Mar 202017
 

Dyskusja na temat modernizacji Marynarki Wojennej RP staje się coraz bardziej bezprzedmiotowa i tak pozostanie dopóki nie nastąpią poważne zmiany w państwie. Jest to jednak blog o marynarce wojennej a nie polityce więc wątku nie będziemy rozwijać. Trudna sytuacja w kraju nie oznacza jednak, że mamy zasypywać gruszki w popiele. Wręcz przeciwnie, trzeba aktywnie się uczyć i być gotowym zaproponować dobre rozwiązania gdy przyjdzie na to czas. To taki optymizm pesymisty.

Marcowy numer USNI Proceedings jest już tradycyjnie poświęcony sprawom międzynarodowym i ma stałą rubrykę „The Commanders Respond”. W połączeniu z inną stałą rubryką „World Navies in Review” daje interesuacy wgląd w najbardziej palące problemy flot świata i to w jaki sposób sobie z tymi wyzwaniami radzą. Zostawmy na boku Pacyfik i Azję chociaż tam się najwięcej dzieje i skupmy się na naszym regionie, czyli Europie.

Na samym początku niespodzianka – Admirał Sir Philip JonesFirst Sea Lord i Chief of Naval Staff za najważniejszy priorytet uznaje wojnę cybernetyczną i informacyjną dominację. O sprzęcie jest niewiele i wzmianka na temat F-35 jest również opatrzona komentarzem, że jest to „godne uwagi narzędzie do zbierania danych”. Ani słowa o lotniskowcach czy nowych fregatach, tylko o współpracy z partnerami, sztucznej inteligencji we wspomaganiu podejmowania decyzji i ćwiczeniach Exercise Information Warrior.

Kontradmiral Jens Nykvist, ze Szwedzkiej Królewskiej Marynarki wspomina o wybrzeżu liczącym 1.700 mil i Bałtyku jako jednym z najbardziej uczęszczanych szlaków żeglugowych świata. Wszystko w kontekście bliskości Rosji. Za główne zadanie dla marynarki podaje odstraszanie, ale w przeciwieństwie do naszej dyskusji o rakietach manewrujących, odstraszanie oparte o „wysoki poziom gotowości, sprzęt dobrej jakości i wysoki poziom wyszkolenia”. Co ciekawe w tych kategoriach opisuje odstraszanie nasza własna i wciąż obowiązująca Biała Księga Bezpieczeństwa Narodowego. Monitorowanie tak długiego wybrzeża wymaga według admirała Nykvista dużej liczby platform o znaczącym zasięgu i autonomiczności. Dlatego kluczowa jest dla Szwecji współpraca międzynarodowa, w której za najważniejszych partnerów wymienia Finlandię i Stany Zjednoczone. Nas tam nie ma pomimo ewidentnie wspólnych interesów i oficjalnej w tym względzie retoryki.

Kontradmiral Lars Saunes, z Królewskiej Marynarki Norwegii zaczyna od stwierdzenia, że „Rosja odtworzyła swój bastion obronny i wprowadziła do służby nowe systemy uzbrojenia we wszystkich sferach działania”. Za główne zagrożenie otwarcie wskazuje zagrożenia dla morskich linii żeglugowych na Północnym Atlantyku, łączących Europę z Ameryką Północną. Wraca więc do klasycznego problemu kontroli morza na wodach Północnego Atlantyku. Wyzwanie rzucone przez rozbudowę potencjału militarnego Rosji na tym obszarze nazywa wprost czwartą bitwą o Atlantyk. Głównym zadaniem staje się obrona przed okrętami podwodnymi i nic dziwnego, że Norwegia zainwestowała we fregaty.

Wiceadmirał Andreas Krause z Marynarki Wojennej Niemiec zwraca uwagę na zmianę w środowisku międzynarodowym i iluzji „pokojowych dywidend” po okresie zimnej wojny. Pomimo to, rząd Niemiec uważa, że powinna istnieć równowaga pomiędzy obroną kraju i obroną sojuszniczą a reagowaniem na kryzysy międzynarodowe. Polityka, która powinna mieć naśladowców w naszym kraju ale jakimś trafem trudno się jej przedrzeć i dotrzeć do szerszej świadomości zarówno polityków jak i społeczeństwa. W konsekwencji za równie ważne niemiecka marynarka uważa rozbudowę potencjału obronnego na północnej flance sojuszu jak i zarządzanie kryzysem na Morzu Śródziemnym. W wypowiedzi admirała Krause padło trochę szczegółów na temat modernizacji i rozbudowy floty. Projekt MKS-180 nabrał wyrazu i został określony jako klasa sześciu fregat ASW o wyporności 7.000 ton. Biorąc pod uwagę to i aktualnie realizowane projekty flota Niemiec rzeczywiście wzrośnie. Flotylla okrętów podwodnych zwiększy się z sześciu do ośmiu jednostek a obecny zestaw dziesięciu fregat wzrośnie do prawdopodobnie 13 jednostek – trzy istniejące fregaty AAW typu 124, cztery nowe fregaty stabilizacyjne typu 125 i wreszcie sześć nowych fregat ASW. Ponadto stan korwet zostanie zdublowany do 10 sztuk.

Wiceadmiral Veijo Taipalus, głównodowodzący Marynarką Wojenną Finlandii podobnie do poprzedników z regionu Bałtyku odnotowuje zmianę klimatu politycznego w basenie Morza Bałtyckiego na niekorzyść. W wypowiedzi przewija się wątek konieczności współpracy międzynarodowej na wypadek wojny obronnej. To jest delikatne politycznie novum w Finlandii, gdzie do tej pory twierdzono, że Finlandia jest w stanie obronić się samodzielnie. Trudno powiedzieć co jest przyczyną a co skutkiem, ale informacja o planie budowy czterech korwet znajduje się w sąsiedztwie następującego zdania „ Regionem rosnącej współpracy z US Navy będzie Arktyka…” Ciekawostka, bo niewątpliwie Finlandia częściowo znajduje się na obszarach polarnych ale nie ma dostępu do mórz arktycznych.

Kontradmiral Frank Trojahn, z Królewskiej Marynarki Danii skupia się na prostym fakcie, że duńska flota handlowa jest jedną z największych na świecie więc naturalną funkcją duńskiej marynarki wojennej jest dbałość o bezpieczeństwo morskie na całym świecie co jest możliwe tylko we współpracy międzynarodowej. Mamy więc wytłumaczenie logiki stojącej za udanymi projektami fregat i okrętów logistycznych Absalon. Aktualne inwestycje skupiają się na modernizacji śmigłowców morskich, zakupie rakiet SM-2 dla fregat i przygotowaniach do przystosowania przynajmniej jednej fregaty do zadań BMD.

W powyższych wypowiedziach zwraca uwagę umiejętność do sformułowania w jednym lub kilku zdaniach kluczowej kwestii stanowiącej podstawę dla strategii i planowania struktury floty. Niezależnie od posiadanych środków finansowych czy bazy technologicznej lub szkoleniowej, każda z wymienionych marynarek racjonalizuje swój problem i zamienia w plan działania przy użyciu posiadanych środków. Jest w tych odpowiedziach na zadane pytanie kilka uwag z powodzeniem stosowalnych do naszej sytuacji, ale jak wspomniano na wstępie to już inna historia.

Nov 162016
 

Tytuł przypadkowo napotkanego w sieci artykułu Canada’s Naval Strategy: The Strategy of a Client State trudno przetłumaczyć, ale pobrzmiewają w nim nutki wzbudzające w czytelniku z Polski pewien rezonans. Możemy być zdumieni, że mając program budowy sześciu arktycznych OPV i piętnastu fregat mowa w nim o chybotliwych fundamentach kanadyjskiej marynarki wojennej. A jednak! Aby zrozumieć problem Kanadyjczyków trzeba sięgnąć do momentu założenia floty w 1910 roku, gdy Kanada była częścią imperium brytyjskiego a sąsiad w postaci Stanów Zjednoczonych uważany był za zagrożenie:

W chwili ustanowienia Royal Canadian Navy w 1910 roku Frederick Monk, członek parlamentu z ramienia Partii Konserwatywnej potępił ideę „floty, która ma być kanadyjska gdy trzeba za nią płacić tylko po to by była imperialna gdy zajdzie potrzeba jej użycia”

Od samego początku dla polityków flota była zbyt droga w porównaniu do korzyści, które oferowała. Jako element niezależnej polityki Kanady nie była w stanie samodzielnie zapewnić oczekiwanych korzyści politycznych a jako element floty brytyjskiej czy później sojuszniczej nie skutkowała wpływami na decyzje sojuszników w stopniu proporcjonalnym do wkładu. Autor artykułu cytuje Premiera Trudeau, który sformułował ten dylemat w sposób zaiste godny zręcznego polityka i mówcy stwierdzając:

Czy polityka obronna miała bardziej wywrzeć wrażenie na przyjaciołach niż przestraszyć naszych wrogów?

Trudeau, który piastował stanowisko premiera przez piętnaście lat był zwolennikiem polityki odprężenia w czasach zimnej wojny i widząc taki marny efekt inwestycji w kosztowną flotę sięgnął po inne, polityczne środki. Jakim cudem więc pod rządami takiego polityka zdecydowano się na budowę czterech niszczycieli Iroquois i dwunastu fregat Halifax? Ponownie trzeba sięgnąć do kontekstu tamtych czasów. Pytanie brzmiało, czy agresywne działania przeciw rosyjskim okrętów podwodnym, nosicielom rakiet balistycznych zniechęci Rosjan do użycia broni jądrowej, czy wręcz przeciwnie sprowokuje ich do tego. Wygrała opcja, że tego typu operacje wspomogą raczej niż przeszkodzą w rozmowach na temat kontroli zbrojeń. To mieściło się jak najbardziej w wizji politycznej partii rządzącego premiera. Potwierdza to pośrednio inny autor – Marc Milner w artykule Reflections on Canada, the State, the Nation and the Navy:

Byłoby wspaniale móc powiedzieć, że odrodzenie marynarki, które zaowocowało programem fregat w latach 90-tych było efektem narastającej fali patriotycznych uczuć albo wynikiem rosnącej presji członków Parlamentu na utrzymanie nowoczesnej i wszechstronnej floty. Niestety nic na to nie wskazuje. Większość Kanadyjczyków – zarówno wówczas jak i dziś – nigdy nie widziało swojej floty. Powody budowy fregat były całkowicie związane z polityką wewnętrzną, przemysłową i zagraniczną.

Czy fregaty Halifax doczekają się godnych następców? Foto www.navy-marine.forces.gc.ca

Czy fregaty Halifax doczekają się godnych następców? Foto www.navy-marine.forces.gc.ca

Co więc dzisiaj jest istotne dla polityków kanadyjskich w odniesieniu do marynarki wojennej? Wydaje się, że tak jak i przed dziesiątkami lat istnieje potrzeba patrolowania olbrzymich przestrzeni wód okalających Kanadę ze szczególnym współcześnie naciskiem na wody arktyczne. Do tego celu istnieje spora flota lodołamaczy Straży Przybrzeżnej wspieranych przez 12 uniwersalnych okrętów typu Kingston marynarki. Te niewielkie jednostki o wyporności poniżej 1.000 ton mogą wykonywać wiele zadań od patrolowania aż do walki z minami, chociaż nie są dedykowanymi niszczycielami min. Program budowy sześciu arktycznych okrętów patrolowych dla marynarki jest zwieńczeniem tej polityki i istotnym dla niej wsparciem.

Arktyczne OPV mają poparcie i są dobrym początkiem dla odzyskania kompetencji przez krajowy przemysł stoczniowy. Foto www.navy-marine.forces.gc.ca

Arktyczne OPV mają poparcie i są dobrym początkiem dla odzyskania kompetencji przez krajowy przemysł stoczniowy. Foto www.navy-marine.forces.gc.ca

Co jednak z fregatami? Peter Haydon zauważył, że flota jest właściwie na łasce lub niełasce widzimisię polityków, którzy nigdy nie dostrzegli istotnej roli dla niej w całokształcie polityki państwa. Na potwierdzenie inny cytat z Marca Milnera, wypisz wymaluj kopia naszych obecnych debat:

Jeśli ktoś się kiedykolwiek zastanawiał jak odległe dla większości Kanadyjczyków jest morze, wystarczy spojrzeć na niekończące się debaty w parlamencie na temat samolotów SAR, potrzeby śmigłowców dalekiego zasięgu zdolnych do działania w każdych warunkach pogodowych i rozmieszczenia stacji ratowniczych wzdłuż wybrzeża (czy też na północy).

Tak więc fregaty wypełniające pracowicie szereg zadań na całym świecie, są w zasadzie odstępstwem od reguły, żeby nie powiedzieć wybrykiem natury niż wynikiem przemyślanej polityki. Na ich korzyść działa istniejące poparcie dla uczestnictwa w sojuszach jak NATO czy dla operacji humanitarnych lub pokojowych wraz z przeświadczeniem, że flota może być subtelnym instrumentem działającym w sposób pośredni stabilizująco na bezpieczeństwo państwa. Czy jednak wystarczy to dla utrzymania sporej floty czterech niszczycieli i dwunastu fregat lub ich piętnastu zamienników? Pomimo deklaracji rządu (tak jak i deklaracji poprzednich rządów) nie jest to takie jasne. Na razie rozpoczęto budowę arktycznych OPV mających wsparcie i dość powszechnie akceptowane uzasadnienie oraz modernizuje się fregaty Halifax. Wysłużone niszczyciele poszły w odstawkę wraz z okrętami zaopatrzeniowymi. Te ostatnie będą miały zamienników zbudowanych według niemieckiego projektu Berlin i cały program wydaje się być dość zaawansowany. Będzie miał też uzasadnienie w postaci wsparcia dla zmodernizowanych fregat, choć są głosy, że nie jest niemożliwe wysłanie fregat na misje bez własnych okrętów wsparcia ale polegając na zasobach sojuszników.
Nie można więc wykluczyć, że część deklaracji pozostanie na papierze i z 16 jednostek pozostanie w służbie na jakiś czas 12 zmodernizowanych fregat. Te z kolei być może zostaną zastąpione nie piętnastoma ale powiedzmy, sześcioma nowymi jednostkami co pozwoli na symboliczny udział w NATO i/lub równoległych operacjach pojedynczych jednostek na dwóch oceanach. Przyszłość okrętów podwodnych może się okazać równie jak nie bardziej mglista biorąc pod uwagę niekończące się problemy i lawinę kosztów z nimi związanych.

Powyższe rozmyślania mogą wydawać się jednostronne bo opierają się na głosach polityków i historyków ale nie reprezentują głosu samej Royal Canadian Navy. Jest to świadomy wybór gdyż wszelkie argumenty rodem z teorii wojny morskiej czy dyplomacji najwyraźniej nie trafiają. Podobnie jak u nas. Ciekawe jest to, że rząd Kanady w celu opracowania nowej doktryny zwraca się bezpośrednio do szerokiego kręgu odbiorców poprzez dokument Defence Policy Review Public Consultation Paper zawierający kilka kluczowych pytań. Obok na stronie mamy do dyspozycji Consultation Tool Kit dla wszystkich gotowych przeczytać opinie ekspertów.

Co możemy wyciągnąć dla siebie z krótkiego opisu chwiejnych podstaw Royal Canadian Navy? Programy mające uzasadnienie w powszechnie akceptowanych poglądach są realizowane. Potrzeba monitorowania obszarów arktycznych zaczyna docierać do szerokiego ogółu. Podobnie pomoc humanitarna. Symboliczna obecność w sojuszach ma również poparcie ale tu już zaczyna padać pytanie o relacje koszt-efekt. Czy potrafimy określić środki ciężkości albo kluczowe interesy nasze i Federacji Rosyjskiej na Bałtyku czy szerzej na morzach, tak jak to czyni Kanada? Spróbujmy, nawet jeśli miałoby to być mocno niezdarne, niech wywoła dyskusję.

Dla Rosji politycznym celem w obszarze Bałtyku jest neutralizacja wpływów NATO i odsunięcie sojuszu możliwie daleko od własnych granic. Ekonomicznym środkiem ciężkości jest eksport paliw drogą morską i rurociągiem Nord Stream oraz przemysł stoczniowy skoncentrowany wokół St. Petersburga. Militarnym centrum jest zaś Obwód Kaliningradzki i jego ewentualna obrona.

