Oct 112015
 

Marynarka Wojenna RP ponownie staje w punkcie decyzyjnym i to nie tylko ze względu na zbliżające się wielkimi krokami wybory, ale też z powodu kilku doniesień medialnych. Czasem uświadomienie sobie kilku prostych liczb lub dat zmusza do świeżego spojrzenia na sprawę. Aktualna kadencja Sejmu trwa od listopada 2011 roku i zakończy się wyborami w październiku 2015 roku. Plan modernizacji marynarki wojennej opublikowany został w formie prezentacji w marcu 2012 roku. To, co zostało zakontraktowane i podpisane to projekt Kormoran, baterie nadbrzeżne NSM, remont fregaty OHP i dokończenie Ślązaka. Pozostałe główne projekty wymienione w planie pozostają na różnym etapie prac. Nie ujmujmy temu rządowi jego zasług – wiele pracy wykonano i wiele wysiłku włożono, aby marynarka wojenna mogła się odrodzić. Jednak kluczowym pytaniem pozostaje, czy nowy rząd będzie kontynuatorem realizacji planu opracowanego przez politycznego oponenta, czy też wygrają tendencje do wprowadzenia nowych pomysłów. Jeżeli do planu modernizacji wprowadzi się istotne zmiany to będziemy mieli do czynienia z ponurym faktem, że cykl decyzyjny pokrywa się z grubsza z cyklem wyborczym. Niewątpliwie preferowanym rozwiązaniem dylematu jest w krajach demokratycznych uzyskanie ponadpartyjnej zgody co do głównych projektów modernizacyjnych, zwłaszcza tych wieloletnich. Wsłuchując się w wypowiedzi polityków, można mieć co do tego wątpliwości. Alternatywą pozostaje drastyczne usprawnienie procedur MON-u i współpracujących ministerstw i próba zmieszczenia się z podstawowymi decyzjami wewnątrz cyklu wyborczego. Dlatego hasło „bliźniak dla Ślązaka” miało sens – to jeden z niewielu projektów nie wymagających niczego innego jak tylko decyzji.

Powiedzmy, że jesteśmy optymistami i ewentualną nową politykę modernizacyjną armii przyszłego rządu potraktujemy jako nowe otwarcie i szansę na korektę błędów. Niestety, wciąż będziemy wracali do kwestii podstawowej, a mianowicie kształtu naszej floty. W najnowszym numerze MSiO głos ponownie zabiera Andrzej Makowski w artykule „Czy Polsce jest potrzebna marynarka wojenna?”:

Ponad 20-letnia modernizacja Sił Zbrojnych RP (można nawet powiedzieć, że permanentna), mimo niewątpliwych osiągnięć, nadal nie daje odpowiedzi na pytania: czy Polsce potrzebna jest MW, a jeśli tak, to do czego ma służyć i jaki musi być jej potencjał? Nigdy też nie odbyła się wiążąca dyskusja (z wyjątkiem nieformalnych na łamach periodyków i forów internetowych), jaka MW jest nam potrzebna w nowych uwarunkowaniach geopolitycznych (NATO, UE, ONZ). Również jakaś narodowa „wada” charakterologiczna (megalomania?) nie pozwala nam w kolejnych strategiach bezpieczeństwa na proste stwierdzenie faktu, że Wojsko Polskie w całości nie jest zdolne do samodzielnej obrony państwa w razie starcia z „poważnym” przeciwnikiem, stąd podstawowymi środkami realizacji potrzeb bezpieczeństwa państwa pozostają: polityka, dyplomacja i sojusze.

Wygląda na to, że podstawowym zadaniem mediów jak i portali społecznościowych jest szerzenie świadomości prostych faktów zawartych w powyższym cytacie. Fachowcom i politykom pozostaje wciąż do rozwiązania problem jaki kształt floty zrealizuje wspomniane postulaty w najefektywniejszy sposób przy zadanych środkach finansowych. Obawiam się, że zwolennikom Marynarki Wojennej brak jest wiary w pozytywny wynik merytorycznych dyskusji między politykami i wojskowymi. Jako ostatnia deska ratunku pozostaje być może wiara w logikę. Gdzieś w początkach tego blogu użyto analogii do lejka, który eliminuje różne pomysły na drodze do ich realizacji poprzez stosowanie różnych ograniczeń. Zostają tylko te projekty, które przeszły przez sito wszystkich ograniczeń. Taka luźna wersja reductio ad absurdum. Na początek niemiła informacja dla wszystkich zwolenników fregat. Portal DefenseNews dzieli się z nami świeżymi doniesieniami ze Zjednoczonego Królestwa na temat kosztów programu tak zwanej taniej fregaty (przynajmniej w zamiarze), Type 26:

Burton wzmiankował o koszcie 12 mln funtów na projekt 13 fregat (według aktualnych założeń) mających zastąpić starzejące się jednostki ASW Type 23 zaczynając od 2023 roku, gdy HMS Argyll zostanie wycofana ze służby.

Liczba nie jest dokładnym kosztem programu, lecz raczej wskazówką oferującą słuchaczom wyobrażenie na temat wielkości programu w porównaniu z innymi, stwierdził informator z MoD.

Ta liczba została przez Burtona zaokrąglona w górę, a prawdziwy koszt jest według źródła informacji bliższy 11.5 mln funtów.

Fregata za 5 mld PLN nadaje nowe znaczenie słowu "affordable". Fotowww.royalnavy.mod.uk

Fregata za 5 mld PLN nadaje nowe znaczenie słowu “affordable”. Fotowww.royalnavy.mod.uk

To nam daje 5 miliardów PLN za jedną fregatę lub około 10-15 mld PLN za projekt dwóch fregat z kosztami dodatkowych pakietów logistyczno – szkoleniowych. Czyli chyba więcej niż mamy zamiar przeznaczyć na cały plan modernizacyjny marynarki wojennej? W podobnym nastroju utrzymuje nas inna informacja z portalu Defence24 na temat Orki, który to portal cytuje wiceministra obrony, Czesława Mroczka:

Studium wykonalności w tej sprawie, dokumentacja którą tworzymy, odpowie w perspektywie najbliższych miesięcy na pytanie, czy zasadne będzie pozyskanie wspólnie czy rozdzielnie. (…) Norwegowie mocno stąpają po ziemi i mówią że widzą interes we wspólnym działaniu z Polakami. Jeśli kupimy wspólnie np. osiem okrętów to będzie taniej, niż jeśli sami kupią 4-6, bo tyle mają w planie.

Po trzech i pół roku zataczamy koło i wracamy do punktu wyjścia, bo z góry było wiadomo, że koszt programu pozyskania okrętów podwodnych będzie mocno konkurował z inwestycją w okręty nawodne. Cała dyskusja na temat rakiet manewrujących problem tylko zaostrzyła. Dla wszystkich wątpiących proponuję poniżej prostą zabawę w bardzo zgrubne rachunki. Zabawa jest w księgowego bawiącego się klockami. Każdy klocek to „kwant” wydatków na poziomie około miliarda PLN. Projekt modernizacji to jakieś 10-13 mld PLN przy poziomie rocznym inwestycji 0.9 mld, co daje nam około 14 lat realizacji programu. Zakładając czas eksploatacji okrętów dwukrotnie dłuższy, na amortyzację naszej floty mamy 28 lat i podwójną wartość kwoty inwestycji, czyli 20-26 mld PLN. Co za to można kupić? Najpierw wymieńmy projekty, o których się wspomina i przypiszmy im z grubsza liczbę „kwantów” inwestycyjnych na realizację potrzeb:

  • rozpoznanie i C2 (1)
  • baterie nadbrzeżne NSM i przeciwlotnicze (2)
  • lotnictwo ASW (1)
  • zwalczanie min i okręty MCM (1.5)
  • przerzut wojska (1)
  • okręty wsparcia logistycznego (0.5)
  • okręty nawodne (?)
  • okręty podwodne (?)

Po podsumowaniu zainwestowaliśmy 7 mld PLN co pozostawia 3 mld w perspektywie 10 lat lub 13-19 w perspektywie 20 lat zaczynając po 2022-2025 roku. Czyli w najbliższym dziesięcioleciu okręty nawodne konkurują o środki z okrętami podwodnymi bo po zaangażowaniu pieniędzy w już uruchomione projekty, stać nas na 2-3 korwety plus być może 1-2 okręty patrolowe lub 2 okręty podwodne. Zamiast, nie razem. I to pod warunkiem, że rezygnujemy z okrętów wsparcia i przerzutu wojska. Nie dziwmy się zatem, że projekt Orka potrzebujący około 6-9 mld PLN będzie odkładany „na potem”, czyli po 2022 roku. Nie dlatego, że okręty nawodne mają wyższy priorytet, ale dlatego, że są one podzielne na mniejsze kwoty łatwiejsze do zarządzania (pamiętajmy – jesteśmy w roli księgowego) i o wiele bardziej prawdopodobna jest ich budowa w Polsce.

To nas prowadzi prostą drogą do trzeciej informacji medialnej ostatnich dni, czyli ataku okrętów Federacji Rosyjskiej na obiekty w Syrii. Smaczek tkwi w klasie okrętów odpalających rakiety manewrujące dalekiego zasięgu. Dwadzieścia sześć pocisków zostało wystrzelonych z czterech korwet Floty Kaspijskiej. Taka operacja jest ewidentnie pokazem siły dla celów dyplomatycznych i jest możliwa tylko w warunkach poczucia całkowitej bezkarności. Każdy z użytych do operacji okrętów jest wyposażony w ośmioprowadnicową wyrzutnię pionowego startu, które dla celów operacji były załadowane rakietami manewrującymi dalekiego zasięgu. To znaczy, że dla celów defensywnych pozostały artyleryjskie systemy samoobrony. Jeśli atak miałby jakiekolwiek istotne znaczenie dla strony atakowanej, należałoby się spodziewać przeciwdziałania. Albo zespół okrętów pozostaje poza zasięgiem przeciwnika, albo operacja odbywa się w czasie „pokoju” albo okręty mają silną osłonę czy eskortę. Przekładając na nasze warunki, przypadek pierwszy nie wchodzi w grę przy potencjalnie rozważanych konfliktach, drugi jest mocno teoretyczny a trzeci nie ma sensu, bo jeśli eskorta ma dać skuteczną ochronę to będziemy mieli do czynienia z fregatami i niszczycielami zdolnymi do samodzielnej operacji tego typu, na które to okręty mamy małe szanse o czym była już mowa.

Pozostaje jednak pytanie jaki optymalny zestaw uzbrojenia powinna nosić nasza korweta i do jakiego stopnia istnieje możliwość oddziaływania tej klasy okrętów na cele lądowe. Istnieje pokusa, aby do już długiej listy zdolności bojowych oczekiwanych od niewielkiego, bądź co bądź okrętu, dołożymy jeszcze wymóg przenoszenia rakiet dalekiego zasięgu. W przypadku Rosji, wykorzystano naturalną elastyczność wyrzutni pionowego startu do wystrzeliwania szerokiej gamy amunicji. Taka elastyczność zaczyna mieć jednak sens od pewnej minimalnej liczby wyrzutni, powiedzmy 16-stu. Jeden moduł z 8-ma wyrzutniami nie oferuje nawet minimum elastyczności jak pokazuje nam powyższy przykład. Dlatego do takich pomysłów należałoby podejść z najwyższą ostrożnością. Wracając do prostej wyliczanki, mając do dyspozycji „wolne” 3-5 mld PLN w najbliższym 10-leciu i pozostając pod presją czasu najbardziej optymalna wydaje się być kontynuacja MEKO A-100 w dozbrojonej wersji i zainicjowanie budowy okrętu transportowego dla w pełni wyposażonej wzmocnionej kompanii wojska. Okręty patrolowe nie zyskają chyba wystarczającego poparcia dopóki nie będą miały łatwej możliwości dozbrojenia, co z góry zakłada kontynuację projektu korwety w dwóch standardach wyposażenia, kosztem cech charakterystycznych dla typowego OPV.

Niekoniecznie w wersji desantowej, produkt Damen może przetransportować 200 żołnierzy z uzbrojeniem. Foto www.products.damen.com

Niekoniecznie w wersji desantowej, produkt Damen może przetransportować 200 żołnierzy z uzbrojeniem. Foto www.products.damen.com

W realnym życiu istnieje duża różnica pomiędzy tym co być powinno lub nie, a tym co istnieje lub nie. Narzucenie silnych ograniczeń logicznych na proces decyzyjny ma chyba większe szanse na powodzenie niż poleganie na zgodzie ponadpartyjnej, chociaż ogranicza w sposób naturalny wielkość projektów możliwych do realizacji w czasie jednego cyklu wyborczego. Niemniej istnieje definicja wolności mówiąca, że wolność jest świadomością własnych ograniczeń. Pozostaje pracować nad naszym wspólnym zrozumieniem ograniczeń, którym podlegamy.

Sep 062015
 

Często w rozmowach o planach rozwojowych Marynarki Wojennej używamy określenia „flota zrównoważona”. Czy nie powinniśmy również zastanowić się nad pojęciem okrętu zrównoważonego? Powód do takiego pytania daje kilka myśli dość luźno związanych z tematem, powstałych z podsumowania wakacyjnej lektury serwisów informacyjnych.

Zanim padną zgryźliwe uwagi sceptyka, kilka słów optymizmu. Wodowanie Kormorana jest samo w sobie dobrą wiadomością po tak długim okresie posuchy w budownictwie okrętowym, ale to że dzieje się to zgodnie z planem w dość krótkim czasie od podpisania umowy dodaje otuchy. Z pewną przesadą (a może niekoniecznie?) efekt psychologiczny tego pozytywnego wydarzenia może w dłuższej perspektywie okazać się mieć większą wartość od samego okrętu.

