Apr 072014
 

W początku kwietnia przedstawiciele MON poinformowali Komisję Obrony Narodowej Sejmu o stanie realizacji planów modernizacji Marynarki Wojennej. Ogólny wydźwięk jest pozytywny i nawet z dość ogólnej prezentacji kmdr. Olejnika można było wyłowić parę interesujących szczegółów. Posumowanie prezentuje Dziennik Zbrojny. Jednak najciekawszą częścią spotkania była sesja pytań i odpowiedzi. To materiał do przemyślenia pokazujący, że pewne problemy koncepcyjne wciąż mogą stać się groźną rafą na kursie modernizacji Marynarki Wojennej. Na szczęście rafy można ominąć i o tym jak ewentualnie ominąć przeszkody jest poniższy tekst. Najbardziej interesujące fragmenty sesji można sprowadzić do kilku punktów, będących właściwie pytaniami:

  • Wartość polityczna i militarna okrętów podwodnych
  • Zdolności produkcyjne polskich stoczni do budowy okrętów wojennych
  • Włączenie MW w doktryny NATO
  • Zachowanie wykwalifikowanej kadry do czasu wprowadzenia nowych okrętów do służby

Pierwszy problem został poruszony przez posła Ludwika Dorna, który zadał serię pytań o to, czy będą zainstalowane na okrętach podwodnych rakiety manewrujące dalekiego zasięgu, a jeśli nie to czy warto inwestować tak wysokie środki w duże okręty podwodne. Czy nie warto wówczas zainwestować w mniejsze (w domyśle tańsze) okręty podwodne, służące bardziej marynarce wojennej a nie narodowej strategii odstraszania. Pytanie jest zasadne, ale zadane chyba za późno by można było uniknąć istotnych szkód. Pytania zadane przez posła Ludwika Dorna stanowią groźną sekwencję – jeśli okręty podwodne nie będą stanowiły zasobu strategicznego odstraszania Państwa, wówczas nie są warte wydanych pieniędzy. Powstaje wówczas pytanie po co marynarce okręty podwodne w ogóle i za jakie pieniądze. Rezygnacja z realizacji tak zaawansowanego projektu byłaby dużym ciosem dla programu modernizacji i miałaby silne reperkusje polityczne i psychologiczne. W kraju i zagranicą. Aby ważny dla marynarki program miał wysokie szanse realizacji potrzebne jest wsparcie polityczne zarówno ze strony marynarzy jak i polityków. Szczególnie przed wyborami.

Zacznijmy od powtórzenia pewnych argumentów przeciw rakietom manewrującym jako strategii odstraszania. Odstraszanie jest zjawiskiem psychologicznym i działa pod dwoma warunkami – zagrożenie jest istotne i nieuniknione. To zamienia się na posiadanie odpowiednich zdolności, woli politycznej ich użycia i wysokiego prawdopodobieństwa uzyskania oczekiwanego skutku. Okręt podwodny odpalający kilka rakiet nie stanowi zagrożenia dla mocarstwa, jakim jest Rosja. Nikt również w Rosji nie może się zgodzić z tym, że obrona przeciwlotnicza i przeciwrakietowa nie jest w stanie sobie poradzić z powiedzmy, czterema rakietami. To byłoby ośmieszenie sił zbrojnych Federacji Rosyjskiej. Jest jeden wyjątek – jeśliby te rakiety przenosiły głowice nuklearne. Wówczas nawet niewielkie prawdopodobieństwo przedarcia się choćby jednej rakiety przez obronę, stanowiłoby poważne zagrożenie. O pójście taką drogą podejrzewa się tylko jedno państwo na świecie – Izrael. Dopóki Polska nie zamierza zostać członkiem klubu nuklearnego, przenoszenie rakiet dalekiego zasięgu przez klasyczne okręty podwodne należy odłożyć na półkę.

Podejrzenie, że ten okręt przenosi głowice nuklearne, może stanowić element odstraszania strategicznego. Foto www.defenceforumindia.com

Podejrzenie, że ten okręt przenosi głowice nuklearne, może stanowić element odstraszania strategicznego. Foto www.defenceforumindia.com

