Apr 152014
 
KockumsA26_SOF

Kto zbuduje okręty podwodne dla Polski zależy nie tylko i wyłącznie od nas czy też wymagań lub ceny. Podczas, gdy skupiamy się na wewnętrznych dyskusjach i grze politycznej, świat wokół nas nie czeka tylko zajmuje się swoimi sprawami. Kilka doniesień prasowych tworzy obraz dość złożony i utrudnia proces podejmowania decyzji. Od pewnego czasu media donoszą o napięciach na linii TKMS wciąż będącym właścicielem dawnego Kockums, a de facto rządem Szwecji. Jak gorąca jest sytuacja niech świadczy poniższy cytat zaczerpnięty z Defense News:

Napięcie osiągnęło szczyt 8-go kwietnia, gdy konwój FMV w towarzystwie eskorty wojskowej dokonał rajdu na kwatery TKMS w Malmö w celu zabezpieczenia technologii związanych z A26, rozwijanych w ramach rządowego programu za $100 mln prowadzonego przez TKMS, lecz który został zarzucony po odwołaniu przez Ministerstwo Obrony kontraktu z ThyssenKrupp w lutym.

Jakby tego było mało, artykuł wspomina, że Saab, który ma przejąć z powrotem Kockums podpisał z rządem kontrakt w celu dokonania samooceny możliwości zarówno budowy A26 jak i modernizacji jednostek będących już w służbie. Wynik tej analizy ma być opublikowany w czerwcu tego roku. I być może to jest powód opóźnień w dialogu technicznym i ogłoszeniu przetargu. Niestety to nie koniec tej skomplikowanej sprawy. W Australii, również zainteresowanej zakupem następców okrętów podwodnych klasy Collins (ze szwedzkim rodowodem), odbyła się niedawno konferencja na temat okrętów podwodnych. Doszło na niej do wymiany zdań pomiędzy przedstawicielem TKMS a emerytowanym admirałem szwedzkiej marynarki wojennej. Adm. Göran Larsbrink powiedział w trakcie sesji pytań i odpowiedzi:

Program A26 jest przerwany, ale zamiast niego projekt NGS – New Generation Submarine powstanie jak Feniks z popiołów.

Poetyckie porównania wypowiadane ustami admirała zaintrygowały mnie i zmusiły do zerknięcia, kto zacz. Ze znalezionej notki nie wygląda na to, aby Göran Larsbrink nie wiedział co mówi. Mamy więc do czynienia z sytuacją, gdzie nie do końca wiadomo kto i co zaoferuje w rzeczywistości. Z drugiej strony sytuacja polityczna w regionie zmienia się dynamicznie i wybór opcji szwedzkiej może mieć swoje zalety na zasadzie gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. Czy Czytelnicy pamiętają przetarg na KTO pomiędzy LAV i Pandurem, który wygrał AMV? Trzeba również przyznać, że technicznie i koncepcyjnie A26 to bardzo interesujący okręt. Być może to jest jeden z powodów, dla których dialog się przedłuża a ogłoszenie przetargu opóźnia. Saab sam musi się określić na co go stać.

Czarny koń zawodów? Interesująca koncepcja okrętu i szansa na regionalną współpracę. Foto www.ssbn.pl

Czarny koń zawodów? Interesująca koncepcja okrętu i szansa na regionalną współpracę. Foto www.ssbn.pl

Cóż, można by powiedzieć, że to problem szwedów, w końcu podstawowe oferty to TKMS i DCNS. Jednakże ten sam portal Defense News wspomina w tle konfliktu, że TKMS ma portfel zamówień do 2020 roku. A nam się śpieszy. Ciekawe, czy w takiej stoczni można sobie zrobić rezerwację na miejscówkę? O DCNS żadnych wiadomości nie znalazłem i z tego punktu widzenia wydaje się to być dobry oferent. Z jednym jednakże zastrzeżeniem, może się bowiem okazać, że współdzielimy częściowo technologie systemów C2 z Rosjanami. Mistral to nie Scorpene, jednak Ukraina wywraca wszystko do góry nogami.

Tak więc Inspektorat Uzbrojenia ale i cały MON ma do podjęcia niełatwą decyzję. Czekanie na ofertę szwedzką jest uzasadnione, ale zbyt długie zwlekanie grozi zamknięciem czegoś, co z angielska  nazywa się window od opportunity. Okazje trzeba wykorzystywać, w przeciwnym przypadku można być zmuszonym do oczekiwania na następną. Tyle, że my czasu nie mamy. Kalkulacja ryzyka wybiega daleko poza parametry techniczne i wymaga raczej jasnej wizji i gotowości politycznej na podjęcie trudnych decyzji.

Apr 072014
 
Logo-Sejmu-RP

W początku kwietnia przedstawiciele MON poinformowali Komisję Obrony Narodowej Sejmu o stanie realizacji planów modernizacji Marynarki Wojennej. Ogólny wydźwięk jest pozytywny i nawet z dość ogólnej prezentacji kmdr. Olejnika można było wyłowić parę interesujących szczegółów. Posumowanie prezentuje Dziennik Zbrojny. Jednak najciekawszą częścią spotkania była sesja pytań i odpowiedzi. To materiał do przemyślenia pokazujący, że pewne problemy koncepcyjne wciąż mogą stać się groźną rafą na kursie modernizacji Marynarki Wojennej. Na szczęście rafy można ominąć i o tym jak ewentualnie ominąć przeszkody jest poniższy tekst. Najbardziej interesujące fragmenty sesji można sprowadzić do kilku punktów, będących właściwie pytaniami:

  • Wartość polityczna i militarna okrętów podwodnych
  • Zdolności produkcyjne polskich stoczni do budowy okrętów wojennych
  • Włączenie MW w doktryny NATO
  • Zachowanie wykwalifikowanej kadry do czasu wprowadzenia nowych okrętów do służby

Pierwszy problem został poruszony przez posła Ludwika Dorna, który zadał serię pytań o to, czy będą zainstalowane na okrętach podwodnych rakiety manewrujące dalekiego zasięgu, a jeśli nie to czy warto inwestować tak wysokie środki w duże okręty podwodne. Czy nie warto wówczas zainwestować w mniejsze (w domyśle tańsze) okręty podwodne, służące bardziej marynarce wojennej a nie narodowej strategii odstraszania. Pytanie jest zasadne, ale zadane chyba za późno by można było uniknąć istotnych szkód. Pytania zadane przez posła Ludwika Dorna stanowią groźną sekwencję – jeśli okręty podwodne nie będą stanowiły zasobu strategicznego odstraszania Państwa, wówczas nie są warte wydanych pieniędzy. Powstaje wówczas pytanie po co marynarce okręty podwodne w ogóle i za jakie pieniądze. Rezygnacja z realizacji tak zaawansowanego projektu byłaby dużym ciosem dla programu modernizacji i miałaby silne reperkusje polityczne i psychologiczne. W kraju i zagranicą. Aby ważny dla marynarki program miał wysokie szanse realizacji potrzebne jest wsparcie polityczne zarówno ze strony marynarzy jak i polityków. Szczególnie przed wyborami.

Zacznijmy od powtórzenia pewnych argumentów przeciw rakietom manewrującym jako strategii odstraszania. Odstraszanie jest zjawiskiem psychologicznym i działa pod dwoma warunkami – zagrożenie jest istotne i nieuniknione. To zamienia się na posiadanie odpowiednich zdolności, woli politycznej ich użycia i wysokiego prawdopodobieństwa uzyskania oczekiwanego skutku. Okręt podwodny odpalający kilka rakiet nie stanowi zagrożenia dla mocarstwa, jakim jest Rosja. Nikt również w Rosji nie może się zgodzić z tym, że obrona przeciwlotnicza i przeciwrakietowa nie jest w stanie sobie poradzić z powiedzmy, czterema rakietami. To byłoby ośmieszenie sił zbrojnych Federacji Rosyjskiej. Jest jeden wyjątek – jeśliby te rakiety przenosiły głowice nuklearne. Wówczas nawet niewielkie prawdopodobieństwo przedarcia się choćby jednej rakiety przez obronę, stanowiłoby poważne zagrożenie. O pójście taką drogą podejrzewa się tylko jedno państwo na świecie – Izrael. Dopóki Polska nie zamierza zostać członkiem klubu nuklearnego, przenoszenie rakiet dalekiego zasięgu przez klasyczne okręty podwodne należy odłożyć na półkę.

Podejrzenie, że ten okręt przenosi głowice nuklearne, może stanowić element odstraszania strategicznego. Foto www.defenceforumindia.com

Podejrzenie, że ten okręt przenosi głowice nuklearne, może stanowić element odstraszania strategicznego. Foto www.defenceforumindia.com

Co można zrobić w obronie planu modernizacji ale respektując argument małej wartości politycznej w stosunku do poniesionych nakładów. Wyjściem może być kompromis zarówno po stronie wartości politycznej (odstraszanie) jak i militarnej (zdolności) pozwalający na ograniczenie kosztu tak, aby korzyści polityczne i militarne się zrównoważyły. Odstraszanie to nie tylko zdolność do uderzenia. To także pewność, że przeciwnik nie może nas uczynić bezbronnymi za pomocą uderzenia wyprzedzającego. Okręty podwodne, dzięki swojej skrytości oferują tę drugą formę odstraszania. Być może warto parlamentarzystom zaprezentować grę z elementami taktyki. Aby zniszczyć okręty podwodne stanowiące barierę dla operacji desantowych przeciwnika, musi on użyć swoich sił ASW. Jednak działania na wodzie i w powietrzu spotkają się z przeciwdziałaniem własnego lotnictwa i NDR-u. Sam NDR, bez okrętów podwodnych może zostać zneutralizowany za pomocą operacji sił specjalnych lub odsunięty od bazy floty na bezpieczny dystans poprzez ofensywę na lądzie. Wówczas flota przeciwnika uzyskuje swobodę manewru. To tylko przykład, szkic tego co pozwoliłoby parlamentarzystom wczuć się w problematykę operacji morskich. NDR nie jest panaceum na wszystkie bolączki.

