Jul 032016
 
MOSG-godło

Coraz więcej sygnałów wskazuje na pustą kasę państwa. Ostatnim kamyczkiem wrzuconym do ogródka są wypowiedzi ministra Bartosza Kownackiego cytowane przez Defence24. Opracowywana doktryna morska nabiera więc charakteru miny, broni czekającej na swój moment. W międzyczasie decyzje będą podejmowane na podstawie doraźnych korzyści politycznych weryfikowanych przez możliwości finansowe, techniczne i organizacyjne. Cały ten kontekst spycha nas niejako do zmiany podstawowego pytania z „co nam potrzeba i dlaczego” na „co możemy wyprodukować w kraju szybko i relatywnie tanio”?

Kilka słów ministra Kownackiego daje nam chybotliwe, ale jednak, podstawy do spekulacji na temat liczb (cytując w dalszym ciągu za Defence24):

My zakładamy, że przez najbliższe trzy lata mamy do wydania około 32 mld złotych. Po odliczeniu innych wydatków zostanie nam zapewne około 15 mld na modernizację techniczną.

Po podzieleniu kwot przez trzy i porównaniu z budżetem na 2016 rok możemy wnioskować, że pierwsza kwota odnosi się do całości wydatków majątkowych a druga do priorytetowych programów wieloletnich, a więc trzonu modernizacji technicznej. MON będąc w kleszczach pomiędzy słabym wzrostem gospodarczym i zmienionymi priorytetami jak Obrona Terytorialna musi wcześniej czy później z czegoś zrezygnować. I jest to wariant raczej optymistyczny w perspektywie trzech lat, gdyż przyjęcie do realizacji sztandarowych programów jak 500+ powoduje natychmiastowy efekt po stronie wydatków podczas gdy planowane nowe podatki przyniosą efekt lub nie po stronie przychodów w nieznanym czasie. Powstaje dziura budżetowa do „załatania”.

Jednak nas interesuje na ile może liczyć marynarka wojenna? Udział floty w wydatkach budżetowych MON waha się między 8-10%, stąd ze wspomnianych 15 mld PLN być może w wariancie optymistycznym na rekonstrukcję floty przypadnie 1.5 mld. Od tej kwoty należy odjąć drugiego Kormorana (przy założeniu kontynuacji projektu) i dokończenie Ślązaka, czyli jakąś połowę z tej sumy. Na co warto więc wydać pozostałe 700-800 mln PLN w ciągu trzech najbliższych lat biorąc pod uwagę graniczne warunki sformułowane przez polityczne priorytety rządu i oczekiwania marynarzy? Dla polityków priorytet to korzyści polityczne i ekonomiczne oczekiwane w rezultacie zainwestowania sum pozostających do dyspozycji w lokalny przemysł. Ponadto wielokrotnie podkreślano, że liczy się szybki efekt podjętych działań. Dla marynarzy kluczową sprawą są po prostu nowe okręty.

W poprzednich „myślach prowokatora” znalazło się porównanie do algorytmów genetycznych. Spróbujmy zobaczyć, jak daleko można zmutować programy Miecznik i Czapla, aby spełniły tak restrykcyjne warunki. Jeśli mówimy o bezpieczeństwie narodowym, to obejmuje ono nie tylko Marynarkę Wojenną ale szereg innych instytucji, wśród nich Morski Oddział Straży Granicznej. Na Forum Okrętów Wojennych co pewien czas pojawia się wątek roli i kompetencji MOSG. W zasadzie ustawa definiuje rolę tak jak wskazuje na to sama nazwa – ochrona granicy państwowej na lądzie i morzu. Ogranicza to działanie MOSG do pasa przygranicznego i 12 nm wód terytorialnych. Są jednak dwa wyjątki istotnie rozszerzające obszar kompetencji MOSG. Pierwszy to „nadzór nad eksploatacją polskich obszarów morskich oraz przestrzeganiem przez statki przepisów obowiązujących na tych obszarach” co rozszerza obszar działania o wody polskich obszarów morskich. Drugi to kombinacja dwóch paragrafów dająca możliwość działania na wodach w jurysdykcji Unii Europejskiej:

Straż Graniczna realizuje zadania wynikające z przepisów prawa Unii Europejskiej oraz umów i porozumień międzynarodowych na zasadach i w zakresie w nich określonych. Straż Graniczna w zakresie określonym w ust. 2 i 2a współdziała z właściwymi organami i instytucjami Unii Europejskiej oraz innych państw.

Czapla może więc teoretycznie wrócić do swej pierwotnej roli OPV i przy zmianie właściciela pełnić funkcję ochrony porządku prawnego na wodach będących w jurysdykcji Polski i innych państw Unii Europejskiej. Fizyczną realizacją mogłyby być jednostki z szerokiej oferty firmy Damen wspierające i uzupełniające parę Kaprów w aktualnym posiadaniu. Kluczową byłaby kwestia budżetowania takiej inwestycji. Mniejsze kutry patrolowe z linii Stan Patrol stanowiłyby tylko wzmocnienie funkcji MOSG, natomiast większe otwierałyby pole do współpracy z MW w zakresie rozpoznania. W takim układzie Marynarka Wojenna realizuje funkcje policyjne poza obszarem Unii lub przy wyższym poziomie zagrożenia lub tam, gdzie w grę wchodzi użycie uzbrojenia typowego dla wojska (rakiety, miny, itd.)

Wybór takiej jednostki dla MOSG zaostrza granice podziału ról pomiędzy MOSG i MW. Foto www.damen.com

Wybór takiej jednostki dla MOSG zaostrza granice podziału ról pomiędzy MOSG i MW. Foto www.damen.com

Miecznik również ma pewne szansę przy założeniu „skarłowacenia” programu. Wspomniana kwota to około 50-60% kosztu korwety co przy rozłożeniu programu budowy na 5-6 lat pozwoli na rozpoczęcie finansowania inwestycji. Do dyspozycji mamy zgromadzone doświadczenie budowy Ślązaka (doświadczenie negatywne to też doświadczenie) i wiedzę wyniesioną przez Inspektorat Uzbrojenia przy tworzeniu specyfikacji Miecznika. Niezależnie od jakości tej pracy albo będziemy umieli ominąć inercję rozpędzonej maszyny Inspektoratu albo będziemy musieli ją wykorzystać jak w dżudo. Mamy również ograniczenie w postaci postulatu szybkiego efektu, co ma swój zabawny wydźwięk gdy mówimy o budowie okrętów wojennych. Innym ograniczeniem jest biurokratyczny przepis wymagający zatwierdzenia prototypu przed uruchomieniem produkcji seryjnej, z którego to powodu cierpi program Kormoran.

Kwestię prototypu można ominąć bądź budując według nowego projektu, jak się to przewiduje obecnie bądź na bazie projektu Ślązaka argumentując, że jest to korweta a nie okręt patrolowy. W tym drugim przypadku efektem ubocznym rozsądnej specyfikacji byłaby możliwość modernizacji Ślązaka do standardu Miecznika w przyszłości. Tym sposobem dostajemy dwie korwety w przeciągu, powiedzmy dekady z otwartą ścieżką na dalszy rozwój marynarki wojennej. Pozostaje jednak kwestia prawna, kto może budować na bazie istniejącego projektu. Ryzyko budowy według nowego projektu polega natomiast na stworzeniu floty prototypów i utraty potencjalnych korzyści w eksploatacji „jedynaków”. W obu przypadkach kluczem jest kto będzie liderem kontraktu i partnerem dla MON-u.

Być może wszelkie wspomniane pomysły są niewiele warte, przyświeca im jednak idea, że zbudowanie „czegoś” co niekoniecznie musi być „byle czym” jest lepsze niż „nic”.

Jun 112016
 
Le Miere

Kluczem do przyszłego kształtu Marynarki Wojennej RP jest to, w jaki sposób wyobrażają sobie jej użycie politycy w czasie pokoju i wojskowi w czasie wojny. Trudno sobie jednak wyobrazić, by na ten temat decydowano bez udziału marynarzy, którzy nie powinni w tym interaktywnym procesie tworzenia koncepcji pozostawać biernymi obserwatorami. Dlatego interesującą ciekawostką jest artykuł Niebieskie ludziki. Wojna morska na Bałtyku nie jest nierealna” autorstwa Macieja Matuszewskiego, oficera służby czynnej i dowódcy ORP Gen. T. Kościuszko. Ton artykułowi nadaje pierwsze zdanie, które nie mówiąc nic o flocie może nadać jej kształt:

Jak zmusić do ustępstw duży kraj należący do NATO, nie przekraczając progu wojny i unikając interwencji jego sojuszników?

Trudno uniknąć skojarzeń z Białą Księgą Bezpieczeństwa Narodowego opublikowaną przez poprzedni skład BBN-u. Głównym mankamentem Księgi był brak jakichkolwiek bezpośrednich odniesień do marynarki wojennej i jej roli w systemie bezpieczeństwa państwa i jest to być może rzecz do skorygowania w następnej edycji tej publikacji. Niemniej kontekst został zdefiniowany i daje dość sporo materiału do przemyśleń na temat zarówno doktryny jak i struktury Marynarki Wojennej.
Odpowiadając na wiodące pytanie, autor wskazuje na wojnę hybrydową jako sposób na działania nie wyzwalające automatyzmu traktatu NATO i próbuje zdefiniować zjawisko konfliktów hybrydowych. Zadaje sobie przy tym bardzo dobre pytanie:

Podstawową zasadą podczas tworzenia nowych pojęć jest udzielenie odpowiedzi pytanie: czy jest ono naprawdę potrzebne i czy nie istnieje już coś, co opisuje zjawisko, które chcemy przedstawić?

Mamy co najmniej dwa pojęcia już istniejące i dość dobrze opisujące zjawisko. Brytyjski admirał Richard Hill nazywał takie działania Low Intensity Operations:

(…) które nigdy nie zasługują na miano wojny, mają ograniczone cele, zakres i obszar, są przedmiotem międzynarodowego prawa do samoobrony i często zawierają sporadyczne akty przemocy z obu stron a ich cele są z natury swojej polityczne. Problemem jest zawsze możliwość eskalacji do starcia zbrojnego o wysokiej intensywności, co wymaga albo własnego albo sojuszniczego zespołu wsparcia.

Chiny używają przymusu popartego siła z wykorzystaniem słabo uzbrojonych okrętów Straży Przybrzeżnej. Foto www.time.com

Chiny używają przymusu popartego siła z wykorzystaniem słabo uzbrojonych okrętów Straży Przybrzeżnej. Foto www.time.com

Wojna hybrydowa całkiem dobrze mieści się również w pojęciu morskiej dyplomacji. Christian Le Miere w książce Maritime Diplomacy in the 21st Century twierdzi, że „zasadniczo, morska dyplomacja wypełnia przestrzeń pomiędzy wojną a cywilną dyplomacją, oferując szeroki zakres narzędzi i opcji dla polityków, które pozwalają na stopniowanie eskalacji w osiąganiu krótko i długoterminowych celów”.

Le Miere pojmuje dyplomacje szeroko i dostrzega trzy obszary zastosowania – współpracy, perswazji i przymusu. Jej główną rolą jest wysyłanie sygnałów i odgrywanie roli zaworu bezpieczeństwa w polityce międzynarodowej. Od tworzenia sojuszy, poprzez budowę prestiżu aż do groźby użycia siły, dyplomacja morska jest narzędziem pokazującym intencje wysyłającego komunikat i wagę jaką on do danej kwestii przypisuje.

Inny aspekt pokojowego użycia dyplomacji morskiej. Budowa prestiżu poprzez pomoc humanitarną. Foto wikipedia.org

Inny aspekt pokojowego użycia dyplomacji morskiej. Budowa prestiżu poprzez pomoc humanitarną. Foto wikipedia.org

Autor omawianego artykułu idzie jednak inną drogą i w poszukiwaniu środowiska, w którym marynarka wojenna będzie odgrywała kluczową role, stwierdza:

Już Napoleon zrozumiał, że aby odnieść sukces należy uderzyć we wroga w miejscu i czasie, w którym jego obrona jest najsłabsza, a przez to nasza szansa na odniesienie sukcesu, możliwie małym nakładem środków, największa. Analizując, nawet pobieżnie, polski potencjał obronny, oczywistym staje się, że najsłabiej zabezpieczona przed atakiem jest strefa morskiej granicy państwa.

Chyba jako efekt uboczny, pierwsze zdanie podważa zasadność istnienia pojęcia wojny asymetrycznej w tym A2/AD, jako osobnej koncepcji gdyż każdy konflikt jest próbą wykorzystania asymetrii. Drugie zdanie wskazuje jednak, że autor sam nie jest wolny od defensywnego myślenia o obronie terytorialnej i wpada poniekąd we własne sidła. Próbując bowiem oderwać marynarkę wojenną od kontynentalnych wizji używa argumentu obrony granic, podczas gdy intencją autora jest raczej stworzenie scenariuszy, w których flota odgrywa kluczową rolę. Na taka interpretację wskazują poniższe słowa:

Konflikt na morzu wydaje się całkiem prawdopodobny. Konflikt taki, w formie działań pośrednich przeciw morskim liniom komunikacyjnym, może dojść do skutku w stosunkowo krótkim czasie. Jego areną, z dużym prawdopodobieństwem, będzie wyłącznie morze. Wezmą w nim udział tylko siły morskie.