Co można zrobić w obronie planu modernizacji ale respektując argument małej wartości politycznej w stosunku do poniesionych nakładów. Wyjściem może być kompromis zarówno po stronie wartości politycznej (odstraszanie) jak i militarnej (zdolności) pozwalający na ograniczenie kosztu tak, aby korzyści polityczne i militarne się zrównoważyły. Odstraszanie to nie tylko zdolność do uderzenia. To także pewność, że przeciwnik nie może nas uczynić bezbronnymi za pomocą uderzenia wyprzedzającego. Okręty podwodne, dzięki swojej skrytości oferują tę drugą formę odstraszania. Być może warto parlamentarzystom zaprezentować grę z elementami taktyki. Aby zniszczyć okręty podwodne stanowiące barierę dla operacji desantowych przeciwnika, musi on użyć swoich sił ASW. Jednak działania na wodzie i w powietrzu spotkają się z przeciwdziałaniem własnego lotnictwa i NDR-u. Sam NDR, bez okrętów podwodnych może zostać zneutralizowany za pomocą operacji sił specjalnych lub odsunięty od bazy floty na bezpieczny dystans poprzez ofensywę na lądzie. Wówczas flota przeciwnika uzyskuje swobodę manewru. To tylko przykład, szkic tego co pozwoliłoby parlamentarzystom wczuć się w problematykę operacji morskich. NDR nie jest panaceum na wszystkie bolączki.

Do uzyskania takiego efektu odstraszania nie potrzeba okrętu z napędem AIP i rakietami. Rolę tę spełniają nawet dzisiaj Kobbeny. Mniejsze okręty poświęcają zasięg sensorów i działania pod wodą bez wynurzenia, oferując niższą cenę. W grę wchodziłby więc zakup Andrasty lub U210Mod pod warunkiem, że nie zaczynamy całej procedury od początku. To jednak nie wydaję się możliwe a dalsze odłożenie zakupu okrętów czyni wszelkie wysiłki marynarki utrzymania starych okrętów i ich załóg w służbie nie tylko mało realnymi ale raczej desperackimi. Wyjściem karkołomnym, nie przeczę, jest nabycie JEDNEGO okrętu z napędem AIP już zbudowanego lub na ukończeniu, co dałoby czas na zmianę wymagań. W grę wchodzą jednostki greckie lub wchodząca do służby ostatnia jednostka U212 dla Deutsche Marine. Dla tej ostatniej oznaczałoby to opóźnienie kilkuletnie ukończenia serii. Nie jest wcale pewne, czy Niemcy zechcą na ten temat w ogóle rozmawiać, ale są za tym argumenty. Polityczny to taki, że jest to dla Niemiec najtańsza forma wzmocnienia wschodniej flanki NATO bez reperkusji w wewnętrznej polityce Niemiec. Ekonomicznym argumentem mógłby być ewentualny kontrakt na kontynuację serii U210Mod i ciągłość zamówień dla niemieckich stoczni.

Równie istotnym problemem poruszanym na sesji podkomisji sejmowej a kluczowym dla polskiego przemysłu zbrojeniowego są zdolności produkcyjne polskich stoczni. Informacja podana mówi o zamiarze budowy dwóch serii okrętów w odstępie rocznym, zaczynając od 2017 roku. Przy czym obie klasy okrętów, Miecznik i Czapla mają bazować na takim samym kadłubie, czy wręcz całej platformie. Rozwiązanie jest logiczne i oferuje potencjalnie korzyści skali produkcyjnej, tylko dla kogo? Budowa okrętu tej klasy to około 3 lat przy dobrych układach. Oddawanie do służby jednostek w odstępie rocznym oznacza, że w stoczni jednocześnie będą trzy okręty w różnych fazach budowy. Która stocznia ma takie zdolności? SMW jest mimo wszystko w dalszym ciągu bankrutem, chociaż być może na dobrej drodze do zmartwychwstania. Niemniej przeskok ze Ślązaka budowanego przez 15 lat do 3 jednostek jednocześnie sprawia wrażenie cudu gospodarczego. Rozbudowa zdolności produkcyjnych do takich rozmiarów bez jasnej wizji co po roku 2022 też nie ma sensu. Remontowa ma zlecenia na Kormorany i portfel zamówień do 2015. Nie sądzę również, aby chciała zrezygnować ze swoich tradycyjnych rynków cywilnych. Ile procent swoich mocy produkcyjnych jest więc w stanie przeznaczyć dla zamówień MON-u? Nie buduje również tragikomiczny szczegół podany przez kmdr Olejnika, że do przetargu na motorówki hydrograficzne nie zgłosiła się żadna polska stocznia pomimo, że wiele uczestniczyło w dialogu technicznym. Poniższy rysunek jest propozycją urealnienia napiętego i ambitnego harmonogramu.

