Jun 232014
 

W dość ubogiej publicznej dyskusji na temat struktury marynarki wojennej dominuje przekonanie o małych szansach na przeżycie okrętów nawodnych w przypadku konfliktu na Bałtyku w przeciwieństwie do okrętów podwodnych. Prowadzi to czasem do zaskakujących i raczej groźnych dla istnienia marynarki wojennej konkluzji. Przykładem jest warty przeczytania i moim zdaniem, dyskusyjny artykuł Krzysztofa Kubiaka Militarna funkcja Marynarki Wojennej. Sporą wartością tekstu jest próba zdefiniowania „raison d’etre” naszej floty w kategoriach trójkąta funkcji – dyplomatycznej, policyjnej i militarnej w sytuacji, gdy nasze kontynentalne położenie powoduje, że konflikty są zwykle rozstrzygane w operacjach lądowych. O ile dobrze rozumiem zamysł autora, proponuje on sprowadzić rolę sił nawodnych do funkcji dyplomatycznej bądź policyjnej a okręty podwodne w ramach funkcji militarnej:

należy (…) traktować jako oręż odstraszający i to być może jedyny, który zdoła przetrwać i wykonać zadanie w przypadku uzyskania zaskoczenia strategiczno-operacyjnego przez znacznie silniejszego przeciwnika.

Logiczny wywód prowadzi autora aż do negacji wartości broni podwodnej na poziomie taktycznym i sugestii, iż odstraszanie jest jedynym sensem istnienia tego rodzaju sił morskich. W konsekwencji wzywa do budowy okrętów dużych, z napędem AIP pozwalającym na długotrwałe przebywanie w zanurzeniu i możliwie sporej jednostce ognia. Jeśli jednak spojrzeć z dystansem na powyższe zdanie, to mamy do czynienia z propozycją poświęcenia większości środków budżetowych przeznaczonych na modernizacje marynarki wojennej na budowę okrętów, które nie będą miały dokąd powrócić a ich jedynym sensem istnienia jest odpalenie 4-6 rakiet zanim zostaną wykryte. Przychodzi mi na myśl ostatni rejs Yamato za 7 mld PLN. Będąc na miejscu decydentów, zgodziłbym się z tezą o rozstrzygającej roli działań na lądzie i zainwestował te miliardy w lotnictwo lub brygadę pancerną. To dopiero początek kaskady potencjalnie negatywnych decyzji. Ponieważ funkcja militarna dominuje w myśleniu o flocie, a wydarzenia na Ukrainie tylko ten sposób widzenia spraw podkreślają, to jeżeli okręty podwodne nie maja wartości taktycznej, a funkcja odstraszania jest zbyt nieefektywna, okręty nawodne z kolei bez szans na przeżycie, to czy warto inwestować w coś, co pełnić będzie tylko funkcję dyplomatyczną? Plan modernizacji, a właściwie restytucji Marynarki Wojennej jest drugim co do wartości po obronie przeciwlotniczej i przeciwrakietowej programem zbrojeniowym na najbliższą dekadę. Tylko dla dyplomacji i działań policyjnych?

Aby wyjść z tego niebezpiecznego zaułka, należałoby sięgnąć do podstaw i podjąć dyskusję na ile wyrażane poglądy zarówno co do sił nawodnych jak i okrętów podwodnych są mitem a na ile rzeczywistością. Ponadto, tak jak uczynił to Krzysztof Kubiak, nadać flocie właściwą rangę w realizacji celów politycznych, gospodarczych i militarnych Państwa. Zacznijmy od okrętów nawodnych. W artykule zatytułowanym Single-Purpose Warships for the Littorals, niestrudzony Capt. Wayne Hughes ponownie prezentuje swoje poglądy co do morskich operacji na wodach przybrzeżnych i zwraca uwagę na doświadczenia floty szwedzkiej i izraelskiej, dla których jest to typowe środowisko działania:

Oficerowie szwedzcy wskazywali na wiele możliwości, które uczyli się wykorzystywać dla uzyskania przewagi. Uważali oni własne wody przybrzeżne jako przewagę dla obrony. Zamiast widzieć łodzie rybackie, przybrzeżną żeglugę i inny „przybrzeżny szum” za problem lub przeszkodę, Szwedzi sugerują, że dla celów agresywnej obrony, państwo może aktywnie zwiększać ten „szum” dla zdobycia przewagi.

Nie jest to bynajmniej panaceum na wszelkie bolączki, ale przesuwa punkt ciężkości debaty na temat działań lekkich sił nawodnych z problemu aktywnej obrony i kinetycznego niszczenia środków rażenia na unikanie ich. Niebezpieczeństwo inwestowania w środki aktywnej obrony, a raczej pułapka przeinwestowania jest problemem trapiącym wszystkie floty świata. Nie odgrywa wielkiej roli tylko w niezwykle komfortowej sytuacji dostępności do nieomal nieograniczonych środków. Ale to nie o nas. Wayne Hughes starannie dobrał inny cytat dla zobrazowania wspomnianej pułapki:

Jak powiedział Wiceadmirał Benyamin Telem z Izraelskich Sił Obronnych, „ pod żadnym pozorem okręty nie powinny stać się duże lub kosztowne do tego stopnia, że ich obrona staje się dominującym priorytetem i celem samym w sobie. To w nieunikniony sposób zanegowałoby ich wartość ofensywną”.

Powyższe zdanie jest wielowątkowe. Po pierwsze stosuje ideę rzeczy „wystarczająco dobrej” w odniesieniu do okrętów wojennych. Okręt powinien być „wystarczająco duży” aby przenosić broń ofensywną oraz posiadać „minimalnie wystarczającą” obronę własną. Być może wizja okrętów obrony wybrzeża nie przekraczających 1.000 ton miała sens? Dopóki głównym zadaniem marynarki jest funkcja dyplomatyczna i budowa sojuszy, takie okręty są zbyt małe. Dla realizacji funkcji militarnej, a zwłaszcza strategii A2/AD, taka wielkość wydaje się być bliska optymalnej. Cytowany Capt. Wayne Hughes zawsze promował okręty około 600 ton. Lecz te dywagacje prowadzą nas do rozważań, na ile strategia A2/AD jest właściwa dla Polski?

Drugi wątek wypowiedzi admirała Telem’a dotyczy sposobu w jaki lekkie siły nawodne powinny działać, aby mieć szanse na przeżycie. Liczy się siła ofensywna i atak. Dotykamy w tym miejscu naszego własnego słabego punktu. Myśląc o wojnie na Bałtyku, nieodmiennie mówimy o znaczącej przewadze przeciwnika. Posiadanie najlepszego i najsilniejszego uzbrojenia w połączeniu z takim nastawieniem musi prowadzić do porażki. RADM Thomas S. Rowden, chcąc przekazać podobne przesłanie, chyba nieprzypadkowo skorzystał z okazji publikacji na łamach CIMSEC, własnego artykułu Surface Warfare: Taking the Offensive, z którego wybrałem takie oto zdanie:

Przejście do ofensywy to nastawienie, sposób myślenia o wojnie morskiej. To znaczy myśleć o wiele więcej o tym, jak coś zniszczyć aniżeli jak coś bronić. Proszę nie zrozumieć mnie źle – wciąż będziemy potrzebowali mieć zdolność do obrony ważnych jednostek, sił amfibijnych, konwojów i zaplecza – lecz w coraz większym stopniu będziemy je bronić poprzez wyjście w przód i eliminacje zagrożeń zanim będą one zdolne do rażenia tego, co bronimy.

Jeśli założymy, że okręty nawodne nie mają szans przeżycia w otwartym konflikcie na Bałtyku, to tak samo szans nie mają niszczyciele min, śmigłowce ASW i samoloty patrolowe. Czyżby rzeczywiście tylko okręty podwodne mogły operować na Bałtyku? Okręty podwodne są bronią zazdrośnie trzymającą swoje możliwości i słabości w sekrecie. W fachowej prasie możemy sporo przeczytać o sukcesach szwedzkich okrętów podwodnych w symulowanych atakach na amerykańskie lotniskowce i o tym, jak żmudne, pracochłonne i mało skuteczne jest poszukiwanie okrętów zanurzonych w głębinach. Jednak jest to tylko jedna strona medalu. O tym jak US Navy uczyła się na własnych, trudnych doświadczeniach wielu ćwiczeń, pisze Capt. Wiliam J. Toti, USN:

Podstawowy problem jest taki: jakkolwiek wykrycie i zniszczenie wrogiego okrętu podwodnego jest to wielka frajda, prawdziwe działania ASW nie skupiają się na wykryciu okrętu podwodnego, ani na zatopieniu okrętu, lecz na jego pokonaniu. To jest niuans, ale ważny.
(…)
Wykrycie okrętu podwodnego, który może stanowić zagrożenie to jak szukanie igły w stogu siana, niezależnie od technologii czy rodzaju użytych sił. Aby pokonać okręt podwodny, wystarczy uczynić go nieistotnym. Wywieść go poza właściwą pozycję do strzału. Spowodować błędne namierzanie. Zmusić do śledzenia niewłaściwego celu. Uczynić jego broń bezużyteczną.