Scenariusz wojny informacyjnej połączonej ze sponsorowanym sabotażem i zagrożeniem klęską ekologiczną na Bałtyku może mieć wpływ na decyzje polityczne i ma znamiona realności. Jest to kwestia utrzymania porządku prawnego na morzu a więc znów dyplomacji morskiej. Natomiast hipotetyczny atak SSN na gazowiec na oceanie w czasie pokoju jest mało realny. Tylko garść państw na świecie ma techniczne możliwości wykonania takiego ataku. Gazowiec będzie płynął pod banderą innego państwa i jego zatopienie wzbudziłoby reakcję całego świata. Ponadto sprawa może wyjść na jaw, na co wskazuje przykład zatopienia torpedą korwety Korei Południowej. Natomiast zablokowanie Cieśnin Duńskich, pomijając polityczny huragan jest samobójczym golem gdyż zmusza Rosję do zmiany ważnego kierunku eksportu swoich własnych surowców. Z kolei zmiana kierunków polskiego importu oznacza nie tyle uzależnienie się od Rosji co raczej od Niemiec, gdyż gazowce mogą być rozładowane w Hamburgu czy portach ARA i wędrować dalej koleją. Oczywiście to kosztuje. Jeśli więc szukamy argumentów za posiadaniem sił ASW to może lepszym byłaby osłona planowanego Marlina.

W innej publikacji na Defence24 o tytule mówiącym za siebie [NATO ESF] Rosyjska flota uniemożliwi ułożenie Baltic Pipe? mamy scenariusze w oparciu o incydent związany z ćwiczeniami okrętów rosyjskich w pobliżu miejsca gdzie kładziono kabel energetyczny Litwa – Szwecja.

Bezsprzecznie nadchodzi czas, w którym Bałtyk staje kluczem dla bezpieczeństwa energetycznego Polski. Nasz kraj w oparciu o świnoujski terminal LNG i projekt Baltic Pipe tworzy tzw. Korytarz Północny, który pozwoli uniezależnić się od dostaw rosyjskiego gazu i przełamać monopol Gazpromu w Europie Centralnej.

Cechą charakterystyczną obu artykułów jest skupienie uwagi na własnym punkcie widzenia i celach negatywnych. Dostrzega się zagrożenie ze strony Rosji i wymienia je z imienia, ale całkowicie pomija rosyjski punkt widzenia czy sposób myślenia. Nie chcemy zaakceptować prostego faktu, że z punktu widzenia globalnej polityki Rosji jesteśmy po prostu drobną przeszkodą, tyle że mocno drażniącą. W interesie Rosji leży zabezpieczenie własnego eksportu surowców energetycznych drogą przez Bałtyk a nie przecinanie naszych. Powód jest prosty – jeżeli Rosja chce nam zaszkodzić, to zakręci swój kurek zamiast ryzykować konflikt zbrojny a jeśli chce nas uzależnić od siebie, to wystarczy obniżyć cenę na gaz i odesłać inwestycję Baltic Pipe w niebyt. Brak również celów pozytywnych. Uwagę czytelnika skierowuje się na zapobieżenie przeciwnikowi osiągnięcia jego celów, nic natomiast nie ma na temat co my chcemy osiągnąć w polityce używając floty jako narzędzia. Wracamy więc do pierwszego zdania tego tekstu i pytania jak nasi politycy wyobrażają sobie morską dyplomację i jakie sobie stawiają cele?

Omawiane artykuły skupiają się wokół dwóch „środków ciężkości” – źródeł surowców energetycznych alternatywnych do Rosji oraz zagrożeniu dla tych źródeł ze strony Rosji. Na tej podstawie buduje się częściowe uzasadnienie dla istnienia Marynarki Wojennej. Pozytywnym aspektem obu artykułów jest fakt podjęcia dyskusji wychodzącej poza wąskie grono entuzjastów i sympatyków Marynarki Wojennej. Dużym minusem i niebezpieczeństwem jest łatwość zamiany tej dyskusji w propagandowe narzędzie do uzasadnienia inwestycji zgodnych z obowiązującymi poglądami politycznymi. Te z kolei należy oddzielić od interesów Państwa Polskiego, które to interesy Rzeczpospolita ma niezależnie od rządów w określonym czasie.

Nowym elementem, rzadko dyskutowanym jest obrona infrastruktury pojętej szerzej niż tylko porty, a więc również platformy, kable i rurociągi podmorskie czy farmy wiatrowe.

Ciekawostką jest to, że próba stworzenia w miarę realnych scenariuszy pobudzających wyobraźnię i trafiających do szerszego ogółu, sama w sobie pozytywna, nie generuje potrzeby posiadania systemów niezbędnych przy konfliktach o wysokiej intensywności lub wojnie. Nie wynika z nich potrzeba posiadania okrętów podwodnych czy strefowej obrony przeciwlotniczej zdolnej do zwalczania salwy szesnastu czy dwudziestu rakiet manewrujących. Jedynym niebezpieczeństwem jest niekontrolowana eskalacja, co można przekuć na potrzebę rozbudowy floty w przyszłości o własny zespół osłony lub też w połączeniu z Marlinem na stworzenie zalążka ograniczonej projekcji siły. Taki obrót sprawy zamieniłby Marynarkę Wojenną RP z floty przybrzeżnej do floty zdolnej do realizacji celów polityki na wodach przyległych do Bałtyku. Byłby to dowód na to, że czujemy się częścią Europy.

May 212016
 
KNM Fridtjof Nansen innseiling Oslofjorden
RN Fridtjof Nansen approach in Oslofjorden KNM Fridtjof Nansen innseiling Oslofjorden
RN Fridtjof Nansen approach in Oslofjorden

Świadomość ograniczeń i poszukiwanie kompromisowych rozwiązań narzuca nam pewną dyscyplinę, ale tracimy przy tym radość wyrażania swoich fantazyjnych pomysłów. W rzeczy samej, w inżynierii istnieje metoda rozwiązania idealnego uwalniająca umysł twórczy zwykle związany schematami myślowymi. Na politechnice pewnego razu zadano studentom pytanie co zrobić, aby zimą śniegu nie było na drogach. Właściwą ścieżką do rozwiązania okazało się stwierdzenie że najlepiej by było, gdyby śnieg w ogóle na drogę nie padał.
W przypadku Marynarki Wojennej dominuje podejście „top-down” – zaczynając od sformułowania strategii, poprzez zdefiniowanie wymaganych zdolności zamieniamy je później na specyfikacje okrętów. W końcu można to „ubrać” w budżet i uruchomić procedury nabycia sprzętu. Wspomniane „ubieranie” zwykle doprowadza do jakiegoś zgrzytu i ponownej iteracji długotrwałego procesu. A gdyby zacząć od dołu? Co można zrobić i co wydaje się być w zasięgu ręki?

Do takich pytań dodatkowo zachęciło mnie uczestnictwo w panelu dyskusyjnym „Bezpieczeństwo morskie RP – szanse i zagrożenia” zorganizowanym ostatnio przez sekcję Bezpieczeństwa Uniwersytetu Wrocławskiego w Instytucie Studiów Międzynarodowych. Publiczność stanowili studenci Uniwersytetu, którzy zadali między innymi pytanie o to co możemy zrobić, aby wesprzeć Marynarkę Wojenną w jej wysiłkach odnalezienia właściwego miejsca w projekcie budowy bezpieczeństwa państwa. Odbieram to pozytywnie. Po pierwsze są wśród nas młodzi ludzie zainteresowani problematyką roli marynarki wojennej w bezpieczeństwie państwa. Po drugie wkrótce będą oni tworzyć kadrę, która przejmie stery w tym kraju i będą to kadry wykształcone. Po trzecie ci młodzi ludzie szukają drogi aby mieć wpływ na wydarzenia na swoim miejscu, które obecnie jest daleko od tworzenia oficjalnych dokumentów strategicznych. Po czwarte wyszliśmy poza obszar wybrzeża, a więc ludzi potencjalnie związanych zawodowo lub ekonomicznie z morzem. Sięgając po anegdotę z brodą o dwóch starszych panach zapoznających się w sanatorium – jeden pyta drugiego „a Pan skąd?” „Ja z Wrocławia”, odpowiada drugi. „To my braty, bo ja też ze Lwowa!”. Tak więc problematyka wojennomorska dociera już mocno na południe! Od czego moglibyśmy więc zacząć?

  • Morskie pojazdy załogowe i bezzałogowe Politechniki Gdańskiej. Projekt się toczy, ale nie ma chyba sponsora, który by miał wizję wykorzystania ich w służbie Marynarki Wojennej. Powołajmy mały zespół z zadaniem znalezienia odpowiedzi na przykładowe pytania:
    1. jak prowadzić rozpoznanie na wodach opanowanych przez przeciwnika
    2. jak przeciwdziałać neutralizacji naszych pól minowych przez bezzałogowe pojazdy przeciwnika
    3. jak skrycie stawiać niewielkie zagrody minowe na szlakach morskich przeciwnika (patrz historia Port Artura)
    Zespół kierowany przez oficera z doświadczeniem może się składać z cywilnych osób o różnych zawodach i wykształceniu oraz młodszych oficerów/podoficerów marynarki. Po zbudowaniu prototypu projekt powinien znaleźć się w budżecie MON-u.
Wspierajmy dobre pomysły aby nie umarły zanim stworzymy strategię. Foto www.czasopismologistyka.pl

Wspierajmy dobre pomysły aby nie umarły zanim stworzymy strategię. Foto www.czasopismologistyka.pl

  • Kormoran. Nie czekajmy na prototyp. To podwyższa w sumie koszty stoczni, która albo będzie trzymała fachowców o unikalnych specjalnościach na garnuszku i wliczy to w koszty, albo będzie „na szybko” tych fachowców ściągała nie wiadomo skąd i też wliczy w koszty. Zamówmy od razu drugą i trzecią jednostkę. I tak są potrzebne.
  • Czapla oderwana od Miecznika. Jeśli zrezygnujemy ze wspólnej platformy Miecznika i Czapli to możemy złożyć zamówienie na Czaplę w Remontowej. Zagranie trochę pokerowe w stylu „sprawdzam”, ale projekt Kormoran wygląda z zewnątrz dobrze. Zaoferujmy premię na przykład 20% jeśli Czapla będzie miała system kierowania walką z CTM. Nie musimy od razu wyobrażać sobie czegoś na wzór fregat. Po prostu 1-2 konsolowy system prezentacji sytuacji taktycznej plus konsola samoobrony. Jeśli to będzie przekraczało nasze możliwości, to użyjmy rozwiązania gotowego. Wszystkie firmy oferują uproszczone systemy dla OPV. Wyposażmy Czaple w rodzime drony z WB Electronics czy ITWL nie czekając na losy całego projektu dla Wojsk Lądowych. Dronów potrzebuje zarówno Czapla jak i Morska Jednostka Rakietowa. Ciekawym rozwiązaniem opisywanym na tym blogu byłoby wyposażenie Czapli w składany balon na uwięzi. Taki balon w czasie prób w USA wytrzymywał sztorm. Wyposażony w sensory elektrooptyczne czy ESM poszerza horyzont do 30nm. Dla zobrazowania – Czapla z takim balonem jest w stanie monitorować w sposób ciągły fragment morza od Kołobrzegu do Bornholmu.
  • Rajdy i taktyczne desanty. Zainicjować dyskusję i prace planistyczne na temat jak siły zbrojne mogłyby stosować w pasie nadbrzeżnym w Polsce i sojuszniczych krajach Bałtyckich małe desanty do celów rozpoznania, sabotażu, przyspieszania postępu własnych wojsk lub opóźniania postępu wroga. Czy dodać do Formozy szturmowe kompanie w stylu skandynawskich Coastal Rangers, czy też zmienić profil jednego z batalionów 7 brygady obrony wybrzeża? Jaka powinna być wielkość takiego desantu – kompania, batalion? Zmechanizowany czy też nie? W zależności od odpowiedzi na te pytania zdecydujmy, czy właściwym wyposażeniem byłyby łodzie CB-90 czy też francuskie LCAT operujące nawet z lądu? Obie konstrukcje można z łatwością budować w Polsce na licencji.
  • Okręt wsparcia połączonych sił zbrojnych (Marlin). Walka w pasie nadbrzeżnym może wymagać przerzutu większych ilości ludzi, sprzętu czy zaopatrzenia, zwłaszcza w kontekście operacji sojuszniczych, NATO, czy ekspedycji pod auspicjami ONZ. Dotyczyć to może operacji desantowych, zaopatrzenia własnych oddziałów odciętych od sił głównych, ewakuacji wojska lub ludności cywilnej. W czasach pokoju i kryzysu dodatkowo pomoc humanitarną. Jeśli w poprzednim punkcie wybór padł na LCAT, to logicznym wyborem jest średniej wielkości okręt LPD, który również być może mieści się w zakresie kompetencji polskich stoczni.
    Ponieważ w naszych warunkach okręty muszą w dużej mierze liczyć na siebie, okręt powinien posiadać systemy samoobrony i armatę 127mm/5”. Armata może posłużyć nie tylko do wsparcia ogniowego, ale także do zwalczania morskich drobnoustrojów jak Fast Attack Craft. Amunicja kierowana Volcano czy HVP oferują kombinacje zasięgu i celności atrakcyjną dla małej floty a rozmiar okrętu klasy LPD nie stanowi przeszkody dla instalacji takiego uzbrojenia. Jeśli CTM osiągnął sukces w projekcie OPV, mamy kolejny okręt do wyposażenia w rodzimy system walki i szansę na rozwój projektu. LPD stanowi idealną bazę dla wszelkiego rodzaju pojazdów bezzałogowych – nawodnych, podwodnych i latających. Ponownie – jeśli projekty Politechniki Gdańskiej zyskają aprobatę i znajdą zastosowanie, nasz LPD stanie się automatycznie ich bazą w trakcie misji w oddaleniu od wybrzeża.
Nie za duży, nie za mały. Może dla nas. I dlaczego nie zacząć od niego? Foto www.products.damen.com