Harmonogram budowy okrętów nawodnych

Propozycja polega na podzieleniu zamówienia serii sześciu okrętów pomiędzy dwie stocznie tworzące konsorcjum budujące Kormorany. Pozwoli to na budowę w dowolnej stoczni nie więcej jak dwóch okrętów jednocześnie a Remontowej na ograniczone zaangażowanie w rynku militarnym. Różnica polega na przypisaniu danej klasy tylko jednej stoczni (Miecznik dla SMW, Czapla dla Remontowej) lub budowy serii naprzemiennie przez obie stocznie bez wskazania klasy okrętu. W dalszym ciągu termin 2017 dla pierwszej jednostki jest bardzo ambitny. Gdyby miał się okazać zbyt ambitny, wówczas można całą serię opóźnić na przykład o rok a w ramach rekompensaty ukończyć Ślązaka według specyfikacji zbliżonej dla Czapli.

Interesującym wątkiem jest cel 70% polonizacji dla okrętów wojennych. Jako przykład do naśladowania podano Turcję, wspominając, że w przypadku Kormorana osiągniemy całkiem dobry wskaźnik 50%. Jedynym sposobem na osiągnięcie takiego poziomu jest spolonizowanie przynajmniej części systemów dowodzenia, kierowania ogniem i uzbrojenia. Tak właśnie jest w Turcji oferującej swój własny system C2. Czy to oznacza, że mamy nadzieję na zastępstwo dla Thalesa lub własne systemy przeciwlotnicze do samoobrony? Czas pokaże.

Podnoszone problemy związane z długoterminowym finansowaniem projektu są uzasadnione, lecz stanowisko ministra Mroczka ma sens – skupmy się na pierwszym etapie i najbliższych zadaniach. Jeśli się uda, będzie to dobry prognostyk na przyszłość, jeśli nie – cały plan będzie wymagał poważnej rewizji. Pan minister nie ukrywał, że budowa zarówno Kormorana jak i Ślązaka jest przedsięwzięciem ryzykownym. Cieszy podejście racjonalne do wielu spraw. Naleganie na wyposażenie okrętów podwodnych w pociski manewrujące dalekiego zasięgu daje złudne i fałszywe poczucie siły. Z drugiej strony podjęcie próby budowy serii okrętów nawodnych w Polsce, nawet jeśli ryzykowne, obiecuje w razie sukcesu spore korzyści dla rodzimego przemysłu stoczniowego i ogólnie obronnego.

Mar 132014
 

Ten rok jest szczególny w historii Polski – 25 lat od odzyskania niezależności, 15 lat od wstąpienia do NATO i 10 lat od przystąpienia do Unii Europejskiej. Pytanie o los Krymu i być może całej Ukrainy nie mogło zostać postawione w lepszym momencie dla pobudzenia refleksji nad bezpieczeństwem Polski. Wzmianka Premiera w Sejmie o możliwym przyśpieszeniu prac nad modernizacją sił zbrojnych nie dziwi w takiej sytuacji. Co to jednak znaczy dla marynarki wojennej? Czy Marynarka Wojenna RP będzie również uwzględniona?

Warto zacząć od szerszego kontekstu. Kryzys na Krymie potwierdza oba założenia będące podstawą strategii bezpieczeństwa kraju. Z jednej strony należy wzmocnić zdolności obronne kraju ale jednocześnie oczywistym się staje, że samodzielnie możemy się przeciwstawić wyłącznie zagrożeniom w ograniczonym zakresie. Istnienie państw małych lub słabszych sąsiadujących z wielkimi potęgami zależy od wspólnoty międzynarodowej. Tak więc w interesie tych państw leży wspieranie wysiłków na rzecz utrzymywania prawnego porządku międzynarodowego. Marynarka wojenna w naszym położeniu jest szczególnie przydatna do działania na rzecz budowy bezpieczeństwa międzynarodowego oraz do wyrażania politycznej woli rządu. Podobnie jak przylot do Polski eskadry F-16 USAF która nie stanowi istotnej siły militarnej ale sygnalizuje wsparcie Stanów Zjednoczonych, tak uczestnictwo okrętów pod polską banderą w operacjach międzynarodowych demonstruje nasz wkład w zbiorowe bezpieczeństwo.

