Jun 212015
 
MBDA-Gets-Production-Contract-from-UK-MoD..

W poprzednim wpisie koncentrowaliśmy się na strategii Bałtyk Plus. Była to próba wykorzystania pewnych logicznych zależności w teorii Juliana Corbetta do stworzenia struktury sił morskich państwa zorientowanego na samotną obronę swojego terytorium przed atakiem znacznie silniejszego przeciwnika. Dzisiaj o prawie lustrzanym odbiciu sytuacji, czyli działaniu w koalicji dającej możliwość przewagi niezależnie od stopnia zagrożenia. To pozwala uczestniczyć w pełnym spektrum działań na morzu wymienianych przez Corbetta. Nie możemy więc wykorzystać ograniczeń teorii do zdefiniowania klas okrętów potrzebnych flocie w realizacji zadań postawionych przez polityków. Może za jednym wyjątkiem, są bowiem możliwe operacje desantowe, stąd ma sens rozważanie okrętów desantowych lub transportowych. Niezależnie od scenariusza niezmienny pozostaje kontekst geopolityczny i nurtujące nas pytanie jak mamy się zachować wobec sąsiada coraz bardziej demonstrującego ambicje odzyskania pozycji światowego mocarstwa?

Profesor Mearsheimer w książce The Tragedy of Great Power Politics podaje kilka typowych strategii używanych przez potencjalnych hegemonów do zmiany równowagi sił na swoją korzyść. Oczywistą i pierwszą metodą jest wojna. Ta jest jednak bardzo kosztowna i może nieść ryzyko. Drugim sposobem popularnym jest szantaż. Im słabszy przeciwnik tym lepszy efekt. Dodatkowym plusem jest niski koszt. W końcu nie używamy siły, tylko grozimy jej użyciem. Dotychczasowa strategia BBN-u skupia się właśnie na takiej sytuacji. Trzecie podejście to wykrwawianie, czyli to co obserwujemy na Ukrainie.

Państwa zagrożone mają do dyspozycji dwie podstawowe strategie – budowania przeciwwagi lub przerzucania odpowiedzialności. Profesor Mearsheimer daje jasną wskazówkę co do preferencji wyboru strategii w zależności od wzajemnego położenia przeciwników na mapie:

Kwestią krytyczną w odniesieniu do geografii jest to, czy zagrożone państwo ma wspólną granicę z agresorem lub też bariera – w postaci innego państwa lub dużej przestrzeni wodnej, oddziela rywali. Wspólna granica promuje budowanie przeciwwagi, bariery zachęcają do przerzucania odpowiedzialności.

Budowanie przeciwwagi w naszej sytuacji polega na tworzeniu sojuszy i uczestnictwie w już istniejących, jak NATO. Możemy w tym dziele porzucić idealizm i nie polegać ani na literze prawa ani na zobowiązaniach moralnych. Wystarczy, że będziemy w sposób aktywny identyfikować i wspierać wspólne interesy uczestników aliansu. Być może nie jest w interesie Stanów Zjednoczonych walka w obronie Polski, ale jest w ich interesie powstrzymywanie ambicji imperialnych potencjalnych regionalnych hegemonów grożących zmianą obowiązującego status quo. Wiceadmirał James Foggo podaje na blogu USNI dobry przykład:

W BALTOPS 2015 uczestniczy 49 okrętów reprezentujących 17 krajów. Często otrzymuję pytanie od europejskich sojuszników jaki wpływ na Europę ma, jeśli w ogóle, reorientacja na Pacyfik? Spójrzmy na te liczby z perspektywy zeszłorocznych ćwiczeń państw basenu Pacyfiku (RIMPAC), największych ćwiczeń wojennomorskich na świecie, w których uczestniczyło również 49 okrętów. To, co się dzieje na naszych oczach na Bałtyku to natowska własna wersja RIMPAC.

Symboliczny wyraz sojuszniczej współpracy. Foto FB Marynarka Wojenna RP

Symboliczny wyraz sojuszniczej współpracy. Foto FB Marynarka Wojenna RP

Dodajmy kilka znanych oficjalnie liczb odnośnie BALTOPS 2015 – oprócz 49 okrętów uczestniczyło w ćwiczeniach 60 samolotów, 5.600 żołnierzy i marynarzy w tym 700 żołnierzy piechoty morskiej ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii ale także Szwecji i Finlandii. Pytanie retoryczne brzmi, czy jesteśmy w stanie zbudować własnym sumptem taką siłę? I w jakim czasie? Tak więc flota staje się wsparciem i narzędziem dla wysiłków dyplomatycznych tworzących przeciwwagę lub używając języka finansistów inwestycją dającą dobry zwrot.

W ten sposób zarysowuje się misja Rzeczpospolitej Morskiej wspomnianej w poprzednich wpisach. Otwarcie na świat ma dzisiaj również inne uzasadnienie. Sir Julian Corbett uważał, że nadrzędnym celem floty jest zapewnienia prawa do przejścia morzem. Środkiem do tego było w przeszłości panowanie na morzu, niekoniecznie trwałe. Współcześnie te koncepcje posiadają więcej niuansów o czym tak pisze Geoffrey Till w klasycznej pozycji na temat roli flot w świecie Seapower: A Guide for the Twenty-First Century:

W czasach globalizacji jest coraz mniej ważna kwestia „zabezpieczenia” morza w sensie zagwarantowania użytkowania tylko dla siebie, lecz bardziej „uczynienia go bezpiecznym” dla każdego za wyjątkiem wrogów całego systemu.

Innymi słowy Polska korzysta z dobrodziejstw handlu morskiego niezależnie od tego, gdzie statki zawijają i jakiego są armatora. Nieistotne jest czy będzie to Szczecin, Gdynia, Gdańsk czy też raczej Hamburg lub porty ARA. Sami z siebie w najlepszym wypadku możemy pokusić się o osłonę wybranych transportów na kawałku Bałtyku. Jakakolwiek flota oceaniczna może prowadzić działania przeciw żegludze poza naszym zasięgiem, ale prawdą jest też to, że nie ma na świecie floty zdolnej do zapewnienia bezpieczeństwa całemu systemowi handlu morskiego. Tak więc naturalną konsekwencją jest współpraca międzynarodowa na tym polu i w tym wypadku możemy mieć swój wkład. Należy jednak podkreślić – to jest kwestia naszego świadomego wyboru a nie rezultat analizy dającej jednoznaczny wynik. Wspomniana książka jest kopalnią wiedzy o roli współczesnych flot i źródłem mądrości ujętych w chwytliwe zdania. Oto następny argument w dyskusji:

Zasadą naczelną w dążeniu do realizacji celów narodowych jest to, że zapobieganie wojnie jest zawsze lepsze od wygrywania jej.

W realizacji naszego celu możemy zasadniczo obrać dwie drogi – specjalizacji lub ogólnych zdolności marynarki wojennej wynikających z położenia i polityki bezpieczeństwa Państwa. Specjalizacja oznacza skupienie wysiłków i środków materialnych na dziedzinie użytecznej dla aliantów i w której możemy mieć przewagę, np. zwalczaniu min. W tym sensie strategia Bałtyk Plus nie jest sprzeczna z ideą Rzeczpospolitej Polskiej, jest drogą specjalizacji oferując kompetencje w walce na wodach przybrzeżnych. Druga alternatywa prowadzi nas do tak zwanej floty zrównoważonej a wraz z nią do dylematu małych marynarek wojennych. Problem tkwi w niebezpieczeństwie wpadnięcia w pułapkę kopiowania struktury dużych flot przy jednoczesnej niemożliwości technicznej przeprowadzenia procesu skalowania w dół. Dla przykładu spróbujmy zmniejszyć proporcjonalnie Royal Navy przy założeniu budżetu dwu- lub trzykrotnie mniejszego. Nie da się zbudować floty posiadającej 2 fregaty ale też pół lotniskowca i 2/3 okrętu desantowego plus sam reaktor do SSN. Proszę wybaczyć przesadne sformułowania, ale ilustrują problem. Z czegoś trzeba zrezygnować. Odnosząc się do naszej sytuacji flota zrównoważona ma sens na praktyczną realizację dopiero od pewnego poziomu ilościowego okrętów i finansowania. Posiadanie jednej fregaty nie zapewni bowiem odpowiedniego zaplecza kadr i poziomu wyszkolenia potrzebnego do efektywnego wykorzystania tejże fregaty. Do momentu ogłoszenia planu modernizacji Marynarki Wojennej RP budżet floty nie dawał nadziei na budowę zrównoważonej floty a i teraz balansujemy na krawędzi. W dalszym ciągu tego tekstu konsekwentnie będzie stosowana zasada priorytetu budżetu nad potrzebami.

O zaletach floty zrównoważonej a raczej jej przewadze nad flotą obrony wybrzeża i różnych mutacjach Jeune Ecole mówi interesujący cytat z książki Understanding Naval Warfare, w której autor – Ian Speller odnotowuje:

Paradoksalnie wiedząc, że ich poglądy na skuteczność łodzi torpedowych bazowały częściowo na zakończonym sukcesem rosyjskim ataku na turecki okręt Intikbah z 27 grudnia 1877 roku, Rosjanie nie poszli drogą Jeune Ecole. Zagrożenie atakiem torpedowym być może neutralizowało większą flotę Imperium Ottomańskiego ale Rosjanie rozumieli, że brak dużych okrętów (battle fleet) zredukowało ich możliwości artyleryjskiego wsparcia działań na wybrzeżu Morza Czarnego i zmusił ich do wycofania się z Konstantynopola po przejściu floty brytyjskiej przez Dardanele. Tak więc, Rosjanie kontynuowali budowę okrętów liniowych.

Używając terminologii zaproponowanej przez Erica Grove, nasz wybór floty zrównoważonej prawdopodobnie oznacza przejście od Offshore Territorial Defence Navy, czyli floty obrony wybrzeża reprezentowanej przez ideę Bałtyk Plus do Adjacent Force Projection Navy, czyli floty posiadającej pewne zdolności projekcji siły w oddaleniu od własnego wybrzeża. Tak więc dopiero obszar działania wychodzący poza ochronny parasol sił operujących z lądu jest pierwszym wskazaniem na konieczność posiadania organicznej i co najmniej lokalnej obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej. Jak twierdzi Geoffrey Till:

Większość jest zgodna co do tego, że rakiety przeciwokrętowe są najbardziej niebezpieczne, gdy są odpalane z samolotów; większość również jest zgodna co do tego, że najlepszą obroną przed tym jest utrzymywanie przewagi w powietrzu.

Poza zasięgiem lotnictwa lądowego jedyną szansą na utrzymanie przewagi w powietrzu jest lotnictwo pokładowe, stąd postulat chociaż częściowego rozwiązania problemu poprzez okrętowe systemy obrony strefowej. Ta długa droga prowadzi nas na końcu do fregat, czyli okrętów osłony bądź statków handlowych bądź transportów wojskowych. Dlaczego jednak fregata a nie korweta? Ponownie odwołam się do koncepcji D.K. Browna na temat projektów niestabilnych czyli takich okrętów, które są już zbyt drogie by być bezbronne. Korweta wydaje się być szczególnie podatna na stanie się niestabilnym projektem. Popatrzmy na historię Gawrona. Był zbyt drogi i postanowiono go ukończyć jako okręt patrolowy. Ślązak za cenę około 0.8-1.0 miliarda PLN jest kosztowny i jego strata byłaby uważana za nieakceptowalną a wciąż jest bezbronny. Z drugiej strony próba zbudowania okrętu uzbrojonego w sposób akceptowalny przez marynarzy powoduje szybki wzrost wyporności. Pomysł Okrętu Obrony Wybrzeża wystartował jako 1.000 tonowa jednostka, w specyfikacji Miecznika dolna granica to już 1.900 ton a ostatnio publikowane szkice mają 2.600 ton. Patrząc na inne projekty zagraniczne wiemy, że około 3.000 ton LCS to za mało aby oprócz modułu ASW zainstalować coś więcej niż SeaRAM do samoobrony a australijskie MEKO A-200 z CEAFAR wymagają jak rozumiem, dodatkowego balastu.

Jesteśmy więc ściśnięci w kleszczach budżetu i technicznej racjonalności okrętu co najmniej dwu zadaniowego w zakresie ASW i AAW. Postęp technologiczny daje pewne szanse na zamianę w Planie Modernizacyjnym sił nawodnych koncepcji trzech korwet i trzech okrętów patrolowych (3+3) na dwie fregaty plus dwie korwety ASW (2+2), pozostawiając resztę planu bez zmian lub też raczej do dalszej dyskusji. Czy ma to sens operacyjny to już pytanie do marynarzy, niemniej w takim mniej więcej modelu funkcjonujemy dzisiaj mając dwie fregaty OHP i Kaszuba. Aby taka zamiana była możliwa, należałoby się rozglądać za fregatami z dolnej półki a nie górnej, gdyż koszt współczesnej fregaty odpowiada kosztowi około 2-3 korwet. Poddałbym pod rozwagę dwa systemy obrony przeciwlotniczej i trzy platformy plus jeden okręt wymagający dodatkowego komentarza.

Na czele listy jest Nansen z uproszczoną wersją systemu Aegis. Klasyczny okręt eskorty z sonarem CAPTAS-2 i rakietami ESSM oferującymi lokalną, strefową obronę przeciwlotniczą i przeciwrakietową. Co prawda pasywne anteny radaru są już pewnym technologicznym przeżytkiem ale posiadanie Aegis na okrętach może otworzyć nowe możliwości współpracy z Aegis Ashore w Redzikowie. Warunkiem koniecznym jest sukces wysiłków dyplomatycznych i umieszczenie w Redzikowie nie tylko rakiet anty balistycznych ale również obrony przeciwlotniczej. Wówczas inwestycja w CEC mogłaby zaoferować interesującą synergię.

