Aug 192018
 

CAPT. Wayne Hughes i jego klasyczna pozycja „Fleet Tactics…” doczekała się trzeciego wydania i… współautora. Jest nim RADM. Robert P. Girrier, który miał przywilej bycia kierownikiem pierwszego w historii US Navy wydziału systemów bezzałogowych. Dlaczego jest to pozycja popularna i czytana? Rozwój technologii i taktyki są nierozerwalnie ze sobą związane i jest to zależność interaktywna. Taktyka z trudem zdobyta przez doświadczenie i symulacje żąda określonych możliwości technicznych. Z kolei gwałtowny rozwój technologii oferuje nowe możliwości taktyczne. Centralnym motywem książki jest zasada „attack effectively first”, co nasuwa nam na myśl przysłowie „kto pierwszy, ten lepszy”. Niestety jakkolwiek chwytliwe, takie tłumaczenie traci na precyzji, bowiem znika ważne słówko „effectively”. Lepiej więc powiedzieć, „atakuj pierwszy, ale skutecznie!” Do precyzji języka wrócimy później.

Tytułowa książka była z pewnością czytana przez wielu decydentów i szeroko dyskutowana, czy miała jednak wpływ na taktykę lub strukturę sił US Navy? Próba odpowiedzi na to pytanie jest, o dziwo całkiem istotna dla Marynarki Wojennej RP. Na pierwszy rzut oka treść książki pozostaje bez większego echa. Fleet Tactics… skupia się na bitwie i jak ją wygrać a ostatnią wielką bitwę morską US Navy stoczyła w 1944 roku. Jest to demonstracja prostej tezy, że większość czasu marynarki wojenne świata spędzają na wykonywaniu żmudnej, lecz pożytecznej pracy w czasach pokoju. Co jakieś 20 lat mamy kryzys i od flot oczekuję się demonstracji siły czy mniej lub dalej idącej perswazji lub ich antytezy lub wręcz interwencji. US Navy od chwili swojego powstania spędziła na wojnie z mniej więcej równorzędnym przeciwnikiem około 6% czasu w trakcie pięciu wojen. Dla porównania, Polska Marynarka Wojenna brała udział tylko w jednej wojnie i stanowi to podobnie około 6% czasu jej istnienia. Nic więc dziwnego, że w czasie pokoju, gdy floty próbują zachować status quo nowe idee trudno się przebijają. Dopiero ponowne pojawienie się równorzędnego oponenta jak PLAN dla US Navy zaowocowało dość pośrednim wpływem wniosków z analizy równania salwy w postaci „distributed lethality”.

Być może najbardziej intrygującym wątkiem książki jest odniesienie do złotego wieku taktyki z przełomu XIX i XX wieku gdy rozwój taktyki opierał się na kalkulacjach i obliczeniach, choćby prymitywnych z naszego punktu widzenia współczesnego człowieka. Autor wręcz zachęca do wyciągania własnych wniosków, a nie brania na wiarę jego własnych konkluzji. Tak więc, dalej tekst jest własną próbą analizy, choć z góry uprzedźmy, że dochodzimy do potwierdzenia tez z książki.

Gwoli wprowadzenia przypomnijmy równanie salwy. Mówi o stratach poniesionych przez obie strony walczące wyliczanych jako różnica netto siły ofensywnej strony atakującej i siły defensywnej siły broniącej się, podzielonej przez odporność jednostkową obrońców.

Jednostki.Utracone = (Liczba.Jednostek.Atakujących * Siła.Ofensywna.Jednostki – Liczba.Obrońców * Siła.Defensywna.Jednostki)/Odporność.Na.Ciosy.Obrońcy

Równianie ma dwa człony gdyż dotyczy obu stron walczących, które w sytuacji jednoczesnego ataku równocześnie są stroną atakującą i broniącą się.

Do równania można, a nawet trzeba wprowadzić pewne współczynniki korygujące jak zdolność i jakość rozpoznania czy też „alertness” bądź czujność. Są to mnożniki pozwalające na urealnienie czysto teoretycznych spekulacji i dopasowania ich do historycznych wyników czy przykładów.

Celem wprowadzenia w temat możemy sobie wyobrazić hipotetyczny konflikt Orkana i popularnej ostatnio fregaty Adelaide. Jakkolwiek liczby w przypadku fregaty mogą być różne od rzeczywistych, pokazują o co chodzi i każdy może je zastąpić swoimi.

Atakuje Orkan (1 * 8 – 1 * 5)/2 = 1 1/2 czyli obezwładnienie
Atakuje Adelaide (1 * 4 – 1 * 1)/1 = 3 czyli klasyczny „overkill”

Werdykt – remis pod warunkiem jednoczesnego odpalenie dobrze nakierowanej salwy. Uprzedzając argumenty, oczywiście fregata może użyć śmigłowca do ataku co wprowadzi nas natychmiast w sferę taktyki, bo przykładowo wypuszczenie w powietrze śmigłowca zajmuje czas a wygrywa pierwszy, czyli ten kto posiada lepsze rozpoznanie.

Jak zapewnić sobie zwycięstwo poruszając się na razie w ramach zmiany pięciu technicznych zmiennych równania salwy? W co warto inwestować by obrona była skuteczna? Zacznijmy od wyliczenia wyników równania dla wszystkich kombinacji zmiennych równania dla obu stron. W następnym kroku spróbujmy podwajać kolejno każdy parametr i policzyć Zysk Netto liczony jako różnicę liczby przypadków dających zwycięstwo i porażkę. Wyniki prezentują dwie poniższe tabele. Różnica tkwi w założeniach. Oba przypadki dotyczą początkowo sił symetrycznych, a więc takiej samej liczby i takich samych parametrów dotyczących siły czy odporności. Pierwsza tabela opisuje okręty o takiej samej sile ofensywnej co defensywnej a druga dotyczy okrętów o sile ofensywnej dwukrotnie większej niż siła defensywna. Trzeci przypadek gdy siła defensywna jest dwukrotnie większa od siły ofensywnej okrętu daje zawsze sytuacje patową czyli nikt nigdy nie wygrywa i dlatego nie jest prezentowana w postaci tabelarycznej.


Najlepszy wynik w górnej tabeli daje nam liczebność jednostek, przy czym najczęstszym wynikiem różnych kombinacji zmiennych jest sytuacja patowa. Aby przechylić szalę zwycięstwa na którąś ze stron potrzeba lepszej taktyki skodyfikowanej w doktrynę i wyszkolenia załóg. Na drugim miejscu mamy zwiększanie siły ofensywnej jednostek co prowadzi nas do tabeli poniżej.
Ponownie najlepszy wynik uzyskujemy zwiększając liczebność sił, ale teraz najczęstszą sytuacją jest wzajemna anihilacja. Jeśli obie strony uderzą jednocześnie, następuje zniszczenie wzajemne i całkowite obu sił. Taka sytuacja premiuje stronę o lepszym i szybszym rozpoznaniu. Na drugim miejscu jest zwiększenie siły defensywnej co prowadzi nas do niepublikowanej tabeli z wynikiem – kompletny pat.

Prosta zabawa doprowadza nas do całkiem praktycznych wskazówek co do kierunków inwestycji. Wynik sugeruje inwestycje w możliwie największą liczbę jednostek „symetrycznych” czyli o zrównoważonej sile ofensywnej i defensywnej, rozpoznanie oraz taktykę/doktrynę i wyszkolenie. Analiza nie mówi nic o wielkości okrętów, byle by były „symetryczne”. Tak naprawdę dotyczy to całości sił zaangażowanych w bitwę, czyli zespołu złożonego ze zróżnicowanych jednostek pływających i instalacji lądowych. Więcej o kompozycji sił powie nam budżet oraz zadania nie uwzględnione w równaniu salwy a związane ze wspomnianym wcześnie użytkowaniem pokojowym floty przez 96% czasu. Osobnym tematem jest również walka z przeciwnikiem pod wodą, choć okręty podwodne można „wcisnąć” w podobne równania. Miny już będzie trudniej i sztuczniej.