Bardziej sygnał polityczny niż siła militarna. Foto F-16.net

Bardziej sygnał polityczny niż siła militarna. Foto F-16.net

Po tym przydługim wstępie możemy sobie zadać pytanie co jest możliwe do zmiany w planie modernizacji marynarki wojennej? Nie ma chyba odpowiedzi jednoznacznej, ale jest możliwe stworzenie czegoś na kształt drzewa decyzyjnego. Pierwsze rozstrzygnięcie to jakie projekty mają realne szanse na przyśpieszenie. Za tym powinien nastąpić wybór wariantu, który skraca realizację planu przy zachowaniu elastyczności w nakładach finansowych. Ta elastyczność pozwoli na minimalizację ryzyka wynikającego z prawdopodobnych przesunięć środków budżetowych na rzecz najważniejszych priorytetów sił zbrojnych. Jak wiemy są to obrona przeciwlotnicza i mobilność wojsk, czyli program śmigłowcowy. Oba są bardzo kosztowne i ich przyśpieszenie spowoduje kumulacje wydatków wcześniej niż planowano. Nie są jednak dla floty obojętne, gdyż oznaczają potencjalnie wcześniejsze wprowadzenie do służby śmigłowców SAR, ASW oraz dwóch baterii przeciwlotniczych do osłony baz morskich. To zaś może być argumentem używanym w dyskusjach budżetowych, gdyż oznacza wzmocnienie potencjału floty.

Poniżej będę się posługiwał raczej dokumentem Modernizacja techniczna SZ RP dostępnym (i w miarę aktualizowanym) na stronie MON, a nie prezentacją z marca 2012 roku. To są bowiem „realne” projekty będące przedmiotem planowania MON-u. Lista szybko obnaża wąskie pole manewru. Przyśpieszenie budowy Kormorana II, remontu OHP i dokończenia Ślązaka wydaje się być mało prawdopodobne. Zakup okrętów podwodnych oznacza zablokowanie olbrzymich kwot i znacząco ogranicza elastyczność finansowania innych pozycji zawartych w planie. Gdyby maksymalizacja możliwości bojowych była głównym kryterium decyzyjnym to warto być może podjąć takie ryzyko. Tylko jakie możliwości rzeczywiście kupujemy? Odpowiedź bardzo zależy od koncepcji użycia okrętów podwodnych. Ciekawy artykuł na ten temat ukazał się w marcowym numerze USNI Proceedings (dla subskrybentów). Dotyczy wspólnych amerykańsko – niemieckich ćwiczeń, w których ważny transport bez eskorty miał przejść przez wąski pas wody. Przeciwnikiem był okręt podwodny SSN, a wsparciem własny klasyczny okręt klasy U-212 wspierany przez samoloty patrolowe, śmigłowce ASW z lotniskowca i ciekawostka… okręt badawczy Planet wyposażony w holowany sonar aktywno-pasywny. Poniżej niektóre wnioski z ćwiczeń:

Tradycyjna mądrość mówi, że konwencjonalne okręty podwodne są zbyt wolne aby mogły służyć jako osłona ASW, zwłaszcza że wzajemne zasięgi wykrycia okrętów podwodnych rzadko przekraczają kilka tysięcy jardów. Nawet na ograniczonych akwenach wodnych, problem dobrego zarządzania obszarem wodnym i organizacja łączności tworzą sytuację, która wydaje się trochę niewarta posiadania dodatkowych zasobów, których zasięg wykrywania celów przypomina boję akustyczną.

Jednak TACDEVEX zademonstrował, że nowoczesny, klasyczny okręt podwodny, wolny czy też nie, może wnieść znaczący wkład w operacje jeśli będzie połączony z aktywnymi sensorami dalekiego zasięgu. U-32 może zostać wezwany do wynurzenia i odebrać dane odnośnie celu i w ten sposób być aktywnym członkiem operacji ASW bez ograniczania swobody taktycznej innych sił własnych…

Co więcej, taktyczne użycie detekcji bistatycznej dla celów analizy ruchu USS Norfolk (SSN) przeszło najśmielsze oczekiwania. U-32, który nigdy nie był wyposażony we własny sonar aktywny, nagle zyskał możliwość korzystania z większego zasięgu wykrywania sonaru holowanego przez Planet, wciąż pozostając w trybie pasywnym.

Innowacyjne użycie okrętu badawczego daje nowe szanse dla U-32

Innowacyjne użycie okrętu badawczego daje nowe szanse dla U-32

Dwie rzeczy zwracają uwagę. Małe zasięgi wykrywania celu za pomocą własnego sonaru, co na Bałtyku powinno być jeszcze bardziej widoczne niż na Atlantyku. Aby okręt podwodny był efektywny potrzebuje współpracy z zewnętrznymi sensorami lub posiadać z zewnątrz informacje, gdzie szukać celu. Po drugie, innowacyjne zastosowanie było nie było, okrętu badawczego. Co oznacza, że sam zakup klasycznego okrętu podwodnego to dopiero początek drogi do pełnego wykorzystania jego możliwości bojowych, które jak na razie pozostają potencjalnymi. Gdyby jednak istniała możliwość przejęcia czy leasingu okrętów nowo zbudowanych czy też będących w końcowej fazie budowy (choćby jednego), to zysk na czasie przeważałby wszelkie obiekcje. Tylko, czy są takie szanse? Wolę głośno nie myśleć.