Zanim zaczniemy szukać go na pełnym morzu, spójrzmy w którym jest porcie. Foto www.Defence24.pl

Zanim zaczniemy szukać go na pełnym morzu, spójrzmy w którym jest porcie. Foto www.Defence24.pl

Erozja umiejętności ASW odczuwana coraz boleśniej przez US Navy w połączeniu z rosnącą liczbą okrętów podwodnych służących we flotach potencjalnie wrogich państw zaowocowała zmianami doktrynalnymi. Po latach projekcji siły z morza na ląd, ta tradycyjna forma walki na morzu zaczęła wracać do łask. Próby rozwiązania problemu szły dwutorowo – poszukiwano rozwiązań technologicznych oraz próbowano odpowiedzieć na pytanie jak unieszkodliwić okręt podwodny, w sytuacji gdy szanse na wykrycie i zatopienie są niskie? Wśród rozwiązań typowo technologicznych znajdują się sonoboje do multistatycznego przeszukiwania obszaru (Multistatic Active Coherent). Klasyczne sonoboje wyłapują źródła dźwięku pochodzące z okrętów podwodnych. Jest to metoda pasywna. W systemie MAC jedna boja jest elektronicznym źródłem sygnału akustycznego, a pozostałe boje odbierają sygnał odbity od okrętu. Więcej na ten temat w artykule Recapture Wide-Area Antisubmarine Warfare.

Technologia to broń obosieczna.

Technologia to broń obosieczna.

Ważniejsze i bardziej nas interesujące, ze względu na konsekwencje i stosowalność w naszym obszarze geograficznym są zmiany doktrynalne opisane w artykule Williama Toti. Jest to prosta lista działań, które potencjalnie eliminują niekoniecznie okręt podwodny, ale zagrożenie przez niego tworzone:

  • Stworzenie warunków, w których przeciwnik decyduje o nieużyciu OP
  • Pokonać OP w porcie
  • Pokonać OP w pobliżu portu lub obszarach „odmowy dostępu”
  • Pokonać OP w cieśninach
  • Pokonać OP na otwartym morzu
  • Zwabić OP do „stref śmierci” ASW, do miejsca i o czasie przez nas wybranym
  • Zamaskować własne siły przed wykryciem i klasyfikacją przez OP
  • Pokonać OP w walce „w zwarciu”
  • Pokonać zbliżającą się torpedę

Jak widać można wiele uczynić dla uprzykrzenia życia podwodniakom. Warunki na Bałtyku z jednej strony sprzyjają okrętom podwodnym znacznie komplikując ich wykrycie, z drugiej strony sprzyjają siłom nawodnym ze względu na przykład, relatywną płytkość. Znane są również bazy floty i podejścia do nich. W przypadku Polski I Rosji główne bazy są od siebie oddalone o kilka godzin marszu dla brygady pancernej. Po co szukać okrętu na morzu dniami czy tygodniami? I ile rakiet manewrujących zniszczy jednocześnie nasza obrona przeciwlotnicza. Planujemy jedną baterię broniącą każdej bazy. W handlu znane jest zjawisko, psychologicznie uzasadnione, że sprzedawcy znają doskonale wszystkie zalety konkurenta i własne słabości. Mało wiedzą o własnych zaletach i słabościach konkurencji. Podobnie wygląda porównywanie okrętów podwodnych i sił nawodnych w działaniach na morzu zamkniętym. Jeśli już zdecydowano o strategii A2/AD to rozmawiajmy o synergii i współpracy tych dwóch rodzajów czy klas okrętów zamiast je sobie przeciwstawiać.

May 192014
 

Portal Defence24 w ramach codziennego przeglądu prasy, zamieścił niedawno fragment artykułu Cezarego Pytlosa z Dziennika Gazety Prawnej pod znamiennym tytułem Bronić wodę czy ziemię. Interesujący nas cytat wskazuje bezpośrednio na siły nawodne jaką potencjalne źródło rezerw finansowych, które należałoby wykorzystać dla realizacji innych programów:

Nasi rozmówcy związani z przemysłem obronnym nie mają też wątpliwości, że zmian wymagają programowe plany dotyczące marynarki wojennej. To jednak bardzo drażliwa kwestia, dlatego żaden z nich nie chce wypowiadać się pod nazwiskiem. Przeważa opinia, że wydawanie pieniędzy z budżetu na okręty nie ma sensu, bo w razie konfliktu przy braku obrony przeciwlotniczej szybko zostaną zatopione.

Nie komentując tej wypowiedzi, wystarczy tylko stwierdzić, że program modernizacji marynarki wojennej jest drugim, co do wartości po obronie przeciwlotniczej i z pewnością będzie podlegał olbrzymim naciskom politycznym. Słowo polityka jest kluczem. Rozmówcy autora tekstu nie dążą do maksymalizacji oszczędności finansowych, wówczas zaatakowaliby projekt okrętów podwodnych będący największą pozycją w budżecie modernizacji MW. Te jednak wpisują się w łatwy do zrozumienia koncept sea denial, czyli odmowy dostępu do spornego obszaru morza i mogą liczyć na wsparcie polityków lub nawet generałów. Celem ataku i źródłem potencjalnych cięć stają się więc siły nawodne. Warto więc podjąć dyskusję zarówno na temat zarówno roli i znaczenia sił nawodnych jak i technicznego argumentu zdolności okrętów do działania w warunkach zagrożenia atakiem z powietrza.

Ian Speller we wstępie do swojej książki pod znamiennym tytułem Understanding Naval Warfare, cytuje słowa Grega Kennedy’ego:

Aby zrozumieć koncept wojny morskiej niezbędne są dwie rzeczy: być zdolnym do zdefiniowania co marynarka wojenna daje państwu oraz jej użyteczność w działaniach podczas wojny totalnej, ograniczonej oraz w czasie pokoju.

W dyskusjach o marynarce wojennej dominuje temat wojny totalnej z Rosją, niewymienioną nigdy z nazwy, kosztem roli floty w budowaniu sojuszy lub prewencji i zapobieganiu wojnie. Zanim rzucimy na szalę wszystkie zasoby naszego państwa w wojnie totalnej, warto się pochylić nad problemem demonstrowania determinacji i woli rządu wobec potencjalnego przeciwnika. W tej roli marynarka wojenna a zwłaszcza jej siły nawodne są bardzo użyteczne i kosztowo efektywne. Jeżeli już jednak mówimy o otwartych działaniach zbrojnych, to obronę znaczenia floty wspomniana książka powierza nie admirałowi, lecz generałowi :

Jak Charles Callwell zauważył ponad sto lat temu, trudno jest armii czuć się bezpiecznie na lądzie, jeśli jest oskrzydlona morzem kontrolowanym przez wrogą flotę.

Dzięki szczegółowej analizie wielu działań połączonych z XIX wieku, Callwell pokazał nieproporcjonalnie duże znaczenie strategiczne, jakie przewaga na morzu może mieć dla działań na lądzie poprzez kontrolę morskich szlaków komunikacyjnych, wpływ dywersyjnych działań desantowych lub zdolności do obrony wyeksponowanej flanki. Podobnie jak Corbett, Callwell dostrzegł, że taki wpływ miał często charakter pośredni i zwykle istotny na poziomie strategicznym, lecz to nie czyni go w jakikolwiek sposób mniej ważnym.

Dzisiaj będzie sporo cytatów, bo w książce admirała J.C. Wylie Military Strategy: A General Theory of Power Control znalazłem takie oto zdanie, nie tylko potwierdzające powyższą tezę, ale bezpośrednio odnoszące się do Polski, wymieniając ją z nazwy:

Pod koniec lat 40-tych kilka krajów Europy Środkowej próbowało pozostać poza lub wyłamać się z orbity wpływów Rosji. Polska, Czechosłowacja, Rumunia, Węgry i Bułgaria uległy. Tylko Jugosławia zdołała wyrwać się poza żelazną kurtynę. Spośród wszystkich tych krajów, tylko Jugosławia miała dostęp do morza kontrolowanego przez Zachód. Myślę, że ten fakt ma znaczenie. Myślę również, że gdybyśmy mieli kontrolę na Bałtyku, nie utracilibyśmy Polski.

Uzyskanie wspomnianego efektu strategicznego nie wymaga zawsze i wszędzie pełnej kontroli morza, która dla małej czy drugorzędnej floty jest po prostu najczęściej nieosiągalna. Wystarczy jednak kontrola chwilowa na ściśle określonym obszarze, aby zapewnić „prawo przejścia morzem”, używając słów Sir Juliana Corbetta. Do uzyskania tego celu flota nawodna jest niezbędna. Dopóki chcemy aby statki z towarami, zapasami czy wojskiem płynęły morzem, dopóty okręty nawodne pozostaną niezbędnym składnikiem marynarki wojennej. Doktryna odmowy dostępu jest bowiem „zasadniczo partyzantką na morzu”, jak mawiał admirał Stansfield Turner. Pozwala na szachowanie przeciwnika, ale nie daje szans na osiągnięcie strategicznie istotnych celów pozytywnych.

Jeśli już zgodzimy się co do konieczności budowy okrętów nawodnych, to należałoby uczciwie zmierzyć się z tematem ich przeżywalności na zamkniętym akwenie wodnym jak Bałtyk. Pomocne będą wydarzenia w rejonie Pacyfiku i wzrost potęgi Chin w połączeniu z cięciami budżetowymi Pentagonu. Amerykanie bowiem znaleźli się w sytuacji dawno już zapomnianej. Na morzach pojawia się przeciwnik słabszy, ale mogący rzucić wyzwanie US Navy a ograniczenia finansowe nie pozwalają w nieskończoność duplikować niszczycieli Aegis. Powstał więc problem ekonomicznej efektywności obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej. Odkryto, że obrona przed salwą rakiet odpaloną przez baterię nadbrzeżną jak nasz NDR za 700 mln PLN, wymaga okrętu z systemem wartym co najmniej $1.5 mld. Na dłuższą metę, jest to ekonomicznie nie do utrzymania, nawet dla Stanów Zjednoczonych. Co gorsza jest to wyraźny trend. Środki ataku nie tylko mają przewagę nad obroną ale o wiele łatwiej i taniej jest zwiększyć zasięg broni ofensywnej niż defensywnej. Przykładem niech będzie Small Diameter Bomb II, której zasięg wzrośnie do 45 nm. Ile systemów przeciwlotniczych na świecie jest w stanie wykryć i zestrzelić samolot na tym dystansie, zanim zrzuci ładunek kilku bomb jednocześnie? Ile taki system kosztuje i jaką liczbę okrętów tak wyposażonych marynarka może zakupić? Innym problemem, choć powiązanym jest pojemność magazynów amunicji. Radar Herakles jest podobno w stanie naprowadzać jednocześnie 16 rakiet. To prawdopodobnie pozwoli na obronę przed salwą, dajmy 12 rakiet, ale okręt zużyje znaczną część zapasu rakiet plot przy braku możliwości przeładowania na morzu. Bateria brzegowa ma przewagę.