Kontynuując wątek, „symetryczny” może być zespół fregaty i nadbrzeżnej baterii rakietowej, choć za podobne pieniądze pewnie można kupić trzy korwety, czyli zespół liczniejszy. Decydować będą czynniki strategii państwa i przydzielone zadania. Kutrów rakietowych można kupić za wspomniane pieniądze jeszcze więcej, lecz są to jednostki zbyt wyspecjalizowane do walki ofensywnej by były użyteczne do innych zadań. Jeszcze innym rozwiązaniem oferowanym przez technologię i dyskutowanym w książce jest połączenie systemów załogowych i bezzałogowych w różnych proporcjach. Wayne Hughes powołuje się na prace CAPT Jeffrey’a Cares, który przeciwstawił sobie w teorii dwa zespoły okrętów – konwencjonalnych z rozproszonymi opartymi o okręt – bazę i USV. Za okręt – bazę posłużył LCS i wynik był korzystny dla siły rozproszonej z zastrzeżeniem, że dzisiaj nikt nie wie jaki będzie wynik walki sieć kontra sieć. Dla nas to oznacza, że przykładowo trzy Mieczniki, Czaple czy Ślązaki wsparte 2-3 dronami uzbrojonymi w systemy defensywne lub ofensywne mogą być istotną przeciwwagą dla klasycznego przeciwnika nawet 2-3 krotnie silniejszego (według Hughes’a).

Jak dotąd posługiwaliśmy się dość enigmatycznym pojęciem siły ofensywnej i defensywnej. Dlaczego nie wgłębić się trochę bardziej i zidentyfikować część ograniczeń? Najłatwiej zacząć od odporności okrętów na uderzenia rakiet przeciw-okrętowych. Różne badania dają trochę odmienne wyniki, zwłaszcza że historia ASM jest krótka a ich bojowe użycie dość rzadkie. Niemniej dla jednostek poniżej 2.000 ton można przyjąć, że jedno trafienie obezwładnia okręt a dwa go zatapiają.

Konfrontację typowych środków napadu powietrznego i obrony przedstawia poniższa tabela. Założeniem jest samoobrona pojedynczego okrętu z użyciem własnych systemów uzbrojenia i wykrywania celu.

Pierwsze dwie kolumny symulują atak rakiety manewrującej lecącej na niskiej wysokości. Przechwycenie następuje na dystansie 10km przy czym dystans ten gwałtownie maleje wraz ze wzrostem prędkości rakiety ASM. Pocisk naddźwiękowy stawia wysokie wymagania dla czasu reakcji systemu oraz prawdopodobieństwa wykrycia. Jakkolwiek czas lotu ASM i teoretyczna szybkostrzelność wyrzutni pozwala na odpalenie od kilku do kilkunastu rakiet, może się to okazać iluzoryczną szansą na obronę. Dla obrony przed takim atakiem wystarczy rakieta przeciwlotnicza o skutecznym zasięgu 10km i głowicą samonaprowadzającą w sytuacji ataku saturacyjnego. Istotnym ograniczeniem będzie pojemność magazynu amunicji, czyli rakiet. W celach czysto spekulacyjnych dla zilustrowania wagi problemu przyjmijmy, że taki atak saturacyjny może nastąpić raz w tygodniu, oraz że kuter rakietowy może się obronić przed salwą czterech rakiet, korweta ośmiu a fregata szesnastu. Ponadto ich autonomiczność wynosi odpowiednio jeden, dwa lub trzy tygodnie. Wówczas magazyny dla kutra rakietowego powinny mieć pojemność od kilku do kilkunastu rakiet przeciwlotniczych, korweta od kilkunastu do kilkudziesięciu a fregata kilkadziesiąt i to powyżej 50-60 sztuk.

Sytuację można dość tanio i prosto polepszyć przez zastosowanie systemu podobnego do TALONS, czyli coś w rodzaju latawca na uwięzi wyposażonego w środki obserwacji rozszerzające zasięg wykrycia do 30km. Rakieta AA o skutecznym zasięgu 17km daje szansę na pogłębienie obrony i maksymalne wykorzystanie jej możliwości. Do wymagań wobec rakiety dojdzie pewnie łącze do korekty kursu. System powoli zaczyna się komplikować.

Trzecia kolumna w tabeli wyjaśnia potrzebę rakiet przeciwlotniczych dalekiego zasięgu jak wpierw Terrier a potem Standard SM-1 i w końcu SM-2. Rosyjskie bombowce Tu-22 w czasie wojny przenosiły po trzy rakiety hipersoniczne AS-4 Kitchen. Rakiety ważyły 5 ton i leciały na wysokości 10-20km. Ich tonowa głowica oraz prędkość nadała im przydomek „carrier killer”. Wówczas powstała koncepcja „Outer Air Battle” czyli obrony strefowej. Najpierw myśliwce pokładowe Tomcat z rakietami Phoenix miały zniszczyć bombowce przed odpaleniem rakiet ASM a dopiero potem rakiety przeciwlotnicze jak Terrier miały przechwytywać ASM w czasie ich dolotu do momentu ataku końcowego. Ostatnią linią obrony były systemy samoobrony (point defence) w postaci SeaSparrow. Phalanx jako broń ostatniej szansy przyszedł nieco później. Symulując atak za pomocą takiej rakiety odległość przechwycenia wynosi 80km co wyjaśnia potrzebę rakiet przeciwlotniczych o dużym zasięgu. Jednak z upadkiem Związku Radzieckiego i zakończeniem zimnej wojny powód do posiadania takich rakiet zaczął zanikać. Zaczęły dominować rakiety manewrujące latające na niskich lub bardzo niskich wysokościach a technologia zaczęła być dostępna znacznie szerzej niż tylko dla czołowych potęg militarnych świata. Skąd więc nieprzerwane zainteresowanie takim uzbrojeniem? Ponownie technologia przychodzi z pomocą. Pierwszy powód to obrona przed rakietami balistycznymi a drugi to powracająca możliwość kierowania rakietami przez inne platformy niż odpalająca. Sieć pozwala na wykorzystanie maksymalnego zasięgu rakiety przeciwlotniczej.

“TO” próbowano nazywać fregatą. Szczytowe osiągnięcie obrony przeciwlotniczej przed Aegis. Tartar FCS z New Threat Upgrade. Foto www.seaforces.org

Tu miejsce na dygresję. W języku militarnym amerykańskim mamy „layered defence” oraz „area defence”, które nie są do końca tym samym chociaż dość nieszczęśliwie są tłumaczone na polski w ten sam sposób jako obrona strefowa. „Area defence” to raczej epoka lat 80-tych i termin, który się pojawił wraz z autopilotem oraz łączem do korekty kursu. Takie rozwiązanie technologiczne pozwoliło na zwalczanie celów atakujących sąsiednie okręty czyli wzajemne wsparcie w szyku rozproszonym na maksymalnym dystansie. Trzecim powodem wiecznie młodym jest konieczność zwalczania samolotów czy innych środków rozpoznania.