Wracając do głównego wątku, mieliśmy ostatnio okazję wejrzeć za kurtynę wydarzeń i dowiedzieć się paru szczegółów jak może wyglądać Miecznik i Czapla oferowane przez PGZ. Projekt wygląda na wersję rozwojową MEKO A-100, czyli Ślązaka/Gawrona. W porównaniu z pierwowzorem dodanie slipu rufowego i hangaru dla 11-tonowego śmigłowca zaowocowało wzrostem wyporności o mniej więcej 1/4, czyli jakieś 500-600 ton. Z punktu widzenia technicznego wszystko jest poprawne. Wychodząc na przeciw wymaganiom Inspektoratu Uzbrojenia dodano wymagane cechy okrętu. Porównajmy taki okręt z dozbrojonym Ślązakiem i zauważmy, że właściwie dla zdolności bojowych jedyną różnicą jest wspomniany hangar. Tylko ile to będzie kosztowało? Nie mając dostępu do takiej informacji, zastosujmy prymitywną ekstrapolację ze znanych kosztów naszego okrętu patrolowego, zakładając podział 50/50 kosztów platformy i uzbrojenia. Przypuszczalnie nowy Miecznik będzie kosztował co najmniej 1.5 mld PLN w porównaniu z 1.2 mld PLN dozbrojonego patrolowca. Pierwsze spostrzeżenie – zatoczyliśmy koło i wróciliśmy do Gawrona. Trochę większego i ze słabszym niż planowaliśmy uzbrojeniem przeciwlotniczym, ale z hangarem i za podobne pieniądze. Drugie spostrzeżenie to rodzące się pytanie jak bardzo cenimy sobie posiadanie hangaru. Łamiąc schematy myślowe zapytajmy, czy lepiej mieć hangar na Miecznikach, czy dodatkowy okręt patrolowy w postaci np. bliźniaka dla Ślązaka? Ten blog, jak sama nazwa wskazuje, jest kroniką samo-edukacji autora. Patrząc na poprzednie wpisy, pojawia się w nich konkluzja, że korweta to „zwierzę stadne” i powinna działać w grupach po kilka. Wynika to z faktu, że z powodu ograniczenia wielkości jest to klasa okrętów raczej jednozadaniowych i mając ograniczone zdolności do obrony, zespół broni się przez rozproszenie. Tak więc nieustanny wzrost wielkości i w konsekwencji kosztu, spowodowany jak najbardziej racjonalnymi przesłankami ogranicza liczbę okrętów przy zadanym budżecie. Słowa te padają w kraju znanym z bardzo ograniczonego i całkowicie nierozciągliwego budżetu marynarki wojennej a budownictwa okrętowego w szczególności.

Brak hangaru istotnie ogranicza elastyczność operacyjną okrętu a raczej jego operacji lotniczych. Jednak w specyficznych warunkach lub sytuacji, może się takie rozwiązanie okazać akceptowalnym. Aby móc coś takiego stwierdzić, należy sięgnąć głębiej do podstawowych powodów, dla których hangar jest niezbędny. W sumie są one dość proste i wynikają z dążenia do autonomii okrętu i jego systemów jako całości. Śmigłowiec pokładowy potrzebuje uzupełnienia paliwa i uzbrojenia, przeglądów technicznych i okresowych drobnych napraw, ochrony przed środowiskiem morskim. Śmigłowiec może również stanowić integralną część systemów uzbrojenia okrętu. Idąc tym tropem, to wszystko jest tym trudniejsze im dalej okręt operuje od własnej bazy. Jeśli mówimy o Okręcie Obrony Wybrzeża na Bałtyku, to częściowo powyższe wymagania słabną i przestają być imperatywem. Jeśli jednak nasz okręt będzie działał już na Morzu Północnym, sprawy mają się inaczej. Postęp technologiczny zmienia również relacje śmigłowiec-okręt. Na początku helikopter był tylko platformą do przenoszenia uzbrojenia a głównym sensorem był sonar okrętowy. Z czasem sonary aktywne zaczęły odgrywać coraz większą rolę i śmigłowce same stały się nośnikiem sensorów w postaci boi hydroakustycznych przy sonarów aktywnych zanurzeniowych. W rzeczy samej, nasze helikoptery ZOP działają z lądu na zasadzie całkowicie autonomicznej.

Można sobie wyobrazić patrolowiec bez hangaru.

Można sobie wyobrazić patrolowiec bez hangaru.

Rozwiązaniem kompromisowym dla niewielkiego okrętu jak korweta mógłby być pokład lotniczy dla dużego śmigłowca z możliwością uzupełniania zapasów i niewielkim hangarem dla dronów. Ma to o tyle sens, że jesteśmy świadkami ogromnego rozwoju dronów i stoimy już przed problemem ich integracji nie tylko z systemami okrętowymi ale z pokładowymi śmigłowcami. W najnowszym numerze USNI Proceedings, kontradmirał Mark Darrah, U.S. Navy wspomina lata 50-te, gdy lotnictwo morskie stanęło przed problemem integracji samolotów odrzutowych z turbośmigłowymi w jednym skrzydle lotniczym. Nie pasowało do siebie nic:

Szybkość, łączność, możliwości nawigacyjne, nowe zadanie zbrojnego zwiadu, zapalniki nie dostosowane do prędkości odrzutowców, operacje w niskich temperaturach oraz ograniczenia wywiadu w odniesieniu do nowego sposobu prowadzenia walki, to wszystko w sumie przeciwstawiało się próbom prowadzenia walki w nowej epoce odrzutowców.

I dalej stwierdza, że dzisiaj jest nie inaczej. Stoimy przed nowymi wyzwaniami, w naszym kraju podwójnymi. Podczas gdy amerykanie zastanawiają się, jak zintegrować drony z innymi systemami załogowymi, my próbujemy wprowadzić śmigłowce na pokłady naszych okrętów. Może rację miał gen. Koziej mówiąc o konieczności skoku generacyjnego?

Nie tylko hangar wzbudza pewne wątpliwości. Proponowany projekt ma jako uzbrojenie przeciwlotnicze 12 wyrzutni pionowego startu plus RAM i Kusza. Liczba 12 sugeruje rakiety krótkiego zasięgu jak VL Mica. Niepokój wzbudza liczba 12 rakiet w magazynie. To powinno wystarczyć do obrony przed jedną pełną salwą rakietową równorzędnego przeciwnika. Tu przechodzimy do sedna okrętu zrównoważonego. Posiadanie hangaru jest spójne z ideą długotrwałego działania okrętu poza wodami macierzystymi. Proponowany zasięg i autonomiczność dają taką możliwość i wspierają koncept. Tylko co ma zrobić okręt wypełniający misję poza Bałtykiem po pierwszym poważnym ataku? Przeładowanie rakiet do VLS na pełnym morzu amerykanie próbowali i zarzucili. Po co nam więc autonomiczność i zasięg, jeśli musimy wrócić do bazy po pierwszym starciu? Przyjmijmy zasadę symetryczności w projektowaniu okrętów, to znaczy, że okręt powinien być zdolny zarówno do ataku jak i obrony przed równorzędnym przeciwnikiem. Przy dłuższych rejsach ma sens magazyn rakiet na obronę przed 2-3 salwami, co daje 16-24 rakiety minimum. Czy zaprezentowany projekt ma taką rezerwę, czy też musimy go ponownie powiększyć? Czy rezygnacja z hangaru umożliwi tak znaczący wzrost pojemności magazynów rakiet? Defence24 aktualną wersję już nazywa lekką fregatą, więc uzasadnione jest pytanie, czy chcemy korwety czy fregaty? Tu kłania się niewidoczna dla gołego oka interakcja pomiędzy projektantem a klientem, czyli Marynarką Wojenną lub jej brak.

Sięgając w przeszłość do doświadczeń U.S. Navy, amerykanie w pewnym momencie stwierdzili, że zamiast projektować platformę i zastanawiać się co się na niej zmieści, należy zaprojektować okręt wokół wcześniej zdefiniowanego systemu uzbrojenia. Chyba pierwszym takim powojennym okrętem był Charles F. Adams.

Kura czy jajko? Platforma, czy systemy uzbrojenia. DDG-2 został zbudowany wokół systemu Tartar. Fot. www.ussadams.com

Kura czy jajko? Platforma, czy systemy uzbrojenia. DDG-2 został zbudowany wokół systemu Tartar. Fot. www.ussadams.com

Idąc dalej tym tropem, można dla bardzo zgrubnego szacowania opcji wyboru zaproponować kilka alternatyw:

  • Fregata zdolna do lokalnej obrony przeciwlotniczej z sonarem klasy CAPTAS-4
  • Korweta ASW z możliwością samoobrony i sonarem klasy CAPTAS -2 lub alternatywnie
  • Korweta AAW z ograniczoną zdolnością do lokalnej obrony przeciwlotniczej
  • Okręt patrolowy „uzbrojony” zbudowany według standardów wojennomorskich
  • Okręt patrolowy zbudowany według standardów cywilnych do zadań policyjnych

Jeżeli każdą z tych alternatyw zbudujemy wokół konkretnych systemów uzbrojenia trzymając się wspomnianej zasady symetryczności w projektowaniu okrętów, to otrzymamy swego rodzaju puzle do układania na poziomie formułowania budżetu i strategii. Każda z nich wiąże się z określonym poziomem kosztów inwestycji i utrzymania. Wobec ograniczonego budżetu liczba jednostek będzie się silnie zmieniała. W każdej iteracji powinien brać udział konstruktor okrętów definiujący co jest możliwe a co nie. W przeciwnym wypadku nie wyjdziemy z pętli próbowania zbudowania fregaty za cenę korwety. Decyzja o ograniczeniu negocjacji do PGZ jest o tyle nieszczęśliwa, że ogranicza konkurencję i potencjalną wiedzę MON-u na temat tego co jest możliwe zawęża do propozycji PGZ będących wypadkową możliwości i ambicji. Chyba czas na ruch MON-u i decyzję czym Miecznik i Czapla naprawdę mają być.

Jul 192015
 

Wiadomość o wodowaniu ORP Ślązak cieszy. Mniej entuzjazmu a więcej niepokoju budzi natomiast informacja o wyborze PGZ do negocjacji kontraktu na budowę sześciu okrętów nawodnych w połączeniu z wizjami adaptacji projektu MEKO A-100 autorstwa biura BTT, prezentowanymi na portalu Defence24. Być może planowane i ogłoszone niedawno kolejne przesunięcia terminu kontraktu o rok ma dać koncernowi czas na opracowanie propozycji, czy wręcz projektu. Źródłem niepokoju nie jest sam fakt kolejnego opóźnienia lecz niebezpieczeństwo kompletnej utraty kontroli nad projektem i jego kosztami. Problem tkwi w tym, że ani MON ani Marynarka Wojenna nie posiada w swych strukturach zespołu projektowego, zdolnego do niezależnej oceny co jest możliwe a co nie z technicznego punktu widzenia. Innymi słowy brakującym ogniwem jest Naval Architect, ktoś, kto łączy w sobie umiejętności zarządzania skomplikowanym projektem z praktyczną wiedzą techniczną na temat projektowania i konstrukcji okrętów. Wszystko pozostaje więc w rękach przemysłu posiadającego również, bez urazy, dość skromną wiedzę na ten temat. Nie mając żadnego w tym względzie doświadczenia, tym bardziej cenię sobie książki doświadczonego konstruktora okrętów, D.K Browna. Dzieli się w nich z nami swego rodzaju filozofią zawodu i zbiorowym doświadczeniem Royal Navy. W poniższym tekście czerpię pełną garścią cytaty z dwóch pozycji:

Future British Surface Fleet: Options for medium-sized navies oraz,
Rebuilding the Royal Navy. Warship design since 1945.

Posiadanie doświadczonego zespołu projektantów okrętów w kraju ma swoje niezaprzeczalne zalety, ale nie jest łatwe do osiągnięcia. Poniższy cytat dotyczy Wielkiej Brytanii i początku lat 90-tych, ale późniejsze wydarzenia związane z projektowaniem zarówno Type 45 jak i przyszłej fregaty Type 26 chyba potwierdzają werdykt autora wymienionych książek:

Przed drugą wojną światową niszczyciel wypływał na morze jakieś 18 miesięcy po rozpoczęciu projektu i w czasie trzyletniej kadencji Konstruktor miał szanse pracować nad trzema typami okrętów. Taka szybkość cyklu projektowania pozwalała projektantom na naukę zawodu, wypróbowanie nowych idei i zobaczenia wyników swojej pracy w krótkim okresie czasu. Dzisiaj potrzeba ośmiu do dziesięciu lat na pełen cykl od koncepcji do prób morskich. Wynikający z tego faktu brak doświadczenia staje się krytyczny (…).


W rzeczy samej wątpliwa jest ciągła zdolność Wielkiej Brytanii to zmontowania jednego, kompetentnego zespołu projektowego potrzebnego do zaprojektowania fregaty.

Co się stanie, jeśli dodamy do tego, że następna okazja do zaprojektowania jakiegokolwiek okrętu wojennego w Polsce będzie za co najmniej 10 lat, jeśli w ogóle? Nasze dyskusje publiczne w kraju i chyba na poziomie polityków również, kończą się próbie weryfikacji jakie uzbrojenie i elektronika zmieści się w kadłubie korwety za określone pieniądze. Nie pomagają upublicznione specyfikacje na tyle ogólne, że zdolne do zdestabilizowania projektu w tym sensie, że będziemy musieli zdecydować, czy rezygnujemy z części specyfikacji czy pułapu cenowego. Takie decyzją mogą zapaść tylko w Ministerstwie Obrony Narodowej, ale na jakiej podstawie. Kto powie co jest realne a co nie, bo przemysł szukający klienta za duże pieniądze zawsze będzie miał tendencje do mówienia tego, co chce usłyszeć klient. Wbrew temu, co próbuje się robić z projektem Kormoran, okręt wojenny NIE MA prototypu. Dialog techniczny jest w tej sytuacji niewątpliwie niezbędny, ale obarczony wspomnianym podejściem marketingowym. W końcu oferenci proponują gotowy produkt lub projekt z wbudowaną elastycznością konfiguracji (patrz MEKO) czy konstrukcji (jak DAMEN), opierając się na uogólnionych wymaganiach potencjalnych klientów uzyskanych w wyniku badań rynkowych.

