Dec 232017
 

Marynarka Wojenna RP ponownie albo raczej wciąż znajduje się w impasie i przy braku lub niewielu dobrych widokach na przyszłość, dyskusja o jej losie przygasa. Jeśli chcemy „ruszyć z posad bryłę świata” i ożywić dialog na temat przyszłości naszej floty, być może potrzeba idei bardziej jasnych choć radykalnych by przysłowiowy węzeł gordyjski przeciąć, zamiast rozsupływać bez końca.
Pułapka, w której tkwi marynarka wojenna polega na konflikcie użyteczności i wartości mierzonej pieniądzem. Brak chętnych na finansowanie działalności w czasie pokoju i kryzysu postrzeganej jako drugorzędną rolę w funkcji floty a z drugiej strony na flotę czasu wojny, która i tak będzie miała pomocniczą rolę w konflikcie lądowym. Na koniec dochodzimy więc do wniosku, że w pierwszym przypadku pieniędzy wydawać nie warto a w drugim, że lepiej je przeznaczyć na coś innego. Taki obraz niekoniecznie jest zgodny z rzeczywistym stanem rzeczy i mocno zależy od punktu widzenia wydaje się jednak być mocno zakorzenionym w naszej zbiorowej świadomości.

Rozwiązaniem może być w miarę jasne rozdzielenie organizacyjne operacji w czasie pokoju i kryzysu oraz wojny pomiędzy Morski Oddział Straży Granicznej a Marynarkę Wojenną. W praktyce oznacza to przejęcie przez MOSG funkcji zwalczania zagrożeń hybrydowych na wodach terytorialnych i wewnętrznych oraz wsparcia roli patrolowej i rozpoznawczej w strefie wyłączności ekonomicznej. Marynarka Wojenna RP skupia się natomiast na roli jaką może realizować w ramach operacji lądowych połączonych sił zbrojnych. Na realizację takiej listy zadań Straży Granicznej pozwala aktualna ustawa. W przypadku rozpoznania ustawa mówi wprost o konieczności:

  • wykrycia jednostek pływających zagrażających pokojowi, porządkowi publicznemu lub bezpieczeństwu Rzeczypospolitej Polskiej;

  • wykrycia obcych okrętów wojennych i samolotów wojskowych na polskich obszarach morskich;

  • wykrycia w zasięgu obserwacji technicznej i wzrokowej nierozpoznanych obiektów nawodnych oraz statków powietrznych;

Ustawa nakłada ograniczenia na użycie broni, ale najwyraźniej poniższy paragraf zostaje zawieszony w przypadku samoobrony czyli ataku na jednostkę Straży Granicznej:

Użycie broni pokładowej przez jednostki pływające Straży Granicznej do ściganego statku może mieć miejsce jedynie w sytuacjach wyjątkowych i jako środek ostateczny, gdy inne środki nie są wystarczające do zatrzymania statku lub wymuszenia posłuszeństwa, lecz nie powinno zmierzać do jego zatopienia.

Korzyść wynika poniekąd z psychologii. Marynarka wojenna ma pewne opory wobec inwestowania w niedozbrojone okręty i projekt Czapla budzi kontrowersje. Dla MOSG byłaby to jednostka aż zanadto uzbrojona i zbyt droga. Jeśli zamienić ją na w sumie niewielki okręt patrolowy uzbrojony w broń małokalibrową oraz wyposażony w prosty system dowodzenia i łącze wymiany danych taktycznych to otrzymamy jednostkę zdolną do zapewnienia bezpieczeństwa morskiego na wodach przybrzeżnych oraz pełniącą rolę węzła informatyczno-cybernetycznego dla sieci rozpoznawczej. Jednostka może również wykonywać zadania poza wodami polskimi na podstawie umów wewnątrz Unii Europejskiej. Wyposażona dodatkowo w drony małego zasięgu lub balon czy latawiec na uwięzi z czujnikami elektrooptycznymi staje się źródłem informacji dla Morskiej Jednostki Rakietowej. Drugim źródłem mogłyby być drony, ale ze względu na wymóg zasięgu i długotrwałości lotu musiałby to być dron klasy MALE. Całkiem drogi i bezbronny, latający na średnich wysokościach i widoczny dla obrony przeciwlotniczej wszelkich zainteresowanych. Ponownie wpadamy w pułapkę – za drogi na czas pokoju zbyt wrażliwy na czas wojny. Jednostka pływająca pomimo swoich ograniczeń daje lepsze szanse na minimum samoobrony.