Do uzyskania takiego efektu odstraszania nie potrzeba okrętu z napędem AIP i rakietami. Rolę tę spełniają nawet dzisiaj Kobbeny. Mniejsze okręty poświęcają zasięg sensorów i działania pod wodą bez wynurzenia, oferując niższą cenę. W grę wchodziłby więc zakup Andrasty lub U210Mod pod warunkiem, że nie zaczynamy całej procedury od początku. To jednak nie wydaję się możliwe a dalsze odłożenie zakupu okrętów czyni wszelkie wysiłki marynarki utrzymania starych okrętów i ich załóg w służbie nie tylko mało realnymi ale raczej desperackimi. Wyjściem karkołomnym, nie przeczę, jest nabycie JEDNEGO okrętu z napędem AIP już zbudowanego lub na ukończeniu, co dałoby czas na zmianę wymagań. W grę wchodzą jednostki greckie lub wchodząca do służby ostatnia jednostka U212 dla Deutsche Marine. Dla tej ostatniej oznaczałoby to opóźnienie kilkuletnie ukończenia serii. Nie jest wcale pewne, czy Niemcy zechcą na ten temat w ogóle rozmawiać, ale są za tym argumenty. Polityczny to taki, że jest to dla Niemiec najtańsza forma wzmocnienia wschodniej flanki NATO bez reperkusji w wewnętrznej polityce Niemiec. Ekonomicznym argumentem mógłby być ewentualny kontrakt na kontynuację serii U210Mod i ciągłość zamówień dla niemieckich stoczni.

Równie istotnym problemem poruszanym na sesji podkomisji sejmowej a kluczowym dla polskiego przemysłu zbrojeniowego są zdolności produkcyjne polskich stoczni. Informacja podana mówi o zamiarze budowy dwóch serii okrętów w odstępie rocznym, zaczynając od 2017 roku. Przy czym obie klasy okrętów, Miecznik i Czapla mają bazować na takim samym kadłubie, czy wręcz całej platformie. Rozwiązanie jest logiczne i oferuje potencjalnie korzyści skali produkcyjnej, tylko dla kogo? Budowa okrętu tej klasy to około 3 lat przy dobrych układach. Oddawanie do służby jednostek w odstępie rocznym oznacza, że w stoczni jednocześnie będą trzy okręty w różnych fazach budowy. Która stocznia ma takie zdolności? SMW jest mimo wszystko w dalszym ciągu bankrutem, chociaż być może na dobrej drodze do zmartwychwstania. Niemniej przeskok ze Ślązaka budowanego przez 15 lat do 3 jednostek jednocześnie sprawia wrażenie cudu gospodarczego. Rozbudowa zdolności produkcyjnych do takich rozmiarów bez jasnej wizji co po roku 2022 też nie ma sensu. Remontowa ma zlecenia na Kormorany i portfel zamówień do 2015. Nie sądzę również, aby chciała zrezygnować ze swoich tradycyjnych rynków cywilnych. Ile procent swoich mocy produkcyjnych jest więc w stanie przeznaczyć dla zamówień MON-u? Nie buduje również tragikomiczny szczegół podany przez kmdr Olejnika, że do przetargu na motorówki hydrograficzne nie zgłosiła się żadna polska stocznia pomimo, że wiele uczestniczyło w dialogu technicznym. Poniższy rysunek jest propozycją urealnienia napiętego i ambitnego harmonogramu.

Harmonogram budowy okrętów nawodnych

Propozycja polega na podzieleniu zamówienia serii sześciu okrętów pomiędzy dwie stocznie tworzące konsorcjum budujące Kormorany. Pozwoli to na budowę w dowolnej stoczni nie więcej jak dwóch okrętów jednocześnie a Remontowej na ograniczone zaangażowanie w rynku militarnym. Różnica polega na przypisaniu danej klasy tylko jednej stoczni (Miecznik dla SMW, Czapla dla Remontowej) lub budowy serii naprzemiennie przez obie stocznie bez wskazania klasy okrętu. W dalszym ciągu termin 2017 dla pierwszej jednostki jest bardzo ambitny. Gdyby miał się okazać zbyt ambitny, wówczas można całą serię opóźnić na przykład o rok a w ramach rekompensaty ukończyć Ślązaka według specyfikacji zbliżonej dla Czapli.

Interesującym wątkiem jest cel 70% polonizacji dla okrętów wojennych. Jako przykład do naśladowania podano Turcję, wspominając, że w przypadku Kormorana osiągniemy całkiem dobry wskaźnik 50%. Jedynym sposobem na osiągnięcie takiego poziomu jest spolonizowanie przynajmniej części systemów dowodzenia, kierowania ogniem i uzbrojenia. Tak właśnie jest w Turcji oferującej swój własny system C2. Czy to oznacza, że mamy nadzieję na zastępstwo dla Thalesa lub własne systemy przeciwlotnicze do samoobrony? Czas pokaże.

Podnoszone problemy związane z długoterminowym finansowaniem projektu są uzasadnione, lecz stanowisko ministra Mroczka ma sens – skupmy się na pierwszym etapie i najbliższych zadaniach. Jeśli się uda, będzie to dobry prognostyk na przyszłość, jeśli nie – cały plan będzie wymagał poważnej rewizji. Pan minister nie ukrywał, że budowa zarówno Kormorana jak i Ślązaka jest przedsięwzięciem ryzykownym. Cieszy podejście racjonalne do wielu spraw. Naleganie na wyposażenie okrętów podwodnych w pociski manewrujące dalekiego zasięgu daje złudne i fałszywe poczucie siły. Z drugiej strony podjęcie próby budowy serii okrętów nawodnych w Polsce, nawet jeśli ryzykowne, obiecuje w razie sukcesu spore korzyści dla rodzimego przemysłu stoczniowego i ogólnie obronnego.

Mar 282014
 
Najnowsze wcielenie Ślązaka - foto MON

Słowa Prezydenta zawarte w tytule zbiegają się w czasie z drugą rocznicą opublikowania planu modernizacji Marynarki Wojennej RP, która to prezentacja miała miejsce w marcu 2012 roku. Jest więc okazja do porównania aktualnego stanu zaawansowania projektu z początkową wizją co byłoby swego rodzaju pomiarem wiarygodności. Po drodze miała miejsce również prezentacja planu technicznej modernizacji Sił Zbrojnych z grudnia 2012. Wspomniane trzy dokumenty, a raczej wyciąg z nich są zestawione na poniższym rysunku.

Porównanie PlanówJPG

Analizując tabelę poszukuję odpowiedzi na pytanie, czy mamy powód do optymizmu, czy raczej pesymizmu? Czy jesteśmy po prostu niedoinformowani, czy też jak zwykle, pesymiści okazują się być dobrze poinformowanymi optymistami? Coś jest na rzeczy, bo Prezydent w swoim przemówieniu podczas odprawy kadry MON-u i Sił Zbrojnych wypowiada takie zdanie:

Oczekuję widocznego przełomu w modernizacji technicznej Marynarki Wojennej, głównie przez odważne otwarcie się na morskie systemy nowej generacji, w tym zwłaszcza bezzałogowce.

Z lektury nie wynika obraz jednoznacznie pozytywny czy negatywny, można się w nim jednak dopatrzyć pewnych charakterystycznych rysów. Praktycznie wszystkie kontrakty dotyczą oferty oferowanej przez polski przemysł. A raczej oferty, którą rodzimy przemysł wierzy, że jest w stanie zaoferować. Mamy do czynienia z projektami kontynuowanymi od lat. Teraz, przy istnieniu pewnej woli politycznej, te projekty usiłuje się dokończyć. Wszystko to, co wykracza poza powyższą formułę jest jak specjalne danie zamówione w restauracji na życzenie. Kelner powie ależ oczywiście i każe czekać w nieskończoność. W zasadzie okręty nawodne w pierwotnej wersji planu były i tak przewidziane dopiero po 2019-tym czyli 4 lata po wyborach a być może i jeszcze kolejnych wyborach. Jeśli cokolwiek ma zostać zbudowane realnie, kontrakt powinien zostać podpisany jeszcze w tym roku. W przyszłym, wszyscy będą zajęci wyborami. Największe szanse teoretycznie mają okręty podwodne, o ile przełamią barierę „róbmy u siebie” i państwo zdecyduje się na ten wydatek. Będzie to prawdziwy test intencji i wiarygodności.

Za miarę wiarygodności przyjmuję podpisanie kontraktu lub ogłoszenie przetargu. Wygląda na to, że flota nawodna zostanie ze Ślązakiem, Kormoranami i jedną fregatą OHP. Jeśli tak, to Ślązak pozostanie jedyną szansą obok Kormoranów na kontynuację odbudowy floty jako „produkt krajowy”. I z tego punktu widzenia, być może warto zacząć mówić o nim pozytywnie i tworzyć wokół niego sprzyjającą atmosferę. Jest wiele warunków koniecznych do spełnienia aby tak się stało, jak zdolność SMW do prowadzenia złożonych projektów w sposób efektywny. Być może konsorcjum stworzone do budowy Kormorana okaże się właściwą drogą do budowy bliźniaka dla Ślązaka.

Jedno jest pewne. Wielu sympatyków marynarki wojennej może na bardziej lub mniej amatorskim poziomie dyskutować podstawy teoretyczne czy koncepcje struktury i użycia floty. Nie jest jednak w stanie pomóc w realizacji wybranych projektów i pokonywaniu biurokratycznych czy politycznych barier. Zwłaszcza, że to grono sympatyków żywi się raczej strzępami informacji niż jej bogactwem. Szkoda by było marnować kapitał wsparcia i entuzjazmu tkwiących w społeczeństwie, a wielu już raczej zwątpiło. I nie jest miło w internetowych dyskusjach widzieć argumenty o obronie Europy „do ostatniego amerykańskiego żołnierza”. Oficjalne oświadczenia o tym, że nasze rozwiązania prawno-budżetowe i ogłoszone projekty modernizacyjne mogą być przykładem dla innych krajów nie zastąpią w dyskusjach na międzynarodowych forach twardych faktów – jest kontrakt, czy nie? Tak więc Czytelnik przeglądający załączone zestawienie będzie sam musiał określić czy jest bardziej optymistą czy raczej pesymistą.

