo z jedną fregatą OHP, OPV Ślązak, trzema Kormoranami i trójką Orkanów.

Tak więc niewykluczone, że cisza medialna wynika nie tyle z mrówczej pracy urzędników, co niełatwych do podjęcia decyzji i trzymaniu do końca otwartych opcji. Osobiście nie miał bym nic przeciwko metodzie małych kroków budujących synergię, byle by były widoczne zarówno dla nas jak i dla rywali. To też jest odstraszanie.

Jul 142014
 
A5326

Ogłoszenie przez Inspektorat Uzbrojenia zamiaru przeprowadzenia dialogu technicznego na zbiornikowiec floty oraz okręt wsparcia logistycznego mogłoby przejść bez echa wobec powszechnego skupienia uwagi na sile i zdolności rażenia naszych przyszłych okrętów. Jest jednak parę szczegółów, które nawet takiego laika w zakresie morskiej logistyki jak autor tego blogu, zastanawia i prowokuje do paru pytań. Techniczne niuanse zostawiam fachowcom i odsyłam do dobrego przykładu jakim są wiadomości na Defence24.

Pierwsza rzecz, która uderza to przyśpieszenie terminów w porównaniu do pierwotnej prezentacji programu modernizacji. Może to mieć źródło w chęci zaoferowania przemysłowi interesującego kontraktu. Ale może być również znakiem dość poważnego podejścia do planów rozwoju floty. Z dwóch względów – sięgamy oto po fragment mało interesujący polityków, ale bez którego samodzielne działania sił nawodnych poza Bałtykiem nie mają szans na powodzenie. Po drugie, jest to znak, że flota nawodna jednak przeżyje. Ten niepokój o okręty nawodne rodzi się obserwując jak forsowany jest program okrętów podwodnych, stanowiących największą pozycje w budżecie modernizacyjnym marynarki wojennej.

Innym szczegółem wzbudzającym zainteresowanie są niektóre parametry wspomniane w bardzo ogólnej specyfikacji:

  • zaopatrywanie w paliwo – 3000/6000 ton
  • zaopatrywanie w wodę 500/100 ton
  • Parametry okrętu – około 10.000 ton wyporności oraz prędkość maksymalna nie mniejsza niż 25 węzłów.
Etna - coś dla nas i na dokładkę zupełnie nieźle uzbrojona. Foto - www.marina.difesa.it

Etna – coś dla nas i na dokładkę zupełnie nieźle uzbrojona. Foto – www.marina.difesa.it

Wygląda na to, że najbliższa temu opisowi jest Etna włoskiej Marina Militare. Z jednym wyjątkiem – prędkości maksymalnej. Powyżej 25 węzłów mają tylko okręty Fast Combat Support Ships amerykańskiej Military Sealift Command. To ma sens jeśli zakłada się, iż okręty logistyczne towarzyszą okrętom wojennym, a nie spotykają się w wyznaczonych rejonach o wyznaczonym czasie. Właściwie w żadnej flocie europejskiej nie znalazłem okrętów wsparcia logistycznego (w tym AOR, bo o takim okręcie mówimy) o prędkości maksymalnej większej od 22 węzłów. Typowym przykładem niech będzie Royal Auxiliary Fleet. Jako laik, mogę sobie trochę spekulować, że US Navy potrzebuje takich okrętów wobec olbrzymich przestrzeni Pacyfiku przy braku odpowiednio gęstej sieci baz. No właśnie, o jakich przestrzeniach mówimy w naszym przypadku? Jedyne uzasadnienie koncepcyjne przychodzące na myśl to eskorta gazowców z Kataru. Tylko, czy się nie porywamy z motyką na słońce? Korwety nie służą do takich celów, a w chwili gdy nasz logistyk się zmaterializuje, ostatnia fregata już zostanie wycofana ze służby. Byłoby to także wyraźny sygnał braku zaufania do NATO. Mówimy w ten sposób, że jesteśmy skazani na siebie i nasze decyzje są tego wynikiem.

Jest też inne uzasadnienie, całkiem logiczne i zgodne z teoriami użycia sił morskich. Flota służy do realizacji funkcji dyplomatycznej i zapobieganiu wojnom a nie ich prowadzeniu na Bałtyku. Wówczas oczywistym stają się tereny operacji morskich poza Bałtykiem. Jeżeli polskie firmy inwestują w podmorskie złoża gazu i ropy na Morzu Północnym, to taka inwestycja staje się nie tylko sensowna ale niezbędna. Mamy tylko jeden zgrzyt – w żaden sposób nie przystaje to do Doktryny Komorowskiego i koncentracji uwagi na obronie wybrzeża. Na dobrą sprawę, można by te dwie koncepcje pożenić organizując w ramach Marynarki Wojennej siły Obrony Wybrzeża obok Flotylli Okrętów. W miniaturze Corbettowski podział na flotyllę i battleforce.

W sumie należy spojrzeć na projekt pozytywnie. Marynarka Wojenna chce najwyraźniej służyć szerszym interesom morskim Państwa a nie tylko skupiać się na niewątpliwie ważnej, ale pobocznej dla obrony narodowej obronie wybrzeża. I tego kursu bym się trzymał.

Jun 232014
 
saar5

W dość ubogiej publicznej dyskusji na temat struktury marynarki wojennej dominuje przekonanie o małych szansach na przeżycie okrętów nawodnych w przypadku konfliktu na Bałtyku w przeciwieństwie do okrętów podwodnych. Prowadzi to czasem do zaskakujących i raczej groźnych dla istnienia marynarki wojennej konkluzji. Przykładem jest warty przeczytania i moim zdaniem, dyskusyjny artykuł Krzysztofa Kubiaka Militarna funkcja Marynarki Wojennej. Sporą wartością tekstu jest próba zdefiniowania „raison d’etre” naszej floty w kategoriach trójkąta funkcji – dyplomatycznej, policyjnej i militarnej w sytuacji, gdy nasze kontynentalne położenie powoduje, że konflikty są zwykle rozstrzygane w operacjach lądowych. O ile dobrze rozumiem zamysł autora, proponuje on sprowadzić rolę sił nawodnych do funkcji dyplomatycznej bądź policyjnej a okręty podwodne w ramach funkcji militarnej:

należy (…) traktować jako oręż odstraszający i to być może jedyny, który zdoła przetrwać i wykonać zadanie w przypadku uzyskania zaskoczenia strategiczno-operacyjnego przez znacznie silniejszego przeciwnika.

Logiczny wywód prowadzi autora aż do negacji wartości broni podwodnej na poziomie taktycznym i sugestii, iż odstraszanie jest jedynym sensem istnienia tego rodzaju sił morskich. W konsekwencji wzywa do budowy okrętów dużych, z napędem AIP pozwalającym na długotrwałe przebywanie w zanurzeniu i możliwie sporej jednostce ognia. Jeśli jednak spojrzeć z dystansem na powyższe zdanie, to mamy do czynienia z propozycją poświęcenia większości środków budżetowych przeznaczonych na modernizacje marynarki wojennej na budowę okrętów, które nie będą miały dokąd powrócić a ich jedynym sensem istnienia jest odpalenie 4-6 rakiet zanim zostaną wykryte. Przychodzi mi na myśl ostatni rejs Yamato za 7 mld PLN. Będąc na miejscu decydentów, zgodziłbym się z tezą o rozstrzygającej roli działań na lądzie i zainwestował te miliardy w lotnictwo lub brygadę pancerną. To dopiero początek kaskady potencjalnie negatywnych decyzji. Ponieważ funkcja militarna dominuje w myśleniu o flocie, a wydarzenia na Ukrainie tylko ten sposób widzenia spraw podkreślają, to jeżeli okręty podwodne nie maja wartości taktycznej, a funkcja odstraszania jest zbyt nieefektywna, okręty nawodne z kolei bez szans na przeżycie, to czy warto inwestować w coś, co pełnić będzie tylko funkcję dyplomatyczną? Plan modernizacji, a właściwie restytucji Marynarki Wojennej jest drugim co do wartości po obronie przeciwlotniczej i przeciwrakietowej programem zbrojeniowym na najbliższą dekadę. Tylko dla dyplomacji i działań policyjnych?

Aby wyjść z tego niebezpiecznego zaułka, należałoby sięgnąć do podstaw i podjąć dyskusję na ile wyrażane poglądy zarówno co do sił nawodnych jak i okrętów podwodnych są mitem a na ile rzeczywistością. Ponadto, tak jak uczynił to Krzysztof Kubiak, nadać flocie właściwą rangę w realizacji celów politycznych, gospodarczych i militarnych Państwa. Zacznijmy od okrętów nawodnych. W artykule zatytułowanym Single-Purpose Warships for the Littorals, niestrudzony Capt. Wayne Hughes ponownie prezentuje swoje poglądy co do morskich operacji na wodach przybrzeżnych i zwraca uwagę na doświadczenia floty szwedzkiej i izraelskiej, dla których jest to typowe środowisko działania:

Oficerowie szwedzcy wskazywali na wiele możliwości, które uczyli się wykorzystywać dla uzyskania przewagi. Uważali oni własne wody przybrzeżne jako przewagę dla obrony. Zamiast widzieć łodzie rybackie, przybrzeżną żeglugę i inny „przybrzeżny szum” za problem lub przeszkodę, Szwedzi sugerują, że dla celów agresywnej obrony, państwo może aktywnie zwiększać ten „szum” dla zdobycia przewagi.

Nie jest to bynajmniej panaceum na wszelkie bolączki, ale przesuwa punkt ciężkości debaty na temat działań lekkich sił nawodnych z problemu aktywnej obrony i kinetycznego niszczenia środków rażenia na unikanie ich. Niebezpieczeństwo inwestowania w środki aktywnej obrony, a raczej pułapka przeinwestowania jest problemem trapiącym wszystkie floty świata. Nie odgrywa wielkiej roli tylko w niezwykle komfortowej sytuacji dostępności do nieomal nieograniczonych środków. Ale to nie o nas. Wayne Hughes starannie dobrał inny cytat dla zobrazowania wspomnianej pułapki:

Jak powiedział Wiceadmirał Benyamin Telem z Izraelskich Sił Obronnych, „ pod żadnym pozorem okręty nie powinny stać się duże lub kosztowne do tego stopnia, że ich obrona staje się dominującym priorytetem i celem samym w sobie. To w nieunikniony sposób zanegowałoby ich wartość ofensywną”.

