Mar 302018
 

Sytuacja w jakiej znalazła się Marynarka Wojenna RP po podpisaniu kontraktu na Patrioty można określić jako trudną dodając z wiarą, że nie beznadziejną. Trochę rozwijając temat, marynarka wojenna ma jakiś zestaw zadań wymienionych na jej starej stronie internetowej (chyba nie został odwołany), ale nie dostaje środków pozwalających marynarce na ich realizację.

Dlaczego? Próba odpowiedzi na takie pytanie po raz kolejny prowadzi do porzekadła handlowców – transakcja następuje jeśli są spełnione trzy warunki:

  • Istnieje potrzeba
  • Są dostępne środki
  • Istnieje osoba kompetentna wydać te środki

Najwyraźniej lista zadań nie ma pokrycia w rzeczywistych potrzebach lub też galimatias organizacyjny powoduje, że brak jest osoby zdolnej i uprawnionej do podjęcia ostatecznej decyzji. Oczekiwanie, że powstanie nowy zestaw zadań dla marynarki wojennej jest ze wszech miar racjonalne choć mało realne, bo jak oczekiwać od polityków zdefiniowania potrzeb gdy tych potrzeb nie widzą?

Nie jest to również kwestia pieniędzy bo przykład patrolowców dla Trinidad i Tobago pokazuje ile można uzyskać ze zwykłego OPV. Mamy niewielki okręt patrolowy, lekko uzbrojony ale wyposażony w proste centrum dowodzenia i informacji bojowej oraz potencjalnie radar obserwacji powietrznej. Umieszczając taką jednostkę w kontekście innej analizy dotyczącej Bałtyku i wzywającej do dalszej budowy wspólnego obrazu sytuacji na morzu (Maritime Domain Awareness) uzyskujemy zaczątek sił patrolowych z pogranicza Straży Przybrzeżnej i Marynarki Wojennej.

Są głosy, że przepłaciliśmy dwukrotnie. Ile to jest? Tyle co plan modernizacji floty z 2012

Wracając do potrzeb to w naszej sytuacji mamy dwie drogi, albo zawężamy zainteresowanie do zadań już zdefiniowanych ale mających szansę na realizację z użyciem ograniczonych środków albo tworzymy potrzebę używając do tego technologii. To drugie jest dość powszechną obecnie formą marketingu. Przykładowo nie było mody na odmowę dostępu dopóki technologia nie zaoferowała znacznego wzrostu zasięgu środków ataku przy jednoczesnym obniżeniu kosztów. Oczywiście można argumentować, że jest to zaspokojenie potrzeby obrony. W tym sensie możemy zacząć mówić o realizacji przez flotę zadań związanych z bezpieczeństwem państwa polskiego a nie obroną jego terytorium. Nawiasem mówiąc uczestnictwo w obronie kraju też jest możliwe pod warunkiem, że armia dostrzeże korzyść z istnienia marynarki wojennej i znajdzie dla niej rolę w swoich planach operacyjnych. Teoria wojen na morzu daje ku temu podstawy.

Oba wspomniane podejścia nazwijmy je marketingowe, wymagają cierpliwej polityki kreowania potrzeb krok po kroku co z definicji ogranicza dostępne środki budżetowe. Jeśliby zastosować tę logikę do prezydenckiej strategii bezpieczeństwa morskiego to wymagałoby to stwierdzenia, iż fregaty z drugiej ręki nie są rozwiązaniem pomostowym ale stałym. Po jakimś czasie gdy potrzeba stanie się widoczna i trwała można by wrócić do idei budowy nowych okrętów.

Realizacja strategii małych kroków musi bazować na realistycznej ocenie możliwych do uzyskania środków budżetowych, co po podpisaniu umowy na „Wisłę” skomplikowało się znacznie. Maksimum pożądane to mniej niż minimum z planu modernizacji z 2012 roku – powiedzmy 10% nowych inwestycji. Poziom rozsądnych oczekiwań to około 5%. Minimum egzystencji to powiedzmy 3% całości inwestycji sił zbrojnych. Poniżej tej bariery powinniśmy zacząć mówić o jakiejś formie straży przybrzeżnej rozszerzonej o zdania walki minowej z trudną do określenia podległością administracyjną pomiędzy MSW a MON. Przy obecnym poziomie budżetu trzy progi oznaczają kwoty około 800-1.000 mln PLN oraz między 400 -500 mln PLN przy minimum egzystencjalnym 300 mln PLN. Jeśli mamy wykreować potrzebę to w zasadzie jak dzieci możemy się pobawić klockami lego i układać nasze floty fantazyjne, ale w ramach budżetu! Im więcej wiemy o realnych zadaniach czy potrzebach floty tym większą mamy szansę na stworzenie sensownej propozycji o rosnącym szybko z wiedzą prawdopodobieństwie akceptacji. Dlatego tak ważny byłby udział w dyskusji marynarzy co jest poniekąd blokowane nadmierną hierarchicznością a obecnie dodatkowo ograniczaniem wolności wypowiedzi.

Minimum egzystencjalne. Nikt nie chce, ale wielu tak żyje.

Przyjęcie jako punktu wyjściowego konkretnych kwot bazujących na realnym szacunku szans nie mówi nam nic na temat co mamy zrobić ale natychmiast eliminuje warianty nadmiernie ambitne. Jeśli założyć 25 letni okres amortyzacji floty to mamy do dyspozycji odpowiednio 25 mld PLN, 12 mld PLN oraz około 7 mld PLN. Wariant pośredni nazwany rozsądnym to nic innego jak poprzedni plan z 2012 roku ale wymagający rekonstrukcji gdyż już wówczas był krytykowany jako niedoszacowany. Tym razem jest rozłożony na 25 lat a nie 12 a i tak wyeliminowałby najdroższe pozycje jak Orka. Budowa trzech Mieczników i trzech Orek przy finansowaniu na poziomie 500 mln PLN rocznie zajęłaby ponad 20 lat jest więc nierealna. Aktualna zapaść sprzętowa floty wymaga prowadzenia kilku programów jednocześnie co nawet przy 12 mld PLN do dyspozycji ograniczyłoby poszczególne projekty do jakiegoś 1.0-1.5 mld PLN. Przez projekty należy rozumieć baterie nadbrzeżne, niszczyciele min, środki łączności i dowodzenia, systemy rozpoznania, jednostki pomocnicze, siły ZOP, ochrona infrastruktury, nieokreślone jednostki nawodne być może baterie obrony przeciwlotniczej. Już zostało wymienionych dziewięć więc statystycznie się mieścimy w 1.3 mld PLN. Preferowane propozycje sprzętowe czy modernizacyjne powinny odznaczać się skalowalnością, a więc relatywnie łatwą powtarzalnością zakupu co przy ograniczonym i stałym budżecie oznacza raczej niski koszt jednostkowy.

Małe, groźne i skalowalne. Foto – www.nationalinterest.com

Wariant minimalny jest perwersyjnie najciekawszy bo po odliczeniu Morskiej Jednostki Rakietowej i niszczycieli min zostaje do rozdysponowania raptem około 4 mld PLN. To skłania do przypuszczenie, że Kormorany i okręty podobne do wspomnianych OPV Tobago i Trynidad byłyby jednostkami flagowymi. Sytuacja wręcz idealna do puszczenia wodzy fantazji i poszukiwań rozwiązań kreatywnych i całkiem niekonwencjonalnych. Tak kiedyś postąpił Iran i wykreował poniekąd koncept odmowy dostępu. Jeśli zimna wojna na Bałtyku ma mieć charakter hybrydowy to wszelkiej maści łodzie szturmowe, niewielkie jednostki uzbrojone w rakiety czy pojazdy bezzałogowe latające, pływające, nurkujące lub pełzające po dnie mają jak najbardziej rację bytu. Dziecko w nas drzemiące i bawiące się klockami Lego ma spore pole do popisu. Życzę więc wszystkim wesołej i fantazyjnej zabawy na czas Świąt Wielkiej Nocy.

Feb 022018
 

Wieją wichry historii i wraz z odejściem ministra Antoniego Macierewicza rosną wpływy Prezydenta Andrzeja Dudy oraz BBN-u co oznacza być może powrót Strategicznej Koncepcji Bezpieczeństwa Morskiego RP.

Jeśli tak się stanie to pierwszym spostrzeżeniem będzie jak łatwo kierunki rozwoju marynarki wojennej mogą ulec zmianie na wskutek zmian w układzie politycznym. Trochę to przypomina spory w Związku Radzieckim pomiędzy „młodą” a „starą” szkołą co przekładało się na zmagania pomiędzy ambicjami Stalina odnośnie floty a możliwościami przemysłowymi. Flota potrzebuje jednak silniejszych fundamentów niż tylko bieżący trend czy układ w polityce. W praktyce mamy alternatywę tworzenia planów rozwoju marynarki wojennej w oparciu o scenariusze możliwych wydarzeń albo ogólne pożądane zdolności floty. Jak zwykle każde podejście ma swoje zalety i wady. Poniżej kilka refleksji laika na ten temat. W tym miejscu może warto dokonać pewnej dygresji. Otóż jaką rolę w dyskusji na tematy jednak dość specjalistyczne mogą odgrywać laicy. Wydaje się, że dość wieloraką. Są to obserwatorzy zewnętrzni bez balastu wieloletnich doświadczeń fachowców. To pozwala na postawienie odważnych tez dających impuls innowacji lub zwrócenie uwagi na kwestie ogólne wynikające ze świeżości spojrzenia. Ich opinie niewątpliwie muszą podlegać weryfikacji, choć jak pokazuje przykład publicysty Gabriela Charmes i jego roli w narodzinach Jeune Ecole, weryfikacja bywa trudna bo laik może uruchomić trudny do zatrzymania proces polityczny. Mają również szansę na wniesienie pozytywnego wkładu na styku świata wojskowych i cywilów bowiem politycy notorycznie nie znają się na wojnie morskiej ale i odwrotnie polityka i budżetowanie to nie jest tradycyjna domena marynarzy. Najważniejsze jednak jest to, że to właśnie laicy w rządzie i sejmie podejmują kluczowe decyzje dla przyszłości floty i marynarze muszą umieć wyrażać swoje zdanie na temat roli marynarki wojennej i jej potrzeb w sposób klarowny i zrozumiały właśnie dla laika. Koniec dygresji.

Budowanie floty w oparciu o ogólne zdolności pozwala na zabezpieczenie się przed niespodziankami nieznanej przyszłości i prowadzi do tak zwanej floty zrównoważonej. Jest to flota w miarę równomiernie rozwijająca zestaw zdolności do realizacji zadań wynikających z obowiązujących poglądów i przyjętej teorii wojny morskiej. Opiera się na doświadczeniu mówiącym, że pozytywny wynik wojny na morzu uzyskuje się w wyniku współdziałania pomiędzy różnymi systemami broni czy zdolnościami i nie ma cudownej broni dobrej na wszystko. To jednak przychodzi wysokim kosztem, bo zwykle wiąże się z maksymalizacją zdolności w każdym obszarze co w przypadku ograniczonego budżetu prowadzi do ostrych dylematów. Ostatnim przykładem może być współczesna brytyjska Royal Navy stojąca przed skomplikowanym wyborem – elastyczność w projekcji siły na użytek polityki Zjednoczonego Królestwa czy może raczej siły eskortowe w ramach transatlantyckiej współpracy. I skąd wziąć fundusze na strategiczne siły odstraszające w postaci okrętów podwodnych z bronią jądrową. Jeżeli nie można mieć wszystkiego choćby w okrojonej postaci, to z czego zrezygnować? Na naszym podwórku widać to jeszcze wyraźniej. Co to znaczy flota zrównoważona przy budżecie rozważanym na poziomie miliarda złotych rocznie? Plan modernizacji z 2012 roku sprawiał wrażenie floty zrównoważonej „dla ubogich” i już był krytykowany za niedoszacowanie. Strategiczna koncepcja BBN-u proponuje zamianę korwet na fregaty (i ma na to swoje argumenty) ale to dalsza eskalacja kosztów prowadząca do wyboru – albo fregaty albo okręty podwodne czyli rezygnację z floty zrównoważonej na rzecz realizacji konkretnych scenariuszy jak współpraca z NATO.

Analiza możliwych scenariuszy posiada zaletę dostosowania do konkretnych potrzeb i zadań a więc optymalizację pozytywnie wpływającą na koszty. Problemem jest ich dobór i ograniczenie stosowalności do rozważanych wariantów. Spośród wielu możliwych rozwojów wypadków musimy wybrać najbardziej prawdopodobne lub najgroźniejsze co nie jest ani łatwe do zdecydowania ani do zdefiniowania. Struktura floty oparta o taką analizę będzie miała większą podatność na bieżący kształt polityki państwa co nie jest zdrowe dla floty wymagającej zdecydowanie długiego horyzontu planowania i finansowania. Obroną przed tym zjawiskiem może być opinia projektanta okrętów brytyjskich D.K. Browna, który za dobry uważał okręt podatny na modyfikacje w czasie długiego cyklu życia. Premiowana jest więc wielkość okrętu bo w większym kadłubie łatwiej przeprowadzać modyfikacje i umieszczać nowe systemy uzbrojenia zawsze większe, cięższe czy bardziej energochłonne od poprzednich generacji. Tu krzyżują się oba podejścia bowiem stajemy przed wyborem pomiędzy jednostką wyspecjalizowaną i zoptymalizowaną, być może tańszą ale bez ścieżki rozwojowej, a okrętem większym w tym samym zakresie kosztów i z dużym marginesem na modyfikacje lecz słabiej uzbrojonym. Życie pokazuje, że szala przechyla się na stronę maksymalizacji zdolności okrętu większego co kończy się eskalacją kosztów i likwidacją marginesu wzrostu a tym samym ograniczeniem zdolności do modernizacji. Próbą wyjścia z pułapki są okręty z wymiennymi modułami zadaniowymi lub konfigurowalną przestrzenią wewnątrz okrętu.

Potrzeba zmniejszenia zależności wizji Marynarki Wojennej RP od aktualnej koniunktury politycznej uwidacznia się przy okazji lektury podsumowania National Defense Strategy Stanów Zjednoczonych z tego roku.

Wśród jedenastu podstawowych celów dokument wymienia obronę sojuszników przed agresją na szóstej pozycji zaraz za utrzymywaniem korzystnej równowagi sił w kluczowych regionach globu. Powinniśmy być świadomi, że aktualne wsparcie ze strony Ameryki ma źródło w dążeniu USA do utrzymania równowagi sił pomiędzy mocarstwami na naszym obszarze. Czy jeśli więc uwaga naszego głównego sojusznika zwróci się w innym kierunku to czy powinna się zmienić istotnie struktura naszej marynarki wojennej? To samo pytanie dotyczy NATO – jak ma wyglądać nasza marynarka wojenna gdyby NATO zniknęło? Jaki nasza flota ma istotny powód do istnienia w sytuacji braku sojuszu i sojuszników i jak ma wyglądać? Nie ma to nic wspólnego z rozpowszechnianą obecnie tezą o samowystarczalności sił zbrojnych w konflikcie z potężnym sąsiadem. Rozwiązaniem idealnym byłoby stworzenie floty wartościowej dla nas i jednocześnie dla naszych sojuszników.

