Mar 102018
 

Nie wiemy czy taktyczny sojusz Prezydenta z MON-em przyniesie Marynarce Wojennej RP używane fregaty, ale sytuacja zmusza do zastanowienia się nad postrzeganą wartością okrętu w sensie użyteczności. Przypomnijmy co na ten temat mówione było na tym blogu cytując brytyjskiego konstruktora DK Browna. Okręt ma szansę zaistnieć gdy jego wartość postrzegana jest większa od kosztu. O koszcie decydują w dużej mierze wymogi stawiane okrętowi a więc jego specyfikacja. Wartość okrętu jest postrzegana przez marynarzy poprzez pryzmat zdolności do wykonania konkretnych zadań natomiast przez polityków jako użyteczność w realizacji celów politycznych. Zdolności i wynikające z nich koszty są relatywnie łatwe do określenia czy policzenia natomiast użyteczność dla polityków to rzecz conajmniej spowita mgłą.

Kwestie kosztów można rozwiązać na dwa sposoby, albo zredukować wymagania i specyfikacje albo zdecydować się na okręty używane. Pytanie kluczowe to jakie potrzeby polityczne zaspokajają te okręty i ile na nie politycy są gotowi wydać pieniędzy. Przykładowo fregaty służą małym flotom przede wszystkim do wyjścia na otwarte wody poza strefę przybrzeżną. To zakłada posiadanie własnych interesów na odległych wodach albo współpracy międzynarodowej czy sojuszniczej. Jak bardzo jest to istotne dla naszej polityki zagranicznej lub gospodarki? Trudno powiedzieć ale wydaje się, że dla MON-u znaczy to niewiele. Idąc na drugi kraniec spektrum, co pożytecznego politycznie mogą zrobić tańsze jednostki o mniejszych zdolnościach? Też trudno powiedzieć, ale można spróbować spekulacji dlaczego akurat dwa programy przeszły sito weryfikacyjne – Nadbrzeżny Dywizjon Rakietowy (obecnie rozwinięty do Morskiej jednostki Rakietowej złożonej z dwóch dywizjonów) oraz niszczyciel min Kormoran II. Nie pretendując do posiadania racji powiedzmy, że NDR powstał jako realizacja postulatu obrony wybrzeża. Samo to byłoby jednak zbyt mało ale jest to prawdopodobnie pierwszy nowoczesny system „stand-off” ze zdolnością do rażenia celów na lądzie. Dopiero kombinacja tych dwóch czynników pozwoliła na pozytywną decyzję. Dla Kormorana to pewnie jeszcze bardziej złożone. Potrzeba zbudowania czegokolwiek dla upadającej marynarki wojennej, gdyż alternatywą byłaby jej likwidacja i bardzo trudne wyjaśnienie dlaczego. Kormoran wydawał się być najtańszą inwestycją z programu modernizacyjnego realizowaną w dużej mierze przez przemysł krajowy. Dawał szansę politykom na skwitowanie kwestii uczestnictwa w stałych zespołach NATO prostym stwierdzeniem – przecież uczestniczymy! Podobnie jak w pierwszym przypadku tak i tu potencjalnie zadziałała synergia kilku powodów.