Powyższe zdanie jest wielowątkowe. Po pierwsze stosuje ideę rzeczy „wystarczająco dobrej” w odniesieniu do okrętów wojennych. Okręt powinien być „wystarczająco duży” aby przenosić broń ofensywną oraz posiadać „minimalnie wystarczającą” obronę własną. Być może wizja okrętów obrony wybrzeża nie przekraczających 1.000 ton miała sens? Dopóki głównym zadaniem marynarki jest funkcja dyplomatyczna i budowa sojuszy, takie okręty są zbyt małe. Dla realizacji funkcji militarnej, a zwłaszcza strategii A2/AD, taka wielkość wydaje się być bliska optymalnej. Cytowany Capt. Wayne Hughes zawsze promował okręty około 600 ton. Lecz te dywagacje prowadzą nas do rozważań, na ile strategia A2/AD jest właściwa dla Polski?

Drugi wątek wypowiedzi admirała Telem’a dotyczy sposobu w jaki lekkie siły nawodne powinny działać, aby mieć szanse na przeżycie. Liczy się siła ofensywna i atak. Dotykamy w tym miejscu naszego własnego słabego punktu. Myśląc o wojnie na Bałtyku, nieodmiennie mówimy o znaczącej przewadze przeciwnika. Posiadanie najlepszego i najsilniejszego uzbrojenia w połączeniu z takim nastawieniem musi prowadzić do porażki. RADM Thomas S. Rowden, chcąc przekazać podobne przesłanie, chyba nieprzypadkowo skorzystał z okazji publikacji na łamach CIMSEC, własnego artykułu Surface Warfare: Taking the Offensive, z którego wybrałem takie oto zdanie:

Przejście do ofensywy to nastawienie, sposób myślenia o wojnie morskiej. To znaczy myśleć o wiele więcej o tym, jak coś zniszczyć aniżeli jak coś bronić. Proszę nie zrozumieć mnie źle – wciąż będziemy potrzebowali mieć zdolność do obrony ważnych jednostek, sił amfibijnych, konwojów i zaplecza – lecz w coraz większym stopniu będziemy je bronić poprzez wyjście w przód i eliminacje zagrożeń zanim będą one zdolne do rażenia tego, co bronimy.

Jeśli założymy, że okręty nawodne nie mają szans przeżycia w otwartym konflikcie na Bałtyku, to tak samo szans nie mają niszczyciele min, śmigłowce ASW i samoloty patrolowe. Czyżby rzeczywiście tylko okręty podwodne mogły operować na Bałtyku? Okręty podwodne są bronią zazdrośnie trzymającą swoje możliwości i słabości w sekrecie. W fachowej prasie możemy sporo przeczytać o sukcesach szwedzkich okrętów podwodnych w symulowanych atakach na amerykańskie lotniskowce i o tym, jak żmudne, pracochłonne i mało skuteczne jest poszukiwanie okrętów zanurzonych w głębinach. Jednak jest to tylko jedna strona medalu. O tym jak US Navy uczyła się na własnych, trudnych doświadczeniach wielu ćwiczeń, pisze Capt. Wiliam J. Toti, USN:

Podstawowy problem jest taki: jakkolwiek wykrycie i zniszczenie wrogiego okrętu podwodnego jest to wielka frajda, prawdziwe działania ASW nie skupiają się na wykryciu okrętu podwodnego, ani na zatopieniu okrętu, lecz na jego pokonaniu. To jest niuans, ale ważny.
(…)
Wykrycie okrętu podwodnego, który może stanowić zagrożenie to jak szukanie igły w stogu siana, niezależnie od technologii czy rodzaju użytych sił. Aby pokonać okręt podwodny, wystarczy uczynić go nieistotnym. Wywieść go poza właściwą pozycję do strzału. Spowodować błędne namierzanie. Zmusić do śledzenia niewłaściwego celu. Uczynić jego broń bezużyteczną.

Zanim zaczniemy szukać go na pełnym morzu, spójrzmy w którym jest porcie. Foto www.Defence24.pl

Zanim zaczniemy szukać go na pełnym morzu, spójrzmy w którym jest porcie. Foto www.Defence24.pl

Erozja umiejętności ASW odczuwana coraz boleśniej przez US Navy w połączeniu z rosnącą liczbą okrętów podwodnych służących we flotach potencjalnie wrogich państw zaowocowała zmianami doktrynalnymi. Po latach projekcji siły z morza na ląd, ta tradycyjna forma walki na morzu zaczęła wracać do łask. Próby rozwiązania problemu szły dwutorowo – poszukiwano rozwiązań technologicznych oraz próbowano odpowiedzieć na pytanie jak unieszkodliwić okręt podwodny, w sytuacji gdy szanse na wykrycie i zatopienie są niskie? Wśród rozwiązań typowo technologicznych znajdują się sonoboje do multistatycznego przeszukiwania obszaru (Multistatic Active Coherent). Klasyczne sonoboje wyłapują źródła dźwięku pochodzące z okrętów podwodnych. Jest to metoda pasywna. W systemie MAC jedna boja jest elektronicznym źródłem sygnału akustycznego, a pozostałe boje odbierają sygnał odbity od okrętu. Więcej na ten temat w artykule Recapture Wide-Area Antisubmarine Warfare.

Technologia to broń obosieczna.

Technologia to broń obosieczna.

Ważniejsze i bardziej nas interesujące, ze względu na konsekwencje i stosowalność w naszym obszarze geograficznym są zmiany doktrynalne opisane w artykule Williama Toti. Jest to prosta lista działań, które potencjalnie eliminują niekoniecznie okręt podwodny, ale zagrożenie przez niego tworzone:

  • Stworzenie warunków, w których przeciwnik decyduje o nieużyciu OP
  • Pokonać OP w porcie
  • Pokonać OP w pobliżu portu lub obszarach „odmowy dostępu”
  • Pokonać OP w cieśninach
  • Pokonać OP na otwartym morzu
  • Zwabić OP do „stref śmierci” ASW, do miejsca i o czasie przez nas wybranym
  • Zamaskować własne siły przed wykryciem i klasyfikacją przez OP
  • Pokonać OP w walce „w zwarciu”
  • Pokonać zbliżającą się torpedę

Jak widać można wiele uczynić dla uprzykrzenia życia podwodniakom. Warunki na Bałtyku z jednej strony sprzyjają okrętom podwodnym znacznie komplikując ich wykrycie, z drugiej strony sprzyjają siłom nawodnym ze względu na przykład, relatywną płytkość. Znane są również bazy floty i podejścia do nich. W przypadku Polski I Rosji główne bazy są od siebie oddalone o kilka godzin marszu dla brygady pancernej. Po co szukać okrętu na morzu dniami czy tygodniami? I ile rakiet manewrujących zniszczy jednocześnie nasza obrona przeciwlotnicza. Planujemy jedną baterię broniącą każdej bazy. W handlu znane jest zjawisko, psychologicznie uzasadnione, że sprzedawcy znają doskonale wszystkie zalety konkurenta i własne słabości. Mało wiedzą o własnych zaletach i słabościach konkurencji. Podobnie wygląda porównywanie okrętów podwodnych i sił nawodnych w działaniach na morzu zamkniętym. Jeśli już zdecydowano o strategii A2/AD to rozmawiajmy o synergii i współpracy tych dwóch rodzajów czy klas okrętów zamiast je sobie przeciwstawiać.

May 312014
 
Tomahawk

Artykuł Odstraszanie à la MON vs. odstraszanie à la Sejm opublikowany na Defence24 powraca do niekończącego się tematu rakiet manewrujących na okrętach podwodnych, tym razem jednak próbując umieścić go w szerszym kontekście koncepcji odstraszania. Jako ciekawostkę, autor artykułu wskazuje na pocisk Spike, który według MON-u stanowi wartość odstraszającą, w przeciwieństwie do parlamentarzystów, którzy uważają że tylko JASSM zasługuje na miano broni odstraszającej. Tu uwidacznia się pierwszy problem – odstraszanie sprowadzone jest do zasięgu broni. W tym kontekście, gdyby hipotetycznym agresorem były Czechy (przepraszam sąsiadów), to taktyczna broń jądrowa o zasięgu poniżej 300km nie byłaby bronią odstraszania. Ogólnie po przeczytaniu artykułu, dochodzę do kilku wniosków:

  • Nigdy za wiele na temat psychologicznej natury zjawiska odstraszania
  • Mówi się dużo o zjawisku bez podania jego definicji, co powoduje pomieszanie pojęć
  • Analiza nie zadecyduje o niczym bez doprecyzowania o czym mówimy. Jest to raczej obronny manewr MON-u przed zapędami lobbystów i brakiem ustalonej równowagi politycznej w ośrodkach władzy

Ale po kolei. Ponieważ nie jestem ani politykiem, ani wojskowym, sięgam do… słownika Merriam – Webster, gdyż mamy do czynienia z pojęciem używanym w polityce i wojskowości, ale o rodowodzie anglosaskim:

the act of making someone decide not to do something : the act of preventing a particular act or behavior from happening (akt skłaniający kogoś do zaniechania uczynienia czegoś; akt zapobieżenia konkretnemu czynowi lub zachowaniu)

politics : the policy of developing a lot of military power so that other countries will not attack your country (w polityce: polityka rozwoju potężnej siły militarnej, aby inne kraje nie zaatakowały waszego kraju).