Myśląc o esencji wartości istnienia flot nie uciekniemy chyba od pojęcia „prawa przejścia morzem”, które należałoby podporządkować celom strategicznym wojny na lądzie mającej decydujące znaczenia w naszym położeniu. Tylko czy armia widzi korzyść dla siebie w posiadaniu takiego „prawa” lub zagrożenie wynikające z „prawa” przysługującego przeciwnikowi? Nie mamy wiele publikacji na ten temat ale wzmocnienie Republik Bałtyckich drogą morską wydaje się być jednym z bardziej prawdopodobnych scenariuszy. Wsparcie ogniem z morza ma swoje naturalne ograniczenia w postaci nielicznych zapasów rakiet na okrętach i praktycznej niemożliwości ponownego załadowania rakiet na morzu. Ewakuacja drogą morską jest działaniem odwrotnym do wsparcia, mało dyskutowana publicznie ale historia II wojny światowej pokazuje, że może się okazać operacją o ogromnym znaczeniu.

Oddalając się poniekąd od lądu, działania na szlakach żeglugowych i wojna ekonomiczna skierowana przeciw handlowi morskiemu ma oczywiście dwie strony medalu – albo my atakujemy handel przeciwnika albo bronimy swojego. Takie działania mają sens w wojnie długotrwałej i przy założeniu uzależnienia którejś ze stron od krytycznego surowca transportowanego drogą morską bez rozsądnej alternatywy innym szlakiem. Sytuację komplikuje prawny problem żeglugi neutralnej spotęgowany przez globalizację handlu morskiego. Działania przeciw takiej żegludze mogą spowodować ingerencję innych państw w konflikt. Zawsze w zanadrzu pozostaje „mała wojna” czyli rajdy, działania dywersyjne czy odwracające uwagę od działań na głównym teatrze.

Istotne uniezależnienie się marynarki wojennej od działań na lądzie mamy dopiero w czasach pokoju i kryzysu. Przeciwdziałanie agresywnej dyplomacji morskiej i próbom wymuszenia na wodach własnych, sojuszników czy otwartym morzu. Wybór miejsca i poziomu zagrożenia pozwala na sporą swobodę w doborze klasy okrętu i jego zdolności. Monitorowanie aktywności przeciwnika na wodach w obszarze zainteresowania a zwłaszcza tego co się dzieje pod wodą i na dnie morza wiedzie nas do raczej wyspecjalizowanych jednostek. Uczestnictwo w operacjach sojuszniczych i społeczności międzynarodowej jak ONZ, UE czy koalicjach dobrej woli buduje naszą pozycję polityczną i wiarygodność ale trzeba właściwie dobrać stosunek kosztu do mało wymiernej korzyści wynikającej z wagi politycznej. To ponownie wpycha nas w uzależnienie od kaprysów polityki. Pomoc humanitarna jest ideą ze wszech miar szlachetną, ale jak ktoś zauważył marynarki wojenne mogą takie zadania wykonywać i wykonują ale nie są tworzone do tego celu.

Wybór rodzaju działania reprezentującego dla nas wartość w odniesieniu do głównych celów polityki obronnej i szerzej – bezpieczeństwa państwa skutkuje odpowiednim podziałem budżetu. Im większą wartość przypisujemy obronie tym mniejsze kwoty jesteśmy gotowi przeznaczyć na flotę czasu kryzysu i pokoju. Im bardziej jesteśmy aktywni na polu polityki zagranicznej tym bardziej flota „uniezależnia się” od strategii wojny na lądzie. W naszym kraju czyha na nas jeszcze jedna pułapka. Przykład obrony przeciwlotniczej kraju, która jest powszechnie uznawana za priorytet obronny pokazuje, że najwyraźniej politycy nie czują zbliżającego się zagrożenia. Gdyby tak było negocjacje byłyby krótsze a program w fazie realizacji. Tak właśnie stało się w przypadku Rumunii i Litwy.

Pozostaje kwestia technicznej realizacji wymaganych zdolności czyli głównie klas i liczby okrętów oraz czasu jaki mamy na modernizację. Przy omawianym budżecie wybór okrętów podwodnych zablokuje rozwój sił nawodnych na wiele lat. Są to jednostki mocno wyspecjalizowane i oferują wartość głównie w scenariuszach osiągania celów negatywnych a więc odmowie przeciwnikowi „prawa przejścia morzem” natomiast cele pozytywne to ich słaby punkt.

Okręty nawodne występują w szerokiej gamie klas i prowadzą do dyskusji ilość kontra jakość. Kwestię można dość dobrze zilustrować na przykładzie nowego projektu fregaty FFG(X) dla US Navy. Porównując specyfikacje dla fregaty ze zdolnościami dozbrojonej wersji ASW Littoral Combat Ship oba okręty mają lub mają mieć pierwszorzędne zdolności walki z okrętami podwodnymi i podobne możliwości zwalczania celów nawodnych gdyż nowa fregata dziedziczy niejako osiągnięcia na drodze rozwoju LCS. Porównajmy koszty. FF(X) szacuje się na $950M a LCS w wersji ASW powinien kosztować około $650-700M na podstawie raportu Ronalda O’Rourke z Congressional Research Service ($588 platforma plus $67M moduł ASW). Dodajmy, że w miarę dobrze uzbrojona korweta wielkości Ślązaka może kosztować około $350M.

Współczesna wersja Grishy. Czemu nie? foto www.almaz-kb.ru

Kilka wniosków z tego porównania. W porównaniu do LCS-ów z rakietami NSM fregata oferuje przede wszystkim lokalna obronę przeciwlotniczą oraz większą odporność bierną na ciosy. To kosztuje dodatkowo $250-300M. Za dwie fregaty możemy kupić mniej więcej trzy LCS-y. W zależności od tego czy nacisk kładziemy na działania w zespołach okrętów, czy obronę konwojów przed okrętami podwodnymi wybór może być różny. Jeszcze ostrzej prezentuje się wybór pomiędzy jedną fregatą a prawie trzema korwetami. Czy to w działaniach na wodach przybrzeżnych czy przy postulacie wzrostu liczebności floty wobec wymogu obecności na morzach, wybór może być na korzyść korwet pomimo ich mniejszych jednostkowych zdolności. W naszych realiach dwie fregaty wystarczą do udziału z stałych zespołach NATO, ale to za mało do osłony wsparcia dla republik bałtyckich. Natomiast sześć korwet to realizacja pierwotnego planu dla Gawrona. Co wybieramy?

Jak więc w końcu uniezależnić się od kaprysów polityki i móc zbudować długofalowy plan budowy floty? Punktem wyjścia jest posiadanie potrzeby i dlatego należałoby budować scenariusze najbardziej prawdopodobne mające szansę na poparcie polityków. Właściwie mamy pecha, że do tej pory nie trafił się nam jakiś głośny incydent na morzu mobilizujący opinię publiczną. Chociaż być może ktoś świadomie takich incydentów unika zadowalając się naszym stanem uśpienia. Budowa szerokich zdolności i floty zrównoważonej nie ma u nas chyba szansy bo najwyraźniej decydenci nie widzą takiej potrzeby a koszt floty dla celów propagandowych jest zabójczy. Być może warto śledzić losy Orki bo program może się okazać smutną ilustracją powyższej tezy.

Jeśli świadomość potrzeby jest jeszcze słaba to trudno oczekiwać szczodrej ręki w przyznawaniu sum budżetowych. Tak więc budowanie zdolności raczej od dołu i równoległe pokazywanie użyteczności floty może jest sposobem wyjścia z impasu. W końcu politycy wpadną we własne sidła. Konsolidacja stoczni w ramach PGZ gdy brak portfela zamówień nie wniesie wiele. PGZ będzie napierał na zamówienia i powstanie pytanie czym nakarmić molocha. Okręt ratowniczy ponownie jest potencjalnym przykładem takiej polityki. „Małe jest piękne” mówi powiedzenie i dobrze by się stało gdyby marynarze jak i miłośnicy marynarki zaczęli tworzyć i propagować scenariusze realistyczne ale całkiem pożyteczne na co dzień. Skoro nieśpieszno nam nawet do budowy obrony przeciwlotniczej kraju trudno sobie wyobrazić polityków snujących plany wielkiej wojny na morzu. Z powyższych powodów należałoby się oswoić z myślą, że korweta to raczej największa klasa okrętów do rozważania i raczej powinniśmy pomyśleć co ciekawego jest „poniżej” klasyfikacji korwety.

Dec 232017
 

Marynarka Wojenna RP ponownie albo raczej wciąż znajduje się w impasie i przy braku lub niewielu dobrych widokach na przyszłość, dyskusja o jej losie przygasa. Jeśli chcemy „ruszyć z posad bryłę świata” i ożywić dialog na temat przyszłości naszej floty, być może potrzeba idei bardziej jasnych choć radykalnych by przysłowiowy węzeł gordyjski przeciąć, zamiast rozsupływać bez końca.
Pułapka, w której tkwi marynarka wojenna polega na konflikcie użyteczności i wartości mierzonej pieniądzem. Brak chętnych na finansowanie działalności w czasie pokoju i kryzysu postrzeganej jako drugorzędną rolę w funkcji floty a z drugiej strony na flotę czasu wojny, która i tak będzie miała pomocniczą rolę w konflikcie lądowym. Na koniec dochodzimy więc do wniosku, że w pierwszym przypadku pieniędzy wydawać nie warto a w drugim, że lepiej je przeznaczyć na coś innego. Taki obraz niekoniecznie jest zgodny z rzeczywistym stanem rzeczy i mocno zależy od punktu widzenia wydaje się jednak być mocno zakorzenionym w naszej zbiorowej świadomości.

Rozwiązaniem może być w miarę jasne rozdzielenie organizacyjne operacji w czasie pokoju i kryzysu oraz wojny pomiędzy Morski Oddział Straży Granicznej a Marynarkę Wojenną. W praktyce oznacza to przejęcie przez MOSG funkcji zwalczania zagrożeń hybrydowych na wodach terytorialnych i wewnętrznych oraz wsparcia roli patrolowej i rozpoznawczej w strefie wyłączności ekonomicznej. Marynarka Wojenna RP skupia się natomiast na roli jaką może realizować w ramach operacji lądowych połączonych sił zbrojnych. Na realizację takiej listy zadań Straży Granicznej pozwala aktualna ustawa. W przypadku rozpoznania ustawa mówi wprost o konieczności:

  • wykrycia jednostek pływających zagrażających pokojowi, porządkowi publicznemu lub bezpieczeństwu Rzeczypospolitej Polskiej;

  • wykrycia obcych okrętów wojennych i samolotów wojskowych na polskich obszarach morskich;

  • wykrycia w zasięgu obserwacji technicznej i wzrokowej nierozpoznanych obiektów nawodnych oraz statków powietrznych;

Ustawa nakłada ograniczenia na użycie broni, ale najwyraźniej poniższy paragraf zostaje zawieszony w przypadku samoobrony czyli ataku na jednostkę Straży Granicznej:

Użycie broni pokładowej przez jednostki pływające Straży Granicznej do ściganego statku może mieć miejsce jedynie w sytuacjach wyjątkowych i jako środek ostateczny, gdy inne środki nie są wystarczające do zatrzymania statku lub wymuszenia posłuszeństwa, lecz nie powinno zmierzać do jego zatopienia.

Korzyść wynika poniekąd z psychologii. Marynarka wojenna ma pewne opory wobec inwestowania w niedozbrojone okręty i projekt Czapla budzi kontrowersje. Dla MOSG byłaby to jednostka aż zanadto uzbrojona i zbyt droga. Jeśli zamienić ją na w sumie niewielki okręt patrolowy uzbrojony w broń małokalibrową oraz wyposażony w prosty system dowodzenia i łącze wymiany danych taktycznych to otrzymamy jednostkę zdolną do zapewnienia bezpieczeństwa morskiego na wodach przybrzeżnych oraz pełniącą rolę węzła informatyczno-cybernetycznego dla sieci rozpoznawczej. Jednostka może również wykonywać zadania poza wodami polskimi na podstawie umów wewnątrz Unii Europejskiej. Wyposażona dodatkowo w drony małego zasięgu lub balon czy latawiec na uwięzi z czujnikami elektrooptycznymi staje się źródłem informacji dla Morskiej Jednostki Rakietowej. Drugim źródłem mogłyby być drony, ale ze względu na wymóg zasięgu i długotrwałości lotu musiałby to być dron klasy MALE. Całkiem drogi i bezbronny, latający na średnich wysokościach i widoczny dla obrony przeciwlotniczej wszelkich zainteresowanych. Ponownie wpadamy w pułapkę – za drogi na czas pokoju zbyt wrażliwy na czas wojny. Jednostka pływająca pomimo swoich ograniczeń daje lepsze szanse na minimum samoobrony.

Czapla w nowej postaci. Niepopularne dziecko MW, pożyteczne w MOSG. Foto www.damen.com

Wspomniana powyżej lista zadań w zakresie rozpoznania wymagałaby wobec rozwoju technologii uzupełnienia ustawy o pojazdy podwodne. Trudno MOSG „ubierać” w wykrywanie okrętów podwodnych, ale drony czy pojazdy nurków to już można próbować poprzez przydzielenie sprzętu i wyszkolonych specjalistów z marynarki wojennej do służby na jednostkach MOSG w czasie kryzysu (przypis – pomysł delegowania specjalistów MW do służby w MOSG pochodzi od czytelnika – Przemysława Ziemackiego. Ogólnie jest to problem znacznie szerszy i dotyczy sposobu w jaki szukać, szkolić i zachować w służbie fachowców z wąskich specjalizacji).

