Jul 232017
 

O kształcie Marynarki Wojennej RP zdecyduje to w jaki sposób będzie postrzegana przez polityków i społeczeństwo. Ta zaś percepcja będzie rządziła polityką budżetową i poziomem inwestowania we flotę. Często w dyskusji o marynarce wojennej pojawia się argument konieczności zaspokojenia jej potrzeb jednak mija się on z celem właśnie z powodu wspomnianego postrzegania. Ujmując sprawę prosto choć brutalnie, dopóki nie zostaną wyartykułowane cele i zadania dla floty wspierane przez polityków i akceptowane przez społeczeństwo, marynarka nie ma żadnych potrzeb. Na starej stronie internetowej marynarki Wojennej RP istniała co prawda sformułowana lista zadań, ale najwyraźniej nie miała ani wystarczającego wsparcia ze strony rządu ani zrozumienia w społeczeństwie więc poziom finansowania był proporcjonalny do takiego stanu rzeczy.

Weźmy jako przykład siły przeciwminowe. Wciąż istnieje wiele min i niewybuchów z czasów II wojny światowej i zdjęcia z ich likwidacji mogą przemawiać do wyobraźni ludzi. Jeśli taka pozostałość wojenna zostaje odkryta w funkcjonującym porcie powstaje wówczas naturalna potrzeba posiadania środków przeciwdziałania a zdjęcia z akcji oddziałują na emocje wspierając przekaz. Mamy więc Kormorana, który z pewnością świetnie sobie da radę z takimi zagrożeniami i zadaniami chociaż najprawdopodobniej nie ma szans przeżycia w hipotetycznej Bitwie o Zatokę Gdańską.

Zmierzmy się z innym przykładem fregaty dla marynarki wojennej działającej w zespołach NATO. Postrzeganie potrzeby takiego działania może być dla społeczeństwa mgliste i niejasne a dla polityków mniej istotne w porównaniu z innymi potrzebami bieżącymi, stąd niechęć do inwestycji maskowana równie mglistymi deklaracjami. Jednak widok fregaty z wielką banderą na maszcie może budzić poczucie dumy narodowej i na fali wzbierającego nacjonalizmu stanowić wystarczający argument do inwestycji. Dla wątpiących w taki scenariusz proponuję przyjrzeć się dokładniej argumentacji na rzecz programu Orka. Przykład jest ciekawy bo pokazuje jak można oprzeć program modernizacji floty w kompletnym oderwaniu od strategii i celów potencjalnego przeciwnika oraz jego intencji. Jednocześnie pokazuje drugie dno dyskusji o „potrzebach” – w tym wypadku nie są to zdolności bojowe tylko potrzeba dumy. Historycznym przykładem jest być może flota Mussoliniego. Samo pojęcie „Mare Nostrum” nie określało potrzeb operacyjnych tylko cele polityczno-propagandowe.

Temat nie jest ani nowy ani nieznany. Lars Wedin, oficer szwedzkiej marynarki wojennej w książce Maritime Strategies for XXI century. The Contribution of Admiral Castex komentuje dokonania wybitnego francuskiego teoretyka wojny morskiej reprezentującego potęgę lądową. Najpierw cytat o postrzeganiu:

Opinia publiczna narodu wyspiarskiego uważa marynarkę wojenną za ważny instrument swojego bezpieczeństwa i istnienia, armia jest czynnikiem dodatkowym w sposób oczywisty ważnym ale bez mocy osiągnięcia głównego celu jakim jest obrona. Społeczeństwo państwa kontynentalnego widzi w armii główne narzędzie. Marynarka wojenna jest podrzędnym rodzajem broni, bardzo interesującym i ważnym lecz niczym więcej.

Za takim postrzeganiem idą proporcjonalnie fundusze pomimo, że powyższe słowa nie odzwierciedlają dobrze rzeczywistości. Rola i znaczenie percepcji jest właściwie opisana ale zawężenie tezy do wyłącznie obrony nie tłumaczy historii wielu flot świata. Przed narodzinami US Navy była Continental Navy powstała w czasie Wojny o Niepodległość. Za początki US Navy uznaje się budowę sześciu fregat do walki z piratami po drugiej stronie oceanu i do obrony wolności handlu morskiego. W czasach wojny secesyjnej floty obu walczących stron były klasycznymi flotami przybrzeżnymi z innowacjami jak Monitor. Amerykańska marynarka wojenna pozostawała mała i nieliczna oraz niedofinansowana tak długo jak Ameryka zajmowała się przede wszystkim sobą. Nie służyła do obrony przed zewnętrznym najeźdźcą lecz do obrony swych interesów handlowych. O tym do czego służy flota i ile na nią przeznaczał pieniędzy Kongres decydowało amerykańskie społeczeństwo i to, jak rozumie swoje cele i priorytety oraz ambicje. Dlatego o wiele bliższe rzeczywistości są inne słowa francuskiego teoretyka:

Wojna nie wymaga tylko działań militarnych. Równie niezbędna jest walka na froncie dyplomacji, ekonomii, finansów i morale.

To jest sztuka użycia w czasie wojny i pokoju wszelkich sił i środków w posiadaniu walczącego narodu.

Taka definicja jest nam dość bliska współcześnie w odniesieniu do wojny nazywanej hybrydową i rozciąga się poza wojną na całą sferę konfliktów międzynarodowych w czasie pokoju. Rosyjskie tezy o stosunku zaangażowanych w walkę hybrydową środków niemilitarnych do militarnych wynoszącym 4:1 mają pokrycie w słowach Castex’a. Nie powinno więc dziwić odpowiednie i proporcjonalne angażowanie środków finansowych. Nawet biorąc pod uwagę wyłącznie działania militarne to Castex proponuje klasyfikację na:

  • Walkę pomiędzy zorganizowanymi siłami
  • Walkę na liniach komunikacyjnych
  • Działania przeciw celom lądowym lub dla wsparcia działań na lądzie, takich jak:
    • Operacje połączonych sił zbrojnych
    • Blokada
    • Rajdy, bombardowania z morza, coups de main

Mając na względzie fakt sąsiadowania z potęgą lądową i nuklearną jaki rodzaj działań wydaje się być najbardziej prawdopodobny dla państwa przybrzeżnego? Ponownie odwołujemy się do postrzegania decydującego o proporcjach w budżecie. Tak więc inwestycje w siłę militarną są tylko fragmentem nakładów na szerzej pojmowane bezpieczeństwo państwa i jego interesy i dzielą się proporcjonalnie na trzy ogólne zadania floty. To swoiste rozcieńczanie nakładów finansowych na siłę i potęgę militarną konfrontuje się z możliwościami państwa nadbrzeżnego. Z jednej strony proporcjonalnie mała przypisywana waga daje niskie nakłady a z drugiej walka pomiędzy zorganizowanymi siłami wymaga najwyższych wydatków. Wątek przewija się w książce Navies in Northern Waters, gdzie Jacob Borrensen w rozdziale o norweskiej marynarce wojennej zatytułowanym Coastal Power: The Sea Power of the Coastal State and the Management of Maritime Resources pisze:

Połączenie ograniczenia zasobów z koniecznością szybkiej reakcji na pogwałcenia prawa i wtargnięcia zanim się rozwiną w pełny konflikt lub kryzys wraz z potrzebą zyskania czasu dla sojuszniczego wsparcia prowadzi do przedkładania ilości nad jakością. Jest bowiem ważniejsze zabezpieczenie pokrycia obszaru zainteresowania własnymi jednostkami tak, aby mogły reagować szybko, zademonstrować intencję czy oddać strzał ostrzegawczy niż posiadać zdolność przetrwania konfrontacji z napastnikiem.

Ponownie, floty przybrzeżne najlepiej i jeśli tylko to możliwe, powinny kierować swą uwagę na rozwiązania „szyte na miarę”, rozwijać własne wymagania i specyfikacje zamiast kopiować rozwiązania potęg morskich poprzez nabywanie ich sprzętu z drugiej ręki.

Mamy do czynienia z przedłożeniem użyteczności nad siłą bojową wraz z postulatem innowacyjności nawet za cenę ryzyka pójścia błędną drogą. Teraz możemy zatoczyć koło i zapytać o potrzeby Marynarki Wojennej RP. Dopóki zagrożenie będziemy widzieli w kategoriach wojny totalnej i ataku hord pancernych na cały obszar naszego kraju tak długo marynarka wojenna będzie istnieć w formie wirtualno-propagandowej lub w najlepszym wypadku postaci embrionalnej. Jeśli zmienimy postrzeganie zagrożenia ze strony potencjalnego przeciwnika z inwazji na próbę destabilizacji kraju z użyciem siły zbrojnej jeśli przeciwnik dostrzeże taką potrzebę to zaczniemy budować flotę odpowiednią do intencji przeciwnika a nie jego możliwości. Wówczas może się okazać, że parę Czapli i grupa zorganizowanych hakerów działających pod osłoną eskadry myśliwców będzie miała więcej sensu niż niszczyciele rakietowe.

Dec 232016
 

Ostatnio ukazała się książka Andrzeja Drzewieckiego Polska Marynarka Wojenna od Drugiej do Trzeciej Rzeczypospolitej, której jedną z głównych tez jest zależność floty od interesów morskich co w pigułce zostało przez autora sformułowane tak:

Dopiero pełnokrwista obecność państwa na morzu dopomina się o flotę wojenną, która staje się gwarantem bezpieczeństwa jego „morskich interesów”. W przeciwnym wypadku będzie ona tylko „dekoracją wybrzeża” i dodajmy, że bardzo kosztowną. Flota wojenna, podkreślałem to z naciskiem, musi być proporcjonalna do interesów państwa na morzu, co w sposób nie budzący wątpliwości powinno wynikać z podstawowych zasad polityki morskiej.

Konfrontacja z danymi Głównego Urzędu Statystycznego na temat gospodarki morskiej na tle całej naszej gospodarki pokazuje jakimi meandrami kroczy nasza marynarka wojenna. To porównanie prosi się o spojrzenie na argumenty używane w dyskusji o potrzebie posiadania marynarki wojennej a w konsekwencji o odpowiedź na pytanie jakiej? Wybiegając nieco w przód te argumenty można podzielić na kilka grup:

  • polityczne:

realizacja celów politycznych państwa na morzu lub z użyciem marynarki jako narzędzia polityki
wkład w obronę kolektywną

  • gospodarcze:

obrona interesów gospodarczych państwa związanych z morzem

  • militarne:

zapobieganie kryzysom i eskalacji konfliktów
działania hybrydowe (sytuacje trudno-konsensusowe według terminologii prof. Kozieja)
wojna ograniczona
wojna pełnoskalowa

Wracając do wspomnianych danych GUS-u trzeba zacząć od zastrzeżenia, że jest to wierzchołek góry lodowej i aby właściwie dane zinterpretować należałoby wgłębić się w temat znacznie bardziej. Niemniej, decydent patrzący na świat poprzez pryzmat komórki w Excelu tak właśnie będzie widział „gospodarcze interesy morskie”. Rocznik Statystyczny Gospodarki Morskiej 2015 mówi, że w gospodarce morskiej było zatrudnionych 0.7% ogółu zatrudnionych. Gospodarka morska wypracowała 1.1% przychodu z rentownością stanowiącą 0.9% całego zysku przyciągając 1.4% inwestycji. Tak więc można powiedzieć, że region daje sobie radę całkiem dobrze, wręcz lepiej niż pozostałe i pozostaje atrakcyjny dla inwestorów. Niemniej w całości gospodarki jest to niewielki ułamek.
Kontynuując, przemysł stoczniowy wyprodukował 4 nowe statki oraz wyremontował 610 statków. Większość nowych konstrukcji to „statki nietowarowe” co wskazuje na umiejscowienie się w niewielkich acz lukratywnych niszach. Dysproporcja pomiędzy jednostkami remontowanymi a nowo-budowanymi jest olbrzymia i może poddawać w wątpliwość nasze zdolności budowy bardziej złożonych okrętów wojennych. Na gospodarkę morską można popatrzyć pod innym kątem a mianowicie jako część systemu transportowego. Niestety, udział żeglugi morskiej w ogólnej masie towarów transportowanych nie przekroczył 0.4% w ciągu ostatnich pięciu lat. Jeśli odnieść to do samego eksportu, to takich danych GUS nie podaje, ale pośrednie obliczenia wskazują na jeszcze mniejszy udział. Zaskakujące jest to, że ten wskaźnik jest w 2015 roku niższy niż dla żeglugi śródlądowej!

Tak więc jest to bodziec dla wzrostu znaczenia Morskiego Oddziału Straży Granicznej ale kosztowne inwestycje w marynarkę wojenną muszą szukać wsparcia w innych argumentach, póki co. „Uprawianie morza” rozwijamy ale daleko mu do statusu „sportu narodowego”. Mówiąc o „morskich interesach” pozostają argumenty polityczne. Są pewne jaskółki na niebie jak informacja o poszukiwaniu przez MOSG środków na okręt patrolowy do działania w ramach FRONTEX-u czy wysłanie fregaty na Morze Śródziemne z zadaniem przeciwdziałania nielegalnemu przemytowi ludzi drogą morską. Prezydent podarował banderę bojową dla ORP Kościuszko ale wciąż nie wiadomo na ile poruszamy się w sferze symboli a na ile jest to przejaw świadomej i konsekwentnej polityki.

Symbol czy konsekwentna polityka?

Zauważmy w jaki sposób podano informację na temat pożądanej jednostki dla MOSG – to straż sama szuka środków na sfinansowanie inwestycji. Czyż nie państwo powinno łożyć na nowy kuter w ramach realizacji swoich celów politycznych? Innym przykładem niech będą fregaty. Załóżmy, że mamy parę okrętów tej klasy. Byłby to nasz wkład w obronę kolektywną NATO i widoczny znak woli oraz narzędzie do współpracy ze wspólnotą międzynarodową na morzach wokół Europy czy jeszcze dalej pod auspicjami EU czy ONZ. Tyle, że my mamy od 15 lat dwie fregaty, jak są one więc wykorzystywane? Centrum Operacji Morskich w swoich wiadomościach podaje przy okazji misji ORP Kościuszko na Morzu Śródziemnym, że nasze fregaty po raz trzeci uczestniczą w stałym zespole okrętów NATO dodając, że okręty przeciwminowe uczestniczyły w tym samym czasie 12 razy a ORP Xawery Czernicki dwukrotnie. Co powstrzymywało wykorzystanie fregat w podobnym stopniu jak okręty przeciwminowe? Czy brak woli politycznej? Chyba nie, bo niszczyciele min są nieomalże stałym uczestnikiem zespołów NATO. Stan techniczny fregat? Być może ale zmodernizowane trałowce są jeszcze starsze od fregat i były w zasadzie już „spisane”. Czy powstrzymywano modernizacje fregat aby nie blokować środków na nowe okręty? Ponownie być może, ale jeśli tak to popełniono błąd taktyczny o potencjalnych konsekwencjach strategicznych dla struktury floty. Brak środków na eksploatacje? Jeśli tak to źle wróży wszelkim planom budowy większych jednostek nawodnych. Wciąż przewija się podskórnie pytanie o koszt-efekt takiego zaangażowania międzynarodowego, podobnie jak w przypadku Royal Canadian Navy. Bilans służby fregat pod polską banderą jest wciąż trudny do interpretacji bo z jednej strony okręty pozwoliły na rozwinięcie współpracy z NATO i przyczyniły się do wyszkolenia wielu specjalistów ale z drugiej strony opanowaliśmy wiedzę w dziedzinach, o których wciąż nie wiemy czy będą rozwijane.