Nie za duży, nie za mały. Może dla nas. I dlaczego nie zacząć od niego? Foto www.products.damen.com

  • Eskorta. Okręt klasy LPD jest cenną jednostką nie tylko z racji swojej wartości ale przede wszystkim ze względu na przewożonych żołnierzy. Wymaga więc eskorty. Jeżeli poprzednie punkty zdecydowaliśmy się realizować to mamy chwilę na zaczerpnięcie oddechu i zastanowienie się jaka klasa okrętów ma stanowić tę eskortę. W zależności od tego, czy pójdziemy na jakość czy w ilość, mamy kilka opcji do wyboru. Jakość i maksymalizacja możliwości bojowych oznacza fregaty. Drogie i pozostające raczej poza zasięgiem naszych stoczni. Niemniej fregata jest to klasyczny okręt eskortowy, który w naszych warunkach powinien mieć jednak zwiększone możliwości ofensywne. Fregaty są trudne dla budżetu, gdyż jest to inwestycja niepodzielna na kawałki i nie skalowalna. Raz się zdecydujemy to trzeba zapewnić środki i projekt dokończyć.
    Jeśli wybór padnie na ilość okrętów to teoretycznie oznacza to korwetę. Niestety trzy korwety to za mało, liczba 5-6 wydaje się bardziej odpowiednia co wprowadza nas w temat dyscypliny specyfikacji okrętu i narzucenia górnego kosztu na jednostkę. OHP były serią udanych i tanich fregat, gdyż cięcia w specyfikacji i kosztach były brutalne i wymuszone przez adm. Zumwalta. Zrezygnowano z pierwszej klasy sonaru, zastosowano gorszego sortu 🙂 obronę przeciwlotniczą a nawet zrezygnowano z drugiej śruby napędowej. Czy nam się to uda po oddaniu projektu korwety w ręce PGZ z SMW jako wiodącą w koncernie? Wątpliwości spychają nas w stronę uzbrojonych OPV takich jak projekt Fassmera OPV 2020 scalający w jedno Miecznika i Czaplę, co będzie budziło pewnie opór ze strony marynarzy. Niemniej taki projekt posiada zalety skalowalności i podziału na mniejsze kwoty budżetowe. Serię można zatrzymać po zbudowaniu dowolnej liczby jednostek.
    Osobny wątek to egzotyczny wybór szybkiego promu jak JHSV zamiast LPD i LCS jako jego eskorty. Powstaje wówczas zespół szybkiego przerzutu wojska zdolnego do wykonania zadania na Bałtyku w ciągu kilku, kilkunastu godzin plus rozładunek.
Wyrób korwetopodobny. Kontrowersyjny ale potencjalnie seryjny. Foto www.fassmer.com

Wyrób korwetopodobny. Kontrowersyjny ale potencjalnie seryjny. Foto www.fassmer.com

Jeślibyśmy dotarli do tego punktu, to już dysponujemy niewielką flotą będącą rekonstrukcją posiadanych lecz zużytych okrętów. W praktyce naśladujemy algorytmy genetyczne stosowane w procesach optymalizacyjnych. Zamiast poszukiwać tego jednego, najlepszego rozwiązania co zakłada znajomość całości problemu, dokonujemy najlepszego wyboru na danym etapie. W następnym etapie prezentują się nam nowe możliwości ale decyzja jest wspierana doświadczeniami poprzedniego kroku. Tak działa ewolucja, a to właśnie ewolucja a nie rewolucja jest najlepszym sposobem działania w tematach nie mających rozwiązania analitycznego bądź zbyt skomplikowanych do ogarnięcia całości.

May 142016
 
OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Los Marynarki Wojennej RP jest nierozerwalnie związany z Grand Strategy polityki bezpieczeństwa państwa polskiego. Niestety, tak jak nie ma w kraju zgody co do fundamentów polityki zagranicznej i bezpieczeństwa państwa, tak nie ma zgody co do roli marynarki wojennej. Gdy w 1989 roku Polska odzyskiwała swoją podmiotowość (unikam jak ognia nadużywanego słowa suwerenność), panowała dość powszechna zgoda co do dwóch filarów polityki zagranicznej – członkostwa w EU i NATO. Dziś jest to kwestionowane a Marynarka Wojenna dryfuje na morzu audytów w nieznanym kierunku. W takiej sytuacji lektura klasyków i redukcja problemu do podstawowych elementów powinna co nieco rozjaśnić horyzont. Stąd ponowne „podejście” do Tukidydesa i jego Wojny Peloponeskiej wchodzącej w skład kanonu zarówno strategii (obok Sun Tzu i Carla von Clausewitza) jak i polityki realnej. Poniżej popularny cytat z dialogu melijskiego:

Przecież jak wy tak i my wiemy doskonale, że sprawiedliwość w ludzkich stosunkach jest tylko wtedy momentem rozstrzygającym, jeśli po obu stronach równe siły mogą ją zagwarantować; jeśli zaś idzie o zakres możliwości, to silniejsi osiągają swe cele, a słabsi ustępują.

Po dwóch tysiącach lat wciąż znamy w zasadzie tylko dwie strategie dla małych państw w konfrontacji z hegemonem – szukać ochrony u protektora lub stworzyć przeciwwagę. Tukidydes opisuje rzeczywistość, w której jedynym sensownym rozwiązaniem dla słabszych jest sprzymierzenie się z jednym z dwóch protektorów. Taka konstrukcja wynika z dwubiegunowości świata Hellenów. O tym, którego z hegemonów lepiej wybrać za protektora mówi inny cytat z dialogu melijskiego:

Najlepiej może postępują ci, którzy równym sobie nie ustępują, dla silniejszych zachowują szacunek, wobec słabszych umiar.

Przyjęcie do wiadomości swojej pozycji jako małego państwa na światowej szachownicy supermocarstw jest być może psychologicznie trudne i bolesne, ale jak najbardziej zgodne z duchem realizmu politycznego.

Drugim sposobem jest utworzenie przeciwwagi dla potęgi sąsiada. Z tą intencją portal War on the Rocks opublikował artykuł Does Europe need a new Warsaw Pact? Podtytuł trafia idealnie w nastroje wielu polityków naszego regionu – „kraje Europy Wschodniej nie powinny polegać wyłącznie na NATO”. Propozycja stworzenia sojuszu państw, które na papierze są w stanie liczebnie utworzyć siłę odstraszającą, chwieje się w posadach po spojrzeniu na zwykłą mapę. Z wymienionych w artykule państw: Estonii, Łotwy, Litwy, Polski, Słowacji, Czech, Węgier, Rumunii i Bułgarii, tylko pierwsze cztery graniczą z Rosją i trudno sobie wyobrazić bułgarski desant morski na Krym w odpowiedzi na zajęcie Estonii. Taka konstrukcja w przeciwieństwie do poprzedniej, nie jest zgodna z duchem realizmu politycznego, co nie wyklucza współpracy politycznej i militarnej.

Akceptacja pozycji słabszej strony szukającej protekcji wymaga w konsekwencji zgody na warunki tej ochrony. W epoce wojny peloponeskiej mniejsze państwa – miasta dostarczały żołnierzy, okręty wraz zaopatrzeniem czy po prostu pieniądze dla protektora w zamian za bezpieczeństwo. Obrona słabszego sojusznika nie była jednak automatyczna i wymagała zabiegania o nią oraz zrozumienia interesów protektora. W sporze pomiędzy Korkyrą a Koryntem początkującym wojnę peloponeską, flota Aten pojawia się na scenie ale nie angażuje się w bezpośrednią walkę. Sztuką jest więc nieustanne szukanie wspólnoty interesów z silniejszym sojusznikiem, co ułatwia mu bezpośrednie zaangażowanie się w spór.

Greckie okręty - źródło potęgi dla Aten i niezbędne narzędzie dla Sparty

Greckie okręty – źródło potęgi dla Aten i niezbędne narzędzie dla Sparty

Przenosząc się do współczesności mamy do czynienia z podobną sytuacją w przypadku Republik Bałtyckich (czy też Polski) oraz NATO w konfrontacji czy sporze z Rosją. War on the Rocks oferuje nam kolejny artykuł dotyczący naszego regionu Fixing NATO Deterrence in the East or: How I learned to stop worrying and love NATO’s crushing defeat by Russia, będący przy okazji krytyką gry wojennej przeprowadzonej przez RAND na temat rosyjskiej agresji na Bałtów. Pierwsze zdanie poniższego cytatu definiuje dobrze nasze poglądy a drugie wprowadza w dylemat sojusznika i protektora:

Czy cokolwiek mniej niż kilkanaście brygad amerykańskich usatysfakcjonuje Republiki Bałtyckie? Prawdopodobnie nie. Niestety, usatysfakcjonowanie a obrona ich niekoniecznie oznacza to samo zadanie.

Dalej autorzy wyjaśniają różnicę i proponują rozwiązanie problemu obrony sojuszniczej ale niekoniecznie terytorium sojuszniczego!

Właściwą drogą jest ustanowienie odstraszania przez ukaranie (punishment), co dawało dobre rezultaty przez całe lata. Oznacza to wykorzystanie lotnictwa i marynarki jako globalnej siły zdolnej do rozciągnięcia teatru działań i zadania Rosji kolosalnych strat militarnych i ekonomicznych, jeśliby dokonała agresji na członka NATO.

No cóż, niełatwe jest życie słabszego sąsiada hegemona a opcje są bardzo ograniczone. Dzieło Tukidydesa ma dla nas dodatkową zaletę, gdyż zawiera silny wątek wojny morskiej. Ateny jako model państwa morskiego może w mniejszym stopniu przyciągać naszą uwagę, ale Sparta? W trakcie wojny obie strony używały floty do rozszerzenia pola manewru dla wojska. Podczas gdy Sparta pustoszyła ziemie należące do Aten i ich sojuszników, flota ateńska do woli atakowała wybrane punkty wybrzeża.

Łącząc wątki rozciągnięcia strategicznego frontu działań NATO z rozszerzeniem pola manewru wojska w czasie wojen peloponeskich wyłania się struktura floty złożonej z dwóch podstawowych komponentów. Jednym są okręty zdolne do działań sojuszniczych przynajmniej na europejskim teatrze działań. Drugim to środki do transportu wojska w ramach co najmniej Bałtyku. Dodatkowym składnikiem floty stają się siły minowe, rozpoznawcze czy osłony portów. Okręty transportujące wojsko powinny mieć osłonę i w tej roli może występować komponent do współpracy z NATO. Walka o uzyskanie panowania na morzu jest możliwa we współpracy sojuszniczej. Swego rodzaju rewolucją i ukłonem w stronę koncepcji obrony terytorialnej byłoby nadanie pierwszeństwa siłom wsparcia połączonych sił zbrojnych, czyli jednostkom transportowym. Dodatkową korzyścią byłoby większe prawdopodobieństwo zaangażowania w projekt krajowych stoczni.

Wykorzystanie morza jako pola manewru dla wojska na Bałtyku tym się różni od wojen peloponeskich, że w dzisiejszych czasach flota musi działać w zasięgu systemów nadbrzeżnych i pod nieomalże ciągłą obserwacją. Dla niektórych komentatorów oznacza to w konsekwencji niemożliwość działań floty nawodnej, łatwej do zniszczenia. Pogląd nie tyle nieprawdziwy, co pokazujący brak konsekwencji w myśleniu o działaniach w trakcie konfliktu z nieograniczonym użyciem nowoczesnej broni.

