Przemek

Jul 072018
 

Komentarze na blogu zwykle są źródłem inspiracji i nie inaczej stało się teraz. W rezultacie powstała lista projektów całkowicie realnych, choć na swój sposób fantazyjnych. Lista ma znaczenie praktyczne bo jakieś pieniądze są zamrożone w projektach już realizowanych, więc możemy mówić tylko o wykorzystaniu kwoty pozostałej w budżecie. Ta zaś w domyśle jest nie za duża.

 

 

Oto lista Projektów Poniżej 0.5 mld Złotych.

  • 0.3 mld PLN. MOSG – dwa kutry Damen 5509 uzbrojone w wkm-y.

Zastępcy dla Kaprów i lekko uzbrojone. Lektura ustaw o MOSG i broni palnej prowadzi do wniosku, że MOSG nie może mieć broni palnej większej niż przenośna, co w praktyce oznacza wkm-y. To między innymi dlatego bez istotnej zmiany prawa nie możemy mieć tylko Straży Przybrzeżnej i musimy mieć Marynarkę Wojenną, choćby w rozmiarze nano. Kutry patrolowe pozwolą na polepszenie obrazu sytuacji na naszych wodach i na aktywne uczestnictwo w ochronie granic Unii Europejskiej.

Damen ma swoją markę wśród Straży Przybrzeżnych i stocznie w Polsce. Foto Damen.com

  • 0.4 mld PLN Dwa „Rzepy” czyli SWATH 100 ton wyposażone w sonar holowany aktywno-pasywny TRAPS.

Ponieważ z natury monitorowanie tego co się dzieje pod wodą jest długotrwałe, wybór formy kadłuba padł na SWATH. Maleństwo 100-tonowe potrafi na fali 3m wciąż zachować przyśpieszenia pionowe w granicach komfortu dla załogi. Stabilna platforma dla sonaru i chyba warto „zapłacić” cenę za wady SWATH. „Rzep” ma pełnić podwójną role, obok podstawowej funkcji patrolowej ma być jednostką doświadczalną na drodze do systemów autonomicznych. Żadnej rewolucji, po prostu stopniowo zwiększana automatyzacja i redukcja załogi aż do punktu, gdy 2-3 osoby nadzorują prawidłowość działania całego systemu.
Korzystając z okazji można „Rzepa” doposażyć w armatę 30mm zdalnie sterowaną. Większym przedsięwzięciem byłoby dodanie nano-obrony przeciwlotniczej. Simbad-RC to morska i bardziej automatyczna wersja naszego Popradu. Dwie rakiety do zwalczania dość szerokiej gamy celów ale z możliwością automatycznego podporządkowania głównemu sensorowi jak radar. Takim, jak SeaGiraffe 1X o wadze raptem 350kg. Idąc jeszcze dalej pakiet uzupełnijmy prostą wersją wersją ESM podobną do Thales Vigile LW w kombinacji z pułapkami Sylena. Wszystko w granicach kolejnych 350kg.
Wymienione systemy w różnych konfiguracjach będą występowały w kolejnych projektach mamy więc okazję do upowszechnienia ich w marynarce wojennej a zatem do większych zakupów i „zniżki za ilość”.

Sonar aktywno-pasywny holowany ważący 3.5 tony. Coś dla “rzepa”. Foto www.curtiswright.com

  • 0.2 mld PLN Dozbrojenie Kormoranów w ten sam wyżej wspomniany pakiet nano-obrony plot.

W świecie nie ma zwyczaju uzbrajać niszczycieli min, ale nie ma też zwyczaju wysyłać je na odległość 100km od głównej bazy przeciwnika i to bez osłony. Pakiet nie daje oczywiście żadnego poczucia bezpieczeństwa przed zdecydowanym atakiem, ale pozwala zareagować na jawną prowokację. Ponieważ zrobiliśmy już zakupy ze „zniżką za ilość” wymienimy ze smutkiem Wróbla na RWS z armatą 30mm. Na przykład Typhoon czy Mk38 Mod3 w wersji amerykańskiej.

  • 0.3 mld PLN Trzy zestawy SeaRAM dla Ślązaka i fregat.

To zrozumiałe, że trudno wybierać jakiś system obrony przeciwlotniczej (czy jakikolwiek inny system) tylko dla jednego okrętu, ale zróbmy coś dla sieroty po programie Gawron i okażmy ślad empatii, żeby nie powiedzieć litości. Aby uniknąć syndromu jedynego egzemplarza, kupmy ten sam system dla remontowanych fregat. Ze względu na istnienie Phalanxa, SeaRAM ma sens. Nie wymaga w zasadzie integracji z Centrum Zarządzania Walką a daje naszym największym okrętom choćby prawo do udziału w realistycznych ćwiczeniach. Oczywiście pod warunkiem, że zostajemy z naszymi starymi OHP a nie pozyskujemy australijskich.

  • 0.5 mld PLN Wyposażenie NDR w obronę plot NASAAMS.

Temat już poruszony na blogu ponad trzy lata temu i wygląda na próbę obejścia programu Narew, ale można go przedstawić w innym świetle. Propozycja byłaby trudna do akceptacji jako samodzielny pomysł marynarki wojennej na obronę przeciwlotniczą bez czekania na wynik przetargu. Popatrzmy jednak na składniki NDR-u czyli MJR oraz NASAAMS. Do stworzenia baterii przeciwlotniczej potrzeba radaru 3D, wozu dowodzenia , łączności i wyrzutni rakietowych plus same rakiety. Ponieważ NDR został oparty na sieci i C2 z NASAAMS to brakuje nam tylko samych wyrzutni, bo rakiety AMRAAM już istnieją w naszych siłach zbrojnych. Radar jest już zakupiony, potrzeba dokupić jedno stanowisko dowodzenia na baterię podobne do tych, które mamy oraz powiedzmy sześć wozów z wyrzutniami. Sieć istnieje więc każda bateria NSM będzie miała w swoim składzie wyrzutnię NASAAMS. Jeśli tak jest, to potrzeba tylko odrobinę dobrej woli bo już zainwestowaliśmy w połowę potrzebnego sprzętu.

  • 0.1 mld PLN Dwa zestawy ScanEagle dla dwóch NDR-ów.

Następny system już występujący w wojsku polskim a dający szansę MJR na własny, zintegrowany w ramach struktury system rozpoznania. Nadbrzeżne baterie będą mogły korzystać zarówno z rozwijanego systemu zbierania danych na wyższym poziomie jak i swojego własnego. Źródeł informacji o sytuacji taktycznej nigdy za wiele a koszt jest umiarkowany. Korzysta na tym cała Marynarka Wojenna, ale jest to system kluczowy dla aktualnie głównej siły uderzeniowej floty.

  • 0.3 mld PLN Cztery Fast Patrol Boats jak amerykańskie Mk VI.

Wszechstronność tych maleństw zdumiewa. US Navy definiuje ich zadanie jako “nieprzerwane patrolowanie płytkich wód przybrzeżnych poza osłoną portów i zatok w celu ochrony sił własnych i koalicyjnych oraz krytycznej infrastruktury”. Na metrowej fali wciąż rozwija prędkość 35 węzłów. Łodzie mogą być wykorzystane również do walki z minami z użyciem dronów. Inspekcje podejrzanych statków czy zwalczanie wrogich łodzi i niewielkich jednostek to standardowe „menu”. Mk VI mają cztery stabilizowane stanowiska dla broni i można to wykorzystać poprzez pewną modyfikację zestawu uzbrojenia. Pozostawiając dwie armaty 25/30mm na kolejnym stanowisku można dodać wyrzutnię rakiet Spike-ER. Zasięg zwalczania niedużych celów na powierzchni morza zwiększa się do 8km. Wewnątrz jest miejsce dla kilkuosobowego oddziału abordażowego. Z punktu widzenia sojuszników nasze porty powinny być bezpieczną przystanią i do tego nie potrzebujemy fregat.

Ujęcie dobrze pokazujące wszechstronność tej niewielkiej jednostki. Foto www.timesofsandiego.com

  • 0.5 mld PLN dwa śmigłowce średnich/ciężkich SAR (bo tyle mamy Mi-14)

Powoli przechodzimy do projektów wciąż w ramach pół miliarda. Ale klasycznych, powszechnie dyskutowanych. Dwie sztuki to nie cztery ani tym bardziej sześć, ale to tyle by zastąpić Mi-14 pozostające aktualnie w służbie. Od czegoś trzeba zacząć. Lepiej nie wymieniać typów czy dostawców bo to grozi eksplozją walki politycznej, jednak ze względu na posiadanie lżejszych Anakond naszą uwagę powinny przyciągnąć śmigłowce średnie lub ciężkie będące bezpośrednim odpowiednikiem Mi-14.

  • 0.5 mld PLN dwa śmigłowce ASW (bo tylko jedna fregata jest na chodzie w danym momencie)

Wspomniane na początku „Rzepy” to maleństwa i jeśli docelowo mają działać autonomicznie to uzbrojenie ich w torpedy napotkać może na opór i barierę psychologiczną. Potrzeba więc szybkiego „dostarczyciela” broni przeciwpodwodnej, czym od dziesiątków lat jest śmigłowiec. Te bazujące na lądzie będą musiały poczekać na swoją kolej, ale jeśli zdecydowaliśmy się na przedłużenie życia fregatom jeszcze trochę, to pierwszeństwo zyskują śmigłowce pokładowe, chociaż nikt nie wie, czy będą miały z czego startować w przyszłości. Dwie sztuki, bo tylko jedna fregata będzie w danym czasie na misji a także z powodu wzmiankowanej niepewności co do losu i przyszłości okrętów nawodnych. Nie muszą być od tego samego dostawcy co SAR, bo kontrakt na 50 sztuk dla sił zbrojnych anulowano i standaryzacja przestaje odgrywać jakąkolwiek rolę. Również dlatego, że fregaty OHP pierwszej wersji mają ograniczenie na wielkość przyjmowanych maszyn co otwiera pole dla mniejszych śmigłowców ASW.

  • 0.5 mld PLN Okręt rozpoznania radioelektronicznego

Nasze wysiłki remontowania okrętów rozpoznania radioelektronicznego są godne podziwu. Pomijając jakiekolwiek parametry czy kwestie związane z geometrią i rozmiarem anten, to technologia idzie do przodu w szaleńczym tempie i wymieniając ją na starym okręcie doprowadzamy do pewnego dysonansu. Super elektronika na archiwalnym okręcie. Pewnie stwierdzenie niesłusznie krzywdzące lub jątrzące, ale czas już pomyśleć o następcach, zwłaszcza, że jest to w naszym zasięgu. Budowa w Polsce platformy dla marynarki Szwecji jest właściwie okazją do podłączenia się do projektu.

W sumie na liście mamy projekty za 3.4 mld PLN z budżetu MON plus 0.3 mld PLN dla MSW rozłożone w czasie na …no właśnie, na ile lat? W trakcie realizacji mamy już 1.9 mld alokowane dla dwóch Kormoranów i Ratownika, których budowa przez dwa konsorcja potrwa około 3-4 lata. Dla budżetu to oznacza wydatek mniej więcej 0.5 mld PLN rocznie, co chyba wyczerpuje nasze zasoby na wspomniany okres czasu. Jak zaplanować harmonogram na dalsze lata dla projektów z listy przy utrzymaniu tempa inwestycji?

Na pierwsze miejsce wysuwa się ScanEagle oferujący największy wzrost możliwości w postaci zwiększonej skuteczności MJR za najmniejsze pieniądze. Na drugiej pozycji śmigłowce pokładowe ASW jako konsekwencja decyzji o utrzymaniu fregat OHP w służbie i to niezależnie czy naszych starych czy australijskich. Zakup helikopterów musiałby nastąpić jeszcze w czasie finansowania Ratownika i Kormoranów, gdyż fregaty się starzeją i nie czekają na „luzy” budżetowe. W dalszej kolejności okręt ELINT bo zwolnią się moce produkcyjne stoczni. Natomiast zarówno kutry i łodzie patrolowe oraz „rzepy” mogą budować inne stocznie równolegle lub sekwencyjnie w zależności od dostępnych środków finansowych. W podobnym przedziale czasu powinien znaleźć swój finał kontrakt na śmigłowce SAR, bo te wyremontowane już pewnie nie dadzą rady dłużej. Na sam koniec uzupełnienie obrony plot MJR i ewentualne dozbrojenie okrętów.
Czas na fantazje mija, więc pora kończyć. Pewne jest jedno, że lista taka czy inna powinna istnieć a jej realizacja podlegać ciągłej adaptacji do konsekwencji często zaskakujących decyzji polityków.

Jun 242018
 

Historia meandrów powstania i tworzenia kolejnych edycji strategii US Navy poza gronem specjalistów może się wydawać ciężką strawą. Dla szerszego grona czytelników godne polecenia są więc dwie lektury opisujące wspomnianą historię w sposób przystępny a wręcz miejscami lekki. Pikanterii dodaje wiele szczegółów dotyczących kluczowych osób oraz admirałów biorących udział w procesie. Pierwsza pozycja ma szerszy horyzont czasowy i jest bardziej zdyscyplinowana jako rozwinięcie tezy końcowej z Naval Postgraduate School – Peter D. Haynes Toward a New Maritime Strategy. American Naval Thinking in the Post-Cold War Era. Druga pozycja jest napisana w stylu wręcz dziennikarskim, ze swadą i nie unikając kontrowersyjnych stwierdzeń – Thomas P.M. Barnett The Pentagon’s New Map. War and Peace in the Twenty-First Century.

