Dec 262015
 

W dyskusjach o kształcie czy wielkości Marynarki Wojennej RP brakuje często jakiejś miary dającej podstawę do ilościowej analizy. Ile potrzebujemy okrętów i jakich? Na to pytanie nie odwołany jeszcze plan modernizacji odpowiada „wszystkiego po trzy” na zasadzie jeden okręt na misji, drugi po a trzeci w remoncie, trakcie szkolenia itp. Tylko o jakiej misji mówimy w koncepcji Bałtyk Plus? Stałe uczestnictwo w zespołach NATO mogłoby być przesłanką dla tego sposobu myślenia, ale ani poprzedni rząd, ani tym bardziej obecny takiego założenia nie uczynił. Inną flotę potrzebujemy na czas pokoju a inną na czas wojny. W pierwszym przypadku potrzeby można zdefiniować na podstawie zadań rzeczywiście realizowanych, na co pośrednio wskazuje liczba dni spędzonych w morzu. Takie dane chyba nie są publikowane, dlatego kontynuując poniekąd mało naukową metodę przeglądania stron internetowych stworzono poniższą tabelę, odzwierciedlającą aktywność okrętów „bojowych” w 2015 roku na podstawie rubryki „aktualności” stron Centrum Operacji Morskich oraz obu Flotylli okrętów.

Dni w morzu.001

Od razu nasuwa się kilka refleksji lub koniecznych komentarzy. Jest to informacja być może całkiem niewiarygodna. Niemniej, jeśli błąd wynosi około 20-25% to nie zmieni on zasadniczo postaci rzeczy i ogólnej wymowy liczb. Jeśli natomiast błąd jest rzędu 100% lub więcej, to znaczy że dane są niemiarodajne, ale społeczeństwo nie jest świadome jak aktywna jest flota i w konsekwencji trudno mu ocenić jej wartość użytkową. Druga refleksja dotyczy możliwości pewnego zarzutu – nie pływamy, bo nie mamy czym. Niskie liczby mogą również oznaczać, że stan techniczny okrętów jest bardzo zły i należy podjąć decyzję co z tym zrobić. Jeśli tak nie jest i biorąc pod uwagę, że okrętów jest zwykle kilka w danej klasie to są one słabo wykorzystane w czasie pokoju. Dla przykładu statystycznie każdy okręt podwodny był tylko jeden tydzień w morzu. Kolejna rzecz rzucająca się w oczy to brak rutynowych zadań do wykonania za wyjątkiem uczestnictwa w SNMCMG-1. Politycy nie wykorzystują w żaden sposób narzędzia, jakie posiadają w postaci marynarki wojennej. Nic dziwnego, że idee Rzeczpospolitej Morskiej tak trudno przebijają się do świadomości zarówno polityków jak i społeczeństwa. Liczby (oprócz wspomnianego wyjątku współpracy z NATO) dotyczą szkolenia i ćwiczeń. Interesujące w tym kontekście słowa wypowiedział Szef Sztabu Wielkiej Brytanii, Sir Nicholas Houghton w czasie wykładu w Royal United Services Institute:

W typowy dla Zjednoczonego Królestwa sposób, spędzaliśmy znaczną część tego roku (i poprzedniego) na celebrowaniu rocznic. Bitwa pod Agincourt w 1415, Waterloo 1815, Gallipoli 1915 i 75 rocznice Bitwy o Wielką Brytanię. Tego rodzaju narodowe wydarzenia w połączeniu z ostatnimi doświadczeniami z Iraku i Afganistanu utrwalają w świadomości społecznej fałszywą ideę, że Siły Zbrojne służą przede wszystkim do toczenia wojen.

Do tego, aby oszacować liczbę potrzebnych okrętów w czasie pokoju potrzebna jest wiedza ile dni w roku okręt jest w stanie przebywać na morzu w normalnym reżimie pracy uwzględniającym drobne remonty naprawy i przeglądy. Współczesne okręty patrolowe są zbudowane do operowania przez 240 dni w roku, co wymaga pewnie jakiejś formy rotacji załogi. Jeżeli nie decydujemy się na takie rozwiązanie, przyjmijmy 50% czasu w morzu co jest ograniczeniem wynikającym z retencji załóg (przynajmniej to jest przypadek USN). Niezbędne jest chyba połączenie fregat i korwet wraz z nieperspektywicznymi (według planu modernizacji) małymi okrętami rakietowymi w jedną klasę. Biorąc pod uwagę powyższe wystarczy nam jedna fregata lub korweta do wypełniania zadań czasu pokoju. Mając jednak na uwadze, że zadania mogą być wykonywane równolegle przyjmijmy konieczność posiadania dwóch jednostek. Warto odnotować, że samo uczestnictwo w stałym zespole NATO generuje automatycznie potrzebę na dodatkowy okręt. W tym miejscu musimy się zatrzymać i spróbować użyć zdrowego rozsądku. Pod warunkiem słuszności przyjętych założeń, znajdujemy się w sytuacji posiadania wyremontowanej, starej fregaty o ograniczonych możliwościach oraz niedozbrojonego Ślązaka przy potrzebie posiadania dwóch jednostek. Pytanie brzmi, czy lepiej uruchamiać program budowy nowej serii (dwóch jednostek), czy też coś zrobić z tym, co posiadamy? Odpowiedź zależy również od decyzji, czy okręty mają być budowane w kraju, czy zagranicą. Pozostaje gorące pytanie korwety czy fregaty. Nasze jednostki przebywały na ćwiczeniach poza Bałtykiem 24 dni w 2015 roku, nie jest to więc skuteczny argument za posiadaniem fregat poza udziałem w Standing NATO Maritime Group. Sam udział w zespołach NATO ma z kolei jak dotychczas zbyt małą siłę przebicia.

Siły przeciwminowe to najbardziej aktywna część marynarki wojennej i zgodnie z tabelą oraz przyjętymi założeniami wymaga posiadania trzech jednostek, czyli program Kormoran zaspakaja nasze potrzeby czasu pokoju na tę klasę okrętów. Pewnym znakiem zapytania jest Czernicki wykorzystywany jako okręt dowodzenia siłami przeciwminowymi lub okręt logistyczny. Nie wymieniony w tabeli, spędził w morzu 17 dni według informacji podanych do ogólnej wiadomości. Innym tematem mającym potencjalnie wpływ na liczbę okrętów potrzebnych jest walka z podwodnymi dronami i monitorowanie asymetrycznych działań przeciwnika pod powierzchnią morza. Czy można takie zadanie powierzyć Kormoranom i i wówczas ich liczba wzrośnie, czy też powstanie potrzeba posiadania innych jednostek, być może większych i łączących w sobie również funkcje okrętu patrolowego (czytaj – jakie uzasadnienie w powyższym rozumowaniu ma Czapla?)

Na tym tle całkiem dobrze prezentują się nasze okręty desantowe. Dla tej klasy okrętów mniej istotna jest liczba dni w morzu co zdolność do przetransportowania określonej ilości ładunku w postaci ludzi, sprzętu czy zaopatrzenia. Dla celów kompanii rozpoznawczej w stylu skandynawskim wystarczyłyby łodzie CB-90, ale dla batalionu zmechanizowanego aktualnie pięć posiadanych Lublinów jest bardziej odpowiednie. Okręty mają już 25 lat służby za sobą więc nadchodzi czas by pomyśleć o ich następcach, co jest całkowicie w zasięgu możliwości naszego przemysłu stoczniowego. Źle by się stało, gdyby ta klasa okrętów zniknęła z naszej marynarki wojennej. Czy Lubliny powinny być zastąpione nowoczesnym okrętem wsparcia operacyjnego i czy Marlin powinien być okrętem klasy LPD/LHD/LHA? To bardzo zależy od rodzaju przewidywanych operacji desantowych i stanowiska armii w tej sprawie. Rajdy i małe desanty taktyczne są przeciwwskazaniem dla Marlina a ewakuacja, operacje humanitarne czy ekspedycyjne lub transport strategiczny są rekomendacją dla takiego okrętu.

Trudno coś powiedzieć na temat okrętów podwodnych, bo z definicji ich działalność jest okryta tajemnicą. Jako broń odmowy dostępu rzeczywiście ma niezbyt wiele do roboty w czasie pokoju. Z drugiej strony 30 dni w morzu dla pięciu jednostek jest słabą rekomendacją do wydania 6-8 mld PLN.

Podsumowując potrzeby minimalne floty czasu pokoju, nasza marynarka wojenna poza okrętami pomocniczymi składałaby się z:

  • dwóch korwet (lub fregat, jeśli znajdziemy właściwe argumenty),
  • trzech okrętów przeciwminowych
  • około pięciu okrętów desantowych LST lub alternatywnie pewną ilość tzw. ship-to-shore connectors jak francuski L-CAT
ship-to-shore connector łatwo można na Bałtyku zamienić na shore-to-shore. Foto www.cnim.com

ship-to-shore connector łatwo można na Bałtyku zamienić na shore-to-shore. Foto www.cnim.com

Otwartym pytaniem pozostałyby Czaple i ich liczba. Na korzyść okrętów patrolowych przemawia chęć wspierania i rozwijania krajowego przemysłu stoczniowego jako zaplecza dla marynarki wojennej. Byłby to krok w kierunku bardziej złożonych okrętów wyposażonych w być może system zarządzania walką opracowywany w CTM. Są to także w innych flotach okręty bardzo intensywnie używane w czasach pokoju. Na niekorzyść działa postrzeganie Czapli jako okrętu drugiej kategorii a więc do budowy w drugiej kolejności po okrętach „bojowych”.

Jak jednak powinna wyglądać flota czasu wojny? Dyskusja trwa głównie na forach internetowych, bo nawet oficjalny plan modernizacji skupiał się na zdolnościach nie podając nigdy teoretycznej czy koncepcyjnej podstawy. Nasze umiejscowienie w czasie i przestrzeni wskazuje na Rosję jako kraj potencjalnie nieprzyjazny i posiadający zdolność do wymuszenia na nas swoich żądań. Musimy jednak posiąść umiejętność umiejscowienia naszych obaw w rzeczywistej polityce zagranicznej Rosji. Chodzi o skupienie się się na tym czego Rosja chce a nie tym, co może. Dość dużo się mówi aktualnie o zagrożeniu ze strony Rosji, ale mało o tym jaki ma ono mieć charakter. Dzięki gen. Koziejowi, który zamieścił na Twitterze link, mamy dostęp do ciekawej analizy podejścia Rosji do współczesnych konfliktów. Poniższy rysunek zaczerpnięty z wymienionego artykułu Russia’s Approach to Conflict – Implications for NATO’s Deterrence and Defence jest autorstwa generała Gierasimowa, Szefa Sztabu Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej.

NATO on Russia.002

Przypatrując się szczegółom rysunku zwróćmy uwagę na kilka rzeczy:

  • użycie sił zbrojnych jest podporządkowane celom politycznym, jak twierdził Carl von Clausewitz. Działania militarne są więc tylko fragmentem większego planu,
  • tak zwane „kolorowe rewolucje” mogą być nie tylko zagrożeniem dla rządów autokratycznych ale również służyć im do podporządkowania sobie innych państw. Wówczas stają się swego rodzaju bronią ofensywną,
  • w cyklu rozwoju konfliktu politycznego poprzez fazę militarną do wygaszenia napięcia, stosunek środków nie-militarnych do militarnych wynosi 4:1.

Jeżeli spojrzeć na „menu” w poszczególnych fazach, to rozpoznamy działania już mające miejsce w rzeczywistości naszych wzajemnych stosunków z Rosją. Możemy również zidentyfikować potencjalne ruchy w sytuacji pogłębienia się sporów lub konfliktu; jak blokada ekonomiczna czy ataki cybernetyczne. Siła militarna jest wykorzystywana już w fazie początkowej konfliktu. „Strategic deployment” może przybrać również formę groźby, której należy przeciwdziałać demonstrując wolę oporu. Tak więc na tym etapie działania wojska wspierają wysiłki dyplomatyczne. Następny rysunek pokazuje jak zmienił się repertuar działań czysto militarnych w „kolorowych rewolucjach”.

NATO on Russia.001

Do przeszłości należą starcia dużych formacji wojsk, fizyczne zniszczenie armii przeciwnika i zajęcie jego terytorium. Teraz nacisk kładzie się na rozpoczęcie operacji militarnych już w czasie pokoju czyli zatarcie granicy pomiędzy wojną i pokojem, degradację krytycznej infrastruktury cywilnej i wojskowej z użyciem broni precyzyjnej, przyszłościowej, sił specjalnych na całej głębokości obszaru działania zarówno w przestrzeni fizycznej jak i informacyjnej. Nikt nie zamierza rzucić na nasz kraj tysięcy czołgów, bo nie ma takiej potrzeby. Niebezpieczeństwem dla nas jest raczej kraj podzielony, osłabiony i izolowany na arenie międzynarodowej. Niestety, jesteśmy aktualnie na drodze w tym właśnie kierunku.

W ramach opisanych schematów działania, Flota Bałtycka będzie w każdym wypadku narzędziem realizacji poszczególnych pozycji z „menu”. Dzięki innemu dokumentowi opublikowanemu ostatnio przez Office of Naval Intelligence mamy wgląd do prawdopodobnej struktury Floty Bałtyckiej po 2020 roku, co koresponduje z naszym cyklem planów modernizacyjnych. Raport nie mówi nic na temat wszelkich „drobnoustrojów” i tego co się z nimi stanie, ale wiadomo, że Rosja zamówiła siedem jednostek nowego typu Uragan o wyporności 800 ton uzbrojonych w osiem wyrzutni rakiet dalekiego zasięgu. Harmonogramu wycofywania ze służby dzisiejszych okrętów i wprowadzania do linii nowo wybudowanych jednostek pokazuje, że główny trzon floty będzie się składał z jednej fregaty oraz czterech korwet. Należy domniemywać, że będzie wspomagany przez siły amfibijne i przeciwminowe oraz być może 3-4 małe okręty rakietowe. Uderza przede wszystkim brak okrętów podwodnych i przydział nowo budowanych jednostek do Floty Czarnomorskiej a nie Bałtyckiej. Jeśli przewidywania potwierdzą się, to jedynymi krajami posiadającymi okręty podwodne na Bałtyku będą Niemcy i Szwecja, co stawia pod znakiem zapytania konieczność posiadania rozbudowanych sił zwalczania okrętów podwodnych dla marynarki wojennej wraz z koniecznością posiadania helikopterów pokładowych. Główną siłą uderzeniową Floty Bałtyckiej będą rakiety odpalane z okrętów, baterii nadbrzeżnych czy samolotów. Mając naprzeciw siebie takiego przeciwnika, trudno zignorować komentarz admirała Makarowa na temat bitwy u ujścia rzeki Yalu:

Uważa się, że pancerz okazał się zwycięski w tej bitwie: to nie jest prawda, gdyż nie możemy zapominać, że dobra armata daje zwycięstwo podczas gdy pancerz jest zdolny tylko opóźnić porażkę.