Dwie ostatnie kolumny tabeli opisują dwa warianty ataku lotniczego z wykorzystaniem bomb szybujących. Wojna o Falklandy była dowodem na dość dużą skuteczność systemów okrętowych w zwalczaniu samolotów atakujących za pomocą klasycznych bomb grawitacyjnych. Bomby szybujące pozwalają teoretycznie na ich zrzut spoza zasięgu obrony, jeśli nie dysponuje ona obroną strefową (w rozumieniu przed chwilą podanym). Jednak zastosowanie prostej taktyki dolotu do punktu zrzutu na niskiej wysokości poniżej radaru w połączeniu z szybkim wznoszeniem na wymaganą wysokość daje efekt korzystny dla strony atakującej. Samolot jest w stanie zrzucić bomby i zrobić unik w dół by zniknąć z pola widzenia radaru zanim dosięgnie go wystrzelona rakieta. Symulacje przeprowadzono dla dwóch profili ataku – zrzut z lotu poziomego na wysokości 6.000m i w odległości 50km od celu oraz w locie wznoszącym na wysokości 600m i w odległości od celu 30km. Dla uczciwości należy dodać, że własne lotnictwo ma równie słabe szanse na przechwycenie samolotów wroga przed zrzuceniem bomb. Nawet przy 2 minutowej gotowości do startu będzie to możliwe tylko w niewielkim obszarze i przy ściśle określonej geometrii pola walki. Tak więc argument o teoretycznej osłonie przed atakiem z użyciem bomb szybujących za pomocą pary dyżurnej myśliwców poderwanej z lotniska jest bardzo mało realny.
Jeśli tak, to albo czekamy na nowe rozwiązania natury technologicznej, albo wracamy do taktyki. Być może rozwiązaniem jest atak sekwencyjny dający więcej czasu lotnictwu lub atak w złych warunkach meteorologicznych, gdyż sensory elektrooptyczne jak i fale milimetrowe dają gorsze wyniki w czasie np. deszczu czy śniegu. Całkiem innym podejściem jest obrona przez atak, czyli powrót do obrony strefowej – najpierw prewencyjny atak na lotniska i przejście do samoobrony.
Z drugiej strony, jeśli jest tak źle to czemu nie odwrócić tej monety i nie zastosować bomb szybujących odpalanych z wyrzutni HIMARS tak jak to próbuje czynić SAAB w kooperacji z Boeing’iem. Zasięg 150km z broszur umożliwia pokrycie całych połaci strefy EEZ a nawet dalej, za prawdopodobnie połowę ceny rakiety ASM.

Na zakończenie trochę zimnej wody na rozpalone głowy miłośników technologii. Wśród studentów Wayne’a Hughes’a był John C. Schulte, który zebrał wszystkie znane publicznie przypadki użycia rakiet ASM w walce aż do roku 1994. Podzielił cele na trzy kategorie – bezbronne, uzbrojone lecz nie podejmujące obrony i faktycznie się broniące. Prawdopodobieństwo trafienia rakietą mierzone jest jako stosunek rakiet odpalonych do trafień. Nie jest to efektywność ani obrony ani ataku tylko wynik czegoś co von Clausewitz nazywał tarciem lub my moglibyśmy nazwać oporem materii.

  • Rakiety trafiały cele bezbronne z prawdopodobieństwem 91%. Dobry wynik choć mamy szansę, że w salwie ośmiu rakiet czasami jedna nie trafi.
  • Okręty broniące się aktywnie zostały trafione z prawdopodobieństwem 26%, czyli co czwarta rakieta jest dobrze wycelowana i przedziera się przez obronę.
  • Jednostki nie podejmujące obrony choć mające taką możliwość są intrygujące. Prawdopodobieństwo trafienia wynosi 68%, tylko dlaczego jest tak różne od 91% jeśli ani jedna kategoria ani druga nie broniły się? Wyjaśnieniem może być bardziej psychologia niż technologia i zachowanie ludzi w stresie mających świadomość, że obrona może być skuteczna.

Autor raportu zdawał sobie sprawę, że rozwój rakiet ASM jest gwałtowny i trudno porównywać Styx z Exocet. Wydzielił więc osobno liczby dla przypadków od 1982 roku czyli Wojny o Falklandy. Liczby wynoszą odpowiednio:

  • Cele bezbronne 98%
  • Cele nie podejmujące obrony 63%
  • Cele broniące się 45%

Widać wyraźny spadek skuteczności ataku, chociaż wciąż co druga rakieta przedziera się przez obronę. Z drugiej strony coraz mniej okazji do weryfikacji danych. W przeszłości najskuteczniejszym środkiem obrony były zakłócenia i pułapki. Odnosząc się do wcześniejszej dyskusji tylko w jednym przypadku rakieta została zniszczona za pomocą obrony średniego zasięgu. Od tego czasu mamy chyba tylko cztery znane przypadki użycia ASM tylko nieznacznie modyfikujące dane:

  • 2006 – Atak na izraelską korwetę zakończony trafieniem w okręt i pobliski bezbronny statek
  • 2016 – Atak na prom High Speed Vehicle zakończony trafieniem
  • 2016 – Atak dwóch rakiet na amerykański niszczyciel Aegis z czego jedna zneutralizowana przez obronę a jedna spadła do wody.
  • 2013 – W czasie testów systemu Aegis dron symulujący atak trafia amerykański krążownik. Nie potwierdzono, czy okręt podjął próbę obrony więc nie wiadomo, do której kategorii zakwalifikować przypadek.

Ten ostatni przypadek dodaje smaku gdyż nieuzbrojony w głowicę bojową dron obezwładnił duży okręt i wyeliminował go z linii.

Istnieją o wiele bardziej złożone modele walki i pewnie każda marynarka wojenna ma swój własny czy preferowany. Do takich modeli należy też podchodzić z dużą dozą ostrożności bo daje on pewne wskazówki do rozważań, ale nie definiuje przyszłości w sposób deterministyczny. Wciąż również trwa wyścig pomiędzy obroną i atakiem, w końcu nikt nie odwołał trzeciej zasady dynamiki Newtona – akcja rodzi reakcję. Niemniej tego typu obliczenia dają większe szanse na owocną dyskusję niezależnie od poziomu profesjonalizmu dyskutantów.

  31 Responses to “Fleet Tactics…po raz trzeci!”

  1. Witam Panie Przemku,

    Ciekawe podejście statystyczne w tych analizach. Ciekawi mnie czy zna Pan odniesienia co do Izraelskich analiz na ten temat. To tak w kontekście ich strategii shoot-look-shoot… Wygląda na to, że doszli prawdopodobnie do podobnych wniosków dotyczących ataków rakietami ASM, czyli nie saturacja, a jednak matematyka (chociaż może to wynikać czasami z jakości flot ich potencjalnych przeciwników).

    Faktycznie z tymi jednostkami posiadającymi zdolności, a nie używającymi środków obrony to trochę kuriozum, ale może wynikać z taktyki strony atakującej okręt o rozbudowanych możliwościach obrony. W końcu muszą uważać, żeby nie oberwać i mogą atakować z mniej uprzywilejowanej pozycji, a z drugiej strony zwykła wiara w sukces czasami działa cuda 😉 . Zastanawia mnie tylko ile taki kuter rakietowy powinien kosztować, aby inwestycja w niego taktycznie kalkulowała sie bardziej niż np. F-16 czy Gripen? Chyba, że mówimy o czymś na wzór Hamin, ale to jednak będzie już wielozadaniowa jednostka.