Argumenty militarne najczęściej dotyczą stanu wojny co szybko prowadzi do polaryzacji stanowisk, bowiem wojna w naszym położeniu geopolitycznym prowadzi do szybkiego podporządkowania floty ogólnym planom obronnym państwa. Te z kolei są zdominowane przez działania na lądzie i w powietrzu a więc plany są sformułowane językiem armii i reprezentują jej sposób postrzegania problemu. Jak to wyglądało w praktyce pokazuje wspomniana książka Andrzeja Drzewieckiego. Podaje on jeden z pierwszych planów obrony wybrzeża autorstwa generała Mossora zaproponowany w 1949 roku:

podstawy strategiczne: wskazujące dwa warianty przyszłego frontu, z bardziej prawdopodobnym w koncepcji defensywnej na Odrze;
rola marynarki wojennej: osłona północnego skrzydła frontu obronnego na Odrze i Nysie;
ogólna koncepcja obronna: zbyt szerokie polskie wybrzeże nie może być bronione przez obronę stałą za pomocą pasma fortyfikacji, wobec tego Mossor proponował zorganizowanie:
czterech ośrodków obrony stałej (obszary wojenne), obejmujących najważniejsze bazy morskie,
zmotoryzowanej grupy manewrowej dla zaczepnej interwencji na międzypolach obszarów wojennych,
dwóch flotylli MW dla zaczepnych operacji na Bałtyku,
lotnictwa rozpoznawczego i operacyjnego, lądowego i morskiego;

Niektóre sugestie gen. Mossora okazały się niezwykle długowieczne

Taki plan zrodził się pewnie na podstawie doświadczeń kampanii wrześniowej i nie jest jeszcze wizją Układu Warszawskiego, powołanego do życia kilka lat później. Ogólne spojrzenie mało mówi o zadaniach dla marynarki wojennej, ale w dalszej części książki znajdujemy zadania sformułowane przez ministra obrony narodowej w 1964 roku:

  • udział w zwalczaniu sił morskich NATO i niedopuszczenie ich do działań w środkowej części Bałtyku,
  • udział w obronie wybrzeża morskiego PRL wspólnie z wojskami Obrony Powietrznej Kraju, Okręgu Wojskowego oraz formacjami OTK,
  • zabezpieczenie przewozów dla Frontu Nadmorskiego drogą morską,
  • prowadzenie operacji desantowych wspólnie z wojskami Frontu Nadmorskiego,
  • udział w organizacji systemu bazowania sił własnych i sojuszniczych.

Nie patrzmy na daty pochodzenia obu dokumentów i ówczesny kontekst polityczny. Wystarczy zamienić Odrę na Wisłę i kontynuować dyskusję. Aby dać szansę marynarce wojennej w takim kontekście należałoby zmienić odrobinę słownictwo. Zamiast mówić o obronie wybrzeża rozmawiajmy o morzu jako polu manewru dla armii. Akcent przesuwa się na manewr a mobilność to główna zaleta sił morskich. Wówczas „obrona wybrzeża” zamienia się na zwalczanie przeciwnika w rejonie bazowania, desantu i w trakcie przejścia morzem. Na kształt floty mają duży wpływ technologia i obszar działania. Ten ostatni w przypadku uszanowania neutralności Szwecji to pas o szerokości około 30 – 40nm. Dla współczesnych środków rażenia taki dystans nie stanowi wyzwania a precyzja rażenia jest duża. Rośnie znaczenie rozpoznania i dynamika działań a czas na reakcję się kurczy.

Rozważając warianty użycia militarnego floty na wypadek wojny trzeba się zmierzyć z trudnym pytaniem czy w naszych kalkulacjach bierzemy pod uwagę możliwości czy intencje potencjalnego przeciwnika. Mając za sąsiada największą chyba potęgę nuklearną świata a więc państwo o nieograniczonych możliwościach eskalacji konfliktu nie pozostaje nic innego jak skupić się na jego intencjach pozostawiając problem eskalacji sojuszowi i jego zdolności odstraszania. O intencjach Federacji Rosyjskiej mówi co nieco doktryna morska do 2020 roku, która swój rozdział o działaniach wojenno-morskich zaczyna definicją:

Pod pojęciem działań wojenno-morskich rozumie się celową działalność państwa z użyciem siły militarnej dla tworzenia i utrzymywania sprzyjających warunków na światowym oceanie dla stałego rozwoju i realizacji narodowych priorytetów bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej.

W tej definicji pobrzmiewa niepokojąca nutka użycia siły dla jednostronnej ekspansji Federacji Rosyjskiej. Kluczem do interpretacji intencji jest więc zrozumienie priorytetów, które należy stale monitorować i brać pod uwagę. Ponadto trzeba być świadomym, że Rosja nazywa rozbudowę potencjału oraz obecności NATO w regionie Bałtyku „niewłaściwą”. Priorytety doktryny morskiej Rosji skupiają się na problemach gospodarczych i zabezpieczeniu linii zaopatrzeniowych do Obwodu Kaliningradzkiego wraz ze znajdującymi się tam bazami sił zbrojnych Federacji. Tak więc nie widać bezpośredniego i natychmiastowego zagrożenia wojną ale istnieje demonstrowana przez Rosję gotowość do wyrażania swojego niezadowolenia z „niewłaściwego” postępowania NATO w regionie i niebezpieczeństwo eskalacji.

Tych kilka powyższych spostrzeżeń uzmysławia, że nie mamy jednego i wiodącego argumentu prowadzącego wszelkie dyskusje do jednego rozwiązania. Wręcz przeciwnie, koncepcje są rozbieżne w zależności od wybranego rodzaju argumentu. Dzisiaj najsłabszym argumentem wydaje się być argument gospodarczy, a szkoda bo byłaby to naturalna siła napędowa floty. Argumenty polityczne muszą wyjść od instytucji państwowych a więc marynarka nie może snuć planów nie zawieszonych w próżni bez wcześniejszego wyrażenia zapotrzebowania na jej „usługi”. Z kolei argumenty militarne są natychmiast zdominowane przez wizje wojny lądowo-powietrznej i albo armia powie jak widzi rolę marynarki w swoich planach co doprowadzi armię do konfliktu interesów na tle budżetowym, albo marynarka zacznie myśleć pozytywniej o armii i co może dla niej zrobić chociaż grozi to flocie marginalizacją. Gdzieś pomiędzy jednym a drugim krańcem mamy zapobieganie kryzysom i przeciwstawianie się perswazji co na szczęście wymaga środków użytecznych w obu podstawowych koncepcjach floty.
Zwykle budując coś zaczynamy od rzeczy najważniejszych przechodząc później do pomniejszych. Przypadek naszej marynarki wojennej pokazuje, że być może warto tę kolej rzeczy odwrócić, bo cóż czynić, jeśli na rzeczy najważniejsze w pojęciu marynarzy trzeba czekać w nieskończoność? Dajmy więc szansę rzeczom małym, wierząc, że zmienią postrzeganie rzeczy i otworzą nowe horyzonty.

Oct 212016
 

Rzeczywistość wokół nas staje się coraz bardziej nieprzewidywalna i chwilami wręcz karykaturalna. Odskocznią niech będzie powrót do teorii. Sir Julian Corbett wspominał, że na pozór nie ma nic bardziej bezproduktywnego niż studiowanie teorii wojny na morzu ale później dał nam nadzieję, nadając temu sens samokształcenia i zrozumienia wydarzeń w szerszym kontekście.
Raoul Castex i jego pięciotomowe dzieło Theories Strategiques niełatwo znaleźć. Sam autor pozostaje w cieniu wielkich teoretyków, chociaż dla nas powinien być interesujący, gdyż jako Francuz reprezentuje problemy potęgi kontynentalnej a nie morskiej. Co nie znaczy, że Francja nie posiadała znaczącej floty na przestrzeni wieków. Swoją pracę pisał w latach 30-tych i miał okazję przeanalizować praktyczne użycie torped i okrętów podwodnych czyli coś, co Corbett dopiero intuicyjnie przewidywał pisząc jaką rolę będzie odgrywała w przyszłości flotilla. Jest też smakołyk dla nas w postaci osobnego rozdziału na temat działań na Bałtyku w czasie I wojny światowej.
Na nasze szczęście w internecie jest dostępne tłumaczenie części jego pracy wydane przez Naval War College w 1939 roku! Miło popatrzeć na fotokopię tych starych stron napisanych na maszynie. Admirał Raoul Castex w swojej teorii mocno rozwinął wątek manewru:

Manewr to znaczyć ruch wykonywany w sposób inteligenty w celu stworzenia korzystnej sytuacji.

Samo pojęcie Castex rozumie dość szeroko i obejmuje nie tylko działania wojenne na morzu ale wszelkie operacje sił połączonych, naciski ekonomiczne, propagandę czy podminowanie morale przeciwnika. Wszystko, co pozwoli uzyskać korzystniejsze dla nas warunki.

Manewr nie istnieje sam dla siebie lecz wspiera strategie unicestwienia (anihilation) lub wyniszczenia (attrition). W przeciwieństwie do Corbetta, który w swojej koncepcji fleet-in-being wskazywał na możliwość osiągnięcia celu bez walki Castex stwierdza prosto, że nie ma manewru nie zakończonego bitwą, nawet jeśli odwleczoną w czasie. A propos bezużyteczności studiowania teorii w tym miejscu przychodzi refleksja. Jeśli rzeczywiście jesteśmy stroną słabszą, to trudno mówić o unicestwieniu przeciwnika, a z drugiej strony działania na wyniszczenie wymagają większej ilości zasobów czy to w postaci oddziałów wojska, okrętów czy samolotów. Ma to istotne konsekwencje dla struktury floty przy ograniczonym i zadanym poziomie budżetu (pomijamy szczególny przypadek zerowego budżetu, co czasami przychodzi na myśl rozglądając się wokoło). Jeślibyśmy z kolei chcieli mieć potężnego protektora pozwalającego na posiadanie przewagi i unicestwienia sił przeciwnika, to musimy sobie zadać pytanie czego on od nas oczekuje w zamian. Miasta-państwa starożytnej Grecji zwracały się o taką protekcję do Sparty lub Aten i ją otrzymywały w zamian za udostępnianie swojego wojska i floty na wojny prowadzone przez protektorów. Jaką naszą flotą są zainteresowani sojusznicy? Uzupełnieniem ich własnej „battle force” czy raczej „enabler force” czyli floty pozwalającej siłom głównym działać na wodach przybrzeżnych. Przykładem mogą być niszczyciele min lub tak krytykowany (chyba niesłusznie) Littoral Combat Ship.

Anihilacja floty rosyjskiej wymagała "battle force". Tsushima 1905.

Anihilacja floty rosyjskiej wymagała “battle force”. Tsushima 1905.

Następne zdanie może brzmieć dziwnie dla strony przyznającej się do bycia słabszą:

Jest obojętne czy celem głównym będzie punkt najsilniejszy przeciwnika czy najsłabszy, istotne jest aby był to punkt, którego upadek daje największy rezultat.

Castex przywiązuje dużą wagę do koncentracji sił, które dzięki współczesnej technologii nie muszą być skupione geograficznie ale ich efekt ma być zmasowany geograficznie. Używa także popularnego współcześnie pojęcie środka ciężkości przeciwnika. Koncentracja własnych sił naprzeciw środka ciężkości przeciwnika, który nie musi być wcale punktem najsłabszym daje w rezultacie nierównomierne rozłożenie sił po obu stronach. Uzyskujemy więc efekt asymetrii, o której tak wiele się dzisiaj mówi i dyskutuje zamiast po prostu poczytać klasyków. Jak widać wciąż ocieramy się o stare koncepcje tyle, że ubrane w nowe szaty.

Częścią teorii manewru jest rozróżnienie na kierunek działań podstawowy i pomocniczy. Na podstawowym teatrze kluczem jest atak. Siły działające na drugorzędnych czy też pomocniczych teatrach odgrywają ważną rolę zabezpieczenia sił głównych:

Najważniejszy jest koncept zabezpieczenia sił wyznaczonych do osiągnięcia głównego celu. Jest to serce idei manewru ściśle związane ze swobodą działania. Aby ją zapewnić jest niezbędne utrzymywanie sprzyjających warunków uzyskanych wcześniej przez pewien czas; że nie będą zakłócane przez siły nieprzyjaciela okupujące obszary drugorzędne i będą utrzymywane z dala od decydujących zmagań na podstawowym teatrze działań przynajmniej na czas prowadzenia tych działań. Stąd wymóg wiązania tych sił w miejscu, w którym są. To zadanie przypada naszym siłom wydzielonym do pomocniczego kierunku działania, które będą słabsze od przeciwnika w wyniku stosowania zasady ekonomii sił posiadanych.

Nasze (drugorzędne) siły wykonają dywersję, której wartość możemy zmierzyć liczbą zaangażowanych okrętów nieprzyjaciela. Nasze siły będą blefować do maksimum możliwości.

Przy czym dywersja jest rozumiana całkiem precyzyjnie:

Najistotniejszym celem dywersji jako podstawowego środka zabezpieczenia sił jest utrzymywanie rozproszenia sił przeciwnika, jeśli do tej pory nie istniało.

Tu jest miejsce na kolejną refleksję, bo umieszczając powyższe cytaty w naszym kontekście geostrategicznym, teatrem podstawowym są działania na lądzie a operacje na morzu są kierunkiem drugorzędnym z zadaniem dywersji, czyli wiązania maksymalnych sił przeciwnika i odciąganiu ich od podstawowego celu na priorytetowym kierunku. W jaki sposób to czynić trudno ustalić bez dialogu z wojskami lądowymi i lotnictwem i bez odpowiedzi z ich strony na pytanie jak sobie armia wyobraża wsparcie ze strony marynarki wojennej. Nie kłóci się to w żaden sposób z teorią Juliana Corbetta twierdzącego, że podstawowym przedmiotem działań na morzu jest prawo przejścia morzem. W tym wypadku bardziej chodzi o transporty wojska, uzbrojenia i zapasów niż handel lecz zasada pozostaje w mocy. Guerre de course również może być znaczącą dywersją na szczeblu strategicznym o ile ma zastosowanie w naszym przypadku, co jest dyskusyjne. Cały ten wątek otwiera pole do rozważań o operacjach desantowych na drugorzędnym teatrze działań. Taki desant jest w stanie związać znaczne siły przeciwnika, gdyż wróg musi zdecydować gdzie nastąpi desant jeśli wybierze obronę na plaży lub zgromadzić spore rezerwy w głębi lądu jeśli myśli o obronie manewrowej w głębi lądu. Związane będą również siły morskie próbujące przeszkodzić w przejściu desantu morzem. Podobny manewr może wykonać przeciwnik, tak więc celem negatywnym jest przeciwdziałanie tym zamiarom, oczywiście z użyciem manewru.