Mówiąc o flocie działającej w sytuacji przewagi ataku nad obroną nie unikniemy rozstrzygnięcia dylematu czy budujemy okręty Niezwyciężone, Niewidzialne czy Niepoliczalne, trawestując szwedzkie uzasadnienie dla Visby – Invincible or Invisible. Wybór pierwszej opcji to odwrócenie trendu przewagi ataku nad obroną i to w warunkach pozostawania w zasięgu baterii nadbrzeżnych. Przede wszystkim to oznacza eliminację niebezpieczeństwa saturacji obrony. Być może lasery przyniosą taką możliwość, ale nie dzisiaj. Opcja niewidzialności ma swoje ograniczenia i nie ma żadnego poparcia w naszym kraju. Visby nie wzbudził większego zainteresowania, chyba tylko jako ciekawostka techniczna. Rozproszenie promuje stronę o lepszej orientacji w sytuacji, czyli posiadającej lepsze rozpoznanie i systemy dowodzenia. Dodatkową korzyścią jest rozproszenie siły ofensywnej, co wymusza śledzenie najmniejszego nawet nosiciela rakiet. Świetnym podsumowaniem jest tekst na Information Dissemination zwłaszcza fragment o rezultacie ćwiczeń z marca 2014 odnośnie operacyjnego użycia LCS. Przy zadanym budżecie maksymalizacja liczby jednostek oznacza minimalizację kosztu jednostkowego. To z kolei implikuje uboższe wyposażenie i uzbrojenie. Ponieważ dominująca tendencją jest maksymalizacja zdolności bojowych w ramach dostępnej wyporności, jedyną metodą jest sztuczne ograniczenie wielkości okrętu. To rodzi pytanie jaka wyporność minimalna ma sens, patrz dyskusja o 1.000 tonowym limicie dla Okrętu Obrony Wybrzeża.

Pytanie o kształt floty czasu wojny pozostaje otwarte, bo najbardziej zależy on od naszego postrzegania roli Polski w Europie oraz naszej otwartości na świat. Aktualnie zaczynają dominować w polityce poglądy narodowe i ksenofobiczne co spycha Marynarkę Wojenną RP do roli floty obrony wybrzeża, ale z drugiej strony nie da się budować floty na cztery lata tylko na kilkadziesiąt więc niezbędna jest refleksja strategiczna o długim horyzoncie czasowym. W tym kontekście korweta staje się wymuszonym kompromisem, okrętem za małym dla działań w stałych zespołach NATO i być może za dużym na liczną klasę okrętów obrony wybrzeża. Konsekwencje tego sformułowania otwierają jednak nowe możliwości, o czym w następnym wpisie.

Nov 142015
 

Karty zostały rozdane i skład nowego rządu zaproponowany. Retoryka polityków nowego obozu rządzącego jest na tyle odmienna od poprzedników, że uzasadnia pytanie o los planów modernizacyjnych marynarki wojennej. Podkreślanie zagrożenia ze strony Rosji, potrzeby obrony terytorialnej i oparcie się o własny przemysł zbrojeniowy nie wygląda korzystnie dla floty, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Istotną zmianą jest również stosunek do NATO, które z filaru koncepcji obronnych zamienia się w pożyteczne, ale niepewne wsparcie własnego potencjału obronnego. Szuka się alternatywy w „koalicji chętnych w oparciu lub bez oparcia NATO”, czyli państw skandynawskich i republik bałtyckich. W tym zamieszaniu źródłem kompromisu mogą stać się poglądy Romualda Szeremietewa, który podkreśla wagę Bałtyku dla rozwoju rosyjskich ambicji w kierunku zachodnim. Rzeczywiście, lektura nowej doktryny morskiej Federacji Rosyjskiej, wymienia Bałtyk z nazwy i podaje cele strategiczne dla tego regionu:

  • ochrona żeglugi i handlu w relacji portów około Sankt Petersburga i Cieśnin Duńskich. Obok dużego obrotu ładunków kontenerowych jest to również alternatywny do krajów tranzytowych, kanał eksportu ropy,
  • ochrona żeglugi promowej i zaopatrzenia dla Kalliningradu,
  • ochrona infrastruktury przesyłowej gazu a w szczególności gazociągu Nord Stream,
  • zapewnienie bezpieczeństwa całego obwodu kalliningradzkiego.
Bałtyk zawsze był ważny dla Rosji. Foto www.weaponsandwarfare.com

Bałtyk zawsze był ważny dla Rosji. Foto www.weaponsandwarfare.com

Z tych celów nie wynika jednak dla nas szczególne zagrożenie militarne za wyjątkiem celu nadrzędnego jakim jest osłabienie lub całkowita neutralizacja wpływów NATO w krajach graniczących z terytorium Federacji Rosyjskiej. Tak się składa, że główny rywal polityczny i militarny za jakiego Rosja uznaje NATO, pokrywa się w dużej mierze z głównym klientem i partnerem gospodarczym, czyli EU. Otwarty atak na sąsiednie państwa należące do sojuszu grozi aktywowaniem paragrafu 5-go i zamknięciem zarówno przejścia przez Cieśniny Duńskie jak i gazociągu Nord Stream, co stanowiłoby całkowitą negację celów gospodarczych wspomnianych w doktrynie. Jest to więc pole do rywalizacji polityczno-dyplomatycznej czy informacyjnej bardziej niż militarnej, natomiast dla osłabienia wpływów NATO na swoich obrzeżach, Rosja dopuszcza najprawdopodobniej działania militarne, ale nie wyzwalające automatyzmu paragrafu 5-go. Zarysowany szkic interesów i potencjalnej strategii Rosji jest więc potwierdzeniem większości przyjętych założeń w Białej Księdze poprzedniej ekipy. Używając słownika gen. Kozieja, mówimy o sytuacjach „podprogowych” i „trudno konsensusowych”.

Dla pełni obrazu powinniśmy spojrzeć na własne interesy w regionie Bałtyku. Podobnie jak w przypadku Rosji jesteśmy zainteresowani ochroną żeglugi do naszych głównych zespołów portowych Szczecin/Świnoujście oraz Gdańsk/Gdynia. Bezpieczeństwo energetyczne wymaga ochrony gazoportu w Świnoujściu i bałtyckich podejść do niego. Ważna jest żegluga promowa w poprzek Bałtyku, łącząca Polskę ze Skandynawią. Nadrzędnym interesem politycznym Polski wydaje się być utrzymanie Morza Bałtyckiego jako „wewnętrznego jeziora EU”, używając języka kolokwialnego.

Na tak zdefiniowanej scenie wydarzeń, działania militarne i otwarty konflikt na lądzie z użyciem regularnych oddziałów jest możliwy, ale ryzykowny. Co innego działania na morzu lub z kierunku morza nie wymagające naruszenia integralności terytorialnej państwa. Możemy mówić o dalekiej blokadzie lub przerwaniu morskich linii komunikacyjnych lub rajdach na infrastrukturę na morzu lub jego dnie. W grę mogą wchodzić „przypadkowe” ataki rakietowe lub rajdy i małe desanty. Takie działania stawiają nas w trudnej sytuacji, gdyż o ile zadawanie ciosów i strat agresorowi na własnym terytorium będzie akceptowane i pewnie popierane przez społeczność międzynarodową i sojuszników, to zatopienie okrętu innego państwa na otwartych wodach pozostawi nas całkowicie osamotnionych. W pewnym sensie zmusza to nas do przyjęcia postawy defensywnej, ograniczonej geograficznie do południowego Bałtyku.

Ćwiczą z przyzwyczajenia, czy po coś? Foto www.news.usni.org

Ćwiczą z przyzwyczajenia, czy po coś? Foto www.news.usni.org

Z takiego scenariusza można już próbować wysnuć wnioski co do potrzebnych sił morskich dla obrony przed opisanymi zagrożeniami. Pozostaje dylemat czy budować siły zbrojne zaprojektowane dla najbardziej prawdopodobnego scenariusza, czy też najgorszego. Wobec silnych ograniczeń finansowych i olbrzymiej dysproporcji sił, lepszą wydaje się orientacja na wariant prawdopodobny z zastrzeżeniem, że siły tak zaprojektowane mogą odegrać rolę w wariancie najgorszym, jakim jest samotna wojna na lądzie.

W powyższym scenariuszu liczy się demonstrowanie widocznej groźby użycia siły w celu zniszczenia woli przeciwnika lub też jej faktyczne użycie dla podkreślenia realności groźby. W szczególnych przypadkach zagrabienia mienia lub terytorium możliwe jest stosowanie polityki faktów dokonanych. Na demonstrację siły odpowiedzią może być demonstracja woli i możliwości oporu a nie natychmiastowy atak. Atak jest dopuszczalny w celu odzyskania zagrabionego mienia lub terytorium. Szczególnym przypadkiem mogą być akty piractwa lub terroru nie posiadające znamion zaangażowania państwa. W tym przypadku najbardziej sprzyjającym środowiskiem są głębiny wodne a seria incydentów na wodach Szwecji jest dobrym tego przykładem. Te definicje są potrzebne do określenia jakie zdolności i platformy są nam potrzebne. Dla przykładu, Nadbrzeżny Dywizjon Rakietowy wskazuje przeciwnikowi na nasze MOŻLIWOŚCI oporu, ale nie WOLĘ. Taką wolę może demonstrować obecność okrętu wojennego reprezentującego sobą realną siłę bojową. Zakładając imperatyw widoczności groźby ze strony państwa ościennego i pirackich działań podwodnych maskujących obecność państwa, głównie na obszarze Bałtyku południowego, potrzebujemy dwóch rodzajów kombinacji platform i zdolności:

  • okrętów nawodnych o odpowiedniej dzielności morskiej i autonomiczności ze zdolnościami zwalczania celów nawodnych i lokalną obroną przeciwlotniczą/przeciwrakietową. Praktycznie mówimy o korwetach lub fregatach.
  • platformy nawodne lub podwodne ze zdolnością do zwalczania zagrożeń podwodnych jak autonomiczne pojazdy podwodne, miniaturowe okręty podwodne, miny czy płetwonurkowie
Z jakiegoś powodu Rosja utrzymuje na Bałtyku duże okręty nawodne. Foto www.russia-insider.com

Z jakiegoś powodu Rosja utrzymuje na Bałtyku duże okręty nawodne. Foto www.russia-insider.com

Takie konkluzje są w całkowitej opozycji do wniosków ze wspomnianego raportu NCSS, Geografia wojskowa Bałtyku, gdzie zdecydowanie preferuje się okręty podwodne kosztem okrętów nawodnych za wyjątkiem okrętów walki minowej. Raport nie wyjaśnia w pełni po co nam okręty podwodne, wspomina tylko o przyjęciu „dla sił morskich priorytetu związanego z obroną wybrzeża i przerwaniem szlaków morskich” oraz „zdolności do zwalczania okrętów nawodnych i podwodnych przeciwnika za pomocą torped i rakiet, stawiania pól minowych, współpracy z dronami, robotami podwodnymi i nawodnymi”. To podejście ma kilka mankamentów i rodzi pytania. Dopóki nie zadziała paragraf 5-ty, trudno sobie wyobrazić, że nasze okręty podwodne będą zwalczać żeglugę do St. Petersburga, czyli topić statki armatorów jak Maersk czy MSC. Jeśli natomiast paragraf 5-ty zadziała, wówczas Cieśniny Duńskie będą zamknięte automatycznie i zwalczanie żeglugi traci sens. Wyjątkiem są transporty wojska i zaopatrzenia wewnątrz Bałtyku. W sytuacji otwartej wojny, okręty podwodne mogą zwalczać flotę przeciwną, tylko gdzie? Operowanie okrętów podwodnych w ramach obrony wybrzeża będzie trudne zważywszy na głębokość Bałtyku południowego za wyjątkiem Zatoki Gdańskiej. Poza tym strategia A2/AD ma sens dla krajów nie graniczących na lądzie z potencjalnym przeciwnikiem i tam, gdzie obszary morskie dominują w konflikcie, czemu raport NCSS zaprzecza. Natomiast wprowadzenie „zasady trwałych patroli bojowych w okolicach wejścia do Zatoki Fiñskiej oraz w Zatoce Ryskiej” bez wsparcia innych elementów floty i bez posiadania panowania na morzu w tym rejonie jest tylko i wyłącznie oczekiwaniem na wykrycie i zatopienie okrętu podwodnego. To może trwać, ale pojedynek będzie nierówny. Na koniec jeszcze słowo o odstraszającej sile rakiet manewrujących odpalanych z okrętu podwodnego. Według wikipedii S-400 jest w stanie zwalczać jednocześnie 6 celów, czyli mniej więcej całą potencjalną salwę okrętu podwodnego. Za cenę 2.5 mld PLN kupujemy sobie znikomą szansę przedarcia się przez obronę przeciwnika, albo szukamy celu ważnego, ale nie bronionego?

Czy jednak zaproponowana struktura floty będzie w stanie bronić naszych interesów w wypadku samotnej walki na lądzie w obronie terytorium kraju? Być może kluczem do znalezienia odpowiedzi na takie pytanie jest pozytywistyczna praca u podstaw z kolegami z wojsk lądowych, aby dostrzegli korzyści z posiadania dodatkowego pola manewru, jakim jest morze. Milan Vego w książce Naval Strategy and Operations in Narrow Seas oferuje kilka spostrzeżeń godnych uwagi w naszej aktualnej sytuacji polityczno-doktrynalnej:

Zadanie wsparcia flanki armii było wykonywane od czasów starożytnych przez prawie wszystkie floty działające wewnątrz mórz zamkniętych, półzamkniętych lub na wielkich jeziorach czy w ujściach rzek. Gdy tylko współpraca była dobrze zaplanowana i realizowana, wyniki tej współpracy były bardzo korzystne dla całego przebiegu wojny.