Przyśpieszenie projektów Miecznika i Czapli jest mało prawdopodobne. Remontowa ma pełen portfel zamówień do 2015 roku a SMW będzie się zmagać ze Ślązakiem do 2016-go. Nie ma co więc nawet przyśpieszać procedur biurokratycznych. Istnieje co prawda możliwość zamówienia okrętów w stoczniach zagranicznych pod warunkiem, że budowa okrętów podwodnych nie zablokuje środków finansowych i rząd zrezygnuje z planów wspierania krajowego przemysłu. No cóż, coś za coś. Chyba, że da się pierwszeństwo okrętom nawodnym, wówczas jak najszybciej trzeba by przejść do etapu przetargu.

Jest jeszcze jedna kontrowersyjna możliwość, o której na tym blogu wspominałem parokrotnie. Jest nią kontynuacja programu MEKO A-100, czyli budowa bliźniaka dla Ślązaka według specyfikacji możliwie maksymalnie zbliżonej do Czapli. Ma to parę zalet, przy jednoczesnym podjęciu pewnego ryzyka. Czas budowy można skrócić poprzez tak zwane advanced procurement, czyli zamówienie potrzebnych materiałów czy elementów wyposażenia nie czekając na zakończenie budowy Ślązaka. Jest to możliwe, bo plany okrętu jak i łańcuch dostaw już jest. Ryzyko polega na tym, że SMW „nie zdała” jeszcze swojego egzaminu. Ale jak nie zda, to cały plan modernizacji a raczej jego harmonogram przy nacisku na wspieranie własnych stoczni legnie w gruzach. Integrację systemu C2 można również przyśpieszyć, gdyż byłaby to tylko mutacja systemu już zamówionego. W przypadku konieczności rozłożenia finansowania w czasie, technologia MEKO pozwala na relatywnie łatwe późniejsze modernizacje okrętu/okrętów.

Anglosasi powiadają, że lepsze jest wrogiem dobrego. Spróbujmy nie komplikować spraw za bardzo. Z powyższego tekstu wyłania się obraz ograniczonych opcji, które jednak warto przeanalizować w świetle wielu straconych lat. Sytuacja jest poważna i liczy się moim zdaniem czas. Lepszy Ślązak w służbie niż Miecznik w planach.

Dec 202013
 

Od czasu do czasu warto podnieść wzrok znad szczegółów taktyczno-technicznych okrętów i rozejrzeć się dookoła. Wielka polityka bowiem może mieć wpływ na nasze lokalne decyzje i zmienić wcześniej obrany kurs. Końcowy dokument kończącego się właśnie szczytu EU nie wnosi wiele nowego do wspólnej polityki bezpieczeństwa i obrony. Są jednak dwa interesujące wyjątki, gdzie język dokumentu staje się bardziej konkretny:

 

Rada Europejska wzywa do:

  • opracowania ram polityki UE w zakresie cyberobrony w 2014 r. na podstawie wniosku Wysokiego Przedstawiciela, we współpracy z Komisją i Europejską Agencją Obrony;
  • opracowania strategii UE w zakresie bezpieczeństwa morskiego do czerwca 2014 r. na podstawie wspólnego komunikatu Komisji i Wysokiego Przedstawiciela, z uwzględnieniem opinii państw członkowskich, a następnie opracowania planów działania, aby reagować na wyzwania na morzu;

Interesujące. Pomimo starań Polski i kilku innych krajów o opracowanie wspólnej strategi europejskiej, słowo strategia pada wyraźnie i konkretnie tylko w odniesieniu do strategii morskiej. Aby lepiej zrozumieć co to oznacza, sięgam do komunikatu Catherine Ashton próbując dociec, co Wysoki Przedstawiciel ma na myśli wypowiadając się na temat morskich interesów Wspólnoty (tłumaczenie własne):

Unia Europejska ma interesy dotyczące bezpieczeństwa morskiego na całym globie i potrzebuje być zdolną do ich zabezpieczenia przed szerokim wachlarzem zagrożeń – od nielegalnej migracji, przemytu narkotyków i dóbr poprzez nielegalny połów ryb, terroryzm na morzu, piractwo i zbrojny rozbój aż po spory terytorialne dotyczące morskich granic czy akty agresji i zbrojne konflikty pomiędzy państwami.

