Mar 052019
 

Thomas Schelling napisał Arms and Influence pół wieku temu ale książka nic nie straciła na swej świeżości. Być może dlatego, że prezentowane w niej idee są głęboko zakorzenione w ludzkiej naturze, ta zaś się ani nie starzeje ani specjalnie nie zmienia. Dla nas ma fundamentalne znaczenie bo zmusza do refleksji nad dziedzictwem doświadczeń historycznych, chociaż lepiej by było powiedzieć nad okowami własnej mitologi luźno opartej na historii.

Dalszy tekst może dla czytelników zawierać treści kontrowersyjne o lekkim posmaku herezji i z pewnością jest dowodem na porzucenie mądrej rady „jeśli mówisz, co myślisz – myśl, co mówisz”. No cóż, na własne ryzyko.

Sam tytuł już przy najbardziej elementarnej analizie wskazuje, że można być uzbrojonym po zęby i nie mieć wpływu oraz odwrotnie, mieć wpływ bez broni. Przykładem z życia codziennego może być wpływ eksperta czy handlowca, nie mających żadnej władzy nad obiektem starań. Niemniej książka skupia się na wywieraniu wpływu wykorzystując nie broń lecz groźbę jej użycia oraz na opieraniu się takim wpływom.

Jest różnica pomiędzy zagrabieniem czego się chce a skłonieniem kogoś do oddania tego, pomiędzy odparciem ataku a spowodowaniem u kogoś obawy przed zaatakowaniem, pomiędzy utrzymaniem tego co ludzie próbują ci zabrać a wzbudzeniem obawy przed zabraniem, pomiędzy utratą tego co ktoś zabiera siłą a oddaniem z obawy przed ryzykiem lub szkodą. To jest różnica pomiędzy obroną a odstraszaniem, pomiędzy brutalną siłą a zastraszaniem, pomiędzy podbojem a szantażem, pomiędzy działaniem i groźbą.

Clausewitz twierdził, że celem wojny jest zmuszenie przeciwnika do poddania się naszej woli. Zwykle rozumiemy przez to pokonanie wroga z użyciem siły militarnej a więc zniszczenie jego wojskowych środków obrony. Tylko co dalej? Mamy wiele współczesnych konfliktów jak Irak, Afganistan czy Syria gdzie nie ma już po drugiej stronie zorganizowanej armii a mimo to chaos i zniszczenie trwa. Nikt nie poddaje się woli strony teoretycznie zwycięskiej. W Syrii nie ma chyba w ogóle strony zwycięskiej. Tak dramatyczna sytuacja jak w wymienionych krajach stawia brutalnie pytanie o cele wojny i sposoby ich osiągania.

Nawet całkowite zwycięstwo nad wrogiem co najwyżej oferuje możliwość egzekwowania przemocy na bezbronnej ludności przeciwnika. Jak wykorzystać tę możliwość w interesie narodowym lub szerszym kontekście może być tak samo ważne jak osiągnięcie zwycięstwa, lecz klasyczna sztuka wojenna nie mówi nam jak wykorzystać taką zdolność do zadania bólu. I jeśli któraś ze stron, zwycięska lub przegrana ma zamiar użyć czystej przemocy do wywarcia wpływu na wroga, to nie ma potrzeby czekać na całkowite zwycięstwo.

Strategia wojenna nie może być dłużej uważana za (…) naukę osiągania zwycięstw militarnych. Jest obecnie na równi, jeśli nie bardziej, sztuką przymusu, zastraszania i odstraszania. Narzędzia wojny służą bardziej do karania niż zdobywania. Strategia wojenna, czy tego chcemy czy nie stała się dyplomacją przemocy.

Repertuar środków rozszerza się znacząco poza siłę zbrojną i głęboko sięga do psychologii konfliktu. W momencie, w którym zdamy sobie z tego sprawę, odkryjemy że polityka wymuszania ustępstw jest dla nas o wiele bardziej groźna i realna niż zajęcie terytorium przez wroga, bo po co miałby to robić skoro może kierować naszą polityką szantażem, wymuszeniem i zastraszaniem? To z kolei powinno wymusić na nas (tak długo jak kierujemy się racjonalizmem) doprecyzowanie a wręcz zmianę strategii bezpieczeństwa państwa z wszelkimi skutkami w postaci struktury sił zbrojnych oraz nakładów na nią. Dla Marynarki Wojennej RP konsekwencje mogą być jeszcze większe.

Thomas Schelling zgrabnie zakreśla obszary zainteresowań w formie tytułu jednego z podrozdziałów:

Wojny pól bitewnych, Wojny ryzyka i Wojny bólu i zniszczenia.

Zanim dojdzie do wojny pól bitewnych toczymy znacznie dłuższą wojnę ryzyka i strachu przed bólem i zniszczeniem. Pomimo tego najwięcej swoich wysiłków, zasobów, starań i myśli koncentrujemy na bitwie toczonej przez walczące ze sobą armie. W potocznym rozumieniu odstraszanie polega na zbudowaniu siły militarnej zniechęcającej przeciwnika do kosztownego najazdu. Książka zaś mówi coś innego, przesuwając akcent gdzie indziej.