Jako jeden z wielu przykładów autor podaje wojnę rosyjsko-turecką w latach 1876-1877. Rosjanie nie posiadali panowania na Morzu Czarnym, co znacznie wydłużyło ich linie zaopatrzeniowe i zaowocowało krwawą bitwą pod Plewną w ich marszu na Konstantynopol. Podobny brak docenienia morskiej drogi zaopatrzenia wzdłuż wybrzeża Bałtyku przez dowództwo niemieckiej armii w czasie II wojny światowej zmusiło Wehrmacht do zaopatrywania wojska z wykorzystaniem słabo rozwiniętej infrastruktury drogowo-kolejowej. Bardziej znanym w kraju przypadkiem jest zaopatrywanie i ewakuacja niemieckich oddziałów z Kurlandii w czasie ostatniej wojny światowej. Zachęcam w tym miejscu do zainteresowania się infrastrukturą logistyczną w naszym kraju a zwłaszcza jej północno-wschodniej części. Mapa kolejowa czy drogowa pokaże jak niedorozwinięta jest nasza infrastruktura w tych rejonach w porównaniu z częścią południowo-zachodnią. Kierunek północ-południe ma się o wiele lepiej niż wschód- zachód. Wracając do Milana Vego, podaje nam menu działań floty we wspieraniu obronnych działań armii w pasie przybrzeżnym:

  • Obrona przed desantem
  • Przeprowadzanie rajdów na tyły przeciwnika
  • Ewakuacja własnych wojsk i cywilów
  • Wsparcie dla obrony baz morskich

Jeśliby dodać do naszej zdefiniowanej floty nawodnej posiadane aktualnie okręty desantowe typu Lublin, to jesteśmy w stanie realizować punkty drugi i trzeci z powyższej listy. Co więcej ich realizacje jest niemożliwa bez okrętów nawodnych. Należałoby ponadto przekonać kolegów z armii do przekształcenia przynajmniej jednego batalionu 7-mej brygady obrony wybrzeża w jednostkę piechoty morskiej, wciąż podległej wojskom lądowym. Taki przypadek występuje np. w armii włoskiej – regimento lagunari „Serenissima”. Rozwinięcia tematu wymaga obrona przed desantem i tu polecam lekturę książki At the Water’s Edge: Defending Against the Modern Amphibious Assault. Podobnie jak obrona przeciwlotnicza, tak i obrona przed desantem może mieć swoją głębokość. Zaczynamy od blokady sił przeciwnika w jego porcie, później atakujemy w trakcie przejścia morzem, bronimy się przed lądowaniem oddziałów na brzegu i w końcu zwalczamy desant wewnątrz naszego terytorium stosując wojnę manewrową. Idąc od końca, marynarka wojenna odgrywa rolę dopiero w obronie na brzegu, kiedy przeciwnik jest szczególnie wrażliwy w fazie transportu oddziałów z okrętów na brzeg. Wojna minowa jest jak najbardziej na miejscu, ale też potrzebujemy platform i środków do zwalczania autonomicznych pojazdów podwodnych przeciwnika, które będą wykorzystywane w neutralizacji naszych zapór minowych. W trakcie przejścia morzem Nadbrzeżny Dywizjon Rakietowy będzie współdziałał z okrętami nawodnymi, natomiast blokada przeciwnika w jego porcie może okazać się zbyt trudna i zależy mocno od losów działań na lądzie. Jeśli front odsunie NDR od baz przeciwnika poza zasięg jego rakiet, pozostaje posiadać przewagę na morzu, co pozostaje wątpliwe w samotnej walce lub wysłać pod bazy przeciwnika okręty podwodne bez osłony ze wspomnianymi wcześniej konsekwencjami.
Obecny plan modernizacji może zostać znacznie zmieniony, co nie jest chyba dobrą drogą na przyszłość. Nie dlatego, że ma tak wielkie zalety, ale dlatego, że jest prawdopodobnie ciężko wypracowanym kompromisem pomiędzy wizją Rzeczpospolitej Morskiej a opcją obrony terytorialnej. Wypracowanie nowego kompromisu będzie niezwykle trudne czasochłonne i chyba nieuchronnie doprowadzi nas do konfrontacji fregaty czy okręty podwodne. Tak więc należy przygotować odpowiedź na pytanie, co możemy zrobić dla marynarki wojennej w ciągu najbliższych czterech lat, zakładając tak zwaną „posuchę”. De facto, w pierwszym roku tego okresu Marynarka Wojenna już została odstawiona na półkę z planowanym budżetem około 250 mln PLN, co najwyraźniej związane jest z płatnościami za rozpoczęte projekty. Krokiem neutralnym, spójnym zarówno z istniejącym planem modernizacji jak i powyższą propozycją wynikającą z zaproponowanego scenariusza jest budowa bliźniaka dla Ślązaka i dozbrojenie obu okrętów w rakiety przeciwokrętowe i przeciwrakietowej samoobrony jako minimum oraz skupienie się na platformach bezzałogowych do zwalczania autonomicznych pojazdów przeciwnika. Jeśli z kolejki po środki finansowe na szybko zmieniające się priorytety bezpieczeństwa Państwa, Marynarka Wojenna nie wypadnie, być może będzie okazja do racjonalnej dyskusji w co warto inwestować, gdyż będzie to silnie zależało od wciąż nieuzgodnionych poglądów na rolę i zadania sił zbrojnych zarówno w obronie granic jak i interesów Państwa.

Oct 112015
 

Marynarka Wojenna RP ponownie staje w punkcie decyzyjnym i to nie tylko ze względu na zbliżające się wielkimi krokami wybory, ale też z powodu kilku doniesień medialnych. Czasem uświadomienie sobie kilku prostych liczb lub dat zmusza do świeżego spojrzenia na sprawę. Aktualna kadencja Sejmu trwa od listopada 2011 roku i zakończy się wyborami w październiku 2015 roku. Plan modernizacji marynarki wojennej opublikowany został w formie prezentacji w marcu 2012 roku. To, co zostało zakontraktowane i podpisane to projekt Kormoran, baterie nadbrzeżne NSM, remont fregaty OHP i dokończenie Ślązaka. Pozostałe główne projekty wymienione w planie pozostają na różnym etapie prac. Nie ujmujmy temu rządowi jego zasług – wiele pracy wykonano i wiele wysiłku włożono, aby marynarka wojenna mogła się odrodzić. Jednak kluczowym pytaniem pozostaje, czy nowy rząd będzie kontynuatorem realizacji planu opracowanego przez politycznego oponenta, czy też wygrają tendencje do wprowadzenia nowych pomysłów. Jeżeli do planu modernizacji wprowadzi się istotne zmiany to będziemy mieli do czynienia z ponurym faktem, że cykl decyzyjny pokrywa się z grubsza z cyklem wyborczym. Niewątpliwie preferowanym rozwiązaniem dylematu jest w krajach demokratycznych uzyskanie ponadpartyjnej zgody co do głównych projektów modernizacyjnych, zwłaszcza tych wieloletnich. Wsłuchując się w wypowiedzi polityków, można mieć co do tego wątpliwości. Alternatywą pozostaje drastyczne usprawnienie procedur MON-u i współpracujących ministerstw i próba zmieszczenia się z podstawowymi decyzjami wewnątrz cyklu wyborczego. Dlatego hasło „bliźniak dla Ślązaka” miało sens – to jeden z niewielu projektów nie wymagających niczego innego jak tylko decyzji.

Powiedzmy, że jesteśmy optymistami i ewentualną nową politykę modernizacyjną armii przyszłego rządu potraktujemy jako nowe otwarcie i szansę na korektę błędów. Niestety, wciąż będziemy wracali do kwestii podstawowej, a mianowicie kształtu naszej floty. W najnowszym numerze MSiO głos ponownie zabiera Andrzej Makowski w artykule „Czy Polsce jest potrzebna marynarka wojenna?”:

Ponad 20-letnia modernizacja Sił Zbrojnych RP (można nawet powiedzieć, że permanentna), mimo niewątpliwych osiągnięć, nadal nie daje odpowiedzi na pytania: czy Polsce potrzebna jest MW, a jeśli tak, to do czego ma służyć i jaki musi być jej potencjał? Nigdy też nie odbyła się wiążąca dyskusja (z wyjątkiem nieformalnych na łamach periodyków i forów internetowych), jaka MW jest nam potrzebna w nowych uwarunkowaniach geopolitycznych (NATO, UE, ONZ). Również jakaś narodowa „wada” charakterologiczna (megalomania?) nie pozwala nam w kolejnych strategiach bezpieczeństwa na proste stwierdzenie faktu, że Wojsko Polskie w całości nie jest zdolne do samodzielnej obrony państwa w razie starcia z „poważnym” przeciwnikiem, stąd podstawowymi środkami realizacji potrzeb bezpieczeństwa państwa pozostają: polityka, dyplomacja i sojusze.

Wygląda na to, że podstawowym zadaniem mediów jak i portali społecznościowych jest szerzenie świadomości prostych faktów zawartych w powyższym cytacie. Fachowcom i politykom pozostaje wciąż do rozwiązania problem jaki kształt floty zrealizuje wspomniane postulaty w najefektywniejszy sposób przy zadanych środkach finansowych. Obawiam się, że zwolennikom Marynarki Wojennej brak jest wiary w pozytywny wynik merytorycznych dyskusji między politykami i wojskowymi. Jako ostatnia deska ratunku pozostaje być może wiara w logikę. Gdzieś w początkach tego blogu użyto analogii do lejka, który eliminuje różne pomysły na drodze do ich realizacji poprzez stosowanie różnych ograniczeń. Zostają tylko te projekty, które przeszły przez sito wszystkich ograniczeń. Taka luźna wersja reductio ad absurdum. Na początek niemiła informacja dla wszystkich zwolenników fregat. Portal DefenseNews dzieli się z nami świeżymi doniesieniami ze Zjednoczonego Królestwa na temat kosztów programu tak zwanej taniej fregaty (przynajmniej w zamiarze), Type 26:

Burton wzmiankował o koszcie 12 mln funtów na projekt 13 fregat (według aktualnych założeń) mających zastąpić starzejące się jednostki ASW Type 23 zaczynając od 2023 roku, gdy HMS Argyll zostanie wycofana ze służby.

Liczba nie jest dokładnym kosztem programu, lecz raczej wskazówką oferującą słuchaczom wyobrażenie na temat wielkości programu w porównaniu z innymi, stwierdził informator z MoD.

Ta liczba została przez Burtona zaokrąglona w górę, a prawdziwy koszt jest według źródła informacji bliższy 11.5 mln funtów.

Fregata za 5 mld PLN nadaje nowe znaczenie słowu "affordable". Fotowww.royalnavy.mod.uk

Fregata za 5 mld PLN nadaje nowe znaczenie słowu “affordable”. Fotowww.royalnavy.mod.uk

To nam daje 5 miliardów PLN za jedną fregatę lub około 10-15 mld PLN za projekt dwóch fregat z kosztami dodatkowych pakietów logistyczno – szkoleniowych. Czyli chyba więcej niż mamy zamiar przeznaczyć na cały plan modernizacyjny marynarki wojennej? W podobnym nastroju utrzymuje nas inna informacja z portalu Defence24 na temat Orki, który to portal cytuje wiceministra obrony, Czesława Mroczka:

Studium wykonalności w tej sprawie, dokumentacja którą tworzymy, odpowie w perspektywie najbliższych miesięcy na pytanie, czy zasadne będzie pozyskanie wspólnie czy rozdzielnie. (…) Norwegowie mocno stąpają po ziemi i mówią że widzą interes we wspólnym działaniu z Polakami. Jeśli kupimy wspólnie np. osiem okrętów to będzie taniej, niż jeśli sami kupią 4-6, bo tyle mają w planie.

Po trzech i pół roku zataczamy koło i wracamy do punktu wyjścia, bo z góry było wiadomo, że koszt programu pozyskania okrętów podwodnych będzie mocno konkurował z inwestycją w okręty nawodne. Cała dyskusja na temat rakiet manewrujących problem tylko zaostrzyła. Dla wszystkich wątpiących proponuję poniżej prostą zabawę w bardzo zgrubne rachunki. Zabawa jest w księgowego bawiącego się klockami. Każdy klocek to „kwant” wydatków na poziomie około miliarda PLN. Projekt modernizacji to jakieś 10-13 mld PLN przy poziomie rocznym inwestycji 0.9 mld, co daje nam około 14 lat realizacji programu. Zakładając czas eksploatacji okrętów dwukrotnie dłuższy, na amortyzację naszej floty mamy 28 lat i podwójną wartość kwoty inwestycji, czyli 20-26 mld PLN. Co za to można kupić? Najpierw wymieńmy projekty, o których się wspomina i przypiszmy im z grubsza liczbę „kwantów” inwestycyjnych na realizację potrzeb:

  • rozpoznanie i C2 (1)
  • baterie nadbrzeżne NSM i przeciwlotnicze (2)
  • lotnictwo ASW (1)
  • zwalczanie min i okręty MCM (1.5)
  • przerzut wojska (1)
  • okręty wsparcia logistycznego (0.5)
  • okręty nawodne (?)
  • okręty podwodne (?)

Po podsumowaniu zainwestowaliśmy 7 mld PLN co pozostawia 3 mld w perspektywie 10 lat lub 13-19 w perspektywie 20 lat zaczynając po 2022-2025 roku. Czyli w najbliższym dziesięcioleciu okręty nawodne konkurują o środki z okrętami podwodnymi bo po zaangażowaniu pieniędzy w już uruchomione projekty, stać nas na 2-3 korwety plus być może 1-2 okręty patrolowe lub 2 okręty podwodne. Zamiast, nie razem. I to pod warunkiem, że rezygnujemy z okrętów wsparcia i przerzutu wojska. Nie dziwmy się zatem, że projekt Orka potrzebujący około 6-9 mld PLN będzie odkładany „na potem”, czyli po 2022 roku. Nie dlatego, że okręty nawodne mają wyższy priorytet, ale dlatego, że są one podzielne na mniejsze kwoty łatwiejsze do zarządzania (pamiętajmy – jesteśmy w roli księgowego) i o wiele bardziej prawdopodobna jest ich budowa w Polsce.

To nas prowadzi prostą drogą do trzeciej informacji medialnej ostatnich dni, czyli ataku okrętów Federacji Rosyjskiej na obiekty w Syrii. Smaczek tkwi w klasie okrętów odpalających rakiety manewrujące dalekiego zasięgu. Dwadzieścia sześć pocisków zostało wystrzelonych z czterech korwet Floty Kaspijskiej. Taka operacja jest ewidentnie pokazem siły dla celów dyplomatycznych i jest możliwa tylko w warunkach poczucia całkowitej bezkarności. Każdy z użytych do operacji okrętów jest wyposażony w ośmioprowadnicową wyrzutnię pionowego startu, które dla celów operacji były załadowane rakietami manewrującymi dalekiego zasięgu. To znaczy, że dla celów defensywnych pozostały artyleryjskie systemy samoobrony. Jeśli atak miałby jakiekolwiek istotne znaczenie dla strony atakowanej, należałoby się spodziewać przeciwdziałania. Albo zespół okrętów pozostaje poza zasięgiem przeciwnika, albo operacja odbywa się w czasie „pokoju” albo okręty mają silną osłonę czy eskortę. Przekładając na nasze warunki, przypadek pierwszy nie wchodzi w grę przy potencjalnie rozważanych konfliktach, drugi jest mocno teoretyczny a trzeci nie ma sensu, bo jeśli eskorta ma dać skuteczną ochronę to będziemy mieli do czynienia z fregatami i niszczycielami zdolnymi do samodzielnej operacji tego typu, na które to okręty mamy małe szanse o czym była już mowa.

