Apr 222019
 

Ostatnio w internecie pojawiły się conajmniej cztery teksty, które powinny zainteresować czytelnika w Polsce. Sir Humphrey i Nicolas Drummond prowadzą polemikę na temat planowanych fregat (czy też korwet) Type 31, mających wypełnić lukę po obcięciu serii Type 26 do ośmiu jednostek. Szef Dowództwa Morskiego NATO, admirał Johnstone udzielił wywiadu prasie w czasie pobytu w Polsce i odbył rozmowę z ministrem Solochem, szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Z ust brytyjskiego admirała pada zarówno sugestia zakupu kilku fregat jak i uzasadnienie takiej strategii. International Center for Defence and Security w Estonii opublikował raport „To the Seas Again. Maritime Defence and Deterrence in the Baltic Region”. Będąc ze sobą zupełnie nie związane, wypowiedzi splatają się a argumenty uzupełniają. Zachętą do opisania własnej próby interpretacji tekstów była chęć wyjścia poza schemat podpierania własnych poglądów wybiórczo dobranymi wypowiedziami osób trzecich. Stąd pewnie w tekście pojawi się więcej pytań niż odpowiedzi.

Polemika pomiędzy dwoma znanymi brytyjskimi blogerami sprowadza się do odwiecznego dylematu ilość kontra jakość. W konkretnym przypadku liczby fregat w Royal Navy pada pytanie czy fregatę można zastąpić tańszą korwetą aby zaspokoić najbardziej palące potrzeby. Nicolas Drummond wyjaśnia przy okazji, że używa świadomie terminu korweta dla kontrastu bowiem zarówno formalnie jak i w rzeczywistości mówimy raczej o lekkiej fregacie. Kwestia terminologiczna jest bardziej złożona – Brytyjczycy nie narzucili limitu na wielkość tylko na cenę okrętu.

Sir Humphrey argumentuje, że jakkolwiek rola korwet typu Flower w czasach II wojny światowej jest nie do przecenienia, to technologia się zmieniła. Okręty podwodne są szybsze i cichsze a do ich wykrycia potrzebne są sonary o najwyższych parametrach i śmigłowce ASW startujące z pokładów okrętów. Gwoli przypomnienia dla Royal Navy takim śmigłowcem jest Merlin, którego zakup planuje się dla naszej marynarki wojennej. Zainstalowanie systemów „z górnej półki” na korwecie jest według autora nierealne i podaje przykład fregaty Type 23, której historia zaczęła się właśnie w ten sposób jako taniej platformy dla sonaru holowanego z dużym pokładem dla Merlina. Wniosek jest więc taki, że Type 31 jako platforma do zwalczania okrętów podwodnych nie ma sensu i należy się skupić na najlepszym wykorzystaniu środków dla kontynuacji kombinacji T45/T26. Sir Humphrey nie odmawia zasadności rozważaniom na temat tańszych okrętów do celów ogólnego przeznaczenia jeśli będą wystarczające środki finansowe do dyspozycji. Przy ustaleniu priorytetu dla nowych fregat T26 i ograniczonym budżecie nie należy jednak spodziewać się dodatkowych środków więc jest to de facto wybór jakości przed ilością. Gdzieś pod spodem jest zawarte pytanie czy na pewno zwalczanie okrętów podwodnych jest pierwszorzędną i jedyną potrzebą Royal Navy. Jeśli nie, to okręt o mniejszych zdolnościach niż fregata ale większych niż OPV oraz wystarczająco tani byłby wskazany do celów dyplomacji czy utrzymywania porządku prawnego w czasach konfliktu czy kryzysu i podwyższonego ryzyka. Czy jest to rozwiązanie dla nas? Nie wiadomo, chociaż w tym kierunku wydaje się zmierzać tok rozumowania autorów raportu ICDS, jak zobaczymy na końcu.

Kandydat na lekką fregatę czy korwetę T31 ze stoczni Cammell Laird czyli nowe wcielenie Leander. Foto Cammell Laird

Nicolas Drummond uznaje z kolei, że korweta ASW jest możliwa i potrzebna choć powinno się przeanalizować czy takie rozwiązanie jest opłacalne. Autor wychodzi z założenia, że aktualna liczba fregat w Royal Navy jest po prostu za mała. Bez T31 będzie to flota 13 jednostek T26 i zmodernizowanych T23 a później T31. Autor wymienia do czego są potrzebne fregaty i to jest wątek dla nas interesujący. Po dwie sztuki dla osłony lotniskowców i grupy desantowej komandosów, patrolowanie GIUK Gap, jedna jednostka na misji na Morzu Południowo-Chińskim no i w końcu Północny Atlantyk. Jeżeli weźmiemy pod uwagę, że budowa lotniskowców oznacza dla Brytyjczyków wybór projekcji siły kosztem liczebności fregat, to narzuca się automatycznie kolejność priorytetu w przydzieleniu jednostek eskortowych. Połowa sił zostaje przydzielona do osłony lotniskowców i okrętów desantowych a utrzymanie jednej jednostki na ciągłym patrolu wymaga trzech-czterech okrętów według słów admirała Johnstona, o czym mogliśmy przeczytać w udzielonym wywiadzie. Dla podanych obszarów zainteresowania brakuje już okrętów. Stąd poszukiwanie przez autora tańszej alternatywy w postaci lekkiej fregaty. Czy jest ona możliwa w tym sensie, że okręt posiada mniejsze zdolności ale wciąż pozostaje efektywną jednostką do zwalczania okrętów podwodnych? I jaki będzie rzeczywiście koszt takiej korwety? Inną drogą jest próba zastąpienia okrętów lub ich wsparcie innymi systemami jak okręty podwodne, samoloty patrolowe czy wszelkiego rodzaju pojazdy bezzałogowe.

Dyskusja jak powyżej daje nam tło dla wypowiedzi admirała Johnstona w Polsce. Rekomendacja posiadania 3-4 fregat przez Marynarkę Wojenną RP jest poparta jasnym przekazem dlaczego. Dla NATO nie tylko Bałtyk jest ważny ale i Morze Czarne oraz Atlantyk, przez który mogą iść posiłki ze Stanów Zjednoczonych do Europy. Admirał wyraża również zachętę dla nas abyśmy byli graczem światowym i odwołuje się do zasady wzajemności. Chcecie pomocy? Pomóżcie innym. Jest to bardzo dobry przykład jak ważną rolę dyplomatyczną może odegrać wysoki rangą oficer marynarki nawet bez okrętów. Słowa zostały wypowiedziane czy powtórzone wobec szefa BBN-u, który taką właśnie koncepcję promuje. Ze strony Pana Admirała to nie tylko polityka ale też kurtuazja. Trudno też nie dostrzec potrzeby takiej zachęty ze strony NATO. Lista krajów europejskich NATO posiadających więcej niż 10 niszczycieli i fregat nie jest aż tak długa, a wielu przypadkach mają one inne zobowiązanie niż tylko Atlantyk. Kryterium arbitralne 10 jednostek wskazuje tylko na różnicę posiadania kilku lub kilkunastu jednostek. W północnej Europie są to właśnie Wielka Brytania, o której już mówiliśmy, że ma zbyt mało okrętów eskortowych i Niemcy. Francja ma podzieloną uwagę pomiędzy Atlantyk i Morze Śródziemne. Pozostają Hiszpania i kraje śródziemnomorskie – Włochy, Turcja i Grecja. Francja, Hiszpania i Włochy też mają swoje okręty lotnicze i desantowe do obrony, czyli podobny problem do Brytyjczyków, a grecko-turecki konflikt czy rywalizacja stawia znak zapytania o ich główne obszary zainteresowania. Taki stan rzeczy z pewnością pozwala na wystawienie okrętu do stałego zespołu NATO, ale czy ten zespół wystarczy w czasie ostrego konfliktu lub wojny? Nic więc dziwnego, że „składkowa” flota złożona z wkładów krajów posiadających pojedyncze jednostki staje się coraz ważniejsza. Dla nas pytanie brzmi ile jesteśmy w stanie lub gotowi wydać na realizację zasady wzajemności na morzu, wiedząc że inne państwa stosują politykę zrównoważenia celów obrony indywidualnej i kolektywnej lub wręcz politykę projekcji siły i wywierania wpływu na wydarzenia światowe.

Ważnym zdaniem wypowiedzianym przez ministra Solocha, a nie występującym w wywiadzie dowódcy MARCOM jest następujące stwierdzenie:

Admirał Johnstone podkreślił znaczenie bezpieczeństwa morskiego w kontekście obecnej sytuacji i wzrostu zagrożeń wokół Europy, związanych przede wszystkim z agresywną polityką Rosji. Zwrócił uwagę, że z militarnego punktu widzenia jedynie działania połączone, których istotnym elementem jest skuteczna aktywność komponentu morskiego, mogą zapewnić odpowiedź na wyzwania związane z tymi zagrożeniami.

Admirał jasno stwierdza, że na wodach wokół Europy tylko działania połączonych sił zbrojnych mogą stanowić skuteczną odpowiedź na istniejące zagrożenia ze strony Rosji. Komponent morski jakkolwiek by był ważny jest elementem większej łamigłówki. W konsekwencji okręty i ich specyfikacja powinny brać pod uwagę współpracę i podział zadań pomiędzy rodzajami sił zbrojnych. Im bliżej brzegu tym bardziej środowisko wpływa na optymalne parametry systemów wykrywania i uzbrojenia co prowadzi do rozbieżnych specyfikacji pomiędzy okrętami do działania na wodach oceanów i wodach przybrzeżnych. Sprawia to nie lada kłopot przy planowaniu struktury floty i ograniczonym budżecie. Przykładem rozwiązania dylematu jest Deutsche Marine składająca się z dwóch komponentów – fregat do działań sojuszniczych na Atlantyku czy gdzie indziej oraz korwet i okrętów podwodnych na Bałtyk i Morze Północne.

Najdłuższym tekstem i traktującym temat bezpieczeństwa morskiego na Bałtyku najszerzej jest opracowanie ICDS, instytucji ulokowanej w Estonii. Raport wymienia szereg rekomendacji dla NATO, państw przyległych do Bałtyku i w szczególności dla Republik Bałtyckich. Niektóre wątki przeplatają się z poprzednią dyskusją jak kwestia działań większych okrętów na Bałtyku czy też ich zakupu dla flot państw bałtyckich. Z jednej strony rekomenduje się NATO częste jak to tylko możliwe wysyłanie dużych jednostek na Bałtyk, głównie w celu demonstracji woli i przekazania jasnego komunikatu Federacji Rosyjskiej uważanej w raporcie za jedyne potencjalne i poważne zagrożenie dla państw regionu. Z drugiej padają stwardzenia jak:

Przybrzeżne siły złożone z „wielu i małych” raczej niż „dużych i nielicznych” jednostek oferują większą elastyczność w czasach kryzysu i konfliktu.

Środki wykrywania typowe dla większych okrętów pełnomorskich mogą być dalekie od optymalnych do działania na obszarze Bałtyku.

Nie należy tego rozpatrywać w kategoriach przeciwieństwa czy braku konsekwencji. Jest to raczej obraz uzupełniających się zdolności wykorzystywanych w miarę potrzeb i możliwości. Raport przede wszystkim zwraca uwagę na znaczenie ekonomiczne Bałtyku dla wszystkich stron potencjalnego konfliktu, konieczność rozpoznania i posiadania jak najlepszego obrazu sytuacji i zagrożenie w postaci działań hybrydowych jako najbardziej prawdopodobnych. Pewną odmiennością w lekturze opracowania niech będzie poniekąd „statystyczny” przegląd rekomendacji zawartych w tekście. Są one skierowane do czterech adresatów – Dla NATO, państw regionu ogólnie, Niemiec oraz Republik Bałtyckich. Spośród wszystkich rekomendacji ponad 1/2 dotyczy organizacji, rodzajów aktywności czy też sposobu użycia sił morskich. Blisko 1/6 dotyczy rozszerzenia obszarów zainteresowania. Mniej niż 1/3 dotyczy bezpośrednio lub pośrednio akwizycji lub struktury sił. Wśród tych ostatnich połowa rekomendacji odnosi się do Republik Bałtyckich w celu proponowanego zwiększenia obecności sojuszu na „wschodnim Bałtyku”.

Rekomendacje dotyczące inwestycji lub struktury sił potrafią być natury ogólnej jak „zwiększenie ogólnej obecności na Bałtyku a w szczególności na wschodnim Bałtyku”. Dla wszystkich państw regionu zaleca się inwestycje w systemy wymiany danych oraz „środki do radarowej i wizualnej identyfikacji okrętów Federacji Rosyjskiej przepływających przez ich strefę wyłączności ekonomicznej”. Dla Republik Bałtyckich rekomenduje się zainwestowanie w zdolność do stawiania min oraz nabycie niewielkich okrętów wielozadaniowych uzupełnionych być może pojazdami bezzałogowymi. Podobnie jak to uczyniono w Polsce zaleca się instalację nadbrzeżnych baterii rakietowych. Pytaniem natychmiast nasuwającym się na myśl jest czy w ogóle jest możliwa mała jednostka wielozadaniowa i na dokładkę osiągalna finansowa dla kogokolwiek a Republik Bałtyckich w szczególności. Zgrabnie się to łączy z dyskusją w Wielkiej Brytanii na ile korweta może być skuteczną jednostką obrony przed okrętami podwodnymi i to przy wyporności 3.500 ton lub więcej co nie jest mało. Kwestią kluczową jest o jakich parametrach typu zasięg wykrycia rozmawiamy. Oraz czy liniowa degradacja jakości zamienia się automatycznie w linowy spadek kosztów lub wielkości okrętu. Innym aspektem jest pytanie co jest ważniejsze – wielkość czy koszt. Relacja pomiędzy tymi wielkościami istnieje choć jest złożona i wykracza daleko poza technikę czego dowodem niech będzie historia Gawrona/Ślązaka.

O ironio! Po wpisaniu w Google “small multimission combatant” na pierwszym miejscu pojawia się…mutacja LCS. Foto Lockheed Martin

Akapit dotyczący Polski i cytowany w mediach społecznościowych o nieadekwatności sił Marynarki Wojennej RP do obrony przed zagrożeniami i wyzwaniami należy czytać w kontekście zdania następującego bezpośrednio po cytacie:

Porównując wielkość i zamożność Polski z innymi krajami, koncepcja nakreśla ambitny plan przekształcenia Marynarki Wojennej RP w postmodernistyczną, średniej wielkości siłę morską zdolną do globalnej projekcji siły…”

Jest to całkowicie zgodne z intencjami czy zachętami wyrażonymi w wywiadzie przez admirała Jonhstone’a. O ile zasada wzajemności i poczucie wewnętrzne zobowiązania do wsparcia innych partnerów podczas gdy sami potrzebujemy ich pomocy nie powinna budzić wątpliwości, to ambicja stworzenia floty średniej wielkości zdolnej do projekcji siły na skalę globalną musi zastanowić. Pomijając terminologię, gdyż takim określeniem Royal Navy opisuje sama siebie, to nie widać ani w MON, ani w rządzie najmniejszych śladów takich ambicji. Jak do tej pory strategia Bałtyk Plus i towarzyszący jej Program Modernizacji Technicznej sprzed kilku lat jest szczytowym osiągnięciem na rzecz marynarki. Niezrealizowanym i krytykowanym za niedoszacowanie.

Jaki wniosek płynie z lektury wspomnianych tekstów? Chyba głównie taki, że teksty należy czytać całe i do końca. Najlepiej z przypisami. Zwłaszcza jeśli nie chcemy ugrzęznąć w bitwie na emocje, czyli kto głośniej krzyczy. Po drugie zawsze warto podjąć wysiłek by znaleźć punkt wspólny lub rozwiązanie kompromisowe czy też zrozumieć logikę stojącą za wypowiedzią innej osoby. Tak czy inaczej, szczególnie ostatni tekst daje nam kilkadziesiąt rekomendacji do działania poza obszarem akwizycji. Z pewnością nie są to projekty bezkosztowe, ale niekoniecznie liczone w miliardach czy nawet setkach milionów. Co oznacza, że są osiągalne przy odrobinie dobrej woli i rozsądku.

Mar 052019
 

Thomas Schelling napisał Arms and Influence pół wieku temu ale książka nic nie straciła na swej świeżości. Być może dlatego, że prezentowane w niej idee są głęboko zakorzenione w ludzkiej naturze, ta zaś się ani nie starzeje ani specjalnie nie zmienia. Dla nas ma fundamentalne znaczenie bo zmusza do refleksji nad dziedzictwem doświadczeń historycznych, chociaż lepiej by było powiedzieć nad okowami własnej mitologi luźno opartej na historii.

Dalszy tekst może dla czytelników zawierać treści kontrowersyjne o lekkim posmaku herezji i z pewnością jest dowodem na porzucenie mądrej rady „jeśli mówisz, co myślisz – myśl, co mówisz”. No cóż, na własne ryzyko.

Sam tytuł już przy najbardziej elementarnej analizie wskazuje, że można być uzbrojonym po zęby i nie mieć wpływu oraz odwrotnie, mieć wpływ bez broni. Przykładem z życia codziennego może być wpływ eksperta czy handlowca, nie mających żadnej władzy nad obiektem starań. Niemniej książka skupia się na wywieraniu wpływu wykorzystując nie broń lecz groźbę jej użycia oraz na opieraniu się takim wpływom.

Jest różnica pomiędzy zagrabieniem czego się chce a skłonieniem kogoś do oddania tego, pomiędzy odparciem ataku a spowodowaniem u kogoś obawy przed zaatakowaniem, pomiędzy utrzymaniem tego co ludzie próbują ci zabrać a wzbudzeniem obawy przed zabraniem, pomiędzy utratą tego co ktoś zabiera siłą a oddaniem z obawy przed ryzykiem lub szkodą. To jest różnica pomiędzy obroną a odstraszaniem, pomiędzy brutalną siłą a zastraszaniem, pomiędzy podbojem a szantażem, pomiędzy działaniem i groźbą.

Clausewitz twierdził, że celem wojny jest zmuszenie przeciwnika do poddania się naszej woli. Zwykle rozumiemy przez to pokonanie wroga z użyciem siły militarnej a więc zniszczenie jego wojskowych środków obrony. Tylko co dalej? Mamy wiele współczesnych konfliktów jak Irak, Afganistan czy Syria gdzie nie ma już po drugiej stronie zorganizowanej armii a mimo to chaos i zniszczenie trwa. Nikt nie poddaje się woli strony teoretycznie zwycięskiej. W Syrii nie ma chyba w ogóle strony zwycięskiej. Tak dramatyczna sytuacja jak w wymienionych krajach stawia brutalnie pytanie o cele wojny i sposoby ich osiągania.

Nawet całkowite zwycięstwo nad wrogiem co najwyżej oferuje możliwość egzekwowania przemocy na bezbronnej ludności przeciwnika. Jak wykorzystać tę możliwość w interesie narodowym lub szerszym kontekście może być tak samo ważne jak osiągnięcie zwycięstwa, lecz klasyczna sztuka wojenna nie mówi nam jak wykorzystać taką zdolność do zadania bólu. I jeśli któraś ze stron, zwycięska lub przegrana ma zamiar użyć czystej przemocy do wywarcia wpływu na wroga, to nie ma potrzeby czekać na całkowite zwycięstwo.

Strategia wojenna nie może być dłużej uważana za (…) naukę osiągania zwycięstw militarnych. Jest obecnie na równi, jeśli nie bardziej, sztuką przymusu, zastraszania i odstraszania. Narzędzia wojny służą bardziej do karania niż zdobywania. Strategia wojenna, czy tego chcemy czy nie stała się dyplomacją przemocy.

Repertuar środków rozszerza się znacząco poza siłę zbrojną i głęboko sięga do psychologii konfliktu. W momencie, w którym zdamy sobie z tego sprawę, odkryjemy że polityka wymuszania ustępstw jest dla nas o wiele bardziej groźna i realna niż zajęcie terytorium przez wroga, bo po co miałby to robić skoro może kierować naszą polityką szantażem, wymuszeniem i zastraszaniem? To z kolei powinno wymusić na nas (tak długo jak kierujemy się racjonalizmem) doprecyzowanie a wręcz zmianę strategii bezpieczeństwa państwa z wszelkimi skutkami w postaci struktury sił zbrojnych oraz nakładów na nią. Dla Marynarki Wojennej RP konsekwencje mogą być jeszcze większe.