Trudno pominąć rozdział dedykowany działaniom na Bałtyku w czasie I wojny światowej, z którego każdy może zaczerpnąć fragment wywołujący rezonans z własnymi koncepcjami. Pierwszy fragment jest pochwałą niedocenianej roli marynarki wojennej we wsparciu działań na lądzie:

Działając w ramach sił połączonych (Niemcy) były w stanie zaoferować cenne i korzystne wsparcie z morza dla dowolnej armii na froncie wschodnim opierającej się o flankę nadmorską.

Drugi cytat to słowo o brytyjskich okrętach podwodnych działających na Bałtyku.

Ich działania niezależnie od tego jak energicznie prowadzone i jakie poruszenie wywołujące, nie były w stanie wydrzeć Niemcom z rąk ich panowania na Bałtyku. Na tych wodach brytyjskim okrętom podwodnym brakowało niezbędnego wsparcia sił nawodnych.

hms_e9_submarine

Okręty podwodne. Aktywne, ale nie mające decydującego znaczenia. Ciekawa teza.

Mocno to się kłóci z głoszonymi tu i ówdzie poglądami o nieużyteczności sił nawodnych na Bałtyku z powodu ich wrażliwości na atak z powietrza. To tak, jakby powiedzieć żołnierzom na linii frontu, że nie mają prawa bytu bo są w zasięgu artylerii przeciwnika.

Ciekawe są również spostrzeżenia Raoula Castexa na temat skuteczności i znaczenia nowych wówczas technologii jak okrętów podwodnych, lotnictwa czy łączności radiowej. O ile lotnictwo dopiero dorastało to okręty podwodne w czasie I wojny światowej zaczęły osiągać wiek dojrzały. Rolę okrętów podwodnych widzi najwyraźniej jako element manewru:

Użycie okrętów podwodnych będzie ewidentnie ułatwione dzięki istnieniu wszelkich pułapek obliczonych na wciągnięcie w nie wroga i wymuszenie na nim znanych dróg podejścia i odwrotu. Taki stan zachodzi gdy manewr jest zastosowany do zagrożenia punktu na wybrzeżu przeciwnika lub dla osłony własnego konwoju.

Castex nie dostrzega jednak wielkiej roli okrętów podwodnych w zabezpieczeniu głównego teatru działań. W odniesieniu do użycia okrętów podwodnych przez przeciwnika wyraża dość duży sceptycyzm przyznając, że ich obecność komplikuje sprawę „ale w znacznie mniejszym stopniu niż byśmy się tego spodziewali”. Podstawowym sposobem zniwelowania tego niebezpieczeństwa jest ruch i manewr. Znacznie większą przeszkodę dla Castexa stanowią okręty podwodne użyte przez przeciwnika w obronie jako środek rozpoznania i zwiadu. Zaletą tak skonstruowanej teorii jest wydedukowanie potencjalnych wad i ograniczeń okrętów podwodnych z istoty manewru a nie osiągów technicznych, co czyni teorię ponadczasową. Przynajmniej aż do momentu obalenia logiki wywodu, ale nie poprzez rozwój technologii. Ostateczną konkluzją jest proste w formie ale o złożonych konsekwencjach stwierdzenie o zmniejszającej się przestrzeni, również dla manewru:

Jedną z bezpośrednich konsekwencji tego stanu rzeczy jest skrócenie czasu trwania sprzyjających warunków, stworzenie których jest celem każdej strategii. W dzisiejszych czasach nieprzyjaciel jest w mocy bardzo szybko zakłócić stan korzystny dla nas. Jest on przejściowy i efemeryczny. Wymaga aktywnego działania i szybkich decyzji.

Dążąc do bardziej praktycznych wniosków wniknijmy trochę głębiej w refleksje po lekturze tekstu. Jeśliby nasza flota miała być uzupełnieniem sojuszniczej „battleforce” to oznacza to jednostki bojowe o dużych możliwościach i przy posiadanym budżecie nieliczne w najlepszym wypadku. Tracimy więc zdolność do walki na wyniszczenie bo jedna dobrze ulokowana rakieta jest w stanie wyeliminować połowę albo więcej naszej floty. Pomyślmy o synonimie wielkich strat wśród żołnierzy jakim jest słowo zdziesiątkowani. Całkiem na zimno oznacza 10% strat. Idąc dalej, co oznacza „enabling force” w praktyce? Poddając się trendom mody w sztuce zarządzania, sformułujmy takie „morskie 5S”:

  • scout – zwiad, rozpoznanie
  • screen – eskorta, osłona
  • strike – uderzenie, atak
  • secure – zabezpieczenie, ochrona sił i infrastruktury
  • supply – transport, zaopatrzenie, ewakuacja

Są to zdolności wymienione w prezentacji PMT z 2012 roku tyle, że rozszerzone i po angielsku (moda!). „Strike” to domena „battleforce” ale aby siły główne mogły operować na naszych wodach przybrzeżnych musimy mieć dobry zwiad i zabezpieczenie. Konieczne wydaje się również „czyszczenie przedpola” dla sił głównych, na co zadania stawiane LCS w zasadzie dają nam gotową receptę. Mamy więc zwalczanie zagrożeń spod wody jak miny i okręty podwodne oraz na powierzchni morza jak łodzie motorowe, czy kutry rakietowe. Konkretna realizacja tych zadań wcale nie musi wyglądać jak LCS z tej prostej przyczyny, że projektujemy siły działające w oparciu o „przyjazny brzeg” i nie mamy wymogu szybkiego przejścia na sąsiedni teatr działań. Druga refleksja premiuje „supply” czyli zdolności transportowe ludzi, wyposażenia, zapasów bądź w ramach wsparcia, desantu czy ewakuacji.

W tym miejscu niezbędne wydaje się przejście do jeszcze szerszego kontekstu a mianowicie faktu, że jak na razie mówimy o wojnie pomijając czas pokoju i kryzysu. Te zaś stanowią gros czasu w rzeczywistych działaniach flot świata. Czy więc zarysowujący się kształt sił będzie równie przydatny do misji dyplomatycznych, humanitarnych, budowania sojuszy czy perswazji? Z punktu widzenia funkcji jak najbardziej tak, bo zwiad czyli posiadanie informacji jest podstawą podejmowania decyzji a więc działania niezależnie czy mamy pokój czy wojnę. To samo dotyczy transportu i logistyki. Zabezpieczenie i ochrona infrastruktury również ma swoje zagrożenia zarówno w czasie pokoju, kryzysu jak wojny a siły przeciwminowe mają szanse być nasza specjalnością. Różnica tkwi odpowiedzi na pytanie gdzie? Czy przy własnym wybrzeżu, czy z dala od niego? Trudniej przerzucić na drugi koniec świata niszczyciel min niż moduł przeciwminowy transportowany samolotem. Odwrotnie, łatwiej wysłać okręt jak „crossover” czy LPD aniżeli kilka barek desantowych. Jakikolwiek pomysł będziemy mieli na strukturę floty, musimy wyważyć między sobą postulaty użyteczności w czasach pokoju, kryzysu i wojny oraz postulat większej liczby jednostek ze względu na zdolność do walki na wyniszczenie.

Nowa wersja L-CAT jest łącznikiem brzeg-brzeg i pozwala na przerzut kompanii rozpoznawczej lub zmechanizowanej na dystans 800 nm. Foto www.janes.com

Nowa wersja L-CAT jest łącznikiem brzeg-brzeg i pozwala na przerzut kompanii rozpoznawczej lub zmechanizowanej na dystans 800 nm. Foto www.janes.com

W obecnej sytuacji dochodzi nam dodatkowy postulat skalowalności naszych pomysłów, czyli ograniczenia finansowe. Jeśli zaproponujemy na przykład LPD wraz shore-to-shore connectors jak odmiana L-CAT prezentowana na Euronaval to jeżeli LPD zostanie zbudowany, to świetnie. Jeżeli nie to wciąż jest szansa na L-CAT do współpracy z wojskiem. Taki katamaran może również przenosić moduł przeciwminowy i był ostatnio prezentowany z CAPTAS-1. Jakkolwiek to może być niesatysfakcjonujące, w obecnych warunkach musimy się wykazać całkiem niekonwencjonalnym sposobem myślenia.

Sep 032016
 

Tytuł może budzić kontrowersje i słusznie, bo zaprasza do pójścia pod prąd i wbrew modzie. Dolewając oliwy do ognia zadajmy sobie pytanie o źródłosłów określenia anti-access/area denial. Obecnie termin używany powszechnie w literaturze anglosaskiej odnosi się głównie do Chin, ale czy jest odzwierciedleniem rzeczywistych intencji Chin czy raczej wyraża kłopot US Navy w swobodnym operowaniu wewnątrz pierwszego łańcucha wysp? Trzy wielkie przykłady historyczne dostępne do rozważań to Jeune Ecole we Francji z przełomu XIX i XX wieku, porewolucyjna Młoda Szkoła w Związku Radzieckim w latach 20-tych i współczesna realizacja aktywnej obrony Mao w Chinach. Mamy szczęście, bo US Naval War College Review w lecie 2015 roku opublikował artykuł Fighting The Naval Hegemon. Evolution in French, Soviet and Chinese Naval Thought, z którego nic tylko czerpać cytaty garściami.

Geografia nadaje strategii znaczenie. Bezpieczne od lądowej inwazji, Wielka Brytania i później Stany Zjednoczone wykorzystywały w szczególny sposób potęgę morską do pokonania swoich przeciwników. Oba kraje używały marynarkę wojenną do kontrolowania morskich szlaków komunikacyjnych i kluczowych przesmyków do wywierania bezpośredniej presji na wybrzeża wroga.

Alternatywna szkoła myśli wojenno-morskiej zakorzeniona w obronie wybrzeża podąża ścieżką asymetrycznych działań mających umożliwić słabszemu powalenie silniejszego.

Mahan i Corbett reprezentują dziedzictwo anglosaskiego myślenia oceanicznego, które wydaje się dla nas całkowicie abstrakcyjne i nie stosowalne. W końcu nie jesteśmy światowym hegemonem ani nasza flota królową mórz. Stąd pewnie część krytyki celującej we „flotę oceaniczną”. Z drugiej strony jest możliwe dołączenie się do takiej koalicji dobrej woli co miałoby pozytywny wpływ na nasze bezpieczeństwo narodowe, ale wyraźna niechęć do takiego podejścia wpycha nas do alternatywnej koncepcji obrony wybrzeża. Czy jednak rzeczywiście jest to alternatywa dla nas i czy istnieje tak zwana „trzecia droga”? Nawiasem mówiąc, Polska Marynarka Wojenna nie odegrała wielkiej roli w kampanii wrześniowej ale stała się członkiem takiej koalicji dobrej woli i walczyła dzielnie u boku Royal Navy przez cały okres wojny. Gdyby tak się nie stało to czym minister Macierewicz zapełniłby izby pamięci narodowej?

Przypadek Francji jest poniekąd wynikiem szybkiego rozwoju technologii w końcu XIX wieku i relatywnej słabości ekonomicznej w stosunku do Wielkiej Brytanii. Flota francuska za swojego głównego rywala uważała tradycyjnie Anglię stąd podwójny koncept wojny asymetrycznej. Zaatakować brutalnie handel morski by wstrząsnąć opinią publiczną w Wielkiej Brytanii i zmusić rząd do korzystnych dla Francji rozstrzygnięć oraz zorganizować obronę wybrzeża przed inwazją za pomocą nowej broni asymetrycznej czyli torpedy. Zarodek porażki Jeune Ecole tkwił w samych założeniach. Przegrana wojna z Prusami w 1870-71 zmieniła priorytety armii francuskiej i Niemcy zaczęły być głównym przeciwnikiem a jednocześnie postępowało zbliżenie z Wielką Brytanią. Flota skonstruowana do walki z handlem brytyjskim straciła rację bytu, z kolei obrona wybrzeża nie pozwalała Francji na interwencję w koloniach i obronę interesów poza Europą. Nie miała również wielkiego znaczenia w w ewentualnej wojnie z Niemcami. Koncepcja stworzona w czasach słabości ekonomicznej upadła gdy gospodarka mogła sobie pozwolić na budowę trzonu floty opartego o duże okręty pancerne. Technologia również obróciła się przeciwko Jeune Ecole – Lord Fisher wziął na serio zagrożenie torpedami i powstało specjalizowane narzędzie do zwalczania torpedowców – niszczyciel, chociaż lepiej w tym miejscu odwołać się do nazwy francuskiej a nie angielskiej – contre-torpilleur.

Cytowany artykuł podkreśla, że takie samo ekonomiczne podłoże legło u podstaw radzieckiej Młodej Szkoły. Był to czas po rewolucji październikowej i kraj był wyczerpany wojną. Komuniści ogłosili plan industrializacji (starsi czytelnicy mogą z rozrzewnieniem przypomnieć sobie czasy planów 5-letnich) a armia wymagała gwałtownie odbudowy. W rezultacie rola floty sprowadzała się do obrony morskiej flanki armii. Trochę później, w latach 30-tych Józef Stalin rozpoczął budowę floty oceanicznej, ale jak mówi inny cytat z artykułu:

Z jednej strony pancerniki były zupełnie nieprzystosowane do działań na płytkich wodach a z drugiej żadne plany się nie pojawiły, pokazujące jak te okręty miałyby operować na oceanach. Kuźniecow musiał przyznać po rozmowie ze Stalinem w końcu 1939-go, że „nie jest to całkiem jasne w mojej głowie dlaczego te okręty w ogóle są budowane”.

Marat w Gdyni. Niemcy wykorzystali lepiej swoje cięzkie okręty, ale mieli zupełnie inną pozycje na ladzie. Foto www.zerohedge.com

Marat w Gdyni. Niemcy wykorzystali lepiej swoje cięzkie okręty, ale mieli zupełnie inną pozycje na ladzie. Foto www.zerohedge.com

Historia powojenna rozwoju Floty Związku Radzieckiego to już trochę inna historia i bardziej przypominająca współczesny rozwój teorii morskich w Chinach. Przykład radziecki wskazuje na to, że zarówno narodziny jak i upadek Młodej Szkoły, oprócz ekonomii były przede wszystkim wynikiem promowanej ideologii. Wspólnym wątkiem z Jeune Ecole jest to, że w chwili gdy głównym przeciwnikiem jest potęga lądowa, z którą się ma wspólną granicę, marynarka wojenna zaczyna stawać przed egzystencjalnym pytaniem o sens bytu. Odwracając ten sam argument – ponieważ Jeune Ecole celowała w Wielką Brytanię oddzieloną od Francji wodą, przypadek Związku Radzieckiego jest dla nas bardziej ciekawy do analizowania bo tak nam mówi geografia.