W dawnych czasach na Studium Wojskowym uczono studentów, że cele dzielą się na punktowe, liniowe i powierzchniowe. Okręt jest celem punktowym i raz wykryty staje się teoretycznie łatwym do zniszczenia. Tyle, że dotyczy to tak samo lotnisk, centrów dowodzenia czy zgrupowania wojsk. Teoretycznie lotnisko czy nabrzeżny dywizjon rakietowy jest celem powierzchniowym, ale przy dzisiejszej technice broni precyzyjnych jest to raczej zbiór celów punktowych. Eliminacja kontroli lotów, systemów nawigacyjnych, centrów łączności lub stacji pomp paliwa ogranicza automatycznie działania lotnictwa, co może mieć decydujące znaczenie w pierwszych godzinach ataku. Na dokładkę korweta uzbrojona tylko w RAM dysponuje przy obecnym stanie obrony przeciwlotniczej lepszą obroną przeciwrakietową (choć nie przeciwlotniczą) od lotniska. Większość polskiego lotnictwa jest zgrupowana na 3-4 lotniskach, które wiadomo gdzie są i nie zmieniają położenia w przeciwieństwie do okrętów. Tak więc, jeśli twierdzimy że okręty nawodne są bezbronne zastosujmy tę samą logikę do innych rodzajów sił zbrojnych czy uzbrojenia. Natomiast jeśli akceptujemy przewagę środków ataku nad obroną i straty, to powstaje pytanie jak skomplikować przeciwnikowi atak i jak zwiększyć swoje własne siły ofensywne.

Patrząc na problem oczyma polityków powinniśmy sobie odpowiedzieć na pytanie jaką część budżetu zbrojeniowego jesteśmy gotowi przeznaczyć na flotę pełniącą rolę pomocniczą dla działań połączonych wojsk. Historia budżetu MON wskazuje, że 10% udziału floty w programach modernizacyjnych jest realne i możliwe. Jest to również liczba, która nie powinna wywoływać kontrowersji na temat ważniejszych priorytetów wojsk lądowych czy lotnictwa. Przy obecnym poziomie finansowania obrony narodowej oznacza to 600-800 mln PLN rocznie. To wystarczy na zbudowanie niewielkiej i dość wszechstronnej floty, która być może nie obroni samodzielnie wybrzeża, ale może być użytecznym narzędziem polityków w czasie pokoju i wojska w czasie wojny.

Apr 072016
 
EW-cover-200x258

Być może czas na zmianę kursu modernizacji naszej marynarki wojennej, co będzie problematyczne bo rozwój technologii wyprzedza nasze zdolności do uczenia się i adaptacji, czego historia Ślązaka jest dowodem. Defense News informuje, że mały ale wpływowy zespół analiz strategicznych przy US Naval War College i podległy bezpośrednio CNO został rozwiązany. Wydarzenie samo w sobie nie jest czymś niezwykłym dopóki nie przeczyta się uzasadnienia:

Adm. John Richardson, obecny CNO szuka sposobów przyśpieszenia procesów przyswajania wiedzy oraz przetwarzania informacji i według doniesień zdecydował, że okres ośmiu miesięcy jaki zajmował każdej powołanej grupie do przestudiowania problemu i stworzenia raportu to za długo.

Bezwładność naszych własnych instytucji jest o wiele bardziej porażająca i wszelkie próby centralizacji władzy i instytucji są drogą donikąd. Centralna władza jest bowiem w stanie przełamać bariery biurokracji i bezwładu ale nie jest w stanie promować innowacyjnego i niezależnego myślenia na szerszą skalę. Tymczasem w świecie dzieje się dużo nowego. Ostatnio ukazały się dwa raporty:

Pierwszy wprowadza w stan zaawansowania prac nad bronią laserową, działem elektromagnetycznym i Hypervelocity Projectile (HVP). Nawiasem mówiąc konia z rzędem temu, kto ładnie to przetłumaczy na język polski. Drugi raport dotyczy bardziej złożonej materii walki o spektrum elektromagnetyczne. Istotnym spostrzeżeniem w obu dokumentach jest to, że osiągnęliśmy granice możliwości pewnych sposobów walki i czeka nas zmiana taktyki. Dotyczy to zarówno obrony przeciwrakietowej, gdzie koszt systemów obrony rośnie o wiele szybciej niż koszt środków ataku jak i walki radioelektronicznej gdzie gwałtownie rośnie wrażliwość aktywnych sensorów i zakłóceń na przeciwdziałanie przeciwnika. Ten, kto właściwie odczyta znaki czasu i się zaadaptuje szybciej zyska przewagę przynajmniej na krótką metę. Być może świadomość osiągnięcia granic pewnych możliwości w połączeniu z tendencją do liniowych ekstrapolacji przyszłości powoduje popularne u nas przekonanie o niemożności przetrwania okrętów nawodnych na wodach przybrzeżnych.

Jest wiele możliwych sposobów na zwiększenie za pomocą taktyki i technologii skuteczności i przeżywalności sił nawodnych w konfrontacji z systemami bazującymi na lądzie. Wayne Hughes w książce „Fleet Tactics and Coastal Combat” podaje pięć stałych czynników wojny na morzu i pięć atrybutów sił morskich. Dodajmy, że są one na tyle uniwersalne, że można je chyba rozciągnąć na inne rodzaje sił zbrojnych.

Pięć „stałych” wojny na morzu:

manewr, siła ognia, rozpoznanie, przeciwdziałanie i dowodzenie (maneuver, firepower, scouting, counterforce, C2)

Pięć atrybutów sił morskich:

przywództwo, wyszkolenie, wytrzymałość, odporność, wyposażenie (Leadership, training, endurance, resilience, hardware)

Pomiędzy nimi istnieją zależności i synergie. Pozycja T w walce artyleryjskiej pokazuje jak manewr, czyli uzyskanie dogodnej pozycji może wzmocnić siłę ognia. Stworzenie pierwszych systemów kierowania walką umożliwiło zorganizowanie patroli myśliwców grup lotniskowców i zwiększyło ich odporność na atak. We wspomnianej książce mamy również świetnie opisaną zależność między siłą ognia a rozpoznaniem. Można bowiem wyróżnić trzy strefy działania, które ograniczają skuteczność siły ognia niezależnie od zasięgu używanej broni.

  • W strefie panowania potrzebujemy informacji do namierzania celu
  • W strefie wpływów potrzebujemy informacji do śledzenia celu
  • W strefie zainteresowania potrzebujemy informacji o wykryciu celu.

Przykład NDR-u pokazuje jak niezrównoważona inwestycje w siłę ognia i rozpoznanie ogranicza siłę ognia do pola widzenia Bryzy o wiele bardziej bezbronnej od okrętów nawodnych. Nawiasem mówiąc, ponownie można rozszerzyć to stwierdzenie na Kraby, Kryle, Homary i inne skorupiaki. W jakich więc obszarach nowe technologie oferują pokonanie osiągniętych barier?

  • Radary multistatyczne nie zwiększają siły ognia ale znacznie polepszają odporność na przeciwdziałanie przeciwnika i pośrednio wpływają na lepsze rozpoznanie. Źródłem aktywnym sygnału mogą być zarówno nadajniki z otoczenia jak i specjalne bezzałogowe źródła promieniowania. Jeśli nawet ulegną zniszczeniu, łatwo je zamienić czy wysłać w powietrze następne przy czym odbiornik wciąż może pozostać niewykryty.
  • Bezzałogowe pojazdy generujące zakłócenia działają dwojako. Mogą być alternatywą do taktyki nasycenia obrony poprzez zwiększenie prawdopodobieństwa przedarcia się przez obronę ograniczonej liczby pocisków. Wówczas zwiększają siłę ognia, ale mogą również być użyte do ograniczenia efektywności rozpoznania przeciwnika i wówczas stanowią element przeciwdziałania zwiększający odporność sił własnych.
  • Cele pozorne mają podwójna rolę. W obronie wymuszają większą salwę na przeciwniku podnosząc koszty ataku lub przy danej salwie zmniejszają prawdopodobieństwo trafienia a więc ponownie zwiększają odporność. W ataku mogą symulować własne rakiety co znacząco zwiększa wymagania dla obrony i wpływa pośrednio na zwiększenie siły ognia.

Lasery, działa elektromagnetyczne oraz HVP celują raczej w korzystniejszy stosunek kosztów obrony do kosztów ataku, ale ze względu na technologie użyte zwiększają pojemność magazynów amunicji a więc rośnie wytrzymałość (endurance) własnych sił. Żadna z tych technologii nie jest jeszcze w pełni gotowa, chociaż próby laserów na okręcie już się prowadzi a działo elektromagnetyczne planuje się zainstalowań na okręcie w tym roku. Może najmniej spektakularny ale dający szansę na szybkie wprowadzenie na uzbrojenie jest HVP. Okazało się bowiem przy okazji rozwoju działa elektromagnetycznego, że amunicja dla tego działa może być odpalana również z konwencjonalnej armaty 127 lub 155mm. Aktualnie uzyskany zasięg już jest porównywalny z amunicją Volcano. W podobnym kierunku idzie rozwój Miniaturowego Kinetycznego Pocisku Przechwytującego Lockheed-Martin o czym wspomina Defence24.

Artyleria ponownie odzyskuje swój uniwersalny charakter. Warto spróbować. Żródło - prezentacja NAVSEA

Artyleria ponownie odzyskuje swój uniwersalny charakter. Warto spróbować. Żródło – prezentacja NAVSEA

Jak powyższe technologie mogą wpłynąć na kształt floty i samych okrętów? Rośnie zapotrzebowanie na nosiciela pojazdów bezzałogowych, parafrazując – „drone carrier”. Drony będą liczne nie tylko ze względu na różnorodność zastosowania ale także na ich wpisaną w koncept akceptacje strat. Tania amunicja w postaci HVM czy miniaturowych rakiet kierowanych spowoduje wzrost gęstości obrony kosztem zasięgu. Walka o pasmo elektromagnetyczne przesunie środki inwestycyjne z aktywnej obrony kinetycznej na walkę o dominację w cyberprzestrzeni i paśmie elektromagnetycznym. Premiowana na okręcie będzie przestrzeń, wielofunkcyjność i moc generatorów oraz siła ofensywna. Do łask powinna wrócić artyleria o coraz większym zasięgu i uniwersalności. Potrzebna będzie przestrzeń wielofunkcyjna lub hangar oraz pokład lotniczy, być może również dok.

Dla nas wnioski mogą być radykalne. Klasyczna korweta nie spełnia większości tych wymogów i lepszym kandydatem byłby krytykowany LCS czy kuter US Coast Guard. Dobrym kandydatem są okręty desantowe LPD czy hybrydy jak Damen Crossover lub duński Absalon. Co zrobić z tak radykalnymi wnioskami? No cóż, władza scentralizowana ma tę zaletę, że może podjąć decyzję szybko a taką wadę, że poza nią decyzji nie podejmie nikt.

Mar 062016
 
A starboard bow view of ships of tanker convoy No. 12 underway in the gulf.  Included in the convoy are the guided missile frigate USS HAWES (FFG-53), the reflagged tanker GAS KING, the guided missile cruiser USS WILLIAM H. STANDLEY (CG-32) and the amphibious assault ship USS GUADALCANAL (LPH-7).

W okresie od Forum Bezpieczeństwa Morskiego do ostatniego posiedzenia SKON-u politycy wypowiedzieli i niedopowiedzieli wystarczająco wiele kwestii aby zaniepokoić się o przyszłość Marynarki Wojennej RP. W wywiadach z przedstawicielami MON przewija się często wątek strategicznych korzyści danej inwestycji. Jaka jest więc w tym świetle strategiczna wartość floty?

Dwóch wielkich teoretyków wojny morskiej ma na ten temat trochę odmienne zdanie. „Floty istnieją dla ochrony handlu” twierdził Alfred Thayer Mahan i jego poglądy są tak samo aktualne dziś jak i na przełomie XIX i XX wieku. Z tego punktu widzenia, biorąc pod uwagę dominującą rolę transportu morskiego w światowym handlu, marynarki wojenne świata mają znaczenie i pozycję strategiczną. Kłopot polega na tym, że z globalnego handlu korzystamy wszyscy ale nie należy on do nikogo. Kto ma więc zająć się jego obroną? Ze światowych potęg Stany Zjednoczone mogą i i jeszcze chcą a Chiny chcą ale jeszcze nie mogą. Sir Julian Corbett swoje zdanie zawarł w bardziej rozwiniętej formie:

Ponieważ ludzie żyją na lądzie a nie na morzu, wielkie spory pomiędzy wojującymi narodami zawsze decydowały się – z bardzo nielicznymi wyjątkami – albo poprzez to, co własna armia mogła zdziałać przeciwko terytorium przeciwnika i jego narodowemu bytowi albo poprzez obawę, co flota może swojej armii uczynić możliwym do wykonania.