Pozostaje jednak pytanie jaki optymalny zestaw uzbrojenia powinna nosić nasza korweta i do jakiego stopnia istnieje możliwość oddziaływania tej klasy okrętów na cele lądowe. Istnieje pokusa, aby do już długiej listy zdolności bojowych oczekiwanych od niewielkiego, bądź co bądź okrętu, dołożymy jeszcze wymóg przenoszenia rakiet dalekiego zasięgu. W przypadku Rosji, wykorzystano naturalną elastyczność wyrzutni pionowego startu do wystrzeliwania szerokiej gamy amunicji. Taka elastyczność zaczyna mieć jednak sens od pewnej minimalnej liczby wyrzutni, powiedzmy 16-stu. Jeden moduł z 8-ma wyrzutniami nie oferuje nawet minimum elastyczności jak pokazuje nam powyższy przykład. Dlatego do takich pomysłów należałoby podejść z najwyższą ostrożnością. Wracając do prostej wyliczanki, mając do dyspozycji „wolne” 3-5 mld PLN w najbliższym 10-leciu i pozostając pod presją czasu najbardziej optymalna wydaje się być kontynuacja MEKO A-100 w dozbrojonej wersji i zainicjowanie budowy okrętu transportowego dla w pełni wyposażonej wzmocnionej kompanii wojska. Okręty patrolowe nie zyskają chyba wystarczającego poparcia dopóki nie będą miały łatwej możliwości dozbrojenia, co z góry zakłada kontynuację projektu korwety w dwóch standardach wyposażenia, kosztem cech charakterystycznych dla typowego OPV.

Niekoniecznie w wersji desantowej, produkt Damen może przetransportować 200 żołnierzy z uzbrojeniem. Foto www.products.damen.com

Niekoniecznie w wersji desantowej, produkt Damen może przetransportować 200 żołnierzy z uzbrojeniem. Foto www.products.damen.com

W realnym życiu istnieje duża różnica pomiędzy tym co być powinno lub nie, a tym co istnieje lub nie. Narzucenie silnych ograniczeń logicznych na proces decyzyjny ma chyba większe szanse na powodzenie niż poleganie na zgodzie ponadpartyjnej, chociaż ogranicza w sposób naturalny wielkość projektów możliwych do realizacji w czasie jednego cyklu wyborczego. Niemniej istnieje definicja wolności mówiąca, że wolność jest świadomością własnych ograniczeń. Pozostaje pracować nad naszym wspólnym zrozumieniem ograniczeń, którym podlegamy.

Oct 192014
 

W tytułowym, otwartym pytaniu pobrzmiewa delikatnie nutka wątpliwości. Niepokój ma jednak swoje uzasadnienie w niezwykle wysokich planowanych kosztach i niejasnej sytuacji do czego i w jaki sposób te okręty miałyby być wykorzystane. Jest to więc pytanie o tak zwany CONOPS (Concept of Operations), na co nie tak łatwo znaleźć odpowiedź. Problem tkwi po części w tym, że ci którzy mają na ten temat wiedzę, rzadko się wypowiadają, a ci którzy takiej wiedzy nie posiadają, nie wychodzą publicznie poza koncept odstraszania, czyli przenoszenia przez okręty podwodne rakiet manewrujących dalekiego zasięgu. Tym cenniejsza staje się lektura czwartego numeru Przeglądu Sił Zbrojnych, zawierającego szereg artykułów dotyczących Marynarki Wojennej. Autorzy tych tekstów są oficerami marynarki i ich poglądy warto skonfrontować z obowiązującą wykładnią BBN-u odnośnie strategii bezpieczeństwa narodowego. Ta mówi o obronie żywotnych interesów Polski, wśród których obrona niezawisłości Państwa i jego integralności terytorialnej są najważniejsze. Na pierwszy rzut oka, okręt podwodny wpisuje się dobrze w taki scenariusz, zwłaszcza ubrany w szaty doktryny odmowy dostępu. Z drugiej strony, uznając realia geopolityczne, doktryna BBN-u kładzie nacisk na zagrożenia wynikające z konfliktów hybrydowych i „podprogowych”, a więc działań przeciwnika nie wywołujących automatycznej reakcji sojuszników. Co więc możemy się dowiedzieć na temat koncepcji operacyjnego użycia okrętów podwodnych z lektury Przeglądu Sił Zbrojnych i jak to wygląda w świetle konfliktów o ograniczonej skali?

Czysta ciekawość każe przeczytać w pierwszej kolejności artykuł Jednostki podwodne na Bałtyku, autorstwa dwóch podwodniaków, kmdr ppor. Tomasz Witkiewicza i kmdr ppor. Tomasz Sołkiewicza. Na wstępie sami zauważają, że podstawowy obszar działania nie jest optymalny:

Z analizy danych (…) wynika, że Bałtyk nie jest idealnym rejonem do działania okrętów podwodnych. Charakteryzuje go raczej mała głębokość z wyłączeniem niektórych obszarów, takich jak Rynna Słupska (głębokość powyżej 90 m) czy Głębia Gdańska (głębokość dochodzi do 120 m). Ponad 50% powierzchni morza to wody, których głębokość nie przekracza 50 m.

Tekst jest wzbogacony ładnymi ilustracjami, wśród nich mapą Bałtyku z zaznaczeniem wód o głębokości powyżej 50m, co jest istotne ze względu na fakt, że według autorów, bezpieczne manewrowanie okrętem podwodnym wymaga głębokości minimalnej 40-50m. Rzut oka na mapę skłania do refleksji, że podstawowym obszarem działań mogą być wody Zatoki Gdańskiej, co nierozerwalnie będzie związane z aktywnością skupioną wokół głównych baz i portów Polski i Rosji oraz główne szlaki żeglugowe odsunięte od polskich wód przybrzeżnych. To sugeruje niecelowość użycia okrętów podwodnych do zwalczania desantu przeciwnika na naszym wybrzeżu. I rzeczywiście, w analizie prowadzenia działań autorzy skupiają się na zwalczaniu żeglugi, zwłaszcza w pobliżu portów, uznając że korzyści mogą być niewspółmiernie większe od ryzyka oraz na zabezpieczeniu działań wojsk specjalnych. Niewątpliwie okręty podwodne, historycznie są najpotężniejszą bronią do prowadzenia guerre de course, ale jednocześnie ta sama historia wskazuje na dwie rzeczy. Wojna handlowa, aby miała jakikolwiek efekt strategiczny, jest długotrwała. Ale czy to jest możliwe w przypadku wojny hybrydowej? W końcu okręt podwodny służy do skrytego zatapiania statków i okrętów, a nie ich zatrzymywania lub rewidowania. Jak długo można bezkarnie topić statki przeciwnika w sytuacji niewypowiedzianej wojny? Dopuszczalny jest pewnie incydent jak zatopienie południowokoreańskiej korwety, lecz jest to działanie jednorazowe a nie regularna wojna ekonomiczna na liniach żeglugowych. Z drugiej strony, rozpatrując mało prawdopodobny (według obowiązującej doktryny BBN) przypadek otwartej wojny z Rosją, skuteczne działania na liniach żeglugowych wymagają posiadania przewagi na morzu. Tak przynajmniej twierdził Sir Julian Corbett. Co więc jeszcze pozostaje w menu? W artykule Perspektywy rozwoju marynarki wojennej, kmdr. rez. Krzysztof Marciniak okrętom podwodnym poświęca niewiele miejsca, zauważając, że:

Załoga Orki będzie w stanie prowadzić rozpoznanie, stawiać miny i transportować grupy specjalne w rejon ich działania.

Takie zadania o wiele lepiej wpisują się w wizję doktryny BBN-u, tylko czy do ich realizacji potrzebujemy okrętów podwodnych za 2.5 mld PLN sztuka? Być może realizacja tych zadań możliwa jest z wykorzystaniem mniejszych okrętów podwodnych lub wręcz bez nich? Na koniec dochodzimy do drażliwego punktu, czyli przenoszenia rakiet manewrujących. W zupełnym oderwaniu od podwodnej tematyki, portal Defence24 zamieścił niedawno informację o tym, że 1/3 polskiego terytorium znajduje się w zasięgu zintegrowanego systemu obrony przeciwlotniczej Rosji. Komentując ten fakt i powołując się na wypowiedź gen. Breedlove, portal wyraża opinię:

Oznacza to, że w wypadku prowadzenia kolektywnej operacji obronnej konieczne może się okazać przełamywanie elementów systemu obrony powietrznej potencjalnego przeciwnika.

Naturalną koleją rzeczy, taki system obrony przeciwlotniczej stanie się podstawowym celem wszelkich środków będących w dyspozycji sił zbrojnych. Rakiety odpalane skrycie z okrętu podwodnego są atrakcyjne z tego punktu widzenia. O ile jednak okręty podwodne oferują skrytość działania, o tyle ich minusem jest utrudniona łączność i mała siła ognia w sensie liczebności salwy. Jeżeli założymy, że system klasy S-400 ma możliwość zwalczania sześciu celów jednocześnie, w tym rakiet manewrujących i że jego unieszkodliwienie wymaga zniszczenia co najmniej radaru i/lub stanowiska dowodzenia, to wymagana jest salwa około ośmiu rakiet. Czyli minimum dwóch okrętów odpalających salwy jednocześnie lub przeładowanie wyrzutni i salwę sekwencyjną, co ułatwia obronę. Zaczyna się zabawa w taktykę. Opuścić sprintem obszar odpalenia rakiet by uniknąć reakcji sił ZOP, czy też pozostać w rejonie poruszając się z małą prędkością? Zależy od oceny sił ZOP i przyjęcia za pewnik lub nie wykrycie okrętu przez przeciwnika. Jeśli przyjmiemy fakt wykrycia za pewnik, sprint już nie przeszkadza, jeśli jednak przeciwnik nie wykrył miejsca odpalenia, sprint daje mu dodatkową szansę na zlokalizowanie okrętu.

Ciekawy, acz kontrowersyjny komentarz na temat użycia Tomahawków znajdujemy w komentarzu autorstwa Johna T. Kuehn’a TLAMS and ISIS: Insane and cynical ways to blow things up:

Mój przyjaciel, który niech pozostanie anonimowy, określa TLAM jako: „XX- wieczny odpowiednik noty dyplomatycznej, mający przekazać niezadowolenie nie czyniąc w rzeczywistości nic”.

Tekst odnosi się do sytuacji przewagi Stanów Zjednoczonych nad przeciwnikiem. Trudno sobie wyobrazić, aby taka „nota dyplomatyczna” wywarła jakikolwiek pozytywny efekt na militarnym mocarstwie, jakim jest Rosja, poza ewidentną prowokacją. Powtórzę w tym miejscu wielokrotnie powtarzane zdanie, że odstraszanie jest zjawiskiem psychologicznym mającym swe źródło w przekonaniu przeciwnika o nieuchronności konsekwencji. Jeśli więc rakiety manewrujące odpalane spod wody nie są dobrym środkiem odstraszającym i zbyt nielicznym do efektywnej degradacji obrony przeciwlotniczej, to czy inwestycje w nie są rozsądne? Zwłaszcza, że wielu komentatorów podkreślając niewielki relatywny koszt samych rakiet, pomija inwestycje niezbędne w systemy do zdobywania informacji o celach (zwłaszcza mobilnych) i łączności z okrętami podwodnymi.

W ten sposób dochodzimy do całkiem zasadniczego pytania czy wydawać horrendalne kwoty na okręty podwodne, czy nie? Najbardziej spójną strategią zgodną z teorią wojny podprogowej i hybrydowej jest inwestycja w podwodne pojazdy dla sił specjalnych. Zwłaszcza, że te ostatnie i tak mają priorytet oraz uprzywilejowany status “polskich kłów”. Te jednak nie odpalą żadnej torpedy, chociaż stanowią zagrożenia dla baz przeciwnika i statków w portach, jak pokazują sukcesy włoskich płetwonurków z II wojny światowej.

Takie maleństwo jak prototyp General Atomic dla sił specjalnych, również może być wyposażone w baterie litowo-jonowe

Takie maleństwo jak prototyp General Atomic dla sił specjalnych, również może być wyposażone w baterie litowo-jonowe

Wówczas pozostaje rozważenie tańszej alternatywy mniejszych okrętów podwodnych. Takie okręty nie mają AIP i w konsekwencji dysponują znacznie mniejszym zasięgiem i czasem pozostawania w zanurzeniu. Jeśli jednak, zgodnie z tym co zostało wcześniej powiedziane, podstawowym zadaniem miałoby być rozpoznanie, skryte stawianie min, współpraca z siłami specjalnymi bądź rajdy przeciwko jasno sprecyzowanym celom to wymóg długotrwałego pozostania w zanurzeniu czy zasięgu pozostanie dyskusyjny. Przyczynkiem do pewnych spekulacji może być rozwój technologiczny i decyzja Japonii o wyposażeniu reszty okrętów klasy Soryu w baterie litowo-jonowe zamiast AIP. Reporter Defense News podaje kilka ciekawych argumentów i faktów związanych z tą decyzją. Po pierwsze, nowe baterie zastąpią dotychczasowe a nie uzupełnią je jako zastępstwo dla AIP, co najwyraźniej próbuje oferować DCNS w przypadku Scorpene. Ciekawy jest argumant uzasadniający taką decyzję:

Przyjmując, że okręty podwodne są szpicą sił zbrojnych Japonii … prędkość i zasięg są fundamentalne dla działań okrętów podwodnych, a napęd oferujący zwiększone parametry w tych obszarach jest szczególnie atrakcyjny dla japońskiej marynarki.

Wracając na Bałtyk można postawić tezę, że za wyjątkiem działań na liniach żeglugowych, dopóki okręty działają z Gdyni, nie potrzebują zasięgu, a jeśli działają ze Świnoujścia potrzebują szybkości, której nie daje AIP. Skąd więc nacisk na AIP? Dążenie do zbudowania zrównoważonej floty maksymalizującej zdolności bojowe może się zderzyć z założeniami doktryny bezpieczeństwa narodowego tak samo jak z budżetem, który prawdopodobnie preferuje inne priorytety. Nie jest również oczywiste dlaczego w przypadku sił nawodnych zostały narzucone pewne ograniczenia i korwety to wszystko, na co mogą liczyć marynarze, podczas gdy w przypadku sił podwodnych dopuszcza się możliwość zakupu jednostek o najwyższych parametrach w swojej kategorii.

Sep 062014
 

Nikt nie odwołał planu modernizacji Marynarki Wojennej ani nie ogłosił istotnych zmian, jednak trudno nie odnieść wrażenia, że budżet przeznaczony na realizację planu staje się powoli buforem finansowym dla realizacji innych celów. Brak nowych wieści tylko potęguje to wrażenie. Jeśli się mylę, w co chciałbym wierzyć, to oczekiwałbym jakiś jasnych komunikatów ze strony Ministerstwa Obrony Narodowej. Wierzę jednak, że Marynarka nie zostanie pozostawiona całkowicie na łaskę losu i MON podejmie działania kierując się trzema zasadami:

 

  • elastycznego wyboru realizowanych projektów
  • nie wychodzenia zbyt daleko poza ramy oficjalnego planu
  • minimalizując niezbędne nakłady finansowe.