Dla Unii południowa granica jest równie ważna jak wschodnia.

Dla Unii południowa granica jest równie ważna jak wschodnia.

Jak zwykle kolejność słów ma znaczenie. Jest to wspólny mianownik tego jak państwa członkowskie postrzegają zagrożenie dla siebie. Trudno w Europie znaleźć kogoś kto ma rzeczywistą obawę przed zbrojnym konfliktem z innym państwem. Należymy do mniejszości. Mamy swoje własne poczucie zagrożeń współdzielone z nielicznymi i mniej znaczącymi członkami Unii. W rezultacie staramy się zrobić szpagat – z jednej strony skupiamy się na własnym bezpieczeństwie a z drugiej strategia morska Unii będzie nas wzywała do zainteresowania się bezpieczeństwem zewnętrznych granic całej Wspólnoty. Współzależność państw będzie czyniła ten szpagat coraz trudniejszym i bolesnym. Nawet Francja interweniując w Mali i Republice Środkowoafrykańskiej szuka wsparcia i sojuszników w dźwiganiu ciężaru tych operacji. Samodzielne rozwiązanie naszych własnych problemów nie wchodzi raczej w grę. Sprawa się znacznie komplikuje, gdy spojrzymy na wspólną obronę przez pryzmat bazy przemysłowo-badawczej. Nacisk Polski na zbudowanie bazy przemysłowo – badawczej w kraju, która będzie w stanie oferować pewne kluczowe technologie ma uzasadnienie polityczne i ekonomiczne ale zwiększa jednocześnie ryzyko dla realizacji najbardziej ambitnych i jednocześnie kosztownych projektów w planie modernizacji sił zbrojnych. Wielką niewiadomą jest również stabilność finansowania planu, bo przy stałym współczynniku 1.95% na obronę narodową istnieją tylko dwa źródła finansowania modernizacji sprzętu. Jedno to zakładany wzrost gospodarczy a drugie to procentowy udział wydatków majątkowych w budżecie MON. Postronny obserwator, jakim poniekąd jest prof. Andrew Michta, podsumowuje zwięźle powyższe dylematy w artykule Polish hard power: Investing in the military as Europe cuts back:

Dwa kluczowe pytania snują się nad planami modernizacji. Pierwsze to potencjalne ryzyko związane z żądaniem, aby polskie firmy przyjęły na siebie główny ciężar wysiłków modernizacyjnych.

Drugie pytanie to czy polska gospodarka będzie kontynuowała swój wzrost w stopniu wystarczającym do stałego utrzymywania wydatków obronnych na poziomie czyniącym projekty modernizacyjne realnymi.

Jest jeszcze inne ryzyko w bezwarunkowym wspieraniu lokalnego przemysłu, na które w tej chwili nie patrzymy będąc na początku drogi do zdobywania istotnych dla bezpieczeństwa Państwa technologii. ThinkDefence zamieszcza link do wystąpienia gen. Sir Nicolas Houghton, Szefa Sztabu brytyjskiego Ministerstwa Obrony. W swoim przemówieniu do Royal United Services Institute (RUSI),  daje on wyraźne sygnały ostrzegawcze:

Musimy być również ostrożni, tak aby budżet obrony narodowej nie był nadmiernie używany do wspierania brytyjskiego przemysłu obronnego. Istnieją silne strategiczne powody dla samodzielnego utrzymywania pewnych zdolności w krajowych rękach; istnieją również poważne powody podtrzymywania zdolności do odtworzenia pewnych zdolności. Niemniej budżet obrony narodowej nie istnieje przede wszystkim dla subsydiowania przemysłu obronnego lub dla promowania eksportu broni. Istnieje dla maksymalizacji zdolności obronnych.

Co z tego wynika? Mamy plan modernizacji sił zbrojnych i nie należy go wywracać do góry nogami, bo jego wartość leży również w tym, że po prostu JEST. Niemniej równie istotne jest zarządzanie ryzykiem realizacji tego planu, co można dokonać za pomocą ustalani priorytetów z zakupach. Temat na tym blogu już był poruszany.

Jesteśmy w sytuacji, gdy okręty podwodne będą stanowiły być może 30-40% kosztów całego planu modernizacji floty a wymagania odnośnie rakiet zwalczających cele lądowe i strategicznej roli okrętów podwodnych zwiększają tylko ten udział.

Rakiety manewrujące i 4.000 ton. Na pewno dobry wybór na Bałtyk?

Rakiety manewrujące i 4.000 ton. Na pewno dobry wybór na Bałtyk?

