Sep 062015
 

Często w rozmowach o planach rozwojowych Marynarki Wojennej używamy określenia „flota zrównoważona”. Czy nie powinniśmy również zastanowić się nad pojęciem okrętu zrównoważonego? Powód do takiego pytania daje kilka myśli dość luźno związanych z tematem, powstałych z podsumowania wakacyjnej lektury serwisów informacyjnych.

Zanim padną zgryźliwe uwagi sceptyka, kilka słów optymizmu. Wodowanie Kormorana jest samo w sobie dobrą wiadomością po tak długim okresie posuchy w budownictwie okrętowym, ale to że dzieje się to zgodnie z planem w dość krótkim czasie od podpisania umowy dodaje otuchy. Z pewną przesadą (a może niekoniecznie?) efekt psychologiczny tego pozytywnego wydarzenia może w dłuższej perspektywie okazać się mieć większą wartość od samego okrętu.

Wracając do głównego wątku, mieliśmy ostatnio okazję wejrzeć za kurtynę wydarzeń i dowiedzieć się paru szczegółów jak może wyglądać Miecznik i Czapla oferowane przez PGZ. Projekt wygląda na wersję rozwojową MEKO A-100, czyli Ślązaka/Gawrona. W porównaniu z pierwowzorem dodanie slipu rufowego i hangaru dla 11-tonowego śmigłowca zaowocowało wzrostem wyporności o mniej więcej 1/4, czyli jakieś 500-600 ton. Z punktu widzenia technicznego wszystko jest poprawne. Wychodząc na przeciw wymaganiom Inspektoratu Uzbrojenia dodano wymagane cechy okrętu. Porównajmy taki okręt z dozbrojonym Ślązakiem i zauważmy, że właściwie dla zdolności bojowych jedyną różnicą jest wspomniany hangar. Tylko ile to będzie kosztowało? Nie mając dostępu do takiej informacji, zastosujmy prymitywną ekstrapolację ze znanych kosztów naszego okrętu patrolowego, zakładając podział 50/50 kosztów platformy i uzbrojenia. Przypuszczalnie nowy Miecznik będzie kosztował co najmniej 1.5 mld PLN w porównaniu z 1.2 mld PLN dozbrojonego patrolowca. Pierwsze spostrzeżenie – zatoczyliśmy koło i wróciliśmy do Gawrona. Trochę większego i ze słabszym niż planowaliśmy uzbrojeniem przeciwlotniczym, ale z hangarem i za podobne pieniądze. Drugie spostrzeżenie to rodzące się pytanie jak bardzo cenimy sobie posiadanie hangaru. Łamiąc schematy myślowe zapytajmy, czy lepiej mieć hangar na Miecznikach, czy dodatkowy okręt patrolowy w postaci np. bliźniaka dla Ślązaka? Ten blog, jak sama nazwa wskazuje, jest kroniką samo-edukacji autora. Patrząc na poprzednie wpisy, pojawia się w nich konkluzja, że korweta to „zwierzę stadne” i powinna działać w grupach po kilka. Wynika to z faktu, że z powodu ograniczenia wielkości jest to klasa okrętów raczej jednozadaniowych i mając ograniczone zdolności do obrony, zespół broni się przez rozproszenie. Tak więc nieustanny wzrost wielkości i w konsekwencji kosztu, spowodowany jak najbardziej racjonalnymi przesłankami ogranicza liczbę okrętów przy zadanym budżecie. Słowa te padają w kraju znanym z bardzo ograniczonego i całkowicie nierozciągliwego budżetu marynarki wojennej a budownictwa okrętowego w szczególności.