Gdy przychodzi do nas samych w głowie pojawia się pewnie pustka (za wyjątkiem osób związanych z morzem lub wybrzeżem). Jako cel polityczny wybierzmy hasło o nieco propagandowym posmaku – Bałtyk miejscem pokojowej współpracy. Zamieniając hasło na ekonomiczne realia możemy mówić o:

  • transporcie i szerzej o kanałach logistycznych wschód-zachód oraz północ-południe,
  • rozwoju handlu poprzez porty morskie,
  • infrastrukturze na wybrzeżu, powierzchni morza i jego dnie jak platformy wiertnicze, farmy wiatrowe, gazociągi i kable komunikacyjne,
  • ochronie ekologicznej basenu.

Cele militarne czy paramilitarne wynikają z powyższych a więc:

  • ochrona powyższej infrastruktury,
  • zapewnienie bezpieczeństwa na morzu zarówno od zagrożeń naturalnych jak i intencjonalnych,
  • zapobieganie użyciu siły i dyplomacji siłowej w regionie.

W takim obrazie nie ma wiele miejsca na okręty bojowe o rozbudowanych zdolnościach. Potrzeba być może bardziej rozbudowanej Straży Granicznej, której nazwa nieszczęśliwie sama sugeruje ograniczenie obszaru działania, pomimo że ustawa pozwala na znacznie więcej. Ostatni punkt wymaga okrętów nawodnych i korweta może być rozwiązaniem wystarczającym do tego celu. Dla zobrazowania weźmy toczącą się w Stanach Zjednoczonych dyskusję Presence czy Posture, czyli gdzie leży kompromis pomiędzy obecnością a zdolnościami bojowymi. Na przykład OPV reprezentuje „obecność” bez „zdolności” a kuter rakietowy na odwrót – „zdolności” bez „obecności”. Skrajnym przypadkiem braku „obecności” jest Nadbrzeżny Dywizjon Rakietowy niezdolny do wysyłania przeciwnikowi sygnałów ostrzegawczych. Jest to broń zero-jedynkowa. Kompromisem jest właśnie korweta, czyli takie pół na pół pod warunkiem rozsądnej specyfikacji i akceptowalnych kosztów.

Potrzeba okrętów wojennych z prawdziwego zdarzenia pojawia się w dwóch przypadkach. Pierwszy to zamiana regionu Morza Bałtyckiego z obszaru współpracy w obszar konfrontacji militarnej, co najprawdopodobniej zaktywuje sojusze wojskowe. Drugi to wola i ambicja państwa do odgrywania roli międzynarodowej niezależnie od sojuszy lub w ich ramach. Zwłaszcza ten ostatni punkt generuje potrzebę okrętów większych od korwety jednocześnie z towarzyszącym pytaniem ile państwo jest gotowe wydać pieniędzy na odgrywanie takiej roli?

Kiedyś na tym blogu padło hasło Polacy nie gęsi i swój koncept mają. Zbyt dużo rozmawiamy o środkach a zbyt mało o celach i drogach do ich osiągnięcia. Zrozumiałe w sytuacji braku strategii wiążącej te elementy ale jak mówią praktycy wojny, błędy na poziomie taktycznym można skorygować lecz na poziomie strategicznym już nie.

Nov 022016
 

W każdym momencie naszym celem powinno być zapobieganie kryzysom i konfliktom. Polityka bezpieczeństwa musi być dalekowzroczna i realna. Jednocześnie musimy być zdolni do szybkiej reakcji na gwałtowne konflikty, do udzielenia pomocy i do odegrania naszej części roli w rozwiązywaniu konfliktów. Do osiągnięcia tego celu konieczne jest połączenie działań instytucji militarnych i cywilnych. Musimy jednak być uczciwi i realistyczni w naszym spojrzeniu na świat: nie będziemy zdolni do zaradzenia wszystkim zagrożeniom w rejonach kryzysu samodzielnie. To oznacza, że nasi partnerzy w innych regionach muszą wykonać swoją część obowiązków.

Angela Merkel

Powyższy cytat ze wstępu do niedawno opublikowanej Białej Księgi Niemiec formułuje kluczowe elementy polityki bezpieczeństwa Niemiec zawarte w pytaniach o rolę Niemiec w świecie i wartości oraz interesy państwa, które warto bronić. Niemcy obok obrony integralności swojego terytorium i sojuszników (!) równie silnie akcentują swoją odpowiedzialność międzynarodową. To kwestia wyboru wartości jak demokracja i prawo. My jesteśmy w trudniejszej sytuacji bo zarówno rola Polski w świecie jak i podstawowe wartości są obecnie przedmiotem gorących dyskusji i coraz bardziej dramatycznych podziałów. Jakkolwiek wydaje się to odległe od pytania jakie okręty wojenne są potrzebne, ma to wbrew pozorom silny wpływ na kształt marynarki wojennej. Globalizacja i internet spowodowały, że nie ma możliwości bycia samotną i odizolowaną wyspą szczęśliwości w tym świecie. Ostatnim bastionem być może jest Korea Północna, przykład mało popularny do naśladowania. Złożone związki pomiędzy aktorami świata nauki, kultury, gospodarki i polityki w wymiarze globalnym są coraz trudniejsze do ogarnięcia i kontrolowania a więc powodują sytuacje coraz bardziej nieprzewidywalne. Sytuacje kryzysowe w takim świecie mają często zaskakujące i daleko sięgające konsekwencje nie mające nic wspólnego z administracyjnymi granicami państwa.

Niemcy zdają sobie sprawę, że międzynarodowe zaangażowanie ma swoje granice i zostawiają sobie prawo decydowania o stopniu i obszarze udziału tak, aby dostępne zasoby nie zostały wyczerpane. W Europie dostrzegają zagrożenie wynikające z coraz bardziej agresywnej polityki Rosji, stąd rosnące zainteresowanie Bałtykiem. W odróżnieniu od naszej, przynajmniej oficjalnej retoryki nasi sąsiedzi próbują znaleźć rozwiązanie dla sytuacji opisanej przez stare powiedzenie „złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma”. Dokument wprost stwierdza, że bez fundamentalnej zmiany polityki Rosja będzie zagrożeniem, ale jednocześnie Rosja jest wielorako powiązana z Europą. Niemcy szukają więc złotego środka. Nord Stream jest niewątpliwie takim punktem, gdzie nasze opinie rozbiegają się z niemieckimi, ale z drugiej strony nie chcemy zauważyć szerszego kontekstu naszych sąsiadów. Niemcy zdecydowały o rezygnacji z energii nuklearnej i są wciąż zdecydowane na rozwiązania proekologiczne. Mają już chyba największy w Europie udział energii wiatrowej i słonecznej i jedyną alternatywą dla atomu jest w tej chwili gaz. Nie mamy się więc co obrażać, że handlują z Rosją, tak jak i my oczekujemy wyrozumiałości dla naszego węgla.

Wśród zagrożeń wymienionych z nazwy terroryzm nas jak na razie omija, zagrożenia cybernetyczne ignorujemy, rozprzestrzenianie się broni masowego rażenia jest zbyt abstrakcyjne podobnie jak zmiany klimatyczne a imigracje nielegalną próbujemy rozwiązać poprzez negację problemu. Pozostały dwa zagrożenia znajdujące u nas zrozumienie to:

  • Konflikty międzypaństwowe. Obok zinstytucjonalizowanego nacjonalizmu głównym zagrożeniem według Białej Księgi są próby podminowania państwa z użyciem środków poniżej progu otwartej wojny. Mowa jest o starej taktyce salami:

(…) podejście łączy różne cywilne i militarne środki nacisku w sposób nie ujawniający swoich agresywnych i ofensywnych intencji aż do momentu gdy wszystkie elementy układanki zostaną złożone.

  • Zagrożenia dla systemów łączności i informacji, linii zaopatrzenia, transportu i szlaków handlowych jak również bezpieczeństwo energetyczne i surowcowe. Kwestia jest widziana w szerokim aspekcie we wszystkich wymiarach przestrzeni rzeczywistej i wirtualnej. Ponownie widać konieczność współpracy międzynarodowej i wspierania porządku prawnego:

Niemcy muszą więc czynić wysiłki w kierunku zapewnienia niezagrożonego dostępu do lądowych, lotniczych i morskich linii komunikacyjnych wraz z przestrzenią informatyczną i cybernetyczną. Nieustający przegląd i usprawnienia porozumień i instytucji gwarantujących prawny porządek międzynarodowy pozostanie ważnym zadaniem.

Aby ten ogólny dokument zamienić na realia Deutsche Marine, pomocą służy artykuł opublikowany na blogu CIMSEC. Sebastian Bruns w tekście The Baltic Sea and Current German Naval Strategy pisze o wyzwaniu jakie dla Niemiec stanowi wzrost aktywności Rosjan na Bałtyku i wymaganym zwrocie w strategii, sprzęcie i sposobie myślenia o tym obszarze. Opinie autora są o tyle interesujące, że brał on udział w formułowaniu dokumentu bardziej operacyjnego niż Biała Księga.
Pierwszy etap rozwoju powojennej Bundesmarine autor określa jako „obrona terytorium i uczestnictwo w siłach sojuszu ze ścisłym ograniczeniem na obszar i charakter działań”, a więc coś o czym toczy się dyskusja dzisiaj w Polsce. Druga faza po zakończeniu zimnej wojny to etap „ekspedycyjny”. Teraz przychodzi czas na trzecią fazę uwzględniającą dynamiczną sytuację powstałą w wyniku aneksji Krymu i konfliktu wewnątrz Ukrainy. W rekomendacjach zawarty jest między innymi postulat wyjścia poza Standing NATO Maritime Group (SNMG) we współpracy z sojusznikami oraz ponowne przemyślenie obszarów działania sił morskich na wzór lat 80-tych:

  • linie zaopatrzenia na Morzu Śródziemnym,
  • wschodni basem Morza Śródziemnego,
  • linie zaopatrzenia przez Atlantyk,
  • „płytkie morza” (w tym Bałtyk),
  • Morze Norweskie.

Kilka miesięcy po publikacji tego dokumentu mamy ogłoszenie decyzji ministerstwa obrony Niemiec o zakupie pięciu dodatkowych korwet K-130, czyli znanego nam typu MEKO A-100. Czy jest to tylko środek zapobiegawczy przeciwko malejącej liczbie okrętów w linii i etap pośredni przed realizacją projektu 180 czy raczej pierwsze znaki realizacji trzeciej fazy według nowej strategii? Więcej światła na kwestię rzuca krótki tekst opublikowany rok temu przez The Royal Institute of Naval Architects.

Bardziej rozwinięcie F-125 niż korweta. Czy przeżyje i co zastąpi? Foto www.GlobalSecurity.org

Bardziej rozwinięcie F-125 niż korweta. Czy przeżyje i co zastąpi? Foto www.GlobalSecurity.org

Analizując tekst widoczna jest zmiana akcentu w porównaniu z ostatnią i wciąż obowiązująca wersją długofalowego planu rozwoju Deutsche Marine, a mianowicie w miejsce MKS-180 wchodzą dodatkowe korwety. Przyczyna tkwi chyba w wypowiedzi admirała Manhardta cytowanej przez RINA o strategii „intensywnego użytkowania, modularyzacji i wymiennych załóg”. Jest to odpowiedź na nieustannie malejącą liczbę jednostek w służbie w połączeniu z problemami retencji załóg. My jesteśmy jeszcze w całkiem odmiennej sytuacji – mamy marynarzy nie mamy okrętów. Realia Deutsche Marine czy Royal Navy są pod tym względem całkiem inne. Tak więc zakup dodatkowych korwet ma kilka korzyści:

  • zmniejsza liczbę wymaganego personelu, bo K-130 mają wysoki poziom automatyzacji i jako mniejsze okręty mają mniejsze załogi,
  • oferują elastyczność w działaniu wymiennie z fregatami przy mniejszych kosztach eksploatacji, co demonstruje uczestnictwo korwety w SNMG,
  • pozwala na współpracę z sojusznikami/partnerami poza formułą SNMG,
  • zwiększa udział sił do działań na „płytkich morzach”,
  •  koszt inwestycji jest co najmniej dwukrotnie niższy niż planowany koszt MKS-180,
Korweta poddana dyscyplinie budżetowej to całkiem praktyczny nabytek. Foto www.naval-technology.com

Korweta poddana dyscyplinie budżetowej to całkiem praktyczny nabytek. Foto www.naval-technology.com

Po wycofaniu fregat 122 i kutrów rakietowych główne siły nawodne Deutsche Marine będą więc liczyły 11 fregat i 10 korwet. Ciekawe jest spojrzenie na ich możliwości. Tylko trzy fregaty są specjalizowane do obrony powietrznej i mają radar zdolny do naprowadzania wielu rakiet jednocześnie. Cztery fregaty są przeznaczone do walki z okrętami podwodnymi a kolejne cztery mają za zadanie misje stabilizacyjne. Wszystkie okręty opierają swoją samoobronę na rakietach RAM. Dodatkowo fregaty ASW mają do dyspozycji 16 wyrzutni SeaSparrow, ale kierowane za pomocą radaru STIR, co jest już rozwiązaniem przestarzałym. Korwety nie posiadają środków do zwalczania okrętów podwodnych i są specjalizowane do zwalczania celów na powierzchni morza lub na lądzie. Flotę dopełnia sześć nowoczesnych okrętów podwodnych z napędem AIP oraz flotylla docelowo 10 okrętów przeciwminowych. Na razie nie mamy ogłoszenia oficjalnego odnośnie planowanych dwóch okrętów wsparcia (JSS).

Mamy więc do czynienia z szeregiem współgrających ze sobą powodów do takiej a nie innej decyzji. Jest to połączenie ekonomii z polityką przy jednoczesnej optymalizacji zdolności bojowych floty. Korwety K-130 reprezentują bowiem być może mniejszy potencjał niż przewidywany dla MKS-180 ale z pewnością większy od kutrów 143.

Czy taka flota spełni oczekiwania nakreślone bardzo ogólnie w Białej Księdze? W dużej mierze tak, chociaż diabeł tkwi w szczegółach. Jedenaście fregat wystarczy do prowadzenia dwóch operacji międzynarodowych jednocześnie i na udział w SNMG. Korwety oferują elastyczność w operowaniu na wodach przybrzeżnych od wschodniej części Morza Śródziemnego poprzez Bałtyk i Morze Północne aż po fiordy Norwegii. Dziesięć korwet to w razie konieczności znacząca siła na Bałtyku, którą zawsze mogą wesprzeć fregaty. Co do floty u-boot-ów to czytelnikowi zostawiam do rozważań cytat znaleziony w raporcie CSIS Undersea Warfare in Northern Europe:

Pomimo tego, że w sposób oczywisty sprawdzałyby się (U212) na Bałtyku, nie jest jasne do jakiego stopnia flota podwodna Niemiec operuje na tych wodach.

Czy z lektury Białej księgi Niemiec wypływają jakieś szczególne wnioski dla nas? Szczegóły, które mogą różnić Polskę od Niemiec to podejście do kwestii osłony linii żeglugowych i geografia. Z punktu widzenia Niemiec obrona terytorium odbywać się będzie na dość wąskim odcinku z pozycji środkowych. Polska miałaby długie wybrzeże będące flanką wszelkich operacji na lądzie czy na morzu. Niemniej możemy te teoretyczne rozważania pominąć bo i tak zarówno poprzedni rząd jak i obecny akceptuje korwety. Najrozsądniejszym i całkiem praktycznym wnioskiem jest połączenie wysiłków i zaproponowanie Niemcom zwiększenie serii o 2 jednostki zamówione w TKMS (plus Ślązak daje trzy) i budowę całej serii w polskich stoczniach pod nadzorem TKMS. Różnice w konfiguracji mogą być zmniejszone do minimum – C2, pojedynczy SeaRAM zamiast dwóch RAM pozostawiający pole manewru na przyszłość czy sonar. Przy tej okazji stara fregata mogłaby jeszcze skorzystać i zamienić stary Phalanx na bardziej użyteczny SeaRAM.