Zmiany będą prawdopodobnie ułatwione, gdyż wkrótce należy się spodziewać rekonstrukcji rządu, a przyszły rok to rok wyborczy. Nowym politykom łatwiej przeforsować nowe idee, mając pewien kredyt zaufania na początek. Jest to kontynuacja toku myślenia z poprzedniego wpisu, który zyskał wsparcie po przeczytaniu w Dzienniku Zbrojnym zgrabnego podsumowania założeń finansowania modernizacji Sił Zbrojnych na lata 2014-2016. Wnioski jakie się nasuwają, wymagają nowego rozdania i propozycji jak i w co inwestować w przypadku programu „zwalczania zagrożeń ze strony morza”.

MW to najwyższa kwota i najniższy priorytet

MW to najwyższa kwota i najniższy priorytet

Powyższa tabela jest podobna do zamieszczonej we wspomnianym artykule, lecz sortuje inwestycje według wartości, od największej do najmniejszej. Czcionka pogrubiona wskazuje na projekty, które wydają się być pewne ze względu na fakt już podpisanej umowy lub też biorąc pod uwagę wysoki priorytet na liście MON-u i BBN-u. Przeglądając tabelę, przychodzi na myśl dość popularna przypowiastka o jak najlepszym wypełnieniu naczynia kamykami. Najpierw wrzuca się duże kamienie. W pozostałą przestrzeń stara się wcisnąć mniejsze kamyki, a resztę wypełnia się piaskiem. Niech naczynie będzie budżetem a kamyki i piasek projektami o różnej wartości i postąpmy tak jak nam mówi przypowieść. W tabeli są podane maksymalne wartości, które ministerstwo może wydatkować na projekt. Ich suma jest jednak większa od ogólnego limitu budżetowego na dany rok. Dla 2015-go nadwyżka wynosi dwa miliardy PLN. Gdzie znaleźć rezerwy? Na czele listy z największą wartością lecz najniższym priorytetem jest Marynarka Wojenna. Gdybyśmy zrezygnowali z realizacji wszelkich projektów nie oznaczonych jako pewne lub priorytetowe, to i tak musielibyśmy obciąć wydatki na marynarkę o 0.5 miliarda PLN, co nie pozwala na uruchomienia żadnego z głównych projektów jak okręty podwodne czy Miecznik. W 2016 jest znacznie gorzej. Przy zastosowaniu tej samej metody budżet floty się praktycznie zeruje. Nie przewiduję tak czarnego scenariusza ale podejrzewam istnienie silnych ograniczeń na wydatkowanie pieniędzy w tej dziedzinie. Teoretycznie można projekty odsunąć w przyszłość, co dotychczas było metodą preferowaną, ale w kolejce czeka projekt śmigłowców szturmowych Kruk, czy też rozbudowa infrastruktury pod „wzmocnienie wschodniej flanki NATO”. Minister Siemoniak po powrocie ze szczytu NATO, wyraża swoje zadowolenie, mówiąc:

Polska delegacja zabiegała o podniesienie znaczenia Wielonarodowego Korpusu Północ-Wschód, który znajduje się w Szczecinie. – Chcielibyśmy, aby korpus i jego dowództwo było organizatorem obrony na wschodniej flance NATO. To by oznaczało, że będzie dowodzić siłami większymi od szpicy – mówił minister Siemoniak. – Przedsięwzięcie jest trudne i kosztowne, ale jesteśmy na to przygotowani.

Pojawiają się więc nowe priorytety i uczciwie mówiąc bardzo istotne i całkiem uzasadnione. Razem wzięte, powyższe fakty skłaniają do przemyślenia swoistego resetu planu modernizacji Marynarki Wojennej. Groźną alternatywą pozostanie bujanie w obłokach i snucie snów o potędze. Co więc można lub trzeba zrobić? Nieodmiennie powraca pytanie o jaką marynarkę wojenną się staramy? Podobne pytanie zadaje sobie Prof. James Holmes na łamach National Interest. Jak wyglądałaby US Navy, gdyby ją stworzyć od podstaw dzisiaj, wobec aktualnych zagrożeń? Autor sięga do teorii Juliana Corbetta mówiąc, że „bitwa jest tylko środkiem w wojnie na morzu a nie celem samym w sobie” i podkreśla rolę lekkich sił nawodnych broniąc ich roli mimo uwagi skupiającej się na trzonie floty – „battle fleet” mającej za zadanie zmieść flotę przeciwnika z powierzchni morza. Proponuje okręty podwodne ograniczające ruchy floty przeciwnika oraz wachlarz lekkich okrętów nawodnych operujących w czasie pokoju lub kryzysu. Im poziom zagrożenia wyższy, tym mniejsze jednostki nawodne są preferowane. Symptomatyczne, że najsilniejsza flota świata nie czuję się już niezwyciężona . Szwedzką odpowiedzią było być niewidzialnym, a propozycja niewielkich okrętów nawodnych sugeruje opcję floty-roju. Stwierdzenie profesora – „potęga morska nie sprowadza się już tylko do floty” prowadzi nas do przyjętej doktryny odmowy dostępu. Tylko, że w naszym przypadku przyjęcie założenia Bałtyk Plus nie oznacza automatycznie strategii A2/AD. Sam Tangredi na łamach tegoż samego periodyku National Interest, wyjaśnia co stanowi wyróżnik doktryny odmowy dostępu:

wyjątkowość podejścia w doktrynie odmowy dostępu polega na tym, że jest specjalnie zaprojektowana tak, aby zablokować dostęp zewnętrznej potędze globalnej spoza regionu, której obrońcy nie są w stanie w innym przypadku pokonać.

Kluczowe słowa to te o sile spoza regionu a nie sąsiedzie z dostępem do morza. Czy można więc zaproponować doktrynę zgodną z poglądami Prezydenta na temat obrony terytorialnej Bałtyk Plus, ale różniącej się od teorii odmowy dostępu i akceptowalną dla rządu? Z pomocą znów przychodzi Julian Corbett, który oferuje dość sporo opcji dla strony uznającej przewagę przeciwnika. Możliwym rozwiązaniem jest skupić się na zapewnieniu czasowej i lokalnej przewagi na morzu w celu uzyskania „prawa przejścia morzem” oraz odmowy takiego prawa przeciwnikowi. Będąc stroną słabszą nie możemy, w świetle teorii Juliana Corbetta mówić obronie lub atakowaniu szlaków morskich i żeglugi, ale możemy podważać przewagę przeciwnika i chronić strategiczne pojedyncze transporty morskie, bądź militarne bądź handlowe. Aby wyobrazić sobie charakter działań na Bałtyku, warto przywołać analogię do działań na Morzy Śródziemnym lub Czarnym w czasach drugiej wojny światowej, gdzie lotnictwo lądowe odgrywało istotną rolę a każdy transport dostarczony na Maltę czy do Afryki wiązał się ze złożoną operacją połączonych sił zbrojnych z obu stron konfliktu.

W próbie zamiany powyższych tez na konkretny sprzęt nie powinniśmy lekceważyć ostrzeżenia, które James Holmes zawarł w swoim artykule:

Odkryj, co Amerykanie i rząd są gotowi wesprzeć. Potęga morska jest świadomym wyborem politycznym (…)

Tak więc, zataczając koło powracam do naczynia wypełnionego już po części dużymi kamieniami innych projektów niż marynarki wojennej i próbuję dopełnić je małymi kamyczkami oraz piaskiem. Przede wszystkim przyjmuję, że duże kamienie jak okręty podwodne i korwety, zostaną odłożone na nieznaną przyszłość. Przynajmniej w obecnej postaci projektów. Co więc można zrobić?

Obrona własnego prawa do przejścia morzem:

  • Ochrona kluczowych transportów zakłada, że jest co eskortować. Niespodziewanym priorytetem może stać się okręt wsparcia połączonych operacji. Jednak mam na myśli okręt transportowy, a nie desantowy. Idea szybkiego rajdu, czy wzmocnienia państw Bałtyckich wobec przewagi przeciwnika nie pozwala na długotrwałe wspieranie desantu z morza i pozostawanie w obszarze zagrożenia. Nie wiadomo również jakie śmigłowce miały by służyć do desantu. Głównym użytkownikiem będzie 25 brygada kawalerii powietrznej i przypuszczam, że będzie miała całkiem inne zadania. Dużą operację desantową w ramach NATO na Bałtyku uważam za na tyle mało prawdopodobną, że nie wartą przeznaczania istotnych i skąpych środków na ten cel. Transport brygady poza nasz obszar zainteresowania w obecnej sytuacji przypuszczalnie przegra z priorytetami jak obrona przeciwlotnicza czy nawet program pancerny. Rozwiązaniem mógłby być szybki prom w zmilitaryzowanej wersji, podobnie jak to uczynili amerykanie.
  • Eskortę dla transportu wojska czy też strategicznych dostaw surowców lub paliw miały zapewnić korwety. Jeśli jednak ich nie będzie to pozostajemy z fregatą po przeglądzie i Ślązakiem. Rozwiązaniem mogłoby być podjęcie budowy zubożonej serii korwet bez uzbrojenia ofensywnego i uzbrojeniem przeciwlotniczym ograniczonym do krótkiego zasięgu. Taki okręt ma szansę na modernizację w przyszłości i rozbicie finansowo projektu na etapy. Jeśli w grę nie wchodzi rozpoczęcie serii trzech okrętów, to pozostaje wielokrotnie proponowany na łamach blogu bliźniak dla Ślązaka. W takim wypadku być może miałaby sens modernizacja dwóch systemów Phalanx z fregat do poziomu SeaRAM. Nawet jeśli ekonomicznie nieuzasadnione, to pozwala na minimum samoobrony dla zarówno fregaty i korwety oraz na ich standaryzację.
  • Zainicjowanie programu okrętów patrolowych jako alternatywy do korwet przy założeniu działań wojny hybrydowej. W tym wypadku okręty w drugiej fazie powinny zostać wyposażone w system przeciwlotniczy samoobrony klasy RAM/Mica. Sonar holowany w formie skonteneryzowanej i wymienny pomiędzy jednostkami byłby również cennym uzupełnieniem. Podobnie jak w poprzednim wypadku, systemy modułowe lub „plug-in” jak RAM pozwalają na rozbicie finansowe projektu na etapy. Małe kamyki są wówczas uzupełniane piaskiem.
  • Wspomniane już w poprzednim wpisie samoloty patrolowe i ASW z prawdziwego zdarzenia.
  • Przyśpieszenie prac nad modułem przeciwminowym przewidzianym dla Czapli i zmodyfikowanie go w takim stopniu, aby był możliwy do przenoszenia przez dowolną platformę, włączając statki cywilne.

Odmowa prawa przejścia morzem dla przeciwnika (łącznie z próbą blokady):

  • Głównym problemem pozostaje groźba zaniku naturalnego sił podwodnych wraz z kompetencjami marynarzy i całej wspierającej infrastruktury. Jedyną alternatywą wydaje się być leasing jednej jednostki od zaprzyjaźnionej floty NATO, co księgowo usuwa środki finansowe z rubryki „inwestycje”. Próba była już podejmowana a nasza wiarygodność podważona, jeśli wierzyć wspomnieniom osoby będącej blisko wydarzeń.
  • Miniaturowe okręty czy raczej pojazdy podwodne dla sił specjalnych. Biorąc pod uwagę sukcesy włoskich płetwonurków w czasach II wojny światowej na Morzu Śródziemnym, wydaje się to być bardzo ekonomicznym środkiem powstrzymywania i odstraszania.
Hybrydowe i asymetryczne. Specjalsi pod wod, czyli dwa w jednym

Hybrydowe i asymetryczne. Specjalsi pod wod, czyli dwa w jednym

  • Rozwój systemów bezzałogowych, zarówno nawodnych jak i podwodnych. Rozpoznanie, walka z minami czy patrolowanie to nie jest już w dzisiejszych czasach fantazja. Systemy są powoli wprowadzane do służby lub przechodzą intensywne testy. Ryzyko inwestowanie w niesprawdzone technologie jest w tym wypadku mniejsze od ryzyka niewykorzystania szansy. Jest to coś, z czym krajowy przemysł i zaplecze badawcze powinno sobie dać radę. Jest to również szansa na częściowe rozwiązanie odwiecznego dylematu ilość versus jakość. Strata bezzałogowca w wyniku działań wojennych to nie koniec floty. Uzupełnienie strat jest relatywnie proste i przede wszystkim w ogóle możliwe. Media pokazują interesujące prototypy czy prace badawcze, ale brakuje im chyba jasnego ukierunkowania, które może nadać tylko użytkownik i przynajmniej ogólna specyfikacja mówiąca jak chcemy dany pojazd wykorzystywać.
  • Powrót do idei Fast Attack Craft w wersji lżejszej i uproszczonej. W dalszym ciągu fascynuje mnie idea wykorzystania małego SWATH jak Skrunda w podwójnej roli okrętu załogowego i autonomicznego bezzałogowca. Coś na wzór SW-4/Solo. Niektóre zadania lub w czasie pokoju byłyby wykonywane z załogą na pokładzie, podczas podczas wzrostu zagrożenia lub wojny w trybie autonomicznym. Wiadomo, że Skrunda ma możliwość zabierania 6 tonowego kontenera, co wyznacza granicę ładunku użytecznego. Cztery lekkie pociski klasy Penguin lub Marte o zasięgu 30-50km wymagają prostego modułu planowania misji oraz, być może jednej konsoli C2 z łączem Link11/16. Radar nawigacyjny plus ESM.

Marte

Niektóre z powyższych pomysłów były już komentowane na tym blogu, jeżeli jednak grozi nam tytułowy „reset” to będziemy zmuszeni do powrotu do dyskusji o podstawach i sensie istnienia Marynarki Wojennej.

Aug 122014
 

W realizacji programu modernizacji Marynarki Wojennej mamy dość interesującą sytuację. MON bowiem zaprasza firmy do dialogów technicznych i zapytuje o informacje potencjalnych dostawców, brak jest jednak decyzji o realizacji poszczególnych projektów. Na stronie ministerstwa pojawia się przy najważniejszych programach zdanie „SW i WZTT w trakcie uzgodnień wewnątrz MON”. Być może jest to kwestia złożoności problemów i skomplikowanej procedury, a być może po prostu inercja. W międzyczasie na stronach Inspektoratu Uzbrojenia pojawiły się ogłoszenia o „zamiarze przeprowadzenia dialogu technicznego” na okręty zaopatrzeniowe dla floty jak i o „rozpoczęciu realizacji fazy analityczno-koncepcyjnej dotyczącej zdolności do kompleksowego rozpoznania z powietrza oraz zwalczania okrętów podwodnych”.