Bardzo dobrze podsumowuje historię obu przypadków Młodej Szkoły Milan Vego w artykule On Littoral Warfare z US Naval War College Review z wiosny 2015:

Pomimo wspólnej nazwy, idee radzieckiej Młodej Szkoły nie pokrywały się z tymi z Jeune Ecole z lat 80-tych XIX wieku. Radziecka strategia była defensywna a nie ofensywna jak francuska. Obie szkoły stworzyły jednak teorie potencjalnie stosowalne do walki na wodach przybrzeżnych – lecz tylko biorąc pod uwagę przemijające czynniki narodowe niezwiązane z przedmiotem sprawy i bez prawdziwego zrozumienia wojny na morzu. Żadna ze szkół nie stworzyła koncepcji wystarczająco dostosowanej do działań na wodach przybrzeżnych, choć obie zajmowały znaczącą pozycję w swoich krajach przez wiele lat (a w przypadku Jeune Ecole również w Autro-Węgrzech). Obie szkoły zostały porzucone gdy sytuacja w ich macierzystych krajach uległa zmianie.

Chiny są uważane za kraj o najpotężniejszym systemie odmowy dostępu. Rakiety manewrujące i lotnictwo lądowe dalekiego zasięgu wspierane przez rakiety balistyczne DF-21 o zasięgu 1.000 mil morskich i uzupełnione przez okręty podwodne, miny oraz małe okręty rakietowe budzą respekt. Nawet jeśli wielu specjalistów i komentatorów powątpiewa w realną skuteczność rakiet DF-21 to USNavy bierze to zagrożenie całkiem na serio ogłaszając najpierw Air-Sea Battle a później Distributed Lethality. Czyż nie jest to raczej sukces i skąd pomysł przyklejania naklejki „porażka”? Chiny po wojnie stworzyły obronę wybrzeża z zewnątrz całkiem podobną do radzieckiej ale wypływającą z innych pobudek i założeń. Było to rozciągnięcie na morski kierunek teorii i praktyki wojny partyzanckiej w wykonaniu Mao Tse Tunga. Po pierwszych sukcesach w latach 50-tych walki z Kuomintangiem (dzisiejszy Taiwan) PLAN weszła w okres stagnacji. Zmiana nadeszła w początku lat 80-tych i PLAN z obrony wybrzeża przeszedł koncepcyjnie do „obrony przylegających mórz”. To zmieniło doktrynę na o wiele bardziej ofensywną i jednocześnie bardzo rozszerzyło obszar geograficzny działań. Zmienił się także status ekonomiczny Chin a z nim przyszło uzależnienie od handlu morskiego i kluczowych cieśnin morskich. Tak więc zamiast mówić o odmowie dostępu powinniśmy mówić o klasycznej kontroli morza czy panowaniu na morzu. Porażka koncepcji A2/AD w tym przypadku polega na staniu się ofiarą własnego sukcesu. Już nie chodzi o obronę przed inwazją ale o panowanie na obszarach, na których Chiny mogą prowadzić politykę i wywierać swój wpływ. Pierwszy w służbie lotniskowiec nie jest narzędziem do odmowy dostępu tylko do kontroli morza. Jest także znakiem postępującej dalej zmiany doktrynalnej. Nie bez powodu pojawiają się publikacje o studiowaniu przez chińczyków Mahana, o drugim a nie pierwszym łańcuchu wysp i nie bez powodu okręty PLAN pojawiają się u wybrzeży Afryki a nawet na Morzu Śródziemnym.

PLAN. Czy to wygląda na flotę obrony wybrzeża? Foto www.navalmarinearchive.com

PLAN. Czy to wygląda na flotę obrony wybrzeża? Foto www.navalmarinearchive.com

Jeśliby jakiś system A2/AD miał zasięg globalny to nie możemy już mówić o odmowie dostępu tylko mówimy o panowaniu na morzu. To, jak takie panowanie wykorzystamy i do czego, mówią nam teoretycy jak Mahan i Corbett. Wracamy więc do klasyków. Jeśli intencją czy sensem istnienia floty jest obrona przed inwazją to możemy używać słów jak „odmowa dostępu”. Jeśli celem jest prawo przejścia morzem, co według Corbetta jest podstawowym sensem posiadania floty to mówimy o kontroli morza. Jeżeli natomiast planujemy desanty taktyczne, wsparcie wojsk na lądzie, ewakuacje czy zapatrzenie drogą morską to mówimy o osłonie morskiej flanki wojsk. We wszystkich przypadkach rolę kluczową odgrywa kontrola morza. Jeśli ją posiadamy, możemy ją wykorzystywać do wszystkich wspomnianych celów. Jeśli jej nie posiadamy to zawsze pozostają rajdy i niepozwalanie przeciwnikowi na wykorzystanie przewagi na morzu przez niego. Innymi słowy strona słabsza zawsze może utrzymywać stan nierozstrzygniętego panowania na morzu.

Jeżeli więc mamy awersję do koncepcji oceanicznych, w których możemy uczestniczyć głównie jako sojusznik a z drugiej strony doktryna odmowy dostępu wydaje się być ślepą uliczką, to mamy do rozpatrzenia dwie alternatywy – albo przemyślimy swoją awersję do współpracy na oceanach albo zaczniemy rozmawiać o flocie przybrzeżnej, ale nie obrony wybrzeża.

Powyższy tekst nie jest argumentem ani za ani przeciw korwetom czy fregatom. Niemniej mówiąc o walce na Bałtyku lub otwartym oceanie warto mieć świadomość pewnych implikacji technologicznych powodujących, że coś co jest uważane za dogmat na wodach otwartego oceanu na wodach morza zamkniętego może nie mieć takiego znaczenia i na odwrót. Łatwo zapominamy, że technologia i taktyka są w interakcji. Mając daną doktrynę i taktykę szukamy sprzętu najlepiej realizującego znane nam koncepcje taktyczne. To samo jednak dotyczy odwrotnej relacji – rozwój technologii prowadzi do rozwoju taktyki, wystarczy wspomnieć samolot, radar czy okręt podwodny. Wspomniany artykuł Milana Vego zawiera wiele ostrzeżeń przed nadmiernym zaufaniem do technologii i o jej ograniczeniach rzadko się mówi. A ponieważ dotyczy to osiągów kluczowych dla okrętu systemów, ci co wiedzą – milczą. Przykładową ciekawostką jest informacja, że torpedy ASW jak Mk 46 Mod5A odpalane z okrętu nawodnego potrzebują co najmniej 148 stóp głębokości, czyli tyle ile średnia głębokość Bałtyku.

To nas prowadzi do innego, gorąco dyskutowanego tematu czyli obrony przeciwlotniczej okrętów i zespołów okrętów. Ponownie fascynacja technologią zakrywa przed nami fakt, że jest ona związana z konkretnymi sytuacjami taktycznymi. Króciutka historia obrony plot US Navy może służyć jako ilustracja. Dla uproszczenia zacznijmy od pojawienia się Standard Missile zastępujących starą triadę Talos, Terrier, Tartar. Systemem kierowania ognia był Tartar D a półaktywnie sterowane rakiety wymagały podświetlania celu przez cały czas lotu. Problemem były bombowce rosyjskie Badger i Backfire odpalające salwy rakiet z dalekiego dystansu w tak zwanej G-I-UK Gap czyli przestrzeni na Atlantyku pomiędzy Grenlandią, Islandią a UK. Rozwiązaniem była obrona strefowa (layered defence w odróżnieniu od area defence, które u nas jest tłumaczone tak samo a znaczy chyba coś innego). Dominującą doktryną była „Outer Air Battle” a głównym narzędziem lotniskowce z bazującymi na ich pokładach myśliwcami Tomcat uzbrojonymi w rakiety dalekiego zasięgu Phoenix. Tylko lotnictwo pokładowe dawało szansę na przechwycenie bombowców zanim odpalą swoje rakiety. Te, które nie zostały przechwycone zwane „leakers” były celem obrony na okrętach nawodnych. Ponieważ atakujących rakiet mogło być wciąż dużo, jednokanałowy system Tartar D był łatwy do nasycenia. Ważnym celem były również samoloty wskazujące bombowcom cel, tak zwane „pathfinder”. Jon Salomon w swojej pracy na temat walki z rajdami rosyjskich bombowców „Deception and the Backfire Bomber” pisze, że pomimo radarowych systemów na orbicie rosyjscy piloci największe zaufanie mieli do wizualnej identyfikacji celu przez samoloty Bear. Musiały się one więc znaleźć w zasięgu rakiet przeciwlotniczych na okrętach i tu liczył się zasięg rakiet. Rozwiązanie dla obu problemów przyszło w postaci New Threat Upgrade. Standard Missile wyposażono w autopilota i nawigację bezwładnościową co pozwoliło na zastosowanie nawigacji proporcjonalnej i oświetlanie celu tylko w końcowej fazie lotu. Nawigacja proporcjonalna kieruje pocisk raczej w punkt przewidywanej pozycji celu a nie aktualnej co pozwala na znacznie efektywniejszą trajektorię lotu, stąd większy zasięg bez modernizacji rakiety. Oświetlenie celu w końcowej fazie rozwiązało albo raczej poprawiło możliwości zwalczania ataków saturacyjnych, bo NTU mógł naprowadzać kilka rakiet jednocześnie. Obrona strefowa miała wciąż dużą głębokość.

Aby pokonać rajd rosyjskich bombowców, takie okręty z NTU musiałyby się mnożyć jak króliki.

Aby pokonać rajd rosyjskich bombowców, takie okręty z NTU musiałyby się mnożyć jak króliki.

System Aegis, który jest spadkobiercą projektu Typhoon był opracowywany równolegle i wszedł do służby w podobnym czasie. Miał znacznie lepsze możliwości ale wymagał dedykowanej platformy stąd równoległe wprowadzenie do służby obu systemów. NTU było krytyczne dla posiadanej olbrzymiej floty Tartar. Znaczenie Aegis wzrosło gwałtownie z zakończeniem zimnej wojny. Norman Friedman tak pisze w marcowym numerze Proceedings z 2004 roku:

Wraz z końcem zimnej wojny założenia zmieniły się radykalnie. Okręty operowałyby prawdopodobnie bliżej lądu. Przeciwnik posługiwałby się relatywnie małą liczbą rakiet przeciwokrętowych ale odpalanych ze znacznie krótszego zasięgu. Nacisk przeniósł się na czas reakcji systemu, co z kolei zależało częściowo od tego jak szybko można odpalać rakiety.

New Threat Upgrade wykorzystywał informacje z radarów poprzedniej generacji nie posiadających tak precyzyjnej informacji jak SPY-1 i musiał poświęcić znacznie więcej czasu na ustalenie trajektorii celu i naprowadzenie radarów kierowania ogniem. Nie nadawał się dobrze do walki na krótkich dystansach. Sprawę pogarszały też rakiety przeciwokrętowe odpalane z okrętów podwodnych. Zamiast wczesnego ostrzegania walka zaczynała się potencjalnie w ramach 15 milowego zasięgu radarowego dla celów lecących nisko nad wodą.
Kilka słów o NTU – jednym z głównych elementów był procesor SYS-2 służący do automatycznego tworzenia trajektorii lotu celów na podstawie informacji ze wszystkich posiadanych przez okręt radarów i sensorów. Radary pracują w różnych pasmach, mają inną częstotliwość odświeżania itd. Każdy radar może okresowo gubić cel z pola widzenia i trajektoria celu się urywa, jednak sumaryczna informacja z kilku sensorów ma znacznie większe szanse na utrzymanie trajektorii celu wystarczająco dokładnej do naprowadzania rakiet. Historia o tyle ciekawa, że się powtarza. O ile SPY-1 był olbrzymim postępem w porównaniu do SPS-48 to i tak nie był idealny i wciąż raportowano zaskakująco dużo „leakers” czyli niewykrytych atakujących celów. Ponownie więc sięgnięto do tej samej idei integracji sensorów, tyle że na skalę zespołu okrętów a nie pojedynczej platformy. W ten sposób powstało Cooperative Engagement Capability co było o tyle prostsze, że oba systemy stworzył ten sam ośrodek. Kolejnym krokiem jest Naval Integrated Fire Control – Counter Air (NIFCA-CA), który umożliwia realizacje starego pomysłu rakiet przeciwlotniczych Surface Launched Air Targeted (odpalanych z powierzchni morza ale kierowanych z powietrza). Obecnym urzeczywistnieniem idei jest kombinacja CEC, VLS, SM-6 i E-2D.

Wniosek jest taki, że technologia nie istnieje sama dla siebie tylko oferuje rozwiązania dla konkretnego scenariusza. Jeśli naszym scenariuszem jest walka na zamkniętym morzu lub wodach przybrzeżnych, wówczas nie powinniśmy chyba odrzucać rady Milana Vego:

Ryzyko działania okrętów o wysokich możliwościach ale drogich przewyższa potencjalne korzyści. Okręt nawodny operujący na zamkniętych wodach nie powinien być może przekraczać 1.200 – 1.500 ton. Wspólnymi cechami dla wszystkich okrętów zoptymalizowanych do działań na wodach przybrzeżnych są mała wielkość, umiarkowanie duża prędkość, małe zanurzenie, wysoka manewrowość, umiarkowany zasięg i niskie sygnatury (radarowa, termiczna, akustyczna i magnetyczna).

Ze względu na bezpośredni styk wszystkich fizycznych środowisk, w których rodzaje sił zbrojnych działają, główne operacje w strefach nadbrzeżnych prowadzone indywidualnie przez jeden rodzaj sił zbrojnych będą rzadkością.

Obrona strefowa w strefie nadbrzeżnej oznacza atakowanie nosicieli rakiet tak samo jak w Outer Air Battle z czasów zimnej wojny. Tyle, że nosiciele będą w znacznej mierze umieszczeni na lądzie. Tak więc odpowiednia wydaje się być kombinacja dużej siły ofensywnej i obrony powietrznej ograniczonej do mniej więcej 15 nm. Łączność i rozpoznanie będą kluczowe, bo mniej ważne są środki napadu od umiejętności wskazania właściwego celu. Backfire dawał zasięg ale kluczowym elementem był „pathfinder”.

Z drugiej strony jeśli naszym scenariuszem będzie współdziałanie z sojusznikami na wodach oceanu, to mamy wybór specjalizacji bo okręty stają się coraz droższe. Albo zdecydujemy się na wariant ASW albo AAW ale wówczas najprawdopodobniej coś na wzór CEC będzie standardowym wymogiem. A gdyby nam przyszło do głowy tak wyposażone okręty budować w kraju niech przestrogą będzie dla nas ambitna flota Stalina, której tylko mały fragment został zbudowany w oparciu o zagraniczne technologie i projekty napotykając niekończące się przeszkody technologiczne.