Prawda, że ładna para? Foto wikipedia

Prawda, że ładna para? Foto wikipedia

Na drugim miejscu jest MEKO A-200 z systemem Sea Ceptor. Rakiety CAMM upraszczają wyrzutnie i współpracują z każdym radarem, posiadając osobne łącze do korekty trajektorii lotu. System nie wymaga więc zbyt wyrafinowanych radarów jak APAR. Dzięki projektowi marynarki wojennej Nowej Zelandii wiemy, że instalacja takiego systemu w kadłubie poniżej 4.000 ton jest możliwa. W połączeniu z dwoma korwetami MEKO A-100 możemy zbudować politykę wymiennych modułów i uprościć logistykę zwiększając jednocześnie elastyczność w średnioterminowym planowaniu zdolności bojowych okrętów.

Konstrukcja wciąż zdobywająca nabywców. Ciekawe, na ile polskie stocznie byłyby zdolne partycypować? Foto www.janes.com

Konstrukcja wciąż zdobywająca nabywców. Ciekawe, na ile polskie stocznie byłyby zdolne partycypować? Foto www.janes.com

Na trzecim miejscu Freedom LCS w planowanej wersji FF z sonarem CAPTAS-2 raczej niż CAPTAS-4 oraz Sea Ceptor, jak w poprzednim przykładzie. Taki wybór ma dwie zalety. Z przeszukiwania sieci wygląda, że jest aktualnie najtańszą opcją za około $600 mln, pozwalając zaoszczędzić pieniądze na bliźniaka dla Ślązaka, co w poprzednich opcjach pozostaje mocno niepewne. Drugą zaletą jest możliwość zbudowania szybkiego Zespołu Mobilności Wojsk po zakupie JHSV lub odpowiednika. Ta para – LCS i JHSV pasuje do siebie idealnie. Ponadto wysiłki włożone w usunięcie największych bolączek okrętów dają już widoczne efekty i projekt staje się dojrzały.

Plany zamiany LCS na FF już się kreśli. My musielibyśmy pozmieniać trochę więcej. Foto www.breakingdefence.com

Plany zamiany LCS na FF już się kreśli. My musielibyśmy pozmieniać trochę więcej. Foto www.breakingdefence.com

Osobnej wzmianki wymaga duński Iver Huitfeldt ze względu na szeroko komentowany niski koszt i w rezultacie bardzo atrakcyjny wskaźnik osiągów do kosztów. Z pewnością należałoby zweryfikować jaki byłby koszt dla naszej marynarki biorąc również pod uwagę nasze wymagania. To może nie być to samo, ale warto spróbować. Drugą kwestią do rozstrzygnięcia jest pytanie na ile duńska fregata może być platformą ASW, mając świadomość jej cywilnego rodowodu. Oraz jeśli nie, na ile to jest akceptowalne lub też możliwe do skompensowanie przez parę (a może nawet trójkę) korwet ASW?.

W bazie Korsor.

W bazie Korsor.

W przypadku fregat z pewnością dodatkowym punktem spornym może być zdolność do budowy tej klasy okrętów w polskich stoczniach. Cała otoczka związana z polityką przemysłową może przekreślić najlepsze plany i obrócić w niwecz wszelkie nadzieje. Obecnemu rządowi i jego ministrowi obrony narodowej należy wyrazić uznanie za to, że program modernizacji marynarki wojennej w ogóle ruszył i otrzymał wsparcie finansowe. Jeśli uda się temu rządowi podpisać umowy na budowę następnych okrętów w tej kadencji, to możemy mówić o sukcesie niezależnie od naszych rozważań teoretycznych. Natomiast sytuacja jest poważna, bo nie udało się ministerstwu wykorzystać czasu mu danemu w skuteczny sposób i wszystko może stanąć pod znakiem zapytania. Tak więc wybór pomiędzy Bałtykiem Plus a Rzeczpospolitą Polską lub po prostu nihilizmem niekoniecznie się kończy.

Jun 092015
 
PrinciplesOfMaritimeStrategy

Mamy jeszcze czas na spekulacje, jaki kurs obierze Prezydent Elekt w zakresie bezpieczeństwa państwa, jednak już pojawiają się z jego strony sygnały o możliwej rewizji podejścia do tematu. Jak wskazują na to tytułowe słowa zaczerpnięte z piosenki Grzegorza Turnaua, otwarta staje się droga do ponownego rozważenia doktryny Bałtyk Plus i planu modernizacji Marynarki Wojennej. Niewykluczona jest dalsza polaryzacja stanowisk wokół dwóch podstawowych wizji – Bałtyk Plus i Rzeczpospolitej Morskiej. Ta pierwsza może zostać wręcz wzmocniona, a ta druga uzyskać pełniejszą materialną realizację w postaci fregat. Gdy się powiedziało A, czas na następną literę w alfabecie. Dzisiaj o tym jak mogłaby wyglądać w miarę spójna wersja Bałtyk Plus skłaniająca się jeszcze bardziej w kierunku obrony terytorialnej. Odnosząc się do do poprzedniego wpisu o „Corbett Cube”, mówimy o sytuacji dużego zagrożenia ze strony silniejszego przeciwnika i poczucia osamotnienia. W następnym wpisie lustrzana wizja Rzeczypospolitej Morskiej.

Nie spodziewajmy się, że politycy będą po nocach studiować wielkich teoretyków wojny morskiej, ale można od nich oczekiwać przeczytania przynajmniej ściągi z internetu. Taką ściągą jest Green Pamphlet przygotowany w formie wykładu z historii wojen na morzu. Corbett wymienia w nim trzy podstawowe funkcje floty:

  • tworzenie lub zapobieganie tworzeniu sojuszy
  • ochrona lub zwalczanie handlu morskiego
  • wspieranie lub utrudnianie operacji na lądzie

Aby móc wypełniać powyższe funkcje, za główny cel floty Corbett uważa posiadanie „prawa do przejścia morzem”, które nie musi być absolutne czy trwałe, lecz czasowe i ograniczone w przestrzeni. Po prostu tu i teraz. Jeżeli flota przeciwnika zagraża temu prawu, należy ją zneutralizować. W tym punkcie rozbiegają się nasze możliwości, jakie posiadamy w w zależności od sytuacji opisanej przez „Corbett Cube” z poprzedniego wpisu.

Jeśli w naszym mniemaniu jesteśmy w sytuacji wysokiego zagrożenia ze strony silniejszego przeciwnika a nasza wiara w sojusze jest zachwiana, wówczas sens ma przyjęcie strategii defensywnej. Oznacza ona, że naszym celem jest zaprzeczenie przeciwnikowi możliwości osiągnięcia jego celów. Dobrą radą oferowaną przez Juliana Corbetta w tym przypadku jest przyjęcie polityki szeregu akcji ofensywnych w ramach ogólnej obrony, przybierających formę kontrataków lub dywersji. Różnica pomiędzy nimi polega na obszarze działania – kontratak jest przeprowadzany na teatrze działań ofensywnych przeciwnika w miejscu, gdzie obnaża swoje słabe punkty, natomiast dywersja jest działaniem poza teatrem działań ofensywnych wroga i ma na celu wprowadzenie zamieszania, odwrócenia uwagi lub zmiany planów co do głównej linii ataku. Naszym celem dla floty staje się kwestionowanie przewagi przeciwnika na morzu, gdyż w tym stanie według Corbetta obowiązują dwie reguły:

  • tak długo, jak stan kontestacji zmusza stronę silniejszą do koncentracji, działanie poprzez unik jest możliwe dla strony słabszej
  • jakkolwiek w stanie kontestacji strona słabsza może nie być zdolna do zablokowania morskich linii komunikacji strony silniejszej, to może być zdolna do obrony swoich własnych.

Jakie klasy okrętów i siły powinny być materialnym wyrazem powyższej strategii floty? Może zacznijmy od tego, że nasza strategia jest defensywna, czyli ma uniemożliwić lub utrudnić przeciwnikowi wykorzystania jego przewagi na morzu dla:

  • ochrony żeglugi czy transportów wojskowych
  • blokady naszych portów
  • desantu na nasze wybrzeże

Celem będą więc głównie jednostki nawodne, zarówno handlowe jak i wojennomorskie. Dopiero w sytuacji spornej przewagi na morzu, w grę wchodzi obrona własnych transportów przed atakami spod wody. Niezależnie od sytuacji, dobre rozpoznanie jest w cenie. Jeśliby pożenić sprawdzone historycznie koncepcje z nowoczesną technologią, to może ograniczymy fantazjowanie do akceptowalnego poziomu.

W przypadku obrony przed desantem, niewiele zdziałamy, pomijając kwestie na ile jest to dla nas realne zagrożenie w naszym położeniu geostrategicznym. Istnieje uzasadnione pytanie, czy obrona przed desantem powinna się zacząć już na morzu, czy na brzegu lub wręcz w głębi lądu, chociaż Corbett uważa posiadanie przewagi na morzu za warunek konieczny skutecznej obrony przed desantem. Można dyskutować przypadek Gallipoli, gdzie rozstrzygnięcie nastąpiło już na lądzie lub też Midway, kiedy inwazję odwołano, ale wpierw nastąpiło rozstrzygnięcie panowania na morzu. Z kolei inwazja aliantów w Normandii pokazuje, jak bezsilne w sumie okazały się niemieckie U-booty i Schnellbooty. Z punktu widzenia Marynarki Wojennej sens ma ulokowanie ograniczonych środków w wojnę minową i baterie nadbrzeżne. Tu uwaga na marginesie – skoro jest już NDR to dobrze, ale czy była to „ograniczona” inwestycja? Może droga Finów i Hellfire jest lepsza?

W przeciwdziałaniu blokadzie skuteczne okazały się w przeszłości zarówno miny, torpedowce i okręty podwodne a raczej obawa przed nimi, co pokazuje wagę czynnika psychologicznego. Ta obawa spowodowała zwiększenie dystansu i zamianę blokady bliskiej na odległą. Dygresja – wracamy do pojęcia odstraszania i co ono naprawdę oznacza. Nie uciekniemy ponownie od naszego kontekstu geostrategii i pytania ile warto przeznaczyć środków na przeciwdziałanie blokadzie w porównaniu ze środkami na obronę przed atakiem z lądu? Czyli patrząc z punktu widzenia przeciwnika, blokada portów ma sens tylko wtedy gdy nie ma możliwości po prostu zająć ich w operacji lądowej. Do studiowania mamy drugą wojnę światową na Bałtyku i Morzu Czarnym jak i sięgając wstecz wojnę rosyjsko-japońską i historię Port Artur. Lub ciekawy przypadek Singapuru i jego upadku w czasie ostatniej wojny światowej. W planach inwestycyjnych floty ponownie pojawią się miny wraz z ich nosicielami i niszczycielami. Współczesnym odpowiednikiem torpedowców są kutry rakietowe a ich futurystyczną wersją mogą się stać bezzałogowe odpowiedniki Schnellbootów.

Stary koncept w nowej szacie. Kompromis pomiędzy ryzykiem i możliwościami rozważany na nowo. Foto www.s-boot.net

Stary koncept w nowej szacie. Kompromis pomiędzy ryzykiem i możliwościami rozważany na nowo. Foto www.s-boot.net

Około 100 ton, z możliwością stawiania kilku min lub przenoszenia pojazdów rozpoznawczych do wykrywania min. Głównym uzbrojeniem byłyby dwie rakiety lub … torpedy. Dopóki mówimy o obezwładnieniu okrętów, rakiety będą stosowną bronią, jednak gdy chodzi o transportowiec wojska lub zaopatrzenia jesteśmy zainteresowani zatopieniem statku a nie jego obezwładnieniem. Działając w roju postawią przeciwnikowi wysoko poprzeczkę i mimo iż w czasie drugiej wojny światowej alianci dość skutecznie bronili się przed nimi, to zaangażowanie sił było znaczące. Współcześnie taką taktykę obiera Iran i reakcja Amerykanów na nią potwierdza tezę, że obrona przed takim zagrożeniem kosztuje o wiele więcej niż inwestycja w jego stworzenie. Menu arsenału marynarki wojennej uzupełniają okręty podwodne z zastrzeżeniem podobnym do NDR-u. Mówimy więc o jednostkach bez rakiet manewrujących i z napędem AIP lub nie w zależności od budżetu. Ponownie odwołuję się do efektu psychologicznego obecności okrętu podwodnego nawet tak ograniczonego w swoich możliwościach jak U210mod, czy jego francuski odpowiednik.

W zwalczaniu żeglugi prym wiodły okręty podwodne, lotnictwo a za nimi miny i różnej maści ścigacze. W przypadku okrętów zmienia się trochę kolejność i na czele staje lotnictwo, pojawiają się również okręty nawodne. Pod warunkiem skutecznego podważania panowania na morzu przez przeciwnika, po raz pierwszy pojawia się symetryczność działań pomiędzy dwoma oponentami. Słabsza strona może zarówno próbować przerywać linie komunikacyjne przeciwnika lub używając porównania – prowadzić sabotaż na morzu, jak i chronić własną żeglugę a raczej kluczowe transporty. Środki do prowadzenia działań ofensywnych są te same, co już wymienione – okręty podwodne, miny i przyszłościowe Schnellbooty. Brakuje nam natomiast okrętów do obrony własnych linii komunikacyjnych. Koncepcyjnie do tego celu służy korweta w rozumieniu Royal Navy z okresu międzywojennego i później wojny. Ślązak jest dobrym prototypem dla takiej klasy okrętów. Wystarczy doposażyć go w średniej klasy sonar holowany aktywno-pasywny i system samoobrony przeciwrakietowej. W miarę możliwości system lokalnej obrony powietrznej, jeśli budżet na to pozwoli. Cztery korwety plus tuzin Schellbootów lub pięć korwet zamiast Mieczników i Czapli. Oczywiście platformą nie musi być MEKO, chociaż niewątpliwą zaletą tego rozwiązania jest to, że jeden okręt jest prawie gotowy.