Takie rozwiązanie byłoby wykorzystaniem nadarzającej się okazji, która szybko może zniknąć, Walczy się tym co się ma a nie tym co jest w planach budżetowych na następne dziesięciolecia.

Apr 072016
 

Być może czas na zmianę kursu modernizacji naszej marynarki wojennej, co będzie problematyczne bo rozwój technologii wyprzedza nasze zdolności do uczenia się i adaptacji, czego historia Ślązaka jest dowodem. Defense News informuje, że mały ale wpływowy zespół analiz strategicznych przy US Naval War College i podległy bezpośrednio CNO został rozwiązany. Wydarzenie samo w sobie nie jest czymś niezwykłym dopóki nie przeczyta się uzasadnienia:

Adm. John Richardson, obecny CNO szuka sposobów przyśpieszenia procesów przyswajania wiedzy oraz przetwarzania informacji i według doniesień zdecydował, że okres ośmiu miesięcy jaki zajmował każdej powołanej grupie do przestudiowania problemu i stworzenia raportu to za długo.

Bezwładność naszych własnych instytucji jest o wiele bardziej porażająca i wszelkie próby centralizacji władzy i instytucji są drogą donikąd. Centralna władza jest bowiem w stanie przełamać bariery biurokracji i bezwładu ale nie jest w stanie promować innowacyjnego i niezależnego myślenia na szerszą skalę. Tymczasem w świecie dzieje się dużo nowego. Ostatnio ukazały się dwa raporty:

Pierwszy wprowadza w stan zaawansowania prac nad bronią laserową, działem elektromagnetycznym i Hypervelocity Projectile (HVP). Nawiasem mówiąc konia z rzędem temu, kto ładnie to przetłumaczy na język polski. Drugi raport dotyczy bardziej złożonej materii walki o spektrum elektromagnetyczne. Istotnym spostrzeżeniem w obu dokumentach jest to, że osiągnęliśmy granice możliwości pewnych sposobów walki i czeka nas zmiana taktyki. Dotyczy to zarówno obrony przeciwrakietowej, gdzie koszt systemów obrony rośnie o wiele szybciej niż koszt środków ataku jak i walki radioelektronicznej gdzie gwałtownie rośnie wrażliwość aktywnych sensorów i zakłóceń na przeciwdziałanie przeciwnika. Ten, kto właściwie odczyta znaki czasu i się zaadaptuje szybciej zyska przewagę przynajmniej na krótką metę. Być może świadomość osiągnięcia granic pewnych możliwości w połączeniu z tendencją do liniowych ekstrapolacji przyszłości powoduje popularne u nas przekonanie o niemożności przetrwania okrętów nawodnych na wodach przybrzeżnych.

Jest wiele możliwych sposobów na zwiększenie za pomocą taktyki i technologii skuteczności i przeżywalności sił nawodnych w konfrontacji z systemami bazującymi na lądzie. Wayne Hughes w książce „Fleet Tactics and Coastal Combat” podaje pięć stałych czynników wojny na morzu i pięć atrybutów sił morskich. Dodajmy, że są one na tyle uniwersalne, że można je chyba rozciągnąć na inne rodzaje sił zbrojnych.

Pięć „stałych” wojny na morzu:

manewr, siła ognia, rozpoznanie, przeciwdziałanie i dowodzenie (maneuver, firepower, scouting, counterforce, C2)

Pięć atrybutów sił morskich:

przywództwo, wyszkolenie, wytrzymałość, odporność, wyposażenie (Leadership, training, endurance, resilience, hardware)

Pomiędzy nimi istnieją zależności i synergie. Pozycja T w walce artyleryjskiej pokazuje jak manewr, czyli uzyskanie dogodnej pozycji może wzmocnić siłę ognia. Stworzenie pierwszych systemów kierowania walką umożliwiło zorganizowanie patroli myśliwców grup lotniskowców i zwiększyło ich odporność na atak. We wspomnianej książce mamy również świetnie opisaną zależność między siłą ognia a rozpoznaniem. Można bowiem wyróżnić trzy strefy działania, które ograniczają skuteczność siły ognia niezależnie od zasięgu używanej broni.

  • W strefie panowania potrzebujemy informacji do namierzania celu
  • W strefie wpływów potrzebujemy informacji do śledzenia celu
  • W strefie zainteresowania potrzebujemy informacji o wykryciu celu.

Przykład NDR-u pokazuje jak niezrównoważona inwestycje w siłę ognia i rozpoznanie ogranicza siłę ognia do pola widzenia Bryzy o wiele bardziej bezbronnej od okrętów nawodnych. Nawiasem mówiąc, ponownie można rozszerzyć to stwierdzenie na Kraby, Kryle, Homary i inne skorupiaki. W jakich więc obszarach nowe technologie oferują pokonanie osiągniętych barier?

  • Radary multistatyczne nie zwiększają siły ognia ale znacznie polepszają odporność na przeciwdziałanie przeciwnika i pośrednio wpływają na lepsze rozpoznanie. Źródłem aktywnym sygnału mogą być zarówno nadajniki z otoczenia jak i specjalne bezzałogowe źródła promieniowania. Jeśli nawet ulegną zniszczeniu, łatwo je zamienić czy wysłać w powietrze następne przy czym odbiornik wciąż może pozostać niewykryty.
  • Bezzałogowe pojazdy generujące zakłócenia działają dwojako. Mogą być alternatywą do taktyki nasycenia obrony poprzez zwiększenie prawdopodobieństwa przedarcia się przez obronę ograniczonej liczby pocisków. Wówczas zwiększają siłę ognia, ale mogą również być użyte do ograniczenia efektywności rozpoznania przeciwnika i wówczas stanowią element przeciwdziałania zwiększający odporność sił własnych.
  • Cele pozorne mają podwójna rolę. W obronie wymuszają większą salwę na przeciwniku podnosząc koszty ataku lub przy danej salwie zmniejszają prawdopodobieństwo trafienia a więc ponownie zwiększają odporność. W ataku mogą symulować własne rakiety co znacząco zwiększa wymagania dla obrony i wpływa pośrednio na zwiększenie siły ognia.

Lasery, działa elektromagnetyczne oraz HVP celują raczej w korzystniejszy stosunek kosztów obrony do kosztów ataku, ale ze względu na technologie użyte zwiększają pojemność magazynów amunicji a więc rośnie wytrzymałość (endurance) własnych sił. Żadna z tych technologii nie jest jeszcze w pełni gotowa, chociaż próby laserów na okręcie już się prowadzi a działo elektromagnetyczne planuje się zainstalowań na okręcie w tym roku. Może najmniej spektakularny ale dający szansę na szybkie wprowadzenie na uzbrojenie jest HVP. Okazało się bowiem przy okazji rozwoju działa elektromagnetycznego, że amunicja dla tego działa może być odpalana również z konwencjonalnej armaty 127 lub 155mm. Aktualnie uzyskany zasięg już jest porównywalny z amunicją Volcano. W podobnym kierunku idzie rozwój Miniaturowego Kinetycznego Pocisku Przechwytującego Lockheed-Martin o czym wspomina Defence24.

Artyleria ponownie odzyskuje swój uniwersalny charakter. Warto spróbować. Żródło - prezentacja NAVSEA

Artyleria ponownie odzyskuje swój uniwersalny charakter. Warto spróbować. Żródło – prezentacja NAVSEA

Jak powyższe technologie mogą wpłynąć na kształt floty i samych okrętów? Rośnie zapotrzebowanie na nosiciela pojazdów bezzałogowych, parafrazując – „drone carrier”. Drony będą liczne nie tylko ze względu na różnorodność zastosowania ale także na ich wpisaną w koncept akceptacje strat. Tania amunicja w postaci HVM czy miniaturowych rakiet kierowanych spowoduje wzrost gęstości obrony kosztem zasięgu. Walka o pasmo elektromagnetyczne przesunie środki inwestycyjne z aktywnej obrony kinetycznej na walkę o dominację w cyberprzestrzeni i paśmie elektromagnetycznym. Premiowana na okręcie będzie przestrzeń, wielofunkcyjność i moc generatorów oraz siła ofensywna. Do łask powinna wrócić artyleria o coraz większym zasięgu i uniwersalności. Potrzebna będzie przestrzeń wielofunkcyjna lub hangar oraz pokład lotniczy, być może również dok.

Dla nas wnioski mogą być radykalne. Klasyczna korweta nie spełnia większości tych wymogów i lepszym kandydatem byłby krytykowany LCS czy kuter US Coast Guard. Dobrym kandydatem są okręty desantowe LPD czy hybrydy jak Damen Crossover lub duński Absalon. Co zrobić z tak radykalnymi wnioskami? No cóż, władza scentralizowana ma tę zaletę, że może podjąć decyzję szybko a taką wadę, że poza nią decyzji nie podejmie nikt.

Mar 062016
 

W okresie od Forum Bezpieczeństwa Morskiego do ostatniego posiedzenia SKON-u politycy wypowiedzieli i niedopowiedzieli wystarczająco wiele kwestii aby zaniepokoić się o przyszłość Marynarki Wojennej RP. W wywiadach z przedstawicielami MON przewija się często wątek strategicznych korzyści danej inwestycji. Jaka jest więc w tym świetle strategiczna wartość floty?

Dwóch wielkich teoretyków wojny morskiej ma na ten temat trochę odmienne zdanie. „Floty istnieją dla ochrony handlu” twierdził Alfred Thayer Mahan i jego poglądy są tak samo aktualne dziś jak i na przełomie XIX i XX wieku. Z tego punktu widzenia, biorąc pod uwagę dominującą rolę transportu morskiego w światowym handlu, marynarki wojenne świata mają znaczenie i pozycję strategiczną. Kłopot polega na tym, że z globalnego handlu korzystamy wszyscy ale nie należy on do nikogo. Kto ma więc zająć się jego obroną? Ze światowych potęg Stany Zjednoczone mogą i i jeszcze chcą a Chiny chcą ale jeszcze nie mogą. Sir Julian Corbett swoje zdanie zawarł w bardziej rozwiniętej formie:

Ponieważ ludzie żyją na lądzie a nie na morzu, wielkie spory pomiędzy wojującymi narodami zawsze decydowały się – z bardzo nielicznymi wyjątkami – albo poprzez to, co własna armia mogła zdziałać przeciwko terytorium przeciwnika i jego narodowemu bytowi albo poprzez obawę, co flota może swojej armii uczynić możliwym do wykonania.

Takie postawienie sprawy czyni flotę narzędziem pomocniczym i podporządkowanym strategii walki na lądzie. Flota ma więc o tyle wartość strategiczną o ile jest w stanie stworzyć dźwignię strategiczną dla armii w jej działaniach. W tym przypadku nasz kłopot objawia się w tym, że flota z natury rzeczy zwraca się ku morzu i ochronie handlu a armia zachowuje się jak przysłowiowa Zosia Samosia i nie widzi korzyści z dodatkowego pola manewru na morskiej flance.

Ochrona żeglugi odegrała istotną rolę w obu ostatnich wojnach światowych, ale poniekąd związane to było z pozycją i istnieniem flot narodowych czy państwowych. Dzisiejsza bezosobowość handlu morskiego powoduje, że jego ochrona ma większe znaczenie w czasie pokoju niż wojny chociaż atak na linie żeglugowe może być zapalnikiem światowego konfliktu gdzie wszyscy walczą ze wszystkimi. Z kolei działania na flance armii są raczej domeną czasu wojny. Nadmierna orientacja na działania wojenne kosztem zapobiegania konfliktom jest zachowaniem podobnym do sytuacji znanej nam ze służby zdrowia. Wydajemy miliardy na leki i tylko miliony na profilaktykę. Obserwujemy nakręcającą się spiralę – im mniej prewencji tym większy koszt leczenia. Kontynuując tę analogię, złotówka wydana na profilaktykę daje o wiele większy zwrot niż ta sama złotówka wydana na leczenie. Odzwierciedlenie tej prawdy znajdujemy w marcowym numerze USNI Proceedings gdzie w rubryce World Navies in Review jej edytor Eric Wertheim tak podsumowuje miniony rok:

W ciągu całego poprzedniego roku siły morskie wielu narodów działały na, pod i nad powierzchnią światowych oceanów i wód przybrzeżnych jako instrumenty polityki państwa. Od prężenia muskułów do wsparcia humanitarnego, od uspakajania zaniepokojonych sojuszników do zbierania poufnych danych wywiadowczych, współczesne floty często były przeciążone lecz wciąż zdolne do wywierania bezpośredniego i nieproporcjonalnie dużego wpływu na światowej scenie.

Drugim rysem charakterystycznym marynarek wojennych obok zaskakująco dobrego zwrotu z inwestycji jest współpraca międzynarodowa. Wspomniany numer marcowy USNI Proceedings jest tradycyjnie poświęcony przeglądowi wydarzeń na świecie i od lat zawiera równie interesującą kolumnę The Commanders Respond. Z niej zaczerpnięto szereg poniżej wybranych cytatów:

Marynarka wojenna Finlandii współpracuje głównie z marynarką szwedzką ale z innymi również. Obecnie współdziała blisko z marynarką wojenną Niemiec w przedsięwzięciach zapobiegania kryzysom.

W początkach bieżącego tysiąclecia nasze floty rozpoczęły współpracę w dziedzinie operacji antykryzysowych i rozszerzyły ją o nasze oddziały piechoty morskiej. Kilka lat temu utworzono fundamenty pod ustanowienie wspólnego fińsko-szwedzkiego zespołu okrętowego (SFNTG)

– Rear Admiral Veijo Taipalus Finnish Navy

Wielkość floty ma znaczenie. Jako mała marynarka wojenna, powinniśmy być elastyczni w dopasowaniu się do standardów naszego większego partnera nie rezygnując z własnych podstawowych wartości. Jeśli jesteś większym partnerem, bądź otwarty na uczenie się od innych

– Lieutenant General Rob Verkerk Royal Netherlands Navy

Winston Churchill powiedział pewnego razu „Jest co najmniej jedna rzecz gorsza od wspólnej walki z sojusznikami – i jest to walka bez nich”. Ten cytat jest wciąż aktualny. Współpraca koalicyjna znaczy więcej niż kiedykolwiek.

Jako mały naród z ograniczonym budżetem i sąsiadując z jedną z najpotężniejszych flot, Norwegia polega na bliskich sojusznikach od dziesiątków lat. (To jest główny powód przystąpienia do NATO w 1949 roku). Gdy bliscy przyjaciele i sojusznicy idą ramię w ramię, możliwości i jakość szkolenia rosną niewspółmiernie. The Royal Navy’s Flag Officer Sea Training (FOST) w Devonport jest tego przykładem

– Rear Admiral Lars Saunes Royal Norwegian Navy

Nie tylko NATO ma swoje grupy okrętowe. Fińskie i szwedzkie okręty razem. Fot. www.annualreport.mil.fi

Nie tylko NATO ma swoje grupy okrętowe. Fińskie i szwedzkie okręty razem. Fot. www.annualreport.mil.fi

Wracając do pierwszych zdań tekstu, trudno nam ocenić, co się dzieje wewnątrz rządu i obozu prezydenckiego. Mamy do czynienia chyba z trzema wariantami wewnętrznej polityki:

  • w łamach rządu istnieją poważne różnice co do roli floty. To daje szanse koncepcjom współpracy międzynarodowej i programowi Rady Budowy Okrętów. Z drugiej strony przegrana może oznaczać porzucenie jakichkolwiek planów modernizacyjnych marynarki wojennej.
  • Rząd prowadzi działania propagandowe w celu przygotowania gruntu do negocjacji. Wówczas ma sens kontynuowanie dialogu w ramach istniejącego programu modernizacyjnego oraz zakresu jego modyfikacji. Główną osią konfliktu będzie wybór pomiędzy siłami nawodnymi i podwodnymi oraz rola okrętów nawodnych.
  • Rząd nie widzi żadnych strategicznych korzyści w rozwoju floty i sprowadzi marynarkę wojenną do statusu tak zwanej token navy. W takiej sytuacji każdy z nas będzie czynił tak, jak mu nakazuje poczucie obywatelskiego obowiązku. Rezygnacja pięciu generałów i ich wymiana „w locie” nie jest dobrym prognostykiem dla rządu i jego polityki.

