Oct 192014
 
Soryu

W tytułowym, otwartym pytaniu pobrzmiewa delikatnie nutka wątpliwości. Niepokój ma jednak swoje uzasadnienie w niezwykle wysokich planowanych kosztach i niejasnej sytuacji do czego i w jaki sposób te okręty miałyby być wykorzystane. Jest to więc pytanie o tak zwany CONOPS (Concept of Operations), na co nie tak łatwo znaleźć odpowiedź. Problem tkwi po części w tym, że ci którzy mają na ten temat wiedzę, rzadko się wypowiadają, a ci którzy takiej wiedzy nie posiadają, nie wychodzą publicznie poza koncept odstraszania, czyli przenoszenia przez okręty podwodne rakiet manewrujących dalekiego zasięgu. Tym cenniejsza staje się lektura czwartego numeru Przeglądu Sił Zbrojnych, zawierającego szereg artykułów dotyczących Marynarki Wojennej. Autorzy tych tekstów są oficerami marynarki i ich poglądy warto skonfrontować z obowiązującą wykładnią BBN-u odnośnie strategii bezpieczeństwa narodowego. Ta mówi o obronie żywotnych interesów Polski, wśród których obrona niezawisłości Państwa i jego integralności terytorialnej są najważniejsze. Na pierwszy rzut oka, okręt podwodny wpisuje się dobrze w taki scenariusz, zwłaszcza ubrany w szaty doktryny odmowy dostępu. Z drugiej strony, uznając realia geopolityczne, doktryna BBN-u kładzie nacisk na zagrożenia wynikające z konfliktów hybrydowych i „podprogowych”, a więc działań przeciwnika nie wywołujących automatycznej reakcji sojuszników. Co więc możemy się dowiedzieć na temat koncepcji operacyjnego użycia okrętów podwodnych z lektury Przeglądu Sił Zbrojnych i jak to wygląda w świetle konfliktów o ograniczonej skali?

Czysta ciekawość każe przeczytać w pierwszej kolejności artykuł Jednostki podwodne na Bałtyku, autorstwa dwóch podwodniaków, kmdr ppor. Tomasz Witkiewicza i kmdr ppor. Tomasz Sołkiewicza. Na wstępie sami zauważają, że podstawowy obszar działania nie jest optymalny:

Z analizy danych (…) wynika, że Bałtyk nie jest idealnym rejonem do działania okrętów podwodnych. Charakteryzuje go raczej mała głębokość z wyłączeniem niektórych obszarów, takich jak Rynna Słupska (głębokość powyżej 90 m) czy Głębia Gdańska (głębokość dochodzi do 120 m). Ponad 50% powierzchni morza to wody, których głębokość nie przekracza 50 m.

Tekst jest wzbogacony ładnymi ilustracjami, wśród nich mapą Bałtyku z zaznaczeniem wód o głębokości powyżej 50m, co jest istotne ze względu na fakt, że według autorów, bezpieczne manewrowanie okrętem podwodnym wymaga głębokości minimalnej 40-50m. Rzut oka na mapę skłania do refleksji, że podstawowym obszarem działań mogą być wody Zatoki Gdańskiej, co nierozerwalnie będzie związane z aktywnością skupioną wokół głównych baz i portów Polski i Rosji oraz główne szlaki żeglugowe odsunięte od polskich wód przybrzeżnych. To sugeruje niecelowość użycia okrętów podwodnych do zwalczania desantu przeciwnika na naszym wybrzeżu. I rzeczywiście, w analizie prowadzenia działań autorzy skupiają się na zwalczaniu żeglugi, zwłaszcza w pobliżu portów, uznając że korzyści mogą być niewspółmiernie większe od ryzyka oraz na zabezpieczeniu działań wojsk specjalnych. Niewątpliwie okręty podwodne, historycznie są najpotężniejszą bronią do prowadzenia guerre de course, ale jednocześnie ta sama historia wskazuje na dwie rzeczy. Wojna handlowa, aby miała jakikolwiek efekt strategiczny, jest długotrwała. Ale czy to jest możliwe w przypadku wojny hybrydowej? W końcu okręt podwodny służy do skrytego zatapiania statków i okrętów, a nie ich zatrzymywania lub rewidowania. Jak długo można bezkarnie topić statki przeciwnika w sytuacji niewypowiedzianej wojny? Dopuszczalny jest pewnie incydent jak zatopienie południowokoreańskiej korwety, lecz jest to działanie jednorazowe a nie regularna wojna ekonomiczna na liniach żeglugowych. Z drugiej strony, rozpatrując mało prawdopodobny (według obowiązującej doktryny BBN) przypadek otwartej wojny z Rosją, skuteczne działania na liniach żeglugowych wymagają posiadania przewagi na morzu. Tak przynajmniej twierdził Sir Julian Corbett. Co więc jeszcze pozostaje w menu? W artykule Perspektywy rozwoju marynarki wojennej, kmdr. rez. Krzysztof Marciniak okrętom podwodnym poświęca niewiele miejsca, zauważając, że:

Załoga Orki będzie w stanie prowadzić rozpoznanie, stawiać miny i transportować grupy specjalne w rejon ich działania.

Takie zadania o wiele lepiej wpisują się w wizję doktryny BBN-u, tylko czy do ich realizacji potrzebujemy okrętów podwodnych za 2.5 mld PLN sztuka? Być może realizacja tych zadań możliwa jest z wykorzystaniem mniejszych okrętów podwodnych lub wręcz bez nich? Na koniec dochodzimy do drażliwego punktu, czyli przenoszenia rakiet manewrujących. W zupełnym oderwaniu od podwodnej tematyki, portal Defence24 zamieścił niedawno informację o tym, że 1/3 polskiego terytorium znajduje się w zasięgu zintegrowanego systemu obrony przeciwlotniczej Rosji. Komentując ten fakt i powołując się na wypowiedź gen. Breedlove, portal wyraża opinię:

Oznacza to, że w wypadku prowadzenia kolektywnej operacji obronnej konieczne może się okazać przełamywanie elementów systemu obrony powietrznej potencjalnego przeciwnika.

Naturalną koleją rzeczy, taki system obrony przeciwlotniczej stanie się podstawowym celem wszelkich środków będących w dyspozycji sił zbrojnych. Rakiety odpalane skrycie z okrętu podwodnego są atrakcyjne z tego punktu widzenia. O ile jednak okręty podwodne oferują skrytość działania, o tyle ich minusem jest utrudniona łączność i mała siła ognia w sensie liczebności salwy. Jeżeli założymy, że system klasy S-400 ma możliwość zwalczania sześciu celów jednocześnie, w tym rakiet manewrujących i że jego unieszkodliwienie wymaga zniszczenia co najmniej radaru i/lub stanowiska dowodzenia, to wymagana jest salwa około ośmiu rakiet. Czyli minimum dwóch okrętów odpalających salwy jednocześnie lub przeładowanie wyrzutni i salwę sekwencyjną, co ułatwia obronę. Zaczyna się zabawa w taktykę. Opuścić sprintem obszar odpalenia rakiet by uniknąć reakcji sił ZOP, czy też pozostać w rejonie poruszając się z małą prędkością? Zależy od oceny sił ZOP i przyjęcia za pewnik lub nie wykrycie okrętu przez przeciwnika. Jeśli przyjmiemy fakt wykrycia za pewnik, sprint już nie przeszkadza, jeśli jednak przeciwnik nie wykrył miejsca odpalenia, sprint daje mu dodatkową szansę na zlokalizowanie okrętu.

Ciekawy, acz kontrowersyjny komentarz na temat użycia Tomahawków znajdujemy w komentarzu autorstwa Johna T. Kuehn’a TLAMS and ISIS: Insane and cynical ways to blow things up:

Mój przyjaciel, który niech pozostanie anonimowy, określa TLAM jako: „XX- wieczny odpowiednik noty dyplomatycznej, mający przekazać niezadowolenie nie czyniąc w rzeczywistości nic”.

Tekst odnosi się do sytuacji przewagi Stanów Zjednoczonych nad przeciwnikiem. Trudno sobie wyobrazić, aby taka „nota dyplomatyczna” wywarła jakikolwiek pozytywny efekt na militarnym mocarstwie, jakim jest Rosja, poza ewidentną prowokacją. Powtórzę w tym miejscu wielokrotnie powtarzane zdanie, że odstraszanie jest zjawiskiem psychologicznym mającym swe źródło w przekonaniu przeciwnika o nieuchronności konsekwencji. Jeśli więc rakiety manewrujące odpalane spod wody nie są dobrym środkiem odstraszającym i zbyt nielicznym do efektywnej degradacji obrony przeciwlotniczej, to czy inwestycje w nie są rozsądne? Zwłaszcza, że wielu komentatorów podkreślając niewielki relatywny koszt samych rakiet, pomija inwestycje niezbędne w systemy do zdobywania informacji o celach (zwłaszcza mobilnych) i łączności z okrętami podwodnymi.

W ten sposób dochodzimy do całkiem zasadniczego pytania czy wydawać horrendalne kwoty na okręty podwodne, czy nie? Najbardziej spójną strategią zgodną z teorią wojny podprogowej i hybrydowej jest inwestycja w podwodne pojazdy dla sił specjalnych. Zwłaszcza, że te ostatnie i tak mają priorytet oraz uprzywilejowany status “polskich kłów”. Te jednak nie odpalą żadnej torpedy, chociaż stanowią zagrożenia dla baz przeciwnika i statków w portach, jak pokazują sukcesy włoskich płetwonurków z II wojny światowej.

Takie maleństwo jak prototyp General Atomic dla sił specjalnych, również może być wyposażone w baterie litowo-jonowe

Takie maleństwo jak prototyp General Atomic dla sił specjalnych, również może być wyposażone w baterie litowo-jonowe

Wówczas pozostaje rozważenie tańszej alternatywy mniejszych okrętów podwodnych. Takie okręty nie mają AIP i w konsekwencji dysponują znacznie mniejszym zasięgiem i czasem pozostawania w zanurzeniu. Jeśli jednak, zgodnie z tym co zostało wcześniej powiedziane, podstawowym zadaniem miałoby być rozpoznanie, skryte stawianie min, współpraca z siłami specjalnymi bądź rajdy przeciwko jasno sprecyzowanym celom to wymóg długotrwałego pozostania w zanurzeniu czy zasięgu pozostanie dyskusyjny. Przyczynkiem do pewnych spekulacji może być rozwój technologiczny i decyzja Japonii o wyposażeniu reszty okrętów klasy Soryu w baterie litowo-jonowe zamiast AIP. Reporter Defense News podaje kilka ciekawych argumentów i faktów związanych z tą decyzją. Po pierwsze, nowe baterie zastąpią dotychczasowe a nie uzupełnią je jako zastępstwo dla AIP, co najwyraźniej próbuje oferować DCNS w przypadku Scorpene. Ciekawy jest argumant uzasadniający taką decyzję:

Przyjmując, że okręty podwodne są szpicą sił zbrojnych Japonii … prędkość i zasięg są fundamentalne dla działań okrętów podwodnych, a napęd oferujący zwiększone parametry w tych obszarach jest szczególnie atrakcyjny dla japońskiej marynarki.

Wracając na Bałtyk można postawić tezę, że za wyjątkiem działań na liniach żeglugowych, dopóki okręty działają z Gdyni, nie potrzebują zasięgu, a jeśli działają ze Świnoujścia potrzebują szybkości, której nie daje AIP. Skąd więc nacisk na AIP? Dążenie do zbudowania zrównoważonej floty maksymalizującej zdolności bojowe może się zderzyć z założeniami doktryny bezpieczeństwa narodowego tak samo jak z budżetem, który prawdopodobnie preferuje inne priorytety. Nie jest również oczywiste dlaczego w przypadku sił nawodnych zostały narzucone pewne ograniczenia i korwety to wszystko, na co mogą liczyć marynarze, podczas gdy w przypadku sił podwodnych dopuszcza się możliwość zakupu jednostek o najwyższych parametrach w swojej kategorii.