CAPTAS-1 dostępny dla jednostek już od 300 ton. Captas - 4 od 1.500 ton. Foto www.thalesgroup.com

CAPTAS-1 dostępny dla jednostek już od 300 ton. Captas – 4 od 1.500 ton. Foto www.thalesgroup.com

Istnieje i w tym wypadku wariant futurystyczny w postaci już proponowanej na tym blogu korwety mini-Flower. Aby nie poruszać się po wartościach skrajnych, dajmy na to 800 tonowy SWATH byłby prawdopodobnie dobrą platformą dla sonaru holowanego i operacji lotniczych oferując być może akceptowalną dzielność morską przy wystarczającym ładunku użytecznym. Trochę na wzór T-AGOS czy niemieckiego okrętu badawczego Planet.

Tematem mało zajmującym publicystów jest rozpoznanie. Mamy chlubny wyjątek w postaci Maksymiliana Dury piszącego na łamach Defence24 o niedostatkach NDR-u w tym zakresie. Wyjaśnienia MON-u są mało przekonywujące, bo oferują zbyt mało informacji. Dlaczego Marynarka Wojenna ma czekać na wynik przetargu na drony dla całych Sił Zbrojnych, jeśli w tym przetargu wspomina się tylko o dronach dla wojsk lądowych?

Komentując aktualny plan modernizacji w świetle powyższego tekstu, nasuwa się kilka uwag:

  • program budowy okrętów nawodnych warto rozważyć ponownie i dokonać w nim modyfikacji, pod kątem ujednolicenia serii w jedną klasę korwet.
  • budowane niszczyciele min powinny posiadać minimum obrony przeciwrakietowej. Rozwiązanie nietypowe i nieekonomiczne ale w sytuacji normalnej, a nie rozważanego osamotnienia wobec przeciwnika o dużej przewadze i wysokiego zagrożenia otwartym konfliktem.
  • podobnie w przypadku samolotów MPA – powinny oddać pola dronom. Mniej efektywnym o mniejszych możliwościach, ale łatwiej zastępowalnych w przypadku straty.
  • rozpoznanie powinno uzyskać znacznie większy priorytet lub alternatywnie Marynarka mogłaby posiadać większą autonomię w zakupach sprzętu dla rozpoznania.
  • ponownie należałoby rozważyć rolę małych jednostek rakietowych. Opisane skrótowo Schnellbooty są pewnym rozwiązaniem dylematu kosztów (materialnych i ludzkich) versus ryzyko utraty jednostki. Innymi słowy, co dla nas jest „na straty”.

Plusem takiej koncepcji jest spójność roli marynarki wojennej z postrzeganym środowiskiem bezpieczeństwa państwa. Pytanie, na ile rzeczywistym. Całość za wyjątkiem być może sonarów holowanych jest prawdopodobnie w zasięgu polskiego przemysłu. Projekty są również na tyle małe i innowacyjne, że mogą stanowić bodziec dla rozwoju bardziej zaawansowanej myśli technicznej, ale z nadzieją na realną implementację. Minusem jest niewykorzystanie potencjału narzędzia jakim jest marynarka wojenna i rozdźwięk pomiędzy tą koncepcją a poglądami korpusu oficerskiego jak i aktualną praktyką operacji morskich. O tym więcej następnym razem.

May 172015
 
Port_gdanski

W ostatnim numerze periodyku Morza Statki i Okręty ukazał się wywiad z przewodniczącym Rady Budowy Okrętów Wojennych, kmdr. por. rez. Maciejem Janiakiem. Tytuł stanowi esencję przekazu – Przywrócić „Rzeczpospolitą Polską” i brzmi jak wezwanie do zmiany sposobu myślenia o marynarce wojennej. Zapytany o kierunki modernizacji floty przewodniczący Rady wspomina, że największą bolączką nie jest nawet brak okrętów co brak doktryny i dodaje, że środowisko skupione wokół Rady chce zaproponować dokument zwany roboczo Doktryną Bezpieczeństwa Morskiego Państwa. Osobiście bardzo mi się podoba termin Rzeczpospolita Morska, bo nie posiada znamion suchej i biurokratycznej nazwy a wskazuje jasno punkt widzenia. Wzywa do spojrzenia na sprawy naszego kraju od strony morza a nie lądu. W pełni popieram inicjatywę, bo chyba najwyższy czas „wziąć byka za rogi” i zacząć pracować nad koncepcyjnymi podstawami bytu naszej floty. W przeciwnym wypadku istnieje zagrożenie rozmycia się planów modernizacyjnych w ogniu walk budżetowych, nie wspominając o zbliżających się wyborach. Nieoczekiwany wynik pierwszej tury wyborów prezydenckich jest również sygnałem ostrzegawczym bo stawia pytanie co się stanie z Doktryną Bezpieczeństwa Narodowego w wypadku zmiany na stanowisku Prezydenta RP i Szefa BBN-u?

Maciej Janiak w wywiadzie daję dobrą i zwięzłą definicję Rzeczpospolitej Morskiej:

W państwach morskich nie jest tak, że marynarki istnieją same dla siebie, że ich racja bytu sprowadza się do oczekiwania na ewentualne użycie w stanie najwyższej konieczności. One prowadzą działania w sposób ciągły i aktywny na co dzień – w obliczu świata, w obliczu wyzwań współczesności. Ich zadaniem jest uprzedzanie stanów kryzysowych, likwidowanie ich w zarodku, zapobieganie rozprzestrzenianiu lub ich wygaszanie.

Dobrą ilustracją powyższej opinii jest publikacja John’a Roberts’a Safeguarding the Nation. The Story of the Modern Royal Navy. W Polsce ścierają się zasadniczo dwie koncepcje, aktualnie obowiązująca Bałtyk Plus sprowadzająca się do idei odmowy dostępu (A2/AD) oraz Rzeczpospolitej Morskiej opartej o współdziałanie z NATO i zorientowanej bardziej globalnie. Pierwszy koncept kłóci się mocno z tezami teoretyków wojny morskiej a zwłaszcza tezami Juliana Corbetta a druga pozostaje w pewnym oderwaniu od wyobrażeń polityków odnośnie naszej sytuacji. Dla ilustracji poniżej tabela z mało naukową syntezą odczuć po przestudiowaniu tekstów o misjach Rodzajów Sił Zbrojnych.

Percepcja zorientowania na obronę terytorium. Tylko jak w ten pogląd wcisnąć Marynarkę Wojenną?

Percepcja zorientowania na obronę terytorium. Tylko jak w ten pogląd wcisnąć Marynarkę Wojenną?

Największe zamieszanie mamy na stronie Marynarki Wojennej, gdzie nie tyle się ścierają co mieszają obie koncepcje w mało spójną całość. Widoczna jest próba naśladowania hierarchii celów całości sił zbrojnych kładącej nacisk na obronę terytorium przy jednoczesnej, codziennej praktyce i preferencjach dla współpracy międzynarodowej. Również próba ograniczenia geograficznego tworzy jeśli nie sprzeczności to przynajmniej niejednoznaczności. Próbując zrozumieć istotę problemu, stworzyłam na własny użytek coś, co nazwałem Corbett Cube, a co jest wynikiem lektury jego prac w połączeniu z tekstami adm. Richarda Hill’a (RN).

Spróbujmy wypełnić treścią najbardziej interesujące kosteczki

Spróbujmy wypełnić treścią najbardziej interesujące kosteczki

Julian Corbett jest dość łatwy w lekturze, bo podaje niejako na tacy menu działań floty w zależności od sytuacji. Jakkolwiek twierdzi, że podstawowym zadaniem floty jest zdobycie prawa do przejścia morzem, to jednocześnie podkreśla, że działania na morzu mają na celu wsparcie rozstrzygnięcia na lądzie. Wojna na morzu nie istnieje więc sama dla siebie, co jest bardzo ważne w naszym kontekście. Kostka jest trójwymiarowa i bierze pod uwagę alianse, relatywną pozycję wobec przeciwnika i poziom zagrożenia lub intensywność konfliktu.

Gdyby ograniczyć się do publikacji w mediach, to nasz poziom świadomości zawiera się w małej kostce w dolnym, lewym rogu rysunku. Mamy poczucie przewagi przeciwnika, osamotnienia i silnego zagrożenia. Historia Polski nas w tym utwierdza a trauma września 1939 roku tkwi mocno i głęboko. Jeśli taka jest nasza sytuacja, to zadania stawiane marynarce jak obrona przed desantem czy osłona linii komunikacyjnych stoi w jawnej sprzeczności z teorią. Do tego potrzebna jest przewaga na morzu, której jako osamotniona strona słabsza nie posiadamy. Gdyby ten wariant przyjąć za podstawę planowania struktury floty, rzeczywiście koncepcja odmowy dostępu jest potencjalnie interesująca. Tyle, że ma ona sens w przypadku przeciwnika atakującego zza morza, a nie posiadającego posiadającego granicę lądową. W takiej sytuacji rozstrzygające jest zajęcie baz przeciwnika w operacjach lądowych. W ten sposób Niemcy zneutralizowali Flotę Bałtycką w czasie wojny. Z menu Corbett’a pozostaje nam kontratak, rajdy dywersyjne czy mnożenie przeszkód na drodze przeciwnika. Inwestować warto w baterie nadbrzeżne, wojnę minową czy drobnoustroje. Okręty podwodne mogą się okazać zbyt drogą a raczej zbyt ryzykowną inwestycją. Popularne widzenie przebiegu kampanii wrześniowej na morzu tylko podsyca te obawy. Trzon floty został ewakuowany do portów sojusznika, okręty podwodne pozbawione oparcia swoich baz zostały internowane a reszta zatopiona przez lotnictwo.

Inaczej wygląda rzeczywistość a raczej praktyka działań floty lub jej możliwości widziana z perspektywy Rzeczpospolitej Morskiej. W prawym, dolnym fragmencie widać sytuację działania w koalicji, która ma przewagę i może działać przy różnym poziomie intensywności konfliktu. Jeśli zagrożenie jest mniejsze możemy mówić o wykorzystywaniu posiadanej przewagi na morzu, jak projekcja siły w ramach operacji sojuszniczych, działania na szlakach komunikacyjnych czy obrona przed desantem. W tym przypadku jest w gestii polityków decyzja ile pieniędzy chcemy na te cele przeznaczyć. Jakaś forma okrętu desantowego lub jako minimum – transportowego jest akceptowalna. Okręty patrolowe są najlepszą inwestycją oferującą duży zwrot korzyści politycznych przy małym poziomie nakładów. Wraz ze wzrostem zagrożenia pojawia się konieczność wzmocnienia obrony przeciwlotniczej, a z nią fregat. Okręty podwodne zaczynają mieć sens i stają się groźną formą „battle force”. Tyle, że wchodzimy na poziom nakładów konkurujących z priorytetami innych rodzajów sił zbrojnych bardziej nastawionych na obronę terytorialną. Politykom trudno takie inwestycje przedstawić wyborcom, którzy nie do końca czują się częścią Europy. Wciąż jesteśmy zainteresowani nie tyle Europą jaką całością, co naszym bezpośrednim sąsiedztwem w Europie. W dyskusji z młodym człowiekiem usłyszałem ironiczny komentarz – EU jest dla nas, a nie my dla EU.

Rozpięci pomiędzy dwoma niemożliwościami robimy więc szpagat nazywając korwetę okrętem obrony wybrzeża i próbując w niej zmieścić hangar dla 11-tonowego śmigłowca, system obrony przeciwlotniczej średniego zasięgu, rakiety do zwalczania celów na lądzie no i oczywiście zdolności do zwalczania okrętów podwodnych. Jeśli powyższa kostka Corbett Cube ma choć odrobinę sensu, to największą barierą w racjonalizowaniu problemu jesteśmy my sami i nasza psychika. Widać Kordian tkwi w nas głęboko, którego jak mawiał wieszcz Słowacki „… pokonały Strach i Imaginacja”. Szansą na długofalowy rozwój floty jest kompromis polegający na akceptacji równorzędności misji obrony terytorium z stabilizacją sytuacji międzynarodowej i rozszerzenia ograniczeń terytorialnych do wód okalających Europę. Coś na wzór Sił Specjalnych w zamieszczonej tabeli. Za tym szłyby środki budżetowe i podział Marynarki Wojennej na obronę wybrzeża w oparciu o systemy działające z lądu i flotę operującą zarówno na jak i poza Bałtykiem. Okręty patrolowe zyskałyby wysoką wartość a kwadratura koła w postaci fregaty w korwecie szansę na racjonalną analizę alternatyw. I nawet nie trzeba zmieniać nazw związków taktycznych, bo mamy wszak flotyllę okrętów i flotyllę obrony wybrzeża.

May 012015
 
Caracal

Dwie informacje prasowe przykuły moją uwagę i skłoniły do sięgnięcia „za pióro”. Pierwsza i nowsza jest pewnie mniej dostrzeżona – otóż Litwa wspierana przez Szwecję protestuje w próbie przeszkodzenia przez Flotę Bałtycką położenia energetycznego kabla podmorskiego NordBalt łączącego Litwę ze Skandynawią.

Wygląda na to, że w strefie EEZ Litwy, ćwiczące okręty rosyjskie zmusiły do zmiany pozycji statki realizujące projekt położenia kabla na dnie morza. Na dokładkę nie był to incydent odosobniony, lecz powtarzający się przez kilka dni. Mamy tym sposobem ilustrację tez BBN-u odnośnie działań podprogowych i hybrydowych. Nikt w takiej sytuacji nie uruchomi procedur NATO ani nie odpali rakiet z baterii nadbrzeżnych. Na miejscu powinien po prostu pojawić się okręt wojenny zainteresowanego państwa. Pod warunkiem posiadania takowego. Ten drobny incydent pokazuje użyteczność sił nawodnych oraz fakt, że złe intencje mogą spowodować napięcia i kryzys nawet w tak spokojnym zakątku świata jak Bałtyk. Noty dyplomatyczne mogą być później wymieniane pomiędzy rządami a prawnicy dyskutować na temat organizowania ćwiczeń w strefie wyłączności ekonomicznej innego państwa i co z tego wynika, ale w tym wypadku najwyraźniej mamy do czynienia z próbą ograniczania praw państwa nadbrzeżnego do eksploatacji swojej własnej strefy EEZ.

