Dec 152018
 

Dzisiaj ponownie gościnnie na łamach blogu Przemek Ziemacki prezentuje swój głos w dyskusji o Marynarce Wojennej RP. Na pierwszy rzut oka tekst z gatunku “fantasy fleet” jednak wbrew pozorom tak do końca nie jest. Takie idee już pojawiały się wcześniej, choć kończyło się na eksperymentach czy prototypach.  W chwili, gdy dyskusje na temat fregat sięgają zenitu temperatury i stanowiska nabierają ostrości, być może zbyt dużej, odpocznijmy i oderwijmy nasze myśli od głównego nurtu dyskusji i popatrzmy jak innowacja może przynieść niespodziewane alternatywy. Zapraszam do lektury.

Czasem, gdy świat jest szalony, jedyną rozsądną reakcją bywa szaleństwo.
(Z archiwum X, odcinek 7, sezon 3)

Trudno nie nabrać przekonania, że świat – a przynajmniej jego malutki skrawek – jest szalony, patrząc się na to, co dzieje się z Marynarką Wojenną RP. Orka, której najwyraźniej nigdy nie będzie, w propagandzie rządowej odstrasza potęgę atomową konwencjonalnymi rakietami, a mający wybawiać ją z opresji Ratownik, który całkiem możliwe, że z czasem powstanie, ma kosztować więcej niż pół duńskiej fregaty. To zaledwie parę kropli z wydającego się nie mieć dna basenu trudnych do zaakceptowania programów i koncepcji, w którym od lat tonie powoli nasza MW. Wszelkie propozycje wyjścia z tej kłopotliwej sytuacji, czy to prezentowane na tym blogu, czy w artykule Andrzeja Makowskiego w jednym z niedawnych numerów MSiO, czy też wyrażane ustami Macieja Janiaka, choćby w wywiadzie udzielonym temu samemu periodykowi już ładnych kilka lat temu, nie znajdują odbiorcy po stronie decydenta, ponieważ opierają się one na założeniu zachowania racjonalnego myślenia w obszarze zderzenia chęci z możliwościami i z rzeczywistymi potrzebami dnia dzisiejszego. Wobec takiego stanu rzeczy, w ramach złapania oddechu, może warto wziąć sobie do serca słowa agenta Muldera i… zaszaleć?
Podczas dyskusji o sprawach wojennomorskich charakter Morza Bałtyckiego jest zwykle przedstawiany w kontekście poważnych ograniczeń, jakie stawia okrętom podwodnym. Nic dziwnego. Średnia głębokość Bałtyku wynosi około 52 m, od Helu po Świnoujście, nie tylko w pasie polskich wód terytorialnych, ale także większej części EEZ, głębokość nie przekracza 30 m, podczas gdy bezpieczną głębokość akwenu dla OP w zanurzeniu liczy się od 40 m w górę. Dla programu Orka to istotnie duży problem. Żeby wystrzelić rakiety manewrujące, nie licząc kawałka Głębi Gdańskiej, musi ona operować z EEZ innych państw. Co gorsza, nie może liczyć na powrót w zanurzeniu do bazy poza Zatoką Gdańską, a ta jest operacyjnie wątpliwa z uwagi na bliskość bazy potencjalnego agresora. Gdy jednak porzuci się punkt widzenia Orki, naturalną koleją rzeczy jest dostrzeżenie, że niedostępność rozległych wód naszego wybrzeża dla własnych OP, oznacza jednocześnie ich niedostępność dla OP wroga i to być może właśnie takie podejście do sprawy powinno determinować nasze myślenie o rozwoju MW w zakresie jej aktywności na Bałtyku.
Środowisko płycizn stwarza możliwości operowania okrętami nawodnymi, półzanurzalnymi, minami i miniaturowymi okrętami podwodnymi. Silna ekspozycja okrętów nawodnych na rakiety przeciwokrętowe potencjalnego agresora czynią dla nich Bałtyk południowy akwenem wysokiego ryzyka. Od wielu lat toczy się dyskusja o wyższości kutrów i korwet nad fregatami i niszczycielami na morzach pokroju Bałtyku, jednak wspomniany fragment tego morza, i dla jednych, i dla drugich, nie jest miejscem optymalnym do długotrwałego przebywania w czasie konfliktu zbrojnego. Ulokowanie na nich rakiet powierzchnia – powierzchnia stwarza zatem przeciwnikowi możliwość stosunkowo łatwego wyeliminowania ich z pola walki przed odpaleniem.
Sytuacja zmienia się diametralnie wraz z zejściem pod wodę, nawet jedynie częściowym. Rozpatrzmy zatem przypadek bezzałogowego okrętu półzanurzalnego jako nosiciela rakiet do uderzeń na cele powierzchniowe (nadajmy mu kryptonim Little Avenger). Dlaczego bezzałogowego? Powody są oczywiste: brak zagrożenia utratą załogi, upowszechnienie się technologii bezzałogowej i postęp w tej dziedzinie w ostatnich latach, miniaturyzacja platformy. Największe obiekcje w krajach Zachodu budzi konstruowanie dronów autonomicznych w zakresie użycia uzbrojenia. W tym przypadku jednak nie ma o tym mowy. Little Avenger byłby autonomiczny w zakresie manewrowania po zadanym akwenie w oparciu o radiolatarnie brzegowe i inne środki nawigacyjne, natomiast użycie jego jedynego uzbrojenia – rakiet – mogłoby się odbywać tylko na komendę z zewnątrz.
W morzu kadłub w kształcie zbliżonym do kropli wraz z większą częścią takiego bezzałogowca znajdowałby się na stałe w zanurzeniu na głębokości około 10 m, natomiast nad powierzchnią pozostawałyby jedynie czerpak powietrza do silnika spalinowego oraz anteny do łączności i nawigacji. Przenoszenie rakiet odbywałoby się w komorach zawierających wyrzutnie torpedowe (rakiety w wersji do użycia z OP), umiejscowionych symetrycznie po obu stronach kadłuba. Taktyka użycia Little Avenger opierałaby się na patrolu licznego zespołu bezzałogowców po zadanym możliwie najbardziej rozległym akwenie płycizn, zlokalizowanym blisko własnej linii brzegowej. Szczególnie odcinek wybrzeża Ustka – Świnoujście wydaje się atrakcyjny pod tym względem. Prędkość wymagana byłaby jedynie do zmiany położenia, aby Little Avenger nie był obiektem stacjonarnym, zatem może być śladowa, co w praktyce oznacza 2 – 3 w. Po uwzględnieniu prądów morskich i innych ruchów wody przekłada się to na długotrwałą prędkość maksymalną rzędu 7 w. Tak niskie parametry powinny być dopuszczalne, aby optymalizować konstrukcję pod kątem długiej autonomiczności działania, co najmniej 30 dni, przy zachowaniu tak małych rozmiarów jak to możliwe.
Na etapie koncepcji prezentowanie szczegółów rozwiązania napędu wydaje się przedwczesne. Ważne, aby napęd był dobierany pod kątem kosztów produkcji oraz ekonomiczności i niezawodności w czasie eksploatacji. Potencjał bojowy Little Avengerów leży nie tylko w specyficznym środowisku operowania, ale także w stosunkowo dużej liczebności dronów, co w realiach skarbu państwa potencjalnych odbiorców wymusza niski koszt platformy. Postępy w pracach nad bateriami litowo-jonowymi czy napędami niezależnymi od powietrza należałoby zatem brać pod uwagę w fazie projektowania tego mini-okrętu, pamiętając jednak, że u jego podstaw leżą prostota konstrukcji oraz niska cena jednostkowa i to ostatecznie zgodność z tymi założeniami będzie musiała zaważyć na wyborze rozwiązań układu napędowego.
Na stan dzisiejszy nie ma środka mogącego bezpośrednio razić Little Avenger. Płycizny są poza zasięgiem OP, nie istnieją rakiety do niszczenia okrętów półzanurzalnych na podobieństwo SSM. Do tego, fragmenty nawodne Little Avengera są tak niewielkie, że działając w pobliżu linii brzegowej stają się skrajnie trudne do wykrycia z rejonów poza zasięgiem brzegowej obrony plot. Silne rozproszenie bezzałogowców w pasie płycizn sprawiałoby, że nawet użycie z sukcesem pojedynczej taktycznej głowicy jądrowej nie gwarantowałoby wyeliminowania całego zespołu. Potencjalne zagrożenia mogłyby nadejść także spod wody w postaci uprzedzającego zaminowania płycizn bądź użycia miniaturowych okrętów podwodnych z płetwonurkami-dywersantami. W tym pierwszym przypadku środkami zaradczymi mogą być sprawdzenie akwenu patrolowania przez technikę do wykrywania min morskich oraz wykonanie Little Avengerów z tworzywa sztucznego. W drugim, stały dozór akwenu patrolowania przez okręty walki minowej. Po raz kolejny warto wrócić do prezentowanej na tym blogu koncepcji Kaszuba II, okrętu zwalczania zagrożeń spod wody (MCM + ASW), wyposażonego w artylerię średniego kalibru oraz środki biernej i czynnej samoobrony przeciwrakietowej. Zadania AAW średniego i dalekiego zasięgu należałoby realizować w oparciu o baterie brzegowe i lotnictwo myśliwskie. Jak w przypadku każdego systemu polegającego na zdalnym sterowaniu, tak i tutaj istotnym zagrożeniem pozostaje użycie przez przeciwnika środków WRE, co jednak w tak dużej bliskości własnego brzegu powinno być trudnym zadaniem. Warunkiem efektywności Little Avengerów jest zdefiniowanie dla nich akwenu patrolowego na płyciznach własnej strefy A2/AD.
Pozostaje w tym miejscu zapytać o rolę, jaką Little Avenger pełniłby w MW, a szerzej – w koncepcji bezpieczeństwa państwa. Wbrew chwytliwemu tytułowi i kryptonimowi, nie mogłoby to być w naszych warunkach odstraszanie strategiczne. Natomiast może on być kandydatem na efektywne narzędzie szczebla taktycznego integrujące pracę MW z innymi rodzajami sił zbrojnych. Niski koszt nosiciela względem efektora pozwala lepiej osadzić w polskich realiach zakup rakiet manewrujących Tomahawk lub ich francuskiego odpowiednika.
Czy program Little Avenger jest kompletnym szaleństwem, któremu co najwyżej można poświęcić jeden mało poważny artykuł na blogu, czy też fantastyką oscylującą gdzieś blisko granicy realizacji, pozostawiam kwestią otwartą i – mam nadzieję – zachęcającą do dyskusji w komentarzach. Być może jednak o wiele ważniejsze od pomysłu jako takiego jest to, jakiego rodzaju koncepcję rozwoju wytycza on dla krajowego przemysłu zbrojeniowego.
Mówi się, że w większości biznesów są trzy sposoby na sukces: być pierwszym, być mądrzejszym albo oszukiwać. To ostatnie nie przystoi dżentelmenom. Bycie mądrzejszym w przypadku zbrojeniówki może się wiązać z potężnymi barierami technologicznymi. Zdecydowanie najłatwiej jest zatem być pierwszym. Rynek wojskowych dronów nadal jest rynkiem w początkowej fazie rozwoju, szczególnie dotyczy to dronów-okrętów. Tworzenie tego rodzaju techniki wojskowej dla własnej MW i jednoczesne poszukiwanie dla niej zagranicznych rynków zbytu wydaje się znacznie lepszą strategią dla polskich stoczni, biur konstrukcyjnych i całego ciągu zakładów przemysłu zbrojeniowego niż brnięcie w nieekonomiczne powielanie w kraju na siłę rozwiązań dopracowanych już dawno do perfekcji na Zachodzie, czego bardzo dobrym przykładem jest program armaty uniwersalnej 35 mm Tryton. Dla państwa nieposiadającego dużej armii bardziej optymalną drogą jest znajdowanie nisz niż utrzymywanie całych linii produkcyjnych do wytwarzania pojedynczych egzemplarzy. Świetnym przykładem sukcesu w niszy jest szwedzka łódź CB90H, konstrukcja rozwinięta w skromnej stoczni, w małym miasteczku, w cichym zakamarku Zatoki Botnickiej, ale odnosząca sukcesy na całym świecie. Little Avenger mógłby liczyć na zainteresowanie państw, chcących zapewnić sobie stosunkowo tanią realizację strategii A2/AD bądź trudną do eliminacji i ekonomiczną platformę dla rakiet manewrujących do uderzeń na cele lądowe, która nie koliduje z traktatem INF.
Tutaj koło się zamyka. Szaleństwo miało być odskocznią, ale i ono sprowadziło sprawy na ziemię, czyli do wymogu racjonalnego i powszechnie zrozumiałego postępowania decydentów, bez którego szukanie nisz dla krajowej zbrojeniówki nie ma większych szans powodzenia.
Zaproponowana taktyka użycia Little Avenger łączy w sobie rozproszenie i ekonomiczność typowe dla kutrów torpedowych z czasów WWII z permanentną gotowością znaną z SSBN, a także modną aktualnie projekcją siły z morza na ląd w wydaniu stand off. Wisienką na torcie jest natomiast zamiana czegoś, co jest tak często postrzegane jako największa niedogodność naszych wód, w ich największy atut. Płycizny…