Wkrada się nutka niepokoju. Jeśli procedury są tak skomplikowane, to dlaczego skąpe zasoby specjalistów rzuca się na nowe tematy zamiast dopiąć już rozpoznane i kluczowe projekty? Być może odpowiedź jest inna – MON zbiera informacje o wszelkich opcjach trzymając je do końca otwarte. Niewątpliwie są to tylko spekulacje autora, ale wobec braku nowych informacji z Ministerstwa, dają jakieś wytłumaczenie. Jednak jeśli tak jest to konsekwencje nie są wesołe, bowiem urzędnicy państwowi stoją prawdopodobnie przed trudnymi decyzjami. Podobnie jak autor na tym blogu tak i Defence24 podnosił już dawno kwestię potencjalnej kumulacji wydatków modernizacyjnych poza granicę realności.

W takiej sytuacji mamy kilka możliwych strategii postępowania. Jedna to trwać przy pierwotnych założeniach wierząc, że środki jednak się znajdą. To może być trudne, bo poza planem pojawiają się nowe propozycje. Druga możliwość polega drastycznej decyzji sprowadzającej się do alternatywy albo okręty podwodne albo okręty nawodne. Wynika to z sum jakie trzeba przeznaczyć na te dwie największe pozycje budżetowe. Jest też trzecia droga, która sprowadza się do przesuwania w czasie kluczowych decyzji a w międzyczasie realizacja przedsięwzięć na mniejszą skalę, dających jednak efekt synergii z wyposażeniem i uzbrojeniem już w trakcie realizacji. Przykładowo pomysł na Maritime Patrol Aircraft (MPA), a tak chyba należy odczytywać ostatnie ogłoszenie Inspektoratu Uzbrojenia byłby idealnym uzupełnieniem śmigłowców ZOP. Głównym sensorem tych ostatnich będzie sonar zanurzany, ale wobec ograniczonego czasu przebywania w powietrzu helikopter powinien mieć już wcześniej informację o potencjalnym obszarze przebywania okrętu podwodnego. Najnowsze boje Multistatic Active Coherent (MAC) jak SSQ-125 dają na to szansę, ale wymagają wyższego pułapu w celu monitorowania większego obszaru, na którym pole sonoboi się znajduje. To implikuje samolot raczej, nie helikopter.

Ten sam samolot MPA może być cennym źródłem danych dla NDR-u. Przy relatywnie niewielkim koszcie uzyskujemy efekt znacznie większy niż by to wynikało z zainwestowanych sum.

Ciekawe będzie porównanie pierwotnego, powyższego rysunku z ostatecznym rezultatem.

Ciekawe będzie porównanie pierwotnego, powyższego rysunku z ostatecznym rezultatem.

Idąc dalej tym tropem można dojść do wniosku, że skoro godzimy się na operowanie bezbronnego MPA w przestrzeni nad Zatoką Gdańską, to unikając sprzeczności logicznej, powinniśmy „dać szansę” na przeżycie okrętom nawodnym. Innymi słowy jeżeli zdecydujemy się na ograniczony poziom zagrożenia, to opcja budowy okrętów nawodnych staje się atrakcyjniejsza. Istnieje po temu kilka powodów. Wszyscy bacznie obserwujemy rozwój konfliktu na Ukrainie. Jak na razie raczej potwierdza on tezy gen. Koziej o działaniach „podprogowych” i potrzebie zdolności „anty zaskoczeniowych”. W rzeczy samej marynarka w konflikcie Krymskim nie odegrała żadnej innej roli poza „Fleet-in-being”. Budowa okrętów nawodnych jest równiej łatwiejsza do kontrolowania wydatków i bardziej realna dla krajowego przemysłu stoczniowego. Modułowość, jak MEKO na Ślązaku, stanowi wciąż niewykorzystany potencjał do podzielenia projektu na bardziej strawne dla budżetu kawałki bez utraty możliwości modernizacyjnych. Z drugiej strony dla polityków bardziej atrakcyjna wydaje się być opcja okrętów podwodnych. To rozwiązanie, zwłaszcza w połączeniu z tak zwaną opcją odstraszania, byłoby dla programu modernizacji marynarki wojennej destabilizujące. Nie tylko dlatego, że może podnieść koszt samego okrętu podwodnego, który już jest niebotyczny, to jeszcze de facto wymagać będzie całego zaplecza rozpoznania strategicznego z satelitami i łącznością, co opróżni kasę do dna. W konsekwencji siły nawodne pozostaną na długo z jedną fregatą OHP, OPV Ślązak, trzema Kormoranami i trójką Orkanów.

Tak więc niewykluczone, że cisza medialna wynika nie tyle z mrówczej pracy urzędników, co niełatwych do podjęcia decyzji i trzymaniu do końca otwartych opcji. Osobiście nie miał bym nic przeciwko metodzie małych kroków budujących synergię, byle by były widoczne zarówno dla nas jak i dla rywali. To też jest odstraszanie.

Jun 232014
 

W dość ubogiej publicznej dyskusji na temat struktury marynarki wojennej dominuje przekonanie o małych szansach na przeżycie okrętów nawodnych w przypadku konfliktu na Bałtyku w przeciwieństwie do okrętów podwodnych. Prowadzi to czasem do zaskakujących i raczej groźnych dla istnienia marynarki wojennej konkluzji. Przykładem jest warty przeczytania i moim zdaniem, dyskusyjny artykuł Krzysztofa Kubiaka Militarna funkcja Marynarki Wojennej. Sporą wartością tekstu jest próba zdefiniowania „raison d’etre” naszej floty w kategoriach trójkąta funkcji – dyplomatycznej, policyjnej i militarnej w sytuacji, gdy nasze kontynentalne położenie powoduje, że konflikty są zwykle rozstrzygane w operacjach lądowych. O ile dobrze rozumiem zamysł autora, proponuje on sprowadzić rolę sił nawodnych do funkcji dyplomatycznej bądź policyjnej a okręty podwodne w ramach funkcji militarnej:

należy (…) traktować jako oręż odstraszający i to być może jedyny, który zdoła przetrwać i wykonać zadanie w przypadku uzyskania zaskoczenia strategiczno-operacyjnego przez znacznie silniejszego przeciwnika.

Logiczny wywód prowadzi autora aż do negacji wartości broni podwodnej na poziomie taktycznym i sugestii, iż odstraszanie jest jedynym sensem istnienia tego rodzaju sił morskich. W konsekwencji wzywa do budowy okrętów dużych, z napędem AIP pozwalającym na długotrwałe przebywanie w zanurzeniu i możliwie sporej jednostce ognia. Jeśli jednak spojrzeć z dystansem na powyższe zdanie, to mamy do czynienia z propozycją poświęcenia większości środków budżetowych przeznaczonych na modernizacje marynarki wojennej na budowę okrętów, które nie będą miały dokąd powrócić a ich jedynym sensem istnienia jest odpalenie 4-6 rakiet zanim zostaną wykryte. Przychodzi mi na myśl ostatni rejs Yamato za 7 mld PLN. Będąc na miejscu decydentów, zgodziłbym się z tezą o rozstrzygającej roli działań na lądzie i zainwestował te miliardy w lotnictwo lub brygadę pancerną. To dopiero początek kaskady potencjalnie negatywnych decyzji. Ponieważ funkcja militarna dominuje w myśleniu o flocie, a wydarzenia na Ukrainie tylko ten sposób widzenia spraw podkreślają, to jeżeli okręty podwodne nie maja wartości taktycznej, a funkcja odstraszania jest zbyt nieefektywna, okręty nawodne z kolei bez szans na przeżycie, to czy warto inwestować w coś, co pełnić będzie tylko funkcję dyplomatyczną? Plan modernizacji, a właściwie restytucji Marynarki Wojennej jest drugim co do wartości po obronie przeciwlotniczej i przeciwrakietowej programem zbrojeniowym na najbliższą dekadę. Tylko dla dyplomacji i działań policyjnych?

Aby wyjść z tego niebezpiecznego zaułka, należałoby sięgnąć do podstaw i podjąć dyskusję na ile wyrażane poglądy zarówno co do sił nawodnych jak i okrętów podwodnych są mitem a na ile rzeczywistością. Ponadto, tak jak uczynił to Krzysztof Kubiak, nadać flocie właściwą rangę w realizacji celów politycznych, gospodarczych i militarnych Państwa. Zacznijmy od okrętów nawodnych. W artykule zatytułowanym Single-Purpose Warships for the Littorals, niestrudzony Capt. Wayne Hughes ponownie prezentuje swoje poglądy co do morskich operacji na wodach przybrzeżnych i zwraca uwagę na doświadczenia floty szwedzkiej i izraelskiej, dla których jest to typowe środowisko działania:

Oficerowie szwedzcy wskazywali na wiele możliwości, które uczyli się wykorzystywać dla uzyskania przewagi. Uważali oni własne wody przybrzeżne jako przewagę dla obrony. Zamiast widzieć łodzie rybackie, przybrzeżną żeglugę i inny „przybrzeżny szum” za problem lub przeszkodę, Szwedzi sugerują, że dla celów agresywnej obrony, państwo może aktywnie zwiększać ten „szum” dla zdobycia przewagi.

Nie jest to bynajmniej panaceum na wszelkie bolączki, ale przesuwa punkt ciężkości debaty na temat działań lekkich sił nawodnych z problemu aktywnej obrony i kinetycznego niszczenia środków rażenia na unikanie ich. Niebezpieczeństwo inwestowania w środki aktywnej obrony, a raczej pułapka przeinwestowania jest problemem trapiącym wszystkie floty świata. Nie odgrywa wielkiej roli tylko w niezwykle komfortowej sytuacji dostępności do nieomal nieograniczonych środków. Ale to nie o nas. Wayne Hughes starannie dobrał inny cytat dla zobrazowania wspomnianej pułapki:

Jak powiedział Wiceadmirał Benyamin Telem z Izraelskich Sił Obronnych, „ pod żadnym pozorem okręty nie powinny stać się duże lub kosztowne do tego stopnia, że ich obrona staje się dominującym priorytetem i celem samym w sobie. To w nieunikniony sposób zanegowałoby ich wartość ofensywną”.

Powyższe zdanie jest wielowątkowe. Po pierwsze stosuje ideę rzeczy „wystarczająco dobrej” w odniesieniu do okrętów wojennych. Okręt powinien być „wystarczająco duży” aby przenosić broń ofensywną oraz posiadać „minimalnie wystarczającą” obronę własną. Być może wizja okrętów obrony wybrzeża nie przekraczających 1.000 ton miała sens? Dopóki głównym zadaniem marynarki jest funkcja dyplomatyczna i budowa sojuszy, takie okręty są zbyt małe. Dla realizacji funkcji militarnej, a zwłaszcza strategii A2/AD, taka wielkość wydaje się być bliska optymalnej. Cytowany Capt. Wayne Hughes zawsze promował okręty około 600 ton. Lecz te dywagacje prowadzą nas do rozważań, na ile strategia A2/AD jest właściwa dla Polski?

Drugi wątek wypowiedzi admirała Telem’a dotyczy sposobu w jaki lekkie siły nawodne powinny działać, aby mieć szanse na przeżycie. Liczy się siła ofensywna i atak. Dotykamy w tym miejscu naszego własnego słabego punktu. Myśląc o wojnie na Bałtyku, nieodmiennie mówimy o znaczącej przewadze przeciwnika. Posiadanie najlepszego i najsilniejszego uzbrojenia w połączeniu z takim nastawieniem musi prowadzić do porażki. RADM Thomas S. Rowden, chcąc przekazać podobne przesłanie, chyba nieprzypadkowo skorzystał z okazji publikacji na łamach CIMSEC, własnego artykułu Surface Warfare: Taking the Offensive, z którego wybrałem takie oto zdanie:

Przejście do ofensywy to nastawienie, sposób myślenia o wojnie morskiej. To znaczy myśleć o wiele więcej o tym, jak coś zniszczyć aniżeli jak coś bronić. Proszę nie zrozumieć mnie źle – wciąż będziemy potrzebowali mieć zdolność do obrony ważnych jednostek, sił amfibijnych, konwojów i zaplecza – lecz w coraz większym stopniu będziemy je bronić poprzez wyjście w przód i eliminacje zagrożeń zanim będą one zdolne do rażenia tego, co bronimy.

Jeśli założymy, że okręty nawodne nie mają szans przeżycia w otwartym konflikcie na Bałtyku, to tak samo szans nie mają niszczyciele min, śmigłowce ASW i samoloty patrolowe. Czyżby rzeczywiście tylko okręty podwodne mogły operować na Bałtyku? Okręty podwodne są bronią zazdrośnie trzymającą swoje możliwości i słabości w sekrecie. W fachowej prasie możemy sporo przeczytać o sukcesach szwedzkich okrętów podwodnych w symulowanych atakach na amerykańskie lotniskowce i o tym, jak żmudne, pracochłonne i mało skuteczne jest poszukiwanie okrętów zanurzonych w głębinach. Jednak jest to tylko jedna strona medalu. O tym jak US Navy uczyła się na własnych, trudnych doświadczeniach wielu ćwiczeń, pisze Capt. Wiliam J. Toti, USN:

Podstawowy problem jest taki: jakkolwiek wykrycie i zniszczenie wrogiego okrętu podwodnego jest to wielka frajda, prawdziwe działania ASW nie skupiają się na wykryciu okrętu podwodnego, ani na zatopieniu okrętu, lecz na jego pokonaniu. To jest niuans, ale ważny.
(…)
Wykrycie okrętu podwodnego, który może stanowić zagrożenie to jak szukanie igły w stogu siana, niezależnie od technologii czy rodzaju użytych sił. Aby pokonać okręt podwodny, wystarczy uczynić go nieistotnym. Wywieść go poza właściwą pozycję do strzału. Spowodować błędne namierzanie. Zmusić do śledzenia niewłaściwego celu. Uczynić jego broń bezużyteczną.

Zanim zaczniemy szukać go na pełnym morzu, spójrzmy w którym jest porcie. Foto www.Defence24.pl

Zanim zaczniemy szukać go na pełnym morzu, spójrzmy w którym jest porcie. Foto www.Defence24.pl

Erozja umiejętności ASW odczuwana coraz boleśniej przez US Navy w połączeniu z rosnącą liczbą okrętów podwodnych służących we flotach potencjalnie wrogich państw zaowocowała zmianami doktrynalnymi. Po latach projekcji siły z morza na ląd, ta tradycyjna forma walki na morzu zaczęła wracać do łask. Próby rozwiązania problemu szły dwutorowo – poszukiwano rozwiązań technologicznych oraz próbowano odpowiedzieć na pytanie jak unieszkodliwić okręt podwodny, w sytuacji gdy szanse na wykrycie i zatopienie są niskie? Wśród rozwiązań typowo technologicznych znajdują się sonoboje do multistatycznego przeszukiwania obszaru (Multistatic Active Coherent). Klasyczne sonoboje wyłapują źródła dźwięku pochodzące z okrętów podwodnych. Jest to metoda pasywna. W systemie MAC jedna boja jest elektronicznym źródłem sygnału akustycznego, a pozostałe boje odbierają sygnał odbity od okrętu. Więcej na ten temat w artykule Recapture Wide-Area Antisubmarine Warfare.