Takie postawienie sprawy czyni flotę narzędziem pomocniczym i podporządkowanym strategii walki na lądzie. Flota ma więc o tyle wartość strategiczną o ile jest w stanie stworzyć dźwignię strategiczną dla armii w jej działaniach. W tym przypadku nasz kłopot objawia się w tym, że flota z natury rzeczy zwraca się ku morzu i ochronie handlu a armia zachowuje się jak przysłowiowa Zosia Samosia i nie widzi korzyści z dodatkowego pola manewru na morskiej flance.

Ochrona żeglugi odegrała istotną rolę w obu ostatnich wojnach światowych, ale poniekąd związane to było z pozycją i istnieniem flot narodowych czy państwowych. Dzisiejsza bezosobowość handlu morskiego powoduje, że jego ochrona ma większe znaczenie w czasie pokoju niż wojny chociaż atak na linie żeglugowe może być zapalnikiem światowego konfliktu gdzie wszyscy walczą ze wszystkimi. Z kolei działania na flance armii są raczej domeną czasu wojny. Nadmierna orientacja na działania wojenne kosztem zapobiegania konfliktom jest zachowaniem podobnym do sytuacji znanej nam ze służby zdrowia. Wydajemy miliardy na leki i tylko miliony na profilaktykę. Obserwujemy nakręcającą się spiralę – im mniej prewencji tym większy koszt leczenia. Kontynuując tę analogię, złotówka wydana na profilaktykę daje o wiele większy zwrot niż ta sama złotówka wydana na leczenie. Odzwierciedlenie tej prawdy znajdujemy w marcowym numerze USNI Proceedings gdzie w rubryce World Navies in Review jej edytor Eric Wertheim tak podsumowuje miniony rok:

W ciągu całego poprzedniego roku siły morskie wielu narodów działały na, pod i nad powierzchnią światowych oceanów i wód przybrzeżnych jako instrumenty polityki państwa. Od prężenia muskułów do wsparcia humanitarnego, od uspakajania zaniepokojonych sojuszników do zbierania poufnych danych wywiadowczych, współczesne floty często były przeciążone lecz wciąż zdolne do wywierania bezpośredniego i nieproporcjonalnie dużego wpływu na światowej scenie.

Drugim rysem charakterystycznym marynarek wojennych obok zaskakująco dobrego zwrotu z inwestycji jest współpraca międzynarodowa. Wspomniany numer marcowy USNI Proceedings jest tradycyjnie poświęcony przeglądowi wydarzeń na świecie i od lat zawiera równie interesującą kolumnę The Commanders Respond. Z niej zaczerpnięto szereg poniżej wybranych cytatów:

Marynarka wojenna Finlandii współpracuje głównie z marynarką szwedzką ale z innymi również. Obecnie współdziała blisko z marynarką wojenną Niemiec w przedsięwzięciach zapobiegania kryzysom.

W początkach bieżącego tysiąclecia nasze floty rozpoczęły współpracę w dziedzinie operacji antykryzysowych i rozszerzyły ją o nasze oddziały piechoty morskiej. Kilka lat temu utworzono fundamenty pod ustanowienie wspólnego fińsko-szwedzkiego zespołu okrętowego (SFNTG)

– Rear Admiral Veijo Taipalus Finnish Navy

Wielkość floty ma znaczenie. Jako mała marynarka wojenna, powinniśmy być elastyczni w dopasowaniu się do standardów naszego większego partnera nie rezygnując z własnych podstawowych wartości. Jeśli jesteś większym partnerem, bądź otwarty na uczenie się od innych

– Lieutenant General Rob Verkerk Royal Netherlands Navy

Winston Churchill powiedział pewnego razu „Jest co najmniej jedna rzecz gorsza od wspólnej walki z sojusznikami – i jest to walka bez nich”. Ten cytat jest wciąż aktualny. Współpraca koalicyjna znaczy więcej niż kiedykolwiek.

Jako mały naród z ograniczonym budżetem i sąsiadując z jedną z najpotężniejszych flot, Norwegia polega na bliskich sojusznikach od dziesiątków lat. (To jest główny powód przystąpienia do NATO w 1949 roku). Gdy bliscy przyjaciele i sojusznicy idą ramię w ramię, możliwości i jakość szkolenia rosną niewspółmiernie. The Royal Navy’s Flag Officer Sea Training (FOST) w Devonport jest tego przykładem

– Rear Admiral Lars Saunes Royal Norwegian Navy

Nie tylko NATO ma swoje grupy okrętowe. Fińskie i szwedzkie okręty razem. Fot. www.annualreport.mil.fi

Nie tylko NATO ma swoje grupy okrętowe. Fińskie i szwedzkie okręty razem. Fot. www.annualreport.mil.fi

Wracając do pierwszych zdań tekstu, trudno nam ocenić, co się dzieje wewnątrz rządu i obozu prezydenckiego. Mamy do czynienia chyba z trzema wariantami wewnętrznej polityki:

  • w łamach rządu istnieją poważne różnice co do roli floty. To daje szanse koncepcjom współpracy międzynarodowej i programowi Rady Budowy Okrętów. Z drugiej strony przegrana może oznaczać porzucenie jakichkolwiek planów modernizacyjnych marynarki wojennej.
  • Rząd prowadzi działania propagandowe w celu przygotowania gruntu do negocjacji. Wówczas ma sens kontynuowanie dialogu w ramach istniejącego programu modernizacyjnego oraz zakresu jego modyfikacji. Główną osią konfliktu będzie wybór pomiędzy siłami nawodnymi i podwodnymi oraz rola okrętów nawodnych.
  • Rząd nie widzi żadnych strategicznych korzyści w rozwoju floty i sprowadzi marynarkę wojenną do statusu tak zwanej token navy. W takiej sytuacji każdy z nas będzie czynił tak, jak mu nakazuje poczucie obywatelskiego obowiązku. Rezygnacja pięciu generałów i ich wymiana „w locie” nie jest dobrym prognostykiem dla rządu i jego polityki.

Brak polityki informacyjnej tylko pogłębia atmosferę niepewności i utrudnia wymianę argumentów. Pozostaje lektura na temat “Cóż tam, panie, w polityce? Chińcyki trzymają się mocno!”

Feb 242016
 
Chochoły

Barier dla rozwoju marynarki wojennej w Polsce jest wiele. Niemniej jednak im bardziej drąży się temat, tym bardziej jest widoczne, że źródło leży w mentalności i postawach ludzi. Zarówno rządzących i tych, w których rękach leżą kluczowe decyzje. Mamy problemy technologiczne i przemysłowe? Zwróćmy się o asystę do partnerów zagranicznych. Nie mamy koncepcji? To ją opracujmy. Brak nam pieniędzy? Zbudujmy mniej lub podzielmy projekt na etapy. Zamiast tego próbujemy rozwiązać zadanie kwadratury koła.

Pierwszym naszym problemem jest skupienie uwagi na wojnie obronnej z Rosją. Nasz wielki sąsiad coraz bardziej jest postrzegany w kategoriach zagrożenia dla naszej suwerenności, tylko nie wiadomo dlaczego mamy ją utracić wyłącznie poprzez działania militarne a nie inne. Masowa emigracja młodych ludzi czy izolowanie się od Europy są równie niebezpieczne i o wiele bardziej realne. Pamiętajmy również o klasykach teorii wojny. Carl von Clausewitz nie mówił, że przeciwnika trzeba zniszczyć czy okupować jego terytorium, tylko przekonać do poddania się naszej woli. Jeżeli jednak już rozważamy problem militarny, to należałoby sobie postawić cele możliwe do osiągnięcia. Tak mówi każdy podręcznik zarządzania o sztuce stawiania celów. Świetnym komentarzem do takiej dyskusji jest artykuł The Dangers of Drawing Strategic Inference from Tactical Analogy na stronie The Bridge. Autor analizuje wynik wojny zimowej pomiędzy Finlandią a ZSRR na przełomie 1939 i 1940 roku. Przypadek powinien być nam bliski ze względu na oczywiste analogie. Krytyka planu obrony Finów zawiera się w dwóch zdaniach:

Finowie mieli ograniczone wsparcie artylerii, brak czołgów i braki w amunicji – nie było żadnej możliwości zorganizowanie skutecznej konwencjonalnej obrony przed radzieckim olbrzymem. Finowie nie wykorzystali również potencjału marynarki, który mógł się okazać decydujący w przesmyku Karelskim co było wynikiem braku połączonego planowania sił zbrojnych i skoncentrowania uwagi na obronie przed siłą Rosjan.

Być może Finowie zachowali niepodległość dzięki ograniczonemu celowi Rosjan w Wojnie Zimowej

Być może Finowie zachowali niepodległość dzięki ograniczonemu celowi Rosjan w Wojnie Zimowej. Foto wikimedia.org

Popatrzmy na naszą historię bardzo szeroko i ogólnie. W ciągu ostatnich 250 lat uzyskaliśmy niepodległość dwukrotnie. Ponadto mamy przypadek Księstwa Warszawskiego, zbudowanego przez Napoleona na ziemiach pruskiego zaboru. Dwa przypadki 1918 i 1989 roku zaistniały w chwilach poważnego osłabienia czy wręcz kryzysu w Rosji a nie dzięki naszej sile militarnej. To nie znaczy wcale, że nie mamy mieć siły militarnej tylko że powinniśmy sobie odpowiedzieć na pytanie do czego ta siła będzie zdolna a do czego nie. W tym świetle koncepcja poprzedniej ekipy stawiająca na zwalczanie zagrożeń asymetrycznych czy trudnych do akceptacji dla sojuszników ma o wiele więcej sensu niż obrona terytorialna. Można co prawda argumentować, że w Wojnie Zimowej obie strony wygrały na poziomie strategicznym, bo Związek Radziecki uzyskał głębokość obrony Leningradu a Finlandia utrzymała niezależność kosztem znacznej części terytorium. To jest jednak tyko część prawdy bo Rosjanie mieli ograniczony cel, który został osiągnięty.

Drugie zdanie powyższego cytatu wiedzie nas bezpośrednio do pytania o sens istnienia marynarki wojennej. Jest oczywiste, że w sytuacji otwartego konfliktu zbrojnego z sąsiadem mającym z nami granice lądową, marynarka wojenna będzie ogrywała rolę pomocniczą. Z drugiej strony bije w oczy brak koncepcji użycia tego narzędzia dla osiągnięcia korzyści w kampanii na lądzie. Wygląda to na typową chorobę potęg kontynentalnych, tylko my nie jesteśmy potęgą i nie stać nas na „chorowanie”. Mówimy więc o potrzebie istnienia floty nawet jeśli zignorujemy jej użyteczność w czasie pokoju czy kryzysu.

Jako drugą postawę mającą negatywny wpływ na przyszłość marynarki wojennej należałoby wymienić defensywne nastawienie. Przejawia się w wieloraki sposób. Poprzez zaniżanie własnych zdolności przy jednoczesnym zawyżaniu możliwości przeciwnika lub przekonaniu o niezdolności przetrwania okrętów nawodnych na zamkniętych obszarach wodnych Bałtyku. Pomijając współczesną terminologię czy raczej retorykę mówimy o starym stwierdzeniu Horatio Nelsona – A ship’s a fool to fight a fort. Okręt na morzu jest celem punktowym i w czasach Nelsona był w zasięgu wzroku, więc lądowy cel powierzchniowy w postaci ukrytej baterii fortecznej był trudniejszy do zniszczenia niż okręt. O ile zatopienie okrętu eliminowało wszystkie jego armaty o tyle na lądzie wymagało to eliminacji kolejno wszystkich dział. Dzisiaj prowadzi się walkę poza horyzontem i kluczem jest rozpoznanie. NDR jest w obecnych czasach tak samo wrażliwy jak okręt bo też jest celem punktowym. Zniszczenie wozu łączności eliminuje NDR z walki. Wyobraźmy sobie walkę w warunkach „ciszy” elektromagnetycznej, wybranej świadomie lub wymuszonej przez taktykę lub ataki cybernetyczne. Skąd wiemy, że tam na morzu jest okręt? W Polsce mamy trzy bazy lotnictwa myśliwskiego o stałej pozycji. Nie trzeba ich szukać jak okrętów na morzu. Na dokładkę bez skutecznej obrony przeciwlotniczej. Nikt jednak nie postuluje pozbycia się lotnictwa ze względu na wrażliwość jego baz na atak, jak to próbuje się robić z okrętami nawodnymi. Podobnie jak okręty na Bałtyku Południowym znajdują się w zasięgu środków ataku z powietrza, tak samo lotnictwo będzie musiało działać w strefie obrony przeciwlotniczej z Obwodu Kaliningradzkiego. Podobno 1/3 terytorium Polski jest w zasięgu rakiet przeciwlotniczym tam stacjonujących.