Brak hangaru istotnie ogranicza elastyczność operacyjną okrętu a raczej jego operacji lotniczych. Jednak w specyficznych warunkach lub sytuacji, może się takie rozwiązanie okazać akceptowalnym. Aby móc coś takiego stwierdzić, należy sięgnąć głębiej do podstawowych powodów, dla których hangar jest niezbędny. W sumie są one dość proste i wynikają z dążenia do autonomii okrętu i jego systemów jako całości. Śmigłowiec pokładowy potrzebuje uzupełnienia paliwa i uzbrojenia, przeglądów technicznych i okresowych drobnych napraw, ochrony przed środowiskiem morskim. Śmigłowiec może również stanowić integralną część systemów uzbrojenia okrętu. Idąc tym tropem, to wszystko jest tym trudniejsze im dalej okręt operuje od własnej bazy. Jeśli mówimy o Okręcie Obrony Wybrzeża na Bałtyku, to częściowo powyższe wymagania słabną i przestają być imperatywem. Jeśli jednak nasz okręt będzie działał już na Morzu Północnym, sprawy mają się inaczej. Postęp technologiczny zmienia również relacje śmigłowiec-okręt. Na początku helikopter był tylko platformą do przenoszenia uzbrojenia a głównym sensorem był sonar okrętowy. Z czasem sonary aktywne zaczęły odgrywać coraz większą rolę i śmigłowce same stały się nośnikiem sensorów w postaci boi hydroakustycznych przy sonarów aktywnych zanurzeniowych. W rzeczy samej, nasze helikoptery ZOP działają z lądu na zasadzie całkowicie autonomicznej.

Można sobie wyobrazić patrolowiec bez hangaru.

Można sobie wyobrazić patrolowiec bez hangaru.

Rozwiązaniem kompromisowym dla niewielkiego okrętu jak korweta mógłby być pokład lotniczy dla dużego śmigłowca z możliwością uzupełniania zapasów i niewielkim hangarem dla dronów. Ma to o tyle sens, że jesteśmy świadkami ogromnego rozwoju dronów i stoimy już przed problemem ich integracji nie tylko z systemami okrętowymi ale z pokładowymi śmigłowcami. W najnowszym numerze USNI Proceedings, kontradmirał Mark Darrah, U.S. Navy wspomina lata 50-te, gdy lotnictwo morskie stanęło przed problemem integracji samolotów odrzutowych z turbośmigłowymi w jednym skrzydle lotniczym. Nie pasowało do siebie nic:

Szybkość, łączność, możliwości nawigacyjne, nowe zadanie zbrojnego zwiadu, zapalniki nie dostosowane do prędkości odrzutowców, operacje w niskich temperaturach oraz ograniczenia wywiadu w odniesieniu do nowego sposobu prowadzenia walki, to wszystko w sumie przeciwstawiało się próbom prowadzenia walki w nowej epoce odrzutowców.

I dalej stwierdza, że dzisiaj jest nie inaczej. Stoimy przed nowymi wyzwaniami, w naszym kraju podwójnymi. Podczas gdy amerykanie zastanawiają się, jak zintegrować drony z innymi systemami załogowymi, my próbujemy wprowadzić śmigłowce na pokłady naszych okrętów. Może rację miał gen. Koziej mówiąc o konieczności skoku generacyjnego?

Nie tylko hangar wzbudza pewne wątpliwości. Proponowany projekt ma jako uzbrojenie przeciwlotnicze 12 wyrzutni pionowego startu plus RAM i Kusza. Liczba 12 sugeruje rakiety krótkiego zasięgu jak VL Mica. Niepokój wzbudza liczba 12 rakiet w magazynie. To powinno wystarczyć do obrony przed jedną pełną salwą rakietową równorzędnego przeciwnika. Tu przechodzimy do sedna okrętu zrównoważonego. Posiadanie hangaru jest spójne z ideą długotrwałego działania okrętu poza wodami macierzystymi. Proponowany zasięg i autonomiczność dają taką możliwość i wspierają koncept. Tylko co ma zrobić okręt wypełniający misję poza Bałtykiem po pierwszym poważnym ataku? Przeładowanie rakiet do VLS na pełnym morzu amerykanie próbowali i zarzucili. Po co nam więc autonomiczność i zasięg, jeśli musimy wrócić do bazy po pierwszym starciu? Przyjmijmy zasadę symetryczności w projektowaniu okrętów, to znaczy, że okręt powinien być zdolny zarówno do ataku jak i obrony przed równorzędnym przeciwnikiem. Przy dłuższych rejsach ma sens magazyn rakiet na obronę przed 2-3 salwami, co daje 16-24 rakiety minimum. Czy zaprezentowany projekt ma taką rezerwę, czy też musimy go ponownie powiększyć? Czy rezygnacja z hangaru umożliwi tak znaczący wzrost pojemności magazynów rakiet? Defence24 aktualną wersję już nazywa lekką fregatą, więc uzasadnione jest pytanie, czy chcemy korwety czy fregaty? Tu kłania się niewidoczna dla gołego oka interakcja pomiędzy projektantem a klientem, czyli Marynarką Wojenną lub jej brak.