Każdy z tej lektury może wynieść coś innego, ale najbardziej pasjonującym momentem jest chyba przełom 1991 i 1992 roku gdy w ramach prac grupy zwanej Naval Force Capabilities Planning Effort (NFCPE) Bill Manthorpe z ONA zaprezentował tylko jeden slajd. Ten slajd zapoczątkował dyskusję trwającą do dzisiaj na temat roli US Navy i jej struktury. Wynik debaty ma podstawowe znaczenie dla budżetu i procesu planowania nowych systemów uzbrojenia. Mówimy o dziesiątkach miliardów dolarów rocznie więc nic dziwnego, że siły zaangażowane w obronę różnych opcji były i są potężne. Krótki passus o zamianie czasownika „achieve” na „use” skutkujący ograniczeniem liczebności sił podwodnych pozostawia czytelnika z glębokim zdumieniem i niedowierzaniem. Sprawa staje się jeszcze bardziej fascynująca po umieszczeniu jej w szerszym kontekście. Praca NFCPE doprowadziła do stworzenia najbardziej wpływowej koncepcji strategicznej USNavy od czasów zimnowojennej Maritime Strategy. Ta z kolei miała niezwykłą siłę sprawczą bo jak zauważa Peter Haynes:

W kategoriach ogólnej strategii Stanów Zjednoczonych ani przeznaczenie marynarki wojennej ani jej struktura sił nigdy nie były oczywiste. Dlatego, w konsekwencji marynarka posyłała swoich najlepszych i najbadziej obiecujących oficerów do Pentagonu do kierowania programami rozwoju systemów uzbrojenia dla floty.

Sam slajd jest niezwykle prosty. Pokazuje, że zagrożenie ze strony równorzędnego przeciwnika jest cykliczne (sinusoidalne) z okresem około 20 lat. Ponadto, że suma wszelkich innych zagrożeń mających źródło w konfliktach regionalnych rośnie, ale jest nieporównywalnie mniejsza niż zagrożenie wynikające z wyzwania innego państwa pretendującego do roli hegemona. Praktycznie w roku 1991 oznaczało to, że nie należy spodziewać się następnego cyklu wcześniej niż w 2010 roku. Patrząc z perspektywy możemy to potwierdzić, tylko wtedy padło pytanie co US Navy ma robić przez kolejne 20 lat? Według Thomasa Barnetta zażarte dyskusje doprowadziły do podziału grupy roboczej na trzy obozy:

  • „Transitioneers” skupiali się na opanowaniu mało przewidywalnego rozwoju wypadków po rozpadzie Związku Radzieckiego a więc na zboczu opadającym krzywej Manthorpe’a opisującej upadek równorzędnego przeciwnika. Grupa składała się głównie z oficerów floty nawodnej i piechoty morskiej. Wychodząc poza tezy autora przypiszmy jej funkcję „Dyplomacji Morskiej” zarówno z użyciem przymusu jak i bez.
  • „Big Sticks” podzielali poniekąd poglądy pierwszej grupy skupiając się na niepewnym czasie pomiędzy szczytami cyklu, ale uważali że należy się skoncentrować na wygaszaniu większych regionalnych konfliktów do czego potrzebne są spore zdolności bojowe. Do tej grupy należeli przede wszystkim piloci z lotniskowców i wszyscy orędownicy użycia lotniskowców jako głównej siły uderzeniowej floty. Podobnie jak poprzednio, nazwijmy ich główne zadanie jako „Uderzenie z Morza”.
  • „Cold Worriers” byli zainteresowani tylko i wyłącznie następnym cyklem czyli kolejnym kandydatem na hegemona próbującym rzucić wyzwanie Stanom Zjednoczonym na morzu. Grupa złożona głównie z oficerów floty podwodnej skupiała się na długofalowej przewadze technologicznej i uzbrojeniu tylko i wyłącznie „z górnej półki” ignorując okres przejściowy. Ich zadanie nazwijmy „Panowanie na Morzu”.

Następne dwie dekady pokazały kluczowy problem wielkich organizacji, zwłaszcza silnie hierarchicznych. Bezwładność decyzyjna powoduje desynchronizację pomiędzy okresem cyklu decyzyjnego i cyklu zagrożenia czyli krótko mówiąc dysfunkcję. Na obronę należy stwierdzić, że w przypadku okrętów wojennych okres 20 lat to w zasadzie dopiero półmetek życia a okres projektowania i budowy fregaty czy niszczyciela to około 10 lat. No cóż, nic tak nie destabilizuje układu oscylacyjnego jak wprowadzenie opóźnienia na wejściu. Tyle dygresji inżyniera.
Prace nad strategią zaowocowały dokumentem „…From the Sea”, który łączył w sobie koncepcje „Big Sticks” zakładając posiadanie panowania na morzu a priori. Nic więc dziwnego, że US Navy nie wykazywała żadnego zainteresowania czymkolwiek mniejszym lub słabszym od niszczycieli a i te istniały tylko jako eskortowce dla lotniskowców. Kolejny dysonans powstał na styku Pentagonu i Kongresu bo ponownie odwołując się do Petera Heynesa:

Kongres jak i naród amerykański miał wąskie, nie-systemowe rozumienie przeznaczenia sił zbrojnych, które tylko miały zapobiegać wojnom i je wygrywać.

Przyjęcie posiadania panowania na morzu a priori oznaczało spadek zainteresowania ochroną szlaków żeglugowych. Stare fregaty masowo odeszły do rezerwy i w zapomnienie.

Z biegiem czasu coraz trudniej było marynarce uzasadniać żądania budżetowe dla systemów rodem z zimnej wojny wobec braku istotnego zagrożenia w średniej perspektywie. Gdy w końcu zainteresowano się okrętami bardziej adekwatnymi dla środowiska przybrzeżnego o ograniczonym zagrożeniu, przedłużający się proces rozwoju LCS zaskoczył marynarkę w momencie wchodzenia na krzywą wznoszącą kolejnego zagrożenia ze strony równorzędnego przeciwnika. Zamiana LCS na fregatę z tego punktu widzenia może się okazać ponowną demonstracją bezwładu, bo zbliżając się do szczytu zagrożenia fregata będzie zabierała pieniądze z budżetu dla niszczycieli co może napotkać na duży opór. Rozwiązaniem psychologicznie trudnym byłoby zaakceptowanie faktu, że panowanie na morzu nie jest dane tylko trzeba je dopiero wywalczyć, czego powoli nie pamiętają już nawet najstarsi oficerowie floty.

Lotniskowce ze swoją świtą są z pewnością w stanie rozwiązać drobne konflikty. Tylko dlaczego 10 mld $ za sztukę i dlaczego 12 sztuk? I jak długo trzeba czekać na równorzędnego przeciwnika? Ostatni był w 1944.

Powracając do książek obaj autorzy reprezentują pogląd, że należy skupić się na pozytywnym budowaniu bezpieczeństwa poprzez ochronę światowego systemu handlu morskiego czy eliminowaniu regionalnych konfliktów zanim zamienią się w coś nieogarnionego. Pozytywne wspieranie procesów globalizacji i wymiany handlowej daje trwałe podstawy dla budżetu US Navy niezależne od cyklu zagrożenia ze strony równorzędnego przeciwnika. To wymaga przejścia od strategii czysto wojennomorskiej (naval) do morskiej (maritime). Przeszkodę Peter Haynes widzi w samej marynarce i cytuje admirała Arleigh Burke’a:

Ludzie służący w marynarce nie wiedzieli wiele o strategii… To dlatego nie mieliśmy żadnej organizacji tworzącej argumenty na rzecz floty lub jej broniącej…. Cierpieliśmy z powodu niewiedzy o tym, do czego w ogóle jest marynarka wojenna.

Kilkanaście lat później wsparcie dla koncepcji strategii morskiej opartej o „systemowe” zadania wynikające z sytuacji braku równorzędnego przeciwnika przyszło z gier wojennych przeprowadzonych w Naval War College w 2006 roku. Gry przeprowadzono w ramach pierwszego etapu formowania „Cooperative Strategy”. Zaskakującym wnioskiem było odkrycie, że wszystkie państwa traktowane w grze jako potencjalnie wrogie takie jak Chiny, Iran czy Korea Północna są w gruncie rzeczy zainteresowane utrzymaniem aktualnego systemu handlu światowego. Skąd więc ma przyjść następny cykl zagrożenia? Jedynym źródłem są organizacje nie-państwowe mające interes w zniszczeniu lub zakłóceniu istniejącego układu. Dzisiaj chyba możemy powiedzieć, że w grze pominięto być może istotny szczegół bowiem zainteresowanie utrzymaniem aktualnego systemu nie jest jednoznaczne z utrzymaniem status quo. Innymi słowy kto będzie strażnikiem światowego systemu handlu morskiego? Przynajmniej na poziomie regionalnym Chiny deklarują, że o swoje interesy zadbają samodzielnie i bez Amerykanów. Położenie Chin powoduje jednak, że w grę wchodzą kluczowe szlaki żeglugowe na dwóch oceanach co ma wpływ na najważniejszych sojuszników Stanów Zjednoczonych w regionie. Czy to jednak będzie podstawą do otwartego konfliktu? Globalizacja ma to do siebie, że zapobiega konfliktom bo wszyscy są zainteresowani żywotnie w utrzymaniu pokoju. Z drugiej strony jeśli taki konflikt wybuchnie to będzie globalny z tego samego powodu zaangażowania wszystkich.

Bezpieczeństwo morskie to wynik współdziałania wielu państw, organizacji i zdolności. Czy widzimy tu miejsce i rolę dla nas?

W tym roku celebrujemy 100-lecie Marynarki Wojennej państwa polskiego. Z naszej perspektywy zdania o nietrwałych fundamentach US Navy mogą brzmieć wręcz śmiesznie, ale wciąż nam brak w Polsce podobnej otwartej debaty i kompromisu w kwestii, która opcja ma dominować. Dyplomacja Morska, Uderzenia z Morza czy Panowanie na Morzu wobec dominacji strategii lądowej z pewnością będą miały inny wydźwięk i kształt niż w Stanach Zjednoczonych niemniej trudno bez pogłębionej refleksji na ten temat uzasadnić wydatki na flotę. Uwaga o Kongresie i społeczeństwie amerykańskim rozpatrującym wydatki na obronę tylko w kategorii wojny są tak samo słuszne dla Polski. Być może jeszcze większym problemem niż w USA będzie pytanie kto taką debatę ma prowadzić. Liczba oficerów jest ograniczona w tym pomocniczym rodzaju sił zbrojnych. Zainteresowanych strategią jeszcze mniej. Mających styczność z MON-em czy cywilnym nadzorem nad armią pewnie garstka. Polityków orientujących się w zagadnieniach morskich policzyć można na palcach jednej ręki plus garść amatorów i sympatyków. Czy ma być to dyskusja w kuluarach w wąskim i zamkniętym gronie czy też szersza, wciągająca bardziej opinię publiczną? Jeśli tak to gdzie jest forum tej dyskusji? Pytań więcej niż odpowiedzi, ale jeśli 2018 rok ma być jubileuszem wartym świętowania to dobrze by było znaleźć odpowiedzi jak najszybciej.

May 132018
 

Zapraszam do lektury tekstu Przemka Ziemackiego, który publikujemy być może we właściwym momencie. Program “Orka” został przesunięty na dwie kadencje parlamentu do przodu czyli w niebyt, a program śmigłowcowy jest praktycznie zredukowany do działań symbolicznych. Ponownie jesteśmy zmuszeni do rozpatrzenia najbardziej podstawowych założeń odnośnie egzystencji Marynarki Wojennej RP. Właściwie dziwnym trafem w dyskusji prawie nieobecne jest słowo strategia za wyjątkiem dokumentu opracowanego w BBN przy współudziale członków Rady Budowy Okrętów. Pomimo istnienia koncepcji można powiedzieć, że marynarka wojenna nie ma swojej strategii bo wspomniany dokument nie został powszechnie zaakceptowany, a przez MON jest wręcz chyba ignorowany i to pomimo zmiany na stanowisku ministra obrony narodowej. Z drugiej strony koncepcja odmowy dostępu w ogóle nie jest realizowana pomimo oficjalnego zatwierdzenia.

W „Którędy do Rzymu” pozwoliłem sobie podkreślić zdania, które w mojej ocenie mogą stanowić punkt wyjściowy do opracowania założeń strategicznych. Dodałbym jeszcze ze swojej strony ograniczenie skali zagrożenia, które Adm. Richard Hill w tekście „Medium Power Strategy Revisited” zdefiniował jako „użycie głównych systemów uzbrojenia” mogące prowadzić do „bitwy” z tym, że nie zastosowanych w skali masowej. No dobrze, ale jak to się ma do strategii NATO? Całkiem nieźle, jak na kraj o orientacji lądowej:

NATO Maritime Strategy

  • Deterrence and collective defence
    • nuclear deterrence
    • rapid forces deployment
    • SLOC control
    • MCM
  • Crisis management
    • embargo/interdiction
    • counter terrorism
    • humanitarian assistance
  • Cooperative security
  • Maritime security
    • SLOC protection
    • freedom od navigation

Idąc od dołu możemy być partnerami i uczestnikami w realizacji celów aż do MCM, a przy założeniu posiadania używanych fregat, w ograniczonym zakresie we wszystkich zadaniach za wyjątkiem odstraszania nuklearnego.

Obszarem pozostającym do poważnego przemyślenia jest szara strefa pomiędzy Morskim Oddziałem Straży Granicznej a Marynarką Wojenną RP. SG ma ustawowe ograniczenia na rodzaj broni i jej użycie więc przekształcenie jej w silniej uzbrojoną Straż Przybrzeżną wymagałaby zmian w ustawie, ale i wywołałaby dyskusję na temat jak bardzo zmilitaryzowane mogą i powinny być jednostki podległe MSWiA. Z kolei marynarka wojenna wykazuje małe zainteresowanie zadaniami z natury policyjnymi.

Najwyższy czas aby przejść do lektury.