Sep 242014
 
OPV85_Luerssen

Politycy nie ukrywają, że program modernizacji Sił Zbrojnych, w tym Marynarki Wojennej jest sposobem na ożywienie polskiej gospodarki. Chęć posiadania kontroli nad strategicznymi gałęziami przemysłu obronnego wyraża się w postulacie polonizacji co najmniej 70% zakupów uzbrojenia i sprzętu. Dotychczas uwaga obserwatorów skupiała się przede wszystkim na ograniczeniach finansowych dotykających boleśnie naszą flotę. Jednak nie one chyba są przyczyną, że MON każe nam tak długo czekać na swoje decyzje odnośnie najważniejszych programów modernizacyjnych dla Marynarki Wojennej. Marcin Mikiel polemizując z krytyką swojej interesującej książki Koncepcja wielozadaniowego okrętu wojennego dla Marynarki Wojennej RP w świetle nowych wyzwań zawiera bardzo istotną uwagę:

Dziś można zaryzykować twierdzenia, że nie jest nam potrzebna nadmiernie rozbudowana marynarka wojenna, ale taka, która jest rozwijana w sposób ciągły i konsekwentny…

Jeśli społeczne i polityczne poparcie ograniczy finansowanie floty do motorówek hydrograficznych, niech tak będzie, ale niech ta potrzeba nie stanie się powodem nieustających dyskusji i braku decyzji. Ilustracją powyższej tezy jest obecny stan Royal Canadian Navy, która wycofuje ze służby trzy stare niszczyciele bez ich zastąpienia nowymi jednostkami, istniejącymi tylko na papierze w formie bardzo ambitnego planu o mglistych szansach na realizację.

Wobec braku szerokiego społecznego zrozumienia i poparcia dla programu zbrojeń morskich, flocie brak jest silnego sponsora przemysłowego. Niezależnie od chęci marynarzy do maksymalizowania zdolności bojowej floty w ramach nakreślonego budżetu, cały plan jest zawieszony pomiędzy gotowością do finansowania na przewidzianym poziomie a możliwościami produkcyjnymi naszych stoczni. Bo bez udziału naszych stoczni na poziomie wspomnianych 70%, silne lobby przemysłu zbrojeniowego będzie zainteresowane promocją innych swoich produktów. Tak więc na plan modernizacji warto może spojrzeć z punktu widzenia stoczni. Dalszy tekst prosi się wręcz o komentarz osób o wiele lepiej zorientowanych w temacie, niemniej jednak poniżej zawarte są spekulacje oparte o kilka prostych hipotez. Pod uwagę brane są tylko trzy stocznie – Remontowa, SMW i Nauta. Dwie ostatnie są przewidziane do włączenia w Polską Grupę Zbrojeniową. Remontowa jest zaangażowana w budowę 3 niszczycieli min do 2022 roku w tempie jednej jednostki co trzy lata. SMW wznowiła budowę Ślązaka i na wykończenie okrętu o poziomie kompletacji około 70% potrzebuje 2.5 roku. Przyjmuje się, że budowa dwóch korwet zajmie 7-8 lat. Dla OPV może to być trochę mniej, zwłaszcza jeśli to będzie prosty w miarę okręt jak L’Adroit. Horyzont czasowy przyjęty to lata 2015-2022 czyli 8 lat.

Ilustracja poniżej pokazuje, że okręty podwodne destabilizują budżet i są najsilniejszym ograniczeniem finansowym. Okręty nawodne mieszczą się w budżecie ale mogą stanowić wyzwanie dla zdolności produkcyjnych stoczni. Rozwiązaniem pośrednim jest budowa jednego OP w stoczni zagranicznej jako okrętu wiodącego w serii i po dwa Mieczniki oraz Czaple. Wówczas mieścimy się w teoretycznie założonym poziomie 900 mln PLN rocznie. Tyle, że nie ma tam już miejsca na pozostałe programy jak ELINT, okręty pomocnicze nie mówiąc o Marlinie.

MW-Reset

Jako wariant trzeci pokazano po raz kolejny na tym blogu wersję z bliźniakiem dla Ślązaka ale uzupełnionym o pakiety dozbrojenia pary do pełnej korwety. W tym wariancie rezygnuje się z jednego typoszeregu korwet i OPV, ale w dalszym ciągu zachowuje się tylko dwa typy okrętów – MEKO i OPV. Okręt patrolowy proponuje się zbudować w wersji Low – end, czyli prostej i ekonomicznej zgodnie z filozofią rozwiązania „wystarczająco dobrego”. Taka propozycja ma kilka zalet:

  • Wprowadza większą elastyczność budżetową, gdyż pakiety modernizacyjne dla korwet są osobną pozycją.
  • Wykorzystuje się szansę jaką daje Ślązak i poniesione już koszty do obniżenia kosztów korwet
  • Daje szansę na zastosowanie systemu C2 SCOT autorstwa CTM w projekcie uproszczonych OPV. Ryzyko jest znacznie mniejsze niż w przypadku korwet.
  • Minimalizuje czas uczenia się nie do uniknięcia w przypadku nowego projektu.
  • Zwiększa bazę przemysłową i zaplecze Marynarki Wojennej poprzez wciągnięcie w modernizację trzech stoczni oraz otwarcie nowego rynku dla CTM.
  • Zwiększa zainteresowanie potencjalnego sponsora i promotora w postaci polskiego lobby przemysłowego

Taka propozycja nie odbiega drastycznie od obranego planu i powinna zaoferować politykom większą elastyczność w wyborze opcji, co może być ważne wobec zbliżających się wyborów. W sumie Siły Zbrojne mają i tak sporo szczęścia, gdyż ostatnia rekonstrukcja rządu zachowuje nie tylko ciągłość na stanowisku Ministra Obrony ale wzmacnia go poprzez stanowisko wicepremiera. Tyle, że to tylko na rok a dalej nie wiemy, co będzie. W tym miejscu warto chyba przypomnieć rysunek już publikowany na tym blogu, autorstwa D.K. Browna, z książki Future British Surface Fleet: Options for Medium Sized Navy.

Wartość bojowa a percepcja użyteczności dla polityków to dwie różne rzeczy.

Wartość bojowa a percepcja użyteczności dla polityków to dwie różne rzeczy.

Dolną granicę zdolności bojowych definiują marynarze a konstruktorzy okrętów określają dla takiej jednostki dolną granicę kosztów. Gdybyśmy przyjęli, że minimum akceptowalne to prosty OPV uzbrojony w armatę średniego kalibru, najprostsze rakiety plot obrony bezpośredniej i moduł przeciwminowy, to koszt być może wyniesie 300-400 mln PLN. Górną granice finansową definiują politycy, określając jednocześnie wartość użyteczną okrętu. To nie jest kwestia obliczeń, ale prosta obserwacja mówi, że największa jednostkowa inwestycja w MW to NDR, czyli 700 mln PLN, de facto podzielone na pół pomiędzy dywizjon i rakiety. Drugim przypadkiem jest poród w bólach Ślązaka za 800 mln PLN. Jest to praktycznie rzecz biorąc uproszczona korweta. I to jest najbardziej prawdopodobny zakres poruszania się lub pole manewru dla planistów MON-u i Marynarki Wojennej. Okręty podwodne za 2-2.5 mld PLN są interesującym przypadkiem. Albo wartość tak zwanego odstraszania będzie dla polityków na tyle atrakcyjna, że się zdecydują na tak ogromny wydatek, albo OP mogą zniknąć ze składu naszej floty. Istnieje optymistyczna wersja, że plan zostanie po prostu zrealizowany w przewidywanej wersji, tyle że rozciągnięty w czasie. Warto poobserwować i wyciągnąć wnioski.

Sep 062014
 
Sigma for Marocco

Nikt nie odwołał planu modernizacji Marynarki Wojennej ani nie ogłosił istotnych zmian, jednak trudno nie odnieść wrażenia, że budżet przeznaczony na realizację planu staje się powoli buforem finansowym dla realizacji innych celów. Brak nowych wieści tylko potęguje to wrażenie. Jeśli się mylę, w co chciałbym wierzyć, to oczekiwałbym jakiś jasnych komunikatów ze strony Ministerstwa Obrony Narodowej. Wierzę jednak, że Marynarka nie zostanie pozostawiona całkowicie na łaskę losu i MON podejmie działania kierując się trzema zasadami:

 

  • elastycznego wyboru realizowanych projektów
  • nie wychodzenia zbyt daleko poza ramy oficjalnego planu
  • minimalizując niezbędne nakłady finansowe.

Zmiany będą prawdopodobnie ułatwione, gdyż wkrótce należy się spodziewać rekonstrukcji rządu, a przyszły rok to rok wyborczy. Nowym politykom łatwiej przeforsować nowe idee, mając pewien kredyt zaufania na początek. Jest to kontynuacja toku myślenia z poprzedniego wpisu, który zyskał wsparcie po przeczytaniu w Dzienniku Zbrojnym zgrabnego podsumowania założeń finansowania modernizacji Sił Zbrojnych na lata 2014-2016. Wnioski jakie się nasuwają, wymagają nowego rozdania i propozycji jak i w co inwestować w przypadku programu „zwalczania zagrożeń ze strony morza”.

MW to najwyższa kwota i najniższy priorytet

MW to najwyższa kwota i najniższy priorytet

Powyższa tabela jest podobna do zamieszczonej we wspomnianym artykule, lecz sortuje inwestycje według wartości, od największej do najmniejszej. Czcionka pogrubiona wskazuje na projekty, które wydają się być pewne ze względu na fakt już podpisanej umowy lub też biorąc pod uwagę wysoki priorytet na liście MON-u i BBN-u. Przeglądając tabelę, przychodzi na myśl dość popularna przypowiastka o jak najlepszym wypełnieniu naczynia kamykami. Najpierw wrzuca się duże kamienie. W pozostałą przestrzeń stara się wcisnąć mniejsze kamyki, a resztę wypełnia się piaskiem. Niech naczynie będzie budżetem a kamyki i piasek projektami o różnej wartości i postąpmy tak jak nam mówi przypowieść. W tabeli są podane maksymalne wartości, które ministerstwo może wydatkować na projekt. Ich suma jest jednak większa od ogólnego limitu budżetowego na dany rok. Dla 2015-go nadwyżka wynosi dwa miliardy PLN. Gdzie znaleźć rezerwy? Na czele listy z największą wartością lecz najniższym priorytetem jest Marynarka Wojenna. Gdybyśmy zrezygnowali z realizacji wszelkich projektów nie oznaczonych jako pewne lub priorytetowe, to i tak musielibyśmy obciąć wydatki na marynarkę o 0.5 miliarda PLN, co nie pozwala na uruchomienia żadnego z głównych projektów jak okręty podwodne czy Miecznik. W 2016 jest znacznie gorzej. Przy zastosowaniu tej samej metody budżet floty się praktycznie zeruje. Nie przewiduję tak czarnego scenariusza ale podejrzewam istnienie silnych ograniczeń na wydatkowanie pieniędzy w tej dziedzinie. Teoretycznie można projekty odsunąć w przyszłość, co dotychczas było metodą preferowaną, ale w kolejce czeka projekt śmigłowców szturmowych Kruk, czy też rozbudowa infrastruktury pod „wzmocnienie wschodniej flanki NATO”. Minister Siemoniak po powrocie ze szczytu NATO, wyraża swoje zadowolenie, mówiąc:

Polska delegacja zabiegała o podniesienie znaczenia Wielonarodowego Korpusu Północ-Wschód, który znajduje się w Szczecinie. – Chcielibyśmy, aby korpus i jego dowództwo było organizatorem obrony na wschodniej flance NATO. To by oznaczało, że będzie dowodzić siłami większymi od szpicy – mówił minister Siemoniak. – Przedsięwzięcie jest trudne i kosztowne, ale jesteśmy na to przygotowani.