  41 Responses to “Mali mściciele z płycizn”

  1. Ciekawa i tworcza koncepcja. Niestety ma jeden powazny mankament, ktory sam jest wynikiem splotu kilku niekorzystnych czynnikow. Slaboscia ta jest bezzalogowosc.

    Otoz na poziomie operacyjnym brak zalogi nie jest dzis problemem. Przy znacznie wiekszych predkosciach i duzym natezeniu ruchu, istnieja juz i dosc dobrze sobie radza samochody autonomiczne. W srodowisku morskim masa czynnikow utrudniajacych zycie tworcom takich pojazdow odpada, a pozostale problemy sa latwiejsze do rozwiazania niz na ladzie.

    Natomiast kombinacja przewagi rosyjskiej mysli w zakresie telekomunikacji, sterowania i kryptografii, wraz z agresywna postawa ich sil zbrojnych, moze stac sie zrodlem powaznych problemow. Nie ma w Polsce osrodkow badawczych, ktore moga sie rownac dokonaniami z rosjanami w tym zakresie. Jedyny wiec dobry choc nie gwarantowany sposob na ochrone tych jednostek, to zakup technologii u kogos innego. Poglebia to jednak uzaleznienie i przeszkadza we wlasnym rozwoju. Z drugiej strony, jak zareaguje nasz kraj, jesli rosjanie zdecyduja sie podjac z wody jedna z takich jednostek? Jaka wartosc bedzie mial caly program nawet jesli zwroca ja po kilku dniach z przeprosinami i tlumaczeniem, ze im sie cos w sieci rybackie zaplatalo? Tego typu scenariusze mozna mnozyc.

    • Panie Wojtku,

      Powtarzając za Immanuelem kantem nic na świecie nie jest zawsze i wewnętrznie dobre za wyjątkiem dobrej woli. urządzenia bezzałogowe też. Wspomniane przez Pana zagrożenia można po trochu minimalizować i czynić mniej dotkliwymi. Łącznośc można na przykład ograniczyć do minimum jak w przypadku atomowych okrętów podwodnych. W jedną stronę idą tylko krótkie rozkazy definiujące obszar patrolowania i oczywiście użycia broni. W drugą meldunki o statusie. W zasadzie parę bitów wystarczy za wyjątkiem programowania lotu pocisku. Tu już trzeba wiedzy dokładnej na ten temat, choć teoretycznie wystarczy podać pozycję celu, punkty pośrednie i rodzaj profilu lotu.
      Podjęcie z wody może się okazać trudniejsze niż trafiło się to Chińczykom. To nasze “coś” by przenosić spore rakiety musi ważyć conajmniej kilkanaście ton. To wymaga chyba już specjalistycznego statku. Jeśli założymy, że Little Avenger pływa u naszych wybrzeży to teoretycznie może być broniony przed tego typu operacjami. O tym parę wpisów na blogu wcześniej. Istniej niezależnie od Little Avenger potrzeba egzekwowania naszych praw na obszarze EEZ i ochrona przed takiego rodzaju prowokacjami. Ponownie odnosząc się do wcześniejszych tekstów – okręty patrolowe IPV czy OPV lub łodzie jak Mk VI powinny wystarczyć. W sytuacji większego zagrożenia mają wsparcie MDR-u czy Orkanów. Tu jednak posuwamy się daleko i zaczynamy mówić o bitwie morskiej co jest raczej elementem wojny. Tak czy inaczej przykład pokazuje niebezpieczeństwo eskalacji ale i konieczność zapobiegania jak najwcześniej i na jak najniższym poziomie.

      Pozdrawiam,

      Przemek

  2. Gratulacje dla Przemka Ziemackiego za kolejny twórczy pomysł. Trochę te tomkietki zabawnie wyglądają w całości i może same torpedy byłyby wystarczające jeśli chodzi o MW. Ale to moje zwykłe czepianie się szczegółów 🙂 . Ciekawe podejście od strony przemysłu i możliwości wybicia się na rynku międzynarodowym. Prosto, zwięźle i logicznie.

    Pozdrawiam,
    Adrian

    • Panie Adrianie,

      Dziękuję w imieniu Autora. Tekst jest opatrzony rysunkiem amerykańskiego żółwia czyli praprzodka bojowych okrętów podwodnych konstrukcji Davida Bushnella. Też wygląda jak zabawka i pomimo prób bojowego użycia była to klapa, ale zapoczątkowała burzliwy rozwój okrętów podwodnych. Ciekawa jest też historia tej i innych innowacji. Przed Turtle byli też Rosjanie i w obu przypadkach o realizacji zadecydowały najwyższe osoby – George Washington i Piotr Wielki. Potem marynarka straciła zainteresowanie aż do następnej rundy rozwoju technologicznego. To jest jakaś nauka i lekcja dla wszystkich pionierów. Polityczne wsparcie bywa kluczowe ale nie zawsze decydujące. Ale to już inny wątek chociaż niezwykle ciekawy i każdy kto w swoim własnym życiu, również cywilnym, próbował coś zmienić w większej organizacji ma z pewnością własne przemyślenia 🙂

      Pozdrawiam,

      Przemek

    • Adrian,

      dziękuję. I dziękuję Przemkowi za szybką odp. Dodam tylko, że torpedy nie mają za wiele sensu w połączeniu z użyciem na wskazanych płyciznach oraz przy założeniu użycia tylko na komendę z zewnątrz.

      Little Avenger mógłby być także użyty jako stawiacz min bądź samobieżna mina, ale – zakładając użycie poza płyciznami kontrolowanej przez nas strefy przybrzeżnej – jego konstrukcja ewoluowałaby zapewne w kierunku drona podwodnego z napędem niezależnym od powietrza. W wydaniu samobieżnej miny wystarczyłyby pewnie same baterie, natomiast w roli nosiciela min musiałoby to być bardziej zaawansowane rozwiązanie. Potrzebne byłyby też bardziej skomplikowane środki łączności i sensory.

      • Witam,

        Osobiście szukam jakiegoś pomysłu jak H.L. Hunley. Mogłyby być to okręty pół autonomiczne z 1-2 członków załogi. Zasadniczo wymagałoby to stosunkowo niewiele jak na okręt mający działać na naszych wodach płytkich 😉 . Ograniczyć rozmiar, zanurzenie, zasięg i prędkość. Takie maleństwo zapewniające nasłuch i mogące kąsać torpedami. Czy AIP jest niezbędne? Rozwój baterii cały czas postępuje, a jeśli OP mają służy defensywie to wg. mnie działają osłaniają obszar przyczajone gdzieś i prowadzą nasłuch. Problemem jest.niechec do mikrusów. No i wolałbym żeby MW skupiła się na zwalczaniu zagrożeń z pod wody, a przy okazji dodawać kolejne zdolności.