Brak polityki informacyjnej tylko pogłębia atmosferę niepewności i utrudnia wymianę argumentów. Pozostaje lektura na temat “Cóż tam, panie, w polityce? Chińcyki trzymają się mocno!”

Dec 262015
 

W dyskusjach o kształcie czy wielkości Marynarki Wojennej RP brakuje często jakiejś miary dającej podstawę do ilościowej analizy. Ile potrzebujemy okrętów i jakich? Na to pytanie nie odwołany jeszcze plan modernizacji odpowiada „wszystkiego po trzy” na zasadzie jeden okręt na misji, drugi po a trzeci w remoncie, trakcie szkolenia itp. Tylko o jakiej misji mówimy w koncepcji Bałtyk Plus? Stałe uczestnictwo w zespołach NATO mogłoby być przesłanką dla tego sposobu myślenia, ale ani poprzedni rząd, ani tym bardziej obecny takiego założenia nie uczynił. Inną flotę potrzebujemy na czas pokoju a inną na czas wojny. W pierwszym przypadku potrzeby można zdefiniować na podstawie zadań rzeczywiście realizowanych, na co pośrednio wskazuje liczba dni spędzonych w morzu. Takie dane chyba nie są publikowane, dlatego kontynuując poniekąd mało naukową metodę przeglądania stron internetowych stworzono poniższą tabelę, odzwierciedlającą aktywność okrętów „bojowych” w 2015 roku na podstawie rubryki „aktualności” stron Centrum Operacji Morskich oraz obu Flotylli okrętów.

Dni w morzu.001

Od razu nasuwa się kilka refleksji lub koniecznych komentarzy. Jest to informacja być może całkiem niewiarygodna. Niemniej, jeśli błąd wynosi około 20-25% to nie zmieni on zasadniczo postaci rzeczy i ogólnej wymowy liczb. Jeśli natomiast błąd jest rzędu 100% lub więcej, to znaczy że dane są niemiarodajne, ale społeczeństwo nie jest świadome jak aktywna jest flota i w konsekwencji trudno mu ocenić jej wartość użytkową. Druga refleksja dotyczy możliwości pewnego zarzutu – nie pływamy, bo nie mamy czym. Niskie liczby mogą również oznaczać, że stan techniczny okrętów jest bardzo zły i należy podjąć decyzję co z tym zrobić. Jeśli tak nie jest i biorąc pod uwagę, że okrętów jest zwykle kilka w danej klasie to są one słabo wykorzystane w czasie pokoju. Dla przykładu statystycznie każdy okręt podwodny był tylko jeden tydzień w morzu. Kolejna rzecz rzucająca się w oczy to brak rutynowych zadań do wykonania za wyjątkiem uczestnictwa w SNMCMG-1. Politycy nie wykorzystują w żaden sposób narzędzia, jakie posiadają w postaci marynarki wojennej. Nic dziwnego, że idee Rzeczpospolitej Morskiej tak trudno przebijają się do świadomości zarówno polityków jak i społeczeństwa. Liczby (oprócz wspomnianego wyjątku współpracy z NATO) dotyczą szkolenia i ćwiczeń. Interesujące w tym kontekście słowa wypowiedział Szef Sztabu Wielkiej Brytanii, Sir Nicholas Houghton w czasie wykładu w Royal United Services Institute:

W typowy dla Zjednoczonego Królestwa sposób, spędzaliśmy znaczną część tego roku (i poprzedniego) na celebrowaniu rocznic. Bitwa pod Agincourt w 1415, Waterloo 1815, Gallipoli 1915 i 75 rocznice Bitwy o Wielką Brytanię. Tego rodzaju narodowe wydarzenia w połączeniu z ostatnimi doświadczeniami z Iraku i Afganistanu utrwalają w świadomości społecznej fałszywą ideę, że Siły Zbrojne służą przede wszystkim do toczenia wojen.

Do tego, aby oszacować liczbę potrzebnych okrętów w czasie pokoju potrzebna jest wiedza ile dni w roku okręt jest w stanie przebywać na morzu w normalnym reżimie pracy uwzględniającym drobne remonty naprawy i przeglądy. Współczesne okręty patrolowe są zbudowane do operowania przez 240 dni w roku, co wymaga pewnie jakiejś formy rotacji załogi. Jeżeli nie decydujemy się na takie rozwiązanie, przyjmijmy 50% czasu w morzu co jest ograniczeniem wynikającym z retencji załóg (przynajmniej to jest przypadek USN). Niezbędne jest chyba połączenie fregat i korwet wraz z nieperspektywicznymi (według planu modernizacji) małymi okrętami rakietowymi w jedną klasę. Biorąc pod uwagę powyższe wystarczy nam jedna fregata lub korweta do wypełniania zadań czasu pokoju. Mając jednak na uwadze, że zadania mogą być wykonywane równolegle przyjmijmy konieczność posiadania dwóch jednostek. Warto odnotować, że samo uczestnictwo w stałym zespole NATO generuje automatycznie potrzebę na dodatkowy okręt. W tym miejscu musimy się zatrzymać i spróbować użyć zdrowego rozsądku. Pod warunkiem słuszności przyjętych założeń, znajdujemy się w sytuacji posiadania wyremontowanej, starej fregaty o ograniczonych możliwościach oraz niedozbrojonego Ślązaka przy potrzebie posiadania dwóch jednostek. Pytanie brzmi, czy lepiej uruchamiać program budowy nowej serii (dwóch jednostek), czy też coś zrobić z tym, co posiadamy? Odpowiedź zależy również od decyzji, czy okręty mają być budowane w kraju, czy zagranicą. Pozostaje gorące pytanie korwety czy fregaty. Nasze jednostki przebywały na ćwiczeniach poza Bałtykiem 24 dni w 2015 roku, nie jest to więc skuteczny argument za posiadaniem fregat poza udziałem w Standing NATO Maritime Group. Sam udział w zespołach NATO ma z kolei jak dotychczas zbyt małą siłę przebicia.

Siły przeciwminowe to najbardziej aktywna część marynarki wojennej i zgodnie z tabelą oraz przyjętymi założeniami wymaga posiadania trzech jednostek, czyli program Kormoran zaspakaja nasze potrzeby czasu pokoju na tę klasę okrętów. Pewnym znakiem zapytania jest Czernicki wykorzystywany jako okręt dowodzenia siłami przeciwminowymi lub okręt logistyczny. Nie wymieniony w tabeli, spędził w morzu 17 dni według informacji podanych do ogólnej wiadomości. Innym tematem mającym potencjalnie wpływ na liczbę okrętów potrzebnych jest walka z podwodnymi dronami i monitorowanie asymetrycznych działań przeciwnika pod powierzchnią morza. Czy można takie zadanie powierzyć Kormoranom i i wówczas ich liczba wzrośnie, czy też powstanie potrzeba posiadania innych jednostek, być może większych i łączących w sobie również funkcje okrętu patrolowego (czytaj – jakie uzasadnienie w powyższym rozumowaniu ma Czapla?)

Na tym tle całkiem dobrze prezentują się nasze okręty desantowe. Dla tej klasy okrętów mniej istotna jest liczba dni w morzu co zdolność do przetransportowania określonej ilości ładunku w postaci ludzi, sprzętu czy zaopatrzenia. Dla celów kompanii rozpoznawczej w stylu skandynawskim wystarczyłyby łodzie CB-90, ale dla batalionu zmechanizowanego aktualnie pięć posiadanych Lublinów jest bardziej odpowiednie. Okręty mają już 25 lat służby za sobą więc nadchodzi czas by pomyśleć o ich następcach, co jest całkowicie w zasięgu możliwości naszego przemysłu stoczniowego. Źle by się stało, gdyby ta klasa okrętów zniknęła z naszej marynarki wojennej. Czy Lubliny powinny być zastąpione nowoczesnym okrętem wsparcia operacyjnego i czy Marlin powinien być okrętem klasy LPD/LHD/LHA? To bardzo zależy od rodzaju przewidywanych operacji desantowych i stanowiska armii w tej sprawie. Rajdy i małe desanty taktyczne są przeciwwskazaniem dla Marlina a ewakuacja, operacje humanitarne czy ekspedycyjne lub transport strategiczny są rekomendacją dla takiego okrętu.

Trudno coś powiedzieć na temat okrętów podwodnych, bo z definicji ich działalność jest okryta tajemnicą. Jako broń odmowy dostępu rzeczywiście ma niezbyt wiele do roboty w czasie pokoju. Z drugiej strony 30 dni w morzu dla pięciu jednostek jest słabą rekomendacją do wydania 6-8 mld PLN.

Podsumowując potrzeby minimalne floty czasu pokoju, nasza marynarka wojenna poza okrętami pomocniczymi składałaby się z:

  • dwóch korwet (lub fregat, jeśli znajdziemy właściwe argumenty),
  • trzech okrętów przeciwminowych
  • około pięciu okrętów desantowych LST lub alternatywnie pewną ilość tzw. ship-to-shore connectors jak francuski L-CAT
ship-to-shore connector łatwo można na Bałtyku zamienić na shore-to-shore. Foto www.cnim.com

ship-to-shore connector łatwo można na Bałtyku zamienić na shore-to-shore. Foto www.cnim.com

Otwartym pytaniem pozostałyby Czaple i ich liczba. Na korzyść okrętów patrolowych przemawia chęć wspierania i rozwijania krajowego przemysłu stoczniowego jako zaplecza dla marynarki wojennej. Byłby to krok w kierunku bardziej złożonych okrętów wyposażonych w być może system zarządzania walką opracowywany w CTM. Są to także w innych flotach okręty bardzo intensywnie używane w czasach pokoju. Na niekorzyść działa postrzeganie Czapli jako okrętu drugiej kategorii a więc do budowy w drugiej kolejności po okrętach „bojowych”.

Jak jednak powinna wyglądać flota czasu wojny? Dyskusja trwa głównie na forach internetowych, bo nawet oficjalny plan modernizacji skupiał się na zdolnościach nie podając nigdy teoretycznej czy koncepcyjnej podstawy. Nasze umiejscowienie w czasie i przestrzeni wskazuje na Rosję jako kraj potencjalnie nieprzyjazny i posiadający zdolność do wymuszenia na nas swoich żądań. Musimy jednak posiąść umiejętność umiejscowienia naszych obaw w rzeczywistej polityce zagranicznej Rosji. Chodzi o skupienie się się na tym czego Rosja chce a nie tym, co może. Dość dużo się mówi aktualnie o zagrożeniu ze strony Rosji, ale mało o tym jaki ma ono mieć charakter. Dzięki gen. Koziejowi, który zamieścił na Twitterze link, mamy dostęp do ciekawej analizy podejścia Rosji do współczesnych konfliktów. Poniższy rysunek zaczerpnięty z wymienionego artykułu Russia’s Approach to Conflict – Implications for NATO’s Deterrence and Defence jest autorstwa generała Gierasimowa, Szefa Sztabu Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej.

NATO on Russia.002

Przypatrując się szczegółom rysunku zwróćmy uwagę na kilka rzeczy:

  • użycie sił zbrojnych jest podporządkowane celom politycznym, jak twierdził Carl von Clausewitz. Działania militarne są więc tylko fragmentem większego planu,
  • tak zwane „kolorowe rewolucje” mogą być nie tylko zagrożeniem dla rządów autokratycznych ale również służyć im do podporządkowania sobie innych państw. Wówczas stają się swego rodzaju bronią ofensywną,
  • w cyklu rozwoju konfliktu politycznego poprzez fazę militarną do wygaszenia napięcia, stosunek środków nie-militarnych do militarnych wynosi 4:1.

Jeżeli spojrzeć na „menu” w poszczególnych fazach, to rozpoznamy działania już mające miejsce w rzeczywistości naszych wzajemnych stosunków z Rosją. Możemy również zidentyfikować potencjalne ruchy w sytuacji pogłębienia się sporów lub konfliktu; jak blokada ekonomiczna czy ataki cybernetyczne. Siła militarna jest wykorzystywana już w fazie początkowej konfliktu. „Strategic deployment” może przybrać również formę groźby, której należy przeciwdziałać demonstrując wolę oporu. Tak więc na tym etapie działania wojska wspierają wysiłki dyplomatyczne. Następny rysunek pokazuje jak zmienił się repertuar działań czysto militarnych w „kolorowych rewolucjach”.

NATO on Russia.001

Do przeszłości należą starcia dużych formacji wojsk, fizyczne zniszczenie armii przeciwnika i zajęcie jego terytorium. Teraz nacisk kładzie się na rozpoczęcie operacji militarnych już w czasie pokoju czyli zatarcie granicy pomiędzy wojną i pokojem, degradację krytycznej infrastruktury cywilnej i wojskowej z użyciem broni precyzyjnej, przyszłościowej, sił specjalnych na całej głębokości obszaru działania zarówno w przestrzeni fizycznej jak i informacyjnej. Nikt nie zamierza rzucić na nasz kraj tysięcy czołgów, bo nie ma takiej potrzeby. Niebezpieczeństwem dla nas jest raczej kraj podzielony, osłabiony i izolowany na arenie międzynarodowej. Niestety, jesteśmy aktualnie na drodze w tym właśnie kierunku.

W ramach opisanych schematów działania, Flota Bałtycka będzie w każdym wypadku narzędziem realizacji poszczególnych pozycji z „menu”. Dzięki innemu dokumentowi opublikowanemu ostatnio przez Office of Naval Intelligence mamy wgląd do prawdopodobnej struktury Floty Bałtyckiej po 2020 roku, co koresponduje z naszym cyklem planów modernizacyjnych. Raport nie mówi nic na temat wszelkich „drobnoustrojów” i tego co się z nimi stanie, ale wiadomo, że Rosja zamówiła siedem jednostek nowego typu Uragan o wyporności 800 ton uzbrojonych w osiem wyrzutni rakiet dalekiego zasięgu. Harmonogramu wycofywania ze służby dzisiejszych okrętów i wprowadzania do linii nowo wybudowanych jednostek pokazuje, że główny trzon floty będzie się składał z jednej fregaty oraz czterech korwet. Należy domniemywać, że będzie wspomagany przez siły amfibijne i przeciwminowe oraz być może 3-4 małe okręty rakietowe. Uderza przede wszystkim brak okrętów podwodnych i przydział nowo budowanych jednostek do Floty Czarnomorskiej a nie Bałtyckiej. Jeśli przewidywania potwierdzą się, to jedynymi krajami posiadającymi okręty podwodne na Bałtyku będą Niemcy i Szwecja, co stawia pod znakiem zapytania konieczność posiadania rozbudowanych sił zwalczania okrętów podwodnych dla marynarki wojennej wraz z koniecznością posiadania helikopterów pokładowych. Główną siłą uderzeniową Floty Bałtyckiej będą rakiety odpalane z okrętów, baterii nadbrzeżnych czy samolotów. Mając naprzeciw siebie takiego przeciwnika, trudno zignorować komentarz admirała Makarowa na temat bitwy u ujścia rzeki Yalu:

Uważa się, że pancerz okazał się zwycięski w tej bitwie: to nie jest prawda, gdyż nie możemy zapominać, że dobra armata daje zwycięstwo podczas gdy pancerz jest zdolny tylko opóźnić porażkę.

Mówiąc o flocie działającej w sytuacji przewagi ataku nad obroną nie unikniemy rozstrzygnięcia dylematu czy budujemy okręty Niezwyciężone, Niewidzialne czy Niepoliczalne, trawestując szwedzkie uzasadnienie dla Visby – Invincible or Invisible. Wybór pierwszej opcji to odwrócenie trendu przewagi ataku nad obroną i to w warunkach pozostawania w zasięgu baterii nadbrzeżnych. Przede wszystkim to oznacza eliminację niebezpieczeństwa saturacji obrony. Być może lasery przyniosą taką możliwość, ale nie dzisiaj. Opcja niewidzialności ma swoje ograniczenia i nie ma żadnego poparcia w naszym kraju. Visby nie wzbudził większego zainteresowania, chyba tylko jako ciekawostka techniczna. Rozproszenie promuje stronę o lepszej orientacji w sytuacji, czyli posiadającej lepsze rozpoznanie i systemy dowodzenia. Dodatkową korzyścią jest rozproszenie siły ofensywnej, co wymusza śledzenie najmniejszego nawet nosiciela rakiet. Świetnym podsumowaniem jest tekst na Information Dissemination zwłaszcza fragment o rezultacie ćwiczeń z marca 2014 odnośnie operacyjnego użycia LCS. Przy zadanym budżecie maksymalizacja liczby jednostek oznacza minimalizację kosztu jednostkowego. To z kolei implikuje uboższe wyposażenie i uzbrojenie. Ponieważ dominująca tendencją jest maksymalizacja zdolności bojowych w ramach dostępnej wyporności, jedyną metodą jest sztuczne ograniczenie wielkości okrętu. To rodzi pytanie jaka wyporność minimalna ma sens, patrz dyskusja o 1.000 tonowym limicie dla Okrętu Obrony Wybrzeża.