Mar 202014
 
Skrunda3-800

Trudno opracowywać strategię nie znając przeciwnika ani zagrożenia. Kryzys wokół Krymu tę sprawę wyjaśnia i reakcja Szwedów w postaci wypowiedzi Premiera jest całkowicie zgodna z Białą Księgą bezpieczeństwa narodowego Polski:

Mamy potężnego i nieprzewidywalnego sąsiada nie stosującego się do międzynarodowych standardów, które powstały po zakończeniu Zimnej Wojny. Ta nieprzewidywalność stwarza niepewność w naszym otoczeniu i musi być punktem początkowym dla rewizji potrzeb budżetu obrony.

Nasz problem polega na tym, że nie jesteśmy w stanie wygrać wyścigu zbrojeń z Rosją. Nawet, jeśli plan modernizacji zostanie w pełni zrealizowany, to nasza flota będzie nieliczna i tym samym wrażliwa na ciosy a odbudowa ewentualnych strat długotrwała, jeśli w ogóle możliwa. Ale czemu mielibyśmy w ogóle w takim wyścigu uczestniczyć? Przecież jest NATO, można by rzec. Tak, ale… jeśliby jakikolwiek konflikt wybuchł dzisiaj to siły NATO gotowe do natychmiastowego działania sprowadzają się do 12 F-16 w Polsce, 6 F-15C na Litwie oraz niszczyciela Aegis na Morzu Czarnym. Walczy się tym co jest dostępne w danym momencie, tak więc odwieczny problem ilość versus jakość znów powraca. Na to nakłada się równie antyczny problem równowagi pomiędzy atakiem i obroną, czyli armatą i pancerzem. Capt. Wayne Hughes stwierdza w swoim podręczniku taktyki, że flota powinna działać w rozproszeniu jeśli atak ma przewagę nad obroną lub odwrotnie, skoncentrowana, jeśli przewagę ma obrona. Zakładając, że środki ataku są skuteczniejsze od obrony i że nie posiadamy przewagi na morzu to powinniśmy dążyć do operacji, w których nasze siły są rozproszone fizycznie ale ich efekt działania jest skoncentrowany. Tylko nie bardzo jest co rozpraszać, chyba że zastosujemy znany koncept struktury sił High-Low, w którym użyje się systemów bezzałogowych jako uzupełnienie do tradycyjnych platform jak okręty i w połączeniu z nimi, tak aby dawały efekt synergii i wzmocnienia możliwości platform załogowych. Funkcja uzupełniająca a nie zastępująca rolę klasycznych okrętów pozwoli na zmniejszenie psychologicznej bariery wprowadzenia dronów do służby, o czym Lt. Matt Hipple, US Navy, pisze w USNI Proceedings:

Bariery kulturowe wciąż istnieją. W lotnictwie wszystkich rodzajów sił zbrojnych piloci w sposób naturalny sprzeciwiają się systemom bezzałogowym, zwłaszcza tym zaprojektowanym do niezależnego przeprowadzania ataku.

Założeniem prezentowanej idei jest, że każdy okręt klasy Czapla, Miecznik czy Ślązak współdziała z dwoma, trzema niewielkimi zautomatyzowanymi platformami jak łotewski okręt patrolowy Skrunda, pozostającymi pod kontrolą okrętu. Skrunda to mały SWATH o wyporności 125 ton zdolny do przenoszenia modułu w postaci 20-stopowego kontenera o wadze 6-ciu ton. Jego protoplasta był używany do testowania idei niszczyciela min dla Deutsche Marine. Wersja dla Estonii przewiduje funkcję i wyposażenie hydrograficzne. Maleństwo jest więc zaskakująco wszechstronne, a dzięki technologii SWATH „dzielne” na morzu.

Skrunda jako 125-tonowy dron SWATH? Foto Masoc.lv

Skrunda jako 125-tonowy dron SWATH? Foto Masoc.lv

Każdy z dronów mógłby działać bądź z ograniczoną załogą, bądź w trybie całkowicie autonomicznym i pełniłby rolę zdalnie sterowanej wyrzutni rakiet z wykorzystaniem już posiadanej technologii Nadbrzeżnego Dywizjonu Rakietowego. Architektura NDR-u a konkretnie systemu łączności, dowodzenia i kierowania ogniem posiada swe źródło w systemie NASAMS II firmy Kongsberg. Na dronach SWATH mogą być zainstalowane zarówno rakiety przeciw-okrętowe lub przeciwlotnicze krótkiego zasięgu W tym ostatnim przypadku rozszerza się strefę obrony i niejako sztucznie zwiększa zasięg rakiet przeciwlotniczych. Alternatywnie drony mogą wykonywać zadania pomocnicze przy zwalczaniu min czy po prostu funkcje policyjno patrolowe.

Architekturę C2 NDR-u można wykorzystać do kierowania dronami SWATH. Foto 3FoW.MW

Architekturę C2 NDR-u można wykorzystać do kierowania dronami SWATH. Foto 3FoW.MW

Instalacja, powiedzmy czterech kontenerów z rakietami NSM wydaje się być możliwa mając do dyspozycji 6 ton ładunku użytecznego. Potraktujmy kontener jako zdalnie sterowaną wyrzutnię włączoną drogą radiową w system oparty o architekturę C2 Nadbrzeżnego Dywizjonu Rakietowego. Wóz dowodzenia CCV ma możliwość kierowania ogniem do 12 celów lub salwą 12 rakiet do jednego celu wykorzystując wyrzutnie wysunięte na odległość maksymalnie 10 lub 20km (różne źródła podają różne dane). Czyli instalacja skonteneryzowanego modułu CCV  na okręcie pozwoliłaby na kontrolę do 3 dronów SWATH. Zasięg 20km koresponduje z horyzontem i jest wystarczający do uzyskania efektu rozproszenia a z drugiej strony oznacza, że drony pozostają w zasięgu wzroku. Problemem pozostaje połączenie modułu CCV z systemem C2 okrętu. Nie będąc fachowcem w tej dziedzinie, świadomie jednak unikam słowa integracja. Oba systemy mogłyby traktować siebie nawzajem jako zewnętrzne źródło danych. Teoretycznie drony mogą stanowić bezpośrednie rozszerzenie NDR-u, jeśliby były sterowane z lądu za pomocą przekaźnika łączności w postaci UAV. O ile dobrze rozumiem broszury reklamowe Kongsberga i NASAMS, to mamy znaczny nadmiar wozów CCV już zakupionych. Budowa kilku dronów SWATH nie wymagałaby dodatkowych inwestycji ani w kontenery z rakietami NSM ani w wozy dowodzenia CCV, gdyż jedno i drugie już jest. Koszt samego dronu SWATH można w tej chwili tylko szacować, niemniej Skrunda kosztowała 11 milionów EUR. W skrócie całą idee można streścić w kilku punktach:

  • NDR lub okręty Czapla, Miecznik, Slązak stanowią centrum dowodzenia rozproszonych wyrzutni rakietowych NSM zarówno na lądzie jak i na morzu.
  • Zdalną wyrzutnią na morzu jest dowolny okręt lub dron SWATH
  • Dron SWATH jest modularny
  • Drony  mogą być budowane zamiast drugiego dywizjonu jako rozszerzenie NDR-u
  • Wykorzystuje się istniejącą technologię w rękach polskiego przemysłu.
  • Projekt ma krajowego sponsora i orędownika.

Jeśli pomysł ma sens to ciekawym efektem ubocznym może być zdolność Ślązaka do kierowania ogniem 12 rakiet NSM. W 2016 roku i bez modernizacji. W rzeczy samej, kontener CCV wyposażony w Link-16 może być zainstalowany na dowolnej platformie.

Idea zainstalowania na dronach SWATH rakiet przeciwlotniczych krótkiego zasięgu jest być może intrygująca ale mało interesująca dla Marynarki Wojennej. Niemniej wersja z rakietami AMRAAM jest w zasadzie dostępna jako rozszerzenie NDR-u. Flota potrzebowałaby pocisku z możliwością pionowego startu i bez konieczności instalacji specjalizowanych wyrzutni jak Mk41 czy Sylver. Takimi pociskami są zarówno RAM Blk II jak i VL Mica a broszury mówią o zdolności systemu NASAMS do adaptacji innych rakiet niż już zintegrowane. Jest więc pole do popisu i spekulacji na temat co jest możliwe a co jest fantazją. Jedno wydaje się być dzisiaj pewne – czas przyśpieszył i warto się skupić na technologiach i możliwościach będących w zasięgu ręki. Poza programami priorytetowymi, wykorzystanie do maksimum tego co już istnieje lub w co już zainwestowano będzie miało pierwszeństwo nad papierowymi planami.

Mar 132014
 
15latNATO

Ten rok jest szczególny w historii Polski – 25 lat od odzyskania niezależności, 15 lat od wstąpienia do NATO i 10 lat od przystąpienia do Unii Europejskiej. Pytanie o los Krymu i być może całej Ukrainy nie mogło zostać postawione w lepszym momencie dla pobudzenia refleksji nad bezpieczeństwem Polski. Wzmianka Premiera w Sejmie o możliwym przyśpieszeniu prac nad modernizacją sił zbrojnych nie dziwi w takiej sytuacji. Co to jednak znaczy dla marynarki wojennej? Czy Marynarka Wojenna RP będzie również uwzględniona?

Warto zacząć od szerszego kontekstu. Kryzys na Krymie potwierdza oba założenia będące podstawą strategii bezpieczeństwa kraju. Z jednej strony należy wzmocnić zdolności obronne kraju ale jednocześnie oczywistym się staje, że samodzielnie możemy się przeciwstawić wyłącznie zagrożeniom w ograniczonym zakresie. Istnienie państw małych lub słabszych sąsiadujących z wielkimi potęgami zależy od wspólnoty międzynarodowej. Tak więc w interesie tych państw leży wspieranie wysiłków na rzecz utrzymywania prawnego porządku międzynarodowego. Marynarka wojenna w naszym położeniu jest szczególnie przydatna do działania na rzecz budowy bezpieczeństwa międzynarodowego oraz do wyrażania politycznej woli rządu. Podobnie jak przylot do Polski eskadry F-16 USAF która nie stanowi istotnej siły militarnej ale sygnalizuje wsparcie Stanów Zjednoczonych, tak uczestnictwo okrętów pod polską banderą w operacjach międzynarodowych demonstruje nasz wkład w zbiorowe bezpieczeństwo.