W numerze majowym USNI Proceedings, admirał Walter E. Carter, US Navy dzieli się swoimi przemyśleniami na powyższe tematy w artykule Sea Power in the Precision – Missile Age. Tym ciekawsze, że autor pełni funkcję Prezydenta Naval War College. Poglądy wyrażone w artykule mają więc szansę na bycie podstawą teoretyczną przyszłych kierunków rozwoju US Navy. Poniższy cytat stanowi esencję artykułu:

Zdolność tych systemów to stworzenia zagrożenia dla celów mobilnych na dużych dystansach zależy w dużej mierze od zdolności do identyfikacji celów z użyciem ich emisji w spektrum elektromagnetycznym. Efektywna obrona platform musi więc przenieść nacisk z aktywnej obrony na aktywne zakłócanie oraz środki pasywne, takie jak uniemożliwianie namierzania dzięki neutralizacji sensorów, redukcję sygnatur, przemieszczanie się i rozproszenie. Zintegrowana obrona przeciwlotnicza i przeciwrakietowa nie wystarcza już samodzielnie do obrony pojedynczych okrętów, ich zespołów lub stałych instalacji w sytuacji rozprzestrzeniania się coraz skuteczniejszych rakiet balistycznych i manewrujących.

Nie daj się wykryć, to też metoda. Foto www.nrl.navy.mil

Nie daj się wykryć, to też metoda. Foto www.nrl.navy.mil

W dalszej części artykułu następuje rozwinięcie tezy z wyszczególnieniem konkretnych punktów jakie siły mają przyszłość i na zasadzie negacji, jakie nie są perspektywiczne. Postaram się je opatrzyć komentarzem i zwrócić uwagę na obiegowy charakter niektórych opinii publikowanych w naszych mediach.

Przyszłe siły morskie powinny opierać się o:

  • “Platformy wyposażone w broń stand-off pozwalające na penetracje systemów obronnych „z górnej półki””. Jest to scenariusz oparty o realia Pacyfiku. Na morzu zamkniętym jak Bałtyk, nie bardzo jest możliwość działania spoza zasięgu oddziaływania przeciwnika. Zasięg będzie istotny, ale zapas amunicji jeszcze bardziej. Konieczność wyważenia tych dwóch sprzecznych wymagań powinna prowadzić do rozwiązań specjalizowanych dla obszarów przybrzeżnych.
  • “Platformy z naciskiem na zdolności ofensywne potrzebne dla uzyskania przewagi na morzu”. Jeśli nie można „uciec” poza zasięg ognia nieprzyjaciela, pozostaje być szybszym w ataku. Jako minimum, każdy okręt powinien być na zasadzie symetrii zdolny do zniszczenia okrętu podobnej sobie klasy. Ze względu na bliskość lądu, większe jednostki powinny posiadać broń uniwersalną, zdolną do rażenia celów lądowych. Takie wymaganie znalazło się w wymaganiach Miecznika, pozostaje jednak problem ilości zabieranej amunicji. Korweta jest w sumie niewielkim okrętem z ograniczoną liczbą rakiet manewrujących, które muszą służyć do zwalczania zarówno okrętów przeciwnika jak i celów na lądzie. Konflikt priorytetów będzie nieunikniony. Artyleria może być pomocna.
  • “Platformy mobilne z obniżonym poziomem sygnatur, rozproszone, o silnej obronie lub ukryte pośród pułapek, szumu tła i aktywnego zakłócania”. Postulat silnej obrony pozostaje, ale poszukuje się innych rozwiązań, bardziej realistycznych w naszych warunkach. Wymienione alternatywy są o wiele bardziej przydatne dla korwet niż silna obrona. Szwedzi konstruując Visby byli świadomi tego problemu definiując go słowami Invincible or Invisible (niezwyciężony czy niewidzialny). Praktyka pokazuje również, że liczba rakiet przeciw-okrętowych zniszczona środkami aktywnymi była niewielka w porównaniu z rakietami, które ominęły cel dzięki zakłóceniu ich systemów naprowadzania.
  • “Siły polegające w minimalnym stopniu na sieciach radiowych, używające bezpiecznej łączności sporadycznie w sposób wcześniej zaplanowany”. Tak sformułowana definicja promuje dwie kategorie platform. Okręty z własnym systemem C2 i sensorami, czyli jednostki o pewnej wielkości mogące pomieścić sprzęt i sztab. Idąc w drugą stronę, systemy bezzałogowe i autonomiczne działające według ustalonego programu i obarczone jedną, konkretną misją.
Pułapki były skuteczniejsze od rakiet. Foto www.rheinmetall-defence.com

Pułapki były skuteczniejsze od rakiet. Foto www.rheinmetall-defence.com

To, czego należy w przyszłych siłach morskich unikać, to oprócz przeciwieństw do powyższych punktów są dwa ciekawe rodzaje platform:

  • “Polegające na stałych bazach”. I o tym się zapomina pisząc o wrażliwości okrętów nawodnych na atak z powietrza i pomijając fakt, że okręty podwodne podlegają temu samemu prawu. Gorzej, okręty podwodne w bazie są zdane tylko i wyłącznie na obronę umieszczoną na lądzie, podczas gdy okręty nawodne w ostateczności mają własne systemy pokładowe obrony przeciwlotniczej, zarówno aktywne jak i pasywne. Głównym problemem w zwalczaniu okrętów podwodnych jest ich wykrycie. Jednak w przypadku mórz zamkniętych, baza morska jest stałym punktem znanym przeciwnikowi, gdzie jest wiadome, że okręty się pojawią. Poza atakiem na bazę pozostaje blokada, również z wykorzystaniem okrętów podwodnych. Zwalczanie takiej blokady podwodnej będzie znów wymagało współpracy lotnictwa i okrętów nawodnych.
  • “Platformy opierające swoją zdolność do przetrwania głównie o aktywną obronę, czyli zestrzelenie rakiet rakietami”. Jeżeli ograniczone środki finansowe prowadzą najpotężniejszą flotę świata do takich wniosków, to co ma powiedzieć mała flota o ambicjach obrony wybrzeża? Czy prowadzi to amerykanów do rezygnacji z niszczycieli i krążowników? Nic na to nie wskazuje. Przykład FFG, czyli popularnych fregat OHP pokazuje drogę do naśladowania. Zamiast skupiać się na wyrafinowanych systemach aktywnej obrony przeciwlotniczej, lepiej określić sensowny pułap kosztów budowy okrętów nawodnych, akceptowalny politycznie i skupić się na tym, w jaki sposób liczebność serii, rozproszenie oraz taktyka połączona ze środkami pasywnymi i zakłóceniami pozwolą na egzekwowanie na przeciwniku prawa do przejścia morzem.

Pozostaje drobny problem „Planu B”. Co, jeśli naciski polityczne i działalność lobbystyczna jednak weźmie górę? DefenseNews zamieszcza wywiad z Arati Prabhakar, szefową DARPA. Portal cytuje słowa zdziwienia pani Prabhakar, która obserwuje znacznie większe zainteresowanie ofertą DARPA aniżeli pójście drogą stopniowej modernizacji czy rozbudowy istniejących i sprawdzonych systemów. Anglosasi mają powiedzenie, że lepsze jest wrogiem wystarczająco dobrego. Dlatego zwrócę jeszcze raz uwagę na niewykorzystany potencjał MEKO A-100, czyli Ślązaka. Pod warunkiem, że Stocznia Marynarki Wojennej zda egzamin maturalny (było nie było mamy maj i czas matur).

Feb 162014
 

Stwierdzenie, że media są w stanie wykreować rzeczywistość, nie jest niczym nowym. Niepokojący jest więc obraz sił nawodnych wyłaniający się z lektury doniesień medialnych. Informacje odnoszą się głównie do priorytetów jak zagrożenia cybernetyczne czy obrona przeciwlotnicza i przeciwrakietowa. Jeśli w ogóle marynarka wojenna jest wzmiankowana, to wypowiedzi są zdominowane przez okręty podwodne i to czy mają być uzbrojone w rakiety czy nie. Siły nawodne pozostają w cieniu wydarzeń i w miarę jasnym punktem jest tylko program budowy Kormorana. Jedyna informacja, jaką udało mi się ostatnio znaleźć w internecie na temat Czapli i Miecznika, które powinny stanowić trzon floty nawodnej, to zdanie z Dziennika Zbrojnego – „Zgodnie z informacjami przekazanymi redakcji przez IU, w tym roku planuje się rozpoczęcie postępowań przetargowych na pozyskanie obu tych typów okrętów.”