„Którędy do Rzymu”

Marynarka Wojenna RP jest w głębokiej zapaści, której problemem są niedostatki finansowe. Te jednak zdają się nie mieć charakteru absolutnego braku środków w budżecie. Sednem sprawy jest raczej brak woli przeznaczenia pieniędzy na rozwój MW. To znowu połączone jest z brakiem spójnej akceptowanej koncepcji jej roli w systemie bezpieczeństwa kraju. W obliczu pełno-skalowego konfliktu w Europie, MW jest na końcu łańcucha zakupów, a jej rola we współpracy międzynarodowej i udziału naszego kraju w zapewnieniu bezpieczeństwa globalnego nie ma na tyle siły przebicia, aby zapewnić odpowiednio duży strumień pieniędzy na zakup okrętów. Pomysł konwencjonalnego odstraszania potęgi atomowej przy użyciu niewielkiej liczby okrętów podwodnych, które są względnie bardzo drogimi jednostkami, jest co prawda lansowany, ale szczególnie w obliczu braku osłony ze strony floty nawodnej, czy w szerszym ujęciu braku możliwości wywalczenia panowania na morzu, wydaje się groteskowy. Racjonalnie rzecz biorąc nie można traktować go w kategoriach stabilnych podstaw odbudowy MW. Czy to oznacza, że Polska nie potrzebuje okrętów, że nie stać jej na przywilej posiadania sprawnej MW, że nie ma szans na taką flotę?

Być może odpowiedź na to pytanie zależy od spojrzenia na cel posiadania wojska. W obliczu przewagi przeciwnika na lądzie, MW będzie wypadała z priorytetowych planów rozwoju sił zbrojnych za każdym razem, gdy będziemy rozpatrywać pełno-skalowy konflikt zbrojny. Na zadania aparatu państwowego wynikające z posiadania przez nie terytorium można popatrzeć jednak inaczej. Stanem wyjściowym nie jest stan wojny, tylko pokoju. Wynikającym z tego celem jest niedopuszczenie do sytuacji, w której przeciwnik mógłby naruszyć terytorium bez przekraczania progu wojny. Inaczej, podstawowym zadaniem aparatu państwowego w czasie pokoju jest realizacja kontroli własnych posiadłości. To proste, musimy znać perfekcyjnie swój teren, musimy na bieżąco prowadzić rozpoznanie, czy ktoś go nie narusza, musimy być w stanie wygenerować zdolność szybkiego przechwycenia intruza, czyli zamanifestowania zdolności kontroli. W odniesieniu do MW, zadania te dotyczą nie tylko wód terytorialnych, ale także wyłącznej strefy ekonomicznej.

Proponowane planowanie budowy systemu obrony granic jest zatem planowaniem od pokoju do wojny i opiera się na założeniu, że najpierw tworzy się skończony system na czas pokoju, a dopiero posiadając takowy zaczyna się myśleć o realizacji zadań w czasie wojny. W przeciwieństwie do podejścia przeciwnego – od wojny do pokoju – taki sposób budowy potencjału obronnego faworyzuje nie wojska lądowe, a siły powietrzne i MW. W obliczu posiadania granicy lądowej z potencjalnie wrogą nam potęgą lądową może wydawać się to dziwne, ale przestaje takim być, gdy przyjrzymy się bliżej zagadnieniu. Przestrzeń powietrzna i wody morskie są miękkimi strefami, gdzie przeciwnik może podejmować znacznie więcej działań niż na lądzie bez przekraczania progu wojny.

Jakich okrętów potrzebuje Polska, aby zabezpieczyć sobie możliwość kontroli wód terytorialnych i EEZ w czasie pokoju?

Pierwszym narzędziem realizacji działań nawodnych będą patrolowce straży przybrzeżnej. W naszych realiach – Morskiego Oddziału Straży Granicznej. Pomijając tzw. drobnicę, która w istotnym stopniu istnieje, flota MOSG wymaga pilnego zakupu dużych patrolowców, jednostek większych od kiedykolwiek posiadanych przez tę formację, które gwarantowałyby dużą dzielność morską, elastyczność w zabieraniu sprzętu i ludzi, w tym wyposażenie w łodzie sztywno-denne dla grup specjalnych, a także współpracę ze śmigłowcem. MOSG od wielu lat, a na pewno od powstania projektu Kaper, zgłasza potrzebę posiadania co najmniej dwóch dodatkowych dużych patrolowców. Zakładając, że w celu właściwej kontroli i manifestowania obecności 24 godziny na dobę, przez 365 dni w roku, jeden z takich patrolowców powinien być aktywny, co przekłada się na potrzebę posiadania trzech jednostek w wariancie optymalnym, dwóch – minimalnym.

I cóż, że ze Szwecji? Pożyteczny na pewno, czy potrzebny – myślę, że tak. Foto www.sjofartstidningen.se

MW pojawia się na scenie, gdy przejdziemy do kontroli tego, co się dzieje pod wodą. Teoretycznie zadania te również mogłaby wykonywać straż przybrzeżna, ale w praktyce wojennomorskiej znakomita większość państw z dostępem do otwartego morza, o ile nie wszystkie, powierza je wojskowym. Priorytetowymi zakupami dla MW powinny być zatem okręty przeciwminowe, ZOP i hydrograficzne. Możliwe, że – patrząc na aktualne trendy – mógłby to być jeden typ okrętu. Przykładem może być brytyjski koncept Venari, który łączy zadania przeciwminowe i hydrograficzne bądź wspominany na tym blogu koncept Kaszub II, czyli okręt jednocześnie walki przeciwminowej i ZOP, a zatem okręt zwalczania zagrożeń podwodnych. Wielkościowo okręt taki mógłby być porównywalny z Venari lub 80 metrową wizualizacją Saaba, co z jednej strony ułatwiłoby zatrzymanie kosztów projektu na rozsądnym poziomie, z drugiej – pozwoliłoby takiej jednostce na korzystanie z większej liczby portów polskiego wybrzeża. W perspektywie rozwoju bezzałogowych pojazdów podwodnych, za sprawą których granica między okrętem podwodnym a miną najprawdopodobniej ulegnie zatarciu, szczególnie koncepcja Kaszuba II i osobnego projektu okrętu hydrograficznego wydaje się atrakcyjna. Zakładając, że aktualnie realizowany program Kormoran II dobiegnie końca w wymiarze trzech okrętów, zabezpieczenie kontroli morza w zakresie zagrożeń spod wody mogłoby opierać się na budowie 3 – 6 okrętów projektu Kaszub II i dwóch okrętów hydrograficznych. Naturalnie, skuteczność okrętów Kaszub II wymagałaby posiadania do współpracy z nimi śmigłowców ZOP bazowania lądowego, zdolnych do odtwarzania gotowości bojowej w oparciu o lądowisko na okręcie.

W dalszej (choć na pewno nie dalekiej!) kolejności MW należałoby wyposażyć w nowe okręty walki elektronicznej i rozpoznania elektronicznego. Proces optymalnego zastępowania obecnie aktywnych jednostek tego rodzaju oznaczałby zastosowanie zasady jeden do jeden.

Tu wątpliwości znikają – jest potrzebny, nawet jeśli brzydki jak noc listopadowa i całkiem bezbronny. Foto – www.reddit.com

W tym scenariuszu brakuje natomiast miejsca dla nowych okrętów transportowych, zaopatrzeniowych, podwodnych, pomocniczych dla OP, obrony wybrzeża w naszym rozumieniu tego zwrotu oraz fregat. Należałoby zrewidować również stan już istniejącej floty i wydatki na utrzymanie poszczególnych jednostek w służbie. Jako zabezpieczenie odpowiedzi rakietowej mogą posłużyć posiadane NDR-y. W wymiarze minimum nie potrzeba do tego celu okrętów. To jednak zagadnienia na osobny artykuł. Sednem tego tekstu są bowiem okręty, mogące stworzyć trzon nowoczesnej i dobrze ugruntowanej w polskich realiach floty.

Drażliwą kwestią w tych realiach pozostaje udział MW w operacjach międzynarodowych. Niezwykle trudno przeforsować w naszym kraju kupowanie nowych oceanicznych okrętów, nawet jedynie patrolowców, tylko z myślą o tego rodzaju aktywności, z drugiej – odcięcie MW od niej byłoby niezaprzeczalnym błędem. W zakresie typowych operacji czasu pokoju, takich jak Atalanta i Mare Nostrum, wystarczające mogą okazać się już posiadane okręty, konkretnie ORP Xawery Czernicki i Ślązak (zakładając, że w końcu zostanie wprowadzony do czynnej służby). Nie są to jednostki idealne do tego typu zadań, ale jak pokazuje przykład Szwecji, na pewno wystarczające. W praktyce wszystko sprowadza się jedynie do woli włączenia ich do konkretnych działań. Udział w SNMCMG to równie prosty element układanki, współgra bowiem doskonale z programem zabezpieczenia przed zagrożeniami spod wody, który jest meritum proponowanej koncepcji. Natomiast udział w SNMG jest niemożliwy, chyba że zostanie zrealizowany w oparciu o używane fregaty. Jeżeli kluczowym powodem ich utrzymania bądź pozyskania (wraca pomysł zakupu australijskich fregat typu Adelaide) byłoby zabezpieczenie udziału w SNMG i szeroko rozumianych misjach na użytek polityki zagranicznej, wówczas ich niedostatki względem nowych fregat tej klasy przestaną być paraliżujące.

Na koniec pozostaje pytanie, dlaczego floty budowane wedle powyższego scenariusza nie są tak powszechne jak wynikałoby to z tego tekstu. Przecież potrzebę zabezpieczenia przed zagrożeniami spod wody ma każdy kraj z dostępem do morza. Odpowiedzi są co najmniej dwie. Spora grupa krajów zwyczajnie nie ma środków finansowych nawet na takie podstawowe wydawałoby się działania i posiada jedynie uszczuplone MW, działające na pograniczu straży wybrzeża. Brak zdolności panowania nad pewną częścią terytorium, nawet gdy zagrożenie wydaje się mało prawdopodobne, można nazwać symptomem kraju o cechach kolonii. Na drugim końcu stoi poczucie, że zadania na tym polu mogą zrealizować marynarki innych państw. Trudno bowiem przyjąć, że Islandii nie stać na MW. Jest ona jednak w wygodnej sytuacji, wynikającej z jej położenia geograficznego. Na taką postawę może sobie pozwolić, choć tak naprawdę do końca nie wiadomo czy powinna. Dla Polski jest to jednak żaden problem w obliczu tego, że ona sama jednocześnie nie chce być krajem o cechach kolonii, a nie ma intratnego położenia geograficznego, przynajmniej w świetle zabezpieczenia przez flotę innego państwa jej interesów na morzu terytorialnym i EEZ.

Mar 302018
 

Sytuacja w jakiej znalazła się Marynarka Wojenna RP po podpisaniu kontraktu na Patrioty można określić jako trudną dodając z wiarą, że nie beznadziejną. Trochę rozwijając temat, marynarka wojenna ma jakiś zestaw zadań wymienionych na jej starej stronie internetowej (chyba nie został odwołany), ale nie dostaje środków pozwalających marynarce na ich realizację.

Dlaczego? Próba odpowiedzi na takie pytanie po raz kolejny prowadzi do porzekadła handlowców – transakcja następuje jeśli są spełnione trzy warunki:

  • Istnieje potrzeba
  • Są dostępne środki
  • Istnieje osoba kompetentna wydać te środki

Najwyraźniej lista zadań nie ma pokrycia w rzeczywistych potrzebach lub też galimatias organizacyjny powoduje, że brak jest osoby zdolnej i uprawnionej do podjęcia ostatecznej decyzji. Oczekiwanie, że powstanie nowy zestaw zadań dla marynarki wojennej jest ze wszech miar racjonalne choć mało realne, bo jak oczekiwać od polityków zdefiniowania potrzeb gdy tych potrzeb nie widzą?

Nie jest to również kwestia pieniędzy bo przykład patrolowców dla Trinidad i Tobago pokazuje ile można uzyskać ze zwykłego OPV. Mamy niewielki okręt patrolowy, lekko uzbrojony ale wyposażony w proste centrum dowodzenia i informacji bojowej oraz potencjalnie radar obserwacji powietrznej. Umieszczając taką jednostkę w kontekście innej analizy dotyczącej Bałtyku i wzywającej do dalszej budowy wspólnego obrazu sytuacji na morzu (Maritime Domain Awareness) uzyskujemy zaczątek sił patrolowych z pogranicza Straży Przybrzeżnej i Marynarki Wojennej.

Są głosy, że przepłaciliśmy dwukrotnie. Ile to jest? Tyle co plan modernizacji floty z 2012

Wracając do potrzeb to w naszej sytuacji mamy dwie drogi, albo zawężamy zainteresowanie do zadań już zdefiniowanych ale mających szansę na realizację z użyciem ograniczonych środków albo tworzymy potrzebę używając do tego technologii. To drugie jest dość powszechną obecnie formą marketingu. Przykładowo nie było mody na odmowę dostępu dopóki technologia nie zaoferowała znacznego wzrostu zasięgu środków ataku przy jednoczesnym obniżeniu kosztów. Oczywiście można argumentować, że jest to zaspokojenie potrzeby obrony. W tym sensie możemy zacząć mówić o realizacji przez flotę zadań związanych z bezpieczeństwem państwa polskiego a nie obroną jego terytorium. Nawiasem mówiąc uczestnictwo w obronie kraju też jest możliwe pod warunkiem, że armia dostrzeże korzyść z istnienia marynarki wojennej i znajdzie dla niej rolę w swoich planach operacyjnych. Teoria wojen na morzu daje ku temu podstawy.

Oba wspomniane podejścia nazwijmy je marketingowe, wymagają cierpliwej polityki kreowania potrzeb krok po kroku co z definicji ogranicza dostępne środki budżetowe. Jeśliby zastosować tę logikę do prezydenckiej strategii bezpieczeństwa morskiego to wymagałoby to stwierdzenia, iż fregaty z drugiej ręki nie są rozwiązaniem pomostowym ale stałym. Po jakimś czasie gdy potrzeba stanie się widoczna i trwała można by wrócić do idei budowy nowych okrętów.