Pytanie o kształt floty czasu wojny pozostaje otwarte, bo najbardziej zależy on od naszego postrzegania roli Polski w Europie oraz naszej otwartości na świat. Aktualnie zaczynają dominować w polityce poglądy narodowe i ksenofobiczne co spycha Marynarkę Wojenną RP do roli floty obrony wybrzeża, ale z drugiej strony nie da się budować floty na cztery lata tylko na kilkadziesiąt więc niezbędna jest refleksja strategiczna o długim horyzoncie czasowym. W tym kontekście korweta staje się wymuszonym kompromisem, okrętem za małym dla działań w stałych zespołach NATO i być może za dużym na liczną klasę okrętów obrony wybrzeża. Konsekwencje tego sformułowania otwierają jednak nowe możliwości, o czym w następnym wpisie.

Dec 152015
 

Środowisko skupione wokół Rady Budowy Okrętów przygotowuje projekt doktryny morskiej dla Rzeczpospolitej i jej marynarki wojennej. Nieposiadanie takiego dokumentu jest nie tak bardzo skutkiem biurokratycznych zaniedbań, co wyrazem braku wizji wykorzystania Marynarki Wojennej RP zarówno w dziedzinie militarnej jak i polityki międzynarodowej. Prowokacyjnie można by stwierdzić, że jest to choroba większości dotychczasowych ekip rządzących z tym, że objawy się nasilają. Tkwimy w pewnym zawieszeniu i próżni koncepcyjnej, którą można rozciągnąć na całe siły zbrojne i politykę zagraniczną. Tak więc każdą próbę społeczną wypełnienia tej luki należy szanować i przyjąć z otwartą życzliwością. Swego czasu uczono mnie formułować myśl w jednym zdaniu zawierającym nie więcej niż dziesięć słów. W ten sposób wymusza się na autorze sprecyzowanie swoich idei i przekazania ich w sposób maksymalnie klarowny dla odbiorcy. Czy jesteśmy więc w stanie sformułować sens istnienia Marynarki Wojennej RP w taki sposób? Slogan reklamowy dałby szansę na większą akceptację społeczną i zyskanie prostych argumentów w rozmowach o flocie. Czy inne marynarki wykorzystują takie podejście? Niektóre z nich ewidentnie tak:

  • Wir. Dienen. Deutschland. (Deutsche Marine).
  • Protecting our Nation’s Interests. Guardian and Diplomat. (Royal Navy).
  • Forward. Engaged. Ready. (US Navy). 
  • Securing the Sea and the Coastline. (Merivoimat – Finlandia).

Rzut oka na strony internetowe przypadkowo wybranych jedenastu flot europejskich (lub sił zbrojnych ogólnie) oraz US Navy pozwala na wniknięcie trochę głębiej w strukturę ich zadań zarówno politycznych jak i militarnych. Wyłania się z nich kilka powtarzających się funkcji floty uzasadniających ich istnienie. Społeczna i polityczna aprobata tych funkcji pozwala na stabilne finansowanie rozwoju marynarek wojennych krajów wymienionych w tabeli.

Funkcje Flot.001

Z powyższego zestawienia wyłania się pewien obraz. Tylko dwie floty posiadające własne strony internetowe wymieniają obronę kraju jako swoje podstawowe zadanie – fińska i włoska. Są to na tyle różne kraje aby można było odrzucić jakiś wspólny rys charakterystyczny. W dwóch pozostałych krajach wspominających o obronie terytorialnej, stwierdzenie dotyczy całych sił zbrojnych a nie marynarki wojennej. Są to Norwegia i Polska. Zdecydowana większość zadań związana jest z realizacją celów polityki zagranicznej jak obrona interesów czy współpraca na rzecz bezpieczeństwa międzynarodowego. Wśród krajów omawianych tylko Finlandia nie wymienia na pierwszym miejscu żadnej funkcji bezpośrednio wskazującej na międzynarodowy charakter poza granicami kraju. Nawet na stronie naszego MON-u w rozwinięciu pierwszego zdania znajduje się odniesienie do bezpieczeństwa międzynarodowego i udziału naszych sił zbrojnych w jego utrzymaniu:

Siły Zbrojne Rzeczypospolitej Polskiej służą ochronie niepodległości państwa i niepodzielności jego terytorium. Zapewniają bezpieczeństwo i nienaruszalność jego granic. Jako podstawowy element systemu obronnego państwa uczestniczą w realizacji polityk: bezpieczeństwa i obronnej.

Siły Zbrojne RP utrzymują gotowość do realizacji trzech rodzajów misji:

  • zagwarantowania obrony państwa i przeciwstawienia się agresji w ramach zobowiązań sojuszniczych
  • udziału w procesie stabilizacji sytuacji międzynarodowej oraz w operacjach reagowania kryzysowego i humanitarnych
  • wspierania bezpieczeństwa wewnętrznego i pomoc społeczeństwu

Tylko dwa kraje – Francja i Stany Zjednoczone w sposób otwarty mówią o funkcji odstraszania. Ciekawostką jest, że Royal Navy posiadając w swym arsenale strategiczną broń jądrową nic na ten temat nie wspomina w pierwszym akapicie mówiącym o misji floty jej królewskiej mości. Inną ciekawostką jest deklaracja sił zbrojnych Królestwa Danii ( w wersji angielskiej by uniknąć błędów interpretacji) – By being able to fight and win, Danish service men and women promote peaceful and democratic development in the world and a secure society in Denmark. Nic dziwnego, że okręty podwodne i StanFlex 300 zamieniono na ekonomiczne fregaty o dużym zasięgu pływania. Innym interesującym aspektem jest wyróżnienie przez pięć flot ochrony żeglugi i handlu morskiego jako istotnej roli do spełnienia. Taki wybór wydaje się oczywisty dla Royal Navy czy US Navy. Również Holandia w swej historii zawsze była potęgą handlową uzależnioną od handlu morskiego, ale Finlandia? Przypadek zasługujący na uwagę czy też skrajny pogląd do odrzucenia?

Z pewnością nie powinniśmy bezmyślnie naśladować innych ale nie powinniśmy jednocześnie odrzucać całkowicie doświadczenia tylu krajów i dorobku intelektualnego ich marynarek wojennych. Fakt tak silnej orientacji flot europejskich na realizację celów polityki zagranicznej państw wynika z doświadczenia historycznego przydatności flot w czasie pokoju i zapobieganiu konfliktom. Jest jednak nade wszystko wyrazem woli rządów tych państw do świadomego użycia marynarki wojennej jako instrumentu polityki zagranicznej. Okręty wojenne oferują politykom możliwość demonstracji siły i stosowania przymusu bez naruszania integralności terytorialnej. Zgodnie z zasadą symetrii dla Polski oznacza to nie tylko możliwość spełnienia takiej roli floty dla naszego kraju ale również uniemożliwienie potencjalnym przeciwnikom wykorzystania ich floty przeciwko nam. Największym zagrożeniem nie jest otwarta wojna totalna z Rosją, ale tlący się ograniczony konflikt z użyciem sił zbrojnych połączony z taktyką salami. To grozi erozją spójności sojuszy i osamotnieniem Polski a w rezultacie powolnym słabnięciem sił moralnych i materialnych kraju. W takim scenariuszu rola floty to zapobieganie konfliktom lub ich wygaszanie oraz zapobieganie erozji więzi sojuszniczych. Życie coraz częściej przynosi nam wiadomości ze świata mogące posłużyć jako przykład tego, co w końcu może się wydarzyć na Bałtyku. Próby rosyjskiej marynarki zablokowania budowy mostu energetycznego Litwy ze Szwecją czy ostatnie incydenty ze statkami pod banderą Turcji są wskazówką. Nietrudno również podać kilka scenariuszy jakie Rosja może rozważać w obronie NordStreamu.

Czy fregata w cenie korwety  jest w stanie zmienić jej postrzeganie? Foto www.shipspotting.com

Czy fregata w cenie korwety jest w stanie zmienić jej postrzeganie? Foto www.shipspotting.com

Dla realizacji wymienionych funkcji najlepiej nadają się okręty nawodne i przy akceptacji pewnych kompromisów nie muszą być wcale bardzo drogie, co pokazuje przykład duńskich fregat. Aspekt finansowy nie jest być może najważniejszy, ale liczebność naszej floty już tak, biorąc pod uwagę z góry założoną jej skromną wielkość. Tak więc przy zadanym budżecie albo maksymalizujemy jakość okrętów ograniczając ich liczbę drastycznie, albo określamy niezbędne minimum zdolności i dążymy do maksymalizacji liczebności floty. Sojusznicze operacje w czasie konfliktu lub samodzielne w czasie pokoju promują wariant pierwszy. Samodzielne operacje w czasie konfliktu lub lokalne wsparcie sojuszników na Bałtyku skłaniają do wyboru wariantu drugiego. Jest wiele innych czynników wpływających na taki czy inny wybór, ale podstawową sprawą jest wola społeczeństwa i rządu otwarcia się na świat lub zamknięcia w zaklętym kręgu historii stosunków polsko-rosyjskich. I nie oznacza to, że Rosja nie stanowi dla nas zagrożenia. Trzeba mieć jednak świadomość bycia zwykłym pionem na światowej szachownicy, na której Rosja rozgrywa swe globalne posunięcia. Patrzmy nie tylko na możliwości Rosji, ale również na intencje. Charakterystyczny jest fakt dyskutowania zawzięcie parametrów technicznych okrętów wciąż pozostających na papierze przy jednoczesnym braku jakiejkolwiek dyskusji o doktrynie morskiej Rosji. Jakie są strategiczne obszary zainteresowania Rosji i jakie kluczowe interesy? W końcu rola marynarki wojennej Federacji Rosyjskiej jest nakreślona wyraźnie:

Военно-Морской Флот jest rodzajem Rosyjskich Sił Zbrojnych odpowiedzialnym za zbrojną ochronę interesów Rosji i prowadzenie działań na morskim teatrze wojny.

Powróćmy po tych dłuższych dywagacjach do pytania o hasło dla Marynarki Wojennej RP. Z wyżej podanych przykładów niemiecki wydaje się dla nas zbyt ogólny, brytyjski zbyt dyplomatyczny, amerykański zbyt globalny natomiast fiński jest dobrym tropem. Uwzględnia nasze lęki ale pozostawia otwartą furtkę na świat wskazując jednocześnie na typowo morskie zadania do wykonania. Ulegając nieco aktualnej modzie propozycja dla Polski byłaby patriotyczna, patetyczna i nieco poetycka:

Broni na morzach mienia i obywateli Rzeczpospolitej, sławi jej imię i zapewnia dostęp do morza

Ze względu na wspomniany charakter patetyczny i poetycki, zdanie należałoby przetłumaczyć na bardziej praktyczny język. Oznacza możliwość ale i obowiązek:

  • oczywistej samoobrony okrętów wojennych Marynarki Wojennej RP
  • ochrony statków pod polską banderą oraz ładunków będących własnością polską przewożonych pod innymi banderami
  • ochronę życia obywateli polskich, gdziekolwiek się znajdują
  • ochronę instalacji i infrastruktury na morzu lub jego dnie będących mieniem polskim
  • obrona prawa do eksploracji mórz zgodnie z porządkiem prawnym
  • reprezentowanie obecności Rzeczpospolitej i jej interesów na morzu
  • szeroko pojęta aktywność dyplomatyczna od demonstrowania bandery, poprzez budowę sojuszy aż do stosowania przymusu
  • obrona baz morskich i portów wraz z podejściami do nich
  • wspieranie wojsk lądowych i lotnictwa w operacjach w pasie nadbrzeżnym

Od naszych ambicji i przeznaczonych środków materialnych zależeć będzie zasięg geograficzny realizacji powyższych zadań jak i poziom zagrożeń, przed którymi będziemy w stanie się bronić. Dla przykładu, okręt patrolowy może chronić mienie na Bałtyku i poza nim przed zagrożeniami asymetrycznymi, korweta przed atakiem z ograniczonym użyciem nowoczesnej broni na wodach przybrzeżnych a fregata przed atakiem zbrojnym w trzech wymiarach na dowolnym akwenie morskim. Z powyższego zestawu raczej typowych zadań ale przystosowanych do lokalnych warunków można wysnuć kilka postulatów pod adresem klas okrętów i wypełnianych przez nie funkcji.

  • Okręty patrolowe zbierają informacje o sytuacji na powierzchni wody, pod wodą i w spektrum elektromagnetycznym. Mają ograniczone możliwości zwalczania zagrożeń w wymienionych obszarach plus podstawowe zdolności do samoobrony. Mocny punkt tej klasy to użyteczność i ekonomiczność. Słaby punkt to brak wsparcia w radzeniu sobie z naszymi lękami przed najazdem sąsiadów.
  • Okręty przeciwminowe służą do zwalczania zagrożeń spod wody (za wyjątkiem okrętów podwodnych) co oznacza rozszerzenie ich funkcji o zwalczanie zagrożeń asymetrycznych i podwodnych dronów. Ich zdolności do samoobrony powinny być uzupełnione co najmniej o środki pasywne. Klasa okrętów znajdująca akceptacje wśród polityków i pożyteczna, jednocześnie zbyt droga by być bezbronną.
  • Korwety służą do ochrony przed ograniczonym atakiem z powietrza i wody na wodach przybrzeżnych oraz posiadają broń ofensywną do zwalczania celów na powierzchni morza lub lądu. Dlaczego nie ASW – patrz przedostatni akapit. Klasa reprezentuje wstępny poziom dobrej kombinacji zdolności ofensywnych i dzielności morskiej, może jednak okazać się zbyt droga w porównaniu z oferowanymi korzyściami.
  • Fregaty są podstawowym okrętem eskortowym na dowolnym akwenie morskim, wyspecjalizowanym bądź do zwalczania okrętów podwodnych bądź do strefowej obrony przeciwlotniczej. Mogą działać zarówno na Bałtyku jak i poza nim, samodzielnie lub w ramach zespołów sojuszniczych. Pomimo bycia zasadniczo okrętem eskortowym, fregata w naszych warunkach staje się w sposób naturalny trzonem „battleforce” co może wzbudzić kontrowersje na temat przeznaczenia okrętu i stosunku ryzyka do poniesionych kosztów.
  • Systemy nadbrzeżne jak Morska Jednostka Rakietowa, lotnictwo morskie, obrona przeciwlotnicza czy drony. Zapewniają obronę baz morskich i podejść do nich pozostając pod parasolem ochronnym całego systemu obrony kraju. Realizują koncepcję „floty fortecznej” lub też odmowy dostępu. Mają dużą szansę ze względu na wspomniane lęki chociaż realizują tylko jedno z wymienionych zadań. Dobra okazja dla rodzimego przemysłu by się wykazać, zwłaszcza w systemach bezzałogowych. Ich zaletą jest możliwość korzystania z małych portów wzdłuż wybrzeża. Tu dygresja – czyżbyśmy odkryli źródło narzuconego limitu 1.000 ton na Okręt Obrony Wybrzeża? Tylko taki może bazować w być może dwóch portach oprócz Gdyni i Świnoujścia.
  • Okręty desantowe lub transportowe pozwalają na wsparcie operacji w pasie nadbrzeżnym. Biorąc pod uwagę doświadczenia historyczne wojen na Bałtyku i Morzu Czarnym, ta klasa jest użyteczna w rajdach i desantach taktycznych na bliskie odległości i nie musi być kojarzona z projekcją siły w operacjach ekspedycyjnych. Funkcja niedoceniana i odziedziczona po doktrynie Układu Warszawskiego może stać się zalążkiem współpracy z armią w połączonych operacjach obronnych. Dobry sposób na demonstrowanie siły i woli, co wykorzystują Rosjanie. Całkowicie w zakresie naszych zdolności przemysłowych.
  • Okręty podwodne to obok fregat najbardziej gorący temat dyskusji. Powszechnie uważane za potężne narzędzie doktryny odmowy dostępu i zwalczania żeglugi, mogą być również użyteczne do blokady lub skrytego rozpoznania. Przyjmijmy za minimalną bezpieczną głębokość operacyjną 40m dla klasycznych okrętów podwodnych i spójrzmy na poniższą mapę Bałtyku. Wówczas odkryjemy, że odmowa dostępu czy obrona przed desantem nie wchodzi w grę, bo jest za płytko. Zwalczanie żeglugi jest możliwe w strefach wyłączności ekonomicznej innych państw, zwłaszcza tradycyjnie neutralnej Szwecji. Poza dyskusją w czasie pokoju a w czasie wojny bez znaczenia strategicznego zarówno dla nas jak i Rosji. Pozostaje blokada, która jest możliwa tylko w czasie wojny i tylko pod warunkiem utrzymania operacyjnie bazy w Gdyni. Konwencjonalne odstraszanie strategiczne jest argumentem dla polityków szukających głosów wyborczych, ale nie ma uzasadnienia militarnego. Przy swoim koszcie jest to najbardziej kontrowersyjny program modernizacyjny marynarki wojennej.
obszary o głębokości poniżej 40m są niebezpieczne dla OP

obszary o głębokości poniżej 40m są niebezpieczne dla OP

Historia Planu Modernizacji Marynarki Wojennej i całych Sił Zbrojnych jest dowodem na brak zgody co do koncepcji i doktryny a nie braku pieniędzy. Niewydolność biurokracji i słaba konkurencyjność rodzimego zaplecza przemysłowego tylko kryzys pogłębia. Nowy rząd bije na alarm, że czas biegnie i jest go coraz mniej wobec nadchodzącego niebezpieczeństwa, ale na razie zamiast decyzji mamy audyt.