Jun 112016
 

Kluczem do przyszłego kształtu Marynarki Wojennej RP jest to, w jaki sposób wyobrażają sobie jej użycie politycy w czasie pokoju i wojskowi w czasie wojny. Trudno sobie jednak wyobrazić, by na ten temat decydowano bez udziału marynarzy, którzy nie powinni w tym interaktywnym procesie tworzenia koncepcji pozostawać biernymi obserwatorami. Dlatego interesującą ciekawostką jest artykuł Niebieskie ludziki. Wojna morska na Bałtyku nie jest nierealna” autorstwa Macieja Matuszewskiego, oficera służby czynnej i dowódcy ORP Gen. T. Kościuszko. Ton artykułowi nadaje pierwsze zdanie, które nie mówiąc nic o flocie może nadać jej kształt:

Jak zmusić do ustępstw duży kraj należący do NATO, nie przekraczając progu wojny i unikając interwencji jego sojuszników?

Trudno uniknąć skojarzeń z Białą Księgą Bezpieczeństwa Narodowego opublikowaną przez poprzedni skład BBN-u. Głównym mankamentem Księgi był brak jakichkolwiek bezpośrednich odniesień do marynarki wojennej i jej roli w systemie bezpieczeństwa państwa i jest to być może rzecz do skorygowania w następnej edycji tej publikacji. Niemniej kontekst został zdefiniowany i daje dość sporo materiału do przemyśleń na temat zarówno doktryny jak i struktury Marynarki Wojennej.
Odpowiadając na wiodące pytanie, autor wskazuje na wojnę hybrydową jako sposób na działania nie wyzwalające automatyzmu traktatu NATO i próbuje zdefiniować zjawisko konfliktów hybrydowych. Zadaje sobie przy tym bardzo dobre pytanie:

Podstawową zasadą podczas tworzenia nowych pojęć jest udzielenie odpowiedzi pytanie: czy jest ono naprawdę potrzebne i czy nie istnieje już coś, co opisuje zjawisko, które chcemy przedstawić?

Mamy co najmniej dwa pojęcia już istniejące i dość dobrze opisujące zjawisko. Brytyjski admirał Richard Hill nazywał takie działania Low Intensity Operations:

(…) które nigdy nie zasługują na miano wojny, mają ograniczone cele, zakres i obszar, są przedmiotem międzynarodowego prawa do samoobrony i często zawierają sporadyczne akty przemocy z obu stron a ich cele są z natury swojej polityczne. Problemem jest zawsze możliwość eskalacji do starcia zbrojnego o wysokiej intensywności, co wymaga albo własnego albo sojuszniczego zespołu wsparcia.

Chiny używają przymusu popartego siła z wykorzystaniem słabo uzbrojonych okrętów Straży Przybrzeżnej. Foto www.time.com

Chiny używają przymusu popartego siła z wykorzystaniem słabo uzbrojonych okrętów Straży Przybrzeżnej. Foto www.time.com

Wojna hybrydowa całkiem dobrze mieści się również w pojęciu morskiej dyplomacji. Christian Le Miere w książce Maritime Diplomacy in the 21st Century twierdzi, że „zasadniczo, morska dyplomacja wypełnia przestrzeń pomiędzy wojną a cywilną dyplomacją, oferując szeroki zakres narzędzi i opcji dla polityków, które pozwalają na stopniowanie eskalacji w osiąganiu krótko i długoterminowych celów”.

Le Miere pojmuje dyplomacje szeroko i dostrzega trzy obszary zastosowania – współpracy, perswazji i przymusu. Jej główną rolą jest wysyłanie sygnałów i odgrywanie roli zaworu bezpieczeństwa w polityce międzynarodowej. Od tworzenia sojuszy, poprzez budowę prestiżu aż do groźby użycia siły, dyplomacja morska jest narzędziem pokazującym intencje wysyłającego komunikat i wagę jaką on do danej kwestii przypisuje.

Inny aspekt pokojowego użycia dyplomacji morskiej. Budowa prestiżu poprzez pomoc humanitarną. Foto wikipedia.org

Inny aspekt pokojowego użycia dyplomacji morskiej. Budowa prestiżu poprzez pomoc humanitarną. Foto wikipedia.org

Autor omawianego artykułu idzie jednak inną drogą i w poszukiwaniu środowiska, w którym marynarka wojenna będzie odgrywała kluczową role, stwierdza:

Już Napoleon zrozumiał, że aby odnieść sukces należy uderzyć we wroga w miejscu i czasie, w którym jego obrona jest najsłabsza, a przez to nasza szansa na odniesienie sukcesu, możliwie małym nakładem środków, największa. Analizując, nawet pobieżnie, polski potencjał obronny, oczywistym staje się, że najsłabiej zabezpieczona przed atakiem jest strefa morskiej granicy państwa.

Chyba jako efekt uboczny, pierwsze zdanie podważa zasadność istnienia pojęcia wojny asymetrycznej w tym A2/AD, jako osobnej koncepcji gdyż każdy konflikt jest próbą wykorzystania asymetrii. Drugie zdanie wskazuje jednak, że autor sam nie jest wolny od defensywnego myślenia o obronie terytorialnej i wpada poniekąd we własne sidła. Próbując bowiem oderwać marynarkę wojenną od kontynentalnych wizji używa argumentu obrony granic, podczas gdy intencją autora jest raczej stworzenie scenariuszy, w których flota odgrywa kluczową rolę. Na taka interpretację wskazują poniższe słowa:

Konflikt na morzu wydaje się całkiem prawdopodobny. Konflikt taki, w formie działań pośrednich przeciw morskim liniom komunikacyjnym, może dojść do skutku w stosunkowo krótkim czasie. Jego areną, z dużym prawdopodobieństwem, będzie wyłącznie morze. Wezmą w nim udział tylko siły morskie.

Scenariusz wojny informacyjnej połączonej ze sponsorowanym sabotażem i zagrożeniem klęską ekologiczną na Bałtyku może mieć wpływ na decyzje polityczne i ma znamiona realności. Jest to kwestia utrzymania porządku prawnego na morzu a więc znów dyplomacji morskiej. Natomiast hipotetyczny atak SSN na gazowiec na oceanie w czasie pokoju jest mało realny. Tylko garść państw na świecie ma techniczne możliwości wykonania takiego ataku. Gazowiec będzie płynął pod banderą innego państwa i jego zatopienie wzbudziłoby reakcję całego świata. Ponadto sprawa może wyjść na jaw, na co wskazuje przykład zatopienia torpedą korwety Korei Południowej. Natomiast zablokowanie Cieśnin Duńskich, pomijając polityczny huragan jest samobójczym golem gdyż zmusza Rosję do zmiany ważnego kierunku eksportu swoich własnych surowców. Z kolei zmiana kierunków polskiego importu oznacza nie tyle uzależnienie się od Rosji co raczej od Niemiec, gdyż gazowce mogą być rozładowane w Hamburgu czy portach ARA i wędrować dalej koleją. Oczywiście to kosztuje. Jeśli więc szukamy argumentów za posiadaniem sił ASW to może lepszym byłaby osłona planowanego Marlina.

W innej publikacji na Defence24 o tytule mówiącym za siebie [NATO ESF] Rosyjska flota uniemożliwi ułożenie Baltic Pipe? mamy scenariusze w oparciu o incydent związany z ćwiczeniami okrętów rosyjskich w pobliżu miejsca gdzie kładziono kabel energetyczny Litwa – Szwecja.

Bezsprzecznie nadchodzi czas, w którym Bałtyk staje kluczem dla bezpieczeństwa energetycznego Polski. Nasz kraj w oparciu o świnoujski terminal LNG i projekt Baltic Pipe tworzy tzw. Korytarz Północny, który pozwoli uniezależnić się od dostaw rosyjskiego gazu i przełamać monopol Gazpromu w Europie Centralnej.

Cechą charakterystyczną obu artykułów jest skupienie uwagi na własnym punkcie widzenia i celach negatywnych. Dostrzega się zagrożenie ze strony Rosji i wymienia je z imienia, ale całkowicie pomija rosyjski punkt widzenia czy sposób myślenia. Nie chcemy zaakceptować prostego faktu, że z punktu widzenia globalnej polityki Rosji jesteśmy po prostu drobną przeszkodą, tyle że mocno drażniącą. W interesie Rosji leży zabezpieczenie własnego eksportu surowców energetycznych drogą przez Bałtyk a nie przecinanie naszych. Powód jest prosty – jeżeli Rosja chce nam zaszkodzić, to zakręci swój kurek zamiast ryzykować konflikt zbrojny a jeśli chce nas uzależnić od siebie, to wystarczy obniżyć cenę na gaz i odesłać inwestycję Baltic Pipe w niebyt. Brak również celów pozytywnych. Uwagę czytelnika skierowuje się na zapobieżenie przeciwnikowi osiągnięcia jego celów, nic natomiast nie ma na temat co my chcemy osiągnąć w polityce używając floty jako narzędzia. Wracamy więc do pierwszego zdania tego tekstu i pytania jak nasi politycy wyobrażają sobie morską dyplomację i jakie sobie stawiają cele?

Omawiane artykuły skupiają się wokół dwóch „środków ciężkości” – źródeł surowców energetycznych alternatywnych do Rosji oraz zagrożeniu dla tych źródeł ze strony Rosji. Na tej podstawie buduje się częściowe uzasadnienie dla istnienia Marynarki Wojennej. Pozytywnym aspektem obu artykułów jest fakt podjęcia dyskusji wychodzącej poza wąskie grono entuzjastów i sympatyków Marynarki Wojennej. Dużym minusem i niebezpieczeństwem jest łatwość zamiany tej dyskusji w propagandowe narzędzie do uzasadnienia inwestycji zgodnych z obowiązującymi poglądami politycznymi. Te z kolei należy oddzielić od interesów Państwa Polskiego, które to interesy Rzeczpospolita ma niezależnie od rządów w określonym czasie.

Nowym elementem, rzadko dyskutowanym jest obrona infrastruktury pojętej szerzej niż tylko porty, a więc również platformy, kable i rurociągi podmorskie czy farmy wiatrowe.

Ciekawostką jest to, że próba stworzenia w miarę realnych scenariuszy pobudzających wyobraźnię i trafiających do szerszego ogółu, sama w sobie pozytywna, nie generuje potrzeby posiadania systemów niezbędnych przy konfliktach o wysokiej intensywności lub wojnie. Nie wynika z nich potrzeba posiadania okrętów podwodnych czy strefowej obrony przeciwlotniczej zdolnej do zwalczania salwy szesnastu czy dwudziestu rakiet manewrujących. Jedynym niebezpieczeństwem jest niekontrolowana eskalacja, co można przekuć na potrzebę rozbudowy floty w przyszłości o własny zespół osłony lub też w połączeniu z Marlinem na stworzenie zalążka ograniczonej projekcji siły. Taki obrót sprawy zamieniłby Marynarkę Wojenną RP z floty przybrzeżnej do floty zdolnej do realizacji celów polityki na wodach przyległych do Bałtyku. Byłby to dowód na to, że czujemy się częścią Europy.

May 142016
 

Los Marynarki Wojennej RP jest nierozerwalnie związany z Grand Strategy polityki bezpieczeństwa państwa polskiego. Niestety, tak jak nie ma w kraju zgody co do fundamentów polityki zagranicznej i bezpieczeństwa państwa, tak nie ma zgody co do roli marynarki wojennej. Gdy w 1989 roku Polska odzyskiwała swoją podmiotowość (unikam jak ognia nadużywanego słowa suwerenność), panowała dość powszechna zgoda co do dwóch filarów polityki zagranicznej – członkostwa w EU i NATO. Dziś jest to kwestionowane a Marynarka Wojenna dryfuje na morzu audytów w nieznanym kierunku. W takiej sytuacji lektura klasyków i redukcja problemu do podstawowych elementów powinna co nieco rozjaśnić horyzont. Stąd ponowne „podejście” do Tukidydesa i jego Wojny Peloponeskiej wchodzącej w skład kanonu zarówno strategii (obok Sun Tzu i Carla von Clausewitza) jak i polityki realnej. Poniżej popularny cytat z dialogu melijskiego:

Przecież jak wy tak i my wiemy doskonale, że sprawiedliwość w ludzkich stosunkach jest tylko wtedy momentem rozstrzygającym, jeśli po obu stronach równe siły mogą ją zagwarantować; jeśli zaś idzie o zakres możliwości, to silniejsi osiągają swe cele, a słabsi ustępują.

Po dwóch tysiącach lat wciąż znamy w zasadzie tylko dwie strategie dla małych państw w konfrontacji z hegemonem – szukać ochrony u protektora lub stworzyć przeciwwagę. Tukidydes opisuje rzeczywistość, w której jedynym sensownym rozwiązaniem dla słabszych jest sprzymierzenie się z jednym z dwóch protektorów. Taka konstrukcja wynika z dwubiegunowości świata Hellenów. O tym, którego z hegemonów lepiej wybrać za protektora mówi inny cytat z dialogu melijskiego:

Najlepiej może postępują ci, którzy równym sobie nie ustępują, dla silniejszych zachowują szacunek, wobec słabszych umiar.

Przyjęcie do wiadomości swojej pozycji jako małego państwa na światowej szachownicy supermocarstw jest być może psychologicznie trudne i bolesne, ale jak najbardziej zgodne z duchem realizmu politycznego.

Drugim sposobem jest utworzenie przeciwwagi dla potęgi sąsiada. Z tą intencją portal War on the Rocks opublikował artykuł Does Europe need a new Warsaw Pact? Podtytuł trafia idealnie w nastroje wielu polityków naszego regionu – „kraje Europy Wschodniej nie powinny polegać wyłącznie na NATO”. Propozycja stworzenia sojuszu państw, które na papierze są w stanie liczebnie utworzyć siłę odstraszającą, chwieje się w posadach po spojrzeniu na zwykłą mapę. Z wymienionych w artykule państw: Estonii, Łotwy, Litwy, Polski, Słowacji, Czech, Węgier, Rumunii i Bułgarii, tylko pierwsze cztery graniczą z Rosją i trudno sobie wyobrazić bułgarski desant morski na Krym w odpowiedzi na zajęcie Estonii. Taka konstrukcja w przeciwieństwie do poprzedniej, nie jest zgodna z duchem realizmu politycznego, co nie wyklucza współpracy politycznej i militarnej.

Akceptacja pozycji słabszej strony szukającej protekcji wymaga w konsekwencji zgody na warunki tej ochrony. W epoce wojny peloponeskiej mniejsze państwa – miasta dostarczały żołnierzy, okręty wraz zaopatrzeniem czy po prostu pieniądze dla protektora w zamian za bezpieczeństwo. Obrona słabszego sojusznika nie była jednak automatyczna i wymagała zabiegania o nią oraz zrozumienia interesów protektora. W sporze pomiędzy Korkyrą a Koryntem początkującym wojnę peloponeską, flota Aten pojawia się na scenie ale nie angażuje się w bezpośrednią walkę. Sztuką jest więc nieustanne szukanie wspólnoty interesów z silniejszym sojusznikiem, co ułatwia mu bezpośrednie zaangażowanie się w spór.