Realizacja strategii małych kroków musi bazować na realistycznej ocenie możliwych do uzyskania środków budżetowych, co po podpisaniu umowy na „Wisłę” skomplikowało się znacznie. Maksimum pożądane to mniej niż minimum z planu modernizacji z 2012 roku – powiedzmy 10% nowych inwestycji. Poziom rozsądnych oczekiwań to około 5%. Minimum egzystencji to powiedzmy 3% całości inwestycji sił zbrojnych. Poniżej tej bariery powinniśmy zacząć mówić o jakiejś formie straży przybrzeżnej rozszerzonej o zdania walki minowej z trudną do określenia podległością administracyjną pomiędzy MSW a MON. Przy obecnym poziomie budżetu trzy progi oznaczają kwoty około 800-1.000 mln PLN oraz między 400 -500 mln PLN przy minimum egzystencjalnym 300 mln PLN. Jeśli mamy wykreować potrzebę to w zasadzie jak dzieci możemy się pobawić klockami lego i układać nasze floty fantazyjne, ale w ramach budżetu! Im więcej wiemy o realnych zadaniach czy potrzebach floty tym większą mamy szansę na stworzenie sensownej propozycji o rosnącym szybko z wiedzą prawdopodobieństwie akceptacji. Dlatego tak ważny byłby udział w dyskusji marynarzy co jest poniekąd blokowane nadmierną hierarchicznością a obecnie dodatkowo ograniczaniem wolności wypowiedzi.

Minimum egzystencjalne. Nikt nie chce, ale wielu tak żyje.

Przyjęcie jako punktu wyjściowego konkretnych kwot bazujących na realnym szacunku szans nie mówi nam nic na temat co mamy zrobić ale natychmiast eliminuje warianty nadmiernie ambitne. Jeśli założyć 25 letni okres amortyzacji floty to mamy do dyspozycji odpowiednio 25 mld PLN, 12 mld PLN oraz około 7 mld PLN. Wariant pośredni nazwany rozsądnym to nic innego jak poprzedni plan z 2012 roku ale wymagający rekonstrukcji gdyż już wówczas był krytykowany jako niedoszacowany. Tym razem jest rozłożony na 25 lat a nie 12 a i tak wyeliminowałby najdroższe pozycje jak Orka. Budowa trzech Mieczników i trzech Orek przy finansowaniu na poziomie 500 mln PLN rocznie zajęłaby ponad 20 lat jest więc nierealna. Aktualna zapaść sprzętowa floty wymaga prowadzenia kilku programów jednocześnie co nawet przy 12 mld PLN do dyspozycji ograniczyłoby poszczególne projekty do jakiegoś 1.0-1.5 mld PLN. Przez projekty należy rozumieć baterie nadbrzeżne, niszczyciele min, środki łączności i dowodzenia, systemy rozpoznania, jednostki pomocnicze, siły ZOP, ochrona infrastruktury, nieokreślone jednostki nawodne być może baterie obrony przeciwlotniczej. Już zostało wymienionych dziewięć więc statystycznie się mieścimy w 1.3 mld PLN. Preferowane propozycje sprzętowe czy modernizacyjne powinny odznaczać się skalowalnością, a więc relatywnie łatwą powtarzalnością zakupu co przy ograniczonym i stałym budżecie oznacza raczej niski koszt jednostkowy.

Małe, groźne i skalowalne. Foto – www.nationalinterest.com

Wariant minimalny jest perwersyjnie najciekawszy bo po odliczeniu Morskiej Jednostki Rakietowej i niszczycieli min zostaje do rozdysponowania raptem około 4 mld PLN. To skłania do przypuszczenie, że Kormorany i okręty podobne do wspomnianych OPV Tobago i Trynidad byłyby jednostkami flagowymi. Sytuacja wręcz idealna do puszczenia wodzy fantazji i poszukiwań rozwiązań kreatywnych i całkiem niekonwencjonalnych. Tak kiedyś postąpił Iran i wykreował poniekąd koncept odmowy dostępu. Jeśli zimna wojna na Bałtyku ma mieć charakter hybrydowy to wszelkiej maści łodzie szturmowe, niewielkie jednostki uzbrojone w rakiety czy pojazdy bezzałogowe latające, pływające, nurkujące lub pełzające po dnie mają jak najbardziej rację bytu. Dziecko w nas drzemiące i bawiące się klockami Lego ma spore pole do popisu. Życzę więc wszystkim wesołej i fantazyjnej zabawy na czas Świąt Wielkiej Nocy.

Mar 102018
 

Nie wiemy czy taktyczny sojusz Prezydenta z MON-em przyniesie Marynarce Wojennej RP używane fregaty, ale sytuacja zmusza do zastanowienia się nad postrzeganą wartością okrętu w sensie użyteczności. Przypomnijmy co na ten temat mówione było na tym blogu cytując brytyjskiego konstruktora DK Browna. Okręt ma szansę zaistnieć gdy jego wartość postrzegana jest większa od kosztu. O koszcie decydują w dużej mierze wymogi stawiane okrętowi a więc jego specyfikacja. Wartość okrętu jest postrzegana przez marynarzy poprzez pryzmat zdolności do wykonania konkretnych zadań natomiast przez polityków jako użyteczność w realizacji celów politycznych. Zdolności i wynikające z nich koszty są relatywnie łatwe do określenia czy policzenia natomiast użyteczność dla polityków to rzecz conajmniej spowita mgłą.

Kwestie kosztów można rozwiązać na dwa sposoby, albo zredukować wymagania i specyfikacje albo zdecydować się na okręty używane. Pytanie kluczowe to jakie potrzeby polityczne zaspokajają te okręty i ile na nie politycy są gotowi wydać pieniędzy. Przykładowo fregaty służą małym flotom przede wszystkim do wyjścia na otwarte wody poza strefę przybrzeżną. To zakłada posiadanie własnych interesów na odległych wodach albo współpracy międzynarodowej czy sojuszniczej. Jak bardzo jest to istotne dla naszej polityki zagranicznej lub gospodarki? Trudno powiedzieć ale wydaje się, że dla MON-u znaczy to niewiele. Idąc na drugi kraniec spektrum, co pożytecznego politycznie mogą zrobić tańsze jednostki o mniejszych zdolnościach? Też trudno powiedzieć, ale można spróbować spekulacji dlaczego akurat dwa programy przeszły sito weryfikacyjne – Nadbrzeżny Dywizjon Rakietowy (obecnie rozwinięty do Morskiej jednostki Rakietowej złożonej z dwóch dywizjonów) oraz niszczyciel min Kormoran II. Nie pretendując do posiadania racji powiedzmy, że NDR powstał jako realizacja postulatu obrony wybrzeża. Samo to byłoby jednak zbyt mało ale jest to prawdopodobnie pierwszy nowoczesny system „stand-off” ze zdolnością do rażenia celów na lądzie. Dopiero kombinacja tych dwóch czynników pozwoliła na pozytywną decyzję. Dla Kormorana to pewnie jeszcze bardziej złożone. Potrzeba zbudowania czegokolwiek dla upadającej marynarki wojennej, gdyż alternatywą byłaby jej likwidacja i bardzo trudne wyjaśnienie dlaczego. Kormoran wydawał się być najtańszą inwestycją z programu modernizacyjnego realizowaną w dużej mierze przez przemysł krajowy. Dawał szansę politykom na skwitowanie kwestii uczestnictwa w stałych zespołach NATO prostym stwierdzeniem – przecież uczestniczymy! Podobnie jak w pierwszym przypadku tak i tu potencjalnie zadziałała synergia kilku powodów.

Dlaczego ten projekt jest realizowany a inne nie? Foto www.portalmorski.pl

Czy dzisiaj istnieją powody, dla których politycy byliby skłonni zdecydować się na dalszy rozwój marynarki wojennej? Ewentualnie coś, co byłoby uznawane za niezbędne? Coś, co przetrwa następne wybory i taktyczny sojusz BBN z MON-em? Niewykluczone, że po wyborach czy to stara czy nowa ekipa rządowa będzie musiała ogłosić jakikolwiek nowy projekt dla marynarki wojennej. Ponownie najlepiej tanim kosztem i w ramach przemysłu krajowego by dać ludziom pracę. Takim tematem mógłby stać się system rozpoznania dla Morskiej Jednostki Rakietowej, która obecnie może polegać na danych z zewnętrznych źródeł narodowych (jak samoloty Bryza) lub informacji NATO. Rozwój własnej sieci rozpoznania może iść w kilku kierunkach jak integracja z sieciami informatycznymi urzędów cywilnych, nabycie własnych UAV klasy MALE lub też włączenie w sieć własnych okrętów patrolowych. Każde rozwiązanie ma swoje zalety i wady. MALE mają ograniczone zdolności w porównaniu z samolotami patrolowymi ale stanowią mniejsze ryzyko w przypadku straty w wyniku działania przeciwnika. Nie są wcale tanie ale łatwiejsze do wymiany niż samoloty. Taki projekt stanowi konkurencję dla pomysłu samolotów patrolowych i do zwalczania okrętów podwodnych istniejącego pod kryptonimem Rybitwa. Ideą spójną z Programem Modernizacji z 2012 roku jest okręt patrolowy Czapla ze zdolnością przenoszenia modułu przeciwminowego Kijanka. Jeśli potraktować Czaplę jako element rozpoznania dla MJR oraz uzupełnienie sił przeciwminowych przy założonych umiarkowanych kosztach to być może jest szansa na akceptację programu.

Czapla tak rozumiana jest odłączona od Miecznika i ambicji wzrostu do klasy małej fregaty. Możemy więc wrócić do czegoś bardziej przypominającego wersję rozwojową Kormorana niż zubożonego Miecznika. Idealnym kandydatem wydaje się być szwedzki projekt MCMV 80 firmy SAAB.

Czapla może być mniejsza niż przewidywał dialog techniczny. Foto www.saab.com

W zasadzie mamy do czynienia z okrętem przeciwminowym z pewnymi zdolnościami jako okrętu patrolowego. Mamy do dyspozycji dwa slipy rufowe, pokład lotniczy wraz z hangarem dla UAV lub niewielkiego helikoptera. Czapla w wersji patrolowca ma przewagę nad MALE długotrwałości przebywaniu na patrolu i łatwości wymiany małych taktycznych UAV w przypadku ich straty. Ma również szansę na minimalne środki samoobrony trudne do uzyskania w rozsądnie wycenionym MALE. Jako dodatkową korzyść mamy zdolność do monitorowania tego, co się dzieje pod wodą. Zamiana slipu na kontener z prostym sonarem jak CAPTAS-1 czy TRAPS i dodanie wyrzutni torped wraz z rakietowymi bombami głębinowymi zamienia Czaplę w Kaszuba II. Czego nam brakuje? Środków ESM połączonych z pułapkami i środkami zakłócającymi jako skrajnego minimum obrony przeciwrakietowej. Oczywiście istnieje ścieżka rozwojowa dla obrony przeciwlotniczej krótkiego zasięgu jak pokazuje krewniak z Singapuru LMV Independence. Arsenał okrętu można zresztą wzbogacać podobnie jak to robią Amerykanie na swoich okrętach Cyclone, tyle że z użyciem pocisków Spike zamiast Griffin. Pomysłów jest wiele.

Korzyścią są dodatkowe zamówienia na system zarządzania walką przeciwminową SCOT z Kormorana oraz szansa na jego wersję rozwojową dla okrętów patrolowych. Łatwość adaptacji do klasy małej korwety przeciwpodwodnej też daje nadzieję na w miarę harmonijny rozwój, gdyż są to obszary gdzie ani armia ani lotnictwo nie zastąpią marynarki wojennej. Idąc dalej tym tropem jest do pomyślenia dalsza ewolucja w kierunku tak krytykowanego okrętu obrony wybrzeża w początkowej wersji 1.000 ton. Takie podejście daje realną szansę na systematyczną budowę zaplecza przemysłowego i badawczego dla przemysłu okrętowego w przeciwieństwie do wiecznego oczekiwania na budowę fregat czy okrętów podwodnych. Aktualny rozwój wydarzeń może zaowocować paradoksem, że fregaty będą ale używane a polskie stocznie poczekają następne 10-15 lat na ich ewentualny remont.

Kolejne zlecenia dla CTM-u są również niezbędne dla dalszego rozwoju produktu. Jeśli ich nie będzie prace badawcze zaczną zamierać a ludzie odchodzić. Natomiast kontynuacja daje przynajmniej nadzieje na własny i prosty system zarządzania walką dla okrętu patrolowego. To ma szanse na eksport choćby do republik bałtyckich. Bylebyśmy tylko nie przesadzili ze specyfikacjami i kosztem.

Mówiąc o okręcie 1.250 ton dotykamy kontrowersji związanych z dzielnością morską i zachowaniem się tak niewielkiego okrętu na wzburzonym morzu. Ponownie korzystamy z doświadczenia DK Browna i jego analizy okrętów eskortowych Royal Navy z czasów II wojny światowej. Patrząc na opinie dotyczące typów Flower, River, Clyde i Loch okazuje się, że 1.000 – 1.200 ton i 75-80m jest satysfakcjonującym minimum dla Północnego Atlantyku. Dalszy wzrost wyporności i wielkości następnych typów okrętów eskortowych był wynikiem nowego, rozbudowanego uzbrojenia i wyposażenia. Trochę podobnie analizując historię brytyjskich niszczycieli I wojny światowej okazuje się, że dla celu utrzymania niszczycieli w szyku floty na Morzu Północnym seryna produkcja wojenna ustabilizowała się na podobnej wielkości z późniejszym wzrostem do 1.500 ton dla większości niszczycieli okresu międzywojennego.

Czy taki okręt i scenariusz zyska uznanie wśród polityków i wojskowych w MON-ie? Jeśli wybory wygra aktualnie rządząca partia to jest to dla niej okazja do wzmocnienia obrony wybrzeża przez dodanie rozpoznania do MJR oraz rozwój sił przeciwminowych minimalnym kosztem przy jednoczesnym rozwoju bazy produkcyjnej i zaplecza badawczo-rozwojowego. Gdy wygra wybory kto inny może wrócić do zmodyfikowanego planu Modernizacji Technicznej z 2012 roku przy minimalnej pracy biurokratycznej tworzenia nowego planu, co może zając większość kadencji nie zostawiając czasu na realizację, a więc skonsumowanie sukcesu propagandowego realizacji planów.

Feb 022018
 

Wieją wichry historii i wraz z odejściem ministra Antoniego Macierewicza rosną wpływy Prezydenta Andrzeja Dudy oraz BBN-u co oznacza być może powrót Strategicznej Koncepcji Bezpieczeństwa Morskiego RP.