Nov 242015
 

Świeżo opublikowany przegląd strategiczny Wielkiej Brytanii jest sam w sobie interesującą lekturą, ale proponuje spojrzeć na niego trochę pod innym kątem. Jest to bowiem dokument napisany w sposób dość zwięzły i wiążący ze sobą cele i środki do ich realizacji oraz podany w sposób przystępny dla przeciętnego czytelnika i obywatela Zjednoczonego Królestwa. Jest również na tyle uniwersalny, że odnaleźć w nim można sporo odniesień do naszego regionu i sytuacji Polski. We wstępie premier Wielkiej Brytanii definiuje sedno i początkowy impuls dla przeglądu strategicznego:

U samego źródła leży zrozumienie, że nie możemy wybierać pomiędzy klasyczną obroną przed zagrożeniami ze strony państw i potrzebą zwalczania zagrożeń ponad narodowych nie uznających granic. Dzisiaj stoimy w obliczu obu możliwości i musimy być gotowi na obie.

Wojna na Ukrainie pokazała, że mamy mamy trzecią opcje – zagrożenie ze strony państwa maskującego swoją obecność, a więc fuzję dwóch zagrożeń wymienionych przez Davida Camerona. Całość dokumentu w dalszym ciągu to rozwinięcie szczegółowe trzech podstawowych zadań bezpieczeństwa państwa, z których poniżej wymienione są dwa:

  • Zadaniem Nr 1 Bezpieczeństwa Narodowego jest ochrona naszych obywateli – w kraju, w naszych terytoriach Zamorskich i za granicą oraz ochrona naszego terytorium, bezpieczeństwa ekonomicznego, infrastruktury i sposobu życia.
  • Zadaniem Nr 2 Bezpieczeństwa Narodowego jest globalna projekcja naszych wpływów – ograniczenie prawdopodobieństwa powstania zagrożeń oddziałujących na Zjednoczone Królestwo, nasze interesy oraz interesy naszych sojuszników i partnerów.

Nie mamy terytoriów zamorskich, ale mamy chyba obowiązek chronić naszych obywateli i mienie za granicą. Podobnie nie mamy ambicji bycia graczem światowym, ale rozwinięcie głównego hasła już ma zastosowania do naszych problemów ze wschodnim sąsiadem. Jest to podejście wykraczające poza ramy jednostronnej wizji zagrożenia inwazją ze wschodu i takie, które w sposób płynny łączy obronę kraju z polityką zagraniczną i obroną interesów. To jest coś, czego nam brak.

Cztery wyzwania wymienione w dokumencie są uniwersalne.

  • Rosnące zagrożenie ze strony terroryzmu, ekstremizmu i niestabilności.
  • Powrót zagrożeń ze strony państw i wzmagająca się szersza rywalizacja pomiędzy państwami.
  • Wpływ technologii a zwłaszcza zagrożeń cybernetycznych oraz innych technologii szeroko pojętych.
  • Erozja porządku międzynarodowego opartego na zasadach, co czyni trudniejszym osiąganie porozumienia i stawianie czoła globalnym zagrożeniom.

Możemy się jedynie spierać, co do kolejności i umieścić terroryzm i ekstremizm niżej na liście priorytetów, o ile nam na to pozwoli rozwój wydarzeń. Mądry Polak po szkodzie, mówi przysłowie. Okręty patrolowe tak niedoceniane i brak zainteresowania granicą południową Europy dzisiaj skutkuje falą imigrantów nie do opanowania i wołaniem o uszczelnienie granic Unii. No cóż, nasz wspólny dom zwany Europą ma i wschodnią i południową a nawet północną granicę i właśnie nas to dopada. Mamy dużo szczęścia do tej pory, że nie jesteśmy celem zamachów, ale problemy związane z falą uchodźców i konsekwencjami tego faktu pukają dosłownie do naszych drzwi. Spokój i porządek wewnątrz Europy chwieje się, a zestrzelenie przez Turcję rosyjskiego samolotu pokazuje jak łatwo tak lubiany przez nas paragraf 5-ty może nas wciągnąć w wir wydarzeń daleki od naszych wyobrażeń, choć paradoksalnie związany z Rosją.

Dokument podkreśla wagę współpracy w ramach sojuszy i porozumień dwustronnych. Przykładem jest zdanie o naszym regionie demonstrujące wagę zabiegów dyplomatycznych w budowaniu wspólnego frontu:

W uzupełnieniu do naszej pracy w ramach NATO, Joint Expeditionary Force jest wynikiem współpracy Norwegii, Danii, Estonii, Litwy i Łotwy pod przewodnictwem Wielkiej Brytanii. Razem doskonalimy naszą zdolność szybkiego reagowania na kryzys zarówno samodzielnie jak i w ramach szerszej koalicji. Pracujemy również z naszymi partnerami Grupy Północnej, a zwłaszcza z Polską, Szwecją i Finlandią promując bardziej efektywną współpracę w zakresie obrony w północnej Europie.

Jakkolwiek Polska jest również wymieniona wśród partnerów europejskich, nie zakładajmy zbyt wiele i miejmy świadomość szerszych horyzontów polityki brytyjskiej:

Rosja jest jednym z pięciu stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ i pomimo dzielących nas różnic, będziemy szukać dróg współpracy i zaangażowania Rosji w wielu aspektach światowego bezpieczeństwa, takich jak zagrożenie ze strony ISIL.

Rozwinięcie Zadania Nr 1 czyli zapewnienia bezpieczeństwa obywateli, dla Wielkiej Brytanii oznacza realizację kilku wyraźnie określonych postulatów:

  • Odstraszanie
  • Obrona niezawisłości Państwa
  • Obrona terytoriów Zamorskich
  • Zwalczanie wrogiej działalności wywiadowczej
  • Ochrona granic
  • Asysta konsularna i ochrona obywateli Zjednoczonego królestwa za granicą.

Odstraszanie jest pojęte szeroko a nie sprowadzone do możliwości odpalenia kilku rakiet z okrętów podwodnych. Dokument mówi o użyciu sił zbrojnych z użyciem broni jądrowej w ostateczności, ale także dyplomacji, wpływów ekonomicznych, wymuszaniu porządku prawnego, ofensywnych atakach cybernetycznych czy też działaniu sił specjalnych i wywiadowczych, czyli również wykorzystaniu tak zwanej soft power. Ponownie lista może być zaaplikowana do naszych warunków z wyłączeniem obrony terytoriów zamorskich i ponownie demonstruje szerokie spektrum działań i niezbędnych środków, niekoniecznie militarnych. To, co dla naszych dyskusji jest istotne, to spojrzenie co najmniej regionalne i ponad granicami. Ciekawe ile jesteśmy gotowi wydać na ochronę obywateli RP poza granicami kraju? I czego nam do tego potrzeba?

Dalej dokument określa zarówno politykę obronną jak i strukturę sił zbrojnych do jej realizacji. Doktryna obronna zakłada osiem funkcji do wypełnienia przez siły zbrojne, podzielone na dwie grupy po cztery. Pierwsza mówi o działaniach rutynowych, w domyśle – pokojowych:

  • Bronić i wzmacniać bezpieczeństwo kraju oraz jego odporność
  • Prowadzić odstraszanie nuklearne
  • Wnosić wkład w lepsze zrozumienie świata poprzez wywiad strategiczny i globalną sieć obrony z sojusznikami i partnerami.
  • Wzmacniać międzynarodowe bezpieczeństwo i wspólne możliwości naszych sojuszników, partnerów i międzynarodowych instytucji.

Następna grupa czterech celów odnosi się do działań kryzysowych:

  • Przeprowadzać akcje humanitarne i ratownicze
  • Przeprowadzać operacje projekcji siły
  • Prowadzić operacje przywracania pokoju i stabilizacyjne
  • Prowadzić operacje wojenne, jeśli to konieczne, włączając te prowadzone na podstawie paragrafu 5-go układu NATO.

Ponownie z naszego punktu widzenia, być może jest w nas chęć zmiany kolejności priorytetów, ale są one ułożone zgodnie z malejącym prawdopodobieństwem wystąpienia. Za wyjątkiem odstraszania nuklearnego i projekcji siły całe menu jest zgodne z naszymi własnymi celami i zadaniami. Jak wspomniano, możliwa jest dyskusja nad kolejnością czy wagą poszczególnych punktów, co powinno zaowocować nieco inna strukturą sił zbrojnych czy też marynarki wojennej. Kilka uwag odnośnie przewidywanych sił Royal Navy. Przegląd potwierdza wolę utrzymania komponentu odstraszania nuklearnego oraz projekcji siły w postaci czterech SSBN oraz obu lotniskowców z zastrzeżeniem, że tylko jeden będzie w gotowości w danym czasie. Przecina się dyskusje na temat samolotów patrolowych – będzie zakup ośmiu sztuk, co jest niewątpliwie wynikiem incydentów z rosyjskimi okrętami podwodnymi u wybrzeży Wielkiej Brytanii a zwłaszcza w pobliżu bazy dla SSBN. Globalne zobowiązania Royal Navy wymagają również wzmocnienia sił logistycznych, co zostało uwidocznione w Przeglądzie. Dla nas dwie ciekawostki – jedna to sześć okrętów patrolowych, które nigdy nie cieszyły się wsparciem marynarzy. Częściowo jest to wymuszone koniecznością wsparcia przemysłu stoczniowego niemniej ciekawe będzie zobaczyć, jak będą wykorzystane. Równie ciekawe to fakt, że żaden nie ma hangaru dla śmigłowca. Druga ciekawostka dotyczy fregat – ich totalna liczba pozostaje bez zmian, ale struktura już nie. Wygląda na to, że z 19 jednostek sześć to będą niszczyciele T45, osiem to nowe fregaty T26 ale pozostałe mogą być mieszaniną wciąż pozostających w służbie lecz wycofywanych T23 plus być może nowych „lekkich fregat”. Na marginesie, wszelkie wysiłki zbudowania tanich fregat kończą się najwyraźniej nowymi projektami ponownie tanich okrętów. Wielka Brytania idzie śladami Francji, która w swym ostatnim przeglądzie strategicznym również mówi o nowych, tanich fregatach TFI w zakresie 5.000 ton uzupełniających FREMM-y.

Tylko 8 sztuk. Za drogi. Foto www.royalnavy.mod.uk

Tylko 8 sztuk. Za drogi. Foto www.royalnavy.mod.uk

Wśród innych ciekawostek jest fragment o cyberbezpieczeństwie. Właściwie o tym wiemy, ale nie wiem czy coś w tym względzie robimy. Będąc po „cywilnej” stronie gospodarki, nie zauważyłem żadnych działań.

Duża część naszej infrastruktury znajduje się w rękach prywatnych. Rząd będzie współpracował z właścicielami infrastruktury i ich operatorami w celu ograniczenia ryzyka złośliwych ataków i naturalnych nieszczęść. Zapewnimy, aby rząd posiadał właściwe narzędzia do zapewnienia odporności naszej infrastruktury na przyszłe zagrożenia.

Wzmocnimy odporność Wielkiej Brytanii na przerwy w zasilaniu.

Interesujący dla nas będzie fragment o narodowym przemyśle obronnym. Rząd Jej królewskiej Mości nie gwarantuje zakupów w krajowych firmach lecz dążąc do najlepszego stosunku wartości do ceny ma „podejmować akcje pomagające przemysłowi obronnemu we wzroście i konkurencyjności”. Kilka szczegółów pozwalających lepiej zrozumieć ideę i odróżnić ją od naszych pomysłów. Sektor obronny w Wielkiej Brytanii przynosi rocznie 30 miliardów funtów przychodu z czego 11.9 miliarda z eksportu. Czyli 30%, tak więc ma dość mocne podstawy do utrzymania niezależności. W sytuacji, gdy brakuje zamówień, rząd wspiera stocznie. W oczekiwaniu na budowę fregat T26, zamówiono trzy OPV podobne do okrętów Trynidad i zamówienie będzie rozszerzone o dwie następne jednostki. Tyle, że koszt jednego okrętu wyniesie 116 mln funtów wobec 44 mln za Trynidad. Czy jesteśmy gotowi dla podtrzymania własnego przemysłu stoczniowego przepłacać 2.5 raza?

Wystarczająco dobry dla RN nawet bez hangaru, ale drogi. Foto www.savetheroyalnavy.org

Wystarczająco dobry dla RN nawet bez hangaru, ale drogi. Foto www.savetheroyalnavy.org

Całkiem przeciwnie do nas, konkurencyjność przemysłu wspiera się poprzez „ustanowione forum dedykowane do potrzeb małych i średnich dostawców tak, aby w pełni rozumieć ich problemy i priorytety oraz maksymalizować ich wkład do naszego bezpieczeństwa narodowego”. Już zbudowali molocha jak BAE, a teraz szukają sposobu co zrobić by następna fregata po T26 nie kosztowała 900 mln funtów. Dlatego ograniczają serię T26 do ośmiu jednostek i zapowiadają nowy program „lekkiej, wszechstronnej, możliwej do eksportu fregaty ogólnego przeznaczenia”. Najwyraźniej ma ona być nową konstrukcją a nie odchudzonym T26, co znowu wzmacnia tendencje do innowacyjności.