Thomas Schelling zgrabnie zakreśla obszary zainteresowań w formie tytułu jednego z podrozdziałów:

Wojny pól bitewnych, Wojny ryzyka i Wojny bólu i zniszczenia.

Zanim dojdzie do wojny pól bitewnych toczymy znacznie dłuższą wojnę ryzyka i strachu przed bólem i zniszczeniem. Pomimo tego najwięcej swoich wysiłków, zasobów, starań i myśli koncentrujemy na bitwie toczonej przez walczące ze sobą armie. W potocznym rozumieniu odstraszanie polega na zbudowaniu siły militarnej zniechęcającej przeciwnika do kosztownego najazdu. Książka zaś mówi coś innego, przesuwając akcent gdzie indziej.

Tradycyjnie rzecz ujmując zbroimy się patrząc na możliwości przeciwnika a nie jego intencje. Niemniej odstraszanie skupia się właśnie na intencjach. Nie tylko na ocenie intencji wroga, ale na wpływaniu na nie.

John Mearsheimer podnosi podobną kwestię 35 lat później opisując dramat rywalizacji o hegemonię nad światem lub regionem. Hegemon musi być silniejszy niż jego rywal by czuć się bezpiecznie. No właśnie, czy musi BYĆ silniejszy czy też musi CZUĆ się silniejszym i dlaczego? Przecież intencje przeciwnika mogą być inne a wywrzeć wpływ można różnymi środkami. Czy naprawdę dodatkowe 50 okrętów dla US Navy odstraszy Chińczyków i zmieni ich politykę? Jeśli chcesz wygrać, zaprzecz strategii przeciwnika i tym samym zniwecz jego wysiłki. Dodatkowy lotniskowiec nie zapobiegnie wykupowi przez Chiny portów w Europie. A to daje Chinom wpływy.

Co to wszystko oznacza dla nas? Po 1989 roku strategia bezpieczeństwa opierała się na dwóch filarach – przynależności do NATO i Unii Europejskiej. Wszystko w nadziei, że obroni nas nie tylko litera traktatu ale również chęć obrony interesów gospodarczych ulokowanych w Polsce. Gdy spełniły się nasze nadzieje, strategia przekształciła się w potrzebę powstrzymania ataku na czas potrzebny sojusznikom do reakcji i wsparcia. Na poziomie planowania sił zbrojnych zamienia się to na pytanie o siłę i liczebność wojsk zdolnych do obrony przez określony czas. W ostatnich latach mamy kolejną ewolucję, której powody i kierunki wyjaśnia dobrze tekst Justyny Gotkowskiej z Ośrodka Studiów Wschodnich:

Sceptycyzm administracji Trumpa wobec multilateralnego podejścia daje możliwości zacieśnienia współpracy bilateralnej, a w jej ramach zwiększenia amerykańskiej obecności wojskowej na wschodniej flance, która wzmacniałaby obecność sojuszniczą wynegocjowaną w ramach kompromisu w NATO. Wbrew panującej w Europie Zachodniej opinii nie podważa to spójności Sojuszu, a wzmacnia odstraszanie. Państwa takie jak Polska są więc gotowe inwestować w dwustronne relacje z USA dla wzmocnienia regionalnego i własnego bezpieczeństwa

Ani niemieckie multilateralne podejście, ani promowana przez Francję europejska autonomia strategiczna nie dają realnej alternatywy dla zagwarantowania europejskiego i regionalnego bezpieczeństwa.

Patrząc na naszą aktualną strategię oczyma Thomasa Schellinga popełniamy chyba duży błąd i to podwójny. Inwestujemy w zwiększenie siły militarnej przyjmując za pewnik, że ma wartość decydującą w dyplomacji przemocy i wymuszaniu ustępstw jednocześnie nie zastanawiając się głęboko nad jej rzeczywistą wartością odstraszającą. Powodów do niepokoju jest kilka.

Coraz bardziej polegamy na stosunkach dwustronnych ze Stanami Zjednoczonymi co w rzeczywistości oznacza oparcie bezpieczeństwa na tymczasowej zbieżności interesów naszych z interesami coraz bardziej wymagającego hegemona. Łaska pańska na pstrym koniu jeździ jak mawia przysłowie i na dodatek ta zbieżność interesów nie jest poparta żadnym traktatem. Jesteśmy w sytuacji gorszej od Filipin. Doprowadziliśmy do sytuacji gdy część wojsk amerykańskich rotujących w Polsce będzie pod dowództwem NATO a część bezpośrednio dowodzona przez Amerykanów. Jest to obniżenie progu ryzyka dla chętnego skorzystać z okazji by przetestować spójność reakcji na prowokację. Kto bowiem ma reagować, Amerykanie czy NATO. Nic nie wiadomo również na temat samej reakcji gdyż jak Schelling pisze:

(…) jakkolwiek precyzyjnie określony jest przedmiot naszego zobowiązania, często jest niejasne co jesteśmy zobowiązani uczynić.

Jest pewien próg, poniżej którego nasze zobowiązania po prostu nie działają a sam próg jest często niejasny.

Przy braku traktatu połowa sił może nie czuć się zobowiązana do niczego. Gorzej, bo w przypadku realnego zagrożenia wojną siły amerykańskie są całkowicie uzależnione od współpracy Niemiec bo bez niej nie ma możliwości logistycznego wsparcia jakiejkolwiek poważnej operacji na obszarze Bałtyku. Rosjanie mają wystarczające środki do zablokowania takiego wsparcia drogą przez Cieśniny Duńskie. Możemy dyskutować, czy Europa stanowi lub kiedykolwiek będzie stanowiła alternatywę dla naszego bezpieczeństwa, ale niewątpliwie powinniśmy wsłuchać się w to co mówią Niemcy, Francja czy Rosja by zrozumieć ich intencje i znaleźć sposób jak na nie wpływać. Kolejna perełka z Schellinga:

Zyskujesz czyjąś uwagę skuteczniej słuchając kogoś niż mówiąc do niego.

Jaka więc powinna być nasza strategia bezpieczeństwa? Powinna zamieniać sytuację kryzysu a więc niepewności i niepełnej kontroli nad wypadkami na pewność gwarantowanej ceny, którą przeciwnik musi zapłacić za atak lub prowokację. Potencjalny przeciwnik powinien wierzyć, że żadne groźby czy próby wymuszenia nie mają szans powodzenia. Nasza strategia powinna podnosić stawkę i ryzyko dla przeciwnika poprzez sojusze. Gwarancja pewnej ceny w wąskim rozumieniu sił zbrojnych oznacza wysoką gotowość bojową czyli jednostki w pełni ukompletowane, dobrze wyposażone i wyszkolone. Jest to ważniejsze niż ich liczebność czy ogólna siła.. Szacunek, czy cena jest wysoka czy niska i czy warto ją zapłacić należy do przeciwnika. Do nas należy jej zagwarantowanie.

Wpływ na strukturę sił zbrojnych przy tak rozumianej strategii jest duży i wymaga odpowiedzi na pytanie o proporcje między składnikiem „ciężkim” i „lekkim” a także o integrację działania ze służbami cywilnymi oraz ratowniczymi państwa. Sprawność państwa i jego służb oraz ich odporność na chaos i dezorganizację mają takie samo znaczenie jak liczba brygad pancernych. Te same pytania odnoszą się do Marynarki Wojennej RP ale z góry można założyć, że wojenna rola floty będzie w czasie wojny pomocnicza i określona przez potrzeby działań na lądzie. Wówczas komponent „lekki” zyskuje na wadze. To, co się rzuca w oczy to brak Straży Przybrzeżnej. Nawet wzmocniona Straż Graniczna nie wypełni chyba luki pomiędzy „ciężkim” składnikiem Marynarki Wojennej, jeśli takowy zaistnieje a sobą samą. Budowa takiej formacji wraz z systemem rozpoznania jest chyba w zasięgu możliwości nawet przy realnie nikłych nakładach finansowych. Zwłaszcza, że możne tego dokonać małymi krokami w przeciwieństwie do części „ciężkiej” jak okręty podwodne czy duże okręty nawodne. Ich koszt jednostkowy będzie przez lata na celowniku księgowych planujących budżet. Już kiedyś na tym blogu padło zdanie, że musimy mieć marynarkę wojenną, która będzie miała rolę w systemie bezpieczeństwa państwa niezależnie od istnienia sojuszy lub nie. Jeśli będzie przydatna dla sojuszników to bardzo dobrze, ale nie może być odwrotnie, że posiadamy flotę użyteczną dla sojuszników ale bez swojej misji wobec ich braku. Jak zwykle decyzja należy do nas.

Jan 172019
 

Często się na zdarza, że nie rozumiemy decyzji polityków lub własnych szefów i odbieramy te decyzje jako absurd. Zwykle mają one uzasadnienie, ale na zupełnie innym poziomie abstrakcji dla nas rzadko dostępnym. Dlatego książkę wywiad z generałem Mirosławem Różańskim zatytułowaną Dlaczego przegramy wojnę z Rosją warto przeczytać ze szczególną uwagą i potraktować jako rzadką okazję do zajrzenia wgłąb wydarzeń przez dziurkę od klucza. Pana generała obowiązuje tajemnica więc trzeba zwrócić uwagę na między-wiersze, słowa klucze, niedopowiedzenia.

Pierwsze spostrzeżenie jest zaskakujące – dość sporo jest w tej książce o Morzu Bałtyckim, marynarce wojennej i roli Bałtyku w szerszej strategii. To niezwykle cenne, bo jak wielokrotnie na tym blogu powiedziano – w czasie wojny rola marynarki wojennej w naszym kontekście będzie w większości związana i zależna od planów walki na lądzie. W konsekwencji to generałowie a nie admirałowie nadadzą kształt flocie na czas wojny. Admirałom pozostaje wciąż poszukiwanie roli floty w szerzej pojętym pojęciu bezpieczeństwa państwa i taki wątek podskórnie również się w książce przewija.

Poniżej wybrane fragmenty z tekstu opatrzone komentarzem z podkreśleniami własnymi. Generał Różański zaczyna w pewnym momencie od sformułowania „wykurzamy” Amerykanów z Bałtyku. To już niesie informację, że oni tu są a więc nie mówimy o samotnej walce oraz, że dla przeciwnika jest istotne aby się ich z Bałtyku pozbyć. Dlaczego?

„Po pierwsze, zamykamy morską drogę ewakuacji dla wojsk amerykańskich, które już są w regionie. Po drugie, blokujemy szlak komunikacji. Ilość sprzętu potrzebna do działania Amerykanom jest tak duża, że bez transportu morskiego drogą morską nie będą w stanie operować na terenie Europy Wschodniej.”

Wytłuszczone słowa klucze dają nam pierwsze wskazówki co do potencjalnej roli marynarki wojennej w takim scenariuszu. Po pierwsze dla Rosjan jest ważne odizolować region od wsparcia z zewnątrz drogą morską. Konsekwentnie dla nas oznacza to cel negatywny czyli uniemożliwić przeciwnikowi taką blokadę. Po drugie i nic w tym odkrywczego, ruch może odbywać się w obu kierunkach a więc wsparcie zmierzające do teatru działań oraz ewakuacja z obszaru. Wzmianka, że bez drogi morskiej się nie obejdzie jest intrygująca i wprowadza nas w obszar „terra incognita” dla amatorów czyli w dziedzinę logistyki. Mamy szczęście bo pojawia się w tym samym czasie informacja o kontrakcie logistycznym na przerzut drogą morską sprzętu i zaopatrzenia dla związku taktycznego wielkości prawdopodobnie brygady.

Kontrakt między innymi wymaga w ciągu 45 dni zapewnienia zdolności do transportu pojazdów wyrażonej w długości linii załadowczej 5.000m oraz 1.000 jednostek TEU czyli kontenerów 20-stopowych. To dużo, czy mało? Zamieńmy to na transport kolejowy i w zależności od nośności wagonów i ich długości otrzymamy liczbę do 1.000 platform. Dla porównania w Polsce według Urzędu Transportu Kolejowego w 2017 roku było około 7.500 platform użytkowanych, z których tylko część nadaje się do przewozów intermodalnych. Dla wzmocnienia porównania wygląda na to, że PKP dysponuje około 60-70 platformami do przewozu pojazdów o wadze > 60 ton, czyli czołgów. Jeszcze inaczej – PKP Cargo reklamuje się na swojej stronie, że przewozi 400.000 kontenerów rocznie co znaczy że nasza brygada zajmie całkowite zdolności przewozowe na 1-2 dni. Teraz popatrzmy na mapę Polski – drogową i kolejową a raczej na plany budowy infrastruktury. Powyżej linii Poznań-Warszawa-Terespol mamy w zasadzie trzy linie kolejowe:

  • Szczecin – Gdańsk
  • Kostrzyń – Tczew
  • Kunowice – Poznań – Olsztyn z odnogami na Korsze (RUS) oraz Suwałki (LT)

Podobnie z drogami ekspresowymi gdzie istnieją lub są w budowie drogi Szczecin – Gdańsk, Szczecin – Bydgoszcz oraz Warszawa – Białystok z odnogą na Suwałki. Dość rzadka jest też sieć terminali intermodalnych we wspomnianym terenie za wyjątkiem oczywiście, portów. Wspomniane 1.000 platform to z kolei około 50 składów pociągów a więc na istniejącej infrastrukturze dość spore obciążenie. Dobrze, mówimy o jednej brygadzie, co dopiero o dywizji?

Inwestujemy w kierunek północ – południe, natomiast mamy jedną magistralę wschód – zachód w Polsce środkowej i jedną na południu. Żródło www.plk-sa.pl

Wracając na morze to powiedzmy ile statków/promów potrzeba do transportu wielkości zakontraktowanych. Kontenery to dość prosta sprawa – jeden feeder i jeden rejs wystarczy. Trudniejszy jest transport pojazdów. Niemniej dwa promy Polferries jak Cracovia i Mazovia wystarczą. Dla dopełnienia obrazu JHSV ma mniej więcej 600-700m linii załadowczej ale dużą prędkość czyli przykładowe dwie jednostki musiałyby „obrócić” cztery razy.
Komentarz o niezbędności transportu morskiego w operacji sojuszniczej staje się jasny. Ktoś może powiedzieć jak łatwo zatopić takie dwa czy trzy bezbronne statki ale równie łatwo jest zablokować dwie linie kolejowe już zatkane 50 składami na torach. Poza tym, nie muszą być całkiem bezbronne.

Szary będzie jeszcze brzydszy, ale ma być użyteczny a nie ładny. RO-PAX dla kompani wojska albo i więcej. Żródło www.rolls-royce.com

Skoro mówimy o liniach komunikacyjnych to każda taka linia ma swój początek i koniec, czyli porty. To kolejny temat rozmowy i kilka ciekawych uwag. W najszerszym kontekście porty to są elementy stałe na mapie czy na szachownicy i gen. Różański odpowiadając na prowokacyjne pytanie dziennikarza czy Bałtyk to takie morze bez znaczenia odpowiada:

„Mówiłem, że na Bałtyku nie doszło do żadnej znaczącej potyczki morskiej…Na Bałtyku gra się w kółko i krzyżyk. Kto zrobi pierwszy dobry ruch, ten dyktuje warunki”

W czasie ostatniej wojny światowej sprawę aktywności floty radzieckiej rozstrzygnęła ofensywa na lądzie i zajęcie baz morskich. Później gdy sytuacja się odwróciła, porty wybrzeża Bałtyku były jedyną drogą ewakuacji dla ponad miliona niemieckich żołnierzy i uchodźców. I to w sytuacji radzieckiej przewagi w powietrzu. Wzajemna topologia baz morskich oraz dostępu do morza jest przedmiotem badań teoretycznych jak w przypadku prac Milana Vego a w przeszłości artykułów i poglądów niemieckiego admirała Wolfganga Wegenera. Teraz NATO i Rosja próbują na tym samym terenie grać w kółko i krzyżyk. Zasięg współczesnej broni umożliwia taki sposób widzenia wojny na Bałtyku czy raczej wokół Bałtyku, jakkolwiek brak rozpoznania satelitarnego znacznie ograniczenia nasze możliwości w tym względzie. Jak podkreśla generał Różański, Rosjanie w przeciwieństwie do nas mają system zabezpieczenia portów. Kryl był ale się zbył. Problem ochrony portów rozciąga się szerzej na śledzenie tego, co się dzieje pod wodą:

„Właściwie nie jesteśmy w stanie powiedzieć, co się tam (pod wodą i w portach) dzieje. Sporadycznie penetrujemy ten obszar za pomocą okrętów podwodnych.”

Pytanie czy okręty podwodne to najbardziej efektywny i ekonomiczny sposób do „penetrowania” przestrzeni pod wodą w bliskim nam obszarze i czy Orka w takim razie musi mieć rakiety manewrujące. To zadania raczej sprzeczne. Wychodząc na powierzchnie i dalej na brzeg mamy w książce wzmiankę o oczywistej konieczności posiadania obrony przeciwlotniczej. W domyśle baz morskich też i taki był zamysł Planu Modernizacji z 2013 roku.

Cały „morski” wątek nieprzypadkowo znalazł się w rozdziale „Zamęt” i jest to słowo klucz w tej książce. Scenariusz konfliktu oraz jego części morskiej opiera się na hipotezie starej miny postawionej nieprzypadkowo na trasie tankowca, której eksplozja doprowadza do katastrofy ekologicznej. Ponownie uwypuklenia tekstu nie są przypadkowe. Mamy bowiem ciąg słów mina – katastrofa ekologiczna – zamęt dająca wyraźne wskazówki z czym możemy mieć do czynienia w pierwszym rzędzie i w konsekwencji jakie instytucje bedą zaangażowane oraz jakie zdolności powinny posiadać. Generał Różański ani nie tworzy tego scenariusza tylko pozwala na jego rozwiniecie przez swojego rozmówcę, ani mu nie zaprzecza. Jednocześnie nie próbuje naprowadzić dyskusji no bardziej kinetyczny scenariusz co mogłoby wskazywać na jego większe prawdopodobieństwo. Po prostu pokazuje jak taka sytuacja obnaża nasze słabości systemowe i wystawia na cios „miękkie podbrzusze”. To określenie świetnie pasuje do naszych wód przybrzeżnych czy też wyłączności ekonomicznej.

Właściwie to już mamy zarys szansy rozwoju dla Marynarki Wojennej tylko chyba przeoczony albo zignorowany. Podpisany kontrakt realizuje pewnie nasze zobowiązania wobec NATO oraz zaspakaja część potrzeb logistycznych i nie jest ważne czy te zdolności będą używane do ekspedycji sił narodowych czy do transportu wsparcia w naszym regionie czy też do ewakuacji. Wychodząc z tego punktu widzenia Marlin jako środek transportu wraz z ochroną portów i rozwiniętym systemem rozpoznania staje się punktem wyjścia. Okręt transportowo-logistyczny jak niegdyś proponowane UTL czy WOWOSZ oferuje tylko ułamek niezbędnych zdolności przerzutu sprzętu wojska i zaopatrzenia ale w czasie znacznie krótszym niż 45 dni i bez ograniczeń wynikających z umowy cywilno-prawnej. Jest to także zadanie o wiele łatwiejsze do realizacji dla naszych stoczni. Marlin załadowany wzmocnioną kompanią w pełni wyposażoną w drodze do celu zdefiniowanego przez Sztab jest argumentem prawdopodobnie bardziej przemawiającym na rzecz eskorty niż misje dyplomatyczne fregat. Nie zapominajmy, że to MON jest płatnikiem a nie BBN.