Jeśli tak się stanie to pierwszym spostrzeżeniem będzie jak łatwo kierunki rozwoju marynarki wojennej mogą ulec zmianie na wskutek zmian w układzie politycznym. Trochę to przypomina spory w Związku Radzieckim pomiędzy „młodą” a „starą” szkołą co przekładało się na zmagania pomiędzy ambicjami Stalina odnośnie floty a możliwościami przemysłowymi. Flota potrzebuje jednak silniejszych fundamentów niż tylko bieżący trend czy układ w polityce. W praktyce mamy alternatywę tworzenia planów rozwoju marynarki wojennej w oparciu o scenariusze możliwych wydarzeń albo ogólne pożądane zdolności floty. Jak zwykle każde podejście ma swoje zalety i wady. Poniżej kilka refleksji laika na ten temat. W tym miejscu może warto dokonać pewnej dygresji. Otóż jaką rolę w dyskusji na tematy jednak dość specjalistyczne mogą odgrywać laicy. Wydaje się, że dość wieloraką. Są to obserwatorzy zewnętrzni bez balastu wieloletnich doświadczeń fachowców. To pozwala na postawienie odważnych tez dających impuls innowacji lub zwrócenie uwagi na kwestie ogólne wynikające ze świeżości spojrzenia. Ich opinie niewątpliwie muszą podlegać weryfikacji, choć jak pokazuje przykład publicysty Gabriela Charmes i jego roli w narodzinach Jeune Ecole, weryfikacja bywa trudna bo laik może uruchomić trudny do zatrzymania proces polityczny. Mają również szansę na wniesienie pozytywnego wkładu na styku świata wojskowych i cywilów bowiem politycy notorycznie nie znają się na wojnie morskiej ale i odwrotnie polityka i budżetowanie to nie jest tradycyjna domena marynarzy. Najważniejsze jednak jest to, że to właśnie laicy w rządzie i sejmie podejmują kluczowe decyzje dla przyszłości floty i marynarze muszą umieć wyrażać swoje zdanie na temat roli marynarki wojennej i jej potrzeb w sposób klarowny i zrozumiały właśnie dla laika. Koniec dygresji.

Budowanie floty w oparciu o ogólne zdolności pozwala na zabezpieczenie się przed niespodziankami nieznanej przyszłości i prowadzi do tak zwanej floty zrównoważonej. Jest to flota w miarę równomiernie rozwijająca zestaw zdolności do realizacji zadań wynikających z obowiązujących poglądów i przyjętej teorii wojny morskiej. Opiera się na doświadczeniu mówiącym, że pozytywny wynik wojny na morzu uzyskuje się w wyniku współdziałania pomiędzy różnymi systemami broni czy zdolnościami i nie ma cudownej broni dobrej na wszystko. To jednak przychodzi wysokim kosztem, bo zwykle wiąże się z maksymalizacją zdolności w każdym obszarze co w przypadku ograniczonego budżetu prowadzi do ostrych dylematów. Ostatnim przykładem może być współczesna brytyjska Royal Navy stojąca przed skomplikowanym wyborem – elastyczność w projekcji siły na użytek polityki Zjednoczonego Królestwa czy może raczej siły eskortowe w ramach transatlantyckiej współpracy. I skąd wziąć fundusze na strategiczne siły odstraszające w postaci okrętów podwodnych z bronią jądrową. Jeżeli nie można mieć wszystkiego choćby w okrojonej postaci, to z czego zrezygnować? Na naszym podwórku widać to jeszcze wyraźniej. Co to znaczy flota zrównoważona przy budżecie rozważanym na poziomie miliarda złotych rocznie? Plan modernizacji z 2012 roku sprawiał wrażenie floty zrównoważonej „dla ubogich” i już był krytykowany za niedoszacowanie. Strategiczna koncepcja BBN-u proponuje zamianę korwet na fregaty (i ma na to swoje argumenty) ale to dalsza eskalacja kosztów prowadząca do wyboru – albo fregaty albo okręty podwodne czyli rezygnację z floty zrównoważonej na rzecz realizacji konkretnych scenariuszy jak współpraca z NATO.

Analiza możliwych scenariuszy posiada zaletę dostosowania do konkretnych potrzeb i zadań a więc optymalizację pozytywnie wpływającą na koszty. Problemem jest ich dobór i ograniczenie stosowalności do rozważanych wariantów. Spośród wielu możliwych rozwojów wypadków musimy wybrać najbardziej prawdopodobne lub najgroźniejsze co nie jest ani łatwe do zdecydowania ani do zdefiniowania. Struktura floty oparta o taką analizę będzie miała większą podatność na bieżący kształt polityki państwa co nie jest zdrowe dla floty wymagającej zdecydowanie długiego horyzontu planowania i finansowania. Obroną przed tym zjawiskiem może być opinia projektanta okrętów brytyjskich D.K. Browna, który za dobry uważał okręt podatny na modyfikacje w czasie długiego cyklu życia. Premiowana jest więc wielkość okrętu bo w większym kadłubie łatwiej przeprowadzać modyfikacje i umieszczać nowe systemy uzbrojenia zawsze większe, cięższe czy bardziej energochłonne od poprzednich generacji. Tu krzyżują się oba podejścia bowiem stajemy przed wyborem pomiędzy jednostką wyspecjalizowaną i zoptymalizowaną, być może tańszą ale bez ścieżki rozwojowej, a okrętem większym w tym samym zakresie kosztów i z dużym marginesem na modyfikacje lecz słabiej uzbrojonym. Życie pokazuje, że szala przechyla się na stronę maksymalizacji zdolności okrętu większego co kończy się eskalacją kosztów i likwidacją marginesu wzrostu a tym samym ograniczeniem zdolności do modernizacji. Próbą wyjścia z pułapki są okręty z wymiennymi modułami zadaniowymi lub konfigurowalną przestrzenią wewnątrz okrętu.

Potrzeba zmniejszenia zależności wizji Marynarki Wojennej RP od aktualnej koniunktury politycznej uwidacznia się przy okazji lektury podsumowania National Defense Strategy Stanów Zjednoczonych z tego roku.

Wśród jedenastu podstawowych celów dokument wymienia obronę sojuszników przed agresją na szóstej pozycji zaraz za utrzymywaniem korzystnej równowagi sił w kluczowych regionach globu. Powinniśmy być świadomi, że aktualne wsparcie ze strony Ameryki ma źródło w dążeniu USA do utrzymania równowagi sił pomiędzy mocarstwami na naszym obszarze. Czy jeśli więc uwaga naszego głównego sojusznika zwróci się w innym kierunku to czy powinna się zmienić istotnie struktura naszej marynarki wojennej? To samo pytanie dotyczy NATO – jak ma wyglądać nasza marynarka wojenna gdyby NATO zniknęło? Jaki nasza flota ma istotny powód do istnienia w sytuacji braku sojuszu i sojuszników i jak ma wyglądać? Nie ma to nic wspólnego z rozpowszechnianą obecnie tezą o samowystarczalności sił zbrojnych w konflikcie z potężnym sąsiadem. Rozwiązaniem idealnym byłoby stworzenie floty wartościowej dla nas i jednocześnie dla naszych sojuszników.

Myśląc o esencji wartości istnienia flot nie uciekniemy chyba od pojęcia „prawa przejścia morzem”, które należałoby podporządkować celom strategicznym wojny na lądzie mającej decydujące znaczenia w naszym położeniu. Tylko czy armia widzi korzyść dla siebie w posiadaniu takiego „prawa” lub zagrożenie wynikające z „prawa” przysługującego przeciwnikowi? Nie mamy wiele publikacji na ten temat ale wzmocnienie Republik Bałtyckich drogą morską wydaje się być jednym z bardziej prawdopodobnych scenariuszy. Wsparcie ogniem z morza ma swoje naturalne ograniczenia w postaci nielicznych zapasów rakiet na okrętach i praktycznej niemożliwości ponownego załadowania rakiet na morzu. Ewakuacja drogą morską jest działaniem odwrotnym do wsparcia, mało dyskutowana publicznie ale historia II wojny światowej pokazuje, że może się okazać operacją o ogromnym znaczeniu.

Oddalając się poniekąd od lądu, działania na szlakach żeglugowych i wojna ekonomiczna skierowana przeciw handlowi morskiemu ma oczywiście dwie strony medalu – albo my atakujemy handel przeciwnika albo bronimy swojego. Takie działania mają sens w wojnie długotrwałej i przy założeniu uzależnienia którejś ze stron od krytycznego surowca transportowanego drogą morską bez rozsądnej alternatywy innym szlakiem. Sytuację komplikuje prawny problem żeglugi neutralnej spotęgowany przez globalizację handlu morskiego. Działania przeciw takiej żegludze mogą spowodować ingerencję innych państw w konflikt. Zawsze w zanadrzu pozostaje „mała wojna” czyli rajdy, działania dywersyjne czy odwracające uwagę od działań na głównym teatrze.

Istotne uniezależnienie się marynarki wojennej od działań na lądzie mamy dopiero w czasach pokoju i kryzysu. Przeciwdziałanie agresywnej dyplomacji morskiej i próbom wymuszenia na wodach własnych, sojuszników czy otwartym morzu. Wybór miejsca i poziomu zagrożenia pozwala na sporą swobodę w doborze klasy okrętu i jego zdolności. Monitorowanie aktywności przeciwnika na wodach w obszarze zainteresowania a zwłaszcza tego co się dzieje pod wodą i na dnie morza wiedzie nas do raczej wyspecjalizowanych jednostek. Uczestnictwo w operacjach sojuszniczych i społeczności międzynarodowej jak ONZ, UE czy koalicjach dobrej woli buduje naszą pozycję polityczną i wiarygodność ale trzeba właściwie dobrać stosunek kosztu do mało wymiernej korzyści wynikającej z wagi politycznej. To ponownie wpycha nas w uzależnienie od kaprysów polityki. Pomoc humanitarna jest ideą ze wszech miar szlachetną, ale jak ktoś zauważył marynarki wojenne mogą takie zadania wykonywać i wykonują ale nie są tworzone do tego celu.

Wybór rodzaju działania reprezentującego dla nas wartość w odniesieniu do głównych celów polityki obronnej i szerzej – bezpieczeństwa państwa skutkuje odpowiednim podziałem budżetu. Im większą wartość przypisujemy obronie tym mniejsze kwoty jesteśmy gotowi przeznaczyć na flotę czasu kryzysu i pokoju. Im bardziej jesteśmy aktywni na polu polityki zagranicznej tym bardziej flota „uniezależnia się” od strategii wojny na lądzie. W naszym kraju czyha na nas jeszcze jedna pułapka. Przykład obrony przeciwlotniczej kraju, która jest powszechnie uznawana za priorytet obronny pokazuje, że najwyraźniej politycy nie czują zbliżającego się zagrożenia. Gdyby tak było negocjacje byłyby krótsze a program w fazie realizacji. Tak właśnie stało się w przypadku Rumunii i Litwy.

Pozostaje kwestia technicznej realizacji wymaganych zdolności czyli głównie klas i liczby okrętów oraz czasu jaki mamy na modernizację. Przy omawianym budżecie wybór okrętów podwodnych zablokuje rozwój sił nawodnych na wiele lat. Są to jednostki mocno wyspecjalizowane i oferują wartość głównie w scenariuszach osiągania celów negatywnych a więc odmowie przeciwnikowi „prawa przejścia morzem” natomiast cele pozytywne to ich słaby punkt.

Okręty nawodne występują w szerokiej gamie klas i prowadzą do dyskusji ilość kontra jakość. Kwestię można dość dobrze zilustrować na przykładzie nowego projektu fregaty FFG(X) dla US Navy. Porównując specyfikacje dla fregaty ze zdolnościami dozbrojonej wersji ASW Littoral Combat Ship oba okręty mają lub mają mieć pierwszorzędne zdolności walki z okrętami podwodnymi i podobne możliwości zwalczania celów nawodnych gdyż nowa fregata dziedziczy niejako osiągnięcia na drodze rozwoju LCS. Porównajmy koszty. FF(X) szacuje się na $950M a LCS w wersji ASW powinien kosztować około $650-700M na podstawie raportu Ronalda O’Rourke z Congressional Research Service ($588 platforma plus $67M moduł ASW). Dodajmy, że w miarę dobrze uzbrojona korweta wielkości Ślązaka może kosztować około $350M.

Współczesna wersja Grishy. Czemu nie? foto www.almaz-kb.ru

Kilka wniosków z tego porównania. W porównaniu do LCS-ów z rakietami NSM fregata oferuje przede wszystkim lokalna obronę przeciwlotniczą oraz większą odporność bierną na ciosy. To kosztuje dodatkowo $250-300M. Za dwie fregaty możemy kupić mniej więcej trzy LCS-y. W zależności od tego czy nacisk kładziemy na działania w zespołach okrętów, czy obronę konwojów przed okrętami podwodnymi wybór może być różny. Jeszcze ostrzej prezentuje się wybór pomiędzy jedną fregatą a prawie trzema korwetami. Czy to w działaniach na wodach przybrzeżnych czy przy postulacie wzrostu liczebności floty wobec wymogu obecności na morzach, wybór może być na korzyść korwet pomimo ich mniejszych jednostkowych zdolności. W naszych realiach dwie fregaty wystarczą do udziału z stałych zespołach NATO, ale to za mało do osłony wsparcia dla republik bałtyckich. Natomiast sześć korwet to realizacja pierwotnego planu dla Gawrona. Co wybieramy?

Jak więc w końcu uniezależnić się od kaprysów polityki i móc zbudować długofalowy plan budowy floty? Punktem wyjścia jest posiadanie potrzeby i dlatego należałoby budować scenariusze najbardziej prawdopodobne mające szansę na poparcie polityków. Właściwie mamy pecha, że do tej pory nie trafił się nam jakiś głośny incydent na morzu mobilizujący opinię publiczną. Chociaż być może ktoś świadomie takich incydentów unika zadowalając się naszym stanem uśpienia. Budowa szerokich zdolności i floty zrównoważonej nie ma u nas chyba szansy bo najwyraźniej decydenci nie widzą takiej potrzeby a koszt floty dla celów propagandowych jest zabójczy. Być może warto śledzić losy Orki bo program może się okazać smutną ilustracją powyższej tezy.