Projekt powinien się zacząć od jasnej definicji funkcji spełniaj przez okręt”. Ten warunek nie wydaje się być spełniony, bo trudno uniknąć wrażenia, że wciąż mamy do czynienia z próbą zbudowania korwet z ogólnymi zdolnościami fregat OHP. O niebezpieczeństwach takiego podejścia niech świadczą niżej podane przykłady zaczerpnięte ze wspomnianych wyżej książek. Zacznijmy od korwety, co będzie łatwiejsze, gdyż D.K Brown był wiodącym konstruktorem dla OPV Castle, na bazie którego próbowano zaprojektować tanią korwetę.

Jej podstawową rolą byłoby służenie jako platforma dla sonaru holowanego wraz z lądowiskiem dla dużego helikoptera. Dla wypełnienia tej funkcji korweta musi być cicha, co implikuje napęd mieszany diesel-electric. Prędkość około 25 węzłów wydaję się być pożądana do towarzyszenia kontenerowcom (…)


Takie korwety mogą w czasie pokoju spełniać rolę policyjną, dla wykonania której potrzebują działa zdolnego do odparcia ataku terrorystycznego i wystarczająco precyzyjnego do oddania strzału ostrzegawczego. Nowoczesne armaty 30mm posiadają pewne zdolności zwalczania helikopterów, ale większy kaliber jak 105mm może być preferowany.

W czasie wojny okręt służyłby jako nosiciel sonaru holowanego operującego w odległości do 100 mil od niszczyciela lub lotniskowca, a jego śmigłowiec byłby serwisowany przez towarzyszący większy okręt, aby uniknąć konsekwencji bazowania helikoptera na otwartym pokładzie. Dla wielu zadań pokojowych, śmigłowiec nie musiałby być zaokrętowany.

OPV Castle jako podstawa projektu prostej korwety ASW. Fot. www.shipspotting.com

OPV Castle jako podstawa projektu prostej korwety ASW. Fot. www.shipspotting.com

Mamy więc funkcje okrętu sformułowane prostym językiem na najwyższym poziomie ogólności. Jeśli zamienić w powyższych zdaniach lotniskowiec na lotnictwo lądowe a niszczyciel na zespół NATO, to mamy gotową receptę na Ślązaka. W drugim etapie definiowania okrętu musimy określić jakie konkretnie systemy ma ten okręt przenosić (nie wystarczy stwierdzić system plot średniego zasięgu) i tu zaczynają się trudne decyzje i kompromisy. Popatrzmy, co się stało z „naszą” korwetą dalej przy dodawaniu kolejnych, wydawałoby się rozsądnych jeśli nie minimalnych wymagań:

Na dolnym końcu studium alternatyw był projekt 353 mający około 1960 ton, napędzany dwoma dieslami o mocy 20.000 shp i prędkości 26.4 węzła. Uzbrojenie stanowiła pojedyncza armata 40mm, podwójny miotacz Mark X, w sumie okręt kosztował 4 mln funtów. System łączności mógł transmitować dane do innego okrętu wyposażonego w wyrzutnie Ikara. Za 6.5 mln funtów (Leander 5.25 mln) można było otrzymać okręt o wyporności 2.700 ton, napędem parowym o mocy 30.000 shp oferującym 27 węzłów i przenoszący system Ikara (z 24 pociskami) wraz z armatą 4.5 calową.
W trakcie prac nad projektem OPV Castle, wykonaliśmy model na wystawę RN Equipment Exhibition, demonstrujący potencjalnie silniej uzbrojone warianty.

To było interesujące ćwiczenie z pewnymi fundamentalnymi konsekwencjami. Okręt miał być cichy, co oznaczało że większość wyposażenia musiała być wykonana według standardów dla okrętów wojennych, a zasilanie elektryczne powinno mieć stabilne napięcie i częstotliwość. Wszystko to wskazywało na budowę okrętu w stoczni „okrętów wojennych” z jej wysokimi kosztami stałymi i prowadziło do szacowanej ceny 25 mln funtów bez uzbrojenia, zamiast 6 mln dla OPV. Okręt w pełni wyposażony kosztowałby około 35 mln. (…) Uzbrojenie korwety w rozsądny system samoobrony podniósłby cenę na poziom bliski kosztowi fregaty Type 23, czyli znacznie powyżej 100 mln funtów.

Innym przykładem, wydawałoby się prostej ewolucji było poszukiwanie następcy dla typu Leander. Zadanie o tyle trudne, że te fregaty były ogromnym sukcesem trudnym do pobicia. Ponieważ w brytyjskiej marynarce fregaty to przede wszystkim okręty ASW, powinny nosić najnowsze systemy sonarowe, aktualnie dostępne. Wówczas takim był sonar podkadłubowy Type 2016. W ten sposób powstał Type 22, traktowany jako ulepszony Leander i z pewnymi podobieństwami, ale znacznie większy (raczej projektowe 3.500 ton zamiast 2.450) i droższy. Wkrótce i on był krytykowany:

Już w chwili przyjęcia do służby okręty były krytykowane jako zbyt duże. Rzeczywiście, oferowały dużo przestrzeni w wyniku próby ułatwienia konserwacji i utrzymania w ruchu i żywiono nadzieję, że będzie miejsce na przyszłe wyposażenie. Jednakże, jak wkrótce się okazało, okręty były zbyt małe do pomieszczenia sonaru holowanego Type 2031Z wraz z towarzyszącym wyposażeniem elektronicznym.

Od tego się zaczęło. Trudno  pobić własny sukces. Fot. www.leander-project.homecall.co.uk

Od tego się zaczęło. Trudno pobić własny sukces. Fot. www.leander-project.homecall.co.uk

A "TO" spowodowało wzrost wielkości następcy o 40%. Fot. www.wstg.co.uk

A “TO” spowodowało wzrost wielkości następcy o 40%. Fot. www.wstg.co.uk

Historia fregat Duke (Type 23) jest równie pasjonująca i pokazująca jak proste na pierwszy rzut oka wymagania mają konsekwencje znacznie niedowartościowane. Najprostsza i wstępna definicja wyglądała następująco:

Wstępne wymagania zostały opublikowane w początku 1981 roku dla lekkiej fregaty ASW, Type 23. Oczekiwano okrętu bardzo cichego, o kształtach minimalizujących echo radarowe, dobrym zasięgu przy umiarkowanych prędkościach wraz z pokładem i hangarem dla bardzo dużego śmigłowca EH 101. Wszytko to za nie więcej niż 70 mln funtów w cenach z 1980 roku.

Historia projektu to seria interakcji, kolejnych wersji i kompromisów w wyniku których otrzymano okręt znacznie bardziej złożony i droższy:

Pierwsze studium pokazywało okręt o długości 107m o koszcie przekraczającym narzucony pułap i z poważnymi ograniczeniami natury operacyjnej. Nie było hangaru i helikopter, nie chroniony niczym, wkrótce straciłby zdolności operacyjne; okręt nie miał też systemów samoobrony. Powzięto desperackie kroki w celu redukcji kosztów, włączając eliminację jednego silnika głównego! Pewne oszczędności uzyskano na kosztach struktury kadłuba. Projekt został skorygowany do 115m i zawierał pojedynczą wyrzutnię Sea Wolf z prostym hangarem, chociaż koszt wciąż przewyższał 70 mln funtów. W takiej formie projekt został przedstawiony do akceptacji w początku 1982 roku i zatwierdzony z drugim silnikiem głównym oraz drugim radarem śledzącym dla Sea Wolf. Zdolność do bazowania na okręcie śmigłowców zarówno Sea King jak i EH 101 dodała 3m do długości okrętu co pozwoliło na zmniejszenie zagęszczenia wyposażenia i pomieszczeń dla załogi.
Lekcje z wojny o Falklandy zaowocowały dalszymi większymi zmianami. Dodano armatę 4.5 cala dla ostrzeliwania celów na lądzie i wyrzutnie pionowego startu dla rakiet Sea Wolf.

Projekt zaczął się od platformy z sonarem holowanym i lądowiskiem dla Merlina. Nawet bez hangaru i systemów samoobrony projekt przekraczał budżet

Projekt zaczął się od platformy z sonarem holowanym i lądowiskiem dla Merlina. Nawet bez hangaru i systemów samoobrony projekt przekraczał budżet

W sumie pierwszy okręt w serii, Norfolk kosztował 135 milionów chociaż następne jednostki już „tylko” 60-96 milionów funtów. Istniała również dyskusja na temat liczebności załogi, bowiem według D.K Browna, koszt jednego dodatkowego człowieka na fregacie to około 80 tys. funtów, co przeliczone na dzisiaj wyniosłoby może 300 tys. funtów. Do wyobraźni może przemówić kalkulacja polegająca na zamianie systemu obrony przeciwlotniczej z samoobrony na obronę strefową. W popularnych dyskusjach bierze się zwykle pod uwagę koszt sprzętu, ale pomija przestrzeń i dodatkowa załogę w Centrum Informacji Bojowej. Jeśli by miało to być tylko 5 osób więcej to mówimy o ponad 8 mln PLN.

Podane przykłady opisują typowe sytuacje gdzie naturalne, wydawałoby się wymagania, poprzez złożone interakcje projektowe i techniczne prowadzą do znacznie większych konsekwencji odnośnie zarówno wielkości jak i kosztów okrętu. Proces tym bardziej niebezpieczny w sytuacji braku powszechnej wiedzy technicznej na temat projektowania okrętów i braku zespołów kierowanych przez osobę spełniającą funkcję Naval Architect zarówno po stronie MON jak i MW. Dlatego mają sens ograniczenia, poniekąd sztuczne bądź na wielkość bądź na maksymalny koszt okrętu. Ale podstawowym środkiem zaradczym jest jasna koncepcja co do funkcji okrętu. Pomocnym byłoby zaprzestanie nazywania korwety okrętem wielozadaniowym. To niewątpliwie podnosi wartość okrętu w oczach szerokiej publiczności i uzasadnia wysokie koszty budowy, ale nie pomaga w klarownej definicji co okręt ma robić w czasie pokoju i wojny. Nawet większość fregat państw zachodnich nie jest okrętami wielozadaniowymi. Wymienione w tekście fregaty Royal Navy są wyspecjalizowanymi okrętami do zwalczania okrętów podwodnych z lepszym lub gorszym systemem samoobrony. Być może dla całego programu modernizacji MW stwierdzenie, że budujemy sześć korwet, z czego trzy w wersji ASW a trzy w wersji AAW byłoby lepsze dla szerszego odbioru, aniżeli operowanie pojęciami okrętu patrolowego i obrony wybrzeża.

Jun 212015
 

W poprzednim wpisie koncentrowaliśmy się na strategii Bałtyk Plus. Była to próba wykorzystania pewnych logicznych zależności w teorii Juliana Corbetta do stworzenia struktury sił morskich państwa zorientowanego na samotną obronę swojego terytorium przed atakiem znacznie silniejszego przeciwnika. Dzisiaj o prawie lustrzanym odbiciu sytuacji, czyli działaniu w koalicji dającej możliwość przewagi niezależnie od stopnia zagrożenia. To pozwala uczestniczyć w pełnym spektrum działań na morzu wymienianych przez Corbetta. Nie możemy więc wykorzystać ograniczeń teorii do zdefiniowania klas okrętów potrzebnych flocie w realizacji zadań postawionych przez polityków. Może za jednym wyjątkiem, są bowiem możliwe operacje desantowe, stąd ma sens rozważanie okrętów desantowych lub transportowych. Niezależnie od scenariusza niezmienny pozostaje kontekst geopolityczny i nurtujące nas pytanie jak mamy się zachować wobec sąsiada coraz bardziej demonstrującego ambicje odzyskania pozycji światowego mocarstwa?

Profesor Mearsheimer w książce The Tragedy of Great Power Politics podaje kilka typowych strategii używanych przez potencjalnych hegemonów do zmiany równowagi sił na swoją korzyść. Oczywistą i pierwszą metodą jest wojna. Ta jest jednak bardzo kosztowna i może nieść ryzyko. Drugim sposobem popularnym jest szantaż. Im słabszy przeciwnik tym lepszy efekt. Dodatkowym plusem jest niski koszt. W końcu nie używamy siły, tylko grozimy jej użyciem. Dotychczasowa strategia BBN-u skupia się właśnie na takiej sytuacji. Trzecie podejście to wykrwawianie, czyli to co obserwujemy na Ukrainie.

Państwa zagrożone mają do dyspozycji dwie podstawowe strategie – budowania przeciwwagi lub przerzucania odpowiedzialności. Profesor Mearsheimer daje jasną wskazówkę co do preferencji wyboru strategii w zależności od wzajemnego położenia przeciwników na mapie:

Kwestią krytyczną w odniesieniu do geografii jest to, czy zagrożone państwo ma wspólną granicę z agresorem lub też bariera – w postaci innego państwa lub dużej przestrzeni wodnej, oddziela rywali. Wspólna granica promuje budowanie przeciwwagi, bariery zachęcają do przerzucania odpowiedzialności.

Budowanie przeciwwagi w naszej sytuacji polega na tworzeniu sojuszy i uczestnictwie w już istniejących, jak NATO. Możemy w tym dziele porzucić idealizm i nie polegać ani na literze prawa ani na zobowiązaniach moralnych. Wystarczy, że będziemy w sposób aktywny identyfikować i wspierać wspólne interesy uczestników aliansu. Być może nie jest w interesie Stanów Zjednoczonych walka w obronie Polski, ale jest w ich interesie powstrzymywanie ambicji imperialnych potencjalnych regionalnych hegemonów grożących zmianą obowiązującego status quo. Wiceadmirał James Foggo podaje na blogu USNI dobry przykład:

W BALTOPS 2015 uczestniczy 49 okrętów reprezentujących 17 krajów. Często otrzymuję pytanie od europejskich sojuszników jaki wpływ na Europę ma, jeśli w ogóle, reorientacja na Pacyfik? Spójrzmy na te liczby z perspektywy zeszłorocznych ćwiczeń państw basenu Pacyfiku (RIMPAC), największych ćwiczeń wojennomorskich na świecie, w których uczestniczyło również 49 okrętów. To, co się dzieje na naszych oczach na Bałtyku to natowska własna wersja RIMPAC.