    Pozdrawiam

    • Panie Adrianie,

      Ma Pan talent do zadawania pytań (to dobrze). Żeby Panu odpowiedzieć, pewnie trzeba by napisać kilka artykułów:). Spróbuję przynajmniej skrótowo zaznaczyć obszary dalszych dociekań.
      Nie wiem zbyt wiele o podejściu marynarki wojennej Izraela. Czytałem tylko jeden artykuł sugerujący “zejście pod wodę”. Taktyka shoot-look-shoot lub też shoot-shoot-look odnosi się zwykle do obrony przeciwlotniczej i dotyczy pewności zestrzelenia celu z wystarczająco wysokim prawdopodobieństwem. Jeśli jedna rakieta ma prawdopodobieństwo zestrzelenia celu 90% to dwie już 99%. Mamy kilka zmiennych – wspomniane prawdopodobieństwo, niezawodność całego systemu (poprzednik Standard, czyli Terrier miał niezawodność około 60%), czas na obronę a raczej ile takich pętli możemy wykonać. Ostatni parametr zależy z kolei od prędkości celu. Mniejsze prawdopodobieństwo trafienia czy mniejsza niezawodność tym bardziej wybór pada na Shoot-Shoot-Look. Wraz z rozwojem techniki i polepszenia parametrów opłaca się shoot-look-shoot ale pod warunkiem posiadania szansy na kolejną rundę. Ta zanika wraz z wprowadzeniem naddźwiękowych ASM. Jest jeszcze inny problem. Francuzi się chyba chwalą, że ich rakiety Aster są tak manewrowe, że wystarczy jedna rakieta do zniszczenia celu z wysokim prawdopodobieństwem. Druga strona medalu to duże powierzchnie sterujące rakiety i niemożliwość upakowania rakiet w “czteropak” w VLS. Mamy więc zachętę do taktyki opróżnienia magazynu przez mnożenie sztucznych celów (np. drony albo stare rakiety).
      Alternatywą do saturacji może być wzrost prawdopodobieństwa “leakers” czyli przebicia się przez obronę. Znanym sposobem jest obniżenie sygnatur ASM i przejście na samonaprowadzanie pasywne – patrz NSM. Innym sposobem (przyszłościowym?) jest atak ASM w grupach o różnych funkcjach. Będzie to pocisk z głowicą radarową, następny pasywną, kolejny z antyradiolokacyjną i wreszcie z zakłócaniem radioelektronicznym. Mamy kombinację nasycenia celami pozornymi z czymś w rodzaju SEAD. Jeszcze inną alternatywą do saturacji jest wejście do wewnątrz pętli decyzyjnej. Przykłady okrętów nie broniących się są ilustracją. Ktoś nie podjął właściwej decyzji w skompresowanym czasie. Można też podjąć złą decyzję jak pokazuje historia zestrzelenia irańskiego samolotu pasażerskiego przez krążownik z systemem Aegis. Co ciekawe, pobliska fregata OHP zinterpretowała sytuację prawidłowo. Coż, za wiele technologii to też niedobrze:)
      odpowiedź na pytanie ile może kosztować “ekonomiczny” kuter rakietowy jest prostsza niż wyważenie taktycznej wagi pomiędzy lotnictwem a siłą ofensywną floty. “Tani” kuter może mieć dwie formy – jedna to jednostka sterowana barziej z lądu. Wystarczą rakiety i pojedyncza konsola dowodzenia z łączem danych taktycznych. Sensory zredukowane do minimum. Dane o celu otrzymuje się z zewnątrz a system dowodzenia jest zredukowany do jednej konsoli pokazującej sytuację taktyczną. Drugi wariant idzie jeszcze dalej i był wspomniany przez Marmika na FOW – to mikro kutry o wyporności kilkudziesięciu ton uzbrojone w dwie a może nawet i cztery rakiety. Natomiast pytanie co lepiej kupić – myśliwce czy kutry zaprowadzi nas dalej niż taktyka. F-16 czy Gripen to są myśliwce z pierwszym zadaniem niszczenia lotnictwa oraz drugorzędnym zadaniem niszczenia celów naziemnych. Kuter ma zadanie niszczyć cele nawodne lub ewentualnie naziemne. Na ile bitwa morska będzie miała taktyczną wartość dla armii lub próba zniszczenia lotniska z morza? To może być rozwiązanie pomocnicze i cenne ze względu na geometrię pola walki lub rozłożenie ryzyka, ale podejrzewam że drugorzędne z punktu widzenia wojskowych. Samolot jest także dla nich bardziej wszechstronny niż kuter rakietowy. Tu dochodzimy do sedna sprawy – jeżeli wsparcie marynarki dla operacji lądowych jest drugorzędne to po co inwestować w takie zdolności? Z punktu marynarki wojennej bezpieczniej jest szukać swojej misji w czasach pokoju i kryzysu bo celem naszego przeciwnika nie jest zajęcie terytorium tylko przejęcie nad nami kontroli. PRL nie był okupowany ale w 100% kontrolowany. I o tym między innymi mówi artykuł Prof. Makowskiego z MSiO.
      Tak więc paradoksalnie mój własny wpis jest argumentem przeciw marynarce wojennej, bo inwestowanie w liczebność drogich jednostek do realizacji celów pomocniczych w czasie wojny wpycha nas w sprzeczność.

      Pozdrawiam,

      Przemek

      • Faktycznie czasami przesadzam z zasypywaniem pytaniami. Lubie Pana opinie na temat MW, chociaż nie wygląda to jako głos przeciw, a raczej za innym modelem niż ostatnimi czasy utartym lub inaczej powszechnie na topie. Ten artykuł prof. Makowskiego trochę mnie zbił z tropu, nie potrafie go przeczytać bo co zdanie wpadam na sprzeczności – może powinienem podejść do tego artykułu jeszcze raz przy innej okazji 🙂 .

        Co do kutra vs. myśliwiec to jest takie intrygujące mnie osobiście zagadnienie i może racja, że to temat poza forumową dyskusje. Przypomina to zasadność trzymania Lublinów, czyli czy SG widzi w tym przydatność, ale czy tak jest naprawdę to chyba nie wiemy? Niemniej faktycznie zastanawiające jest komu oddać głos na temat przyszłości MW… Obecnie wydaje się, że politycy chcieliby wziąć sprawy w swoje ręce (chociaż mogę się mylić), niemniej dziwnie jakoś to wygląda, a wychodzi jeszcze gorzej. Chyba, że faktycznie uwierzymy, że zakup Adelaide był pomysłem spontanicznej Polonii australijskiej. Pewnie wypada poczekać znów dłuższą chwile na rozwój wydarzeń.

        • Panie Adrianie,

          Trzeba zadawać pytania, bo to droga do wiedzy. Artykuł jest wart powtórnego przeczytania, jakkolwiek można w nim znaleźć pewne sprzeczności. Faktem jest też to, że autor to jeden z naprawdę niewielu ludzi w Polsce o takiej wiedzy na temat teorii użycia sił morskich. Lubliny znalazły się w pewnym momencie bez uzasadnienia swojego istnienia ale szybko je przemianowano na okręty transportowo-minowe. To ma pewien sens. Dzisiaj są też nieśmiałe próby reaktywacji ich podstawowej misji czyli desantu. Prof. Makowski o tym też wspomina – tyle, że wymaga to jasnego zdefiniowania zadań 6 BOW oraz zmiany jej struktury i wyposażenia.
          Kto ma dyskutować o MW? To jest realny problem. Politycy nawet gdyby byli zainteresowani to nie mają zaplecza. Kończy się na kilku pismach popularnych o wojskowości i wywiadach z kilkoma dziennikarzami. Nie ma fachowców zajmujących się tematyką na codzień w cywilu, nie ma instytucji wspierających parlamentarzystów w gromadzeniu i interpretowaniu dostępnej informacji. STRATFOR jest pierwszą jaskółką. Sztab za mało wie o budżetowaniu i mechanizmach politycznych za nim stojących. Brakuje nam Adm. Ernesta Kinga. Nie ma niezależnego ciała, które by podpowiedziało politykom na ile pomysły wojskowych są realne lub zgodne z intencją strategii bezpieczeństwa formułowaną przez polityków. Prof. Makowski zarzuca wojskowym bierność. Jest w tym sporo racji – to dość milcząca grupa, co jest też do pewnego stopnia zrozumiałe. Ponownie to uwypukla brak w naszym kraju tradycji dyskursu pomiędzy politykami i wojskowymi.
          Pomysł Adelaide nie ma źródła w Polonii. To pokłosie dokumentu BBN. Z pewnością BBN był świadom, że PMT z 2013 roku jest w kolizji z postulatami z własnego opracowania. Albo, albo. Tak samo jak w PMT było z góry wiadomo, że albo siły nawodne albo podwodne.