Tradycyjnie rzecz ujmując zbroimy się patrząc na możliwości przeciwnika a nie jego intencje. Niemniej odstraszanie skupia się właśnie na intencjach. Nie tylko na ocenie intencji wroga, ale na wpływaniu na nie.

John Mearsheimer podnosi podobną kwestię 35 lat później opisując dramat rywalizacji o hegemonię nad światem lub regionem. Hegemon musi być silniejszy niż jego rywal by czuć się bezpiecznie. No właśnie, czy musi BYĆ silniejszy czy też musi CZUĆ się silniejszym i dlaczego? Przecież intencje przeciwnika mogą być inne a wywrzeć wpływ można różnymi środkami. Czy naprawdę dodatkowe 50 okrętów dla US Navy odstraszy Chińczyków i zmieni ich politykę? Jeśli chcesz wygrać, zaprzecz strategii przeciwnika i tym samym zniwecz jego wysiłki. Dodatkowy lotniskowiec nie zapobiegnie wykupowi przez Chiny portów w Europie. A to daje Chinom wpływy.

Co to wszystko oznacza dla nas? Po 1989 roku strategia bezpieczeństwa opierała się na dwóch filarach – przynależności do NATO i Unii Europejskiej. Wszystko w nadziei, że obroni nas nie tylko litera traktatu ale również chęć obrony interesów gospodarczych ulokowanych w Polsce. Gdy spełniły się nasze nadzieje, strategia przekształciła się w potrzebę powstrzymania ataku na czas potrzebny sojusznikom do reakcji i wsparcia. Na poziomie planowania sił zbrojnych zamienia się to na pytanie o siłę i liczebność wojsk zdolnych do obrony przez określony czas. W ostatnich latach mamy kolejną ewolucję, której powody i kierunki wyjaśnia dobrze tekst Justyny Gotkowskiej z Ośrodka Studiów Wschodnich:

Sceptycyzm administracji Trumpa wobec multilateralnego podejścia daje możliwości zacieśnienia współpracy bilateralnej, a w jej ramach zwiększenia amerykańskiej obecności wojskowej na wschodniej flance, która wzmacniałaby obecność sojuszniczą wynegocjowaną w ramach kompromisu w NATO. Wbrew panującej w Europie Zachodniej opinii nie podważa to spójności Sojuszu, a wzmacnia odstraszanie. Państwa takie jak Polska są więc gotowe inwestować w dwustronne relacje z USA dla wzmocnienia regionalnego i własnego bezpieczeństwa

Ani niemieckie multilateralne podejście, ani promowana przez Francję europejska autonomia strategiczna nie dają realnej alternatywy dla zagwarantowania europejskiego i regionalnego bezpieczeństwa.

Patrząc na naszą aktualną strategię oczyma Thomasa Schellinga popełniamy chyba duży błąd i to podwójny. Inwestujemy w zwiększenie siły militarnej przyjmując za pewnik, że ma wartość decydującą w dyplomacji przemocy i wymuszaniu ustępstw jednocześnie nie zastanawiając się głęboko nad jej rzeczywistą wartością odstraszającą. Powodów do niepokoju jest kilka.

Coraz bardziej polegamy na stosunkach dwustronnych ze Stanami Zjednoczonymi co w rzeczywistości oznacza oparcie bezpieczeństwa na tymczasowej zbieżności interesów naszych z interesami coraz bardziej wymagającego hegemona. Łaska pańska na pstrym koniu jeździ jak mawia przysłowie i na dodatek ta zbieżność interesów nie jest poparta żadnym traktatem. Jesteśmy w sytuacji gorszej od Filipin. Doprowadziliśmy do sytuacji gdy część wojsk amerykańskich rotujących w Polsce będzie pod dowództwem NATO a część bezpośrednio dowodzona przez Amerykanów. Jest to obniżenie progu ryzyka dla chętnego skorzystać z okazji by przetestować spójność reakcji na prowokację. Kto bowiem ma reagować, Amerykanie czy NATO. Nic nie wiadomo również na temat samej reakcji gdyż jak Schelling pisze:

(…) jakkolwiek precyzyjnie określony jest przedmiot naszego zobowiązania, często jest niejasne co jesteśmy zobowiązani uczynić.

Jest pewien próg, poniżej którego nasze zobowiązania po prostu nie działają a sam próg jest często niejasny.

Przy braku traktatu połowa sił może nie czuć się zobowiązana do niczego. Gorzej, bo w przypadku realnego zagrożenia wojną siły amerykańskie są całkowicie uzależnione od współpracy Niemiec bo bez niej nie ma możliwości logistycznego wsparcia jakiejkolwiek poważnej operacji na obszarze Bałtyku. Rosjanie mają wystarczające środki do zablokowania takiego wsparcia drogą przez Cieśniny Duńskie. Możemy dyskutować, czy Europa stanowi lub kiedykolwiek będzie stanowiła alternatywę dla naszego bezpieczeństwa, ale niewątpliwie powinniśmy wsłuchać się w to co mówią Niemcy, Francja czy Rosja by zrozumieć ich intencje i znaleźć sposób jak na nie wpływać. Kolejna perełka z Schellinga:

Zyskujesz czyjąś uwagę skuteczniej słuchając kogoś niż mówiąc do niego.