Symboliczny wyraz sojuszniczej współpracy. Foto FB Marynarka Wojenna RP

Symboliczny wyraz sojuszniczej współpracy. Foto FB Marynarka Wojenna RP

Dodajmy kilka znanych oficjalnie liczb odnośnie BALTOPS 2015 – oprócz 49 okrętów uczestniczyło w ćwiczeniach 60 samolotów, 5.600 żołnierzy i marynarzy w tym 700 żołnierzy piechoty morskiej ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii ale także Szwecji i Finlandii. Pytanie retoryczne brzmi, czy jesteśmy w stanie zbudować własnym sumptem taką siłę? I w jakim czasie? Tak więc flota staje się wsparciem i narzędziem dla wysiłków dyplomatycznych tworzących przeciwwagę lub używając języka finansistów inwestycją dającą dobry zwrot.

W ten sposób zarysowuje się misja Rzeczpospolitej Morskiej wspomnianej w poprzednich wpisach. Otwarcie na świat ma dzisiaj również inne uzasadnienie. Sir Julian Corbett uważał, że nadrzędnym celem floty jest zapewnienia prawa do przejścia morzem. Środkiem do tego było w przeszłości panowanie na morzu, niekoniecznie trwałe. Współcześnie te koncepcje posiadają więcej niuansów o czym tak pisze Geoffrey Till w klasycznej pozycji na temat roli flot w świecie Seapower: A Guide for the Twenty-First Century:

W czasach globalizacji jest coraz mniej ważna kwestia „zabezpieczenia” morza w sensie zagwarantowania użytkowania tylko dla siebie, lecz bardziej „uczynienia go bezpiecznym” dla każdego za wyjątkiem wrogów całego systemu.

Innymi słowy Polska korzysta z dobrodziejstw handlu morskiego niezależnie od tego, gdzie statki zawijają i jakiego są armatora. Nieistotne jest czy będzie to Szczecin, Gdynia, Gdańsk czy też raczej Hamburg lub porty ARA. Sami z siebie w najlepszym wypadku możemy pokusić się o osłonę wybranych transportów na kawałku Bałtyku. Jakakolwiek flota oceaniczna może prowadzić działania przeciw żegludze poza naszym zasięgiem, ale prawdą jest też to, że nie ma na świecie floty zdolnej do zapewnienia bezpieczeństwa całemu systemowi handlu morskiego. Tak więc naturalną konsekwencją jest współpraca międzynarodowa na tym polu i w tym wypadku możemy mieć swój wkład. Należy jednak podkreślić – to jest kwestia naszego świadomego wyboru a nie rezultat analizy dającej jednoznaczny wynik. Wspomniana książka jest kopalnią wiedzy o roli współczesnych flot i źródłem mądrości ujętych w chwytliwe zdania. Oto następny argument w dyskusji:

Zasadą naczelną w dążeniu do realizacji celów narodowych jest to, że zapobieganie wojnie jest zawsze lepsze od wygrywania jej.

W realizacji naszego celu możemy zasadniczo obrać dwie drogi – specjalizacji lub ogólnych zdolności marynarki wojennej wynikających z położenia i polityki bezpieczeństwa Państwa. Specjalizacja oznacza skupienie wysiłków i środków materialnych na dziedzinie użytecznej dla aliantów i w której możemy mieć przewagę, np. zwalczaniu min. W tym sensie strategia Bałtyk Plus nie jest sprzeczna z ideą Rzeczpospolitej Polskiej, jest drogą specjalizacji oferując kompetencje w walce na wodach przybrzeżnych. Druga alternatywa prowadzi nas do tak zwanej floty zrównoważonej a wraz z nią do dylematu małych marynarek wojennych. Problem tkwi w niebezpieczeństwie wpadnięcia w pułapkę kopiowania struktury dużych flot przy jednoczesnej niemożliwości technicznej przeprowadzenia procesu skalowania w dół. Dla przykładu spróbujmy zmniejszyć proporcjonalnie Royal Navy przy założeniu budżetu dwu- lub trzykrotnie mniejszego. Nie da się zbudować floty posiadającej 2 fregaty ale też pół lotniskowca i 2/3 okrętu desantowego plus sam reaktor do SSN. Proszę wybaczyć przesadne sformułowania, ale ilustrują problem. Z czegoś trzeba zrezygnować. Odnosząc się do naszej sytuacji flota zrównoważona ma sens na praktyczną realizację dopiero od pewnego poziomu ilościowego okrętów i finansowania. Posiadanie jednej fregaty nie zapewni bowiem odpowiedniego zaplecza kadr i poziomu wyszkolenia potrzebnego do efektywnego wykorzystania tejże fregaty. Do momentu ogłoszenia planu modernizacji Marynarki Wojennej RP budżet floty nie dawał nadziei na budowę zrównoważonej floty a i teraz balansujemy na krawędzi. W dalszym ciągu tego tekstu konsekwentnie będzie stosowana zasada priorytetu budżetu nad potrzebami.

O zaletach floty zrównoważonej a raczej jej przewadze nad flotą obrony wybrzeża i różnych mutacjach Jeune Ecole mówi interesujący cytat z książki Understanding Naval Warfare, w której autor – Ian Speller odnotowuje:

Paradoksalnie wiedząc, że ich poglądy na skuteczność łodzi torpedowych bazowały częściowo na zakończonym sukcesem rosyjskim ataku na turecki okręt Intikbah z 27 grudnia 1877 roku, Rosjanie nie poszli drogą Jeune Ecole. Zagrożenie atakiem torpedowym być może neutralizowało większą flotę Imperium Ottomańskiego ale Rosjanie rozumieli, że brak dużych okrętów (battle fleet) zredukowało ich możliwości artyleryjskiego wsparcia działań na wybrzeżu Morza Czarnego i zmusił ich do wycofania się z Konstantynopola po przejściu floty brytyjskiej przez Dardanele. Tak więc, Rosjanie kontynuowali budowę okrętów liniowych.

Używając terminologii zaproponowanej przez Erica Grove, nasz wybór floty zrównoważonej prawdopodobnie oznacza przejście od Offshore Territorial Defence Navy, czyli floty obrony wybrzeża reprezentowanej przez ideę Bałtyk Plus do Adjacent Force Projection Navy, czyli floty posiadającej pewne zdolności projekcji siły w oddaleniu od własnego wybrzeża. Tak więc dopiero obszar działania wychodzący poza ochronny parasol sił operujących z lądu jest pierwszym wskazaniem na konieczność posiadania organicznej i co najmniej lokalnej obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej. Jak twierdzi Geoffrey Till:

Większość jest zgodna co do tego, że rakiety przeciwokrętowe są najbardziej niebezpieczne, gdy są odpalane z samolotów; większość również jest zgodna co do tego, że najlepszą obroną przed tym jest utrzymywanie przewagi w powietrzu.

Poza zasięgiem lotnictwa lądowego jedyną szansą na utrzymanie przewagi w powietrzu jest lotnictwo pokładowe, stąd postulat chociaż częściowego rozwiązania problemu poprzez okrętowe systemy obrony strefowej. Ta długa droga prowadzi nas na końcu do fregat, czyli okrętów osłony bądź statków handlowych bądź transportów wojskowych. Dlaczego jednak fregata a nie korweta? Ponownie odwołam się do koncepcji D.K. Browna na temat projektów niestabilnych czyli takich okrętów, które są już zbyt drogie by być bezbronne. Korweta wydaje się być szczególnie podatna na stanie się niestabilnym projektem. Popatrzmy na historię Gawrona. Był zbyt drogi i postanowiono go ukończyć jako okręt patrolowy. Ślązak za cenę około 0.8-1.0 miliarda PLN jest kosztowny i jego strata byłaby uważana za nieakceptowalną a wciąż jest bezbronny. Z drugiej strony próba zbudowania okrętu uzbrojonego w sposób akceptowalny przez marynarzy powoduje szybki wzrost wyporności. Pomysł Okrętu Obrony Wybrzeża wystartował jako 1.000 tonowa jednostka, w specyfikacji Miecznika dolna granica to już 1.900 ton a ostatnio publikowane szkice mają 2.600 ton. Patrząc na inne projekty zagraniczne wiemy, że około 3.000 ton LCS to za mało aby oprócz modułu ASW zainstalować coś więcej niż SeaRAM do samoobrony a australijskie MEKO A-200 z CEAFAR wymagają jak rozumiem, dodatkowego balastu.

Jesteśmy więc ściśnięci w kleszczach budżetu i technicznej racjonalności okrętu co najmniej dwu zadaniowego w zakresie ASW i AAW. Postęp technologiczny daje pewne szanse na zamianę w Planie Modernizacyjnym sił nawodnych koncepcji trzech korwet i trzech okrętów patrolowych (3+3) na dwie fregaty plus dwie korwety ASW (2+2), pozostawiając resztę planu bez zmian lub też raczej do dalszej dyskusji. Czy ma to sens operacyjny to już pytanie do marynarzy, niemniej w takim mniej więcej modelu funkcjonujemy dzisiaj mając dwie fregaty OHP i Kaszuba. Aby taka zamiana była możliwa, należałoby się rozglądać za fregatami z dolnej półki a nie górnej, gdyż koszt współczesnej fregaty odpowiada kosztowi około 2-3 korwet. Poddałbym pod rozwagę dwa systemy obrony przeciwlotniczej i trzy platformy plus jeden okręt wymagający dodatkowego komentarza.

Na czele listy jest Nansen z uproszczoną wersją systemu Aegis. Klasyczny okręt eskorty z sonarem CAPTAS-2 i rakietami ESSM oferującymi lokalną, strefową obronę przeciwlotniczą i przeciwrakietową. Co prawda pasywne anteny radaru są już pewnym technologicznym przeżytkiem ale posiadanie Aegis na okrętach może otworzyć nowe możliwości współpracy z Aegis Ashore w Redzikowie. Warunkiem koniecznym jest sukces wysiłków dyplomatycznych i umieszczenie w Redzikowie nie tylko rakiet anty balistycznych ale również obrony przeciwlotniczej. Wówczas inwestycja w CEC mogłaby zaoferować interesującą synergię.

Prawda, że ładna para? Foto wikipedia

Prawda, że ładna para? Foto wikipedia

Na drugim miejscu jest MEKO A-200 z systemem Sea Ceptor. Rakiety CAMM upraszczają wyrzutnie i współpracują z każdym radarem, posiadając osobne łącze do korekty trajektorii lotu. System nie wymaga więc zbyt wyrafinowanych radarów jak APAR. Dzięki projektowi marynarki wojennej Nowej Zelandii wiemy, że instalacja takiego systemu w kadłubie poniżej 4.000 ton jest możliwa. W połączeniu z dwoma korwetami MEKO A-100 możemy zbudować politykę wymiennych modułów i uprościć logistykę zwiększając jednocześnie elastyczność w średnioterminowym planowaniu zdolności bojowych okrętów.

Konstrukcja wciąż zdobywająca nabywców. Ciekawe, na ile polskie stocznie byłyby zdolne partycypować? Foto www.janes.com

Konstrukcja wciąż zdobywająca nabywców. Ciekawe, na ile polskie stocznie byłyby zdolne partycypować? Foto www.janes.com

Na trzecim miejscu Freedom LCS w planowanej wersji FF z sonarem CAPTAS-2 raczej niż CAPTAS-4 oraz Sea Ceptor, jak w poprzednim przykładzie. Taki wybór ma dwie zalety. Z przeszukiwania sieci wygląda, że jest aktualnie najtańszą opcją za około $600 mln, pozwalając zaoszczędzić pieniądze na bliźniaka dla Ślązaka, co w poprzednich opcjach pozostaje mocno niepewne. Drugą zaletą jest możliwość zbudowania szybkiego Zespołu Mobilności Wojsk po zakupie JHSV lub odpowiednika. Ta para – LCS i JHSV pasuje do siebie idealnie. Ponadto wysiłki włożone w usunięcie największych bolączek okrętów dają już widoczne efekty i projekt staje się dojrzały.

Plany zamiany LCS na FF już się kreśli. My musielibyśmy pozmieniać trochę więcej. Foto www.breakingdefence.com

Plany zamiany LCS na FF już się kreśli. My musielibyśmy pozmieniać trochę więcej. Foto www.breakingdefence.com

Osobnej wzmianki wymaga duński Iver Huitfeldt ze względu na szeroko komentowany niski koszt i w rezultacie bardzo atrakcyjny wskaźnik osiągów do kosztów. Z pewnością należałoby zweryfikować jaki byłby koszt dla naszej marynarki biorąc również pod uwagę nasze wymagania. To może nie być to samo, ale warto spróbować. Drugą kwestią do rozstrzygnięcia jest pytanie na ile duńska fregata może być platformą ASW, mając świadomość jej cywilnego rodowodu. Oraz jeśli nie, na ile to jest akceptowalne lub też możliwe do skompensowanie przez parę (a może nawet trójkę) korwet ASW?.

W bazie Korsor.

W bazie Korsor.

W przypadku fregat z pewnością dodatkowym punktem spornym może być zdolność do budowy tej klasy okrętów w polskich stoczniach. Cała otoczka związana z polityką przemysłową może przekreślić najlepsze plany i obrócić w niwecz wszelkie nadzieje. Obecnemu rządowi i jego ministrowi obrony narodowej należy wyrazić uznanie za to, że program modernizacji marynarki wojennej w ogóle ruszył i otrzymał wsparcie finansowe. Jeśli uda się temu rządowi podpisać umowy na budowę następnych okrętów w tej kadencji, to możemy mówić o sukcesie niezależnie od naszych rozważań teoretycznych. Natomiast sytuacja jest poważna, bo nie udało się ministerstwu wykorzystać czasu mu danemu w skuteczny sposób i wszystko może stanąć pod znakiem zapytania. Tak więc wybór pomiędzy Bałtykiem Plus a Rzeczpospolitą Polską lub po prostu nihilizmem niekoniecznie się kończy.