          Pozdrawiam,

          Przemek

          • Tak zgadza się co do zasług prof. Makowskiego, to była tylko taka dygresja, że na dzień dzisiejszy za bardzo patrzę na tą sprawę przez pryzmat zakupu fregat Adelaide. I co chyba nie jest tajemnicą uważam akurat za kompletnie nietrafiony pomysł. Co do tej Polonii to taki sarkazm z mojej strony, przepraszam. Tak samo moglibyśmy nagle uwierzyć, że MON nigdy nie był za. Jedno czego nie lubię to kłamstwa, nie wiem czy to wychowanie, czy genetyczna awersja. Sprawa tego zakupu i odcinanie się kolejnych osób od wcześniejszych wypowiedzi, jak i znajdowanie jakiś nowych pomysłodawców, najzwyczajniej w świecie potęguje mój niesmak zaistniałą sytuacją.

            Z prof. Makowskim natomiast nie zgadzam się, że te milczenie czynnych wojskowych jest czymś demonicznym. Tu niestety nie widzę pola na wolno-myślicielstwo, niestety osoby w czynnej służbie powinny stosować się do hierarachii, jeśli oczekują tego samego w dół. Co ciekawe spawę poruszał już w swoich dziełach Machiavelli, co ciekawe byłoby to nawet w zgodzie z obecnie obraną drogą naszego główno dowodzącego. Chociaż jakiś czas temu znalazłem ciekawą polemike na temat jego spostrzeżeń:
            http://bazhum.muzhp.pl/media//files/Zeszyty_Prawnicze/Zeszyty_Prawnicze-r2014-t14-n4/Zeszyty_Prawnicze-r2014-t14-n4-s23-41/Zeszyty_Prawnicze-r2014-t14-n4-s23-41.pdf

            Ale zdecydowanie byli oficerowie mogliby częściej podejmować polemikę na tematy ich interesujące i może czasami nawet kłujące po oczach.

          • Panie Adrianie,

            Fakt, że grupa skupiona wokół RBO zagrała trochę va bank i poddała się protekcji de facto Prezydenta RP. Oznaczało to pewne ryzyko natury politycznej, bo Prezydent nie dysponuje budżetem MON i sporo zależy od jego relacji z rządem, a w przypadku PiS jeszcze dodatkowo z przewodniczącym tej partii. Dobrze lub źle, ryzyko się zmaterializowało.
            Kłamstwo należy piętnować – zgadzam się całkowicie. Pewnie czasem by kogoś nie skrzywdzić lepiej coś przemilczeć, ale lepiej nie kłamać.

            Kwestia relacji polityków z wojskowymi to we współczesnym świecie coś więcej niż dyscyplina. Nawiasem mówiąc, dzięki za artykuł, ciekawa lektura. Ogólnie politycy definiują kierunki bezpieczeństwa i oczekują realizacji ich koncepcji czy decyzji o wojnie. Prawem i OBOWIĄZKIEM wojskowych jest powiedzieć politykom o negatywnych konsekwencjach decyzji. Jeśli politycy podtrzymują swoje zdanie to wojskowi mają do wyboru albo wykonanie polecenia albo dymisję. Delikatną kwestią jest na ile taki dyskurs może się toczyć publicznie. Teoretycznie jest to możliwe w ramach publicznej dyskusji na dany temat, ale prowadzonej w sposób oderwany od bieżących wydarzeń i nie w opozycji do oficjalnego stanowiska władz cywilnych. Dzieli je bardzo cienka linia i pewnie dlatego jest mało chętnych do podjęcia ryzyka. Natomiast po zakończeniu służby te same osoby zabierają głos i nie tylko w Polsce. Ostatnie Pana zdanie warte jest podkreślenia.

            Pozdrawiam,

            Przemek

          • Chyba ma Pan rację, czynni oficerowie powinni mieć też jakąś przestrzeń wypowiedzi na bierzący temat, choć mam wrażenie, że jest to dość skomplikowane. Ale to moje subiektywne odczucie.

  2. Bardzo ciekawy temat. Jak zwykle zreszta. Jeden tylko drobiazg. W zdaniu:

    “Widać wyraźny spadek skuteczności ataku”

    slowo “spadek” nalezy zastapic slowem “wzrost”.

    • Spróbujmy to zgryźć, bo być może palnąłem gafę. W całym okresie 26% rakiet trafiło a w ostatnim okresie 45%. Ma Pan rację! Bardzo przepraszam za błąd. To ciekawy argument dodatkowo podkreślający pewne tezy. Technika ataku rozwija się szybciej od techniki obrony.

      Pozdrawiam i dziękuję za korektę,

      Przemek

      • Dokladnie taka byla teza Schulte w jego pracy magisterskiej:

        “The trend in this data favors the anti-ship cruise missile, with a marked increase in the
        probability of hitting a defended target. Ship defensive firepower and staying power must increase proportionately if ships are to survive in combat situations of the future.”

        • Panie Wojtku,

          No właśnie, z tego wynika parę konsekwencji, bo albo pogłębimy obronę albo ją zagęścimy. Jedno i drugie nie jest łatwe, ale pogłębienie ze względu na krzywiznę ziemi wymaga zaangażowania głównie samolotów lub innych środków latających, zdolnych do wykrywania i kierowania ogniem. Zwiększenie gęstości ognia jest dostępna w teorii dla każdej jednostki pływającej indywidualnie. Natomiast dopóki mówimy o niewielkich jednostek, ten sam Schulte pokazuje wyniki mówiące o jednym pocisku wystarczającym do obezwładnienia okrętu. To zaś oznacza, że tak krytykowane podejście do konstrukcji LCS jest słuszne. Trzeba się skupić na ratowaniu załogi a nie zdolności okrętu do walki.

          Pozdrawiam,

          Przemek

          • Przepraszam, że się wtrące. Musimy sobie zdawać sprawę, że pogłębienie obrony może być złudne. Żeby się nie rozpisywać, a sprowadzić do realiów dyskusję o tabelarycznych mozliwosciach rakiet dalekiego zasięgu proponuje tą analize:
            https://m.huffpost.com/us/entry/4117519?guccounter=1

            Więc właściwie dyskusja oprócz zaangażowania lotnictwa powinna opierać się na realnych zdolnościach strefowej OPL. Niezbyt rozumiem kto jest ojcem najwiekszego z zagrożeń na ziemi czyli bomb szybujacych? Szczerze mówiąc nie obawialbym się ich tak bardzo prawdopodobnie nasze gromy czy amunicja DART jest wystarczająca na tego typu zagrożenie bardziej niż jakiekolwiek próby ustrzelenia samolotu przez SM-2 na odległości 150km. Tyle czy Rosjanie dysponują takim zasięgiem i druga sprawa jeśli będą to kiedy?