Temat fregat jest zresztą poruszony i też w charakterystyczny sposób. Generał Różański nie zaczyna tego wątku w ogóle a sprowokowany pytaniami dziennikarza kwituje sprawę enigmatycznym stwierdzeniem o braku „specjalnego entuzjazmu” wśród marynarzy. Temat można rozwijać i doszukiwać się wielu interpretacji, ale bezpiecznym jest stwierdzić, że opinie na temat fregat są podzielone. Co ciekawe, brak kategorycznego odrzucenia idei fregat ze strony Pana Generała oznaczać może, że generalicja dała szansę na otwartą propozycję nie mając jednocześnie przekonania do idei. Jeśli tak jest, to po co walić uparcie głową w mur. W końcu sam były Dowódca Generalny daje nam odrobinę wglądu jakiego wsparcia armia i państwo potrzebowałyby ze strony marynarki wojennej. Dodajmy już modernizowane siły przeciwminowe, wzmocnienie Straży Granicznej, dalszą integrację C2 i nasze podbrzusze zaczyna być umięśnione.

Dec 152018
 

Dzisiaj ponownie gościnnie na łamach blogu Przemek Ziemacki prezentuje swój głos w dyskusji o Marynarce Wojennej RP. Na pierwszy rzut oka tekst z gatunku “fantasy fleet” jednak wbrew pozorom tak do końca nie jest. Takie idee już pojawiały się wcześniej, choć kończyło się na eksperymentach czy prototypach.  W chwili, gdy dyskusje na temat fregat sięgają zenitu temperatury i stanowiska nabierają ostrości, być może zbyt dużej, odpocznijmy i oderwijmy nasze myśli od głównego nurtu dyskusji i popatrzmy jak innowacja może przynieść niespodziewane alternatywy. Zapraszam do lektury.

Czasem, gdy świat jest szalony, jedyną rozsądną reakcją bywa szaleństwo.
(Z archiwum X, odcinek 7, sezon 3)

Trudno nie nabrać przekonania, że świat – a przynajmniej jego malutki skrawek – jest szalony, patrząc się na to, co dzieje się z Marynarką Wojenną RP. Orka, której najwyraźniej nigdy nie będzie, w propagandzie rządowej odstrasza potęgę atomową konwencjonalnymi rakietami, a mający wybawiać ją z opresji Ratownik, który całkiem możliwe, że z czasem powstanie, ma kosztować więcej niż pół duńskiej fregaty. To zaledwie parę kropli z wydającego się nie mieć dna basenu trudnych do zaakceptowania programów i koncepcji, w którym od lat tonie powoli nasza MW. Wszelkie propozycje wyjścia z tej kłopotliwej sytuacji, czy to prezentowane na tym blogu, czy w artykule Andrzeja Makowskiego w jednym z niedawnych numerów MSiO, czy też wyrażane ustami Macieja Janiaka, choćby w wywiadzie udzielonym temu samemu periodykowi już ładnych kilka lat temu, nie znajdują odbiorcy po stronie decydenta, ponieważ opierają się one na założeniu zachowania racjonalnego myślenia w obszarze zderzenia chęci z możliwościami i z rzeczywistymi potrzebami dnia dzisiejszego. Wobec takiego stanu rzeczy, w ramach złapania oddechu, może warto wziąć sobie do serca słowa agenta Muldera i… zaszaleć?
Podczas dyskusji o sprawach wojennomorskich charakter Morza Bałtyckiego jest zwykle przedstawiany w kontekście poważnych ograniczeń, jakie stawia okrętom podwodnym. Nic dziwnego. Średnia głębokość Bałtyku wynosi około 52 m, od Helu po Świnoujście, nie tylko w pasie polskich wód terytorialnych, ale także większej części EEZ, głębokość nie przekracza 30 m, podczas gdy bezpieczną głębokość akwenu dla OP w zanurzeniu liczy się od 40 m w górę. Dla programu Orka to istotnie duży problem. Żeby wystrzelić rakiety manewrujące, nie licząc kawałka Głębi Gdańskiej, musi ona operować z EEZ innych państw. Co gorsza, nie może liczyć na powrót w zanurzeniu do bazy poza Zatoką Gdańską, a ta jest operacyjnie wątpliwa z uwagi na bliskość bazy potencjalnego agresora. Gdy jednak porzuci się punkt widzenia Orki, naturalną koleją rzeczy jest dostrzeżenie, że niedostępność rozległych wód naszego wybrzeża dla własnych OP, oznacza jednocześnie ich niedostępność dla OP wroga i to być może właśnie takie podejście do sprawy powinno determinować nasze myślenie o rozwoju MW w zakresie jej aktywności na Bałtyku.
Środowisko płycizn stwarza możliwości operowania okrętami nawodnymi, półzanurzalnymi, minami i miniaturowymi okrętami podwodnymi. Silna ekspozycja okrętów nawodnych na rakiety przeciwokrętowe potencjalnego agresora czynią dla nich Bałtyk południowy akwenem wysokiego ryzyka. Od wielu lat toczy się dyskusja o wyższości kutrów i korwet nad fregatami i niszczycielami na morzach pokroju Bałtyku, jednak wspomniany fragment tego morza, i dla jednych, i dla drugich, nie jest miejscem optymalnym do długotrwałego przebywania w czasie konfliktu zbrojnego. Ulokowanie na nich rakiet powierzchnia – powierzchnia stwarza zatem przeciwnikowi możliwość stosunkowo łatwego wyeliminowania ich z pola walki przed odpaleniem.
Sytuacja zmienia się diametralnie wraz z zejściem pod wodę, nawet jedynie częściowym. Rozpatrzmy zatem przypadek bezzałogowego okrętu półzanurzalnego jako nosiciela rakiet do uderzeń na cele powierzchniowe (nadajmy mu kryptonim Little Avenger). Dlaczego bezzałogowego? Powody są oczywiste: brak zagrożenia utratą załogi, upowszechnienie się technologii bezzałogowej i postęp w tej dziedzinie w ostatnich latach, miniaturyzacja platformy. Największe obiekcje w krajach Zachodu budzi konstruowanie dronów autonomicznych w zakresie użycia uzbrojenia. W tym przypadku jednak nie ma o tym mowy. Little Avenger byłby autonomiczny w zakresie manewrowania po zadanym akwenie w oparciu o radiolatarnie brzegowe i inne środki nawigacyjne, natomiast użycie jego jedynego uzbrojenia – rakiet – mogłoby się odbywać tylko na komendę z zewnątrz.
W morzu kadłub w kształcie zbliżonym do kropli wraz z większą częścią takiego bezzałogowca znajdowałby się na stałe w zanurzeniu na głębokości około 10 m, natomiast nad powierzchnią pozostawałyby jedynie czerpak powietrza do silnika spalinowego oraz anteny do łączności i nawigacji. Przenoszenie rakiet odbywałoby się w komorach zawierających wyrzutnie torpedowe (rakiety w wersji do użycia z OP), umiejscowionych symetrycznie po obu stronach kadłuba. Taktyka użycia Little Avenger opierałaby się na patrolu licznego zespołu bezzałogowców po zadanym możliwie najbardziej rozległym akwenie płycizn, zlokalizowanym blisko własnej linii brzegowej. Szczególnie odcinek wybrzeża Ustka – Świnoujście wydaje się atrakcyjny pod tym względem. Prędkość wymagana byłaby jedynie do zmiany położenia, aby Little Avenger nie był obiektem stacjonarnym, zatem może być śladowa, co w praktyce oznacza 2 – 3 w. Po uwzględnieniu prądów morskich i innych ruchów wody przekłada się to na długotrwałą prędkość maksymalną rzędu 7 w. Tak niskie parametry powinny być dopuszczalne, aby optymalizować konstrukcję pod kątem długiej autonomiczności działania, co najmniej 30 dni, przy zachowaniu tak małych rozmiarów jak to możliwe.
Na etapie koncepcji prezentowanie szczegółów rozwiązania napędu wydaje się przedwczesne. Ważne, aby napęd był dobierany pod kątem kosztów produkcji oraz ekonomiczności i niezawodności w czasie eksploatacji. Potencjał bojowy Little Avengerów leży nie tylko w specyficznym środowisku operowania, ale także w stosunkowo dużej liczebności dronów, co w realiach skarbu państwa potencjalnych odbiorców wymusza niski koszt platformy. Postępy w pracach nad bateriami litowo-jonowymi czy napędami niezależnymi od powietrza należałoby zatem brać pod uwagę w fazie projektowania tego mini-okrętu, pamiętając jednak, że u jego podstaw leżą prostota konstrukcji oraz niska cena jednostkowa i to ostatecznie zgodność z tymi założeniami będzie musiała zaważyć na wyborze rozwiązań układu napędowego.
Na stan dzisiejszy nie ma środka mogącego bezpośrednio razić Little Avenger. Płycizny są poza zasięgiem OP, nie istnieją rakiety do niszczenia okrętów półzanurzalnych na podobieństwo SSM. Do tego, fragmenty nawodne Little Avengera są tak niewielkie, że działając w pobliżu linii brzegowej stają się skrajnie trudne do wykrycia z rejonów poza zasięgiem brzegowej obrony plot. Silne rozproszenie bezzałogowców w pasie płycizn sprawiałoby, że nawet użycie z sukcesem pojedynczej taktycznej głowicy jądrowej nie gwarantowałoby wyeliminowania całego zespołu. Potencjalne zagrożenia mogłyby nadejść także spod wody w postaci uprzedzającego zaminowania płycizn bądź użycia miniaturowych okrętów podwodnych z płetwonurkami-dywersantami. W tym pierwszym przypadku środkami zaradczymi mogą być sprawdzenie akwenu patrolowania przez technikę do wykrywania min morskich oraz wykonanie Little Avengerów z tworzywa sztucznego. W drugim, stały dozór akwenu patrolowania przez okręty walki minowej. Po raz kolejny warto wrócić do prezentowanej na tym blogu koncepcji Kaszuba II, okrętu zwalczania zagrożeń spod wody (MCM + ASW), wyposażonego w artylerię średniego kalibru oraz środki biernej i czynnej samoobrony przeciwrakietowej. Zadania AAW średniego i dalekiego zasięgu należałoby realizować w oparciu o baterie brzegowe i lotnictwo myśliwskie. Jak w przypadku każdego systemu polegającego na zdalnym sterowaniu, tak i tutaj istotnym zagrożeniem pozostaje użycie przez przeciwnika środków WRE, co jednak w tak dużej bliskości własnego brzegu powinno być trudnym zadaniem. Warunkiem efektywności Little Avengerów jest zdefiniowanie dla nich akwenu patrolowego na płyciznach własnej strefy A2/AD.
Pozostaje w tym miejscu zapytać o rolę, jaką Little Avenger pełniłby w MW, a szerzej – w koncepcji bezpieczeństwa państwa. Wbrew chwytliwemu tytułowi i kryptonimowi, nie mogłoby to być w naszych warunkach odstraszanie strategiczne. Natomiast może on być kandydatem na efektywne narzędzie szczebla taktycznego integrujące pracę MW z innymi rodzajami sił zbrojnych. Niski koszt nosiciela względem efektora pozwala lepiej osadzić w polskich realiach zakup rakiet manewrujących Tomahawk lub ich francuskiego odpowiednika.
Czy program Little Avenger jest kompletnym szaleństwem, któremu co najwyżej można poświęcić jeden mało poważny artykuł na blogu, czy też fantastyką oscylującą gdzieś blisko granicy realizacji, pozostawiam kwestią otwartą i – mam nadzieję – zachęcającą do dyskusji w komentarzach. Być może jednak o wiele ważniejsze od pomysłu jako takiego jest to, jakiego rodzaju koncepcję rozwoju wytycza on dla krajowego przemysłu zbrojeniowego.
Mówi się, że w większości biznesów są trzy sposoby na sukces: być pierwszym, być mądrzejszym albo oszukiwać. To ostatnie nie przystoi dżentelmenom. Bycie mądrzejszym w przypadku zbrojeniówki może się wiązać z potężnymi barierami technologicznymi. Zdecydowanie najłatwiej jest zatem być pierwszym. Rynek wojskowych dronów nadal jest rynkiem w początkowej fazie rozwoju, szczególnie dotyczy to dronów-okrętów. Tworzenie tego rodzaju techniki wojskowej dla własnej MW i jednoczesne poszukiwanie dla niej zagranicznych rynków zbytu wydaje się znacznie lepszą strategią dla polskich stoczni, biur konstrukcyjnych i całego ciągu zakładów przemysłu zbrojeniowego niż brnięcie w nieekonomiczne powielanie w kraju na siłę rozwiązań dopracowanych już dawno do perfekcji na Zachodzie, czego bardzo dobrym przykładem jest program armaty uniwersalnej 35 mm Tryton. Dla państwa nieposiadającego dużej armii bardziej optymalną drogą jest znajdowanie nisz niż utrzymywanie całych linii produkcyjnych do wytwarzania pojedynczych egzemplarzy. Świetnym przykładem sukcesu w niszy jest szwedzka łódź CB90H, konstrukcja rozwinięta w skromnej stoczni, w małym miasteczku, w cichym zakamarku Zatoki Botnickiej, ale odnosząca sukcesy na całym świecie. Little Avenger mógłby liczyć na zainteresowanie państw, chcących zapewnić sobie stosunkowo tanią realizację strategii A2/AD bądź trudną do eliminacji i ekonomiczną platformę dla rakiet manewrujących do uderzeń na cele lądowe, która nie koliduje z traktatem INF.
Tutaj koło się zamyka. Szaleństwo miało być odskocznią, ale i ono sprowadziło sprawy na ziemię, czyli do wymogu racjonalnego i powszechnie zrozumiałego postępowania decydentów, bez którego szukanie nisz dla krajowej zbrojeniówki nie ma większych szans powodzenia.
Zaproponowana taktyka użycia Little Avenger łączy w sobie rozproszenie i ekonomiczność typowe dla kutrów torpedowych z czasów WWII z permanentną gotowością znaną z SSBN, a także modną aktualnie projekcją siły z morza na ląd w wydaniu stand off. Wisienką na torcie jest natomiast zamiana czegoś, co jest tak często postrzegane jako największa niedogodność naszych wód, w ich największy atut. Płycizny…

Nov 172018
 

W poprzednim wpisie mogliśmy spojrzeć jak nasza marynarka wojenna prezentuje się w szeregu flot bałtyckich. Dzisiaj propozycja co moglibyśmy robić w coraz trudniejszych warunkach budżetowych aby nie odstawać i równać do szeregu flot naszych sąsiadów. Poniżej szerszy opis trzech luk wspomnianych ostatnio a więc siły patrolowe, nawodne oraz zwalczania zagrożeń podwodnych. Uprzedzając, w zasadzie nic bardzo nowego się nie pojawia co może świadczyć o tym, że rezultat końcowy w dużej mierze zależy od przyjętych założeń i jeżeli nie popełnia się błędu grubego założenia w połączeniu z przyjętą metodą dają podobny wynik. Tak więc należałoby dyskutować o założeniach a nie konkretnym rozwiązaniu problemu. Można przyjąć całkowicie błędny punkt wyjściowy ale może się zdarzyć, że wychodzimy z właściwych przesłanek, ale inercja systemu lub wewnętrzne różnice postrzegania problemu nie pozwalają ich przyjąć za podstawę działania. Tyle gwoli wstępu.

Patrolowanie

W krajach z nami sąsiadującymi patrolowanie jest realizowane z użyciem różnych instytucji. Podjęcie dobrej decyzji co do rozwiązania kwestii patrolowania wymaga więc z jednej strony właściwie zorganizowanej współpracy czy integracji tych instytucji a z drugiej lepszego zrozumienia szczególnych cech czy zadań. Straż przybrzeżna czy też straż graniczna ma za zadanie utrzymanie porządku prawnego a użycie siły jest ostatecznością. Patroluje w celach prewencyjnych oraz ze względu na konieczność obecności w miejscu popełnienia wykroczenia czy przestępstwa. Natomiast marynarka wojenna prowadzi rozpoznanie by tworzyć obraz sytuacji oraz zidentyfikowane zagrożenia zniszczyć w razie konieczności. Patrolowanie jest jedną z form prowadzenia rozpoznania i bynajmniej nie jedyną, ma jednak zaletę obecności na miejscu a więc szybkości reakcji. Obie formacje czy instytucje państwowe mają w sumie dość rozdzielne obszary działania i patrolowanie jest jednym z nielicznych punktów wspólnych. Informacja zdobyta przez straż graniczną jako efekt uboczny prewencyjnego patrolowania ma sporą wartość dla marynarki wojennej a marynarka wojenna jest jedyną instytucją dającą realną szansę na wsparcie w sytuacji ataku grup czy organizacji pozapaństwowych z użyciem siły przekraczającej zdolność samoobrony Straży Granicznej.

Przypadkowy Ślązak i dwa Kapry zaadoptowane do nowej roli nie powinny być modelem docelowym. Morski Oddział Straży Granicznej zasługuje na conajmniej dwie jednostki klasy Inshore Patrol Vessel z prawdziwego zdarzenia, by wzmocnić swą obecność w strefie EEZ oraz rozszerzyć możliwości działania w gorszych warunkach pogodowych. Bardzo wskazane byłoby nabycie jednej jednostki klasy Offshore Patrol Vessel do operacji międzynarodowych, co politykom dałoby użyteczne narzędzie do zademonstrowania Polski jako aktywnego członka społeczności europejskiej czy też szerzej. Konsekwencją oczywistą jest podział budżetu między ministerstwami, bo z pustego i Salomon nie naleje. Taki ruch musi wywołać burzę i ogromny opór, dlatego ważne jest by skupić się na realnych projektach dających każdej stronie poczucie postępu i rozwoju.

Znacznie trudniejszym tematem jest zaproponowanie sensownego rozwiązania dla marynarki wojennej. Wybór zależy w dużej mierze od przyjętych kryteriów czy tak zwanych wskaźników jakości dla procesów optymalizacyjnych. Z góry trzeba uprzedzić o przeszkodzie, na którą natknęli się Amerykanie wiele lat temu. Brak rakiet przeciwokrętowych dalekiego zasięgu był między innymi konsekwencją braku odpowiednio dokładnego rozpoznania na dużych odległościach. Ponieważ było do dyspozycji lotnictwo pokładowe, Tomahawki zostały zamienione na rakiety do zwalczania celów lądowych. Przed takim samym wyzwaniem teraz my stoimy nie posiadając ani wystarczających środków finansowych ani dostępu do wielu technologii. Radary OTH byłyby może pomocne, ale są bardzo wrażliwe na atak a znajdowałyby się w strefie rażenia, więc kluczem jest skuteczna obrona powietrzna kraju. Współpraca z sąsiadami jest niezwykle cenna tak długo jak będą chcieli czy mogli się z nami dzielić poufnymi danymi. Zostają być może satelity, chociaż stacje kontroli naziemnej też są łakomym kąskiem dla rakiet manewrujących. Ogólnie ujmując, łatwiej nam tworzyć sieć rozpoznania coraz gęstszą wraz ze zmniejszającym się dystansem.

Plus – na lądzie, minus – oczywisty cel. Foto www.wikipedia.com

Główną cechą rozpoznania powinna być skuteczność a zaraz za nią odporność na działania przeciwnika jak zakłócanie czy próba zniszczenia. Ponadto rozpoznanie swoim zasięgiem powinno obejmować conajmniej strefę EEZ oraz być porównywalne z zasięgiem broni ofensywnej marynarki wojennej. Jeśli odporność ma polegać na mnogości urządzeń i łatwości ich zastąpienia to mogą być bezbronne ale jednocześnie muszą być tanie i łatwe do produkcji, nabycia lub zmagazynowane wcześniej. Niech za przykład posłuży pława hydroakustyczna, z natury jednorazowego użytku. Jeśli zaś odporność polegać ma na aktywnej obronie to szybko wzrosną wymagania odnośnie platformy – jej wielkości, zasięgu sensorów czy odporności biernej. Każdy element systemu rozpoznania będzie miał swoją wartość – taktyczną i finansową. Rodzi się pytanie na ile przeciwnik będzie chciał daną platformę zniszczyć i jakimi środkami oraz odwrotnie, jak bardzo chcemy jej bronić i w jaki sposób? Punktem wyjścia powinna być waga taktyczna i przyjęcie typowego zagrożenia dla danej platformy. Dalej prowadzą dwie przeciwstawne drogi. Pierwsza zakłada możliwość straty i dąży do minimalizacji kosztów i strat ludzkich. Na końcu tej ścieżki będą systemy autonomiczne w miarę możliwości niedrogie. Druga droga dąży do zabezpieczenia okrętu czy samolotu przed atakiem. Tylko jaka obrona jest wystarczająca i gdzie jest koniec tej ścieżki? Dodanie systemów obrony nie zwiększa wartości taktycznej platformy rozpoznawczej wyznaczanej przez jej sensory ale finansową już tak i to znacząco. W którymś punkcie musimy się zatrzymać, chociaż w oczywisty sposób nasza platforma rozpoznawcza przeobraża się w okręt wojenny i to o sporych możliwościach.