Bardziej sygnał polityczny niż siła militarna. Foto F-16.net

Bardziej sygnał polityczny niż siła militarna. Foto F-16.net

Po tym przydługim wstępie możemy sobie zadać pytanie co jest możliwe do zmiany w planie modernizacji marynarki wojennej? Nie ma chyba odpowiedzi jednoznacznej, ale jest możliwe stworzenie czegoś na kształt drzewa decyzyjnego. Pierwsze rozstrzygnięcie to jakie projekty mają realne szanse na przyśpieszenie. Za tym powinien nastąpić wybór wariantu, który skraca realizację planu przy zachowaniu elastyczności w nakładach finansowych. Ta elastyczność pozwoli na minimalizację ryzyka wynikającego z prawdopodobnych przesunięć środków budżetowych na rzecz najważniejszych priorytetów sił zbrojnych. Jak wiemy są to obrona przeciwlotnicza i mobilność wojsk, czyli program śmigłowcowy. Oba są bardzo kosztowne i ich przyśpieszenie spowoduje kumulacje wydatków wcześniej niż planowano. Nie są jednak dla floty obojętne, gdyż oznaczają potencjalnie wcześniejsze wprowadzenie do służby śmigłowców SAR, ASW oraz dwóch baterii przeciwlotniczych do osłony baz morskich. To zaś może być argumentem używanym w dyskusjach budżetowych, gdyż oznacza wzmocnienie potencjału floty.

Poniżej będę się posługiwał raczej dokumentem Modernizacja techniczna SZ RP dostępnym (i w miarę aktualizowanym) na stronie MON, a nie prezentacją z marca 2012 roku. To są bowiem „realne” projekty będące przedmiotem planowania MON-u. Lista szybko obnaża wąskie pole manewru. Przyśpieszenie budowy Kormorana II, remontu OHP i dokończenia Ślązaka wydaje się być mało prawdopodobne. Zakup okrętów podwodnych oznacza zablokowanie olbrzymich kwot i znacząco ogranicza elastyczność finansowania innych pozycji zawartych w planie. Gdyby maksymalizacja możliwości bojowych była głównym kryterium decyzyjnym to warto być może podjąć takie ryzyko. Tylko jakie możliwości rzeczywiście kupujemy? Odpowiedź bardzo zależy od koncepcji użycia okrętów podwodnych. Ciekawy artykuł na ten temat ukazał się w marcowym numerze USNI Proceedings (dla subskrybentów). Dotyczy wspólnych amerykańsko – niemieckich ćwiczeń, w których ważny transport bez eskorty miał przejść przez wąski pas wody. Przeciwnikiem był okręt podwodny SSN, a wsparciem własny klasyczny okręt klasy U-212 wspierany przez samoloty patrolowe, śmigłowce ASW z lotniskowca i ciekawostka… okręt badawczy Planet wyposażony w holowany sonar aktywno-pasywny. Poniżej niektóre wnioski z ćwiczeń:

Tradycyjna mądrość mówi, że konwencjonalne okręty podwodne są zbyt wolne aby mogły służyć jako osłona ASW, zwłaszcza że wzajemne zasięgi wykrycia okrętów podwodnych rzadko przekraczają kilka tysięcy jardów. Nawet na ograniczonych akwenach wodnych, problem dobrego zarządzania obszarem wodnym i organizacja łączności tworzą sytuację, która wydaje się trochę niewarta posiadania dodatkowych zasobów, których zasięg wykrywania celów przypomina boję akustyczną.

Jednak TACDEVEX zademonstrował, że nowoczesny, klasyczny okręt podwodny, wolny czy też nie, może wnieść znaczący wkład w operacje jeśli będzie połączony z aktywnymi sensorami dalekiego zasięgu. U-32 może zostać wezwany do wynurzenia i odebrać dane odnośnie celu i w ten sposób być aktywnym członkiem operacji ASW bez ograniczania swobody taktycznej innych sił własnych…

Co więcej, taktyczne użycie detekcji bistatycznej dla celów analizy ruchu USS Norfolk (SSN) przeszło najśmielsze oczekiwania. U-32, który nigdy nie był wyposażony we własny sonar aktywny, nagle zyskał możliwość korzystania z większego zasięgu wykrywania sonaru holowanego przez Planet, wciąż pozostając w trybie pasywnym.

Innowacyjne użycie okrętu badawczego daje nowe szanse dla U-32

Innowacyjne użycie okrętu badawczego daje nowe szanse dla U-32

Dwie rzeczy zwracają uwagę. Małe zasięgi wykrywania celu za pomocą własnego sonaru, co na Bałtyku powinno być jeszcze bardziej widoczne niż na Atlantyku. Aby okręt podwodny był efektywny potrzebuje współpracy z zewnętrznymi sensorami lub posiadać z zewnątrz informacje, gdzie szukać celu. Po drugie, innowacyjne zastosowanie było nie było, okrętu badawczego. Co oznacza, że sam zakup klasycznego okrętu podwodnego to dopiero początek drogi do pełnego wykorzystania jego możliwości bojowych, które jak na razie pozostają potencjalnymi. Gdyby jednak istniała możliwość przejęcia czy leasingu okrętów nowo zbudowanych czy też będących w końcowej fazie budowy (choćby jednego), to zysk na czasie przeważałby wszelkie obiekcje. Tylko, czy są takie szanse? Wolę głośno nie myśleć.

Przyśpieszenie projektów Miecznika i Czapli jest mało prawdopodobne. Remontowa ma pełen portfel zamówień do 2015 roku a SMW będzie się zmagać ze Ślązakiem do 2016-go. Nie ma co więc nawet przyśpieszać procedur biurokratycznych. Istnieje co prawda możliwość zamówienia okrętów w stoczniach zagranicznych pod warunkiem, że budowa okrętów podwodnych nie zablokuje środków finansowych i rząd zrezygnuje z planów wspierania krajowego przemysłu. No cóż, coś za coś. Chyba, że da się pierwszeństwo okrętom nawodnym, wówczas jak najszybciej trzeba by przejść do etapu przetargu.

Jest jeszcze jedna kontrowersyjna możliwość, o której na tym blogu wspominałem parokrotnie. Jest nią kontynuacja programu MEKO A-100, czyli budowa bliźniaka dla Ślązaka według specyfikacji możliwie maksymalnie zbliżonej do Czapli. Ma to parę zalet, przy jednoczesnym podjęciu pewnego ryzyka. Czas budowy można skrócić poprzez tak zwane advanced procurement, czyli zamówienie potrzebnych materiałów czy elementów wyposażenia nie czekając na zakończenie budowy Ślązaka. Jest to możliwe, bo plany okrętu jak i łańcuch dostaw już jest. Ryzyko polega na tym, że SMW „nie zdała” jeszcze swojego egzaminu. Ale jak nie zda, to cały plan modernizacji a raczej jego harmonogram przy nacisku na wspieranie własnych stoczni legnie w gruzach. Integrację systemu C2 można również przyśpieszyć, gdyż byłaby to tylko mutacja systemu już zamówionego. W przypadku konieczności rozłożenia finansowania w czasie, technologia MEKO pozwala na relatywnie łatwe późniejsze modernizacje okrętu/okrętów.

Anglosasi powiadają, że lepsze jest wrogiem dobrego. Spróbujmy nie komplikować spraw za bardzo. Z powyższego tekstu wyłania się obraz ograniczonych opcji, które jednak warto przeanalizować w świetle wielu straconych lat. Sytuacja jest poważna i liczy się moim zdaniem czas. Lepszy Ślązak w służbie niż Miecznik w planach.

Feb 162014
 
USNIJan14

Stwierdzenie, że media są w stanie wykreować rzeczywistość, nie jest niczym nowym. Niepokojący jest więc obraz sił nawodnych wyłaniający się z lektury doniesień medialnych. Informacje odnoszą się głównie do priorytetów jak zagrożenia cybernetyczne czy obrona przeciwlotnicza i przeciwrakietowa. Jeśli w ogóle marynarka wojenna jest wzmiankowana, to wypowiedzi są zdominowane przez okręty podwodne i to czy mają być uzbrojone w rakiety czy nie. Siły nawodne pozostają w cieniu wydarzeń i w miarę jasnym punktem jest tylko program budowy Kormorana. Jedyna informacja, jaką udało mi się ostatnio znaleźć w internecie na temat Czapli i Miecznika, które powinny stanowić trzon floty nawodnej, to zdanie z Dziennika Zbrojnego – „Zgodnie z informacjami przekazanymi redakcji przez IU, w tym roku planuje się rozpoczęcie postępowań przetargowych na pozyskanie obu tych typów okrętów.”

Jeśli procedury przetargowe będą prowadzone w ciszy i zgodnie z planem, pod parasolem medialnej burzy na temat okrętów podwodnych, to pół biedy. Gorzej, jeśli oba projekty nie posiadając dobrej prasy staną się celem cięć budżetowych nowej ekipy rządzącej. Okrętom nawodnym brak instytucjonalnych sponsorów, co po części wynika ze zbyt gwałtownych zmian doktrynalnych. Z jednej skrajności działań ekspedycyjnych wpadamy w drugą skrajność obrony własnego terytorium. Do czego więc jest nam potrzebna kosztowna flota nawodna? W tym samym czasie, gdy w Polsce dyskutuje się żywo o olbrzymich kwotach na okręty podwodne, w Stanach Zjednoczonych trwa dyskusja o liczbie lotniskowców. Oba projekty pochłaniają istotną część budżetu tych dwóch flot posadowionych na przeciwnych krańcach spektrum. Jednak, jak spostrzega Adm. Thomas Rowden z US Navy:

Koszt okrętów, załóg, sensorów, uzbrojenia i utrzymywania gotowości bojowej wciąż rośnie. (…) Jednak jest raczej nieprawdopodobne aby zapotrzebowanie na siły nawodne zmalało – co więcej, jest bardziej niż prawdopodobne, że ono wzrośnie.

Artykuł, z którego pochodzi cytat jest zatytułowany Building the Surface Fleet of Tommorrow. Mamy więc do czynienia z wizją, dla której poparcie buduje się w mediach już dzisiaj. W tym przedsięwzięciu bardzo pomocny jest slogan określający trzy priorytety Adm. Jonathana Greenerta, CNO US Navy:

Warfighting First, Operate Forward, and Be Ready.