W czasie Wojen Dorszowych okręty patrolowe Islandii trzymały w szachu potężną Royal Navy. Do przemyślenia.

W czasie Wojen Dorszowych okręty patrolowe Islandii trzymały w szachu potężną Royal Navy. Do przemyślenia.

Opisany powyżej incydent prowadzi nas do drugiej, szeroko komentowanej wiadomości o wyborze śmigłowca Caracal i pytania jaki okręt byłby właściwy do egzekwowania własnych praw w opisanej sytuacji. Spośród trzech kandydatów, produkt Eurocoptera jest najbliższy eksploatowanym w polskim wojsku Mi-8/17 i najprawdopodobniej będziemy mieli do czynienia z przystosowaniem zmarynizowanej wersji śmigłowca do wykonywania zadań ASW z lądu. Dokładnie jak w przypadku Mi-17. W konsekwencji helikoptery będą mogły lądować na pokładach okrętów i być może z nich działać, ale nie bazować na nich. To nie oznacza jednak, że należy rezygnować z hangarów na okrętach, ale raczej zaprasza do pytania, co w tych hangarach w takiej sytuacji ma być?

Na pewno nie inne śmigłowce, bo te zostały już wybrane i są zbyt drogie, aby kupować je „na boku” lub organizować inny przetarg. Pozostaje cała gama bezzałogowców, ograniczona mocno przez oczekiwanie, że 70% uzbrojenia ma pochodzić z rodzimego przemysłu. No i podstawowym pytaniem jest, co te bezzałogowce mają wnosić do zdolności okrętów jako całego systemu. Delikatną kwestią pozostaje pytanie, jak MON zamierza rozwiązać problem bezzałogowców dla Marynarki Wojennej, biorąc pod uwagę specyficzne wymagania odnośnie startu i lądowania? Oficjalnie na stronie internetowej MON jest mowa w przetargu o aparatach latających dla Wojsk Lądowych. Czy przetarg nie obejmuje Marynarki Wojennej, czy też podejmie się próbę implementacji systemów lądowych do eksploatacji na okręcie?

Jeżeli nie chcemy wchodzić w dość złożone systemy odzyskiwania aparatów latających wystrzeliwanych z katapulty, to pozostają typowe dla okrętów pionowzloty. Z tych, rodzimy przemysł oferuje, lub wkrótce zaoferuje chyba tylko trzy:

  • SW-4 RUAS w klasie lekkiego śmigłowca. Możliwość wyboru lotu załogowego lub nie jest atrakcyjna, ale może się okazać za droga i zbyt zbliżona do wyboru klasycznego śmigłowca, co może wywołać sprzeciw.
  • ILX-27 http://ilot.edu.pl/wp-content/uploads/2014/09/polski_smiglowiec_ilx-27.pdf w klasie 1 tony jest prawie dwukrotnie lżejszy, ale wciąż oferuje interesujący udźwig/zasięg. Ciekawe pytanie jak producent wyceni swój produkt. Zaprezentowano wersję z magnetometrem i wyrzutnikiem boi hydroakustycznych, ale na razie to raczej marketing niż potrzeba użytkownika.
  • Manta, nieco tajemniczy produkt WB Electronics, nieobecny na stronie internetowej firmy. Udźwig niezbyt atrakcyjny, ale być może kandydat do tworzenia autonomicznych rojów?

flytronic-manta-uav

W jaki sposób wykorzystać je jak najefektywniej, jest kluczowym pytaniem, które zdecyduje o poparciu lub odrzuceniu jakiejkolwiek propozycji dronów dla okrętów. Rozpoznanie czy wskazywanie celów wydają się być naturalną odpowiedzią i pewnie mało kontrowersyjną, ale czy wystarczająco atrakcyjną by przebić się w górę na długiej liście priorytetów wspartej problematycznym planem finansowania? Wspomniana wersja morska z magnetometrem jest w takim układzie konkurencyjna do śmigłowców ASW, które właśnie wybrane, dla planistów budżetu skutecznie „odhaczają” na liście zakupów kwestię poszukiwania okrętów podwodnych. Sama marynarka wojenna postawiona wobec możliwości wyboru postawi prawdopodobnie na samoloty patrolowe MPA, a nie drony o mocno ograniczonych możliwościach. Czy jednak drony mogą w jakikolwiek sposób wzmocnić siłę ofensywną okrętu, biorąc pod uwagę swój mały udźwig? Na pozór propozycja całkiem nieatrakcyjna, ale jeśli wziąć pod uwagę ograniczoną liczbę rakiet przeciw-okrętowych przenoszonych przez korwety i ich całkowity brak na okrętach patrolowych, to co zrobić z flotyllą FAC przeciwnika? WB Electronic proponuje z myślą o zupełnie innym zastosowaniu kombinację swojej Manty z innym produktem zwanym Warmate. Tylko jak takie ponad kilogramowe maleństwo ma zaszkodzić okrętowi? I dlaczego nie jakakolwiek inna klasyczna amunicja możliwa do przenoszenia przez drony, niech będzie laserowo kierowana rakieta 70mm? Według informacji z netu wersja Warmate do jednorazowego użytku ma mieć 700g materiału wybuchowego. To, przypuszczam jest odpowiednik amunicji 40-57mm. Okrętu klasy FAC nie zatopi, ale przy odrobinie szczęścia kilka takich mikro-kamikadze może uszkodzić ważne dla okrętu systemy i uniemożliwić wykonie misji. Dla okrętu patrolowego mającego do czynienia z niskim poziomem zagrożenia może to być właściwe narzędzie do zwalczania łodzi motorowych i innych zagrożeń bardziej rodem „z cywila” niż arsenału militarnej potęgi. Warmate może unosić się w powietrzu około 40 minut i odpalone z Manty czy ILS-27 ma szanse na atak spoza zasięgu obrony bezpośredniej typowego dla małego okrętu rakietowego. I to jest argument za takim dość nietypowym rozwiązaniem. Dodatkowym argumentem jest działanie psychologiczne, gdyż mamy do czynienia z dosłownie wiszącym nad głową toporem w postaci maleńkiego pocisku, który szuka celu i czeka na okazję.

Na ile rój takich maleństw może wpłynąć na przebieg incydentu takiego jak w przypadku NordBalt?

Na ile rój takich maleństw może wpłynąć na przebieg incydentu takiego jak w przypadku NordBalt?

Puszczając wodzy wyobraźni, jak takie cudeńko mogłoby być pomocne we wspomnianym na wstępie incydencie litwesko-rosyjskim? Warmate krążąc wokół okrętu i w końcu eksplodując gdzieś w wodzie w jego okolicy, może zadziałać podobnie do strzału ostrzegawczego z armaty. Tyle, że również poza jej zasięgiem, sugerując możliwość salwy z NDR-u spoza horyzontu. Czyli może dokonać czegoś, czego NDR nie jest w stanie zrobić – dać wyraźny sygnał intencji i woli.

Apr 122015
 
KrzyżŚwAndrzeja

Krótki tekst pod tytułem Conventional Deterrence by Denial and the Baltics, którego autorem jest Jon Solomon powinien zwrócić uwagę choćby z powodu naszego sąsiedztwa z republikami bałtyckimi i wspólnego członkostwa w NATO. Co jeszcze ciekawsze, artykuł odnosi się do scenariuszy strategicznych, w których marynarka wojenna mogłaby odegrać ważną rolę. Jest więc okazja do sprawdzenia na ile własne koncepcje (i mam tu na myśli nie tylko moje, lecz każdego z nas) sprawdziłyby się w opisywanych wariantach rozwoju wypadków. Autor zamieszcza dość obszerny fragment innego tekstu Stop Putin’s Next Invasion Before It Starts, który można krótko streścić w następujący sposób:

Rosja ma militarną siłę zdolną do pokonania obrony Litwy, Łotwy i Estonii wspomaganych przez lekkie siły NATO w czasie nawet dwóch dni. Gdyby do takiej sytuacji doszło, Stany Zjednoczone i NATO stoją przed ponurą alternatywą – poddać Pribałtykę z wszelkimi konsekwencjami dla sojuszu lub odbić ją od Rosjan, co wymagałoby potężnej operacji desantowej. Lepiej więc i taniej zapobiec temu rozmieszczając odpowiednie siły na terytorium tych krajów.

W zasadzie pokrywa się to z intencjami Polski i wysiłkami naszego rządu aby wzmocnić wschodnią flankę sojuszu i powrócić do pierwotnej funkcji obronnej sojuszu. Nieodmiennie wraca pytanie o rolę marynarki wojennej w obu przypadkach. Niewątpliwie scenariusz potężnego desantu z morza z obwodem Kalliningradzkim za plecami byłby poważnym argumentem za rozbudową sił morskich, ale na ile taki obrót sprawy jest prawdopodobny? Pomocnym w dalszym „rozgryzieniu” tematu jest raport organizacji RAND zatytułowany NATO Needs a Comprehensive Strategy for Russia. Na wstępie padają cztery kluczowe dla polityki pytania:

  • Jakie jest podstawowe zagrożenie dla członków NATO, któremu chcą zapobiec: tradycyjna agresja wojskowa, czy też niekonwencjonalne wymuszanie wojskowe i polityczne?
  • Jakie powinno być podejście do odstraszania Rosji przed podjęciem agresywnych kroków: podnoszenie kosztów takich akcji czy zaprzeczanie możliwościom osiągnięcia celów?
  • Jaki powinien być charakter relacji pomiędzy NATO a Rosją: zaangażowanie, czy odcinanie się?
  • Jaki stopień wpływów Rosji w krajach nie będących członkiem NATO, sojusz powinien zaakceptować oraz jaki rodzaj obietnic i wsparcia NATO powinno zaoferować tym krajom?

Jest to punkt widzenia amerykański i być może ogólniej, zachodni, ale dla nas krytyczny, bo jak teksty w odnośnikach zauważają, lokalne siły sąsiadów Rosji, do jej powstrzymania w żaden sposób nie wystarczą. Powyższe pytania stanowią swego rodzaju punkty decyzyjne i prowadzą autorów raportu do dwóch alternatywnych strategii postępowania wobec Rosji. Poniżej seria cytatów dająca krótki ich opis wraz z zaznaczeniem potencjalnych negatywów.

Punishment and disengagement (kara i odcięcie się)

Ta strategia szuka wpierw i przede wszystkim w jaki sposób zapobiec dalszej agresji poprzez wzmocnienie bezpośredniej obrony i zdolności do odwetu, rozwijając zdolności wojskowe NATO.

Wzywa również członków NATO i EU do zerwania współpracy z Rosją w szerokim zakresie obszarów, oferując dodatkową formę nacisku jak również dlatego, że dotychczasowe wysiłki współpracy okazały się bezowocne.

Chociaż NATO ogólnie dysponuje większymi siłami, to dla Rosji jest łatwiej skoncentrować wojska na swojej granicy i zagrozić sąsiadowi niż dla NATO skoncentrować swoje siły w odpowiedzi.

W ostatecznym rozrachunku istnieje ryzyko, że strategia punishment and disengagement wcześniej, czy później wywoła reakcję.

Resilience and engagement (odporność i otwarcie)

U podstaw tej strategi leży przekonanie, że przynajmniej aktualnie, Rosja wierzy w skuteczność paragrafu piątego sojuszu. Rosja postrzega potencjał NATO jako wystarczający do spowodowania, że użycie siły wojskowej spełznie na niczym. Pewne aspekty bieżącej polityki Rosji mogą mieć na celu osłabienie spójności sojuszu, a więc i jego wiarygodności dla uzyskania efektu zmiany równowagi sił.

W języku doktryny odstraszania jest to strategia zanegowania Rosji możliwości osiągnięcia celów, a nie obietnicy odwetu po ich osiągnięciu.

Scenariusze niekonwencjonalne i bez użycia siły militarnej, takie jak naciski ekonomiczne, polityczne, cybernetyczne lub tajne akcje są o wiele bardziej prawdopodobne niż zagrożenie otwartą wojną. W tym wypadku NATO powinno zmienić swoje priorytety na usuwanie potencjalnych słabości samej instytucji państwa. Rosja może widzieć takie kroki NATO jako niekonsekwentne, zwłaszcza początkowo, dające wolną rękę w krajach na peryferiach Rosji. Innymi słowy, Rosja może nie poczuć się zniechęcona do swoich działań destabilizujących NATO i jego partnerów i może wręcz poczuć się pewniej w zamysłach użycia swoich konwencjonalnych sił zbrojnych, nawet przeciwko członkom NATO.

Trzecią alternatywną strategią, odrzuconą w raporcie jest sfera wpływów, czyli koncesje dla Rosji na swobodę działania w krajach uważanych przez Rosję za swoją strefę wpływów.

Końcowe rekomendacje raportu faworyzują strategię drugą – budowania odporności i stopniowanej otwartości na Rosję. Istnieje również w tle silny argument finansowy – roczne koszty strategii odwetu to suma w granicach 1.0-1.5 miliarda dolarów na dość skromne siły, między innymi dwóch brygad pancernych, jednej eskadry F-16 i 90 dni w roku obecności lotniskowca na wodach przyległych. Alternatywa jest znacznie tańsza, w granicach nie przekraczających 0.8-1.0 miliarda i w zasadzie opierająca się na rotacyjnej obecności wybranych jednostek, wzmożonych ćwiczeniach i rozbudowie infrastruktury. A więc coś, co już znamy i obserwujemy w rzeczywistości.