Pojawiają się więc nowe priorytety i uczciwie mówiąc bardzo istotne i całkiem uzasadnione. Razem wzięte, powyższe fakty skłaniają do przemyślenia swoistego resetu planu modernizacji Marynarki Wojennej. Groźną alternatywą pozostanie bujanie w obłokach i snucie snów o potędze. Co więc można lub trzeba zrobić? Nieodmiennie powraca pytanie o jaką marynarkę wojenną się staramy? Podobne pytanie zadaje sobie Prof. James Holmes na łamach National Interest. Jak wyglądałaby US Navy, gdyby ją stworzyć od podstaw dzisiaj, wobec aktualnych zagrożeń? Autor sięga do teorii Juliana Corbetta mówiąc, że „bitwa jest tylko środkiem w wojnie na morzu a nie celem samym w sobie” i podkreśla rolę lekkich sił nawodnych broniąc ich roli mimo uwagi skupiającej się na trzonie floty – „battle fleet” mającej za zadanie zmieść flotę przeciwnika z powierzchni morza. Proponuje okręty podwodne ograniczające ruchy floty przeciwnika oraz wachlarz lekkich okrętów nawodnych operujących w czasie pokoju lub kryzysu. Im poziom zagrożenia wyższy, tym mniejsze jednostki nawodne są preferowane. Symptomatyczne, że najsilniejsza flota świata nie czuję się już niezwyciężona . Szwedzką odpowiedzią było być niewidzialnym, a propozycja niewielkich okrętów nawodnych sugeruje opcję floty-roju. Stwierdzenie profesora – „potęga morska nie sprowadza się już tylko do floty” prowadzi nas do przyjętej doktryny odmowy dostępu. Tylko, że w naszym przypadku przyjęcie założenia Bałtyk Plus nie oznacza automatycznie strategii A2/AD. Sam Tangredi na łamach tegoż samego periodyku National Interest, wyjaśnia co stanowi wyróżnik doktryny odmowy dostępu:

wyjątkowość podejścia w doktrynie odmowy dostępu polega na tym, że jest specjalnie zaprojektowana tak, aby zablokować dostęp zewnętrznej potędze globalnej spoza regionu, której obrońcy nie są w stanie w innym przypadku pokonać.

Kluczowe słowa to te o sile spoza regionu a nie sąsiedzie z dostępem do morza. Czy można więc zaproponować doktrynę zgodną z poglądami Prezydenta na temat obrony terytorialnej Bałtyk Plus, ale różniącej się od teorii odmowy dostępu i akceptowalną dla rządu? Z pomocą znów przychodzi Julian Corbett, który oferuje dość sporo opcji dla strony uznającej przewagę przeciwnika. Możliwym rozwiązaniem jest skupić się na zapewnieniu czasowej i lokalnej przewagi na morzu w celu uzyskania „prawa przejścia morzem” oraz odmowy takiego prawa przeciwnikowi. Będąc stroną słabszą nie możemy, w świetle teorii Juliana Corbetta mówić obronie lub atakowaniu szlaków morskich i żeglugi, ale możemy podważać przewagę przeciwnika i chronić strategiczne pojedyncze transporty morskie, bądź militarne bądź handlowe. Aby wyobrazić sobie charakter działań na Bałtyku, warto przywołać analogię do działań na Morzy Śródziemnym lub Czarnym w czasach drugiej wojny światowej, gdzie lotnictwo lądowe odgrywało istotną rolę a każdy transport dostarczony na Maltę czy do Afryki wiązał się ze złożoną operacją połączonych sił zbrojnych z obu stron konfliktu.

W próbie zamiany powyższych tez na konkretny sprzęt nie powinniśmy lekceważyć ostrzeżenia, które James Holmes zawarł w swoim artykule:

Odkryj, co Amerykanie i rząd są gotowi wesprzeć. Potęga morska jest świadomym wyborem politycznym (…)

Tak więc, zataczając koło powracam do naczynia wypełnionego już po części dużymi kamieniami innych projektów niż marynarki wojennej i próbuję dopełnić je małymi kamyczkami oraz piaskiem. Przede wszystkim przyjmuję, że duże kamienie jak okręty podwodne i korwety, zostaną odłożone na nieznaną przyszłość. Przynajmniej w obecnej postaci projektów. Co więc można zrobić?

Obrona własnego prawa do przejścia morzem:

  • Ochrona kluczowych transportów zakłada, że jest co eskortować. Niespodziewanym priorytetem może stać się okręt wsparcia połączonych operacji. Jednak mam na myśli okręt transportowy, a nie desantowy. Idea szybkiego rajdu, czy wzmocnienia państw Bałtyckich wobec przewagi przeciwnika nie pozwala na długotrwałe wspieranie desantu z morza i pozostawanie w obszarze zagrożenia. Nie wiadomo również jakie śmigłowce miały by służyć do desantu. Głównym użytkownikiem będzie 25 brygada kawalerii powietrznej i przypuszczam, że będzie miała całkiem inne zadania. Dużą operację desantową w ramach NATO na Bałtyku uważam za na tyle mało prawdopodobną, że nie wartą przeznaczania istotnych i skąpych środków na ten cel. Transport brygady poza nasz obszar zainteresowania w obecnej sytuacji przypuszczalnie przegra z priorytetami jak obrona przeciwlotnicza czy nawet program pancerny. Rozwiązaniem mógłby być szybki prom w zmilitaryzowanej wersji, podobnie jak to uczynili amerykanie.
  • Eskortę dla transportu wojska czy też strategicznych dostaw surowców lub paliw miały zapewnić korwety. Jeśli jednak ich nie będzie to pozostajemy z fregatą po przeglądzie i Ślązakiem. Rozwiązaniem mogłoby być podjęcie budowy zubożonej serii korwet bez uzbrojenia ofensywnego i uzbrojeniem przeciwlotniczym ograniczonym do krótkiego zasięgu. Taki okręt ma szansę na modernizację w przyszłości i rozbicie finansowo projektu na etapy. Jeśli w grę nie wchodzi rozpoczęcie serii trzech okrętów, to pozostaje wielokrotnie proponowany na łamach blogu bliźniak dla Ślązaka. W takim wypadku być może miałaby sens modernizacja dwóch systemów Phalanx z fregat do poziomu SeaRAM. Nawet jeśli ekonomicznie nieuzasadnione, to pozwala na minimum samoobrony dla zarówno fregaty i korwety oraz na ich standaryzację.
  • Zainicjowanie programu okrętów patrolowych jako alternatywy do korwet przy założeniu działań wojny hybrydowej. W tym wypadku okręty w drugiej fazie powinny zostać wyposażone w system przeciwlotniczy samoobrony klasy RAM/Mica. Sonar holowany w formie skonteneryzowanej i wymienny pomiędzy jednostkami byłby również cennym uzupełnieniem. Podobnie jak w poprzednim wypadku, systemy modułowe lub „plug-in” jak RAM pozwalają na rozbicie finansowe projektu na etapy. Małe kamyki są wówczas uzupełniane piaskiem.
  • Wspomniane już w poprzednim wpisie samoloty patrolowe i ASW z prawdziwego zdarzenia.
  • Przyśpieszenie prac nad modułem przeciwminowym przewidzianym dla Czapli i zmodyfikowanie go w takim stopniu, aby był możliwy do przenoszenia przez dowolną platformę, włączając statki cywilne.

Odmowa prawa przejścia morzem dla przeciwnika (łącznie z próbą blokady):

  • Głównym problemem pozostaje groźba zaniku naturalnego sił podwodnych wraz z kompetencjami marynarzy i całej wspierającej infrastruktury. Jedyną alternatywą wydaje się być leasing jednej jednostki od zaprzyjaźnionej floty NATO, co księgowo usuwa środki finansowe z rubryki „inwestycje”. Próba była już podejmowana a nasza wiarygodność podważona, jeśli wierzyć wspomnieniom osoby będącej blisko wydarzeń.
  • Miniaturowe okręty czy raczej pojazdy podwodne dla sił specjalnych. Biorąc pod uwagę sukcesy włoskich płetwonurków w czasach II wojny światowej na Morzu Śródziemnym, wydaje się to być bardzo ekonomicznym środkiem powstrzymywania i odstraszania.
Hybrydowe i asymetryczne. Specjalsi pod wod, czyli dwa w jednym

Hybrydowe i asymetryczne. Specjalsi pod wod, czyli dwa w jednym

  • Rozwój systemów bezzałogowych, zarówno nawodnych jak i podwodnych. Rozpoznanie, walka z minami czy patrolowanie to nie jest już w dzisiejszych czasach fantazja. Systemy są powoli wprowadzane do służby lub przechodzą intensywne testy. Ryzyko inwestowanie w niesprawdzone technologie jest w tym wypadku mniejsze od ryzyka niewykorzystania szansy. Jest to coś, z czym krajowy przemysł i zaplecze badawcze powinno sobie dać radę. Jest to również szansa na częściowe rozwiązanie odwiecznego dylematu ilość versus jakość. Strata bezzałogowca w wyniku działań wojennych to nie koniec floty. Uzupełnienie strat jest relatywnie proste i przede wszystkim w ogóle możliwe. Media pokazują interesujące prototypy czy prace badawcze, ale brakuje im chyba jasnego ukierunkowania, które może nadać tylko użytkownik i przynajmniej ogólna specyfikacja mówiąca jak chcemy dany pojazd wykorzystywać.
  • Powrót do idei Fast Attack Craft w wersji lżejszej i uproszczonej. W dalszym ciągu fascynuje mnie idea wykorzystania małego SWATH jak Skrunda w podwójnej roli okrętu załogowego i autonomicznego bezzałogowca. Coś na wzór SW-4/Solo. Niektóre zadania lub w czasie pokoju byłyby wykonywane z załogą na pokładzie, podczas podczas wzrostu zagrożenia lub wojny w trybie autonomicznym. Wiadomo, że Skrunda ma możliwość zabierania 6 tonowego kontenera, co wyznacza granicę ładunku użytecznego. Cztery lekkie pociski klasy Penguin lub Marte o zasięgu 30-50km wymagają prostego modułu planowania misji oraz, być może jednej konsoli C2 z łączem Link11/16. Radar nawigacyjny plus ESM.

Marte

Niektóre z powyższych pomysłów były już komentowane na tym blogu, jeżeli jednak grozi nam tytułowy „reset” to będziemy zmuszeni do powrotu do dyskusji o podstawach i sensie istnienia Marynarki Wojennej.

Aug 122014
 
c295-asw-chile

W realizacji programu modernizacji Marynarki Wojennej mamy dość interesującą sytuację. MON bowiem zaprasza firmy do dialogów technicznych i zapytuje o informacje potencjalnych dostawców, brak jest jednak decyzji o realizacji poszczególnych projektów. Na stronie ministerstwa pojawia się przy najważniejszych programach zdanie „SW i WZTT w trakcie uzgodnień wewnątrz MON”. Być może jest to kwestia złożoności problemów i skomplikowanej procedury, a być może po prostu inercja. W międzyczasie na stronach Inspektoratu Uzbrojenia pojawiły się ogłoszenia o „zamiarze przeprowadzenia dialogu technicznego” na okręty zaopatrzeniowe dla floty jak i o „rozpoczęciu realizacji fazy analityczno-koncepcyjnej dotyczącej zdolności do kompleksowego rozpoznania z powietrza oraz zwalczania okrętów podwodnych”.

Wkrada się nutka niepokoju. Jeśli procedury są tak skomplikowane, to dlaczego skąpe zasoby specjalistów rzuca się na nowe tematy zamiast dopiąć już rozpoznane i kluczowe projekty? Być może odpowiedź jest inna – MON zbiera informacje o wszelkich opcjach trzymając je do końca otwarte. Niewątpliwie są to tylko spekulacje autora, ale wobec braku nowych informacji z Ministerstwa, dają jakieś wytłumaczenie. Jednak jeśli tak jest to konsekwencje nie są wesołe, bowiem urzędnicy państwowi stoją prawdopodobnie przed trudnymi decyzjami. Podobnie jak autor na tym blogu tak i Defence24 podnosił już dawno kwestię potencjalnej kumulacji wydatków modernizacyjnych poza granicę realności.

