May 122017
 

W poprzednim wpisie padło stwierdzenie, że „każda inwestycja w spójność sojuszu jest warta tyle samo co inwestycja we własny potencjał militarny”. Czego jednak oczekują on nas sojusznicy? Jaka inwestycja byłaby z ich punktu widzenia najbardziej racjonalna czy też użyteczna? Impulsem do przemyśleń i rewizji utartych poglądów jest raport CSBA Restoring American Seapower: A New Fleet Architecture for the United States Navy, w którym znajduje się fragment dotyczący naszego regionu a nawet Bałtyku, tak jak widzą to amerykańscy analitycy.

Raport ma strukturę hierarchiczną idąc od nowych koncepcji działań w dół do platform i systemów uzbrojenia. Zaczyna od dość rewolucyjnego odejścia od taktyki „stand-off” i założenia, że siły morskie muszą być zdolne do walki w bezpośredniej bliskości przeciwnika lub atakowanego przez niego celu. W konsekwencji postuluje w obronie przeciwlotniczej i przeciwrakietowej zmniejszenie zasięgu obrony do na rzecz gęstości ognia oraz rozproszenia. Bardziej precyzyjnie chodzi o wzrost gęstości ognia na dystansie 10-30nm kosztem dystansu 100nm i więcej, co w praktyce oznacza wzrost liczby ESSM kosztem SM-2. To, według autorów pozwoli na włączenie w obronę w większym stopniu technologie już znane jak walka elektroniczna oraz nowe jak lasery, broń mikrofalowa czy artyleria z pociskami HVP. Interesujące wnioski nasuwają się przy analizie załączonych rysunków, bowiem biorąc pod uwagę ograniczoną pojemność magazynów broni, autorzy przypisują EW zdolność do zmylenia tej samej liczby celów co ESSM mogą zestrzelić, a artylerii z pociskami HVP większą efektywność niż laserom. Dodatkowo działania w przestrzeni fal elektromagnetycznych mają „stworzyć wiele celów fałszywych, oślepić systemy wykrywania przeciwnika i umożliwić siłom Stanów Zjednoczonych na wykrycie przeciwnika pozostając samemu ukrytym”. Efektem ubocznym lecz bardzo pożądanym ma być zwolnienie części VLS dla uzbrojenia ofensywnego. Z kolei w walce podwodnej rośnie rola pojazdów bezzałogowych:

Jakkolwiek poszczególne pojazdy bezzałogowe mogą nie posiadać zasięgu, prędkości, sensorów i autonomii pozwalające im zastąpić okręty podwodne, mogą one jednak atakować okręty w porcie, cele na lądzie, stawiać miny, przeprowadzać rozpoznanie i przeciwdziałać rozpoznaniu przeciwnika.

Echo Voyager nie jest okrętem podwodnym, ale może ma więcej sensu na naszych wodach? Foto www.militaryaerospace.com

Do osiągnięcia założonych celów i prowadzenia operacji według nowych koncepcji, wydzielono w ramach floty Deterrence Force oddelegowaną do poszczególnych regionów krytycznych dla strategii Stanów Zjednoczonych. Deterrence Force składa się z mniejszych zespołów okrętów i w elastyczny sposób ma być dostosowywana do specyfiki regionu i teatru działań. Główną siłą w Północnej Europie ma być Carrier Strike Group w asyście SSN operująca na Morzu Norweskim. Natomiast bliżej nas:

Na Bałtyku Counter-ISR Group monitorowałaby rosyjskie środki do działań w spektrum elektromagnetycznym i wprowadzała w błąd systemy rozpoznania Rosji. We współpracy z sojuszniczymi i zaprzyjaźnionymi flotami, Offensive Mine Warfare Group działałaby stale w regionie zagrażając dostępowi do portów takich jak St. Petersburg i Kaliningrad i wspierając ataki na rosyjskie siły morskie bazujące w nich”

W cytacie pozostawiono w oryginale nazwy grup okrętowych, które są w tekście raportu zdefiniowane z punktu widzenia swojego składu:

  • Counter-ISR Group ma się składać z fregaty służącej jako centrum dowodzenia grupą okrętową oraz okrętu wsparcia pojazdów bezzałogowych nawodnych i podwodnych służących do zakłócania i mylenia systemów wykrywania i naprowadzania przeciwnika. Fregata ma być wyposażona w UAV pełniący rolę translatora łączności.
  • Offensive Mine Warfare Group składa się ponownie z fregaty jako ośrodka dowodzenia oraz dwóch do trzech Extra Large Unmanned Underwater Vehicle wyposażonych w inteligentne miny. Wspomniane pojazdy bezzałogowe miałyby bazować na lądzie lub działać przy wsparciu tendra.

Inną ciekawą kompozycją nieplanowaną dla naszego regionu jest Littoral Combat Group złożona z fregaty rakietowej posiadającej obronę plot średniego zasięgu i trzy MALE oraz trzech okrętów patrolowych wyposażonych w rakiety dalekiego zasięgu do atakowania celów na morzu i lądzie. Nazwa okręt patrolowy wprowadza co nieco w błąd, bo autorzy wskazują jako modelowy przykład egipskie okręty klasy Ambassador oraz szwedzkie Visby tyle, że z dodatkiem USV lub RHIB.

MALE dla okrętów nawodnych. Całkiem przydatne. Foto www.militaryaerospace.com

Raport zawiera wiele innych ciekawostek godnych naszej uwagi. Nie specyfikuje dokładnie pojazdów bezzałogowych ale wyraźnie preferuje większe jednostki oferujące większe możliwości w zakresie ładunku użytecznego. Padają przykłady konkretnych rozwiązań już istniejących chociaż na etapie eksperymentów i prób jak podwodny Echo Voyager Boeinga czy SeaHunter/ACTUV DARPA. Są to pojazdy mogące autonomicznie działać z naszych portów, nawet tych najmniejszych i być kierowane bądź z ośrodków na lądzie bądź z okrętów. Ich wyposażeniem może być lekki sonar holowany TRAPS. Subtelną zmianą o sporych konsekwencjach operacyjnych ma propozycja nowego składu grupy lotniczej dla lotniskowców:

  • 2×6 UCAV czyli uderzeniowe drony dalekiego zasięgu,
  • 2×12 VF czyli „czyste” myśliwce,
  • 4×10 V(F)A F-35 czyli samoloty szturmowe z dodatkową funkcją myśliwską,
  • 2×6 VAQ E/A-18,
  •  2×5 VAW E-2D AEW/C2,
  • 2×6 VRC bezzałogowe pomocnicze/tankowce

Powrót myśliwców na pokłady lotniskowców to nie nostalgia tylko potwierdzenie tezy, że w pobliżu terytorium przeciwnika naziemne czy okrętowe środki obrony przeciwlotniczej to za mało. Konieczne są działania ofensywne i w walce z lotnictwem wroga najefektywniejsze są własne myśliwce.

Będąc członkiem sojuszu mamy obowiązek wnieść do niego swój wkład, tylko w jakiej formie? Czy wszyscy muszą budować siły ogólnego przeznaczenia, czy też można pójść ścieżką specjalizacji regionalnej. Jeśli dla Polski marynarka wojenna ma znaczenie drugorzędne to można argumentować, że nasza flota pójdzie drogą specjalizacji. Omawiany raport, gdyby go potraktować jako oficjalną strategię US Navy czy wręcz NATO, to stwarza nam bardzo dobrą pozycję wyjściową do dyskusji o naszej flocie, bowiem funkcjonalnie grupy okrętowe jak Counter-ISR czy Offensive Mine Warfare a nawet Littoral Combat jesteśmy w stanie stworzyć samodzielnie. Wieść gminna niesie, że Ślązak ma centrum dowodzenia na wyrost a więc nadaje się do dowodzenia niewielką grupą okrętową i systemami bezzałogowymi. Okrętem wsparcia UUV i USV może być Crossover czy inaczej uzbrojony logistyk a następcy Orkanów w postaci 1.000 tonowej korwety pełnić funkcje „streetfightera”. W czasie pokoju rolę rozpoznania elektronicznego, patrolowania i wsparcia dla pojazdów bezzałogowych spełniałyby Czaple a rolę ACTUV lokalnie zbudowany SWATH jak Skrunda. Brakuje nam dużego UUV, który albo kupimy za granicą albo uczynimy z niego naszą wąską specjalizację.

Z powyższego wyłania się jeszcze jeden wariant struktury floty a mianowicie:

  • Offensive Mine Warfare Group One 1 x korweta (Ślązak), 3 x niszczyciel min (Kormoran)
  • Offensive Mine Warfare Group Two 1 x korweta (Ślązak), 3 x Extra Large UUV
  • Counter ISR Group One 1 x okręt patrolowy (Czapla), 2 x Extra Large USV(Skrunda), 1 x Extra Large UUV
  • Counter ISR Group Two 1 x okręt patrolowy (Czapla), 2 x Extra Large USV (Skrunda), 1 x Extra Large UUV
  • Littoral Combat Group 1 x Crossover, 3 x korweta 1.000 ton (Kaszub II?)
  • Dwie baterie NDR z własnym rozpoznaniem UAV
  • Dwie baterie Narew
  • Śmigłowce ASW
  • Śmigłowce SAR
  • Moduły do walki minowej i radioelektronicznej dla okrętów
  • Jednostki pomocnicze
  • Transport wojska i następcy Lublinów w zależności od poglądów Wojsk Lądowych i Sztabu Generalnego.

Z powyższych pozycji pod warunkiem poprawy zarządzania projektami lub/i zgody na współpracę z partnerem zagranicznym, jesteśmy w stanie zbudować lokalnie prawie wszystko. Patrząc na fakt oddelegowania przez Niemcy korwety do SNMG, z powyższego zestawienia w zespołach stałych NATO może współpracować sześć okrętów (korwety, niszczyciele min i Crossover). Całość jest podzielona na części bardziej akceptowalne dla budżetu i łatwe do podzielenia na mniejsze zamówienia. Wraz z pojazdami bezzałogowymi działającymi autonomicznie pojawia się również szansa dla lokalnego przemysłu i innowacji. Również C2 dla Czapli jest być może szansą rozwojową dla CTM-u. W realizacji jakiegokolwiek planu najwyraźniej największą przeszkodą jesteśmy my sami, nie możemy więc ustać w wysiłkach pokonania tej bariery. Bloger może tylko pisać, co czynię.

Apr 072016
 

Być może czas na zmianę kursu modernizacji naszej marynarki wojennej, co będzie problematyczne bo rozwój technologii wyprzedza nasze zdolności do uczenia się i adaptacji, czego historia Ślązaka jest dowodem. Defense News informuje, że mały ale wpływowy zespół analiz strategicznych przy US Naval War College i podległy bezpośrednio CNO został rozwiązany. Wydarzenie samo w sobie nie jest czymś niezwykłym dopóki nie przeczyta się uzasadnienia:

Adm. John Richardson, obecny CNO szuka sposobów przyśpieszenia procesów przyswajania wiedzy oraz przetwarzania informacji i według doniesień zdecydował, że okres ośmiu miesięcy jaki zajmował każdej powołanej grupie do przestudiowania problemu i stworzenia raportu to za długo.