Jaka więc powinna być nasza strategia bezpieczeństwa? Powinna zamieniać sytuację kryzysu a więc niepewności i niepełnej kontroli nad wypadkami na pewność gwarantowanej ceny, którą przeciwnik musi zapłacić za atak lub prowokację. Potencjalny przeciwnik powinien wierzyć, że żadne groźby czy próby wymuszenia nie mają szans powodzenia. Nasza strategia powinna podnosić stawkę i ryzyko dla przeciwnika poprzez sojusze. Gwarancja pewnej ceny w wąskim rozumieniu sił zbrojnych oznacza wysoką gotowość bojową czyli jednostki w pełni ukompletowane, dobrze wyposażone i wyszkolone. Jest to ważniejsze niż ich liczebność czy ogólna siła.. Szacunek, czy cena jest wysoka czy niska i czy warto ją zapłacić należy do przeciwnika. Do nas należy jej zagwarantowanie.

Wpływ na strukturę sił zbrojnych przy tak rozumianej strategii jest duży i wymaga odpowiedzi na pytanie o proporcje między składnikiem „ciężkim” i „lekkim” a także o integrację działania ze służbami cywilnymi oraz ratowniczymi państwa. Sprawność państwa i jego służb oraz ich odporność na chaos i dezorganizację mają takie samo znaczenie jak liczba brygad pancernych. Te same pytania odnoszą się do Marynarki Wojennej RP ale z góry można założyć, że wojenna rola floty będzie w czasie wojny pomocnicza i określona przez potrzeby działań na lądzie. Wówczas komponent „lekki” zyskuje na wadze. To, co się rzuca w oczy to brak Straży Przybrzeżnej. Nawet wzmocniona Straż Graniczna nie wypełni chyba luki pomiędzy „ciężkim” składnikiem Marynarki Wojennej, jeśli takowy zaistnieje a sobą samą. Budowa takiej formacji wraz z systemem rozpoznania jest chyba w zasięgu możliwości nawet przy realnie nikłych nakładach finansowych. Zwłaszcza, że możne tego dokonać małymi krokami w przeciwieństwie do części „ciężkiej” jak okręty podwodne czy duże okręty nawodne. Ich koszt jednostkowy będzie przez lata na celowniku księgowych planujących budżet. Już kiedyś na tym blogu padło zdanie, że musimy mieć marynarkę wojenną, która będzie miała rolę w systemie bezpieczeństwa państwa niezależnie od istnienia sojuszy lub nie. Jeśli będzie przydatna dla sojuszników to bardzo dobrze, ale nie może być odwrotnie, że posiadamy flotę użyteczną dla sojuszników ale bez swojej misji wobec ich braku. Jak zwykle decyzja należy do nas.

  17 Responses to ““Arms and Influence””

  1. A nie uważa Pan, że u nas nawet strategia bezpieczeństwa jest przedmiotem gry politycznej i wzajemnego sobie udowadniania? Bardzo spodobał mi się ten wpis, ale nie da się opierać na strategii 4 letniej. Patrząc na obecną batalie wzajemnego obwiniania po katastrofie Mig29 mam poważne wątpliwości od czego należałoby właściwie w Polsce zacząć jakąkolwiek naprawę systemową.

    Pozdrawiam,
    Adrian

    • Panie Adrianie,

      Odpowiedź może być równie prosta do zaoferowania co trudna do realizacji. na szczęście jesteśmy w kraju podobno katolickim, więc cuda wchodzą w grę (przepraszam, jęśli ktoś się poczuje się urażony). Elity polityczne musiałyby działać w sposób przejrzysty i odpowiadać za swoje decyzje i czyny. Aby uzyskać taki efekt, społeczeństwo musiałoby umieć dokonywać własnej oceny tychże decyzji i być o wiele bardziej odporne na ordynarną propagandę. Sposobem na to byłaby już zapomniana reforma samorządowa w pewnym momencie zastopowana. Taka reforma nie jest możliwa bez klasy politycznej bardziej świadomej tego co robią. Koło się zamyka.

      Pozdrawiam,

      Przemek

      • Przepraszam za moją nieścisłość. Nie chodziło mi o to, że recepty nie da się znaleźć, ale raczej o jej podłoże (jak to pan ładnie określił) natury czysto religijnej.

        Wracając do floty zdaje się, że rozbija się o to samo lecz trochę z innej strony. Tworzymy strategię i zanim się na coś zdecydujemy znów trzeba od nowa. Pamiętam ciągle pewien artykuł ex/marynarza który argumentował (jeszcze gdzieś około 2013), że kombinowanie z OOW 1000t nie ma sensu bo jako wielozadaniowa korweta z funkcją ZOP z bazowaniem dla helikoptera i tak nie zejdzie poniżej 1600t, a najprawdopodobniej nie wymyślimy nic mniej niż Gawron. Najwidoczniej znał nasze realia albo może nawet i nie, bo wymyśliliśmy już prawie fregate.