W takiej sytuacji mamy kilka możliwych strategii postępowania. Jedna to trwać przy pierwotnych założeniach wierząc, że środki jednak się znajdą. To może być trudne, bo poza planem pojawiają się nowe propozycje. Druga możliwość polega drastycznej decyzji sprowadzającej się do alternatywy albo okręty podwodne albo okręty nawodne. Wynika to z sum jakie trzeba przeznaczyć na te dwie największe pozycje budżetowe. Jest też trzecia droga, która sprowadza się do przesuwania w czasie kluczowych decyzji a w międzyczasie realizacja przedsięwzięć na mniejszą skalę, dających jednak efekt synergii z wyposażeniem i uzbrojeniem już w trakcie realizacji. Przykładowo pomysł na Maritime Patrol Aircraft (MPA), a tak chyba należy odczytywać ostatnie ogłoszenie Inspektoratu Uzbrojenia byłby idealnym uzupełnieniem śmigłowców ZOP. Głównym sensorem tych ostatnich będzie sonar zanurzany, ale wobec ograniczonego czasu przebywania w powietrzu helikopter powinien mieć już wcześniej informację o potencjalnym obszarze przebywania okrętu podwodnego. Najnowsze boje Multistatic Active Coherent (MAC) jak SSQ-125 dają na to szansę, ale wymagają wyższego pułapu w celu monitorowania większego obszaru, na którym pole sonoboi się znajduje. To implikuje samolot raczej, nie helikopter.

Ten sam samolot MPA może być cennym źródłem danych dla NDR-u. Przy relatywnie niewielkim koszcie uzyskujemy efekt znacznie większy niż by to wynikało z zainwestowanych sum.

Ciekawe będzie porównanie pierwotnego, powyższego rysunku z ostatecznym rezultatem.

Ciekawe będzie porównanie pierwotnego, powyższego rysunku z ostatecznym rezultatem.

Idąc dalej tym tropem można dojść do wniosku, że skoro godzimy się na operowanie bezbronnego MPA w przestrzeni nad Zatoką Gdańską, to unikając sprzeczności logicznej, powinniśmy „dać szansę” na przeżycie okrętom nawodnym. Innymi słowy jeżeli zdecydujemy się na ograniczony poziom zagrożenia, to opcja budowy okrętów nawodnych staje się atrakcyjniejsza. Istnieje po temu kilka powodów. Wszyscy bacznie obserwujemy rozwój konfliktu na Ukrainie. Jak na razie raczej potwierdza on tezy gen. Koziej o działaniach „podprogowych” i potrzebie zdolności „anty zaskoczeniowych”. W rzeczy samej marynarka w konflikcie Krymskim nie odegrała żadnej innej roli poza „Fleet-in-being”. Budowa okrętów nawodnych jest równiej łatwiejsza do kontrolowania wydatków i bardziej realna dla krajowego przemysłu stoczniowego. Modułowość, jak MEKO na Ślązaku, stanowi wciąż niewykorzystany potencjał do podzielenia projektu na bardziej strawne dla budżetu kawałki bez utraty możliwości modernizacyjnych. Z drugiej strony dla polityków bardziej atrakcyjna wydaje się być opcja okrętów podwodnych. To rozwiązanie, zwłaszcza w połączeniu z tak zwaną opcją odstraszania, byłoby dla programu modernizacji marynarki wojennej destabilizujące. Nie tylko dlatego, że może podnieść koszt samego okrętu podwodnego, który już jest niebotyczny, to jeszcze de facto wymagać będzie całego zaplecza rozpoznania strategicznego z satelitami i łącznością, co opróżni kasę do dna. W konsekwencji siły nawodne pozostaną na długo z jedną fregatą OHP, OPV Ślązak, trzema Kormoranami i trójką Orkanów.

Tak więc niewykluczone, że cisza medialna wynika nie tyle z mrówczej pracy urzędników, co niełatwych do podjęcia decyzji i trzymaniu do końca otwartych opcji. Osobiście nie miał bym nic przeciwko metodzie małych kroków budujących synergię, byle by były widoczne zarówno dla nas jak i dla rywali. To też jest odstraszanie.

Jul 142014
 
A5326

Ogłoszenie przez Inspektorat Uzbrojenia zamiaru przeprowadzenia dialogu technicznego na zbiornikowiec floty oraz okręt wsparcia logistycznego mogłoby przejść bez echa wobec powszechnego skupienia uwagi na sile i zdolności rażenia naszych przyszłych okrętów. Jest jednak parę szczegółów, które nawet takiego laika w zakresie morskiej logistyki jak autor tego blogu, zastanawia i prowokuje do paru pytań. Techniczne niuanse zostawiam fachowcom i odsyłam do dobrego przykładu jakim są wiadomości na Defence24.

Pierwsza rzecz, która uderza to przyśpieszenie terminów w porównaniu do pierwotnej prezentacji programu modernizacji. Może to mieć źródło w chęci zaoferowania przemysłowi interesującego kontraktu. Ale może być również znakiem dość poważnego podejścia do planów rozwoju floty. Z dwóch względów – sięgamy oto po fragment mało interesujący polityków, ale bez którego samodzielne działania sił nawodnych poza Bałtykiem nie mają szans na powodzenie. Po drugie, jest to znak, że flota nawodna jednak przeżyje. Ten niepokój o okręty nawodne rodzi się obserwując jak forsowany jest program okrętów podwodnych, stanowiących największą pozycje w budżecie modernizacyjnym marynarki wojennej.

Innym szczegółem wzbudzającym zainteresowanie są niektóre parametry wspomniane w bardzo ogólnej specyfikacji:

  • zaopatrywanie w paliwo – 3000/6000 ton
  • zaopatrywanie w wodę 500/100 ton
  • Parametry okrętu – około 10.000 ton wyporności oraz prędkość maksymalna nie mniejsza niż 25 węzłów.
Etna - coś dla nas i na dokładkę zupełnie nieźle uzbrojona. Foto - www.marina.difesa.it

Etna – coś dla nas i na dokładkę zupełnie nieźle uzbrojona. Foto – www.marina.difesa.it

Wygląda na to, że najbliższa temu opisowi jest Etna włoskiej Marina Militare. Z jednym wyjątkiem – prędkości maksymalnej. Powyżej 25 węzłów mają tylko okręty Fast Combat Support Ships amerykańskiej Military Sealift Command. To ma sens jeśli zakłada się, iż okręty logistyczne towarzyszą okrętom wojennym, a nie spotykają się w wyznaczonych rejonach o wyznaczonym czasie. Właściwie w żadnej flocie europejskiej nie znalazłem okrętów wsparcia logistycznego (w tym AOR, bo o takim okręcie mówimy) o prędkości maksymalnej większej od 22 węzłów. Typowym przykładem niech będzie Royal Auxiliary Fleet. Jako laik, mogę sobie trochę spekulować, że US Navy potrzebuje takich okrętów wobec olbrzymich przestrzeni Pacyfiku przy braku odpowiednio gęstej sieci baz. No właśnie, o jakich przestrzeniach mówimy w naszym przypadku? Jedyne uzasadnienie koncepcyjne przychodzące na myśl to eskorta gazowców z Kataru. Tylko, czy się nie porywamy z motyką na słońce? Korwety nie służą do takich celów, a w chwili gdy nasz logistyk się zmaterializuje, ostatnia fregata już zostanie wycofana ze służby. Byłoby to także wyraźny sygnał braku zaufania do NATO. Mówimy w ten sposób, że jesteśmy skazani na siebie i nasze decyzje są tego wynikiem.

Jest też inne uzasadnienie, całkiem logiczne i zgodne z teoriami użycia sił morskich. Flota służy do realizacji funkcji dyplomatycznej i zapobieganiu wojnom a nie ich prowadzeniu na Bałtyku. Wówczas oczywistym stają się tereny operacji morskich poza Bałtykiem. Jeżeli polskie firmy inwestują w podmorskie złoża gazu i ropy na Morzu Północnym, to taka inwestycja staje się nie tylko sensowna ale niezbędna. Mamy tylko jeden zgrzyt – w żaden sposób nie przystaje to do Doktryny Komorowskiego i koncentracji uwagi na obronie wybrzeża. Na dobrą sprawę, można by te dwie koncepcje pożenić organizując w ramach Marynarki Wojennej siły Obrony Wybrzeża obok Flotylli Okrętów. W miniaturze Corbettowski podział na flotyllę i battleforce.

W sumie należy spojrzeć na projekt pozytywnie. Marynarka Wojenna chce najwyraźniej służyć szerszym interesom morskim Państwa a nie tylko skupiać się na niewątpliwie ważnej, ale pobocznej dla obrony narodowej obronie wybrzeża. I tego kursu bym się trzymał.

Jun 232014
 
saar5

W dość ubogiej publicznej dyskusji na temat struktury marynarki wojennej dominuje przekonanie o małych szansach na przeżycie okrętów nawodnych w przypadku konfliktu na Bałtyku w przeciwieństwie do okrętów podwodnych. Prowadzi to czasem do zaskakujących i raczej groźnych dla istnienia marynarki wojennej konkluzji. Przykładem jest warty przeczytania i moim zdaniem, dyskusyjny artykuł Krzysztofa Kubiaka Militarna funkcja Marynarki Wojennej. Sporą wartością tekstu jest próba zdefiniowania „raison d’etre” naszej floty w kategoriach trójkąta funkcji – dyplomatycznej, policyjnej i militarnej w sytuacji, gdy nasze kontynentalne położenie powoduje, że konflikty są zwykle rozstrzygane w operacjach lądowych. O ile dobrze rozumiem zamysł autora, proponuje on sprowadzić rolę sił nawodnych do funkcji dyplomatycznej bądź policyjnej a okręty podwodne w ramach funkcji militarnej:

należy (…) traktować jako oręż odstraszający i to być może jedyny, który zdoła przetrwać i wykonać zadanie w przypadku uzyskania zaskoczenia strategiczno-operacyjnego przez znacznie silniejszego przeciwnika.

Logiczny wywód prowadzi autora aż do negacji wartości broni podwodnej na poziomie taktycznym i sugestii, iż odstraszanie jest jedynym sensem istnienia tego rodzaju sił morskich. W konsekwencji wzywa do budowy okrętów dużych, z napędem AIP pozwalającym na długotrwałe przebywanie w zanurzeniu i możliwie sporej jednostce ognia. Jeśli jednak spojrzeć z dystansem na powyższe zdanie, to mamy do czynienia z propozycją poświęcenia większości środków budżetowych przeznaczonych na modernizacje marynarki wojennej na budowę okrętów, które nie będą miały dokąd powrócić a ich jedynym sensem istnienia jest odpalenie 4-6 rakiet zanim zostaną wykryte. Przychodzi mi na myśl ostatni rejs Yamato za 7 mld PLN. Będąc na miejscu decydentów, zgodziłbym się z tezą o rozstrzygającej roli działań na lądzie i zainwestował te miliardy w lotnictwo lub brygadę pancerną. To dopiero początek kaskady potencjalnie negatywnych decyzji. Ponieważ funkcja militarna dominuje w myśleniu o flocie, a wydarzenia na Ukrainie tylko ten sposób widzenia spraw podkreślają, to jeżeli okręty podwodne nie maja wartości taktycznej, a funkcja odstraszania jest zbyt nieefektywna, okręty nawodne z kolei bez szans na przeżycie, to czy warto inwestować w coś, co pełnić będzie tylko funkcję dyplomatyczną? Plan modernizacji, a właściwie restytucji Marynarki Wojennej jest drugim co do wartości po obronie przeciwlotniczej i przeciwrakietowej programem zbrojeniowym na najbliższą dekadę. Tylko dla dyplomacji i działań policyjnych?