Dlaczego ten projekt jest realizowany a inne nie? Foto www.portalmorski.pl

Czy dzisiaj istnieją powody, dla których politycy byliby skłonni zdecydować się na dalszy rozwój marynarki wojennej? Ewentualnie coś, co byłoby uznawane za niezbędne? Coś, co przetrwa następne wybory i taktyczny sojusz BBN z MON-em? Niewykluczone, że po wyborach czy to stara czy nowa ekipa rządowa będzie musiała ogłosić jakikolwiek nowy projekt dla marynarki wojennej. Ponownie najlepiej tanim kosztem i w ramach przemysłu krajowego by dać ludziom pracę. Takim tematem mógłby stać się system rozpoznania dla Morskiej Jednostki Rakietowej, która obecnie może polegać na danych z zewnętrznych źródeł narodowych (jak samoloty Bryza) lub informacji NATO. Rozwój własnej sieci rozpoznania może iść w kilku kierunkach jak integracja z sieciami informatycznymi urzędów cywilnych, nabycie własnych UAV klasy MALE lub też włączenie w sieć własnych okrętów patrolowych. Każde rozwiązanie ma swoje zalety i wady. MALE mają ograniczone zdolności w porównaniu z samolotami patrolowymi ale stanowią mniejsze ryzyko w przypadku straty w wyniku działania przeciwnika. Nie są wcale tanie ale łatwiejsze do wymiany niż samoloty. Taki projekt stanowi konkurencję dla pomysłu samolotów patrolowych i do zwalczania okrętów podwodnych istniejącego pod kryptonimem Rybitwa. Ideą spójną z Programem Modernizacji z 2012 roku jest okręt patrolowy Czapla ze zdolnością przenoszenia modułu przeciwminowego Kijanka. Jeśli potraktować Czaplę jako element rozpoznania dla MJR oraz uzupełnienie sił przeciwminowych przy założonych umiarkowanych kosztach to być może jest szansa na akceptację programu.

Czapla tak rozumiana jest odłączona od Miecznika i ambicji wzrostu do klasy małej fregaty. Możemy więc wrócić do czegoś bardziej przypominającego wersję rozwojową Kormorana niż zubożonego Miecznika. Idealnym kandydatem wydaje się być szwedzki projekt MCMV 80 firmy SAAB.

Czapla może być mniejsza niż przewidywał dialog techniczny. Foto www.saab.com

W zasadzie mamy do czynienia z okrętem przeciwminowym z pewnymi zdolnościami jako okrętu patrolowego. Mamy do dyspozycji dwa slipy rufowe, pokład lotniczy wraz z hangarem dla UAV lub niewielkiego helikoptera. Czapla w wersji patrolowca ma przewagę nad MALE długotrwałości przebywaniu na patrolu i łatwości wymiany małych taktycznych UAV w przypadku ich straty. Ma również szansę na minimalne środki samoobrony trudne do uzyskania w rozsądnie wycenionym MALE. Jako dodatkową korzyść mamy zdolność do monitorowania tego, co się dzieje pod wodą. Zamiana slipu na kontener z prostym sonarem jak CAPTAS-1 czy TRAPS i dodanie wyrzutni torped wraz z rakietowymi bombami głębinowymi zamienia Czaplę w Kaszuba II. Czego nam brakuje? Środków ESM połączonych z pułapkami i środkami zakłócającymi jako skrajnego minimum obrony przeciwrakietowej. Oczywiście istnieje ścieżka rozwojowa dla obrony przeciwlotniczej krótkiego zasięgu jak pokazuje krewniak z Singapuru LMV Independence. Arsenał okrętu można zresztą wzbogacać podobnie jak to robią Amerykanie na swoich okrętach Cyclone, tyle że z użyciem pocisków Spike zamiast Griffin. Pomysłów jest wiele.

Korzyścią są dodatkowe zamówienia na system zarządzania walką przeciwminową SCOT z Kormorana oraz szansa na jego wersję rozwojową dla okrętów patrolowych. Łatwość adaptacji do klasy małej korwety przeciwpodwodnej też daje nadzieję na w miarę harmonijny rozwój, gdyż są to obszary gdzie ani armia ani lotnictwo nie zastąpią marynarki wojennej. Idąc dalej tym tropem jest do pomyślenia dalsza ewolucja w kierunku tak krytykowanego okrętu obrony wybrzeża w początkowej wersji 1.000 ton. Takie podejście daje realną szansę na systematyczną budowę zaplecza przemysłowego i badawczego dla przemysłu okrętowego w przeciwieństwie do wiecznego oczekiwania na budowę fregat czy okrętów podwodnych. Aktualny rozwój wydarzeń może zaowocować paradoksem, że fregaty będą ale używane a polskie stocznie poczekają następne 10-15 lat na ich ewentualny remont.