Czapla w nowej postaci. Niepopularne dziecko MW, pożyteczne w MOSG. Foto www.damen.com

Wspomniana powyżej lista zadań w zakresie rozpoznania wymagałaby wobec rozwoju technologii uzupełnienia ustawy o pojazdy podwodne. Trudno MOSG „ubierać” w wykrywanie okrętów podwodnych, ale drony czy pojazdy nurków to już można próbować poprzez przydzielenie sprzętu i wyszkolonych specjalistów z marynarki wojennej do służby na jednostkach MOSG w czasie kryzysu (przypis – pomysł delegowania specjalistów MW do służby w MOSG pochodzi od czytelnika – Przemysława Ziemackiego. Ogólnie jest to problem znacznie szerszy i dotyczy sposobu w jaki szukać, szkolić i zachować w służbie fachowców z wąskich specjalizacji).

Innym efektem ubocznym podziału organizacyjnego byłoby oddelegowanie do MOSG części zadań wykonywanych przez Brygadę Lotnictwa MW. Chodzi o samoloty patrolowe i monitoringu ekologicznego oraz śmigłowce SAR. W Marynarce Wojennej pozostałyby funkcje zwalczania okrętów podwodnych oraz Combat SAR. Argument za takim rozwiązaniem jest taki sam jak w przypadku MALE – zadania mogą być wykonane przez instytucje cywilne w czasie pokoju a w czasie wojny samoloty Bryza czy śmigłowce Anakonda będą całkiem bezbronne. Na czas wojny CSAR ma większe szanse na realizacje swoich zadań mogąc jednocześnie ratować ludzi w czasie pokoju. Technicznie podział byłby taki, że śmigłowce cywilnego SAR byłyby klasy lekkiej do średniej a CSAR marynarki wojennej średniej do ciężkiej. Po stronie pozytywnej będzie uproszenie struktur (SAR wraca do organizacji powołanej do tego celu) i ułatwienie przetargów (mamy otwarte przetargi na sprzęt bez wyposażenie stricte wojskowego). Po stronie negatywnej mamy pytanie jak zapewnić wyszkolonych pilotów dla organizacji nie zajmującej się do tej pory takimi zadaniami. Odkładamy na chwilę problem budżetowy bo jest on być może łatwiejszy do rozwiązania.

Inną kwestią wymagającą analizy i decyzji jest w jaki sposób zapewnić marynarce wojennej rozpoznanie w czasie wojny. Latanie samolotem MPA na średnich wysokościach w zasięgu baterii S300/400 nie wydaje się być dobrym pomysłem. Potrzeba nam innych rozwiązań bardziej odpornych na działania przeciwnika albo tanich i łatwych do zastąpienia jeśli są wrażliwe na atak wroga. Jednym ze sposobów to rozwój rozpoznania satelitarnego, innym tanich dronów krótkiego zasięgu rozpowszechnionych na pokładach wszystkich jednostek pływających Marynarki Wojennej i Straży Granicznej. Jeszcze innym sieci hydrofonów i innych czujników rozmieszczonych na dnie morskim.

Co jednak w końcu z Marynarką Wojenną i jej główną rolą w czasie otwartego konfliktu? Jakie wsparcie może dać flota działaniom toczonym na lądzie zgodnie z postulatem Raoula Castexa o podporządkowaniu strategii morskiej ogólnemu planowi wojny? Wydaje się, że w czwórnasób:

  • Wsparcie ogniowe. Realizowane jako bezpośrednie wsparcie na poziomie taktycznym lub jako atak z użyciem rakiet manewrujących na cele w głębi terytorium przeciwnika. W pierwszym przypadku pewną nadzieje daje rozwój artylerii lufowej, ale na razie nie dotyczy to jednostek niewielkich rozmiarów. W drugim silnym ograniczeniem jest pojemność magazynów rakiet na okrętach zwłaszcza w porównaniu z liczebnością salwy wymaganą dla osiągnięcia znaczącego rezultatu. Dopóki nie będziemy mieli okrętu dedykowanego do tej misji jakim w przeszłości były monitory, koszt okrętu mającego wykonywać taką misję w warunkach wysokiego zagrożenia przechyla szalę decyzji na nie. Pewną nadzieję dają ostatnie eksperymenty US Marines z użyciem HIMARS z pokładów okrętów desantowych.
  • Mała wojna. Sir Julian Corbett rozróżnia dwa typy akcji – mniejsze kontrataki oraz dywersje. Pierwszy polega na działaniach przeciwko wrogowi na teatrze działań. Drugi jest tym samym ale poza teatrem działań ma więc za zadanie odwrócenie uwagi od podstawowego kierunku działań. Raoul Castex nazywa takie działanie manewrem zmuszającym przeciwnika do podziału sił. Jakiekolwiek lotnictwo przeznaczone do zwalczania celów na morzu będzie pozbawiało wsparcia lotniczego własnych oddziałów na lądzie.
  • Transport wojska, sprzętu i zaopatrzenie drogą morską. Krytycznym dla jakiegokolwiek otwartego konfliktu z udziałem NATO w rejonie Morza Bałtyckiego będzie transport wsparcia zza oceanu do portów bałtyckich. Rola naszej marynarki wojennej w tym przypadku polega na zapewnieniu bezpieczeństwa portu docelowego oraz podejść do niego. Innym przypadkiem jest przerzut małych grup wojska wzdłuż wybrzeża w ramach wspomnianej poprzednio „małej wojny”. Jest to chyba najskuteczniejsza forma wsparcia dla armii oferująca jej dodatkowe pole manewru.
  • Ewakuacja. Temat trochę zapomniany lub niepopularny bo z góry zakłada jakąś porażkę. Tymczasem historia obu wojen światowych na Bałtyku a ostatniej w szczególności wskazuje na dość fundamentalny charakter tych operacji. Trudno budować jednostki dla tylko tego celu, ale szczęśliwie łączą się z poprzednim punktem transportu wojska. Mamy więc do czynienia z wahadłem – w jedną stronę wojsko i zaopatrzenie a w drugą ludność cywilna albo w przypadku przegranej wojska i sprzętu.