Zwykłe hasło, które jednym uchem wpada a drugim wypada? Niezupełnie. Proste zdanie składające się z sześciu słów zawiera definicję sensu istnienia (Warfighting First), elementy strategii (Operate Forward) i bieżący cel do osiągnięcia (Be Ready). Na ile podobne hasło stworzone dla Marynarki Wojennej RP, a w szczególności jej sił nawodnych byłoby skutecznym narzędziem promocji? Nie wiem, ale warto chyba spróbować stworzyć coś podobnego. Pomysły czytelników są mile widziane, a na początek przykład pozytywny bliżej naszego podwórka. Oto motto Ministerstwa Spraw Zagranicznych:

Polsce – służyć, Europę – tworzyć, Świat – rozumieć

Podobnie jak poprzednio tylko sześć słów. Trzy czasowniki określają relacje, trzy rzeczowniki – geograficzne obszary zainteresowań a kolejność definiuje priorytety. Proste i zwięzłe. Duże brawa dla autora. Poniżej moja nieudolna próba w siedmiu słowach:

Strzec: niepodległości Polski, granic Europy, porządku w Świecie

Pierwszy człon jest zgodny z obowiązującą „doktryną Komorowskiego”, która najprawdopodobniej odzwierciedla poglądy wyznawane przez znaczną część polskich elit i społeczeństwa. Drugi człon jest wyrazem solidarności „wszyscy za jednego, jeden za wszystkich”, o którą polska polityka zagraniczna aktywnie zabiega. Ostatni deklaruje otwartość na świat w miarę naszych możliwości. W wymiarze militarnym, a zwłaszcza struktury floty, realizacja dwóch ostatnich członów hasła nie jest możliwa bez pełnomorskich okrętów nawodnych, których minimalną fizyczną reprezentacją jest korweta lub okręt patrolowy klasy OPV. Patrząc na motto poprzez pryzmat trójkąta funkcji marynarki wojennej, mamy do czynienia z przewagą funkcji bojowej w obronie niepodległości kraju, dyplomatycznej w ochronie granic Wspólnoty i policyjnej w egzekwowaniu porządku światowego. Europa jest bardzo podzielona co do tego, jak każdy kraj widzi zagrożenie dla swoich interesów czy bezpieczeństwa. Panuje jednak coraz większa zgodność co do faktu rosnących napięć i problemów na granicy południowej, północnej i wschodniej EU. O ile problematyka wschodnia będzie naturalnie zdominowana przez koncepcje takie jak głoszone w Polsce – państwa granicznego, obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej, posiadania skutecznego lotnictwa i mobilnej armii, to ochrona granic południowej i północnej ma charakter w dużej mierze morski.

W ten sposób wchodzimy trochę na pole polityki zagranicznej, ale mam wrażenie, że dyplomacja będzie rosła w cenie. Powód jest prosty – wspólna polityka obronna Europy wciąż nie istnieje a droga ku niej kręta i długa. Z drugiej strony próby powrotu NATO do korzeni, czyli wspólnej obrony napotykają na ten sam problem – obrony czego i przed czym? Jesteśmy więc, być może świadkami ewolucji North Atlantic Treaty Organization w kierunku Normalization And Training Organization. Ma to swoją ogromną wartość, ale jest niczym bez politycznej woli wspólnego działania.
Lektura styczniowego numeru USNI Proceedings przynosi jeszcze jeden ciekawy wątek do rozwagi. W przypadku niekorzystnego rozwoju sytuacji dla planu modernizacji marynarki wojennej i zagrożenia dla projektów Czapli i Miecznika, czy to się nam podoba czy nie, trzonem floty nawodnej są … trzy Orkany. Powstaje wówczas pytanie o następstwo dla tych okrętów, które po prawdzie bardzo pasują do promowanej strategii odmowy dostępu i obrony granic państwa. W komentarzach Prof. Wayne Hughes, wielki proponent flotylli niewielkich okrętów nawodnych jak koncepcyjny Sea Lance, przytacza fragment rozmowy z oficerem zaprzyjaźnionej, sojuszniczej floty:

Opisałem okręt (przyp. – SeaLance) i jego przeznaczenie swojemu przyjacielowi i dawnemu studentowi z Marynarki Wojennej Singapuru. Major Hia Chek Phong dowodził w przeszłości okrętem RSS Victory a później całą ich eskadrą. Jego szokująca odpowiedź sprzed dekady była – „mając do dyspozycji waszą technologię, dlaczego nie przeskoczycie od razu do małego okrętu bezzałogowego?” Rzeczywiście, dlaczego? Odpowiedziałem, że technologicznie jesteśmy gotowi, ale nie wiedzielibyśmy jakie cechy bojowe wbudować w oprogramowanie kierujące okrętem. Potrzebujemy najpierw doświadczenia z okrętem załogowym.

Czy konstrukcja jak Stiletto mogłaby posłużyć za prototyp bezzałogowego przybrzeżnego wojownika? Foto www.hightech-edge.com

Czy konstrukcja jak Stiletto mogłaby posłużyć za prototyp bezzałogowego przybrzeżnego wojownika? Foto www.hightech-edge.com

Ciekawy fragment, bo tu mamy nad amerykanami przewagę w posiadanym doświadczeniu. Technologię o wiele łatwiej kupić za pieniądze niż doświadczenie. Takiej opcji w Planie A nie ma, ale jeśliby miało dojść do wersji B, to koncept jest do rozważenia. Jak bumerang wraca idea „niestabilnego” projektu autorstwa J.K Browna, czyli okrętu zbyt drogiego by był bezbronny. To prowadzi według Szwedów do alternatywy Invincible (Niezwyciężony) lub Invisible (Niewidzialny). Technologia dronów oferuje trzecią alternatywę – Niezniszczalnego roju (Swarm).

W krótkiej wymianie zdań na FB wizję pozostania z patrolowym Ślązakiem określono słowem STRASZNE. Próbujmy więc wykorzystać dostępne nam media do stworzenia wsparcia dla pozytywnej wizji rozwoju sił nawodnych.

Jan 112014
 
A2:ADTangredi

W coraz częściej pojawiających się publicznych dyskusjach na temat modernizacji sił zbrojnych, rzadko podejmowany jest temat koncepcji czy też strategii rządzącej logiką wysiłków modernizacyjnych. Terminy najczęściej używane w kontekście Marynarki Wojennej to Bałtyk Plus czy odstraszanie. Ostatnio Prof. Koziej użył terminu niedostępności terytorialnej kraju. Poniższy tekst jest próbą krytycznego spojrzenia na stosowność używania wspomnianych terminów i wezwaniem, aby wrócić do klasyków. Nie chcę dzielić włosa na czworo, ale od podstawowych definicji zależy (albo raczej powinno zależeć) jakie będziemy mieli okręty podwodne, jaką rolę będą spełniały drony w systemie obronnym lub czy ma sens inwestowanie w patrolowe samoloty CASA. W książce The Dynamics of Military Revolution, 1300-2050 (MacGregor Knox i Williamson Murray) znalazłem taką oto perełkę mądrości:

Błędy strategiczne mogą zostać skorygowane dopiero w następnej wojnie.

Do właściwości stosowania teorii Jeune Ecole w odniesieniu do naszych koncepcji obronnych już się na tym blogu odnosiłem. Dzisiaj czas na idee niedostępności terytorialnej kraju oraz odstraszania. Pierwsza jest zapewne spolszczeniem amerykańskiego terminu A2/AD czyli anti-access/area denial. Jest to określenie dość nowe i wcale nie precyzyjne. Termin jest popularny i chwytliwy ale do niedawna brakowało mu jakiejkolwiek podbudowy teoretycznej. Na szczęście ukazała się książka Samuela Tangredi, Anti-Access Warfare: Countering Anti-Access and Area-Denial Strategies, która jest próbą usystematyzowania wiedzy na ten temat. Autor, analizując konflikty z przeszłości wyodrębnia pięć podstawowych elementów stanowiących zręb koncepcji:

  • przekonanie o strategicznej przewadze sił atakujących
  • dominujący czynnik geografii jako element mający największy wpływ na czas operacji i wykruszanie się sił przeciwnika (attrition)
  • dominację obszarów morskich nad przestrzenią konfliktu
  • krytyczny wpływ posiadania informacji i rozpoznania oraz odwrotnie – decydujący efekt operacji wprowadzających przeciwnika w błąd co do rzeczywistych zamiarów i działania
  • zdecydowany wpływ wydarzeń w innych regionach i niezwiązanych bezpośrednio w konfliktem

Każdy z powyższych punktów jest w przypadku Polski dyskusyjny i nie daje jednoznacznego potwierdzenia słuszności przyjęcia takiej koncepcji obrony. Retoryka „państwa granicznego Unii” i położenie geograficzne eliminuje argument o dominacji obszarów morskich. Geografia sama w sobie nie sprzyja za bardzo działaniom opóźniającym ani wyczerpywaniu sił przeciwnika. Mamy natomiast wpływ na budowanie świadomości sytuacyjnej. Polityka zagraniczna za cel może również obrać tworzenie sytuacji dla przeciwnika niewygodnych i odwracających jego uwagę od bieżącego konfliktu. Ten ostatni punkt Tangredi ilustruje przykładem ataku Persów na Grecję. Bitwa morska pod Salaminą choć zwycięska dla Greków nie była w stanie sama zmienić wyniku wojny. Stworzyła jednak groźbę odcięcia dróg zaopatrzenia, co wobec mnożących się buntów podbitych ludów wewnątrz państwa Perskiego zmusiły Kserksesa do zmiany kalkulacji i wycofania się z Grecji. Do prowadzenia takiej polityki nie potrzebujemy jednak A2/AD. Przykładem jak najbardziej współczesnym prowadzenia aktywnej polityki zagranicznej poza potencjalnym obszarem konfliktu niech będzie wizyta okrętów JMSDF w Polsce i próba zacieśniania stosunków na płaszczyźnie militarnej.