Bezwładność naszych własnych instytucji jest o wiele bardziej porażająca i wszelkie próby centralizacji władzy i instytucji są drogą donikąd. Centralna władza jest bowiem w stanie przełamać bariery biurokracji i bezwładu ale nie jest w stanie promować innowacyjnego i niezależnego myślenia na szerszą skalę. Tymczasem w świecie dzieje się dużo nowego. Ostatnio ukazały się dwa raporty:

Pierwszy wprowadza w stan zaawansowania prac nad bronią laserową, działem elektromagnetycznym i Hypervelocity Projectile (HVP). Nawiasem mówiąc konia z rzędem temu, kto ładnie to przetłumaczy na język polski. Drugi raport dotyczy bardziej złożonej materii walki o spektrum elektromagnetyczne. Istotnym spostrzeżeniem w obu dokumentach jest to, że osiągnęliśmy granice możliwości pewnych sposobów walki i czeka nas zmiana taktyki. Dotyczy to zarówno obrony przeciwrakietowej, gdzie koszt systemów obrony rośnie o wiele szybciej niż koszt środków ataku jak i walki radioelektronicznej gdzie gwałtownie rośnie wrażliwość aktywnych sensorów i zakłóceń na przeciwdziałanie przeciwnika. Ten, kto właściwie odczyta znaki czasu i się zaadaptuje szybciej zyska przewagę przynajmniej na krótką metę. Być może świadomość osiągnięcia granic pewnych możliwości w połączeniu z tendencją do liniowych ekstrapolacji przyszłości powoduje popularne u nas przekonanie o niemożności przetrwania okrętów nawodnych na wodach przybrzeżnych.

Jest wiele możliwych sposobów na zwiększenie za pomocą taktyki i technologii skuteczności i przeżywalności sił nawodnych w konfrontacji z systemami bazującymi na lądzie. Wayne Hughes w książce „Fleet Tactics and Coastal Combat” podaje pięć stałych czynników wojny na morzu i pięć atrybutów sił morskich. Dodajmy, że są one na tyle uniwersalne, że można je chyba rozciągnąć na inne rodzaje sił zbrojnych.

Pięć „stałych” wojny na morzu:

manewr, siła ognia, rozpoznanie, przeciwdziałanie i dowodzenie (maneuver, firepower, scouting, counterforce, C2)

Pięć atrybutów sił morskich:

przywództwo, wyszkolenie, wytrzymałość, odporność, wyposażenie (Leadership, training, endurance, resilience, hardware)

Pomiędzy nimi istnieją zależności i synergie. Pozycja T w walce artyleryjskiej pokazuje jak manewr, czyli uzyskanie dogodnej pozycji może wzmocnić siłę ognia. Stworzenie pierwszych systemów kierowania walką umożliwiło zorganizowanie patroli myśliwców grup lotniskowców i zwiększyło ich odporność na atak. We wspomnianej książce mamy również świetnie opisaną zależność między siłą ognia a rozpoznaniem. Można bowiem wyróżnić trzy strefy działania, które ograniczają skuteczność siły ognia niezależnie od zasięgu używanej broni.

  • W strefie panowania potrzebujemy informacji do namierzania celu
  • W strefie wpływów potrzebujemy informacji do śledzenia celu
  • W strefie zainteresowania potrzebujemy informacji o wykryciu celu.

Przykład NDR-u pokazuje jak niezrównoważona inwestycje w siłę ognia i rozpoznanie ogranicza siłę ognia do pola widzenia Bryzy o wiele bardziej bezbronnej od okrętów nawodnych. Nawiasem mówiąc, ponownie można rozszerzyć to stwierdzenie na Kraby, Kryle, Homary i inne skorupiaki. W jakich więc obszarach nowe technologie oferują pokonanie osiągniętych barier?

  • Radary multistatyczne nie zwiększają siły ognia ale znacznie polepszają odporność na przeciwdziałanie przeciwnika i pośrednio wpływają na lepsze rozpoznanie. Źródłem aktywnym sygnału mogą być zarówno nadajniki z otoczenia jak i specjalne bezzałogowe źródła promieniowania. Jeśli nawet ulegną zniszczeniu, łatwo je zamienić czy wysłać w powietrze następne przy czym odbiornik wciąż może pozostać niewykryty.
  • Bezzałogowe pojazdy generujące zakłócenia działają dwojako. Mogą być alternatywą do taktyki nasycenia obrony poprzez zwiększenie prawdopodobieństwa przedarcia się przez obronę ograniczonej liczby pocisków. Wówczas zwiększają siłę ognia, ale mogą również być użyte do ograniczenia efektywności rozpoznania przeciwnika i wówczas stanowią element przeciwdziałania zwiększający odporność sił własnych.
  • Cele pozorne mają podwójna rolę. W obronie wymuszają większą salwę na przeciwniku podnosząc koszty ataku lub przy danej salwie zmniejszają prawdopodobieństwo trafienia a więc ponownie zwiększają odporność. W ataku mogą symulować własne rakiety co znacząco zwiększa wymagania dla obrony i wpływa pośrednio na zwiększenie siły ognia.

Lasery, działa elektromagnetyczne oraz HVP celują raczej w korzystniejszy stosunek kosztów obrony do kosztów ataku, ale ze względu na technologie użyte zwiększają pojemność magazynów amunicji a więc rośnie wytrzymałość (endurance) własnych sił. Żadna z tych technologii nie jest jeszcze w pełni gotowa, chociaż próby laserów na okręcie już się prowadzi a działo elektromagnetyczne planuje się zainstalowań na okręcie w tym roku. Może najmniej spektakularny ale dający szansę na szybkie wprowadzenie na uzbrojenie jest HVP. Okazało się bowiem przy okazji rozwoju działa elektromagnetycznego, że amunicja dla tego działa może być odpalana również z konwencjonalnej armaty 127 lub 155mm. Aktualnie uzyskany zasięg już jest porównywalny z amunicją Volcano. W podobnym kierunku idzie rozwój Miniaturowego Kinetycznego Pocisku Przechwytującego Lockheed-Martin o czym wspomina Defence24.

Artyleria ponownie odzyskuje swój uniwersalny charakter. Warto spróbować. Żródło - prezentacja NAVSEA

Artyleria ponownie odzyskuje swój uniwersalny charakter. Warto spróbować. Żródło – prezentacja NAVSEA

Jak powyższe technologie mogą wpłynąć na kształt floty i samych okrętów? Rośnie zapotrzebowanie na nosiciela pojazdów bezzałogowych, parafrazując – „drone carrier”. Drony będą liczne nie tylko ze względu na różnorodność zastosowania ale także na ich wpisaną w koncept akceptacje strat. Tania amunicja w postaci HVM czy miniaturowych rakiet kierowanych spowoduje wzrost gęstości obrony kosztem zasięgu. Walka o pasmo elektromagnetyczne przesunie środki inwestycyjne z aktywnej obrony kinetycznej na walkę o dominację w cyberprzestrzeni i paśmie elektromagnetycznym. Premiowana na okręcie będzie przestrzeń, wielofunkcyjność i moc generatorów oraz siła ofensywna. Do łask powinna wrócić artyleria o coraz większym zasięgu i uniwersalności. Potrzebna będzie przestrzeń wielofunkcyjna lub hangar oraz pokład lotniczy, być może również dok.

Dla nas wnioski mogą być radykalne. Klasyczna korweta nie spełnia większości tych wymogów i lepszym kandydatem byłby krytykowany LCS czy kuter US Coast Guard. Dobrym kandydatem są okręty desantowe LPD czy hybrydy jak Damen Crossover lub duński Absalon. Co zrobić z tak radykalnymi wnioskami? No cóż, władza scentralizowana ma tę zaletę, że może podjąć decyzję szybko a taką wadę, że poza nią decyzji nie podejmie nikt.

May 012015
 

Dwie informacje prasowe przykuły moją uwagę i skłoniły do sięgnięcia „za pióro”. Pierwsza i nowsza jest pewnie mniej dostrzeżona – otóż Litwa wspierana przez Szwecję protestuje w próbie przeszkodzenia przez Flotę Bałtycką położenia energetycznego kabla podmorskiego NordBalt łączącego Litwę ze Skandynawią.

Wygląda na to, że w strefie EEZ Litwy, ćwiczące okręty rosyjskie zmusiły do zmiany pozycji statki realizujące projekt położenia kabla na dnie morza. Na dokładkę nie był to incydent odosobniony, lecz powtarzający się przez kilka dni. Mamy tym sposobem ilustrację tez BBN-u odnośnie działań podprogowych i hybrydowych. Nikt w takiej sytuacji nie uruchomi procedur NATO ani nie odpali rakiet z baterii nadbrzeżnych. Na miejscu powinien po prostu pojawić się okręt wojenny zainteresowanego państwa. Pod warunkiem posiadania takowego. Ten drobny incydent pokazuje użyteczność sił nawodnych oraz fakt, że złe intencje mogą spowodować napięcia i kryzys nawet w tak spokojnym zakątku świata jak Bałtyk. Noty dyplomatyczne mogą być później wymieniane pomiędzy rządami a prawnicy dyskutować na temat organizowania ćwiczeń w strefie wyłączności ekonomicznej innego państwa i co z tego wynika, ale w tym wypadku najwyraźniej mamy do czynienia z próbą ograniczania praw państwa nadbrzeżnego do eksploatacji swojej własnej strefy EEZ.

W czasie Wojen Dorszowych okręty patrolowe Islandii trzymały w szachu potężną Royal Navy. Do przemyślenia.

W czasie Wojen Dorszowych okręty patrolowe Islandii trzymały w szachu potężną Royal Navy. Do przemyślenia.

Opisany powyżej incydent prowadzi nas do drugiej, szeroko komentowanej wiadomości o wyborze śmigłowca Caracal i pytania jaki okręt byłby właściwy do egzekwowania własnych praw w opisanej sytuacji. Spośród trzech kandydatów, produkt Eurocoptera jest najbliższy eksploatowanym w polskim wojsku Mi-8/17 i najprawdopodobniej będziemy mieli do czynienia z przystosowaniem zmarynizowanej wersji śmigłowca do wykonywania zadań ASW z lądu. Dokładnie jak w przypadku Mi-17. W konsekwencji helikoptery będą mogły lądować na pokładach okrętów i być może z nich działać, ale nie bazować na nich. To nie oznacza jednak, że należy rezygnować z hangarów na okrętach, ale raczej zaprasza do pytania, co w tych hangarach w takiej sytuacji ma być?

Na pewno nie inne śmigłowce, bo te zostały już wybrane i są zbyt drogie, aby kupować je „na boku” lub organizować inny przetarg. Pozostaje cała gama bezzałogowców, ograniczona mocno przez oczekiwanie, że 70% uzbrojenia ma pochodzić z rodzimego przemysłu. No i podstawowym pytaniem jest, co te bezzałogowce mają wnosić do zdolności okrętów jako całego systemu. Delikatną kwestią pozostaje pytanie, jak MON zamierza rozwiązać problem bezzałogowców dla Marynarki Wojennej, biorąc pod uwagę specyficzne wymagania odnośnie startu i lądowania? Oficjalnie na stronie internetowej MON jest mowa w przetargu o aparatach latających dla Wojsk Lądowych. Czy przetarg nie obejmuje Marynarki Wojennej, czy też podejmie się próbę implementacji systemów lądowych do eksploatacji na okręcie?