Jaki wpływ ma na rolę i strukturę Marynarki Wojennej RP prezentowany punkt widzenia? Wersja pesymistyczna otwartej inwazji na republiki bałtyckie jest przez raport uznawana za mniej prawdopodobną ale przede wszystkim za, powiedzmy otwarcie, beznadzieją. Stąd skupienie się na zapobieżeniu takiej sytuacji. Czy jednak wspomniane dość skromne siły są w stanie zniechęcić zdeterminowaną Rosję do podjęcia działań? Wszyscy wolelibyśmy uniknąć sprawdzenia, czy tak jest. W każdym przypadku Obwód Kalliningradzki odgrywa kluczową rolę. Być może więc umiejętność zademonstrowania możliwości neutralizacji sił bazujących na tym kawałku Rosji byłaby wystarczającym motywem do ponownych kalkulacji szans na sukces? Dylemat, przed którym stoi nasza Marynarka Wojenna to oddzielenie tego, co może wykonać samodzielnie od tego, co może wnieść do wysiłku i strategii sojuszników. Sztuką będzie zbudowanie floty równie użytecznej w obu przypadkach. W kontekście raportu RAND, doktryna BBN-u skupia się na samodzielnych działaniach w sytuacji ograniczonego zagrożenia, zwanego „podprogowym”. Nie wnikając, a wręcz unikając rozważań o konkretnych planach operacyjnych, odwołuję się jeszcze raz do tego, co Jon Salomon pisze na końcu:

Role flot i obrony wybrzeża muszą zostać nakreślone. Potencjalne role marynarek wojennych państw członkowskich NATO leżących nad Bałtykiem byłyby całkiem różne od tych, które leżą nad Atlantykiem.

Problem roli Marynarki Wojennej RP jest więc wciąż tematem do dyskusji.

Mar 282015
 
CARAT 2012

Nigdy za wiele o sensie istnienia marynarki wojennej, zwłaszcza w naszym położeniu geostrategicznym. Każda wątpliwość co do potrzeby jej istnienia, sygnalizowana przez nieobecność tematu w mediach, nieokreśloności budżetu czy planów inwestycyjnych bądź opóźnienia w ich realizacji, powinny nam przypominać o potrzebie powrotu do źródła. Do nieustannego formułowania klarownej funkcji i miejsca marynarki wojennej w strategii bezpieczeństwa państwa.
Zapraszam więc do wspólnej lektury Strategii Bezpieczeństwa Narodowego RP i wskazania, w których jej punktach flota może i powinna odgrywać istotną rolę, a gdzie będzie tylko narzędziem pomocniczym. Jeżeli potraktujemy rodzaje sił zbrojnych jako narzędzie realizacji polityki państwa, dobrze by było rozumieć do czego dane narzędzie się nadaje, a do czego nie bardzo. W tym punkcie z pomocą przychodzi nam świeżo wydana strategia US Navy pod znamiennym tytułem A Cooperative Strategy for 21st Century Seapower. Nie jesteśmy potęgą morską ani nie pretendujemy do bycia nią, skąd więc zainteresowanie akurat tym dokumentem, zwłaszcza w kontekście Polski? Z dwóch powodów – Stany Zjednoczone są państwem morskim a US Navy czołową potęgą morską świata. Możemy więc brać naukę z wiedzy, było nie było eksperta w dziedzinie wojny morskiej. Drugim powodem jest fakt, że nasza strategia opiera się na sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi i to podwójnie – w układzie dwustronnym (patrz Aegis ashore) oraz wielostronnym w ramach NATO. Jest więc istotne do jakiego stopnia nasze interesy leżą w polu zainteresowania USA, albo jak bardzo są zbieżne z niektórymi interesami naszego sojusznika.

Strategia opracowana przez BBN ma charakter hierarchiczny, zacznijmy więc od początku, skupiając się na aspektach związanych z siłami zbrojnymi, pomijając aspekty społeczno-gospodarcze:

Interesy narodowe określa art. 5 konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej. Z nich wynikają interesy narodowe w dziedzinie bezpieczeństwa, do których należą:

dysponowanie skutecznym narodowym potencjałem bezpieczeństwa zapewniającym gotowość i zdolność do zapobiegania zagrożeniom, w tym odstraszania, obrony i ochrony przed nimi oraz likwidowania ich następstw;

silna pozycja międzynarodowa Polski i członkostwo w wiarygodnych systemach bezpieczeństwa międzynarodowego;

ochrona indywidualna i zbiorowa obywateli przed zagrożeniami dla ich życia i zdrowia oraz przed naruszeniem, utratą lub degradacją istotnych dla nich dóbr (materialnych i niematerialnych);

Lektura pełnej listy interesów narodowych jest wskazana dla umiejscowienia roli całych sił zbrojnych w odpowiedniej perspektywie. Coś, co kiedyś nazywało się obroną cywilną lub niezależność energetyczna czy skuteczność w kierowaniu Państwem w razie kryzysu ma takie samo znaczenie jak zdolności bojowe komponentu militarnego. Jeśli ważyć każde słowo powyższego teksu to widać hierarchię zadań – od zapobiegania i odstraszania poprzez obronę i ochronę do likwidacji skutków. W tej piramidzie flota ma szansę odegrać ważną rolę w zapobieganiu i odstraszaniu, zwłaszcza w kontekście międzynarodowym, natomiast w obronie będzie w naszej sytuacji spełniała rolę pomocniczą. Podkreśla to punkt drugi. Jedynym wiarygodnym sojuszem jest dzisiaj NATO a najsilniejszym sojusznikiem USA. Jeśli chcemy odgrywać w tym towarzystwie jakąkolwiek rolę, musimy wziąć pod uwagę interesy naszych sojuszników i ich percepcję źródeł zagrożenia. Będąc krajem środkowo-europejskim leżącym pod bokiem jednej z największych potęg militarnych świata o coraz bardziej agresywnej polityce zewnętrznej, łatwo zapominamy o starym powiedzeniu, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

W NATO decydującą rolę militarną i finansową ogrywają Stany Zjednoczone a spośród krajów Europy są to Wielka Brytania, Niemcy i Francja. Dwa z tych czterech państw są potęgami morskimi a Francja zawsze była i jest zainteresowana posiadaniem silnej floty zdolnej do projekcji siły. Dwie tradycyjne potęgi lądowe – Francja i Niemcy mają całkiem odmienne poczucie zagrożenia od naszego. De facto mamy często rozbieżne zdanie z naszymi sojusznikami europejskimi na temat polityki wobec Rosji, która wydaje się dominować popularne i publiczne dyskusje w naszym kraju na temat bezpieczeństwa. Trzeba sobie wyraźnie powiedzieć, że absolutne bezpieczeństwo oznacza logicznie zdolność do obrony przed kimkolwiek, a więc bycie hegemonem, co najmniej regionalnym. Nie jesteśmy nim, więc nasze bezpieczeństwo w obliczu otwartej wojny zależy całkowicie od skutecznego wsparcia społeczności międzynarodowej, w tym NATO.

Jeśli polegamy na sojuszu transatlantyckim, co warto spojrzeć na priorytety US Navy, zawarte w najnowszej edycji:

Stany Zjednoczone są narodem morskim. Od ponad 200 lat Marynarka Wojenna, Straż Przybrzeżna i Korpus Piechoty Morskiej działają na całym świecie chroniąc obywateli amerykańskich i interesy Stanów Zjednoczonych poprzez reagowanie na kryzysy, a w razie konieczności tocząc i wygrywając wojny. (… ) siły morskie wykorzystują globalne wody międzynarodowe jako przestrzeń do manewru zapewniając dostęp do regionów zamorskich, broniąc kluczowych interesów w tych obszarach, chroniąc amerykańskich obywateli zagranicą i zapobiegając wykorzystaniu morza przez naszych przeciwników przeciwko nam.

Jakie więc są punkty zbieżne pomiędzy tymi dwoma strategiami, dla których Stany Zjednoczone będą gotowe się zaangażować i ponieść istotne koszty (nie tylko materialne)? Czy US Navy potrzebuje naszych czołgów? Z pewnością my potrzebujemy ich związków pancernych, ale odwrotnie? Wracając do strategii BBN-u i schodząc szczebel niżej w hierarchii celów, czytamy:

Z powyższego układu interesów wynikają odpowiadające im cele strategiczne w dziedzinie bezpieczeństwa:

utrzymywanie i demonstrowanie gotowości zintegrowanego systemu bezpieczeństwa narodowego do wykorzystywania szans, podejmowania wyzwań, redukowania ryzyk i przeciwdziałania zagrożeniom;

doskonalenie zintegrowanego systemu bezpieczeństwa narodowego, a zwłaszcza jego elementów kierowania, w tym zapewnienie niezbędnych zasobów i zdolności;

rozwój potencjału obronnego i ochronnego adekwatnego do potrzeb i możliwości państwa oraz zwiększenie jego interoperacyjności w ramach NATO i UE;

wzmocnienie gotowości i zdolności NATO do kolektywnej obrony oraz spójności działań UE w dziedzinie bezpieczeństwa; budowanie silnej pozycji Polski w obu tych organizacjach;

rozwijanie bliskiej współpracy ze wszystkimi sąsiadami oraz budowanie partnerskich relacji z innymi państwami, w tym służących zapobieganiu i rozwiązywaniu konfliktów i kryzysów międzynarodowych;

promowanie na arenie międzynarodowej zasad prawa międzynarodowego oraz uniwersalnych wartości, takich jak: demokracja, prawa człowieka
i wolności obywatelskie, a także podnoszenie w polskim społeczeństwie świadomości praw człowieka i obywatela;

Pierwszy punkt mówi, że mamy być gotowi i nasi przeciwnicy mają być tego świadomi. To jest prawdziwy element odstraszania, polegający na psychologicznym mechanizmie nieuchronności konsekwencji. Co ciekawe, ten punkt działa bez odniesienia się do jakichkolwiek konkretnych zdolności bojowych. Oczywiście, jeśli nie będziemy mieli żadnych zdolności, to nikogo to nie odstraszy, nic jednak nie wspominamy o górnej granicy możliwości bojowych. Ten punkt dla argumentu za istnieniem marynarki wojennej jest neutralny. Podobnie drugi. Ciekawostką jest fakt, że potencjał obronny jest wymieniony dopiero na trzecim miejscu i jako środkowy punkt. I taka jest jego waga. Punkt trzeci zwraca uwagę na konflikt pomiędzy potrzebami a możliwościami i konieczność współpracy sojuszniczej. Innymi słowy mamy nadzieję, że sojusznicy pokryją wspomniany deficyt pomiędzy potrzebą a możliwościami. Tylko co na to sojusznicy? To jest punkt za marynarką wojenną jako tym narzędziem, które leży w sferze zainteresowań naszych sojuszników. Żadna z europejskich potęg nie ma tak silnego poczucia zagrożenia ze strony Rosji jak my i nasi sąsiedzi z republik bałtyckich. Ich zainteresowania są związane o wiele bardziej z morzem – ochroną interesów w odległych regionach, projekcją siły lub ochroną żeglugi a raczej całego systemu handlu morskiego. O tym mówią wszystkie pozostałe cele strategiczne, jeśli spojrzymy na nie oczyma sojuszników. Zwłaszcza ostatni punkt powinien być silnym argumentem za istnieniem marynarki wojennej, gdyż utrzymywanie porządku i ładu międzynarodowego wymaga wysokiej mobilności a flota daje najlepszy kompromis pomiędzy tonażem i czasem przemieszczania ładunków i wojska. Potwierdzenia ponownie szukamy w strategii US Navy:

Ta strategia morska potwierdza dwie podstawowe zasady. Po pierwsze, wysunięta obecność marynarki wojennej jest kluczowa dla osiągnięcia następujących celów, wynikających z wytycznych władz państwowych: bronić kraju, zapobiegać konfliktom, reagować na kryzysy, odpierać agresję, chronić handel morski, wzmacniać partnerstwo i oferować pomoc humanitarną wraz z pomocą w katastrofach. Po drugie, siły morskie są silniejsze, gdy działają wspólnie lub razem z sojusznikami i partnerami. Łącząc nasze indywidualne zdolności i siły tworzymy efekt, który jest większy od sumy poszczególnych składników.

W kontekście sąsiedztwa z potęgami lądowymi i dzielenia z nimi granicy na lądzie, marynarka wojenna będzie najbardziej użyteczna przy zapobieganiu konfliktom i kryzysom oraz ochronie systemu międzynarodowego handlu morskiego przy drugorzędnym znaczeniu przy obronie kraju przed agresją. Jest to doprecyzowanie stosowalności narzędzia jakim jest flota, a nie negowanie wagi obrony narodowej. Problem obrony terytorialnej i integralności Państwa Polskiego jest złożony i nie ma prostej odpowiedzi bądź jednego rozwiązania. Prezydencki dokument próbuje to uchwycić w trzech priorytetach, kładąc nacisk na poziom zagrożenia, który będziemy w stanie zneutralizować samodzielnie i konieczność współpracy międzynarodowej dla zwalczania otwartej agresji militarnej. Różnica w poglądach na charakter i poziom zagrożenia pomiędzy członkami układów sojuszniczych jest wyraźnie widoczna w próbach wzmocnienia kolektywnej obrony i otwartym zdefiniowaniu całej strefy zdarzeń „podprogowych”, czy „trudno-konsensusowych”:

Główny kierunek działań strategicznych w tym zakresie określają trzy priorytety polityki bezpieczeństwa, do których należą:

zapewnienie gotowości i demonstracja determinacji do działania w sferze bezpieczeństwa i obrony oraz wzmocnienie narodowych zdolności obronnych, ze szczególnym traktowaniem tych obszarów bezpieczeństwa narodowego, w których sojusznicze (wspólne) działania mogą być utrudnione (sytuacje trudno-konsensusowe);

wspieranie procesów służących wzmocnieniu zdolności NATO do kolektywnej obrony, rozwój Wspólnej Polityki Bezpieczeństwa i Obrony UE, umacnianie strategicznych partnerstw (w tym z USA) oraz strategicznych relacji z partnerami w regionie;

wspieranie i selektywny udział w działaniach społeczności międzynarodowej, realizowanych na podstawie norm prawa międzynarodowego, mających na celu zapobieganie powstawaniu nowych źródeł zagrożeń, reagowanie na zaistniałe kryzysy oraz przeciwdziałanie ich rozprzestrzenianiu się.