Innym efektem ubocznym podziału organizacyjnego byłoby oddelegowanie do MOSG części zadań wykonywanych przez Brygadę Lotnictwa MW. Chodzi o samoloty patrolowe i monitoringu ekologicznego oraz śmigłowce SAR. W Marynarce Wojennej pozostałyby funkcje zwalczania okrętów podwodnych oraz Combat SAR. Argument za takim rozwiązaniem jest taki sam jak w przypadku MALE – zadania mogą być wykonane przez instytucje cywilne w czasie pokoju a w czasie wojny samoloty Bryza czy śmigłowce Anakonda będą całkiem bezbronne. Na czas wojny CSAR ma większe szanse na realizacje swoich zadań mogąc jednocześnie ratować ludzi w czasie pokoju. Technicznie podział byłby taki, że śmigłowce cywilnego SAR byłyby klasy lekkiej do średniej a CSAR marynarki wojennej średniej do ciężkiej. Po stronie pozytywnej będzie uproszenie struktur (SAR wraca do organizacji powołanej do tego celu) i ułatwienie przetargów (mamy otwarte przetargi na sprzęt bez wyposażenie stricte wojskowego). Po stronie negatywnej mamy pytanie jak zapewnić wyszkolonych pilotów dla organizacji nie zajmującej się do tej pory takimi zadaniami. Odkładamy na chwilę problem budżetowy bo jest on być może łatwiejszy do rozwiązania.

Inną kwestią wymagającą analizy i decyzji jest w jaki sposób zapewnić marynarce wojennej rozpoznanie w czasie wojny. Latanie samolotem MPA na średnich wysokościach w zasięgu baterii S300/400 nie wydaje się być dobrym pomysłem. Potrzeba nam innych rozwiązań bardziej odpornych na działania przeciwnika albo tanich i łatwych do zastąpienia jeśli są wrażliwe na atak wroga. Jednym ze sposobów to rozwój rozpoznania satelitarnego, innym tanich dronów krótkiego zasięgu rozpowszechnionych na pokładach wszystkich jednostek pływających Marynarki Wojennej i Straży Granicznej. Jeszcze innym sieci hydrofonów i innych czujników rozmieszczonych na dnie morskim.

Co jednak w końcu z Marynarką Wojenną i jej główną rolą w czasie otwartego konfliktu? Jakie wsparcie może dać flota działaniom toczonym na lądzie zgodnie z postulatem Raoula Castexa o podporządkowaniu strategii morskiej ogólnemu planowi wojny? Wydaje się, że w czwórnasób:

  • Wsparcie ogniowe. Realizowane jako bezpośrednie wsparcie na poziomie taktycznym lub jako atak z użyciem rakiet manewrujących na cele w głębi terytorium przeciwnika. W pierwszym przypadku pewną nadzieje daje rozwój artylerii lufowej, ale na razie nie dotyczy to jednostek niewielkich rozmiarów. W drugim silnym ograniczeniem jest pojemność magazynów rakiet na okrętach zwłaszcza w porównaniu z liczebnością salwy wymaganą dla osiągnięcia znaczącego rezultatu. Dopóki nie będziemy mieli okrętu dedykowanego do tej misji jakim w przeszłości były monitory, koszt okrętu mającego wykonywać taką misję w warunkach wysokiego zagrożenia przechyla szalę decyzji na nie. Pewną nadzieję dają ostatnie eksperymenty US Marines z użyciem HIMARS z pokładów okrętów desantowych.
  • Mała wojna. Sir Julian Corbett rozróżnia dwa typy akcji – mniejsze kontrataki oraz dywersje. Pierwszy polega na działaniach przeciwko wrogowi na teatrze działań. Drugi jest tym samym ale poza teatrem działań ma więc za zadanie odwrócenie uwagi od podstawowego kierunku działań. Raoul Castex nazywa takie działanie manewrem zmuszającym przeciwnika do podziału sił. Jakiekolwiek lotnictwo przeznaczone do zwalczania celów na morzu będzie pozbawiało wsparcia lotniczego własnych oddziałów na lądzie.
  • Transport wojska, sprzętu i zaopatrzenie drogą morską. Krytycznym dla jakiegokolwiek otwartego konfliktu z udziałem NATO w rejonie Morza Bałtyckiego będzie transport wsparcia zza oceanu do portów bałtyckich. Rola naszej marynarki wojennej w tym przypadku polega na zapewnieniu bezpieczeństwa portu docelowego oraz podejść do niego. Innym przypadkiem jest przerzut małych grup wojska wzdłuż wybrzeża w ramach wspomnianej poprzednio „małej wojny”. Jest to chyba najskuteczniejsza forma wsparcia dla armii oferująca jej dodatkowe pole manewru.
  • Ewakuacja. Temat trochę zapomniany lub niepopularny bo z góry zakłada jakąś porażkę. Tymczasem historia obu wojen światowych na Bałtyku a ostatniej w szczególności wskazuje na dość fundamentalny charakter tych operacji. Trudno budować jednostki dla tylko tego celu, ale szczęśliwie łączą się z poprzednim punktem transportu wojska. Mamy więc do czynienia z wahadłem – w jedną stronę wojsko i zaopatrzenie a w drugą ludność cywilna albo w przypadku przegranej wojska i sprzętu.

Patrząc poprzez pryzmat wymienionych punktów na potrzebny sprzęt to wspólnym punktem przynajmniej dla ostatnich trzech będzie okręt transportowy lub desantowy być może uzupełniony łodziami szturmowymi czyli zmutowany Marlin. Najprostszy zestaw wymagań to okręt:

  • Wielkości fregaty zdolny do współdziałania w zespołach NATO, realizacji misji humanitarnych i szeroko pojętej dyplomacji morskiej
  • Uzbrojony jak korweta zdolny do samoobrony w ograniczonym zakresie.
  • Zdolny do transportu kompanii wojska ze sprzętem. Ograniczenie wynika z postulatu „małej wojny” przy jednoczesnym braku piechoty morskiej w strukturach marynarki wojennej i szczupłości zasobów armii potencjalnie oddelegowanych do drugorzędnych zadań dywersyjnych.

Wszechstronność okrętów desantowych jest niezwykła. Foto www.damen.com

Taki okręt a właściwie jego ładunek wymaga eskorty. Minimalną stanowiłaby para dozbrojonych Ślązaków czy Mieczników, co nie zamyka drogi do fregat. Eskorta prowadzi nas do kolejnego punktu czyli czy i jak prowadzić walkę z okrętami podwodnymi. Jeśli odpowiemy na pierwszą część pytania pozytywnie to eskadra śmigłowców do zwalczania okrętów podwodnych uzupełniałaby i współdziałała z eskortą dla zmodyfikowanego Marlina.

Listę postulatów zamyka zespól do walki minowej w postaci Kormoranów wspieranych przez wersję modułu Kijanka operującą z lądu w pobliżu baz morskich i portów środkowego wybrzeża. Moduł pierwotnie pomyślany dla Czapli zostałby zaadoptowany do kierowania z lądu jako element bezpieczeństwa baz floty.

Znikają w tej wersji okręty podwodne jako nie wnoszące istotnego wkładu ani w wsparcie ogniowe ani w operacje na lądzie a z drugiej strony niezwykle kosztowne. Flota zostaje „ogołocona do kości” ale żywa w postaci 6-7 nowoczesnych okrętów wspartych przez Morską Jednostkę Rakietową, śmigłowce ZOP i CSAR oraz drony i moduły przeciwminowe. Dodatkowo MOSG zyskuje nową rolę i wyposażenie w postaci 2-3 okrętów patrolowych oraz majątku lotniczego odziedziczonego po Marynarce Wojennej. Wszystko wymagałoby zmian w budżetowaniu obu organizacji i ministerstw za nimi stojących co wywołałoby z pewnością burzę i opór. Potrzeba też dobrej woli, co ostatnio wydaje się być towarem deficytowym. Jest jednak przeddzień Wigilii. Wierzący oczekują na Boże Narodzenie, inni po prostu na Święta a sympatycy Marynarki Wojennej RP po prostu na dobre nowiny. Miejmy nadzieję, że 27 grudnia nadejdą w postaci kontraktu na nowe okręty.

Wszystkiego najlepszego i świątecznych nastrojów życzy z dala od morza

Przemek

 

Nov 192017
 

Naval Institute Press wydał właśnie nowa edycję Théories Stratégiques francuskiego admirała i teoretyka wojny morskiej Raoula Castexa. Gratka dla wszystkich nie znających języka francuskiego i zaintrygowanych pytaniem, na ile teorie wojny morskiej mogą być pomocne w uzasadnieniu istnienia Marynarki Wojennej RP. Castex przelał na papier swoje przemyślenia w okresie pomiędzy dwoma wojnami światowymi, stąd jego poglądy w większym stopniu niż innych teoretyków odzwierciedlają dylematy morskie państwa posiadającego granicę lądową ze swoim przeciwnikiem. Jeszcze bardziej dobitnie niż Corbett podkreśla służebną rolę floty i wojny na morzu w stosunku do rozstrzygających o wojnie wydarzeń na lądzie:

Potęga morska ma wartość o tyle, o ile wnosi wkład w zwycięstwo na lądzie i na ile wspiera działania armii lub jeszcze lepiej, na ile uczestniczy w nich poprzez wysadzanie wojska na ląd skądkolwiek.

W innym paragrafie pisząc o swojej kluczowej koncepcji manewru podkreśla jeszcze raz:

Strategia wojny morskiej nigdy nie jest samodzielna lecz zawsze musi podlegać rozważaniom i ograniczeniom narzuconym przez nie-morskie siły i interesy.

Korzystna sytuacja, jaką jedna strona próbuje stworzyć poprzez manewr musi być w zgodzie z celem strategicznym, nie tylko morskim, ale również politycznym, wojskowym (operacje połączone, transport wojska), w powietrzu, ekonomicznym (zaopatrzenie, linie komunikacyjne) lub psychologicznym (wpływ na morale sił własnych i sprzymierzonych).

Brzmi znajomo i ponadto mamy nowoczesne rozszerzenie wojny na sferę życia społecznego, politycznego i moralnego co przypomina dzisiejsze wojny hybrydowe i przewlekłe konflikty na peryferiach wielkich mocarstw. Jeśli jednak autor wierzy w tak silne podporządkowanie działań floty interesom armii, to o czym pisze w następnych siedmiu tomach? Jakie widzi znaczenie kluczowych dla wojny na morzu pojęć jak walka o morskie linie komunikacyjne czy panowanie na morzu? W przypadku posiadania granicy lądowej z przeciwnikiem panowanie na morzu według Castexa nie przynosi rozstrzygnięcia. Jeśli ten przeciwnik jest na dokładkę potęgą lądową wszelkie próby działań przeciwko jego morskim liniom komunikacyjnym uważa za „bezpłodne” tak długo jak dotyczą wojny ekonomicznej. Z drugiej strony spostrzega:

Lecz panowanie na morzu najczęściej będzie miało poważny wpływ na działanie armii i będzie pożyteczne dla strony utrzymującej to panowanie.

Pożytek wynika po części z rozwoju technologii, która może doprowadzić do sytuacji patowej dla obu stron i wówczas impas można przełamać przez oskrzydlenie lub wręcz otwarcia nowego frontu poza głównym obszarem działania. To nas prowadzi prostą ścieżką do użycia morza jako dodatkowego pola manewru, o czym już była mowa na tym blogu. Manewr jest dla autora słowem kluczowym, wytrychem i lekarstwem na wszelkie bolączki. Wykonać manewr to „poruszać się w sposób inteligentny w celu stworzenia sprzyjającej sytuacji”. Naturalną cechą manewru jest podział sił. Castex nie stosuje nowoczesnej terminologii więc nie ma w tekście rozróżnienia pomiędzy lądowaniem na brzegu bronionym lub nie. Mamy natomiast rozróżnienie pomiędzy atakiem i inwazją na wybrzeże przeciwnika. Według obiegowej opinii panującej w Polsce, operacje desantowe w przypadku konfliktu z Rosją nie mają uzasadnienia z powodu posiadania dostępu do terytorium przeciwnika na lądzie i tamże następującym rozstrzygnięciem. Jednak ułożenie fragmentów teorii w całość daje nieco inny obraz sytuacji. Wykonując manewr dzielimy siły na główne i pomocnicze. Zadaniem tych drugich jest dywersja lub lepiej – odwrócenie uwagi przeciwnika od głównego teatru działań poprzez zaangażowanie części jego sił na kierunku pobocznym. W naszym kontekście możemy uznać armię i wojnę na lądzie za główne działania rozstrzygające o wojnie a działania na morzu jako drugorzędny i pomocniczy kierunek dywersji odciągający część sił z kierunku podstawowego. Rosjanie w czasie II wojny światowej przeprowadzili (w zależności od źródła) ponad 100 lądowań z czego w większości na skalę taktyczną z udziałem plutonu lub kompanii głównie w obronie baz floty.

Rosjanie używali zwykłych łodzi do taktycznych desantów. Foto www.figurementors.com

Tylko kilka ze wspomnianych operacji radzieckiej piechoty morskiej miało charakter operacyjny i we współczesnych realiach tylko sojusznicza operacja może mieć taki charakter. Warunkiem koniecznym działań na skalę operacyjną jest transport wojska, sprzętu i zaopatrzenia drogą morską czyli zataczamy koło i wracamy do problemu ataku i obrony morskich linii komunikacyjnych gdzie tymczasowa i lokalna przewaga na morzu jest istotna dla przeprowadzenia transportu wojska. Dopóki jednak nasz desant to raptem pluton czy kompania to rozmawiamy bardziej o prześlizgnięciu się na teren wroga niż o zdobyciu lokalnej przewagi.

Więcej rozważań taktycznych na ten temat znajdujemy w rozdziale o obronie i ataku. Admirał Castex miał już doświadczenia z I wojny światowej był więc świadom możliwości kryjących się w technologii a zwłaszcza rozwoju lotnictwa, broni podwodnej i łączności radiowej. Swoje analizy opierał na naturalnych cechach danej technologii nie wchodząc w szczegóły techniczne. Dla lotnictwa to szybkość i zdolność do rozpoznania a dla okrętów podwodnych skrytość i relatywna niewrażliwość na ataki nieprzyjaciela. W ten sam sposób rozumując znajdował jednak środki zapobiegawcze wykorzystując ograniczenia technologiczne i operacyjne tych nowych rodzajów broni. O okrętach podwodnych pisze tak:

Wrogie okręty podwodne w oczywisty sposób tworzą zagrożenie zwłaszcza na głównym teatrze działań, ale mniejsze niż ludziom się wydaje. Z pewnością wymagają one nieustannej uwagi lecz nic nie działa lepiej przeciwko okrętom podwodnym jak szybkość, aktywność i inicjatywa czyli cechy będące istotą manewru stąd nasz manewr oferuje automatycznie pewien poziom gwarancji.