Greckie okręty - źródło potęgi dla Aten i niezbędne narzędzie dla Sparty

Greckie okręty – źródło potęgi dla Aten i niezbędne narzędzie dla Sparty

Przenosząc się do współczesności mamy do czynienia z podobną sytuacją w przypadku Republik Bałtyckich (czy też Polski) oraz NATO w konfrontacji czy sporze z Rosją. War on the Rocks oferuje nam kolejny artykuł dotyczący naszego regionu Fixing NATO Deterrence in the East or: How I learned to stop worrying and love NATO’s crushing defeat by Russia, będący przy okazji krytyką gry wojennej przeprowadzonej przez RAND na temat rosyjskiej agresji na Bałtów. Pierwsze zdanie poniższego cytatu definiuje dobrze nasze poglądy a drugie wprowadza w dylemat sojusznika i protektora:

Czy cokolwiek mniej niż kilkanaście brygad amerykańskich usatysfakcjonuje Republiki Bałtyckie? Prawdopodobnie nie. Niestety, usatysfakcjonowanie a obrona ich niekoniecznie oznacza to samo zadanie.

Dalej autorzy wyjaśniają różnicę i proponują rozwiązanie problemu obrony sojuszniczej ale niekoniecznie terytorium sojuszniczego!

Właściwą drogą jest ustanowienie odstraszania przez ukaranie (punishment), co dawało dobre rezultaty przez całe lata. Oznacza to wykorzystanie lotnictwa i marynarki jako globalnej siły zdolnej do rozciągnięcia teatru działań i zadania Rosji kolosalnych strat militarnych i ekonomicznych, jeśliby dokonała agresji na członka NATO.

No cóż, niełatwe jest życie słabszego sąsiada hegemona a opcje są bardzo ograniczone. Dzieło Tukidydesa ma dla nas dodatkową zaletę, gdyż zawiera silny wątek wojny morskiej. Ateny jako model państwa morskiego może w mniejszym stopniu przyciągać naszą uwagę, ale Sparta? W trakcie wojny obie strony używały floty do rozszerzenia pola manewru dla wojska. Podczas gdy Sparta pustoszyła ziemie należące do Aten i ich sojuszników, flota ateńska do woli atakowała wybrane punkty wybrzeża.

Łącząc wątki rozciągnięcia strategicznego frontu działań NATO z rozszerzeniem pola manewru wojska w czasie wojen peloponeskich wyłania się struktura floty złożonej z dwóch podstawowych komponentów. Jednym są okręty zdolne do działań sojuszniczych przynajmniej na europejskim teatrze działań. Drugim to środki do transportu wojska w ramach co najmniej Bałtyku. Dodatkowym składnikiem floty stają się siły minowe, rozpoznawcze czy osłony portów. Okręty transportujące wojsko powinny mieć osłonę i w tej roli może występować komponent do współpracy z NATO. Walka o uzyskanie panowania na morzu jest możliwa we współpracy sojuszniczej. Swego rodzaju rewolucją i ukłonem w stronę koncepcji obrony terytorialnej byłoby nadanie pierwszeństwa siłom wsparcia połączonych sił zbrojnych, czyli jednostkom transportowym. Dodatkową korzyścią byłoby większe prawdopodobieństwo zaangażowania w projekt krajowych stoczni.

Wykorzystanie morza jako pola manewru dla wojska na Bałtyku tym się różni od wojen peloponeskich, że w dzisiejszych czasach flota musi działać w zasięgu systemów nadbrzeżnych i pod nieomalże ciągłą obserwacją. Dla niektórych komentatorów oznacza to w konsekwencji niemożliwość działań floty nawodnej, łatwej do zniszczenia. Pogląd nie tyle nieprawdziwy, co pokazujący brak konsekwencji w myśleniu o działaniach w trakcie konfliktu z nieograniczonym użyciem nowoczesnej broni.

W dawnych czasach na Studium Wojskowym uczono studentów, że cele dzielą się na punktowe, liniowe i powierzchniowe. Okręt jest celem punktowym i raz wykryty staje się teoretycznie łatwym do zniszczenia. Tyle, że dotyczy to tak samo lotnisk, centrów dowodzenia czy zgrupowania wojsk. Teoretycznie lotnisko czy nabrzeżny dywizjon rakietowy jest celem powierzchniowym, ale przy dzisiejszej technice broni precyzyjnych jest to raczej zbiór celów punktowych. Eliminacja kontroli lotów, systemów nawigacyjnych, centrów łączności lub stacji pomp paliwa ogranicza automatycznie działania lotnictwa, co może mieć decydujące znaczenie w pierwszych godzinach ataku. Na dokładkę korweta uzbrojona tylko w RAM dysponuje przy obecnym stanie obrony przeciwlotniczej lepszą obroną przeciwrakietową (choć nie przeciwlotniczą) od lotniska. Większość polskiego lotnictwa jest zgrupowana na 3-4 lotniskach, które wiadomo gdzie są i nie zmieniają położenia w przeciwieństwie do okrętów. Tak więc, jeśli twierdzimy że okręty nawodne są bezbronne zastosujmy tę samą logikę do innych rodzajów sił zbrojnych czy uzbrojenia. Natomiast jeśli akceptujemy przewagę środków ataku nad obroną i straty, to powstaje pytanie jak skomplikować przeciwnikowi atak i jak zwiększyć swoje własne siły ofensywne.

Patrząc na problem oczyma polityków powinniśmy sobie odpowiedzieć na pytanie jaką część budżetu zbrojeniowego jesteśmy gotowi przeznaczyć na flotę pełniącą rolę pomocniczą dla działań połączonych wojsk. Historia budżetu MON wskazuje, że 10% udziału floty w programach modernizacyjnych jest realne i możliwe. Jest to również liczba, która nie powinna wywoływać kontrowersji na temat ważniejszych priorytetów wojsk lądowych czy lotnictwa. Przy obecnym poziomie finansowania obrony narodowej oznacza to 600-800 mln PLN rocznie. To wystarczy na zbudowanie niewielkiej i dość wszechstronnej floty, która być może nie obroni samodzielnie wybrzeża, ale może być użytecznym narzędziem polityków w czasie pokoju i wojska w czasie wojny.

Jan 112014
 

W coraz częściej pojawiających się publicznych dyskusjach na temat modernizacji sił zbrojnych, rzadko podejmowany jest temat koncepcji czy też strategii rządzącej logiką wysiłków modernizacyjnych. Terminy najczęściej używane w kontekście Marynarki Wojennej to Bałtyk Plus czy odstraszanie. Ostatnio Prof. Koziej użył terminu niedostępności terytorialnej kraju. Poniższy tekst jest próbą krytycznego spojrzenia na stosowność używania wspomnianych terminów i wezwaniem, aby wrócić do klasyków. Nie chcę dzielić włosa na czworo, ale od podstawowych definicji zależy (albo raczej powinno zależeć) jakie będziemy mieli okręty podwodne, jaką rolę będą spełniały drony w systemie obronnym lub czy ma sens inwestowanie w patrolowe samoloty CASA. W książce The Dynamics of Military Revolution, 1300-2050 (MacGregor Knox i Williamson Murray) znalazłem taką oto perełkę mądrości:

Błędy strategiczne mogą zostać skorygowane dopiero w następnej wojnie.

Do właściwości stosowania teorii Jeune Ecole w odniesieniu do naszych koncepcji obronnych już się na tym blogu odnosiłem. Dzisiaj czas na idee niedostępności terytorialnej kraju oraz odstraszania. Pierwsza jest zapewne spolszczeniem amerykańskiego terminu A2/AD czyli anti-access/area denial. Jest to określenie dość nowe i wcale nie precyzyjne. Termin jest popularny i chwytliwy ale do niedawna brakowało mu jakiejkolwiek podbudowy teoretycznej. Na szczęście ukazała się książka Samuela Tangredi, Anti-Access Warfare: Countering Anti-Access and Area-Denial Strategies, która jest próbą usystematyzowania wiedzy na ten temat. Autor, analizując konflikty z przeszłości wyodrębnia pięć podstawowych elementów stanowiących zręb koncepcji:

  • przekonanie o strategicznej przewadze sił atakujących
  • dominujący czynnik geografii jako element mający największy wpływ na czas operacji i wykruszanie się sił przeciwnika (attrition)
  • dominację obszarów morskich nad przestrzenią konfliktu
  • krytyczny wpływ posiadania informacji i rozpoznania oraz odwrotnie – decydujący efekt operacji wprowadzających przeciwnika w błąd co do rzeczywistych zamiarów i działania
  • zdecydowany wpływ wydarzeń w innych regionach i niezwiązanych bezpośrednio w konfliktem

Każdy z powyższych punktów jest w przypadku Polski dyskusyjny i nie daje jednoznacznego potwierdzenia słuszności przyjęcia takiej koncepcji obrony. Retoryka „państwa granicznego Unii” i położenie geograficzne eliminuje argument o dominacji obszarów morskich. Geografia sama w sobie nie sprzyja za bardzo działaniom opóźniającym ani wyczerpywaniu sił przeciwnika. Mamy natomiast wpływ na budowanie świadomości sytuacyjnej. Polityka zagraniczna za cel może również obrać tworzenie sytuacji dla przeciwnika niewygodnych i odwracających jego uwagę od bieżącego konfliktu. Ten ostatni punkt Tangredi ilustruje przykładem ataku Persów na Grecję. Bitwa morska pod Salaminą choć zwycięska dla Greków nie była w stanie sama zmienić wyniku wojny. Stworzyła jednak groźbę odcięcia dróg zaopatrzenia, co wobec mnożących się buntów podbitych ludów wewnątrz państwa Perskiego zmusiły Kserksesa do zmiany kalkulacji i wycofania się z Grecji. Do prowadzenia takiej polityki nie potrzebujemy jednak A2/AD. Przykładem jak najbardziej współczesnym prowadzenia aktywnej polityki zagranicznej poza potencjalnym obszarem konfliktu niech będzie wizyta okrętów JMSDF w Polsce i próba zacieśniania stosunków na płaszczyźnie militarnej.

Najbardziej trafnym wydaje się być przekonanie o przewadze przeciwnika. Tu jednak napotykam na pewien problem logiczny. Po pierwsze zagrożenie może nadejść niekoniecznie ze strony dominującej potęgi. W końcu żyjemy w świecie, gdzie struktury pozarządowe i ponadnarodowe są równie groźne co państwa. Jeśli jednak będziemy wystawieni na prowokacje ze strony przeważającej siły to nasze działanie ma sens i szanse powodzenia wówczas gdy założymy, że przeciwnik ma ograniczone cele. Mamy więc do czynienia ze sporem nie będącym dla przeciwnika zagrożeniem istotnym i do realizacji którego przeznacza tylko fragment swoich sił. Dlaczego więc wówczas z góry zakładamy przewagę sił atakujących? Jeśli podważymy ten podstawowy argument za stosowaniem koncepcji niedostępności terytorialnej, to wówczas, jak zauważa Sam Tangredi:

W skrócie, bez przekonania o strategicznej przewadze oponenta, optymalizowanie sił zbrojnych pod kątem niedostępności terytorialnej nie jawi się ani jako niezbędne ani atrakcyjne. Zamiast tego, siła własnej armii na polu walki i zdolność do operowania poza obszarem konfliktu może nawet skuteczniej zapobiec jakiemukolwiek potencjalnemu atakowi. Koszty realizacji strategii niedostępności terytorialnej mogłyby być lepiej wykorzystanie do optymalizacji własnych sił.

Małe inwestycje i duży efekt. Włoscy płetwonurkowie zatapiają Viribus Unitis w porcie przeciwnika .

Małe inwestycje i duży efekt. Włoscy płetwonurkowie zatapiają Viribus Unitis w porcie przeciwnika .

Co więc w zamian? Proponowane podejście miałoby sens, gdybyśmy umieli precyzyjnie a wręcz chirurgicznie rozdzielić A2/AD od podejścia klasyków do obrony przed silniejszym przeciwnikiem i uzasadnić przewagę takiego teoretycznego wsparcia strategii obronnych. Klasycy oferują jednak wystarczająco dużo przemyśleń na temat i to zarówno w domenie wojny na lądzie jak i na morzu. Twierdzenia von Clausewitza o wyższości obrony nad atakiem nie brzmią tak medialnie jak “Polskie Kły”, ale już wersja “aktywnej obrony” w  wydaniu Mao Tse Tunga wydaje się być równie chwytliwa. Sir Julian Corbett powtarza za von Clausewitzem, że „prawdziwa obrona oznacza oczekiwanie na szansę do ataku” a „ogólna polityka obronna może się składać z serii mniejszych operacji ofensywnych”. Narzucenie sobie z góry przekonania o wyższości przeciwnika jest niekoniecznie i niekorzystne. Z góry może sugerować rozwiązania, które blokują ofensywne nastawienie sił zbrojnych. Jeśli wziąć pod uwagę twierdzenie Juliana Corbetta o tym, że struktura floty powinna być odzwierciedleniem dominujących poglądów, to brak precyzyjnego rozróżnienia pomiędzy koncepcją niedostępności terytorialnej a aktywną obroną może zaowocować chybionymi inwestycjami. Ilustracją niech będzie pomysł samolotów patrolowych CASA. Zgodnie z tym co wiemy już o A2/AD, posiadanie informacji jest kluczowym elementem strategii. Co jednak, jeśli konflikt rozstrzyga się głównie na lądzie a obszar patrolowany jest w zasięgu lotnictwa przeciwnika mającego strategiczną przewagę. Systemy ISR czy C2 będą wśród pierwszych celów do zniszczenia. Być może rozsądniej byłoby inwestować w drony? Albo porzucić koncepcję i założyć bardziej wyrównane szanse z możliwością walki o uzyskanie przynajmniej chwilowej i lokalnej przewagi. Wówczas samolot załogowy da nam lepszą informację i warto zaryzykować?

Samolot patrolowy czy drony? Zależy od subtelnych różnic w formułowaniu strategii

Samolot patrolowy czy drony? Zależy od subtelnych różnic w formułowaniu strategii

Odmowa terytorialna może być spójna z koncepcją odstraszania i często bywają one wymieniane jednym tchem. Pokazujemy przeciwnikowi, że atak na nas nie tylko będzie kosztowny ale mamy kły i możemy się odgryźć. Tylko czy aby na pewno? Zbyt często zapominamy o niedocenianym psychologicznym aspekcie odstraszania. Powracam do tego, co na ten temat mówi Sam Tangredi:

W dyskusji o odstraszaniu jako elemencie niedostępności lub anty-niedostępności terytorialnej należy pamiętać, że odstraszanie nie jest własnością fizyczną – jest to stan umysłu. Odstraszanie występuje gdy rządowi decydenci są przekonani, że potencjalny oponent posiada zarówno technologię jak i wolę do uniemożliwienia osiągnięcia celu. Zarówno możliwości jak i wola muszą być oczywiste dla decydentów, jeśli mają odwieść ich od podjęcia akcji.