        Obawiam się, że decyduje jednak nasze przywiązanie do tego co znamy. Może to konsekwencja braku udziału w wielkich odkryciach geograficznych. Może na dziś dzień jednak dziedzictwo PRLu i pewnego zacofania… Ta Pana analiza bardzo przypomina mi książki o psychologi wychowania dzieci. Zdaje się, że musimy się uczyć odpowiedzialności i dorosłego życia jako państwo. Jako ciekawostkę zawsze znajomym przypominam, że część czołowa mózgu dziecka – ta odpowiedzialna za racjonalne myślenie/dojrzałość – rozwija się najdłużej (sic!). W rachubie czasu to gdzies dopiero po 20 roku życia 😉

        Pozdrawiam,
        Adrian

        • Panie Adrianie,

          rzeczywiście bardzo trudno zrozumieć, co i dlaczego w naszym państwie i społeczeństwie nie działa. To temat rzeka i bynajmniej nie tylko współczesny. Możemy z uporem maniaka próbować coś zmienić i wymagać rozumnych decyzji i przejrzystych procedur. Trochę walenie głową w mur, ale tyle możemy zrobić. Co do artykułu to dobry przykład myślenia zawężonego do znanych opcji. Jeśli ma być Okręt Obrony Wybrzeża, a więc jednostka przybrzeżna to dlaczego musi mieć hangar i pokład lotniczy? Przecież może współpracować z lotnictwem lądowym. Natomiast jeśli chcemy prowadzić operacje lotnicze z pokładów okrętów to rzeczywiście około 2.000t staje się minimum.

          Pozdrawiam,

          Przemek

  2. Przemku, czy mógłbyś rozwinąć: ‘w przypadku realnego zagrożenia wojną siły amerykańskie są całkowicie uzależnione od współpracy Niemiec bo bez niej nie ma możliwości logistycznego wsparcia jakiejkolwiek poważnej operacji na obszarze Bałtyku. Rosjanie mają wystarczające środki do zablokowania takiego wsparcia drogą przez Cieśniny Duńskie.” Mi się wydaje to dosyć dyskusyjne. W jakich warunkach?

    • Oskar,

      Masz rację, że temat powinien być dyskutowany. W wybranym przez Ciebie fragmencie kryją się chyba dwa pytania:

      Czy Niemcy są niezbędne do wsparcia logistycznego?
      czy Rosjanie są w stanie zablokować Cieśniny Duńskie do tego stopnia by powstrzymać działania sił w rejonie

      Jak w poprzednim wpisie starałem się pokazać na przykładzie kontraktu na transport prawdopodobnie brygady, do jej przewozu potrzeba jednego kontenerowca i dwóch promów. Batalionowa grupa potrzebuje chyba 300 ton zapasów dziennie. Są to spore ilości i jeśli mają iść ze Stanów to naturalnym portem docelowym są porty ARA (Amsterdam, Rotterdam, Antwerpia). Stamtąd już drogą lądową poprzez Niemcy do nas. Jeśli dojdzie do poważnych różnic zdań pomiędzy Niemcami a USA odnośnie jednostronnych akcji Amerykanów na naszym obszarze działania poza NATO, to mogą powstać formalne przeszkody znacznie utrudniające zaopatrzenie wojsk w naszym obszarze. Takie różnice istnieją. Co innego przy akcji NATO i to trzeba podkreślić. Wbrew stanowisku naszego rządu i stwierdzenia Pani Justyny Gotkowskiej, że dodatkowe siły Amerykańskie (Fort Trump) wzmocnią NATO, przychylam się do opinii zachodnich polityków, że raczej osłabią spójność NATO. Też kwestia dyskusji.