Jeśli świadomość potrzeby jest jeszcze słaba to trudno oczekiwać szczodrej ręki w przyznawaniu sum budżetowych. Tak więc budowanie zdolności raczej od dołu i równoległe pokazywanie użyteczności floty może jest sposobem wyjścia z impasu. W końcu politycy wpadną we własne sidła. Konsolidacja stoczni w ramach PGZ gdy brak portfela zamówień nie wniesie wiele. PGZ będzie napierał na zamówienia i powstanie pytanie czym nakarmić molocha. Okręt ratowniczy ponownie jest potencjalnym przykładem takiej polityki. „Małe jest piękne” mówi powiedzenie i dobrze by się stało gdyby marynarze jak i miłośnicy marynarki zaczęli tworzyć i propagować scenariusze realistyczne ale całkiem pożyteczne na co dzień. Skoro nieśpieszno nam nawet do budowy obrony przeciwlotniczej kraju trudno sobie wyobrazić polityków snujących plany wielkiej wojny na morzu. Z powyższych powodów należałoby się oswoić z myślą, że korweta to raczej największa klasa okrętów do rozważania i raczej powinniśmy pomyśleć co ciekawego jest „poniżej” klasyfikacji korwety.

Dec 232017
 

Marynarka Wojenna RP ponownie albo raczej wciąż znajduje się w impasie i przy braku lub niewielu dobrych widokach na przyszłość, dyskusja o jej losie przygasa. Jeśli chcemy „ruszyć z posad bryłę świata” i ożywić dialog na temat przyszłości naszej floty, być może potrzeba idei bardziej jasnych choć radykalnych by przysłowiowy węzeł gordyjski przeciąć, zamiast rozsupływać bez końca.
Pułapka, w której tkwi marynarka wojenna polega na konflikcie użyteczności i wartości mierzonej pieniądzem. Brak chętnych na finansowanie działalności w czasie pokoju i kryzysu postrzeganej jako drugorzędną rolę w funkcji floty a z drugiej strony na flotę czasu wojny, która i tak będzie miała pomocniczą rolę w konflikcie lądowym. Na koniec dochodzimy więc do wniosku, że w pierwszym przypadku pieniędzy wydawać nie warto a w drugim, że lepiej je przeznaczyć na coś innego. Taki obraz niekoniecznie jest zgodny z rzeczywistym stanem rzeczy i mocno zależy od punktu widzenia wydaje się jednak być mocno zakorzenionym w naszej zbiorowej świadomości.

Rozwiązaniem może być w miarę jasne rozdzielenie organizacyjne operacji w czasie pokoju i kryzysu oraz wojny pomiędzy Morski Oddział Straży Granicznej a Marynarkę Wojenną. W praktyce oznacza to przejęcie przez MOSG funkcji zwalczania zagrożeń hybrydowych na wodach terytorialnych i wewnętrznych oraz wsparcia roli patrolowej i rozpoznawczej w strefie wyłączności ekonomicznej. Marynarka Wojenna RP skupia się natomiast na roli jaką może realizować w ramach operacji lądowych połączonych sił zbrojnych. Na realizację takiej listy zadań Straży Granicznej pozwala aktualna ustawa. W przypadku rozpoznania ustawa mówi wprost o konieczności:

  • wykrycia jednostek pływających zagrażających pokojowi, porządkowi publicznemu lub bezpieczeństwu Rzeczypospolitej Polskiej;

  • wykrycia obcych okrętów wojennych i samolotów wojskowych na polskich obszarach morskich;

  • wykrycia w zasięgu obserwacji technicznej i wzrokowej nierozpoznanych obiektów nawodnych oraz statków powietrznych;

Ustawa nakłada ograniczenia na użycie broni, ale najwyraźniej poniższy paragraf zostaje zawieszony w przypadku samoobrony czyli ataku na jednostkę Straży Granicznej:

Użycie broni pokładowej przez jednostki pływające Straży Granicznej do ściganego statku może mieć miejsce jedynie w sytuacjach wyjątkowych i jako środek ostateczny, gdy inne środki nie są wystarczające do zatrzymania statku lub wymuszenia posłuszeństwa, lecz nie powinno zmierzać do jego zatopienia.

Korzyść wynika poniekąd z psychologii. Marynarka wojenna ma pewne opory wobec inwestowania w niedozbrojone okręty i projekt Czapla budzi kontrowersje. Dla MOSG byłaby to jednostka aż zanadto uzbrojona i zbyt droga. Jeśli zamienić ją na w sumie niewielki okręt patrolowy uzbrojony w broń małokalibrową oraz wyposażony w prosty system dowodzenia i łącze wymiany danych taktycznych to otrzymamy jednostkę zdolną do zapewnienia bezpieczeństwa morskiego na wodach przybrzeżnych oraz pełniącą rolę węzła informatyczno-cybernetycznego dla sieci rozpoznawczej. Jednostka może również wykonywać zadania poza wodami polskimi na podstawie umów wewnątrz Unii Europejskiej. Wyposażona dodatkowo w drony małego zasięgu lub balon czy latawiec na uwięzi z czujnikami elektrooptycznymi staje się źródłem informacji dla Morskiej Jednostki Rakietowej. Drugim źródłem mogłyby być drony, ale ze względu na wymóg zasięgu i długotrwałości lotu musiałby to być dron klasy MALE. Całkiem drogi i bezbronny, latający na średnich wysokościach i widoczny dla obrony przeciwlotniczej wszelkich zainteresowanych. Ponownie wpadamy w pułapkę – za drogi na czas pokoju zbyt wrażliwy na czas wojny. Jednostka pływająca pomimo swoich ograniczeń daje lepsze szanse na minimum samoobrony.

Czapla w nowej postaci. Niepopularne dziecko MW, pożyteczne w MOSG. Foto www.damen.com

Wspomniana powyżej lista zadań w zakresie rozpoznania wymagałaby wobec rozwoju technologii uzupełnienia ustawy o pojazdy podwodne. Trudno MOSG „ubierać” w wykrywanie okrętów podwodnych, ale drony czy pojazdy nurków to już można próbować poprzez przydzielenie sprzętu i wyszkolonych specjalistów z marynarki wojennej do służby na jednostkach MOSG w czasie kryzysu (przypis – pomysł delegowania specjalistów MW do służby w MOSG pochodzi od czytelnika – Przemysława Ziemackiego. Ogólnie jest to problem znacznie szerszy i dotyczy sposobu w jaki szukać, szkolić i zachować w służbie fachowców z wąskich specjalizacji).

Innym efektem ubocznym podziału organizacyjnego byłoby oddelegowanie do MOSG części zadań wykonywanych przez Brygadę Lotnictwa MW. Chodzi o samoloty patrolowe i monitoringu ekologicznego oraz śmigłowce SAR. W Marynarce Wojennej pozostałyby funkcje zwalczania okrętów podwodnych oraz Combat SAR. Argument za takim rozwiązaniem jest taki sam jak w przypadku MALE – zadania mogą być wykonane przez instytucje cywilne w czasie pokoju a w czasie wojny samoloty Bryza czy śmigłowce Anakonda będą całkiem bezbronne. Na czas wojny CSAR ma większe szanse na realizacje swoich zadań mogąc jednocześnie ratować ludzi w czasie pokoju. Technicznie podział byłby taki, że śmigłowce cywilnego SAR byłyby klasy lekkiej do średniej a CSAR marynarki wojennej średniej do ciężkiej. Po stronie pozytywnej będzie uproszenie struktur (SAR wraca do organizacji powołanej do tego celu) i ułatwienie przetargów (mamy otwarte przetargi na sprzęt bez wyposażenie stricte wojskowego). Po stronie negatywnej mamy pytanie jak zapewnić wyszkolonych pilotów dla organizacji nie zajmującej się do tej pory takimi zadaniami. Odkładamy na chwilę problem budżetowy bo jest on być może łatwiejszy do rozwiązania.

Inną kwestią wymagającą analizy i decyzji jest w jaki sposób zapewnić marynarce wojennej rozpoznanie w czasie wojny. Latanie samolotem MPA na średnich wysokościach w zasięgu baterii S300/400 nie wydaje się być dobrym pomysłem. Potrzeba nam innych rozwiązań bardziej odpornych na działania przeciwnika albo tanich i łatwych do zastąpienia jeśli są wrażliwe na atak wroga. Jednym ze sposobów to rozwój rozpoznania satelitarnego, innym tanich dronów krótkiego zasięgu rozpowszechnionych na pokładach wszystkich jednostek pływających Marynarki Wojennej i Straży Granicznej. Jeszcze innym sieci hydrofonów i innych czujników rozmieszczonych na dnie morskim.

Co jednak w końcu z Marynarką Wojenną i jej główną rolą w czasie otwartego konfliktu? Jakie wsparcie może dać flota działaniom toczonym na lądzie zgodnie z postulatem Raoula Castexa o podporządkowaniu strategii morskiej ogólnemu planowi wojny? Wydaje się, że w czwórnasób:

  • Wsparcie ogniowe. Realizowane jako bezpośrednie wsparcie na poziomie taktycznym lub jako atak z użyciem rakiet manewrujących na cele w głębi terytorium przeciwnika. W pierwszym przypadku pewną nadzieje daje rozwój artylerii lufowej, ale na razie nie dotyczy to jednostek niewielkich rozmiarów. W drugim silnym ograniczeniem jest pojemność magazynów rakiet na okrętach zwłaszcza w porównaniu z liczebnością salwy wymaganą dla osiągnięcia znaczącego rezultatu. Dopóki nie będziemy mieli okrętu dedykowanego do tej misji jakim w przeszłości były monitory, koszt okrętu mającego wykonywać taką misję w warunkach wysokiego zagrożenia przechyla szalę decyzji na nie. Pewną nadzieję dają ostatnie eksperymenty US Marines z użyciem HIMARS z pokładów okrętów desantowych.
  • Mała wojna. Sir Julian Corbett rozróżnia dwa typy akcji – mniejsze kontrataki oraz dywersje. Pierwszy polega na działaniach przeciwko wrogowi na teatrze działań. Drugi jest tym samym ale poza teatrem działań ma więc za zadanie odwrócenie uwagi od podstawowego kierunku działań. Raoul Castex nazywa takie działanie manewrem zmuszającym przeciwnika do podziału sił. Jakiekolwiek lotnictwo przeznaczone do zwalczania celów na morzu będzie pozbawiało wsparcia lotniczego własnych oddziałów na lądzie.
  • Transport wojska, sprzętu i zaopatrzenie drogą morską. Krytycznym dla jakiegokolwiek otwartego konfliktu z udziałem NATO w rejonie Morza Bałtyckiego będzie transport wsparcia zza oceanu do portów bałtyckich. Rola naszej marynarki wojennej w tym przypadku polega na zapewnieniu bezpieczeństwa portu docelowego oraz podejść do niego. Innym przypadkiem jest przerzut małych grup wojska wzdłuż wybrzeża w ramach wspomnianej poprzednio „małej wojny”. Jest to chyba najskuteczniejsza forma wsparcia dla armii oferująca jej dodatkowe pole manewru.
  • Ewakuacja. Temat trochę zapomniany lub niepopularny bo z góry zakłada jakąś porażkę. Tymczasem historia obu wojen światowych na Bałtyku a ostatniej w szczególności wskazuje na dość fundamentalny charakter tych operacji. Trudno budować jednostki dla tylko tego celu, ale szczęśliwie łączą się z poprzednim punktem transportu wojska. Mamy więc do czynienia z wahadłem – w jedną stronę wojsko i zaopatrzenie a w drugą ludność cywilna albo w przypadku przegranej wojska i sprzętu.

Patrząc poprzez pryzmat wymienionych punktów na potrzebny sprzęt to wspólnym punktem przynajmniej dla ostatnich trzech będzie okręt transportowy lub desantowy być może uzupełniony łodziami szturmowymi czyli zmutowany Marlin. Najprostszy zestaw wymagań to okręt:

  • Wielkości fregaty zdolny do współdziałania w zespołach NATO, realizacji misji humanitarnych i szeroko pojętej dyplomacji morskiej
  • Uzbrojony jak korweta zdolny do samoobrony w ograniczonym zakresie.
  • Zdolny do transportu kompanii wojska ze sprzętem. Ograniczenie wynika z postulatu „małej wojny” przy jednoczesnym braku piechoty morskiej w strukturach marynarki wojennej i szczupłości zasobów armii potencjalnie oddelegowanych do drugorzędnych zadań dywersyjnych.

Wszechstronność okrętów desantowych jest niezwykła. Foto www.damen.com

Taki okręt a właściwie jego ładunek wymaga eskorty. Minimalną stanowiłaby para dozbrojonych Ślązaków czy Mieczników, co nie zamyka drogi do fregat. Eskorta prowadzi nas do kolejnego punktu czyli czy i jak prowadzić walkę z okrętami podwodnymi. Jeśli odpowiemy na pierwszą część pytania pozytywnie to eskadra śmigłowców do zwalczania okrętów podwodnych uzupełniałaby i współdziałała z eskortą dla zmodyfikowanego Marlina.

Listę postulatów zamyka zespól do walki minowej w postaci Kormoranów wspieranych przez wersję modułu Kijanka operującą z lądu w pobliżu baz morskich i portów środkowego wybrzeża. Moduł pierwotnie pomyślany dla Czapli zostałby zaadoptowany do kierowania z lądu jako element bezpieczeństwa baz floty.