Jeśli procedury przetargowe będą prowadzone w ciszy i zgodnie z planem, pod parasolem medialnej burzy na temat okrętów podwodnych, to pół biedy. Gorzej, jeśli oba projekty nie posiadając dobrej prasy staną się celem cięć budżetowych nowej ekipy rządzącej. Okrętom nawodnym brak instytucjonalnych sponsorów, co po części wynika ze zbyt gwałtownych zmian doktrynalnych. Z jednej skrajności działań ekspedycyjnych wpadamy w drugą skrajność obrony własnego terytorium. Do czego więc jest nam potrzebna kosztowna flota nawodna? W tym samym czasie, gdy w Polsce dyskutuje się żywo o olbrzymich kwotach na okręty podwodne, w Stanach Zjednoczonych trwa dyskusja o liczbie lotniskowców. Oba projekty pochłaniają istotną część budżetu tych dwóch flot posadowionych na przeciwnych krańcach spektrum. Jednak, jak spostrzega Adm. Thomas Rowden z US Navy:

Koszt okrętów, załóg, sensorów, uzbrojenia i utrzymywania gotowości bojowej wciąż rośnie. (…) Jednak jest raczej nieprawdopodobne aby zapotrzebowanie na siły nawodne zmalało – co więcej, jest bardziej niż prawdopodobne, że ono wzrośnie.

Artykuł, z którego pochodzi cytat jest zatytułowany Building the Surface Fleet of Tommorrow. Mamy więc do czynienia z wizją, dla której poparcie buduje się w mediach już dzisiaj. W tym przedsięwzięciu bardzo pomocny jest slogan określający trzy priorytety Adm. Jonathana Greenerta, CNO US Navy:

Warfighting First, Operate Forward, and Be Ready.

Zwykłe hasło, które jednym uchem wpada a drugim wypada? Niezupełnie. Proste zdanie składające się z sześciu słów zawiera definicję sensu istnienia (Warfighting First), elementy strategii (Operate Forward) i bieżący cel do osiągnięcia (Be Ready). Na ile podobne hasło stworzone dla Marynarki Wojennej RP, a w szczególności jej sił nawodnych byłoby skutecznym narzędziem promocji? Nie wiem, ale warto chyba spróbować stworzyć coś podobnego. Pomysły czytelników są mile widziane, a na początek przykład pozytywny bliżej naszego podwórka. Oto motto Ministerstwa Spraw Zagranicznych:

Polsce – służyć, Europę – tworzyć, Świat – rozumieć

Podobnie jak poprzednio tylko sześć słów. Trzy czasowniki określają relacje, trzy rzeczowniki – geograficzne obszary zainteresowań a kolejność definiuje priorytety. Proste i zwięzłe. Duże brawa dla autora. Poniżej moja nieudolna próba w siedmiu słowach:

Strzec: niepodległości Polski, granic Europy, porządku w Świecie

Pierwszy człon jest zgodny z obowiązującą „doktryną Komorowskiego”, która najprawdopodobniej odzwierciedla poglądy wyznawane przez znaczną część polskich elit i społeczeństwa. Drugi człon jest wyrazem solidarności „wszyscy za jednego, jeden za wszystkich”, o którą polska polityka zagraniczna aktywnie zabiega. Ostatni deklaruje otwartość na świat w miarę naszych możliwości. W wymiarze militarnym, a zwłaszcza struktury floty, realizacja dwóch ostatnich członów hasła nie jest możliwa bez pełnomorskich okrętów nawodnych, których minimalną fizyczną reprezentacją jest korweta lub okręt patrolowy klasy OPV. Patrząc na motto poprzez pryzmat trójkąta funkcji marynarki wojennej, mamy do czynienia z przewagą funkcji bojowej w obronie niepodległości kraju, dyplomatycznej w ochronie granic Wspólnoty i policyjnej w egzekwowaniu porządku światowego. Europa jest bardzo podzielona co do tego, jak każdy kraj widzi zagrożenie dla swoich interesów czy bezpieczeństwa. Panuje jednak coraz większa zgodność co do faktu rosnących napięć i problemów na granicy południowej, północnej i wschodniej EU. O ile problematyka wschodnia będzie naturalnie zdominowana przez koncepcje takie jak głoszone w Polsce – państwa granicznego, obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej, posiadania skutecznego lotnictwa i mobilnej armii, to ochrona granic południowej i północnej ma charakter w dużej mierze morski.

W ten sposób wchodzimy trochę na pole polityki zagranicznej, ale mam wrażenie, że dyplomacja będzie rosła w cenie. Powód jest prosty – wspólna polityka obronna Europy wciąż nie istnieje a droga ku niej kręta i długa. Z drugiej strony próby powrotu NATO do korzeni, czyli wspólnej obrony napotykają na ten sam problem – obrony czego i przed czym? Jesteśmy więc, być może świadkami ewolucji North Atlantic Treaty Organization w kierunku Normalization And Training Organization. Ma to swoją ogromną wartość, ale jest niczym bez politycznej woli wspólnego działania.
Lektura styczniowego numeru USNI Proceedings przynosi jeszcze jeden ciekawy wątek do rozwagi. W przypadku niekorzystnego rozwoju sytuacji dla planu modernizacji marynarki wojennej i zagrożenia dla projektów Czapli i Miecznika, czy to się nam podoba czy nie, trzonem floty nawodnej są … trzy Orkany. Powstaje wówczas pytanie o następstwo dla tych okrętów, które po prawdzie bardzo pasują do promowanej strategii odmowy dostępu i obrony granic państwa. W komentarzach Prof. Wayne Hughes, wielki proponent flotylli niewielkich okrętów nawodnych jak koncepcyjny Sea Lance, przytacza fragment rozmowy z oficerem zaprzyjaźnionej, sojuszniczej floty:

Opisałem okręt (przyp. – SeaLance) i jego przeznaczenie swojemu przyjacielowi i dawnemu studentowi z Marynarki Wojennej Singapuru. Major Hia Chek Phong dowodził w przeszłości okrętem RSS Victory a później całą ich eskadrą. Jego szokująca odpowiedź sprzed dekady była – „mając do dyspozycji waszą technologię, dlaczego nie przeskoczycie od razu do małego okrętu bezzałogowego?” Rzeczywiście, dlaczego? Odpowiedziałem, że technologicznie jesteśmy gotowi, ale nie wiedzielibyśmy jakie cechy bojowe wbudować w oprogramowanie kierujące okrętem. Potrzebujemy najpierw doświadczenia z okrętem załogowym.

Czy konstrukcja jak Stiletto mogłaby posłużyć za prototyp bezzałogowego przybrzeżnego wojownika? Foto www.hightech-edge.com

Czy konstrukcja jak Stiletto mogłaby posłużyć za prototyp bezzałogowego przybrzeżnego wojownika? Foto www.hightech-edge.com

Ciekawy fragment, bo tu mamy nad amerykanami przewagę w posiadanym doświadczeniu. Technologię o wiele łatwiej kupić za pieniądze niż doświadczenie. Takiej opcji w Planie A nie ma, ale jeśliby miało dojść do wersji B, to koncept jest do rozważenia. Jak bumerang wraca idea „niestabilnego” projektu autorstwa J.K Browna, czyli okrętu zbyt drogiego by był bezbronny. To prowadzi według Szwedów do alternatywy Invincible (Niezwyciężony) lub Invisible (Niewidzialny). Technologia dronów oferuje trzecią alternatywę – Niezniszczalnego roju (Swarm).

W krótkiej wymianie zdań na FB wizję pozostania z patrolowym Ślązakiem określono słowem STRASZNE. Próbujmy więc wykorzystać dostępne nam media do stworzenia wsparcia dla pozytywnej wizji rozwoju sił nawodnych.

Jan 112014
 

W coraz częściej pojawiających się publicznych dyskusjach na temat modernizacji sił zbrojnych, rzadko podejmowany jest temat koncepcji czy też strategii rządzącej logiką wysiłków modernizacyjnych. Terminy najczęściej używane w kontekście Marynarki Wojennej to Bałtyk Plus czy odstraszanie. Ostatnio Prof. Koziej użył terminu niedostępności terytorialnej kraju. Poniższy tekst jest próbą krytycznego spojrzenia na stosowność używania wspomnianych terminów i wezwaniem, aby wrócić do klasyków. Nie chcę dzielić włosa na czworo, ale od podstawowych definicji zależy (albo raczej powinno zależeć) jakie będziemy mieli okręty podwodne, jaką rolę będą spełniały drony w systemie obronnym lub czy ma sens inwestowanie w patrolowe samoloty CASA. W książce The Dynamics of Military Revolution, 1300-2050 (MacGregor Knox i Williamson Murray) znalazłem taką oto perełkę mądrości:

Błędy strategiczne mogą zostać skorygowane dopiero w następnej wojnie.