Na koniec, choć biurokracji nam nie brakuje, to być może ma sens powołanie na wzór Brytyjczyków organu do przeglądu i nadzoru wprowadzenia w życie opracowanej strategii. Tak, czy inaczej nasze Ministerstwo Obrony Narodowej, jeśli bierze na serio swoje słowa o zmianie w środowisku bezpieczeństwa powinien jako pierwszą rzecz potwierdzić aktualną Białą Księgę Bezpieczeństwa Narodowego lub ją zmodyfikować. Jeżeli zaś strategia poprzedniej ekipy zostanie odrzucona w całości, to będzie oznaczało, że nie tylko plany modernizacyjne ale i strategię bezpieczeństwa państwa będziemy musieli dostosować do cyklu wyborczego. Jest w tym zaleta – Rosjanie za nami na nadążą:)

Jul 192015
 

Wiadomość o wodowaniu ORP Ślązak cieszy. Mniej entuzjazmu a więcej niepokoju budzi natomiast informacja o wyborze PGZ do negocjacji kontraktu na budowę sześciu okrętów nawodnych w połączeniu z wizjami adaptacji projektu MEKO A-100 autorstwa biura BTT, prezentowanymi na portalu Defence24. Być może planowane i ogłoszone niedawno kolejne przesunięcia terminu kontraktu o rok ma dać koncernowi czas na opracowanie propozycji, czy wręcz projektu. Źródłem niepokoju nie jest sam fakt kolejnego opóźnienia lecz niebezpieczeństwo kompletnej utraty kontroli nad projektem i jego kosztami. Problem tkwi w tym, że ani MON ani Marynarka Wojenna nie posiada w swych strukturach zespołu projektowego, zdolnego do niezależnej oceny co jest możliwe a co nie z technicznego punktu widzenia. Innymi słowy brakującym ogniwem jest Naval Architect, ktoś, kto łączy w sobie umiejętności zarządzania skomplikowanym projektem z praktyczną wiedzą techniczną na temat projektowania i konstrukcji okrętów. Wszystko pozostaje więc w rękach przemysłu posiadającego również, bez urazy, dość skromną wiedzę na ten temat. Nie mając żadnego w tym względzie doświadczenia, tym bardziej cenię sobie książki doświadczonego konstruktora okrętów, D.K Browna. Dzieli się w nich z nami swego rodzaju filozofią zawodu i zbiorowym doświadczeniem Royal Navy. W poniższym tekście czerpię pełną garścią cytaty z dwóch pozycji:

Future British Surface Fleet: Options for medium-sized navies oraz,
Rebuilding the Royal Navy. Warship design since 1945.

Posiadanie doświadczonego zespołu projektantów okrętów w kraju ma swoje niezaprzeczalne zalety, ale nie jest łatwe do osiągnięcia. Poniższy cytat dotyczy Wielkiej Brytanii i początku lat 90-tych, ale późniejsze wydarzenia związane z projektowaniem zarówno Type 45 jak i przyszłej fregaty Type 26 chyba potwierdzają werdykt autora wymienionych książek:

Przed drugą wojną światową niszczyciel wypływał na morze jakieś 18 miesięcy po rozpoczęciu projektu i w czasie trzyletniej kadencji Konstruktor miał szanse pracować nad trzema typami okrętów. Taka szybkość cyklu projektowania pozwalała projektantom na naukę zawodu, wypróbowanie nowych idei i zobaczenia wyników swojej pracy w krótkim okresie czasu. Dzisiaj potrzeba ośmiu do dziesięciu lat na pełen cykl od koncepcji do prób morskich. Wynikający z tego faktu brak doświadczenia staje się krytyczny (…).


W rzeczy samej wątpliwa jest ciągła zdolność Wielkiej Brytanii to zmontowania jednego, kompetentnego zespołu projektowego potrzebnego do zaprojektowania fregaty.

Co się stanie, jeśli dodamy do tego, że następna okazja do zaprojektowania jakiegokolwiek okrętu wojennego w Polsce będzie za co najmniej 10 lat, jeśli w ogóle? Nasze dyskusje publiczne w kraju i chyba na poziomie polityków również, kończą się próbie weryfikacji jakie uzbrojenie i elektronika zmieści się w kadłubie korwety za określone pieniądze. Nie pomagają upublicznione specyfikacje na tyle ogólne, że zdolne do zdestabilizowania projektu w tym sensie, że będziemy musieli zdecydować, czy rezygnujemy z części specyfikacji czy pułapu cenowego. Takie decyzją mogą zapaść tylko w Ministerstwie Obrony Narodowej, ale na jakiej podstawie. Kto powie co jest realne a co nie, bo przemysł szukający klienta za duże pieniądze zawsze będzie miał tendencje do mówienia tego, co chce usłyszeć klient. Wbrew temu, co próbuje się robić z projektem Kormoran, okręt wojenny NIE MA prototypu. Dialog techniczny jest w tej sytuacji niewątpliwie niezbędny, ale obarczony wspomnianym podejściem marketingowym. W końcu oferenci proponują gotowy produkt lub projekt z wbudowaną elastycznością konfiguracji (patrz MEKO) czy konstrukcji (jak DAMEN), opierając się na uogólnionych wymaganiach potencjalnych klientów uzyskanych w wyniku badań rynkowych.

Projekt powinien się zacząć od jasnej definicji funkcji spełniaj przez okręt”. Ten warunek nie wydaje się być spełniony, bo trudno uniknąć wrażenia, że wciąż mamy do czynienia z próbą zbudowania korwet z ogólnymi zdolnościami fregat OHP. O niebezpieczeństwach takiego podejścia niech świadczą niżej podane przykłady zaczerpnięte ze wspomnianych wyżej książek. Zacznijmy od korwety, co będzie łatwiejsze, gdyż D.K Brown był wiodącym konstruktorem dla OPV Castle, na bazie którego próbowano zaprojektować tanią korwetę.

Jej podstawową rolą byłoby służenie jako platforma dla sonaru holowanego wraz z lądowiskiem dla dużego helikoptera. Dla wypełnienia tej funkcji korweta musi być cicha, co implikuje napęd mieszany diesel-electric. Prędkość około 25 węzłów wydaję się być pożądana do towarzyszenia kontenerowcom (…)


Takie korwety mogą w czasie pokoju spełniać rolę policyjną, dla wykonania której potrzebują działa zdolnego do odparcia ataku terrorystycznego i wystarczająco precyzyjnego do oddania strzału ostrzegawczego. Nowoczesne armaty 30mm posiadają pewne zdolności zwalczania helikopterów, ale większy kaliber jak 105mm może być preferowany.

W czasie wojny okręt służyłby jako nosiciel sonaru holowanego operującego w odległości do 100 mil od niszczyciela lub lotniskowca, a jego śmigłowiec byłby serwisowany przez towarzyszący większy okręt, aby uniknąć konsekwencji bazowania helikoptera na otwartym pokładzie. Dla wielu zadań pokojowych, śmigłowiec nie musiałby być zaokrętowany.

OPV Castle jako podstawa projektu prostej korwety ASW. Fot. www.shipspotting.com

OPV Castle jako podstawa projektu prostej korwety ASW. Fot. www.shipspotting.com

Mamy więc funkcje okrętu sformułowane prostym językiem na najwyższym poziomie ogólności. Jeśli zamienić w powyższych zdaniach lotniskowiec na lotnictwo lądowe a niszczyciel na zespół NATO, to mamy gotową receptę na Ślązaka. W drugim etapie definiowania okrętu musimy określić jakie konkretnie systemy ma ten okręt przenosić (nie wystarczy stwierdzić system plot średniego zasięgu) i tu zaczynają się trudne decyzje i kompromisy. Popatrzmy, co się stało z „naszą” korwetą dalej przy dodawaniu kolejnych, wydawałoby się rozsądnych jeśli nie minimalnych wymagań:

Na dolnym końcu studium alternatyw był projekt 353 mający około 1960 ton, napędzany dwoma dieslami o mocy 20.000 shp i prędkości 26.4 węzła. Uzbrojenie stanowiła pojedyncza armata 40mm, podwójny miotacz Mark X, w sumie okręt kosztował 4 mln funtów. System łączności mógł transmitować dane do innego okrętu wyposażonego w wyrzutnie Ikara. Za 6.5 mln funtów (Leander 5.25 mln) można było otrzymać okręt o wyporności 2.700 ton, napędem parowym o mocy 30.000 shp oferującym 27 węzłów i przenoszący system Ikara (z 24 pociskami) wraz z armatą 4.5 calową.
W trakcie prac nad projektem OPV Castle, wykonaliśmy model na wystawę RN Equipment Exhibition, demonstrujący potencjalnie silniej uzbrojone warianty.

To było interesujące ćwiczenie z pewnymi fundamentalnymi konsekwencjami. Okręt miał być cichy, co oznaczało że większość wyposażenia musiała być wykonana według standardów dla okrętów wojennych, a zasilanie elektryczne powinno mieć stabilne napięcie i częstotliwość. Wszystko to wskazywało na budowę okrętu w stoczni „okrętów wojennych” z jej wysokimi kosztami stałymi i prowadziło do szacowanej ceny 25 mln funtów bez uzbrojenia, zamiast 6 mln dla OPV. Okręt w pełni wyposażony kosztowałby około 35 mln. (…) Uzbrojenie korwety w rozsądny system samoobrony podniósłby cenę na poziom bliski kosztowi fregaty Type 23, czyli znacznie powyżej 100 mln funtów.

Innym przykładem, wydawałoby się prostej ewolucji było poszukiwanie następcy dla typu Leander. Zadanie o tyle trudne, że te fregaty były ogromnym sukcesem trudnym do pobicia. Ponieważ w brytyjskiej marynarce fregaty to przede wszystkim okręty ASW, powinny nosić najnowsze systemy sonarowe, aktualnie dostępne. Wówczas takim był sonar podkadłubowy Type 2016. W ten sposób powstał Type 22, traktowany jako ulepszony Leander i z pewnymi podobieństwami, ale znacznie większy (raczej projektowe 3.500 ton zamiast 2.450) i droższy. Wkrótce i on był krytykowany:

Już w chwili przyjęcia do służby okręty były krytykowane jako zbyt duże. Rzeczywiście, oferowały dużo przestrzeni w wyniku próby ułatwienia konserwacji i utrzymania w ruchu i żywiono nadzieję, że będzie miejsce na przyszłe wyposażenie. Jednakże, jak wkrótce się okazało, okręty były zbyt małe do pomieszczenia sonaru holowanego Type 2031Z wraz z towarzyszącym wyposażeniem elektronicznym.

Od tego się zaczęło. Trudno  pobić własny sukces. Fot. www.leander-project.homecall.co.uk

Od tego się zaczęło. Trudno pobić własny sukces. Fot. www.leander-project.homecall.co.uk

A "TO" spowodowało wzrost wielkości następcy o 40%. Fot. www.wstg.co.uk

A “TO” spowodowało wzrost wielkości następcy o 40%. Fot. www.wstg.co.uk

Historia fregat Duke (Type 23) jest równie pasjonująca i pokazująca jak proste na pierwszy rzut oka wymagania mają konsekwencje znacznie niedowartościowane. Najprostsza i wstępna definicja wyglądała następująco:

Wstępne wymagania zostały opublikowane w początku 1981 roku dla lekkiej fregaty ASW, Type 23. Oczekiwano okrętu bardzo cichego, o kształtach minimalizujących echo radarowe, dobrym zasięgu przy umiarkowanych prędkościach wraz z pokładem i hangarem dla bardzo dużego śmigłowca EH 101. Wszytko to za nie więcej niż 70 mln funtów w cenach z 1980 roku.

Historia projektu to seria interakcji, kolejnych wersji i kompromisów w wyniku których otrzymano okręt znacznie bardziej złożony i droższy:

Pierwsze studium pokazywało okręt o długości 107m o koszcie przekraczającym narzucony pułap i z poważnymi ograniczeniami natury operacyjnej. Nie było hangaru i helikopter, nie chroniony niczym, wkrótce straciłby zdolności operacyjne; okręt nie miał też systemów samoobrony. Powzięto desperackie kroki w celu redukcji kosztów, włączając eliminację jednego silnika głównego! Pewne oszczędności uzyskano na kosztach struktury kadłuba. Projekt został skorygowany do 115m i zawierał pojedynczą wyrzutnię Sea Wolf z prostym hangarem, chociaż koszt wciąż przewyższał 70 mln funtów. W takiej formie projekt został przedstawiony do akceptacji w początku 1982 roku i zatwierdzony z drugim silnikiem głównym oraz drugim radarem śledzącym dla Sea Wolf. Zdolność do bazowania na okręcie śmigłowców zarówno Sea King jak i EH 101 dodała 3m do długości okrętu co pozwoliło na zmniejszenie zagęszczenia wyposażenia i pomieszczeń dla załogi.
Lekcje z wojny o Falklandy zaowocowały dalszymi większymi zmianami. Dodano armatę 4.5 cala dla ostrzeliwania celów na lądzie i wyrzutnie pionowego startu dla rakiet Sea Wolf.

Projekt zaczął się od platformy z sonarem holowanym i lądowiskiem dla Merlina. Nawet bez hangaru i systemów samoobrony projekt przekraczał budżet

Projekt zaczął się od platformy z sonarem holowanym i lądowiskiem dla Merlina. Nawet bez hangaru i systemów samoobrony projekt przekraczał budżet

W sumie pierwszy okręt w serii, Norfolk kosztował 135 milionów chociaż następne jednostki już „tylko” 60-96 milionów funtów. Istniała również dyskusja na temat liczebności załogi, bowiem według D.K Browna, koszt jednego dodatkowego człowieka na fregacie to około 80 tys. funtów, co przeliczone na dzisiaj wyniosłoby może 300 tys. funtów. Do wyobraźni może przemówić kalkulacja polegająca na zamianie systemu obrony przeciwlotniczej z samoobrony na obronę strefową. W popularnych dyskusjach bierze się zwykle pod uwagę koszt sprzętu, ale pomija przestrzeń i dodatkowa załogę w Centrum Informacji Bojowej. Jeśli by miało to być tylko 5 osób więcej to mówimy o ponad 8 mln PLN.

Podane przykłady opisują typowe sytuacje gdzie naturalne, wydawałoby się wymagania, poprzez złożone interakcje projektowe i techniczne prowadzą do znacznie większych konsekwencji odnośnie zarówno wielkości jak i kosztów okrętu. Proces tym bardziej niebezpieczny w sytuacji braku powszechnej wiedzy technicznej na temat projektowania okrętów i braku zespołów kierowanych przez osobę spełniającą funkcję Naval Architect zarówno po stronie MON jak i MW. Dlatego mają sens ograniczenia, poniekąd sztuczne bądź na wielkość bądź na maksymalny koszt okrętu. Ale podstawowym środkiem zaradczym jest jasna koncepcja co do funkcji okrętu. Pomocnym byłoby zaprzestanie nazywania korwety okrętem wielozadaniowym. To niewątpliwie podnosi wartość okrętu w oczach szerokiej publiczności i uzasadnia wysokie koszty budowy, ale nie pomaga w klarownej definicji co okręt ma robić w czasie pokoju i wojny. Nawet większość fregat państw zachodnich nie jest okrętami wielozadaniowymi. Wymienione w tekście fregaty Royal Navy są wyspecjalizowanymi okrętami do zwalczania okrętów podwodnych z lepszym lub gorszym systemem samoobrony. Być może dla całego programu modernizacji MW stwierdzenie, że budujemy sześć korwet, z czego trzy w wersji ASW a trzy w wersji AAW byłoby lepsze dla szerszego odbioru, aniżeli operowanie pojęciami okrętu patrolowego i obrony wybrzeża.

Jun 212015
 

W poprzednim wpisie koncentrowaliśmy się na strategii Bałtyk Plus. Była to próba wykorzystania pewnych logicznych zależności w teorii Juliana Corbetta do stworzenia struktury sił morskich państwa zorientowanego na samotną obronę swojego terytorium przed atakiem znacznie silniejszego przeciwnika. Dzisiaj o prawie lustrzanym odbiciu sytuacji, czyli działaniu w koalicji dającej możliwość przewagi niezależnie od stopnia zagrożenia. To pozwala uczestniczyć w pełnym spektrum działań na morzu wymienianych przez Corbetta. Nie możemy więc wykorzystać ograniczeń teorii do zdefiniowania klas okrętów potrzebnych flocie w realizacji zadań postawionych przez polityków. Może za jednym wyjątkiem, są bowiem możliwe operacje desantowe, stąd ma sens rozważanie okrętów desantowych lub transportowych. Niezależnie od scenariusza niezmienny pozostaje kontekst geopolityczny i nurtujące nas pytanie jak mamy się zachować wobec sąsiada coraz bardziej demonstrującego ambicje odzyskania pozycji światowego mocarstwa?