Taktyka nie jest zwykle dyskutowana w popularnych publikacjach czy na forach dyskusyjnych, ale ma istotne znaczenie co najmniej tak duże jak technologia. Okręt podwodny by pozostał skryty musi poruszać się wolno co oznacza, że musi umieć przewidzieć trasę i punk przechwycenia przeciwnika. Najłatwiej jest to uczynić w pobliżu punktu wyjścia lub docelowego, ale właśnie tam obrona ma szansę na skupienie swoich wysiłków. Pomyłka w wybranej pozycji i pościg za konwojem oznacza ryzyko utraty skrytości. Taktyka była wykorzystywana w czasie II wojny światowej poprzez formowanie specjalnych szybkich konwojów. Ponadto jeśli desant dotyczy plutonu na łodziach szturmowych atak torpedowy nie wchodzi w grę. Podobnie autor traktuje zagrożenie z powietrza:

Ofensywnie lotnictwo może zaatakować siły nawodne strony A lecz A zareaguje wpierw używając własnych środków (artyleria, zasłony dymne, itd.) a później angażując własne lotnictwo do obrony powietrznej. Biorąc pod uwagę taką reakcję strona atakująca osiągnie znaczącą gorszy wynik niż przeciw bezwładnemu celowi ale najlepszą i radykalną odpowiedzią na atak jest rozproszenie, na które siły B nie mają rady.

W dalszym ciągu tekstu następuje korekta albo uściślenie zgodne z aktualnie obowiązującą mądrością – najlepszą obroną przed atakiem z powietrza jest oczywiście posiadanie własnej przewagi w powietrzu w istotnym dla nas miejscu i czasie. Pada też krótkie zdanie podsumowujące:

Jeśli musimy je stosować, konwoje wymagają silnej osłony z powietrza…

Bezpieczeństwo baz jest krytyczne i osłona konwojów nie wystarczy

Dla nas istotne są wnioski pośrednie a więc nie tylko stwierdzenie konieczności posiadania silnego lotnictwa ale też nieadekwatności obrony przeciwlotniczej floty do zapewnienia samodzielnie bezpiecznego przejścia morzem. Wspaniała ilustracją były będące dla francuskiego admirała przyszłością konwoje na Maltę w czasie II wojny światowej. Rozproszenie wspomniane przez autora jest wybiegiem mającym na celu skomplikowanie rozpoznania i wyboru celów stronie atakującej. W założeniu nie wszystkie cele zostaną wykryte i zaatakowane a z kolei dążenie do 100% skuteczności grozi zaangażowaniem nieproporcjonalnych sił. Mamy więc przykład manewru na teatrze pomocniczym odciągającego lotnictwo z głównego kierunku działań. Zarówno Mahan jak i Corbett a póżniej Castex, wszyscy byli świadkami rewolucji technologicznej swoich czasów. Mahan obserwował przejście z siły wiatru na parę i kształtowanie się dużych okrętów pancernych, Corbett usiłował przewidzieć wpływ jaki będzie miała „flotilla” na strukturę i działania floty a Castex już miał szansę doświadczyć zagrożenia ze strony lotnictwa i okrętów podwodnych a mimo to dla żaden z nich nie przejawia dzisiejszej fascynacji technologią. Parametry z broszur marketingowych a rzeczywistość na wojnie zbyt często się rozbiegają.

Bardziej ciekawym rozdziałem dla polskiego czytelnika powinien być wpływ geografii na wojnę morską a zwłaszcza kombinacja geografii i technologii. Pierwsza reperkusja to gwałtowne zmniejszenie się czasoprzestrzeni. Ze względu na wzrost szybkości samych okrętów, wprowadzenie lotnictwa czy ostatnio sieci informatycznych gwałtownie zmniejszył się czas realizacji samych zadań jak i czas reakcji i podejmowania decyzji. Ma to wpływ negatywny na wykonywanie manewru zwłaszcza na obszarach ograniczonych geograficznie:

Czas trwania sprzyjającej sytuacji w oczywisty sposób się zmniejszył, ale pozostaje wystarczający do wyeliminowania morskich sił przeciwnika mając na uwadze nowoczesną broń. Rozumując w ten sam sposób, krótki okres czasu jest wystarczający do przeprowadzenia bezpiecznie konwoju lub podjęcia działań przeciwko wybrzeżu wroga.

Ponownie jak poprzednio i całkiem zgodnie z filozofią Immanuela Kanta, wszystko ma swoją dobrą i złą stronę. Każda broń jest obosieczna i dzięki temu taktyka ma spore pole do popisu. Istotnym w naszym położeniu geograficznym spostrzeżeniem jest malejące bezpieczeństwo baz morskich. Mamy dwie bazy morskie na krańcach wybrzeża i aż prosi się o jakiś punkt bazowania na środkowym wybrzeżu. Wykorzystanie istniejącej infrastruktury jest pewnie możliwe, ale ogranicza wielkość okrętów średnio do sławetnych 1.000 ton okrętu obrony wybrzeża. Pouczająca jest historia baz Flot Bałtyckiej i Czarnomorskiej Związku Radzieckiego w czasach II wojny światowej.

Przed przejściem do następnego akapitu o koncepcji Perturbateur, zróbmy małe podsumowanie. Studiowanie teorii wydaje się być zbyt abstrakcyjne by było użyteczne i rzeczywiście nie mówi nam bezpośrednio co mamy robić. Prędzej ostrzega nas przed tym, czego lepiej nie czynić. Wnioski z lektury Théories Stratégiques zaadoptowane do naszych warunków geo-politycznych zachęcają do działań połączonych i wykorzystania morza jako drogi transportu wojska na ląd przeciwnika i atakowania wybrzeża z morza. Zniechęcają natomiast do prowadzenia wojny ekonomicznej na szlakach żeglugowych. Castex wierzy w wyższość ataku nad obroną (dokładnie odwrotnie niż Carl von Clausewitz) i proponuje aktywną obronę w formie „małej wojny”. Ten sposób działania strony słabszej opisywał już wcześniej Julian Corbett a mistrzem praktyki okazał się Mao Tse-Tung. Rozwój środków ataku i szybkość działania promują rozproszenie a więc jakąś niezdefiniowaną ale większą liczbę zarówno jednostek jak i baz morskich. O czym nie było mowy wcześniej, ale Castex wskazuje na konieczność obrony biernej co dzisiaj przełożylibyśmy na aktywne środki samoobrony i obronę pasywną zwłaszcza w odniesieniu do mniejszych jednostek mających naturalną barierę wbudowania odporności biernej na ciosy.

Po tym wstępie wyjaśnijmy co to jest Perturbateur w myśli Raoula Castexa. Są to państwa agresywne, kierowane ideologią podważające istniejący porządek świata dla własnych celów. Współcześnie można by podjąć próbę rozszerzenia koncepcji na organizacje i grupy pozarządowe oraz nowe technologie zmuszające do porzucenia starych nawyków i doktryn w krótkim czasie. Jesteśmy świadkami wojen toczonych na obszarze państw ale niekoniecznie przez państwa. Irak, Afganistan, Syria to tylko kilka przykładów niekończących się i przewlekłych wojen lub konfliktów coraz bardziej mających znamiona wszystkich ze wszystkimi. W artykule Prepared for the Battle But Not for the War z listopadowego numeru USNI Proceedings autor podaje kilka przykładów jak ataki cybernetyczne i wojna informacyjna są w stanie wytrącić z równowagi społeczeństwo tworząc bezpośrednie zagrożenie dla życia i mienia obywateli a nawet sił zbrojnych. Ataki na lotniska z użyciem dronów produkowanych domowym sposobem w technologi 3D, zakłócanie działania służb porządkowych i ratowniczych, obezwładnianie systemów sterowania i zarządzania infrastrukturą, produkcją finansami oraz transportem lub zautomatyzowana walka informacyjna z użyciem mediów społecznościowych w trakcie wyborów to tylko fragment repertuaru możliwości wspomnianych w artykule. Tekst należy czytać mając w pamięci tezę, że aby pokonać przeciwnika należy złamać jego wolę, niekoniecznie niszcząc go fizycznie czy zajmując terytorium. Potwierdzeniem tej tezy są nie tylko obecne konflikty ale sama Polska okupowana w czasie II wojny światowej ze swoją armią podziemną i regularnym wojskiem na wschodzie i zachodzie. To już nie jest science-fiction jak pokazują doniesienia z ostatnich manewrów Zapad-17:

Usługi telefoniczne w Łotwie, Norwegii i na szwedzkiej wyspie Öland zostały według doniesień przerwane na kilka godzin w trakcie sierpniowych ćwiczeń Zapad prowadzonych przez Rosję i Białoruś. O zakłócanie podejrzewa się rosyjski okręt walki radioelektronicznej pływający na Bałtyku.

Bardziej odpowiednia reakcja na atak cybernetyczny niż NDR

Trudno, aby odpowiedzią na takie ćwiczenia czy też zamierzony atak było zatopienie okrętu Federacji Rosyjskiej za pomocą rakiet Nadbrzeżnego Dywizjonu Rakietowego. To samo dotyczy najnowszych inwestycji rosyjskiej marynarki w łodzie szturmowe czy planowanego wznowienia budowy poduszkowców desantowych Żubr. Od lat polska marynarka wojenna tkwi w impasie, który łatwiej zrozumieć po lekturze Théories Stratégiques. Podporządkowanie doktryny wojny morskiej doktrynie lądowej i posiadanie realnych alternatyw do bałtyckich linii komunikacyjnych w zasadzie przez obie strony, podważa klasyczne filary teoretyczne wojny morskiej – panowania na morzu i walki na szlakach żeglugowych w celu wywarcia presji ekonomicznej na przeciwnika. Spycha marynarkę wojenną do roli pomocniczej dla armii i uzależnienia jej istnienie od tego czy wojska lądowe mają wizje wykorzystania sił morskich czy też nie. Poleganie w takiej sytuacji na hierarchicznym procesie planowania i dokumentach typu Strategiczny Przegląd Strategiczny jest niewystarczające, gdyż jak zauważa ze sporą dozą humoru Raoul Castex:

Jak o wielkim wężu morskim, wielu ludzi mówi o rządowym planie wojny, ale nikt go nigdy nie widział i wielu wątpi w jego istnienie.

Co więc może uczynić Marynarka Wojenna RP i środowisko ją wspierające? Potrzebna jest inicjatywa w tworzeniu i podsuwaniu pomysłów nie podważających istniejących priorytetów i możliwych do sfinansowania w ramach istniejącego budżetu marynarki wojennej. Poniższa lista przewija się przez strony blogu co rusz, więc nie jest niczym nowym. Po prostu znajduje teoretyczne wsparcie w kolejnej pozycji klasyki literatury na temat:

  • W czasie wojny przyjąć rolę pomocniczą i skupić się na:
    • operacji wysadzania na ląd wojska i oddziałów specjalnych i ewakuacji na skalę taktyczną (łodzie szturmowe, ship-to-shore connectors jak LCAC/LCAT)
    • symetrycznie obroną przed takimi samymi przedsięwzięciami ze strony przeciwnika (łodzie szturmowe, okręty patrolowe jak PC)
    • obroną baz morskich i ich podejść dla operacji sojuszniczych (baterie naziemne przeciwokrętowe/przeciwlotnicze, bariery sensoryczne, USV/UUV, okręty patrolowe, przeciwminowe, korwety)
  • W czasie pokoju i kryzysu zajmować się:
    • bezpieczeństwem morskim i przeciwdziałaniu dyplomacji siłowej (okręty patrolowe IPV/OPV, przeciwminowe, korwety)
    • współpracą z Morskim Oddziałem Straży Granicznej w monitorowaniu sytuacji na morzu, pod jego powierzchnią, na dnie i w cyberprzestrzeni (okręty patrolowe PC, lotnictwo patrolowe, USV/UUV, łodzie szturmowe)
    • współpracą w zakresie SAR (smigłowce, samoloty patrolowe, okręty patrolowe PC)
    • pomocą humanitarną (okręty logistyczne uzbrojone lub nie)
    • budowaniem sojuszy (okręty przeciwminowe, logistyczne, patrolowe, korwety, samoloty rozpoznawcze, jednostki MOSG)

Jeśli powyższy tok rozumowania ma sens to jak bumerang wraca hasło Bałtyk Plus i po prostu trzeba je polubić.

Oct 012017
 

Na ostatnim spotkaniu Rady Budowy Okrętów profesor Andrzej Makowski naszkicował zarys użycia Marynarki Wojennej jako strategicznego narzędzia w realizacji międzynarodowych interesów państwa. Tezy są znane już wcześniej bo zawarte choćby w prezydenckim dokumencie o bezpieczeństwie morskim Rzeczpospolitej Polskiej, ale warte są powtórzenia za sprawą dwóch istotnych stwierdzeń dających Marynarce Wojennej RP sens istnienia oraz określających jej miejsce w systemie obrony i bezpieczeństwa kraju.

Profesor Makowski widzi użycie floty w „szarej strefie” pomiędzy polityką a wojną a określaną mianem bądź dyplomacji morskiej bądź przez innych jako działania poniżej progu wojny. Wspiera to bardzo dobrze dobrany cytat z klasyki dyplomacji morskiej:

Rządy z pewnością będą szukały bardziej energicznych środków nacisku niż dyplomacja i mniej gwałtownych niż wojna i z tego przynajmniej powodu będą rozważały użycie flot wojennych.

– James Cable

Spójrzmy na to zdanie nie tylko przez pryzmat naszych celów i możliwości ale także celów czy intencji naszych potencjalnych oponentów. Do nich powyższe zdanie odnosi się w takim samym stopniu jak do nas a więc rola naszej floty staje się podwójna. Z jednaj strony możemy prowadzić własną dyplomację na przykład budowania sojuszy, ale jednocześnie musimy być zdolni do reagowania na dyplomację z użyciem siły realizowaną przez przeciwnika. To, że jeszcze żaden szczególny przypadek nie trafił się nam na Bałtyku stawia pytanie na ile takie zagrożenie nie istnieje a na ile mamy do tej pory szczęście co rodzi kolejne pytanie jak długo na takim szczęściu można czy powinniśmy polegać?

Rozróżnienie ma jeszcze jeden ważny aspekt wewnętrzny. Im bardziej nasza flota będzie realizowała cele polityki zagranicznej MSZ-tu czy BBN-u tym większy opór będzie ze strony MON-u finansującego marynarkę wojenną. MON nie tyle będzie dążył do pozbycia się budżetu na flotę ile do zagarnięcia tego budżetu dla innych celów, ważniejszych z punktu widzenia MON-u i jego wizji. Tak więc Marynarka Wojenna RP będzie bytem formalnym aczkolwiek eterycznym. Postawienie na odpór agresywnej dyplomacji Rosji ma wydźwięk znacznie bardziej obronny niż dyplomatyczny daje więc uzasadnienie dla wydatkowania pewnych sum na rozwój floty choćby ograniczonych.