Im mniejsza platforma tym trudniejszy wybór zestawu sensorów. Powinniśmy monitorować sytuację pod wodą, na powierzchni morza, w spektrum elektromagnetycznym, cyberprzestrzeni i w powietrzu. Mniej więcej w tej kolejności. To nie znaczy, że to co się dzieje w powietrzu jest mniej istotne, wręcz przeciwnie – to oznacza, że nikt marynarki wojennej nie wyręczy w zwalczaniu zagrożeń pod wodą natomiast dozór powietrzny to teoretycznie domena sił powietrznych i obrony powietrznej kraju. Szukajmy synergii unikając duplikacji. Im większa platforma tym słabsze są ograniczenia i dylemat doboru sensorów, rośnie zaś koszt i konieczność zapewnienia obrony. Od rodzaju i wielości platformy a więc zasięgu i mnogości sensorów zależy również geograficzny zakres stosowalności proponowanego systemu rozpoznania. Czy jest na stałe związany z naszym wybrzeżem czy z platformą niezależną od niego, czy może być mobilny/przemieszczalny i szerzej stosowany na wybrzeżu Bałtyku a może uniwersalnie poza nim?

Biorąc odporność systemu za podstawowe kryterium decyzyjne najbardziej interesująca jest kombinacja dwóch skrajnych opcji – obrony aktywnej najlepszej możliwej w połączeniu z obroną przez rozproszenie. Mowa więc o okrętach wojennych i niewielkich systemach bezzałogowych bazujących na lądzie czy poszerzających horyzont okrętów wojennych lub patrolowych. Rezygnujemy z platform efektywnych w rozpoznaniu ale o ograniczonych zdolnościach do obrony jak samoloty patrolowe, co stoi w opozycji do tradycyjnego sposobu myślenia. Proponowane platformy bezzałogowe powinny być, zwłaszcza w początkowym okresie, zdalnie sterowane bądź z ograniczoną kilkuosobową załogą polegającą na wysokim stopniu automatyzacji jako wstępu do pełnej autonomiczności. Polska uczestniczy w programie NATO dla bezzałogowych platform do zwalczania okrętów podwodnych ale na rezultat trzeba poczekać. Wciąż pozostanie do pokonania bariera prawnych regulacji poruszania się takich pojazdów w przestrzeni publicznej a już z pewnością uzbrojonych. Takie ograniczenia pewnie będą bladły w przypadku wojny, będącej w swej istocie zaprzeczeniem porządku prawnego, ale do momentu jej wybuchu pozostajemy związani regulacjami prawnymi i opinią publiczną.

Zacznijmy od monitorowania wód terytorialnych i strefy wyłączności ekonomicznej z użyciem niewielkich dronów jako podstawy. HMS Magpie to jeden z najnowszych nabytków brytyjskiej Royal Navy:

The RN expects Magpie to be able to maintain 20 knots in a Sea State Four with waves up to 2½ metres high.

Jest to konstrukcja oparta o projekt Wildcat-60 czyli większego brata Wildcat-40 służącego w marynarce Wojennej RP w roli motorówek hydrograficznych. Konstrukcja jest przy okazji certyfikowana przez Polski Rejestr Statków. Wyposażenie zakładane jest dość minimalistyczne i składa się z sonaru TRAPS zakupionego niedawno przez Royal Canadian Navy prawdopodobnie dla swoich okrętów przybrzeżnych typu Kingston. Dodać trzeba system łączności czy transmisji danych. Alternatywnie podstawa dla modułu zwalczania min Kijanka, trochę chyba zapomnianego. Wyskoki poziom automatyzacji oraz 3-osobowa załoga byłaby stopniem pośrednim do pełnej autonomiczności a zarazem gwarantem kontroli nad jednostką. Wszystko na granicy możliwości tak małej jednostki, więc być może trzeba znaleźć coś większego, ale idea minimalizmu jest jasna.

Do śledzenia powierzchni morza mamy do wyboru paletę niewielkich dronów ale ponownie sięgając do rozwiązań już stosowanych w Polsce zaproponujmy nowszą wersję ScanEagle czyli RQ-21 Blackjack. Wyposażenie modułowe złożone z Nano-SAR, głowicy E/O jak ViDAR lub prostego odbiornika ESM. Pojazd może być kontrolowany ze stacji naziemnej na maksymalnej odległości 90km co wystarcza do monitorowania naszych wód przybrzeżnych i wyłączności ekonomicznej. Alternatywnie stację kontroli umieszczamy na dowolnym okręcie co zwiększa zasięg i pewnym stopniu uniezależnia od instalacji naziemnych. Zasięg sensorów jest w tym wypadku mały stąd potrzeba kilku systemów przypisanych przykładowo do obu flotylli okrętów oraz MOSG wraz z jego jednostkami pływającymi.

Miniaturyzacja czyni cuda. Foto www.imsar.com

Ilość platform zależy oczywiście od powierzchni monitorowanej, zasięgu sensorów i czasu lub ciągłości śledzenia. Z drugiej strony mniej więcej wiadomo, jakie obszary są dla nas (i przeciwników) bardziej interesujące od innych co naturalnie przyciąga uwagę. Związane to jest z głębokością wód, trasą szlaków żeglugowych lub możliwymi obszarami desantu czy dywersji związanej z obiektami na lądzie. Przy tej okazji jest powód by powrócić do kwestii styku Straży Granicznej i Marynarki Wojennej RP. Wcześniej na blogu padła propozycja zakupu łodzi patrolowych podobnych do Mk VI czy Super Dvora III. Taki nabytek odgrywałby dobrze conajmniej trzy role:

  • Osłona nawodnych platform rozpoznania (obecnie bezbronnych) przed atakami asymetrycznymi
  • Wsparcie MOSG w sytuacjach większego zagrożenia i konieczności użycia broni większej niż ręczna. Łodzie są szybsze niż nasze Kapry i lepiej się sprawują na fali niż RHIB-y
  • Dają dodatkowe możliwości patrolowe na podejściach do głównych portów

Zasięg 200km związany z możliwościami broni ofensywnej Marynarki Wojennej RP wymaga większego ładunku użytecznego i zasięgu niż posiada RQ-21 Blackjack. Idąc śladem minimalizacji S-100 Camcopter jest już certyfikowany do działania nad morzem i pozwala na rekonesans na dystansie porównywalnym z zasięgiem NSM. Camcopter ma różne wersje pakietów sensorów ale wśród nich ciekawym z naszego punktu widzenia jest I-Mast Thalesa o zasięgu 56 nm. Trzy zestawy dla obu baterii Morskiej jednostki Rakietowej i Ślązaka byłyby dobrym początkiem dla identyfikacji podejrzanych celów lub oszacowania skutków przeprowadzonego ataku. Koszt zestawu pięciu RQ-21 jest podobnego rzędu jak dwóch S-100.

Osobnym tematem wykraczającym daleko poza temat patrolowania jest rozpoznanie prowadzone przez środki na poziomie narodowym jak satelity. Systemem mało dokładnym ale funkcjonującym jako wczesne ostrzeganie jest OTH czyli radar pozahoryzontalny. Stacja umieszczona na lądzie o zasięgu 200-300km byłaby interesującym uzupełnieniem całości narodowego systemu wczesnego ostrzegania. Ciekawe, na ile można by dokonywać fuzji informacji uzyskanej z podobnego radaru zainstalowanego na Bornholmie? Wówczas nasze drony lub okręty miałyby jasne wskazanie gdzie szukać celu do identyfikacji po odfiltrowaniu wszystkich innych obiektów o znanej tożsamości dzięki cywilnym systemom.

Przysłowiową drugą nogą wybraną na początku są okręty wojenne lub samoloty bojowe. Lotnictwo skwitujmy na razie prostym stwierdzeniem, że potrzebne są zasobniki rozpoznawcze dla samolotów ale sprawa dotyczy Sił Powietrznych więc czynimy unik i kończymy wątek. Okręty wojenne wykorzystywane do patrolowania zrekompensują istotny mankament małych dronów, czyli braku możliwości działania na podstawie zdobytej informacji, czytaj – ataku na cele wykryte i zidentyfikowane zarówno na powierzchni wody jak i pod nią. Tylko ile czasu mogą okręty wojenne na to patrolowanie poświęcić, bo nie jest to ich rola podstawowa.

Walka z zagrożeniem spod wody

Kolejną luką do wypełnienia w naszych siłach morskich jest ochrona obszaru i/lub szlaków żeglugowych przed zagrożeniem spod wody. Rozwój technologii rozszerza dość szybko zakres zagrożeń podwodnych i powoli rysują się trzy grupy. Systemy rozpoznania jak UUV lub instalacje na dnie morskim, systemy skrytego minowania i niszczenia min oraz tradycyjne zagrożenie okrętami podwodnymi. Doktryna Rosji kładzie większy nacisk na rozpoznanie i zwalczanie systemów rozpoznania niż na tradycyjne zwalczanie żeglugi czy okrętów za pomocą klasycznych okrętów podwodnych a wojna minowa staje się naszą specjalizacją. To powinno wyznaczać priorytety dla nas pozostawiając zwalczanie klasycznych okrętów podwodnych jako opcję ważną, ale w drugiej kolejności. Jeżeli będziemy mogli wykorzystać synergię, świetnie, jeśli nie – stoimy przed trudną wyborem i twardą decyzją.

Jeśli w dalszym ciągu trzymać się konsekwentnie kryterium odporności systemu na atak lub zakłócenia to w połączeniu z połączeniu z poprzednim wyborem okrętów wojennych do celów rozpoznania drogi się znów rozchodzą. Przy zadanej wartości taktycznej a więc zdolności do rozpoznania i sile ofensywnej albo minimalizujemy koszt jednostkowy zakładając straty co prowadzi do lekkich i licznych okrętów nawodnych jak korweta i to raczej z dolnej półki lub odwrotnie maksymalizujemy efektywność obrony co prowadzi do okrętów większych klasy fregata. Obecnie posiadamy niszczyciele min, które jednak nie spełniają warunku odporności a więc ich naturalna ewolucja w kierunku systemów samoobrony czy ofensywnych do zwalczania zagrożeń innych niż miny prowadzi do niedużej korwety.

Odnośnie zwalczania klasycznego zagrożenia ze strony okrętów podwodnych to doświadczenia obu wielkich wojen światowych dały odpowiedź na pytanie czy lepiej chronić przed okrętami podwodnymi szlaki żeglugowe (czyli obszar) czy też raczej bezpośrednio statki, co prowadzi do formowania konwojów. Wynik debaty był zwycięski dla konwojów i ich eskorty. W naszym specyficznym przypadku dochodzi jeszcze kwestia gdzie te konwoje mamy ewentualnie eskortować. Co innego Bałtyk a co innego Północny Atlantyk. Dalsze rozróżnienie dotyczy pytania czy mówimy o eskorcie transportów wojskowych jak wsparcie dla Republik Bałtyckich czy też o wojnie ekonomicznej i ochronie żeglugi. Mamy do czynienia z trzema głównymi strumieniami towarów i ludzi – do Szczecina/Świnoujścia, do Gdyni/Gdańska oraz żeglugę promową do Szwecji. Częścią wspólną pomiędzy handlem a wsparciem militarnym jest trasa od Cieśnin Duńskich lub Kanału Kilońskiego do Gdyni/Gdańska lub dalej. To wyznacza chyba górną granicę naszych ambicji z jednym warunkiem i jednym wyjątkiem. Warunek jest taki, że NATO zdecyduje się na morską drogę wsparcia a nie lądową co już w sobie ma głębsze założenie wspólnego działania w ramach NATO. Natomiast wyjątek to wybór fregat do realizacji celu gdyż fregaty są oceanicznymi okrętami eskortowymi i mogą wyjść poza Bałtyk w ramach zespołów NATO. Fregaty byłyby rozwiązaniem bardzo elastycznym czy wszechstronny tylko na ile w głowach naszych polityków opanowanych przez ideę realpolitik Mahan przegrywa z dziedzictwem McKindera? Eurazja czy Heartland nie potrzebuje w zasadzie floty bo według tych teorii mega-kontynent jest samowystarczalny. Jak słusznie wspomniał w którymś z wywiadów Pan Poseł Jach jest to kwestia ambicji państwa tylko nie wiemy gdzie te ambicje są ulokowane lub też czy są właściwie ulokowane.

Innym skutecznym środkiem obrony przed okrętami podwodnymi są własne okręty podwodne. Ze względu na poziom kosztów ponownie stoimy przed trudną decyzją na ile zagrożenie z tej strony jest istotne. W takim wypadku jednak rakiety manewrujące odpalane spod wody są raczej balastem niż potrzebą. Dodatkowo w warunkach Bałtyku podlegają ograniczeniom łączności i obszaru działania wynikającym z głębokości morza a mobilność stoi w opozycji do skrytości.

W skrócie ujmując korwety są umieszczone w nieaktualnym planie modernizacji ale budzą kontrowersje, okręty podwodne bazują na błędnych założeniach doktrynalnych a fregatom brak umocowania w kontekście politycznym.

Kwestia wsparcia ASW ze strony okrętów jest natomiast nierozerwalnie związana z kształtem i charakterem przyszłych sił nawodnych, o czym dalej z kolejnym znakiem zapytania czy takowe w ogóle będą miały szansę zaistnieć.

Kształt sił nawodnych

Do tej pory wszelkie pomysły dotyczyły sił i środków defensywnych. Takie są też doktryny większości państw leżących nad Bałtykiem. Doktrynę morską Rosji można nazwać aktywną obroną co ma swoje teoretyczne źródła już u von Clausewitza i współcześnie jest praktykowana zarówno przez Rosję jak i Chiny. Niepokój i poczucie zagrożenia sąsiadów Rosji wypływa z kombinacji niepewności co do rozumienia obrony przez to państwo i niepomiernie większego potencjału militarnego. Intencją Rosji jest odsunięcie zagrożeń (tak jak je rozumie rząd Federacji Rosyjskiej) jak najdalej od swoich granic wykorzystując zasięg lub skrytość nowoczesnej broni. Cele dla rakiet manewrujących są wymienione wyraźnie – systemy rozpoznania i instalacje na lądzie. Jakie, to możemy sobie dopowiedzieć sami – lotniska, porty, baterie nadbrzeżne, obrona antybalistyczna i przeciwlotnicza, ośrodki dowodzenia, stacje radarowe. Właściwą odpowiedzią na takie zagrożenie jest budowa naziemnej obrony powietrznej kraju o strukturze rozproszonej i mobilnej. Jest druga strona medalu czyli sprzęgnięcie obrony ze środkami ataku, co w przypadku marynarki wojennej oznacza odpowiedź na pytanie czy możemy zniszczyć nosicieli rakiet manewrujących na morzu lub w porcie?

Mówiliśmy o celach negatywnych czyli próbie zaprzeczenia doktrynie oponenta natomiast co z celami pozytywnymi czyli tym co sami chcemy osiągnąć? Wiodącym wątkiem wydaje się być wsparcie NATO dla naszego regionu idące drogą morską co rodzi dwa skutki mające znaczenie dla naszego postrzegania sprawy. Mówimy o wsparciu sojuszników zakładamy więc po cichu, że są i mają wolę działać. Co robimy dla wzmocnienia tej woli? Jeżeli wsparcie nadejdzie to częściowo przyjdzie drogą morską przez Atlantyk a lokalnie przez Bałtyk. Jak możemy dołożyć się do ochrony tego wsparcia? W cieniu pozostają wciąż „mała wojna” i wsparcie dla działań na lądzie. Jakie siły byłyby odpowiednie do realizacji wyżej wspomnianych zadań?

Odpowiedzią symetryczną do zagrożenia rakiet manewrujących dalekiego zasięgu jest stworzenie własnej wersji rozproszonej siły ofensywnej wspartej rozproszonym i organicznym rozpoznaniem. Działaniem niesymetrycznym jest szukanie sposobów na ograniczenie mobilności sił morskich poprzez zagrożenia podwodne oraz zawsze niszczenie lub mylenie systemu rozpoznania przeciwnika. Niestety zasięg rakiet manewrujących przeznaczonych do ataku celów na lądzie jest znacząco większy od rakiet przeciwokrętowych. Z dużym prawdopodobieństwem możemy przyjąć odpalenie ich spoza zasięgu naszego oddziaływania. Nasze inwestycje miałyby wówczas na celu odsunięcie punktu wystrzelenia rakiet jak najdalej od naszego terytorium. W zasadzie jest to lustrzane odbicie strategii rosyjskiej, tyle że nie daje szans na jej skuteczne zaprzeczenie co rodzi pytanie na ile warto w taką strategię inwestować poważne środki?

Kierując się wybranymi priorytetami i wobec braku jasnego poparcia dla fregat, na czoło wysuwają się korwety do zwalczania zagrożeń podwodnych pojmowanych szerzej niż zwalczanie okrętów podwodnych. Punktem wyjścia może być zarówno powiększona wersja rozwojowa Kormorana, wysłużony technicznie lecz niekoniecznie koncepcyjnie Kaszub, czy też zmutowana Czapla. Na drugim miejscu powinien się pojawić środek do skrytego minowania ofensywnego. Kolejne pole dla naszego własnego rozwiązania i specjalizacji bo pole do popisu jest spore i wciąż nie zagospodarowane. Dla wsparcia korwet można wykorzystać rozbudowany system C2 Ślązaka i uczynić go okrętem dowodzenia. Następny krok zależałby od poziomu wsparcia dla fregat i albo pójść drogą używanych okrętów tej klasy albo zbudować większych następców Orkanów na wzór rosyjskich Karakurt, Damena Sigma 7310 lub wręcz Visby zbudowanej z innego materiału. Wybór wiązałby się z większą wagą funkcji eskortowania transportów drogąś morską lub alternatywnie zwalczaniem nosicieli rakiet manewrujących na morzu lub nawet na lądzie.

Przyjęte założenia pozwalają na skalowanie inwestycji i stopniową budowę zdolności Marynarki Wojennej RP, co ma swoje znaczenie w czasach zbliżającej się chyba gorszej koniunktury dla marynarzy.

Oct 282018
 

Jak na razie Marynarka Wojenna jest przedmiotem wielu deklaracji i dyskusji do czego ma służyć, ale nie wiadomo w którym kierunku zmierza. Jak sprawa wygląda za przysłowiową miedzą? Większość krajów z pewnym niepokojem spogląda w jednym i tym samym kierunku, lecz uwarunkowania i strategie się różnią co powinno być odzwierciedlone w projektach modernizacyjnych. Zróbmy więc mały przegląd stanu i nowości flot krajów przylegających do Bałtyku i zobaczmy jak Polska wygląda na ich tle.

 

Szwecja

Wiceadmirał Nykvist aktywnie buduje wizje rozwoju marynarki wojennej oraz dzieli się w mediach ustalonymi przez siebie priorytetami. Te z kolei wypływają z dokumentu rządowego Sweden Defence Policy 2016-2020. Dowódca marynarki szwedzkiej kładzie nacisk na mobilność, elastyczność, niewidzialność i współpracę. Widzi poważne zagrożenie w „szarej strefie”. Zwróćmy uwagę na podkreślenie prewencji w poniższym zdaniu:

Musimy w szarej strefie być obecni … gotowi do działania i oczywiście posiadać właściwe wyposażenie, aby być zdolnym do zatrzymania każdego zanim cokolwiek się stanie.