Technologia to broń obosieczna.

Technologia to broń obosieczna.

Ważniejsze i bardziej nas interesujące, ze względu na konsekwencje i stosowalność w naszym obszarze geograficznym są zmiany doktrynalne opisane w artykule Williama Toti. Jest to prosta lista działań, które potencjalnie eliminują niekoniecznie okręt podwodny, ale zagrożenie przez niego tworzone:

  • Stworzenie warunków, w których przeciwnik decyduje o nieużyciu OP
  • Pokonać OP w porcie
  • Pokonać OP w pobliżu portu lub obszarach „odmowy dostępu”
  • Pokonać OP w cieśninach
  • Pokonać OP na otwartym morzu
  • Zwabić OP do „stref śmierci” ASW, do miejsca i o czasie przez nas wybranym
  • Zamaskować własne siły przed wykryciem i klasyfikacją przez OP
  • Pokonać OP w walce „w zwarciu”
  • Pokonać zbliżającą się torpedę

Jak widać można wiele uczynić dla uprzykrzenia życia podwodniakom. Warunki na Bałtyku z jednej strony sprzyjają okrętom podwodnym znacznie komplikując ich wykrycie, z drugiej strony sprzyjają siłom nawodnym ze względu na przykład, relatywną płytkość. Znane są również bazy floty i podejścia do nich. W przypadku Polski I Rosji główne bazy są od siebie oddalone o kilka godzin marszu dla brygady pancernej. Po co szukać okrętu na morzu dniami czy tygodniami? I ile rakiet manewrujących zniszczy jednocześnie nasza obrona przeciwlotnicza. Planujemy jedną baterię broniącą każdej bazy. W handlu znane jest zjawisko, psychologicznie uzasadnione, że sprzedawcy znają doskonale wszystkie zalety konkurenta i własne słabości. Mało wiedzą o własnych zaletach i słabościach konkurencji. Podobnie wygląda porównywanie okrętów podwodnych i sił nawodnych w działaniach na morzu zamkniętym. Jeśli już zdecydowano o strategii A2/AD to rozmawiajmy o synergii i współpracy tych dwóch rodzajów czy klas okrętów zamiast je sobie przeciwstawiać.

May 312014
 

Artykuł Odstraszanie à la MON vs. odstraszanie à la Sejm opublikowany na Defence24 powraca do niekończącego się tematu rakiet manewrujących na okrętach podwodnych, tym razem jednak próbując umieścić go w szerszym kontekście koncepcji odstraszania. Jako ciekawostkę, autor artykułu wskazuje na pocisk Spike, który według MON-u stanowi wartość odstraszającą, w przeciwieństwie do parlamentarzystów, którzy uważają że tylko JASSM zasługuje na miano broni odstraszającej. Tu uwidacznia się pierwszy problem – odstraszanie sprowadzone jest do zasięgu broni. W tym kontekście, gdyby hipotetycznym agresorem były Czechy (przepraszam sąsiadów), to taktyczna broń jądrowa o zasięgu poniżej 300km nie byłaby bronią odstraszania. Ogólnie po przeczytaniu artykułu, dochodzę do kilku wniosków:

  • Nigdy za wiele na temat psychologicznej natury zjawiska odstraszania
  • Mówi się dużo o zjawisku bez podania jego definicji, co powoduje pomieszanie pojęć
  • Analiza nie zadecyduje o niczym bez doprecyzowania o czym mówimy. Jest to raczej obronny manewr MON-u przed zapędami lobbystów i brakiem ustalonej równowagi politycznej w ośrodkach władzy

Ale po kolei. Ponieważ nie jestem ani politykiem, ani wojskowym, sięgam do… słownika Merriam – Webster, gdyż mamy do czynienia z pojęciem używanym w polityce i wojskowości, ale o rodowodzie anglosaskim:

the act of making someone decide not to do something : the act of preventing a particular act or behavior from happening (akt skłaniający kogoś do zaniechania uczynienia czegoś; akt zapobieżenia konkretnemu czynowi lub zachowaniu)

politics : the policy of developing a lot of military power so that other countries will not attack your country (w polityce: polityka rozwoju potężnej siły militarnej, aby inne kraje nie zaatakowały waszego kraju).

Ważny jest również dalszy akapit wyjaśniający znaczenie słowa w odniesieniu do strategii militarnej:

Strategia militarna, w której jedna strona używa groźby odwetu aby wykluczyć atak ze strony przeciwnika.

W takim ujęciu odstraszanie ma co najmniej dwa aspekty. Pierwszy wiąże się poniekąd z poglądami Sun Tzu – jeśli chcesz pokonać przeciwnika bez walki, to zaprzecz jego doktrynie. Atak przeciwnika na mnie nie ma sensu, bo jestem zbyt silny lub moja obrona jest zbyt skuteczna. Charakter odstraszający ma wówczas popularna ostatnio doktryna A2/AD. Także pocisk Spike, którego obecność niweluje skuteczność doktryny opartej na ataku silnych związków pancernych. Zasięg nie gra roli. Pytanie dla czytelnika, czy większą siłę odstraszania ma brygada piechoty silnie nasycona środkami przeciwpancernymi czy 4 rakiety manewrujące o zasięgu 1000 km z głowicą 450 kg? Ten aspekt jest najczęściej pomijany w dyskusjach.

Pomysł nie jest nowy. Ale długo się nie przyjął. Foto regulus-missile.com

Pomysł nie jest nowy. Ale długo się nie przyjął. Foto regulus-missile.com

Drugi aspekt odstraszania mówi o sile odwetu w przypadku, gdy do ataku jednak dojdzie. Odwet powinien mieć taką siłę, że koszty przewyższą potencjalne korzyści wygranej wojny. Powstaje pytanie trudne do odpowiedzi – co dla przeciwnika jest korzyścią i jaką cenę jest gotów zapłacić? Dla ułatwienia rozważań posłużmy się przykładem aneksji Krymu przez Federację Rosyjską. Czy potrafimy w tym przypadku określić zarówno korzyść jak i cenę postrzegane przez Rosję? I czy cztery lub osiem rakiet manewrujących zapobiegłyby konfliktowi i aneksji? Tukidydes wymienia trzy powody wojen: Obawa, Korzyść, Honor – na ile rakiet oceniamy poczucie dumy narodowej Rosjan lub ich globalne ambicje?

W obu przypadkach mamy do czynienia ze zjawiskami psychologicznymi. Strach ma wielkie oczy, mówi przysłowie i jest to uczucie trudne do opanowania. Oszacowanie w jakim przypadku u przeciwnika Obawa będzie silniejsza niż postrzegana Korzyść lub poczucie Honoru jest niezwykle trudne, a przeliczenie tego na ilość rakiet, okrętów czy brygad jeszcze trudniejsze. Dyskurs pomiędzy emocjami a rozumem nigdy łatwy nie był.

Wątek zasięgu broni odstraszającej wywodzi się pewnie w prostej linii od międzykontynentalnych rakiet balistycznych i koncepcji MAD – Mutual Assured Destruction. Doktryna zakłada, że atak nuklearny na jedną ze stron nie zabezpieczy przed jądrowym odwetem. Liczba i siła głowic gwarantowały kompletną anihilację przeciwnika i wobec tego, bezpodstawność jakiejkolwiek polityki. Jej już po prostu nie będzie. To czyni bezsensownymi słowa Carla von Clausewitza o prymacie polityki nad wojną.

W przypadku odstraszania konwencjonalnego nie zasięg jest istotny tylko wiara w skuteczność blitzkrieg’u. Według słów profesora Mearsheimera:

Odstraszanie najprawdopodobniej zawiedzie podczas kryzysu, jeśli potencjalny najeźdźca uważa, że jest w stanie uzyskać szybkie i decydujące zwycięstwo. Jest raczej mało prawdopodobne, że kierujący państwem wybiorą długą wojnę na wyniszczenie – nawet jeśli wierzą w ostateczne zwycięstwo.

Zasięg broni konwencjonalnej ma natomiast znaczenie w koncepcji stand-off weapon, czyli systemów pozwalających atakować przeciwnika spoza zasięgu jego obrony. Niewątpliwie taki charakter mają rakiety odpalane przez okręty podwodne. Ale nie mylmy tego z pojęciem odstraszania. Pociski manewrujące dalekiego zasięgu we współczesnej praktyce wojennej stanowią element strike warfare, czyli uderzeń na cele lądowe w ramach projekcji siły. Dobrym wprowadzeniem do tej dziedziny wiedzy jest książka Strike Warfare in the 21st Century. Autor przez 30 lat zawodowo zajmował się rozwojem tej kategorii uzbrojenia i zgromadzone doświadczenie uprawnia go do stwierdzenia, że „uzyskanie jednocześnie dużego zasięgu i dokładności jest nieustającym wyzwaniem od dziesięcioleci”. W dyskusji kompletnie pomija się koszty zdobycia informacji o celach pozwalających na precyzyjny atak. Jeśli potencjalny cel jest na dodatek mobilny, jak wyrzutnie Iskanderów, złożoność problemu rośnie wykładniczo. Koszt samej rakiety manewrującej jest w tym wypadku prawie pomijalny.

Kończąc, kilka słów o analizie mającej zdecydować o uzbrojeniu okrętów podwodnych w rakiety manewrujące jako broni odstraszającej. Jeśli takowa analiza miałaby mieć sens, musiałaby głęboko wejść w analizę korzyści i akceptowalnych strat przeciwnika. Myślę, że nie mamy takich danych, choć możemy snuć przypuszczenia i konstruować hipotezy. Czy to jednak będzie argument dla zwolenników rakiet manewrujących? To, co MON może zrobić to analizować stosunek kosztu do efektu dla poszczególnych rodzajów uzbrojenia i ich kombinacji zgodnie z założonymi scenariuszami operacyjnymi. Te jednak będą faworyzowały inne systemy niż okręty podwodne. Pozostanie argument zasięgu, który wzbudzać będzie tylko emocje. Najgorsze w tej dyskusji jest to, że jeśli skojarzenie okrętów podwodnych z funkcją odstraszania zostanie ugruntowane, to Marynarka Wojenna może tych okrętów nigdy nie zobaczyć, jeśli ktoś dojdzie do wniosku, że kilka rakiet nie wzbudza strachu u potencjalnego przeciwnika. W końcu przeciwnik też może mieć swój odpowiednik naszego przysłowia strachy na Lachy.

May 192014
 

Portal Defence24 w ramach codziennego przeglądu prasy, zamieścił niedawno fragment artykułu Cezarego Pytlosa z Dziennika Gazety Prawnej pod znamiennym tytułem Bronić wodę czy ziemię. Interesujący nas cytat wskazuje bezpośrednio na siły nawodne jaką potencjalne źródło rezerw finansowych, które należałoby wykorzystać dla realizacji innych programów:

Nasi rozmówcy związani z przemysłem obronnym nie mają też wątpliwości, że zmian wymagają programowe plany dotyczące marynarki wojennej. To jednak bardzo drażliwa kwestia, dlatego żaden z nich nie chce wypowiadać się pod nazwiskiem. Przeważa opinia, że wydawanie pieniędzy z budżetu na okręty nie ma sensu, bo w razie konfliktu przy braku obrony przeciwlotniczej szybko zostaną zatopione.

Nie komentując tej wypowiedzi, wystarczy tylko stwierdzić, że program modernizacji marynarki wojennej jest drugim, co do wartości po obronie przeciwlotniczej i z pewnością będzie podlegał olbrzymim naciskom politycznym. Słowo polityka jest kluczem. Rozmówcy autora tekstu nie dążą do maksymalizacji oszczędności finansowych, wówczas zaatakowaliby projekt okrętów podwodnych będący największą pozycją w budżecie modernizacji MW. Te jednak wpisują się w łatwy do zrozumienia koncept sea denial, czyli odmowy dostępu do spornego obszaru morza i mogą liczyć na wsparcie polityków lub nawet generałów. Celem ataku i źródłem potencjalnych cięć stają się więc siły nawodne. Warto więc podjąć dyskusję zarówno na temat zarówno roli i znaczenia sił nawodnych jak i technicznego argumentu zdolności okrętów do działania w warunkach zagrożenia atakiem z powietrza.

Ian Speller we wstępie do swojej książki pod znamiennym tytułem Understanding Naval Warfare, cytuje słowa Grega Kennedy’ego:

Aby zrozumieć koncept wojny morskiej niezbędne są dwie rzeczy: być zdolnym do zdefiniowania co marynarka wojenna daje państwu oraz jej użyteczność w działaniach podczas wojny totalnej, ograniczonej oraz w czasie pokoju.

W dyskusjach o marynarce wojennej dominuje temat wojny totalnej z Rosją, niewymienioną nigdy z nazwy, kosztem roli floty w budowaniu sojuszy lub prewencji i zapobieganiu wojnie. Zanim rzucimy na szalę wszystkie zasoby naszego państwa w wojnie totalnej, warto się pochylić nad problemem demonstrowania determinacji i woli rządu wobec potencjalnego przeciwnika. W tej roli marynarka wojenna a zwłaszcza jej siły nawodne są bardzo użyteczne i kosztowo efektywne. Jeżeli już jednak mówimy o otwartych działaniach zbrojnych, to obronę znaczenia floty wspomniana książka powierza nie admirałowi, lecz generałowi :

Jak Charles Callwell zauważył ponad sto lat temu, trudno jest armii czuć się bezpiecznie na lądzie, jeśli jest oskrzydlona morzem kontrolowanym przez wrogą flotę.

Dzięki szczegółowej analizie wielu działań połączonych z XIX wieku, Callwell pokazał nieproporcjonalnie duże znaczenie strategiczne, jakie przewaga na morzu może mieć dla działań na lądzie poprzez kontrolę morskich szlaków komunikacyjnych, wpływ dywersyjnych działań desantowych lub zdolności do obrony wyeksponowanej flanki. Podobnie jak Corbett, Callwell dostrzegł, że taki wpływ miał często charakter pośredni i zwykle istotny na poziomie strategicznym, lecz to nie czyni go w jakikolwiek sposób mniej ważnym.

Dzisiaj będzie sporo cytatów, bo w książce admirała J.C. Wylie Military Strategy: A General Theory of Power Control znalazłem takie oto zdanie, nie tylko potwierdzające powyższą tezę, ale bezpośrednio odnoszące się do Polski, wymieniając ją z nazwy:

Pod koniec lat 40-tych kilka krajów Europy Środkowej próbowało pozostać poza lub wyłamać się z orbity wpływów Rosji. Polska, Czechosłowacja, Rumunia, Węgry i Bułgaria uległy. Tylko Jugosławia zdołała wyrwać się poza żelazną kurtynę. Spośród wszystkich tych krajów, tylko Jugosławia miała dostęp do morza kontrolowanego przez Zachód. Myślę, że ten fakt ma znaczenie. Myślę również, że gdybyśmy mieli kontrolę na Bałtyku, nie utracilibyśmy Polski.