Sięgając w przeszłość do doświadczeń U.S. Navy, amerykanie w pewnym momencie stwierdzili, że zamiast projektować platformę i zastanawiać się co się na niej zmieści, należy zaprojektować okręt wokół wcześniej zdefiniowanego systemu uzbrojenia. Chyba pierwszym takim powojennym okrętem był Charles F. Adams.

Kura czy jajko? Platforma, czy systemy uzbrojenia. DDG-2 został zbudowany wokół systemu Tartar. Fot. www.ussadams.com

Kura czy jajko? Platforma, czy systemy uzbrojenia. DDG-2 został zbudowany wokół systemu Tartar. Fot. www.ussadams.com

Idąc dalej tym tropem, można dla bardzo zgrubnego szacowania opcji wyboru zaproponować kilka alternatyw:

  • Fregata zdolna do lokalnej obrony przeciwlotniczej z sonarem klasy CAPTAS-4
  • Korweta ASW z możliwością samoobrony i sonarem klasy CAPTAS -2 lub alternatywnie
  • Korweta AAW z ograniczoną zdolnością do lokalnej obrony przeciwlotniczej
  • Okręt patrolowy „uzbrojony” zbudowany według standardów wojennomorskich
  • Okręt patrolowy zbudowany według standardów cywilnych do zadań policyjnych

Jeżeli każdą z tych alternatyw zbudujemy wokół konkretnych systemów uzbrojenia trzymając się wspomnianej zasady symetryczności w projektowaniu okrętów, to otrzymamy swego rodzaju puzle do układania na poziomie formułowania budżetu i strategii. Każda z nich wiąże się z określonym poziomem kosztów inwestycji i utrzymania. Wobec ograniczonego budżetu liczba jednostek będzie się silnie zmieniała. W każdej iteracji powinien brać udział konstruktor okrętów definiujący co jest możliwe a co nie. W przeciwnym wypadku nie wyjdziemy z pętli próbowania zbudowania fregaty za cenę korwety. Decyzja o ograniczeniu negocjacji do PGZ jest o tyle nieszczęśliwa, że ogranicza konkurencję i potencjalną wiedzę MON-u na temat tego co jest możliwe zawęża do propozycji PGZ będących wypadkową możliwości i ambicji. Chyba czas na ruch MON-u i decyzję czym Miecznik i Czapla naprawdę mają być.

May 012015
 

Dwie informacje prasowe przykuły moją uwagę i skłoniły do sięgnięcia „za pióro”. Pierwsza i nowsza jest pewnie mniej dostrzeżona – otóż Litwa wspierana przez Szwecję protestuje w próbie przeszkodzenia przez Flotę Bałtycką położenia energetycznego kabla podmorskiego NordBalt łączącego Litwę ze Skandynawią.

Wygląda na to, że w strefie EEZ Litwy, ćwiczące okręty rosyjskie zmusiły do zmiany pozycji statki realizujące projekt położenia kabla na dnie morza. Na dokładkę nie był to incydent odosobniony, lecz powtarzający się przez kilka dni. Mamy tym sposobem ilustrację tez BBN-u odnośnie działań podprogowych i hybrydowych. Nikt w takiej sytuacji nie uruchomi procedur NATO ani nie odpali rakiet z baterii nadbrzeżnych. Na miejscu powinien po prostu pojawić się okręt wojenny zainteresowanego państwa. Pod warunkiem posiadania takowego. Ten drobny incydent pokazuje użyteczność sił nawodnych oraz fakt, że złe intencje mogą spowodować napięcia i kryzys nawet w tak spokojnym zakątku świata jak Bałtyk. Noty dyplomatyczne mogą być później wymieniane pomiędzy rządami a prawnicy dyskutować na temat organizowania ćwiczeń w strefie wyłączności ekonomicznej innego państwa i co z tego wynika, ale w tym wypadku najwyraźniej mamy do czynienia z próbą ograniczania praw państwa nadbrzeżnego do eksploatacji swojej własnej strefy EEZ.

W czasie Wojen Dorszowych okręty patrolowe Islandii trzymały w szachu potężną Royal Navy. Do przemyślenia.

W czasie Wojen Dorszowych okręty patrolowe Islandii trzymały w szachu potężną Royal Navy. Do przemyślenia.