Jeżeli nie chcemy wchodzić w dość złożone systemy odzyskiwania aparatów latających wystrzeliwanych z katapulty, to pozostają typowe dla okrętów pionowzloty. Z tych, rodzimy przemysł oferuje, lub wkrótce zaoferuje chyba tylko trzy:

  • SW-4 RUAS w klasie lekkiego śmigłowca. Możliwość wyboru lotu załogowego lub nie jest atrakcyjna, ale może się okazać za droga i zbyt zbliżona do wyboru klasycznego śmigłowca, co może wywołać sprzeciw.
  • ILX-27 http://ilot.edu.pl/wp-content/uploads/2014/09/polski_smiglowiec_ilx-27.pdf w klasie 1 tony jest prawie dwukrotnie lżejszy, ale wciąż oferuje interesujący udźwig/zasięg. Ciekawe pytanie jak producent wyceni swój produkt. Zaprezentowano wersję z magnetometrem i wyrzutnikiem boi hydroakustycznych, ale na razie to raczej marketing niż potrzeba użytkownika.
  • Manta, nieco tajemniczy produkt WB Electronics, nieobecny na stronie internetowej firmy. Udźwig niezbyt atrakcyjny, ale być może kandydat do tworzenia autonomicznych rojów?

flytronic-manta-uav

W jaki sposób wykorzystać je jak najefektywniej, jest kluczowym pytaniem, które zdecyduje o poparciu lub odrzuceniu jakiejkolwiek propozycji dronów dla okrętów. Rozpoznanie czy wskazywanie celów wydają się być naturalną odpowiedzią i pewnie mało kontrowersyjną, ale czy wystarczająco atrakcyjną by przebić się w górę na długiej liście priorytetów wspartej problematycznym planem finansowania? Wspomniana wersja morska z magnetometrem jest w takim układzie konkurencyjna do śmigłowców ASW, które właśnie wybrane, dla planistów budżetu skutecznie „odhaczają” na liście zakupów kwestię poszukiwania okrętów podwodnych. Sama marynarka wojenna postawiona wobec możliwości wyboru postawi prawdopodobnie na samoloty patrolowe MPA, a nie drony o mocno ograniczonych możliwościach. Czy jednak drony mogą w jakikolwiek sposób wzmocnić siłę ofensywną okrętu, biorąc pod uwagę swój mały udźwig? Na pozór propozycja całkiem nieatrakcyjna, ale jeśli wziąć pod uwagę ograniczoną liczbę rakiet przeciw-okrętowych przenoszonych przez korwety i ich całkowity brak na okrętach patrolowych, to co zrobić z flotyllą FAC przeciwnika? WB Electronic proponuje z myślą o zupełnie innym zastosowaniu kombinację swojej Manty z innym produktem zwanym Warmate. Tylko jak takie ponad kilogramowe maleństwo ma zaszkodzić okrętowi? I dlaczego nie jakakolwiek inna klasyczna amunicja możliwa do przenoszenia przez drony, niech będzie laserowo kierowana rakieta 70mm? Według informacji z netu wersja Warmate do jednorazowego użytku ma mieć 700g materiału wybuchowego. To, przypuszczam jest odpowiednik amunicji 40-57mm. Okrętu klasy FAC nie zatopi, ale przy odrobinie szczęścia kilka takich mikro-kamikadze może uszkodzić ważne dla okrętu systemy i uniemożliwić wykonie misji. Dla okrętu patrolowego mającego do czynienia z niskim poziomem zagrożenia może to być właściwe narzędzie do zwalczania łodzi motorowych i innych zagrożeń bardziej rodem „z cywila” niż arsenału militarnej potęgi. Warmate może unosić się w powietrzu około 40 minut i odpalone z Manty czy ILS-27 ma szanse na atak spoza zasięgu obrony bezpośredniej typowego dla małego okrętu rakietowego. I to jest argument za takim dość nietypowym rozwiązaniem. Dodatkowym argumentem jest działanie psychologiczne, gdyż mamy do czynienia z dosłownie wiszącym nad głową toporem w postaci maleńkiego pocisku, który szuka celu i czeka na okazję.

Na ile rój takich maleństw może wpłynąć na przebieg incydentu takiego jak w przypadku NordBalt?

Na ile rój takich maleństw może wpłynąć na przebieg incydentu takiego jak w przypadku NordBalt?

Puszczając wodzy wyobraźni, jak takie cudeńko mogłoby być pomocne we wspomnianym na wstępie incydencie litwesko-rosyjskim? Warmate krążąc wokół okrętu i w końcu eksplodując gdzieś w wodzie w jego okolicy, może zadziałać podobnie do strzału ostrzegawczego z armaty. Tyle, że również poza jej zasięgiem, sugerując możliwość salwy z NDR-u spoza horyzontu. Czyli może dokonać czegoś, czego NDR nie jest w stanie zrobić – dać wyraźny sygnał intencji i woli.

Feb 102015
 

Otoczenie strategiczne Polski i związany z tym poziom zagrożenia zmieniły się znacząco w ciągu ostatniego roku. Polityki Rosji nie można już nazwać tylko asertywną. Zachód nie jest gotowy na konfrontację, a Rosja nie widzi powodów do negocjacji. Postępuje więc erozja poczucia bezpieczeństwa w regionie i nie tylko. To poczucie niepewności i zagrożenia maleje wraz z oddalaniem się od granic Rosji. Cała sytuacja jest tylko potwierdzeniem nieliniowości historii, innymi słowy jeśli w przeszłości było spokojnie to wcale nie znaczy, że w przyszłości będzie tak samo. Najbardziej niepokojąca jest jednak szybkość zmian w poziomie zagrożenia i w pewnym sensie niestabilność polityki rosyjskiej w połączeniu z urażoną dumą narodową. Reakcja rządu polskiego jest w zasadzie prawidłowa, czyli w miarę konsekwentna realizacja planów wzmocnienia potencjału militarnego i obronnego Polski, tylko czy to wystarczy? Minister Mroczek w trakcie konferencji prasowej 29-go stycznia powiedział:

W ciągu kilku, kilkunastu dni ogłosimy postępowanie dotyczące budowy sześciu okrętów nawodnych…

To wyczekiwany i dobry znak, tylko czy nie powinno się przedsięwziąć dodatkowych kroków, poza programem modernizacji, tak aby wzmocnić nasz potencjał w najbliższym czasie? Nie chodzi o wielkie programy, ale raczej coś, co uzupełni lub wzmocni zasoby już posiadane lub te, które pojawią się w przewidywalnej przyszłości.

Patrząc realistycznie na sytuację w jakiej znajduję się marynarka wojenna, to program Orka „odszedł na drugi krąg” i przyszłość dopiero pokaże, czy opłaciła się gorąca dyskusja na temat rakiet manewrujących. Nawet jeśli przetarg na okręty nawodne zostanie rzeczywiście ogłoszony na dniach i rozstrzygnięty w kilka miesięcy, to pierwszy Miecznik wejdzie do służby nie wcześniej jak w 2018-19 roku. Widząc, ile się zmieniło w ciągu jednego, ostatniego roku, te daty przywodzą na myśl raczej wyścig z czasem. Najszybciej, bo w 2016 roku pojawią się tylko Ślązak, OHP po remoncie i jeden Kormoran. Ponadto, być może, drugi NDR. I na tych zasobach należałoby skupić naszą uwagę, bo mogą się okazać jedynymi do dyspozycji w krytycznym momencie.

Swego czasu na tym blogu, próbując odpowiedzieć na pytanie o sens istnienia marynarki wojennej w państwie raczej kontynentalnym, położonym nad morzem zamkniętym, padło takie sformułowanie:

Tak więc Marynarka Wojenna powinna być użytecznym narzędziem Państwa i jego polityki zagranicznej w czasie pokoju lub kryzysu (czy też wojen ograniczonych) oraz udostępniać dodatkowe pole manewru dla Sił Zbrojnych w czasie wojny nieograniczonej.

Czy zmiana poziomu zagrożenia powinna wpłynąć na zmianę powyższej formuły? Ogólnie, raczej nie, chociaż zmieniają się akcenty. Rola dyplomatyczna i policyjna nabiera charakteru bardziej prewencji i ograniczania eskalacji. W przypadku wojny hybrydowej, poziom zagrożenia dość dobrze oddaje definicja, którą podał admirał Richard Hill, RN, mówiąc o Low Intensity i Higher Level Operations. Są to operacje o ograniczonych celach, różniących się charakterem. W pierwszym wypadku mówimy o osiąganiu celów politycznych, w drugim – militarnych. W konsekwencji dopuszcza się użycia nowoczesnej broni, chociaż prawdopodobnie w ograniczonym zakresie. W pełni uzasadnione jest prawo do samoobrony, jakkolwiek zasada proporcjonalności w reakcji może zostać zaburzona, stąd zagrożenie eskalacji. Tak, czy inaczej warto zwrócić uwagę na inwestycje, może nie zupełnie małe, ale warte przeanalizowania w nowych warunkach. Parę propozycji poniżej:

  • Systemy samoobrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej dla Ślązaka i OHP, a w późniejszym terminie dla Czapli. Fasta, Grom i tym podobne systemy są tylko półśrodkami w sytuacji zagrożenia nowoczesnymi środkami napadu. Biorąc pod uwagę, że wypowiedź ministra Mroczka wskazuje na gotowość dokumentów i wymagań taktyczno – technicznych, MON powinien mieć już zdanie co do preferowanego systemu dla Mieczników. CAMM staje się coraz bardziej atrakcyjny kosztem VL MICA, ale jest to system obrony lokalnej raczej niźli samoobrony. Zbyt rozbudowany i być może zbyt drogi dla okrętów patrolowych czy starej fregaty. Idąc w drugą stronę mamy RAM, a raczej SeaRAM nadający się do naszych celów doskonale. Nie obroni okrętu patrolowego przed pełną salwą, ale przed „przypadkowym” atakiem „nieznanego” sprawcy jak najbardziej. W przypadku OHP wzmocni istotnie obronę przeciwrakietową i możliwe są dwa warianty. Upgrade, czyli modernizacja systemu Phalanx do wersji SeaRAM, lub też zakup nowego systemu, a użycie Phalanxa np. na Czernickim.
  • Jeżeli RBS Mk2 pozostałe po programie Żeglarek, wraz z systemem planowania misji są naszą własnością, to jest to być może właściwy czas do zintegrowania ich z systemem Thalesa dla Ślązaka. Lepszy rydz, niż nic, jak mawia przysłowie.
  • Pewna cisza zapadła w odniesieniu do modułu przeciwminowego dla Czapli. Jest on jednak chyba pochodną systemu walki minowej dla Kormorana, więc powinny być wkrótce gotowe jego podstawowe elementy. Jeśli tak, to warto przyśpieszyć prace nad modułową wersją tego systemu do przetestowania technicznego i operacyjnego na Ślązaku, czy Czernickim.
Jak się nie ma co się lub, to się lubi co się ma. Bryza bis. Foto www.hej.mielec.pl

Jak się nie ma co się lub, to się lubi co się ma. Bryza bis. Foto www.hej.mielec.pl

  • NDR wygląda imponująco, chociaż trudno oprzeć się wrażeniu, że jest nie tyle ślepy, co ślepawy. Mamy potencjalnie kilka źródeł informacji o celach dla dywizjonu – systemy brzegowe jak europejski projekt MARSUR, okręty patrolowe oraz Bryzy. Te ostatnie mają radar, ale zdaje się nie mają systemów elektrooptycznych z jednym wyjątkiem wersji Bis. Flir, czy IRST byłyby dobrym uzupełnieniem ich możliwości rozpoznawczych. Ponieważ zasięg Bryz jest ograniczony, poziom inwestycji powinien być także rozsądny, ale nie pomijałbym tej możliwości w sytuacji „podbramkowej”. Na razie nic nie było o dronach, które są przedmiotem osobnego i całkiem skomplikowanego przetargu. Aktualnie, Inspektorat Uzbrojenia poszukuje dostawców systemów krótkiego zasięgu, nie wystarczającego dla wykorzystania maksymalnego zasięgu rakiet NSM. Jest jednak pewna luka w przetargu, który nic nie mówi na temat pionowzlotów zdolnych do startowania z pokładów okrętów. Jeśli rzeczywiście chcemy inwestować w polski przemysł, dajmy szansę ILX-27 lub Solo na zasadzie programu eksperymentalnego dla marynarki wojennej, poza głównym przetargiem na bezzałogowce. Oba mogą również operować z OHP w składzie mieszanym ze śmigłowcem ZOP, podobnie jak amerykanie proponują dla LCS.
  • Poprzedni punkt kieruje nas w stronę wciąż słabo zdefiniowanej roli USV i ich niewykorzystanego potencjału. Nieliczne doniesienia prasowe wskazują na trzy zastosowania:
    • monitorowanie sytuacji pod powierzchnią wody
    • rozpoznanie przeciwminowe
    • ochrona portów

Pierwsze dwa łączą się w pewien sposób z modułem przeciwminowym Czapli, więc jest to układanie tych samych klocków Lego, tylko inaczej. Ochrona portów może się potencjalnie rozwinąć w program badań nad ofensywnym użyciem roju bezzałogowców. Ale to już pieśń przyszłości, chociaż amerykanie już coś są w stanie zademonstrować w tym temacie.