Nov 112014
 

Jak wyglądałby możliwie najmniejszy, najtańszy i wciąż użyteczny okręt załogowy do zwalczania okrętów podwodnych? Zanim spróbujemy odpowiedzieć sobie na to pytanie, należałoby określić sens takiego ćwiczenia. Jest kilka powodów, dla których warto się zastanowić nad takim projektem.

Marynarka Wojenna RP jest flotą małą i taką pewnie pozostanie. To powoduje problem ciągłości utrzymania zdolności bojowych i trudności w zachowaniu wysokiego poziomu profesjonalnego marynarzy. Zgodnie z zasadą trening czyni mistrza, marynarze muszą mieć możliwość ciągłego utrzymywania i odświeżania swoich umiejętności. Nigdzie nie jest to tak widoczne jak w przypadku ASW. Każdy praktyk wypowiadający się w ogólnie dostępnych źródłach podkreśla, że proces poszukiwania i zwalczania okrętów podwodnych jest żmudny, długotrwały i angażujący dużo środków. Marynarka Wojenna w ramach swoich ćwiczeń, doskonali typowe elementy działań na morzu, jak ochrona żeglugi przed atakami z powietrza i spod wody, niezależnie od obowiązującej doktryny redukującej flotę do obrony wybrzeża. Ma to swoje uzasadnienie w teorii wojny morskiej, chociaż pomija problem panowania na morzu. To jednak mogą zapewnić siły sojusznicze. Jeśli natomiast rozpatrujemy doktrynę BBN-u skupiającą się na działaniach „podprogowych”, wówczas prowokacyjne operacje pod powierzchnią wody są całkiem prawdopodobne. Najlepszą ilustracją są ostatnie wydarzenia u wybrzeży Szwecji.

Pytanie zadane na wstępie można zadać inaczej – jak osiągnąć pewną masę krytyczną w ramach istniejącego budżetu, pozwalającą na zwiększenie liczby okrętów? W konsekwencji na szerszy dostęp do możliwości szkolenia, dowodzenia a w czasie kryzysu i wojny na szerzej zakrojone operacje.

Gdy w 1930 Royal Navy dokonała przeglądu swoich zdolności ASW, końcową rekomendacją było zwiększenie liczby przybrzeżnych eskortowców. Do tego celu przystosowano projekt okrętu wielorybniczego Southern Pride i tak narodziła się legenda uwieczniona w prozie Nicholasa Montserrata – korweta Flower.

D.K. Brown w książce Nelson to Vanguard opisuje logikę Admiralicji w ten sposób:

Celem nadrzędnym dla Aliantów w Bitwie o Atlantyk było bezpieczne przybycie ładunku; zatopienie U-bootów było tylko środkiem do osiągnięcia tego celu. Trzymanie U-bootów w szachu dopóki konwój nie przeszedł bezpiecznie było skuteczną taktyką i to, wraz z krótkim zasięgiem pierwszych sonarów prowadziło do nacisku na większą liczbę okrętów. Jedynym projektem dostępnym, możliwym do budowy seryjnej był Flower (…)

Niewiele się od tego czasu zmieniło. Bałtyk jest trudnym akwenem do prowadzenia działań przeciw okrętom podwodnym i zasięg współczesnych sonarów jest skutecznie redukowany w tych warunkach. Pozostałe argumenty pozostają w mocy. Spróbujmy więc zobaczyć, co może uczynić nowoczesna technologia ożeniona ze starym konceptem.

Jeśli okręt ma być produkowany w większej liczbie lokalnie, musi być przede wszystkim relatywnie niedrogi. Przyjmijmy kwotę 120-150 mln PLN za uzbrojoną jednostkę. Ponieważ większą część kosztów stanowią uzbrojenie, sensory i C3, zależy nam na minimalizacji kosztów platformy. Co oznacza jednostkę raczej małą. Niewielki kadłub pomoże nam również w ograniczeniu kosztów uzbrojenia, bo automatycznie ogranicza liczbę i wielkość zainstalowanych systemów. Trzeba przyjąć za swoje powiedzenie małe jest piękne. Koncepcyjnie, nasze drobnoustroje służyłyby do bezpośredniej osłony ważnych transportów, co wymaga działania pod osłoną większych i silniejszych jednostek operujących w pewnym oddaleniu. Taką osłonę mógłby docelowo zapewnić Miecznik wraz z NDR-em. Pod warunkiem wprowadzenia ograniczonej zdolności do rekonfiguracji, nasze maluchy mogłyby alternatywnie przenosić elementy modułu przeciwminowego, projektowanego dla Czapli.

Pierwszą, pewnie trudną decyzją jest sama forma kadłuba. Trudno sobie wyobrazić 25-30m okręcik, dotrzymujący kroku wielkim kontenerowcom czy gazowcom. Mniejszą dzielność morską, wynikającą z niewielkich rozmiarów, kompensować możemy jedynie egzotyczną formą kadłuba. Najlepszy rezultat uzyskujemy pod tym względem stosując SWATH, który wymaga jednak dużej mocy do utrzymywania prędkości przy spokojnym morzu. BMT Nigel Gee oferuje projekty małych statków do obsługi farm wiatrowych w oparciu o hybrydę katamaranu i SWATH zwaną Extreme Semi-SWATH, w skrócie XSS.

Dość dobrze widać na czym polega hybryda katamaranu z SWATH.

Dość dobrze widać na czym polega hybryda katamaranu z SWATH.

Materiały reklamowe firmy BMT Nigel Gee zawierają ciekawe porównanie dzielności morskiej i niezbędnej mocy dla różnych form katamaranu. W innej broszurze mamy też porównanie kilku kluczowych parametrów również z kadłubem klasycznym.

Egzotyczne formy kadłuba są używane, gdy nie ma alternatywnego rozwiązania. Tu chodzi o dzielność.morską. Źródło - broszura BMT Nigel Gee Project L3 case study.

Egzotyczne formy kadłuba są używane, gdy nie ma alternatywnego rozwiązania. Tu chodzi o dzielność.morską. Źródło – broszura BMT Nigel Gee Project L3 case study.

Jednostka ma prędkość 28 węzłów, co jest na potrzeby ASW zbyt dużo, z drugiej strony zapotrzebowanie na moc dla urządzeń elektrycznych i elektronicznych będzie znacznie większa, niż przewiduje standardowy projekt. Ładunek użyteczny wynosi 7.5 tony i to jest nasze wyzwanie. Wybór systemów musi być więc przemyślany. Tylko to, co niezbędne dla wypełnienia misji i przetrwania. Najtrudniejszy i kontrowersyjny jest wybór sonaru. W tym przypadku decyzja naprawdę należy do fachowców. Mój wybór padł na sonar podkadłubowy ze względu na wagę i maksymalną prędkość przy której można go używać i fakt bezpośredniej osłony transportu. VDS jest możliwy również (np. w formie skonteneryzowanej jak na poniższym rysunku), choć wymagać będzie jeszcze większej dyscypliny w zachowaniu wagi i poboru mocy.

Sonar VDS dla niewielkich jednostek. Z prezentacji Kongsberg -Total Subsea.

Sonar VDS dla niewielkich jednostek. Z prezentacji Kongsberg -Total Subsea.

Poniższa lista jest tylko propozycją i może teoretycznie ulegać polonizacji, z tym, że polski przemysł musiałby być zdolny do zaoferowania poniższych urządzeń w tej samej kategorii wagowej w sensie dosłownym:

  • Sonar podkadłubowy Kongsberg SS2030.
  • Opcjonalnie sonar VDS ST2400 tej samej firmy.
  • 2 pojedyncze wyrzutnie lekkich torped plus torpedy MU90.
  • Radar 2D Variant firmy Thales.
  • Głowica EO (IRST) SAGEM EOMS NG.
  • Pułapki SKWS Terma.
  • VSHORAD MBDA Simbad -RC.
  • OTO Melara 30mm Marlin.
  • Wolno stojąca konsola Link11/16 z wyświetlaczem.

Brak jest systemu C2, chociaż tworzy się pole do popisu dla uproszczonej wersji rodzimego produktu SKOT. To pozwoliłoby rozwinąć skrzydła CTM. Wybór samego sonaru podkadłubowego zmuszałoby pewnie „drobnoustroje” do ścisłej współpracy ze śmigłowcami ASW bazującymi na lądzie i używającymi sonarów zanurzeniowych. Sam jednak fakt istnienia takiego zespołu, niezależnie od skuteczności, być może jest w stanie osiągnąć podstawowy efekt odstraszania okrętów podwodnych.

Sporym wyzwaniem byłoby pomieszczenie załogi. Projekt naszego maleństwa przewiduje transfer 12 dodatkowych techników, co pozwala na aranżację wnętrza aby pomieścić wszystkie konsole wraz z operatorami. Inna sprawa, to pobyt 15-18 ludzi przez kilka dni na tak małej jednostce. Integracja i automatyzacja zwiększa koszty a zwiększenie załogi napotyka na ograniczenia w przestrzeni. Na koniec krótkie podsumowanie korwet klasy Flower z tej samej książki Nelson to Vanguard:

Korwety Flower były przeznaczone do działań przybrzeżnych i miały wiele wad w walce na otwartym oceanie.
(…)
Istnieją jasne wskazówki, że większe i szybsze korwety River były bardziej efektywne w zatapianiu U-bootów niż okręty klasy Flower, ale były dwa razy droższe (…) i nie wydaje się aby były dwa razy bardziej skuteczne.
(…)
Jest prawdopodobne, że liczniejsze okręty Flower byłe lepsze niż River w trzymaniu U-bootów na dystans.

W planie modernizacji Marynarki Wojennej nie ma miejsca na taki projekt i nie ma dla niego budżetu. Z tego punktu widzenia nie ma zbyt wielkiego sensu. Pod warunkiem pełnej realizacji planu. Obserwując w jakich bólach ten program jest realizowany trudno jednak pominąć okazję do szukania rozwiązań prostszych, mających szansę na poparcie lokalnego przemysłu i dających marynarzom więcej szans na wyjście w morze. W końcu nie potrzebujemy budować od razu całej serii jak trałowców 207. Wystarczą dwie, trzy jednostki do zebrania doświadczeń i potwierdzenia założeń koncepcyjnych.

Nov 022014
 

Przeglądając codziennie wiadomości, wielu z nas wyczekuje decyzji dotyczących modernizacji Sił Zbrojnych. Przeprowadzono już wiele dialogów technicznych, ale podjęto znacznie mniej decyzji. A nowe zadania wciąż przybywają, jak choćby ostatnio wspomniane wzmocnienie wschodnich garnizonów i infrastruktury. Sytuację tłumaczy się czasem tytaniczną pracą studiowania setek lub nawet tysięcy stron dokumentacji przy bardzo ograniczonych zasobach ministerstwa. Wkrótce zapowiada się następne postępowanie na system obrony przeciwlotniczej krótkiego zasięgu Narew. Portal Defence24 pisze:

Ministerstwo Obrony Narodowej zamierza rozpocząć postępowanie w celu pozyskania systemu przeciwlotniczego i przeciwrakietowego Narew krótkiego zasięgu w 2016 roku. W listopadzie bieżącego roku przewiduje się otwarcie dialogu technicznego.

Sprawa o tyle dotyczy Marynarki Wojennej, że w planie modernizacji zawarto dwie baterie rakiet przeciwlotniczych. Tylko, czy my nie wyważamy otwartych drzwi? Definiując system obrony przeciwlotniczej jako zintegrowane ze sobą poniższe elementy:

  • Radar i/lub inne sensory,
  • C2,
  • Łączność i protokoły danych,
  • Wyrzutnie rakietowe,
  • Rakiety,

zauważmy, że Polska taki system już zakupiła i wprowadziła na stan Sił Zbrojnych. Mowa jest o systemie NASAMS tworzącym trzon Nadbrzeżnego Dywizjonu Rakietowego. Niech nas nie myli rodzaj i natura pocisku rakietowego używanego przez te dwa systemy występujące pod różną nazwą. Sam Kongsberg w swoich materiałach pokazuje uniwersalność systemu, gdzie na poniższym rysunku występują obok siebie NSM i AMRAAM.

Czy możliwe jest wpółistnienie NSM i AMRAAM w ramach jednego Dywizjonu

Czy możliwe jest wpółistnienie NSM i AMRAAM w ramach jednego Dywizjonu

Jedynym elementem do modyfikacji jest wyrzutnia rakietowa, której nie posiadamy. Taka sytuacja, pomijając nieco anegdotyczny charakter, stawia szereg pytań łatwych do zadania ale trudnych do odpowiedzi. Pierwsze i zasadnicze pytanie przychodzące na myśl, to czy potrzebna jest nam długotrwała procedura rozciągnięta do 2016 w sytuacji, gdy czas jest parametrem krytycznym? Być może zamiast skupić na definicji założeń taktyczno technicznych lepiej by było zebrać doświadczenia eksploatacyjne i dopiero wówczas wyznaczyć ścieżkę dalszego rozwoju?

Polska jest poniekąd w szczególnej sytuacji możliwości sprawdzenia praktycznego koncepcji, czy wspomniane tylko na rysunku współistnienie NSM i AMRAAM w ramach jednej baterii jest możliwe. Trzonem systemu jest bowiem moduł C2, zwany przez Kongsberga FDC (Fire Distribution Center), a w Polsce BCV (Battery Command Vehicle). Główną różnicą pomiedzy architekturą NASAMS i NDR są wozy programowania misji rakiet przeciwokrętowych zwane CCV (Combat Command Vehicle). Ładne i czytelne grafiki opisujące strukturę NDR znajdują sie w artykule Rakietowi Obrońcy Wybrzeża z Przeglądu Sił Zbrojnych. Inny jest również radar 3D, który był zagadką w baterii rakiet manewrujących, ale staje się bardzo cennym nabytkiem dla obrony przeciwlotniczej. Najważniejsze, że praca zintegrowania polskiego radaru 3D z FDC została już wykonana i zapłacona.