Opisany powyżej incydent prowadzi nas do drugiej, szeroko komentowanej wiadomości o wyborze śmigłowca Caracal i pytania jaki okręt byłby właściwy do egzekwowania własnych praw w opisanej sytuacji. Spośród trzech kandydatów, produkt Eurocoptera jest najbliższy eksploatowanym w polskim wojsku Mi-8/17 i najprawdopodobniej będziemy mieli do czynienia z przystosowaniem zmarynizowanej wersji śmigłowca do wykonywania zadań ASW z lądu. Dokładnie jak w przypadku Mi-17. W konsekwencji helikoptery będą mogły lądować na pokładach okrętów i być może z nich działać, ale nie bazować na nich. To nie oznacza jednak, że należy rezygnować z hangarów na okrętach, ale raczej zaprasza do pytania, co w tych hangarach w takiej sytuacji ma być?

Na pewno nie inne śmigłowce, bo te zostały już wybrane i są zbyt drogie, aby kupować je „na boku” lub organizować inny przetarg. Pozostaje cała gama bezzałogowców, ograniczona mocno przez oczekiwanie, że 70% uzbrojenia ma pochodzić z rodzimego przemysłu. No i podstawowym pytaniem jest, co te bezzałogowce mają wnosić do zdolności okrętów jako całego systemu. Delikatną kwestią pozostaje pytanie, jak MON zamierza rozwiązać problem bezzałogowców dla Marynarki Wojennej, biorąc pod uwagę specyficzne wymagania odnośnie startu i lądowania? Oficjalnie na stronie internetowej MON jest mowa w przetargu o aparatach latających dla Wojsk Lądowych. Czy przetarg nie obejmuje Marynarki Wojennej, czy też podejmie się próbę implementacji systemów lądowych do eksploatacji na okręcie?

Jeżeli nie chcemy wchodzić w dość złożone systemy odzyskiwania aparatów latających wystrzeliwanych z katapulty, to pozostają typowe dla okrętów pionowzloty. Z tych, rodzimy przemysł oferuje, lub wkrótce zaoferuje chyba tylko trzy:

  • SW-4 RUAS w klasie lekkiego śmigłowca. Możliwość wyboru lotu załogowego lub nie jest atrakcyjna, ale może się okazać za droga i zbyt zbliżona do wyboru klasycznego śmigłowca, co może wywołać sprzeciw.
  • ILX-27 http://ilot.edu.pl/wp-content/uploads/2014/09/polski_smiglowiec_ilx-27.pdf w klasie 1 tony jest prawie dwukrotnie lżejszy, ale wciąż oferuje interesujący udźwig/zasięg. Ciekawe pytanie jak producent wyceni swój produkt. Zaprezentowano wersję z magnetometrem i wyrzutnikiem boi hydroakustycznych, ale na razie to raczej marketing niż potrzeba użytkownika.
  • Manta, nieco tajemniczy produkt WB Electronics, nieobecny na stronie internetowej firmy. Udźwig niezbyt atrakcyjny, ale być może kandydat do tworzenia autonomicznych rojów?