W sumie tych kilka propozycji amatora reprezentuje spory koszt, chociaż żadna z propozycji nie wygląda na wydatek 9-cio cyfrowy. Nawet, jeśli pomysły są nieprofesjonalne czy po prosu nierealne, to zasadniczy pytanie o potrzebę szybkiego uzupełnienia systemów uzbrojenia pozostaje sensowne. Wykorzystajmy czas i róbmy coś, co będzie widoczne dla nas i naszych oponentów.

Sep 062014
 

Nikt nie odwołał planu modernizacji Marynarki Wojennej ani nie ogłosił istotnych zmian, jednak trudno nie odnieść wrażenia, że budżet przeznaczony na realizację planu staje się powoli buforem finansowym dla realizacji innych celów. Brak nowych wieści tylko potęguje to wrażenie. Jeśli się mylę, w co chciałbym wierzyć, to oczekiwałbym jakiś jasnych komunikatów ze strony Ministerstwa Obrony Narodowej. Wierzę jednak, że Marynarka nie zostanie pozostawiona całkowicie na łaskę losu i MON podejmie działania kierując się trzema zasadami:

 

  • elastycznego wyboru realizowanych projektów
  • nie wychodzenia zbyt daleko poza ramy oficjalnego planu
  • minimalizując niezbędne nakłady finansowe.

Zmiany będą prawdopodobnie ułatwione, gdyż wkrótce należy się spodziewać rekonstrukcji rządu, a przyszły rok to rok wyborczy. Nowym politykom łatwiej przeforsować nowe idee, mając pewien kredyt zaufania na początek. Jest to kontynuacja toku myślenia z poprzedniego wpisu, który zyskał wsparcie po przeczytaniu w Dzienniku Zbrojnym zgrabnego podsumowania założeń finansowania modernizacji Sił Zbrojnych na lata 2014-2016. Wnioski jakie się nasuwają, wymagają nowego rozdania i propozycji jak i w co inwestować w przypadku programu „zwalczania zagrożeń ze strony morza”.

MW to najwyższa kwota i najniższy priorytet

MW to najwyższa kwota i najniższy priorytet

Powyższa tabela jest podobna do zamieszczonej we wspomnianym artykule, lecz sortuje inwestycje według wartości, od największej do najmniejszej. Czcionka pogrubiona wskazuje na projekty, które wydają się być pewne ze względu na fakt już podpisanej umowy lub też biorąc pod uwagę wysoki priorytet na liście MON-u i BBN-u. Przeglądając tabelę, przychodzi na myśl dość popularna przypowiastka o jak najlepszym wypełnieniu naczynia kamykami. Najpierw wrzuca się duże kamienie. W pozostałą przestrzeń stara się wcisnąć mniejsze kamyki, a resztę wypełnia się piaskiem. Niech naczynie będzie budżetem a kamyki i piasek projektami o różnej wartości i postąpmy tak jak nam mówi przypowieść. W tabeli są podane maksymalne wartości, które ministerstwo może wydatkować na projekt. Ich suma jest jednak większa od ogólnego limitu budżetowego na dany rok. Dla 2015-go nadwyżka wynosi dwa miliardy PLN. Gdzie znaleźć rezerwy? Na czele listy z największą wartością lecz najniższym priorytetem jest Marynarka Wojenna. Gdybyśmy zrezygnowali z realizacji wszelkich projektów nie oznaczonych jako pewne lub priorytetowe, to i tak musielibyśmy obciąć wydatki na marynarkę o 0.5 miliarda PLN, co nie pozwala na uruchomienia żadnego z głównych projektów jak okręty podwodne czy Miecznik. W 2016 jest znacznie gorzej. Przy zastosowaniu tej samej metody budżet floty się praktycznie zeruje. Nie przewiduję tak czarnego scenariusza ale podejrzewam istnienie silnych ograniczeń na wydatkowanie pieniędzy w tej dziedzinie. Teoretycznie można projekty odsunąć w przyszłość, co dotychczas było metodą preferowaną, ale w kolejce czeka projekt śmigłowców szturmowych Kruk, czy też rozbudowa infrastruktury pod „wzmocnienie wschodniej flanki NATO”. Minister Siemoniak po powrocie ze szczytu NATO, wyraża swoje zadowolenie, mówiąc:

Polska delegacja zabiegała o podniesienie znaczenia Wielonarodowego Korpusu Północ-Wschód, który znajduje się w Szczecinie. – Chcielibyśmy, aby korpus i jego dowództwo było organizatorem obrony na wschodniej flance NATO. To by oznaczało, że będzie dowodzić siłami większymi od szpicy – mówił minister Siemoniak. – Przedsięwzięcie jest trudne i kosztowne, ale jesteśmy na to przygotowani.

Pojawiają się więc nowe priorytety i uczciwie mówiąc bardzo istotne i całkiem uzasadnione. Razem wzięte, powyższe fakty skłaniają do przemyślenia swoistego resetu planu modernizacji Marynarki Wojennej. Groźną alternatywą pozostanie bujanie w obłokach i snucie snów o potędze. Co więc można lub trzeba zrobić? Nieodmiennie powraca pytanie o jaką marynarkę wojenną się staramy? Podobne pytanie zadaje sobie Prof. James Holmes na łamach National Interest. Jak wyglądałaby US Navy, gdyby ją stworzyć od podstaw dzisiaj, wobec aktualnych zagrożeń? Autor sięga do teorii Juliana Corbetta mówiąc, że „bitwa jest tylko środkiem w wojnie na morzu a nie celem samym w sobie” i podkreśla rolę lekkich sił nawodnych broniąc ich roli mimo uwagi skupiającej się na trzonie floty – „battle fleet” mającej za zadanie zmieść flotę przeciwnika z powierzchni morza. Proponuje okręty podwodne ograniczające ruchy floty przeciwnika oraz wachlarz lekkich okrętów nawodnych operujących w czasie pokoju lub kryzysu. Im poziom zagrożenia wyższy, tym mniejsze jednostki nawodne są preferowane. Symptomatyczne, że najsilniejsza flota świata nie czuję się już niezwyciężona . Szwedzką odpowiedzią było być niewidzialnym, a propozycja niewielkich okrętów nawodnych sugeruje opcję floty-roju. Stwierdzenie profesora – „potęga morska nie sprowadza się już tylko do floty” prowadzi nas do przyjętej doktryny odmowy dostępu. Tylko, że w naszym przypadku przyjęcie założenia Bałtyk Plus nie oznacza automatycznie strategii A2/AD. Sam Tangredi na łamach tegoż samego periodyku National Interest, wyjaśnia co stanowi wyróżnik doktryny odmowy dostępu:

wyjątkowość podejścia w doktrynie odmowy dostępu polega na tym, że jest specjalnie zaprojektowana tak, aby zablokować dostęp zewnętrznej potędze globalnej spoza regionu, której obrońcy nie są w stanie w innym przypadku pokonać.

Kluczowe słowa to te o sile spoza regionu a nie sąsiedzie z dostępem do morza. Czy można więc zaproponować doktrynę zgodną z poglądami Prezydenta na temat obrony terytorialnej Bałtyk Plus, ale różniącej się od teorii odmowy dostępu i akceptowalną dla rządu? Z pomocą znów przychodzi Julian Corbett, który oferuje dość sporo opcji dla strony uznającej przewagę przeciwnika. Możliwym rozwiązaniem jest skupić się na zapewnieniu czasowej i lokalnej przewagi na morzu w celu uzyskania „prawa przejścia morzem” oraz odmowy takiego prawa przeciwnikowi. Będąc stroną słabszą nie możemy, w świetle teorii Juliana Corbetta mówić obronie lub atakowaniu szlaków morskich i żeglugi, ale możemy podważać przewagę przeciwnika i chronić strategiczne pojedyncze transporty morskie, bądź militarne bądź handlowe. Aby wyobrazić sobie charakter działań na Bałtyku, warto przywołać analogię do działań na Morzy Śródziemnym lub Czarnym w czasach drugiej wojny światowej, gdzie lotnictwo lądowe odgrywało istotną rolę a każdy transport dostarczony na Maltę czy do Afryki wiązał się ze złożoną operacją połączonych sił zbrojnych z obu stron konfliktu.

W próbie zamiany powyższych tez na konkretny sprzęt nie powinniśmy lekceważyć ostrzeżenia, które James Holmes zawarł w swoim artykule:

Odkryj, co Amerykanie i rząd są gotowi wesprzeć. Potęga morska jest świadomym wyborem politycznym (…)

Tak więc, zataczając koło powracam do naczynia wypełnionego już po części dużymi kamieniami innych projektów niż marynarki wojennej i próbuję dopełnić je małymi kamyczkami oraz piaskiem. Przede wszystkim przyjmuję, że duże kamienie jak okręty podwodne i korwety, zostaną odłożone na nieznaną przyszłość. Przynajmniej w obecnej postaci projektów. Co więc można zrobić?