Aby wyjść z tego niebezpiecznego zaułka, należałoby sięgnąć do podstaw i podjąć dyskusję na ile wyrażane poglądy zarówno co do sił nawodnych jak i okrętów podwodnych są mitem a na ile rzeczywistością. Ponadto, tak jak uczynił to Krzysztof Kubiak, nadać flocie właściwą rangę w realizacji celów politycznych, gospodarczych i militarnych Państwa. Zacznijmy od okrętów nawodnych. W artykule zatytułowanym Single-Purpose Warships for the Littorals, niestrudzony Capt. Wayne Hughes ponownie prezentuje swoje poglądy co do morskich operacji na wodach przybrzeżnych i zwraca uwagę na doświadczenia floty szwedzkiej i izraelskiej, dla których jest to typowe środowisko działania:

Oficerowie szwedzcy wskazywali na wiele możliwości, które uczyli się wykorzystywać dla uzyskania przewagi. Uważali oni własne wody przybrzeżne jako przewagę dla obrony. Zamiast widzieć łodzie rybackie, przybrzeżną żeglugę i inny „przybrzeżny szum” za problem lub przeszkodę, Szwedzi sugerują, że dla celów agresywnej obrony, państwo może aktywnie zwiększać ten „szum” dla zdobycia przewagi.

Nie jest to bynajmniej panaceum na wszelkie bolączki, ale przesuwa punkt ciężkości debaty na temat działań lekkich sił nawodnych z problemu aktywnej obrony i kinetycznego niszczenia środków rażenia na unikanie ich. Niebezpieczeństwo inwestowania w środki aktywnej obrony, a raczej pułapka przeinwestowania jest problemem trapiącym wszystkie floty świata. Nie odgrywa wielkiej roli tylko w niezwykle komfortowej sytuacji dostępności do nieomal nieograniczonych środków. Ale to nie o nas. Wayne Hughes starannie dobrał inny cytat dla zobrazowania wspomnianej pułapki:

Jak powiedział Wiceadmirał Benyamin Telem z Izraelskich Sił Obronnych, „ pod żadnym pozorem okręty nie powinny stać się duże lub kosztowne do tego stopnia, że ich obrona staje się dominującym priorytetem i celem samym w sobie. To w nieunikniony sposób zanegowałoby ich wartość ofensywną”.

Powyższe zdanie jest wielowątkowe. Po pierwsze stosuje ideę rzeczy „wystarczająco dobrej” w odniesieniu do okrętów wojennych. Okręt powinien być „wystarczająco duży” aby przenosić broń ofensywną oraz posiadać „minimalnie wystarczającą” obronę własną. Być może wizja okrętów obrony wybrzeża nie przekraczających 1.000 ton miała sens? Dopóki głównym zadaniem marynarki jest funkcja dyplomatyczna i budowa sojuszy, takie okręty są zbyt małe. Dla realizacji funkcji militarnej, a zwłaszcza strategii A2/AD, taka wielkość wydaje się być bliska optymalnej. Cytowany Capt. Wayne Hughes zawsze promował okręty około 600 ton. Lecz te dywagacje prowadzą nas do rozważań, na ile strategia A2/AD jest właściwa dla Polski?

Drugi wątek wypowiedzi admirała Telem’a dotyczy sposobu w jaki lekkie siły nawodne powinny działać, aby mieć szanse na przeżycie. Liczy się siła ofensywna i atak. Dotykamy w tym miejscu naszego własnego słabego punktu. Myśląc o wojnie na Bałtyku, nieodmiennie mówimy o znaczącej przewadze przeciwnika. Posiadanie najlepszego i najsilniejszego uzbrojenia w połączeniu z takim nastawieniem musi prowadzić do porażki. RADM Thomas S. Rowden, chcąc przekazać podobne przesłanie, chyba nieprzypadkowo skorzystał z okazji publikacji na łamach CIMSEC, własnego artykułu Surface Warfare: Taking the Offensive, z którego wybrałem takie oto zdanie:

Przejście do ofensywy to nastawienie, sposób myślenia o wojnie morskiej. To znaczy myśleć o wiele więcej o tym, jak coś zniszczyć aniżeli jak coś bronić. Proszę nie zrozumieć mnie źle – wciąż będziemy potrzebowali mieć zdolność do obrony ważnych jednostek, sił amfibijnych, konwojów i zaplecza – lecz w coraz większym stopniu będziemy je bronić poprzez wyjście w przód i eliminacje zagrożeń zanim będą one zdolne do rażenia tego, co bronimy.

Jeśli założymy, że okręty nawodne nie mają szans przeżycia w otwartym konflikcie na Bałtyku, to tak samo szans nie mają niszczyciele min, śmigłowce ASW i samoloty patrolowe. Czyżby rzeczywiście tylko okręty podwodne mogły operować na Bałtyku? Okręty podwodne są bronią zazdrośnie trzymającą swoje możliwości i słabości w sekrecie. W fachowej prasie możemy sporo przeczytać o sukcesach szwedzkich okrętów podwodnych w symulowanych atakach na amerykańskie lotniskowce i o tym, jak żmudne, pracochłonne i mało skuteczne jest poszukiwanie okrętów zanurzonych w głębinach. Jednak jest to tylko jedna strona medalu. O tym jak US Navy uczyła się na własnych, trudnych doświadczeniach wielu ćwiczeń, pisze Capt. Wiliam J. Toti, USN:

Podstawowy problem jest taki: jakkolwiek wykrycie i zniszczenie wrogiego okrętu podwodnego jest to wielka frajda, prawdziwe działania ASW nie skupiają się na wykryciu okrętu podwodnego, ani na zatopieniu okrętu, lecz na jego pokonaniu. To jest niuans, ale ważny.
(…)
Wykrycie okrętu podwodnego, który może stanowić zagrożenie to jak szukanie igły w stogu siana, niezależnie od technologii czy rodzaju użytych sił. Aby pokonać okręt podwodny, wystarczy uczynić go nieistotnym. Wywieść go poza właściwą pozycję do strzału. Spowodować błędne namierzanie. Zmusić do śledzenia niewłaściwego celu. Uczynić jego broń bezużyteczną.

Zanim zaczniemy szukać go na pełnym morzu, spójrzmy w którym jest porcie. Foto www.Defence24.pl

Zanim zaczniemy szukać go na pełnym morzu, spójrzmy w którym jest porcie. Foto www.Defence24.pl

Erozja umiejętności ASW odczuwana coraz boleśniej przez US Navy w połączeniu z rosnącą liczbą okrętów podwodnych służących we flotach potencjalnie wrogich państw zaowocowała zmianami doktrynalnymi. Po latach projekcji siły z morza na ląd, ta tradycyjna forma walki na morzu zaczęła wracać do łask. Próby rozwiązania problemu szły dwutorowo – poszukiwano rozwiązań technologicznych oraz próbowano odpowiedzieć na pytanie jak unieszkodliwić okręt podwodny, w sytuacji gdy szanse na wykrycie i zatopienie są niskie? Wśród rozwiązań typowo technologicznych znajdują się sonoboje do multistatycznego przeszukiwania obszaru (Multistatic Active Coherent). Klasyczne sonoboje wyłapują źródła dźwięku pochodzące z okrętów podwodnych. Jest to metoda pasywna. W systemie MAC jedna boja jest elektronicznym źródłem sygnału akustycznego, a pozostałe boje odbierają sygnał odbity od okrętu. Więcej na ten temat w artykule Recapture Wide-Area Antisubmarine Warfare.

Technologia to broń obosieczna.

Technologia to broń obosieczna.

Ważniejsze i bardziej nas interesujące, ze względu na konsekwencje i stosowalność w naszym obszarze geograficznym są zmiany doktrynalne opisane w artykule Williama Toti. Jest to prosta lista działań, które potencjalnie eliminują niekoniecznie okręt podwodny, ale zagrożenie przez niego tworzone:

  • Stworzenie warunków, w których przeciwnik decyduje o nieużyciu OP
  • Pokonać OP w porcie
  • Pokonać OP w pobliżu portu lub obszarach „odmowy dostępu”
  • Pokonać OP w cieśninach
  • Pokonać OP na otwartym morzu
  • Zwabić OP do „stref śmierci” ASW, do miejsca i o czasie przez nas wybranym
  • Zamaskować własne siły przed wykryciem i klasyfikacją przez OP
  • Pokonać OP w walce „w zwarciu”
  • Pokonać zbliżającą się torpedę

Jak widać można wiele uczynić dla uprzykrzenia życia podwodniakom. Warunki na Bałtyku z jednej strony sprzyjają okrętom podwodnym znacznie komplikując ich wykrycie, z drugiej strony sprzyjają siłom nawodnym ze względu na przykład, relatywną płytkość. Znane są również bazy floty i podejścia do nich. W przypadku Polski I Rosji główne bazy są od siebie oddalone o kilka godzin marszu dla brygady pancernej. Po co szukać okrętu na morzu dniami czy tygodniami? I ile rakiet manewrujących zniszczy jednocześnie nasza obrona przeciwlotnicza. Planujemy jedną baterię broniącą każdej bazy. W handlu znane jest zjawisko, psychologicznie uzasadnione, że sprzedawcy znają doskonale wszystkie zalety konkurenta i własne słabości. Mało wiedzą o własnych zaletach i słabościach konkurencji. Podobnie wygląda porównywanie okrętów podwodnych i sił nawodnych w działaniach na morzu zamkniętym. Jeśli już zdecydowano o strategii A2/AD to rozmawiajmy o synergii i współpracy tych dwóch rodzajów czy klas okrętów zamiast je sobie przeciwstawiać.

May 312014
 
Tomahawk

Artykuł Odstraszanie à la MON vs. odstraszanie à la Sejm opublikowany na Defence24 powraca do niekończącego się tematu rakiet manewrujących na okrętach podwodnych, tym razem jednak próbując umieścić go w szerszym kontekście koncepcji odstraszania. Jako ciekawostkę, autor artykułu wskazuje na pocisk Spike, który według MON-u stanowi wartość odstraszającą, w przeciwieństwie do parlamentarzystów, którzy uważają że tylko JASSM zasługuje na miano broni odstraszającej. Tu uwidacznia się pierwszy problem – odstraszanie sprowadzone jest do zasięgu broni. W tym kontekście, gdyby hipotetycznym agresorem były Czechy (przepraszam sąsiadów), to taktyczna broń jądrowa o zasięgu poniżej 300km nie byłaby bronią odstraszania. Ogólnie po przeczytaniu artykułu, dochodzę do kilku wniosków:

  • Nigdy za wiele na temat psychologicznej natury zjawiska odstraszania
  • Mówi się dużo o zjawisku bez podania jego definicji, co powoduje pomieszanie pojęć
  • Analiza nie zadecyduje o niczym bez doprecyzowania o czym mówimy. Jest to raczej obronny manewr MON-u przed zapędami lobbystów i brakiem ustalonej równowagi politycznej w ośrodkach władzy

Ale po kolei. Ponieważ nie jestem ani politykiem, ani wojskowym, sięgam do… słownika Merriam – Webster, gdyż mamy do czynienia z pojęciem używanym w polityce i wojskowości, ale o rodowodzie anglosaskim:

the act of making someone decide not to do something : the act of preventing a particular act or behavior from happening (akt skłaniający kogoś do zaniechania uczynienia czegoś; akt zapobieżenia konkretnemu czynowi lub zachowaniu)

politics : the policy of developing a lot of military power so that other countries will not attack your country (w polityce: polityka rozwoju potężnej siły militarnej, aby inne kraje nie zaatakowały waszego kraju).

Ważny jest również dalszy akapit wyjaśniający znaczenie słowa w odniesieniu do strategii militarnej:

Strategia militarna, w której jedna strona używa groźby odwetu aby wykluczyć atak ze strony przeciwnika.

W takim ujęciu odstraszanie ma co najmniej dwa aspekty. Pierwszy wiąże się poniekąd z poglądami Sun Tzu – jeśli chcesz pokonać przeciwnika bez walki, to zaprzecz jego doktrynie. Atak przeciwnika na mnie nie ma sensu, bo jestem zbyt silny lub moja obrona jest zbyt skuteczna. Charakter odstraszający ma wówczas popularna ostatnio doktryna A2/AD. Także pocisk Spike, którego obecność niweluje skuteczność doktryny opartej na ataku silnych związków pancernych. Zasięg nie gra roli. Pytanie dla czytelnika, czy większą siłę odstraszania ma brygada piechoty silnie nasycona środkami przeciwpancernymi czy 4 rakiety manewrujące o zasięgu 1000 km z głowicą 450 kg? Ten aspekt jest najczęściej pomijany w dyskusjach.