        Tak czy inaczej kwestii zakupu okrętu typu OPV czy korweta raczej nie unikniemy i tak. Brakuje jakiegoś ogólnie akceptowanego projektu. Może nowy Iow’a? 😉 Coś powinno nadzorować swobodę żeglugi, aż do momentu przekroczenia progu wojny i to nawet w zatoce gdańskiej. Ale to temat rzeka, więc raczej na kolejny rok 🙂

        Wesołych Świąt
        Adrian

        • Adrian,

          obawiam się, że Little Avenger jest dość daleko od H.L. Hunley. To po prostu koncepcja takiego schowania rakiet, aby były one względnie bezpieczne i gotowe do użycia non stop.

          Twoja wizja miniaturowych okrętów podwodnych jest dość jasna, ale nie za bardzo widzę scenariusze, jakie mogłyby być ich udziałem u naszych brzegów (powiedzmy EEZ). Jak Ty to widzisz? Co konkretnie miałby nasłuchiwać i co kąsać torpedami? Te zadania implikują moim zdaniem działanie w innych częściach Bałtyku.

          OPV na pewno by nam się przydał i to nie jeden, natomiast duży problem widzę w tym, że nie możemy świadomie wskazać tego jako celu.

          • Przemku koncepcja jest jasna czyli a2/Ad na nowo. Osobiście nie widzę możliwości odstraszania. Szukam pomysłu na podwodnego seahuntera i zdefiniowania ZOP na nowo. Okręty nawodne widziałbym raczej jako narzędzie tzw. dyplomacji skoro wszyscy jak jeden kwestionują ich przeżywalność. Moim skromnym zdaniem zdjęcie ZOP z okrętów nawodnych pozwoliłoby na zupełnie nowe jednostki i zarazem byłyby one kosztowo atrakcyjniejsze. Możliwe ze sie mylę ale jak szaleć to szaleć 😉

            Adrian

          • Adrian,

            ja również nie widzę możliwości odstraszania w naszych warunkach. Może zbyt słabo, ale zaznaczyłem to w tekście.

            Jak szaleć, to szaleć, zgadzam się. Tak w sumie powstał mój artykuł. Jednak definiowanie ZOP na nowo przy pomocy miniaturowych okrętów podwodnych na naszych wodach płytkich wydaje się być tak bardzo ograniczoną niszą, że potrzeba skorzystania z narzędzia ją wypełniającego jest skrajnie mało prawdopodobne. Poza tym nadal mamy okręt załogowy, a załodze należy zabezpieczyć komfort pełnienia służby i wysokie standardy bezpieczeństwa w czasie działań bojowych, a to sprawi, że maleństwo urośnie i stanie się droższe, będzie też miało relatywnie małą autonomiczność.

            Okręty nawodne tylko do dyplomacji to za mocno powiedziane, chociaż jest to ich bardzo istotna i niedoceniana u nas rola. Będę się upierał, że co najmniej tak samo ważną funkcją pozostaje dla nich monitorowanie sytuacji w czasie pokoju i ograniczonego kryzysu, a także w sytuacji odzyskania przewagi po pierwszej fazie pełnoskalowego konfliktu zbrojnego, o ile takowa by nastąpiła.

            Pamiętajmy też o sugerowanym wymiarze handlowym. W uproszczeniu zaryzykowałbym stwierdzenie, że na stosowanie rakiet manewrujących średniego zasięgu z okrętów jest teraz moda i najwyraźniej taka sytuacja się utrzyma w najbliższych paru dekadach. Tymczasem na ZOP zapotrzebowanie utrzymuje się np. na wodach SW Pacyfiku, ale nie na płyciznach i w dużej mierze relatywnie z dala od brzegu.

          • Przemku,

            bardzo dobre argumenty. Na ile faktycznie widzimy zagrożenie w postaci OP? Ciezko mi sie takich danych doszukać. Skala i prawdopodobieństwo zagrożenia powinna definiować środki przeznaczane na pozyskanie zdolności ZOP. Jeśli popatrzymy na nasze niedoszłe fregaty to jest to dobry przykład postawienia na ZOP reaktywne nad proaktywnym (chociaż to Pacyfik). Brak sonaru na Ślazaku może pośrednio sugerować jak istotna to dla nas zdolność.

            Jeśli natomiast twierdzimy, ze ryzyko ataku/dywersji OP jest wysokie wtedy dobrze byłoby postawić na proaktywnosc i stały monitoring vide SeaHunter lub inne morskie maleństwa.Dlaczego suguruje miniOP? Jeśli boimy sie utraty drona w razie konfliktu to rozwiązaniem jest zejście pod wodę. Druga sprawa to nasze krajowe podejście do innowacji. Autonomiczne pojazdy sa u nas ciagle mało widoczne. Ostatnio natknąłem sie na wypowiedz adm. R. Boxall, który wlasnie sugeruje tego typu zwiększenie węzłów i rozproszenia jako cos krytycznego dla zdolności USN.

            Pozdrawiam,
            Adrian

          • Adrian,

            zaszło chyba drobne nieporozumienie. Zrozumiałem, że pisałeś o koncepcji mini-OP do zadań ZOP w pasie naszych płycizn, a nie ZOP generalnie, co wydało mi się szukaniem narzędzia do zbyt specjalistycznego zadania, które być może w praktyce w ogóle nie występuje.

            Posiadanie przez nas zdolności ZOP uważam za bardzo istotne, przede wszystkim w czasie pokoju i wszelkich sytuacji kryzysowych za wyjątkiem konfliktu pełnoskalowego. To jedna z nóg, na której stoi Kaszub II.

            Pozostaje pytanie po co nam zdolności ZOP w czasie konfliktu pełnoskalowego. Co mogą na naszych wodach dostępnych dla OP, czyli głównie Głębi Gdańskiej, robić tego typu jednostki wroga?
            1. Mogłyby atakować statki i eskortujące je okręty idące do portów Trójmiasta, ale funkcjonowanie tych portów i tak będzie w takim przypadku zawieszone z uwagi na zagrożenie innego rodzaju atakiem. Z Bałtijska do Helu jest mniej więcej 70 km. Pomijając oczywiste rakiety powierzchnia-powierzchnia, armata morska 127 mm z odpowiednią amunicją ma większy zasięg. Nie wiem czy Rosjanie rozwijają taką broń, ale daje to wyobrażenie o sytuacji Gdyni i Gdańska w wypadku wojny. Flotę rybacką też należałoby ewakuować z Jastarni, Helu i Władysławowa. W podobnie trudnej sytuacji jest platforma wiertnicza.
            2. Mogłyby odpalać stamtąd rakiety manewrujące, ale przy zasięgach takich rakiet nie muszą nawet się silić na wchodzenie na te wody, aby razić cele nad Nysą Łużycką.
            3. Mogłyby wykonywać skryte minowanie, co nie zmieni jako takiej sytuacji Gdyni i Gdańska, jedynie wydłuży wyłączenie tych portów. Czy jest sens, aby temu zapobiegać budowaniem zdolności ZOP na czas wojny?
            4. Mogłyby wysadzać w rejonie wewnętrznej Zatoki Gdańskiej dywersantów. Pytanie o sens jak w punkcie 3.
            Czy coś pominąłem?

            Okręty podwodne, nawet miniaturowe, pełniące zadania ZOP potrzebują bezpiecznej bazy. Gdzie widziałbyś taką w ramach swojej koncepcji?

          • Przemku,

            Mam ciągle wątpliwości czy konflikt pełnoskalowy musi być koniecznie zagrożeniem dla statków handlowych pływających pod inną banderą. Patrząc jak życiodajny jest Bałtyk dla Rosji, śmiem szczerze wątpić czy nawet w wypaku zaostrzającego się konfliktu będą chcieli blokady morskiej. Tym bardziej, że kraje NATO na naszym akwenie mają uprzywilejowaną pozycje – w koncu to my kontrolujemy wyjscie z Bałtyku. Podobnie sprawe odnośnie M. Czarnego skwitował ostatnio premier Bułgari odnośnie sytuacji na Ukrainie.

            Niemniej atak na nasze okręty wojenne będzie ciągle możliwy. Co może wywoływać efekt psychologiczny, że część statków handlowych odmówi wejścia do naszych portów, a zwłaszcza w Gdańsku i Gdyni. Rosja może twierdzić zawsze, że nie atakują cywilnych jednostek.

            Co do bezpiecznej bazy to w zasadzie jeśli byłyby to mini-OP z bateriami litowo-jonowymi i generatorem diesla z czerpnia powietrza to przy ich rozmiarach mogłyby być zaopatrywane w dowolnej przystani posiadającej dystrybutor paliwa. Innym rozwiązaniem byłoby coś na wzór Seagull od Elbit. Pytanie czy nawet 3 Kaszuby dałyby nam kontrolę nad zabezpieczeniem żeglugi w trakcie kryzysu? Szlak od cieśnin duńskich jest dość długi. Więc albo zorganizowane konwoje lub stały monitoring szlaków.

            Pozdrawiam

          • Pozwolę sobie wtrącić swoje trzy grosze. Kaszuby nie zapewnią bezpieczeństwa żeglugi w sensie eskorty. Można jest natomiast bardziej postrzegać jako centra dowodzenia dronami różnej maści śledzących stan i wydarzenia pod wodą na danym obszarze. W tym sensie mogą zapewnić bezpieczeństwo na danym obszarze, albo przynajmniej dać świadomość niebezpieczeństwa. Rozwiązanie akceptowalne do etapu kryzysu. W przypadku pełnoskalowego ataku, Kaszuby zostaną “wykurzone” z obszaru działania i pozostają drony z problemem kontroli lub w trybie autonomicznym. Chyba, że przejdziemy do ofensywy i zdegradujemy środki ataku przeciwnika do poziomu pozwalającego na działania wzdłuż wybrzeża.