flytronic-manta-uav

W jaki sposób wykorzystać je jak najefektywniej, jest kluczowym pytaniem, które zdecyduje o poparciu lub odrzuceniu jakiejkolwiek propozycji dronów dla okrętów. Rozpoznanie czy wskazywanie celów wydają się być naturalną odpowiedzią i pewnie mało kontrowersyjną, ale czy wystarczająco atrakcyjną by przebić się w górę na długiej liście priorytetów wspartej problematycznym planem finansowania? Wspomniana wersja morska z magnetometrem jest w takim układzie konkurencyjna do śmigłowców ASW, które właśnie wybrane, dla planistów budżetu skutecznie „odhaczają” na liście zakupów kwestię poszukiwania okrętów podwodnych. Sama marynarka wojenna postawiona wobec możliwości wyboru postawi prawdopodobnie na samoloty patrolowe MPA, a nie drony o mocno ograniczonych możliwościach. Czy jednak drony mogą w jakikolwiek sposób wzmocnić siłę ofensywną okrętu, biorąc pod uwagę swój mały udźwig? Na pozór propozycja całkiem nieatrakcyjna, ale jeśli wziąć pod uwagę ograniczoną liczbę rakiet przeciw-okrętowych przenoszonych przez korwety i ich całkowity brak na okrętach patrolowych, to co zrobić z flotyllą FAC przeciwnika? WB Electronic proponuje z myślą o zupełnie innym zastosowaniu kombinację swojej Manty z innym produktem zwanym Warmate. Tylko jak takie ponad kilogramowe maleństwo ma zaszkodzić okrętowi? I dlaczego nie jakakolwiek inna klasyczna amunicja możliwa do przenoszenia przez drony, niech będzie laserowo kierowana rakieta 70mm? Według informacji z netu wersja Warmate do jednorazowego użytku ma mieć 700g materiału wybuchowego. To, przypuszczam jest odpowiednik amunicji 40-57mm. Okrętu klasy FAC nie zatopi, ale przy odrobinie szczęścia kilka takich mikro-kamikadze może uszkodzić ważne dla okrętu systemy i uniemożliwić wykonie misji. Dla okrętu patrolowego mającego do czynienia z niskim poziomem zagrożenia może to być właściwe narzędzie do zwalczania łodzi motorowych i innych zagrożeń bardziej rodem „z cywila” niż arsenału militarnej potęgi. Warmate może unosić się w powietrzu około 40 minut i odpalone z Manty czy ILS-27 ma szanse na atak spoza zasięgu obrony bezpośredniej typowego dla małego okrętu rakietowego. I to jest argument za takim dość nietypowym rozwiązaniem. Dodatkowym argumentem jest działanie psychologiczne, gdyż mamy do czynienia z dosłownie wiszącym nad głową toporem w postaci maleńkiego pocisku, który szuka celu i czeka na okazję.

Na ile rój takich maleństw może wpłynąć na przebieg incydentu takiego jak w przypadku NordBalt?

Na ile rój takich maleństw może wpłynąć na przebieg incydentu takiego jak w przypadku NordBalt?

Puszczając wodzy wyobraźni, jak takie cudeńko mogłoby być pomocne we wspomnianym na wstępie incydencie litwesko-rosyjskim? Warmate krążąc wokół okrętu i w końcu eksplodując gdzieś w wodzie w jego okolicy, może zadziałać podobnie do strzału ostrzegawczego z armaty. Tyle, że również poza jej zasięgiem, sugerując możliwość salwy z NDR-u spoza horyzontu. Czyli może dokonać czegoś, czego NDR nie jest w stanie zrobić – dać wyraźny sygnał intencji i woli.

Aug 122014
 

W realizacji programu modernizacji Marynarki Wojennej mamy dość interesującą sytuację. MON bowiem zaprasza firmy do dialogów technicznych i zapytuje o informacje potencjalnych dostawców, brak jest jednak decyzji o realizacji poszczególnych projektów. Na stronie ministerstwa pojawia się przy najważniejszych programach zdanie „SW i WZTT w trakcie uzgodnień wewnątrz MON”. Być może jest to kwestia złożoności problemów i skomplikowanej procedury, a być może po prostu inercja. W międzyczasie na stronach Inspektoratu Uzbrojenia pojawiły się ogłoszenia o „zamiarze przeprowadzenia dialogu technicznego” na okręty zaopatrzeniowe dla floty jak i o „rozpoczęciu realizacji fazy analityczno-koncepcyjnej dotyczącej zdolności do kompleksowego rozpoznania z powietrza oraz zwalczania okrętów podwodnych”.

Wkrada się nutka niepokoju. Jeśli procedury są tak skomplikowane, to dlaczego skąpe zasoby specjalistów rzuca się na nowe tematy zamiast dopiąć już rozpoznane i kluczowe projekty? Być może odpowiedź jest inna – MON zbiera informacje o wszelkich opcjach trzymając je do końca otwarte. Niewątpliwie są to tylko spekulacje autora, ale wobec braku nowych informacji z Ministerstwa, dają jakieś wytłumaczenie. Jednak jeśli tak jest to konsekwencje nie są wesołe, bowiem urzędnicy państwowi stoją prawdopodobnie przed trudnymi decyzjami. Podobnie jak autor na tym blogu tak i Defence24 podnosił już dawno kwestię potencjalnej kumulacji wydatków modernizacyjnych poza granicę realności.