Pomysł nie jest nowy. Ale długo się nie przyjął. Foto regulus-missile.com

Pomysł nie jest nowy. Ale długo się nie przyjął. Foto regulus-missile.com

Drugi aspekt odstraszania mówi o sile odwetu w przypadku, gdy do ataku jednak dojdzie. Odwet powinien mieć taką siłę, że koszty przewyższą potencjalne korzyści wygranej wojny. Powstaje pytanie trudne do odpowiedzi – co dla przeciwnika jest korzyścią i jaką cenę jest gotów zapłacić? Dla ułatwienia rozważań posłużmy się przykładem aneksji Krymu przez Federację Rosyjską. Czy potrafimy w tym przypadku określić zarówno korzyść jak i cenę postrzegane przez Rosję? I czy cztery lub osiem rakiet manewrujących zapobiegłyby konfliktowi i aneksji? Tukidydes wymienia trzy powody wojen: Obawa, Korzyść, Honor – na ile rakiet oceniamy poczucie dumy narodowej Rosjan lub ich globalne ambicje?

W obu przypadkach mamy do czynienia ze zjawiskami psychologicznymi. Strach ma wielkie oczy, mówi przysłowie i jest to uczucie trudne do opanowania. Oszacowanie w jakim przypadku u przeciwnika Obawa będzie silniejsza niż postrzegana Korzyść lub poczucie Honoru jest niezwykle trudne, a przeliczenie tego na ilość rakiet, okrętów czy brygad jeszcze trudniejsze. Dyskurs pomiędzy emocjami a rozumem nigdy łatwy nie był.

Wątek zasięgu broni odstraszającej wywodzi się pewnie w prostej linii od międzykontynentalnych rakiet balistycznych i koncepcji MAD – Mutual Assured Destruction. Doktryna zakłada, że atak nuklearny na jedną ze stron nie zabezpieczy przed jądrowym odwetem. Liczba i siła głowic gwarantowały kompletną anihilację przeciwnika i wobec tego, bezpodstawność jakiejkolwiek polityki. Jej już po prostu nie będzie. To czyni bezsensownymi słowa Carla von Clausewitza o prymacie polityki nad wojną.

W przypadku odstraszania konwencjonalnego nie zasięg jest istotny tylko wiara w skuteczność blitzkrieg’u. Według słów profesora Mearsheimera:

Odstraszanie najprawdopodobniej zawiedzie podczas kryzysu, jeśli potencjalny najeźdźca uważa, że jest w stanie uzyskać szybkie i decydujące zwycięstwo. Jest raczej mało prawdopodobne, że kierujący państwem wybiorą długą wojnę na wyniszczenie – nawet jeśli wierzą w ostateczne zwycięstwo.

Zasięg broni konwencjonalnej ma natomiast znaczenie w koncepcji stand-off weapon, czyli systemów pozwalających atakować przeciwnika spoza zasięgu jego obrony. Niewątpliwie taki charakter mają rakiety odpalane przez okręty podwodne. Ale nie mylmy tego z pojęciem odstraszania. Pociski manewrujące dalekiego zasięgu we współczesnej praktyce wojennej stanowią element strike warfare, czyli uderzeń na cele lądowe w ramach projekcji siły. Dobrym wprowadzeniem do tej dziedziny wiedzy jest książka Strike Warfare in the 21st Century. Autor przez 30 lat zawodowo zajmował się rozwojem tej kategorii uzbrojenia i zgromadzone doświadczenie uprawnia go do stwierdzenia, że „uzyskanie jednocześnie dużego zasięgu i dokładności jest nieustającym wyzwaniem od dziesięcioleci”. W dyskusji kompletnie pomija się koszty zdobycia informacji o celach pozwalających na precyzyjny atak. Jeśli potencjalny cel jest na dodatek mobilny, jak wyrzutnie Iskanderów, złożoność problemu rośnie wykładniczo. Koszt samej rakiety manewrującej jest w tym wypadku prawie pomijalny.

Kończąc, kilka słów o analizie mającej zdecydować o uzbrojeniu okrętów podwodnych w rakiety manewrujące jako broni odstraszającej. Jeśli takowa analiza miałaby mieć sens, musiałaby głęboko wejść w analizę korzyści i akceptowalnych strat przeciwnika. Myślę, że nie mamy takich danych, choć możemy snuć przypuszczenia i konstruować hipotezy. Czy to jednak będzie argument dla zwolenników rakiet manewrujących? To, co MON może zrobić to analizować stosunek kosztu do efektu dla poszczególnych rodzajów uzbrojenia i ich kombinacji zgodnie z założonymi scenariuszami operacyjnymi. Te jednak będą faworyzowały inne systemy niż okręty podwodne. Pozostanie argument zasięgu, który wzbudzać będzie tylko emocje. Najgorsze w tej dyskusji jest to, że jeśli skojarzenie okrętów podwodnych z funkcją odstraszania zostanie ugruntowane, to Marynarka Wojenna może tych okrętów nigdy nie zobaczyć, jeśli ktoś dojdzie do wniosku, że kilka rakiet nie wzbudza strachu u potencjalnego przeciwnika. W końcu przeciwnik też może mieć swój odpowiednik naszego przysłowia strachy na Lachy.

May 192014
 
Callwell

Portal Defence24 w ramach codziennego przeglądu prasy, zamieścił niedawno fragment artykułu Cezarego Pytlosa z Dziennika Gazety Prawnej pod znamiennym tytułem Bronić wodę czy ziemię. Interesujący nas cytat wskazuje bezpośrednio na siły nawodne jaką potencjalne źródło rezerw finansowych, które należałoby wykorzystać dla realizacji innych programów:

Nasi rozmówcy związani z przemysłem obronnym nie mają też wątpliwości, że zmian wymagają programowe plany dotyczące marynarki wojennej. To jednak bardzo drażliwa kwestia, dlatego żaden z nich nie chce wypowiadać się pod nazwiskiem. Przeważa opinia, że wydawanie pieniędzy z budżetu na okręty nie ma sensu, bo w razie konfliktu przy braku obrony przeciwlotniczej szybko zostaną zatopione.

Nie komentując tej wypowiedzi, wystarczy tylko stwierdzić, że program modernizacji marynarki wojennej jest drugim, co do wartości po obronie przeciwlotniczej i z pewnością będzie podlegał olbrzymim naciskom politycznym. Słowo polityka jest kluczem. Rozmówcy autora tekstu nie dążą do maksymalizacji oszczędności finansowych, wówczas zaatakowaliby projekt okrętów podwodnych będący największą pozycją w budżecie modernizacji MW. Te jednak wpisują się w łatwy do zrozumienia koncept sea denial, czyli odmowy dostępu do spornego obszaru morza i mogą liczyć na wsparcie polityków lub nawet generałów. Celem ataku i źródłem potencjalnych cięć stają się więc siły nawodne. Warto więc podjąć dyskusję zarówno na temat zarówno roli i znaczenia sił nawodnych jak i technicznego argumentu zdolności okrętów do działania w warunkach zagrożenia atakiem z powietrza.

Ian Speller we wstępie do swojej książki pod znamiennym tytułem Understanding Naval Warfare, cytuje słowa Grega Kennedy’ego:

Aby zrozumieć koncept wojny morskiej niezbędne są dwie rzeczy: być zdolnym do zdefiniowania co marynarka wojenna daje państwu oraz jej użyteczność w działaniach podczas wojny totalnej, ograniczonej oraz w czasie pokoju.

W dyskusjach o marynarce wojennej dominuje temat wojny totalnej z Rosją, niewymienioną nigdy z nazwy, kosztem roli floty w budowaniu sojuszy lub prewencji i zapobieganiu wojnie. Zanim rzucimy na szalę wszystkie zasoby naszego państwa w wojnie totalnej, warto się pochylić nad problemem demonstrowania determinacji i woli rządu wobec potencjalnego przeciwnika. W tej roli marynarka wojenna a zwłaszcza jej siły nawodne są bardzo użyteczne i kosztowo efektywne. Jeżeli już jednak mówimy o otwartych działaniach zbrojnych, to obronę znaczenia floty wspomniana książka powierza nie admirałowi, lecz generałowi :

Jak Charles Callwell zauważył ponad sto lat temu, trudno jest armii czuć się bezpiecznie na lądzie, jeśli jest oskrzydlona morzem kontrolowanym przez wrogą flotę.

Dzięki szczegółowej analizie wielu działań połączonych z XIX wieku, Callwell pokazał nieproporcjonalnie duże znaczenie strategiczne, jakie przewaga na morzu może mieć dla działań na lądzie poprzez kontrolę morskich szlaków komunikacyjnych, wpływ dywersyjnych działań desantowych lub zdolności do obrony wyeksponowanej flanki. Podobnie jak Corbett, Callwell dostrzegł, że taki wpływ miał często charakter pośredni i zwykle istotny na poziomie strategicznym, lecz to nie czyni go w jakikolwiek sposób mniej ważnym.

Dzisiaj będzie sporo cytatów, bo w książce admirała J.C. Wylie Military Strategy: A General Theory of Power Control znalazłem takie oto zdanie, nie tylko potwierdzające powyższą tezę, ale bezpośrednio odnoszące się do Polski, wymieniając ją z nazwy:

Pod koniec lat 40-tych kilka krajów Europy Środkowej próbowało pozostać poza lub wyłamać się z orbity wpływów Rosji. Polska, Czechosłowacja, Rumunia, Węgry i Bułgaria uległy. Tylko Jugosławia zdołała wyrwać się poza żelazną kurtynę. Spośród wszystkich tych krajów, tylko Jugosławia miała dostęp do morza kontrolowanego przez Zachód. Myślę, że ten fakt ma znaczenie. Myślę również, że gdybyśmy mieli kontrolę na Bałtyku, nie utracilibyśmy Polski.

Uzyskanie wspomnianego efektu strategicznego nie wymaga zawsze i wszędzie pełnej kontroli morza, która dla małej czy drugorzędnej floty jest po prostu najczęściej nieosiągalna. Wystarczy jednak kontrola chwilowa na ściśle określonym obszarze, aby zapewnić „prawo przejścia morzem”, używając słów Sir Juliana Corbetta. Do uzyskania tego celu flota nawodna jest niezbędna. Dopóki chcemy aby statki z towarami, zapasami czy wojskiem płynęły morzem, dopóty okręty nawodne pozostaną niezbędnym składnikiem marynarki wojennej. Doktryna odmowy dostępu jest bowiem „zasadniczo partyzantką na morzu”, jak mawiał admirał Stansfield Turner. Pozwala na szachowanie przeciwnika, ale nie daje szans na osiągnięcie strategicznie istotnych celów pozytywnych.

Jeśli już zgodzimy się co do konieczności budowy okrętów nawodnych, to należałoby uczciwie zmierzyć się z tematem ich przeżywalności na zamkniętym akwenie wodnym jak Bałtyk. Pomocne będą wydarzenia w rejonie Pacyfiku i wzrost potęgi Chin w połączeniu z cięciami budżetowymi Pentagonu. Amerykanie bowiem znaleźli się w sytuacji dawno już zapomnianej. Na morzach pojawia się przeciwnik słabszy, ale mogący rzucić wyzwanie US Navy a ograniczenia finansowe nie pozwalają w nieskończoność duplikować niszczycieli Aegis. Powstał więc problem ekonomicznej efektywności obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej. Odkryto, że obrona przed salwą rakiet odpaloną przez baterię nadbrzeżną jak nasz NDR za 700 mln PLN, wymaga okrętu z systemem wartym co najmniej $1.5 mld. Na dłuższą metę, jest to ekonomicznie nie do utrzymania, nawet dla Stanów Zjednoczonych. Co gorsza jest to wyraźny trend. Środki ataku nie tylko mają przewagę nad obroną ale o wiele łatwiej i taniej jest zwiększyć zasięg broni ofensywnej niż defensywnej. Przykładem niech będzie Small Diameter Bomb II, której zasięg wzrośnie do 45 nm. Ile systemów przeciwlotniczych na świecie jest w stanie wykryć i zestrzelić samolot na tym dystansie, zanim zrzuci ładunek kilku bomb jednocześnie? Ile taki system kosztuje i jaką liczbę okrętów tak wyposażonych marynarka może zakupić? Innym problemem, choć powiązanym jest pojemność magazynów amunicji. Radar Herakles jest podobno w stanie naprowadzać jednocześnie 16 rakiet. To prawdopodobnie pozwoli na obronę przed salwą, dajmy 12 rakiet, ale okręt zużyje znaczną część zapasu rakiet plot przy braku możliwości przeładowania na morzu. Bateria brzegowa ma przewagę.