          • Panie Adrianie,

            Artykuł mówi o unikaniu trafienia rakietą i to oczywiście dodaje się do finalnej skuteczności obrony czy ataku. Zasięg skuteczny rakiet wydłuża się za pomocą silnika, który jakby działa dwukrotnie. Najpierw nadając ciąg początkowy a potem drugi raz, gdy rakieta tracić pęd. Tak w uproszczeniu.
            Ojcem bomb szybujących jest Boeing a matką Luftwaffe :). To broń stosowana przez Niemców już w czasach II wojny światowej. Najbardziej znanym epizodem jest zatopienie pancernika Roma. Bomba już wówczas była kierowana radiem i obrona polegała na zakłóceniu łącza. W naszej dyskusji to chyba ja ją wyciągnąłem na wierzch, zadając kiedyś na blogu pytanie, ale czym samoloty mają atakować okręty. Wydaje się, że rakiety przeciwokrętowe są pierwszym wyborem, zwłaszcza na skondensowanej przestrzeni jak Bałtyk. Alternatywą całkiem nową są właśnie nowe wcielenia bomb szybujących czyli SDB II.
            Nie wiem, czy Rosjanie mają takie bomby, ale nie jest to problem nie do przeskoczenia. Bardziej złożony jest układ samonaprowadzania działający na podczerwień i fale milimetrowe.

            Pozdrawiam,

            Przemek

          • Penie Przemku dziękuję za tą krótką historię 😉 , ale fakt chodziło mi o to skąd zrodziła się panika odnośnie bomb szybujących i że to problem nie do przeskoczenia. Z tą analizą chodziło mi o bardziej o konluzje, gdzie autor wykazuje, że w przypadku AMRAAM można mówić o max zasięgu 60nm tylko w przypadku prostych celów, przy ataku na manewrujący samolot efektywność można uzyskać dopiero na dystansie 30nm czyli nasze Rtr. Zasadniczo łatwo to przełożyć na rakiety SM-2 dla naszych krajowych pomysłów budżetowych fregat czyli przy zasięgu Rareo 160km w stosunku do samolotu manerującego można się spodziewać podobnego spadku skuteczności czyli 80-100km (zresztą analogicznie rzecz ma się zwalczania rakiet balistycznych, a tu zasięg już ok 20-30km). Jeśli mówimy o tym, że samoloty wroga mają zrzucać bomby szybujące z dystansu 150km to nie ma zbytnio mowy o użyciu rakiet SM-2. Czyli przechodzimy do już w nowsze kuzynki SM-6, a tu już budżetowość się kończy ponieważ pomału idziemy nie w fregatę a w Burka.

            W prostych słowach to jeśli patrzymy budżetowo wydaje się, że dochodzimy do wyższości zagęszczenia nad pogłębieniem obrony. Wynajdywanie kolejnych zagrożeń czy to Iskander_M, czy bomba szybująca o zasięgu 200nm (chyba były takie chwilowo) itd. itd… prowadzi raczej do absurdu bo to kolejne rakiety rodziny Standardów, to mocniejszy radar, to większa jednostka plus koniecznie AWACS. Czyli nagle nie dyskutujemy o posiadaniu 2 korwet vs 1 budżetowa fregata, a 6++ korwet vs Burek.

          • Panie Adrianie,

            “Panika” jak ją Pan nazywa jest chyba wynikiem fascynacji technologią i “ułatwiania” sobie życia poprzez dążenie do coraz lepszych parametrów. W przypadku zasięgu jest to stand-off, czyli w ogóle nie wchodzimy w zwarcie tylko odpalamy i oglądamy w telewizji efekty. Ma to dość naturalne ograniczenia na tak skompresowanym polu walki jak wybrzeża Bałtyku. Wówczas analogia do walk na lądzie ma sens. Na styku wojsk obie strony są w zasięgu nawet prostej broni przeciwnika. I trzeba z tym żyć i takich warunkach walczyć. Na morzu tak nie było, ale zwiększenie zasięgu uzbrojenia spowodowało, że nie ma się gdzie schować na Bałtyku, więc albo maskowanie, zakłócanie, zmylenie albo walka w zwarciu. Muszę choć na chilę zniknąc z pola widzenia przeciwnika albo oślepić czyli zniszczyć jego środki rozpoznania. Z tego punktu widzenia ma Pan rację – gęstość ognia jest co najmniej tak ważna jak głębokość obrony. Jeśli dodać do tego silne ograniczenia budżetowe to gęstość ognia na krótkim dystansie staje się “must” a głębokość obrony staje się “would be nice to have”. Z zastrzeżeniem, że obronę strefową możemy robić przez atak, czyli uderzenie prewencyjne z użyciem broni ofensywnej.

            Co do skutecznego zasięgu rakiet, to jest to temat ważny, ale trzeba znać lepiej charakterystyki rakiet, bo technologia poprawia również ten parametr. Bomba szybująca też ma naturalne ograniczenia wynikające z wydłużonej, ale wciąż krzywej balistycznej. Dodanie napędu prowadzi do hybrydy bomby i rakiety, a więc wracamy do zwalczania rakiet.

            Pozdrawiam,

            Przemek

          • Panie Przemku,

            W tej dyskusji zaciekawiła mnie po prostu idea proporcjonalności siły ofensywnej do defensywnej. Jakby nie patrzyć nowoczesna amunicja artyleryjska jak wcześniej wspomniany DART ma skuteczność zwalczanie rakiet pokr ze skutecznością 90% na dystansie 2km (całkiem niezła statystyka), atak bombami szybującymi z długiego dystansu daje możliwość zastosowania proporcjonalnej odpowiedzi do tego można dorzucić jeszcze jakieś ręczne wyrzutnie jak grom czy jak mu tam teraz oraz zakłóceń pasywnych – tu chyba temat na szerszą dyskusje dla wojskowych jak wielkie ryzyko widzą w przedarciu się tego typu zagrożeń przez bezpośrednią obrone. Z drugiej strony podniesienie siły ofensywnej dla artylerii otrzymujemy przez zastosowanej np. amunicji Vulcano itp. Posiadając NDRy okręt może za pomocą nowoczesnej amunicji mieć niezłą siłę rażenia na dystansie horyzontalnym i nie musi być nośnikiem ASM, a korzystać z liczebności i rozproszenia siły ofensywnej przez wykorzystanie jednostek nadbrzeżnych i tak Pana pomysł z wykorzystaniem wyrzutni Himars robi się jeszcze ciekawszy, ponieważ okręty można byłoby sprowadzić czysto do roli kanonierek (to takie moje fantazje) plus wsparcie z wody za pomocą Orkanów. Dla korwet SeaRAM prawdopodobnie byłby najlepsza siłą defensywną rakietową, tu pojawia się pytanie co mogłoby stanowić o proporcjonalności tej siły? Możliwe, że wykorzystanie jednostek nadbrzeżnych i Orkanów byłby wystarczającym argumentem dla OOW lub przewrotnie pokusić się o zastosowanie czegoś w rodzaju Helfire lub Spike jako uzupełnienie wedle wcześniejszych Pana pomysłów. Czyli de facto sprowadzamy rzeczone okręty do roli rozpoznania dzięki zastosowaniu radarów 3D, helikoptera lub drona i sonarów.Posiadałyby zdolności do obrony bezpośredniej i pasywnej, lecz utrata tego typu wysuniętej jednostki nie stanowiłaby wielkiego spadku zdolności ofensywnych MW jako całości. I w tym miejscu pojawia się rola bezzałogowców stanowiących przedpole dla OOW i schowanej jeszcze dalej w głąb siły ofensywnej.