Obrona własnego prawa do przejścia morzem:

  • Ochrona kluczowych transportów zakłada, że jest co eskortować. Niespodziewanym priorytetem może stać się okręt wsparcia połączonych operacji. Jednak mam na myśli okręt transportowy, a nie desantowy. Idea szybkiego rajdu, czy wzmocnienia państw Bałtyckich wobec przewagi przeciwnika nie pozwala na długotrwałe wspieranie desantu z morza i pozostawanie w obszarze zagrożenia. Nie wiadomo również jakie śmigłowce miały by służyć do desantu. Głównym użytkownikiem będzie 25 brygada kawalerii powietrznej i przypuszczam, że będzie miała całkiem inne zadania. Dużą operację desantową w ramach NATO na Bałtyku uważam za na tyle mało prawdopodobną, że nie wartą przeznaczania istotnych i skąpych środków na ten cel. Transport brygady poza nasz obszar zainteresowania w obecnej sytuacji przypuszczalnie przegra z priorytetami jak obrona przeciwlotnicza czy nawet program pancerny. Rozwiązaniem mógłby być szybki prom w zmilitaryzowanej wersji, podobnie jak to uczynili amerykanie.
  • Eskortę dla transportu wojska czy też strategicznych dostaw surowców lub paliw miały zapewnić korwety. Jeśli jednak ich nie będzie to pozostajemy z fregatą po przeglądzie i Ślązakiem. Rozwiązaniem mogłoby być podjęcie budowy zubożonej serii korwet bez uzbrojenia ofensywnego i uzbrojeniem przeciwlotniczym ograniczonym do krótkiego zasięgu. Taki okręt ma szansę na modernizację w przyszłości i rozbicie finansowo projektu na etapy. Jeśli w grę nie wchodzi rozpoczęcie serii trzech okrętów, to pozostaje wielokrotnie proponowany na łamach blogu bliźniak dla Ślązaka. W takim wypadku być może miałaby sens modernizacja dwóch systemów Phalanx z fregat do poziomu SeaRAM. Nawet jeśli ekonomicznie nieuzasadnione, to pozwala na minimum samoobrony dla zarówno fregaty i korwety oraz na ich standaryzację.
  • Zainicjowanie programu okrętów patrolowych jako alternatywy do korwet przy założeniu działań wojny hybrydowej. W tym wypadku okręty w drugiej fazie powinny zostać wyposażone w system przeciwlotniczy samoobrony klasy RAM/Mica. Sonar holowany w formie skonteneryzowanej i wymienny pomiędzy jednostkami byłby również cennym uzupełnieniem. Podobnie jak w poprzednim wypadku, systemy modułowe lub „plug-in” jak RAM pozwalają na rozbicie finansowe projektu na etapy. Małe kamyki są wówczas uzupełniane piaskiem.
  • Wspomniane już w poprzednim wpisie samoloty patrolowe i ASW z prawdziwego zdarzenia.
  • Przyśpieszenie prac nad modułem przeciwminowym przewidzianym dla Czapli i zmodyfikowanie go w takim stopniu, aby był możliwy do przenoszenia przez dowolną platformę, włączając statki cywilne.

Odmowa prawa przejścia morzem dla przeciwnika (łącznie z próbą blokady):

  • Głównym problemem pozostaje groźba zaniku naturalnego sił podwodnych wraz z kompetencjami marynarzy i całej wspierającej infrastruktury. Jedyną alternatywą wydaje się być leasing jednej jednostki od zaprzyjaźnionej floty NATO, co księgowo usuwa środki finansowe z rubryki „inwestycje”. Próba była już podejmowana a nasza wiarygodność podważona, jeśli wierzyć wspomnieniom osoby będącej blisko wydarzeń.
  • Miniaturowe okręty czy raczej pojazdy podwodne dla sił specjalnych. Biorąc pod uwagę sukcesy włoskich płetwonurków w czasach II wojny światowej na Morzu Śródziemnym, wydaje się to być bardzo ekonomicznym środkiem powstrzymywania i odstraszania.
Hybrydowe i asymetryczne. Specjalsi pod wod, czyli dwa w jednym

Hybrydowe i asymetryczne. Specjalsi pod wod, czyli dwa w jednym

  • Rozwój systemów bezzałogowych, zarówno nawodnych jak i podwodnych. Rozpoznanie, walka z minami czy patrolowanie to nie jest już w dzisiejszych czasach fantazja. Systemy są powoli wprowadzane do służby lub przechodzą intensywne testy. Ryzyko inwestowanie w niesprawdzone technologie jest w tym wypadku mniejsze od ryzyka niewykorzystania szansy. Jest to coś, z czym krajowy przemysł i zaplecze badawcze powinno sobie dać radę. Jest to również szansa na częściowe rozwiązanie odwiecznego dylematu ilość versus jakość. Strata bezzałogowca w wyniku działań wojennych to nie koniec floty. Uzupełnienie strat jest relatywnie proste i przede wszystkim w ogóle możliwe. Media pokazują interesujące prototypy czy prace badawcze, ale brakuje im chyba jasnego ukierunkowania, które może nadać tylko użytkownik i przynajmniej ogólna specyfikacja mówiąca jak chcemy dany pojazd wykorzystywać.
  • Powrót do idei Fast Attack Craft w wersji lżejszej i uproszczonej. W dalszym ciągu fascynuje mnie idea wykorzystania małego SWATH jak Skrunda w podwójnej roli okrętu załogowego i autonomicznego bezzałogowca. Coś na wzór SW-4/Solo. Niektóre zadania lub w czasie pokoju byłyby wykonywane z załogą na pokładzie, podczas podczas wzrostu zagrożenia lub wojny w trybie autonomicznym. Wiadomo, że Skrunda ma możliwość zabierania 6 tonowego kontenera, co wyznacza granicę ładunku użytecznego. Cztery lekkie pociski klasy Penguin lub Marte o zasięgu 30-50km wymagają prostego modułu planowania misji oraz, być może jednej konsoli C2 z łączem Link11/16. Radar nawigacyjny plus ESM.

Marte

Niektóre z powyższych pomysłów były już komentowane na tym blogu, jeżeli jednak grozi nam tytułowy „reset” to będziemy zmuszeni do powrotu do dyskusji o podstawach i sensie istnienia Marynarki Wojennej.

Mar 202014
 

Trudno opracowywać strategię nie znając przeciwnika ani zagrożenia. Kryzys wokół Krymu tę sprawę wyjaśnia i reakcja Szwedów w postaci wypowiedzi Premiera jest całkowicie zgodna z Białą Księgą bezpieczeństwa narodowego Polski:

Mamy potężnego i nieprzewidywalnego sąsiada nie stosującego się do międzynarodowych standardów, które powstały po zakończeniu Zimnej Wojny. Ta nieprzewidywalność stwarza niepewność w naszym otoczeniu i musi być punktem początkowym dla rewizji potrzeb budżetu obrony.

Nasz problem polega na tym, że nie jesteśmy w stanie wygrać wyścigu zbrojeń z Rosją. Nawet, jeśli plan modernizacji zostanie w pełni zrealizowany, to nasza flota będzie nieliczna i tym samym wrażliwa na ciosy a odbudowa ewentualnych strat długotrwała, jeśli w ogóle możliwa. Ale czemu mielibyśmy w ogóle w takim wyścigu uczestniczyć? Przecież jest NATO, można by rzec. Tak, ale… jeśliby jakikolwiek konflikt wybuchł dzisiaj to siły NATO gotowe do natychmiastowego działania sprowadzają się do 12 F-16 w Polsce, 6 F-15C na Litwie oraz niszczyciela Aegis na Morzu Czarnym. Walczy się tym co jest dostępne w danym momencie, tak więc odwieczny problem ilość versus jakość znów powraca. Na to nakłada się równie antyczny problem równowagi pomiędzy atakiem i obroną, czyli armatą i pancerzem. Capt. Wayne Hughes stwierdza w swoim podręczniku taktyki, że flota powinna działać w rozproszeniu jeśli atak ma przewagę nad obroną lub odwrotnie, skoncentrowana, jeśli przewagę ma obrona. Zakładając, że środki ataku są skuteczniejsze od obrony i że nie posiadamy przewagi na morzu to powinniśmy dążyć do operacji, w których nasze siły są rozproszone fizycznie ale ich efekt działania jest skoncentrowany. Tylko nie bardzo jest co rozpraszać, chyba że zastosujemy znany koncept struktury sił High-Low, w którym użyje się systemów bezzałogowych jako uzupełnienie do tradycyjnych platform jak okręty i w połączeniu z nimi, tak aby dawały efekt synergii i wzmocnienia możliwości platform załogowych. Funkcja uzupełniająca a nie zastępująca rolę klasycznych okrętów pozwoli na zmniejszenie psychologicznej bariery wprowadzenia dronów do służby, o czym Lt. Matt Hipple, US Navy, pisze w USNI Proceedings:

Bariery kulturowe wciąż istnieją. W lotnictwie wszystkich rodzajów sił zbrojnych piloci w sposób naturalny sprzeciwiają się systemom bezzałogowym, zwłaszcza tym zaprojektowanym do niezależnego przeprowadzania ataku.

Założeniem prezentowanej idei jest, że każdy okręt klasy Czapla, Miecznik czy Ślązak współdziała z dwoma, trzema niewielkimi zautomatyzowanymi platformami jak łotewski okręt patrolowy Skrunda, pozostającymi pod kontrolą okrętu. Skrunda to mały SWATH o wyporności 125 ton zdolny do przenoszenia modułu w postaci 20-stopowego kontenera o wadze 6-ciu ton. Jego protoplasta był używany do testowania idei niszczyciela min dla Deutsche Marine. Wersja dla Estonii przewiduje funkcję i wyposażenie hydrograficzne. Maleństwo jest więc zaskakująco wszechstronne, a dzięki technologii SWATH „dzielne” na morzu.

Skrunda jako 125-tonowy dron SWATH? Foto Masoc.lv

Skrunda jako 125-tonowy dron SWATH? Foto Masoc.lv

Każdy z dronów mógłby działać bądź z ograniczoną załogą, bądź w trybie całkowicie autonomicznym i pełniłby rolę zdalnie sterowanej wyrzutni rakiet z wykorzystaniem już posiadanej technologii Nadbrzeżnego Dywizjonu Rakietowego. Architektura NDR-u a konkretnie systemu łączności, dowodzenia i kierowania ogniem posiada swe źródło w systemie NASAMS II firmy Kongsberg. Na dronach SWATH mogą być zainstalowane zarówno rakiety przeciw-okrętowe lub przeciwlotnicze krótkiego zasięgu W tym ostatnim przypadku rozszerza się strefę obrony i niejako sztucznie zwiększa zasięg rakiet przeciwlotniczych. Alternatywnie drony mogą wykonywać zadania pomocnicze przy zwalczaniu min czy po prostu funkcje policyjno patrolowe.

Architekturę C2 NDR-u można wykorzystać do kierowania dronami SWATH. Foto 3FoW.MW

Architekturę C2 NDR-u można wykorzystać do kierowania dronami SWATH. Foto 3FoW.MW

Instalacja, powiedzmy czterech kontenerów z rakietami NSM wydaje się być możliwa mając do dyspozycji 6 ton ładunku użytecznego. Potraktujmy kontener jako zdalnie sterowaną wyrzutnię włączoną drogą radiową w system oparty o architekturę C2 Nadbrzeżnego Dywizjonu Rakietowego. Wóz dowodzenia CCV ma możliwość kierowania ogniem do 12 celów lub salwą 12 rakiet do jednego celu wykorzystując wyrzutnie wysunięte na odległość maksymalnie 10 lub 20km (różne źródła podają różne dane). Czyli instalacja skonteneryzowanego modułu CCV  na okręcie pozwoliłaby na kontrolę do 3 dronów SWATH. Zasięg 20km koresponduje z horyzontem i jest wystarczający do uzyskania efektu rozproszenia a z drugiej strony oznacza, że drony pozostają w zasięgu wzroku. Problemem pozostaje połączenie modułu CCV z systemem C2 okrętu. Nie będąc fachowcem w tej dziedzinie, świadomie jednak unikam słowa integracja. Oba systemy mogłyby traktować siebie nawzajem jako zewnętrzne źródło danych. Teoretycznie drony mogą stanowić bezpośrednie rozszerzenie NDR-u, jeśliby były sterowane z lądu za pomocą przekaźnika łączności w postaci UAV. O ile dobrze rozumiem broszury reklamowe Kongsberga i NASAMS, to mamy znaczny nadmiar wozów CCV już zakupionych. Budowa kilku dronów SWATH nie wymagałaby dodatkowych inwestycji ani w kontenery z rakietami NSM ani w wozy dowodzenia CCV, gdyż jedno i drugie już jest. Koszt samego dronu SWATH można w tej chwili tylko szacować, niemniej Skrunda kosztowała 11 milionów EUR. W skrócie całą idee można streścić w kilku punktach:

  • NDR lub okręty Czapla, Miecznik, Slązak stanowią centrum dowodzenia rozproszonych wyrzutni rakietowych NSM zarówno na lądzie jak i na morzu.
  • Zdalną wyrzutnią na morzu jest dowolny okręt lub dron SWATH
  • Dron SWATH jest modularny
  • Drony  mogą być budowane zamiast drugiego dywizjonu jako rozszerzenie NDR-u
  • Wykorzystuje się istniejącą technologię w rękach polskiego przemysłu.
  • Projekt ma krajowego sponsora i orędownika.