Uzyskanie wspomnianego efektu strategicznego nie wymaga zawsze i wszędzie pełnej kontroli morza, która dla małej czy drugorzędnej floty jest po prostu najczęściej nieosiągalna. Wystarczy jednak kontrola chwilowa na ściśle określonym obszarze, aby zapewnić „prawo przejścia morzem”, używając słów Sir Juliana Corbetta. Do uzyskania tego celu flota nawodna jest niezbędna. Dopóki chcemy aby statki z towarami, zapasami czy wojskiem płynęły morzem, dopóty okręty nawodne pozostaną niezbędnym składnikiem marynarki wojennej. Doktryna odmowy dostępu jest bowiem „zasadniczo partyzantką na morzu”, jak mawiał admirał Stansfield Turner. Pozwala na szachowanie przeciwnika, ale nie daje szans na osiągnięcie strategicznie istotnych celów pozytywnych.

Jeśli już zgodzimy się co do konieczności budowy okrętów nawodnych, to należałoby uczciwie zmierzyć się z tematem ich przeżywalności na zamkniętym akwenie wodnym jak Bałtyk. Pomocne będą wydarzenia w rejonie Pacyfiku i wzrost potęgi Chin w połączeniu z cięciami budżetowymi Pentagonu. Amerykanie bowiem znaleźli się w sytuacji dawno już zapomnianej. Na morzach pojawia się przeciwnik słabszy, ale mogący rzucić wyzwanie US Navy a ograniczenia finansowe nie pozwalają w nieskończoność duplikować niszczycieli Aegis. Powstał więc problem ekonomicznej efektywności obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej. Odkryto, że obrona przed salwą rakiet odpaloną przez baterię nadbrzeżną jak nasz NDR za 700 mln PLN, wymaga okrętu z systemem wartym co najmniej $1.5 mld. Na dłuższą metę, jest to ekonomicznie nie do utrzymania, nawet dla Stanów Zjednoczonych. Co gorsza jest to wyraźny trend. Środki ataku nie tylko mają przewagę nad obroną ale o wiele łatwiej i taniej jest zwiększyć zasięg broni ofensywnej niż defensywnej. Przykładem niech będzie Small Diameter Bomb II, której zasięg wzrośnie do 45 nm. Ile systemów przeciwlotniczych na świecie jest w stanie wykryć i zestrzelić samolot na tym dystansie, zanim zrzuci ładunek kilku bomb jednocześnie? Ile taki system kosztuje i jaką liczbę okrętów tak wyposażonych marynarka może zakupić? Innym problemem, choć powiązanym jest pojemność magazynów amunicji. Radar Herakles jest podobno w stanie naprowadzać jednocześnie 16 rakiet. To prawdopodobnie pozwoli na obronę przed salwą, dajmy 12 rakiet, ale okręt zużyje znaczną część zapasu rakiet plot przy braku możliwości przeładowania na morzu. Bateria brzegowa ma przewagę.

W numerze majowym USNI Proceedings, admirał Walter E. Carter, US Navy dzieli się swoimi przemyśleniami na powyższe tematy w artykule Sea Power in the Precision – Missile Age. Tym ciekawsze, że autor pełni funkcję Prezydenta Naval War College. Poglądy wyrażone w artykule mają więc szansę na bycie podstawą teoretyczną przyszłych kierunków rozwoju US Navy. Poniższy cytat stanowi esencję artykułu:

Zdolność tych systemów to stworzenia zagrożenia dla celów mobilnych na dużych dystansach zależy w dużej mierze od zdolności do identyfikacji celów z użyciem ich emisji w spektrum elektromagnetycznym. Efektywna obrona platform musi więc przenieść nacisk z aktywnej obrony na aktywne zakłócanie oraz środki pasywne, takie jak uniemożliwianie namierzania dzięki neutralizacji sensorów, redukcję sygnatur, przemieszczanie się i rozproszenie. Zintegrowana obrona przeciwlotnicza i przeciwrakietowa nie wystarcza już samodzielnie do obrony pojedynczych okrętów, ich zespołów lub stałych instalacji w sytuacji rozprzestrzeniania się coraz skuteczniejszych rakiet balistycznych i manewrujących.

Nie daj się wykryć, to też metoda. Foto www.nrl.navy.mil

Nie daj się wykryć, to też metoda. Foto www.nrl.navy.mil

W dalszej części artykułu następuje rozwinięcie tezy z wyszczególnieniem konkretnych punktów jakie siły mają przyszłość i na zasadzie negacji, jakie nie są perspektywiczne. Postaram się je opatrzyć komentarzem i zwrócić uwagę na obiegowy charakter niektórych opinii publikowanych w naszych mediach.

Przyszłe siły morskie powinny opierać się o:

  • “Platformy wyposażone w broń stand-off pozwalające na penetracje systemów obronnych „z górnej półki””. Jest to scenariusz oparty o realia Pacyfiku. Na morzu zamkniętym jak Bałtyk, nie bardzo jest możliwość działania spoza zasięgu oddziaływania przeciwnika. Zasięg będzie istotny, ale zapas amunicji jeszcze bardziej. Konieczność wyważenia tych dwóch sprzecznych wymagań powinna prowadzić do rozwiązań specjalizowanych dla obszarów przybrzeżnych.
  • “Platformy z naciskiem na zdolności ofensywne potrzebne dla uzyskania przewagi na morzu”. Jeśli nie można „uciec” poza zasięg ognia nieprzyjaciela, pozostaje być szybszym w ataku. Jako minimum, każdy okręt powinien być na zasadzie symetrii zdolny do zniszczenia okrętu podobnej sobie klasy. Ze względu na bliskość lądu, większe jednostki powinny posiadać broń uniwersalną, zdolną do rażenia celów lądowych. Takie wymaganie znalazło się w wymaganiach Miecznika, pozostaje jednak problem ilości zabieranej amunicji. Korweta jest w sumie niewielkim okrętem z ograniczoną liczbą rakiet manewrujących, które muszą służyć do zwalczania zarówno okrętów przeciwnika jak i celów na lądzie. Konflikt priorytetów będzie nieunikniony. Artyleria może być pomocna.
  • “Platformy mobilne z obniżonym poziomem sygnatur, rozproszone, o silnej obronie lub ukryte pośród pułapek, szumu tła i aktywnego zakłócania”. Postulat silnej obrony pozostaje, ale poszukuje się innych rozwiązań, bardziej realistycznych w naszych warunkach. Wymienione alternatywy są o wiele bardziej przydatne dla korwet niż silna obrona. Szwedzi konstruując Visby byli świadomi tego problemu definiując go słowami Invincible or Invisible (niezwyciężony czy niewidzialny). Praktyka pokazuje również, że liczba rakiet przeciw-okrętowych zniszczona środkami aktywnymi była niewielka w porównaniu z rakietami, które ominęły cel dzięki zakłóceniu ich systemów naprowadzania.
  • “Siły polegające w minimalnym stopniu na sieciach radiowych, używające bezpiecznej łączności sporadycznie w sposób wcześniej zaplanowany”. Tak sformułowana definicja promuje dwie kategorie platform. Okręty z własnym systemem C2 i sensorami, czyli jednostki o pewnej wielkości mogące pomieścić sprzęt i sztab. Idąc w drugą stronę, systemy bezzałogowe i autonomiczne działające według ustalonego programu i obarczone jedną, konkretną misją.
Pułapki były skuteczniejsze od rakiet. Foto www.rheinmetall-defence.com

Pułapki były skuteczniejsze od rakiet. Foto www.rheinmetall-defence.com

To, czego należy w przyszłych siłach morskich unikać, to oprócz przeciwieństw do powyższych punktów są dwa ciekawe rodzaje platform:

  • “Polegające na stałych bazach”. I o tym się zapomina pisząc o wrażliwości okrętów nawodnych na atak z powietrza i pomijając fakt, że okręty podwodne podlegają temu samemu prawu. Gorzej, okręty podwodne w bazie są zdane tylko i wyłącznie na obronę umieszczoną na lądzie, podczas gdy okręty nawodne w ostateczności mają własne systemy pokładowe obrony przeciwlotniczej, zarówno aktywne jak i pasywne. Głównym problemem w zwalczaniu okrętów podwodnych jest ich wykrycie. Jednak w przypadku mórz zamkniętych, baza morska jest stałym punktem znanym przeciwnikowi, gdzie jest wiadome, że okręty się pojawią. Poza atakiem na bazę pozostaje blokada, również z wykorzystaniem okrętów podwodnych. Zwalczanie takiej blokady podwodnej będzie znów wymagało współpracy lotnictwa i okrętów nawodnych.
  • “Platformy opierające swoją zdolność do przetrwania głównie o aktywną obronę, czyli zestrzelenie rakiet rakietami”. Jeżeli ograniczone środki finansowe prowadzą najpotężniejszą flotę świata do takich wniosków, to co ma powiedzieć mała flota o ambicjach obrony wybrzeża? Czy prowadzi to amerykanów do rezygnacji z niszczycieli i krążowników? Nic na to nie wskazuje. Przykład FFG, czyli popularnych fregat OHP pokazuje drogę do naśladowania. Zamiast skupiać się na wyrafinowanych systemach aktywnej obrony przeciwlotniczej, lepiej określić sensowny pułap kosztów budowy okrętów nawodnych, akceptowalny politycznie i skupić się na tym, w jaki sposób liczebność serii, rozproszenie oraz taktyka połączona ze środkami pasywnymi i zakłóceniami pozwolą na egzekwowanie na przeciwniku prawa do przejścia morzem.

Pozostaje drobny problem „Planu B”. Co, jeśli naciski polityczne i działalność lobbystyczna jednak weźmie górę? DefenseNews zamieszcza wywiad z Arati Prabhakar, szefową DARPA. Portal cytuje słowa zdziwienia pani Prabhakar, która obserwuje znacznie większe zainteresowanie ofertą DARPA aniżeli pójście drogą stopniowej modernizacji czy rozbudowy istniejących i sprawdzonych systemów. Anglosasi mają powiedzenie, że lepsze jest wrogiem wystarczająco dobrego. Dlatego zwrócę jeszcze raz uwagę na niewykorzystany potencjał MEKO A-100, czyli Ślązaka. Pod warunkiem, że Stocznia Marynarki Wojennej zda egzamin maturalny (było nie było mamy maj i czas matur).

Apr 152014
 

Kto zbuduje okręty podwodne dla Polski zależy nie tylko i wyłącznie od nas czy też wymagań lub ceny. Podczas, gdy skupiamy się na wewnętrznych dyskusjach i grze politycznej, świat wokół nas nie czeka tylko zajmuje się swoimi sprawami. Kilka doniesień prasowych tworzy obraz dość złożony i utrudnia proces podejmowania decyzji. Od pewnego czasu media donoszą o napięciach na linii TKMS wciąż będącym właścicielem dawnego Kockums, a de facto rządem Szwecji. Jak gorąca jest sytuacja niech świadczy poniższy cytat zaczerpnięty z Defense News:

Napięcie osiągnęło szczyt 8-go kwietnia, gdy konwój FMV w towarzystwie eskorty wojskowej dokonał rajdu na kwatery TKMS w Malmö w celu zabezpieczenia technologii związanych z A26, rozwijanych w ramach rządowego programu za $100 mln prowadzonego przez TKMS, lecz który został zarzucony po odwołaniu przez Ministerstwo Obrony kontraktu z ThyssenKrupp w lutym.

Jakby tego było mało, artykuł wspomina, że Saab, który ma przejąć z powrotem Kockums podpisał z rządem kontrakt w celu dokonania samooceny możliwości zarówno budowy A26 jak i modernizacji jednostek będących już w służbie. Wynik tej analizy ma być opublikowany w czerwcu tego roku. I być może to jest powód opóźnień w dialogu technicznym i ogłoszeniu przetargu. Niestety to nie koniec tej skomplikowanej sprawy. W Australii, również zainteresowanej zakupem następców okrętów podwodnych klasy Collins (ze szwedzkim rodowodem), odbyła się niedawno konferencja na temat okrętów podwodnych. Doszło na niej do wymiany zdań pomiędzy przedstawicielem TKMS a emerytowanym admirałem szwedzkiej marynarki wojennej. Adm. Göran Larsbrink powiedział w trakcie sesji pytań i odpowiedzi:

Program A26 jest przerwany, ale zamiast niego projekt NGS – New Generation Submarine powstanie jak Feniks z popiołów.

Poetyckie porównania wypowiadane ustami admirała zaintrygowały mnie i zmusiły do zerknięcia, kto zacz. Ze znalezionej notki nie wygląda na to, aby Göran Larsbrink nie wiedział co mówi. Mamy więc do czynienia z sytuacją, gdzie nie do końca wiadomo kto i co zaoferuje w rzeczywistości. Z drugiej strony sytuacja polityczna w regionie zmienia się dynamicznie i wybór opcji szwedzkiej może mieć swoje zalety na zasadzie gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. Czy Czytelnicy pamiętają przetarg na KTO pomiędzy LAV i Pandurem, który wygrał AMV? Trzeba również przyznać, że technicznie i koncepcyjnie A26 to bardzo interesujący okręt. Być może to jest jeden z powodów, dla których dialog się przedłuża a ogłoszenie przetargu opóźnia. Saab sam musi się określić na co go stać.

Czarny koń zawodów? Interesująca koncepcja okrętu i szansa na regionalną współpracę. Foto www.ssbn.pl

Czarny koń zawodów? Interesująca koncepcja okrętu i szansa na regionalną współpracę. Foto www.ssbn.pl

Cóż, można by powiedzieć, że to problem szwedów, w końcu podstawowe oferty to TKMS i DCNS. Jednakże ten sam portal Defense News wspomina w tle konfliktu, że TKMS ma portfel zamówień do 2020 roku. A nam się śpieszy. Ciekawe, czy w takiej stoczni można sobie zrobić rezerwację na miejscówkę? O DCNS żadnych wiadomości nie znalazłem i z tego punktu widzenia wydaje się to być dobry oferent. Z jednym jednakże zastrzeżeniem, może się bowiem okazać, że współdzielimy częściowo technologie systemów C2 z Rosjanami. Mistral to nie Scorpene, jednak Ukraina wywraca wszystko do góry nogami.

Tak więc Inspektorat Uzbrojenia ale i cały MON ma do podjęcia niełatwą decyzję. Czekanie na ofertę szwedzką jest uzasadnione, ale zbyt długie zwlekanie grozi zamknięciem czegoś, co z angielska  nazywa się window od opportunity. Okazje trzeba wykorzystywać, w przeciwnym przypadku można być zmuszonym do oczekiwania na następną. Tyle, że my czasu nie mamy. Kalkulacja ryzyka wybiega daleko poza parametry techniczne i wymaga raczej jasnej wizji i gotowości politycznej na podjęcie trudnych decyzji.