Nie jest to łatwe zadania, patrząc na to jaką wagę w całej strategii US Navy przypisuje Europie w całości, nie wspominając o Polsce:

NATO i nasi Europejscy sojusznicy oraz partnerzy pozostają żywotną częścią interesów bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych w regionie i na świecie. Nasza zdolność do współdziałania z sojusznikami pozostaje priorytetem, na co wskazuje dziewięcio-miesięczny wspólny rejs Carrier Strike Group ze sztabowcami Royal Navy na pokładzie i wspólne operacje z marynarką wojenną Francji. Nasza infrastruktura wojskowa w Europie ma fundamentalne znaczenie dla wspierania działań morskich na wodach europejskich i przyległych. Siły morskie operujące w Europie są usytuowane idealnie do przeprowadzenia szybkich, elastycznych akcji w Europie, Afryce, na Bliskim Wschodzie i w Południowo-Wschodniej Azji.

Podkreślając nasze zobowiązania wobec NATO, US Navy będzie dalej wspierać Stałe Zespoły Okrętowe NATO i wydzielać siły do działań w Europie, które oferują unikalne zdolności dla sojuszu jak obrona przeciw rakietom balistycznym na lądzie i na morzu, chroniąc naszych sojuszników i partnerów przed zagrożeniem rakietami balistycznymi.

 

Współpraca międzynarodowa i budowanie sojuszy. To zadanie dla MW RP

Współpraca międzynarodowa i budowanie sojuszy. To zadanie dla MW RP

Wszelkie wyżej wspomniane cytaty dość jasno określają oczekiwania naszego głównego i podwójnego sojusznika wobec nas i Europy. Na zasadzie wzajemności na tacy mamy podany wkład i co byłoby wysoko ocenione jako wzajemność. Jest więc rola dla naszej floty i chociaż bliższa ciału koszula, to powinniśmy spojrzeć odrobinę szerzej, by zobaczyć co my możemy zrobić dla partnerów, jeśli chcemy być netto konsumentem bezpieczeństwa narodowego. Ten wątek współpracy międzynarodowej przewija się w doktrynie BBN-u wielokrotnie. Najkrótsze podsumowanie naszej doktryny zawiera się w jednym zdaniu:

Istotą działań obronnych jest stałe utrzymywanie gotowości do skutecznego reagowania na zagrożenia dla niepodległości i nienaruszalności terytorialnej Rzeczypospolitej Polskiej. Do działań uzupełniających należy aktywne wykorzystywanie szans i uprzedzające redukowanie ryzyk w dziedzinie bezpieczeństwa, między innymi poprzez udział w międzynarodowych wysiłkach na rzecz ograniczania źródeł zagrożeń, w tym w międzynarodowych operacjach bezpieczeństwa.

O ile palmę pierwszeństwa w obronie nienaruszalności terytorialnej kraju należy oddać wojskom lądowym i lotnictwu, to domeną marynarki wojennej powinno być uprzedzające redukowanie ryzyk oraz udział w międzynarodowych działaniach na rzecz stabilizacji sytuacji międzynarodowej. Z tradycyjnego menu funkcji floty – odstraszanie/zapobieganie, kontrola morza, projekcja siły i ochrona żeglugi, samodzielnie powinniśmy się skupić na pierwszej i ostatniej funkcji, do pozostałych dwóch wnosząc pomocniczy wkład dla sojuszników. Flota dzięki swoim unikalnym cechom mobilności i autonomiczności jest idealnym narzędziem ochrony interesów państwa i polityki międzynarodowej. W naszej sytuacji oznacza to zapobieganie eskalacji konfliktów i budowanie sojuszy niezbędnych do pokrycia deficytu pomiędzy potrzebami a możliwościami podsystemu militarnego. Ile środków chcemy poświęcić na takie cele zależy od tego jak politycy postrzegają wagę takich priorytetów. Poprzez analogię do zawodu lekarza, który przede wszystkim ma nie szkodzić pacjentowi, flota powinna i może być istotnym elementem zapobieganiu konfliktom i ograniczaniu ich ryzyka. Jeśli już jednak dojdzie do walki zbrojnej na wielką skalę, flota wciąż może zaoferować manewr na flance i ochronę przed takim samym manewrem przeciwnika.

Mar 012015
 
Remontowa-Hirta

Czas oczekiwania na nowe wieści odnośnie decyzji MON-u dotyczących Marynarki Wojennej sprzyja refleksjom. Pod takim hasłem, Chwila na refleksję, ukazał się trzy lata temu wpis na tymże blogu, który wydaje się zachował świeżość. To nie jest wyraz nieskromności, tylko raczej powód do zaniepokojenia. Cóż się bowiem takiego dzieje, że tkwimy nie tyle w tym samym miejscu, ale wciąż daleko od rozstrzygnięcia podstawowych problemów. W tamtym tekście pojawił się pewien rysunek/schemat, nad którym trzeba się pochylić jeszcze raz, aby próbować zrozumieć mechanizmy blokujące postęp prac. Nie mamy innego wyjścia, bo polityka informacyjna MON-u wprowadziła chyba tę instytucję w pewnego rodzaju pułapkę. Próba większej otwartości informacyjnej owocuje bowiem atakami politycznych oponentów i druzgocącą krytyką przeciwników konkretnej propozycji. Wystarczy prześledzić historię okrętów podwodnych by zrozumieć potencjalną alergię urzędników MON-u na upowszechnianie wszelkiej informacji, która nie jest już faktem dokonanym.

Wracając do wspomnianego rysunku, spróbujmy skomentować pokrótce, jak główne siły działające na strukturę i zadania floty wyglądają w 2015 roku.

WpływyNaStrukturęFloty

Mamy strategię BBN-u kładącą nacisk na zwalczanie zagrożeń asymetrycznych, mobilność sił zbrojnych, walkę cybernetyczną, siły specjalne i sytuacje „podprogowe”. Zasadniczo marynarka wojenna jest w stanie odnaleźć się w tych kategoriach, chociaż na niekorzyść działa brak doświadczeń polityków w użyciu okrętów dla celów politycznych. Nie mają więc oni dobrej oceny wartości politycznej floty. Taka sytuacja promuje niezdecydowanie a w sytuacji przymusu podjęcia decyzji, łatwo przenosi się na dobrze znany grunt dyskusji budżetowych.

Dominują więc dwie inne siły – lobby przemysłowe i poglądy korpusu oficerskiego. Z tym pierwszym związana jest rządowa wizja rozwoju krajowej bazy przemysłowej i badawczo-rozwojowej, zdolnej do wspierania lokalnie działań i funkcjonowania marynarki wojennej. Jakie więc rząd ma dzisiaj opcje? Zacznijmy od cytatu z nie najnowszego artykułu na temat SMW:

Warunkiem przejścia do opcji układowej jest wypracowanie takich środków finansowych, które umożliwią spłatę wierzycieli. I tutaj są jak gdyby dwa źródła przychodów, dwa źródła finansowania. Jedno, to jest sprzedaż majątku. I to rozpoczęliśmy (…) Drugim źródłem finansowania są wpływy z bieżącej produkcji (…) W związku z tym, warunkiem przejścia do opcji układowej jest możliwość przedstawienia sądowi projekcji przychodów i wydatków oraz osiąganego zysku, z którego ma być finansowana spłata wierzycieli, przynajmniej w horyzoncie 3 lat. Dzisiaj Stocznia nie jest w stanie takiej projekcji przedstawić, ponieważ w tej chwili możemy to zaprezentować na rok bieżący i na rok przyszły – powiedziała na posiedzeniu komisji Magdalena Smółka.

Strategie przemysłowe możliwe do implementacji mogą wyglądać następująco:

  • Sześć jednostek dla SMW – oznacza długi okres budowy, bo nie wiadomo, czy stocznia ma środki finansowe i moce produkcyjne na budowę okrętów „na zakładkę”. Ryzyko finansowe jest ogromne – nie daje się takich kontraktów bankrutowi w likwidacji, który wydaje się żyć głównie dzięki Ślązakowi i konsorcjum z Remontową. Z drugiej strony odcięcie SMW od kontraktu może oznaczać brak realnych szans na przeżycie stoczni. Ale można zaryzykować budowę kolejnego Ślązaka po odbiorze pierwszego.
  • Ofertę składa PeGaZ, a nie stocznia. Wówczas można podzielić budowę na dwie serie w Gryfii i Naucie. Licencjobiorcą jest PeGaZ, co daje większą elastyczność w zarówno finansowaniu jak i podziale prac. Należy spodziewać się silnego wsparcia lobbingowego dla takiego rozwiązania, chociaż ta opcja jest ryzykowna dla MON-u, któremu grozi w przyszłości nieprzyjemny dyktat monopolisty o silnym wsparciu politycznym. Buduje się teoretycznie szerszą bazę przemysłową dla marynarki wojennej, ale zajmie to sporo czasu i skazuje na śmierć SMW. Prowadzi również do wąskiego gardła w przypadku realnego podjęcia budowy okrętów podwodnych w Polsce, bo miałaby się tym zająć Nauta w ramach PGZ.
  • Kontrakt wygrywa Remontowa. To stocznia w najlepszej chyba kondycji finansowej i pewnie posiadająca odpowiedni moce produkcyjne. Jeden z lepszych wariantów rozwoju potencjału budowy okrętów dla Państwa Polskiego, ale… nie należy do polskiego sektora zbrojeniowego i może mieć małe poparcie polityczne. Niebezpieczeństwo może również przyjść ze strony konkurencji z PeGaZem, który w sposób naturalny będzie promował swoje stocznie, niezależnie od ich rzeczywistego potencjału.
  • Okręty buduje istniejące już konsorcjum Remontowa/SMW. Ma to swoje zalety, gdyż pozwala utrzymać przy życiu SMW ograniczając ryzyko dla kontraktu. Możliwy jest również podział prac pomiędzy dwie stocznie. Dodatkowym atutem jest posiadana już licencja na MEKO, co ogranicza koszty oraz pozwala budować na istniejącym już doświadczeniu z budowy Ślązaka. Wówczas PeGaZ zostaje w odwodzie do budowy okrętów podwodnych, jeśli do tego w ogóle dojdzie.
  • Damen pozostaje zagadką. Czy jest możliwa budowa przez Damen tak dużych jednostek samodzielnie w Polsce? Raczej nie, bo na własnej stronie Damen Shipyards Gdynia podaje granice swoich możliwości na poziomie 80m długości i 950 ton. Czy należy się więc sprzymierzyć z którymś z wyżej wymienionych aktorów sceny? Tylko którym? Ciekawy dylemat marketingowy, na rozstrzygnięcie którego trzeba chyba poczekać.

Poglądy korpusu oficerskiego MW mają kluczowe znaczenie, bo Minister Obrony Narodowej nawet, jeśli posiada swoje zdanie na temat marynarki wojennej, to nie odważy się pewnie działać kompletnie wbrew opinii marynarzy. Spojrzenie retrospektywne na wspomniane poglądy oferuje nam niespodziewanie nowy numer specjalny MSiO – Niszczyciele Polskiej Marynarki Wojennej. To, co się rzuca w oczy, to dość uporczywa próba oparcia trzonu floty o grupę uderzeniową opartą na niszczycielach/fregatach, czy w końcu korwetach jako ich substytucie. No to popatrzmy, co się udało uzyskać w niezbyt długiej historii naszej Marynarki Wojennej. Poniższy rysunek przedstawia w formie graficznej ile niszczycieli mieliśmy rzeczywiście w służbie niezależnie od planów.

Niszczyciele w MW.001

Przez połowę czasu były to dwie jednostki, przez następną ćwiartkę – tylko jeden okręt a przez 1/6 czasu mieliśmy do dyspozycji trzy jednostki. Większą liczbą dysponowaliśmy w czasie wojny oraz czterema jednostkami przez ostatnie dwa lata przedwojenne i w 1958 roku. W tym świetle pytanie o szanse programu budowy sześciu jednostek wydaje się mieć charakter retoryczny. Tomasz Grotnik w artykule Amerykańskie prezenty pyta Czyżby powrócił pomysł na 7 korwet, tym razem „nieco zakamuflowanych”, zaś fregata ponownie stała się „rozwiązaniem tymczasowym”? Dodałbym od siebie, że rozwiązaniem tymczasowym jest fregata wraz ze Ślązakiem, bo mamy swoje statystyczne dwa okręty.

Być może rząd konsekwentnie będzie realizował swój program, chociaż deklaracje Ministra Mroczka z końca stycznia (wspomniane w poprzednim wpisie) o ogłoszeniu postępowania w ciągu kilku, kilkunastu dni nie zostały wypełnione. Trudno dokonywać oceny bez znajomości faktów, ale rozwiązaniem najbezpieczniejszym jest w moim odczuciu kontynuacja programu MEKO przez konsorcjum Remontowa/SMW. Daje to szansę na najszybszy efekt, rozsądną kontrolę ryzyka i pełną elastyczność w którym momencie przerywamy program, nie zostawiając sierot, z którymi politycy nie wiedzą co zrobić.

Zbytnia koncentracja na okrętach uderzeniowych zdolnych do współpracy w ramach grup NATO, przesłania też fakt, że przynajmniej zgodnie z doktryną BBN-u priorytet powinien mieć okręt transportowy dla sił zbrojnych, co jest również w zasięgu możliwości wspomnianego konsorcjum. I o tym być może trzeba zacząć mówić coraz więcej i częściej.

Feb 102015
 
Wielokrotny bohater tego blogu. System samoobrony dla niewielkich okrętów bez  wysadzania w powietrze budżetu.