Jeśli pomysł ma sens to ciekawym efektem ubocznym może być zdolność Ślązaka do kierowania ogniem 12 rakiet NSM. W 2016 roku i bez modernizacji. W rzeczy samej, kontener CCV wyposażony w Link-16 może być zainstalowany na dowolnej platformie.

Idea zainstalowania na dronach SWATH rakiet przeciwlotniczych krótkiego zasięgu jest być może intrygująca ale mało interesująca dla Marynarki Wojennej. Niemniej wersja z rakietami AMRAAM jest w zasadzie dostępna jako rozszerzenie NDR-u. Flota potrzebowałaby pocisku z możliwością pionowego startu i bez konieczności instalacji specjalizowanych wyrzutni jak Mk41 czy Sylver. Takimi pociskami są zarówno RAM Blk II jak i VL Mica a broszury mówią o zdolności systemu NASAMS do adaptacji innych rakiet niż już zintegrowane. Jest więc pole do popisu i spekulacji na temat co jest możliwe a co jest fantazją. Jedno wydaje się być dzisiaj pewne – czas przyśpieszył i warto się skupić na technologiach i możliwościach będących w zasięgu ręki. Poza programami priorytetowymi, wykorzystanie do maksimum tego co już istnieje lub w co już zainwestowano będzie miało pierwszeństwo nad papierowymi planami.

Feb 162014
 

Stwierdzenie, że media są w stanie wykreować rzeczywistość, nie jest niczym nowym. Niepokojący jest więc obraz sił nawodnych wyłaniający się z lektury doniesień medialnych. Informacje odnoszą się głównie do priorytetów jak zagrożenia cybernetyczne czy obrona przeciwlotnicza i przeciwrakietowa. Jeśli w ogóle marynarka wojenna jest wzmiankowana, to wypowiedzi są zdominowane przez okręty podwodne i to czy mają być uzbrojone w rakiety czy nie. Siły nawodne pozostają w cieniu wydarzeń i w miarę jasnym punktem jest tylko program budowy Kormorana. Jedyna informacja, jaką udało mi się ostatnio znaleźć w internecie na temat Czapli i Miecznika, które powinny stanowić trzon floty nawodnej, to zdanie z Dziennika Zbrojnego – „Zgodnie z informacjami przekazanymi redakcji przez IU, w tym roku planuje się rozpoczęcie postępowań przetargowych na pozyskanie obu tych typów okrętów.”

Jeśli procedury przetargowe będą prowadzone w ciszy i zgodnie z planem, pod parasolem medialnej burzy na temat okrętów podwodnych, to pół biedy. Gorzej, jeśli oba projekty nie posiadając dobrej prasy staną się celem cięć budżetowych nowej ekipy rządzącej. Okrętom nawodnym brak instytucjonalnych sponsorów, co po części wynika ze zbyt gwałtownych zmian doktrynalnych. Z jednej skrajności działań ekspedycyjnych wpadamy w drugą skrajność obrony własnego terytorium. Do czego więc jest nam potrzebna kosztowna flota nawodna? W tym samym czasie, gdy w Polsce dyskutuje się żywo o olbrzymich kwotach na okręty podwodne, w Stanach Zjednoczonych trwa dyskusja o liczbie lotniskowców. Oba projekty pochłaniają istotną część budżetu tych dwóch flot posadowionych na przeciwnych krańcach spektrum. Jednak, jak spostrzega Adm. Thomas Rowden z US Navy:

Koszt okrętów, załóg, sensorów, uzbrojenia i utrzymywania gotowości bojowej wciąż rośnie. (…) Jednak jest raczej nieprawdopodobne aby zapotrzebowanie na siły nawodne zmalało – co więcej, jest bardziej niż prawdopodobne, że ono wzrośnie.

Artykuł, z którego pochodzi cytat jest zatytułowany Building the Surface Fleet of Tommorrow. Mamy więc do czynienia z wizją, dla której poparcie buduje się w mediach już dzisiaj. W tym przedsięwzięciu bardzo pomocny jest slogan określający trzy priorytety Adm. Jonathana Greenerta, CNO US Navy:

Warfighting First, Operate Forward, and Be Ready.

Zwykłe hasło, które jednym uchem wpada a drugim wypada? Niezupełnie. Proste zdanie składające się z sześciu słów zawiera definicję sensu istnienia (Warfighting First), elementy strategii (Operate Forward) i bieżący cel do osiągnięcia (Be Ready). Na ile podobne hasło stworzone dla Marynarki Wojennej RP, a w szczególności jej sił nawodnych byłoby skutecznym narzędziem promocji? Nie wiem, ale warto chyba spróbować stworzyć coś podobnego. Pomysły czytelników są mile widziane, a na początek przykład pozytywny bliżej naszego podwórka. Oto motto Ministerstwa Spraw Zagranicznych:

Polsce – służyć, Europę – tworzyć, Świat – rozumieć

Podobnie jak poprzednio tylko sześć słów. Trzy czasowniki określają relacje, trzy rzeczowniki – geograficzne obszary zainteresowań a kolejność definiuje priorytety. Proste i zwięzłe. Duże brawa dla autora. Poniżej moja nieudolna próba w siedmiu słowach:

Strzec: niepodległości Polski, granic Europy, porządku w Świecie

Pierwszy człon jest zgodny z obowiązującą „doktryną Komorowskiego”, która najprawdopodobniej odzwierciedla poglądy wyznawane przez znaczną część polskich elit i społeczeństwa. Drugi człon jest wyrazem solidarności „wszyscy za jednego, jeden za wszystkich”, o którą polska polityka zagraniczna aktywnie zabiega. Ostatni deklaruje otwartość na świat w miarę naszych możliwości. W wymiarze militarnym, a zwłaszcza struktury floty, realizacja dwóch ostatnich członów hasła nie jest możliwa bez pełnomorskich okrętów nawodnych, których minimalną fizyczną reprezentacją jest korweta lub okręt patrolowy klasy OPV. Patrząc na motto poprzez pryzmat trójkąta funkcji marynarki wojennej, mamy do czynienia z przewagą funkcji bojowej w obronie niepodległości kraju, dyplomatycznej w ochronie granic Wspólnoty i policyjnej w egzekwowaniu porządku światowego. Europa jest bardzo podzielona co do tego, jak każdy kraj widzi zagrożenie dla swoich interesów czy bezpieczeństwa. Panuje jednak coraz większa zgodność co do faktu rosnących napięć i problemów na granicy południowej, północnej i wschodniej EU. O ile problematyka wschodnia będzie naturalnie zdominowana przez koncepcje takie jak głoszone w Polsce – państwa granicznego, obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej, posiadania skutecznego lotnictwa i mobilnej armii, to ochrona granic południowej i północnej ma charakter w dużej mierze morski.

W ten sposób wchodzimy trochę na pole polityki zagranicznej, ale mam wrażenie, że dyplomacja będzie rosła w cenie. Powód jest prosty – wspólna polityka obronna Europy wciąż nie istnieje a droga ku niej kręta i długa. Z drugiej strony próby powrotu NATO do korzeni, czyli wspólnej obrony napotykają na ten sam problem – obrony czego i przed czym? Jesteśmy więc, być może świadkami ewolucji North Atlantic Treaty Organization w kierunku Normalization And Training Organization. Ma to swoją ogromną wartość, ale jest niczym bez politycznej woli wspólnego działania.
Lektura styczniowego numeru USNI Proceedings przynosi jeszcze jeden ciekawy wątek do rozwagi. W przypadku niekorzystnego rozwoju sytuacji dla planu modernizacji marynarki wojennej i zagrożenia dla projektów Czapli i Miecznika, czy to się nam podoba czy nie, trzonem floty nawodnej są … trzy Orkany. Powstaje wówczas pytanie o następstwo dla tych okrętów, które po prawdzie bardzo pasują do promowanej strategii odmowy dostępu i obrony granic państwa. W komentarzach Prof. Wayne Hughes, wielki proponent flotylli niewielkich okrętów nawodnych jak koncepcyjny Sea Lance, przytacza fragment rozmowy z oficerem zaprzyjaźnionej, sojuszniczej floty:

Opisałem okręt (przyp. – SeaLance) i jego przeznaczenie swojemu przyjacielowi i dawnemu studentowi z Marynarki Wojennej Singapuru. Major Hia Chek Phong dowodził w przeszłości okrętem RSS Victory a później całą ich eskadrą. Jego szokująca odpowiedź sprzed dekady była – „mając do dyspozycji waszą technologię, dlaczego nie przeskoczycie od razu do małego okrętu bezzałogowego?” Rzeczywiście, dlaczego? Odpowiedziałem, że technologicznie jesteśmy gotowi, ale nie wiedzielibyśmy jakie cechy bojowe wbudować w oprogramowanie kierujące okrętem. Potrzebujemy najpierw doświadczenia z okrętem załogowym.

Czy konstrukcja jak Stiletto mogłaby posłużyć za prototyp bezzałogowego przybrzeżnego wojownika? Foto www.hightech-edge.com

Czy konstrukcja jak Stiletto mogłaby posłużyć za prototyp bezzałogowego przybrzeżnego wojownika? Foto www.hightech-edge.com

Ciekawy fragment, bo tu mamy nad amerykanami przewagę w posiadanym doświadczeniu. Technologię o wiele łatwiej kupić za pieniądze niż doświadczenie. Takiej opcji w Planie A nie ma, ale jeśliby miało dojść do wersji B, to koncept jest do rozważenia. Jak bumerang wraca idea „niestabilnego” projektu autorstwa J.K Browna, czyli okrętu zbyt drogiego by był bezbronny. To prowadzi według Szwedów do alternatywy Invincible (Niezwyciężony) lub Invisible (Niewidzialny). Technologia dronów oferuje trzecią alternatywę – Niezniszczalnego roju (Swarm).

W krótkiej wymianie zdań na FB wizję pozostania z patrolowym Ślązakiem określono słowem STRASZNE. Próbujmy więc wykorzystać dostępne nam media do stworzenia wsparcia dla pozytywnej wizji rozwoju sił nawodnych.