Ponieważ zbliża się zakup drugiego NDR-u, nadarza się więc idealna okazja do przetestowania pomysłu i to być może w ramach istniejącego budżetu. Konieczny jest zakup co najmniej jednego dodatkowego BCV do kierowania rakietami AMRAAM. Elastyczność konfiguracji wydaje się być duża, a więc możliwości manipulowania budżetem również. Jedna z możliwych propozycji poniżej.

 

Możliwości konfiguracji są spore. Powyżej jeden z wariantów.

Możliwości konfiguracji są spore. Powyżej jeden z wariantów.

Drugim, istotnym pytaniem związanym z ideą jest co zrobić, aby zdobyć poparcie krajowego przemysłu zbrojeniowego. Rząd bowiem stworzył Hydrę, z którą trudno będzie walczyć. Na naszych oczach rodzi się potężny na skalę lokalną kompleks militarno polityczny, który już wiąże ręce MON-owi. Pomimo faktu, że kontynuacja projektu NASAMS, który niewątpliwie znalazł się w kraju tylnymi drzwiami, może być najbardziej rozsądna, to krajowi potentaci wspierani przez polityków mogą zdecydować, że przetarg musi się odbyć pod hasłem „dostępu do kodów”. Nie neguje potrzeby niezależności w dziedzinie obronności. Zwracam tylko uwagę, że niewiele państw na świecie na taką niezależność stać, a podejście doktrynalne jest w stanie zablokować jakiekolwiek próby rozwoju. Najlepszą drogą wydaje się być selektywne inwestowanie w krajowe technologie i umiejętności oraz sprytne łączenie ich z elementami importowanymi. Coś na wzór Hindusów?

Skoro udało się wraz z Kongsbergiem dokonać integracji TRS-15 z FDC, to być może warto pomyśleć o rozszerzeniu współpracy idącej tym tropem. Kandydatów jest paru. Zacznijmy od radaru. TRS-15 o zasięgu instrumentalnym 240km ma pewną wartość wczesnego ostrzegania dla całości systemu Tarcza Polski, ale dla baterii bliskiego zasięgu to aż nadto. W rzeczy samej radar Sentinel występujący w oryginalnej wersji NASAMS ma zasięg od 50 do 75km, w zależności od wersji. To wskazuje na możliwość integracji mobilnego radaru Soła a jeszcze lepiej jego następcy Bystra.

Innym elementem istniejącym w architekturze NASAMS jest głowica EO dla celów kierowania środkami VSHORAD. I ponownie PIT/RADWAR posiada w swej ofercie coś podobnego w postaci systemu BLENDA, będącego w użytkowaniu Marynarki Wojennej. Idealnym kandydatem do integracji z NDR-em, ze względu na swoją mobilność jest POPRAD.

Problemem znacznie cięższego kalibru jest integracja nowych systemów dowodzenia z już istniejącymi. Na dobrą sprawę istnieje już produkt o funkcjach zbliżonych do FDC. Nazywa się REGA i ma w swej intencji integrować dowodzenie środków artyleryjsko-rakietowych obrony przeciwlotniczej, będących aktualnie na wyposażeniu Sił Zbrojnych. Czy nie warto układać się z Kongsbergiem na temat możliwości połączenia i zintegrowania najlepszych cech obu systemów w jedną całość w ramach projektu rozwojowego? Jeśli nie zaczniemy myśleć od samego początku o minimalizacji liczby systemów C2 w użyciu, to wkrótce działania sieciocentryczne staną się zmorą ze względu na niekompatybilność czy złożone interfejsy pomiędzy nimi.

Wszystko, co zostało napisane powyżej jest tylko być może rezultatem wyciągania nieuzasadnionych wniosków z lektury ogólnodostępnej literatury. Jeśli jednak coś w tym jest, rozsądne podejście do równowagi pomiędzy środkami, ambicjami umieszczonymi w kontekście czasu, pozwoli być może na uniknięcie tytanicznej pracy urzędników MON-u. Zamiast wyważać otwarte drzwi, skupmy się na jak najszybszej ścieżce dojścia do systemów spełniających wymagania minimalne, zamiast iść długą i krętą drogą w poszukiwaniu systemu optymalnego. Lepsze jest wrogiem dobrego jak mawiają anglosasi i mają w tym powiedzeniu sporo racji.

Sep 242014
 

Politycy nie ukrywają, że program modernizacji Sił Zbrojnych, w tym Marynarki Wojennej jest sposobem na ożywienie polskiej gospodarki. Chęć posiadania kontroli nad strategicznymi gałęziami przemysłu obronnego wyraża się w postulacie polonizacji co najmniej 70% zakupów uzbrojenia i sprzętu. Dotychczas uwaga obserwatorów skupiała się przede wszystkim na ograniczeniach finansowych dotykających boleśnie naszą flotę. Jednak nie one chyba są przyczyną, że MON każe nam tak długo czekać na swoje decyzje odnośnie najważniejszych programów modernizacyjnych dla Marynarki Wojennej. Marcin Mikiel polemizując z krytyką swojej interesującej książki Koncepcja wielozadaniowego okrętu wojennego dla Marynarki Wojennej RP w świetle nowych wyzwań zawiera bardzo istotną uwagę:

Dziś można zaryzykować twierdzenia, że nie jest nam potrzebna nadmiernie rozbudowana marynarka wojenna, ale taka, która jest rozwijana w sposób ciągły i konsekwentny…

Jeśli społeczne i polityczne poparcie ograniczy finansowanie floty do motorówek hydrograficznych, niech tak będzie, ale niech ta potrzeba nie stanie się powodem nieustających dyskusji i braku decyzji. Ilustracją powyższej tezy jest obecny stan Royal Canadian Navy, która wycofuje ze służby trzy stare niszczyciele bez ich zastąpienia nowymi jednostkami, istniejącymi tylko na papierze w formie bardzo ambitnego planu o mglistych szansach na realizację.

Wobec braku szerokiego społecznego zrozumienia i poparcia dla programu zbrojeń morskich, flocie brak jest silnego sponsora przemysłowego. Niezależnie od chęci marynarzy do maksymalizowania zdolności bojowej floty w ramach nakreślonego budżetu, cały plan jest zawieszony pomiędzy gotowością do finansowania na przewidzianym poziomie a możliwościami produkcyjnymi naszych stoczni. Bo bez udziału naszych stoczni na poziomie wspomnianych 70%, silne lobby przemysłu zbrojeniowego będzie zainteresowane promocją innych swoich produktów. Tak więc na plan modernizacji warto może spojrzeć z punktu widzenia stoczni. Dalszy tekst prosi się wręcz o komentarz osób o wiele lepiej zorientowanych w temacie, niemniej jednak poniżej zawarte są spekulacje oparte o kilka prostych hipotez. Pod uwagę brane są tylko trzy stocznie – Remontowa, SMW i Nauta. Dwie ostatnie są przewidziane do włączenia w Polską Grupę Zbrojeniową. Remontowa jest zaangażowana w budowę 3 niszczycieli min do 2022 roku w tempie jednej jednostki co trzy lata. SMW wznowiła budowę Ślązaka i na wykończenie okrętu o poziomie kompletacji około 70% potrzebuje 2.5 roku. Przyjmuje się, że budowa dwóch korwet zajmie 7-8 lat. Dla OPV może to być trochę mniej, zwłaszcza jeśli to będzie prosty w miarę okręt jak L’Adroit. Horyzont czasowy przyjęty to lata 2015-2022 czyli 8 lat.

Ilustracja poniżej pokazuje, że okręty podwodne destabilizują budżet i są najsilniejszym ograniczeniem finansowym. Okręty nawodne mieszczą się w budżecie ale mogą stanowić wyzwanie dla zdolności produkcyjnych stoczni. Rozwiązaniem pośrednim jest budowa jednego OP w stoczni zagranicznej jako okrętu wiodącego w serii i po dwa Mieczniki oraz Czaple. Wówczas mieścimy się w teoretycznie założonym poziomie 900 mln PLN rocznie. Tyle, że nie ma tam już miejsca na pozostałe programy jak ELINT, okręty pomocnicze nie mówiąc o Marlinie.

MW-Reset

Jako wariant trzeci pokazano po raz kolejny na tym blogu wersję z bliźniakiem dla Ślązaka ale uzupełnionym o pakiety dozbrojenia pary do pełnej korwety. W tym wariancie rezygnuje się z jednego typoszeregu korwet i OPV, ale w dalszym ciągu zachowuje się tylko dwa typy okrętów – MEKO i OPV. Okręt patrolowy proponuje się zbudować w wersji Low – end, czyli prostej i ekonomicznej zgodnie z filozofią rozwiązania „wystarczająco dobrego”. Taka propozycja ma kilka zalet:

  • Wprowadza większą elastyczność budżetową, gdyż pakiety modernizacyjne dla korwet są osobną pozycją.
  • Wykorzystuje się szansę jaką daje Ślązak i poniesione już koszty do obniżenia kosztów korwet
  • Daje szansę na zastosowanie systemu C2 SCOT autorstwa CTM w projekcie uproszczonych OPV. Ryzyko jest znacznie mniejsze niż w przypadku korwet.
  • Minimalizuje czas uczenia się nie do uniknięcia w przypadku nowego projektu.
  • Zwiększa bazę przemysłową i zaplecze Marynarki Wojennej poprzez wciągnięcie w modernizację trzech stoczni oraz otwarcie nowego rynku dla CTM.
  • Zwiększa zainteresowanie potencjalnego sponsora i promotora w postaci polskiego lobby przemysłowego

Taka propozycja nie odbiega drastycznie od obranego planu i powinna zaoferować politykom większą elastyczność w wyborze opcji, co może być ważne wobec zbliżających się wyborów. W sumie Siły Zbrojne mają i tak sporo szczęścia, gdyż ostatnia rekonstrukcja rządu zachowuje nie tylko ciągłość na stanowisku Ministra Obrony ale wzmacnia go poprzez stanowisko wicepremiera. Tyle, że to tylko na rok a dalej nie wiemy, co będzie. W tym miejscu warto chyba przypomnieć rysunek już publikowany na tym blogu, autorstwa D.K. Browna, z książki Future British Surface Fleet: Options for Medium Sized Navy.

Wartość bojowa a percepcja użyteczności dla polityków to dwie różne rzeczy.

Wartość bojowa a percepcja użyteczności dla polityków to dwie różne rzeczy.

Dolną granicę zdolności bojowych definiują marynarze a konstruktorzy okrętów określają dla takiej jednostki dolną granicę kosztów. Gdybyśmy przyjęli, że minimum akceptowalne to prosty OPV uzbrojony w armatę średniego kalibru, najprostsze rakiety plot obrony bezpośredniej i moduł przeciwminowy, to koszt być może wyniesie 300-400 mln PLN. Górną granice finansową definiują politycy, określając jednocześnie wartość użyteczną okrętu. To nie jest kwestia obliczeń, ale prosta obserwacja mówi, że największa jednostkowa inwestycja w MW to NDR, czyli 700 mln PLN, de facto podzielone na pół pomiędzy dywizjon i rakiety. Drugim przypadkiem jest poród w bólach Ślązaka za 800 mln PLN. Jest to praktycznie rzecz biorąc uproszczona korweta. I to jest najbardziej prawdopodobny zakres poruszania się lub pole manewru dla planistów MON-u i Marynarki Wojennej. Okręty podwodne za 2-2.5 mld PLN są interesującym przypadkiem. Albo wartość tak zwanego odstraszania będzie dla polityków na tyle atrakcyjna, że się zdecydują na tak ogromny wydatek, albo OP mogą zniknąć ze składu naszej floty. Istnieje optymistyczna wersja, że plan zostanie po prostu zrealizowany w przewidywanej wersji, tyle że rozciągnięty w czasie. Warto poobserwować i wyciągnąć wnioski.

Sep 062014
 

Nikt nie odwołał planu modernizacji Marynarki Wojennej ani nie ogłosił istotnych zmian, jednak trudno nie odnieść wrażenia, że budżet przeznaczony na realizację planu staje się powoli buforem finansowym dla realizacji innych celów. Brak nowych wieści tylko potęguje to wrażenie. Jeśli się mylę, w co chciałbym wierzyć, to oczekiwałbym jakiś jasnych komunikatów ze strony Ministerstwa Obrony Narodowej. Wierzę jednak, że Marynarka nie zostanie pozostawiona całkowicie na łaskę losu i MON podejmie działania kierując się trzema zasadami:

 

  • elastycznego wyboru realizowanych projektów
  • nie wychodzenia zbyt daleko poza ramy oficjalnego planu
  • minimalizując niezbędne nakłady finansowe.

Zmiany będą prawdopodobnie ułatwione, gdyż wkrótce należy się spodziewać rekonstrukcji rządu, a przyszły rok to rok wyborczy. Nowym politykom łatwiej przeforsować nowe idee, mając pewien kredyt zaufania na początek. Jest to kontynuacja toku myślenia z poprzedniego wpisu, który zyskał wsparcie po przeczytaniu w Dzienniku Zbrojnym zgrabnego podsumowania założeń finansowania modernizacji Sił Zbrojnych na lata 2014-2016. Wnioski jakie się nasuwają, wymagają nowego rozdania i propozycji jak i w co inwestować w przypadku programu „zwalczania zagrożeń ze strony morza”.