W innym miejscu wyjaśnia na czym polegają działania floty:

Główne zadania praktykowane regularnie to ciągła obserwacja i rozpoznanie w celu zapewnienia nienaruszalności terytorialnej, ochrona i wspieranie cywilnej żeglugi i w ostateczności obrona wybrzeża „jeśli ktokolwiek nas zaatakuje”.

Kontynuację realizacji powyższych zadań mają zapewnić programy modernizacyjne i dodatkowe fundusze zagwarantowane przez rząd. W planach lub realizacji są:

  • Modernizacja dwóch korwet (lub kutrów rakietowych) Gävle
  • Wzmocnienie zdolności wykrywania i zwalczania okrętów podwodnych
  • Instalacja nowych mobilnych sensorów i utrzymywanie w gotowości zapór minowych
  • Modernizacja i wymiana generacyjna okrętów podwodnych
  • Wymiana okrętu SIGINT

Ponadto w prasie pojawiły się doniesienia o możliwej reaktywacji rakietowych baterii nadbrzeżnych lecz nic o nich nie ma na stronie oficjalnej sił zbrojnych. Plany wiceadmirała Nykvista sięgają dalej i chciałby zrealizować modernizację korwet Visby, zwiększyć liczbę batalionów piechoty morskiej i sił nawodnych oraz liczbę okrętów podwodnych do sześciu. Nie są to jednak aktualnie zatwierdzone projekty choć mówią wiele o preferowanych kierunkach rozwoju. Za ważny element obronności kraju uważana jest współpraca międzynarodowa jak Sea Surveillance Co-operation Baltic Sea (SUBCAS) z udziałem również brytyjskiej Royal Navy czy dwustronna inicjatywa Szwecji i Finlandii SUCFIS.

Niemcy

Bardzo zwięzły opis charakteru zmian, którym podlega obecnie Deutsche Marine znajdujemy w dokumencie  szwajcarskiego instytutu Center for Security Studies:

Marynarka wojenna Niemiec dokonuje zwrotu w stronę Bałtyku i Północnego Atlantyku po ponad dwóch dekadach zaangażowania w przeciwdziałanie kryzysom i operacjach bezpieczeństwa morskiego na Morzu Śródziemnym i Oceanie Indyjskim.

W czasie pokoju obszar Bałtyku wymaga posiadania skutecznego monitorowania i rozpoznania oraz obecności sił morskich zdolnych do wiarygodnego odstraszania. W czasie wojny na Bałtyku potrzeba łącznych zdolności umożliwiających pokonanie rozwijanych przez Rosję zdolności A2/AD i skuteczną realizację wzmocnienia Republik Bałtyckich drogą morską i powietrzną.

Ambitny program modernizacyjny w skrócie opisuje wiceadmirał Andreas Krause na łamach USNI Proceedings:

W trakcie 20 kolejnych lat marynarka wojenna Niemiec wymieni, zmodernizuje lub zwiększy prawie cały arsenał obecnej floty. Począwszy od tego roku, pierwsza z czterech fregat typu F125 Baden-Wuerttemberg z rotacyjną załogą i zwiększoną liczbą dni w morzu wejdzie do służby. W dalszej przyszłości flota wzbogaci się o drugą serię pięciu korwet K-130 Braunschweig (zwiększając ogólną liczbę do dziesięciu), sześć nowych okrętów wielozadaniowych, zastępstwo dla śmigłowców morskich, nowe jednostki przeciwminowe zarówno załogowe jak i bezzałogowe, zdolności obrony ABM dla fregat przeciwlotniczych typu 124 Sachsen oraz o osiem modernizowanych samolotów patrolowych.

Z początkiem 2019 roku marynarka wojenna Niemiec utworzy w Rostocku wielonarodowy komponent dowodzenia dla Bałtyku, co poprawi znacznie zdolności dowodzenia siłami NATO na tym obszarze.

Można do powyższego tylko dodać, że fregaty stacjonują w Wilhelmshaven z głównym kierunkiem na Atlantyk chociaż okręty są dostępne dla operacji na Bałtyku w razie takiej potrzeby. Program MKS-180 wspomniany w wywiadzie przez wiceadmirała Krause ma najprawdopodobniej zastąpić starsze typy fregat ASW a wspólny z Norwegią projekt okrętów podwodnych U212CD zastąpić dwie najstarsze jednostki U212A. Flota Niemiec jest podobnie jak przypadek Danii dość trudny do oceny jej zaangażowania w działania na Bałtyku ze względu na równoczesne sąsiedztwo z morzami Bałtyckim i Północnym co otwiera nowe obszary działań i konieczność nadawania priorytetów.

Dania

Obrona Danii musi mieć siłę, głębokość i odporność taką, aby razem z NATO zniechęcić i odstraszyć inne kraje od ataku na naszych sojuszników i w ostateczności , na Danię. Obrona musi być wiarygodna i kolektywna. Ma to szczególne zastosowanie na Bałtyku, gdzie aktywność Rosji wzbudza rosnący niepokój.

Proposal for new Danish defence agreement 2018 – 2023

Kontradmirał Torben Mikkelsen w wywiadzie dla USNI Proceedings dodaje:

Podstawowym zadaniem Królewskiej Marynarki Danii jest utrzymywanie wolności mórz i swobodnego do nich dostępu.

W odniesieniu do marynarki wojennej trzy programy są zaproponowane i dotyczą głównie modernizacji i dozbrojenia istniejących fregat:

  • Doposażenia w rakiety SM-2 lub ewentualnie w dalszej kolejności SM-6
  • Doposażenie w sonar i systemy obrony przeciwtorpedowej
  • Wyposażenie śmigłowców morskich w sonar i torpedy do walki z okrętami podwodnymi

Dania jest od lat obiektem zainteresowania ze względu na innowacyjne a jednocześnie praktyczne rozwiązania dla swojej marynarki wojennej. Aktualnie siły przeciwminowe przechodzą transformację z dedykowanych okrętów do modułów przenoszonych przez dowolną platformę.

Finlandia

Finowie celują w prostocie i jasności przekazu informacji dotyczącej zarówno celu użycia sił morskich jak ich struktury czy też nowych inwestycji. Oficjalna strona marynarki wojennej swoje istnieje uzasadnia jednym zdaniem:

Marynarka wojenna ma trzy zadania statutowe związane z militarną obroną Finlandii: monitorowanie naszych wód terytorialnych, odpieranie wtargnięć na terytorium i ataków morskich oraz ochrona morskich linii komunikacyjnych. Marynarka wojenna monitoruje wody terytorialne Finlandii 24/7/365.

Odnośnie ochrony żeglugi Finowie są dość precyzyjni w dokumencie uzasadniającym najnowszy program modernizacji floty stwierdzają:

Najważniejszymi węzłami komunikacyjnymi dla fińskiego transportu morskiego są cieśniny Porkkala-Naissaari w Zatoce Fińskiej i Märket na Morzu Alandzkim. Archipelag Åland posiada specjalny status strefy zdemilitaryzowanej a Finlandia jest zobowiązana do jego obrony.

Bezpośrednim impulsem dla Squadron 2020 czyli projektu nowych jednostek była konieczność wymiany aż siedmiu okrętów – trzech stawiaczy min i czterech kutrów rakietowych. Wybór korwet na następców jest racjonalnym połączeniem zdolności poprzedników, chociaż nie bez przeszkód.

Głównymi cechami okrętów będzie zdolność do długotrwałego działania w ciągu całego roku we wszelkich warunkach pogodowych i lodowych Morza Bałtyckiego oraz dowodzenia operacjami morskimi, zwalczanie celów nawodnych na otwartym morzu, stawianie min oraz działania przeciw okrętom podwodnym.

Nie istnieje okręt spełniający wymagania floty. Zdolność do nawigowania wśród lodu i stawiania min wymaga zaprojektowania okrętu nowego rodzaju.

Mamy więc do czynienia z hybrydą korwety i stawiacza min a być może lodołamacza. Dla polskiej publiczności ciekawostką może być pogląd na obronę przeciwlotniczą:

Systemy obrony powietrznej na okrętach nawodnych służą przede wszystkim do samoobrony i ochrony określonych celów.

Na poziomie ogólnonarodowym wszystkie ważne transporty morskie i krytyczne transporty wojskowe są ochraniane przez połączone operacje trzech rodzajów sił zbrojnych.

Prostota, klarowność, estetyka. Żródło www.defmin.fi

Podziwiać należy klarowność dokumentów, dostępność do informacji i racjonalność wyborów.

Rosja

Najnowsza wersja doktryny morskiej Federacji Rosyjskiej jest bardziej konkretna i wojennomorska niż poprzednie edycje. Trochę trzeba się pomęczyć, bo dostępna jest głównie wersja w języku rosyjskim. Z całej palety zadań i celów poniżej są zaprezentowane te, mające odniesienie do Bałtyku:

Cele Floty w czasie pokoju (wybrane):

  • Identyfikować i ingerować w aktywność rozpoznawczą wroga na morzach i oceanach przyległych do wybrzeży Rosji. Śledzić i być gotowym do zniszczenia platform rozpoznania wroga wraz z rozpoczęciem operacji bojowych
  • Zapewnić rozlokowanie sił morskich w czasie zagrożenia
  • Śledzić aktywność zagranicznych okrętów i samolotów
  • Zapewnić konwencjonalne odstraszanie wobec zagrożenia lub użycia siły wobec Rosji z kierunku morza

Cele Floty w czasie wojny:

  • Zniszczyć instalacje wroga na lądzie z dużej odległości
  • Zniszczyć wrogie siły zwalczania okrętów podwodnych i inne oraz instalacje na lądzie
  • Utrzymywać sprzyjające warunki operacyjne
  • Zabezpieczyć morskie wsparcie dla oddziałów kontaktowych w trakcie morskich operacji ofensywnych i defensywnych
  • Obrona wybrzeża

Rosyjska doktryna jest doktryną światowego mocarstwa i dobrze jest mieć tego świadomość. Trzeba umieć oddzielić intencje od możliwości Federacji Rosyjskiej bo te ostatnie przewyższają naszą zdolność do obrony a w skrajnym przypadku wojny nuklearnej nawet przy wsparciu NATO. Rosja zresztą otwarcie mówi o akceptacji użycia taktycznej broni nuklearnej dla wzmocnienia efektu odstraszania konwencjonalnego. Użycie taktycznej broni jądrowej ma również zapobiegać eskalacji konfliktów oraz stanowić wskaźnik skuteczności strategi wojennomorskiej.

Odnośnie środków doktryna mówi otwarcie o głównych kierunkach rozwoju:

Podstawą uzbrojenia podwodnych i nawodnych oraz nadbrzeżnych sił Floty w okresie do 2025 roku będą precyzyjnie naprowadzane rakiety manewrujące dalekiego zasięgu. Po 2025 roku na uzbrojenie podwodnych i nawodnych oraz nadbrzeżnych sił Floty wejdą hipersoniczne rakiety i zrobotyzowane środki różnego przeznaczenia, w tym autonomiczne pojazdy podwodne.

Raport CNA The Russian Navy in the 21st Century wymienia jako priorytety budowy okrętów okręty przybrzeżne z rakietami dalekiego zasięgu oraz atomowe okręty podwodne, zarówno z rakietami balistycznymi jak i ogólnego przeznaczenia.

Być może trzon przyszłej Floty Bałtyckiej. Korweta Karakurt do masowej produkcji. Foto www.navyrecognition.com

W przypadku Floty Bałtyckiej mamy do czynienia z mieszaniną okrętów pochodzących jeszcze z czasów Związku Radzieckiego i nowych. Proces modernizacji trwa i chociaż dynamika wymiany okrętów spowoduje prawdopodobnie przejściowy dalszy spadek liczebności floty to jej zdolności bojowe będą rosły. Nieznany jest los sił podwodnych gdyż Flota Bałtycka nie jest na liście priorytetów a nowe programy budowy okrętów podwodnych konwencjonalnych napotykają na trudności technologiczne. Z drugiej strony trudno sobie wyobrazić, że przy istnieniu takiej woli wymiana na nowe okręty choć starszej generacji stanowiłaby problem dla marynarki wojennej Federacji Rosyjskiej.

Republiki Bałtyckie

Dobrym podsumowaniem stanu flot Litwy, Łotwy i Estonii jest artykuł na blogu CIMSEC. Wszystkie te niewielkie marynarki wojenne są zorientowane na służbę patrolową i zwalczanie min. Są szyte na miarę możliwości, ale służą dobrze swoim krajom i realizują przyjętą strategię. Największą wśród nich jest marynarka Litwy. Istnieje pomiędzy nimi współpraca a w szczególności litewsko-łotewski Baltic Squadron złożony z okrętów przeciwminowych.

Poniżej zaprezentowane jest tabelaryczne zestawienie nie tyle liczebności poszczególnych klas okrętów ale raczej sam ich rodzaj ze wskazaniem na kierunki inwestycji w najbliższych latach. Pytanie więc brzmiało w jaką strukturę sił morskich poszczególne państwa inwestują i ewentualnie z jakich przesłanek to wypływa. Za projekty modernizacyjne uznano te w realizacji bądź mające zapewnione finansowanie. Odfiltrowane zostały plany czy ambicje, ale bądź jeszcze niedojrzałe bądź bez zabezpieczenia finansowego. Pomimo dołożonych starań błędów być może nie udało się uniknąć a wiele interpretacji może się okazać dyskusyjne.

Czy można dokonać jakiś spostrzeżeń uogólniających na podstawie powyższej tabeli? Być może parę.

  • Mamy do czynienia z dziewięcioma krajami z czego sześć ma wybrzeże tylko nad Bałtykiem. Polityka morska pozostałych trzech flot jest kierowana przez strategię wykraczającą poza Bałtyk. Wszystkie trzy plus Polska posiadają w swym składzie fregaty. Fregaty flot Niemiec i Danii służą głównie do działań międzynarodowych na oceanach a w przypadku Polski wydaje się, że głównie do współpracy w ramach SNMG. Niemcy są jedynym krajem z szansą na zwiększenie liczebności tej klasy okrętów z 10 do być może 13. Pozostałe kraje posiadają pojedyncze sztuki z zaznaczeniem, że okręty rosyjskie są pochodzenia jeszcze radzieckiego i wkrótce pozostanie w służbie tylko jeden, jeśli nie zostaną wymienione na nowe konstrukcje.
  • Z wymienionej dziewiątki wyraźnie wyróżniają się Republiki Bałtyckie mające najmniejsze zasoby. To jest istotne przy porównywaniu flot i takim wypadku powinno być ściśle powiązane z oceną strategii danego kraju, czyli odpowiedzią na pytanie na ile flota realizuje założenia polityki wojennomorskiej czy morskiej.
  • Wszystkie państwa nad Bałtykiem posiadają siły przeciwminowe oraz patrolowe. Te ostatnie w różnej formie i często innej formacji czy instytucji. Ograniczenia prawne i rozbieżność zakresu zadań straży wybrzeża i marynarki wojennej powoduje, że najbardziej palącą potrzebą staje się monitorowanie aktywności pod wodą w połączeniu ze zdolnością do szybkiego działania. Straż graniczna tego nie wykona.
  • Kutry rakietowe oddają powoli pole korwetom. Te z kolei koncentrują się na realizacji zadań w dwóch obszarach – zwalczania okrętów podwodnych lub celów nawodnych oraz lądowych. Liderem w tej transformacji są Niemcy, które proces już zakończyły. Aktualnie najbardziej widoczne trend jest we flotach Finlandii i Rosji. Szwedzki i fiński program modernizacji ma na celu uzupełnienie zdolności do wykrywania i zwalczania okrętów podwodnych wobec deficytu tych zdolności w ich flotach. Polska utknęła na mieliźnie.
  • Biorąc pod uwagę wiek i programy modernizacyjne okrętów podwodnych zaskakujące jest to, że być może wkrótce okręty tej klasy będą obecne w co najwyżej trzech flotach – niemieckiej, szwedzkiej i rosyjskiej. Spośród tych krajów tylko Szwedzi prowadzą obecnie modernizację i wymianę generacyjną okrętów podwodnych podczas gdy Niemcy mają porozumienie z Norwegią dotyczące dalszej przyszłości. Rosja buduje nowe okręty starszej generacji ale z przeznaczeniem głównie dla Floty Czarnomorskiej, co nie znaczy że nie może tego zrobić w przyszłości dla Floty Bałtyckiej.
  • Okręty desantowe czy łodzie bojowo-desantowe są raczej rzadkością najwyraźniej związaną naturalnie z posiadaniem przez dane państwo piechoty morskiej. Polska takiej formacji nie ma i najwyraźniej nie może się zdecydować co z tym fantem zrobić. Na razie okręty Lublin są klasyfikowane jako transportowo-minowe co daje im bezpieczny byt w nadchodzących latach. Dania posiada okręty raczej transportowe (Absalon) niż desantowe, jakkolwiek warto zaznaczyć ich obecność w składzie floty, jako kolejne potwierdzenie pomysłowości Duńczyków.
  • Lotnictwo morskie istnieje w pięciu krajach i ciekawostką jest rozwiązanie szwedzkie, gdzie część helikopterów należących do sił powietrznych jest wyposażona i przeznaczona do działania nad morzem na rzecz marynarki wojennej. Być może rozwiązanie do naśladowania dla Polski pod warunkiem posiadania MALE.

Jak na tym tle prezentuje się Marynarka Wojenna RP? Patrząc na zestawienie mamy wszystko i nic. Większość klas okrętów jest reprezentowana, ale biorąc pod uwagę ich wiek i brak konkretów co do umów na budowę nowych jednostek, wkrótce nasza flota zredukuje się się do dywizjonu okrętów przeciwminowych, paru jednostek pomocniczych i instalacji lądowych. Z tabeli wyłania się obraz trzech wielkich luk:

  • Siły patrolowe są conajmniej skromne i reprezentowane przez Ślązaka w marynarce wojennej oraz dwie jednostki patrolowe w Straży Granicznej plus szereg mniejszych łodzi patrolowo-pościgowych uzupełnionych samolotami Bryza różnych wersji. Żadna z większych jednostek nie została zbudowana z przeznaczeniam na okręt patrolowy. Zła pogoda może znacznie ograniczyć nasze możliwości w tym zakresie i brak nam czegokolwiek do monitorowania tego co się dzieje pod wodą.
  • Brak rozstrzygnięcia czy i w jaki sposób prowadzić walkę z zagrożeniem pod wodą. Mowa nie tyle o okrętach podwodnych, których potencjalny przeciwnik posiada niewiele a większość naszych wód jest dość płytka co raczej miniaturowych i/lub bezzałogowych pojazdach podwodnych służących do rozpoznania, minowania czy dywersji. Osobnym wątkiem z gatunku „być albo nie być” są fregaty i ich potencjał ZOP na wodach oceanów.
  • Najbardziej rzucającą się w oczy luką jest brak wizji jaki charakter mają mieć nasze siły nawodne. Jakie klasy okrętów powinny być obecne i do czego służyć. Mamy do dyspozycji dwie stare fregaty trzymane w służbie jak tylko się da długo (już za długo) z nadzieją że gdzieś, kiedyś, ktoś zdecyduje o następcach, trzy dozbrojone kutry rakietowe oraz jedną „zdegradowaną” korwetę. Właściwie to staropolski bigos.

W następnym wpisie może parę słów co z tym fantem zrobić.

Aug 302018
 

Historia przejęcia używanych fregat z Australii do czego w końcu nie doszło w ostatniej chwili, wskazuje na brak wspólnej i zaakceptowanej wizji co do roli Marynarki Wojennej RP. Nie ma wyjścia, z uporem maniaka trzeba wrócić do tematu. Co pewien czas na tym blogu podejmowana jest próba syntezy różnych wątków. Nie inaczej jest tym razem i poniżej są odniesienia zarówno do Strategicznej Koncepcji Bezpieczeństwa Morskiego RP (zwłaszcza jej pierwszej części), Białej Księgi jak i do pewnych idei z Planu Modernizacji Technicznej z 2013 roku.