Antycypując argument o zbytnim teoretyzowaniu zastanówmy się w jakim stopniu Rosja jest potencjalnie zainteresowana wykorzystaniem narzędzia jakim jest dyplomacja morska. Christian Le Miere w książce Maritime Diplomacy in 21st Century podaje kilka argumentów za takim scenariuszem:

  • Dyplomacja morska jest uprawiana na pełnym morzu unikając pogwałcenia suwerenności terytorialnej oponenta.
  • W konsekwencji jest trudniej dostępna dla mediów publicznych co sprzyja zacieraniu prawdy i działaniom propagandowym.
  • Pozwala na uniknięcie przewlekłych, kosztownych i krwawych konfliktów na lądzie. Takie negatywne doświadczenia mają zarówno USA jak i Rosja.

Te argumenty zyskują na sile w świetle twierdzenia Carla von Clausewitza, że celem wojny jest poddanie przeciwnika naszej woli, co nie jest jednoznaczne z zajęciem jego terytorium. Taką alternatywną do dyplomacji morskiej rolę przejmują powoli drony i ataki cybernetyczne czy też manipulowanie mediami społecznościowymi. We wszystkich tych dziedzinach demonstrujemy swoją słabość i realnie patrząc na sprawę – nawet brak zainteresowania pomijając okresowe deklaracje natury propagandowej.

Krótko mówiąc, aktualny rząd dąży do osiągnięcia samowystarczalności do obrony kraju przed atakiem pancernych dywizji, który może nigdy nie nastąpić. Dlatego pewnie nie przejmie się zbytnio poglądami naszego sojusznika, ale żeby nie było zdziwienia gdyby przyszło co do czego to dla porządku wspomnijmy o nowym artykule z wrześniowego numeru USNI Proceedings U.S. Sea Power Has a Role in the BalticAutor artykułu Bruce B. Stubbs z Biura Szefa Operacji Morskich przewiduje cztery scenariusze wraz z potencjalną reakcją US Navy.

  • Fakt dokonany – Rosja zajmuje którąś z republik Bałtyckich.
  • Konflikt o wysokiej intensywności – Rosja odcina Republiki Bałtyckie poprzez zamknięcie korytarza suwalskiego.
  • Uszczknąć kęs – pomniejsze wtargnięcie sił rosyjskich na terytorium o mniejszej wadze.
  • Działania w szarej strefie – prowokowanie rozruchów wewnętrznych

Potencjalna reakcja z użyciem sił morskich według autora to w pierwszych dwóch scenariuszach eskalacja działań na inne obszary jak Północny Atlantyk czy Morze Śródziemne. W szarej strefie główną rolę odgrywałyby siły specjalne i lekkie siły zapewniające bezpieczeństwo morskie, tak aby nie sprowokować eskalacji konfliktu do poziomu wojny konwencjonalnej.
We wszystkich wypadkach powinniśmy się spodziewać obecności lekkiego kontyngentu morskiego US Navy w postaci okrętów patrolowych i/lub LCS funkcjonujących jako „zapalnik” czy „wyzwalacz” (tripwire).

Czy tak będzie wyglądał morski kontyngent USNavy na Bałtyku? Foto www.navytimes.com

Istotne jest stwierdzenie, że za najbardziej prawdopodobny scenariusz uważa się trzeci – „uszczknąć kęs”, w którym:

NATO może więcej stracić przywołując Artykuł 5 niż wywierając presję z użyciem środków nie-militarnych w nadziei, że okażą się skuteczne.

To nam daje obraz czego realistycznie należy się spodziewać ze strony największego sojusznika i gdzie nasze własne siły morskie mogą odegrać najbardziej istotną rolę, gdyż właśnie najbardziej prawdopodobny scenariusz „zagrabienia kawałka” zostawia nas jednocześnie najbardziej samotnymi.

Czy taki desant może być powodem do zadziałania paragrafu 5-go? I w którym momencie NDR może legalnie zatopić taki poduszkowiec. Po wysadzeniu desantu?

Wspomniane źródła i cytaty tworzą w sumie dość spójny obraz przestrzeni wręcz idealnej do działania dla marynarki wojennej kraju o orientacji lądowej, graniczącym z głównym oponentem będącym światową potęgą. Panuje chyba zgoda co do tego, że w przypadku otwartej wojny nieograniczonej rola marynarki wojennej będzie co najwyżej drugorzędna (przynajmniej na Bałtyku). Z drugiej strony szara strefa pomiędzy polityką a wojną jest codzienną rzeczywistością, w której ewidentnie jest miejsce dla floty, ale przede wszystkim będąca wyraźnym słabym punktem Rzeczpospolitej do wykorzystania przez kogokolwiek. I ten ktoś, jeśli zdaje z tego sobie sprawę nie będzie nas z wyprowadzał z naszego stanu uśpienia. Do nas należy ocena ryzyka istnienia takiego stanu rzeczy.

P.S. Przez najbliższe trzy tygodnie będę liczył pingwiny poza zasięgiem sieci. Do komentarzy zapraszam i zachęcam ale dołączę się po powrocie.

Jul 232017
 

O kształcie Marynarki Wojennej RP zdecyduje to w jaki sposób będzie postrzegana przez polityków i społeczeństwo. Ta zaś percepcja będzie rządziła polityką budżetową i poziomem inwestowania we flotę. Często w dyskusji o marynarce wojennej pojawia się argument konieczności zaspokojenia jej potrzeb jednak mija się on z celem właśnie z powodu wspomnianego postrzegania. Ujmując sprawę prosto choć brutalnie, dopóki nie zostaną wyartykułowane cele i zadania dla floty wspierane przez polityków i akceptowane przez społeczeństwo, marynarka nie ma żadnych potrzeb. Na starej stronie internetowej marynarki Wojennej RP istniała co prawda sformułowana lista zadań, ale najwyraźniej nie miała ani wystarczającego wsparcia ze strony rządu ani zrozumienia w społeczeństwie więc poziom finansowania był proporcjonalny do takiego stanu rzeczy.

Weźmy jako przykład siły przeciwminowe. Wciąż istnieje wiele min i niewybuchów z czasów II wojny światowej i zdjęcia z ich likwidacji mogą przemawiać do wyobraźni ludzi. Jeśli taka pozostałość wojenna zostaje odkryta w funkcjonującym porcie powstaje wówczas naturalna potrzeba posiadania środków przeciwdziałania a zdjęcia z akcji oddziałują na emocje wspierając przekaz. Mamy więc Kormorana, który z pewnością świetnie sobie da radę z takimi zagrożeniami i zadaniami chociaż najprawdopodobniej nie ma szans przeżycia w hipotetycznej Bitwie o Zatokę Gdańską.

Zmierzmy się z innym przykładem fregaty dla marynarki wojennej działającej w zespołach NATO. Postrzeganie potrzeby takiego działania może być dla społeczeństwa mgliste i niejasne a dla polityków mniej istotne w porównaniu z innymi potrzebami bieżącymi, stąd niechęć do inwestycji maskowana równie mglistymi deklaracjami. Jednak widok fregaty z wielką banderą na maszcie może budzić poczucie dumy narodowej i na fali wzbierającego nacjonalizmu stanowić wystarczający argument do inwestycji. Dla wątpiących w taki scenariusz proponuję przyjrzeć się dokładniej argumentacji na rzecz programu Orka. Przykład jest ciekawy bo pokazuje jak można oprzeć program modernizacji floty w kompletnym oderwaniu od strategii i celów potencjalnego przeciwnika oraz jego intencji. Jednocześnie pokazuje drugie dno dyskusji o „potrzebach” – w tym wypadku nie są to zdolności bojowe tylko potrzeba dumy. Historycznym przykładem jest być może flota Mussoliniego. Samo pojęcie „Mare Nostrum” nie określało potrzeb operacyjnych tylko cele polityczno-propagandowe.

Temat nie jest ani nowy ani nieznany. Lars Wedin, oficer szwedzkiej marynarki wojennej w książce Maritime Strategies for XXI century. The Contribution of Admiral Castex komentuje dokonania wybitnego francuskiego teoretyka wojny morskiej reprezentującego potęgę lądową. Najpierw cytat o postrzeganiu:

Opinia publiczna narodu wyspiarskiego uważa marynarkę wojenną za ważny instrument swojego bezpieczeństwa i istnienia, armia jest czynnikiem dodatkowym w sposób oczywisty ważnym ale bez mocy osiągnięcia głównego celu jakim jest obrona. Społeczeństwo państwa kontynentalnego widzi w armii główne narzędzie. Marynarka wojenna jest podrzędnym rodzajem broni, bardzo interesującym i ważnym lecz niczym więcej.

Za takim postrzeganiem idą proporcjonalnie fundusze pomimo, że powyższe słowa nie odzwierciedlają dobrze rzeczywistości. Rola i znaczenie percepcji jest właściwie opisana ale zawężenie tezy do wyłącznie obrony nie tłumaczy historii wielu flot świata. Przed narodzinami US Navy była Continental Navy powstała w czasie Wojny o Niepodległość. Za początki US Navy uznaje się budowę sześciu fregat do walki z piratami po drugiej stronie oceanu i do obrony wolności handlu morskiego. W czasach wojny secesyjnej floty obu walczących stron były klasycznymi flotami przybrzeżnymi z innowacjami jak Monitor. Amerykańska marynarka wojenna pozostawała mała i nieliczna oraz niedofinansowana tak długo jak Ameryka zajmowała się przede wszystkim sobą. Nie służyła do obrony przed zewnętrznym najeźdźcą lecz do obrony swych interesów handlowych. O tym do czego służy flota i ile na nią przeznaczał pieniędzy Kongres decydowało amerykańskie społeczeństwo i to, jak rozumie swoje cele i priorytety oraz ambicje. Dlatego o wiele bliższe rzeczywistości są inne słowa francuskiego teoretyka:

Wojna nie wymaga tylko działań militarnych. Równie niezbędna jest walka na froncie dyplomacji, ekonomii, finansów i morale.

To jest sztuka użycia w czasie wojny i pokoju wszelkich sił i środków w posiadaniu walczącego narodu.

Taka definicja jest nam dość bliska współcześnie w odniesieniu do wojny nazywanej hybrydową i rozciąga się poza wojną na całą sferę konfliktów międzynarodowych w czasie pokoju. Rosyjskie tezy o stosunku zaangażowanych w walkę hybrydową środków niemilitarnych do militarnych wynoszącym 4:1 mają pokrycie w słowach Castex’a. Nie powinno więc dziwić odpowiednie i proporcjonalne angażowanie środków finansowych. Nawet biorąc pod uwagę wyłącznie działania militarne to Castex proponuje klasyfikację na:

  • Walkę pomiędzy zorganizowanymi siłami
  • Walkę na liniach komunikacyjnych
  • Działania przeciw celom lądowym lub dla wsparcia działań na lądzie, takich jak:
    • Operacje połączonych sił zbrojnych
    • Blokada
    • Rajdy, bombardowania z morza, coups de main

Mając na względzie fakt sąsiadowania z potęgą lądową i nuklearną jaki rodzaj działań wydaje się być najbardziej prawdopodobny dla państwa przybrzeżnego? Ponownie odwołujemy się do postrzegania decydującego o proporcjach w budżecie. Tak więc inwestycje w siłę militarną są tylko fragmentem nakładów na szerzej pojmowane bezpieczeństwo państwa i jego interesy i dzielą się proporcjonalnie na trzy ogólne zadania floty. To swoiste rozcieńczanie nakładów finansowych na siłę i potęgę militarną konfrontuje się z możliwościami państwa nadbrzeżnego. Z jednej strony proporcjonalnie mała przypisywana waga daje niskie nakłady a z drugiej walka pomiędzy zorganizowanymi siłami wymaga najwyższych wydatków. Wątek przewija się w książce Navies in Northern Waters, gdzie Jacob Borrensen w rozdziale o norweskiej marynarce wojennej zatytułowanym Coastal Power: The Sea Power of the Coastal State and the Management of Maritime Resources pisze:

Połączenie ograniczenia zasobów z koniecznością szybkiej reakcji na pogwałcenia prawa i wtargnięcia zanim się rozwiną w pełny konflikt lub kryzys wraz z potrzebą zyskania czasu dla sojuszniczego wsparcia prowadzi do przedkładania ilości nad jakością. Jest bowiem ważniejsze zabezpieczenie pokrycia obszaru zainteresowania własnymi jednostkami tak, aby mogły reagować szybko, zademonstrować intencję czy oddać strzał ostrzegawczy niż posiadać zdolność przetrwania konfrontacji z napastnikiem.

Ponownie, floty przybrzeżne najlepiej i jeśli tylko to możliwe, powinny kierować swą uwagę na rozwiązania „szyte na miarę”, rozwijać własne wymagania i specyfikacje zamiast kopiować rozwiązania potęg morskich poprzez nabywanie ich sprzętu z drugiej ręki.

Mamy do czynienia z przedłożeniem użyteczności nad siłą bojową wraz z postulatem innowacyjności nawet za cenę ryzyka pójścia błędną drogą. Teraz możemy zatoczyć koło i zapytać o potrzeby Marynarki Wojennej RP. Dopóki zagrożenie będziemy widzieli w kategoriach wojny totalnej i ataku hord pancernych na cały obszar naszego kraju tak długo marynarka wojenna będzie istnieć w formie wirtualno-propagandowej lub w najlepszym wypadku postaci embrionalnej. Jeśli zmienimy postrzeganie zagrożenia ze strony potencjalnego przeciwnika z inwazji na próbę destabilizacji kraju z użyciem siły zbrojnej jeśli przeciwnik dostrzeże taką potrzebę to zaczniemy budować flotę odpowiednią do intencji przeciwnika a nie jego możliwości. Wówczas może się okazać, że parę Czapli i grupa zorganizowanych hakerów działających pod osłoną eskadry myśliwców będzie miała więcej sensu niż niszczyciele rakietowe.

Jun 092017
 

Koncepcja Obronna Rzeczypospolitej Polskiej sprowadza rolę Marynarki Wojennej RP do „przygotowania obrony polskiego Wybrzeża i uniemożliwienia przeciwnikowi panowania nad południowym Bałtykiem”. Pytanie, czy to najlepsze rozwiązanie dla Polski i jej morskiego rodzaju sił zbrojnych jest źródłem kontrowersji. Pozostaje nam wierzyć, że polemika z autorami odnośnie samej idei doprowadzi do stworzenia propozycji mieszczącej się w ramach logiki koncepcji ale o potencjalnie szerszym zastosowaniu.