W takiej sytuacji mamy kilka możliwych strategii postępowania. Jedna to trwać przy pierwotnych założeniach wierząc, że środki jednak się znajdą. To może być trudne, bo poza planem pojawiają się nowe propozycje. Druga możliwość polega drastycznej decyzji sprowadzającej się do alternatywy albo okręty podwodne albo okręty nawodne. Wynika to z sum jakie trzeba przeznaczyć na te dwie największe pozycje budżetowe. Jest też trzecia droga, która sprowadza się do przesuwania w czasie kluczowych decyzji a w międzyczasie realizacja przedsięwzięć na mniejszą skalę, dających jednak efekt synergii z wyposażeniem i uzbrojeniem już w trakcie realizacji. Przykładowo pomysł na Maritime Patrol Aircraft (MPA), a tak chyba należy odczytywać ostatnie ogłoszenie Inspektoratu Uzbrojenia byłby idealnym uzupełnieniem śmigłowców ZOP. Głównym sensorem tych ostatnich będzie sonar zanurzany, ale wobec ograniczonego czasu przebywania w powietrzu helikopter powinien mieć już wcześniej informację o potencjalnym obszarze przebywania okrętu podwodnego. Najnowsze boje Multistatic Active Coherent (MAC) jak SSQ-125 dają na to szansę, ale wymagają wyższego pułapu w celu monitorowania większego obszaru, na którym pole sonoboi się znajduje. To implikuje samolot raczej, nie helikopter.

Ten sam samolot MPA może być cennym źródłem danych dla NDR-u. Przy relatywnie niewielkim koszcie uzyskujemy efekt znacznie większy niż by to wynikało z zainwestowanych sum.

Ciekawe będzie porównanie pierwotnego, powyższego rysunku z ostatecznym rezultatem.

Ciekawe będzie porównanie pierwotnego, powyższego rysunku z ostatecznym rezultatem.

Idąc dalej tym tropem można dojść do wniosku, że skoro godzimy się na operowanie bezbronnego MPA w przestrzeni nad Zatoką Gdańską, to unikając sprzeczności logicznej, powinniśmy „dać szansę” na przeżycie okrętom nawodnym. Innymi słowy jeżeli zdecydujemy się na ograniczony poziom zagrożenia, to opcja budowy okrętów nawodnych staje się atrakcyjniejsza. Istnieje po temu kilka powodów. Wszyscy bacznie obserwujemy rozwój konfliktu na Ukrainie. Jak na razie raczej potwierdza on tezy gen. Koziej o działaniach „podprogowych” i potrzebie zdolności „anty zaskoczeniowych”. W rzeczy samej marynarka w konflikcie Krymskim nie odegrała żadnej innej roli poza „Fleet-in-being”. Budowa okrętów nawodnych jest równiej łatwiejsza do kontrolowania wydatków i bardziej realna dla krajowego przemysłu stoczniowego. Modułowość, jak MEKO na Ślązaku, stanowi wciąż niewykorzystany potencjał do podzielenia projektu na bardziej strawne dla budżetu kawałki bez utraty możliwości modernizacyjnych. Z drugiej strony dla polityków bardziej atrakcyjna wydaje się być opcja okrętów podwodnych. To rozwiązanie, zwłaszcza w połączeniu z tak zwaną opcją odstraszania, byłoby dla programu modernizacji marynarki wojennej destabilizujące. Nie tylko dlatego, że może podnieść koszt samego okrętu podwodnego, który już jest niebotyczny, to jeszcze de facto wymagać będzie całego zaplecza rozpoznania strategicznego z satelitami i łącznością, co opróżni kasę do dna. W konsekwencji siły nawodne pozostaną na długo z jedną fregatą OHP, OPV Ślązak, trzema Kormoranami i trójką Orkanów.

Tak więc niewykluczone, że cisza medialna wynika nie tyle z mrówczej pracy urzędników, co niełatwych do podjęcia decyzji i trzymaniu do końca otwartych opcji. Osobiście nie miał bym nic przeciwko metodzie małych kroków budujących synergię, byle by były widoczne zarówno dla nas jak i dla rywali. To też jest odstraszanie.