MW to najwyższa kwota i najniższy priorytet

MW to najwyższa kwota i najniższy priorytet

Powyższa tabela jest podobna do zamieszczonej we wspomnianym artykule, lecz sortuje inwestycje według wartości, od największej do najmniejszej. Czcionka pogrubiona wskazuje na projekty, które wydają się być pewne ze względu na fakt już podpisanej umowy lub też biorąc pod uwagę wysoki priorytet na liście MON-u i BBN-u. Przeglądając tabelę, przychodzi na myśl dość popularna przypowiastka o jak najlepszym wypełnieniu naczynia kamykami. Najpierw wrzuca się duże kamienie. W pozostałą przestrzeń stara się wcisnąć mniejsze kamyki, a resztę wypełnia się piaskiem. Niech naczynie będzie budżetem a kamyki i piasek projektami o różnej wartości i postąpmy tak jak nam mówi przypowieść. W tabeli są podane maksymalne wartości, które ministerstwo może wydatkować na projekt. Ich suma jest jednak większa od ogólnego limitu budżetowego na dany rok. Dla 2015-go nadwyżka wynosi dwa miliardy PLN. Gdzie znaleźć rezerwy? Na czele listy z największą wartością lecz najniższym priorytetem jest Marynarka Wojenna. Gdybyśmy zrezygnowali z realizacji wszelkich projektów nie oznaczonych jako pewne lub priorytetowe, to i tak musielibyśmy obciąć wydatki na marynarkę o 0.5 miliarda PLN, co nie pozwala na uruchomienia żadnego z głównych projektów jak okręty podwodne czy Miecznik. W 2016 jest znacznie gorzej. Przy zastosowaniu tej samej metody budżet floty się praktycznie zeruje. Nie przewiduję tak czarnego scenariusza ale podejrzewam istnienie silnych ograniczeń na wydatkowanie pieniędzy w tej dziedzinie. Teoretycznie można projekty odsunąć w przyszłość, co dotychczas było metodą preferowaną, ale w kolejce czeka projekt śmigłowców szturmowych Kruk, czy też rozbudowa infrastruktury pod „wzmocnienie wschodniej flanki NATO”. Minister Siemoniak po powrocie ze szczytu NATO, wyraża swoje zadowolenie, mówiąc:

Polska delegacja zabiegała o podniesienie znaczenia Wielonarodowego Korpusu Północ-Wschód, który znajduje się w Szczecinie. – Chcielibyśmy, aby korpus i jego dowództwo było organizatorem obrony na wschodniej flance NATO. To by oznaczało, że będzie dowodzić siłami większymi od szpicy – mówił minister Siemoniak. – Przedsięwzięcie jest trudne i kosztowne, ale jesteśmy na to przygotowani.

Pojawiają się więc nowe priorytety i uczciwie mówiąc bardzo istotne i całkiem uzasadnione. Razem wzięte, powyższe fakty skłaniają do przemyślenia swoistego resetu planu modernizacji Marynarki Wojennej. Groźną alternatywą pozostanie bujanie w obłokach i snucie snów o potędze. Co więc można lub trzeba zrobić? Nieodmiennie powraca pytanie o jaką marynarkę wojenną się staramy? Podobne pytanie zadaje sobie Prof. James Holmes na łamach National Interest. Jak wyglądałaby US Navy, gdyby ją stworzyć od podstaw dzisiaj, wobec aktualnych zagrożeń? Autor sięga do teorii Juliana Corbetta mówiąc, że „bitwa jest tylko środkiem w wojnie na morzu a nie celem samym w sobie” i podkreśla rolę lekkich sił nawodnych broniąc ich roli mimo uwagi skupiającej się na trzonie floty – „battle fleet” mającej za zadanie zmieść flotę przeciwnika z powierzchni morza. Proponuje okręty podwodne ograniczające ruchy floty przeciwnika oraz wachlarz lekkich okrętów nawodnych operujących w czasie pokoju lub kryzysu. Im poziom zagrożenia wyższy, tym mniejsze jednostki nawodne są preferowane. Symptomatyczne, że najsilniejsza flota świata nie czuję się już niezwyciężona . Szwedzką odpowiedzią było być niewidzialnym, a propozycja niewielkich okrętów nawodnych sugeruje opcję floty-roju. Stwierdzenie profesora – „potęga morska nie sprowadza się już tylko do floty” prowadzi nas do przyjętej doktryny odmowy dostępu. Tylko, że w naszym przypadku przyjęcie założenia Bałtyk Plus nie oznacza automatycznie strategii A2/AD. Sam Tangredi na łamach tegoż samego periodyku National Interest, wyjaśnia co stanowi wyróżnik doktryny odmowy dostępu:

wyjątkowość podejścia w doktrynie odmowy dostępu polega na tym, że jest specjalnie zaprojektowana tak, aby zablokować dostęp zewnętrznej potędze globalnej spoza regionu, której obrońcy nie są w stanie w innym przypadku pokonać.

Kluczowe słowa to te o sile spoza regionu a nie sąsiedzie z dostępem do morza. Czy można więc zaproponować doktrynę zgodną z poglądami Prezydenta na temat obrony terytorialnej Bałtyk Plus, ale różniącej się od teorii odmowy dostępu i akceptowalną dla rządu? Z pomocą znów przychodzi Julian Corbett, który oferuje dość sporo opcji dla strony uznającej przewagę przeciwnika. Możliwym rozwiązaniem jest skupić się na zapewnieniu czasowej i lokalnej przewagi na morzu w celu uzyskania „prawa przejścia morzem” oraz odmowy takiego prawa przeciwnikowi. Będąc stroną słabszą nie możemy, w świetle teorii Juliana Corbetta mówić obronie lub atakowaniu szlaków morskich i żeglugi, ale możemy podważać przewagę przeciwnika i chronić strategiczne pojedyncze transporty morskie, bądź militarne bądź handlowe. Aby wyobrazić sobie charakter działań na Bałtyku, warto przywołać analogię do działań na Morzy Śródziemnym lub Czarnym w czasach drugiej wojny światowej, gdzie lotnictwo lądowe odgrywało istotną rolę a każdy transport dostarczony na Maltę czy do Afryki wiązał się ze złożoną operacją połączonych sił zbrojnych z obu stron konfliktu.

W próbie zamiany powyższych tez na konkretny sprzęt nie powinniśmy lekceważyć ostrzeżenia, które James Holmes zawarł w swoim artykule:

Odkryj, co Amerykanie i rząd są gotowi wesprzeć. Potęga morska jest świadomym wyborem politycznym (…)

Tak więc, zataczając koło powracam do naczynia wypełnionego już po części dużymi kamieniami innych projektów niż marynarki wojennej i próbuję dopełnić je małymi kamyczkami oraz piaskiem. Przede wszystkim przyjmuję, że duże kamienie jak okręty podwodne i korwety, zostaną odłożone na nieznaną przyszłość. Przynajmniej w obecnej postaci projektów. Co więc można zrobić?

Obrona własnego prawa do przejścia morzem:

  • Ochrona kluczowych transportów zakłada, że jest co eskortować. Niespodziewanym priorytetem może stać się okręt wsparcia połączonych operacji. Jednak mam na myśli okręt transportowy, a nie desantowy. Idea szybkiego rajdu, czy wzmocnienia państw Bałtyckich wobec przewagi przeciwnika nie pozwala na długotrwałe wspieranie desantu z morza i pozostawanie w obszarze zagrożenia. Nie wiadomo również jakie śmigłowce miały by służyć do desantu. Głównym użytkownikiem będzie 25 brygada kawalerii powietrznej i przypuszczam, że będzie miała całkiem inne zadania. Dużą operację desantową w ramach NATO na Bałtyku uważam za na tyle mało prawdopodobną, że nie wartą przeznaczania istotnych i skąpych środków na ten cel. Transport brygady poza nasz obszar zainteresowania w obecnej sytuacji przypuszczalnie przegra z priorytetami jak obrona przeciwlotnicza czy nawet program pancerny. Rozwiązaniem mógłby być szybki prom w zmilitaryzowanej wersji, podobnie jak to uczynili amerykanie.
  • Eskortę dla transportu wojska czy też strategicznych dostaw surowców lub paliw miały zapewnić korwety. Jeśli jednak ich nie będzie to pozostajemy z fregatą po przeglądzie i Ślązakiem. Rozwiązaniem mogłoby być podjęcie budowy zubożonej serii korwet bez uzbrojenia ofensywnego i uzbrojeniem przeciwlotniczym ograniczonym do krótkiego zasięgu. Taki okręt ma szansę na modernizację w przyszłości i rozbicie finansowo projektu na etapy. Jeśli w grę nie wchodzi rozpoczęcie serii trzech okrętów, to pozostaje wielokrotnie proponowany na łamach blogu bliźniak dla Ślązaka. W takim wypadku być może miałaby sens modernizacja dwóch systemów Phalanx z fregat do poziomu SeaRAM. Nawet jeśli ekonomicznie nieuzasadnione, to pozwala na minimum samoobrony dla zarówno fregaty i korwety oraz na ich standaryzację.
  • Zainicjowanie programu okrętów patrolowych jako alternatywy do korwet przy założeniu działań wojny hybrydowej. W tym wypadku okręty w drugiej fazie powinny zostać wyposażone w system przeciwlotniczy samoobrony klasy RAM/Mica. Sonar holowany w formie skonteneryzowanej i wymienny pomiędzy jednostkami byłby również cennym uzupełnieniem. Podobnie jak w poprzednim wypadku, systemy modułowe lub „plug-in” jak RAM pozwalają na rozbicie finansowe projektu na etapy. Małe kamyki są wówczas uzupełniane piaskiem.
  • Wspomniane już w poprzednim wpisie samoloty patrolowe i ASW z prawdziwego zdarzenia.
  • Przyśpieszenie prac nad modułem przeciwminowym przewidzianym dla Czapli i zmodyfikowanie go w takim stopniu, aby był możliwy do przenoszenia przez dowolną platformę, włączając statki cywilne.

Odmowa prawa przejścia morzem dla przeciwnika (łącznie z próbą blokady):

  • Głównym problemem pozostaje groźba zaniku naturalnego sił podwodnych wraz z kompetencjami marynarzy i całej wspierającej infrastruktury. Jedyną alternatywą wydaje się być leasing jednej jednostki od zaprzyjaźnionej floty NATO, co księgowo usuwa środki finansowe z rubryki „inwestycje”. Próba była już podejmowana a nasza wiarygodność podważona, jeśli wierzyć wspomnieniom osoby będącej blisko wydarzeń.
  • Miniaturowe okręty czy raczej pojazdy podwodne dla sił specjalnych. Biorąc pod uwagę sukcesy włoskich płetwonurków w czasach II wojny światowej na Morzu Śródziemnym, wydaje się to być bardzo ekonomicznym środkiem powstrzymywania i odstraszania.
Hybrydowe i asymetryczne. Specjalsi pod wod, czyli dwa w jednym

Hybrydowe i asymetryczne. Specjalsi pod wod, czyli dwa w jednym

  • Rozwój systemów bezzałogowych, zarówno nawodnych jak i podwodnych. Rozpoznanie, walka z minami czy patrolowanie to nie jest już w dzisiejszych czasach fantazja. Systemy są powoli wprowadzane do służby lub przechodzą intensywne testy. Ryzyko inwestowanie w niesprawdzone technologie jest w tym wypadku mniejsze od ryzyka niewykorzystania szansy. Jest to coś, z czym krajowy przemysł i zaplecze badawcze powinno sobie dać radę. Jest to również szansa na częściowe rozwiązanie odwiecznego dylematu ilość versus jakość. Strata bezzałogowca w wyniku działań wojennych to nie koniec floty. Uzupełnienie strat jest relatywnie proste i przede wszystkim w ogóle możliwe. Media pokazują interesujące prototypy czy prace badawcze, ale brakuje im chyba jasnego ukierunkowania, które może nadać tylko użytkownik i przynajmniej ogólna specyfikacja mówiąca jak chcemy dany pojazd wykorzystywać.
  • Powrót do idei Fast Attack Craft w wersji lżejszej i uproszczonej. W dalszym ciągu fascynuje mnie idea wykorzystania małego SWATH jak Skrunda w podwójnej roli okrętu załogowego i autonomicznego bezzałogowca. Coś na wzór SW-4/Solo. Niektóre zadania lub w czasie pokoju byłyby wykonywane z załogą na pokładzie, podczas podczas wzrostu zagrożenia lub wojny w trybie autonomicznym. Wiadomo, że Skrunda ma możliwość zabierania 6 tonowego kontenera, co wyznacza granicę ładunku użytecznego. Cztery lekkie pociski klasy Penguin lub Marte o zasięgu 30-50km wymagają prostego modułu planowania misji oraz, być może jednej konsoli C2 z łączem Link11/16. Radar nawigacyjny plus ESM.

Marte

Niektóre z powyższych pomysłów były już komentowane na tym blogu, jeżeli jednak grozi nam tytułowy „reset” to będziemy zmuszeni do powrotu do dyskusji o podstawach i sensie istnienia Marynarki Wojennej.

Aug 122014
 

W realizacji programu modernizacji Marynarki Wojennej mamy dość interesującą sytuację. MON bowiem zaprasza firmy do dialogów technicznych i zapytuje o informacje potencjalnych dostawców, brak jest jednak decyzji o realizacji poszczególnych projektów. Na stronie ministerstwa pojawia się przy najważniejszych programach zdanie „SW i WZTT w trakcie uzgodnień wewnątrz MON”. Być może jest to kwestia złożoności problemów i skomplikowanej procedury, a być może po prostu inercja. W międzyczasie na stronach Inspektoratu Uzbrojenia pojawiły się ogłoszenia o „zamiarze przeprowadzenia dialogu technicznego” na okręty zaopatrzeniowe dla floty jak i o „rozpoczęciu realizacji fazy analityczno-koncepcyjnej dotyczącej zdolności do kompleksowego rozpoznania z powietrza oraz zwalczania okrętów podwodnych”.