Historyczne przykłady strategii obrony wybrzeża pokazują ukryte założenia i granice stosowalności. Jeune Ecole, która powstała we Francji w końcu XIX wieku miała intencję bronić wybrzeża Francji przed atakami Brytyjczyków. Straciła całkowicie na znaczeniu po podpisaniu Entente Cordiale w 1904 roku z Wielka Brytanią i zmianie potencjalnego wroga na Niemcy – lądową potęgę, z którą Francja graniczyła. Późniejsza kopia w postaci Młodej Szkoły w Związku Radzieckim została zarzucona przez Stalina, ale nawet gdyby tak nie było to nie przetrwałaby II wojny światowej gdy Niemcy zajęli bazy floty w trakcie kampanii lądowej. Ideą zainteresował się również wielki innowator Sir John Fisher i stworzył koncepcję Flotilla Defence. Pomysł nie wypalił po części z powodu zbyt dużych obietnic technologii, która była wciąż niedojrzała a po części z braku poparcia dla idei. Gdy zabrakło Lorda Fishera jego następcy natychmiast porzucili koncept. Współczesny przykład Chin wskazuje na jeszcze inny aspekt. Początki Chińskiej marynarki wojennej wiązały się z pojęciem aktywnej obrony i „partyzantki na morzu”. Jednak chęć rozszerzenia wpływów na morza wewnątrz 1-go łańcucha wysp doprowadziły do budowy floty kontroli morza gdyż zatarły się granice pomiędzy odmową dostępu a kontrolą morza na tak wielkich obszarach. Stąd pierwszy wniosek:

  • Jeśli spodziewamy się ataku ze strony sąsiada na lądzie, nie warto inwestować we flotę obrony wybrzeża więcej niż w lądową obronę tegoż wybrzeża. Całkiem przeciwnie, jeśli przeciwnikiem ma być zamorska potęga należy inwestować we flotę kontroli morza.

Oblężona i ostatnia baza Floty Bałtyckiej nie mogła stanowić oparcia dla okrętów, zamienionych w pływające baterie.

Źródłem obietnic podejścia odmowy dostępu jest zasięg współczesnej broni, który w przypadku naszego Bałtyku obejmuje całą jego południową część. Tak więc zakładamy posiadanie zdolności do rażenia ogniem przeciwnika w dowolnym punkcie obszaru i dowolnym momencie. Mamy jednak podskórnie dwa założenia, które historia weryfikuje raczej negatywnie. Ignorujemy pojęcie tarcia wprowadzone do teorii wojny przez Carla von Clausewitza oraz przyjmujemy za pewnik posiadanie ciągłego i skutecznego rozpoznania. Historia obfituje w przykłady braku skuteczności systemów pomimo ich teoretycznej zdolności do rażenia i rozpoznania. Wynik bitwy o Midway jest rezultatem przypadku a nie dobrego rozpoznania chociaż teoretycznie na pokładach lotniskowców bazowały samoloty rozpoznawczo-bombowe, krążowniki miały na wyposażeniu wodnopłaty rozpoznawcze a z Midway operowały Cataliny. Utarczki nocne z Tokio Express kończyły się początkowo porażką Amerykanów pomimo posiadania przewagi radaru. Wyciągnięcie wniosków z porażek i nauczenie się wykorzystywania radaru w sposób właściwy zajęło Amerykanom rok. Włosi nie byli w stanie sparaliżować dostaw na Maltę ani zapewnić osłony własnych konwojów do Afryki Północnej pomimo działań w zasięgu własnego lotnictwa lądowego i jego dominacji w powietrzu. Stąd wniosek drugi:

  • Warunkiem koniecznym choć niewystarczającym do użycia systemów rażenia dalekiego zasięgu jest bardzo dobre rozpoznanie i naprowadzanie. Ze względu na „tarcie” czyli nieprzewidywalność wypadków obecność innych sił „na miejscu” jest pożądana.

Pomimo ciężkich strat i trasy pod ciągłym atakiem lotnictwa, konwoje docierały na Maltę. Foto www.wlb-stuttgart.de

Rozumowanie w kategoriach odmowy dostępu nie daje głosu przeciwnikowi a przecież on też może symetrycznie zastosować swoje systemy odmowy dostępu. Przykładowo nasze samoloty patrolowe czy śmigłowce do zwalczania okrętów podwodnych nie będą mogły działać w zasięgu obrony przeciwlotniczej dalekiego zasięgu przeciwnika. Podobnie nasze stawiacze czy niszczyciele min będą celem dla systemów odmowy dostępu przeciwnika. Wracamy wówczas do dobrze znanego pojedynku pomiędzy atakiem i obroną, w którym wszechstronność okrętów i ich użycie nie mieści się w kategorii odmowy dostępu. Kormoran stawiający miny na własnych wodach możemy nazwać systemem odmowy dostępu ale jeśli postawi te same miny na wodach przeciwnika będzie elementem aktywnej obrony. Zwalczanie min na własnych wodach nie będzie z kolei odmową dostępu chociaż będzie obroną. Walka z systemami odmowy dostępu może przyjąć różne formy co ponownie dowodzi, że każda akcja rodzi w końcu reakcję:

  • Nasycenie obrony celami rzeczywistymi i pozornymi,
  • Uniemożliwienie działania systemów rozpoznania i naprowadzania lub ich oszukanie,
  • Dezorganizacja centrów dowodzenia i przerwanie łączności,
  • Niszczenia środków rażenia,
  • Wzmacnianie własnej obrony

Stąd wniosek trzeci:

  • Działania przeciwnika prowadzą do zaniku asymetrii i grożą eskalacją kosztów podważając sens tezy o słabszej stronie skutecznie broniącej się przed silniejszym przeciwnikiem przy użyciu asymetrii.

Przeciwnik ma głos! Air-Sea Battle w początkowej fazie koncepcji. Foto www.globalbalita.com

Jak w świetle wyciągniętych wniosków możemy zmodyfikować strukturę floty zaproponowaną przez Koncepcję Obronną RP? Dokument zawiera tylko jedno zdanie na temat planowanego kształtu marynarki wojennej więc trzeba mu się przyglądnąć dokładnie. Równie ważne co mówi jest to czego nie mówi:

Dzięki wzmocnieniu nabrzeżnych jednostek rakietowych, załogowym i bezzałogowym platformom rozpoznawczym, nowoczesnym technikom walki minowej, a także nowym okrętom podwodnym, radykalnie wzrosną możliwości obrony Wybrzeża.

Trzy rzeczy rzucają się w oczy. Oczywisty kierunek platform rozpoznawczych obecnych również w poprzednim planie, ale zawieszonych w próżni; dość ogólnikowe określenie walki minowej dające szerokie pole dla nowych propozycji oraz brak wzmianki o rakietach dalekiego zasięgu przy okrętach podwodnych. Teraz musimy to wszystko złożyć w jakąś całość.

Wniosek pierwszy mówi o konieczności równowagi pomiędzy inwestycjami w bezpieczeństwo baz morskich a w to, co w nich bazuje. Mamy więc zachętę z jednej strony do wzmocnienia obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej baz morskich oraz nadbrzeżnych dywizjonów rakietowych a z drugiej do ograniczenia kosztów programu okrętów podwodnych czyli największej pozycji w budżecie. Potrzebny jest więc Kryl lub jakaś jego następna wersja rozwojowa i jasna decyzja bo program medialnie pojawia się i znika. Nadbrzeżny Dywizjon Rakietowy aż prosi się o zintegrowanie w jego strukturach obrony przeciwlotniczej krótkiego zasięgu, a obrona baz o Wisłę, gdyż poprzedni program modernizacji mówił tylko o bateriach krótkiego zasięgu. Z kolei redukcja kosztów programu Orka jest osiągalna przez rezygnację z rakiet dalekiego zasięgu i napędu AIP przy zakupie okrętów podwodnych. Innym tematem pozostającym poza marynarką wojenną jest Brygada Obrony Wybrzeża. Czy jest nią tylko z nazwy? Jeśli tak, to czy nie warto jej wydzielić jako osobnej specjalizowanej brygady i zastanowić się nad jej strukturą i wyposażeniem? I czy morze nie powinno być dla niej naturalnym polem manewru?

Wniosek drugi otwiera pole do popisu dla platform rozpoznawczych. Jeżeli weźmiemy pod uwagę scenariusz otwartej wojny to bezbronne i załogowe systemy jak samoloty patrolowe powinny oddać pola platformom bezzałogowym i możliwie tańszym nawet za cenę pogorszenia osiągów i możliwości. Bezzałogowe platformy nawodne dają unikalną możliwość ciągłego monitorowania sytuacji pod powierzchnią wody. Obawa przed działaniem w trybie całkowicie autonomicznym powoduje konieczność możliwości ingerencji przez człowieka w określonych sytuacjach. Ilość wymienianej informacji a więc szerokość pasma będzie wpływała na wybór sposobu łączności. Na wodach terytorialnych do tego celu można wykorzystać Zautomatyzowany System Nadzoru Radarowego Morskiego Oddziału Straży Granicznej. Pomocne mogą być przekaźniki łączności również w formie UAV.
Rozpoznanie z powietrza oferuje szybkość dotarcia do celu i wielkość obszaru monitorowanego. Pierwszym miejscem dla rozpoznawczych UAV powinna być struktura Nabrzeżnego Dywizjonu Rakietowego, na rzecz którego prowadziłyby nie tylko rozpoznanie ale także identyfikację celu i ocenę skuteczności ataku.
Systemy podwodne oferują skrytość a więc mają zastosowanie w zbieraniu danych wywiadowczych blisko przeciwnika. Mogą również stawiać pojedyncze miny w miejscach trudno inaczej dostępnych. Trudności z łącznością zmuszają do większej autonomii takich systemów, są więc najtrudniejsze do realizacji ale dają z drugiej strony największe pole do popisu dla własnego zaplecza naukowo-badawczego.

Co jednak, jeśli systemy zawiodą albo nie spełnią oczekiwań czy po prostu nie zadziałają tak jak twórcy zakładali. Jest to naturalne w realnym świecie i chyba każdemu w domu „zawiesił” się komputer, chociaż nie powinien. Jednym ze sposobów jest dublowanie danego rozwiązania ale może to się okazać powielaniem tego samego błędu. Przykładowo zastępstwem dla baterii rakiet nadbrzeżnych jest w sposób naturalny lotnictwo szturmowe ale oba środki ataku mogą powielać problem złego rozpoznania. Innym rozwiązaniem alternatywnym jest obecność na miejscu okrętu uzbrojonego i kierowanego przez ludzi mogących oszacować sytuację i podjąć decyzję. Wychodzimy na przeciw wnioskowi trzeciemu, ale nie może to być okręt drogi bo byłby w sprzeczności z wnioskiem pierwszym. Niemniej otwiera to drogę do jakiejś formy rozwojowej Kormorana lub następcy Kaszuba, o czym dalej.

Wniosek trzeci przypomina nam, że jakakolwiek uzyskana przewaga asymetryczna będzie krótkotrwała co pcha nas w kierunku wzbogacenia arsenału o środki zarówno ofensywne jak i defensywne. Poczynając od tego co mamy czyli Kormorana, który poprzez swoją bezbronność nijak nie pasuje do koncepcji odmowy dostępu chociaż jest niezwykle wartościowym nabytkiem. Jego wersja rozwojowa oparta choćby o propozycje Remontowej mogłaby się wzbogacić o rozbudowane centrum dowodzenia dla kierowania nawodnymi USV do monitorowania sytuacji pod powierzchnią morza jak i elementy samoobrony. Najprostszym rozwiązaniem byłyby systemy obrony pasywnej, a w bardziej rozbudowanej wersji wsparte rakietami przeciwlotniczymi i przeciwrakietowymi krótkiego zasięgu. W końcu Umkhonto w marynarce fińskiej stanowi uzbrojenie ledwo 300 tonowych kutrów rakietowych.

Umkhonto ma zasięg 15km z widokami na 20km. I to na 300 tonowym okręcie> Cóż więcej potrzeba?

Ewolucja mogłaby jednak pójść jeszcze dalej jeślibyśmy dodali sonar holowany lub podkadłubowy do wykrywania okrętów podwodnych i zwiększyli prędkość okrętu. Wówczas Kormoran przekształca się bardziej w następcę Kaszuba. W zasadzie ta sama koncepcja tylko nigdy nie zrealizowana. SAAB ma propozycję 1.000 tonowego okrętu modułowego w swej odnowionej ofercie. Swego rodzaju kresem tej linii ewolucyjnej jest szwedzka korweta Visby, którą można zbudować ze stali co spowoduje wzrost wyporności ale ostatecznie okręt nie byłby wiele większy od oryginału. Alternatywą był Miecznik pozwalający na osłonę okrętów takich jak niszczyciele min ale program odłożono „na półkę”. Niemniej w dalszym ciągu można dodać Ślązakowi te same rakiety przeciwlotnicze i sonary co dla Kaszuba II. Zarówno Ślązak jak i Kaszub II byłby również lepszą platformą do stawiania min, gdyż po wycofaniu ze służby Lublinów nie ma na horyzoncie niczego zdolnego stawiać miny w liczbie większej niż kilka sztuk na raz.

Nowinki z Saab’a. Foto www.saab.com

W ostatecznym rozrachunku otrzymujemy flotę bardziej obrony wybrzeża niż odmowy dostępu ale o wiele bardziej elastyczną i użyteczną w czasach pokoju i kryzysu.

May 122017
 

W poprzednim wpisie padło stwierdzenie, że „każda inwestycja w spójność sojuszu jest warta tyle samo co inwestycja we własny potencjał militarny”. Czego jednak oczekują on nas sojusznicy? Jaka inwestycja byłaby z ich punktu widzenia najbardziej racjonalna czy też użyteczna? Impulsem do przemyśleń i rewizji utartych poglądów jest raport CSBA Restoring American Seapower: A New Fleet Architecture for the United States Navy, w którym znajduje się fragment dotyczący naszego regionu a nawet Bałtyku, tak jak widzą to amerykańscy analitycy.

Raport ma strukturę hierarchiczną idąc od nowych koncepcji działań w dół do platform i systemów uzbrojenia. Zaczyna od dość rewolucyjnego odejścia od taktyki „stand-off” i założenia, że siły morskie muszą być zdolne do walki w bezpośredniej bliskości przeciwnika lub atakowanego przez niego celu. W konsekwencji postuluje w obronie przeciwlotniczej i przeciwrakietowej zmniejszenie zasięgu obrony do na rzecz gęstości ognia oraz rozproszenia. Bardziej precyzyjnie chodzi o wzrost gęstości ognia na dystansie 10-30nm kosztem dystansu 100nm i więcej, co w praktyce oznacza wzrost liczby ESSM kosztem SM-2. To, według autorów pozwoli na włączenie w obronę w większym stopniu technologie już znane jak walka elektroniczna oraz nowe jak lasery, broń mikrofalowa czy artyleria z pociskami HVP. Interesujące wnioski nasuwają się przy analizie załączonych rysunków, bowiem biorąc pod uwagę ograniczoną pojemność magazynów broni, autorzy przypisują EW zdolność do zmylenia tej samej liczby celów co ESSM mogą zestrzelić, a artylerii z pociskami HVP większą efektywność niż laserom. Dodatkowo działania w przestrzeni fal elektromagnetycznych mają „stworzyć wiele celów fałszywych, oślepić systemy wykrywania przeciwnika i umożliwić siłom Stanów Zjednoczonych na wykrycie przeciwnika pozostając samemu ukrytym”. Efektem ubocznym lecz bardzo pożądanym ma być zwolnienie części VLS dla uzbrojenia ofensywnego. Z kolei w walce podwodnej rośnie rola pojazdów bezzałogowych:

Jakkolwiek poszczególne pojazdy bezzałogowe mogą nie posiadać zasięgu, prędkości, sensorów i autonomii pozwalające im zastąpić okręty podwodne, mogą one jednak atakować okręty w porcie, cele na lądzie, stawiać miny, przeprowadzać rozpoznanie i przeciwdziałać rozpoznaniu przeciwnika.