Czy jest jakaś rada na taki stan rzeczy? Dla US Navy odpowiedzią jest ogłoszony w 2015 roku koncept „Distributed lethality”, co można by niezgrabnie przetłumaczyć jako rozproszoną siłę ognia. Na blogu CIMSEC trwa właśnie tydzień poświęcony tej tematyce i poniższe cytaty pochodzą z artykułów z ostatnich dni. Zacznijmy od swego rodzaju motto. Matthew Hipple pisze w ten sposób o defensywnym nastawieniu umysłu:

Najlepszą obroną jest nie mieć obsesji na punkcie obrony.

Idea polega na stworzeniu grup okrętowych (SAG – Surface Action Groups) działających w rozproszeniu na obszarze będącym w zasięgu systemów odmowy dostępu przeciwnika. Poprzez sam fakt istnienia kilku takich grup manewrujących na danym akwenie komplikuje się przeciwnikowi problem rozpoznania, identyfikacji i namierzania wywierając jednocześnie silną presją czasową, gdyż w wymianie rakietowej wciąż dominuje zasada kto pierwszy, ten lepszy. Pojawia się problem alokacji zasobów, czyli głównie rozpoznania i środków ogniowych. Jeśli mamy przed sobą jeden cel rozpoznany jako korweta, to salwa dajmy 4-6 rakiet wystarczy. Jeśli mamy dwa zespoły korwet, to potrzeba więcej środków rozpoznania i dwa razy więcej rakiet. Powstaje również pytanie co do kolejności atakowania. Dobrą ilustracją do pobudzenia wyobraźni jest Bitwa o Midway, gdyż początki lotnictwa okrętowego miały podobne cechy jak walka na rakiety:

  • kluczowe znaczenie rozpoznania, czyli gdzie wysłać samoloty
  • Pulsacyjny charakter ataku – samoloty atakują w falach i następny atak jest możliwy po powrocie na pokład i uzupełnieniu paliwa oraz amunicji
  • przewaga ataku nad obroną, czyli łatwość nasycenia obrony
W jednym ataku Amerykanie zniwelowali przewagę Japończyków. Foto www.worldwar2collections.com

W jednym ataku Amerykanie zniwelowali przewagę Japończyków. Foto www.worldwar2collections.com

Podstawy taktyczne doktryny w telegraficznym i chwytliwym skrócie przedstawia inny autor – Jeffrey E. Kline, CAPT, USN:

Out think the enemy
Out scout the enemy
Out shoot the enemy

Czyli przechytrz przeciwnika, odnajdź go pierwszy i pierwszy zaatakuj z jak największej odległości. Tu następuje zderzenie defensywnej postawy w powyższymi postulatami. Zakładamy bowiem z góry przewagę Rosjan, ale czy naprawdę a priori jesteśmy głupsi? I czy naprawdę nie możemy mieć porównywalnego rozpoznania? I czy przewaga w sile ognia nie jest niwelowana przez fakt, kto pierwszy atakuje. Powróćmy do Midway. Japończycy mieli przewagę ale później wykryli przeciwnika i mieli problem co atakować – Midway czy lotniskowce podzielone na dwie grupy. Tak więc koncept nie jest bynajmniej nowy i daje szanse słabszej stronie. Czy nie pozostaje więc na koniec kwestia zwykłej woli? Tkwimy w chocholim tańcu plastycznie opisanym przez Wyspiańskiego – „panowie duża by juz mogli mieć ino oni nie chcą chcieć”.

Jan 262016
 
MW-okrety-typu-OHP-Grzybowski

Forum Bezpieczeństwa Morskiego przyniosło zmianę akcentów w wypowiedziach polityków ale też i kilka sygnałów ostrzegawczych dla przyszłości marynarki wojennej. Większe zrozumienie dla otwartości na świat i deklaracje koniecznego zrównoważenia funkcji obrony kraju z funkcją obrony interesów państwa na zewnątrz jest pozytywnym znakiem. Paradoksalnie główną przeszkodą staje się lobby przemysłu obronnego, gdyż stanowisko parlamentu i rządu stawia MON w pozycji zakładnika a nie klienta krajowego przemysłu obronnego.

Przyjmując wypowiedzi polityków jako powiew świeżości, przegląd planu modernizacji nabiera znaczenia i sensu. Kilka propozycji czy idei ze stron tego blogu prosi się więc o ocenę i porównanie dla łatwiejszego spojrzenia na dostępne alternatywy. W poniższym zestawieniu za kryterium oceny przyjęto raczej punkt widzenia polityków i to o czym mówią w swoich wypowiedziach a nie zdolności bojowe. Przyjęta metoda jest wrażliwa na subiektywną ocenę, więc dodano wiersz Inne nieuwzględnione dla wyrównania szans czy uwzględnienia pewnych zdolności bardziej szczegółowych. Druga tabela zawiera szereg założeń, czy też własnych ocen będących podstawą do kalkulacji. Tabelę należałoby traktować bardziej jako wskazówkę niż ostateczną ocenę, dlatego poniższe wnioski mają charakter ogólnych spostrzeżeń.

Warianty Floty Porównanie.001

Warianty Floty Porównanie.002

  • Aktualny plan modernizacji rozszerzono o dwa warianty. Przyjęte przez Inspektorat Uzbrojenia założenie o maksymalnie zbliżonej platformie czy zespole napędowym dla Miecznika i Czapli skutkuje rozwiązaniem najgorszym. Nie daje najlepszego wyniku w żadnej kategorii nie oferując jednocześnie żadnych korzyści ekonomicznych. W ramach aktualnego planu ma więc sens rozdzielenie Miecznika od Czapli i pójście w kierunku prostego OPV oferującego oszczędności budżetowe i relatywnie łatwego w realizacji przez stocznie krajowe.
  • Zaskakująco dobry wynik daje plan 3+3 OPV w porównaniu z dwoma fregatami uzupełnionymi o korwety. Tu jednak wyraźnie widać w co się inwestuje. Fregaty dają zdolności militarno – polityczne a korwety z patrolowcami korzyści ekonomiczno – gospodarcze. W tym miejscu zaznacza się dylemat rządu, czy chce polski zbrojnej czy socjalnej dotującej własny przemysł z miejscami pracy.
  • Porównanie fregat i crossover’ów z 1.000 tonowymi korwetami jest również interesujące. Właściwie patrząc na wyniki to jeśli chcemy maksymalizować możliwości to wybór jest między tymi właśnie opcjami. Pierwsza oferuje łatwiejszą współpracę z sojusznikami i większe zdolności militarne wraz z wszechstronnością. Druga jest bardziej dostępna dla krajowych stoczni pracujących pod nadzorem zagranicznego partnera, oferując inny wachlarz możliwości militarnych i zachowując otwarte drzwi to współpracy międzynarodowej.
Korweta 1.000 ton oferowana przez Damen jako Sigma 7310. Foto www.damen.com

Korweta 1.000 ton oferowana przez Damen jako Sigma 7310. Foto www.damen.com

Całkowicie w tabeli pominięto czynnik czasu, krytyczny dla marynarzy ale nie wiadomo jaką wartość przedstawia dla polityków. Przykładem niech będą wypowiedziane słowa szefa Inspektoratu Uzbrojenia przestrzegającego przed wywróceniem istniejącego planu, o czym mówi Defence24:

“Jeśli będziemy chcieli w tej chwili jakoś zasadniczo przebudować ten program, to to będzie oznaczało, że w wielu projektach trzeba będzie wrócić z powrotem do początku pracy, czyli: definiowania wymagań, prowadzenia dialogów technicznych, rozpoznawania rynku, opisywania przedmiotu zamówienia i przygotowania postępowania, a to niestety trwa”.

Niekoniecznie tak musi być, jeśli spojrzymy na sprawę z boku i niekonwencjonalnie. Dla pobudzenia wyobraźni zadajmy sobie pytanie w jakim czasie stworzono założenia taktyczno – techniczne przy przejęciu fregat OHP? Po prostu podjęto decyzję polityczną o wykorzystaniu pewnej okazji i przejęciu okrętów z „dobrodziejstwem inwentarza”. Decyzja ma wielu krytyków, ale z drugiej strony miała swoje podstawy i okręty zasłużyły na rzetelną ocenę swojej służby niezależnie od oceny ich wartości militarnej. Tak samo można by postąpić dzisiaj. W całym NATO w chwili obecnej jest tylko jeden projekt fregaty w fazie realizacji – FREMM w dwóch wersjach. Biorąc pod uwagę, że rząd Francji wykazywał dużą elastyczność w negocjacjach odnośnie terminów dostaw na co wskazują przypadki Grecji i Egiptu, teoretycznie byłaby szansa na wcielenie gotowej i nowej fregaty do służby w Marynarce Wojennej RP w roku … 2017 lub 2018 (Auvergne lub Bretagne). Dla zwolenników rakiet dalekiego zasięgu idea ma dodatkowy smaczek, gdyż jest to chyba jedyna fregata europejska z wyrzutniami zdolnymi do odpalania tego rodzaju uzbrojenia i to w liczbie 16 na okręt.

Fregata Gen. Haller. Ładnie brzmi, prawda?

Fregata Gen. Haller. Ładnie brzmi, prawda?

Kończąc słowo o Crossover’ach i możliwości ich wykorzystania. W poprzednim wpisie padła propozycja wykorzystania okrętu jako tendra dla mniejszych jednostek. Na czasie więc wpadł mi w ręce tekst o podobnej idei w ramach współpracy międzynarodowej. Autor tekstu Charles Hill potwierdza, że aktualnie istnieje zainteresowanie tego typu operacjami ze strony US Coast Guard. W przypadku podanego linku nie chodzi o niepopularne w Polsce „gonienie piratów” tylko o demonstracje naszych możliwości i zdolności Szwedom, Holendrom czy Niemcom lub Amerykanom. Nie wspominając o tym, że „gonienie piratów” jest z pewnością lepsze dla profesjonalizmu załóg od czekania w porcie na wojnę.

 

Jan 152016
 
Bujan-M

Na początku był Okręt obrony Wybrzeża o wyporności 1.000 ton. Potem była 2.000 tonowa korweta. Najnowszy projekt Miecznika dla PGZ to już 2.700 ton co stawia pytanie, czy korweta jest w ogóle możliwa? Dzieli nas już tylko 300 ton od minimum wymaganego dla sonaru klasy CAPTAS 4 a podobno stal nie kosztuje, więc dlaczego nie powiększyć okrętu? A jeśli tak, to czy 12 wyrzutni VL Mica wystarcza dla obrony tak cennego sonaru? Podobny tok rozumowania potwierdza tezy D.K. Browna o niestabilnym charakterze korwety jeśli nie jest poddana ścisłej kontroli kosztów. Ważą się więc losy projektu na szali a pytanie brzmi, na którą stronę szala się przechyli? Po jednej stronie jest fregata a po drugiej okręt obrony wybrzeża. Wciąż pozostaje powiedzieć sobie otwarcie ile jesteśmy gotowi wydać na korwetę i trzymać się tego pułapu ściśle, ograniczając zdolności okrętu lub rezygnując z pewnych cech projektu. Wracamy więc do kwestii nie odchodzącej od nas na krok – do czego nam jest potrzebna Marynarka Wojenna? Próba odpowiedzi na takie pytanie zmusza nas do wyboru miejsca na skali pomiędzy:

  • obroną interesów czy terytorium państwa,
  • potrzebą gwarancji własnego bezpieczeństwa a wkładem w bezpieczeństwo innych,
  • wojną ograniczoną czy totalną,
  • samodzielną obroną a współpracą z sojusznikami,
  • strategiczną niezależnością krajowego przemysłu obronnego a gotowością do zakupu gotowych produktów czy licencji.

Już próba odpowiedzi na pierwsze pytanie prowadzi nas w dwóch przeciwstawnych kierunkach. Jeśliby użyć skrajnych wyborów na powyższej skali, to powstaną dwie w zasadzie sprzeczne koncepcje floty. Wybór należy do polityków a my możemy ewentualnie poddać pod rozwagę jak takie floty mogłyby wyglądać i jakie są z tym związane konsekwencje. Dlatego pierwsza przymiarka do umiejscowienia się na skali jest na poziomie ogólnym a nie technologicznym. Przyjmijmy parę aksjomatów:

  • Dbałość o interesy Polski i jej pozycję w Europie czy świecie jest podstawą bezpieczeństwa. Polska samotna i izolowana jest łatwym łupem dla potężnego sąsiada, prostym do kontrolowania.
  • Bierzmy pod uwagę intencje i wydzielone przez przeciwnika środki do realizacji swoich celów a nie całość jego potęgi militarnej i nie tylko militarnej. Wojna czy konflikt ograniczony jest wciąż o wiele bardziej prawdopodobny. Nie można tylko zapominać, że konflikt ograniczony dla silniejszej strony może być konfliktem totalnym dla słabszej.
  • Samodzielna obrona jest podstawą dla obrony kolektywnej ale zdecydujmy o naszej roli w obronie sojuszników. Każdy z nas brał udział kiedyś w imprezie składkowej, więc nietrudno sobie wyobrazić tę sytuację.
  • Krajowy przemysł powinien być wspierany ale nie preferowany w zamówieniach dla marynarki wojennej. Zamówienia powinny być lokowane w firmach zdolnych do utrzymania się na rynku bez zamówień dla marynarki wojennej.