Ważny jest również dalszy akapit wyjaśniający znaczenie słowa w odniesieniu do strategii militarnej:

Strategia militarna, w której jedna strona używa groźby odwetu aby wykluczyć atak ze strony przeciwnika.

W takim ujęciu odstraszanie ma co najmniej dwa aspekty. Pierwszy wiąże się poniekąd z poglądami Sun Tzu – jeśli chcesz pokonać przeciwnika bez walki, to zaprzecz jego doktrynie. Atak przeciwnika na mnie nie ma sensu, bo jestem zbyt silny lub moja obrona jest zbyt skuteczna. Charakter odstraszający ma wówczas popularna ostatnio doktryna A2/AD. Także pocisk Spike, którego obecność niweluje skuteczność doktryny opartej na ataku silnych związków pancernych. Zasięg nie gra roli. Pytanie dla czytelnika, czy większą siłę odstraszania ma brygada piechoty silnie nasycona środkami przeciwpancernymi czy 4 rakiety manewrujące o zasięgu 1000 km z głowicą 450 kg? Ten aspekt jest najczęściej pomijany w dyskusjach.

Pomysł nie jest nowy. Ale długo się nie przyjął. Foto regulus-missile.com

Pomysł nie jest nowy. Ale długo się nie przyjął. Foto regulus-missile.com

Drugi aspekt odstraszania mówi o sile odwetu w przypadku, gdy do ataku jednak dojdzie. Odwet powinien mieć taką siłę, że koszty przewyższą potencjalne korzyści wygranej wojny. Powstaje pytanie trudne do odpowiedzi – co dla przeciwnika jest korzyścią i jaką cenę jest gotów zapłacić? Dla ułatwienia rozważań posłużmy się przykładem aneksji Krymu przez Federację Rosyjską. Czy potrafimy w tym przypadku określić zarówno korzyść jak i cenę postrzegane przez Rosję? I czy cztery lub osiem rakiet manewrujących zapobiegłyby konfliktowi i aneksji? Tukidydes wymienia trzy powody wojen: Obawa, Korzyść, Honor – na ile rakiet oceniamy poczucie dumy narodowej Rosjan lub ich globalne ambicje?

W obu przypadkach mamy do czynienia ze zjawiskami psychologicznymi. Strach ma wielkie oczy, mówi przysłowie i jest to uczucie trudne do opanowania. Oszacowanie w jakim przypadku u przeciwnika Obawa będzie silniejsza niż postrzegana Korzyść lub poczucie Honoru jest niezwykle trudne, a przeliczenie tego na ilość rakiet, okrętów czy brygad jeszcze trudniejsze. Dyskurs pomiędzy emocjami a rozumem nigdy łatwy nie był.

Wątek zasięgu broni odstraszającej wywodzi się pewnie w prostej linii od międzykontynentalnych rakiet balistycznych i koncepcji MAD – Mutual Assured Destruction. Doktryna zakłada, że atak nuklearny na jedną ze stron nie zabezpieczy przed jądrowym odwetem. Liczba i siła głowic gwarantowały kompletną anihilację przeciwnika i wobec tego, bezpodstawność jakiejkolwiek polityki. Jej już po prostu nie będzie. To czyni bezsensownymi słowa Carla von Clausewitza o prymacie polityki nad wojną.

W przypadku odstraszania konwencjonalnego nie zasięg jest istotny tylko wiara w skuteczność blitzkrieg’u. Według słów profesora Mearsheimera:

Odstraszanie najprawdopodobniej zawiedzie podczas kryzysu, jeśli potencjalny najeźdźca uważa, że jest w stanie uzyskać szybkie i decydujące zwycięstwo. Jest raczej mało prawdopodobne, że kierujący państwem wybiorą długą wojnę na wyniszczenie – nawet jeśli wierzą w ostateczne zwycięstwo.

Zasięg broni konwencjonalnej ma natomiast znaczenie w koncepcji stand-off weapon, czyli systemów pozwalających atakować przeciwnika spoza zasięgu jego obrony. Niewątpliwie taki charakter mają rakiety odpalane przez okręty podwodne. Ale nie mylmy tego z pojęciem odstraszania. Pociski manewrujące dalekiego zasięgu we współczesnej praktyce wojennej stanowią element strike warfare, czyli uderzeń na cele lądowe w ramach projekcji siły. Dobrym wprowadzeniem do tej dziedziny wiedzy jest książka Strike Warfare in the 21st Century. Autor przez 30 lat zawodowo zajmował się rozwojem tej kategorii uzbrojenia i zgromadzone doświadczenie uprawnia go do stwierdzenia, że „uzyskanie jednocześnie dużego zasięgu i dokładności jest nieustającym wyzwaniem od dziesięcioleci”. W dyskusji kompletnie pomija się koszty zdobycia informacji o celach pozwalających na precyzyjny atak. Jeśli potencjalny cel jest na dodatek mobilny, jak wyrzutnie Iskanderów, złożoność problemu rośnie wykładniczo. Koszt samej rakiety manewrującej jest w tym wypadku prawie pomijalny.

Kończąc, kilka słów o analizie mającej zdecydować o uzbrojeniu okrętów podwodnych w rakiety manewrujące jako broni odstraszającej. Jeśli takowa analiza miałaby mieć sens, musiałaby głęboko wejść w analizę korzyści i akceptowalnych strat przeciwnika. Myślę, że nie mamy takich danych, choć możemy snuć przypuszczenia i konstruować hipotezy. Czy to jednak będzie argument dla zwolenników rakiet manewrujących? To, co MON może zrobić to analizować stosunek kosztu do efektu dla poszczególnych rodzajów uzbrojenia i ich kombinacji zgodnie z założonymi scenariuszami operacyjnymi. Te jednak będą faworyzowały inne systemy niż okręty podwodne. Pozostanie argument zasięgu, który wzbudzać będzie tylko emocje. Najgorsze w tej dyskusji jest to, że jeśli skojarzenie okrętów podwodnych z funkcją odstraszania zostanie ugruntowane, to Marynarka Wojenna może tych okrętów nigdy nie zobaczyć, jeśli ktoś dojdzie do wniosku, że kilka rakiet nie wzbudza strachu u potencjalnego przeciwnika. W końcu przeciwnik też może mieć swój odpowiednik naszego przysłowia strachy na Lachy.

May 192014
 
Callwell

Portal Defence24 w ramach codziennego przeglądu prasy, zamieścił niedawno fragment artykułu Cezarego Pytlosa z Dziennika Gazety Prawnej pod znamiennym tytułem Bronić wodę czy ziemię. Interesujący nas cytat wskazuje bezpośrednio na siły nawodne jaką potencjalne źródło rezerw finansowych, które należałoby wykorzystać dla realizacji innych programów:

Nasi rozmówcy związani z przemysłem obronnym nie mają też wątpliwości, że zmian wymagają programowe plany dotyczące marynarki wojennej. To jednak bardzo drażliwa kwestia, dlatego żaden z nich nie chce wypowiadać się pod nazwiskiem. Przeważa opinia, że wydawanie pieniędzy z budżetu na okręty nie ma sensu, bo w razie konfliktu przy braku obrony przeciwlotniczej szybko zostaną zatopione.

Nie komentując tej wypowiedzi, wystarczy tylko stwierdzić, że program modernizacji marynarki wojennej jest drugim, co do wartości po obronie przeciwlotniczej i z pewnością będzie podlegał olbrzymim naciskom politycznym. Słowo polityka jest kluczem. Rozmówcy autora tekstu nie dążą do maksymalizacji oszczędności finansowych, wówczas zaatakowaliby projekt okrętów podwodnych będący największą pozycją w budżecie modernizacji MW. Te jednak wpisują się w łatwy do zrozumienia koncept sea denial, czyli odmowy dostępu do spornego obszaru morza i mogą liczyć na wsparcie polityków lub nawet generałów. Celem ataku i źródłem potencjalnych cięć stają się więc siły nawodne. Warto więc podjąć dyskusję zarówno na temat zarówno roli i znaczenia sił nawodnych jak i technicznego argumentu zdolności okrętów do działania w warunkach zagrożenia atakiem z powietrza.

Ian Speller we wstępie do swojej książki pod znamiennym tytułem Understanding Naval Warfare, cytuje słowa Grega Kennedy’ego:

Aby zrozumieć koncept wojny morskiej niezbędne są dwie rzeczy: być zdolnym do zdefiniowania co marynarka wojenna daje państwu oraz jej użyteczność w działaniach podczas wojny totalnej, ograniczonej oraz w czasie pokoju.

W dyskusjach o marynarce wojennej dominuje temat wojny totalnej z Rosją, niewymienioną nigdy z nazwy, kosztem roli floty w budowaniu sojuszy lub prewencji i zapobieganiu wojnie. Zanim rzucimy na szalę wszystkie zasoby naszego państwa w wojnie totalnej, warto się pochylić nad problemem demonstrowania determinacji i woli rządu wobec potencjalnego przeciwnika. W tej roli marynarka wojenna a zwłaszcza jej siły nawodne są bardzo użyteczne i kosztowo efektywne. Jeżeli już jednak mówimy o otwartych działaniach zbrojnych, to obronę znaczenia floty wspomniana książka powierza nie admirałowi, lecz generałowi :

Jak Charles Callwell zauważył ponad sto lat temu, trudno jest armii czuć się bezpiecznie na lądzie, jeśli jest oskrzydlona morzem kontrolowanym przez wrogą flotę.

Dzięki szczegółowej analizie wielu działań połączonych z XIX wieku, Callwell pokazał nieproporcjonalnie duże znaczenie strategiczne, jakie przewaga na morzu może mieć dla działań na lądzie poprzez kontrolę morskich szlaków komunikacyjnych, wpływ dywersyjnych działań desantowych lub zdolności do obrony wyeksponowanej flanki. Podobnie jak Corbett, Callwell dostrzegł, że taki wpływ miał często charakter pośredni i zwykle istotny na poziomie strategicznym, lecz to nie czyni go w jakikolwiek sposób mniej ważnym.