            Pozdrawiam,

            Przemek

          • W takim układzie implikuje to kilka wniosków.
            – nie koniecznie musi to być korweta ZOP, a raczej okręt dowodzenia – tu nawet Ślązak by sie też sprawdził.
            – jeśli drony mają współdziałać z i/lub bez Kaszubów muszą być odpowiedniej wielkości i autonomiczności
            – Kaszub jako okręt dowodzenia moim zdaniem powinien sie skupić na zdolnościach które nie bedą w stanie osiągnąć drony. Tylko ze względu na ich nie wojenny charakter zastanawia mnie co by było najbardziej kluczowe…
            – OPL staje sie celowa tylko w ograniczonym zakresie bo jeśli okręty nie bedą na pelnoskalowy konflikt to po co przepłacać.

            Pozdrawiam

          • Panie Adrianie,

            Chyba muszę zacząć od identyfikacji. Odezwał się Nie Przemek Autor tylko Przemek Blogger 🙂
            Teraz już o Kaszubie i dronach:
            1. Jako czysty okręt dowodzenia najlepszy byłby OPV lub nawet IPV, Ślązak jest po prostu za drogi do tej roli i trudno go “replikować”. Niemniej tak, może taką rolę wykonywać i dobrze by było, gdyby w tym kierunku pójść.
            2. Proponowałem wcześniej na blogu drony wielkości kilkudziesięciu ton aż do 100 ton, więc duże.
            3. Dokładnie tak, skupmy się na tym czego drony nie będą mogły zrobić, ale…to właśnie może być ZOP, gdyż drony przenoszą sensory ale nie uzbrojenie jak torpedy.
            4. Tak jest, obrona przeciwrakietowa albo krótkiego zasięgu przeciwlotnicza do samoobrony lub ewentualnej obrony pobliskich dronów.

            No i poniekąd tak był zdefiniowany pierwotny Kaszub – przybrzeżna korweta ZOP z obroną plot krótkiego zasięgu. Drony i w konsekwencji rozszerzenie obszaru dozoru/śledzenia to bonus współczesnej technologii.

            Pozdrawiam,

            Przemek

        • Wiem Panie Przemku. Chyba zacznę używać nicka dla PrzemkaZ 😉

          Co do torped na dronach to Izraelczycy zintegrowali je z Seagull – wydaje mi sie, ze czasami ogranicza nas tylko wyobraźnia.

          Różnica ceny między korwetą ZOP, a OPV może okazać się znacząca. I skoro stawiamy na rój i multistatyczność to zdolności pojedyńczej korwety/OPV mają mniejsze znaczenie. Jako centrum dowodzenia będzie mózgiem zespołu i to powinna byc główna funkcja.

          Pozdrawiam

          • Adrian, Przemek,

            o jakim konflikcie pełnoskalowym mówimy? Jeżeli miałby się powtórzyć scenariusz z WWII, to jakie będzie prawdopodobieństwo, że żegluga handlowa do portów Zatoki Gdańskiej będzie utrzymana? Natomiast ogólnie konflikt pełnoskalowy na stan dzisiejszy wydaje się być dla Rosji rozwiązaniem, stawiając sprawę ostrożnie, dalekim od optymalnego.

            I ja zgadzam się, że użycie Kaszubów II jako typowej eskorty jest ograniczone, natomiast ich działania w czasie pokoju i zdarzeń o charakterze hybrydowym powinny nam zabezpieczyć permanentną zdolność na danym polu działania. Dziś takich możliwości nie mamy.

            Ten ograniczony zakres OPL to samoobrona środkami biernymi i czynnymi. Nawet w ramach ograniczonego konfliktu Kaszub II może być zagrożony incydentalnym atakiem rakietowym.

            Klasyczne ZOP odnosi się tylko do niezbyt dużej części naszej EEZ.

            Koncepcja z dronami wygląda nadal ciekawie, ale mam kilka uwag/pytań:
            1. Jak wygląda zagrożenie WRE? Przy opisie Little Avenger założyłem, że drony, pozostające na zadanym akwenie płycizn w pasie wybrzeża zachodniego i stosunkowo blisko brzegu, będą względnie bezpieczne w tym zakresie. Jednak proponowany system ZOP (czy nawet ZOP/MCM?) ma działać w całej EEZ.
            2. Czy system ZOP oparty o OPV i drony nie utrudnia ewentualnego zaangażowania poza naszymi wodami? Jak rozumiem, drony będą nieduże, ale na tyle duże, że nie będą mogły być przenoszone przez OPV.
            3. O jakiej ilości OPV i dronów mówimy? Czy nie jest czasem tak, że proponowany system będzie ostatecznie droższy od Kaszubów II w wydaniu okrętów specjalizowanych do ZOP/MCM?
            4. Czy taki system mógłby stać się naszą niszą biznesową?

          • Przemek,
            Rzeczywiście, zapędziłem się za daleko. Sugerowałem się tokiem myślenia Pana Adriana i zeszło na ZOP podczas gdy Little Avengers spełniają zupełnie inną rolę i przenoszą uzbrojenie. Jak na razie to wymaga tak jak wspomniałeś kontroli użycia uzbrojenia a więc stałej możliwości łączności. Zagrożenie WRE istnieje i będzie to nieustająca zabawa w kotka i myszkę. Nawet u własnych wybrzeży (przeciwnik może na nasz “teren” wysłać własne drony WRE). System ZOP oparty o jakiś okręt i współpracujące drony jest do wykorzystania w zasadzie na każdych wodach przybrzeżnych (zakładamy drony nie dające się przenosić przez jednostkę klasy OPV czy korweta). To znaczy, że potrzebne jest “przyjazne wybrzeże” gdziekolwiek mamy sojusznika i potrzebę. W skrócie większość wód przybrzeżnych wokół Europy. Kwestia kosztów to dość złożona sprawa z kilku powodów:
            – trzeba przyjąć kryteria jakości czy też oceny
            – nie powinny być stricte finansowe ale brać pod uwagę inne czynniki jak choćby zdolność do przetrwania
            – obliczenia będą się z góry opierać na danych założonych bo takich jednostek nie ma
            – spory wpływ na wynik będzie miała metoda, niektóre są bardzo czułe na przyjęte założenia
            – w obecnych czasach mamy do czynienia zbyt często z uzasadnianiem z góry przyjętej tezy
            – mało kto bierze pod uwagę koszty wsparcia i eksploatacji w całym okresie użytkowania
            – nie wiadomo jak ocenić korzyści przemysłowe, bo rynku na razie albo nie ma w ogóle albo my go nie mamy

            I tak dalej. Pewne prymitywne obliczenia możemy pewnie zrobić unikając założeń nierealistycznych aby być “po bezpiecznej stronie”. Liczbę takich zespołów można by określić mając budżet, niemniej jeden oznacza eksperyment lub prototyp, dwa to prosta redundancja, trzy to pewnie minimum dające elastyczność operacyjną. Dalej to już wymaga CONOPS czyli planu wykorzystania takich zespołów. To również jest wstęp do rozważenia niszy biznesowej. W takim przypadku mamy szansę przy założeniu, że inwestujemy w algorytmy kontroli i sterowania oraz bezpieczną łączność. Resztę kupujemy lub produkujemy na licencji – szkoda czasu. To w warstwie technologii, ponadto powinniśmy zademonstrować użyteczność takiego konceptu na wodach przybrzeżnych opracowując taktykę działania.
            Dopóki mówimy o dronach dla zwalczania min czy dozorowania tego co się dzieje pod wodą, dopóty mówimy głównie o sensorach i zwiększeniu zasięgu poprzez ich mnożenie. Ma to uzasadnienie w przypadku trudnych warunków np. płytki akwen z dużym zróżnicowaniem zasolenia czy temperatury. Wówczas trudno liczyć na duże zasięgi potężnych sensorów i pozostaje droga większej liczby sensorów o mniejszym zasięgu (lub działających na innej zasadzie).
            Jeśli zaś mówimy o Little Avengers to rzeczywiście okręt kontroli nie jest wymagany bo drony same przenoszą uzbrojenie odpalane na komendę i to jest ich główne jeśli nie jedyne zadanie. Jedynym skutecznym sposobem na taką sieć jest oślepienie całego zewnętrznego systemu rozpoznania lub jak wspomniałeś przerwanie łączności.

            Pozdrawiam,

            Przemek

          • PrzemkuZ,

            Chciałbym właśnie zrozumieć co oznacza wg. nas potrzeba posiadania sił ZOP. Jeśli uważamy, że tego typu zagrożenie na naszych wodach występuje punktowo i to w dodatku w obrebie EEZ to gdzie jest zdrowy rozsadek w planowaniu takich sił? Patrząc na główne szlaki handlowe w obrębie naszych wód to chyba o podejście do Szczecin-Swinouście nie musimy się martwić? Pozostaje zasadniczo podejście do portów G-G. Bliskość głównej bazy może dawać kilka atutów.

            Według mnie jeśli mówimy o klasycznym ZOP to musimy rozważyć koszty odpowiednio wyciszonego Kaszuba II, lądowisko na helikopter (opcjonalnie hangar), oczywiście helikopter ZOP, sonar podkilowy niskich częstotliwości oraz VDS. Dla komfortu przydałby się drugi taki okręt do pary wedle zasady, że 2 helikoptery to OP bez szans. W miarę upowszechniania się pocisków woda-powietrze dla OP ta taktyka staje się po mału wątpliwa.