Odpowiedź na pytanie o sens istnienia naszej marynarki wojennej nie zmieniła się w ciągu ostatnich trzech lat i wciąż brzmi podobnie:

Marynarka Wojenna broni interesów Państwa w czasie pokoju i kryzysu. Podczas wojny udostępnia dodatkowe pole manewru dla Połączonych Sił Zbrojnych. Głównym obszarem działania jest Bałtyk oraz wody wokół Europy.

Jest to definicja dwuczłonowa i oba zdania są równorzędne tak jak równe są siły próbujące przechylić szalę na którąkolwiek stronę. Stąd trudność wyboru struktury floty. Na szczęście dla Kormorana siły przeciwminowe są neutralne i mają poparcie. W naszym przypadku dodatkowym istotnym problemem zawsze będą finanse. W kraju o tak silnej orientacji kontynentalnej i „kadencyjności” programów inwestycyjnych marynarka wojenna zbyt często staje się buforem budżetowym. Nie wiemy jaki budżet zaplanowano dla okrętów nawodnych (mówimy o Mieczniku i Czapli) a jeszcze mniej na temat rzeczywistych kwot, na które można liczyć. Przyjmijmy dość arbitralnie sumę między 3 a 4 mld PLN na najbliższe 7 lat. Jest to mniej więcej połowa z 12-13 mld na 10-letni program modernizacji (druga połowa na okręty podwodne) z tym, że parę lat już minęło. Czy jest więc możliwa trzecia droga w jakikolwiek sposób godząca dwie skrajności a mieszcząca się w budżecie?

Światełko w tunelu pojawia się patrząc na model marynarki szwedzkiej i duńskiej. Wyobraźmy sobie Absalon lub Crossover Damena wspierający kilka Visby lub Bujanów-M. Duński okręt jest klasyfikowany jako Command & Supply i jego odpowiednik w naszej marynarce służyłby jako okręt:

  • dowodzenia dla okrętów obrony wybrzeża lub sił przeciwminowych,
  • wsparcia logistycznego powyższych (tender w dawnej nomenklaturze),
  • patrolowy do działań poza Bałtykiem,
  • transportowy dla kompanii wojska,
  • dowodzenia i wsparcia dla SNMG (w tej roli służył Absalon).
Elastyczność konfiguracji crossovera

Elastyczność konfiguracji crossovera

Zdolność do bazowania dwóch średnich śmigłowców transportowych, szturmowych czy zwalczania okrętów podwodnych oraz dwóch łodzi szturmowych klasy CB90 czyni okręt elastycznym i dość wszechstronnym w działaniach pokojowych i kryzysowych. Zadaniem okrętów obrony wybrzeża byłaby osłona okrętów walki minowej i desantowych oraz kontestowanie przewagi przeciwnika na morzu. przyjmując za główne zagrożenie pociski manewrujące odpalane z morza, lądu i powietrza, okręty osłony potrzebują broni ofensywnej w postaci rakiet ze zdolnością atakowania celów na morzu i lądzie wraz z obroną przeciwrakietową i/lub ograniczoną przez wielkość obroną przeciwlotniczą do 25km. Wszystkie okręty mogą być wyposażone w ten sam zestaw uzbrojenia i sensorów za wyjątkiem ASW. Zdolność do zwalczania okrętów podwodnych byłaby najbardziej ograniczona w takim rozwiązaniu, bo żadna jednostka nie jest prawdopodobnie dobrym nosicielem pasywnych sonarów holowanych. System modułowy jak Standard Flex lub MEKO byłby wskazany. Okręty powinny być projektowane i budowane zgodnie z narzuconym pułapem kosztów (designed to cost). Tą drogą poszli Duńczycy i rezultat jest na pewno wart akceptacji kilku kompromisów. W razie konieczności można ograniczać zdolności bojowe lub koszt platformy. Ten ostatni poprzez ograniczenie prędkości, użycie standardów militarnych tylko tam gdzie jest to konieczne lub zmniejszenie wielkości okrętu. Jak wspominano na tym blogu, wartość okrętu jest porównywana z innymi projektami sił zbrojnych jak zakupy samolotów czy modernizacja sił pancernych lub artylerii. W przypadku Marynarki Wojennej RP jak dotąd nie operowaliśmy w rzeczywistości kwotami wyższymi niż około 500 – 700 mln PLN za jeden projekt. Stąd dla okrętu obrony wybrzeża założony pułap kosztów wynosiłby mniej więcej 700 mln PLN a dla crossovera dwukrotną wartość. Wówczas budowa jednej fregaty byłaby równoważna z budową jednego okrętu dowodzenia i wsparcia z dwoma, trzema okrętami obrony wybrzeża. Obie opcje mają szansę na zmieszczenie się w zadanym budżecie i podwojenie w następnym horyzoncie planowania.

Zaletą propozycji jest zaspokojenie potrzeby obrony terytorium przy jednoczesnym zostawieniu otwartej furtki na świat zewnętrzny. Okręt dowodzenia i wsparcia czy też crossover jak nazywają go Holendrzy nie jest fregatą ale pozwala na uczestnictwo w SNMG oraz naukę wykorzystania floty do celów polityki zagranicznej i obrony interesów państwa. Nie wyklucza również zrobienia następnego kroku jak uczynili to Duńczycy zachowując jednocześnie „szwedzką specjalizacje” walki na wodach przybrzeżnych.

Ponieważ limit 1.000 ton wzbudził kontrowersje ze względu na dzielność morską, kilka słów w tym względzie. W kontekście działań w ramach SNMG to oczywiście za mały okręt, ale do operowania na wodach przybrzeżnych powinno być akceptowalne. Niemniej aby ograniczyć niekorzystny wpływ warunków pogodowych na zdolność ludzi do wykonywania zadań, trzeba się otworzyć na technologiczne nowinki poprawiające dzielność morską. Jednym z najbardziej dokuczliwych czynników dla ludzi, ale nie jedynym są przyśpieszenia pionowe. Norma NATO do określenia tego zjawiska używa pojęcia Single Significant Amplitude i ogranicza średnią wartość 1/3 największych przyśpieszeń do 0.4g. Radykalnym rozwiązaniem jest SWATH oferujący być może najlepszą dzielność morską kosztem większej wyporności i mniejszej prędkości przy tym samym ładunku użytecznym. Zwykle uznawane jest to za wadę, ale w sytuacji konieczności kontroli kosztów ograniczenie ładunku użytecznego staje się zaletą. Mniej radykalnym rozwiązaniem reklamowanym ostatnio są modyfikacje kształtu dziobu okrętu jak X-bow czy Sea Axe ograniczające podobno przyśpieszenia pionowe o 50% w porównaniu z bardziej klasycznym kadłubem nie optymalizowanym pod tym kątem.

Super jacht zbudowany dla komfortu załogi z wykorzystaniem Sea Axe. Foto www.thinkdefence.com

Super jacht zbudowany dla komfortu załogi z wykorzystaniem Sea Axe. Foto www.thinkdefence.com

Aby zapewnić Marynarce Wojennej RP stabilny rozwój potrzebna jest zgoda pomiędzy politykami i marynarzami co do roli i użyteczności narzędzia jakim jest marynarka wojenna. Wciąż jednak tkwimy w rozdarciu pomiędzy dwoma podstawowymi koncepcjami i aktualny plan sprawia wrażenie bardziej kompromisu niż spełnienia wymogów którejkolwiek z koncepcji. Niewątpliwą zaletą aktualnego planu modernizacji jest sam fakt istnienia, biorąc pod uwagę ile czasu zajmuje nam uzgodnienie czegokolwiek i decyzja. Wspomniany w pierwszym zdaniu wzrost wyporności wciąż planowanej korwety pokazuje jakie siły działają na projekt aby zwiększyć możliwości okrętu. Albo uznamy, że Plan stanowi istotną wartość i wywrzemy presję na ograniczenie projektu aby go ustabilizować, albo Plan zostanie rozsadzony przez rosnące wymagania i wrócimy do początku, czyli pytania po co nam marynarka wojenna?

Dec 262015
 
peacemaking-is-more-courageous

W dyskusjach o kształcie czy wielkości Marynarki Wojennej RP brakuje często jakiejś miary dającej podstawę do ilościowej analizy. Ile potrzebujemy okrętów i jakich? Na to pytanie nie odwołany jeszcze plan modernizacji odpowiada „wszystkiego po trzy” na zasadzie jeden okręt na misji, drugi po a trzeci w remoncie, trakcie szkolenia itp. Tylko o jakiej misji mówimy w koncepcji Bałtyk Plus? Stałe uczestnictwo w zespołach NATO mogłoby być przesłanką dla tego sposobu myślenia, ale ani poprzedni rząd, ani tym bardziej obecny takiego założenia nie uczynił. Inną flotę potrzebujemy na czas pokoju a inną na czas wojny. W pierwszym przypadku potrzeby można zdefiniować na podstawie zadań rzeczywiście realizowanych, na co pośrednio wskazuje liczba dni spędzonych w morzu. Takie dane chyba nie są publikowane, dlatego kontynuując poniekąd mało naukową metodę przeglądania stron internetowych stworzono poniższą tabelę, odzwierciedlającą aktywność okrętów „bojowych” w 2015 roku na podstawie rubryki „aktualności” stron Centrum Operacji Morskich oraz obu Flotylli okrętów.

Dni w morzu.001

Od razu nasuwa się kilka refleksji lub koniecznych komentarzy. Jest to informacja być może całkiem niewiarygodna. Niemniej, jeśli błąd wynosi około 20-25% to nie zmieni on zasadniczo postaci rzeczy i ogólnej wymowy liczb. Jeśli natomiast błąd jest rzędu 100% lub więcej, to znaczy że dane są niemiarodajne, ale społeczeństwo nie jest świadome jak aktywna jest flota i w konsekwencji trudno mu ocenić jej wartość użytkową. Druga refleksja dotyczy możliwości pewnego zarzutu – nie pływamy, bo nie mamy czym. Niskie liczby mogą również oznaczać, że stan techniczny okrętów jest bardzo zły i należy podjąć decyzję co z tym zrobić. Jeśli tak nie jest i biorąc pod uwagę, że okrętów jest zwykle kilka w danej klasie to są one słabo wykorzystane w czasie pokoju. Dla przykładu statystycznie każdy okręt podwodny był tylko jeden tydzień w morzu. Kolejna rzecz rzucająca się w oczy to brak rutynowych zadań do wykonania za wyjątkiem uczestnictwa w SNMCMG-1. Politycy nie wykorzystują w żaden sposób narzędzia, jakie posiadają w postaci marynarki wojennej. Nic dziwnego, że idee Rzeczpospolitej Morskiej tak trudno przebijają się do świadomości zarówno polityków jak i społeczeństwa. Liczby (oprócz wspomnianego wyjątku współpracy z NATO) dotyczą szkolenia i ćwiczeń. Interesujące w tym kontekście słowa wypowiedział Szef Sztabu Wielkiej Brytanii, Sir Nicholas Houghton w czasie wykładu w Royal United Services Institute:

W typowy dla Zjednoczonego Królestwa sposób, spędzaliśmy znaczną część tego roku (i poprzedniego) na celebrowaniu rocznic. Bitwa pod Agincourt w 1415, Waterloo 1815, Gallipoli 1915 i 75 rocznice Bitwy o Wielką Brytanię. Tego rodzaju narodowe wydarzenia w połączeniu z ostatnimi doświadczeniami z Iraku i Afganistanu utrwalają w świadomości społecznej fałszywą ideę, że Siły Zbrojne służą przede wszystkim do toczenia wojen.

Do tego, aby oszacować liczbę potrzebnych okrętów w czasie pokoju potrzebna jest wiedza ile dni w roku okręt jest w stanie przebywać na morzu w normalnym reżimie pracy uwzględniającym drobne remonty naprawy i przeglądy. Współczesne okręty patrolowe są zbudowane do operowania przez 240 dni w roku, co wymaga pewnie jakiejś formy rotacji załogi. Jeżeli nie decydujemy się na takie rozwiązanie, przyjmijmy 50% czasu w morzu co jest ograniczeniem wynikającym z retencji załóg (przynajmniej to jest przypadek USN). Niezbędne jest chyba połączenie fregat i korwet wraz z nieperspektywicznymi (według planu modernizacji) małymi okrętami rakietowymi w jedną klasę. Biorąc pod uwagę powyższe wystarczy nam jedna fregata lub korweta do wypełniania zadań czasu pokoju. Mając jednak na uwadze, że zadania mogą być wykonywane równolegle przyjmijmy konieczność posiadania dwóch jednostek. Warto odnotować, że samo uczestnictwo w stałym zespole NATO generuje automatycznie potrzebę na dodatkowy okręt. W tym miejscu musimy się zatrzymać i spróbować użyć zdrowego rozsądku. Pod warunkiem słuszności przyjętych założeń, znajdujemy się w sytuacji posiadania wyremontowanej, starej fregaty o ograniczonych możliwościach oraz niedozbrojonego Ślązaka przy potrzebie posiadania dwóch jednostek. Pytanie brzmi, czy lepiej uruchamiać program budowy nowej serii (dwóch jednostek), czy też coś zrobić z tym, co posiadamy? Odpowiedź zależy również od decyzji, czy okręty mają być budowane w kraju, czy zagranicą. Pozostaje gorące pytanie korwety czy fregaty. Nasze jednostki przebywały na ćwiczeniach poza Bałtykiem 24 dni w 2015 roku, nie jest to więc skuteczny argument za posiadaniem fregat poza udziałem w Standing NATO Maritime Group. Sam udział w zespołach NATO ma z kolei jak dotychczas zbyt małą siłę przebicia.