Z drugiej strony mamy siły nawodne, które mogą spełniać podwójną rolę obrony własnego wybrzeża ale również i zewnętrznych granic Unii. Stają się wówczas narzędziem polityki zagranicznej Państwa zachowując zdolność do obrony kraju. Jeżeli weźmiemy pod uwagę, że zdobywanie kompetencji przyjdzie nam o wiele łatwiej w przypadku okrętów nawodnych (zwłaszcza patrolowych i przeciwminowych) niż okrętów podwodnych, to powstaje pytanie, czy dając priorytet Polskim Podwodnym Kłom nie gramy zbyt ostro w pokera? Nie rezygnując bynajmniej z posiadania okrętów podwodnych widzę co najmniej trzy możliwości:

  • dać priorytet okrętom nawodnym a okręty podwodne finansować z realnych nadwyżek finansowych. To opóźni znacznie program, co tworzy lukę czasową pomiędzy wycofaniem starych jednostek a wprowadzeniem do służby nowych;
  • porzucić pomysł Polskich Podwodnych Kłów, co pozwoli rozsądnie negocjować z Niemcami wspólne projekty szkoleniowe dla załóg przyszłych okrętów.
  • po rezygnacji z rakiet zrezygnować również z napędu AIP i rozważyć oferty na jednostki przybrzeżne, czyi U210Mod i Andrasta, co pozwoli zmniejszyć ryzyko budżetowe i finansowe dla projektu okrętów podwodnych.

W pogoni za maksymalizacją zdolności bojowych zapominamy często o psychologicznym aspekcie walki i wojny. Prof. James Holmes przypomina nam o tym analizując ostatni incydent na Morzu Południowochińskim z udziałem amerykańskiego krążownika Cowpens. Sam tytuł mówi za siebie – How the US Lost the South China Sea Standoff. Oto jeden z najpotężniejszych okrętów nawodnych, jakie pływają na morzach świata, ustępuje przed determinacją i psychologiczną presją okrętu desantowego! Okręty chińskiej marynarki wojennej nie wystraszyły się ani systemu Aegis ani potęgi US Navy. Czy jesteśmy pewni, że nasz potencjalny oponent przestraszy się kilku rakiet manewrujących odpalanych z jednego, może dwóch okrętów podwodnych. Profesor James Holmes wspiera swoje argumenty cytatem z Clausewitza “wynik opiera się na założeniu, że jeśliby doszło do walki, to przeciwnik zostałby zniszczony”. Mamy taką pewność? Jeśli nie, to jestem za poświęceniem jakości na rzecz zwiększenia pewności, że okręty podwodne będą pływały pod polską banderą.

Pozostawiając powyższe dylematy do spokojnego rozważania w głębi ducha, życzę wszystkim czytelnikom, marynarzom i sztabowcom radosnych Świąt.

Dec 112013
 

Uważny czytelnik podrzucił mi link do raportu Strategia obronna Polski. Wyzwania w kontekście Morza Bałtyckiego, opublikowanego przez NCSS. Samo opublikowanie raportu wskazuje na to, że nigdy za wiele rozmów na temat raison d’etre Marynarki Wojennej. Niemniej wobec słabości samej dyskusji w mediach, tekst uważam za szkodliwy bo brakuje naturalnych mechanizmów obronnych przed nieracjonalnym myśleniem. Dlatego zabieram głos w tej sprawie.

W kraju o położeniu kontynentalnym, jak Polska, marynarka wojenna najczęściej będzie stała wobec niebezpieczeństwa marginalizacji i w konsekwencji niedofinansowania. Jeśli więc powstał plan modernizacji, który zapewne jest trudnym kompromisem spierających się opcji i koncepcji, poglądów Sztabu, kadry dowódczej, różnych ministerstw czy ośrodka prezydenckiego, to po prostu go szanujmy. Dyskusja jest więc potrzebna ale dyskusja racjonalna i merytoryczna. Maksymilian Dura w swoim komentarzu na Defence24 bardzo słusznie zauważa brak komentarzy na temat Białej Księgi, która moim zdaniem a wbrew opinii komentatora, jest kopalnią wiedzy na temat możliwej struktury floty, chociaż nie wskazuje jej bezpośrednio.