      Istnieje oczywiście bezpośrednia droga morska na Bałtyk poprzez Cieśniny Duńskie. W tym wypadku przy akcji jednostronnej USA poza NATO może to oznaczać brak wsparcia NATO. W konsekwencji bezpieczeństwo transportów leży w rękach Amerykanów i ich lokalnych sojuszników – czytaj Polski. Są conajmniej dwa aspekty – decyzyjny, gdyż Amerykanie muszą ocenić ryzyko takiej operacji i się na nie zdecydować oraz techniczny czyli czy Rosjanie posiadają wystarczające środki techniczne i właściwą taktykę do zadania wystarczających strat. To z pewnością jest temat do dyskusji i to poza naszym gronem bo w grę wchodzi ocena ryzyka i taktyka.
      Ryzyko operacji na Bałtyku to sam w sobie ciekawy temat. Z flot spoza regionu chyba tylko Royal Navy zdecydowała się na wejście na Bałtyk i ostatnio nastąpiło to bezpośrednio po zakończeniu I wojny światowej. Drugi element ryzyka to poziom strat, przy których następuje decyzja o zaprzestaniu operacji. Ostatnio widziałem ciekawy link do raportu z lat 70-tych na temat efektywności kamikadze. Padło tam coś w tym rodzaju, że 10% strat było zwykle akceptowane, przy 30% następowała krytyczna decyzja na tak lub nie natomiast 50% oznaczało wycofanie się. Dzisiaj mamy większą wrażliwość na straty i większą koncentrację. Przykładowo wspomniana wcześniej brygada i jej transport to w sumie 3 statki. Zatopienie jednego może wprowadzić stan niezdecydowania a dwóch decyzję o wycofaniu. Wojna o Falklandy była przykładem tego zjawiska. Było kilka okrętów czy statków krytycznych dla całej operacji. A więc chodzi o jeden, dwa statki? Dobre pytanie.
      Czy Rosjanie mają możliwości zadania strat wystarczająco dużych by doprowadzić do takiej sytuacji? Myślę, że tak, bo nie chodzi o stałą blokadę. Patrząc na arsenał i opublikowaną strategię mamy do dyspozycji po stronie przeciwnika lotnictwo, korwety z rakietami manewrującymi różnej wielkości, miny i pojazdy bezzałogowe wspierane przez rozpoznanie. Z takim wyposażeniem można w zasadzie nawet próbować zaaranżować “wypadek” na morzu w stylu opisanym w książce-wywiadzie z gen. Różańskim. Albo otwarcie atakować. Reszta to taktyka i dlatego trudno nam dyskutować. Okręty eskorty będą działały w warunkach dla siebie niekorzystnych na płytkich wodach, pełnych statków handlowych i w bliskości lądu. O błąd łatwo a czas reakcji niewielki. Głębokość obrony wątpliwa. To nie oznacza, że taka operacje jest niemożliwa. Konwoje na Maltę pokazały, że jest to do zrobienia jakkolwiek z dużymi stratami. No i wracamy do kwestii akceptowalnego poziomu strat czyli ryzyka.

      Oczywiście to także przyczynek do dyskusji o roli Marynarki Wojennej RP w takim, przykładowym scenariuszu. Czy Amerykanie potrzebują z naszej strony dodatkowej fregaty, czy też okrętów przeciwminowych, rozpoznania a może jeszcze czegoś innego? Powiedziałbym, że okręty eskorty mają, siły przeciwminowe u nich leżą na łopatkach a rozpoznanie własne mogą zapewnić ich systemy na lądzie jak MALE z Świdwina lub nasze własne. Pod warunkiem, że się utrzymają.

      Cieszę się z pytania, bo kwestia sięga głęboko i wymaga wręcz burzliwej dyskusji.

      Pozdrawiam,

      Przemek

      • Ciekawa kwestia z tym przerzutem. Jacek Bartosiak wspomina o tym też w najnowszej książce, gdzieś tam w tych think tankach w końcu siedzi, więc chyba słyszy co byli wojskowi mówią na ten temat. Dodatkowo faktem jest, że rotacyjne grupy trenują przerzuty właśnie przez porty zachodniej Europy do Polski. Zasadnym się wydaje wybranie najbezpieczniejszej drogi desantu lub dostaw.

        Jeśli uwzględnić jeszcze co mówi na temat konfliktu gen. Skrzypczak to obecnie NATO musi kalkulować obronę na Odrze. Według niego linia Wisły pada po 3 dobach, a na linii Odry są po 8 dobach. Desant na wybrzeże może okazać się równie szybki jak opanowanie linii Wisły. Bez możliwości utrzymania lądu będzie jak w II WŚ. Trochę pewnie w tym marketingu wojsk lądowych, ale MW nie ma co liczyć na wiele. Tym bardziej, że odbudowa WL i SP zajmie dobrych kilkanaście lat.

        • Zeby Rosjanie mogli sie tak szybko poruszac i to bez palzy na podciagniecie zapasow musieliby sciagnac pod granice naprawde duzo wojska i zapasow. Takie przygotowania trwalby miesiacami. To dawaloby NATO mozliwosc przygotowania sie do obrony i sciagniecie wlasnych posilkow.

          Pamietajmy, ze USA i inne kraje cwicza tez przerzut bezposrednio do Krajow Baltyckich i Gdanska, Szczecina i Swinoujscia. Do tego przerzut lotniczy. Obie formy w czasie kryzysu beda wymagaly zapewnienia oslony.

          Zdopnosci przeciwminowe mamy i je modernizujemy, to samo tyczy sie po czesci dywersji (tu tez w toku sa programy). Jednak by te sily mogly dzialac w czasie W a nawet kryzysu beda potrzebowaly oslony przed atakiem z powietrza i pod wody.

          • Przy każdych ćwiczeniach udawadniają, że nie ma dla nich ograniczeń. Amerykanie zaprezentowali naszej generalicji filmik z ich ćwiczeń, gdzie przeprawa przez rzekę wielkości Wisły i to pełnej brygady z zapleczem zajmuje im 40 minut (sic!).