Dzisiaj będzie sporo cytatów, bo w książce admirała J.C. Wylie Military Strategy: A General Theory of Power Control znalazłem takie oto zdanie, nie tylko potwierdzające powyższą tezę, ale bezpośrednio odnoszące się do Polski, wymieniając ją z nazwy:

Pod koniec lat 40-tych kilka krajów Europy Środkowej próbowało pozostać poza lub wyłamać się z orbity wpływów Rosji. Polska, Czechosłowacja, Rumunia, Węgry i Bułgaria uległy. Tylko Jugosławia zdołała wyrwać się poza żelazną kurtynę. Spośród wszystkich tych krajów, tylko Jugosławia miała dostęp do morza kontrolowanego przez Zachód. Myślę, że ten fakt ma znaczenie. Myślę również, że gdybyśmy mieli kontrolę na Bałtyku, nie utracilibyśmy Polski.

Uzyskanie wspomnianego efektu strategicznego nie wymaga zawsze i wszędzie pełnej kontroli morza, która dla małej czy drugorzędnej floty jest po prostu najczęściej nieosiągalna. Wystarczy jednak kontrola chwilowa na ściśle określonym obszarze, aby zapewnić „prawo przejścia morzem”, używając słów Sir Juliana Corbetta. Do uzyskania tego celu flota nawodna jest niezbędna. Dopóki chcemy aby statki z towarami, zapasami czy wojskiem płynęły morzem, dopóty okręty nawodne pozostaną niezbędnym składnikiem marynarki wojennej. Doktryna odmowy dostępu jest bowiem „zasadniczo partyzantką na morzu”, jak mawiał admirał Stansfield Turner. Pozwala na szachowanie przeciwnika, ale nie daje szans na osiągnięcie strategicznie istotnych celów pozytywnych.

Jeśli już zgodzimy się co do konieczności budowy okrętów nawodnych, to należałoby uczciwie zmierzyć się z tematem ich przeżywalności na zamkniętym akwenie wodnym jak Bałtyk. Pomocne będą wydarzenia w rejonie Pacyfiku i wzrost potęgi Chin w połączeniu z cięciami budżetowymi Pentagonu. Amerykanie bowiem znaleźli się w sytuacji dawno już zapomnianej. Na morzach pojawia się przeciwnik słabszy, ale mogący rzucić wyzwanie US Navy a ograniczenia finansowe nie pozwalają w nieskończoność duplikować niszczycieli Aegis. Powstał więc problem ekonomicznej efektywności obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej. Odkryto, że obrona przed salwą rakiet odpaloną przez baterię nadbrzeżną jak nasz NDR za 700 mln PLN, wymaga okrętu z systemem wartym co najmniej $1.5 mld. Na dłuższą metę, jest to ekonomicznie nie do utrzymania, nawet dla Stanów Zjednoczonych. Co gorsza jest to wyraźny trend. Środki ataku nie tylko mają przewagę nad obroną ale o wiele łatwiej i taniej jest zwiększyć zasięg broni ofensywnej niż defensywnej. Przykładem niech będzie Small Diameter Bomb II, której zasięg wzrośnie do 45 nm. Ile systemów przeciwlotniczych na świecie jest w stanie wykryć i zestrzelić samolot na tym dystansie, zanim zrzuci ładunek kilku bomb jednocześnie? Ile taki system kosztuje i jaką liczbę okrętów tak wyposażonych marynarka może zakupić? Innym problemem, choć powiązanym jest pojemność magazynów amunicji. Radar Herakles jest podobno w stanie naprowadzać jednocześnie 16 rakiet. To prawdopodobnie pozwoli na obronę przed salwą, dajmy 12 rakiet, ale okręt zużyje znaczną część zapasu rakiet plot przy braku możliwości przeładowania na morzu. Bateria brzegowa ma przewagę.

W numerze majowym USNI Proceedings, admirał Walter E. Carter, US Navy dzieli się swoimi przemyśleniami na powyższe tematy w artykule Sea Power in the Precision – Missile Age. Tym ciekawsze, że autor pełni funkcję Prezydenta Naval War College. Poglądy wyrażone w artykule mają więc szansę na bycie podstawą teoretyczną przyszłych kierunków rozwoju US Navy. Poniższy cytat stanowi esencję artykułu:

Zdolność tych systemów to stworzenia zagrożenia dla celów mobilnych na dużych dystansach zależy w dużej mierze od zdolności do identyfikacji celów z użyciem ich emisji w spektrum elektromagnetycznym. Efektywna obrona platform musi więc przenieść nacisk z aktywnej obrony na aktywne zakłócanie oraz środki pasywne, takie jak uniemożliwianie namierzania dzięki neutralizacji sensorów, redukcję sygnatur, przemieszczanie się i rozproszenie. Zintegrowana obrona przeciwlotnicza i przeciwrakietowa nie wystarcza już samodzielnie do obrony pojedynczych okrętów, ich zespołów lub stałych instalacji w sytuacji rozprzestrzeniania się coraz skuteczniejszych rakiet balistycznych i manewrujących.

Nie daj się wykryć, to też metoda. Foto www.nrl.navy.mil

Nie daj się wykryć, to też metoda. Foto www.nrl.navy.mil

W dalszej części artykułu następuje rozwinięcie tezy z wyszczególnieniem konkretnych punktów jakie siły mają przyszłość i na zasadzie negacji, jakie nie są perspektywiczne. Postaram się je opatrzyć komentarzem i zwrócić uwagę na obiegowy charakter niektórych opinii publikowanych w naszych mediach.

Przyszłe siły morskie powinny opierać się o:

  • “Platformy wyposażone w broń stand-off pozwalające na penetracje systemów obronnych „z górnej półki””. Jest to scenariusz oparty o realia Pacyfiku. Na morzu zamkniętym jak Bałtyk, nie bardzo jest możliwość działania spoza zasięgu oddziaływania przeciwnika. Zasięg będzie istotny, ale zapas amunicji jeszcze bardziej. Konieczność wyważenia tych dwóch sprzecznych wymagań powinna prowadzić do rozwiązań specjalizowanych dla obszarów przybrzeżnych.
  • “Platformy z naciskiem na zdolności ofensywne potrzebne dla uzyskania przewagi na morzu”. Jeśli nie można „uciec” poza zasięg ognia nieprzyjaciela, pozostaje być szybszym w ataku. Jako minimum, każdy okręt powinien być na zasadzie symetrii zdolny do zniszczenia okrętu podobnej sobie klasy. Ze względu na bliskość lądu, większe jednostki powinny posiadać broń uniwersalną, zdolną do rażenia celów lądowych. Takie wymaganie znalazło się w wymaganiach Miecznika, pozostaje jednak problem ilości zabieranej amunicji. Korweta jest w sumie niewielkim okrętem z ograniczoną liczbą rakiet manewrujących, które muszą służyć do zwalczania zarówno okrętów przeciwnika jak i celów na lądzie. Konflikt priorytetów będzie nieunikniony. Artyleria może być pomocna.
  • “Platformy mobilne z obniżonym poziomem sygnatur, rozproszone, o silnej obronie lub ukryte pośród pułapek, szumu tła i aktywnego zakłócania”. Postulat silnej obrony pozostaje, ale poszukuje się innych rozwiązań, bardziej realistycznych w naszych warunkach. Wymienione alternatywy są o wiele bardziej przydatne dla korwet niż silna obrona. Szwedzi konstruując Visby byli świadomi tego problemu definiując go słowami Invincible or Invisible (niezwyciężony czy niewidzialny). Praktyka pokazuje również, że liczba rakiet przeciw-okrętowych zniszczona środkami aktywnymi była niewielka w porównaniu z rakietami, które ominęły cel dzięki zakłóceniu ich systemów naprowadzania.
  • “Siły polegające w minimalnym stopniu na sieciach radiowych, używające bezpiecznej łączności sporadycznie w sposób wcześniej zaplanowany”. Tak sformułowana definicja promuje dwie kategorie platform. Okręty z własnym systemem C2 i sensorami, czyli jednostki o pewnej wielkości mogące pomieścić sprzęt i sztab. Idąc w drugą stronę, systemy bezzałogowe i autonomiczne działające według ustalonego programu i obarczone jedną, konkretną misją.
Pułapki były skuteczniejsze od rakiet. Foto www.rheinmetall-defence.com

Pułapki były skuteczniejsze od rakiet. Foto www.rheinmetall-defence.com

To, czego należy w przyszłych siłach morskich unikać, to oprócz przeciwieństw do powyższych punktów są dwa ciekawe rodzaje platform:

  • “Polegające na stałych bazach”. I o tym się zapomina pisząc o wrażliwości okrętów nawodnych na atak z powietrza i pomijając fakt, że okręty podwodne podlegają temu samemu prawu. Gorzej, okręty podwodne w bazie są zdane tylko i wyłącznie na obronę umieszczoną na lądzie, podczas gdy okręty nawodne w ostateczności mają własne systemy pokładowe obrony przeciwlotniczej, zarówno aktywne jak i pasywne. Głównym problemem w zwalczaniu okrętów podwodnych jest ich wykrycie. Jednak w przypadku mórz zamkniętych, baza morska jest stałym punktem znanym przeciwnikowi, gdzie jest wiadome, że okręty się pojawią. Poza atakiem na bazę pozostaje blokada, również z wykorzystaniem okrętów podwodnych. Zwalczanie takiej blokady podwodnej będzie znów wymagało współpracy lotnictwa i okrętów nawodnych.
  • “Platformy opierające swoją zdolność do przetrwania głównie o aktywną obronę, czyli zestrzelenie rakiet rakietami”. Jeżeli ograniczone środki finansowe prowadzą najpotężniejszą flotę świata do takich wniosków, to co ma powiedzieć mała flota o ambicjach obrony wybrzeża? Czy prowadzi to amerykanów do rezygnacji z niszczycieli i krążowników? Nic na to nie wskazuje. Przykład FFG, czyli popularnych fregat OHP pokazuje drogę do naśladowania. Zamiast skupiać się na wyrafinowanych systemach aktywnej obrony przeciwlotniczej, lepiej określić sensowny pułap kosztów budowy okrętów nawodnych, akceptowalny politycznie i skupić się na tym, w jaki sposób liczebność serii, rozproszenie oraz taktyka połączona ze środkami pasywnymi i zakłóceniami pozwolą na egzekwowanie na przeciwniku prawa do przejścia morzem.