Założenie o strategicznej przewadze przeciwnika utrudnia nam przekonanie go o naszej zdolności do uniemożliwienia mu osiągnięcia celu. W końcu ma wystarczającą przewagę, prawda? Autor analizując wojny z przeszłości dochodzi do wniosku, że technologia w ogóle ma mały wpływ na wynik zmagań z obroną opartą o ideę niedostępności terytorialnej. Na poziomie samej technologii podkreśla on konieczność nie tylko precyzji ale i siły oraz ciągłości ognia. To zakłada odporność na ciosy i duży zapas amunicji i wiele platform. Dlatego konwencjonalne odstraszanie jest tak trudne.

Niedawno ukazał się tekst warty lektury i napisany z dużą dozą poczucia humoru, zatytułowany How Poland Came to Be a Major EU Power a w nim zdanie:

As for the Poles, everyone knows why they don’t budge: they have an inferiority complex and a strong dose of territorial angst.

Z koncepcją A2/AD w odniesieniu do Polski mam dwa problemy. Pierwszy to obawa, że cytowane zdanie ma zbyt duży wpływ na nasz sposób myślenia o bezpieczeństwie narodowym. Drugi to pytanie na ile Marynarka Wojenna jest właściwym narzędziem do realizacji obranej koncepcji oraz czy flota nie byłaby bardziej przydatna do budowania relacji wzajemności w ramach zarówno EU jak i NATO.

Dec 052013
 

Kiedy w mediach jest mowa o zakupach sprzętu wojskowego najczęściej przychodzi nam do głowy ustawa o zamówieniach publicznych wraz z magicznym słowem przetarg, budzącym wręcz grozę. Tymczasem tryb przetargu nie jest ani jedynym, ani najlepszym sposobem zakupu skomplikowanej technologii dla celów obrony narodowej. Jest istotna różnica pomiędzy zakupem produktu masowego i dość łatwego do sparametryzowania, np. papieru do drukarek, a dajmy na to okrętami podwodnymi. W pierwszym wypadku cena może być kluczowym wyróżnikiem, bo reszta parametrów jest jeśli nie taka sama, to bardzo zbliżona. W drugim przypadku mamy do czynienia z bardzo wąską ofertą produktów posiadających mocno zróżnicowane cechy, których zakup powoduje bardzo różne skutki czy konsekwencje. To zaś wymaga wyjścia poza standardową procedurę „złóż ofertę i czekaj na werdykt” oraz prowadzenie długich rozmów na temat wad i zalet każdego rozwiązania. Dodatkową trudnością jest pytanie jak oszacować pewne korzyści czy ryzyka związane z ofertą. Zejdźmy na ziemię i weźmy przykład. Obrona przeciwlotnicza i przeciwrakietowa MEADS. Jak wycenić szansę polskiego przemysłu na pełnoprawne uczestnictwo w rozwoju wiodących na świecie technologii? Jak to zbilansować z ryzykiem „niewypalenia” projektu? I czy takie rzeczy da się zapisać w wymaganiach przetargowych? Jak ocenić okręt podwodny S80, który został wadliwie zaprojektowany lub A26, który jest tylko na deskach kreślarskich? Ile jest dla MW warta możliwość korzystania z infrastruktury szkoleniowej niemieckiej marynarki wojennej w przypadku zakupu U212? Jaka jest wartość polityczna „Smart Defence” i Pooling&Sharing”? Co jest ważniejsze na Bałtyku – kadłub amagnetyczny czy możliwość odpalania SubHarpoon? Pytania tego typu można mnożyć w nieskończoność, ale odpowiedź na nie można znaleźć tylko w klarownej koncepcji czego się chce i dialogu z oferentami. Przetarg pozwala na dialog ale PRZED jego ogłoszeniem. Potem mamy już tylko oskarżenia o stronniczość. Tak więc tryb przetargu nie jest najlepszym rozwiązaniem dla złożonych systemów militarnych.

Jak wspomniałem, nie jest także jedynym. Poniżej wybrane paragrafy dotyczące wyłączeń ze stosowania ustawy:

Ustawy nie stosuje się do zamówień,

  • udzielanych na podstawie umowy międzynarodowej, której stroną jest Rzeczpospolita Polska, zawartej z jednym lub wieloma państwami niebędącymi członkami Unii Europejskiej, lub porozumienia zawieranego na szczeblu ministerialnym,
  • udzielanych w ramach programu współpracy opartego na badaniach i rozwoju, prowadzonych wspólnie przez Rzecz- pospolitą Polską i co najmniej jedno państwo członkowskie Unii Europejskiej nad opracowaniem nowego produktu oraz, tam gdzie ma to zastosowanie, do późniejszych etapów całości lub części cyklu życia tego produktu;
  • udzielanych przez rząd Rzeczypospolitej Polskiej rządowi innego państwa związanych z dostawami sprzętu wojskowego lub newralgicznego sprzętu,
  • udzielanych do celów działalności wywiadowczej;

Oczywiście prawo posiada wbudowane zabezpieczenia zapobiegające instrumentalnemu używaniu wykluczeń. Między innymi, istnieje osobne rozporządzenie określające co to znaczy sprzęt newralgiczny dla bezpieczeństwa Państwa. Tym niemniej lista daje spore możliwości, które mają realny wpływ na to co MON kupi. Przykładowo Leopardy zostały kupione, jak rozumiem na podstawie umowy międzyrządowej. To samo może mieć zastosowanie do okrętów. Jeśli dobrze pamiętam, Marmik na Forum Okrętów Wojennych stwierdził, że „może po prostu stosować zakup jednostek używanych jako rozwiązanie docelowe, a nie tymczasowe”. Byle by był to sprzęt wartościowy i w dobrym stanie. Ta opcja ma sens szczególnie w odniesieniu do okrętów podwodnych, które najprawdopodobniej nie są w stanie wnieść wiele do polskiego przemysłu obronnego.

Bardzo interesującą opcją są wspólne programy badawcze. Marynarka Wojenna jest w tym nieszczęśliwym położeniu, że wszelkie zakupy i zamówienia mają charakter jednostkowy. Wspieranie bazy produkcyjnej będzie miało tylko marginalny efekt. Zostawmy tę opcję dla czołgów, transporterów opancerzonych, ciężarówek czy broni strzeleckiej. O wiele bardziej interesujące jest wspieranie kluczowych technologii. Tutaj współczesne okręty wojenne mogą wnieść sporo. W interesie marynarki leży więc wspieranie uczestnictwa w projektach EDA jak MARSUR, zwalczanie min, bezzałogowce czy techniki związane z wykorzystaniem satelitów. Zakup rodzimego pakietu zwalczania min staje się rzeczywistym wsparciem lokalnych ośrodków badawczych i pozostaje poza głównym nurtem kontrowersji politycznych. Kwestią otwartą pozostaje jak traktować platformę przenoszącą moduł. Czy jest to część integralna projektu badawczego, czy nie. Nawet jeśli jednak werdykt byłby negatywny, to budowa takiej platformy jest z zasięgu naszych stoczni i mogą one konkurować z propozycjami europejskimi. Takie podejście pozwala również na rozbicie planowanego przetargu na drony na kilka mniejszych kontraktów. Dla Marynarki Wojennej to ważna rzecz, bo o ile systemy MALE będą i tak wspólne z innymi rodzajami sił zbrojnych i wybierane wspólnie to wiropłaty będą pewnie istotne tylko dla floty. MALE to nawiasem mówiąc następny przykład współpracy europejskiej w ramach EDA.

Demonstracja MARSUR. Foto - EDA

Demonstracja MARSUR. Foto – EDA

Ostatni punkt jest najbardziej nieokreślony ale i dający szansę na realizację największych projektów. Decyzja 112 MON-u definiuje tryb decydowania o szczególnej wadze danego systemu oraz określa co ma być brane pod uwagę w trakcie podejmowania decyzji:

Dokonując selektywnego podziału zadań Zespół bierze pod uwagę w szczególności:

  • uwarunkowania geopolityczne i operacyjne, w tym operacyjne wykorzystanie sprzętu wojskowego; 
  • bezpieczeństwo informacji związane z przedmiotem zamówienia;
  • cenę bezpieczeństwa dostaw sprzętu wojskowego, w tym zakres i konieczność uniezależnienia się od zagranicznego dostawcy;
  • potrzebę i zakres ustanowienia lub utrzymania krajowego potencjału przemysłowego w kontekście znaczenia pozyskiwanego sprzętu wojskowego lub usługi;
  • strategiczne znaczenie sprzętu, w tym kryptograficznego, chemicznego, biologicznego, radiologicznego i jądrowego;
  • konieczność i sposób uniezależnienia się od zagranicznego wykonawcy w zakresie serwisu i konserwacji w sytuacji kryzysowej;
  • zasadę proporcjonalności podejmowanych środków, w tym zakres i czas trwania zamówień.

Nie zdziwiłbym się, gdyby w tym trybie dokonywano zakupu systemu antyrakietowego, ale przy odrobinie dobrej woli Miecznik też mógłby być zakwalifikowany. Co ciekawe, abstrahując od sensowności potrzeby posiadania podwodnej części “Polskich Kłów”, ten projekt z pewnością nadaje się do realizacji w tym trybie. Czy okręt podwodny BEZ rakiet również, to kwestia niejednoznaczna. Stąd pytanie, czy rakiety aby nie są rzeczywistym uzasadnieniem wysokich kosztów projektu. Jeśli tak, to czeka nas Gawron bis. To z kolei zachęca do skupienia się na nawodnej i bardziej realistycznej części planu modernizacji floty.

Powyższy tekst nie ma stanowić menu trików do omijania przetargów tylko być wsparciem dla wysiłków w podejmowaniu racjonalnych decyzji przez MON. Rezygnacja wiceministra odpowiedzialnego za modernizację armii jest sygnałem ostrzegawczym, że racjonalność decyzji może się stać ofiarą presji politycznej. Nie odnoszę się w ten sposób do konkretnej osoby, lecz do funkcji. Ten fakt ma znaczenie chyba większe niż myślimy. Postawmy się w sytuacji Ministra Obrony Narodowej. Mamy podejmować kluczowe decyzje na temat olbrzymich inwestycji. Jesteśmy pod presją polityczną, interesów przemysłowych i grup nacisków, strategią rządu wspierania gospodarki i poglądami kadry dowódczej. Minister ma pełne prawo nie być ekspertem we wszystkich dziedzinach obronności Państwa i potrzebuje w miarę obiektywnej oceny podejmowanych projektów i konsekwencji ich realizacji. Dla międzywojennej US Navy taką rolę ogrywał General Board. Polecam książkę na ten temat – Agents of Innovation. The General Board and the Design of the Fleet That Defeated the Japanese Navy. Współcześnie amerykańscy kongresmani mogą liczyć na takie publikacje jak Ronalda O’Rourke z Congressional Research Service. Jak widać z linku, mają swoją wagę.

Pytanie brzmi jaka osoba lub instytucja ma służyć ministrowi w podejmowaniu trudnych decyzji. Biorąc pod uwagę siłę presji politycznej, być może powinna to być właśnie instytucja a nie osoba, na co poniekąd wskazują oba przykłady. Jest to bowiem kluczowe ogniwo w procesie podejmowania racjonalnych (to słowo chcę podkreślić) decyzji w MON-ie.

 

Nov 252012
 

Historia nie daje nam odpowiedzi na pytanie o przyszłość, raczej uczy pokory będąc jedynym dostępnym miernikiem rozdźwięku pomiędzy założeniami a rzeczywistym przebiegiem wydarzeń. Pasjonujące jest wniknąć w motywy decyzji głównych aktorów dawnych wydarzeń i skonfrontować je z rzeczywistym efektem. To pozwala spojrzeć z dystansem na własne decyzje podejmowane dzisiaj w obliczu nieznanej przyszłości. Z tego punktu widzenia książka Naval Warfare in the English Channel 1939-1945  jest bardzo interesująca.Tym bardziej, że dotyczy wód przybrzeżnych i wynikających z tego faktu interakcji pomiędzy różnymi rodzajami sił zbrojnych, ograniczonej przestrzeni i skróconego czasu reakcji. Jest to według autora obszar w dalszym ciągu niezgłębiony:

Pomimo, wydawałoby się oczywistej wagi dla dobrobytu narodów, ten obszar walki na morzu jak dotąd jest mało znany. Wojna pomiędzy kutrem torpedowym i konwojem, niszczycielem i bombowcem nurkującym, jeszcze bardziej niebezpieczna z powodu wszechobecnego zagrożenia minami i okrętami podwodnymi, pozostaje w dużej mierze niezapisana.

W dalszym ciągu zamieszczam kilka refleksji, przychodzących na myśl w miarę lektury.

W wyniku zagrożenia minowego i ataków lotniczych, na obszarze kanału La Manche i wód przyległych operowały praktycznie tylko lekkie siły nawodne. Z ciężkich okrętów ostał się stary pancernik Revenge. Straty wśród lekkich sił nawodnych były duże, a jako odsetek całości zaangażowanych sił jeszcze większe. Relacja uczestnika tych wydarzeń ujmuje kwestię zwięźle:

Powiedziałbym, że 1-sza flotylla niszczycieli widziała więcej akcji na krótkim dystansie niż większość innych okrętów Royal Navy. Można było założyć, że będziemy bombardowani lub atakowani przez kutry torpedowe sześć razy na dziesięć.

Długotrwały konflikt jest walką na wyniszczenie. Biorąc pod uwagę koszty i liczebność współczesnych flot, trudno sobie nie zadać pytania o to, czy w ogóle w przyszłości jest możliwy przeciągający się w czasie konflikt obliczony na wyczerpanie zasobów. Chociaż operacje lądowe jak Irak czy Afganistan raczej potwierdzają, że tak. Głównymi aktorami walk na wodach przyległych do kanału La Manche były stare niszczyciele rodem z I wojny światowej, co stawia ponownie odwieczne pytanie, gdzie leży właściwa równowaga pomiędzy ilością i jakością. I jak zapewnić ilość wobec braku odpowiedniego zaplecza stoczniowego. Ogromną rolę w odpowiedzi na te pytania odgrywa sama Marynarka Wojenna, która może stymulować rozwój zaplecza poprzez odpowiednie planowanie struktury floty, pozwalającej przemysłowi na zdobywanie kompetencji ale i zapewniającej długoterminową dochodowość poprzez powtarzalne zamówienia. Z tego punktu widzenia planowane okręty patrolowe mają większe znaczenie niż ich możliwości bojowe.