            Od naszych dowiedzieli się tylko, że tak to jest prawda, podobne ćwiczenia były już za UW i ćwiczą takie rzeczy do znudzenia. Zresztą możliwości pokazali też podczas przerzutu do Syrii. Prawdopodobnie doszli już w tym do perfekcji.

            Cieszy natomiast, że nasi wojskowi są tego świadomi. Na przeciw takim problemom MW to ciągle najmniejsze ich zmartwienie. Dobrze by było ustalić jakieś stałe realne finansowanie dla floty. Na szczęście potrzeby posiadania MW już raczej nikt poważny nie kwestionuje. Pytanie czy będzie używana czy też nowa – w jednym i drugim przypadku nie będzie stanowiła znaczącego potencjału.

            Pozdrawiam,
            Adrian

          • Panie Adrianie,

            Nie jestem pewien, że konieczność posiadania floty jest uświadomiona i akceptowana. Mam raczej wrażenie, że nie ma odważnego, który by powiedział koniec. Koszty polityczne byłyby zbyt duże. Gdyby potrzeba posiadania floty była jasna, to nie mielibyśmy takich problemów z sformułowaniem jej wizji i zadań, niezależnie od stanu pokoju, kryzysu czy wojny. Są pewne kręgi i osoby, jak mniemam, które widzą możliwość wykorzystania floty, ale jak na razie wszystko grzęźnie. Chyba PMT 2012 był dotychczas najlepszym kompromisem, nawet jeśli nieoszacowanym. Z drugiej strony specyfikacje potrafią “zabić” każdy plan finansowania. Ślązak miał być skończony jako okręt patrolowy, ale jest nieuzbrojoną korwetą.

            Pozdrawiam,

            Przemek

          • Panie Przemku,

            Intencjonalnie użyłem słowa “potrzeba”, a o konieczności to już dawno zapomniałem 😉 . Brak rzeczonej konieczności jest częściowo tożsamy z decyzjami, bo inaczej nie chcielibyśmy nawet holownika, a zadania SAR oraz patrolowe politycy woleliby przenieść na MSWiA – co by nie mówić tym ministerstwem łatwiej im się zarządza. I w mojej skromnej opini na ten temat tu też jest clou sprawy, gdzie nasze elity mają po prostu braki kadrowe i kompetencyjne, a niezbyt zrozumiała niechęć oraz podejrzliwość w stosunku do wojskowych skutkuje coraz to bardziej zawiłą ścierzką decyzyjną. Gdzieś powinniśmy zacząć od kwestii, że sprawy bezpieczeństwa są apolityczne. Czego nawet prezydent nie jest się w stanie widocznie zrozumieć.

            Dodatkowo MON ma swoją specyfikę i zawiłości. Jest portfel zamówień dla wielu lobbystów, małe doświadczenie z nowoczesnym sprzętem naszych wojskowych, zakupy wojskowe mają zawsze podłoże polityczne i jest to naprawdę spory budżet do zarządzania. MW prawdopodobnie popełniła błąd wierząc w obietnice finansowania na poziomie 900mln/rok – wydawało się, że to nie tak wiele. Z drugiej strony sami wstawili do programu holowniki, ratowniki i całą plejade pomocników. A w realiach naszych to “z niczego nie rezygnujemy” – a może jednak wartałoby?

            Pozdrawiam,
            Adrian

          • Panie Adrianie,

            Sprawy bezpieczeństwa narodowego są aktualnie upolitycznione jeszcze bardziej niż poprzednio. Idziemy więc w odwrotnym kierunku od pożądanego. Czy MW uwierzyła w proponowany poziom finansowania? Nie wiem, jestem zewnętrznym obserwatorem próbującym postawić diagnozę na podstawie “objawów klinicznych”. Natomiast można taki duży plan jak PMT 2012 podzielić na fazy lub priorytety strawne dla księgowych i zarządzalne dla instytucji o bardzo małym potencjale zarządzania projektami. Jestem więc zwolennikiem małych kroków i ewolucji oraz zaczynania raczej od dołu a nie od góry, czyli od największych projektów. “Build a little, test a little, learn a lot” jak mawiał twórca Aegis.