Najbardziej trafnym wydaje się być przekonanie o przewadze przeciwnika. Tu jednak napotykam na pewien problem logiczny. Po pierwsze zagrożenie może nadejść niekoniecznie ze strony dominującej potęgi. W końcu żyjemy w świecie, gdzie struktury pozarządowe i ponadnarodowe są równie groźne co państwa. Jeśli jednak będziemy wystawieni na prowokacje ze strony przeważającej siły to nasze działanie ma sens i szanse powodzenia wówczas gdy założymy, że przeciwnik ma ograniczone cele. Mamy więc do czynienia ze sporem nie będącym dla przeciwnika zagrożeniem istotnym i do realizacji którego przeznacza tylko fragment swoich sił. Dlaczego więc wówczas z góry zakładamy przewagę sił atakujących? Jeśli podważymy ten podstawowy argument za stosowaniem koncepcji niedostępności terytorialnej, to wówczas, jak zauważa Sam Tangredi:

W skrócie, bez przekonania o strategicznej przewadze oponenta, optymalizowanie sił zbrojnych pod kątem niedostępności terytorialnej nie jawi się ani jako niezbędne ani atrakcyjne. Zamiast tego, siła własnej armii na polu walki i zdolność do operowania poza obszarem konfliktu może nawet skuteczniej zapobiec jakiemukolwiek potencjalnemu atakowi. Koszty realizacji strategii niedostępności terytorialnej mogłyby być lepiej wykorzystanie do optymalizacji własnych sił.

Małe inwestycje i duży efekt. Włoscy płetwonurkowie zatapiają Viribus Unitis w porcie przeciwnika .

Małe inwestycje i duży efekt. Włoscy płetwonurkowie zatapiają Viribus Unitis w porcie przeciwnika .

Co więc w zamian? Proponowane podejście miałoby sens, gdybyśmy umieli precyzyjnie a wręcz chirurgicznie rozdzielić A2/AD od podejścia klasyków do obrony przed silniejszym przeciwnikiem i uzasadnić przewagę takiego teoretycznego wsparcia strategii obronnych. Klasycy oferują jednak wystarczająco dużo przemyśleń na temat i to zarówno w domenie wojny na lądzie jak i na morzu. Twierdzenia von Clausewitza o wyższości obrony nad atakiem nie brzmią tak medialnie jak “Polskie Kły”, ale już wersja “aktywnej obrony” w  wydaniu Mao Tse Tunga wydaje się być równie chwytliwa. Sir Julian Corbett powtarza za von Clausewitzem, że „prawdziwa obrona oznacza oczekiwanie na szansę do ataku” a „ogólna polityka obronna może się składać z serii mniejszych operacji ofensywnych”. Narzucenie sobie z góry przekonania o wyższości przeciwnika jest niekoniecznie i niekorzystne. Z góry może sugerować rozwiązania, które blokują ofensywne nastawienie sił zbrojnych. Jeśli wziąć pod uwagę twierdzenie Juliana Corbetta o tym, że struktura floty powinna być odzwierciedleniem dominujących poglądów, to brak precyzyjnego rozróżnienia pomiędzy koncepcją niedostępności terytorialnej a aktywną obroną może zaowocować chybionymi inwestycjami. Ilustracją niech będzie pomysł samolotów patrolowych CASA. Zgodnie z tym co wiemy już o A2/AD, posiadanie informacji jest kluczowym elementem strategii. Co jednak, jeśli konflikt rozstrzyga się głównie na lądzie a obszar patrolowany jest w zasięgu lotnictwa przeciwnika mającego strategiczną przewagę. Systemy ISR czy C2 będą wśród pierwszych celów do zniszczenia. Być może rozsądniej byłoby inwestować w drony? Albo porzucić koncepcję i założyć bardziej wyrównane szanse z możliwością walki o uzyskanie przynajmniej chwilowej i lokalnej przewagi. Wówczas samolot załogowy da nam lepszą informację i warto zaryzykować?

Samolot patrolowy czy drony? Zależy od subtelnych różnic w formułowaniu strategii

Samolot patrolowy czy drony? Zależy od subtelnych różnic w formułowaniu strategii

Odmowa terytorialna może być spójna z koncepcją odstraszania i często bywają one wymieniane jednym tchem. Pokazujemy przeciwnikowi, że atak na nas nie tylko będzie kosztowny ale mamy kły i możemy się odgryźć. Tylko czy aby na pewno? Zbyt często zapominamy o niedocenianym psychologicznym aspekcie odstraszania. Powracam do tego, co na ten temat mówi Sam Tangredi:

W dyskusji o odstraszaniu jako elemencie niedostępności lub anty-niedostępności terytorialnej należy pamiętać, że odstraszanie nie jest własnością fizyczną – jest to stan umysłu. Odstraszanie występuje gdy rządowi decydenci są przekonani, że potencjalny oponent posiada zarówno technologię jak i wolę do uniemożliwienia osiągnięcia celu. Zarówno możliwości jak i wola muszą być oczywiste dla decydentów, jeśli mają odwieść ich od podjęcia akcji.

Założenie o strategicznej przewadze przeciwnika utrudnia nam przekonanie go o naszej zdolności do uniemożliwienia mu osiągnięcia celu. W końcu ma wystarczającą przewagę, prawda? Autor analizując wojny z przeszłości dochodzi do wniosku, że technologia w ogóle ma mały wpływ na wynik zmagań z obroną opartą o ideę niedostępności terytorialnej. Na poziomie samej technologii podkreśla on konieczność nie tylko precyzji ale i siły oraz ciągłości ognia. To zakłada odporność na ciosy i duży zapas amunicji i wiele platform. Dlatego konwencjonalne odstraszanie jest tak trudne.

Niedawno ukazał się tekst warty lektury i napisany z dużą dozą poczucia humoru, zatytułowany How Poland Came to Be a Major EU Power a w nim zdanie:

As for the Poles, everyone knows why they don’t budge: they have an inferiority complex and a strong dose of territorial angst.

Z koncepcją A2/AD w odniesieniu do Polski mam dwa problemy. Pierwszy to obawa, że cytowane zdanie ma zbyt duży wpływ na nasz sposób myślenia o bezpieczeństwie narodowym. Drugi to pytanie na ile Marynarka Wojenna jest właściwym narzędziem do realizacji obranej koncepcji oraz czy flota nie byłaby bardziej przydatna do budowania relacji wzajemności w ramach zarówno EU jak i NATO.

Dec 292013
 
SolarSailor

Prof. Stanisław Koziej mówiąc o dronach wzywa na Twitterze „Musimy trzymać się czołówki w tym peletonie”, co będzie jednak trudne przy naszym poziomie finansowania. Czołówka, czyli Stany Zjednoczone wydają na projektowanie, budowę i eksploatację pojazdów bezzałogowych ponad $4 mld rocznie. Nie znaczy to wcale, że nie mamy tu nic do powiedzenia lub, że powinniśmy się zniechęcać. To tylko wskazuje na konieczność wyznaczenie własnej drogi długofalowego rozwoju dronów na potrzeby sił zbrojnych i wspierającego je zaplecza przemysłowo – badawczego. Zwłaszcza, że w tej dziedzinie tak gwałtownie się rozwijającej liczy się koncept i umiejętność pożenienia ze sobą różnych technologii w jednym produkcie. Taka zabawa w klocki Lego. Ponieważ jest to blog wojenno-morski, pozostaniemy przy pojazdach bezzałogowych z potencjalnym zastosowaniem w działaniach na morzu. Skromność zasobów finansowych zmusza nas do skupienia wysiłków na „rodnikach krystalizacji”, czyli projektach o największych szansach na realizację, pozostawiających jednocześnie pole dla badań nad kluczowymi technologiami na przyszłość. Narodowe Centrum Badań i Rozwoju (NCBR) co rok podejmuje za nas pewne decyzje i tegoroczne wybory są dla nas wskazówką:

Na plus:

  • Autonomiczne pojazdy podwodne z cichym napędem falowym do rozpoznania podwodnego
  • Autonomiczne Platformy Nawodne

Na minus:

  • Zintegrowany Modułowy System Monitoringu i Przeciwdziałania Morskim Zagrożeniom Dywersyjnym i Terrorystycznym
  • Autonomiczne Platformy Podwodne

To, co w ostatecznym rachunku zostanie takim „rodnikiem krystalizacji” zależy również od aktualnego stanu posiadania. Coś już zostało rozpoczęte, jak moduł przeciwminowy dla Kormorana i Czapli czy też zakup dwóch zestawów Gavia. Marynarka Wojenna posiada i użytkuje także szereg pojazdów klasy ROV. Dokument nie powstawałby więc w próżni i powinien nas w jakiś sposób ukierunkowywać w naszych wyborach. Technologia nie stanowi panaceum na wszelkie problemy i jeśli nie jest poparta koncepcją, staje się drogim gadżetem. Aby tego uniknąć, nie możemy się sami oszukiwać co do możliwości i celów użycia technologicznych nowinek. Niedawno opublikowana aktualizacja Unmanned Systems Integrated Roadmap FY2013-2038 Departamentu Obrony Stanów Zjednoczonych formułuje niezbędne ramy na ogólnym poziomie w sposób bardzo obrazowy. Systemy bezzałogowe są najbardziej pożyteczne w zadaniach dull, dirty, dangerous. Dull oznacza zadania żmudne, nudne i monotonne. Dirty, czyli brudne to zadania wystawiające człowieka na niepotrzebne ryzyko a dangerous są zadaniami niebezpiecznymi w wyniku przemyślanej akcji przeciwnika.

Tak widzi swój rozwój dronów US Navy. Źródło DoD.

Tak widzi swój rozwój dronów US Navy. Źródło DoD.

Wspomniany dokument natychmiast tłumaczy to na konkretne zadania ale moją preferencją byłoby unikanie uszczegółowień na tym etapie, bo może to blokować twórczą wyobraźnię i spychać wręcz w ustalone schematy. Przykładem pozytywnym unikania schematów niech będzie K-MAX z sukcesem używany w logistyce.

Problem kosztów jest mało omawiany, ale zwraca się uwagę na fakt, że systemy bezzałogowe stają się coraz bardziej złożone a więc i droższe. Ostatnie informacje na temat amerykańskiego UCLASS mówią o samolocie wielkości F-14 Tomcat, czyli maszynie ponad 30-tonowej. Należy więc ostrożnie podchodzić do pomysłu kompensowania braku odpowiedniej liczby załogowych platform tanimi dronami. Trzeba będzie ponieść niezbędne koszty w przypadku misji dirty oraz dangerous, szukając być może oszczędności dla misji dull.