W numerze majowym USNI Proceedings, admirał Walter E. Carter, US Navy dzieli się swoimi przemyśleniami na powyższe tematy w artykule Sea Power in the Precision – Missile Age. Tym ciekawsze, że autor pełni funkcję Prezydenta Naval War College. Poglądy wyrażone w artykule mają więc szansę na bycie podstawą teoretyczną przyszłych kierunków rozwoju US Navy. Poniższy cytat stanowi esencję artykułu:

Zdolność tych systemów to stworzenia zagrożenia dla celów mobilnych na dużych dystansach zależy w dużej mierze od zdolności do identyfikacji celów z użyciem ich emisji w spektrum elektromagnetycznym. Efektywna obrona platform musi więc przenieść nacisk z aktywnej obrony na aktywne zakłócanie oraz środki pasywne, takie jak uniemożliwianie namierzania dzięki neutralizacji sensorów, redukcję sygnatur, przemieszczanie się i rozproszenie. Zintegrowana obrona przeciwlotnicza i przeciwrakietowa nie wystarcza już samodzielnie do obrony pojedynczych okrętów, ich zespołów lub stałych instalacji w sytuacji rozprzestrzeniania się coraz skuteczniejszych rakiet balistycznych i manewrujących.

Nie daj się wykryć, to też metoda. Foto www.nrl.navy.mil

Nie daj się wykryć, to też metoda. Foto www.nrl.navy.mil

W dalszej części artykułu następuje rozwinięcie tezy z wyszczególnieniem konkretnych punktów jakie siły mają przyszłość i na zasadzie negacji, jakie nie są perspektywiczne. Postaram się je opatrzyć komentarzem i zwrócić uwagę na obiegowy charakter niektórych opinii publikowanych w naszych mediach.

Przyszłe siły morskie powinny opierać się o:

  • “Platformy wyposażone w broń stand-off pozwalające na penetracje systemów obronnych „z górnej półki””. Jest to scenariusz oparty o realia Pacyfiku. Na morzu zamkniętym jak Bałtyk, nie bardzo jest możliwość działania spoza zasięgu oddziaływania przeciwnika. Zasięg będzie istotny, ale zapas amunicji jeszcze bardziej. Konieczność wyważenia tych dwóch sprzecznych wymagań powinna prowadzić do rozwiązań specjalizowanych dla obszarów przybrzeżnych.
  • “Platformy z naciskiem na zdolności ofensywne potrzebne dla uzyskania przewagi na morzu”. Jeśli nie można „uciec” poza zasięg ognia nieprzyjaciela, pozostaje być szybszym w ataku. Jako minimum, każdy okręt powinien być na zasadzie symetrii zdolny do zniszczenia okrętu podobnej sobie klasy. Ze względu na bliskość lądu, większe jednostki powinny posiadać broń uniwersalną, zdolną do rażenia celów lądowych. Takie wymaganie znalazło się w wymaganiach Miecznika, pozostaje jednak problem ilości zabieranej amunicji. Korweta jest w sumie niewielkim okrętem z ograniczoną liczbą rakiet manewrujących, które muszą służyć do zwalczania zarówno okrętów przeciwnika jak i celów na lądzie. Konflikt priorytetów będzie nieunikniony. Artyleria może być pomocna.
  • “Platformy mobilne z obniżonym poziomem sygnatur, rozproszone, o silnej obronie lub ukryte pośród pułapek, szumu tła i aktywnego zakłócania”. Postulat silnej obrony pozostaje, ale poszukuje się innych rozwiązań, bardziej realistycznych w naszych warunkach. Wymienione alternatywy są o wiele bardziej przydatne dla korwet niż silna obrona. Szwedzi konstruując Visby byli świadomi tego problemu definiując go słowami Invincible or Invisible (niezwyciężony czy niewidzialny). Praktyka pokazuje również, że liczba rakiet przeciw-okrętowych zniszczona środkami aktywnymi była niewielka w porównaniu z rakietami, które ominęły cel dzięki zakłóceniu ich systemów naprowadzania.
  • “Siły polegające w minimalnym stopniu na sieciach radiowych, używające bezpiecznej łączności sporadycznie w sposób wcześniej zaplanowany”. Tak sformułowana definicja promuje dwie kategorie platform. Okręty z własnym systemem C2 i sensorami, czyli jednostki o pewnej wielkości mogące pomieścić sprzęt i sztab. Idąc w drugą stronę, systemy bezzałogowe i autonomiczne działające według ustalonego programu i obarczone jedną, konkretną misją.
Pułapki były skuteczniejsze od rakiet. Foto www.rheinmetall-defence.com

Pułapki były skuteczniejsze od rakiet. Foto www.rheinmetall-defence.com

To, czego należy w przyszłych siłach morskich unikać, to oprócz przeciwieństw do powyższych punktów są dwa ciekawe rodzaje platform:

  • “Polegające na stałych bazach”. I o tym się zapomina pisząc o wrażliwości okrętów nawodnych na atak z powietrza i pomijając fakt, że okręty podwodne podlegają temu samemu prawu. Gorzej, okręty podwodne w bazie są zdane tylko i wyłącznie na obronę umieszczoną na lądzie, podczas gdy okręty nawodne w ostateczności mają własne systemy pokładowe obrony przeciwlotniczej, zarówno aktywne jak i pasywne. Głównym problemem w zwalczaniu okrętów podwodnych jest ich wykrycie. Jednak w przypadku mórz zamkniętych, baza morska jest stałym punktem znanym przeciwnikowi, gdzie jest wiadome, że okręty się pojawią. Poza atakiem na bazę pozostaje blokada, również z wykorzystaniem okrętów podwodnych. Zwalczanie takiej blokady podwodnej będzie znów wymagało współpracy lotnictwa i okrętów nawodnych.
  • “Platformy opierające swoją zdolność do przetrwania głównie o aktywną obronę, czyli zestrzelenie rakiet rakietami”. Jeżeli ograniczone środki finansowe prowadzą najpotężniejszą flotę świata do takich wniosków, to co ma powiedzieć mała flota o ambicjach obrony wybrzeża? Czy prowadzi to amerykanów do rezygnacji z niszczycieli i krążowników? Nic na to nie wskazuje. Przykład FFG, czyli popularnych fregat OHP pokazuje drogę do naśladowania. Zamiast skupiać się na wyrafinowanych systemach aktywnej obrony przeciwlotniczej, lepiej określić sensowny pułap kosztów budowy okrętów nawodnych, akceptowalny politycznie i skupić się na tym, w jaki sposób liczebność serii, rozproszenie oraz taktyka połączona ze środkami pasywnymi i zakłóceniami pozwolą na egzekwowanie na przeciwniku prawa do przejścia morzem.

Pozostaje drobny problem „Planu B”. Co, jeśli naciski polityczne i działalność lobbystyczna jednak weźmie górę? DefenseNews zamieszcza wywiad z Arati Prabhakar, szefową DARPA. Portal cytuje słowa zdziwienia pani Prabhakar, która obserwuje znacznie większe zainteresowanie ofertą DARPA aniżeli pójście drogą stopniowej modernizacji czy rozbudowy istniejących i sprawdzonych systemów. Anglosasi mają powiedzenie, że lepsze jest wrogiem wystarczająco dobrego. Dlatego zwrócę jeszcze raz uwagę na niewykorzystany potencjał MEKO A-100, czyli Ślązaka. Pod warunkiem, że Stocznia Marynarki Wojennej zda egzamin maturalny (było nie było mamy maj i czas matur).

Apr 152014
 
KockumsA26_SOF

Kto zbuduje okręty podwodne dla Polski zależy nie tylko i wyłącznie od nas czy też wymagań lub ceny. Podczas, gdy skupiamy się na wewnętrznych dyskusjach i grze politycznej, świat wokół nas nie czeka tylko zajmuje się swoimi sprawami. Kilka doniesień prasowych tworzy obraz dość złożony i utrudnia proces podejmowania decyzji. Od pewnego czasu media donoszą o napięciach na linii TKMS wciąż będącym właścicielem dawnego Kockums, a de facto rządem Szwecji. Jak gorąca jest sytuacja niech świadczy poniższy cytat zaczerpnięty z Defense News:

Napięcie osiągnęło szczyt 8-go kwietnia, gdy konwój FMV w towarzystwie eskorty wojskowej dokonał rajdu na kwatery TKMS w Malmö w celu zabezpieczenia technologii związanych z A26, rozwijanych w ramach rządowego programu za $100 mln prowadzonego przez TKMS, lecz który został zarzucony po odwołaniu przez Ministerstwo Obrony kontraktu z ThyssenKrupp w lutym.

Jakby tego było mało, artykuł wspomina, że Saab, który ma przejąć z powrotem Kockums podpisał z rządem kontrakt w celu dokonania samooceny możliwości zarówno budowy A26 jak i modernizacji jednostek będących już w służbie. Wynik tej analizy ma być opublikowany w czerwcu tego roku. I być może to jest powód opóźnień w dialogu technicznym i ogłoszeniu przetargu. Niestety to nie koniec tej skomplikowanej sprawy. W Australii, również zainteresowanej zakupem następców okrętów podwodnych klasy Collins (ze szwedzkim rodowodem), odbyła się niedawno konferencja na temat okrętów podwodnych. Doszło na niej do wymiany zdań pomiędzy przedstawicielem TKMS a emerytowanym admirałem szwedzkiej marynarki wojennej. Adm. Göran Larsbrink powiedział w trakcie sesji pytań i odpowiedzi:

Program A26 jest przerwany, ale zamiast niego projekt NGS – New Generation Submarine powstanie jak Feniks z popiołów.

Poetyckie porównania wypowiadane ustami admirała zaintrygowały mnie i zmusiły do zerknięcia, kto zacz. Ze znalezionej notki nie wygląda na to, aby Göran Larsbrink nie wiedział co mówi. Mamy więc do czynienia z sytuacją, gdzie nie do końca wiadomo kto i co zaoferuje w rzeczywistości. Z drugiej strony sytuacja polityczna w regionie zmienia się dynamicznie i wybór opcji szwedzkiej może mieć swoje zalety na zasadzie gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. Czy Czytelnicy pamiętają przetarg na KTO pomiędzy LAV i Pandurem, który wygrał AMV? Trzeba również przyznać, że technicznie i koncepcyjnie A26 to bardzo interesujący okręt. Być może to jest jeden z powodów, dla których dialog się przedłuża a ogłoszenie przetargu opóźnia. Saab sam musi się określić na co go stać.

Czarny koń zawodów? Interesująca koncepcja okrętu i szansa na regionalną współpracę. Foto www.ssbn.pl

Czarny koń zawodów? Interesująca koncepcja okrętu i szansa na regionalną współpracę. Foto www.ssbn.pl

Cóż, można by powiedzieć, że to problem szwedów, w końcu podstawowe oferty to TKMS i DCNS. Jednakże ten sam portal Defense News wspomina w tle konfliktu, że TKMS ma portfel zamówień do 2020 roku. A nam się śpieszy. Ciekawe, czy w takiej stoczni można sobie zrobić rezerwację na miejscówkę? O DCNS żadnych wiadomości nie znalazłem i z tego punktu widzenia wydaje się to być dobry oferent. Z jednym jednakże zastrzeżeniem, może się bowiem okazać, że współdzielimy częściowo technologie systemów C2 z Rosjanami. Mistral to nie Scorpene, jednak Ukraina wywraca wszystko do góry nogami.