            Ostatnio mam jakoś odczucie, że te nasze okręty wypadałoby sprowadzić po prostu do roli kanonierek, miałoby to jakiś spójny kierunek z rozwojem sił lądowych gdzie artyleria ma być kluczowym ogniwem uzupełnającym pozostałe braki sił pancernych – przy okazji można byłoby obniżyć cenę jednostkową okrętu. Można byłoby to wykorzystać do rozwoju lub produkji na licencji nowoczesnej amunicji i pójście w specjalizacje. Osobiście nie widzę tych nalotów od strony Bałtyku brzmi to dość fantazyjnie, a 3 lub 4 fregaty niewiele przestrzeni pokryją przed atakiem Kalibrów czy Iskanderów. Ale widocznie lubimy błąkać się między snem a jawą.

          • Panie Adrianie,

            Takie kanonierki to temat co rusz powracający w dyskusjach na świecie. W ramach Jeune Ecole był chyba taki pomysł małego okrętu artyleryjskiego. W czasie II wojny światowej Amerykanie dostosowywali okręty desantowe do wsparcia artyleryjskiego a nawet stworzyli ad hoc specjalną klasę okrętów do tego. Wayne Hughes też okresowo proponował taki okręt. Link do artykułu może Pana zainteresować, bo wymienia różne dziwne klasy okrętów do walki przybrzeżnej, wśród nich także taką dużą kanonierkę. Temat jest i od czsu do czssu powraca, a technologia również w tym temacie nie śpi. https://www.usni.org/magazines/proceedings/2018-06/build-green-water-fleet

            Jest to po prostu wizja alternatywna, która nie jest zła tylko aktualnie kryteria wyboru preferują coś innego.

            Pozdrawiam,

            Przemek

          • Dziękuje za artykuł, szkoda że nie ma dostępu do całości opracowania. Dla jednych dziwne te okręty dla innych fastynujące pomysły 🙂 . Co ciekawe w trakcie gier wojennych brano pod uwagę światową czołówkę więc znaczy to chyba wiele. Jest to pomysł dla naszych Think Tanków zamiast spierać się o wyższość Leda nad żarówką, można byłoby trochę popracować i sporządzić model floty nawodnej, który byłby kontrargumentem dla SPO. Jak pokazuje artykuł tych ciekawych pomysłów jest sporo jak choćby tanie łodzie podwodne, niezły okręt ASW w granicach 600mln PLN itd… Można zakładać, że my CVL nie potrzebujemy więc reszte dałoby się konfigurować dowolnie wedle naszego nawet pesymistycznego budżetu.

            Pozdrawiam
            Adrian

          • Panie Adrianie,

            Podane koszty są moim zdaniem zaniżone, bo pewnie liczone według jakiegoś oprogramowania i nie uwzględniają zysku czy innych czynników. Niemniej najważniejsze są pomysły. Pod prąd, ale wciąż przewijające się w historii wielu flot świata. To jest warte uwagi. Problem techniczny – jakie Think Tanki? U nas są mocno upolitycznione. Wayne Hughes miał do dyspozycji w Naval Postgraduate School dziesiątki studentów piszących prace dyplomowe poniekąd ukierunkowane. To stanowiło bazę weryfikacyjną dla pewnych teorii. Idąc tym tropem zamiast think tanków lepiej wykorzystać studentów Akademii Marynarki Wojennej, ale być może piszę bzdury.

            Pozdrawiam,

            Przemek

          • Adrianie, skad wziales zasieg bomb szybujacych 150 km? Na dzisiaj i raczej niwiele sie bedzie moglo zmienic, to jest 70-80 km. Dla bomb z dodatkowym napedem jest to 110-130 km, ale tu naped zostal dodany kosztem masy glowicy.

            Rosjanie pokazali swoj pierwszy model bomby szybujacej z naprowadzanie radarowym na MAKS 2015. Pewnie troche im czasu zajmie nim dojda do poziomu SBD II czy Spear 3, ale niech to bedzie za 15 lat… Nasze nowe okrety beda mialy przed soba jeszcze jakies 30-35 lat sluzby…

            Nie wydaje mi sie by zageszczanie obrony przy pomocy Gromow mialo sens. Jeden Su-24 powinien byc w stanie zabrac jakies 32 bomby, para to 64, klucz 128, eskadra 320-384 damy rade? Jaki system OPL ogarnie wypracowanie zadan dla takiej liczby celow?

            W druga strone zestrzelenie 2, 4, 10-12 samolotow to latwiejsze zadanie…

          • Panowie,

            Naciąganie parametrów w jedną czy drugą stronę nie prowadzi do rozwiązania. Ani bomba szybująca nie ma dzisiaj zasięgu 150km ani nikt nie mówił o Gromach. Z pewnością jest to broń nowa i trudna do obrony przed nią, tak samo jak trudne jest zestrzelenie samolotu na dystansie 70-80km. Kwestią kluczową nie jest jak się bronić, tylko jaki cel pozytywny stoi przed marynarką czy okrętami. Co one mają osiągnąć. Obrona będzie wówczas jednym ze środków potrzebnych do osiągnięcia celu na takiej zasadzie, że daje wystarczająco dużo czasu na przetrwanie aby wykonać zadania podstawowe. Natomiast cel podstawowy będzie definiował poziom dostępnych nakładów, a nie obrona.

            Pozdrawiam,

            Przemek

          • Panie Przemku,

            O faktycznych kosztach będą decydować wymagania i budżet (choć wydaje się, że u nas to pojęcie jest chronicznie pomijane). Mamy przykład hybrydy OPV/Korweta w postaci Knuda, jakiś projekt pośredni typu Baynunah i na końcu piramidy kosztów Visby. Moim zdaniem kwestia podejścia czy robimy projekty dostosowane do budżetu, czy też stawiamy na jakość nie patrząc na resztę. Ivery też mają wiele obszarów gdzie koszty były mocno cięte, lecz zalet AAW nie można im ujmować, zwłaszcza w ich klasie fregat. Podobne podejście możemy obserwować przy OPV Knud. Naszą bolączką jest chyba to, że my tak nie potrafimy, choć koszt naszego Kormorana zgadzałby się z szacunkami studentów dla MCM.

            Uważam, że ten model mikrusów dałoby się na nasze warunki też przełożyć z uwzględnieniem, że jesteśmy stroną defensywną i pewne punkty z projektu są zbędnę, a niektóre częściowo pokrywają się z tym co już mamy. I nawet ilość coastal combatants z punktu widzenia floty obronnej może być rekompensowana przez NDR, Homara lub nawet artylerie klasyczną (niekoniecznie na Krabach). Analogicznie patrząc na odległości na naszej mapie bateria patriota w okolicach trójmiasta też pokrywa zasięgiem obszar od Koszalina po Kaliningrad i jeśli nasze okręty będą współdziałały z IBCS mogłoby to stanowić o tym co nazywamy precyzyjnie area defence po przez distributed lethality i punktową baterie dalekiego zasięgu. Więc jakoś te argumenty o konieczności inwestowania kolejnych wielkich sum w fregaty ze strefową AAW nie trafiają do mnie osobiście.

            I tak można byłoby to zamknąć modernizację MW prawdopodobnie w 40% kwoty jaką obecnie się planuje i planuje i planuje….

            Pozdrawiam
            Adrian

          • Panie Adrianie,

            Myślę, że rzeczywisty model decyzyjny odnośnie inwestycji wygląda następująco:
            Najpierw jest budżet (choćby ograniczenie 2% dla MON-u). Potem pieniądze mogą się znaleźć ponad budżet (w jakiś określonych ramach) na rzeczy, które dla decydenta są tego warte. Po prostu decydent je weźmie z “innej szufladki”. W przypadku MON-u nawet nie musi sięgać do innej szufladki bo “worek” zwany Modernizacja jest wspólny dla wszystkich. Musi się jednak z czasem uśrednić.