            Moim zdaniem odpowiedzią może być stosowanie relatywnie tanich dronów które szły by na wymiane ciosów z OP, a mając zespół 2 takich okrętów statystyka byłaby na ich korzyść. Kaszub mógłby natomiast zarządzać rozrzuceniem pław hydroakustycznych, mniejszych dronów, tworzyć wspólny obraz sytuacji podwodnej (łącznie z informacją o anomali magnetycznej) i zarządzać zespołem. Opcjonalnie widziałbym VDS, a zwłaszcza FireScouta z sonarem do uściślenia pozycji OP po wstępnej detekcji. Czy to musi wyjść drożej? Raczej drożej niż pojedyńczy Kaszub, ale jeśli klasyczny ZOP to zespół conajmniej 2 okrętów, to tu już koszt/efekt przechyla się na stronę udronowienia. Jeśli środki na korwety ZOP są ograniczone to nie będzie ich pewnie więcej jak 3, czyli inaczej max 2 dostępne czyli jeden zespół ZOP jak dla mnie. A w czasie kryzysu dojdą jeszcze ciągłe patrole wzdłuż całego wybrzeża.

            Poza tym mam cały czas drobne wątpliwości odnośnie MCM na okręcie ze stali. Konieczna ciągła demagnetyzacja jenostki, zadania MCM i tak wykonywałyby drony. Może lepiej postawić na jakieś mniejsze dodatkowe jednostki z laminatów?

            Co do WRE jest to ryzyko, które trzeba przełknąć (albo postawić na półautonomiczność).

            Odnośnie operacji poza naszymi wodami to tak, ma to być OOW, jego funkcje poza Bałtykiem sprowadzałyby się do czysto policyjnych moim zdaniem. Chociaż np. SeaHunter to też imponujacy zasięg. Nie mniej uważam, że ekspedycyjna jednostka powinna powstać niezależnie jeśli widzimy taką potrzebę.

            Sam Kaszub nie byłby niszą i rynek korwet/OPV jest tak nasycony, że nie wiem jak mielibyśmy konkurować z kimkolwiek. Uważam, że niszą byłby ZSW dla Kaszuba II, jeśliby tym dobrze handlować to taki zintegrowany obraz walki podwodnej mógłby być integrowalny tylko z naszymi dronami 😉 . Dla małych krajów mogłaby to być ciekawa propozycja dla posiadania jakichkolwiek sił ZOP.

            No to chyba się rozpisałem… Opsss

          • Panie Adrianie,

            Termin ZOP w naszym przypadku jest niefortunny i niewłaściwy, ale podyktowany tradycją. Właściwym terminem byłoby ZZP czyli Zwalczanie Zagrożeń Podwodnych lub z angielska (już powoli stosowane) Underwater Warfare. Czyli walka z użyciem okrętów podwodnych, dronów, płetwonurków, sieci czujników na dnie morskim i cokolwiek jeszcze ludzie wymyślą. Nazywamy Kaszuba II korwetą ZOP z przyzwyczajenia i dla uproszczenie unikając każdorazowo wyjaśniania kwestii. Po prostu wyobraźnia ludzka wsparta techniką wyprzedza nasze zwyczaje i doktryny.
            Czy Kaszub II mógłby być niszą? Nawet bez dronów jako jednostka dość klasyczna być może tak, bo jednostek w klasie 1.000 ton Plus jest w sumie nie za dużo i jest to nisza sama w sobie. OPV są większe ze względu na konieczność autonomiczności a IPV są mniejsze bo nie przenoszą w zasadzie uzbrojenia. Korweta tych rozmiarów jest raczej wynikiem kompromisu pomiędzy możliwościami a ekonomią. Tak zresztą powstała przed wojną w Wielkiej Brytanii. Z góry było wiadomo, że do celów ochrony żeglugi nawet imperium brytyjskiego nie stać było na masową budowę drogich niszczycieli. Kolejne edycje korwet a później fregat były zarówno większe jak też i droższe bo każde usprawnienie czy poprawa parametrów lub zdolności powiększał okręt. Niszę można więc zdefiniować jako marynarki o niewielkich ambicjach lub możliwościach, gdzie koszt jednostkowy jest barierą lub większe floty gdzie takie okręty mogą być teoretycznie budowane masowo. Poniekąd takim konceptem był LCS ale ze względu na strategie USA “forward deployed” wymagana była zdolność do szybkiego przemieszczenia się pomiędzy teatrami działań zwykle odległych od Stanów Zjednoczonych więc okręt urósł pomimo, że Streetfighter miał mieć nie więcej niż właśnie 1.000 ton.

            Pozdrawiam,

            Przemek

          • Zgadza sie Panie Przemku, ja też zakładam krótki promień detekcji sonarów przy naszych warunkach hydrologicznych. I zachwalany Captas uważam ciagle za przerost formy nad treścią. Zreszta Kongsberg prezentuje podobna filozofię w swoich ofertach sonarów.

            Co do streetfightera to mojej ocenie miał to byc typowy okręt ofensywny i bardziej do tej filozofi pasuje mi Karakurt. Natomiast zadania ASW miały spełniać inne jednostki i drony. Tylko jeśli chodzi o nasze wody w 90% płytkie ciagle mam wątpliwości jak powinien wyglądać komponent ZOP w naszej MW. Detekcja nurków, czy drobnych dronów podwodnych nie będzie sie niczym różniła od MCM, likwidacja zagrożenia moze wymagać natomiast dodatkowych efektorów na jednostkach MCM. Z tego co pamietam byl jakis Polski projekt odnośnie b. lekkich torped kawitacyjnych. Bomby głębinowe też pewnie byłyby aktualne. Dodatkowo wygaszony program Kryl, który dawał nadzieje na skuteczne zabezpieczanie portów i kotwicowisk. Temat rzeka jeśli chodzi o ZZP.

            Jestem po prostu słabym entuzjastą jeśli chodzi o przekładanie oceanicznych taktyk ZOP na nasze wody, a jednak ciągle obserwuje taką tendencje, zwłaszcza patrząc na argumenty w publicznej debacie. Nawet SKBM wspomina o sonarach oceanicznych – wydatek rzędu 100mln mógłby u nas przejść bez większej refleksji nad faktycznymi możliwościami wykorzystania w naszych warunkach. Zreszta to tylko jeden z wielu przykładów… Chińczycy pracują nad SQUID, Amerykanie nad Actuvkami, a u nas cisza w temacie innowacyjnych rozwiązań.

          • Panie Adrianie,

            Streetfighter rzeczywiście był jednostką typowo ofensywną. Do idei Kaszuba II można dojść próbując odpowiedzieć na pytanie co brakuje Kormoranowi do wykonania dodatkowych zadań. W zasadzie częściowo Pan odpowiedział pisząc o dodatkowych efektorach. Dodałbym dodatkowe sensory bo jeśli napotkamy miniaturowy okręt podwodny to taki TRAPS by się pewnie sprawił lepiej – chodzi o zasięg i niższą częstotliwość co daje większy sonar. Wagowo i rozmiarowo. Kormoran jest już drogim zasobem i wymagałby minimum obrony a więc dodatkowe sensory i efektory. Nawet jeśli ma się skończyć na CIWS czy SeaRAM to może się okazać, że brak jest miejsca czy zapasu wyporności lub mocy. Być może tak nie jest, ale dopuszczam taką możliwość. Na koniec kształt kadłuba i napędu, który być może jest zoptymalizowany do MCM ale niekoniecznie do zwalczania innych zagrożeń. Stąd ewolucja Kormorana w kierunku Kaszuba II. Czy jest to ślepa uliczka? Kto wie, nie zaprzeczę.
            Natomiast ACTUV z inną koncepcją użycia jak najbardziej. Jeśli połączyć to z dyskutowanym pomysłem Little Avengers to mamy do dyspozycji dwie sieci pojazdów autonomicznych lub zdalnie kierowanych do dwóch obszarów działania. Ich zaletą może być odporność na zniszczenie a wadą konieczność łączności i do pewnego stopnia centralizacja kierowania i dowodzenia nimi. Wówczas dochodzimy do eliminacji jednostek nawodnych załogowych większych niż łodzie patrolowe za wyjątkiem Straży Granicznej czy Straży Wybrzeża, jeśliby taka miała powstać. Jak na razie ta formacja a raczej jej rola w bezpieczeństwie państwa pozostaje w moim odczuciu niedoceniona. Z drugiej strony plusem jednostek załogowych jest demonstrowanie obecności i woli politycznej, co dronom czynić byłoby trudno. Pewnie wymagałoby to jakiegoś wyważenia. Kolejną zaletą takiego podejścia jest skalowalność zarówno finansowa jak i przemysłowa. Budować takie mikrusy można pojedynczo i w każdej chwili przerwać czy też na odwrót przyśpieszyć.

            Pozdrawiam,

            Przemek

          • No to mamy podsumowanie. Jak najbardziej się z nim zgadzam. Może PrzemekZ jeszcze coś dorzuci odnośnie jego wizji Kaszuba II. Ale uważam że ten projekt jest w zasięgu naszego przemysłu w 90%. Byłoby to wypełnienie pewnej niszy na nieistniejące OPV z funkcją ZZP.

            Pozdrawiam,
            Adrian

          • Adrian, Przemek,

            zamiast podsumowania, z mojej strony jeszcze kilka drobnych uściśleń i parę wątpliwości.

            Kaszub II nie ma potrzeby posiadania hangaru na śmigłowiec załogowy. Jedynie lądowisko do współpracy ze śmigłowcem średnim (to chyba po prostu norma, która zagwarantuje uniwersalność także w ramach współpracy z sojusznikami).

            MCM na okręcie ze stali to już fakt. Trend na świecie jest jasny. My jesteśmy w tej komfortowej sytuacji, że i tak mamy Kormorana II. Docelowo 3 okręty, nad którymi nie ma co już dyskutować. Trzeba tylko doczekać do końca serii i możliwie jak najlepiej je wykorzystywać. Zatem tak czy inaczej mówimy o mieszanym systemie wykorzystania nowinek pół na pół ze sprawdzonymi rozwiązaniami.