Najbardziej efektywne i cenione okazały się nie najsilniejsze niszczyciele floty lecz eskortowce klasy Hunt, głównie dzięki swojej uniwersalnej artylerii. Pomimo wszelkich podejmowanych wysiłków i licznych projektów, Royal Navy nie wypracowała w czasie wojny uniwersalnej artylerii średniego kalibru na wzór amerykańskich 5″/38 i armaty 4″ pozostały najskuteczniejszą bronią. Typowym przeciwnikiem jednostek Hunt obok Luftwaffe były Schnellboote, które najbardziej się obawiały nie brytyjskich MTB, ale artylerii głównej niszczycieli. Według autora książki, niemieckie jednostki były groźniejsze niż ich brytyjskie odpowiedniki. Główny powód autor upatruje w mniejszej wielkości, a więc i dzielności morskiej oraz zawodnemu silnikowi benzynowemu. D.K. Brown w Nelson to Vanguard twierdzi, że ich wyniki były lepsze niż innych klas okrętów, ale poniesione koszty na infrastrukturę stawiają ten sukces pod znakiem zapytania. Potwierdza również znaczący wzrost wyporności jednostek brytyjskich w trakcie wojny, ale to powodowało jeszcze większe problemy z jednostką napędową. Brytyjczykom w czasie wojny nie udało się opracować wydajnych silników diesla i pozostawali w tyle za Amerykanami czy Niemcami.

Wbrew przewidywaniom, udało się w miarę skutecznie zneutralizować zagrożenie ze strony okrętów podwodnych, natomiast miny pozostały śmiertelną bronią przez cały okres trwania wojny. Lotnictwo, głownie Ju-87 Stuka zebrały obfite żniwo, zwłaszcza wobec odmiennych priorytetów RAF. Zagrożenie osłabło zimą 1940/41, gdyż ograniczone zasoby zmusiły Niemcy do przerzucenia większość jednostek na planowany front wschodni. Niedostateczne wsparcie ze strony RAF przewija się przez całą książkę i autor wystawia RAF-owi druzgocącą opinię. Poniższy cytat dotyczy operacji przejścia ciężkich okrętów nawodnych Kriegsmarine (Scharnhorst, Gneisenau, Prinz Eugen) z portu w Breście do Niemiec w 1942 roku:

Jeden fakt wyróżnia się spośród wszystkich innych: Niemcy woleli stanąć oko w oko ze wszystkim co RAF mógłby rzucić przeciwko nim, aniżeli ryzykować długie przejście morzem przez Północny Atlantyk.

Podobnie rozpaczliwą próbą był atak samolotów Swordfish z Fleet Air Arm bez jakiejkolwiek osłony myśliwców. Utrata prawie całej 825-tej eskadry była gorzkim ciosem. Fakt, że od tych heroicznych, młodych ludzi oczekiwano zaatakowania krążowników liniowych starymi dwupłatowcami w trakcie trzeciego roku wojny był skandalem pośród wielu skandali.

Lotnictwo słusznie jest uważane za niezwykle groźny środek ataku na wodach zamkniętych. Jednak potencjalne możliwości rozbiegają się z rzeczywistym efektem. Jest paradoksem, że potęga kontynentalna, jaką były Niemcy potrafiła zorganizować lepsze wsparcie lotnictwa dla marynarki aniżeli uczyniła to Wielka Brytania, będąc potęgą morską. Jest to godne podkreślenia zwłaszcza, że Royal Navy bardziej od możliwości szturmowych lotnictwa, oczekiwała osłony z powietrza przed atakami Luftwaffe.

Interesującym szczegółem, wynikającym ze skondensowanej przestrzeni było użycie przez Niemców ciężkiej artylerii nadbrzeżnej do ostrzeliwania przybrzeżnych konwojów po stronie brytyjskiej. Były one kierowane radarem, stąd taktyka konwojów nocnych nie dała spodziewanych efektów. Broń okazała się raczej nieskuteczna za wyjątkiem sporego efektu psychologicznego, gdyż załogi statków w konwojach najpierw dostrzegały wybuch pocisków a dopiero potem słyszały ich dźwięk w trakcie lotu. Co prawda nie mamy dzisiaj armat 15″ czy nawet 11″ calowych, ale postępy w zwiększaniu zasięgu i celności artylerii są imponujące.

Operacja ostrzelania wybrzeży w okolicach Cherbourga przez Revenge pokazuje kilka ciekawych aspektów. Po pierwsze z lektury książki wynika, iż pomimo tym razem dobrej współpracy z RAF-em, okręty nie miały pełnej osłony lotniczej. Zamiast tego RAF zorganizował akcję dywersyjną bombardowania wybrzeża w ten sposób, aby eksplozje pocisków 15″ z Revenge wyglądały na wybuchy bomb. To się udało, ale powstaje pytanie, jak to się stało, że konwoje i ruch okrętów były śledzone rzez radary Freya, ale przejście morzem Revenge z eskortą pozostało niezauważone? Książka nie daje odpowiedzi na to pytanie, co może być potwierdzeniem mądrości mówiącej, że technologia rozwiązuje tyle samo starych problemów co przynosi ze sobą nowych.

Cała historia przywodzi mi na myśl całkiem współczesną analogię. W latach 60-tych nowoczesne wówczas rakietowe systemy obrony przeciwlotniczej Terrier miały, jeśli dobrze pamiętam niezawodność i dostępność na poziomie rzędu 60%. Pomimo tak słabego wyniku, wynikającego z nowatorskich wówczas technologii, system był w służbie, bo nie było nic innego i lepszego. To oznaczało, że jakikolwiek dłuższy konflikt powinien się zakończyć fatalnie dla zespołów floty. Tak powinno być, chyba że … środki napadu powietrznego miały podobną niezawodność lub raczej zawodność. Wówczas przestrzeń dla przypadku czy zwykłego szczęścia odgrywającego wielką i niedocenianą rolę na wojnie pozostaje olbrzymia. Natomiast planowanie operacji w oparciu o obietnice, które oferuje technologia w oderwaniu od praktyki jest zaproszeniem do porażki.

Aspektem często przewijającym się na stronach książki, choć mało “bojowym” była propaganda. Tradycyjny wizerunek rzetelności BBC legnie w gruzach po lekturze. Triumfalizm i nieznajomość tematyki dominowały urągając inteligencji i bezpośrednim doświadczeniom uczestników akcji. Trudno jest walczyć mając gorycz w ustach.

Książka jest napisana z pasją i zawiera wiele relacji bezpośrednich uczestników wydarzeń. Z pewnością godna polecenia każdemu, kto zadaje sobie pytanie jak może wyglądać ewentualny przyszły konflikt morski na Bałtyku.

Nov 022012
 

Plan modernizacji marynarki wojennej ogłoszony w marcu jest niewątpliwie bardzo pozytywnym znakiem, ale dla postronnego obserwatora pozbawiony koncepcyjnej podbudowy. Być może ona istnieje, lecz jest po prostu nieopublikowana czy też nie znana szerszemu gremium. Jestem skłonny zaryzykować stwierdzenie, że plan jest swoistym kompromisem wynikającym z dwóch rzeczy. Problemów ze sformułowaniem strategii dla Polski w jej położeniu geostrategicznym, pomiędzy tradycyjnymi dwoma europejskimi potęgami lądowymi z jednej strony oraz doświadczeń operacyjnych Marynarki Wojennej wynikającej z ponad 10-cio letniej współpracy z NATO i uczestnictwa w operacjach sojuszniczych z drugiej strony. Pomiędzy tymi dwoma procesami brak jest łącznika scalającego plan modernizacji w spójną strategię kierującą rozwojem taktyki i techniki.

Tytułowe pytanie mieszkańca podkrakowskich Bronowic sprzed ponad 100 lat w Weselu Wyspiańskiego zaskakuje szerokością spojrzenia i zachęca dzisiaj do spoglądania na doświadczenia innych, choćby tak odległych krajów, jak Chiny. James Holmes w artykule wartym przeczytania w całości, rozwija wątek floty obrony wybrzeża, działającej w zasięgu rakiet przeciw-okrętowych czy balistycznych, co we współczesnych realiach oznacza setki mil:

Chiny próbują połączyć stare koncepcje i nową technologię w coś, co komandor US Navy i znany teoretyk potęgi morskiej, Alfred Thayer Mahan nazwał “fortress fleet”, flotę działającą prawie wyłącznie pod osłoną wsparcia ogniowego z lądu.

Kluczową cechą tej strategii jest fakt, że nowoczesna technologia daje możliwość wyrwania się Ludowo-Wyzwoleńczej Marynarki Chin (PLAN) poza wody przybrzeżne.

Źródła takiej strategii tkwią w koncepcji aktywnej obrony, doktryny wypracowanej przez Mao Zedonga w czasie wieloletniej walki najpierw z okupacyjną armią Japonii a później w trakcie wojny domowej. Jakkolwiek sekretarz Mao czerpał wiele z Sun Tzu, to 100 lat wcześniej w Europie, Carl von Clausewitz twierdził podobnie, że silniejszą formą walki od ataku jest obrona. Przy czym obaj teoretycy zgodnie krytykowali obronę tylko pasywną. W książce Red Star over Pacific jest cytat z Mao Zedonga:

Walka obronna, która posiada pasywną formę, może być aktywna w swej treści i może być zmieniana z fazy, w której jest pasywna w formie do fazy, w której jest aktywna zarówno w formie jak i treści.

Dla Mahana koncept miał wydźwięk negatywny, bo zasięg artylerii był mały, co w konsekwencji prowadziło do pasywnej postawy floty i utratę inicjatywy. Technologia daje jednak starej koncepcji nowe życie i pozwala na operowanie daleko od własnego wybrzeża, co powinno zniwelować negatywne skutki opisywane przez amerykańskiego teoretyka. Dla nas oznacza to rozszerzenie zasięgu operacyjnego poza Bałtyk. Ponadto “forteca” kontrolująca otaczające wody z lądu ma szansę na zniwelowanie psychologicznego poczucia nierówności sił i zwolnienia sił nawodnych do realizowania zadań dyplomatycznych i budowania sojuszy na obszarze Bałtyku jak i poza granicami, co jest o wiele bardziej spójne z doświadczeniami operacyjnymi Marynarki Wojennej w ostatniej dekadzie.

Powyższe stwierdzenia dotyczą głównie sił nawodnych, ale ma również zastosowanie dla kontroli sytuacji pod powierzchnią morza. Nie tylko można wykorzystywać śmigłowce ZOP bazujące na lądzie co pozwala na zastosowanie znacznie większych maszyn o większym zasięgu, udźwigu i mniejszej wrażliwości na pogodę, ale pozwala także na zainstalowanie sieci sensorów na dnie morza. Przykładem niech będą dość zaskakujące dane z pierwszego okresu II wojny światowej prowadzonej na obszarze Kanału La Manche i wód przyległych. Poniższy cytat pochodzi z książki Naval Warfare in the English Channel 1939-1945:

Niemcy odważnie i zdecydowanie użyli swoje flotylle niszczycieli do stawiania min w samym kanale La Manche, u wrót głównych baz brytyjskiej marynarki, w zasadzie niezauważalnie i z sukcesem. U-booty nie osiągnęły takiego sukcesu, gdyż było ich mało, a ich zastosowanie spodziewane. Przeciwdziałanie jak patrole czy położenie defensywnych pól minowych, wkrótce spowodowało, że U-booty zapłaciły wysoką cenę i ich działalność została wkrótce wstrzymana.

Trzecia i ostateczna faza zablokowania dostępu do Kanału La Manche dla niemieckich okrętów podwodnych nastąpiła po położeniu pól minowych, poprzez położenie pomiędzy polami podwójnego systemu pętli wykrywających, które notowały każde przejście jakiegokolwiek okrętu podwodnego przez wzbudzanie prądu elektrycznego w kablu leżącym na dnie morza.

W późniejszym okresie zarówno okręty podwodne jak i lotnictwo odegrało swoją role, ale mówimy o początkowym okresie około 18 miesięcy, czyli dość długim. Innym przykładem, znacznie nam bliższym, są idee wielkiego innowatora Royal Navy, Sir Johna “Jackie” Fishera. Stanął on wobec skomplikowanego problemu utrzymania prymatu Royal Navy na morzach w sytuacji coraz silniejszych ograniczeń finansowych i gwałtownie rozwijających się nowych technologii. Jeśliby rozwijana przez Francuzów doktryna Jeune Ecole wojny asymetrycznej okazała się skuteczna, olbrzymi kapitał zainwestowany we flotę pancerników okazałby się bezużyteczny. Sir John Fisher zdołał wykorzystać siłę nowych koncepcji i technologii dla swoich celów i stworzył wizję dwuczłonowej floty:

  • krążowniki liniowe dzięki swojej prędkości i nowatorskiemu zastosowaniu jednolitej artylerii dużego kalibru były zdolne do obrony linii komunikacyjnych i posiadłości rozległego imperium
  • obronę własnych wód przybrzeżnych zapewnić miały asymetryczne nowinki jak miny i torpedy przenoszone przez okręty podwodne i flotylle nowo powstałej klasy niszczycieli, wspierane przez całkiem nowe, ale moralnie przestarzałe pancerniki.

Był to również okres szybkiego rozwoju łączności radiowej, która pozwalała na tworzenie obrazu sytuacji jeszcze nie taktycznej ale strategicznej na skalę globalną, co Norman Friedman celnie nazwał Picture Centric Warfare. Taki obraz był niezbędny do efektywnego wykorzystania małych i szybkich zespołów krążowników liniowych. Tak samo jak dzisiaj jest konieczny do naprowadzania rakiet dalekiego zasięgu, odpalanych z “fortecy”. Stare powiedzenie mówi, że nie ma róży bez kolców, o czym przekonał się Sir John Fisher już przy budowie Dreadnoughta, który był w zasadzie kompromisem między jego pomysłami a werdyktem bardziej tradycyjnej komisji Comitee on Designs. W październikowym numerze Proceedings, komandor Gerard D. Roncolato USN, wskazuje na potencjalne problemy związane z wprowadzaniem radykalnych idei w życie:

  • z perspektywy długiego okresy pokoju bez przeciwnika na morzu, powstaje pytanie w jaki sposób marynarka wojenna ma ożywić swoje myślenie koncepcyjne o pełnym spektrum działań wojennych na morzu w warunkach zmian w technologii i nowo powstających rywali
  • jak nowa technologia ma być wprowadzona do floty w znaczeniu zarówno materialnym jak i doktrynalnym
  • przyznając, że często systemy zbudowane z myślą o jednym celu są używane z czasem do innych celów (jak w przypadku brytyjskich krążowników liniowych), w jaki sposób marynarka ma zamiar zarządzać ryzykiem związanym z taką sytuacją

Z tego punktu widzenia w warstwie materialnej plan modernizacji marynarki nie wygląda źle i jest dość wyważony pomiędzy tradycją a nowoczesnością. Warstwa doktrynalna jest jednak głęboko ukryta dla postronnego obserwatora. Niemniej powyższa mieszanina starej koncepcji i nowej technologii może być atrakcyjna poprzez możliwość połączenia w spójną całość operacyjnego doświadczenia floty i obronnych koncepcji Sztabu Generalnego.