Siły przeciwminowe to najbardziej aktywna część marynarki wojennej i zgodnie z tabelą oraz przyjętymi założeniami wymaga posiadania trzech jednostek, czyli program Kormoran zaspakaja nasze potrzeby czasu pokoju na tę klasę okrętów. Pewnym znakiem zapytania jest Czernicki wykorzystywany jako okręt dowodzenia siłami przeciwminowymi lub okręt logistyczny. Nie wymieniony w tabeli, spędził w morzu 17 dni według informacji podanych do ogólnej wiadomości. Innym tematem mającym potencjalnie wpływ na liczbę okrętów potrzebnych jest walka z podwodnymi dronami i monitorowanie asymetrycznych działań przeciwnika pod powierzchnią morza. Czy można takie zadanie powierzyć Kormoranom i i wówczas ich liczba wzrośnie, czy też powstanie potrzeba posiadania innych jednostek, być może większych i łączących w sobie również funkcje okrętu patrolowego (czytaj – jakie uzasadnienie w powyższym rozumowaniu ma Czapla?)

Na tym tle całkiem dobrze prezentują się nasze okręty desantowe. Dla tej klasy okrętów mniej istotna jest liczba dni w morzu co zdolność do przetransportowania określonej ilości ładunku w postaci ludzi, sprzętu czy zaopatrzenia. Dla celów kompanii rozpoznawczej w stylu skandynawskim wystarczyłyby łodzie CB-90, ale dla batalionu zmechanizowanego aktualnie pięć posiadanych Lublinów jest bardziej odpowiednie. Okręty mają już 25 lat służby za sobą więc nadchodzi czas by pomyśleć o ich następcach, co jest całkowicie w zasięgu możliwości naszego przemysłu stoczniowego. Źle by się stało, gdyby ta klasa okrętów zniknęła z naszej marynarki wojennej. Czy Lubliny powinny być zastąpione nowoczesnym okrętem wsparcia operacyjnego i czy Marlin powinien być okrętem klasy LPD/LHD/LHA? To bardzo zależy od rodzaju przewidywanych operacji desantowych i stanowiska armii w tej sprawie. Rajdy i małe desanty taktyczne są przeciwwskazaniem dla Marlina a ewakuacja, operacje humanitarne czy ekspedycyjne lub transport strategiczny są rekomendacją dla takiego okrętu.

Trudno coś powiedzieć na temat okrętów podwodnych, bo z definicji ich działalność jest okryta tajemnicą. Jako broń odmowy dostępu rzeczywiście ma niezbyt wiele do roboty w czasie pokoju. Z drugiej strony 30 dni w morzu dla pięciu jednostek jest słabą rekomendacją do wydania 6-8 mld PLN.

Podsumowując potrzeby minimalne floty czasu pokoju, nasza marynarka wojenna poza okrętami pomocniczymi składałaby się z:

  • dwóch korwet (lub fregat, jeśli znajdziemy właściwe argumenty),
  • trzech okrętów przeciwminowych
  • około pięciu okrętów desantowych LST lub alternatywnie pewną ilość tzw. ship-to-shore connectors jak francuski L-CAT
ship-to-shore connector łatwo można na Bałtyku zamienić na shore-to-shore. Foto www.cnim.com

ship-to-shore connector łatwo można na Bałtyku zamienić na shore-to-shore. Foto www.cnim.com

Otwartym pytaniem pozostałyby Czaple i ich liczba. Na korzyść okrętów patrolowych przemawia chęć wspierania i rozwijania krajowego przemysłu stoczniowego jako zaplecza dla marynarki wojennej. Byłby to krok w kierunku bardziej złożonych okrętów wyposażonych w być może system zarządzania walką opracowywany w CTM. Są to także w innych flotach okręty bardzo intensywnie używane w czasach pokoju. Na niekorzyść działa postrzeganie Czapli jako okrętu drugiej kategorii a więc do budowy w drugiej kolejności po okrętach „bojowych”.

Jak jednak powinna wyglądać flota czasu wojny? Dyskusja trwa głównie na forach internetowych, bo nawet oficjalny plan modernizacji skupiał się na zdolnościach nie podając nigdy teoretycznej czy koncepcyjnej podstawy. Nasze umiejscowienie w czasie i przestrzeni wskazuje na Rosję jako kraj potencjalnie nieprzyjazny i posiadający zdolność do wymuszenia na nas swoich żądań. Musimy jednak posiąść umiejętność umiejscowienia naszych obaw w rzeczywistej polityce zagranicznej Rosji. Chodzi o skupienie się się na tym czego Rosja chce a nie tym, co może. Dość dużo się mówi aktualnie o zagrożeniu ze strony Rosji, ale mało o tym jaki ma ono mieć charakter. Dzięki gen. Koziejowi, który zamieścił na Twitterze link, mamy dostęp do ciekawej analizy podejścia Rosji do współczesnych konfliktów. Poniższy rysunek zaczerpnięty z wymienionego artykułu Russia’s Approach to Conflict – Implications for NATO’s Deterrence and Defence jest autorstwa generała Gierasimowa, Szefa Sztabu Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej.

NATO on Russia.002

Przypatrując się szczegółom rysunku zwróćmy uwagę na kilka rzeczy:

  • użycie sił zbrojnych jest podporządkowane celom politycznym, jak twierdził Carl von Clausewitz. Działania militarne są więc tylko fragmentem większego planu,
  • tak zwane „kolorowe rewolucje” mogą być nie tylko zagrożeniem dla rządów autokratycznych ale również służyć im do podporządkowania sobie innych państw. Wówczas stają się swego rodzaju bronią ofensywną,
  • w cyklu rozwoju konfliktu politycznego poprzez fazę militarną do wygaszenia napięcia, stosunek środków nie-militarnych do militarnych wynosi 4:1.

Jeżeli spojrzeć na „menu” w poszczególnych fazach, to rozpoznamy działania już mające miejsce w rzeczywistości naszych wzajemnych stosunków z Rosją. Możemy również zidentyfikować potencjalne ruchy w sytuacji pogłębienia się sporów lub konfliktu; jak blokada ekonomiczna czy ataki cybernetyczne. Siła militarna jest wykorzystywana już w fazie początkowej konfliktu. „Strategic deployment” może przybrać również formę groźby, której należy przeciwdziałać demonstrując wolę oporu. Tak więc na tym etapie działania wojska wspierają wysiłki dyplomatyczne. Następny rysunek pokazuje jak zmienił się repertuar działań czysto militarnych w „kolorowych rewolucjach”.

NATO on Russia.001

Do przeszłości należą starcia dużych formacji wojsk, fizyczne zniszczenie armii przeciwnika i zajęcie jego terytorium. Teraz nacisk kładzie się na rozpoczęcie operacji militarnych już w czasie pokoju czyli zatarcie granicy pomiędzy wojną i pokojem, degradację krytycznej infrastruktury cywilnej i wojskowej z użyciem broni precyzyjnej, przyszłościowej, sił specjalnych na całej głębokości obszaru działania zarówno w przestrzeni fizycznej jak i informacyjnej. Nikt nie zamierza rzucić na nasz kraj tysięcy czołgów, bo nie ma takiej potrzeby. Niebezpieczeństwem dla nas jest raczej kraj podzielony, osłabiony i izolowany na arenie międzynarodowej. Niestety, jesteśmy aktualnie na drodze w tym właśnie kierunku.

W ramach opisanych schematów działania, Flota Bałtycka będzie w każdym wypadku narzędziem realizacji poszczególnych pozycji z „menu”. Dzięki innemu dokumentowi opublikowanemu ostatnio przez Office of Naval Intelligence mamy wgląd do prawdopodobnej struktury Floty Bałtyckiej po 2020 roku, co koresponduje z naszym cyklem planów modernizacyjnych. Raport nie mówi nic na temat wszelkich „drobnoustrojów” i tego co się z nimi stanie, ale wiadomo, że Rosja zamówiła siedem jednostek nowego typu Uragan o wyporności 800 ton uzbrojonych w osiem wyrzutni rakiet dalekiego zasięgu. Harmonogramu wycofywania ze służby dzisiejszych okrętów i wprowadzania do linii nowo wybudowanych jednostek pokazuje, że główny trzon floty będzie się składał z jednej fregaty oraz czterech korwet. Należy domniemywać, że będzie wspomagany przez siły amfibijne i przeciwminowe oraz być może 3-4 małe okręty rakietowe. Uderza przede wszystkim brak okrętów podwodnych i przydział nowo budowanych jednostek do Floty Czarnomorskiej a nie Bałtyckiej. Jeśli przewidywania potwierdzą się, to jedynymi krajami posiadającymi okręty podwodne na Bałtyku będą Niemcy i Szwecja, co stawia pod znakiem zapytania konieczność posiadania rozbudowanych sił zwalczania okrętów podwodnych dla marynarki wojennej wraz z koniecznością posiadania helikopterów pokładowych. Główną siłą uderzeniową Floty Bałtyckiej będą rakiety odpalane z okrętów, baterii nadbrzeżnych czy samolotów. Mając naprzeciw siebie takiego przeciwnika, trudno zignorować komentarz admirała Makarowa na temat bitwy u ujścia rzeki Yalu:

Uważa się, że pancerz okazał się zwycięski w tej bitwie: to nie jest prawda, gdyż nie możemy zapominać, że dobra armata daje zwycięstwo podczas gdy pancerz jest zdolny tylko opóźnić porażkę.

Mówiąc o flocie działającej w sytuacji przewagi ataku nad obroną nie unikniemy rozstrzygnięcia dylematu czy budujemy okręty Niezwyciężone, Niewidzialne czy Niepoliczalne, trawestując szwedzkie uzasadnienie dla Visby – Invincible or Invisible. Wybór pierwszej opcji to odwrócenie trendu przewagi ataku nad obroną i to w warunkach pozostawania w zasięgu baterii nadbrzeżnych. Przede wszystkim to oznacza eliminację niebezpieczeństwa saturacji obrony. Być może lasery przyniosą taką możliwość, ale nie dzisiaj. Opcja niewidzialności ma swoje ograniczenia i nie ma żadnego poparcia w naszym kraju. Visby nie wzbudził większego zainteresowania, chyba tylko jako ciekawostka techniczna. Rozproszenie promuje stronę o lepszej orientacji w sytuacji, czyli posiadającej lepsze rozpoznanie i systemy dowodzenia. Dodatkową korzyścią jest rozproszenie siły ofensywnej, co wymusza śledzenie najmniejszego nawet nosiciela rakiet. Świetnym podsumowaniem jest tekst na Information Dissemination zwłaszcza fragment o rezultacie ćwiczeń z marca 2014 odnośnie operacyjnego użycia LCS. Przy zadanym budżecie maksymalizacja liczby jednostek oznacza minimalizację kosztu jednostkowego. To z kolei implikuje uboższe wyposażenie i uzbrojenie. Ponieważ dominująca tendencją jest maksymalizacja zdolności bojowych w ramach dostępnej wyporności, jedyną metodą jest sztuczne ograniczenie wielkości okrętu. To rodzi pytanie jaka wyporność minimalna ma sens, patrz dyskusja o 1.000 tonowym limicie dla Okrętu Obrony Wybrzeża.

Pytanie o kształt floty czasu wojny pozostaje otwarte, bo najbardziej zależy on od naszego postrzegania roli Polski w Europie oraz naszej otwartości na świat. Aktualnie zaczynają dominować w polityce poglądy narodowe i ksenofobiczne co spycha Marynarkę Wojenną RP do roli floty obrony wybrzeża, ale z drugiej strony nie da się budować floty na cztery lata tylko na kilkadziesiąt więc niezbędna jest refleksja strategiczna o długim horyzoncie czasowym. W tym kontekście korweta staje się wymuszonym kompromisem, okrętem za małym dla działań w stałych zespołach NATO i być może za dużym na liczną klasę okrętów obrony wybrzeża. Konsekwencje tego sformułowania otwierają jednak nowe możliwości, o czym w następnym wpisie.