Otoczenie strategiczne Polski i związany z tym poziom zagrożenia zmieniły się znacząco w ciągu ostatniego roku. Polityki Rosji nie można już nazwać tylko asertywną. Zachód nie jest gotowy na konfrontację, a Rosja nie widzi powodów do negocjacji. Postępuje więc erozja poczucia bezpieczeństwa w regionie i nie tylko. To poczucie niepewności i zagrożenia maleje wraz z oddalaniem się od granic Rosji. Cała sytuacja jest tylko potwierdzeniem nieliniowości historii, innymi słowy jeśli w przeszłości było spokojnie to wcale nie znaczy, że w przyszłości będzie tak samo. Najbardziej niepokojąca jest jednak szybkość zmian w poziomie zagrożenia i w pewnym sensie niestabilność polityki rosyjskiej w połączeniu z urażoną dumą narodową. Reakcja rządu polskiego jest w zasadzie prawidłowa, czyli w miarę konsekwentna realizacja planów wzmocnienia potencjału militarnego i obronnego Polski, tylko czy to wystarczy? Minister Mroczek w trakcie konferencji prasowej 29-go stycznia powiedział:

W ciągu kilku, kilkunastu dni ogłosimy postępowanie dotyczące budowy sześciu okrętów nawodnych…

To wyczekiwany i dobry znak, tylko czy nie powinno się przedsięwziąć dodatkowych kroków, poza programem modernizacji, tak aby wzmocnić nasz potencjał w najbliższym czasie? Nie chodzi o wielkie programy, ale raczej coś, co uzupełni lub wzmocni zasoby już posiadane lub te, które pojawią się w przewidywalnej przyszłości.

Patrząc realistycznie na sytuację w jakiej znajduję się marynarka wojenna, to program Orka „odszedł na drugi krąg” i przyszłość dopiero pokaże, czy opłaciła się gorąca dyskusja na temat rakiet manewrujących. Nawet jeśli przetarg na okręty nawodne zostanie rzeczywiście ogłoszony na dniach i rozstrzygnięty w kilka miesięcy, to pierwszy Miecznik wejdzie do służby nie wcześniej jak w 2018-19 roku. Widząc, ile się zmieniło w ciągu jednego, ostatniego roku, te daty przywodzą na myśl raczej wyścig z czasem. Najszybciej, bo w 2016 roku pojawią się tylko Ślązak, OHP po remoncie i jeden Kormoran. Ponadto, być może, drugi NDR. I na tych zasobach należałoby skupić naszą uwagę, bo mogą się okazać jedynymi do dyspozycji w krytycznym momencie.

Swego czasu na tym blogu, próbując odpowiedzieć na pytanie o sens istnienia marynarki wojennej w państwie raczej kontynentalnym, położonym nad morzem zamkniętym, padło takie sformułowanie:

Tak więc Marynarka Wojenna powinna być użytecznym narzędziem Państwa i jego polityki zagranicznej w czasie pokoju lub kryzysu (czy też wojen ograniczonych) oraz udostępniać dodatkowe pole manewru dla Sił Zbrojnych w czasie wojny nieograniczonej.

Czy zmiana poziomu zagrożenia powinna wpłynąć na zmianę powyższej formuły? Ogólnie, raczej nie, chociaż zmieniają się akcenty. Rola dyplomatyczna i policyjna nabiera charakteru bardziej prewencji i ograniczania eskalacji. W przypadku wojny hybrydowej, poziom zagrożenia dość dobrze oddaje definicja, którą podał admirał Richard Hill, RN, mówiąc o Low Intensity i Higher Level Operations. Są to operacje o ograniczonych celach, różniących się charakterem. W pierwszym wypadku mówimy o osiąganiu celów politycznych, w drugim – militarnych. W konsekwencji dopuszcza się użycia nowoczesnej broni, chociaż prawdopodobnie w ograniczonym zakresie. W pełni uzasadnione jest prawo do samoobrony, jakkolwiek zasada proporcjonalności w reakcji może zostać zaburzona, stąd zagrożenie eskalacji. Tak, czy inaczej warto zwrócić uwagę na inwestycje, może nie zupełnie małe, ale warte przeanalizowania w nowych warunkach. Parę propozycji poniżej:

  • Systemy samoobrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej dla Ślązaka i OHP, a w późniejszym terminie dla Czapli. Fasta, Grom i tym podobne systemy są tylko półśrodkami w sytuacji zagrożenia nowoczesnymi środkami napadu. Biorąc pod uwagę, że wypowiedź ministra Mroczka wskazuje na gotowość dokumentów i wymagań taktyczno – technicznych, MON powinien mieć już zdanie co do preferowanego systemu dla Mieczników. CAMM staje się coraz bardziej atrakcyjny kosztem VL MICA, ale jest to system obrony lokalnej raczej niźli samoobrony. Zbyt rozbudowany i być może zbyt drogi dla okrętów patrolowych czy starej fregaty. Idąc w drugą stronę mamy RAM, a raczej SeaRAM nadający się do naszych celów doskonale. Nie obroni okrętu patrolowego przed pełną salwą, ale przed „przypadkowym” atakiem „nieznanego” sprawcy jak najbardziej. W przypadku OHP wzmocni istotnie obronę przeciwrakietową i możliwe są dwa warianty. Upgrade, czyli modernizacja systemu Phalanx do wersji SeaRAM, lub też zakup nowego systemu, a użycie Phalanxa np. na Czernickim.
  • Jeżeli RBS Mk2 pozostałe po programie Żeglarek, wraz z systemem planowania misji są naszą własnością, to jest to być może właściwy czas do zintegrowania ich z systemem Thalesa dla Ślązaka. Lepszy rydz, niż nic, jak mawia przysłowie.
  • Pewna cisza zapadła w odniesieniu do modułu przeciwminowego dla Czapli. Jest on jednak chyba pochodną systemu walki minowej dla Kormorana, więc powinny być wkrótce gotowe jego podstawowe elementy. Jeśli tak, to warto przyśpieszyć prace nad modułową wersją tego systemu do przetestowania technicznego i operacyjnego na Ślązaku, czy Czernickim.
Jak się nie ma co się lub, to się lubi co się ma. Bryza bis. Foto www.hej.mielec.pl

Jak się nie ma co się lub, to się lubi co się ma. Bryza bis. Foto www.hej.mielec.pl

  • NDR wygląda imponująco, chociaż trudno oprzeć się wrażeniu, że jest nie tyle ślepy, co ślepawy. Mamy potencjalnie kilka źródeł informacji o celach dla dywizjonu – systemy brzegowe jak europejski projekt MARSUR, okręty patrolowe oraz Bryzy. Te ostatnie mają radar, ale zdaje się nie mają systemów elektrooptycznych z jednym wyjątkiem wersji Bis. Flir, czy IRST byłyby dobrym uzupełnieniem ich możliwości rozpoznawczych. Ponieważ zasięg Bryz jest ograniczony, poziom inwestycji powinien być także rozsądny, ale nie pomijałbym tej możliwości w sytuacji „podbramkowej”. Na razie nic nie było o dronach, które są przedmiotem osobnego i całkiem skomplikowanego przetargu. Aktualnie, Inspektorat Uzbrojenia poszukuje dostawców systemów krótkiego zasięgu, nie wystarczającego dla wykorzystania maksymalnego zasięgu rakiet NSM. Jest jednak pewna luka w przetargu, który nic nie mówi na temat pionowzlotów zdolnych do startowania z pokładów okrętów. Jeśli rzeczywiście chcemy inwestować w polski przemysł, dajmy szansę ILX-27 lub Solo na zasadzie programu eksperymentalnego dla marynarki wojennej, poza głównym przetargiem na bezzałogowce. Oba mogą również operować z OHP w składzie mieszanym ze śmigłowcem ZOP, podobnie jak amerykanie proponują dla LCS.
  • Poprzedni punkt kieruje nas w stronę wciąż słabo zdefiniowanej roli USV i ich niewykorzystanego potencjału. Nieliczne doniesienia prasowe wskazują na trzy zastosowania:
    • monitorowanie sytuacji pod powierzchnią wody
    • rozpoznanie przeciwminowe
    • ochrona portów

Pierwsze dwa łączą się w pewien sposób z modułem przeciwminowym Czapli, więc jest to układanie tych samych klocków Lego, tylko inaczej. Ochrona portów może się potencjalnie rozwinąć w program badań nad ofensywnym użyciem roju bezzałogowców. Ale to już pieśń przyszłości, chociaż amerykanie już coś są w stanie zademonstrować w tym temacie.

W sumie tych kilka propozycji amatora reprezentuje spory koszt, chociaż żadna z propozycji nie wygląda na wydatek 9-cio cyfrowy. Nawet, jeśli pomysły są nieprofesjonalne czy po prosu nierealne, to zasadniczy pytanie o potrzebę szybkiego uzupełnienia systemów uzbrojenia pozostaje sensowne. Wykorzystajmy czas i róbmy coś, co będzie widoczne dla nas i naszych oponentów.

Jan 192015
 
Corvette HMCS Arrowhead in colour.

Zmiana klasyfikacji Littoral Combat Ship na fregatę (FF) zbiega się w czasie wraz z istotną zmianą sposobu myślenia US Navy o siłach nawodnych i ma konsekwencje znacznie większe niż tylko gra słów. Powinna być także pożywką intelektualną dla naszego projektu Okrętu Obrony Wybrzeża, który ma się zmaterializować w najbliższym czasie. Jest to świetna okazja do wyjścia w dyskusji o Mieczniku poza schemat ćwiczenia maksymalnego upakowania zdolności bojowych w kadłubie 2.000 tonowego okrętu i za jaką cenę.

Nowa nazwa to nie tylko wyjście naprzeciw krytykom LCS, ale w pewnym sensie zamknięcie na nieokreślony czas dyskusji o potrzebie działań marynarki wojennej na wodach przybrzeżnych. Fregata ma dość dobrze zdefiniowaną funkcję czy rolę i stanowi powszechnie akceptowaną klasę okrętów, ale ma mało wspólnego z walką na wodach przybrzeżnych. Czym jednak ma być Miecznik dla Marynarki Wojennej RP? Na fregatę jest za mały, chociaż ambicje idą być może w tym kierunku. Na przybrzeżnego wojownika broniącego przeciwnikowi dostępu do określonego akwenu jest za duży i za drogi. Chyba jesteśmy zakleszczeni pomiędzy tymi dwoma wizjami, z których jedna to okręt osłaniający własne linie żeglugowe a druga to ofensywna broń zdolna do zadania istotnych strat przeciwnikowi zarówno na lądzie jak i na wodzie. Zupełnie z boku jest trzecia wizja, obrony powietrznej zespołów okrętów czy konwojów a nawet obrony powietrznej kraju.

Korweta wydaje się być odpowiednim słowem dla jednostki 2.000 tonowej, chociaż w tradycji Royal Navy jest to raczej zdefiniowana rola przybrzeżnego okrętu ASW i być może jest to właściwe dla nas podejście. W styczniowym numerze USNI Proceedings, Adm. Holland w artykule Designing the Future Warships oferuje swoją wizję, jak do zadania definiowania okrętu podejść, unikając pułapek LCS:

Odpowiedzią nie jest próba szczegółowego opisania zadań jakie okręt będzie wykonywał, lecz sformułowanie w ogólnych kategoriach wymogów jakie okręt ma spełniać. Tak więc w pierwszym rzędzie trzeba przewidzieć okręt, który może spełniać zwyczajowe zadania zachowując jednocześnie elastyczność i podatność na modyfikacje, gdy pojawią się nowe zadania, sytuacje i systemy uzbrojenia. Aby wykonać tego typu zadanie, analitycy i komputery są mniej ważni od marynarzy, konstruktorów okrętów i poczucia morskiej oraz organizacyjnej historii.

Inną, cenną uwagą admirała jest stwierdzenie konieczności znalezienia odpowiedniego promotora czy mecenasa projektu. Osoby, która jest w stanie sterować złożoną interakcją pomiędzy doświadczeniem operacyjnym, technologią, bazą przemysłową, tradycją czy oczekiwaniami zarówno polityków jak i marynarzy. Zadanie niełatwe, ale mam wrażenie, że projekty jak F-16, Rosomak czy Spike miały tego typu instytucjonalne wsparcie. Nic mi niestety nie wiadomo na temat takiego wsparcia dla morskich przedsięwzięć MON-u.

Wyciskając Miecznika jak cytrynę, musimy więc skupić się jak najlepiej potrafimy na ogólnej definicji możliwości okrętu, tak aby dała wskazówki co do konkretnych rozwiązań technicznych. Przede wszystkim okręt wielkości korwety czy nawet fregaty jest jednozadaniowy, to znaczy może posiadać zdolności na wysokim poziomie w jednej dziedzinie (np. ASW) redukując zdolności w pozostałych do pewnego minimum. Jeżeli nasz wybór podążając śladem Royal Navy to ASW, wówczas obrona przeciwlotnicza zostanie sprowadzona do samoobrony a zdolności ofensywne powinny pozwolić na zwalczanie podobnej klasy okrętu na zasadzie symetrii. Taki model jest spójny z rolą floty polegającej na ochronie żeglugi, ale wymaga posiadania panowania na morzu, co w sytuacji pełnego konfliktu mogą zapewnić tylko sojusznicy. Jest on również niesprzeczny z doktryną BBN-u określającą poziom zagrożenia najbardziej prawdopodobnego jako „działań podprogowych”.