Do właściwości stosowania teorii Jeune Ecole w odniesieniu do naszych koncepcji obronnych już się na tym blogu odnosiłem. Dzisiaj czas na idee niedostępności terytorialnej kraju oraz odstraszania. Pierwsza jest zapewne spolszczeniem amerykańskiego terminu A2/AD czyli anti-access/area denial. Jest to określenie dość nowe i wcale nie precyzyjne. Termin jest popularny i chwytliwy ale do niedawna brakowało mu jakiejkolwiek podbudowy teoretycznej. Na szczęście ukazała się książka Samuela Tangredi, Anti-Access Warfare: Countering Anti-Access and Area-Denial Strategies, która jest próbą usystematyzowania wiedzy na ten temat. Autor, analizując konflikty z przeszłości wyodrębnia pięć podstawowych elementów stanowiących zręb koncepcji:

  • przekonanie o strategicznej przewadze sił atakujących
  • dominujący czynnik geografii jako element mający największy wpływ na czas operacji i wykruszanie się sił przeciwnika (attrition)
  • dominację obszarów morskich nad przestrzenią konfliktu
  • krytyczny wpływ posiadania informacji i rozpoznania oraz odwrotnie – decydujący efekt operacji wprowadzających przeciwnika w błąd co do rzeczywistych zamiarów i działania
  • zdecydowany wpływ wydarzeń w innych regionach i niezwiązanych bezpośrednio w konfliktem

Każdy z powyższych punktów jest w przypadku Polski dyskusyjny i nie daje jednoznacznego potwierdzenia słuszności przyjęcia takiej koncepcji obrony. Retoryka „państwa granicznego Unii” i położenie geograficzne eliminuje argument o dominacji obszarów morskich. Geografia sama w sobie nie sprzyja za bardzo działaniom opóźniającym ani wyczerpywaniu sił przeciwnika. Mamy natomiast wpływ na budowanie świadomości sytuacyjnej. Polityka zagraniczna za cel może również obrać tworzenie sytuacji dla przeciwnika niewygodnych i odwracających jego uwagę od bieżącego konfliktu. Ten ostatni punkt Tangredi ilustruje przykładem ataku Persów na Grecję. Bitwa morska pod Salaminą choć zwycięska dla Greków nie była w stanie sama zmienić wyniku wojny. Stworzyła jednak groźbę odcięcia dróg zaopatrzenia, co wobec mnożących się buntów podbitych ludów wewnątrz państwa Perskiego zmusiły Kserksesa do zmiany kalkulacji i wycofania się z Grecji. Do prowadzenia takiej polityki nie potrzebujemy jednak A2/AD. Przykładem jak najbardziej współczesnym prowadzenia aktywnej polityki zagranicznej poza potencjalnym obszarem konfliktu niech będzie wizyta okrętów JMSDF w Polsce i próba zacieśniania stosunków na płaszczyźnie militarnej.

Najbardziej trafnym wydaje się być przekonanie o przewadze przeciwnika. Tu jednak napotykam na pewien problem logiczny. Po pierwsze zagrożenie może nadejść niekoniecznie ze strony dominującej potęgi. W końcu żyjemy w świecie, gdzie struktury pozarządowe i ponadnarodowe są równie groźne co państwa. Jeśli jednak będziemy wystawieni na prowokacje ze strony przeważającej siły to nasze działanie ma sens i szanse powodzenia wówczas gdy założymy, że przeciwnik ma ograniczone cele. Mamy więc do czynienia ze sporem nie będącym dla przeciwnika zagrożeniem istotnym i do realizacji którego przeznacza tylko fragment swoich sił. Dlaczego więc wówczas z góry zakładamy przewagę sił atakujących? Jeśli podważymy ten podstawowy argument za stosowaniem koncepcji niedostępności terytorialnej, to wówczas, jak zauważa Sam Tangredi:

W skrócie, bez przekonania o strategicznej przewadze oponenta, optymalizowanie sił zbrojnych pod kątem niedostępności terytorialnej nie jawi się ani jako niezbędne ani atrakcyjne. Zamiast tego, siła własnej armii na polu walki i zdolność do operowania poza obszarem konfliktu może nawet skuteczniej zapobiec jakiemukolwiek potencjalnemu atakowi. Koszty realizacji strategii niedostępności terytorialnej mogłyby być lepiej wykorzystanie do optymalizacji własnych sił.

Małe inwestycje i duży efekt. Włoscy płetwonurkowie zatapiają Viribus Unitis w porcie przeciwnika .

Małe inwestycje i duży efekt. Włoscy płetwonurkowie zatapiają Viribus Unitis w porcie przeciwnika .

Co więc w zamian? Proponowane podejście miałoby sens, gdybyśmy umieli precyzyjnie a wręcz chirurgicznie rozdzielić A2/AD od podejścia klasyków do obrony przed silniejszym przeciwnikiem i uzasadnić przewagę takiego teoretycznego wsparcia strategii obronnych. Klasycy oferują jednak wystarczająco dużo przemyśleń na temat i to zarówno w domenie wojny na lądzie jak i na morzu. Twierdzenia von Clausewitza o wyższości obrony nad atakiem nie brzmią tak medialnie jak “Polskie Kły”, ale już wersja “aktywnej obrony” w  wydaniu Mao Tse Tunga wydaje się być równie chwytliwa. Sir Julian Corbett powtarza za von Clausewitzem, że „prawdziwa obrona oznacza oczekiwanie na szansę do ataku” a „ogólna polityka obronna może się składać z serii mniejszych operacji ofensywnych”. Narzucenie sobie z góry przekonania o wyższości przeciwnika jest niekoniecznie i niekorzystne. Z góry może sugerować rozwiązania, które blokują ofensywne nastawienie sił zbrojnych. Jeśli wziąć pod uwagę twierdzenie Juliana Corbetta o tym, że struktura floty powinna być odzwierciedleniem dominujących poglądów, to brak precyzyjnego rozróżnienia pomiędzy koncepcją niedostępności terytorialnej a aktywną obroną może zaowocować chybionymi inwestycjami. Ilustracją niech będzie pomysł samolotów patrolowych CASA. Zgodnie z tym co wiemy już o A2/AD, posiadanie informacji jest kluczowym elementem strategii. Co jednak, jeśli konflikt rozstrzyga się głównie na lądzie a obszar patrolowany jest w zasięgu lotnictwa przeciwnika mającego strategiczną przewagę. Systemy ISR czy C2 będą wśród pierwszych celów do zniszczenia. Być może rozsądniej byłoby inwestować w drony? Albo porzucić koncepcję i założyć bardziej wyrównane szanse z możliwością walki o uzyskanie przynajmniej chwilowej i lokalnej przewagi. Wówczas samolot załogowy da nam lepszą informację i warto zaryzykować?

Samolot patrolowy czy drony? Zależy od subtelnych różnic w formułowaniu strategii

Samolot patrolowy czy drony? Zależy od subtelnych różnic w formułowaniu strategii

Odmowa terytorialna może być spójna z koncepcją odstraszania i często bywają one wymieniane jednym tchem. Pokazujemy przeciwnikowi, że atak na nas nie tylko będzie kosztowny ale mamy kły i możemy się odgryźć. Tylko czy aby na pewno? Zbyt często zapominamy o niedocenianym psychologicznym aspekcie odstraszania. Powracam do tego, co na ten temat mówi Sam Tangredi:

W dyskusji o odstraszaniu jako elemencie niedostępności lub anty-niedostępności terytorialnej należy pamiętać, że odstraszanie nie jest własnością fizyczną – jest to stan umysłu. Odstraszanie występuje gdy rządowi decydenci są przekonani, że potencjalny oponent posiada zarówno technologię jak i wolę do uniemożliwienia osiągnięcia celu. Zarówno możliwości jak i wola muszą być oczywiste dla decydentów, jeśli mają odwieść ich od podjęcia akcji.

Założenie o strategicznej przewadze przeciwnika utrudnia nam przekonanie go o naszej zdolności do uniemożliwienia mu osiągnięcia celu. W końcu ma wystarczającą przewagę, prawda? Autor analizując wojny z przeszłości dochodzi do wniosku, że technologia w ogóle ma mały wpływ na wynik zmagań z obroną opartą o ideę niedostępności terytorialnej. Na poziomie samej technologii podkreśla on konieczność nie tylko precyzji ale i siły oraz ciągłości ognia. To zakłada odporność na ciosy i duży zapas amunicji i wiele platform. Dlatego konwencjonalne odstraszanie jest tak trudne.

Niedawno ukazał się tekst warty lektury i napisany z dużą dozą poczucia humoru, zatytułowany How Poland Came to Be a Major EU Power a w nim zdanie:

As for the Poles, everyone knows why they don’t budge: they have an inferiority complex and a strong dose of territorial angst.

Z koncepcją A2/AD w odniesieniu do Polski mam dwa problemy. Pierwszy to obawa, że cytowane zdanie ma zbyt duży wpływ na nasz sposób myślenia o bezpieczeństwie narodowym. Drugi to pytanie na ile Marynarka Wojenna jest właściwym narzędziem do realizacji obranej koncepcji oraz czy flota nie byłaby bardziej przydatna do budowania relacji wzajemności w ramach zarówno EU jak i NATO.

Nov 072013
 

Odbywane właśnie ćwiczenia NATO „SteadfastJazz 2013” ze względu na swoją wagę zarówno polityczną jak i militarną, mają duże szanse na kształtowanie kształtu naszej floty i charakterystyk poszczególnych okrętów. Czy możemy więc analizując ćwiczenia określić trochę precyzyjniej minimalne wymagania dla Mieczników czy Czapli?

To, że doświadczenia operacyjne są i powinny być ważnym czynnikiem w definiowaniu charakterystyk okrętów nie jest niczym nowym. Nie należy co prawda zapominać, że podobnie jak w przypadku marksistowskiej tezy o bycie kształtującym świadomość i posiadającej równie prawdziwą antytezę o świadomości kształtującej byt, tak charakterystyki okrętów wpływają na taktykę i sposób ich użycia.

Obszarem, który w przypadku korwety jest chyba najbardziej dyskusyjnym, wydaje się być obrona przeciwlotnicza i przeciwrakietowa. Problem bierze się z samej definicji korwety czyli okrętu „mniejszego niż fregata”, która to definicja dotrwała do dzisiaj. Z jednej strony grozi nam niebezpieczeństwo zbudowania okrętu zbyt drogiego, aby był bezbronny. Z drugiej zaś każda próba dozbrojenia takiego okrętu może zaowocować istotnym wzrostem wielkości i kosztu i tym samym zmiany kategorii na fregatę. Pisał o tym D.K.Brown w swojej książce The Future British Surface Fleet pojawiającej się nie po raz pierwszy na tym blogu. Z tym samym problemem borykają się Amerykanie w przypadku LCS-ów, o czym wspomina autor artykułu w USNI Proceedings, Capt. Robert Carney Powers (aby przeczytać całość wymaga prenumeraty):

Kluczowym mankamentem LCS wymienionym w raporcie OPNAV, jak twierdzi żródło, jest niezdolność do efektywnej obrony przed pociskami przeciw-okrętowymi (ASCM), bronią przenoszoną przez setki małych i szybkich jednostek będących w posiadaniu praktycznie każdej potencjalnie wrogiej floty.