Pozostaje drobny problem „Planu B”. Co, jeśli naciski polityczne i działalność lobbystyczna jednak weźmie górę? DefenseNews zamieszcza wywiad z Arati Prabhakar, szefową DARPA. Portal cytuje słowa zdziwienia pani Prabhakar, która obserwuje znacznie większe zainteresowanie ofertą DARPA aniżeli pójście drogą stopniowej modernizacji czy rozbudowy istniejących i sprawdzonych systemów. Anglosasi mają powiedzenie, że lepsze jest wrogiem wystarczająco dobrego. Dlatego zwrócę jeszcze raz uwagę na niewykorzystany potencjał MEKO A-100, czyli Ślązaka. Pod warunkiem, że Stocznia Marynarki Wojennej zda egzamin maturalny (było nie było mamy maj i czas matur).

Apr 152014
 
KockumsA26_SOF

Kto zbuduje okręty podwodne dla Polski zależy nie tylko i wyłącznie od nas czy też wymagań lub ceny. Podczas, gdy skupiamy się na wewnętrznych dyskusjach i grze politycznej, świat wokół nas nie czeka tylko zajmuje się swoimi sprawami. Kilka doniesień prasowych tworzy obraz dość złożony i utrudnia proces podejmowania decyzji. Od pewnego czasu media donoszą o napięciach na linii TKMS wciąż będącym właścicielem dawnego Kockums, a de facto rządem Szwecji. Jak gorąca jest sytuacja niech świadczy poniższy cytat zaczerpnięty z Defense News:

Napięcie osiągnęło szczyt 8-go kwietnia, gdy konwój FMV w towarzystwie eskorty wojskowej dokonał rajdu na kwatery TKMS w Malmö w celu zabezpieczenia technologii związanych z A26, rozwijanych w ramach rządowego programu za $100 mln prowadzonego przez TKMS, lecz który został zarzucony po odwołaniu przez Ministerstwo Obrony kontraktu z ThyssenKrupp w lutym.

Jakby tego było mało, artykuł wspomina, że Saab, który ma przejąć z powrotem Kockums podpisał z rządem kontrakt w celu dokonania samooceny możliwości zarówno budowy A26 jak i modernizacji jednostek będących już w służbie. Wynik tej analizy ma być opublikowany w czerwcu tego roku. I być może to jest powód opóźnień w dialogu technicznym i ogłoszeniu przetargu. Niestety to nie koniec tej skomplikowanej sprawy. W Australii, również zainteresowanej zakupem następców okrętów podwodnych klasy Collins (ze szwedzkim rodowodem), odbyła się niedawno konferencja na temat okrętów podwodnych. Doszło na niej do wymiany zdań pomiędzy przedstawicielem TKMS a emerytowanym admirałem szwedzkiej marynarki wojennej. Adm. Göran Larsbrink powiedział w trakcie sesji pytań i odpowiedzi:

Program A26 jest przerwany, ale zamiast niego projekt NGS – New Generation Submarine powstanie jak Feniks z popiołów.

Poetyckie porównania wypowiadane ustami admirała zaintrygowały mnie i zmusiły do zerknięcia, kto zacz. Ze znalezionej notki nie wygląda na to, aby Göran Larsbrink nie wiedział co mówi. Mamy więc do czynienia z sytuacją, gdzie nie do końca wiadomo kto i co zaoferuje w rzeczywistości. Z drugiej strony sytuacja polityczna w regionie zmienia się dynamicznie i wybór opcji szwedzkiej może mieć swoje zalety na zasadzie gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. Czy Czytelnicy pamiętają przetarg na KTO pomiędzy LAV i Pandurem, który wygrał AMV? Trzeba również przyznać, że technicznie i koncepcyjnie A26 to bardzo interesujący okręt. Być może to jest jeden z powodów, dla których dialog się przedłuża a ogłoszenie przetargu opóźnia. Saab sam musi się określić na co go stać.

Czarny koń zawodów? Interesująca koncepcja okrętu i szansa na regionalną współpracę. Foto www.ssbn.pl

Czarny koń zawodów? Interesująca koncepcja okrętu i szansa na regionalną współpracę. Foto www.ssbn.pl

Cóż, można by powiedzieć, że to problem szwedów, w końcu podstawowe oferty to TKMS i DCNS. Jednakże ten sam portal Defense News wspomina w tle konfliktu, że TKMS ma portfel zamówień do 2020 roku. A nam się śpieszy. Ciekawe, czy w takiej stoczni można sobie zrobić rezerwację na miejscówkę? O DCNS żadnych wiadomości nie znalazłem i z tego punktu widzenia wydaje się to być dobry oferent. Z jednym jednakże zastrzeżeniem, może się bowiem okazać, że współdzielimy częściowo technologie systemów C2 z Rosjanami. Mistral to nie Scorpene, jednak Ukraina wywraca wszystko do góry nogami.

Tak więc Inspektorat Uzbrojenia ale i cały MON ma do podjęcia niełatwą decyzję. Czekanie na ofertę szwedzką jest uzasadnione, ale zbyt długie zwlekanie grozi zamknięciem czegoś, co z angielska  nazywa się window od opportunity. Okazje trzeba wykorzystywać, w przeciwnym przypadku można być zmuszonym do oczekiwania na następną. Tyle, że my czasu nie mamy. Kalkulacja ryzyka wybiega daleko poza parametry techniczne i wymaga raczej jasnej wizji i gotowości politycznej na podjęcie trudnych decyzji.

Apr 072014
 
Logo-Sejmu-RP

W początku kwietnia przedstawiciele MON poinformowali Komisję Obrony Narodowej Sejmu o stanie realizacji planów modernizacji Marynarki Wojennej. Ogólny wydźwięk jest pozytywny i nawet z dość ogólnej prezentacji kmdr. Olejnika można było wyłowić parę interesujących szczegółów. Posumowanie prezentuje Dziennik Zbrojny. Jednak najciekawszą częścią spotkania była sesja pytań i odpowiedzi. To materiał do przemyślenia pokazujący, że pewne problemy koncepcyjne wciąż mogą stać się groźną rafą na kursie modernizacji Marynarki Wojennej. Na szczęście rafy można ominąć i o tym jak ewentualnie ominąć przeszkody jest poniższy tekst. Najbardziej interesujące fragmenty sesji można sprowadzić do kilku punktów, będących właściwie pytaniami:

  • Wartość polityczna i militarna okrętów podwodnych
  • Zdolności produkcyjne polskich stoczni do budowy okrętów wojennych
  • Włączenie MW w doktryny NATO
  • Zachowanie wykwalifikowanej kadry do czasu wprowadzenia nowych okrętów do służby

Pierwszy problem został poruszony przez posła Ludwika Dorna, który zadał serię pytań o to, czy będą zainstalowane na okrętach podwodnych rakiety manewrujące dalekiego zasięgu, a jeśli nie to czy warto inwestować tak wysokie środki w duże okręty podwodne. Czy nie warto wówczas zainwestować w mniejsze (w domyśle tańsze) okręty podwodne, służące bardziej marynarce wojennej a nie narodowej strategii odstraszania. Pytanie jest zasadne, ale zadane chyba za późno by można było uniknąć istotnych szkód. Pytania zadane przez posła Ludwika Dorna stanowią groźną sekwencję – jeśli okręty podwodne nie będą stanowiły zasobu strategicznego odstraszania Państwa, wówczas nie są warte wydanych pieniędzy. Powstaje wówczas pytanie po co marynarce okręty podwodne w ogóle i za jakie pieniądze. Rezygnacja z realizacji tak zaawansowanego projektu byłaby dużym ciosem dla programu modernizacji i miałaby silne reperkusje polityczne i psychologiczne. W kraju i zagranicą. Aby ważny dla marynarki program miał wysokie szanse realizacji potrzebne jest wsparcie polityczne zarówno ze strony marynarzy jak i polityków. Szczególnie przed wyborami.

Zacznijmy od powtórzenia pewnych argumentów przeciw rakietom manewrującym jako strategii odstraszania. Odstraszanie jest zjawiskiem psychologicznym i działa pod dwoma warunkami – zagrożenie jest istotne i nieuniknione. To zamienia się na posiadanie odpowiednich zdolności, woli politycznej ich użycia i wysokiego prawdopodobieństwa uzyskania oczekiwanego skutku. Okręt podwodny odpalający kilka rakiet nie stanowi zagrożenia dla mocarstwa, jakim jest Rosja. Nikt również w Rosji nie może się zgodzić z tym, że obrona przeciwlotnicza i przeciwrakietowa nie jest w stanie sobie poradzić z powiedzmy, czterema rakietami. To byłoby ośmieszenie sił zbrojnych Federacji Rosyjskiej. Jest jeden wyjątek – jeśliby te rakiety przenosiły głowice nuklearne. Wówczas nawet niewielkie prawdopodobieństwo przedarcia się choćby jednej rakiety przez obronę, stanowiłoby poważne zagrożenie. O pójście taką drogą podejrzewa się tylko jedno państwo na świecie – Izrael. Dopóki Polska nie zamierza zostać członkiem klubu nuklearnego, przenoszenie rakiet dalekiego zasięgu przez klasyczne okręty podwodne należy odłożyć na półkę.