Jako cel nadrzędny Marynarka Wojenna RP mogłaby przyjąć:

  • Wzmacnianie bezpieczeństwa Polski poprzez zapobieganie i tłumienie kryzysów powstałych na wodach Polski, Unii Europejskiej i krajów sojuszniczych
  • Demonstrowanie aktywnego uczestnictwa RP w polityce międzynarodowej poprzez udział w międzynarodowych operacjach na morzu i demonstrowanie bandery
  • W czasie wojny udostępnienie Połączonym Siłom Zbrojnym pola manewru wzdłuż wybrzeża i wsparcie ich działań na morskiej flance.

Zadania wynikające z powyższej definicji podzielmy procentowo na czas pokoju oraz kryzysu i wojny, co ułatwi planowanie budżetu w realnych granicach. Określenie typowych zagrożeń lub ich poziomu pozwoli na ograniczenie i dopasowanie zdolności okrętów do najbardziej prawdopodobnej sytuacji, a nie najgorszej. Ta ostatnia bowiem zdestabilizuje zarówno specyfikację okrętów jak i budżet.

70% w czasie pokoju:

  • Rozpoznanie i patrolowanie własnych wód
  • Dyplomacja morska (wizyty w porcie, udział w operacjach społeczności międzynarodowej)
  • Budowanie sojuszy (ćwiczenia międzynarodowe, uczestnictwo w stałych zespołach NATO)
  • Pomoc humanitarna i ratownictwo
  • Bezpieczeństwo morskie
  • Wsparcie służb granicznych Polski i EU

Poziom i rodzaj zagrożenia:

  • Obce rozpoznanie i penetracja własnego terytorium
  • Dywersja
  • Ataki nie mające na celu zajęcia terytorium lub punktowe z użyciem nowoczesnej broni w ograniczonej ilości lub czasie
  • Agresywna dyplomacja morska
  • Łamanie ładu i prawa międzynarodowego

30% w czasie kryzysu i wojny:

  • Ochrona portów i infrastruktury morskiej
  • Osłona podejść do portów
  • Mobilność wojsk wzdłuż wybrzeża
  • „Mała Wojna”
  • Zaopatrzenie i ewakuacja droga morską

Poziom i rodzaj zagrożenia:

  • Dywersja
  • Miny
  • Ataki cybernetyczne na infrastrukturę i ośrodki dowodzenia
  • Blokada morska
  • Taktyczne desanty na tyłach obrony w celu dezorganizacji linii zaopatrzenia oraz przyśpieszenia postępu wojsk agresora
  • Ataki na terytorium kraju lub siły morskie oraz transporty wojska i zaopatrzenia z użyciem nowoczesnej broni w nieograniczony sposób

Dyplomacja morska w wersji “soft”

Dopiero po uzgodnieniu nie tyle zadań, co podstawowego powodu istnienia możemy mówić o siłach i środkach. Alternatywne myślenie oddolne, czyli zakup sprzętu bez uzgodnionej roli marynarki wojennej jest wciąż możliwe, co demonstruje choćby Kormoran ale będzie napotykało na przeszkody przy większych kwotach jednostkowych (na co wskazuje przykładowo pomysł przejęcia fregat).

Struktura sił morskich nie budzi większych wątpliwości ale stopień ich integracji czy współdziałania już pewnie tak:

  • MOSG
  • SAR
  • Marynarka Wojenna

Zdolności na poziomie bardzo ogólnym można określić chwytliwym hasłem 5S (screen, scout, strike, supply, support) czego nie należy mylić z biznesową praktyką japońskich korporacji lub zapożyczyć terminologię z PMT2013 – (Rozpoznanie, Rażenie, Przetrwanie i Ochrona, Przerzut i Mobilność, Wsparcie, C2)

Budżet inwestycyjny przyjęty arbitralnie w dwóch wariantach:
1.0 mld rocznie
0.5 mld rocznie

Wysokość wydaje się odzwierciedlać historyczną wysokość nakładów. Co prawda ostatnio w ciągu roku podpisano kontrakty na dwa Kormorany i Ratownika, ale jest wątpliwe, czy zapłacono z góry pełną kwotę. Nakład jest dalej rozpatrywany przez pryzmat proporcji 70/30 dla Pokoju/Kryzysu i Wojny.
Kadencja Sejmu trwa 4 cztery lata i przy naszym braku ciągłości polityki oznacza to inwestycje rzędu:

  • 2.8 mld/1.2 mld w czasie kadencji przy poziomie 1.0 mld rocznie lub
  • 1.4 mld/0.6 mld w czasie kadencji przy poziomie 0.5 mld rocznie

Po odliczeniu pewnej kwoty na remonty (np. 20%) można wnioskować, że dla polityków wchodzi w grę zakup jednostkowy pomiędzy 1.0 -2.0 mld za sztukę lub przy liczbie trzech sztuk największe pozycje będą warte 0.4 – 0.8 mld za sztukę. Liczby mogą się wahać krótkoterminowo do 30% poprzez zmianę proporcji pomiędzy P oraz K i W. Dodatkowym ograniczeniem może być (choć nie musi) czas realizacji kontraktu, bo rząd wprowadził radosną zasadę, że kontrakt czy uzgodnienia znaczą niewiele.

Takie rozumowanie wyjaśnia fenomen Ślązaka i jego olbrzymie szanse na jedynactwo a także kontrowersje wokół fregat Adelaide będących gdzieś w górnych granicach osiągalności. Używane fregaty miałyby większe szanse, gdyby nie zainwestowano już w inne projekty jak Kormoran, NDR czy Ratownik. Tak naprawdę to ponownie ogranicza realne kwoty inwestycji bo przy takich zaniedbaniach stoimy wobec konieczności prowadzenia kilku projektów jednocześnie. No, ale przetestujmy hipotezę na aktualnych inwestycjach. NDR w cenie 0.7 mld jest akceptowalny. Powtórzony drugi raz ma uzasadnienie w łatwości realizacji (nie musimy się przebijać przez procedury i nie ryzykujemy porażki) ponadto drugi dywizjon ma chyba niższy koszt. Kormoran jako prototyp również się mieści. Realizacja opcji na dwie dalsze dwie jednostki też się mieści mając wspomniany plus niskiego ryzyka i przewidywalnego czasu realizacji. Ratownik ma szanse chociaż coraz bardziej staje się okrętem bez swojej misji, ale jego bliźniak może już nie mieć tyle szczęścia.

Jeżeli chcemy mieć coś w liczbie minimum trzech sztuk to 1.0 mld PLN za jednostkę wydaje się być górną granicą akceptowalności dla polityków, a i to mocno naciąganą. Taki jest skutek braku ciągłości i długofalowego planowania. To co za to kupimy zależy od percepcji wartości u decydentów. Wiele systemów rozpoznawczych, patrolowych i ochrony infrastruktury ma szanse się w tej kwocie zmieścić, tylko czy będą cenione przez zarówno polityków i wojskowych szukających maksymalizacji zdolności bojowych? Wszyscy zwrócili uwagę na słowa Jamesa H. Bergerona w wywiadzie udzielonym Defence24, że „zdolności typowe dla fregat są bardzo cenne z punktu widzenia NATO”. Nikt nie odniósł się do poniższego pytania i odpowiedzi:

Czego NATO najbardziej potrzebuje teraz na Bałtyku, gdzie po drugiej stronie mamy Flotę Bałtycką Federacji Rosyjskiej?

Jedną z naszych największych potrzeb jest świadomość sytuacyjna. Potrzebujemy oczu i uszu na Bałtyku i do pewnego stopnia potrzebujemy zdolności do szybkiej odpowiedzi.

Rozpoznanie i świadomość sytuacyjna naszego regionu najwyraźniej mogłaby być naszym wkładem do sojuszu, cenionym przez NATO i jednocześnie będącym w pełnej zgodzie z zapomnianą strategią Bałtyk Plus. Okręty typowo bojowe będą wciąż kontrowersyjne bo obciążają budżet znacznie, są ryzykownym projektem wobec naszego braku doświadczenia w zarządzaniu takimi projektami, a z drugiej strony to co jest wystarczająco dobre czy uzbrojone jest mocno relatywne.

Okręty duże czy małe muszą mieć gdzieś bezpieczną bazę. Zacznijmy może od tego. Foto www.warfarehistorynetwork.com

Kontynuując wątek fregat w naszych warunkach na fali wydarzeń wokół australijskich okrętów typu Adelaide trzeba przemyśleć opcje, ale w odniesieniu do strategii bezpieczeństwa narodowego i realnych środków. Przykładowo fregaty mogą mieć miejsce w Marynarce Wojennej RP, ale pod kilkoma warunkami. Po pierwsze musi istnieć właściwe uzasadnienie i takie istnieje. Pierwsza cześć Strategicznej Koncepcji Bezpieczeństwa Morskiego bazuje najwyraźniej na dorobku prof. prof. Makowskiego i Szubrychta i jest wewnętrznie spójna. Mówi o Rzeczpospolitej Morskiej aktywnej na arenie międzynarodowej i budującej sojusze. Prof. Makowski w ten sposób argumentuje:

Umiejętne wykorzystanie dyplomacji morskiej w ramach rozsądnej i przemyślanej polityki zagranicznej jest dla małych i średnich państw pierwszą linią obrony.

Niestety, prawie cała argumentacja w mediach skupiła się wokół wartości bojowej fregat, co jest sprawą drugorzędną w tym przypadku. Snucie planów o dalszej modernizacji okrętów po domniemanym przejęciu może mieć sens techniczno-militarny ale nie polityczny, bo oznacza niepotrzebny wzrost kosztów projektu już będącego na granicy osiągalności.

Po drugie, musielibyśmy zaakceptować używane fregaty jako rozwiązanie stałe, a nie tymczasowe co niesie za sobą niekorzystne skutki. Raz będziemy mieli ESSM, drugim razem Aster i tak dalej co 15 lat. Większym problemem jest malejąca podaż fregat na rynku, bo okręty są coraz droższe i budowane w krótszych seriach.

Oczywistym pytaniem jest co w zamian. Właściwie możliwości jest wiele i część z nich pojawiała się na tym blogu. Główną przeszkodą wydaje się być nadmierna orientacja na potrzeby wojny i w konsekwencji maksymalizacji zdolności bojowych. To się odbywa kosztem bezpieczeństwa narodowego, bo wojnę poprzedza wzrost zagrożenia, który najwyraźniej ignorujemy. O tym mówią cytowane słowa Prof. Andrzeja Makowskiego z zeszłorocznej prezentacji. Paradoksem jest, że za wyjątkiem Nadbrzeżnego Dywizjonu Rakietowego większość inwestycji czy planów inwestycyjnych Marynarki Wojennej jest związana z działaniami w czasie pokoju a nie wojny. Bezbronny Kormoran, Rybitwa mająca poszukiwać okrętów podwodnych w zasięgu lotnictwa i rakiet przeciwlotniczych przeciwnika czy Ratownik, który nie bardzo wiadomo jak ma ratować w czasie wojny załogę zatopionego okrętu podwodnego. Wszystkie te systemy mogą na obszarze Zatoki Gdańskiej funkcjonować po zneutralizowaniu zagrożenia lub jego likwidacji, tylko to oznacza że Marynarka Wojenna może podjąć swoje zadania po zakończeniu działań wojennych na obszarze. Dochodzimy do sprzeczności logicznej.

Zapomniane i wstydliwe zadanie – ewakuacja. Tu Rosjanie wycofują się z Tallina

Patrząc na zadania i zagrożenia wymienione w początku tekstu zwraca uwagę, że uzyskujemy obraz strategii Bałtyk Plus, chociaż nie było to intencją. Dla zwolenników fregat „Plus” daje szansę na okręty tej klasy przy spełnieniu wspomnianych warunków brzegowych. Z punktu widzenia tworzenia struktury floty pragmatyczne i inżynierskie podejście do listy powinno zaowocować zestawem dość jasnych kryteriów niezbędnych do zaprojektowania sieci taktycznej. Dla ilustracji parę przykładów:

  • Rozpoznanie i patrolowanie własnych wód. Ciągłość i stopień pokrycia obszaru.
  • Dyplomacja morska (wizyty w porcie, udział w operacjach społeczności międzynarodowej). Autonomiczność i łączność.
  • Budowanie sojuszy (ćwiczenia międzynarodowe, uczestnictwo w stałych zespołach NATO). Łączność jest warunkiem koniecznym.
  • Pomoc humanitarna i ratownictwo. Czas dolotu i odporność na pogodę. W misjach zagranicznych czy ewakuacji potrzeba przestrzeni ładunkowej.

Bez pretendowania do słuszności wymienionych kryteriów wystarczy zauważyć jak owe parametry prowadzą do konkretnych rozwiązań praktycznych. Weźmy pierwszy z brzegu, czyli rozpoznanie i patrolowanie własnych wód. Kryterium jakości to minimalizacja budżetu lub maksymalizacja odporności przy zadanym stopniu pokrycia. Mamy wybór pomiędzy nielicznymi platformami z sensorami o dużym zasięgu lub odwrotnie licznymi ale z uboższym wyposażeniem. Okręty czy jednostki nawodne oferują autonomiczność, samoloty wysoki stopień pokrycia, a mniejsze UAV liczebność lub odporność sieci na atak. Wszystko jest możliwe do skwantyfikowania i obliczenia optymalnej kombinacji platform i sensorów.
Podobnie dyplomacja morska lub budowanie sojuszy opiera się na minimalistycznych kryteriach nie ograniczających wyboru. Dyplomację morską można realizować z wykorzystaniem okrętu patrolowego, fregaty czy dużego okrętu desantowego albo po prostu logistycznego. Sojusze można budować poprzez ćwiczenia na odległych wodach albo na naszych własnych. Zadanie nie determinuje ani wielkości okrętu ani jego zdolności bojowych.

Jeśli spojrzeć na to co US Navy myśli o swojej przyszłości, to obecnie mówi się o poszukiwaniu optymalnej kompozycji oraz definicji poszczególnych składników, którymi są:

  • Duży okręt bojowy zastępujący krążowniki i niszczyciele
  • Mały okręt bojowy zastępujący LCS i fregaty
  • Średni okręt bezzałogowy z załogą opcjonalną (jak SeaHunter)
  • Małe okręty bazzałogowe (jak CUSV lub ich roje)

Pierwszy jest poza naszym zasięgiem i chyba zainteresowaniem (chociaż są osoby myślące inaczej). Drugi będzie przedmiotem pożądania dla obecnych zwolenników fregat. Z jakim skutkiem nie wiadomo. Natomiast mutacje SeaHuntera czy CUSV są jak najbardziej w naszym zasięgu i co więcej byłyby cenione przez USNavy w składzie naszej marynarki wojennej. Sercem tych platform jest tak na prawdę wiedza zakodowana w postaci programu sterującego i to stanowi szansę na innowację w naszym przemyśle, jakkolwiek wątpliwe czy państwowym.

Wojna czy pokój? Jak dotychczas, skupienie uwagi na wojnie i jej wymogach sprowadza Marynarkę Wojenna na manowce. Może czas na zmianę strategii i sposobu myślenia?

Aug 192018
 

CAPT. Wayne Hughes i jego klasyczna pozycja „Fleet Tactics…” doczekała się trzeciego wydania i… współautora. Jest nim RADM. Robert P. Girrier, który miał przywilej bycia kierownikiem pierwszego w historii US Navy wydziału systemów bezzałogowych. Dlaczego jest to pozycja popularna i czytana? Rozwój technologii i taktyki są nierozerwalnie ze sobą związane i jest to zależność interaktywna. Taktyka z trudem zdobyta przez doświadczenie i symulacje żąda określonych możliwości technicznych. Z kolei gwałtowny rozwój technologii oferuje nowe możliwości taktyczne. Centralnym motywem książki jest zasada „attack effectively first”, co nasuwa nam na myśl przysłowie „kto pierwszy, ten lepszy”. Niestety jakkolwiek chwytliwe, takie tłumaczenie traci na precyzji, bowiem znika ważne słówko „effectively”. Lepiej więc powiedzieć, „atakuj pierwszy, ale skutecznie!” Do precyzji języka wrócimy później.

Tytułowa książka była z pewnością czytana przez wielu decydentów i szeroko dyskutowana, czy miała jednak wpływ na taktykę lub strukturę sił US Navy? Próba odpowiedzi na to pytanie jest, o dziwo całkiem istotna dla Marynarki Wojennej RP. Na pierwszy rzut oka treść książki pozostaje bez większego echa. Fleet Tactics… skupia się na bitwie i jak ją wygrać a ostatnią wielką bitwę morską US Navy stoczyła w 1944 roku. Jest to demonstracja prostej tezy, że większość czasu marynarki wojenne świata spędzają na wykonywaniu żmudnej, lecz pożytecznej pracy w czasach pokoju. Co jakieś 20 lat mamy kryzys i od flot oczekuję się demonstracji siły czy mniej lub dalej idącej perswazji lub ich antytezy lub wręcz interwencji. US Navy od chwili swojego powstania spędziła na wojnie z mniej więcej równorzędnym przeciwnikiem około 6% czasu w trakcie pięciu wojen. Dla porównania, Polska Marynarka Wojenna brała udział tylko w jednej wojnie i stanowi to podobnie około 6% czasu jej istnienia. Nic więc dziwnego, że w czasie pokoju, gdy floty próbują zachować status quo nowe idee trudno się przebijają. Dopiero ponowne pojawienie się równorzędnego oponenta jak PLAN dla US Navy zaowocowało dość pośrednim wpływem wniosków z analizy równania salwy w postaci „distributed lethality”.

Być może najbardziej intrygującym wątkiem książki jest odniesienie do złotego wieku taktyki z przełomu XIX i XX wieku gdy rozwój taktyki opierał się na kalkulacjach i obliczeniach, choćby prymitywnych z naszego punktu widzenia współczesnego człowieka. Autor wręcz zachęca do wyciągania własnych wniosków, a nie brania na wiarę jego własnych konkluzji. Tak więc, dalej tekst jest własną próbą analizy, choć z góry uprzedźmy, że dochodzimy do potwierdzenia tez z książki.

Gwoli wprowadzenia przypomnijmy równanie salwy. Mówi o stratach poniesionych przez obie strony walczące wyliczanych jako różnica netto siły ofensywnej strony atakującej i siły defensywnej siły broniącej się, podzielonej przez odporność jednostkową obrońców.

Jednostki.Utracone = (Liczba.Jednostek.Atakujących * Siła.Ofensywna.Jednostki – Liczba.Obrońców * Siła.Defensywna.Jednostki)/Odporność.Na.Ciosy.Obrońcy

Równianie ma dwa człony gdyż dotyczy obu stron walczących, które w sytuacji jednoczesnego ataku równocześnie są stroną atakującą i broniącą się.

Do równania można, a nawet trzeba wprowadzić pewne współczynniki korygujące jak zdolność i jakość rozpoznania czy też „alertness” bądź czujność. Są to mnożniki pozwalające na urealnienie czysto teoretycznych spekulacji i dopasowania ich do historycznych wyników czy przykładów.

Celem wprowadzenia w temat możemy sobie wyobrazić hipotetyczny konflikt Orkana i popularnej ostatnio fregaty Adelaide. Jakkolwiek liczby w przypadku fregaty mogą być różne od rzeczywistych, pokazują o co chodzi i każdy może je zastąpić swoimi.

Atakuje Orkan (1 * 8 – 1 * 5)/2 = 1 1/2 czyli obezwładnienie
Atakuje Adelaide (1 * 4 – 1 * 1)/1 = 3 czyli klasyczny „overkill”

Werdykt – remis pod warunkiem jednoczesnego odpalenie dobrze nakierowanej salwy. Uprzedzając argumenty, oczywiście fregata może użyć śmigłowca do ataku co wprowadzi nas natychmiast w sferę taktyki, bo przykładowo wypuszczenie w powietrze śmigłowca zajmuje czas a wygrywa pierwszy, czyli ten kto posiada lepsze rozpoznanie.