Znikają w tej wersji okręty podwodne jako nie wnoszące istotnego wkładu ani w wsparcie ogniowe ani w operacje na lądzie a z drugiej strony niezwykle kosztowne. Flota zostaje „ogołocona do kości” ale żywa w postaci 6-7 nowoczesnych okrętów wspartych przez Morską Jednostkę Rakietową, śmigłowce ZOP i CSAR oraz drony i moduły przeciwminowe. Dodatkowo MOSG zyskuje nową rolę i wyposażenie w postaci 2-3 okrętów patrolowych oraz majątku lotniczego odziedziczonego po Marynarce Wojennej. Wszystko wymagałoby zmian w budżetowaniu obu organizacji i ministerstw za nimi stojących co wywołałoby z pewnością burzę i opór. Potrzeba też dobrej woli, co ostatnio wydaje się być towarem deficytowym. Jest jednak przeddzień Wigilii. Wierzący oczekują na Boże Narodzenie, inni po prostu na Święta a sympatycy Marynarki Wojennej RP po prostu na dobre nowiny. Miejmy nadzieję, że 27 grudnia nadejdą w postaci kontraktu na nowe okręty.

Wszystkiego najlepszego i świątecznych nastrojów życzy z dala od morza

Przemek

 

Nov 192017
 

Naval Institute Press wydał właśnie nowa edycję Théories Stratégiques francuskiego admirała i teoretyka wojny morskiej Raoula Castexa. Gratka dla wszystkich nie znających języka francuskiego i zaintrygowanych pytaniem, na ile teorie wojny morskiej mogą być pomocne w uzasadnieniu istnienia Marynarki Wojennej RP. Castex przelał na papier swoje przemyślenia w okresie pomiędzy dwoma wojnami światowymi, stąd jego poglądy w większym stopniu niż innych teoretyków odzwierciedlają dylematy morskie państwa posiadającego granicę lądową ze swoim przeciwnikiem. Jeszcze bardziej dobitnie niż Corbett podkreśla służebną rolę floty i wojny na morzu w stosunku do rozstrzygających o wojnie wydarzeń na lądzie:

Potęga morska ma wartość o tyle, o ile wnosi wkład w zwycięstwo na lądzie i na ile wspiera działania armii lub jeszcze lepiej, na ile uczestniczy w nich poprzez wysadzanie wojska na ląd skądkolwiek.

W innym paragrafie pisząc o swojej kluczowej koncepcji manewru podkreśla jeszcze raz:

Strategia wojny morskiej nigdy nie jest samodzielna lecz zawsze musi podlegać rozważaniom i ograniczeniom narzuconym przez nie-morskie siły i interesy.

Korzystna sytuacja, jaką jedna strona próbuje stworzyć poprzez manewr musi być w zgodzie z celem strategicznym, nie tylko morskim, ale również politycznym, wojskowym (operacje połączone, transport wojska), w powietrzu, ekonomicznym (zaopatrzenie, linie komunikacyjne) lub psychologicznym (wpływ na morale sił własnych i sprzymierzonych).

Brzmi znajomo i ponadto mamy nowoczesne rozszerzenie wojny na sferę życia społecznego, politycznego i moralnego co przypomina dzisiejsze wojny hybrydowe i przewlekłe konflikty na peryferiach wielkich mocarstw. Jeśli jednak autor wierzy w tak silne podporządkowanie działań floty interesom armii, to o czym pisze w następnych siedmiu tomach? Jakie widzi znaczenie kluczowych dla wojny na morzu pojęć jak walka o morskie linie komunikacyjne czy panowanie na morzu? W przypadku posiadania granicy lądowej z przeciwnikiem panowanie na morzu według Castexa nie przynosi rozstrzygnięcia. Jeśli ten przeciwnik jest na dokładkę potęgą lądową wszelkie próby działań przeciwko jego morskim liniom komunikacyjnym uważa za „bezpłodne” tak długo jak dotyczą wojny ekonomicznej. Z drugiej strony spostrzega:

Lecz panowanie na morzu najczęściej będzie miało poważny wpływ na działanie armii i będzie pożyteczne dla strony utrzymującej to panowanie.

Pożytek wynika po części z rozwoju technologii, która może doprowadzić do sytuacji patowej dla obu stron i wówczas impas można przełamać przez oskrzydlenie lub wręcz otwarcia nowego frontu poza głównym obszarem działania. To nas prowadzi prostą ścieżką do użycia morza jako dodatkowego pola manewru, o czym już była mowa na tym blogu. Manewr jest dla autora słowem kluczowym, wytrychem i lekarstwem na wszelkie bolączki. Wykonać manewr to „poruszać się w sposób inteligentny w celu stworzenia sprzyjającej sytuacji”. Naturalną cechą manewru jest podział sił. Castex nie stosuje nowoczesnej terminologii więc nie ma w tekście rozróżnienia pomiędzy lądowaniem na brzegu bronionym lub nie. Mamy natomiast rozróżnienie pomiędzy atakiem i inwazją na wybrzeże przeciwnika. Według obiegowej opinii panującej w Polsce, operacje desantowe w przypadku konfliktu z Rosją nie mają uzasadnienia z powodu posiadania dostępu do terytorium przeciwnika na lądzie i tamże następującym rozstrzygnięciem. Jednak ułożenie fragmentów teorii w całość daje nieco inny obraz sytuacji. Wykonując manewr dzielimy siły na główne i pomocnicze. Zadaniem tych drugich jest dywersja lub lepiej – odwrócenie uwagi przeciwnika od głównego teatru działań poprzez zaangażowanie części jego sił na kierunku pobocznym. W naszym kontekście możemy uznać armię i wojnę na lądzie za główne działania rozstrzygające o wojnie a działania na morzu jako drugorzędny i pomocniczy kierunek dywersji odciągający część sił z kierunku podstawowego. Rosjanie w czasie II wojny światowej przeprowadzili (w zależności od źródła) ponad 100 lądowań z czego w większości na skalę taktyczną z udziałem plutonu lub kompanii głównie w obronie baz floty.

Rosjanie używali zwykłych łodzi do taktycznych desantów. Foto www.figurementors.com

Tylko kilka ze wspomnianych operacji radzieckiej piechoty morskiej miało charakter operacyjny i we współczesnych realiach tylko sojusznicza operacja może mieć taki charakter. Warunkiem koniecznym działań na skalę operacyjną jest transport wojska, sprzętu i zaopatrzenia drogą morską czyli zataczamy koło i wracamy do problemu ataku i obrony morskich linii komunikacyjnych gdzie tymczasowa i lokalna przewaga na morzu jest istotna dla przeprowadzenia transportu wojska. Dopóki jednak nasz desant to raptem pluton czy kompania to rozmawiamy bardziej o prześlizgnięciu się na teren wroga niż o zdobyciu lokalnej przewagi.

Więcej rozważań taktycznych na ten temat znajdujemy w rozdziale o obronie i ataku. Admirał Castex miał już doświadczenia z I wojny światowej był więc świadom możliwości kryjących się w technologii a zwłaszcza rozwoju lotnictwa, broni podwodnej i łączności radiowej. Swoje analizy opierał na naturalnych cechach danej technologii nie wchodząc w szczegóły techniczne. Dla lotnictwa to szybkość i zdolność do rozpoznania a dla okrętów podwodnych skrytość i relatywna niewrażliwość na ataki nieprzyjaciela. W ten sam sposób rozumując znajdował jednak środki zapobiegawcze wykorzystując ograniczenia technologiczne i operacyjne tych nowych rodzajów broni. O okrętach podwodnych pisze tak:

Wrogie okręty podwodne w oczywisty sposób tworzą zagrożenie zwłaszcza na głównym teatrze działań, ale mniejsze niż ludziom się wydaje. Z pewnością wymagają one nieustannej uwagi lecz nic nie działa lepiej przeciwko okrętom podwodnym jak szybkość, aktywność i inicjatywa czyli cechy będące istotą manewru stąd nasz manewr oferuje automatycznie pewien poziom gwarancji.

Taktyka nie jest zwykle dyskutowana w popularnych publikacjach czy na forach dyskusyjnych, ale ma istotne znaczenie co najmniej tak duże jak technologia. Okręt podwodny by pozostał skryty musi poruszać się wolno co oznacza, że musi umieć przewidzieć trasę i punk przechwycenia przeciwnika. Najłatwiej jest to uczynić w pobliżu punktu wyjścia lub docelowego, ale właśnie tam obrona ma szansę na skupienie swoich wysiłków. Pomyłka w wybranej pozycji i pościg za konwojem oznacza ryzyko utraty skrytości. Taktyka była wykorzystywana w czasie II wojny światowej poprzez formowanie specjalnych szybkich konwojów. Ponadto jeśli desant dotyczy plutonu na łodziach szturmowych atak torpedowy nie wchodzi w grę. Podobnie autor traktuje zagrożenie z powietrza:

Ofensywnie lotnictwo może zaatakować siły nawodne strony A lecz A zareaguje wpierw używając własnych środków (artyleria, zasłony dymne, itd.) a później angażując własne lotnictwo do obrony powietrznej. Biorąc pod uwagę taką reakcję strona atakująca osiągnie znaczącą gorszy wynik niż przeciw bezwładnemu celowi ale najlepszą i radykalną odpowiedzią na atak jest rozproszenie, na które siły B nie mają rady.

W dalszym ciągu tekstu następuje korekta albo uściślenie zgodne z aktualnie obowiązującą mądrością – najlepszą obroną przed atakiem z powietrza jest oczywiście posiadanie własnej przewagi w powietrzu w istotnym dla nas miejscu i czasie. Pada też krótkie zdanie podsumowujące:

Jeśli musimy je stosować, konwoje wymagają silnej osłony z powietrza…

Bezpieczeństwo baz jest krytyczne i osłona konwojów nie wystarczy

Dla nas istotne są wnioski pośrednie a więc nie tylko stwierdzenie konieczności posiadania silnego lotnictwa ale też nieadekwatności obrony przeciwlotniczej floty do zapewnienia samodzielnie bezpiecznego przejścia morzem. Wspaniała ilustracją były będące dla francuskiego admirała przyszłością konwoje na Maltę w czasie II wojny światowej. Rozproszenie wspomniane przez autora jest wybiegiem mającym na celu skomplikowanie rozpoznania i wyboru celów stronie atakującej. W założeniu nie wszystkie cele zostaną wykryte i zaatakowane a z kolei dążenie do 100% skuteczności grozi zaangażowaniem nieproporcjonalnych sił. Mamy więc przykład manewru na teatrze pomocniczym odciągającego lotnictwo z głównego kierunku działań. Zarówno Mahan jak i Corbett a póżniej Castex, wszyscy byli świadkami rewolucji technologicznej swoich czasów. Mahan obserwował przejście z siły wiatru na parę i kształtowanie się dużych okrętów pancernych, Corbett usiłował przewidzieć wpływ jaki będzie miała „flotilla” na strukturę i działania floty a Castex już miał szansę doświadczyć zagrożenia ze strony lotnictwa i okrętów podwodnych a mimo to dla żaden z nich nie przejawia dzisiejszej fascynacji technologią. Parametry z broszur marketingowych a rzeczywistość na wojnie zbyt często się rozbiegają.

Bardziej ciekawym rozdziałem dla polskiego czytelnika powinien być wpływ geografii na wojnę morską a zwłaszcza kombinacja geografii i technologii. Pierwsza reperkusja to gwałtowne zmniejszenie się czasoprzestrzeni. Ze względu na wzrost szybkości samych okrętów, wprowadzenie lotnictwa czy ostatnio sieci informatycznych gwałtownie zmniejszył się czas realizacji samych zadań jak i czas reakcji i podejmowania decyzji. Ma to wpływ negatywny na wykonywanie manewru zwłaszcza na obszarach ograniczonych geograficznie:

Czas trwania sprzyjającej sytuacji w oczywisty sposób się zmniejszył, ale pozostaje wystarczający do wyeliminowania morskich sił przeciwnika mając na uwadze nowoczesną broń. Rozumując w ten sam sposób, krótki okres czasu jest wystarczający do przeprowadzenia bezpiecznie konwoju lub podjęcia działań przeciwko wybrzeżu wroga.

Ponownie jak poprzednio i całkiem zgodnie z filozofią Immanuela Kanta, wszystko ma swoją dobrą i złą stronę. Każda broń jest obosieczna i dzięki temu taktyka ma spore pole do popisu. Istotnym w naszym położeniu geograficznym spostrzeżeniem jest malejące bezpieczeństwo baz morskich. Mamy dwie bazy morskie na krańcach wybrzeża i aż prosi się o jakiś punkt bazowania na środkowym wybrzeżu. Wykorzystanie istniejącej infrastruktury jest pewnie możliwe, ale ogranicza wielkość okrętów średnio do sławetnych 1.000 ton okrętu obrony wybrzeża. Pouczająca jest historia baz Flot Bałtyckiej i Czarnomorskiej Związku Radzieckiego w czasach II wojny światowej.

Przed przejściem do następnego akapitu o koncepcji Perturbateur, zróbmy małe podsumowanie. Studiowanie teorii wydaje się być zbyt abstrakcyjne by było użyteczne i rzeczywiście nie mówi nam bezpośrednio co mamy robić. Prędzej ostrzega nas przed tym, czego lepiej nie czynić. Wnioski z lektury Théories Stratégiques zaadoptowane do naszych warunków geo-politycznych zachęcają do działań połączonych i wykorzystania morza jako drogi transportu wojska na ląd przeciwnika i atakowania wybrzeża z morza. Zniechęcają natomiast do prowadzenia wojny ekonomicznej na szlakach żeglugowych. Castex wierzy w wyższość ataku nad obroną (dokładnie odwrotnie niż Carl von Clausewitz) i proponuje aktywną obronę w formie „małej wojny”. Ten sposób działania strony słabszej opisywał już wcześniej Julian Corbett a mistrzem praktyki okazał się Mao Tse-Tung. Rozwój środków ataku i szybkość działania promują rozproszenie a więc jakąś niezdefiniowaną ale większą liczbę zarówno jednostek jak i baz morskich. O czym nie było mowy wcześniej, ale Castex wskazuje na konieczność obrony biernej co dzisiaj przełożylibyśmy na aktywne środki samoobrony i obronę pasywną zwłaszcza w odniesieniu do mniejszych jednostek mających naturalną barierę wbudowania odporności biernej na ciosy.