            Dołączę się z obroną Kaszuba II jako niszy. Rynek korwet jest spory, ale ile jest korwet dedykowanych do MCM+ZOP? Zobaczmy choćby jaki napęd to podsuwa. Moim zdaniem, śruby napędzane bezpośrednio silnikami elektrycznymi, które są zasilane z generatorów spalinowych zamkniętych w dźwiękoszczelnych kontenerach. Nie odrzucam Kaszuba II jako okrętu 1000t, natomiast nie jestem pewien, czy bardziej optymalny nie byłby w postaci 2000t. Tak czy inaczej, Kaszub II nie byłby taką niszą jak Little Avenger, bo jest projektem o wiele bardziej zwyczajnym, ale to przecież nie przeszkadza.

            Ze zdrowym rozsądkiem w planowaniu u nas sił ZOP jest problem, bo posiadanie takich zdolności oznacza pewne koszty minimalne, poniżej których się nie zejdzie. Ja rozumuję tak, że dopóki w strefie naszego zainteresowania (dla uproszczenia przyjmijmy EEZ) są wody dostępne dla OP, posiadanie zdolności ZOP nie powinno być dyskutowane. To kwestia kontroli własnych wód. Narzędzie do tego musi być na tyle skuteczne, aby było zdolne do wykrycia w praktyce najnowszych OP, aby nie zaistniała sytuacja, że zdolność jest na papierze, pieniądze zostały faktycznie wydane, a w praktyce mamy sito, czyli brak pewności nawet po przeprowadzeniu kontroli. Mówimy tutaj zatem o sprzęcie dobieranym do potrzeb, do którego kluczem nie jest ani ślepe powielanie rozwiązań oceanicznych, ani branie produktu najtańszego bez patrzenia na jego jakość.

            Co do pomysłu podwodnych dronów do ZOP (ZZP), przypomina mi się dyskusja w prywatnej korespondencji nad koncepcją Kaszuba II. Pojawił się problem optymalizacji kadłuba. Do jakiej prędkości. MCM ciągnie w stronę względnie niskich prędkości, za to wysokiej manewrowości, natomiast typowa korweta ZOP rozwija co najmniej 25 w. Ja byłbym skłonny przyjąć, że dla Kaszuba II wystarczyłoby 20-22 w. Na jakie prędkości mogą jednak liczyć proponowane drony? Jakie to ma znaczenie dla proponowanej koncepcji?

            Jaka jest rola śmigłowców ZOP bazowania lądowego w przypadku realizacji koncepcji dronów ZZP? Tylko zrzucenie torpedy?

            Czy byłby sens na rozdział systemu ZOP na następujące podsystemy: 1) proponowane drony tylko do ochrony Zatoki Gdańskiej i zarządzane z brzegu, 2) Kaszub II w postaci klasycznej na resztę Bałtyku?

            Jestem zdecydowanie zwolennikiem RP Morskiej. Little Avenger widzę m.in. jako sposób na uwolnienie części środków z Orki na fregaty. W Kaszubie II widzę m.in. sposób na uwolnienie fregat od ZOP. Przecież do współpracy sojuszniczej możemy wnieść inne zdolności, a ZOP na własnych wodach załatwić w optymalny dla nas sposób. Zamiast fregaty ASW można zainwestować w Absalona albo Crossovera. Zainwestowanie we fregatę AAW jest może i atrakcyjne w sensie posiadania topowego sprzętu, ale także najdroższe. W Little Avenger i Kaszubie II tkwi też inna korzyść dla frigate like warships w naszej MW. Jeżeli krajowe stocznie realizowałyby oba bałtyckie projekty, może udałoby się kupić bardziej skomplikowane okręty z półki – szybko i tanio.

          • Panowie,

            Myślę, że nisza jest tylko czy dla nas? Musielibyśmy mieć produkt a nie mamy i to nie jest produkt prosty. Nie mamy go jak nawet stworzyć bo wymaga wielu lat inwestowania i testowania w praktyce. Czy 1.000 ton czy 2.000 ton to jest oczywiście pytanie. Moje wątpliwości są cały czas te same – większy okręt jest lepszy w sensie własności morskich, autonomii czy podatności modernizacyjnej. Z drugiej strony nieodparta chęć upakowania go uzbrojeniem owocuje znacznym wzrostem kosztów, ograniczeniem długości serii lub wręcz przekroczenie progu finansowej akceptowalności. Powinniśmy cały czas zgłębiać mechanizmy, które doprowadziły projekt Gawrona do obecnej postaci i nie kończyć na prostym stwierdzeniu, że za drogi. Jest tam o wiele więcej powodów.
            Jak powinna wyglądać korweta do zwalczania zagrożeń podwodnych i czy może być to rozwinięcie Kormorana to jest ważne pytanie, ale bez fachowej wiedzy mamy małe szanse na uzyskanie dobrej odpowiedzi. Ja osobiście kieruję się w wypadku komentarzami DK Brown’a z jego książek o Royal Navy.

            Podział na takie podsystemy to raczej kwestia operacyjna zależna od poziomu zagrożenia, ale zasadniczo taki mix jest do przemyślenia.
            Co do Rzeczpospolitej Morskiej to chyba warto oddzielić samą ideę od realizacji czyli konkretnych klas okrętów. Temat fregat jest gorący i wymaga schłodzenia aby można było dalej go prowadzić w racjonalny sposób. Tak, Rzeczpospolita Morska ma sens ale w zaostrzającej się sytuacji i w proponowanej postaci wymaga dużych nakładów i przegrywa. Pytanie czy można realizować samą ideę w inny sposób? Nie wiem, ale warto pomyśleć. Natomiast logika dominująca jest taka, że jakiekolwiek środki na Little Avengers czy cokolwiek podobnego jest traktowane jako odbieranie środków na na przykład fregaty, co jest poniekąd prawdą przy założonym pułapie budżetu. Przemek, Twój pomysł kombinacji Little Avenger plus Absalon/Crossover rozwiązuje problem RP Morskiej i budżetu pod warunkiem akceptacji, że zamiast fregat będzie okręt logistyczny 🙂 No właśnie, temat był poniesiony ale nie zyskał poparcia. Być może jest zły czy słaby i dalej tkwimy w dyskusji fregaty albo nic. Jak wyjść z tej ślepej uliczki?

            Pozdrawiam,

            Przemek

          • Sprawa fregat niestety nie jest łatwa. Udało się zwolennikom zbudować wizerunek taniej alternatywy o kosztach korwety. Pomysłu fregat nie da się już wykorzenić i niestety trzeba poczekać na oferty potencjalnych partnerów zagranicznych. Nie znamy również wymagań i jeśli pozostaną tajne to może się okazać, że obiektywno-budzetowe względy zadecydują o budowie crossovera. Ciągle WL mają ogromne potrzeby i kilka ciężkich programów do realizacji. Zmiana rządu jesienią może wywrócić koncepcje kolejny raz. A brak uzgodnionej wizji MW daje ciągle wolną rękę politykom.

            Co do OPNT próba wpakowania na nie rakiet manewrujących miała tylko usprawiedliwić horendalny wydatek rzędu 10mld za 3 okręty. Może niepotrzebnie przywiązujemy do tego zbytnią uwagę? Sprawa prawdopodobnie przycichnie jak usłyszymy ostateczną cene Homara, a później Harpii oraz programu Narew. Lista priorytetow niestety jest zbyt długa na nasz krótki budżet. Obecny rok może też być początkiem chudego okresu w światowej gospodarce, więc wszystko się zasadniczo może wydarzyć jeśli chodzi o flote.

          • PrzemkuZ,

            Może uda mi się w końcu odnieść do kilku kwestii. Pierwszą istotną jest RP Morska. Tu niestety mam drobne problemy ze zdefiniowaniem, czym miałoby to być w swej definicji. Obecnie nie widzę żadnego polityka, czy też partii, która byłaby w stanie transformować naszą gospodarkę w stronę morza. Moim zdaniem jest to fakt, który ma niebagatelny wpływ na wizję i rozwój naszej floty. Co jakiś czas próbuje przebrnąć przez te wszystkie raporty odnośnie znaczenia portów w naszej gospodarce i nie wygląda to ani imponująco, ani na gałąź dające jakieś perspektywy rozwoju dla nas. Jedynym mocniejszym argumentem jest obecnie promowana wizja bezpieczeństwa energetycznego w oparciu o morze. Nie wiem na ile niechęć polityków w inwestycje na nasze bezpieczeństwo morskie wynika z braku żywotnych interesów z morza, ale można zakładać, że ma to znaczenie jeśli przychodzi do kwestii wydatków na MW.