Jak zapewnić sobie zwycięstwo poruszając się na razie w ramach zmiany pięciu technicznych zmiennych równania salwy? W co warto inwestować by obrona była skuteczna? Zacznijmy od wyliczenia wyników równania dla wszystkich kombinacji zmiennych równania dla obu stron. W następnym kroku spróbujmy podwajać kolejno każdy parametr i policzyć Zysk Netto liczony jako różnicę liczby przypadków dających zwycięstwo i porażkę. Wyniki prezentują dwie poniższe tabele. Różnica tkwi w założeniach. Oba przypadki dotyczą początkowo sił symetrycznych, a więc takiej samej liczby i takich samych parametrów dotyczących siły czy odporności. Pierwsza tabela opisuje okręty o takiej samej sile ofensywnej co defensywnej a druga dotyczy okrętów o sile ofensywnej dwukrotnie większej niż siła defensywna. Trzeci przypadek gdy siła defensywna jest dwukrotnie większa od siły ofensywnej okrętu daje zawsze sytuacje patową czyli nikt nigdy nie wygrywa i dlatego nie jest prezentowana w postaci tabelarycznej.


Najlepszy wynik w górnej tabeli daje nam liczebność jednostek, przy czym najczęstszym wynikiem różnych kombinacji zmiennych jest sytuacja patowa. Aby przechylić szalę zwycięstwa na którąś ze stron potrzeba lepszej taktyki skodyfikowanej w doktrynę i wyszkolenia załóg. Na drugim miejscu mamy zwiększanie siły ofensywnej jednostek co prowadzi nas do tabeli poniżej.
Ponownie najlepszy wynik uzyskujemy zwiększając liczebność sił, ale teraz najczęstszą sytuacją jest wzajemna anihilacja. Jeśli obie strony uderzą jednocześnie, następuje zniszczenie wzajemne i całkowite obu sił. Taka sytuacja premiuje stronę o lepszym i szybszym rozpoznaniu. Na drugim miejscu jest zwiększenie siły defensywnej co prowadzi nas do niepublikowanej tabeli z wynikiem – kompletny pat.

Prosta zabawa doprowadza nas do całkiem praktycznych wskazówek co do kierunków inwestycji. Wynik sugeruje inwestycje w możliwie największą liczbę jednostek „symetrycznych” czyli o zrównoważonej sile ofensywnej i defensywnej, rozpoznanie oraz taktykę/doktrynę i wyszkolenie. Analiza nie mówi nic o wielkości okrętów, byle by były „symetryczne”. Tak naprawdę dotyczy to całości sił zaangażowanych w bitwę, czyli zespołu złożonego ze zróżnicowanych jednostek pływających i instalacji lądowych. Więcej o kompozycji sił powie nam budżet oraz zadania nie uwzględnione w równaniu salwy a związane ze wspomnianym wcześnie użytkowaniem pokojowym floty przez 96% czasu. Osobnym tematem jest również walka z przeciwnikiem pod wodą, choć okręty podwodne można „wcisnąć” w podobne równania. Miny już będzie trudniej i sztuczniej.

Kontynuując wątek, „symetryczny” może być zespół fregaty i nadbrzeżnej baterii rakietowej, choć za podobne pieniądze pewnie można kupić trzy korwety, czyli zespół liczniejszy. Decydować będą czynniki strategii państwa i przydzielone zadania. Kutrów rakietowych można kupić za wspomniane pieniądze jeszcze więcej, lecz są to jednostki zbyt wyspecjalizowane do walki ofensywnej by były użyteczne do innych zadań. Jeszcze innym rozwiązaniem oferowanym przez technologię i dyskutowanym w książce jest połączenie systemów załogowych i bezzałogowych w różnych proporcjach. Wayne Hughes powołuje się na prace CAPT Jeffrey’a Cares, który przeciwstawił sobie w teorii dwa zespoły okrętów – konwencjonalnych z rozproszonymi opartymi o okręt – bazę i USV. Za okręt – bazę posłużył LCS i wynik był korzystny dla siły rozproszonej z zastrzeżeniem, że dzisiaj nikt nie wie jaki będzie wynik walki sieć kontra sieć. Dla nas to oznacza, że przykładowo trzy Mieczniki, Czaple czy Ślązaki wsparte 2-3 dronami uzbrojonymi w systemy defensywne lub ofensywne mogą być istotną przeciwwagą dla klasycznego przeciwnika nawet 2-3 krotnie silniejszego (według Hughes’a).

Jak dotąd posługiwaliśmy się dość enigmatycznym pojęciem siły ofensywnej i defensywnej. Dlaczego nie wgłębić się trochę bardziej i zidentyfikować część ograniczeń? Najłatwiej zacząć od odporności okrętów na uderzenia rakiet przeciw-okrętowych. Różne badania dają trochę odmienne wyniki, zwłaszcza że historia ASM jest krótka a ich bojowe użycie dość rzadkie. Niemniej dla jednostek poniżej 2.000 ton można przyjąć, że jedno trafienie obezwładnia okręt a dwa go zatapiają.

Konfrontację typowych środków napadu powietrznego i obrony przedstawia poniższa tabela. Założeniem jest samoobrona pojedynczego okrętu z użyciem własnych systemów uzbrojenia i wykrywania celu.

Pierwsze dwie kolumny symulują atak rakiety manewrującej lecącej na niskiej wysokości. Przechwycenie następuje na dystansie 10km przy czym dystans ten gwałtownie maleje wraz ze wzrostem prędkości rakiety ASM. Pocisk naddźwiękowy stawia wysokie wymagania dla czasu reakcji systemu oraz prawdopodobieństwa wykrycia. Jakkolwiek czas lotu ASM i teoretyczna szybkostrzelność wyrzutni pozwala na odpalenie od kilku do kilkunastu rakiet, może się to okazać iluzoryczną szansą na obronę. Dla obrony przed takim atakiem wystarczy rakieta przeciwlotnicza o skutecznym zasięgu 10km i głowicą samonaprowadzającą w sytuacji ataku saturacyjnego. Istotnym ograniczeniem będzie pojemność magazynu amunicji, czyli rakiet. W celach czysto spekulacyjnych dla zilustrowania wagi problemu przyjmijmy, że taki atak saturacyjny może nastąpić raz w tygodniu, oraz że kuter rakietowy może się obronić przed salwą czterech rakiet, korweta ośmiu a fregata szesnastu. Ponadto ich autonomiczność wynosi odpowiednio jeden, dwa lub trzy tygodnie. Wówczas magazyny dla kutra rakietowego powinny mieć pojemność od kilku do kilkunastu rakiet przeciwlotniczych, korweta od kilkunastu do kilkudziesięciu a fregata kilkadziesiąt i to powyżej 50-60 sztuk.

Sytuację można dość tanio i prosto polepszyć przez zastosowanie systemu podobnego do TALONS, czyli coś w rodzaju latawca na uwięzi wyposażonego w środki obserwacji rozszerzające zasięg wykrycia do 30km. Rakieta AA o skutecznym zasięgu 17km daje szansę na pogłębienie obrony i maksymalne wykorzystanie jej możliwości. Do wymagań wobec rakiety dojdzie pewnie łącze do korekty kursu. System powoli zaczyna się komplikować.

Trzecia kolumna w tabeli wyjaśnia potrzebę rakiet przeciwlotniczych dalekiego zasięgu jak wpierw Terrier a potem Standard SM-1 i w końcu SM-2. Rosyjskie bombowce Tu-22 w czasie wojny przenosiły po trzy rakiety hipersoniczne AS-4 Kitchen. Rakiety ważyły 5 ton i leciały na wysokości 10-20km. Ich tonowa głowica oraz prędkość nadała im przydomek „carrier killer”. Wówczas powstała koncepcja „Outer Air Battle” czyli obrony strefowej. Najpierw myśliwce pokładowe Tomcat z rakietami Phoenix miały zniszczyć bombowce przed odpaleniem rakiet ASM a dopiero potem rakiety przeciwlotnicze jak Terrier miały przechwytywać ASM w czasie ich dolotu do momentu ataku końcowego. Ostatnią linią obrony były systemy samoobrony (point defence) w postaci SeaSparrow. Phalanx jako broń ostatniej szansy przyszedł nieco później. Symulując atak za pomocą takiej rakiety odległość przechwycenia wynosi 80km co wyjaśnia potrzebę rakiet przeciwlotniczych o dużym zasięgu. Jednak z upadkiem Związku Radzieckiego i zakończeniem zimnej wojny powód do posiadania takich rakiet zaczął zanikać. Zaczęły dominować rakiety manewrujące latające na niskich lub bardzo niskich wysokościach a technologia zaczęła być dostępna znacznie szerzej niż tylko dla czołowych potęg militarnych świata. Skąd więc nieprzerwane zainteresowanie takim uzbrojeniem? Ponownie technologia przychodzi z pomocą. Pierwszy powód to obrona przed rakietami balistycznymi a drugi to powracająca możliwość kierowania rakietami przez inne platformy niż odpalająca. Sieć pozwala na wykorzystanie maksymalnego zasięgu rakiety przeciwlotniczej.

“TO” próbowano nazywać fregatą. Szczytowe osiągnięcie obrony przeciwlotniczej przed Aegis. Tartar FCS z New Threat Upgrade. Foto www.seaforces.org

Tu miejsce na dygresję. W języku militarnym amerykańskim mamy „layered defence” oraz „area defence”, które nie są do końca tym samym chociaż dość nieszczęśliwie są tłumaczone na polski w ten sam sposób jako obrona strefowa. „Area defence” to raczej epoka lat 80-tych i termin, który się pojawił wraz z autopilotem oraz łączem do korekty kursu. Takie rozwiązanie technologiczne pozwoliło na zwalczanie celów atakujących sąsiednie okręty czyli wzajemne wsparcie w szyku rozproszonym na maksymalnym dystansie. Trzecim powodem wiecznie młodym jest konieczność zwalczania samolotów czy innych środków rozpoznania.

Dwie ostatnie kolumny tabeli opisują dwa warianty ataku lotniczego z wykorzystaniem bomb szybujących. Wojna o Falklandy była dowodem na dość dużą skuteczność systemów okrętowych w zwalczaniu samolotów atakujących za pomocą klasycznych bomb grawitacyjnych. Bomby szybujące pozwalają teoretycznie na ich zrzut spoza zasięgu obrony, jeśli nie dysponuje ona obroną strefową (w rozumieniu przed chwilą podanym). Jednak zastosowanie prostej taktyki dolotu do punktu zrzutu na niskiej wysokości poniżej radaru w połączeniu z szybkim wznoszeniem na wymaganą wysokość daje efekt korzystny dla strony atakującej. Samolot jest w stanie zrzucić bomby i zrobić unik w dół by zniknąć z pola widzenia radaru zanim dosięgnie go wystrzelona rakieta. Symulacje przeprowadzono dla dwóch profili ataku – zrzut z lotu poziomego na wysokości 6.000m i w odległości 50km od celu oraz w locie wznoszącym na wysokości 600m i w odległości od celu 30km. Dla uczciwości należy dodać, że własne lotnictwo ma równie słabe szanse na przechwycenie samolotów wroga przed zrzuceniem bomb. Nawet przy 2 minutowej gotowości do startu będzie to możliwe tylko w niewielkim obszarze i przy ściśle określonej geometrii pola walki. Tak więc argument o teoretycznej osłonie przed atakiem z użyciem bomb szybujących za pomocą pary dyżurnej myśliwców poderwanej z lotniska jest bardzo mało realny.
Jeśli tak, to albo czekamy na nowe rozwiązania natury technologicznej, albo wracamy do taktyki. Być może rozwiązaniem jest atak sekwencyjny dający więcej czasu lotnictwu lub atak w złych warunkach meteorologicznych, gdyż sensory elektrooptyczne jak i fale milimetrowe dają gorsze wyniki w czasie np. deszczu czy śniegu. Całkiem innym podejściem jest obrona przez atak, czyli powrót do obrony strefowej – najpierw prewencyjny atak na lotniska i przejście do samoobrony.
Z drugiej strony, jeśli jest tak źle to czemu nie odwrócić tej monety i nie zastosować bomb szybujących odpalanych z wyrzutni HIMARS tak jak to próbuje czynić SAAB w kooperacji z Boeing’iem. Zasięg 150km z broszur umożliwia pokrycie całych połaci strefy EEZ a nawet dalej, za prawdopodobnie połowę ceny rakiety ASM.

Na zakończenie trochę zimnej wody na rozpalone głowy miłośników technologii. Wśród studentów Wayne’a Hughes’a był John C. Schulte, który zebrał wszystkie znane publicznie przypadki użycia rakiet ASM w walce aż do roku 1994. Podzielił cele na trzy kategorie – bezbronne, uzbrojone lecz nie podejmujące obrony i faktycznie się broniące. Prawdopodobieństwo trafienia rakietą mierzone jest jako stosunek rakiet odpalonych do trafień. Nie jest to efektywność ani obrony ani ataku tylko wynik czegoś co von Clausewitz nazywał tarciem lub my moglibyśmy nazwać oporem materii.

  • Rakiety trafiały cele bezbronne z prawdopodobieństwem 91%. Dobry wynik choć mamy szansę, że w salwie ośmiu rakiet czasami jedna nie trafi.
  • Okręty broniące się aktywnie zostały trafione z prawdopodobieństwem 26%, czyli co czwarta rakieta jest dobrze wycelowana i przedziera się przez obronę.
  • Jednostki nie podejmujące obrony choć mające taką możliwość są intrygujące. Prawdopodobieństwo trafienia wynosi 68%, tylko dlaczego jest tak różne od 91% jeśli ani jedna kategoria ani druga nie broniły się? Wyjaśnieniem może być bardziej psychologia niż technologia i zachowanie ludzi w stresie mających świadomość, że obrona może być skuteczna.

Autor raportu zdawał sobie sprawę, że rozwój rakiet ASM jest gwałtowny i trudno porównywać Styx z Exocet. Wydzielił więc osobno liczby dla przypadków od 1982 roku czyli Wojny o Falklandy. Liczby wynoszą odpowiednio:

  • Cele bezbronne 98%
  • Cele nie podejmujące obrony 63%
  • Cele broniące się 45%

Widać wyraźny spadek skuteczności ataku, chociaż wciąż co druga rakieta przedziera się przez obronę. Z drugiej strony coraz mniej okazji do weryfikacji danych. W przeszłości najskuteczniejszym środkiem obrony były zakłócenia i pułapki. Odnosząc się do wcześniejszej dyskusji tylko w jednym przypadku rakieta została zniszczona za pomocą obrony średniego zasięgu. Od tego czasu mamy chyba tylko cztery znane przypadki użycia ASM tylko nieznacznie modyfikujące dane:

  • 2006 – Atak na izraelską korwetę zakończony trafieniem w okręt i pobliski bezbronny statek
  • 2016 – Atak na prom High Speed Vehicle zakończony trafieniem
  • 2016 – Atak dwóch rakiet na amerykański niszczyciel Aegis z czego jedna zneutralizowana przez obronę a jedna spadła do wody.
  • 2013 – W czasie testów systemu Aegis dron symulujący atak trafia amerykański krążownik. Nie potwierdzono, czy okręt podjął próbę obrony więc nie wiadomo, do której kategorii zakwalifikować przypadek.

Ten ostatni przypadek dodaje smaku gdyż nieuzbrojony w głowicę bojową dron obezwładnił duży okręt i wyeliminował go z linii.

Istnieją o wiele bardziej złożone modele walki i pewnie każda marynarka wojenna ma swój własny czy preferowany. Do takich modeli należy też podchodzić z dużą dozą ostrożności bo daje on pewne wskazówki do rozważań, ale nie definiuje przyszłości w sposób deterministyczny. Wciąż również trwa wyścig pomiędzy obroną i atakiem, w końcu nikt nie odwołał trzeciej zasady dynamiki Newtona – akcja rodzi reakcję. Niemniej tego typu obliczenia dają większe szanse na owocną dyskusję niezależnie od poziomu profesjonalizmu dyskutantów.

Jul 072018
 

Komentarze na blogu zwykle są źródłem inspiracji i nie inaczej stało się teraz. W rezultacie powstała lista projektów całkowicie realnych, choć na swój sposób fantazyjnych. Lista ma znaczenie praktyczne bo jakieś pieniądze są zamrożone w projektach już realizowanych, więc możemy mówić tylko o wykorzystaniu kwoty pozostałej w budżecie. Ta zaś w domyśle jest nie za duża.

 

 

Oto lista Projektów Poniżej 0.5 mld Złotych.

  • 0.3 mld PLN. MOSG – dwa kutry Damen 5509 uzbrojone w wkm-y.

Zastępcy dla Kaprów i lekko uzbrojone. Lektura ustaw o MOSG i broni palnej prowadzi do wniosku, że MOSG nie może mieć broni palnej większej niż przenośna, co w praktyce oznacza wkm-y. To między innymi dlatego bez istotnej zmiany prawa nie możemy mieć tylko Straży Przybrzeżnej i musimy mieć Marynarkę Wojenną, choćby w rozmiarze nano. Kutry patrolowe pozwolą na polepszenie obrazu sytuacji na naszych wodach i na aktywne uczestnictwo w ochronie granic Unii Europejskiej.

Damen ma swoją markę wśród Straży Przybrzeżnych i stocznie w Polsce. Foto Damen.com

  • 0.4 mld PLN Dwa „Rzepy” czyli SWATH 100 ton wyposażone w sonar holowany aktywno-pasywny TRAPS.

Ponieważ z natury monitorowanie tego co się dzieje pod wodą jest długotrwałe, wybór formy kadłuba padł na SWATH. Maleństwo 100-tonowe potrafi na fali 3m wciąż zachować przyśpieszenia pionowe w granicach komfortu dla załogi. Stabilna platforma dla sonaru i chyba warto „zapłacić” cenę za wady SWATH. „Rzep” ma pełnić podwójną role, obok podstawowej funkcji patrolowej ma być jednostką doświadczalną na drodze do systemów autonomicznych. Żadnej rewolucji, po prostu stopniowo zwiększana automatyzacja i redukcja załogi aż do punktu, gdy 2-3 osoby nadzorują prawidłowość działania całego systemu.
Korzystając z okazji można „Rzepa” doposażyć w armatę 30mm zdalnie sterowaną. Większym przedsięwzięciem byłoby dodanie nano-obrony przeciwlotniczej. Simbad-RC to morska i bardziej automatyczna wersja naszego Popradu. Dwie rakiety do zwalczania dość szerokiej gamy celów ale z możliwością automatycznego podporządkowania głównemu sensorowi jak radar. Takim, jak SeaGiraffe 1X o wadze raptem 350kg. Idąc jeszcze dalej pakiet uzupełnijmy prostą wersją wersją ESM podobną do Thales Vigile LW w kombinacji z pułapkami Sylena. Wszystko w granicach kolejnych 350kg.
Wymienione systemy w różnych konfiguracjach będą występowały w kolejnych projektach mamy więc okazję do upowszechnienia ich w marynarce wojennej a zatem do większych zakupów i „zniżki za ilość”.

Sonar aktywno-pasywny holowany ważący 3.5 tony. Coś dla “rzepa”. Foto www.curtiswright.com

  • 0.2 mld PLN Dozbrojenie Kormoranów w ten sam wyżej wspomniany pakiet nano-obrony plot.

W świecie nie ma zwyczaju uzbrajać niszczycieli min, ale nie ma też zwyczaju wysyłać je na odległość 100km od głównej bazy przeciwnika i to bez osłony. Pakiet nie daje oczywiście żadnego poczucia bezpieczeństwa przed zdecydowanym atakiem, ale pozwala zareagować na jawną prowokację. Ponieważ zrobiliśmy już zakupy ze „zniżką za ilość” wymienimy ze smutkiem Wróbla na RWS z armatą 30mm. Na przykład Typhoon czy Mk38 Mod3 w wersji amerykańskiej.

  • 0.3 mld PLN Trzy zestawy SeaRAM dla Ślązaka i fregat.

To zrozumiałe, że trudno wybierać jakiś system obrony przeciwlotniczej (czy jakikolwiek inny system) tylko dla jednego okrętu, ale zróbmy coś dla sieroty po programie Gawron i okażmy ślad empatii, żeby nie powiedzieć litości. Aby uniknąć syndromu jedynego egzemplarza, kupmy ten sam system dla remontowanych fregat. Ze względu na istnienie Phalanxa, SeaRAM ma sens. Nie wymaga w zasadzie integracji z Centrum Zarządzania Walką a daje naszym największym okrętom choćby prawo do udziału w realistycznych ćwiczeniach. Oczywiście pod warunkiem, że zostajemy z naszymi starymi OHP a nie pozyskujemy australijskich.