Rozważa się więc „dozbrojenie” okrętów, co jak się przewiduje, może doprowadzić do wzrostu wyporności o 500 do 1.000 ton przy próbie utrzymania dotychczas planowanego kosztu na poziomie $600-700 mln. Pomijając wątpliwą realność przeprowadzenie takiej modernizacji „bezkosztowo” (skąd my to znamy?), to mówimy o okręcie wielkości i koszcie OHP. Jak więc uniknąć wspomnianej pułapki? Kluczem wydaje się być znalezienie właściwego kompromisu pomiędzy siłą ognia, zasięgiem i liczbą zabieranych pocisków przeciwlotniczych i przeciwrakietowych oraz określenia co korweta może zrobić samodzielnie a co nie. To zaś zależy w pewnym stopniu od scenariusza. W przypadku Steadfast Jazz 2013, najkrótszy opis znajduję na stronie Polski Zbrojnej:

Główny scenariusz zaplanowanych na 2-9 listopada manewrów jest następujący: na Estonię napadają wojska nieistniejącego państwa Czerwonych.

Tu dygresja. Trudno się nie uśmiechnąć czytając powyższe zdanie. Powracając do tematu, prezentacja Szefa Sztabu pokazuje, że wybrano wariant ograniczonego konfliktu, ale warto zwrócić uwagę na mapę konfliktu regionalnego, stawiającego naszej korwecie wyższe wymagania. Geografia ma znaczenie. Ewentualny konwój z posiłkami dla Estonii płynie cały czas wzdłuż wybrzeża przeciwnika i być może zostawiając za plecami główne bazy przeciwnika. Typowym zagrożeniem będą więc kutry rakietowe, baterie nadbrzeżne, lotnictwo czy podobna do naszej, korweta przeciwnika.

SteadfastJazz2013-1.001

Powracam więc do równania salwy Capt. Wayne’a Hughesa, które w skrócie mówi, że po wymianie salwy rakietowej, siły każdego z oponentów zmniejszą się o poniższą wartość:

Straty = (liczba atakujących rakiet – liczba rakiet unieszkodliwionych przez obronę)/odporność bierną okrętu na trafienie rakietą.

W przypadku małych okrętów jak korweta, odporność przyjmujemy dla uproszczenia jako jeden, chociaż istnieją analizy danych rzeczywistych z dotychczasowych konfliktów wskazujące na liczbę 1.2 (An analysis of the historical effectiveness of anti-ship cruise missiles in littoral warfare). Poniżej wyniki zabawy z arkuszem kalkulacyjnym w wybranymi wariantami.

Korwety muszą działać w "stadzie"

Korwety muszą działać w “stadzie”

Symulacje polegające na zmianie założeń jak siła defensywna czy ilość jednostek prowadzą do kilku spostrzeżeń:

  • w przypadku pojedynku korweta vs. korweta mamy do czynienie z remisem w dwóch wariantach. Jeśli obrona przeciwlotnicza okrętu posiada zdolność do zwalczenia typowej salwy przeciwnika, wówczas żadna ze stron nie jest w stanie wygrać ani zaszkodzić drugiej. Inne czynniki muszą rozstrzygnąć o wyniku. Jeśli obrona jest słabsza od ataku, co jest typową sytuacją, to mamy do czynienia z pewną wygraną strony atakującej jako pierwsza. Żadna strona nie jest w stanie obronić się przed przeciwnikiem.
  • w pojedynku z bateriami nadbrzeżnymi lub kutrami rakietowymi, korwety powinny działać w zespołach po 2-3 jednostki aby mieć szansę na skuteczną obronę. Natomiast siła ofensywna takiego zespołu nie zostawia przeciwnikowi szans. Układ premiuje tego, kto odda salwę jako pierwszy. Rozpoznanie odgrywa istotną rolę.
  • ilość zabieranej amunicji przez okręty wystarcza raptem na 2 – 4 salwy, co nie stanowi dużo w przypadku walki na wodach przybrzeżnych. Wydaje się, że artyleria może i powinna być uzupełnieniem i „drugą linią” obrony. Eksperymenty OTO Melary z amunicją kierowaną stają się coraz bardziej atrakcyjne w scenariuszu Steadfast Jazz 2013.
  • środki zakłócające są niezwykle skuteczną obrony. Wartości efektywności przeciwdziałania używane w symulacji mieszczą się w zakresie do 30-40%. Czy to jest realne? Wspomniana wyżej analiza stwierdza, że na 3 rakiety z 4 wystrzelonych udało się zmylić, przy czym po roku 1982 wskaźnik spadł do 55%.
  • Lotnictwo nie było symulowane i wymaga osobnego komentarza. Użycie samolotów ma charakter silnie destabilizujący używany model. Jest to spowodowane przede wszystkim zdolnością do działania w trybie „stand-off”, czyli spoza zasięgu obrony, oraz możliwością wygenerowania dużej ilości ataków w jednostce czasu dzięki szybkości i możliwości uzupełniania amunicji. Co gorsza dla okrętów, naturalna dążność do zwiększania zasięgu obrony przeciwlotniczej jest relatywnie łatwa do skontrowania, gdyż zasięg bomb kierowanych (patrz przykład GBU-53 SDB) rośnie szybciej niż obrony i są one tańsze w rozwoju niż systemy okrętowe. Pozostaje określenie minimalnego zasięgu dla obrony przed najprostszą amunicją jak rakiety i bomby niekierowane i pozostawienie obrony przeciwlotniczej własnemu lotnictwu.

Czy jawi się więc jakieś rozwiązanie konkretne? Jeśli poświęcić wymóg średniego zasięgu na rzecz siły ognia to mamy co najmniej dwie alternatywy. Jedną jest system samoobrony ale zdublowany, np. RAM lub też coś, co być może powstanie na bazie rakiety Błyskawica i radaru RSKu-253. dodatkową zaletą jest potencjalnie większy zasób amunicji. Rozwiązaniem alternatywnym i pośrednim jest VL MICA wspierany przez amunicję kierowaną do armaty OTO Melara. W przypadku VL MICA możliwe, że zdublowanie jednostki kierowania ogniem (sequencer) da pożądany efekt. W materiałach reklamowych pokazuje się możliwość zwalczania 4 celów w 6 sekund. Dwa zestawy wyrzutni po 12 rakiet daje już przyzwoity zapas amunicji pod warunkiem posiadania przez korwetę odpowiedniego zapasu miejsca i wagi. CAMM jest na razie trochę znakiem zapytania, ale reprezentuje duże możliwości. Pozostaje pytanie o standaryzację pomiędzy Czaplą i Miecznikiem. Czy Marynarka Wojenna chce jednego czy dwa systemy. Wspomniane alternatywy pozwalają na standaryzację a siłę ognia można zwiększać poprzez multiplikacje systemów, bądź ich elementów. Jak na razie w specyfikacji mamy dwa różne systemy.

Pytanie pod adresem Marynarki Wojennej pozostaje otwarte, na ile ceni sobie zasięg w porównaniu do siły ognia i zapasu amunicji, paradując wzdłuż wybrzeża wroga tam i z powrotem, zgodnie ze scenariuszem ćwiczeń.

 

Nov 022012
 

Plan modernizacji marynarki wojennej ogłoszony w marcu jest niewątpliwie bardzo pozytywnym znakiem, ale dla postronnego obserwatora pozbawiony koncepcyjnej podbudowy. Być może ona istnieje, lecz jest po prostu nieopublikowana czy też nie znana szerszemu gremium. Jestem skłonny zaryzykować stwierdzenie, że plan jest swoistym kompromisem wynikającym z dwóch rzeczy. Problemów ze sformułowaniem strategii dla Polski w jej położeniu geostrategicznym, pomiędzy tradycyjnymi dwoma europejskimi potęgami lądowymi z jednej strony oraz doświadczeń operacyjnych Marynarki Wojennej wynikającej z ponad 10-cio letniej współpracy z NATO i uczestnictwa w operacjach sojuszniczych z drugiej strony. Pomiędzy tymi dwoma procesami brak jest łącznika scalającego plan modernizacji w spójną strategię kierującą rozwojem taktyki i techniki.

Tytułowe pytanie mieszkańca podkrakowskich Bronowic sprzed ponad 100 lat w Weselu Wyspiańskiego zaskakuje szerokością spojrzenia i zachęca dzisiaj do spoglądania na doświadczenia innych, choćby tak odległych krajów, jak Chiny. James Holmes w artykule wartym przeczytania w całości, rozwija wątek floty obrony wybrzeża, działającej w zasięgu rakiet przeciw-okrętowych czy balistycznych, co we współczesnych realiach oznacza setki mil:

Chiny próbują połączyć stare koncepcje i nową technologię w coś, co komandor US Navy i znany teoretyk potęgi morskiej, Alfred Thayer Mahan nazwał “fortress fleet”, flotę działającą prawie wyłącznie pod osłoną wsparcia ogniowego z lądu.

Kluczową cechą tej strategii jest fakt, że nowoczesna technologia daje możliwość wyrwania się Ludowo-Wyzwoleńczej Marynarki Chin (PLAN) poza wody przybrzeżne.