            Zgadzam się z twierdzeniem, że ZOP będzie drogie i bez znaczenia czy to klasyczne podejście czy też drony. Przy jednym podejściu wyjdzie trochę drożej, a przy innym trochę taniej. Różnica będzie prawdopodobnie bardziej w skuteczności różnych rozwiązań. Pamiętam opracowanie Instytutu Oceanologii PAN na temat warunków hydroakustycznych na Bałtyku, gdzie stwierdzono, że liniowe rozchodzenie się fali akustycznej w naszych wodach to promień 1 km w porównaniu do 60km w oceanach – technicznie promień detekcji będzie oczywiście znacznie większy, ale dobrze sobie zdawać sprawę z rzędu wielkości, gdzie Kongsberg dla ST2400 jako optymalny zasięg definiuje 5-6km (co wygląda realistycznie). Niestety ta niejednorodność termoklin i haloklin daje sporą przewagę OP nad klasycznymi środkami przeciwdziałania. Prędkość w działaniach ZOP była zawsze zaletą eskortowców jako część manewru i możliwe, że dla stałego monitorowania nie będzie brana pod uwagę jako atut, SeaHunter zresztą nie przekracza chyba 20 węzłów co może być pewnym odnośnikiem dla rozważań… Co do wyciszenia to też trzeba się zastanowić jaki poziom jest uzasadniony ekonomicznie i czy podstawą będzie sonar kadłubowy, czy może np. sam VDS? Prawdopodobnie jakbyśmy zaczeli zbierać wszystkie wymagania, plus zasięgi detekcji (te realistyczne), dostępne środki itd… to dopiero wtedy prawdopodobnie moglibyśmy zacząć dyskusje jakie powinny być proporcje między klasycznymi okrętami, a flotą dronów. Obecnie to trochę takie zgadywanie. Z historycznych danych wiemy, że MW obstawała za flotą 7 korwet, żeby móc wykonać swobodnie swoje zadania, później program ewoluował do 4 korwet i 3 OPV z funkcją MCM… Teraz nagle się okazuje, że 3 okręty klasy fregata wystarczą lub po prostu bierzemy co nam dają i lepiej się nie wychylać. Jeśli ma to oznaczać, że MW faktycznie dostanie kolejne 3 nowe okręty to pewnie lepiej siedzieć cicho, chyba że znów ma się skończyć jak G/Ś – no ale na to wpływu nie ma chyba, że zeszlibyśmy drastycznie z wymaganiami dla korwet i utrzymali reżim kosztów na poziomie 1mld PLN za okręt. Pozostają helikoptery bazowania lądowego, które moim zdaniem nie są złym rozwiązaniem, może lepiej można byłoby je wykorzystać, gdyby stacjonowały na Helu. Jeśli zakładamy, że najbardziej zagrożona jest Zatoka Gdańska to może dobrze zakotwiczyć tam jakiś potencjał ZOP na stałe.

            Pozdrawiam,
            Adrian

          • Przemek,

            na pewno trzeba byłoby zacząć od racjonalnego planowania, determinacji i systematyczności, czyli wygenerowania cech, których w sensie systemowym nam brakuje. Jesteśmy w takiej sytuacji, że tak czy inaczej taka korweta byłaby bardzo przydatna dla własnej MW, więc jest po co zaczynać.
            Nieodparta chęć upakowania uzbrojeniem jest czymś, co należy właśnie przezwyciężyć w ramach racjonalnego planowania, a następnie systematycznego realizowania planu. Czy dla odmiany od powszechnych opinii niedozbrojenia nie można w ten właśnie sposób spojrzeć na LCS-a? Ciekawym przykładem jest też klasa La Fayette, która we flocie francuskiej pływa jako fregata ani ASW, ani AAW, tylko jako fregata GP z potencjałem modernizacyjnym (tak na boku – niebawem okręty tej klasy powinny być dostępne na rynku wtórnym!), natomiast u odbiorców zagranicznych jest już naszpikowana uzbrojeniem.
            Co do Gawrona, zgadzam się, że bezpośrednia przyczyna – brak pieniędzy – nie wyczerpuje tematu. Można na sprawę spojrzeć tak – zakładane sensory i uzbrojenie wskazuje, że ktoś chciał fregatę, natomiast parametry kadłuba wskazują, że ktoś chciał korwetę. W rezultacie wyszedł okręt, którego nikt nie chciał. Jest to spojrzenie wygodne dla mnie, bo implikuje posiadanie dwóch klas okrętów do realizacji koncepcji Bałtyk+, co wydaje mi się całkiem racjonalne. Cofając się do czasów planowania Gawrona, 2x Perry z zamiarem modernizacji (ale długa nie krótka!) + 3(4)x K130 wzbogacona o rozsądny VDS, bo miejsce ma. Nie jestem jednak pewien, czy takie spojrzenie wyczerpuje temat, bo mamy bagaż negatywnych doświadczeń z Kaszubem (jedynką), Tukanem, dwoma podejściami do niszczyciela min (Lodówka i Kormoran jedynka) i kilkoma pobocznymi projektami. Nie wiem nawet, czy odpowiedź nie wykracza poza MW, patrząc na to, co dzieje się w WL i SP.
            Fregata to ryba, a Little Avenger miałby szansę stać się wędką. Jeżeli nie ma takiego potencjału biznesowego, wówczas może rzeczywiście lepiej postawić na okręt, który ma szansę zdziałać więcej w czasie pokoju… Ja założyłem dodatkowo, że aby mieć w naszych warunkach nową fregatę (a szerzej – frigate-like warship), trzeba coś dać stronie, która upatruje szansy dla kraju w cudownej broni i okopaniu się z nią na pozycjach, bo inaczej nie odpuści i będzie torpedować oceaniczny komponent naszej MW. A jeżeli to coś mogłoby zarabiać, jest szansa, że wyjdziemy na tym na zero. Wisienką na torcie byłby aspekt marketingowy Little Avenger. W “kilku” periodykach na świcie by o tym napisali.

            Adrian,

            dzięki za tyle konkretnych danych!

            Co do Orki, masz pewnie rację, choć pamiętam wypowiedź kogoś z wojska, że wraz z rakietami manewrującymi zyskamy możliwość bezpośredniego ataku na stolicę wroga, zatem nie wszyscy zainteresowani są tego świadomi. Czy jesteś zdania, że nasza MW powinna zrezygnować z OP?

            Proponowane przez Ciebie spojrzenie na RP Morską przez pryzmat własnych portów w pierwszym rzucie wydaje się racjonalne, ale być może jest ślepą uliczką. Zobaczmy, Islandia w o wiele większym stopniu polega na portach w wymianie handlowej, a nie ma jako takiej floty wojennej. Czy naprawdę Dania ma Ivery i Absalony z powodu przepustowości swoich portów? Jeżeli tak, to dlaczego nie miała ich w czasach zimnej wojny? Może warto zerknąć na Europę jako całość (dlaczego w ćwierć wieku po powstaniu UE trzeba o tym przypominać?) i zobaczyć na co z niej wypływa, a co przypływa i jakimi szlakami. Lustrzanka, którą robię zdjęcia, większą część drogi pokonała do mnie morzem. Jako państwo z dostępem do otwartego morza, mamy opcję mieć swój wpływ na kształtowanie się stosunków na tym polu. Nie ma szansy, aby był on decydujący, ale może wystarczy, że będzie dostrzegalny…

            W świetle tego, co piszesz o zasięgach detekcji na Bałtyku, pomysł rozproszenia sensorów w postaci UUV i centrami operacyjnymi na okrętach rośnie w oczach.

            Oczekiwania MW są historycznie na papierze, dlatego zamiast po raz kolejny walczyć o utrzymanie ich na poziomie minimalnej kalkulacji okrętów do zabezpieczenia obszaru, proponowałbym minimalną liczbę okrętów do zabezpieczenia zdolności działania w danym zakresie w jednym czasie. Daje to w moich obliczeniach 4 niszczyciele min Kormoran II i 4 korwety Kaszub II. Fregaty czy Absalony itp. do zadań oceanicznych.

            Pozdrowiam na Nowy Rok!

          • Przemek,

            LCS jest przykładem potwierdzającym mój punkt widzenia natomiast La Fayette daje pole do jego podważania. LCS miał być Streetfighter’em o wyporności do 1.000 ton ale wymóg samodzielnego przerzutu transoceanicznego zaowocował wypornością do 3.000 ton. No cóż, podobno powietrze i stal mało kosztują. Na tym etapie krytycy porównują LCS z zagranicznymi konstrukcjami klasy fregata co samo w sobie jest niewłaściwe i okazuje się, że okręt jest niedozbrojony. Następny etap spirali to FF(X) lepiej uzbrojona i porównywalna z innymi fregatami ale też i większa oraz pewnie droższa. Dlaczego więc w przypadku Francji i La Fayette zatrzymano się na pewnym etapie okrętu niewiele większego niż LCS i równie niedozbrojonego? Myślę, że znaczenie mają psychologia, tradycje i taktyka budżetowa. LCS w USNavy miał zastąpić MCM ale i fregaty. Jest to więc psychologicznie krok wstecz i to w sytuacji słabych tradycji czy wsparcia dla idei małych jednostek jak korweta. Wyjątkiem są czasy II wojny światowej i okręty eskortowe na Atlantyk. Z kolei we Francji mamy tradycje awizo czyli kanonierki kolonialnej i La Fayette mógł być postrzegany jako krok do przodu w porównaniu z A69.

            Wracając do nas to ponownie powtórzę pewne swoje założenia:

            1. RP Morska to sposób myślenia o MW jako narzędziu Państwa w realizacji swoich interesów miedzynarodowych i morskich. Pierwszym problemem jest ich zdefiniowanie i już tutaj brak wyraźnej zbieżności zdań.
            2. Flota zdolna do działania poza Bałtykiem na morzach świata we współdziałaniu z innymi marynarkami wojennymi jest kosztowna. Niestety beneficjentem takiego narzędzia i polityki są MSZ i BBN ale płatnikiem jest MON, ten zaś ma zupełnie inne priorytety.
            3. Strategia Bałtyk Plus pozwala na zbliżenie stanowisk MON i BBN ale wymaga jasnego stwierdzenia w czym MW jest w stanie pomóc połączonym siłom zbrojnym w działaniach na lądzie czy szerzej teatrze nadmorskim działań.
            4. Poprzedni punkt wymaga silnej obecności MW w dowództwie połączonych sił zbrojnych i umiejętności jak i zdolności do lobbowania na poziomie parlamentu.
            5. MW powinna się skupić na tych rzeczach, których inne rodzaje sił zbrojnych nie potrafią lub nie chcą robić.
            6. Jeżeli chcemy wziąć pod uwagę bazę przemysłową, to należy:
            A. zacząć od rzeczy prostych aby się nauczyć
            B. Znaleźć rynki i stworzyć własne produkty. UWAGA! Produkty sprzedawalne.
            C. Umieszczać zamówienia w stoczniach już posiadających swój rynek bez zamówień rządowych
            D. Unikać stoczni i zakładów państwowych bo te zawsze będą dążyć do zdobycia zamówień drogą nacisków politycznych lub wręcz szantażu politycznego.
            7. Moje własne przemyślenia i lektura prowadzą mnie do wniosku, że MW powinna odgrywać większą rolę w budowie bezpieczeństwa państwa niż w jego obronie. To jednak jest kwestią zależną od punktu widzenia Sztabu generalnego na scenariusze potencjalnych konfliktów (patrz punkt #3).