Samo posiadanie pomysłu na bezzałogowiec to dopiero początek drogi. Realizacja pomysłu wymagać będzie odpowiedzi na szereg trudnych pytań i rozwijania nowatorskich technologii. Tak jak niegdyś zadana wielkość okrętu stawiała konstruktora wobec wyboru równowagi pomiędzy pancerzem, prędkością i uzbrojeniem, tak i dzisiejsze pojazdy bezzałogowe można zdefiniować poprzez wybór punktu w przestrzeni zdefiniowanej poprzez kilka parametrów:

  • Zdalne sterowanie czy autonomia. Krytycznym punktem i kluczową technologią jest łączność. Zasięg, niezawodność i bezpieczeństwo łącza stanowi problem sam w sobie i będzie pierwszym punktem ataku przeciwnika. Utrata kontroli nad dronem lub co gorsza przejęcie kontroli nad nim przez przeciwnika oznacza samozniszczenie. Przeciwnik nie musi więc tworzyć systemów uzbrojenia specjalizowanych do zwalczania dronów, a nikt chyba nie ma zamiaru zwalczać ich za pomocą rakiet za pół miliona lub milion dolarów? Tematem przyszłościowym jest sterowanie rojem dronów i ich wzajemna, autonomiczna komunikacja.
  • Automatyzacja czy Inteligencja. Krytycznym punktem będzie zdolność podejmowania decyzji. Te dwa pojęcia nie są przeciwstawne, raczej są to dwa etapy tego samego procesu. Podejmowanie decyzji przez sztuczną inteligencję to raczej pieśń przyszłości, mówimy więc raczej o zaawansowanej automatyzacji i zdolności do podejmowania prostych decyzji. Związane to jest bądź z bezpieczeństwem poruszania się w przestrzeni używanej przez pojazdy załogowe, bądź ze środowiskiem utrudniającym łączność. Typowym przykładem będą pojazdy podwodne. Tak więc NCBR być może całkiem świadomie używa słowa „autonomiczny” w opisie projektów.
  • Zbieranie informacji czy użycie siły. Krytycznym punktem jest odpowiedzialność za skutki użycia. Stosowanie systemów autonomicznych zwłaszcza uzbrojonych, rodzi nie tylko problemy prawne ale równie trudne pytania etyczne. Przykładem niech będzie dyskusja w Stanach Zjednoczonych na temat medalu za odwagę dla operatorów dronów sterujących nimi z np. Waszyngtonu. Zatarcie granicy pomiędzy grą a rzeczywistością prowadzi do bardzo różnych konsekwencji. Dobrą ilustracją jest film Ender’s Game, niekoniecznie tylko dla miłośników science fiction.

Droga jawi się więc mocno kręta ale dająca ogromne możliwości dla ośrodków badawczych, uczelni i przemysłu. Zawsze tak się dzieje w sytuacji narodzin czegoś nowego. Obok środków finansowych znacznie większą rolę niż zwykle, odgrywa potencjał intelektualny. To czego nam brakuje to pewnego rodzaju masa krytyczna i szybkość wymiany informacji. Masa krytyczna odnosi się do ilości osób wymieniających się ideami a szybkość związana jest z otwartością na poglądy i idee innych oraz gotowością do współpracy. Jak widać odeszliśmy daleko od technologii, która widziana w takim zwierciadle staje się pochodną pewnego modelu społecznego. Wróćmy na ziemię. Jeszcze jeden cytat z dokumentu DoD, aby nie pominąć doświadczeń lidera:

Patrząc w przyszłość, dominować będzie modernizacja już istniejących zdolności a ograniczony rozwój nowych możliwości najprawdopodobniej skupiać się będzie na mniejszej liczbie potężniejszych platform zdolnych do działania w otoczeniu o wyższym zagrożeniu.

Wzmianka o wyższym poziomie zagrożenia jest spójna z naszymi planami rozwoju marynarki wojennej i retoryką „państwa granicznego EU”. Cytat określa dwa podstawowe nurty w rozwoju dronów. Jeden to ewolucja tego co już istnieje, być może ograniczenie kosztów eksploatacji lub stopniowe polepszanie parametrów. Drugi ma charakter rewolucyjny i próbuje zaspokoić nienasycony apetyt na coraz większe zdolności i obszary zastosowań dronów.

Tekst miał być zachętą i apelem o nakreślenie naszej własnej drogi rozwoju, wydaje się, kluczowej technologii na użytek bezpieczeństwa narodowego. Czy daje odpowiedź na pytanie o punkt startowy lub inaczej mówiąc jakie projekty mają być „rodnikami krystalizacji”? I czy pozwala nam na próbę wytyczenia choćby najogólniejszego kierunku, jaki powinniśmy obrać startując z tego punktu? „Rodniki krystalizacji” w zasadzie są już zdefiniowane:

  • Moduł MCM dla Kormorana i Czapli
  • Autonomiczne Platformy Nawodne
  • Autonomiczne pojazdy podwodne z cichym napędem falowym do rozpoznania podwodnego

Na liście brakuje czegokolwiek, co lata. Cześć problemu może wynikać z faktu, że UAV będą miały w dużej mierze charakter wspólnych projektów dla połączonych sił zbrojnych. Niemniej jednak dodałbym do listy przynajmniej jeden z dwóch:

  • SW-4 RUAS lub
  • ILX-27

Wyznaczenie kierunków rozwoju wymaga z pewnością sporej pracy wielu specjalistów. Poniższa lista jest zatem podejściem intuicyjnym:

  • rozszerzanie modułu MCM o nowe platformy/sensory pojawiające się w wyniku realizacji planu rozwoju bezzałogowców
  • rozszerzenie zakresu modułu MCM o wykrywanie innych zagrożeń podwodnych niż miny, jak pojazdy bezzałogowe przeciwnika a nawet leżące na dnie okręty podwodne
  • zwiększenie efektywności operatora poprzez kontrolę roju pojazdów bezzałogowych
  • modułowa konstrukcja autonomicznej platformy nawodnej
  • stworzenie dwóch klas platform nawodnych – 11m do przenoszenia przez okręty i perspektywicznej o większej dzielności morskiej i/lub ładowności. Może to być jednostka wielkości nawet popularnych „plastusiów”.
  • stworzenie modułowych sensorów dla RUAS jak
  • detektor anomalii magnetycznych (MAD)
  • automatyczny wyrzutnik boi akustycznych
  • przekaźnik łączności
  • zintegrowanie podwodnych gliderów z siecią C2
  • rozwój technologii taniego zwalczania dronów przeciwnika

Opanowanie powyższych dziedzin nie uczyni z nas lidera ale mamy szansę na nie wypadnięcie z peletonu. Czas jednak działa na naszą niekorzyść. Tak jak powstał plan modernizacji Marynarki Wojennej, niech powstanie plan rozwoju pojazdów bezzałogowych. Inaczej zginiemy w chaosie kiepsko zdefiniowanych wymagań wojskowych i sprzecznych interesów przemysłu. Nie wspominając o wpływach wielkich koncernów.

Dec 202013
 
Amerykańskie pytanie pod adresem Unii. Naszym też

Od czasu do czasu warto podnieść wzrok znad szczegółów taktyczno-technicznych okrętów i rozejrzeć się dookoła. Wielka polityka bowiem może mieć wpływ na nasze lokalne decyzje i zmienić wcześniej obrany kurs. Końcowy dokument kończącego się właśnie szczytu EU nie wnosi wiele nowego do wspólnej polityki bezpieczeństwa i obrony. Są jednak dwa interesujące wyjątki, gdzie język dokumentu staje się bardziej konkretny:

 

Rada Europejska wzywa do:

  • opracowania ram polityki UE w zakresie cyberobrony w 2014 r. na podstawie wniosku Wysokiego Przedstawiciela, we współpracy z Komisją i Europejską Agencją Obrony;
  • opracowania strategii UE w zakresie bezpieczeństwa morskiego do czerwca 2014 r. na podstawie wspólnego komunikatu Komisji i Wysokiego Przedstawiciela, z uwzględnieniem opinii państw członkowskich, a następnie opracowania planów działania, aby reagować na wyzwania na morzu;

Interesujące. Pomimo starań Polski i kilku innych krajów o opracowanie wspólnej strategi europejskiej, słowo strategia pada wyraźnie i konkretnie tylko w odniesieniu do strategii morskiej. Aby lepiej zrozumieć co to oznacza, sięgam do komunikatu Catherine Ashton próbując dociec, co Wysoki Przedstawiciel ma na myśli wypowiadając się na temat morskich interesów Wspólnoty (tłumaczenie własne):

Unia Europejska ma interesy dotyczące bezpieczeństwa morskiego na całym globie i potrzebuje być zdolną do ich zabezpieczenia przed szerokim wachlarzem zagrożeń – od nielegalnej migracji, przemytu narkotyków i dóbr poprzez nielegalny połów ryb, terroryzm na morzu, piractwo i zbrojny rozbój aż po spory terytorialne dotyczące morskich granic czy akty agresji i zbrojne konflikty pomiędzy państwami.

Dla Unii południowa granica jest równie ważna jak wschodnia.

Dla Unii południowa granica jest równie ważna jak wschodnia.

Jak zwykle kolejność słów ma znaczenie. Jest to wspólny mianownik tego jak państwa członkowskie postrzegają zagrożenie dla siebie. Trudno w Europie znaleźć kogoś kto ma rzeczywistą obawę przed zbrojnym konfliktem z innym państwem. Należymy do mniejszości. Mamy swoje własne poczucie zagrożeń współdzielone z nielicznymi i mniej znaczącymi członkami Unii. W rezultacie staramy się zrobić szpagat – z jednej strony skupiamy się na własnym bezpieczeństwie a z drugiej strategia morska Unii będzie nas wzywała do zainteresowania się bezpieczeństwem zewnętrznych granic całej Wspólnoty. Współzależność państw będzie czyniła ten szpagat coraz trudniejszym i bolesnym. Nawet Francja interweniując w Mali i Republice Środkowoafrykańskiej szuka wsparcia i sojuszników w dźwiganiu ciężaru tych operacji. Samodzielne rozwiązanie naszych własnych problemów nie wchodzi raczej w grę. Sprawa się znacznie komplikuje, gdy spojrzymy na wspólną obronę przez pryzmat bazy przemysłowo-badawczej. Nacisk Polski na zbudowanie bazy przemysłowo – badawczej w kraju, która będzie w stanie oferować pewne kluczowe technologie ma uzasadnienie polityczne i ekonomiczne ale zwiększa jednocześnie ryzyko dla realizacji najbardziej ambitnych i jednocześnie kosztownych projektów w planie modernizacji sił zbrojnych. Wielką niewiadomą jest również stabilność finansowania planu, bo przy stałym współczynniku 1.95% na obronę narodową istnieją tylko dwa źródła finansowania modernizacji sprzętu. Jedno to zakładany wzrost gospodarczy a drugie to procentowy udział wydatków majątkowych w budżecie MON. Postronny obserwator, jakim poniekąd jest prof. Andrew Michta, podsumowuje zwięźle powyższe dylematy w artykule Polish hard power: Investing in the military as Europe cuts back:

Dwa kluczowe pytania snują się nad planami modernizacji. Pierwsze to potencjalne ryzyko związane z żądaniem, aby polskie firmy przyjęły na siebie główny ciężar wysiłków modernizacyjnych.