Patrząc poprzez pryzmat wymienionych punktów na potrzebny sprzęt to wspólnym punktem przynajmniej dla ostatnich trzech będzie okręt transportowy lub desantowy być może uzupełniony łodziami szturmowymi czyli zmutowany Marlin. Najprostszy zestaw wymagań to okręt:

  • Wielkości fregaty zdolny do współdziałania w zespołach NATO, realizacji misji humanitarnych i szeroko pojętej dyplomacji morskiej
  • Uzbrojony jak korweta zdolny do samoobrony w ograniczonym zakresie.
  • Zdolny do transportu kompanii wojska ze sprzętem. Ograniczenie wynika z postulatu „małej wojny” przy jednoczesnym braku piechoty morskiej w strukturach marynarki wojennej i szczupłości zasobów armii potencjalnie oddelegowanych do drugorzędnych zadań dywersyjnych.

Wszechstronność okrętów desantowych jest niezwykła. Foto www.damen.com

Taki okręt a właściwie jego ładunek wymaga eskorty. Minimalną stanowiłaby para dozbrojonych Ślązaków czy Mieczników, co nie zamyka drogi do fregat. Eskorta prowadzi nas do kolejnego punktu czyli czy i jak prowadzić walkę z okrętami podwodnymi. Jeśli odpowiemy na pierwszą część pytania pozytywnie to eskadra śmigłowców do zwalczania okrętów podwodnych uzupełniałaby i współdziałała z eskortą dla zmodyfikowanego Marlina.

Listę postulatów zamyka zespól do walki minowej w postaci Kormoranów wspieranych przez wersję modułu Kijanka operującą z lądu w pobliżu baz morskich i portów środkowego wybrzeża. Moduł pierwotnie pomyślany dla Czapli zostałby zaadoptowany do kierowania z lądu jako element bezpieczeństwa baz floty.

Znikają w tej wersji okręty podwodne jako nie wnoszące istotnego wkładu ani w wsparcie ogniowe ani w operacje na lądzie a z drugiej strony niezwykle kosztowne. Flota zostaje „ogołocona do kości” ale żywa w postaci 6-7 nowoczesnych okrętów wspartych przez Morską Jednostkę Rakietową, śmigłowce ZOP i CSAR oraz drony i moduły przeciwminowe. Dodatkowo MOSG zyskuje nową rolę i wyposażenie w postaci 2-3 okrętów patrolowych oraz majątku lotniczego odziedziczonego po Marynarce Wojennej. Wszystko wymagałoby zmian w budżetowaniu obu organizacji i ministerstw za nimi stojących co wywołałoby z pewnością burzę i opór. Potrzeba też dobrej woli, co ostatnio wydaje się być towarem deficytowym. Jest jednak przeddzień Wigilii. Wierzący oczekują na Boże Narodzenie, inni po prostu na Święta a sympatycy Marynarki Wojennej RP po prostu na dobre nowiny. Miejmy nadzieję, że 27 grudnia nadejdą w postaci kontraktu na nowe okręty.

Wszystkiego najlepszego i świątecznych nastrojów życzy z dala od morza

Przemek

 

  6 Responses to “Węzeł gordyjski – tniemy czy rozsupłujemy?”

  1. Niestety przepraszam ale…gdzie etaty,szlify i fanfary. Sama mafia trałowa ząda wiecej etetów niż w tym ciekawym koncepcie…

    • No cóż. Blog jest ogólnie o tym, co powinno być a niekoniecznie i zawsze jest. Istnieje jeden argument za siłami przeciwminowymi – mają co robić w czasie pokoju i jest to łatwe do pokazania. Niewybuch w porcie jest zrozumiały dla każdego. Reszta musi znaleźć oparcie w koncepcjach teoretycznych. Jak dotąd nie mieliśmy z Rosjanami ani z innymi nacjami konfliktu na morzu, który by demonstrował potrzebę takiego czy innego rozwiązania. Udział w zespołach NATO jest gdzieś pomiędzy i wymaga sporo działań wspierających w mediach.