Echo Voyager nie jest okrętem podwodnym, ale może ma więcej sensu na naszych wodach? Foto www.militaryaerospace.com

Do osiągnięcia założonych celów i prowadzenia operacji według nowych koncepcji, wydzielono w ramach floty Deterrence Force oddelegowaną do poszczególnych regionów krytycznych dla strategii Stanów Zjednoczonych. Deterrence Force składa się z mniejszych zespołów okrętów i w elastyczny sposób ma być dostosowywana do specyfiki regionu i teatru działań. Główną siłą w Północnej Europie ma być Carrier Strike Group w asyście SSN operująca na Morzu Norweskim. Natomiast bliżej nas:

Na Bałtyku Counter-ISR Group monitorowałaby rosyjskie środki do działań w spektrum elektromagnetycznym i wprowadzała w błąd systemy rozpoznania Rosji. We współpracy z sojuszniczymi i zaprzyjaźnionymi flotami, Offensive Mine Warfare Group działałaby stale w regionie zagrażając dostępowi do portów takich jak St. Petersburg i Kaliningrad i wspierając ataki na rosyjskie siły morskie bazujące w nich”

W cytacie pozostawiono w oryginale nazwy grup okrętowych, które są w tekście raportu zdefiniowane z punktu widzenia swojego składu:

  • Counter-ISR Group ma się składać z fregaty służącej jako centrum dowodzenia grupą okrętową oraz okrętu wsparcia pojazdów bezzałogowych nawodnych i podwodnych służących do zakłócania i mylenia systemów wykrywania i naprowadzania przeciwnika. Fregata ma być wyposażona w UAV pełniący rolę translatora łączności.
  • Offensive Mine Warfare Group składa się ponownie z fregaty jako ośrodka dowodzenia oraz dwóch do trzech Extra Large Unmanned Underwater Vehicle wyposażonych w inteligentne miny. Wspomniane pojazdy bezzałogowe miałyby bazować na lądzie lub działać przy wsparciu tendra.

Inną ciekawą kompozycją nieplanowaną dla naszego regionu jest Littoral Combat Group złożona z fregaty rakietowej posiadającej obronę plot średniego zasięgu i trzy MALE oraz trzech okrętów patrolowych wyposażonych w rakiety dalekiego zasięgu do atakowania celów na morzu i lądzie. Nazwa okręt patrolowy wprowadza co nieco w błąd, bo autorzy wskazują jako modelowy przykład egipskie okręty klasy Ambassador oraz szwedzkie Visby tyle, że z dodatkiem USV lub RHIB.

MALE dla okrętów nawodnych. Całkiem przydatne. Foto www.militaryaerospace.com

Raport zawiera wiele innych ciekawostek godnych naszej uwagi. Nie specyfikuje dokładnie pojazdów bezzałogowych ale wyraźnie preferuje większe jednostki oferujące większe możliwości w zakresie ładunku użytecznego. Padają przykłady konkretnych rozwiązań już istniejących chociaż na etapie eksperymentów i prób jak podwodny Echo Voyager Boeinga czy SeaHunter/ACTUV DARPA. Są to pojazdy mogące autonomicznie działać z naszych portów, nawet tych najmniejszych i być kierowane bądź z ośrodków na lądzie bądź z okrętów. Ich wyposażeniem może być lekki sonar holowany TRAPS. Subtelną zmianą o sporych konsekwencjach operacyjnych ma propozycja nowego składu grupy lotniczej dla lotniskowców:

  • 2×6 UCAV czyli uderzeniowe drony dalekiego zasięgu,
  • 2×12 VF czyli „czyste” myśliwce,
  • 4×10 V(F)A F-35 czyli samoloty szturmowe z dodatkową funkcją myśliwską,
  • 2×6 VAQ E/A-18,
  •  2×5 VAW E-2D AEW/C2,
  • 2×6 VRC bezzałogowe pomocnicze/tankowce

Powrót myśliwców na pokłady lotniskowców to nie nostalgia tylko potwierdzenie tezy, że w pobliżu terytorium przeciwnika naziemne czy okrętowe środki obrony przeciwlotniczej to za mało. Konieczne są działania ofensywne i w walce z lotnictwem wroga najefektywniejsze są własne myśliwce.

Będąc członkiem sojuszu mamy obowiązek wnieść do niego swój wkład, tylko w jakiej formie? Czy wszyscy muszą budować siły ogólnego przeznaczenia, czy też można pójść ścieżką specjalizacji regionalnej. Jeśli dla Polski marynarka wojenna ma znaczenie drugorzędne to można argumentować, że nasza flota pójdzie drogą specjalizacji. Omawiany raport, gdyby go potraktować jako oficjalną strategię US Navy czy wręcz NATO, to stwarza nam bardzo dobrą pozycję wyjściową do dyskusji o naszej flocie, bowiem funkcjonalnie grupy okrętowe jak Counter-ISR czy Offensive Mine Warfare a nawet Littoral Combat jesteśmy w stanie stworzyć samodzielnie. Wieść gminna niesie, że Ślązak ma centrum dowodzenia na wyrost a więc nadaje się do dowodzenia niewielką grupą okrętową i systemami bezzałogowymi. Okrętem wsparcia UUV i USV może być Crossover czy inaczej uzbrojony logistyk a następcy Orkanów w postaci 1.000 tonowej korwety pełnić funkcje „streetfightera”. W czasie pokoju rolę rozpoznania elektronicznego, patrolowania i wsparcia dla pojazdów bezzałogowych spełniałyby Czaple a rolę ACTUV lokalnie zbudowany SWATH jak Skrunda. Brakuje nam dużego UUV, który albo kupimy za granicą albo uczynimy z niego naszą wąską specjalizację.

Z powyższego wyłania się jeszcze jeden wariant struktury floty a mianowicie:

  • Offensive Mine Warfare Group One 1 x korweta (Ślązak), 3 x niszczyciel min (Kormoran)
  • Offensive Mine Warfare Group Two 1 x korweta (Ślązak), 3 x Extra Large UUV
  • Counter ISR Group One 1 x okręt patrolowy (Czapla), 2 x Extra Large USV(Skrunda), 1 x Extra Large UUV
  • Counter ISR Group Two 1 x okręt patrolowy (Czapla), 2 x Extra Large USV (Skrunda), 1 x Extra Large UUV
  • Littoral Combat Group 1 x Crossover, 3 x korweta 1.000 ton (Kaszub II?)
  • Dwie baterie NDR z własnym rozpoznaniem UAV
  • Dwie baterie Narew
  • Śmigłowce ASW
  • Śmigłowce SAR
  • Moduły do walki minowej i radioelektronicznej dla okrętów
  • Jednostki pomocnicze
  • Transport wojska i następcy Lublinów w zależności od poglądów Wojsk Lądowych i Sztabu Generalnego.

Z powyższych pozycji pod warunkiem poprawy zarządzania projektami lub/i zgody na współpracę z partnerem zagranicznym, jesteśmy w stanie zbudować lokalnie prawie wszystko. Patrząc na fakt oddelegowania przez Niemcy korwety do SNMG, z powyższego zestawienia w zespołach stałych NATO może współpracować sześć okrętów (korwety, niszczyciele min i Crossover). Całość jest podzielona na części bardziej akceptowalne dla budżetu i łatwe do podzielenia na mniejsze zamówienia. Wraz z pojazdami bezzałogowymi działającymi autonomicznie pojawia się również szansa dla lokalnego przemysłu i innowacji. Również C2 dla Czapli jest być może szansą rozwojową dla CTM-u. W realizacji jakiegokolwiek planu najwyraźniej największą przeszkodą jesteśmy my sami, nie możemy więc ustać w wysiłkach pokonania tej bariery. Bloger może tylko pisać, co czynię.

May 062017
 

Dyskusje na forach przygasły, co nie dziwi patrząc na politykę rządu wobec Sił Zbrojnych RP. Jeśli ktoś naprawdę czuje zagrożenie z zewnątrz to nie wymienia całej kadry dowódczej, nie wstrzymuje głównych programów modernizacyjnych armii i nie tworzy ideologicznie motywowanych formacji typu Obrona Terytorialna uwikłanych w rosnący konflikt z armią profesjonalną. Paradoksalnie to jest właśnie moment na kontynuację własnych dociekań na temat powodu do istnienia Marynarki Wojennej RP jak i jej kształtu. Strategiczny Przegląd Obronny świeżo co przekazany do MON-u będzie z pewnością uważnie czytany (a przynajmniej jego część jawna) ale rozdźwięk pomiędzy tym co rząd mówi a czyni kładzie się cieniem na jego zawartość bo nie wiemy co rząd naprawdę myśli.

Dociekliwość prowadzi do próby odpowiedzi na nieśmiertelne dwa pytania dotyczące zarówno sensu istnienia jak i struktury floty:

  • Jakim narzędziem Marynarka Wojenna RP powinna być?
  • Jakim narzędziem Marynarka Wojenna RP może być?

Odpowiedź na pierwsze pytanie związana jest z oceną zagrożeń zewnętrznych dla bezpieczeństwa narodowego a na drugie ze stanem obecnym marynarki i ograniczeniami dla jej rozwoju.

Kilka poniższych cytatów zaczerpniętych z raportu Assessing Russia’s Reorganized and Rearmed Military, którego autorem jest Keir Giles daje nam posmak otaczającego nas środowiska i wyzwań przed nami stojących.

Rosja (po lekturze tekstu traktatu i odkryciu ile luk w nim tkwi) może podjąć akcję w przypadku przekonania, że taka akcja podważy raison d’etre NATO poprzez demonstrację niezdolności sojuszu do odpowiedzi na bezpośrednie wyzwanie. Czy to w formie uderzenia rakietowego lub rajdu sił specjalnych oddelegowanych z planowych ćwiczeń na morzu (Redzikowo jest tylko 5 minut helikopterem od wybrzeża Bałtyku), działania militarne przeciwko instalacjom obrony antybalistycznej nie będą celem samym w sobie lecz dźwignią do osiągnięcia strategicznych celów. 


Interwencja Rosji w Syrii przekonała Moskwę, że ograniczona lecz zdecydowana akcja militarna jest efektywna w rozstrzyganiu nierozwiązywalnych konfliktów i może zmusić Zachód do wycofania się wobec faktów dokonanych. To jest niebezpieczna lekcja: Putin niekoniecznie zasmakował w konfliktach ale całkiem prawdopodobnie, że poczuł smak sukcesu z użyciem sił zbrojnych lub bez.

W podobnym tonie wypowiada się adm. Stavridis w artykule USNI Proceedings New Cold War at Sea Is Brewing:

Rosjanie oczywiście, będą reagowali najbardziej agresywnie na wodach w bezpośrednim sąsiedztwie Ojczyzny. To znaczy, że Bałtyk (gdzie Stany Zjednoczone i NATO przeprowadzają częste i ważne manewry) będzie przestrzenią kontestowaną.

Ogólna wymowa wskazuje wyraźnie, że siła militarna Rosji to nie jedyne zmartwienie i być może nie najważniejsze. Równie istotne są nasza własna wola i jej demonstracja oraz trwałość sojuszy, bo najprawdopodobniejszym scenariuszem jest działanie na podstawie paragrafu 4-go a nie 5-go traktatu. Równie istotne jest utrzymywanie dobrych stosunków z państwami europejskimi zwłaszcza, że duża ich część jest jednocześnie członkami NATO. Wspomniane „dziury” w traktacie dają szansę na podminowanie woli innych państw sojuszniczych czy europejskich do angażowania się w konfrontację z Rosją. Tak patrząc na sprawę każda inwestycja w spójność sojuszu jest warta tyle samo co inwestycja we własny potencjał militarny (co może znaczyć to samo w przypadku fregat).

Ciągnąc wątek dalej ale na poziome już bardziej operacyjnym, we wspomnianych tekstach znajdujemy zarówno wskazówki co do postępowania jak i ostrzeżenia. „W konflikcie z Rosją nie ma czegoś takiego jak tylko poziom taktyczny lub operacyjny” mówi nam wyraźnie, że samowystarczalność militarna Polski w obronie przed Rosją jest niebezpiecznym mitem. Możemy się samodzielnie bronić przed „próbowaniem” nas ale nie otwartym konfliktem, który dla Rosji może być ograniczony ale dla nas totalny.
Inna uwaga odnosi się do utraconych zdolności do walki na terenie w zasięgu broni przeciwnika, zarówno na morzu, lądzie, powietrzu jak i w cyberprzestrzeni. Poszukiwanie systemów uzbrojenia „zabezpieczających” nas przed ogniem przeciwnika to kolejny punkt krytyczny do rozważenia. Straty będą i na tak zagęszczonej przestrzeni jak Bałtyk nie ma niezagrożonych atakiem obszarów. Bardziej się liczy zrównoważone podejście do obrony i ataku czyli posiadanie zdolności do odpowiedzenia ogniem na ogień przeciwnika. Dotyczy to również okrętów wojennych kontra instalacje brzegowe. Trzeba jednak mieć świadomość, że ostatni atak niszczycieli amerykańskich na jedno lotnisko w Syrii wymagało 60 rakiet przy dyskutowanych gorąco rezultatach.

Przechodząc do konkretów adm. Stavridis daje trzy proste rady:

  • Okręty i ich załogi w kontestowanej przestrzeni muszą być gotowe do obrony przed atakiem, co oznacza zarówno środki jak i wolę ich użycia.
  • Każde działanie powinno się rozpatrywać poprzez pryzmat strategii. Musimy rozumieć jaki sygnał nasze działania wysyłają do przeciwnika i musimy być gotowi na gwałtowne reakcje z jego strony.
  • Trzeba utrzymywać otwarte kanały komunikacji z Rosją.

Wracając do dwóch wiodących pytań, czy można odpowiedź znaleźć na łamach tego blogu spoglądając wstecz? Jest to nie grzesząca skromnością i prosząca o wyrozumiałość próba rachunku sumienia autora powtarzana co pewien czas.