Drugie pytanie to czy polska gospodarka będzie kontynuowała swój wzrost w stopniu wystarczającym do stałego utrzymywania wydatków obronnych na poziomie czyniącym projekty modernizacyjne realnymi.

Jest jeszcze inne ryzyko w bezwarunkowym wspieraniu lokalnego przemysłu, na które w tej chwili nie patrzymy będąc na początku drogi do zdobywania istotnych dla bezpieczeństwa Państwa technologii. ThinkDefence zamieszcza link do wystąpienia gen. Sir Nicolas Houghton, Szefa Sztabu brytyjskiego Ministerstwa Obrony. W swoim przemówieniu do Royal United Services Institute (RUSI),  daje on wyraźne sygnały ostrzegawcze:

Musimy być również ostrożni, tak aby budżet obrony narodowej nie był nadmiernie używany do wspierania brytyjskiego przemysłu obronnego. Istnieją silne strategiczne powody dla samodzielnego utrzymywania pewnych zdolności w krajowych rękach; istnieją również poważne powody podtrzymywania zdolności do odtworzenia pewnych zdolności. Niemniej budżet obrony narodowej nie istnieje przede wszystkim dla subsydiowania przemysłu obronnego lub dla promowania eksportu broni. Istnieje dla maksymalizacji zdolności obronnych.

Co z tego wynika? Mamy plan modernizacji sił zbrojnych i nie należy go wywracać do góry nogami, bo jego wartość leży również w tym, że po prostu JEST. Niemniej równie istotne jest zarządzanie ryzykiem realizacji tego planu, co można dokonać za pomocą ustalani priorytetów z zakupach. Temat na tym blogu już był poruszany.

Jesteśmy w sytuacji, gdy okręty podwodne będą stanowiły być może 30-40% kosztów całego planu modernizacji floty a wymagania odnośnie rakiet zwalczających cele lądowe i strategicznej roli okrętów podwodnych zwiększają tylko ten udział.

Rakiety manewrujące i 4.000 ton. Na pewno dobry wybór na Bałtyk?

Rakiety manewrujące i 4.000 ton. Na pewno dobry wybór na Bałtyk?

Z drugiej strony mamy siły nawodne, które mogą spełniać podwójną rolę obrony własnego wybrzeża ale również i zewnętrznych granic Unii. Stają się wówczas narzędziem polityki zagranicznej Państwa zachowując zdolność do obrony kraju. Jeżeli weźmiemy pod uwagę, że zdobywanie kompetencji przyjdzie nam o wiele łatwiej w przypadku okrętów nawodnych (zwłaszcza patrolowych i przeciwminowych) niż okrętów podwodnych, to powstaje pytanie, czy dając priorytet Polskim Podwodnym Kłom nie gramy zbyt ostro w pokera? Nie rezygnując bynajmniej z posiadania okrętów podwodnych widzę co najmniej trzy możliwości:

  • dać priorytet okrętom nawodnym a okręty podwodne finansować z realnych nadwyżek finansowych. To opóźni znacznie program, co tworzy lukę czasową pomiędzy wycofaniem starych jednostek a wprowadzeniem do służby nowych;
  • porzucić pomysł Polskich Podwodnych Kłów, co pozwoli rozsądnie negocjować z Niemcami wspólne projekty szkoleniowe dla załóg przyszłych okrętów.
  • po rezygnacji z rakiet zrezygnować również z napędu AIP i rozważyć oferty na jednostki przybrzeżne, czyi U210Mod i Andrasta, co pozwoli zmniejszyć ryzyko budżetowe i finansowe dla projektu okrętów podwodnych.

W pogoni za maksymalizacją zdolności bojowych zapominamy często o psychologicznym aspekcie walki i wojny. Prof. James Holmes przypomina nam o tym analizując ostatni incydent na Morzu Południowochińskim z udziałem amerykańskiego krążownika Cowpens. Sam tytuł mówi za siebie – How the US Lost the South China Sea Standoff. Oto jeden z najpotężniejszych okrętów nawodnych, jakie pływają na morzach świata, ustępuje przed determinacją i psychologiczną presją okrętu desantowego! Okręty chińskiej marynarki wojennej nie wystraszyły się ani systemu Aegis ani potęgi US Navy. Czy jesteśmy pewni, że nasz potencjalny oponent przestraszy się kilku rakiet manewrujących odpalanych z jednego, może dwóch okrętów podwodnych. Profesor James Holmes wspiera swoje argumenty cytatem z Clausewitza “wynik opiera się na założeniu, że jeśliby doszło do walki, to przeciwnik zostałby zniszczony”. Mamy taką pewność? Jeśli nie, to jestem za poświęceniem jakości na rzecz zwiększenia pewności, że okręty podwodne będą pływały pod polską banderą.

Pozostawiając powyższe dylematy do spokojnego rozważania w głębi ducha, życzę wszystkim czytelnikom, marynarzom i sztabowcom radosnych Świąt.

Dec 132013
 
Echo_Sounding_USN

Okręt patrolowy Ślązak nabiera powoli kształtu, ale to co powstaje to nie tylko budowa niedokończonego okrętu. Otwierają się całkiem nowe szanse na przyszłość a nasz „jedynak” ma szanse stać się pierwowzorem lub wręcz prototypem przyszłych korwet. Dla większości zwolenników Marynarki Wojennej informacja MON-u to niewątpliwie dobra wiadomość i okazja do zerknięcia na konfigurację okrętu. Z opublikowanego zdjęcia wyłania się okręt uzbrojony w armatę 76mm OTOBreda wraz z dwoma stanowiskami artylerii małokalibrowej. Czy będą to armaty rodzimej produkcji, zobaczymy, ale zgodnie ze wstępną specyfikacją wydają się mieć lokalny system kierowania ogniem. Na szczycie masztu radar 3D bardziej podobny do Thalesa Smart Mk2 niż Sea Giraffe AMB znanego z Orkanów. Informacja na stronie MON-u wymienia również sonar Vanguard firmy Elac-Nautic. Jest to sonar pozwalający na unikanie zagrożenia minowego oraz ostrzeganie przed różnymi zagrożeniami asymetrycznymi podczas pobytu w porcie. Da sobie też radę z okrętem podwodnym czyhającym w zasadzce, choć to nie jest jego główne zadanie. Wszystko spięte w systemie C2 Tacticos również znanego z Orkanów. Fakt, że polskie instytucje i firmy otrzymały możliwość wspierania technicznego produktu i jego serwisowania, umacnia pozycję Thalesa na naszym rynku. Firmie powinno się to opłacić.

Najnowsze wcielenie Ślązaka - foto MON

Najnowsze wcielenie Ślązaka – foto MON

Zapomnijmy na chwilę o negatywnych skojarzeniach, że Ślązak to próba naprawy nieudanego projektu zwanego Gawron. W rzeczywistości powstaje bardzo dobra platforma dla mutacji korwety czy okrętu patrolowego, zawierająca wszystkie niezbędne rzeczy będące ich wspólnym mianownikiem. Mając taką bazę można o wiele spokojniej dyskutować na temat pożądanego kierunku rozwoju korwet, zwłaszcza, że technologia MEKO pozwala na pewną elastyczność w konfiguracji uzbrojenia i wyposażenia. Co więcej, jako technologiczna pochodna fregat A-200, Ślązak ma prawdopodobnie więcej cech okrętu wojennego niż typowy OPV z cywilnym rodowodem. To jest główna cecha wyróżniająca okręt wojenny i pożądana w sytuacji potencjalnego zagrożenie, gdy nie jesteśmy pewni posiadania przewagi na morzu.

Innym ważnym skutkiem zawartych kontraktów jest test jakiemu poddane jest konsorcjum krajowe, które podjęło się kontynuacji budowy. Jeśli test zostanie zdany, konsorcjum ma szanse na uczestnictwo w rozmowach o Mieczniku jako prime contractor a nie tylko podwykonawca. W sumie daje to podstawy do kontynuacji projektu Miecznik w oparciu o MEKO A-100. Co jednak z Czaplami? To zależy, w którym kierunku pójdzie Marynarka Wojenna i Sztab Generalny. Jeśli będziemy szukać patrolowców realizujących głównie politykę zagraniczną państwa i biorących udział w operacjach międzynarodowych poza Bałtykiem, to brak hangaru oraz niewystarczający zasięg czy autonomiczność mogą przeważyć szlę na niekorzyść. Jeśli jednak szukamy okrętu patrolowego do operowania na wodach przybrzeżnych gdzie istnieje realne zagrożenie, wówczas okręt o charakterze bardziej bojowym byłby wskazany. Wstępnie opublikowana specyfikacja tego nie rozstrzyga zawierając cechy typowe dla kutra Coast Guard i lekko uzbrojonej korwety patrolowej. Ogólnie okręt patrolowy stawia pytanie o logistykę. Temat został w ciekawy sposób poruszony na CIMSEC w serii Corvette Week i chyba od tego problemu nie uciekniemy.

Nie do przecenienia jest również aspekt psychologiczny. Program modernizacji jest realizowany dość konsekwentnie a rosnąca otwartość MON-u pozwala budować pozytywny wizerunek marynarki wojennej. Konfiguracja okrętu jest moim zdaniem wynikiem bardzo racjonalnych decyzji i to napawa optymizmem. Czego życzę zarówno Ministerstwu jak i marynarzom. Na koniec odrobina humoru. Czy nie chciałbyś czytelniku usłyszeć chichotu historii, gdyby Marynarka zbudowała sześć okrętów w oparciu o projekt A-100?