Po tym wstępie wyjaśnijmy co to jest Perturbateur w myśli Raoula Castexa. Są to państwa agresywne, kierowane ideologią podważające istniejący porządek świata dla własnych celów. Współcześnie można by podjąć próbę rozszerzenia koncepcji na organizacje i grupy pozarządowe oraz nowe technologie zmuszające do porzucenia starych nawyków i doktryn w krótkim czasie. Jesteśmy świadkami wojen toczonych na obszarze państw ale niekoniecznie przez państwa. Irak, Afganistan, Syria to tylko kilka przykładów niekończących się i przewlekłych wojen lub konfliktów coraz bardziej mających znamiona wszystkich ze wszystkimi. W artykule Prepared for the Battle But Not for the War z listopadowego numeru USNI Proceedings autor podaje kilka przykładów jak ataki cybernetyczne i wojna informacyjna są w stanie wytrącić z równowagi społeczeństwo tworząc bezpośrednie zagrożenie dla życia i mienia obywateli a nawet sił zbrojnych. Ataki na lotniska z użyciem dronów produkowanych domowym sposobem w technologi 3D, zakłócanie działania służb porządkowych i ratowniczych, obezwładnianie systemów sterowania i zarządzania infrastrukturą, produkcją finansami oraz transportem lub zautomatyzowana walka informacyjna z użyciem mediów społecznościowych w trakcie wyborów to tylko fragment repertuaru możliwości wspomnianych w artykule. Tekst należy czytać mając w pamięci tezę, że aby pokonać przeciwnika należy złamać jego wolę, niekoniecznie niszcząc go fizycznie czy zajmując terytorium. Potwierdzeniem tej tezy są nie tylko obecne konflikty ale sama Polska okupowana w czasie II wojny światowej ze swoją armią podziemną i regularnym wojskiem na wschodzie i zachodzie. To już nie jest science-fiction jak pokazują doniesienia z ostatnich manewrów Zapad-17:

Usługi telefoniczne w Łotwie, Norwegii i na szwedzkiej wyspie Öland zostały według doniesień przerwane na kilka godzin w trakcie sierpniowych ćwiczeń Zapad prowadzonych przez Rosję i Białoruś. O zakłócanie podejrzewa się rosyjski okręt walki radioelektronicznej pływający na Bałtyku.

Bardziej odpowiednia reakcja na atak cybernetyczny niż NDR

Trudno, aby odpowiedzią na takie ćwiczenia czy też zamierzony atak było zatopienie okrętu Federacji Rosyjskiej za pomocą rakiet Nadbrzeżnego Dywizjonu Rakietowego. To samo dotyczy najnowszych inwestycji rosyjskiej marynarki w łodzie szturmowe czy planowanego wznowienia budowy poduszkowców desantowych Żubr. Od lat polska marynarka wojenna tkwi w impasie, który łatwiej zrozumieć po lekturze Théories Stratégiques. Podporządkowanie doktryny wojny morskiej doktrynie lądowej i posiadanie realnych alternatyw do bałtyckich linii komunikacyjnych w zasadzie przez obie strony, podważa klasyczne filary teoretyczne wojny morskiej – panowania na morzu i walki na szlakach żeglugowych w celu wywarcia presji ekonomicznej na przeciwnika. Spycha marynarkę wojenną do roli pomocniczej dla armii i uzależnienia jej istnienie od tego czy wojska lądowe mają wizje wykorzystania sił morskich czy też nie. Poleganie w takiej sytuacji na hierarchicznym procesie planowania i dokumentach typu Strategiczny Przegląd Strategiczny jest niewystarczające, gdyż jak zauważa ze sporą dozą humoru Raoul Castex:

Jak o wielkim wężu morskim, wielu ludzi mówi o rządowym planie wojny, ale nikt go nigdy nie widział i wielu wątpi w jego istnienie.

Co więc może uczynić Marynarka Wojenna RP i środowisko ją wspierające? Potrzebna jest inicjatywa w tworzeniu i podsuwaniu pomysłów nie podważających istniejących priorytetów i możliwych do sfinansowania w ramach istniejącego budżetu marynarki wojennej. Poniższa lista przewija się przez strony blogu co rusz, więc nie jest niczym nowym. Po prostu znajduje teoretyczne wsparcie w kolejnej pozycji klasyki literatury na temat:

  • W czasie wojny przyjąć rolę pomocniczą i skupić się na:
    • operacji wysadzania na ląd wojska i oddziałów specjalnych i ewakuacji na skalę taktyczną (łodzie szturmowe, ship-to-shore connectors jak LCAC/LCAT)
    • symetrycznie obroną przed takimi samymi przedsięwzięciami ze strony przeciwnika (łodzie szturmowe, okręty patrolowe jak PC)
    • obroną baz morskich i ich podejść dla operacji sojuszniczych (baterie naziemne przeciwokrętowe/przeciwlotnicze, bariery sensoryczne, USV/UUV, okręty patrolowe, przeciwminowe, korwety)
  • W czasie pokoju i kryzysu zajmować się:
    • bezpieczeństwem morskim i przeciwdziałaniu dyplomacji siłowej (okręty patrolowe IPV/OPV, przeciwminowe, korwety)
    • współpracą z Morskim Oddziałem Straży Granicznej w monitorowaniu sytuacji na morzu, pod jego powierzchnią, na dnie i w cyberprzestrzeni (okręty patrolowe PC, lotnictwo patrolowe, USV/UUV, łodzie szturmowe)
    • współpracą w zakresie SAR (smigłowce, samoloty patrolowe, okręty patrolowe PC)
    • pomocą humanitarną (okręty logistyczne uzbrojone lub nie)
    • budowaniem sojuszy (okręty przeciwminowe, logistyczne, patrolowe, korwety, samoloty rozpoznawcze, jednostki MOSG)

Jeśli powyższy tok rozumowania ma sens to jak bumerang wraca hasło Bałtyk Plus i po prostu trzeba je polubić.

Oct 242017
 

Krótki tekst zawiadamiający, że wróciłem. Tam, gdzie byłem w sezonie jest podobno 20.000 pingwinów :). Przy okazji znalazł się wątek wojennomorski. W przypadkowo wybranej restauracji w Ushuaia znalazłem na ścianie poniższą fotografię z dedykacją dla właścicieli lokalu.

Przedstawia krążownik General Belgrano w bazie morskiej Ushuaia tuż przed swoim ostatnim rejsem na Malwiny/Falklandy. Temat jest w Argentynie wciąż dość gorący o czym niech świadczy następne zdjęcie już z Buenos Aires upamiętniające bohaterów z Malvinas. Mapę archipelagu wraz z kierunkiem i odległością można znaleźć nawet w głębi lądu, w górach na granicy z Chile.

Do blogu wracamy wkrótce.

 

Przemek

Oct 012017
 

Na ostatnim spotkaniu Rady Budowy Okrętów profesor Andrzej Makowski naszkicował zarys użycia Marynarki Wojennej jako strategicznego narzędzia w realizacji międzynarodowych interesów państwa. Tezy są znane już wcześniej bo zawarte choćby w prezydenckim dokumencie o bezpieczeństwie morskim Rzeczpospolitej Polskiej, ale warte są powtórzenia za sprawą dwóch istotnych stwierdzeń dających Marynarce Wojennej RP sens istnienia oraz określających jej miejsce w systemie obrony i bezpieczeństwa kraju.

Profesor Makowski widzi użycie floty w „szarej strefie” pomiędzy polityką a wojną a określaną mianem bądź dyplomacji morskiej bądź przez innych jako działania poniżej progu wojny. Wspiera to bardzo dobrze dobrany cytat z klasyki dyplomacji morskiej:

Rządy z pewnością będą szukały bardziej energicznych środków nacisku niż dyplomacja i mniej gwałtownych niż wojna i z tego przynajmniej powodu będą rozważały użycie flot wojennych.

– James Cable

Spójrzmy na to zdanie nie tylko przez pryzmat naszych celów i możliwości ale także celów czy intencji naszych potencjalnych oponentów. Do nich powyższe zdanie odnosi się w takim samym stopniu jak do nas a więc rola naszej floty staje się podwójna. Z jednaj strony możemy prowadzić własną dyplomację na przykład budowania sojuszy, ale jednocześnie musimy być zdolni do reagowania na dyplomację z użyciem siły realizowaną przez przeciwnika. To, że jeszcze żaden szczególny przypadek nie trafił się nam na Bałtyku stawia pytanie na ile takie zagrożenie nie istnieje a na ile mamy do tej pory szczęście co rodzi kolejne pytanie jak długo na takim szczęściu można czy powinniśmy polegać?

Rozróżnienie ma jeszcze jeden ważny aspekt wewnętrzny. Im bardziej nasza flota będzie realizowała cele polityki zagranicznej MSZ-tu czy BBN-u tym większy opór będzie ze strony MON-u finansującego marynarkę wojenną. MON nie tyle będzie dążył do pozbycia się budżetu na flotę ile do zagarnięcia tego budżetu dla innych celów, ważniejszych z punktu widzenia MON-u i jego wizji. Tak więc Marynarka Wojenna RP będzie bytem formalnym aczkolwiek eterycznym. Postawienie na odpór agresywnej dyplomacji Rosji ma wydźwięk znacznie bardziej obronny niż dyplomatyczny daje więc uzasadnienie dla wydatkowania pewnych sum na rozwój floty choćby ograniczonych.

Antycypując argument o zbytnim teoretyzowaniu zastanówmy się w jakim stopniu Rosja jest potencjalnie zainteresowana wykorzystaniem narzędzia jakim jest dyplomacja morska. Christian Le Miere w książce Maritime Diplomacy in 21st Century podaje kilka argumentów za takim scenariuszem:

  • Dyplomacja morska jest uprawiana na pełnym morzu unikając pogwałcenia suwerenności terytorialnej oponenta.
  • W konsekwencji jest trudniej dostępna dla mediów publicznych co sprzyja zacieraniu prawdy i działaniom propagandowym.
  • Pozwala na uniknięcie przewlekłych, kosztownych i krwawych konfliktów na lądzie. Takie negatywne doświadczenia mają zarówno USA jak i Rosja.

Te argumenty zyskują na sile w świetle twierdzenia Carla von Clausewitza, że celem wojny jest poddanie przeciwnika naszej woli, co nie jest jednoznaczne z zajęciem jego terytorium. Taką alternatywną do dyplomacji morskiej rolę przejmują powoli drony i ataki cybernetyczne czy też manipulowanie mediami społecznościowymi. We wszystkich tych dziedzinach demonstrujemy swoją słabość i realnie patrząc na sprawę – nawet brak zainteresowania pomijając okresowe deklaracje natury propagandowej.

Krótko mówiąc, aktualny rząd dąży do osiągnięcia samowystarczalności do obrony kraju przed atakiem pancernych dywizji, który może nigdy nie nastąpić. Dlatego pewnie nie przejmie się zbytnio poglądami naszego sojusznika, ale żeby nie było zdziwienia gdyby przyszło co do czego to dla porządku wspomnijmy o nowym artykule z wrześniowego numeru USNI Proceedings U.S. Sea Power Has a Role in the BalticAutor artykułu Bruce B. Stubbs z Biura Szefa Operacji Morskich przewiduje cztery scenariusze wraz z potencjalną reakcją US Navy.

  • Fakt dokonany – Rosja zajmuje którąś z republik Bałtyckich.
  • Konflikt o wysokiej intensywności – Rosja odcina Republiki Bałtyckie poprzez zamknięcie korytarza suwalskiego.
  • Uszczknąć kęs – pomniejsze wtargnięcie sił rosyjskich na terytorium o mniejszej wadze.
  • Działania w szarej strefie – prowokowanie rozruchów wewnętrznych

Potencjalna reakcja z użyciem sił morskich według autora to w pierwszych dwóch scenariuszach eskalacja działań na inne obszary jak Północny Atlantyk czy Morze Śródziemne. W szarej strefie główną rolę odgrywałyby siły specjalne i lekkie siły zapewniające bezpieczeństwo morskie, tak aby nie sprowokować eskalacji konfliktu do poziomu wojny konwencjonalnej.
We wszystkich wypadkach powinniśmy się spodziewać obecności lekkiego kontyngentu morskiego US Navy w postaci okrętów patrolowych i/lub LCS funkcjonujących jako „zapalnik” czy „wyzwalacz” (tripwire).

Czy tak będzie wyglądał morski kontyngent USNavy na Bałtyku? Foto www.navytimes.com

Istotne jest stwierdzenie, że za najbardziej prawdopodobny scenariusz uważa się trzeci – „uszczknąć kęs”, w którym:

NATO może więcej stracić przywołując Artykuł 5 niż wywierając presję z użyciem środków nie-militarnych w nadziei, że okażą się skuteczne.

To nam daje obraz czego realistycznie należy się spodziewać ze strony największego sojusznika i gdzie nasze własne siły morskie mogą odegrać najbardziej istotną rolę, gdyż właśnie najbardziej prawdopodobny scenariusz „zagrabienia kawałka” zostawia nas jednocześnie najbardziej samotnymi.

Czy taki desant może być powodem do zadziałania paragrafu 5-go? I w którym momencie NDR może legalnie zatopić taki poduszkowiec. Po wysadzeniu desantu?

Wspomniane źródła i cytaty tworzą w sumie dość spójny obraz przestrzeni wręcz idealnej do działania dla marynarki wojennej kraju o orientacji lądowej, graniczącym z głównym oponentem będącym światową potęgą. Panuje chyba zgoda co do tego, że w przypadku otwartej wojny nieograniczonej rola marynarki wojennej będzie co najwyżej drugorzędna (przynajmniej na Bałtyku). Z drugiej strony szara strefa pomiędzy polityką a wojną jest codzienną rzeczywistością, w której ewidentnie jest miejsce dla floty, ale przede wszystkim będąca wyraźnym słabym punktem Rzeczpospolitej do wykorzystania przez kogokolwiek. I ten ktoś, jeśli zdaje z tego sobie sprawę nie będzie nas z wyprowadzał z naszego stanu uśpienia. Do nas należy ocena ryzyka istnienia takiego stanu rzeczy.

P.S. Przez najbliższe trzy tygodnie będę liczył pingwiny poza zasięgiem sieci. Do komentarzy zapraszam i zachęcam ale dołączę się po powrocie.