Dec 292013
 

Prof. Stanisław Koziej mówiąc o dronach wzywa na Twitterze „Musimy trzymać się czołówki w tym peletonie”, co będzie jednak trudne przy naszym poziomie finansowania. Czołówka, czyli Stany Zjednoczone wydają na projektowanie, budowę i eksploatację pojazdów bezzałogowych ponad $4 mld rocznie. Nie znaczy to wcale, że nie mamy tu nic do powiedzenia lub, że powinniśmy się zniechęcać. To tylko wskazuje na konieczność wyznaczenie własnej drogi długofalowego rozwoju dronów na potrzeby sił zbrojnych i wspierającego je zaplecza przemysłowo – badawczego. Zwłaszcza, że w tej dziedzinie tak gwałtownie się rozwijającej liczy się koncept i umiejętność pożenienia ze sobą różnych technologii w jednym produkcie. Taka zabawa w klocki Lego. Ponieważ jest to blog wojenno-morski, pozostaniemy przy pojazdach bezzałogowych z potencjalnym zastosowaniem w działaniach na morzu. Skromność zasobów finansowych zmusza nas do skupienia wysiłków na „rodnikach krystalizacji”, czyli projektach o największych szansach na realizację, pozostawiających jednocześnie pole dla badań nad kluczowymi technologiami na przyszłość. Narodowe Centrum Badań i Rozwoju (NCBR) co rok podejmuje za nas pewne decyzje i tegoroczne wybory są dla nas wskazówką:

Na plus:

  • Autonomiczne pojazdy podwodne z cichym napędem falowym do rozpoznania podwodnego
  • Autonomiczne Platformy Nawodne

Na minus:

  • Zintegrowany Modułowy System Monitoringu i Przeciwdziałania Morskim Zagrożeniom Dywersyjnym i Terrorystycznym
  • Autonomiczne Platformy Podwodne

To, co w ostatecznym rachunku zostanie takim „rodnikiem krystalizacji” zależy również od aktualnego stanu posiadania. Coś już zostało rozpoczęte, jak moduł przeciwminowy dla Kormorana i Czapli czy też zakup dwóch zestawów Gavia. Marynarka Wojenna posiada i użytkuje także szereg pojazdów klasy ROV. Dokument nie powstawałby więc w próżni i powinien nas w jakiś sposób ukierunkowywać w naszych wyborach. Technologia nie stanowi panaceum na wszelkie problemy i jeśli nie jest poparta koncepcją, staje się drogim gadżetem. Aby tego uniknąć, nie możemy się sami oszukiwać co do możliwości i celów użycia technologicznych nowinek. Niedawno opublikowana aktualizacja Unmanned Systems Integrated Roadmap FY2013-2038 Departamentu Obrony Stanów Zjednoczonych formułuje niezbędne ramy na ogólnym poziomie w sposób bardzo obrazowy. Systemy bezzałogowe są najbardziej pożyteczne w zadaniach dull, dirty, dangerous. Dull oznacza zadania żmudne, nudne i monotonne. Dirty, czyli brudne to zadania wystawiające człowieka na niepotrzebne ryzyko a dangerous są zadaniami niebezpiecznymi w wyniku przemyślanej akcji przeciwnika.

Tak widzi swój rozwój dronów US Navy. Źródło DoD.

Tak widzi swój rozwój dronów US Navy. Źródło DoD.

Wspomniany dokument natychmiast tłumaczy to na konkretne zadania ale moją preferencją byłoby unikanie uszczegółowień na tym etapie, bo może to blokować twórczą wyobraźnię i spychać wręcz w ustalone schematy. Przykładem pozytywnym unikania schematów niech będzie K-MAX z sukcesem używany w logistyce.

Problem kosztów jest mało omawiany, ale zwraca się uwagę na fakt, że systemy bezzałogowe stają się coraz bardziej złożone a więc i droższe. Ostatnie informacje na temat amerykańskiego UCLASS mówią o samolocie wielkości F-14 Tomcat, czyli maszynie ponad 30-tonowej. Należy więc ostrożnie podchodzić do pomysłu kompensowania braku odpowiedniej liczby załogowych platform tanimi dronami. Trzeba będzie ponieść niezbędne koszty w przypadku misji dirty oraz dangerous, szukając być może oszczędności dla misji dull.

Samo posiadanie pomysłu na bezzałogowiec to dopiero początek drogi. Realizacja pomysłu wymagać będzie odpowiedzi na szereg trudnych pytań i rozwijania nowatorskich technologii. Tak jak niegdyś zadana wielkość okrętu stawiała konstruktora wobec wyboru równowagi pomiędzy pancerzem, prędkością i uzbrojeniem, tak i dzisiejsze pojazdy bezzałogowe można zdefiniować poprzez wybór punktu w przestrzeni zdefiniowanej poprzez kilka parametrów:

  • Zdalne sterowanie czy autonomia. Krytycznym punktem i kluczową technologią jest łączność. Zasięg, niezawodność i bezpieczeństwo łącza stanowi problem sam w sobie i będzie pierwszym punktem ataku przeciwnika. Utrata kontroli nad dronem lub co gorsza przejęcie kontroli nad nim przez przeciwnika oznacza samozniszczenie. Przeciwnik nie musi więc tworzyć systemów uzbrojenia specjalizowanych do zwalczania dronów, a nikt chyba nie ma zamiaru zwalczać ich za pomocą rakiet za pół miliona lub milion dolarów? Tematem przyszłościowym jest sterowanie rojem dronów i ich wzajemna, autonomiczna komunikacja.
  • Automatyzacja czy Inteligencja. Krytycznym punktem będzie zdolność podejmowania decyzji. Te dwa pojęcia nie są przeciwstawne, raczej są to dwa etapy tego samego procesu. Podejmowanie decyzji przez sztuczną inteligencję to raczej pieśń przyszłości, mówimy więc raczej o zaawansowanej automatyzacji i zdolności do podejmowania prostych decyzji. Związane to jest bądź z bezpieczeństwem poruszania się w przestrzeni używanej przez pojazdy załogowe, bądź ze środowiskiem utrudniającym łączność. Typowym przykładem będą pojazdy podwodne. Tak więc NCBR być może całkiem świadomie używa słowa „autonomiczny” w opisie projektów.
  • Zbieranie informacji czy użycie siły. Krytycznym punktem jest odpowiedzialność za skutki użycia. Stosowanie systemów autonomicznych zwłaszcza uzbrojonych, rodzi nie tylko problemy prawne ale równie trudne pytania etyczne. Przykładem niech będzie dyskusja w Stanach Zjednoczonych na temat medalu za odwagę dla operatorów dronów sterujących nimi z np. Waszyngtonu. Zatarcie granicy pomiędzy grą a rzeczywistością prowadzi do bardzo różnych konsekwencji. Dobrą ilustracją jest film Ender’s Game, niekoniecznie tylko dla miłośników science fiction.

Droga jawi się więc mocno kręta ale dająca ogromne możliwości dla ośrodków badawczych, uczelni i przemysłu. Zawsze tak się dzieje w sytuacji narodzin czegoś nowego. Obok środków finansowych znacznie większą rolę niż zwykle, odgrywa potencjał intelektualny. To czego nam brakuje to pewnego rodzaju masa krytyczna i szybkość wymiany informacji. Masa krytyczna odnosi się do ilości osób wymieniających się ideami a szybkość związana jest z otwartością na poglądy i idee innych oraz gotowością do współpracy. Jak widać odeszliśmy daleko od technologii, która widziana w takim zwierciadle staje się pochodną pewnego modelu społecznego. Wróćmy na ziemię. Jeszcze jeden cytat z dokumentu DoD, aby nie pominąć doświadczeń lidera:

Patrząc w przyszłość, dominować będzie modernizacja już istniejących zdolności a ograniczony rozwój nowych możliwości najprawdopodobniej skupiać się będzie na mniejszej liczbie potężniejszych platform zdolnych do działania w otoczeniu o wyższym zagrożeniu.

Wzmianka o wyższym poziomie zagrożenia jest spójna z naszymi planami rozwoju marynarki wojennej i retoryką „państwa granicznego EU”. Cytat określa dwa podstawowe nurty w rozwoju dronów. Jeden to ewolucja tego co już istnieje, być może ograniczenie kosztów eksploatacji lub stopniowe polepszanie parametrów. Drugi ma charakter rewolucyjny i próbuje zaspokoić nienasycony apetyt na coraz większe zdolności i obszary zastosowań dronów.

Tekst miał być zachętą i apelem o nakreślenie naszej własnej drogi rozwoju, wydaje się, kluczowej technologii na użytek bezpieczeństwa narodowego. Czy daje odpowiedź na pytanie o punkt startowy lub inaczej mówiąc jakie projekty mają być „rodnikami krystalizacji”? I czy pozwala nam na próbę wytyczenia choćby najogólniejszego kierunku, jaki powinniśmy obrać startując z tego punktu? „Rodniki krystalizacji” w zasadzie są już zdefiniowane:

  • Moduł MCM dla Kormorana i Czapli
  • Autonomiczne Platformy Nawodne
  • Autonomiczne pojazdy podwodne z cichym napędem falowym do rozpoznania podwodnego

Na liście brakuje czegokolwiek, co lata. Cześć problemu może wynikać z faktu, że UAV będą miały w dużej mierze charakter wspólnych projektów dla połączonych sił zbrojnych. Niemniej jednak dodałbym do listy przynajmniej jeden z dwóch:

  • SW-4 RUAS lub
  • ILX-27

Wyznaczenie kierunków rozwoju wymaga z pewnością sporej pracy wielu specjalistów. Poniższa lista jest zatem podejściem intuicyjnym:

  • rozszerzanie modułu MCM o nowe platformy/sensory pojawiające się w wyniku realizacji planu rozwoju bezzałogowców
  • rozszerzenie zakresu modułu MCM o wykrywanie innych zagrożeń podwodnych niż miny, jak pojazdy bezzałogowe przeciwnika a nawet leżące na dnie okręty podwodne
  • zwiększenie efektywności operatora poprzez kontrolę roju pojazdów bezzałogowych
  • modułowa konstrukcja autonomicznej platformy nawodnej
  • stworzenie dwóch klas platform nawodnych – 11m do przenoszenia przez okręty i perspektywicznej o większej dzielności morskiej i/lub ładowności. Może to być jednostka wielkości nawet popularnych „plastusiów”.
  • stworzenie modułowych sensorów dla RUAS jak
  • detektor anomalii magnetycznych (MAD)
  • automatyczny wyrzutnik boi akustycznych
  • przekaźnik łączności
  • zintegrowanie podwodnych gliderów z siecią C2
  • rozwój technologii taniego zwalczania dronów przeciwnika

Opanowanie powyższych dziedzin nie uczyni z nas lidera ale mamy szansę na nie wypadnięcie z peletonu. Czas jednak działa na naszą niekorzyść. Tak jak powstał plan modernizacji Marynarki Wojennej, niech powstanie plan rozwoju pojazdów bezzałogowych. Inaczej zginiemy w chaosie kiepsko zdefiniowanych wymagań wojskowych i sprzecznych interesów przemysłu. Nie wspominając o wpływach wielkich koncernów.

Nov 242013
 

Dzięki coraz większej otwartości Ministerstwa Obrony Narodowej mamy możliwość wysnuć parę hipotez na temat przyszłych dronów dla marynarki wojennej. Najbardziej interesujące są te, które mogą startować z pokładów okrętów a więc pojazdy bezzałogowe krótkiego zasięgu na bazie wiropłatów. Spośród 14 firm, z którymi MON prowadzi dialog tylko kilka dysponuje taką ofertą. Analiza szerszej oferty wspomnianych firm prowadzi do daleko bardziej sięgających spekulacji, ale może warto?

Poniżej tabelka skrótowo przedstawiająca porównanie propozycji kandydatów do przyszłego przetargu. Mamy do czynienia z czterema firmami – SAAB, Cassidian, IAI oraz rodzimym ITWL.