Sep 252011
 

Prawdopodobnie najbliższym nabytkiem, o który wzbogaci się Marynarka Wojenna będą śmigłowce a nie okręty. Wybór śmigłowca będzie miał spory wpływ na flotę i jej przyszłe okręty. Wymusi odpowiedź na szereg pytań co do sposobu użycia śmigłowców przez Marynarkę Wojenna i ich rolę. Główni kandydaci to pewnie Blackhawk, NH-90 czy też AW149, z których pierwsze dwa mają wersje ASW i SAR. Jednak decyzja zapadnie w znacznej mierze poza Marynarką Wojenną a kryterium będzie taktyczna mobilność wojska a nie ASW. Zwiastunem tego niech będzie wypowiedź szefa BBN-u, prof. Kozieja:

Moim zdaniem są dwa priorytety, nawiasem mówiąc trudne do udźwignięcia przez resort obrony narodowej. Po pierwsze … Drugi program to śmigłowce. Chodzi o mobilność operacyjną na terytorium naszego kraju. (…) Polska armia musi się charakteryzować przede wszystkim zdolnością do szybkiego przeciwstawienia się nagłym zagrożeniom. I śmigłowce są doskonałym narzędziem do projekcji sił własnych w takich warunkach.

Głównym użytkownikiem śmigłowców średniej wielkości w Siłach Zbrojnych jest 25 Brygada Kawalerii Powietrznej i jej potrzeby będą miały duży wpływ na decyzje. 7 dywizjon użytkuje Sokoły i jest on wystarczający do aktualnych potrzeb. 1 dywizjon jest właścicielem Mi-17 (podobnie jak Marynarka Wojenna) i ten właśnie śmigłowiec potrzebuje zarówno wymiany jak i zwiększenia stanu liczbowego. Porównajmy więc konkurentów. Mi-17 zabiera 24 żołnierzy w pełni wyposażonych. Blackhawk jest prawdziwym koniem roboczym, śmigłowcem sprawdzonym w boju ale już starym. Jest to konstrukcja pochodząca z lat 70-tych i zabiera tylko 14 żołnierzy. NH-90 to nowoczesny śmigłowiec zabierający 20 żołnierzy ale nie jest jeszcze konstrukcją w pełni dojrzałą. Podobnie nowinka AW149 zabierająca 12 żołnierzy. Zupełnie z boku, z etykietą śmigłowca morskiego jest Merlin (AW101), który zabiera 27 żołnierzy w pełni wyposażonych. Jest konstrukcja już dojrzałą ale jeszcze nie starą. Koszt zakupu na jednego żołnierza transportowanego może być podobny jak w NH-90. Patrząc na wybór w ten sposób, konkurencja powinna się odbyć nie pomiędzy Blackhawkiem i NH-90 tylko pomiedzy NH-90 a AW101.

I to jest duża różnica dla Marynarki Wojennej, która najprawdopodobniej zostanie zmuszona do skupienia swojej uwagi na okrętach klasy pomiędzy Offshore Patrol Vessel (OPV) a korwetą. Powstaje seria pytań, które mają wpływ zarówno na koncepcję użycia okrętów jak i na ich charakterystyki:

1. Czy śmigłowce mają operować z pokładów okrętów, czy z lądu?
2. Czy wystarczy lądowisko na okrętach, czy konieczny jest hangar?
3. Czy ASW ma być prowadzone przez jednostki nawodne, czy śmigłowce operujące z lądu?
4. Jak ważna dla SAR jest zdolność do operowania śmigłowca w trudnych warunkach meteo? Zasięg?
5. Czy Marynarka Wojenna planuje użycie śmigłowców do rozminowywania wód?
6. Czy śmigłowce maja stanowić trzon możliwości uderzeniowych dla ewentualnych OPV podobnie jak w LCS?
7. Jak zapewnić wsparcie śmigłowców ASW w misjach ekspedycyjnych?
8. Czy Marynarka Wojenna potrzebuje okrętu wsparcia logistycznego z hangarem?
9. Na ile śmigłowców Marynarka Wojenna może liczyć? I czy wystarczy zarówno do działań ekspedycyjnych i na Bałtyku jednocześnie?

P.S. Oczywiście wszystko zależy od kryteriów branych pod uwagę w przetargu. Jeśli weźmiemy pod koszt przetransportowania szwadronu kawalerii z punku A do B wraz z koszem eksploatacji, to w przetargu mogą brać udział wszystkie wymienione śmigłowce. Jeśli głównym kryterium będzie cena jednostkowa to wybór ograniczy się prawdopodobnie do Blackhawka i AW149.