Kolejne zlecenia dla CTM-u są również niezbędne dla dalszego rozwoju produktu. Jeśli ich nie będzie prace badawcze zaczną zamierać a ludzie odchodzić. Natomiast kontynuacja daje przynajmniej nadzieje na własny i prosty system zarządzania walką dla okrętu patrolowego. To ma szanse na eksport choćby do republik bałtyckich. Bylebyśmy tylko nie przesadzili ze specyfikacjami i kosztem.

Mówiąc o okręcie 1.250 ton dotykamy kontrowersji związanych z dzielnością morską i zachowaniem się tak niewielkiego okrętu na wzburzonym morzu. Ponownie korzystamy z doświadczenia DK Browna i jego analizy okrętów eskortowych Royal Navy z czasów II wojny światowej. Patrząc na opinie dotyczące typów Flower, River, Clyde i Loch okazuje się, że 1.000 – 1.200 ton i 75-80m jest satysfakcjonującym minimum dla Północnego Atlantyku. Dalszy wzrost wyporności i wielkości następnych typów okrętów eskortowych był wynikiem nowego, rozbudowanego uzbrojenia i wyposażenia. Trochę podobnie analizując historię brytyjskich niszczycieli I wojny światowej okazuje się, że dla celu utrzymania niszczycieli w szyku floty na Morzu Północnym seryna produkcja wojenna ustabilizowała się na podobnej wielkości z późniejszym wzrostem do 1.500 ton dla większości niszczycieli okresu międzywojennego.

Czy taki okręt i scenariusz zyska uznanie wśród polityków i wojskowych w MON-ie? Jeśli wybory wygra aktualnie rządząca partia to jest to dla niej okazja do wzmocnienia obrony wybrzeża przez dodanie rozpoznania do MJR oraz rozwój sił przeciwminowych minimalnym kosztem przy jednoczesnym rozwoju bazy produkcyjnej i zaplecza badawczo-rozwojowego. Gdy wygra wybory kto inny może wrócić do zmodyfikowanego planu Modernizacji Technicznej z 2012 roku przy minimalnej pracy biurokratycznej tworzenia nowego planu, co może zając większość kadencji nie zostawiając czasu na realizację, a więc skonsumowanie sukcesu propagandowego realizacji planów.

  2 Responses to “O “Czapli” ponownie”

  1. Będzie prościej iść w stronę Thalesa -łatwiej szkolić się na systemie dojrzałym, który już został u nas wdrożony. Łatwiej będzie z procesem szkolenia i logistyką, Nie jestem wrogiem przemysłu krajowego – ale niech zna swoje miejsce -pompy ppoż, klimatyzacja itp.
    CTM może mieć swój wkład, ale niech to się dzieje “pod kontrolą” – inaczej będzie jak zwykle

    • Tak mówi rozsądek, ale polityka cały czas swoje. Jeżeli za każdym razem będziemy mieli przetarg na system zarządzania walką to wkrótce będziemy mieli mniej więcej tyle systemów co okrętów. Zastosowanie wobec Thalesa klauzuli o szczególnym interesie państwa też brzmi zabawnie. Z drugiej strony ma Pan rację, że produkt spółki PGZ będzie ułomny bo nie podlega prawom konkurencji. Czyli szach-mat. Jak znaleźć wyjście z tej matni? Nie wiem, natomiast moja propozycja to próba zwiększenia atrakcyjności projektu dla polityków by obniżyć próg akceptacji. Program raz uruchomiony może znajdzie sposób na obejście tych przeszkód. Na razie nie umiemy ani zwiększyć świadomości użyteczności okrętów wśród polityków (niezależnie od ich klasy) ani skusić ich obniżeniem kosztów projektu. No ale próbować trzeba.

      Pozdrawiam,

      Przemek

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.