Podejrzenie, że ten okręt przenosi głowice nuklearne, może stanowić element odstraszania strategicznego. Foto www.defenceforumindia.com

Podejrzenie, że ten okręt przenosi głowice nuklearne, może stanowić element odstraszania strategicznego. Foto www.defenceforumindia.com

Co można zrobić w obronie planu modernizacji ale respektując argument małej wartości politycznej w stosunku do poniesionych nakładów. Wyjściem może być kompromis zarówno po stronie wartości politycznej (odstraszanie) jak i militarnej (zdolności) pozwalający na ograniczenie kosztu tak, aby korzyści polityczne i militarne się zrównoważyły. Odstraszanie to nie tylko zdolność do uderzenia. To także pewność, że przeciwnik nie może nas uczynić bezbronnymi za pomocą uderzenia wyprzedzającego. Okręty podwodne, dzięki swojej skrytości oferują tę drugą formę odstraszania. Być może warto parlamentarzystom zaprezentować grę z elementami taktyki. Aby zniszczyć okręty podwodne stanowiące barierę dla operacji desantowych przeciwnika, musi on użyć swoich sił ASW. Jednak działania na wodzie i w powietrzu spotkają się z przeciwdziałaniem własnego lotnictwa i NDR-u. Sam NDR, bez okrętów podwodnych może zostać zneutralizowany za pomocą operacji sił specjalnych lub odsunięty od bazy floty na bezpieczny dystans poprzez ofensywę na lądzie. Wówczas flota przeciwnika uzyskuje swobodę manewru. To tylko przykład, szkic tego co pozwoliłoby parlamentarzystom wczuć się w problematykę operacji morskich. NDR nie jest panaceum na wszystkie bolączki.

Do uzyskania takiego efektu odstraszania nie potrzeba okrętu z napędem AIP i rakietami. Rolę tę spełniają nawet dzisiaj Kobbeny. Mniejsze okręty poświęcają zasięg sensorów i działania pod wodą bez wynurzenia, oferując niższą cenę. W grę wchodziłby więc zakup Andrasty lub U210Mod pod warunkiem, że nie zaczynamy całej procedury od początku. To jednak nie wydaję się możliwe a dalsze odłożenie zakupu okrętów czyni wszelkie wysiłki marynarki utrzymania starych okrętów i ich załóg w służbie nie tylko mało realnymi ale raczej desperackimi. Wyjściem karkołomnym, nie przeczę, jest nabycie JEDNEGO okrętu z napędem AIP już zbudowanego lub na ukończeniu, co dałoby czas na zmianę wymagań. W grę wchodzą jednostki greckie lub wchodząca do służby ostatnia jednostka U212 dla Deutsche Marine. Dla tej ostatniej oznaczałoby to opóźnienie kilkuletnie ukończenia serii. Nie jest wcale pewne, czy Niemcy zechcą na ten temat w ogóle rozmawiać, ale są za tym argumenty. Polityczny to taki, że jest to dla Niemiec najtańsza forma wzmocnienia wschodniej flanki NATO bez reperkusji w wewnętrznej polityce Niemiec. Ekonomicznym argumentem mógłby być ewentualny kontrakt na kontynuację serii U210Mod i ciągłość zamówień dla niemieckich stoczni.

Równie istotnym problemem poruszanym na sesji podkomisji sejmowej a kluczowym dla polskiego przemysłu zbrojeniowego są zdolności produkcyjne polskich stoczni. Informacja podana mówi o zamiarze budowy dwóch serii okrętów w odstępie rocznym, zaczynając od 2017 roku. Przy czym obie klasy okrętów, Miecznik i Czapla mają bazować na takim samym kadłubie, czy wręcz całej platformie. Rozwiązanie jest logiczne i oferuje potencjalnie korzyści skali produkcyjnej, tylko dla kogo? Budowa okrętu tej klasy to około 3 lat przy dobrych układach. Oddawanie do służby jednostek w odstępie rocznym oznacza, że w stoczni jednocześnie będą trzy okręty w różnych fazach budowy. Która stocznia ma takie zdolności? SMW jest mimo wszystko w dalszym ciągu bankrutem, chociaż być może na dobrej drodze do zmartwychwstania. Niemniej przeskok ze Ślązaka budowanego przez 15 lat do 3 jednostek jednocześnie sprawia wrażenie cudu gospodarczego. Rozbudowa zdolności produkcyjnych do takich rozmiarów bez jasnej wizji co po roku 2022 też nie ma sensu. Remontowa ma zlecenia na Kormorany i portfel zamówień do 2015. Nie sądzę również, aby chciała zrezygnować ze swoich tradycyjnych rynków cywilnych. Ile procent swoich mocy produkcyjnych jest więc w stanie przeznaczyć dla zamówień MON-u? Nie buduje również tragikomiczny szczegół podany przez kmdr Olejnika, że do przetargu na motorówki hydrograficzne nie zgłosiła się żadna polska stocznia pomimo, że wiele uczestniczyło w dialogu technicznym. Poniższy rysunek jest propozycją urealnienia napiętego i ambitnego harmonogramu.

Harmonogram budowy okrętów nawodnych

Propozycja polega na podzieleniu zamówienia serii sześciu okrętów pomiędzy dwie stocznie tworzące konsorcjum budujące Kormorany. Pozwoli to na budowę w dowolnej stoczni nie więcej jak dwóch okrętów jednocześnie a Remontowej na ograniczone zaangażowanie w rynku militarnym. Różnica polega na przypisaniu danej klasy tylko jednej stoczni (Miecznik dla SMW, Czapla dla Remontowej) lub budowy serii naprzemiennie przez obie stocznie bez wskazania klasy okrętu. W dalszym ciągu termin 2017 dla pierwszej jednostki jest bardzo ambitny. Gdyby miał się okazać zbyt ambitny, wówczas można całą serię opóźnić na przykład o rok a w ramach rekompensaty ukończyć Ślązaka według specyfikacji zbliżonej dla Czapli.

Interesującym wątkiem jest cel 70% polonizacji dla okrętów wojennych. Jako przykład do naśladowania podano Turcję, wspominając, że w przypadku Kormorana osiągniemy całkiem dobry wskaźnik 50%. Jedynym sposobem na osiągnięcie takiego poziomu jest spolonizowanie przynajmniej części systemów dowodzenia, kierowania ogniem i uzbrojenia. Tak właśnie jest w Turcji oferującej swój własny system C2. Czy to oznacza, że mamy nadzieję na zastępstwo dla Thalesa lub własne systemy przeciwlotnicze do samoobrony? Czas pokaże.

Podnoszone problemy związane z długoterminowym finansowaniem projektu są uzasadnione, lecz stanowisko ministra Mroczka ma sens – skupmy się na pierwszym etapie i najbliższych zadaniach. Jeśli się uda, będzie to dobry prognostyk na przyszłość, jeśli nie – cały plan będzie wymagał poważnej rewizji. Pan minister nie ukrywał, że budowa zarówno Kormorana jak i Ślązaka jest przedsięwzięciem ryzykownym. Cieszy podejście racjonalne do wielu spraw. Naleganie na wyposażenie okrętów podwodnych w pociski manewrujące dalekiego zasięgu daje złudne i fałszywe poczucie siły. Z drugiej strony podjęcie próby budowy serii okrętów nawodnych w Polsce, nawet jeśli ryzykowne, obiecuje w razie sukcesu spore korzyści dla rodzimego przemysłu stoczniowego i ogólnie obronnego.

Mar 282014
 
Najnowsze wcielenie Ślązaka - foto MON

Słowa Prezydenta zawarte w tytule zbiegają się w czasie z drugą rocznicą opublikowania planu modernizacji Marynarki Wojennej RP, która to prezentacja miała miejsce w marcu 2012 roku. Jest więc okazja do porównania aktualnego stanu zaawansowania projektu z początkową wizją co byłoby swego rodzaju pomiarem wiarygodności. Po drodze miała miejsce również prezentacja planu technicznej modernizacji Sił Zbrojnych z grudnia 2012. Wspomniane trzy dokumenty, a raczej wyciąg z nich są zestawione na poniższym rysunku.

Porównanie PlanówJPG

Analizując tabelę poszukuję odpowiedzi na pytanie, czy mamy powód do optymizmu, czy raczej pesymizmu? Czy jesteśmy po prostu niedoinformowani, czy też jak zwykle, pesymiści okazują się być dobrze poinformowanymi optymistami? Coś jest na rzeczy, bo Prezydent w swoim przemówieniu podczas odprawy kadry MON-u i Sił Zbrojnych wypowiada takie zdanie:

Oczekuję widocznego przełomu w modernizacji technicznej Marynarki Wojennej, głównie przez odważne otwarcie się na morskie systemy nowej generacji, w tym zwłaszcza bezzałogowce.

Z lektury nie wynika obraz jednoznacznie pozytywny czy negatywny, można się w nim jednak dopatrzyć pewnych charakterystycznych rysów. Praktycznie wszystkie kontrakty dotyczą oferty oferowanej przez polski przemysł. A raczej oferty, którą rodzimy przemysł wierzy, że jest w stanie zaoferować. Mamy do czynienia z projektami kontynuowanymi od lat. Teraz, przy istnieniu pewnej woli politycznej, te projekty usiłuje się dokończyć. Wszystko to, co wykracza poza powyższą formułę jest jak specjalne danie zamówione w restauracji na życzenie. Kelner powie ależ oczywiście i każe czekać w nieskończoność. W zasadzie okręty nawodne w pierwotnej wersji planu były i tak przewidziane dopiero po 2019-tym czyli 4 lata po wyborach a być może i jeszcze kolejnych wyborach. Jeśli cokolwiek ma zostać zbudowane realnie, kontrakt powinien zostać podpisany jeszcze w tym roku. W przyszłym, wszyscy będą zajęci wyborami. Największe szanse teoretycznie mają okręty podwodne, o ile przełamią barierę „róbmy u siebie” i państwo zdecyduje się na ten wydatek. Będzie to prawdziwy test intencji i wiarygodności.