  • 0.5 mld PLN Wyposażenie NDR w obronę plot NASAAMS.

Temat już poruszony na blogu ponad trzy lata temu i wygląda na próbę obejścia programu Narew, ale można go przedstawić w innym świetle. Propozycja byłaby trudna do akceptacji jako samodzielny pomysł marynarki wojennej na obronę przeciwlotniczą bez czekania na wynik przetargu. Popatrzmy jednak na składniki NDR-u czyli MJR oraz NASAAMS. Do stworzenia baterii przeciwlotniczej potrzeba radaru 3D, wozu dowodzenia , łączności i wyrzutni rakietowych plus same rakiety. Ponieważ NDR został oparty na sieci i C2 z NASAAMS to brakuje nam tylko samych wyrzutni, bo rakiety AMRAAM już istnieją w naszych siłach zbrojnych. Radar jest już zakupiony, potrzeba dokupić jedno stanowisko dowodzenia na baterię podobne do tych, które mamy oraz powiedzmy sześć wozów z wyrzutniami. Sieć istnieje więc każda bateria NSM będzie miała w swoim składzie wyrzutnię NASAAMS. Jeśli tak jest, to potrzeba tylko odrobinę dobrej woli bo już zainwestowaliśmy w połowę potrzebnego sprzętu.

  • 0.1 mld PLN Dwa zestawy ScanEagle dla dwóch NDR-ów.

Następny system już występujący w wojsku polskim a dający szansę MJR na własny, zintegrowany w ramach struktury system rozpoznania. Nadbrzeżne baterie będą mogły korzystać zarówno z rozwijanego systemu zbierania danych na wyższym poziomie jak i swojego własnego. Źródeł informacji o sytuacji taktycznej nigdy za wiele a koszt jest umiarkowany. Korzysta na tym cała Marynarka Wojenna, ale jest to system kluczowy dla aktualnie głównej siły uderzeniowej floty.

  • 0.3 mld PLN Cztery Fast Patrol Boats jak amerykańskie Mk VI.

Wszechstronność tych maleństw zdumiewa. US Navy definiuje ich zadanie jako “nieprzerwane patrolowanie płytkich wód przybrzeżnych poza osłoną portów i zatok w celu ochrony sił własnych i koalicyjnych oraz krytycznej infrastruktury”. Na metrowej fali wciąż rozwija prędkość 35 węzłów. Łodzie mogą być wykorzystane również do walki z minami z użyciem dronów. Inspekcje podejrzanych statków czy zwalczanie wrogich łodzi i niewielkich jednostek to standardowe „menu”. Mk VI mają cztery stabilizowane stanowiska dla broni i można to wykorzystać poprzez pewną modyfikację zestawu uzbrojenia. Pozostawiając dwie armaty 25/30mm na kolejnym stanowisku można dodać wyrzutnię rakiet Spike-ER. Zasięg zwalczania niedużych celów na powierzchni morza zwiększa się do 8km. Wewnątrz jest miejsce dla kilkuosobowego oddziału abordażowego. Z punktu widzenia sojuszników nasze porty powinny być bezpieczną przystanią i do tego nie potrzebujemy fregat.

Ujęcie dobrze pokazujące wszechstronność tej niewielkiej jednostki. Foto www.timesofsandiego.com

  • 0.5 mld PLN dwa śmigłowce średnich/ciężkich SAR (bo tyle mamy Mi-14)

Powoli przechodzimy do projektów wciąż w ramach pół miliarda. Ale klasycznych, powszechnie dyskutowanych. Dwie sztuki to nie cztery ani tym bardziej sześć, ale to tyle by zastąpić Mi-14 pozostające aktualnie w służbie. Od czegoś trzeba zacząć. Lepiej nie wymieniać typów czy dostawców bo to grozi eksplozją walki politycznej, jednak ze względu na posiadanie lżejszych Anakond naszą uwagę powinny przyciągnąć śmigłowce średnie lub ciężkie będące bezpośrednim odpowiednikiem Mi-14.

  • 0.5 mld PLN dwa śmigłowce ASW (bo tylko jedna fregata jest na chodzie w danym momencie)

Wspomniane na początku „Rzepy” to maleństwa i jeśli docelowo mają działać autonomicznie to uzbrojenie ich w torpedy napotkać może na opór i barierę psychologiczną. Potrzeba więc szybkiego „dostarczyciela” broni przeciwpodwodnej, czym od dziesiątków lat jest śmigłowiec. Te bazujące na lądzie będą musiały poczekać na swoją kolej, ale jeśli zdecydowaliśmy się na przedłużenie życia fregatom jeszcze trochę, to pierwszeństwo zyskują śmigłowce pokładowe, chociaż nikt nie wie, czy będą miały z czego startować w przyszłości. Dwie sztuki, bo tylko jedna fregata będzie w danym czasie na misji a także z powodu wzmiankowanej niepewności co do losu i przyszłości okrętów nawodnych. Nie muszą być od tego samego dostawcy co SAR, bo kontrakt na 50 sztuk dla sił zbrojnych anulowano i standaryzacja przestaje odgrywać jakąkolwiek rolę. Również dlatego, że fregaty OHP pierwszej wersji mają ograniczenie na wielkość przyjmowanych maszyn co otwiera pole dla mniejszych śmigłowców ASW.

  • 0.5 mld PLN Okręt rozpoznania radioelektronicznego

Nasze wysiłki remontowania okrętów rozpoznania radioelektronicznego są godne podziwu. Pomijając jakiekolwiek parametry czy kwestie związane z geometrią i rozmiarem anten, to technologia idzie do przodu w szaleńczym tempie i wymieniając ją na starym okręcie doprowadzamy do pewnego dysonansu. Super elektronika na archiwalnym okręcie. Pewnie stwierdzenie niesłusznie krzywdzące lub jątrzące, ale czas już pomyśleć o następcach, zwłaszcza, że jest to w naszym zasięgu. Budowa w Polsce platformy dla marynarki Szwecji jest właściwie okazją do podłączenia się do projektu.

W sumie na liście mamy projekty za 3.4 mld PLN z budżetu MON plus 0.3 mld PLN dla MSW rozłożone w czasie na …no właśnie, na ile lat? W trakcie realizacji mamy już 1.9 mld alokowane dla dwóch Kormoranów i Ratownika, których budowa przez dwa konsorcja potrwa około 3-4 lata. Dla budżetu to oznacza wydatek mniej więcej 0.5 mld PLN rocznie, co chyba wyczerpuje nasze zasoby na wspomniany okres czasu. Jak zaplanować harmonogram na dalsze lata dla projektów z listy przy utrzymaniu tempa inwestycji?

Na pierwsze miejsce wysuwa się ScanEagle oferujący największy wzrost możliwości w postaci zwiększonej skuteczności MJR za najmniejsze pieniądze. Na drugiej pozycji śmigłowce pokładowe ASW jako konsekwencja decyzji o utrzymaniu fregat OHP w służbie i to niezależnie czy naszych starych czy australijskich. Zakup helikopterów musiałby nastąpić jeszcze w czasie finansowania Ratownika i Kormoranów, gdyż fregaty się starzeją i nie czekają na „luzy” budżetowe. W dalszej kolejności okręt ELINT bo zwolnią się moce produkcyjne stoczni. Natomiast zarówno kutry i łodzie patrolowe oraz „rzepy” mogą budować inne stocznie równolegle lub sekwencyjnie w zależności od dostępnych środków finansowych. W podobnym przedziale czasu powinien znaleźć swój finał kontrakt na śmigłowce SAR, bo te wyremontowane już pewnie nie dadzą rady dłużej. Na sam koniec uzupełnienie obrony plot MJR i ewentualne dozbrojenie okrętów.
Czas na fantazje mija, więc pora kończyć. Pewne jest jedno, że lista taka czy inna powinna istnieć a jej realizacja podlegać ciągłej adaptacji do konsekwencji często zaskakujących decyzji polityków.

Jun 242018
 

Historia meandrów powstania i tworzenia kolejnych edycji strategii US Navy poza gronem specjalistów może się wydawać ciężką strawą. Dla szerszego grona czytelników godne polecenia są więc dwie lektury opisujące wspomnianą historię w sposób przystępny a wręcz miejscami lekki. Pikanterii dodaje wiele szczegółów dotyczących kluczowych osób oraz admirałów biorących udział w procesie. Pierwsza pozycja ma szerszy horyzont czasowy i jest bardziej zdyscyplinowana jako rozwinięcie tezy końcowej z Naval Postgraduate School – Peter D. Haynes Toward a New Maritime Strategy. American Naval Thinking in the Post-Cold War Era. Druga pozycja jest napisana w stylu wręcz dziennikarskim, ze swadą i nie unikając kontrowersyjnych stwierdzeń – Thomas P.M. Barnett The Pentagon’s New Map. War and Peace in the Twenty-First Century.

Każdy z tej lektury może wynieść coś innego, ale najbardziej pasjonującym momentem jest chyba przełom 1991 i 1992 roku gdy w ramach prac grupy zwanej Naval Force Capabilities Planning Effort (NFCPE) Bill Manthorpe z ONA zaprezentował tylko jeden slajd. Ten slajd zapoczątkował dyskusję trwającą do dzisiaj na temat roli US Navy i jej struktury. Wynik debaty ma podstawowe znaczenie dla budżetu i procesu planowania nowych systemów uzbrojenia. Mówimy o dziesiątkach miliardów dolarów rocznie więc nic dziwnego, że siły zaangażowane w obronę różnych opcji były i są potężne. Krótki passus o zamianie czasownika „achieve” na „use” skutkujący ograniczeniem liczebności sił podwodnych pozostawia czytelnika z glębokim zdumieniem i niedowierzaniem. Sprawa staje się jeszcze bardziej fascynująca po umieszczeniu jej w szerszym kontekście. Praca NFCPE doprowadziła do stworzenia najbardziej wpływowej koncepcji strategicznej USNavy od czasów zimnowojennej Maritime Strategy. Ta z kolei miała niezwykłą siłę sprawczą bo jak zauważa Peter Haynes:

W kategoriach ogólnej strategii Stanów Zjednoczonych ani przeznaczenie marynarki wojennej ani jej struktura sił nigdy nie były oczywiste. Dlatego, w konsekwencji marynarka posyłała swoich najlepszych i najbadziej obiecujących oficerów do Pentagonu do kierowania programami rozwoju systemów uzbrojenia dla floty.

Sam slajd jest niezwykle prosty. Pokazuje, że zagrożenie ze strony równorzędnego przeciwnika jest cykliczne (sinusoidalne) z okresem około 20 lat. Ponadto, że suma wszelkich innych zagrożeń mających źródło w konfliktach regionalnych rośnie, ale jest nieporównywalnie mniejsza niż zagrożenie wynikające z wyzwania innego państwa pretendującego do roli hegemona. Praktycznie w roku 1991 oznaczało to, że nie należy spodziewać się następnego cyklu wcześniej niż w 2010 roku. Patrząc z perspektywy możemy to potwierdzić, tylko wtedy padło pytanie co US Navy ma robić przez kolejne 20 lat? Według Thomasa Barnetta zażarte dyskusje doprowadziły do podziału grupy roboczej na trzy obozy:

  • „Transitioneers” skupiali się na opanowaniu mało przewidywalnego rozwoju wypadków po rozpadzie Związku Radzieckiego a więc na zboczu opadającym krzywej Manthorpe’a opisującej upadek równorzędnego przeciwnika. Grupa składała się głównie z oficerów floty nawodnej i piechoty morskiej. Wychodząc poza tezy autora przypiszmy jej funkcję „Dyplomacji Morskiej” zarówno z użyciem przymusu jak i bez.
  • „Big Sticks” podzielali poniekąd poglądy pierwszej grupy skupiając się na niepewnym czasie pomiędzy szczytami cyklu, ale uważali że należy się skoncentrować na wygaszaniu większych regionalnych konfliktów do czego potrzebne są spore zdolności bojowe. Do tej grupy należeli przede wszystkim piloci z lotniskowców i wszyscy orędownicy użycia lotniskowców jako głównej siły uderzeniowej floty. Podobnie jak poprzednio, nazwijmy ich główne zadanie jako „Uderzenie z Morza”.
  • „Cold Worriers” byli zainteresowani tylko i wyłącznie następnym cyklem czyli kolejnym kandydatem na hegemona próbującym rzucić wyzwanie Stanom Zjednoczonym na morzu. Grupa złożona głównie z oficerów floty podwodnej skupiała się na długofalowej przewadze technologicznej i uzbrojeniu tylko i wyłącznie „z górnej półki” ignorując okres przejściowy. Ich zadanie nazwijmy „Panowanie na Morzu”.

Następne dwie dekady pokazały kluczowy problem wielkich organizacji, zwłaszcza silnie hierarchicznych. Bezwładność decyzyjna powoduje desynchronizację pomiędzy okresem cyklu decyzyjnego i cyklu zagrożenia czyli krótko mówiąc dysfunkcję. Na obronę należy stwierdzić, że w przypadku okrętów wojennych okres 20 lat to w zasadzie dopiero półmetek życia a okres projektowania i budowy fregaty czy niszczyciela to około 10 lat. No cóż, nic tak nie destabilizuje układu oscylacyjnego jak wprowadzenie opóźnienia na wejściu. Tyle dygresji inżyniera.
Prace nad strategią zaowocowały dokumentem „…From the Sea”, który łączył w sobie koncepcje „Big Sticks” zakładając posiadanie panowania na morzu a priori. Nic więc dziwnego, że US Navy nie wykazywała żadnego zainteresowania czymkolwiek mniejszym lub słabszym od niszczycieli a i te istniały tylko jako eskortowce dla lotniskowców. Kolejny dysonans powstał na styku Pentagonu i Kongresu bo ponownie odwołując się do Petera Heynesa:

Kongres jak i naród amerykański miał wąskie, nie-systemowe rozumienie przeznaczenia sił zbrojnych, które tylko miały zapobiegać wojnom i je wygrywać.

Przyjęcie posiadania panowania na morzu a priori oznaczało spadek zainteresowania ochroną szlaków żeglugowych. Stare fregaty masowo odeszły do rezerwy i w zapomnienie.

Z biegiem czasu coraz trudniej było marynarce uzasadniać żądania budżetowe dla systemów rodem z zimnej wojny wobec braku istotnego zagrożenia w średniej perspektywie. Gdy w końcu zainteresowano się okrętami bardziej adekwatnymi dla środowiska przybrzeżnego o ograniczonym zagrożeniu, przedłużający się proces rozwoju LCS zaskoczył marynarkę w momencie wchodzenia na krzywą wznoszącą kolejnego zagrożenia ze strony równorzędnego przeciwnika. Zamiana LCS na fregatę z tego punktu widzenia może się okazać ponowną demonstracją bezwładu, bo zbliżając się do szczytu zagrożenia fregata będzie zabierała pieniądze z budżetu dla niszczycieli co może napotkać na duży opór. Rozwiązaniem psychologicznie trudnym byłoby zaakceptowanie faktu, że panowanie na morzu nie jest dane tylko trzeba je dopiero wywalczyć, czego powoli nie pamiętają już nawet najstarsi oficerowie floty.

Lotniskowce ze swoją świtą są z pewnością w stanie rozwiązać drobne konflikty. Tylko dlaczego 10 mld $ za sztukę i dlaczego 12 sztuk? I jak długo trzeba czekać na równorzędnego przeciwnika? Ostatni był w 1944.

Powracając do książek obaj autorzy reprezentują pogląd, że należy skupić się na pozytywnym budowaniu bezpieczeństwa poprzez ochronę światowego systemu handlu morskiego czy eliminowaniu regionalnych konfliktów zanim zamienią się w coś nieogarnionego. Pozytywne wspieranie procesów globalizacji i wymiany handlowej daje trwałe podstawy dla budżetu US Navy niezależne od cyklu zagrożenia ze strony równorzędnego przeciwnika. To wymaga przejścia od strategii czysto wojennomorskiej (naval) do morskiej (maritime). Przeszkodę Peter Haynes widzi w samej marynarce i cytuje admirała Arleigh Burke’a:

Ludzie służący w marynarce nie wiedzieli wiele o strategii… To dlatego nie mieliśmy żadnej organizacji tworzącej argumenty na rzecz floty lub jej broniącej…. Cierpieliśmy z powodu niewiedzy o tym, do czego w ogóle jest marynarka wojenna.

Kilkanaście lat później wsparcie dla koncepcji strategii morskiej opartej o „systemowe” zadania wynikające z sytuacji braku równorzędnego przeciwnika przyszło z gier wojennych przeprowadzonych w Naval War College w 2006 roku. Gry przeprowadzono w ramach pierwszego etapu formowania „Cooperative Strategy”. Zaskakującym wnioskiem było odkrycie, że wszystkie państwa traktowane w grze jako potencjalnie wrogie takie jak Chiny, Iran czy Korea Północna są w gruncie rzeczy zainteresowane utrzymaniem aktualnego systemu handlu światowego. Skąd więc ma przyjść następny cykl zagrożenia? Jedynym źródłem są organizacje nie-państwowe mające interes w zniszczeniu lub zakłóceniu istniejącego układu. Dzisiaj chyba możemy powiedzieć, że w grze pominięto być może istotny szczegół bowiem zainteresowanie utrzymaniem aktualnego systemu nie jest jednoznaczne z utrzymaniem status quo. Innymi słowy kto będzie strażnikiem światowego systemu handlu morskiego? Przynajmniej na poziomie regionalnym Chiny deklarują, że o swoje interesy zadbają samodzielnie i bez Amerykanów. Położenie Chin powoduje jednak, że w grę wchodzą kluczowe szlaki żeglugowe na dwóch oceanach co ma wpływ na najważniejszych sojuszników Stanów Zjednoczonych w regionie. Czy to jednak będzie podstawą do otwartego konfliktu? Globalizacja ma to do siebie, że zapobiega konfliktom bo wszyscy są zainteresowani żywotnie w utrzymaniu pokoju. Z drugiej strony jeśli taki konflikt wybuchnie to będzie globalny z tego samego powodu zaangażowania wszystkich.

Bezpieczeństwo morskie to wynik współdziałania wielu państw, organizacji i zdolności. Czy widzimy tu miejsce i rolę dla nas?

W tym roku celebrujemy 100-lecie Marynarki Wojennej państwa polskiego. Z naszej perspektywy zdania o nietrwałych fundamentach US Navy mogą brzmieć wręcz śmiesznie, ale wciąż nam brak w Polsce podobnej otwartej debaty i kompromisu w kwestii, która opcja ma dominować. Dyplomacja Morska, Uderzenia z Morza czy Panowanie na Morzu wobec dominacji strategii lądowej z pewnością będą miały inny wydźwięk i kształt niż w Stanach Zjednoczonych niemniej trudno bez pogłębionej refleksji na ten temat uzasadnić wydatki na flotę. Uwaga o Kongresie i społeczeństwie amerykańskim rozpatrującym wydatki na obronę tylko w kategorii wojny są tak samo słuszne dla Polski. Być może jeszcze większym problemem niż w USA będzie pytanie kto taką debatę ma prowadzić. Liczba oficerów jest ograniczona w tym pomocniczym rodzaju sił zbrojnych. Zainteresowanych strategią jeszcze mniej. Mających styczność z MON-em czy cywilnym nadzorem nad armią pewnie garstka. Polityków orientujących się w zagadnieniach morskich policzyć można na palcach jednej ręki plus garść amatorów i sympatyków. Czy ma być to dyskusja w kuluarach w wąskim i zamkniętym gronie czy też szersza, wciągająca bardziej opinię publiczną? Jeśli tak to gdzie jest forum tej dyskusji? Pytań więcej niż odpowiedzi, ale jeśli 2018 rok ma być jubileuszem wartym świętowania to dobrze by było znaleźć odpowiedzi jak najszybciej.