      Pozdrawiam,

      Przemek

  2. Panie Przemku, problemem współczesnych straży wybrzeża jest niestety dążenie do minimalizacji uzbrojenia (taki dość dziwny trend). Sprawia to, że katalog zagrożeń, na które nie mogą zareagować powiększa się, a nie pomniejsza. Żaden z polskich statków rządowych nie jest uzbrojony w artylerię. Co najwyżej można zamontować wkm. Na czas pokoju to jest w olbrzymiej większości przypadków wystarczające, ale na kryzys (zwłaszcza długotrwały) to nie byłbym takim optymistą. Zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę potencjalną przewagę strony przeciwnej w dosłownie każdym aspekcie. Wydaje się, że spośród ostatnich zakupów MOSG na czas kryzysu to IC16M zapewniają największe korzyści w postaci czasu reakcji, ale to tylko jeden aspekt. Może warto przeanalizować jak mógłby się rozwijać kilku-kilkunastomiesięczny kryzys okraszony pewną liczbą niewygodnych incydentów. Do znudzenia podkreślam też, że istnieje pilna potrzeba zakupu ETV (emergency towing vessel) na zachodnie wybrzeże (przynajmniej jeśli zakładamy, że gazoport i zespół portowy Świnoujście-Szczecin ma znaczenie strategiczne). Gdyby wierzyć, że w naszym kraju ktoś popatrzy w kategoriach interesu narodowego to mogłoby to wyglądać podobnie jak w przypadku fińskiego Louhi (999), choć oczywiście nie mam tu na myśli ani samej konstrukcji, ani tego że chodzi o przynależność do marynarki wojennej, ale o rozwiązanie które uwzględni potrzeby więcej niż jednego ministerstwa. Bo jak jest to wiadomo 🙁

    • Panie Marcinie,
      Przepraszam za późną odpowiedź. Wędrowałem po Republikach Bałtyckich wczuwając się w atmosferę kryzysu. Pana słowa to święta prawda. Ogólnie Morski Oddział Straży granicznej powinien ewoluować w kierunku Straży Przybrzeżnej. Problem już widać na poziomie języka – czy ograniczamy się tylko do granicy? Na razie MOSG nie może się doprosić większych jednostek i rzeczywiście wykonuje zadania typowo policyjne. ETV to teoretycznie prosta rzecz i użyteczna tylko pewnie znowu natkniemy się problem przynależności organizacyjnej, jeśli jednostka ma być użyteczna dla kilku ministerstw. Ponownie mamy do czynienia z sytuacją, że można coś zrobić i jest to w zasięgu naszych możliwości ale tak się nie dzieje.

      Nawiasem mówiąc słyszałem w Lipawie, że łotewskie okręty patrolowe czy to marynarki wojennej czy to straży granicznej mają co robić.

      Pozdrawiam,

      Przemek

      • Łotwa to akurat doskonały przykład uproszczenia relacji, bo ichniejsza Krasta apsardzes podlega dowódcy marynarki wojennej. To znacznie ułatwia osiąganie synergii wykorzystania sił. Rozwiązanie to zaczerpnięto chyba od Norwegów, gdzie się to doskonale sprawdza. W krajach gdzie kultura współpracy wynosi interes narodowy ponad ministerialne podziały nieźle sprawdza się swego rodzaju wspólne kierowanie siłami, ale u nas… jak to u nas. Choć i tu są pewne chwalebne przykłady jak współpraca MSPiR z MW w zakresie użycia śmigłowców ratowniczych.

        • Być może (podobnie jak to jest w gospodarce) w małych firmach polega się na osobistych kontaktach i komunikacji i kilka osób jest w stanie zdecydować o nowym kierunku. Wraz ze wzrostem wielkości organizacji struktury się komplikują i zaczynają odgrywać rolę interesy grupowe. Komunikacja grzęźnie i przenosi się do poczty elektronicznej. Dodatkowym czynnikiem jest kultura organizacyjna – Amerykanie promują otwartość, Holendrzy decyzje kolegialne a my… a my czujemy niezwykły respekt do hierarchii. Zaryzykowałbym twierdzenie, że to wciąż pozostałości porozbiorowe najsilniej odczuwane w byłym zaborze rosyjskim. Ale to tylko hipoteza.

          Pozdrawiam,

          Przemek

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)