Za miarę wiarygodności przyjmuję podpisanie kontraktu lub ogłoszenie przetargu. Wygląda na to, że flota nawodna zostanie ze Ślązakiem, Kormoranami i jedną fregatą OHP. Jeśli tak, to Ślązak pozostanie jedyną szansą obok Kormoranów na kontynuację odbudowy floty jako „produkt krajowy”. I z tego punktu widzenia, być może warto zacząć mówić o nim pozytywnie i tworzyć wokół niego sprzyjającą atmosferę. Jest wiele warunków koniecznych do spełnienia aby tak się stało, jak zdolność SMW do prowadzenia złożonych projektów w sposób efektywny. Być może konsorcjum stworzone do budowy Kormorana okaże się właściwą drogą do budowy bliźniaka dla Ślązaka.

Jedno jest pewne. Wielu sympatyków marynarki wojennej może na bardziej lub mniej amatorskim poziomie dyskutować podstawy teoretyczne czy koncepcje struktury i użycia floty. Nie jest jednak w stanie pomóc w realizacji wybranych projektów i pokonywaniu biurokratycznych czy politycznych barier. Zwłaszcza, że to grono sympatyków żywi się raczej strzępami informacji niż jej bogactwem. Szkoda by było marnować kapitał wsparcia i entuzjazmu tkwiących w społeczeństwie, a wielu już raczej zwątpiło. I nie jest miło w internetowych dyskusjach widzieć argumenty o obronie Europy „do ostatniego amerykańskiego żołnierza”. Oficjalne oświadczenia o tym, że nasze rozwiązania prawno-budżetowe i ogłoszone projekty modernizacyjne mogą być przykładem dla innych krajów nie zastąpią w dyskusjach na międzynarodowych forach twardych faktów – jest kontrakt, czy nie? Tak więc Czytelnik przeglądający załączone zestawienie będzie sam musiał określić czy jest bardziej optymistą czy raczej pesymistą.

Mar 202014
 
Skrunda3-800

Trudno opracowywać strategię nie znając przeciwnika ani zagrożenia. Kryzys wokół Krymu tę sprawę wyjaśnia i reakcja Szwedów w postaci wypowiedzi Premiera jest całkowicie zgodna z Białą Księgą bezpieczeństwa narodowego Polski:

Mamy potężnego i nieprzewidywalnego sąsiada nie stosującego się do międzynarodowych standardów, które powstały po zakończeniu Zimnej Wojny. Ta nieprzewidywalność stwarza niepewność w naszym otoczeniu i musi być punktem początkowym dla rewizji potrzeb budżetu obrony.

Nasz problem polega na tym, że nie jesteśmy w stanie wygrać wyścigu zbrojeń z Rosją. Nawet, jeśli plan modernizacji zostanie w pełni zrealizowany, to nasza flota będzie nieliczna i tym samym wrażliwa na ciosy a odbudowa ewentualnych strat długotrwała, jeśli w ogóle możliwa. Ale czemu mielibyśmy w ogóle w takim wyścigu uczestniczyć? Przecież jest NATO, można by rzec. Tak, ale… jeśliby jakikolwiek konflikt wybuchł dzisiaj to siły NATO gotowe do natychmiastowego działania sprowadzają się do 12 F-16 w Polsce, 6 F-15C na Litwie oraz niszczyciela Aegis na Morzu Czarnym. Walczy się tym co jest dostępne w danym momencie, tak więc odwieczny problem ilość versus jakość znów powraca. Na to nakłada się równie antyczny problem równowagi pomiędzy atakiem i obroną, czyli armatą i pancerzem. Capt. Wayne Hughes stwierdza w swoim podręczniku taktyki, że flota powinna działać w rozproszeniu jeśli atak ma przewagę nad obroną lub odwrotnie, skoncentrowana, jeśli przewagę ma obrona. Zakładając, że środki ataku są skuteczniejsze od obrony i że nie posiadamy przewagi na morzu to powinniśmy dążyć do operacji, w których nasze siły są rozproszone fizycznie ale ich efekt działania jest skoncentrowany. Tylko nie bardzo jest co rozpraszać, chyba że zastosujemy znany koncept struktury sił High-Low, w którym użyje się systemów bezzałogowych jako uzupełnienie do tradycyjnych platform jak okręty i w połączeniu z nimi, tak aby dawały efekt synergii i wzmocnienia możliwości platform załogowych. Funkcja uzupełniająca a nie zastępująca rolę klasycznych okrętów pozwoli na zmniejszenie psychologicznej bariery wprowadzenia dronów do służby, o czym Lt. Matt Hipple, US Navy, pisze w USNI Proceedings:

Bariery kulturowe wciąż istnieją. W lotnictwie wszystkich rodzajów sił zbrojnych piloci w sposób naturalny sprzeciwiają się systemom bezzałogowym, zwłaszcza tym zaprojektowanym do niezależnego przeprowadzania ataku.

Założeniem prezentowanej idei jest, że każdy okręt klasy Czapla, Miecznik czy Ślązak współdziała z dwoma, trzema niewielkimi zautomatyzowanymi platformami jak łotewski okręt patrolowy Skrunda, pozostającymi pod kontrolą okrętu. Skrunda to mały SWATH o wyporności 125 ton zdolny do przenoszenia modułu w postaci 20-stopowego kontenera o wadze 6-ciu ton. Jego protoplasta był używany do testowania idei niszczyciela min dla Deutsche Marine. Wersja dla Estonii przewiduje funkcję i wyposażenie hydrograficzne. Maleństwo jest więc zaskakująco wszechstronne, a dzięki technologii SWATH „dzielne” na morzu.

Skrunda jako 125-tonowy dron SWATH? Foto Masoc.lv

Skrunda jako 125-tonowy dron SWATH? Foto Masoc.lv

Każdy z dronów mógłby działać bądź z ograniczoną załogą, bądź w trybie całkowicie autonomicznym i pełniłby rolę zdalnie sterowanej wyrzutni rakiet z wykorzystaniem już posiadanej technologii Nadbrzeżnego Dywizjonu Rakietowego. Architektura NDR-u a konkretnie systemu łączności, dowodzenia i kierowania ogniem posiada swe źródło w systemie NASAMS II firmy Kongsberg. Na dronach SWATH mogą być zainstalowane zarówno rakiety przeciw-okrętowe lub przeciwlotnicze krótkiego zasięgu W tym ostatnim przypadku rozszerza się strefę obrony i niejako sztucznie zwiększa zasięg rakiet przeciwlotniczych. Alternatywnie drony mogą wykonywać zadania pomocnicze przy zwalczaniu min czy po prostu funkcje policyjno patrolowe.

Architekturę C2 NDR-u można wykorzystać do kierowania dronami SWATH. Foto 3FoW.MW

Architekturę C2 NDR-u można wykorzystać do kierowania dronami SWATH. Foto 3FoW.MW

Instalacja, powiedzmy czterech kontenerów z rakietami NSM wydaje się być możliwa mając do dyspozycji 6 ton ładunku użytecznego. Potraktujmy kontener jako zdalnie sterowaną wyrzutnię włączoną drogą radiową w system oparty o architekturę C2 Nadbrzeżnego Dywizjonu Rakietowego. Wóz dowodzenia CCV ma możliwość kierowania ogniem do 12 celów lub salwą 12 rakiet do jednego celu wykorzystując wyrzutnie wysunięte na odległość maksymalnie 10 lub 20km (różne źródła podają różne dane). Czyli instalacja skonteneryzowanego modułu CCV  na okręcie pozwoliłaby na kontrolę do 3 dronów SWATH. Zasięg 20km koresponduje z horyzontem i jest wystarczający do uzyskania efektu rozproszenia a z drugiej strony oznacza, że drony pozostają w zasięgu wzroku. Problemem pozostaje połączenie modułu CCV z systemem C2 okrętu. Nie będąc fachowcem w tej dziedzinie, świadomie jednak unikam słowa integracja. Oba systemy mogłyby traktować siebie nawzajem jako zewnętrzne źródło danych. Teoretycznie drony mogą stanowić bezpośrednie rozszerzenie NDR-u, jeśliby były sterowane z lądu za pomocą przekaźnika łączności w postaci UAV. O ile dobrze rozumiem broszury reklamowe Kongsberga i NASAMS, to mamy znaczny nadmiar wozów CCV już zakupionych. Budowa kilku dronów SWATH nie wymagałaby dodatkowych inwestycji ani w kontenery z rakietami NSM ani w wozy dowodzenia CCV, gdyż jedno i drugie już jest. Koszt samego dronu SWATH można w tej chwili tylko szacować, niemniej Skrunda kosztowała 11 milionów EUR. W skrócie całą idee można streścić w kilku punktach:

  • NDR lub okręty Czapla, Miecznik, Slązak stanowią centrum dowodzenia rozproszonych wyrzutni rakietowych NSM zarówno na lądzie jak i na morzu.
  • Zdalną wyrzutnią na morzu jest dowolny okręt lub dron SWATH
  • Dron SWATH jest modularny
  • Drony  mogą być budowane zamiast drugiego dywizjonu jako rozszerzenie NDR-u
  • Wykorzystuje się istniejącą technologię w rękach polskiego przemysłu.
  • Projekt ma krajowego sponsora i orędownika.

Jeśli pomysł ma sens to ciekawym efektem ubocznym może być zdolność Ślązaka do kierowania ogniem 12 rakiet NSM. W 2016 roku i bez modernizacji. W rzeczy samej, kontener CCV wyposażony w Link-16 może być zainstalowany na dowolnej platformie.