Alternatywnym kierunkiem może być inwestowanie w zdolności ofensywne. To podejście jest spójne z doktryną odmowy dostępu BBN, ale wówczas trudno uniknąć dyskusji na temat skutków wymiany salw rakietowych pomiędzy przeciwnikami. Taki scenariusz promuje jednostki o zdecydowanej przewadze możliwości ataku nad obroną, co stwarza sytuację groźną i niestabilną, kto pierwszy, ten lepszy. Ukrytym założeniem jest spora liczebność okrętów działających w rozproszeniu. Trzy korwety to z pewnością za mało. Swego rodzaju Mercedesem w tej klasie jest Visby. Ten kierunek nie wydaje się mieć większych szans z dwóch powodów:

  • Zainwestowano w zdolności obrony wybrzeża i odmowy dostępu w postaci Morskiej Jednostki Rakietowej i program modernizacji nie widzi w przyszłości roli dla jednostek klasy Orkan.
  • Marynarka bierze aktywny udział w ćwiczeniach międzynarodowych, sojuszniczych a przede wszystkim NATO, gdzie podstawową rolę odgrywają scenariusze z typowymi elementami walki na morzu, wynikającymi z doświadczeń flot sojuszników.
Niewykorzystany potencjał przybrzeżnego wojownika. Foto www.austal.com

Niewykorzystany potencjał przybrzeżnego wojownika. Foto www.austal.com

Nawet, jeśli priorytet przypiszemy zwalczaniu zagrożeń spod wody, to określenie tego, co należałoby uznać za minimum samoobrony przeciwlotniczej i zwalczania symetrycznych zagrożeń nawodnych zabierze sporo z ograniczonych limitów wagi, przestrzeni czy mocy dostępnej na korwecie. Proste symulacje scenariuszy z użyciem równania salwy pokazują, że zapas amunicji zabieranej przez okręt będzie krytyczny. System klasy RAM jest teoretycznie w stanie obronić okręt przed salwą 2-3 rakiet. Korweta uzbrojona w dwa takie systemy (jak K-130) teoretycznie może się bronić przed 4-6 pociskami nadlatującymi jednocześnie. Dla pewności unieszkodliwienia korwety należałoby w konsekwencji odpalić salwę 8 rakiet, biorąc pod uwagę brak 100% gwarancji właściwego działania sprzętu, wykrycia, identyfikacji celu i naprowadzania i konieczność trafienia co najmniej jedną rakietą. To oznacza, że postulat zdolności zwalczania innej korwety na zasadzie symetrii wymaga przenoszenia minimum 8 rakiet. Posługując się tą samą zasadą symetrii, korweta powinna mieć zdolność do obrony przed taką salwą, co być może jest realne przy zastosowaniu również środków maskowania czy zakłócania. Tylko w tym przypadku obrona przed jedną salwą nie wystarczy, dwie, trzy salwy wydają się być niezbędnym minimum, co automatycznie definiuje zapas rakiet obrony przeciwlotniczej, przenoszony przez okręt. Dodajmy tak samo niepełne prawdopodobieństwo zestrzelenia czy awarii jak w przypadku rakiet przeciw-okrętowych i liczba amunicji rośnie do ponad 24. Problemem może się stać bardziej dostępna przestrzeń niż waga tych rakiet, zgodnie z tezą głoszoną przez Normana Friedmana, że we współczesnych okrętach parametrem krytycznym w projektowaniu jest objętość a nie ciężar.

W przypadku Polski, istotnym wyborem będzie posiadanie hangaru lub nie i co w tym hangarze ewentualnie ma być. Marynarka Wojenna prawdopodobnie będzie optowała za śmigłowcem pokładowym, a więc z hangarem i pełną obsługą wiropłata. To stoi w pewnej sprzeczności z dotychczasową praktyką śmigłowców operujących z lądu i wymogami przetargowymi na wspólną platformę dla wojsk lądowych i marynarki, bo preferencje 25 brygady kawalerii powietrznej leżą raczej po stronie cięższych maszyn. Powierzchnia hangaru będzie równie cennym zasobem jak pojemność magazynów amunicji. Ciężka maszyna w środku zabierze miejsce dla bezzałogowców potrzebnych do rozpoznania czy nawet zwalczania mniejszych, choć liczniejszych zagrożeń. Brak takiej maszyny obniży potencjał zwalczania okrętów podwodnych. Kompromisem może być lądowisko dla śmigłowca z możliwością uzupełniania paliwa i uzbrojenia a niewielki hangar dla bezzałogowców. Ogólnie, to co wybierze dla siebie armia, będzie miało wpływ na konfigurację okrętów. Tak samo jak w przypadku helikopterów, podobne konflikty wymagań taktyczno technicznych mogą zaistnieć dla dronów czy rakiet przeciwlotniczych.

Innym wymogiem, również dyskutowanym na tym blogu jest pytanie o stopień modułowości wbudowany w okręt. LCS jest być może realizacją wizji idącą zbyt daleko na obecną gotowość do asymilacji nowinek. We wspomnianym uprzednio numerze Proceeding, Gregory V. Cox w artykule Lessons Learned from the LCS, pomaga nam usystematyzować wiedzę na temat typów i celów modułowych konstrukcji, grupując je następująco:

  • Shipyard – Podatność na modernizacje. To jest typ bardzo interesujący dla niewielkiej floty zmuszonej do maksymalnego wykorzystania skromnych zasobów. MEKO czy StanFlex są dobrymi przykładami, jak można łatwo okręt modernizować.
  • Operational – definiowaną jako zdolność do zmiany konfiguracji okrętu we własnej bazie, pomiędzy kolejnymi przydzielonymi zadaniami. Pewien poziom takiej wymienności modułów jest wskazany, głównie poprzez użycie systemów skonteneryzowanych i pojazdów bezzałogowych. Możliwe jest wówczas wykonywanie zadań spoza standardowego menu okrętu jak rozpoznania radioelektronicznego czy przeciwminowego. Do tego potrzeba przestrzeni dla modułów.
  • Maintenance – utrzymanie kosztownej maszynerii i elektroniki w ruchu i pełnej sprawności. Dla jednostek działających w pobliżu własnych baz nie jest to parametr krytyczny, choć zawsze mile widziany. Przejawem takiego podejścia jest wymóg standardowej siłowni dla Czapli i Miecznika.
  • Tactical – możliwość rekonfiguracji okrętu będącego na misji. To nas interesuje mniej, przyjmując strategię Bałtyk Plus. Niemniej, uniwersalne wyrzutnie pionowego startu, jak Mk41 dają pewne szanse na elastyczność z pogranicza Tactical i Operational. Tyle, że aby zastosowanie wyrzutni pionowych miało sens, musielibyśmy zacząć od około 16-24 wyrzutni, co może napotkać na bariery zarówno techniczne jak i finansowe.

Nazwa Okręt Obrony Wybrzeża ma tę zaletę, że określa rolę okrętu, tak jak niegdyś torpedowiec, niszczyciel czy lotniskowiec. I byłoby wszystko dobrze gdybyśmy budowali Visby lub coś podobnego (niech będzie ze stali amagnetycznej), tyle że nie budujemy nic podobnego. Ale nazwa niesie ze sobą wiele konotacji co do sposobu użycia, czy przeznaczenia. Korweta nie jest wyjątkiem, a nazwa i tradycja stojąca za tą nazwą niech będzie jakąś wskazówką w decyzjach co do tego, w co zainwestujemy.

Jan 022015
 
Iranian-Small-Boat-Swarms-3

Wraz z Nowym Rokiem nasze spojrzenia powinny się kierować ku przyszłości, bez większego oglądania się za siebie. I rzeczywiście, poprzedni rok nie przyniósł marynarce wojennej żadnego rozstrzygnięcia za wyjątkiem rzutem na taśmę podpisanej umowy na drugi Nadbrzeżny Dywizjon Rakietowy. Nie jest to wyraz pesymizmu lub próba umniejszenia wagi tytanicznej, jak przypuszczam, pracy urzędników MON-u przygotowujących negocjacje na nowe okręty. To proste stwierdzenia faktu, że trzyletni okres podejmowania decyzji jest zbyt długi i porównywalny z cyklem życia lub dojrzewania wielu nowoczesnych technologii. Wojna na Ukrainie z udziałem i wsparciem Rosji, naszego wielkiego sąsiada, pokazuje również jak szybko potrafi się zmienić środowisko bezpieczeństwa kraju, podczas gdy zachowujemy się jakbyśmy mieli 10-20 lat czasu na realizacje naszych planów. Nader skromnych porównując ze skalą wydatków zbrojeniowych Rosji, co ponownie skłania do postawienia pytania o wartość naszych planów odstraszania konwencjonalnego z użyciem okrętów podwodnych.

Czego więc powinniśmy się spodziewać we właśnie rozpoczętym 2015 roku? Kontynuując wątek z poprzedniego wpisu o problemach doktrynalnych Marynarki Wojennej, można zaryzykować stwierdzenie, że to nieprawda, że nie mamy doktryny – wręcz przeciwnie, mamy dwie. Jedną, rozwijaną przez BBN i zorientowaną na konflikty hybrydowe oraz strategię odmowy dostępu. Drugą, poniekąd praktykowaną przez Marynarkę Wojenną i będącą zlepkiem teorii morskich czołowych potęg NATO. Mają się do siebie jak pięść do nosa, bo NATO, będąc najsilniejszym sojuszem wojskowym na świecie, nie ma w swojej doktrynie ani odmowy dostępu ani tego nie ćwiczy. Bawiąc się w grę słów zapytajmy, czy mamy rozwijać doktrynę wojny hybrydowej, czy też być może hybrydową doktrynę wojny?

Aby lepiej wyjaśnić, co przez to rozumiem, odwołuję się do tekstu częstego „gościa” na łamach tego blogu, profesora Jamesa Holmes’a. Artykuł Taiwan’s New Stealth Corvettes: Just What the Doctor Ordered? jest komentarzem do najnowszego nabytku marynarki wojennej Tajwanu – 500 tonowych okrętów rakietowych Tuo Jiang. Autor czyni uwagę, która nie jest czymś odkrywczym, ale przypomnieniem starych prawd, które lubimy zapominać:

Zmiana kultury organizacyjnej, to coś więcej niż wprowadzenie do użytku nowych gadżetów, nie ważne jak imponujących. Sposób, w jaki marynarka używa swoich okrętów jest co najmniej tak samo ważny jak techniczne możliwości w nich zawarte.

Coś bardziej zgodnego z doktryną BBN, ale poza praktyką NATO. Źródło - www.asian-defense-news.blogspot.com

Coś bardziej zgodnego z doktryną BBN, ale poza praktyką NATO. Źródło – www.asian-defense-news.blogspot.com

Powyższe zdanie stanowi pretekst do znacznie szerszego spojrzenia na problemy doktrynalne marynarki Tajwanu. W jaki sposób korpus oficerski przyzwyczajony do problemów panowania na morzu ma zamiar wdrożyć w życie „morską partyzantkę”? Czy zamiast podejmowania prób scalenia obu światów działań na morzu, może pójść dokładnie w przeciwnym kierunku i zaakceptować dwoistość koniecznych operacji morskich i stworzyć hybrydową, dwuczłonową doktrynę morską? Obarczyć rolą obrony i odmowy dostępu siły operujące z lądu a okręty nawodne przeznaczyć do realizacji celów polityki zagranicznej państwa?

Ma to swoje konsekwencje w wyborach priorytetów dotyczących kontraktów na budowę okrętów wojennych. Zacznijmy od tego, że tak naprawdę czasu jest mniej niż cały 2015 rok, ze względu na wybory. Liczą się więc tylko kontrakty podpisane w pierwszej połowie roku. Poza tym terminem, pozostaje wielki znak zapytania. Scenariusz, w którym podpisuje się umowę zarówno na Orkę, Miecznika i Czaplę w ciągu kilku miesięcy przyjmuję z dużą dozą sceptycyzmu. Jeśli tak się stanie, brawo dla Ministra Siemoniaka. Bardziej prawdopodobny rozwój wydarzeń, to jednak podpisanie umowy na okręty podwodne, bo ten program wydaje się być jedynym posiadającym poparcie zarówno polityków jak i marynarzy. Ponadto wpisuje się dobrze w retorykę „Polskich Kłów”. Co jednak stanie się z okrętami nawodnymi? Czy rząd zdecyduje się podjąć zobowiązanie równoległego prowadzenia dwóch najdroższych programów – Orki i Miecznika? Czapla wydaje się mieć najmniejsze szanse, bo brak mi wiary w to, że ktoś podejmie decyzję o budowie w pierwszej kolejności okrętów drugorzędnych z punktu widzenia marynarki. Jak bumerang powraca Plan B, czyli kontynuacja projektu Ślązak – patrolowca, który łatwo może z Czapli przeistoczyć się w Miecznika. Tylko to wymagałoby publicznego wycofania się z oficjalnie obowiązującego planu. Mało prawdopodobne, lecz możliwe pod warunkiem „sprzedania” opinii publicznej pomysłu pod hasłem „przyśpieszenia” wprowadzania w życie nowych zdolności bojowych przy zachowaniu znacznej swobody wyboru ostatecznej konfiguracji. Plus dla modułowej konstrukcji okrętu! Dość ponurą alternatywą jest przeczekanie, czyli pozostawienie decyzji odnośnie sił nawodnych na okres po wyborach. To może oznaczać nigdy. Kontynuując ton czarnego humoru, nie sądzę aby Federacja Rosyjska zechciała dopasować swoje plany do naszego harmonogramu wyborczego czy modernizacji technicznej preferującej lokalny przemysł.

Skoro nauczyliśmy się budować taki okręt, to czemu tego nie wykorzystać? Foto www.tvn24.pl

Skoro nauczyliśmy się budować taki okręt, to czemu tego nie wykorzystać? Foto www.tvn24.pl

Na koniec jeszcze jeden cytat z tego samego źródła na temat znanych prawd wynikających z bolesnych doświadczeń:

Według wszelkiego prawdopodobieństwa, straty będą osłabiać marynarkę wojenną Tajwanu. Flota praktykująca odmowę dostępu musi mieć na stanie mnogość sprzętu aby sprostać wymogom tego pola walki, które jest znacznie mniejsze niż Zachodni Pacyfik, ale równie nieprzyjazne.

Autor powątpiewa, czy tuzin korwet jest liczbą wystarczającą naprzeciw marynarce chińskiej. Jak więc mamy traktować próbę promowania idei trzech Mieczników w roli Okrętu Obrony Wybrzeża, zwłaszcza że z założenia tylko jeden będzie w danej chwili w morzu wykonując wyznaczone zadania. Chyba jednak trzeba trzymać kciuki za konsorcjum SMW I Remontowej, bo być może niezależnie od naszych preferencji będzie to najrozsądniejsza opcja. I takie rozwiązanie wcale nie byłoby złe.