            Tak więc strategia MW w walce budżetowej powinna polegać na zaproponowaniu modelu w ramach przeciętnego budżetu plus opcja wykraczająca poza plan finansowy, ale atrakcyjna dla niech będzie Pana Premiera :). Jeśli decydent opcję obetnie dalej mamy coś w ramach budżetu.

            Tak patrząc na flotę można iść dalej i “handlować” – zapłacimy za jedną baterię Patriot na Wybrzeżu, ale dajcie pieniądze na Crossovera, czy coś w tym stylu. Obie strony mają coś atrakcyjnego a Patriot w okolicach Trójmiasta pełniłby całkiem pożyteczną rolę zmuszania lotnictwa przeciwnika do unikania średnich wysokości na obszarze Zatoki Gdańskiej. Natomiast wszelki drobnoustroje, nano-flota czy bardziej lub mniej uzbrojone OPV mają szanse przejścia bojów budżetowych pod warunkiem ich uzasadnienia. Wracamy do poprzedniego komentarza – musi istnieć cel pozytywny, który te siły realizują.
            Pana sugestia 40% ma rację bytu, bo dzisiaj mamy trochę sytuację w stylu wszytko albo nic. Zgadzam się by zrobić cokolwiek ale zrobić, to jednak oznacza zgodę na systemy mało “atrakcyjne” lub popularne. Inna sprawa na ile powinniśmy się kierować popularnością? Sam się zapędzam w kozi róg 🙂

            Pozdrawiam,

            Przemek

          • Oskar o tym cały czas pisze, że można budować korwety ponieważ obecny zasięg rozpoznania IRST i ich bomb szybujacych jest w zasięgu ESSM 2. Jeśli zagrożenie się zmieni zawsze można uzupełnić istniejącą flote przez budowe budzetowych fregat AAW. Bardziej istotne jest zapewnienie stałego finansowania na 30 lat nawet na poziomie 400 mln niż heroiczna proba wysuplania 10mld na dziś.

          • Panie Adrianie,

            Chyba wyręczę Oskara, ale zdaje się, że korwety są dla Oskara marnowaniem pieniędzy, gdyż sporo kosztują a zdolnościami odbiegają od fregat. Reszta się zgadza, można zacząć od czegoś pożytecznego w jakimś obszarze pozostawiając opcję niech będzie fregat na bardziej sprzyjający moment. Kormoran jest przykładem okrętu pożytecznego bez obrony plot, okręt SIGINT/COMINT tak samo i okręt patrolowy również mógłby być.

            Pozdrawiam,

            Przemek

          • Mozna tez inwestowac w platformy bezzalogowe.
            W czasach kiedy Schulte pisal swoja prace prawdopodobnie bylo to SF. Ale dzis?

          • Amerykanie to robią i to coraz szybciej. Koziej miał rację z dronami. To kwestia rozwoju oprogramowania zawierającego olbrzymią dawkę sztucznej inteligencji i wiedzy. Tego się nie da nadrobić i właśnie wylatujemy z gry mając całkiem dobrych informatyków. Za pięć lat będziemy skazani na zakup tej wiedzy czy technologii i nikt nie będzie miał ochoty dać tego za jakiekolwiek pieniądze.

            Pozdrawiam,

            Przemek

  3. Przemku,

    Tylko tak na szybko, Burki w Jemenie byly atakowane seaskimmerami 3 razy. 2 pierwsze ataki po 2 seaskimery i trzeci 1. Czytajac komunikaty mozna domniemywac, ze w pierwszym przypadku uzyto do obrony SM-2 i ESSM oraz aktywnych zaklucen. W kolejnych komunikatach byl juz brak informacji o odpalonych rakietach, wiec domyslam sie, ze po pierwszym skutecznym zadzialaniu WE, po prostu sie do niego ograniczono. Warto pamietac, ze atakujacy pocisk to technologia z pierwszej polowy lat 90-tych.

    Troche chyba nie roumiesz taktyki wzajemnego wspierania sie okretow ze strefowa OPL i lotnictwa.

    • Oskar,

      Bardzo możliwe, że było więcej ataków. Informacje wziąłem z USNI News. To, że Aegis obronił się przed pociskami starszej technologii nie jest powodem do radości.
      Jeżeli czegoś nie rozumiem, to powiedz czego i wyjaśnij mi. Jestem otwarty.

      Pozdrawiam,

      Przemek

  4. Panie Przemku,

    Tu chyba trzeba się czasami zgodzić z Oskarem ponieważ budowa korwety o wyporności 3000t i kosztach na poziomie 2mld PLN powoduje, że wskakujemy w problematyke LCS. Z drugiej strony mamy projekty gdzie w ramach 2mld PLN możemy upchać 2-3 korwety tyle, że już z ograniczeniami operacyjnymi do przestrzeni Bałtyku.

    Problem zwolenników fregat to natomiast kwestia argumentacji na poziomie, że jak dostaniemy korwety to nikt nie wyda już grosza więcej na kolejne okręty klasy fregata. Niestety zapominając kompletnie, że sadzenie się na budowa fregat po kosztach powtarza wszystkie błędy projektu Gawron. Stąd prawdopodobnie Adelaide znalazły tak szerokie poparcie w kręgach znających realia. Czyli zakup wykorzystujący chwilową koniunkture w BBN i wszelkie inne problemy zamiatamy pod dywan. I tu nasz cały dyskurs ponieważ uważam, że potrzeba uczestnictwa w SNMG nie zniknie i będzie ciągle powracała (co mogłoby pomóc w uruchomieniu dodatkowych środków), a budowa nowych okrętów jak widać niezbyt komukolwiek jest na rękę i tworzy ryzyko. Tylko nie wiem czy mam rację, ale ryzyko jest wg. mnie sztucznie wytworzone po przez łakomienie się na projekty ponad obecne możliwości finansowania MW oraz możliwości przemysłu (choć to można byłoby z pewnością obejść).

    Miejmy nadzieję, że ktoś w końcu w tym towarzystwie ochłonie.

    Pozdrawiam

    • Panie Adrianie,

      To prawda, korweta aby miała sens musi podlegać ścisłej dyscyplinie co do specyfikacji i kosztów. Inaczej będzie jak Pan opisał. I tak jak Pan zauważył, taka “przerośnięta” korweta nie jest warta pieniędzy na nią wydanych. To po trochu przypadek Gawrona. Kwestia uczestnictwa w stałych zespołach NATO ma natomiast kilka wariantów. Możemy pójść drogą specjalizacji i tak jak to robimy, uczestniczyć w SNMCMG tylko szerzej. Do tego potrzeba Kormoranów i może nawet więcej niż trzy. Możemy uczestniczyć w SNMG ale to wymaga woli politycznej bo przydatność militarna jest dla nas pośrednia przy sporych kosztach. Jak wspominałem, fregata jest najpowszechniejszym sposobem uczestnictwa, ale nie jedynym. Powstaje więc kwestia, czy minimalizować koszty uczestnictwa poprzez przejęcie używanych fregat czy też pozyskać nowe okręty posiadające inne zdolności przydatne dla nas. Tak naprawdę warunkiem uczestnictwa jest w SNMG jest autonomiczność i łączność. Reszta jest bonusem. HDMS Esben Snare jest prezentowany jako okręt dowodzenia zespołu nosząc na burcie numer L17 czyli okręt logistyczny.

      Pozdrawiam,

      Przemek

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.