            Pozdrawiam,

            Przemek

          • Zgadza się Panie Przemku coraz więcej spraw idzie w złym kierunku (już powoli MW wolę opuścić czasami milczeniem). Dzielenie projektów na fazy ma sens jeśli ktoś jest w stanie prowadzić jakąś politykę kontynuacji, a tego najwyraźniej nie chcemy. Pamięta Pan jak wspominałem, że w pierwotnym PMT z 2012 było w podtekście założenie, że OP i tak muszą oprzeć się o program przejściowy? Tak teraz po kilku latach zamieszania wracamy znów do tego co było dla wszystkich oczywiste. Utrzymanie sił podwodnych nie mogło się bez tego obejść – minister Błaszczak twierdzi potwierdził to przy prezentacji nowego PMT. Czy ta cała batalia o OPNT była warta tego wszystkiego? Raczej nie. Czy batalia wcześniejszych rządów o mniejsze i tańsze korwety warta była zastopowania programu Gawron? W mojej skromnej opini też raczej nie bo wróciliśmy niemal do tego samego co było. Prawdopodobnie wystarczyło ograniczyć serię Gawronów do 3 i dziś już byłby budowany 2 oraz może nawet cięcie blach pod 3. Odpadłby problem co z Orkanami, bo jak widać miała być to szybka recepta lecz jak się okazuje to raczej ból głowy dla MON. Stocznia Wojenna wprost ostatnio ogłosiła, że najlepszym rozwiązaniem będzie budowa wydłużonego Gawrona, a prawdopodobnie to oni mają przeprowadzić projekt nowej formuły Miecznika.

            Zobaczymy co będzie, ale obawiam się, że na nowo tego wszystkiego nie wymyśli. W biznesie miałem wiele razy z tym do czynienia, a prosto rzecz ujmując, to do tanga trzeba dwojga… Każdy może mieć piękne wizje, ale tworzymy zawsze to, na co dostępny materiał pozwala.

            Pozdrawiam,
            Adrian

  3. Moim skromnym zdaniem brak jest argumentow za tym, ze “Inwestujemy w zwiększenie siły militarnej przyjmując za pewnik, że ma wartość decydującą w dyplomacji przemocy i wymuszaniu ustępstw”.

    Jesli juz, to postawilbym teze, ze u nas polityka wymuszania ustepstw idzie w strone przeciwna od Rosji – w kierunku UE. To tam staramy sie poprawic swoja pozycje, wykorzystujac nie tyle zbrojenia, co ogolna sytuacje miedzynarodowa. Ale oczywiscie nakrecanie emocji przy pomocy zwiekszania presji na zbrojenie sie jest czescia tej gry. Bo pomaga uzywac USA do zwiekszania nacisku na UE.

    Nie ulega watpliwosci, ze od Rosji wciaz jestesmy zalezni energetycznie. Ale troche na wlasne zyczenie. Nie wolno zapominac, ze to Miller z Kwasniewskim blisko 20 lat temu zablokowali rozmowy z Dania i Norwegia o gazociagu. Natomiast nasza zaleznosc od UE stale wzrasta i mysle, ze nawet w zakresie energetycznym przerasta juz nasza zaleznosc od Rosji.

    Czy tak rozumiana polityka jest skuteczna? Trudno jeszcze powiedziec. Na pewno skutkuje oslabianiem Rosji. Ale czy to sie przeklada na wzmacnianie naszego bezpieczenstwa nie jestem w stanie odpowiedziec.

    • Panie Wojtku,

      Ma Pan o tyle rację, że w rzeczywistości programy modernizacyjne mocno kuleją. Z drugiej strony wiążemy się gospodarczo z Unią, ale to jest bardziej efekt ogólny globalizacji. Po prostu tam są najbardziej dostępne i atrakcyjne rynki. To samo z importem. Natomiast jeśli mówimy o dyplomacji przymusu wobec nas, to mamy na myśli najczęściej Rosję. Co do poprawiania naszej pozycji w Unii to pewnie różnimy się poglądami, niemniej granie kartą USA by coś uzyskać w Unii jest raczej nieperspektywiczne. I nie osłabia Rosji, o ile dobrze zrozumiałem Pana komentarz.

      Pozdrawiam,

      Przemek

      • 1. Nawet gdyby nasze programy modernizacyjne nie kulaly, to i tak nie stanowilyby zadnego zagrozenia dla Rosji ani dla Niemiec. A tak jak jest, nie stanowia zagrozenia dla nikogo. Wiec obawiam sie, ze argument o uzywaniu naszej sily militarnej jako elementu nacisku w polityce miedzynarodowej odpada.

        2. W tym momencie wiekszym zagrozeniem dla naszej suwerennosci jest UE niz Rosja. Nie twierdze, ze to sie nie zmieni w przyszlosci, ale do tego Rosja musialaby znalezc calkowite obejscie naszego terytorium dla transportu towarow masowych. A tego, bez pomocy UE nie da sie zrobic. Wiec wracamy do punktu wyjscia.

        3. UE zasilana tanimi rosyjskimi surowcami jest zagrozeniem dla duzych graczy. W szczegolnosci dla USA. I tutaj jest zbieznosc naszych interesow z amerykanskimi. Nic nie uzyskamy od Unii w ten sposob, ale ich koszty prowadzenia biznesu, ktory bezposrednio nam szkodzi, rosna dzieki amerykanskim interwencjom. Co nam jest na reke.

        4. Rosja jest oslabiana caly czas. Wlasnie na naszych oczach Rosja traci Ukraine. Krym jest wazny dla wewnetrznego bezpieczenstwa Rosji, ale Ukraina jest wazna dla rosyjskich planow imperialnych. Amerykanska interwencja zas w europejska polityke sprawia, ze na rubiezach rosyjskiej stefy wplywow wkrotce pojawia sie finansowane przez kraje srodkowej Europy amerykanskie wyrzutnie systemow przeciwlotniczych, nowoczesne amerykanskie samoloty, czy rakiety. W konsekwencji Rosja jest zmuszana inwestowac nieproporcjonalnie duzo w swoje “lotniskowce”, co wbrew pozorom wcale im ni epomaga.