Idea zainstalowania na dronach SWATH rakiet przeciwlotniczych krótkiego zasięgu jest być może intrygująca ale mało interesująca dla Marynarki Wojennej. Niemniej wersja z rakietami AMRAAM jest w zasadzie dostępna jako rozszerzenie NDR-u. Flota potrzebowałaby pocisku z możliwością pionowego startu i bez konieczności instalacji specjalizowanych wyrzutni jak Mk41 czy Sylver. Takimi pociskami są zarówno RAM Blk II jak i VL Mica a broszury mówią o zdolności systemu NASAMS do adaptacji innych rakiet niż już zintegrowane. Jest więc pole do popisu i spekulacji na temat co jest możliwe a co jest fantazją. Jedno wydaje się być dzisiaj pewne – czas przyśpieszył i warto się skupić na technologiach i możliwościach będących w zasięgu ręki. Poza programami priorytetowymi, wykorzystanie do maksimum tego co już istnieje lub w co już zainwestowano będzie miało pierwszeństwo nad papierowymi planami.

Mar 132014
 
15latNATO

Ten rok jest szczególny w historii Polski – 25 lat od odzyskania niezależności, 15 lat od wstąpienia do NATO i 10 lat od przystąpienia do Unii Europejskiej. Pytanie o los Krymu i być może całej Ukrainy nie mogło zostać postawione w lepszym momencie dla pobudzenia refleksji nad bezpieczeństwem Polski. Wzmianka Premiera w Sejmie o możliwym przyśpieszeniu prac nad modernizacją sił zbrojnych nie dziwi w takiej sytuacji. Co to jednak znaczy dla marynarki wojennej? Czy Marynarka Wojenna RP będzie również uwzględniona?

Warto zacząć od szerszego kontekstu. Kryzys na Krymie potwierdza oba założenia będące podstawą strategii bezpieczeństwa kraju. Z jednej strony należy wzmocnić zdolności obronne kraju ale jednocześnie oczywistym się staje, że samodzielnie możemy się przeciwstawić wyłącznie zagrożeniom w ograniczonym zakresie. Istnienie państw małych lub słabszych sąsiadujących z wielkimi potęgami zależy od wspólnoty międzynarodowej. Tak więc w interesie tych państw leży wspieranie wysiłków na rzecz utrzymywania prawnego porządku międzynarodowego. Marynarka wojenna w naszym położeniu jest szczególnie przydatna do działania na rzecz budowy bezpieczeństwa międzynarodowego oraz do wyrażania politycznej woli rządu. Podobnie jak przylot do Polski eskadry F-16 USAF która nie stanowi istotnej siły militarnej ale sygnalizuje wsparcie Stanów Zjednoczonych, tak uczestnictwo okrętów pod polską banderą w operacjach międzynarodowych demonstruje nasz wkład w zbiorowe bezpieczeństwo.

Bardziej sygnał polityczny niż siła militarna. Foto F-16.net

Bardziej sygnał polityczny niż siła militarna. Foto F-16.net

Po tym przydługim wstępie możemy sobie zadać pytanie co jest możliwe do zmiany w planie modernizacji marynarki wojennej? Nie ma chyba odpowiedzi jednoznacznej, ale jest możliwe stworzenie czegoś na kształt drzewa decyzyjnego. Pierwsze rozstrzygnięcie to jakie projekty mają realne szanse na przyśpieszenie. Za tym powinien nastąpić wybór wariantu, który skraca realizację planu przy zachowaniu elastyczności w nakładach finansowych. Ta elastyczność pozwoli na minimalizację ryzyka wynikającego z prawdopodobnych przesunięć środków budżetowych na rzecz najważniejszych priorytetów sił zbrojnych. Jak wiemy są to obrona przeciwlotnicza i mobilność wojsk, czyli program śmigłowcowy. Oba są bardzo kosztowne i ich przyśpieszenie spowoduje kumulacje wydatków wcześniej niż planowano. Nie są jednak dla floty obojętne, gdyż oznaczają potencjalnie wcześniejsze wprowadzenie do służby śmigłowców SAR, ASW oraz dwóch baterii przeciwlotniczych do osłony baz morskich. To zaś może być argumentem używanym w dyskusjach budżetowych, gdyż oznacza wzmocnienie potencjału floty.

Poniżej będę się posługiwał raczej dokumentem Modernizacja techniczna SZ RP dostępnym (i w miarę aktualizowanym) na stronie MON, a nie prezentacją z marca 2012 roku. To są bowiem „realne” projekty będące przedmiotem planowania MON-u. Lista szybko obnaża wąskie pole manewru. Przyśpieszenie budowy Kormorana II, remontu OHP i dokończenia Ślązaka wydaje się być mało prawdopodobne. Zakup okrętów podwodnych oznacza zablokowanie olbrzymich kwot i znacząco ogranicza elastyczność finansowania innych pozycji zawartych w planie. Gdyby maksymalizacja możliwości bojowych była głównym kryterium decyzyjnym to warto być może podjąć takie ryzyko. Tylko jakie możliwości rzeczywiście kupujemy? Odpowiedź bardzo zależy od koncepcji użycia okrętów podwodnych. Ciekawy artykuł na ten temat ukazał się w marcowym numerze USNI Proceedings (dla subskrybentów). Dotyczy wspólnych amerykańsko – niemieckich ćwiczeń, w których ważny transport bez eskorty miał przejść przez wąski pas wody. Przeciwnikiem był okręt podwodny SSN, a wsparciem własny klasyczny okręt klasy U-212 wspierany przez samoloty patrolowe, śmigłowce ASW z lotniskowca i ciekawostka… okręt badawczy Planet wyposażony w holowany sonar aktywno-pasywny. Poniżej niektóre wnioski z ćwiczeń:

Tradycyjna mądrość mówi, że konwencjonalne okręty podwodne są zbyt wolne aby mogły służyć jako osłona ASW, zwłaszcza że wzajemne zasięgi wykrycia okrętów podwodnych rzadko przekraczają kilka tysięcy jardów. Nawet na ograniczonych akwenach wodnych, problem dobrego zarządzania obszarem wodnym i organizacja łączności tworzą sytuację, która wydaje się trochę niewarta posiadania dodatkowych zasobów, których zasięg wykrywania celów przypomina boję akustyczną.

Jednak TACDEVEX zademonstrował, że nowoczesny, klasyczny okręt podwodny, wolny czy też nie, może wnieść znaczący wkład w operacje jeśli będzie połączony z aktywnymi sensorami dalekiego zasięgu. U-32 może zostać wezwany do wynurzenia i odebrać dane odnośnie celu i w ten sposób być aktywnym członkiem operacji ASW bez ograniczania swobody taktycznej innych sił własnych…

Co więcej, taktyczne użycie detekcji bistatycznej dla celów analizy ruchu USS Norfolk (SSN) przeszło najśmielsze oczekiwania. U-32, który nigdy nie był wyposażony we własny sonar aktywny, nagle zyskał możliwość korzystania z większego zasięgu wykrywania sonaru holowanego przez Planet, wciąż pozostając w trybie pasywnym.

Innowacyjne użycie okrętu badawczego daje nowe szanse dla U-32

Innowacyjne użycie okrętu badawczego daje nowe szanse dla U-32

Dwie rzeczy zwracają uwagę. Małe zasięgi wykrywania celu za pomocą własnego sonaru, co na Bałtyku powinno być jeszcze bardziej widoczne niż na Atlantyku. Aby okręt podwodny był efektywny potrzebuje współpracy z zewnętrznymi sensorami lub posiadać z zewnątrz informacje, gdzie szukać celu. Po drugie, innowacyjne zastosowanie było nie było, okrętu badawczego. Co oznacza, że sam zakup klasycznego okrętu podwodnego to dopiero początek drogi do pełnego wykorzystania jego możliwości bojowych, które jak na razie pozostają potencjalnymi. Gdyby jednak istniała możliwość przejęcia czy leasingu okrętów nowo zbudowanych czy też będących w końcowej fazie budowy (choćby jednego), to zysk na czasie przeważałby wszelkie obiekcje. Tylko, czy są takie szanse? Wolę głośno nie myśleć.

Przyśpieszenie projektów Miecznika i Czapli jest mało prawdopodobne. Remontowa ma pełen portfel zamówień do 2015 roku a SMW będzie się zmagać ze Ślązakiem do 2016-go. Nie ma co więc nawet przyśpieszać procedur biurokratycznych. Istnieje co prawda możliwość zamówienia okrętów w stoczniach zagranicznych pod warunkiem, że budowa okrętów podwodnych nie zablokuje środków finansowych i rząd zrezygnuje z planów wspierania krajowego przemysłu. No cóż, coś za coś. Chyba, że da się pierwszeństwo okrętom nawodnym, wówczas jak najszybciej trzeba by przejść do etapu przetargu.

Jest jeszcze jedna kontrowersyjna możliwość, o której na tym blogu wspominałem parokrotnie. Jest nią kontynuacja programu MEKO A-100, czyli budowa bliźniaka dla Ślązaka według specyfikacji możliwie maksymalnie zbliżonej do Czapli. Ma to parę zalet, przy jednoczesnym podjęciu pewnego ryzyka. Czas budowy można skrócić poprzez tak zwane advanced procurement, czyli zamówienie potrzebnych materiałów czy elementów wyposażenia nie czekając na zakończenie budowy Ślązaka. Jest to możliwe, bo plany okrętu jak i łańcuch dostaw już jest. Ryzyko polega na tym, że SMW „nie zdała” jeszcze swojego egzaminu. Ale jak nie zda, to cały plan modernizacji a raczej jego harmonogram przy nacisku na wspieranie własnych stoczni legnie w gruzach. Integrację systemu C2 można również przyśpieszyć, gdyż byłaby to tylko mutacja systemu już zamówionego. W przypadku konieczności rozłożenia finansowania w czasie, technologia MEKO pozwala na relatywnie łatwe późniejsze modernizacje okrętu/okrętów.

Anglosasi powiadają, że lepsze jest wrogiem dobrego. Spróbujmy nie komplikować spraw za bardzo. Z powyższego tekstu wyłania się obraz ograniczonych opcji, które jednak warto przeanalizować w świetle wielu straconych lat. Sytuacja jest poważna i liczy się moim zdaniem czas. Lepszy Ślązak w służbie niż Miecznik w planach.