Profesor Mearsheimer w książce The Tragedy of Great Power Politics podaje kilka typowych strategii używanych przez potencjalnych hegemonów do zmiany równowagi sił na swoją korzyść. Oczywistą i pierwszą metodą jest wojna. Ta jest jednak bardzo kosztowna i może nieść ryzyko. Drugim sposobem popularnym jest szantaż. Im słabszy przeciwnik tym lepszy efekt. Dodatkowym plusem jest niski koszt. W końcu nie używamy siły, tylko grozimy jej użyciem. Dotychczasowa strategia BBN-u skupia się właśnie na takiej sytuacji. Trzecie podejście to wykrwawianie, czyli to co obserwujemy na Ukrainie.

Państwa zagrożone mają do dyspozycji dwie podstawowe strategie – budowania przeciwwagi lub przerzucania odpowiedzialności. Profesor Mearsheimer daje jasną wskazówkę co do preferencji wyboru strategii w zależności od wzajemnego położenia przeciwników na mapie:

Kwestią krytyczną w odniesieniu do geografii jest to, czy zagrożone państwo ma wspólną granicę z agresorem lub też bariera – w postaci innego państwa lub dużej przestrzeni wodnej, oddziela rywali. Wspólna granica promuje budowanie przeciwwagi, bariery zachęcają do przerzucania odpowiedzialności.

Budowanie przeciwwagi w naszej sytuacji polega na tworzeniu sojuszy i uczestnictwie w już istniejących, jak NATO. Możemy w tym dziele porzucić idealizm i nie polegać ani na literze prawa ani na zobowiązaniach moralnych. Wystarczy, że będziemy w sposób aktywny identyfikować i wspierać wspólne interesy uczestników aliansu. Być może nie jest w interesie Stanów Zjednoczonych walka w obronie Polski, ale jest w ich interesie powstrzymywanie ambicji imperialnych potencjalnych regionalnych hegemonów grożących zmianą obowiązującego status quo. Wiceadmirał James Foggo podaje na blogu USNI dobry przykład:

W BALTOPS 2015 uczestniczy 49 okrętów reprezentujących 17 krajów. Często otrzymuję pytanie od europejskich sojuszników jaki wpływ na Europę ma, jeśli w ogóle, reorientacja na Pacyfik? Spójrzmy na te liczby z perspektywy zeszłorocznych ćwiczeń państw basenu Pacyfiku (RIMPAC), największych ćwiczeń wojennomorskich na świecie, w których uczestniczyło również 49 okrętów. To, co się dzieje na naszych oczach na Bałtyku to natowska własna wersja RIMPAC.

Symboliczny wyraz sojuszniczej współpracy. Foto FB Marynarka Wojenna RP

Symboliczny wyraz sojuszniczej współpracy. Foto FB Marynarka Wojenna RP

Dodajmy kilka znanych oficjalnie liczb odnośnie BALTOPS 2015 – oprócz 49 okrętów uczestniczyło w ćwiczeniach 60 samolotów, 5.600 żołnierzy i marynarzy w tym 700 żołnierzy piechoty morskiej ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii ale także Szwecji i Finlandii. Pytanie retoryczne brzmi, czy jesteśmy w stanie zbudować własnym sumptem taką siłę? I w jakim czasie? Tak więc flota staje się wsparciem i narzędziem dla wysiłków dyplomatycznych tworzących przeciwwagę lub używając języka finansistów inwestycją dającą dobry zwrot.

W ten sposób zarysowuje się misja Rzeczpospolitej Morskiej wspomnianej w poprzednich wpisach. Otwarcie na świat ma dzisiaj również inne uzasadnienie. Sir Julian Corbett uważał, że nadrzędnym celem floty jest zapewnienia prawa do przejścia morzem. Środkiem do tego było w przeszłości panowanie na morzu, niekoniecznie trwałe. Współcześnie te koncepcje posiadają więcej niuansów o czym tak pisze Geoffrey Till w klasycznej pozycji na temat roli flot w świecie Seapower: A Guide for the Twenty-First Century:

W czasach globalizacji jest coraz mniej ważna kwestia „zabezpieczenia” morza w sensie zagwarantowania użytkowania tylko dla siebie, lecz bardziej „uczynienia go bezpiecznym” dla każdego za wyjątkiem wrogów całego systemu.

Innymi słowy Polska korzysta z dobrodziejstw handlu morskiego niezależnie od tego, gdzie statki zawijają i jakiego są armatora. Nieistotne jest czy będzie to Szczecin, Gdynia, Gdańsk czy też raczej Hamburg lub porty ARA. Sami z siebie w najlepszym wypadku możemy pokusić się o osłonę wybranych transportów na kawałku Bałtyku. Jakakolwiek flota oceaniczna może prowadzić działania przeciw żegludze poza naszym zasięgiem, ale prawdą jest też to, że nie ma na świecie floty zdolnej do zapewnienia bezpieczeństwa całemu systemowi handlu morskiego. Tak więc naturalną konsekwencją jest współpraca międzynarodowa na tym polu i w tym wypadku możemy mieć swój wkład. Należy jednak podkreślić – to jest kwestia naszego świadomego wyboru a nie rezultat analizy dającej jednoznaczny wynik. Wspomniana książka jest kopalnią wiedzy o roli współczesnych flot i źródłem mądrości ujętych w chwytliwe zdania. Oto następny argument w dyskusji:

Zasadą naczelną w dążeniu do realizacji celów narodowych jest to, że zapobieganie wojnie jest zawsze lepsze od wygrywania jej.

W realizacji naszego celu możemy zasadniczo obrać dwie drogi – specjalizacji lub ogólnych zdolności marynarki wojennej wynikających z położenia i polityki bezpieczeństwa Państwa. Specjalizacja oznacza skupienie wysiłków i środków materialnych na dziedzinie użytecznej dla aliantów i w której możemy mieć przewagę, np. zwalczaniu min. W tym sensie strategia Bałtyk Plus nie jest sprzeczna z ideą Rzeczpospolitej Polskiej, jest drogą specjalizacji oferując kompetencje w walce na wodach przybrzeżnych. Druga alternatywa prowadzi nas do tak zwanej floty zrównoważonej a wraz z nią do dylematu małych marynarek wojennych. Problem tkwi w niebezpieczeństwie wpadnięcia w pułapkę kopiowania struktury dużych flot przy jednoczesnej niemożliwości technicznej przeprowadzenia procesu skalowania w dół. Dla przykładu spróbujmy zmniejszyć proporcjonalnie Royal Navy przy założeniu budżetu dwu- lub trzykrotnie mniejszego. Nie da się zbudować floty posiadającej 2 fregaty ale też pół lotniskowca i 2/3 okrętu desantowego plus sam reaktor do SSN. Proszę wybaczyć przesadne sformułowania, ale ilustrują problem. Z czegoś trzeba zrezygnować. Odnosząc się do naszej sytuacji flota zrównoważona ma sens na praktyczną realizację dopiero od pewnego poziomu ilościowego okrętów i finansowania. Posiadanie jednej fregaty nie zapewni bowiem odpowiedniego zaplecza kadr i poziomu wyszkolenia potrzebnego do efektywnego wykorzystania tejże fregaty. Do momentu ogłoszenia planu modernizacji Marynarki Wojennej RP budżet floty nie dawał nadziei na budowę zrównoważonej floty a i teraz balansujemy na krawędzi. W dalszym ciągu tego tekstu konsekwentnie będzie stosowana zasada priorytetu budżetu nad potrzebami.

O zaletach floty zrównoważonej a raczej jej przewadze nad flotą obrony wybrzeża i różnych mutacjach Jeune Ecole mówi interesujący cytat z książki Understanding Naval Warfare, w której autor – Ian Speller odnotowuje:

Paradoksalnie wiedząc, że ich poglądy na skuteczność łodzi torpedowych bazowały częściowo na zakończonym sukcesem rosyjskim ataku na turecki okręt Intikbah z 27 grudnia 1877 roku, Rosjanie nie poszli drogą Jeune Ecole. Zagrożenie atakiem torpedowym być może neutralizowało większą flotę Imperium Ottomańskiego ale Rosjanie rozumieli, że brak dużych okrętów (battle fleet) zredukowało ich możliwości artyleryjskiego wsparcia działań na wybrzeżu Morza Czarnego i zmusił ich do wycofania się z Konstantynopola po przejściu floty brytyjskiej przez Dardanele. Tak więc, Rosjanie kontynuowali budowę okrętów liniowych.

Używając terminologii zaproponowanej przez Erica Grove, nasz wybór floty zrównoważonej prawdopodobnie oznacza przejście od Offshore Territorial Defence Navy, czyli floty obrony wybrzeża reprezentowanej przez ideę Bałtyk Plus do Adjacent Force Projection Navy, czyli floty posiadającej pewne zdolności projekcji siły w oddaleniu od własnego wybrzeża. Tak więc dopiero obszar działania wychodzący poza ochronny parasol sił operujących z lądu jest pierwszym wskazaniem na konieczność posiadania organicznej i co najmniej lokalnej obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej. Jak twierdzi Geoffrey Till:

Większość jest zgodna co do tego, że rakiety przeciwokrętowe są najbardziej niebezpieczne, gdy są odpalane z samolotów; większość również jest zgodna co do tego, że najlepszą obroną przed tym jest utrzymywanie przewagi w powietrzu.

Poza zasięgiem lotnictwa lądowego jedyną szansą na utrzymanie przewagi w powietrzu jest lotnictwo pokładowe, stąd postulat chociaż częściowego rozwiązania problemu poprzez okrętowe systemy obrony strefowej. Ta długa droga prowadzi nas na końcu do fregat, czyli okrętów osłony bądź statków handlowych bądź transportów wojskowych. Dlaczego jednak fregata a nie korweta? Ponownie odwołam się do koncepcji D.K. Browna na temat projektów niestabilnych czyli takich okrętów, które są już zbyt drogie by być bezbronne. Korweta wydaje się być szczególnie podatna na stanie się niestabilnym projektem. Popatrzmy na historię Gawrona. Był zbyt drogi i postanowiono go ukończyć jako okręt patrolowy. Ślązak za cenę około 0.8-1.0 miliarda PLN jest kosztowny i jego strata byłaby uważana za nieakceptowalną a wciąż jest bezbronny. Z drugiej strony próba zbudowania okrętu uzbrojonego w sposób akceptowalny przez marynarzy powoduje szybki wzrost wyporności. Pomysł Okrętu Obrony Wybrzeża wystartował jako 1.000 tonowa jednostka, w specyfikacji Miecznika dolna granica to już 1.900 ton a ostatnio publikowane szkice mają 2.600 ton. Patrząc na inne projekty zagraniczne wiemy, że około 3.000 ton LCS to za mało aby oprócz modułu ASW zainstalować coś więcej niż SeaRAM do samoobrony a australijskie MEKO A-200 z CEAFAR wymagają jak rozumiem, dodatkowego balastu.

Jesteśmy więc ściśnięci w kleszczach budżetu i technicznej racjonalności okrętu co najmniej dwu zadaniowego w zakresie ASW i AAW. Postęp technologiczny daje pewne szanse na zamianę w Planie Modernizacyjnym sił nawodnych koncepcji trzech korwet i trzech okrętów patrolowych (3+3) na dwie fregaty plus dwie korwety ASW (2+2), pozostawiając resztę planu bez zmian lub też raczej do dalszej dyskusji. Czy ma to sens operacyjny to już pytanie do marynarzy, niemniej w takim mniej więcej modelu funkcjonujemy dzisiaj mając dwie fregaty OHP i Kaszuba. Aby taka zamiana była możliwa, należałoby się rozglądać za fregatami z dolnej półki a nie górnej, gdyż koszt współczesnej fregaty odpowiada kosztowi około 2-3 korwet. Poddałbym pod rozwagę dwa systemy obrony przeciwlotniczej i trzy platformy plus jeden okręt wymagający dodatkowego komentarza.

Na czele listy jest Nansen z uproszczoną wersją systemu Aegis. Klasyczny okręt eskorty z sonarem CAPTAS-2 i rakietami ESSM oferującymi lokalną, strefową obronę przeciwlotniczą i przeciwrakietową. Co prawda pasywne anteny radaru są już pewnym technologicznym przeżytkiem ale posiadanie Aegis na okrętach może otworzyć nowe możliwości współpracy z Aegis Ashore w Redzikowie. Warunkiem koniecznym jest sukces wysiłków dyplomatycznych i umieszczenie w Redzikowie nie tylko rakiet anty balistycznych ale również obrony przeciwlotniczej. Wówczas inwestycja w CEC mogłaby zaoferować interesującą synergię.

Prawda, że ładna para? Foto wikipedia

Prawda, że ładna para? Foto wikipedia

Na drugim miejscu jest MEKO A-200 z systemem Sea Ceptor. Rakiety CAMM upraszczają wyrzutnie i współpracują z każdym radarem, posiadając osobne łącze do korekty trajektorii lotu. System nie wymaga więc zbyt wyrafinowanych radarów jak APAR. Dzięki projektowi marynarki wojennej Nowej Zelandii wiemy, że instalacja takiego systemu w kadłubie poniżej 4.000 ton jest możliwa. W połączeniu z dwoma korwetami MEKO A-100 możemy zbudować politykę wymiennych modułów i uprościć logistykę zwiększając jednocześnie elastyczność w średnioterminowym planowaniu zdolności bojowych okrętów.

Konstrukcja wciąż zdobywająca nabywców. Ciekawe, na ile polskie stocznie byłyby zdolne partycypować? Foto www.janes.com

Konstrukcja wciąż zdobywająca nabywców. Ciekawe, na ile polskie stocznie byłyby zdolne partycypować? Foto www.janes.com

Na trzecim miejscu Freedom LCS w planowanej wersji FF z sonarem CAPTAS-2 raczej niż CAPTAS-4 oraz Sea Ceptor, jak w poprzednim przykładzie. Taki wybór ma dwie zalety. Z przeszukiwania sieci wygląda, że jest aktualnie najtańszą opcją za około $600 mln, pozwalając zaoszczędzić pieniądze na bliźniaka dla Ślązaka, co w poprzednich opcjach pozostaje mocno niepewne. Drugą zaletą jest możliwość zbudowania szybkiego Zespołu Mobilności Wojsk po zakupie JHSV lub odpowiednika. Ta para – LCS i JHSV pasuje do siebie idealnie. Ponadto wysiłki włożone w usunięcie największych bolączek okrętów dają już widoczne efekty i projekt staje się dojrzały.

Plany zamiany LCS na FF już się kreśli. My musielibyśmy pozmieniać trochę więcej. Foto www.breakingdefence.com

Plany zamiany LCS na FF już się kreśli. My musielibyśmy pozmieniać trochę więcej. Foto www.breakingdefence.com

Osobnej wzmianki wymaga duński Iver Huitfeldt ze względu na szeroko komentowany niski koszt i w rezultacie bardzo atrakcyjny wskaźnik osiągów do kosztów. Z pewnością należałoby zweryfikować jaki byłby koszt dla naszej marynarki biorąc również pod uwagę nasze wymagania. To może nie być to samo, ale warto spróbować. Drugą kwestią do rozstrzygnięcia jest pytanie na ile duńska fregata może być platformą ASW, mając świadomość jej cywilnego rodowodu. Oraz jeśli nie, na ile to jest akceptowalne lub też możliwe do skompensowanie przez parę (a może nawet trójkę) korwet ASW?.

W bazie Korsor.

W bazie Korsor.

W przypadku fregat z pewnością dodatkowym punktem spornym może być zdolność do budowy tej klasy okrętów w polskich stoczniach. Cała otoczka związana z polityką przemysłową może przekreślić najlepsze plany i obrócić w niwecz wszelkie nadzieje. Obecnemu rządowi i jego ministrowi obrony narodowej należy wyrazić uznanie za to, że program modernizacji marynarki wojennej w ogóle ruszył i otrzymał wsparcie finansowe. Jeśli uda się temu rządowi podpisać umowy na budowę następnych okrętów w tej kadencji, to możemy mówić o sukcesie niezależnie od naszych rozważań teoretycznych. Natomiast sytuacja jest poważna, bo nie udało się ministerstwu wykorzystać czasu mu danemu w skuteczny sposób i wszystko może stanąć pod znakiem zapytania. Tak więc wybór pomiędzy Bałtykiem Plus a Rzeczpospolitą Polską lub po prostu nihilizmem niekoniecznie się kończy.