Źródła takiej strategii tkwią w koncepcji aktywnej obrony, doktryny wypracowanej przez Mao Zedonga w czasie wieloletniej walki najpierw z okupacyjną armią Japonii a później w trakcie wojny domowej. Jakkolwiek sekretarz Mao czerpał wiele z Sun Tzu, to 100 lat wcześniej w Europie, Carl von Clausewitz twierdził podobnie, że silniejszą formą walki od ataku jest obrona. Przy czym obaj teoretycy zgodnie krytykowali obronę tylko pasywną. W książce Red Star over Pacific jest cytat z Mao Zedonga:

Walka obronna, która posiada pasywną formę, może być aktywna w swej treści i może być zmieniana z fazy, w której jest pasywna w formie do fazy, w której jest aktywna zarówno w formie jak i treści.

Dla Mahana koncept miał wydźwięk negatywny, bo zasięg artylerii był mały, co w konsekwencji prowadziło do pasywnej postawy floty i utratę inicjatywy. Technologia daje jednak starej koncepcji nowe życie i pozwala na operowanie daleko od własnego wybrzeża, co powinno zniwelować negatywne skutki opisywane przez amerykańskiego teoretyka. Dla nas oznacza to rozszerzenie zasięgu operacyjnego poza Bałtyk. Ponadto “forteca” kontrolująca otaczające wody z lądu ma szansę na zniwelowanie psychologicznego poczucia nierówności sił i zwolnienia sił nawodnych do realizowania zadań dyplomatycznych i budowania sojuszy na obszarze Bałtyku jak i poza granicami, co jest o wiele bardziej spójne z doświadczeniami operacyjnymi Marynarki Wojennej w ostatniej dekadzie.

Powyższe stwierdzenia dotyczą głównie sił nawodnych, ale ma również zastosowanie dla kontroli sytuacji pod powierzchnią morza. Nie tylko można wykorzystywać śmigłowce ZOP bazujące na lądzie co pozwala na zastosowanie znacznie większych maszyn o większym zasięgu, udźwigu i mniejszej wrażliwości na pogodę, ale pozwala także na zainstalowanie sieci sensorów na dnie morza. Przykładem niech będą dość zaskakujące dane z pierwszego okresu II wojny światowej prowadzonej na obszarze Kanału La Manche i wód przyległych. Poniższy cytat pochodzi z książki Naval Warfare in the English Channel 1939-1945:

Niemcy odważnie i zdecydowanie użyli swoje flotylle niszczycieli do stawiania min w samym kanale La Manche, u wrót głównych baz brytyjskiej marynarki, w zasadzie niezauważalnie i z sukcesem. U-booty nie osiągnęły takiego sukcesu, gdyż było ich mało, a ich zastosowanie spodziewane. Przeciwdziałanie jak patrole czy położenie defensywnych pól minowych, wkrótce spowodowało, że U-booty zapłaciły wysoką cenę i ich działalność została wkrótce wstrzymana.

Trzecia i ostateczna faza zablokowania dostępu do Kanału La Manche dla niemieckich okrętów podwodnych nastąpiła po położeniu pól minowych, poprzez położenie pomiędzy polami podwójnego systemu pętli wykrywających, które notowały każde przejście jakiegokolwiek okrętu podwodnego przez wzbudzanie prądu elektrycznego w kablu leżącym na dnie morza.

W późniejszym okresie zarówno okręty podwodne jak i lotnictwo odegrało swoją role, ale mówimy o początkowym okresie około 18 miesięcy, czyli dość długim. Innym przykładem, znacznie nam bliższym, są idee wielkiego innowatora Royal Navy, Sir Johna “Jackie” Fishera. Stanął on wobec skomplikowanego problemu utrzymania prymatu Royal Navy na morzach w sytuacji coraz silniejszych ograniczeń finansowych i gwałtownie rozwijających się nowych technologii. Jeśliby rozwijana przez Francuzów doktryna Jeune Ecole wojny asymetrycznej okazała się skuteczna, olbrzymi kapitał zainwestowany we flotę pancerników okazałby się bezużyteczny. Sir John Fisher zdołał wykorzystać siłę nowych koncepcji i technologii dla swoich celów i stworzył wizję dwuczłonowej floty:

  • krążowniki liniowe dzięki swojej prędkości i nowatorskiemu zastosowaniu jednolitej artylerii dużego kalibru były zdolne do obrony linii komunikacyjnych i posiadłości rozległego imperium
  • obronę własnych wód przybrzeżnych zapewnić miały asymetryczne nowinki jak miny i torpedy przenoszone przez okręty podwodne i flotylle nowo powstałej klasy niszczycieli, wspierane przez całkiem nowe, ale moralnie przestarzałe pancerniki.

Był to również okres szybkiego rozwoju łączności radiowej, która pozwalała na tworzenie obrazu sytuacji jeszcze nie taktycznej ale strategicznej na skalę globalną, co Norman Friedman celnie nazwał Picture Centric Warfare. Taki obraz był niezbędny do efektywnego wykorzystania małych i szybkich zespołów krążowników liniowych. Tak samo jak dzisiaj jest konieczny do naprowadzania rakiet dalekiego zasięgu, odpalanych z “fortecy”. Stare powiedzenie mówi, że nie ma róży bez kolców, o czym przekonał się Sir John Fisher już przy budowie Dreadnoughta, który był w zasadzie kompromisem między jego pomysłami a werdyktem bardziej tradycyjnej komisji Comitee on Designs. W październikowym numerze Proceedings, komandor Gerard D. Roncolato USN, wskazuje na potencjalne problemy związane z wprowadzaniem radykalnych idei w życie:

  • z perspektywy długiego okresy pokoju bez przeciwnika na morzu, powstaje pytanie w jaki sposób marynarka wojenna ma ożywić swoje myślenie koncepcyjne o pełnym spektrum działań wojennych na morzu w warunkach zmian w technologii i nowo powstających rywali
  • jak nowa technologia ma być wprowadzona do floty w znaczeniu zarówno materialnym jak i doktrynalnym
  • przyznając, że często systemy zbudowane z myślą o jednym celu są używane z czasem do innych celów (jak w przypadku brytyjskich krążowników liniowych), w jaki sposób marynarka ma zamiar zarządzać ryzykiem związanym z taką sytuacją

Z tego punktu widzenia w warstwie materialnej plan modernizacji marynarki nie wygląda źle i jest dość wyważony pomiędzy tradycją a nowoczesnością. Warstwa doktrynalna jest jednak głęboko ukryta dla postronnego obserwatora. Niemniej powyższa mieszanina starej koncepcji i nowej technologii może być atrakcyjna poprzez możliwość połączenia w spójną całość operacyjnego doświadczenia floty i obronnych koncepcji Sztabu Generalnego.

May 142012
 

Tak można by podsumować dyskusję toczącą się ostatnio na blogach Informationdissemination i Cimsec na temat Littoral Combat Ship. Wydawałoby się, że na temat tej nowej klasy okrętów powiedziano już wszystko. Najwyraźniej za mało, co jest dowodem na tezę, że jasność koncepcji i jej miejsce w strategii są ważniejsze niż charakterystyki techniczne poszczególnych jednostek. To jest najwyraźniej lekcja dla nas do odrobienia, przy definiowaniu czym ma być Okręt Obrony Wybrzeża. Pokrótce streśćmy główne tezy dyskusji i zacznijmy od serii cytatów:

Jest bardzo łatwo skupić się na tym, czym ten okręt (LCS) nie jest. Jest o wiele trudniej spojrzeć w przyszłość i stwierdzić, czym może on być.
Rear Adm. Thomas Rowden, USN

LCS jest wyrazem technologii defensywnej – jest użyteczny w obronie pozwalając Stanom Zjednoczonym zabezpieczyć morza przed bezprawiem i wspólnie z sojusznikami i partnerami zapobiec ekspansji wpływów Chin, które używają w tym celu środków “soft power”.

Siła taktyczna nie zawsze przekłada się na strategiczną użyteczność. Dobrze by było zapamiętać, że “Cooperative Strategy for 21st Century Sea Power” stwierdza: zapobieganie wojnie jest równie ważne jak ich wygrywanie.
LT Kurt Albaugh, USN

Dobre wieści są takie, że nie zgadzam się z Panem Albaugh. LCS może być użyte w sposób ofensywny, torując drogę do projekcji siły. I nie zgadzam się z Panem Hipple, że okręt został zaprojektowany bez misji czy w oderwaniu od strategii.

To nie znaczy, że LCS może wykonywać każdą misję niszczyciela czy fregaty – ale to jest OK, to nie jest to, co Marynarka miała na myśli lub potrzebuje czynić.
LT Scott Cheney-Peters, USN

Wobec tak rozbieżnych opinii samego użytkownika (wszyscy autorzy są oficerami USN), pozostaje chyba wybór pomiędzy powrotem do źródeł koncepcji lub też przeciwnie, wykorzystując potencjał modyfikacji tkwiący w okręcie, przekształcić go w kierunku klasycznej korwety. Mnie bardziej interesuje ścieżka pierwsza. Uzasadnienie znajduję w numerze kwietniowym USNI Proceedings, poświęconemu relacjom amerykańsko – chińskim. Przewija się tam wątek Tajwanu, wobec którego Chiny bez ogródek formułują swe intencje. Tajwan posiada 8 fregat Olivier Hazard Perry i zamierza dokupić jeszcze cztery. Czy to naprawdę będzie stanowiło przeciwwagę dla dynamicznie rozwijającej się potęgi morskiej Chin? Nawet Indie i Japonia nie są w stanie sprostać morskiemu wyścigowi zbrojeń z Chinami. Dysproporcja będzie się pogłębiać. Pozostaje więc droga “dla ubogich” czyli walka asymetryczna. Czy klasyczna korweta spełni się w tej roli? Zanim odpowiemy sobie twierdząco, wydaje się, że lepiej przestudiować koncepcje alternatywne.