        Podsumowujac, to co sie aktualnie dzieje wokol nas w duzej mierze dzieje sie niezaleznie od naszego udzialu. To co my mozemy zrobic w tym momencie to inwestowac w nasze szeroko rozumiane bezpieczenstwo. Tego bezpieczenstwa nie zapewnia zadne fregaty, czolgi, czy samoloty. To bezpieczenstwo moze sie wziac jedynie z edukacji i zrozumienia przez gros spoleczenstwa, ze jestesmy wspolnota. Jesli tego zrozumienia nie bedzie, jesli beda jakiekolwiek watpliwosci odnosnie tego podstawowego wydawaloby sie faktu, to cala reszta jest bez znaczenia.

        • Panie Wojtku,

          Lepiej odwrócić role. Rosja może sobie pozwolić na stosowanie siły militarnej jako nacisku dyplomatycznego. Z naszego punktu widzenia nie mamy stanowić zagrożenia dla nikogo tylko mamy mieć zdolność do przeciwstawienia się takiej polityce ze strony przeciwnej. Judo może być przykładem. Nie mam zamiarów ofensywnych, ale dam sobie radę zaatakowany.
          Jeśli mówi Pan o utracie suwerenności na rzecz Unii Europejskiej, to musimy zacząć od definicji suwerenności. Jesteśmy suwerenni a wszelkie ograniczenia wobec Unii wynikają z dwustronnych umów. Natomiast gospodarczo powinniśmy mówić bardziej o globalnym rynku i koncernach niż Unii. Na tym potrafimy korzystać. Jesteśmy na przykład największym w Unii eksporterem okien. Mówiąc o eksporcie Rosji trzeba pomyśleć jakie to są rynki. Z pewnością Unia jest dużym partnerem gospodarczym Rosji, ale co to ma do obchodzenia Polski? Przecież wszyscy chcą handlować a nie wojować. Rosjanie też. Jeśli się sami z tego handlu wycofamy to tylko z naszą własną stratą. Unia wraz z USA stosuje sankcje gospodarcze wobec Rosji więc nie powinniśmy mieć do Unii pretensji. Na samym końcu dostrzeżmy, że Unia to po prostu my. Jesteśmy jej częścią i pewne wpływy mamy. Z pewnością mamy prawo głosu.
          Nie rozumiem dlaczego Unia importująca gaz z Rosji jest zagrożeniem dla USA. To zjawisko jest z pewnością dla nas i Unii niebezpieczne, ale Amerykanie są Europą ogólnie coraz mniej zainteresowani. Uzyskać od Unii możemy sporo prowadząc złożone negocjacje i budując wewnątrzunijne sojusze. Im silniejsza będzie nasza gospodarka tym większe szanse na sukces. Straszenie Unii naszymi układami z USA wywołują co najwyżej rozdrażnienie jeśli nie rozbawienie. Z pewnością nie jest to żadne źródło nacisku na Unię. Strzelamy sobie w stopę. Co nie znaczy, że Unia nie jest pozbawiona wielu wad. Trzeba jednak znać swoje miejsce w szeregu. Ich koszty prowadzenia biznesu rosną? Jakiego biznesu?
          “Właśnie na naszych oczach Rosja traci Ukrainę”. Naprawdę? Ja to widzę całkiem inaczej. Na naszych oczach Rosja stosunkowo tanim kosztem wykrwawia Ukrainę na śmierć. Szczątkowa pomoc militarna Zachodu nie wnosi do tego układu wiele, bo wojna jest prowadzona na wyczerpanie dość prostymi środkami. Rosja inwestuje nieproporcjonalnie dużo w swoje siły zbrojne już od dłuższego czasu i zaczęła zanim Zachód zaczął interesować się Krymem. Co do “lotniskowców” to ponownie Rosjanie pokazują co można osiągnąć inwestując w niewielkie w sumie okręty lub używając starych. I jak na razie na nic innego się długo nie zanosi. Natomiast te siły w sumie przybrzeżne mają swoją wagę dla nas.
          Z Pana ostatnim akapitem zgadzam się całkowicie. To jest ciekawe, bo wychodzimy ewidentnie z różnych pozycji i przesłanek. Największe dzisiaj wątpliwości budzi to czy jesteśmy wspólnotą. Jak Pan wspomina fakt wydawałoby się oczywisty, a jednak…Od 1989 roku mało albo prawie wcale nie dyskutowaliśmy o różnicach pomiędzy narodem i społeczeństwem, patriotyzmem i nacjonalizmem, państwem i wspólnotą oraz co stanowi o naszej wspólnocie?

          Pozdrawiam,

          Przemek

 Leave a Reply

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

(required)

(required)

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.