Tak więc Inspektorat Uzbrojenia ale i cały MON ma do podjęcia niełatwą decyzję. Czekanie na ofertę szwedzką jest uzasadnione, ale zbyt długie zwlekanie grozi zamknięciem czegoś, co z angielska  nazywa się window od opportunity. Okazje trzeba wykorzystywać, w przeciwnym przypadku można być zmuszonym do oczekiwania na następną. Tyle, że my czasu nie mamy. Kalkulacja ryzyka wybiega daleko poza parametry techniczne i wymaga raczej jasnej wizji i gotowości politycznej na podjęcie trudnych decyzji.

Apr 072014
 
Logo-Sejmu-RP

W początku kwietnia przedstawiciele MON poinformowali Komisję Obrony Narodowej Sejmu o stanie realizacji planów modernizacji Marynarki Wojennej. Ogólny wydźwięk jest pozytywny i nawet z dość ogólnej prezentacji kmdr. Olejnika można było wyłowić parę interesujących szczegółów. Posumowanie prezentuje Dziennik Zbrojny. Jednak najciekawszą częścią spotkania była sesja pytań i odpowiedzi. To materiał do przemyślenia pokazujący, że pewne problemy koncepcyjne wciąż mogą stać się groźną rafą na kursie modernizacji Marynarki Wojennej. Na szczęście rafy można ominąć i o tym jak ewentualnie ominąć przeszkody jest poniższy tekst. Najbardziej interesujące fragmenty sesji można sprowadzić do kilku punktów, będących właściwie pytaniami:

  • Wartość polityczna i militarna okrętów podwodnych
  • Zdolności produkcyjne polskich stoczni do budowy okrętów wojennych
  • Włączenie MW w doktryny NATO
  • Zachowanie wykwalifikowanej kadry do czasu wprowadzenia nowych okrętów do służby

Pierwszy problem został poruszony przez posła Ludwika Dorna, który zadał serię pytań o to, czy będą zainstalowane na okrętach podwodnych rakiety manewrujące dalekiego zasięgu, a jeśli nie to czy warto inwestować tak wysokie środki w duże okręty podwodne. Czy nie warto wówczas zainwestować w mniejsze (w domyśle tańsze) okręty podwodne, służące bardziej marynarce wojennej a nie narodowej strategii odstraszania. Pytanie jest zasadne, ale zadane chyba za późno by można było uniknąć istotnych szkód. Pytania zadane przez posła Ludwika Dorna stanowią groźną sekwencję – jeśli okręty podwodne nie będą stanowiły zasobu strategicznego odstraszania Państwa, wówczas nie są warte wydanych pieniędzy. Powstaje wówczas pytanie po co marynarce okręty podwodne w ogóle i za jakie pieniądze. Rezygnacja z realizacji tak zaawansowanego projektu byłaby dużym ciosem dla programu modernizacji i miałaby silne reperkusje polityczne i psychologiczne. W kraju i zagranicą. Aby ważny dla marynarki program miał wysokie szanse realizacji potrzebne jest wsparcie polityczne zarówno ze strony marynarzy jak i polityków. Szczególnie przed wyborami.

Zacznijmy od powtórzenia pewnych argumentów przeciw rakietom manewrującym jako strategii odstraszania. Odstraszanie jest zjawiskiem psychologicznym i działa pod dwoma warunkami – zagrożenie jest istotne i nieuniknione. To zamienia się na posiadanie odpowiednich zdolności, woli politycznej ich użycia i wysokiego prawdopodobieństwa uzyskania oczekiwanego skutku. Okręt podwodny odpalający kilka rakiet nie stanowi zagrożenia dla mocarstwa, jakim jest Rosja. Nikt również w Rosji nie może się zgodzić z tym, że obrona przeciwlotnicza i przeciwrakietowa nie jest w stanie sobie poradzić z powiedzmy, czterema rakietami. To byłoby ośmieszenie sił zbrojnych Federacji Rosyjskiej. Jest jeden wyjątek – jeśliby te rakiety przenosiły głowice nuklearne. Wówczas nawet niewielkie prawdopodobieństwo przedarcia się choćby jednej rakiety przez obronę, stanowiłoby poważne zagrożenie. O pójście taką drogą podejrzewa się tylko jedno państwo na świecie – Izrael. Dopóki Polska nie zamierza zostać członkiem klubu nuklearnego, przenoszenie rakiet dalekiego zasięgu przez klasyczne okręty podwodne należy odłożyć na półkę.

Podejrzenie, że ten okręt przenosi głowice nuklearne, może stanowić element odstraszania strategicznego. Foto www.defenceforumindia.com

Podejrzenie, że ten okręt przenosi głowice nuklearne, może stanowić element odstraszania strategicznego. Foto www.defenceforumindia.com

Co można zrobić w obronie planu modernizacji ale respektując argument małej wartości politycznej w stosunku do poniesionych nakładów. Wyjściem może być kompromis zarówno po stronie wartości politycznej (odstraszanie) jak i militarnej (zdolności) pozwalający na ograniczenie kosztu tak, aby korzyści polityczne i militarne się zrównoważyły. Odstraszanie to nie tylko zdolność do uderzenia. To także pewność, że przeciwnik nie może nas uczynić bezbronnymi za pomocą uderzenia wyprzedzającego. Okręty podwodne, dzięki swojej skrytości oferują tę drugą formę odstraszania. Być może warto parlamentarzystom zaprezentować grę z elementami taktyki. Aby zniszczyć okręty podwodne stanowiące barierę dla operacji desantowych przeciwnika, musi on użyć swoich sił ASW. Jednak działania na wodzie i w powietrzu spotkają się z przeciwdziałaniem własnego lotnictwa i NDR-u. Sam NDR, bez okrętów podwodnych może zostać zneutralizowany za pomocą operacji sił specjalnych lub odsunięty od bazy floty na bezpieczny dystans poprzez ofensywę na lądzie. Wówczas flota przeciwnika uzyskuje swobodę manewru. To tylko przykład, szkic tego co pozwoliłoby parlamentarzystom wczuć się w problematykę operacji morskich. NDR nie jest panaceum na wszystkie bolączki.

Do uzyskania takiego efektu odstraszania nie potrzeba okrętu z napędem AIP i rakietami. Rolę tę spełniają nawet dzisiaj Kobbeny. Mniejsze okręty poświęcają zasięg sensorów i działania pod wodą bez wynurzenia, oferując niższą cenę. W grę wchodziłby więc zakup Andrasty lub U210Mod pod warunkiem, że nie zaczynamy całej procedury od początku. To jednak nie wydaję się możliwe a dalsze odłożenie zakupu okrętów czyni wszelkie wysiłki marynarki utrzymania starych okrętów i ich załóg w służbie nie tylko mało realnymi ale raczej desperackimi. Wyjściem karkołomnym, nie przeczę, jest nabycie JEDNEGO okrętu z napędem AIP już zbudowanego lub na ukończeniu, co dałoby czas na zmianę wymagań. W grę wchodzą jednostki greckie lub wchodząca do służby ostatnia jednostka U212 dla Deutsche Marine. Dla tej ostatniej oznaczałoby to opóźnienie kilkuletnie ukończenia serii. Nie jest wcale pewne, czy Niemcy zechcą na ten temat w ogóle rozmawiać, ale są za tym argumenty. Polityczny to taki, że jest to dla Niemiec najtańsza forma wzmocnienia wschodniej flanki NATO bez reperkusji w wewnętrznej polityce Niemiec. Ekonomicznym argumentem mógłby być ewentualny kontrakt na kontynuację serii U210Mod i ciągłość zamówień dla niemieckich stoczni.

Równie istotnym problemem poruszanym na sesji podkomisji sejmowej a kluczowym dla polskiego przemysłu zbrojeniowego są zdolności produkcyjne polskich stoczni. Informacja podana mówi o zamiarze budowy dwóch serii okrętów w odstępie rocznym, zaczynając od 2017 roku. Przy czym obie klasy okrętów, Miecznik i Czapla mają bazować na takim samym kadłubie, czy wręcz całej platformie. Rozwiązanie jest logiczne i oferuje potencjalnie korzyści skali produkcyjnej, tylko dla kogo? Budowa okrętu tej klasy to około 3 lat przy dobrych układach. Oddawanie do służby jednostek w odstępie rocznym oznacza, że w stoczni jednocześnie będą trzy okręty w różnych fazach budowy. Która stocznia ma takie zdolności? SMW jest mimo wszystko w dalszym ciągu bankrutem, chociaż być może na dobrej drodze do zmartwychwstania. Niemniej przeskok ze Ślązaka budowanego przez 15 lat do 3 jednostek jednocześnie sprawia wrażenie cudu gospodarczego. Rozbudowa zdolności produkcyjnych do takich rozmiarów bez jasnej wizji co po roku 2022 też nie ma sensu. Remontowa ma zlecenia na Kormorany i portfel zamówień do 2015. Nie sądzę również, aby chciała zrezygnować ze swoich tradycyjnych rynków cywilnych. Ile procent swoich mocy produkcyjnych jest więc w stanie przeznaczyć dla zamówień MON-u? Nie buduje również tragikomiczny szczegół podany przez kmdr Olejnika, że do przetargu na motorówki hydrograficzne nie zgłosiła się żadna polska stocznia pomimo, że wiele uczestniczyło w dialogu technicznym. Poniższy rysunek jest propozycją urealnienia napiętego i ambitnego harmonogramu.

Harmonogram budowy okrętów nawodnych

Propozycja polega na podzieleniu zamówienia serii sześciu okrętów pomiędzy dwie stocznie tworzące konsorcjum budujące Kormorany. Pozwoli to na budowę w dowolnej stoczni nie więcej jak dwóch okrętów jednocześnie a Remontowej na ograniczone zaangażowanie w rynku militarnym. Różnica polega na przypisaniu danej klasy tylko jednej stoczni (Miecznik dla SMW, Czapla dla Remontowej) lub budowy serii naprzemiennie przez obie stocznie bez wskazania klasy okrętu. W dalszym ciągu termin 2017 dla pierwszej jednostki jest bardzo ambitny. Gdyby miał się okazać zbyt ambitny, wówczas można całą serię opóźnić na przykład o rok a w ramach rekompensaty ukończyć Ślązaka według specyfikacji zbliżonej dla Czapli.

Interesującym wątkiem jest cel 70% polonizacji dla okrętów wojennych. Jako przykład do naśladowania podano Turcję, wspominając, że w przypadku Kormorana osiągniemy całkiem dobry wskaźnik 50%. Jedynym sposobem na osiągnięcie takiego poziomu jest spolonizowanie przynajmniej części systemów dowodzenia, kierowania ogniem i uzbrojenia. Tak właśnie jest w Turcji oferującej swój własny system C2. Czy to oznacza, że mamy nadzieję na zastępstwo dla Thalesa lub własne systemy przeciwlotnicze do samoobrony? Czas pokaże.

Podnoszone problemy związane z długoterminowym finansowaniem projektu są uzasadnione, lecz stanowisko ministra Mroczka ma sens – skupmy się na pierwszym etapie i najbliższych zadaniach. Jeśli się uda, będzie to dobry prognostyk na przyszłość, jeśli nie – cały plan będzie wymagał poważnej rewizji. Pan minister nie ukrywał, że budowa zarówno Kormorana jak i Ślązaka jest przedsięwzięciem ryzykownym. Cieszy podejście racjonalne do wielu spraw. Naleganie na wyposażenie okrętów podwodnych w pociski manewrujące dalekiego zasięgu daje złudne i fałszywe poczucie siły. Z drugiej strony podjęcie próby budowy serii okrętów nawodnych w Polsce, nawet jeśli ryzykowne, obiecuje w razie sukcesu spore korzyści dla rodzimego przemysłu stoczniowego i ogólnie obronnego.