Robert Work, zanim został Podsekretarzem Marynarki napisał następujące zdanie w swojej analizie Naval Transformation and the Littoral Combat Ship (zainteresowanym polecam i ostrzegam – dokument ma 190 stron):

Jedynym okrętem z załogą, który obecnie mógłby spenetrować sporne wody przybrzeżne, to okręty specjalnego przeznaczenia, o ekstremalnie zredukowanych sygnaturach lub też okręty o ograniczonych sygnaturach z ekstremalną odpornością na ciosy. Jedynym pojazdem, który mógłby operować na wodach zdominowanych przez przeciwnika to są systemy bezzałogowe.

Tu dygresja i ciekawostka – do wyżej wymienionej definicji pasuje zarówno Visby jak i Zumwalt. Koncepcja Streetfightera zainicjowana pracami Wayne’a Hughesa, przeobraziła się po symulacji Global 2000 War Game w trzy osobne koncepcje:

  • małego, modułowego okrętu bojowego o przenoszonym ładunku 160 ton
  • trochę większego, modułowego i szybkiego transportowca o ładowności 400 ton
  • oraz niewielkiego okrętu lotniczego o ładowności 1200 ton, przenoszącego 7 samolotów F-35 i dwa śmigłowce.

Kombinacja powyższych miała zapewnić bezpieczną dostawę dóbr i usług na ląd w trakcie operacji połączonych sił zbrojnych, jak definiował to Wayne Hughes. Pierwsza idea zamieniła się w LCS a druga w JHSV. Trzecia, nazwana roboczo Sea Archer wciąż czeka na swój dzień. Czym jednak LCS wyróżnia się od korwety? Prędkość nie jest wyróżnikiem, chociaż przykuwa uwagę. Cechą dominującą jest modułowość i szerokie użycie pojazdów bezzałogowych, kompensujących brak znaczącej redukcji sygnatur i odporności na ciosy. Dla nas ważne jest to, aby zachować pewnego rodzaju uniwersalność Okrętu Obrony Wybrzeża. Rozumiem przez to, że OOW powinien móc operować na wodach zamkniętych jak Bałtyk ale i u wybrzeży Somali czy Afryki, tam gdzie będzie tego wymagała racja stanu bądź zobowiązania sojusznicze. Oznacza to zdolność to samodzielnego przejścia z Bałtyku na przybrzeżne wody innego obszaru geograficznego, a co za tym idzie odpowiednią dzielność morską, zasięg i samowystarczalność.

Na zakończenie dygresja idąca w zupełnie innym kierunku. Chciałbym zwrócić uwagę na wspomniany blog CIMSEC. Jest on prowadzony w większości przez czynnych oficerów USN. Stany Zjednoczone mają długą, bogatą a czasem burzliwą tradycję relacji cywilno-wojskowych i nadzoru polityków nad armią. Oficerowie zabierają jednak głos w dyskusji na kontrowersyjne tematy i jest to akceptowane. Istnieje więc możliwość rozróżnienia krytyki od nieposłuszeństwa, co warto przestudiować głębiej.

Mar 252012
 

Wygląda na to, że z trzech najbardziej znanych teorii wojny na morzu, Alfreda Thayera Mahana, Sir Juliana Corbetta i Jeune Ecole, Polska wybiera ostatnią. Pytanie, czy jest ona najkorzystniejsza, lub choćby najbardziej spójna z poglądami Prezydenta i BBN-u? Zacząć należy od pytania, czy rzeczywiście jesteśmy zaangażowani w realizację nowej mutacji Jeune Ecole.

Szybkie spojrzenie na listę zakupów MON na 2012 rok pokazuje, że z 276 pozycji około 20 dotyczy Marynarki Wojennej. Wśród nich dominują zakupy dotyczące szeroko pojętego C2, rozpoznania i wojny minowej. Tylko dwie dotyczą inwestycji w nowy sprzęt – śmigłowce i okręt podwodny. Jeśli dodać do tego najnowszy nabytek – Nadbrzeżny Dywizjon Rakietowy, to trudno o lepszą ilustrację systemu odmowy dostępu, czyli współczesnej wersji Jeune Ecole. Na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się być w zgodzie z Prezydenckimi postulatami obrony kraju i ograniczenia się do Bałtyku Plus.

Sięgnijmy jednak do źródeł. Jeune Ecole w swoim zamyśle, narodziła się we Francji jako sposób na przełamanie dominacji Royal Navy. Torpedowce miały zadać cios brytyjskim pancernikom, a krążowniki i okręty podwodne niszczyć żeglugę Anglii. W pewnym sensie była to pierwsza, formalna doktryna asymetryczna. Miało to sens w odniesieniu do przeciwnika, będącego potęgą morską i nie posiadającego z Francją granicy lądowej. A w naszym przypadku? Aby zachować chociaż trochę poprawności politycznej i postarać się nie urazić nikogo, użyjmy tylko dla celów poglądowych, historycznych oponentów Polski. Dwóch spełnia podstawowy warunek braku granicy lądowej z Polską – Szwecja i Turcja. Zwalczanie morskich linii zaopatrzenia i odmowa dostępu są wtedy strategicznie uzasadnione. Szczególnie w sytuacji jakiejkolwiek potęgi przedostającej się na Bałtyk przez Cieśniny Duńskie. Czy przewidujemy jednak powtórkę z Jana III Sobieskiego lub z Potopu?
Natomiast w przypadku obu naszych wielkich sąsiadów, z którymi graniczymy, to działania na morzu będą pod olbrzymim wpływem rozwoju wydarzeń na lądzie. Przypadek Rosji jest dla nas bardziej interesujący z powodu izolacji Kalliningradu od reszty kraju. Zaopatrzenie może tam docierać bądź drogą morską, bądź poprzez Republiki Bałtyckie. Tym sposobem docieramy do prostej konkluzji, że kluczem jest przesmyk przez Mierzeję Wiślaną i oba porty na Zalewie, a alternatywą jest zajęcie Republik i prawdopodobny konflikt z całym NATO. Odcięcie dostaw do obwodu może stać się celem wyznaczonym Marynarce Wojennej przez Sztab Generalny, ale według Corbetta, byłoby to możliwe przy posiadaniu przewagi na morzu, co jest zaprzeczeniem idei Jeune Ecole. NDR jest w stanie, przynajmniej teoretycznie “zakorkować” przesmyk, ale odsunięcie go o choćby kilkadziesiąt kilometrów w tył za pomocą działań na lądzie zabezpieczy oba porty. Pozostaje więc marynarka, ale jaka? Czy któraś z pozostałych teorii wojny morskiej jest nam w stanie pomóc? Moim zdaniem, obie. Sir Julian Corbett podkreślał, że wojny rozstrzygają się na lądzie a działania morskie mają o tyle znaczenie, o ile wpływają na wydarzenia na lądzie. I tego wątku trochę mi brakuje w skądinąd żywej i ciekawej dyskusji na forach. Drugim rysem charakterystycznym wspomnianej dyskusji jest skoncentrowanie się na obronie (aż do stwierdzenia jej niemożliwości) przy jednoczesnym braku rozwijania myśli ofensywnej. Nawet w sytuacji znaczącej przewagi przeciwnika, można zastosować “aktywną obronę” w interpretacji mistrza walki partyzanckiej, Mao Zedong – “obrona służy do kontrataku i przejścia do ofensywy”. Do Mahana należą z kolei słowa:

Prawdziwe tempo wojny to nie jest pędzenie w przód na złamanie karku, tylko nieustanny strumień energii nie tracącej czasu.

Zresztą dopóki nie dojdzie do eskalacji, nasz przykład Kalliningradu dotyczy sił znajdujących się w danym momencie na terenie obwodu, a nie całych sił Federacji. Polityczna poprawność nie pozwala nam na otwarte rozważanie realnych scenariuszy zagrożeń, o których być może w głębi duszy myślimy. Oficjalne dokumenty BBN-u publikowane na stronie internetowej mogą więc pozostać w zawieszeniu, niewykorzystane. A propos Szwedów. Szukając ilustracji do tego wpisu, natknąłem się na obraz bitwy pod Oliwą. Przyznając się do historycznej niewiedzy, zerknąłem na opis bitwy. I co znalazłem? Ciekawy scenariusz do powyższej dyskusji. Bitwa była istotnym, ale epizodem w wojnie lądowej ze Szwedami. Przeciwnik używał sił morskich do transportu wojska i ekonomicznej blokady Polski. W bitwie pod Oliwą flota polska była liczniejsza, lecz okręty były słabiej uzbrojone a załogi słabiej wyszkolone. Strona polska wykorzystała atut zaskoczenia i uzyskała zwycięstwo. Dwie uwagi – to nie była asymetryczna walka odmowy dostępu, tylko bitwa równych sił, z których jedna wykorzystała lepiej taktycznie swoje punkty silne. Druga uwaga to cytat z książki Toshi Yoshihara i Jamesa Holmesa, Red Star over Pacific:

Nie bez powodu pułkownik John Boyd ogłosił, że ludzie, idee i sprzęt – “w tej kolejności” – są podstawowymi determinantami rywalizacji jaką są działania wojenne. Lub bardziej dokładnie, Mao Zedong odrzucił “tak zwaną teorię, że uzbrojenie decyduje o wszystkim, co leży u podstaw mechanicznego podejścia do zagadnień wojny. … To ludzie, nie rzeczy są czynnikiem decydującym”

Na koniec cytat podsumowujący, również z tej samej książki:

Flota obrony wybrzeża otwarcie przyznaje się do swojej niższości wobec przeciwnika, nie przyznając się jednocześnie do porażki.

Być może jest to zgodne z naszym stanem ducha, ale czy zgodne z naszymi interesami i potrzebami?