Kandydaci na drony dla MW?

Kandydaci na drony dla MW?

De facto są to dwie grupy dronów w różnych kategoriach wagowych. Z jednej strony Skeldar i Tanan 300 z ładunkiem użytecznym 30-50kg a z drugiej ILX-27 wraz z NRUAV w klasie 200-300kg. Można założyć, że kluczowym parametrem poza cechami łatwości użytkowania czy posiadaniem certyfikatów będą długotrwałość lotu oraz wspomniany ładunek użyteczny. Rozrzut parametrów stawia nie lada wyzwanie dla układających warunki przetargu. Dyskusja na temat okrętów podwodnych może się okazać łagodną wymianą poglądów w porównaniu z tym co przetarg na drony nam zafunduje. Czy wyjściem byłby zapis o dodatkowych punktach za przenoszenie uzbrojenia?

Niewątpliwie bardzo atrakcyjnym z naszego punktu widzenia jest ILX-27 opisany niedawno w październikowym numerze NTW. Trudno jest jednak zapisać w wymogach przetargowych wspieranie polskiej bazy naukowo-badawczej. Innym problemem wyłaniającym się jest bardzo różny status opisywanych dronów. Chyba najbardziej zaawansowanym w rozwoju jest Skeldar testowany właśnie przez marynarkę hiszpańską. ILX-27 jest na razie tylko demonstratorem wymagającym według NTW 2-3 lat pracy. Za dużo, jeśli przetarg miałby się odbyć nie później niż w przyszłym roku. Produkt IAI to z kolei pakiet pozwalający zamienić lekki śmigłowiec w bezzałogowy dron. To raczej konkurent dla bezzałogowego Puszczyka niż dla Skeldara. Tak więc organizatorzy przetargu będą mieli nie lada orzech do zgryzienia. Czasu za dużo nie ma bo pierwszy w kolejce czeka teoretycznie Ślązak już w 2016. Nie bez znaczenia jest fakt, że Marynarka Wojenna nie ma doświadczenia ani doktryny użycia takich pojazdów. Trzeba więc będzie sporo popracować, zanim się dowiemy, czy kupiliśmy właściwy produkt. Przykładowo dwie „kategorie wagowe” oznaczają możliwość lub nie zainstalowania jakiegoś uzbrojenia. Czy ma to więc być tylko dron czysto rozpoznawczy czy też ma być również „efektorem”?

Zupełnie futurystyczną propozycją są uzbrojone drony dla MW. Jakkolwiek uwaga fachowców skupia się na dronach uderzeniowych, mnie zainteresowała możliwość użycia ich do celów osłony powietrznej floty. Jakikolwiek system obrony przeciwlotniczej będą posiadały przyszłe korwety Czapla, to potrzebują one wsparcia z powietrza. Naturalnym dążeniem Marynarki Wojennej jest posiadanie systemów okrętowych, gdyż współpraca z lotnictwem, jakkolwiek wskazana, nie jest pewna. Samoloty myśliwskie mogą mieć ważniejsze zadania lub priorytety a współdziałanie różnych rodzajów sił zbrojnych nie zawsze jest doskonałe. Nawet jeśli jest to naszym celem i reformujemy struktury dowodzenia. Nie mając szans na własne lotnictwo, czy marynarka ma szansę na zaawansowane drony? Patrząc na sprawę z technicznego punktu widzenia, zadaję sobie pytanie o możliwość dronów zdolnych do walki na średnich odległościach z użyciem rakiet AMRAAM. Kandydata znalazłem wśród produktów Alenia Aeromacchi.

Sky X

Jest to demonstrator technologii w klasie 1 tony z napędem odrzutowym, który jak producent sam stwierdza „posiada cechy podobne do myśliwca”. Takie cudo nie powstrzyma zdeterminowanego ataku, ale może wyeliminuje przeciwnikowi możliwość „łatwych strzałów”. Jeśli za parę lat stanie się to rzeczywistością to skomplikuje się pytanie w co inwestować – okrętową obronę przeciwlotniczą czy drony do osłony z powietrza. Odpowiedź zdaje się być oczywista – w obydwie technologie ale w jakiej proporcji?

Nov 122012
 

Pomysł, czy nie można by rozważyć zamiany trałowców typu 207M na zdalnie sterowane systemy walki przeciwminowej, narodził się po przeczytaniu krótkiego komentarza Marmika na Forum Okrętów Wojennych. Marmik wyraził pogląd, że miałoby wiele sensu, gdyby planowany bezzałogowy pojazd nawodny ewoluował w kierunku klasy Holm, w służbie Królewskiej Marynarki Danii. W skrócie, Holm to jest 100 tonowy StanFlex z jednym stanowiskiem na wymienny moduł. Dwa z nich są przekształcone w bezzałogowe pojazdy do zwalczania min.

Takie podejście rodzi dwa zasadnicze pytania:

  • Czy istnieje potrzeba dużych bezzałogowców nawodnych?
  • Czy warto wykorzystać istniejące jednostki w powyższej roli?

Pozytywna odpowiedź na pierwsze pytanie znajduje potwierdzenie w artykule Robots in the Age of Pirates, opublikowanym w USNI Proceedings, w którym autorzy postulują, aby wykorzystując nowoczesne kompozyty zbudować nawodne pojazdy bezzałogowe dużego zasięgu (nawet do 2.000 mil), zdolnych do samodzielnego działania poza zespołami floty. Uważają, że takie pojazdy należy traktować podobnie do strategicznych systemów UAV. Jest to o tyle naturalne, że w miarę rozwoju technologii zwykle rośnie zapotrzebowanie na większe możliwości systemu:

Silniej uzbrojone wersje mogłyby uczestniczyć w akcjach nawodnych czy zwalczania okrętów podwodnych z użyciem pocisków Hellfire lub torped Mk54 z pozycji najmniej spodziewanych. Posiadając większą moc niż niezbędną do holowania za sobą urządzeń, mogą prowadzić działania przeciwminowe, czego od dawna oczekuje się od robotów. Z wystarczającą mocą elektryczną, mogą również przenosić systemy rozpoznania radiotechnicznego lub zakłócania.

Ten sam tok rozumowania znajdujemy w Disruptive Technologies: The Navy’s Way Forward. Dodatkowym argumentem przemawiającym za wprowadzeniem do służby większych jednostek bezzałogowych jest znajomość problemów związanych z sensorami, napędem i łącznością, które są od dawna opanowane na jednostkach nawodnych. Większy rozmiar i moc pozwalają także na łączność bez użycia satelitów na dystansach użytecznych taktycznie. Tego rodzaju projektem jest ANTI-SUBMARINE WARFARE (ASW) CONTINUOUS TRAIL UNMANNED VESSEL (ACTUV) rozwijanym przez agencję DARPA. Dlaczego w takim razie brak jest takich systemów w Unmanned Surface Vehicle Master Plan? Odpowiedź autorów jest prosta:

Wszelkie aktualne projekty marynarki dotyczące nawodnych pojazdów bezzałogowych zakładają konieczność przenoszenia przez okręty nawodne lub podwodne – jest to sposób myślenia poważnie ograniczający projektowanie i wybór napędu w porównaniu z pojazdami operującymi z lądu. Co więcej, żadne doświadczenie operacyjne nie sugeruje, że jest to rozwiązanie gorsze.

Dowództwo marynarki jasno wyraża swoje oczekiwania odnośnie USV przenoszonych przez LCS oraz UUV przenoszonych przez okręty podwodne klasy Virginia. Towarzyszą temu dość ścisłe wymagania co do wielkości, prędkości, autonomii czy zasięgu. Te ograniczenia wynikające z nosicieli pojazdów bezzałogowych bardzo utrudniają dzisiejszej technologii dać flocie wszystko, czego oczekuje.

Rozwiązanie wynikające z globalnych zobowiązań US Navy i wymagających floty ekspedycyjnej ma mniejsze znaczenie dla floty realizującej strategię Bałtyk Plus. Co warto podkreślić już teraz, przyjęcie do służby dużych bezzałogowców nawodnych nie zamyka nas na Bałtyku, gdyż mogą one być kontrolowane zarówno z lądu jak i z dowolnej jednostki pływającej. Drugi z wspomnianych artykułów wprowadza nas również tematykę gromadzenia doświadczeń, co pozwala na próbę odpowiedzi, czy warto iść taką drogą. Autorzy porównują doświadczenia US Army w użytkowaniu RQ-7 Shadow i o wiele bardziej znanego Predatora. Analizując zmiany wprowadzone w wyniku doświadczeń zebranych w Iraku czy Afganistanie, zauważają, że większość zmian nie ma charakteru technicznego lecz dotyczy organizacji i doktryny i podsumowują swoje wnioski w formie swoistego ostrzeżenia:

  • zdobycie realnego doświadczenia operacyjnego jest znacznie korzystniejsze niż oczekiwanie na techniczną doskonałość
  • US Navy jest na początku drogi ku zdobyciu doświadczenia w użyciu systemów bezzałogowych. Marynarka potrzebuje zacząć działać z najprostszym, zdolnym do funkcjonowania systemem, a nie najbardziej kompletnym.
  • Zmiany w postawach ludzi i podejściu organizacyjnym wynikłe z wprowadzenia tych systemów mogą być brutalne.

To brzmi jak echo cytowanego już na tym blogu Adm. Meyera – zbuduj trochę, przetestuj trochę i wiele się naucz. Nie musimy czekać na nowe systemy aby zacząć weryfikować koncepcje w obszarze dla nas całkiem nowym. Można wymienić kilka innych korzyści o charakterze bardziej lokalnym:

  • uproszczenie procedur biurokratycznych, co może mieć niebagatelne znaczenie. Jakkolwiek nie są one mi bliżej znane, przypuszczam, że stopniowa modernizacja okrętów już będących w służbie z użyciem systemów “z pólki” może być prostsza od tworzenia specyfikacji od początku dla całkiem nowego systemu.
  • Potencjalne zaangażowanie polskiego przemysłu. Nie tylko w pracach badawczych, bo przemysł potrzebuje realnych zamówień. A to jest możliwe w tym przypadku. Kilka składników systemu zwalczania min już istnieje. Może całkiem niedoskonałych, ale jak mówi tekst wspomniany powyżej, doświadczenie operacyjne jest o wiele ważniejsze, bo pozwala zrozumieć zasady gry.
  • Wykorzystanie relatywnie nowych jednostek, które w innym wypadku znajdują się poza planem modernizacji marynarki. W walce z minami nigdy nie będziemy mieli za wiele okrętów.
  • Nadanie dodatkowego sensu okrętowi patrolowemu Ślązak, który może być jednostką sterującą parą 207M, podobnie jak Kontradmirał Xawery Czernicki, na wzór niemieckiej Troiki. W tym wypadku kluczem są systemy łączności, które i tak są podstawą okrętu patrolowego. Zasięg bezzałogowych 207-mek można wykorzystać lepiej poprzez zwiększenie zasięgu łączności z użyciem aerostatu. Taki balon SkyDoc firma doradcza BMT zaproponowała w swoim projekcie Securitor. Wytrzymuje on podobno siłę wiatru huraganu a horyzont radarowy rozszerza do 30 nm.

Czy jest to pomysł możliwy do realizacji technicznie lub ekonomicznie, wymaga sprawdzenia, ale argument z cytatu o samoograniczaniu się poprzez niezweryfikowane doświadczalnie założenia jest dla mnie bardzo przemawiający.