Tytułowy „lejek” został opisany na tym blogu blisko sześć lat temu

Dwa sposoby projektowania okrętów

i był pierwszą próbą odnalezienia sposobu na syntezę tego co potrzeba z tym co możliwe. Kilka lat później powstała poniższa „Kostka Corbett’a”.

Spróbujmy wypełnić treścią najbardziej interesujące kosteczki

Analizując „kostkę” w świetle prawdopodobnego działania na podstawie paragrafu 4-go traktatu a nie 5-go powinniśmy posiadać elementy floty zdolne do działania w warunkach:

  • braku wsparcia sojuszników,
  • wysokiego zagrożenia,
  • przewagi przeciwnika.

Testowanie działania paragrafu 4-go traktatu NATO jest jednak jak chodzenie po brzytwie i nie ma pewności czy nie sprowokuje zadziałania paragrafu 5-go. Wówczas potrzebne są elementy floty zdolne do działania w odmiennych warunkach:

  • współdziałania z sojusznikami,
  • wysokiego zagrożenia,
  • własnej przewagi.

Trzecim scenariuszem będącym codzienną rzeczywistością flot całego świata jest współdziałanie na rzecz utrzymywania bezpieczeństwa i porządku prawnego oraz prewencji w warunkach:

  • współdziałania międzynarodowego,
  • niskiego zagrożenia,
  • posiadania przewagi.

Zgodnie z teorią Sir Juliana Corbett’a w pierwszym scenariuszu jesteśmy ograniczeni do kontestowania panowania przeciwnika na morzu ( i dodajmy – przyległym lądzie) poprzez pomniejsze kontrataki czy akcje dywersyjne oraz „fleet-in-being”. Taką rolę mogą spełniać okręty „flotylli” czyli różnego rodzaju drobnoustroje czy korwety a potencjał odstraszający „fleet-in-being” tkwi do pewnego stopnia w Nadbrzeżnym Dywizjonie Rakietowym.

Drugi scenariusz pozwala na działania ofensywne w celu uzyskania przewagi na teatrze działań i późniejszego jej wykorzystywania. Blokada bliska przy tak rozbudowanych systemach nadbrzeżnych jest raczej trudna do wyobrażenia i realizacji a blokada daleka odsunie nas poza Bałtyk. Podobnie koncept decydującej bitwy wydaje się być nieadekwatny w sytuacji szybkich zmian i kontrataków. Pozostaje więc koncept czasowej i miejscowej neutralizacji sił przeciwnika na czas przeprowadzania własnych operacji. W grę wchodzą współczesne metody walki w całym spektrum elektromagnetycznym i informacyjnym oraz neutralizacja środków ogniowych przeciwnika, jeśli zaistnieje taka konieczność. Po uzyskaniu przewagi nad przeciwnikiem dostępne są działania na rzecz obrony i wsparcia dla „przejścia morzem” własnych sił i negacji tego samego prawa przeciwnikowi. Oprócz okrętów typowo ofensywnych pojawia się potrzeba okrętów eskortowych i transportowych i/lub desantowych.

Trzeci scenariusz jest u nas najbardziej niedoceniany. Wymaga sił patrolowych i przeciwminowych działających pod osłoną lub groźbą użycia sił osłony pozostających nawet poza teatrem działań. Wszechstronność współczesnych okrętów patrolowych dzięki wykorzystaniu systemów skonteneryzowanych jest olbrzymia w codziennych działaniach i niedoceniana pomimo relatywnie niskiego kosztu inwestycyjnego. W naszych warunkach dochodzi do tego argument rozwoju możliwości rodzimego przemysłu stoczniowego i całego łańcucha logistycznego. Próba samodzielnej budowy okrętów podwodnych w Polsce to jak rozpoczęcie nauki jazdy na nartach od zjazdu wschodnią ścianą Matternhornu. Może jednak wybierzemy się najpierw na „oślą łączkę”?

Gotowi do zjazdu na nartach?

Nieco później na blogu pojawiła się tabela porównująca kilka wariantów struktury floty.

Ambicja wsparta doświadczeniem współpracy z NATO w ostatnich latach pcha nas w kierunku wariantu z udziałem fregat. Z kolei największy potencjał ofensywny ma paradoksalnie wariant z „flotyllą” drobnoustrojów a najtańsza i najbardziej przyjazna dla naszego przemysłu jest odmiana z typowymi okrętami patrolowymi. Zamiast wybierać więc na zasadzie albo-albo, lepiej zastanowić się nad tym co jest możliwe biorąc pod uwagę stan obecny i przy założeniu realnego budżetu na inwestycje.

Taka próba również została kilkakrotnie podejmowana na tym blogu. Szacowany realny budżet na modernizację marynarki wojennej oscyluje wokół 400-500 mln PLN rocznie i co ciekawe nie zmienił się (a raczej powrócił) do liczb wymienionych w pierwszym wpisie o „Lejku” sześć lat temu. Przy takich kwotach, żonglując wariantami można zaproponować wariant 2+2+2 czyli dwie fregaty, dwie korwety (wliczając dozbrojonego Ślązaka) i dwa okręty patrolowe. Przyszłość Marlina czy Lublinów zależy w dużej mierze od stanowiska i poglądów Sztabu Generalnego i Wojsk Lądowych na użycie morza jako pola manewru czy też potrzeby projekcji siły morzem.

Istotnym czynnikiem jest to, że przy takim budżecie nie ma praktycznie mowy o nowych fregatach tylko o okrętach z drugiej ręki. W tym kontekście przejęcie fregat australijskich ma sens ale wyłącznie pod warunkiem bycia fragmentem większej całości i włączenia ich w szerszy plan modernizacji floty, choćby taki jak tu proponowany. W przeciwnym razie przejęcie czy zakup fregat australijskich można porównać do resuscytacji krążeniowo-oddechowej w przeciwieństwie do reanimacji. Różnica polega na przywróceniu działania centralnego układu nerwowego czyli w konsekwencji naszej świadomości a nie tylko oddechu i krążenia krwi. Niewątpliwie krążenie i oddech są warunkiem koniecznym dla życia ale może się to okazać wegetacją rośliny a nie świadomym bytem.
Natomiast pozostałe programy modernizacyjne są w zasięgu ręki. Środki już zaangażowane i programy zaawansowane w realizacji lub relatywnie łatwe do przeprowadzenia wskazują na priorytety:

  • kontynuacja programu Kormorana,
  • śmigłowce SAR,
  • integralne środki rozpoznania dla NDR-u
  • dozbrojenie Ślązaka,
  • obrona przeciwlotnicza dla baz morskich i NDR-u w ramach programu Narew (opcjonalnie rozbudowa NDR-u o NASAAMS na bazie wspólnego modułu C2 i radaru 3D Odra niezależnie od Narwii)

W drugim etapie można zrealizować projekty:

  • budowy okrętów patrolowych (w oderwaniu od Miecznika i przy uproszczonej specyfikacji),
  • bezzałogowych środków rozpoznania pionowego startu dla okrętów patrolowych i korwet,
  • modułów ELINT/SIGINT i Kijanka dla okrętów patrolowych,
  • śmigłowce ASW,
  • bliźniaka dla Ślązaka (nie ma sensu rozpoczynać osobnego projektu dla jednego Miecznika).

Fregaty z drugiej ręki mogą być pozyskane w dowolnym czasie w zależności od okazji i aktualnie dostępnych środków w porównaniu do kosztów przejęcia.

Chyba jako już stałą stopkę do tekstów i uporczywą próbę podtrzymania optymizmu można wpisać słowa Jana Kochanowskiego:

Nie porzucaj nadzieje,
Jakoć się kolwiek dzieje:
Bo nie już słońce ostatnie zachodzi,
A po złej chwili piękny dzień przychodzi.

Mar 202017
 

Dyskusja na temat modernizacji Marynarki Wojennej RP staje się coraz bardziej bezprzedmiotowa i tak pozostanie dopóki nie nastąpią poważne zmiany w państwie. Jest to jednak blog o marynarce wojennej a nie polityce więc wątku nie będziemy rozwijać. Trudna sytuacja w kraju nie oznacza jednak, że mamy zasypywać gruszki w popiele. Wręcz przeciwnie, trzeba aktywnie się uczyć i być gotowym zaproponować dobre rozwiązania gdy przyjdzie na to czas. To taki optymizm pesymisty.

Marcowy numer USNI Proceedings jest już tradycyjnie poświęcony sprawom międzynarodowym i ma stałą rubrykę „The Commanders Respond”. W połączeniu z inną stałą rubryką „World Navies in Review” daje interesuacy wgląd w najbardziej palące problemy flot świata i to w jaki sposób sobie z tymi wyzwaniami radzą. Zostawmy na boku Pacyfik i Azję chociaż tam się najwięcej dzieje i skupmy się na naszym regionie, czyli Europie.

Na samym początku niespodzianka – Admirał Sir Philip JonesFirst Sea Lord i Chief of Naval Staff za najważniejszy priorytet uznaje wojnę cybernetyczną i informacyjną dominację. O sprzęcie jest niewiele i wzmianka na temat F-35 jest również opatrzona komentarzem, że jest to „godne uwagi narzędzie do zbierania danych”. Ani słowa o lotniskowcach czy nowych fregatach, tylko o współpracy z partnerami, sztucznej inteligencji we wspomaganiu podejmowania decyzji i ćwiczeniach Exercise Information Warrior.

Kontradmiral Jens Nykvist, ze Szwedzkiej Królewskiej Marynarki wspomina o wybrzeżu liczącym 1.700 mil i Bałtyku jako jednym z najbardziej uczęszczanych szlaków żeglugowych świata. Wszystko w kontekście bliskości Rosji. Za główne zadanie dla marynarki podaje odstraszanie, ale w przeciwieństwie do naszej dyskusji o rakietach manewrujących, odstraszanie oparte o „wysoki poziom gotowości, sprzęt dobrej jakości i wysoki poziom wyszkolenia”. Co ciekawe w tych kategoriach opisuje odstraszanie nasza własna i wciąż obowiązująca Biała Księga Bezpieczeństwa Narodowego. Monitorowanie tak długiego wybrzeża wymaga według admirała Nykvista dużej liczby platform o znaczącym zasięgu i autonomiczności. Dlatego kluczowa jest dla Szwecji współpraca międzynarodowa, w której za najważniejszych partnerów wymienia Finlandię i Stany Zjednoczone. Nas tam nie ma pomimo ewidentnie wspólnych interesów i oficjalnej w tym względzie retoryki.

Kontradmiral Lars Saunes, z Królewskiej Marynarki Norwegii zaczyna od stwierdzenia, że „Rosja odtworzyła swój bastion obronny i wprowadziła do służby nowe systemy uzbrojenia we wszystkich sferach działania”. Za główne zagrożenie otwarcie wskazuje zagrożenia dla morskich linii żeglugowych na Północnym Atlantyku, łączących Europę z Ameryką Północną. Wraca więc do klasycznego problemu kontroli morza na wodach Północnego Atlantyku. Wyzwanie rzucone przez rozbudowę potencjału militarnego Rosji na tym obszarze nazywa wprost czwartą bitwą o Atlantyk. Głównym zadaniem staje się obrona przed okrętami podwodnymi i nic dziwnego, że Norwegia zainwestowała we fregaty.

Wiceadmirał Andreas Krause z Marynarki Wojennej Niemiec zwraca uwagę na zmianę w środowisku międzynarodowym i iluzji „pokojowych dywidend” po okresie zimnej wojny. Pomimo to, rząd Niemiec uważa, że powinna istnieć równowaga pomiędzy obroną kraju i obroną sojuszniczą a reagowaniem na kryzysy międzynarodowe. Polityka, która powinna mieć naśladowców w naszym kraju ale jakimś trafem trudno się jej przedrzeć i dotrzeć do szerszej świadomości zarówno polityków jak i społeczeństwa. W konsekwencji za równie ważne niemiecka marynarka uważa rozbudowę potencjału obronnego na północnej flance sojuszu jak i zarządzanie kryzysem na Morzu Śródziemnym. W wypowiedzi admirała Krause padło trochę szczegółów na temat modernizacji i rozbudowy floty. Projekt MKS-180 nabrał wyrazu i został określony jako klasa sześciu fregat ASW o wyporności 7.000 ton. Biorąc pod uwagę to i aktualnie realizowane projekty flota Niemiec rzeczywiście wzrośnie. Flotylla okrętów podwodnych zwiększy się z sześciu do ośmiu jednostek a obecny zestaw dziesięciu fregat wzrośnie do prawdopodobnie 13 jednostek – trzy istniejące fregaty AAW typu 124, cztery nowe fregaty stabilizacyjne typu 125 i wreszcie sześć nowych fregat ASW. Ponadto stan korwet zostanie zdublowany do 10 sztuk.

Wiceadmiral Veijo Taipalus, głównodowodzący Marynarką Wojenną Finlandii podobnie do poprzedników z regionu Bałtyku odnotowuje zmianę klimatu politycznego w basenie Morza Bałtyckiego na niekorzyść. W wypowiedzi przewija się wątek konieczności współpracy międzynarodowej na wypadek wojny obronnej. To jest delikatne politycznie novum w Finlandii, gdzie do tej pory twierdzono, że Finlandia jest w stanie obronić się samodzielnie. Trudno powiedzieć co jest przyczyną a co skutkiem, ale informacja o planie budowy czterech korwet znajduje się w sąsiedztwie następującego zdania „ Regionem rosnącej współpracy z US Navy będzie Arktyka…” Ciekawostka, bo niewątpliwie Finlandia częściowo znajduje się na obszarach polarnych ale nie ma dostępu do mórz arktycznych.

Kontradmiral Frank Trojahn, z Królewskiej Marynarki Danii skupia się na prostym fakcie, że duńska flota handlowa jest jedną z największych na świecie więc naturalną funkcją duńskiej marynarki wojennej jest dbałość o bezpieczeństwo morskie na całym świecie co jest możliwe tylko we współpracy międzynarodowej. Mamy więc wytłumaczenie logiki stojącej za udanymi projektami fregat i okrętów logistycznych Absalon. Aktualne inwestycje skupiają się na modernizacji śmigłowców morskich, zakupie rakiet SM-2 dla fregat i przygotowaniach do przystosowania przynajmniej jednej fregaty do zadań BMD.

W powyższych wypowiedziach zwraca uwagę umiejętność do sformułowania w jednym lub kilku zdaniach kluczowej kwestii stanowiącej podstawę dla strategii i planowania struktury floty. Niezależnie od posiadanych środków finansowych czy bazy technologicznej lub szkoleniowej, każda z wymienionych marynarek racjonalizuje swój problem i zamienia w plan działania przy użyciu posiadanych środków. Jest w tych odpowiedziach na zadane pytanie kilka uwag z powodzeniem stosowalnych do naszej sytuacji, ale jak wspomniano na wstępie to już inna historia.