            Odpowiadając przy okazji Adrianowi, też mam uczucia ambiwalentne jeśli chodzi o klasyczną funkcję ZOP. Uważam jednak za istotne śledzenie tego, co się dzieje pod wodą. I jest to zgodne z założeniem #5. Czy to mają być okręty czy też drony lub mini-SOSUS to ponownie zagadnienie dla marynarzy wspartych analizami efektywności. Sytuacja jest coraz trudniejsza, bo Wisła naprawdę ma potencjał do pożarcia prawie wszystkiego i do realizacji zostaną rzeczy tylko ze szczytu listy priorytetów zmodyfikowanej przez lobbying rodzimego przemysłu. Ten ostatni będzie oferował nie to co potrzebne tylko to co umie zrobić albo jeszcze gorzej – obietnice stworzenia czegoś, co im się wydaje, że umieją zrobić pod warunkiem nieograniczonego finansowania zarówno w czasie jak i skali.

            Pozdrawiam,

            Przemek

          • Panowie,

            Tu się z Przemkiem muszę zgodzić odnośnie punktu 1 jako priorytetu w budowaniu RP Morskiej. Bez określenia roli MW i zbudowaniu jednolitego stanowiska pozostanie nam obserwować jedynie radosną twórczość koncepcji. W obecnych czasach operacje morskie na małych i wąskich akwenach są ograniczone. Dlatego ciągle nie jestem przeciwnikiem OP ponieważ do działań wojennych lub kryzysowych na Bałtyku wydają się być dobrym narzędziem, jeśli można byłoby je wykorzystać jako środek zwalczania OP to wg. mnie stanowią większą wartość niż korweta ZOP. Tylko osobiście jestem za utrzymaniem reżimu kosztów projektu. Jeśli rozważamy OP za cenę którego można mieć 3 Kaszuby II no to lepiej sobie odpuścić. Jeśli stosunek kosztów miałby wyjść 1:1 no to już sprawa jest warta rozważenia na poważnie. Do działań patrolowych nawodnych można znaleźć sporo IPV lub nawet OPV za ułamek kosztów korwety.

            Bardziej trapi mnie właśnie kwestia polityki oceanicznej. W koncepcjach polityków brakuje mi tego nacjonalistycznego lub może inaczej egoistycznego celu posiadania tego typu okrętów lub nawet floty. Tu chyba muszę się zgodzić z posłem Jachem, że flota powinna być odzwierciedleniem ambicji państwa. Problem w tym, że mentalnie jesteśmy krajem lądowym bez kolonialnych tradycji ani ambicji. W obecnych czasach kolonializm już się raczej nie wróci, ale inwestycje zamorskie jak najbardziej możliwe. Oczywiście mogę się mylić w mych osądach, ale nie widzę miejsca na RP Morską bez posiadania przez nas jasnych interesów i celów w tym obszarze. Na obecnym etapie to możemy coś improwizować najwyżej.

            Co do Wisły to ciągle nie znamy kosztów II fazy. Ale po pierwszym etapie wygląda to faktycznie na strzał w kolano. Według wstępnych zapowiedzi polityków przewidywana pula na Wisłę+Narew to miało być 50 mld PLN. Program planowany jest na 10 lat więc przy obecnym budżecie 12mld PLN na zakupy majątkowe to wcale nie małe pieniądze jeszcze zostają. Podobno wszystkie programy są mocno zaliczkowane więc nie powinno być też problemu z kumulacją wydatków. Wszystko w rękach gospodarki, jeśli będą pieniądze to i finansowanie SZ powinno się utrzymać, a nawet rosnąć. Zgadzam się tylko z opinią, że obecnie nie powinniśmy się napalać na jakieś zbyt duże zakupy dla MW. Jeśli po spłaceniu Wisły kondycja finansowa będzie nadal dobra i ambicje morskie dalej będą to może i się uda stworzyć coś więcej niż flotę przybrzeżną.

            Pozdrawiam,
            Adrian

  3. Jakie typy sensorow Little Avenger mialby przenosic? Tryby pracy aktywny/pasywny, czestotliwosci itp.?

    • Oskarm,

      żadne, o ile to możliwe. Ideą Little Avenger byłaby tania platforma, której taktyka użycia opierałaby się na dużej liczebności oraz specyficznemu środowisku działania. Jakie sensory są potrzebne, aby pływać po zadanym akwenie i nie zderzyć się z dronem pływającym obok? Ja założyłem, że wystarczą środki łączności z radiolatarnią brzegową uzupełniane standardowym GPS-em. W przypadku zastosowania dozoru akwenu przez okręty, np. walki minowej, również one mogłyby pomagać w nawigacji. Little Avenger to tylko pływająca wyrzutnia, element systemu, a nie kompleksowe, samodzielne narzędzie.

      Warto tu może uprzedzić pytania o przeszkody podwodne, których w Bałtyku pełno. Akwen dla Little Avenger musiałby być rozpoznany perfekcyjnie pod względem hydrograficznym. Musiałby też być zamknięty dla żeglugi. Pomysł ten może zatem nie przypaść do gustu rybakom i żeglarzom.

      • To zupepnie nie rozumiem co daje taka idea bez rozszerzenia / zageszczenia strefy detekcji i rozpoznania? Duzo taniej pociski przeciwokretowe bedzie mozna rozmiescic na ladzie i to zrobiono. Przy ich zasiegu ponad 200 km i tak kryjemy caly Poludniowy Baltyk.

        Takie stada prawie-podwodnych dronow, byc moze mialby sens wlasnie wtedy, gdyby rozszerzaly nam obraz sytuacji podowdnej i ewentualnie nawodnej (kombinacja anten kierunkowych do lacznosci i glowicy opto?). Kwestia wstepnego projektu, oszacowania kosztu i skutecznosci.

        • Oskar,

          korzyści wydają mi się dość jasne:
          – platforma stosunkowo trudna do rażenia przez przeciwnika,
          – platforma dająca możliwość zgodnego z prawem przenoszenia rakiet manewrujących średniego zasięgu,
          – relatywnie duże rozproszenie – wyeliminowanie jednego drona powoduje wyeliminowanie co najwyżej czterech rakiet,
          – platforma prosta i ekonomiczna,
          – zlokalizowanie wyrzutni z dala od siedzib ludzkich i stałej infrastruktury wojskowej,
          – mamy mobilność 24h, gotowość odpalenia także 24h oraz odpalanie rakiet w ruchu.

          Rozszerzenie strefy detekcji i rozpoznania jest konieczne, ale dla całego systemu. Podobnie jak dla MJR.

          Dlaczego koncentrujesz się na rakietach przeciwokrętowych?
          W jaki sposób Twoim zdaniem rozszerzenie obrazu sytuacji podwodnej miałoby pomóc na płyciznach przy naszym wybrzeżu? Podobnie, co miałaby dać głowica opto. w części nawodnej?

  4. Wojtek,

    dziękuję. Cieszę się, że wzbudziła zainteresowanie. Co do wątpliwości, zgadzam się z
    odpowiedzią udzieloną przez Przemka.

  5. Coś mi się zdaje, że może w Stanach czytają jednak Polskie blogi 😉 . Miłej lektury, ze względu na zasięg jednak chyba Little Avanger nie znajdzie u nich zainteresowania:

    https://www.usni.org/magazines/proceedings/2019-01/converting-merchant-ships-missile-ships-win

    Pozdrawiam

    • Kto wie, może czytają 🙂 To jest pewien cykl pojawiających się oryginalnych i niekonwencjonalnych pomysłów w chwili zmiany układu sił wymuszonej przez otoczenie. Takie artykuły pojawiały się 30 lat temu w czasach zimnej wojny. Niektóre z nich znajdowały zastosowanie w bardziej lub mniej zmutowanej formie, ale to być może tylko moje wrażenie.

      Pozdrawiam,

      Przemek

      • Zgadza się, ten pomysł powraca co jakiś czas. Zresztą chyba adaptacja jednostek cywilnych do zadań wojennych jest długa jak historia świata? Zwłaszcza w momentach kiedy potęgi morskie chciały wzmocnić się chwilowo w sytuacji nagle zbliżającego się zagrożenia – to tak z moich odczuć.

        W końcu udało mi się znaleźć analizę dla operacji ASW z wykorzystaniem bezzałogowców. Wiedziałem, że gdzieś ten link mam i w końcu się udało. To tak dla uzupełnienia naszej wcześniejszej dyskusji. Ciekawe symulacje i wnioski oraz trochę niespotykana metodyka analiz, ale chyba warto się pochylić nad tym:
        http://resource.isvr.soton.ac.uk/staff/pubs/PubPDFs/Pub9884.pdf

        Pozdrawiam,
        Adrian

        • Dziękuję za link. Przynajmniej wiadomo skąd się wziął ACTUV. Przy okazji, widać jak wiele artykułów tego rodzaju się pojawia i jek wiele badań prowadzi na Zachodzie co pozwala na podejmowanie kontrolowanego ryzyka w eksperymentach. mMjąc taką bazę można skanalizować eksperymenty i jednostki prototypowe tak, aby przesiać całe pole alternatyw i wybrać najbardziej atrakcyjne kierunki. Teoretycznie nic nie stoi na przeszkodzie aby u nas zrobić coś podobnego chociaż na mniejszą skalę.

          Pozdrawiam,

          Przemek

    • Cóż, ponoć w CIA czytają wszystko.
      Dla Amerykanów zdecydowanie przydałby się koncept Avenger Full Size!
      Jak mawiał kapitan Jack Aubrey, “żyjemy we wspaniałej epoce nowoczesności”.

Leave a Reply to Przemek Cancel reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.