Wkrada się nutka niepokoju. Jeśli procedury są tak skomplikowane, to dlaczego skąpe zasoby specjalistów rzuca się na nowe tematy zamiast dopiąć już rozpoznane i kluczowe projekty? Być może odpowiedź jest inna – MON zbiera informacje o wszelkich opcjach trzymając je do końca otwarte. Niewątpliwie są to tylko spekulacje autora, ale wobec braku nowych informacji z Ministerstwa, dają jakieś wytłumaczenie. Jednak jeśli tak jest to konsekwencje nie są wesołe, bowiem urzędnicy państwowi stoją prawdopodobnie przed trudnymi decyzjami. Podobnie jak autor na tym blogu tak i Defence24 podnosił już dawno kwestię potencjalnej kumulacji wydatków modernizacyjnych poza granicę realności.

W takiej sytuacji mamy kilka możliwych strategii postępowania. Jedna to trwać przy pierwotnych założeniach wierząc, że środki jednak się znajdą. To może być trudne, bo poza planem pojawiają się nowe propozycje. Druga możliwość polega drastycznej decyzji sprowadzającej się do alternatywy albo okręty podwodne albo okręty nawodne. Wynika to z sum jakie trzeba przeznaczyć na te dwie największe pozycje budżetowe. Jest też trzecia droga, która sprowadza się do przesuwania w czasie kluczowych decyzji a w międzyczasie realizacja przedsięwzięć na mniejszą skalę, dających jednak efekt synergii z wyposażeniem i uzbrojeniem już w trakcie realizacji. Przykładowo pomysł na Maritime Patrol Aircraft (MPA), a tak chyba należy odczytywać ostatnie ogłoszenie Inspektoratu Uzbrojenia byłby idealnym uzupełnieniem śmigłowców ZOP. Głównym sensorem tych ostatnich będzie sonar zanurzany, ale wobec ograniczonego czasu przebywania w powietrzu helikopter powinien mieć już wcześniej informację o potencjalnym obszarze przebywania okrętu podwodnego. Najnowsze boje Multistatic Active Coherent (MAC) jak SSQ-125 dają na to szansę, ale wymagają wyższego pułapu w celu monitorowania większego obszaru, na którym pole sonoboi się znajduje. To implikuje samolot raczej, nie helikopter.

Ten sam samolot MPA może być cennym źródłem danych dla NDR-u. Przy relatywnie niewielkim koszcie uzyskujemy efekt znacznie większy niż by to wynikało z zainwestowanych sum.

Ciekawe będzie porównanie pierwotnego, powyższego rysunku z ostatecznym rezultatem.

Ciekawe będzie porównanie pierwotnego, powyższego rysunku z ostatecznym rezultatem.

Idąc dalej tym tropem można dojść do wniosku, że skoro godzimy się na operowanie bezbronnego MPA w przestrzeni nad Zatoką Gdańską, to unikając sprzeczności logicznej, powinniśmy „dać szansę” na przeżycie okrętom nawodnym. Innymi słowy jeżeli zdecydujemy się na ograniczony poziom zagrożenia, to opcja budowy okrętów nawodnych staje się atrakcyjniejsza. Istnieje po temu kilka powodów. Wszyscy bacznie obserwujemy rozwój konfliktu na Ukrainie. Jak na razie raczej potwierdza on tezy gen. Koziej o działaniach „podprogowych” i potrzebie zdolności „anty zaskoczeniowych”. W rzeczy samej marynarka w konflikcie Krymskim nie odegrała żadnej innej roli poza „Fleet-in-being”. Budowa okrętów nawodnych jest równiej łatwiejsza do kontrolowania wydatków i bardziej realna dla krajowego przemysłu stoczniowego. Modułowość, jak MEKO na Ślązaku, stanowi wciąż niewykorzystany potencjał do podzielenia projektu na bardziej strawne dla budżetu kawałki bez utraty możliwości modernizacyjnych. Z drugiej strony dla polityków bardziej atrakcyjna wydaje się być opcja okrętów podwodnych. To rozwiązanie, zwłaszcza w połączeniu z tak zwaną opcją odstraszania, byłoby dla programu modernizacji marynarki wojennej destabilizujące. Nie tylko dlatego, że może podnieść koszt samego okrętu podwodnego, który już jest niebotyczny, to jeszcze de facto wymagać będzie całego zaplecza rozpoznania strategicznego z satelitami i łącznością, co opróżni kasę do dna. W konsekwencji siły nawodne pozostaną na długo z jedną fregatą OHP, OPV Ślązak, trzema Kormoranami i trójką Orkanów.

Tak więc niewykluczone, że cisza medialna wynika nie tyle z mrówczej pracy urzędników, co niełatwych do podjęcia decyzji i trzymaniu do końca otwartych opcji. Osobiście nie miał bym nic przeciwko metodzie małych kroków budujących synergię, byle by były widoczne zarówno dla nas jak i dla rywali. To też jest odstraszanie.

Mar 132014
 

Ten rok jest szczególny w historii Polski – 25 lat od odzyskania niezależności, 15 lat od wstąpienia do NATO i 10 lat od przystąpienia do Unii Europejskiej. Pytanie o los Krymu i być może całej Ukrainy nie mogło zostać postawione w lepszym momencie dla pobudzenia refleksji nad bezpieczeństwem Polski. Wzmianka Premiera w Sejmie o możliwym przyśpieszeniu prac nad modernizacją sił zbrojnych nie dziwi w takiej sytuacji. Co to jednak znaczy dla marynarki wojennej? Czy Marynarka Wojenna RP będzie również uwzględniona?

Warto zacząć od szerszego kontekstu. Kryzys na Krymie potwierdza oba założenia będące podstawą strategii bezpieczeństwa kraju. Z jednej strony należy wzmocnić zdolności obronne kraju ale jednocześnie oczywistym się staje, że samodzielnie możemy się przeciwstawić wyłącznie zagrożeniom w ograniczonym zakresie. Istnienie państw małych lub słabszych sąsiadujących z wielkimi potęgami zależy od wspólnoty międzynarodowej. Tak więc w interesie tych państw leży wspieranie wysiłków na rzecz utrzymywania prawnego porządku międzynarodowego. Marynarka wojenna w naszym położeniu jest szczególnie przydatna do działania na rzecz budowy bezpieczeństwa międzynarodowego oraz do wyrażania politycznej woli rządu. Podobnie jak przylot do Polski eskadry F-16 USAF która nie stanowi istotnej siły militarnej ale sygnalizuje wsparcie Stanów Zjednoczonych, tak uczestnictwo okrętów pod polską banderą w operacjach międzynarodowych demonstruje nasz wkład w zbiorowe bezpieczeństwo.

Bardziej sygnał polityczny niż siła militarna. Foto F-16.net

Bardziej sygnał polityczny niż siła militarna. Foto F-16.net

Po tym przydługim wstępie możemy sobie zadać pytanie co jest możliwe do zmiany w planie modernizacji marynarki wojennej? Nie ma chyba odpowiedzi jednoznacznej, ale jest możliwe stworzenie czegoś na kształt drzewa decyzyjnego. Pierwsze rozstrzygnięcie to jakie projekty mają realne szanse na przyśpieszenie. Za tym powinien nastąpić wybór wariantu, który skraca realizację planu przy zachowaniu elastyczności w nakładach finansowych. Ta elastyczność pozwoli na minimalizację ryzyka wynikającego z prawdopodobnych przesunięć środków budżetowych na rzecz najważniejszych priorytetów sił zbrojnych. Jak wiemy są to obrona przeciwlotnicza i mobilność wojsk, czyli program śmigłowcowy. Oba są bardzo kosztowne i ich przyśpieszenie spowoduje kumulacje wydatków wcześniej niż planowano. Nie są jednak dla floty obojętne, gdyż oznaczają potencjalnie wcześniejsze wprowadzenie do służby śmigłowców SAR, ASW oraz dwóch baterii przeciwlotniczych do osłony baz morskich. To zaś może być argumentem używanym w dyskusjach budżetowych, gdyż oznacza wzmocnienie potencjału floty.

Poniżej będę się posługiwał raczej dokumentem Modernizacja techniczna SZ RP dostępnym (i w miarę aktualizowanym) na stronie MON, a nie prezentacją z marca 2012 roku. To są bowiem „realne” projekty będące przedmiotem planowania MON-u. Lista szybko obnaża wąskie pole manewru. Przyśpieszenie budowy Kormorana II, remontu OHP i dokończenia Ślązaka wydaje się być mało prawdopodobne. Zakup okrętów podwodnych oznacza zablokowanie olbrzymich kwot i znacząco ogranicza elastyczność finansowania innych pozycji zawartych w planie. Gdyby maksymalizacja możliwości bojowych była głównym kryterium decyzyjnym to warto być może podjąć takie ryzyko. Tylko jakie możliwości rzeczywiście kupujemy? Odpowiedź bardzo zależy od koncepcji użycia okrętów podwodnych. Ciekawy artykuł na ten temat ukazał się w marcowym numerze USNI Proceedings (dla subskrybentów). Dotyczy wspólnych amerykańsko – niemieckich ćwiczeń, w których ważny transport bez eskorty miał przejść przez wąski pas wody. Przeciwnikiem był okręt podwodny SSN, a wsparciem własny klasyczny okręt klasy U-212 wspierany przez samoloty patrolowe, śmigłowce ASW z lotniskowca i ciekawostka… okręt badawczy Planet wyposażony w holowany sonar aktywno-pasywny. Poniżej niektóre wnioski z ćwiczeń:

Tradycyjna mądrość mówi, że konwencjonalne okręty podwodne są zbyt wolne aby mogły służyć jako osłona ASW, zwłaszcza że wzajemne zasięgi wykrycia okrętów podwodnych rzadko przekraczają kilka tysięcy jardów. Nawet na ograniczonych akwenach wodnych, problem dobrego zarządzania obszarem wodnym i organizacja łączności tworzą sytuację, która wydaje się trochę niewarta posiadania dodatkowych zasobów, których zasięg wykrywania celów przypomina boję akustyczną.

Jednak TACDEVEX zademonstrował, że nowoczesny, klasyczny okręt podwodny, wolny czy też nie, może wnieść znaczący wkład w operacje jeśli będzie połączony z aktywnymi sensorami dalekiego zasięgu. U-32 może zostać wezwany do wynurzenia i odebrać dane odnośnie celu i w ten sposób być aktywnym członkiem operacji ASW bez ograniczania swobody taktycznej innych sił własnych…

Co więcej, taktyczne użycie detekcji bistatycznej dla celów analizy ruchu USS Norfolk (SSN) przeszło najśmielsze oczekiwania. U-32, który nigdy nie był wyposażony we własny sonar aktywny, nagle zyskał możliwość korzystania z większego zasięgu wykrywania sonaru holowanego przez Planet, wciąż pozostając w trybie pasywnym.

Innowacyjne użycie okrętu badawczego daje nowe szanse dla U-32

Innowacyjne użycie okrętu badawczego daje nowe szanse dla U-32

Dwie rzeczy zwracają uwagę. Małe zasięgi wykrywania celu za pomocą własnego sonaru, co na Bałtyku powinno być jeszcze bardziej widoczne niż na Atlantyku. Aby okręt podwodny był efektywny potrzebuje współpracy z zewnętrznymi sensorami lub posiadać z zewnątrz informacje, gdzie szukać celu. Po drugie, innowacyjne zastosowanie było nie było, okrętu badawczego. Co oznacza, że sam zakup klasycznego okrętu podwodnego to dopiero początek drogi do pełnego wykorzystania jego możliwości bojowych, które jak na razie pozostają potencjalnymi. Gdyby jednak istniała możliwość przejęcia czy leasingu okrętów nowo zbudowanych czy też będących w końcowej fazie budowy (choćby jednego), to zysk na czasie przeważałby wszelkie obiekcje. Tylko, czy są takie szanse? Wolę głośno nie myśleć.

Przyśpieszenie projektów Miecznika i Czapli jest mało prawdopodobne. Remontowa ma pełen portfel zamówień do 2015 roku a SMW będzie się zmagać ze Ślązakiem do 2016-go. Nie ma co więc nawet przyśpieszać procedur biurokratycznych. Istnieje co prawda możliwość zamówienia okrętów w stoczniach zagranicznych pod warunkiem, że budowa okrętów podwodnych nie zablokuje środków finansowych i rząd zrezygnuje z planów wspierania krajowego przemysłu. No cóż, coś za coś. Chyba, że da się pierwszeństwo okrętom nawodnym, wówczas jak najszybciej trzeba by przejść do etapu przetargu.

Jest jeszcze jedna kontrowersyjna możliwość, o której na tym blogu wspominałem parokrotnie. Jest nią kontynuacja programu MEKO A-100, czyli budowa bliźniaka dla Ślązaka według specyfikacji możliwie maksymalnie zbliżonej do Czapli. Ma to parę zalet, przy jednoczesnym podjęciu pewnego ryzyka. Czas budowy można skrócić poprzez tak zwane advanced procurement, czyli zamówienie potrzebnych materiałów czy elementów wyposażenia nie czekając na zakończenie budowy Ślązaka. Jest to możliwe, bo plany okrętu jak i łańcuch dostaw już jest. Ryzyko polega na tym, że SMW „nie zdała” jeszcze swojego egzaminu. Ale jak nie zda, to cały plan modernizacji a raczej jego harmonogram przy nacisku na wspieranie własnych stoczni legnie w gruzach. Integrację systemu C2 można również przyśpieszyć, gdyż byłaby to tylko mutacja systemu już zamówionego. W przypadku konieczności rozłożenia finansowania w czasie, technologia MEKO pozwala na relatywnie łatwe późniejsze modernizacje okrętu/okrętów.

Anglosasi powiadają, że lepsze jest wrogiem dobrego. Spróbujmy nie komplikować spraw za bardzo. Z powyższego tekstu wyłania się obraz ograniczonych opcji, które jednak warto przeanalizować w świetle wielu straconych lat. Sytuacja jest poważna i liczy się moim zdaniem czas. Lepszy Ślązak w służbie niż Miecznik w planach.