Raport jest napisany pod silnym wpływem szkoły polityki realistycznej i ma bezpośrednie odniesienia do prac prof. Mearsheimera jak The Tragedy of Great Power Politics. Łatwo zrozumieć popularność w kraju zawartych w książce teorii, chociaż warto zwrócić uwagę, że trudno tam znaleźć rozwiązanie geostrategicznego dylematu Polski. Całkowite skupienie się na otwartym konflikcie zbrojnym z Rosją uniemożliwia autorom podjęcie dyskusji na temat największych zalet floty jak mobilność, samowystarczalność czy odstraszanie i jej roli w czasie pokoju. Cały dokument sprawia wrażenie promowania okrętów podwodnych jako jedynego i najlepszego środka walki dla marynarki wojennej. Czy kiedykolwiek w historii świata istniała rzeczywiście jakaś wunderwaffe? Poniżej zamieszczam kilka wybranych stwierdzeń autorów, z którymi polemizuję. Jest to tylko próbka ale moim zdaniem wystarczająca do wyrobienia sobie poglądu. Jeśli ktoś odczuwa potrzebę dalszego zgłębiania tematu, niech przeczyta oryginał.

Floty państw regionu przede wszystkim kładą nacisk na wojnę podwodną w oparciu o okręty podwodne z napędem klasycznym, okręty do wojny minowej oraz mniejsze jednostki rakietowe.

Czy rzeczywiście? Niemcy skupiają się coraz bardziej na flocie oceanicznej i ekspedycyjnej. Najnowsze okręty to są duże jednostki klasy fregata. Flota podwodna jest dalej kultywowana choć ograniczona do 6 jednostek planowanych (aktualnie 4). Kutry rakietowe zostały wycofane ze służby jako nieperspektywiczne. Siły przeciwminowe są utrzymywane w stanie status quo. Dania zrezygnowała z lekkich sił nawodnych prawie całkowicie, utrzymując tylko niewielkie siły przeciwminowe. Okręty podwodne zostały wycofane ze służby całkowicie. Szwecja pasuje do obrazu, ale następne okręty nawodne mają być wzorowane na Visby lecz co najmniej dwukrotnie większe. Doraźnie dla celów współpracy międzynarodowej zmodernizowano i zaadaptowano okręt Karlskrona. Trochę podobnie jak my Czernickiego. Finowie mają flotę obrony wybrzeża, nie posiadają jednak okrętów podwodnych. Najnowsze nabytki to sporej wielkości okręty OPV. Republiki bałtyckie budują marynarki wojenne na miarę swoich możliwości i potrzeb. Są to głównie okręty przeciwminowe z drugiej ręki i okręty patrolowe. Na koniec Flota Bałtycka Federacji Rosyjskiej, która w swojej strukturze zawiera wszystkie wymienione przez autorów raportu klasy okrętów, ale także niszczyciele. Jest to raczej wspomnienie dawnego blasku w warunkach malejącego znaczenia strategicznego Bałtyku dla Rosji. W którym kierunku pójdzie marynarka rosyjska na Bałtyku powiedzą nam nowe okręty wprowadzane do służby. Musimy trochę poczekać. Wspólnym mianownikiem są tylko okręty przeciwminowe, utrzymywane na stabilnym i dobrym jakościowo poziomie.

W tekście mamy do czynienia często z twierdzeniami znacznie przesadzonymi jak to , że AIP daje „ogromną przewagę operacyjną nad Bałtyku względem wszystkich rodzajów okrętów nawodnych”. Bez wsparcia własnych sił nawodnych czy lotnictwa blokującego działania ASW przeciwnika pojedynek będzie bardziej wyrównany, niż starają się to przedstawić autorzy. Czasem mamy do czynienia z pewną dozą refleksji. Z jednej strony podkreśla się trudność wykrycia okrętów podwodnych w skomplikowanych warunkach propagacji fal akustycznych w Bałtyku, ale dalej pada zdanie „z drugiej strony te same trudne warunki dotyczą działań dla okrętów podwodnych”. Pomija się inne metody jak detektor anomalii magnetycznych, który na płytkich wodach może zyskiwać na znaczeniu. Następne stwierdzenie po prostu wprowadza w zdumienie:

Miny zatopiły w czasie II wojny światowej więcej okrętów i statków niż łącznie inne środki bojowe

Być może chodzi o sam Bałtyk? Dalej raport stwierdza, że najprawdopodobniej cieśniny duńskie będą zablokowane przez nieznanego przeciwnika. Jednocześnie pada rekomendacja, aby strategiczne siły odstraszania w postaci okrętów podwodnych uzbrojonych w rakiety bazować w oddaleniu od Rosji. Rozumiem, że w Świnoujściu. Tylko to oznacza, że blisko nieznanych sił, które opanowały Kattegat i Sund? Czy mówimy o Danii, Szwecji i Niemczech? Czy też te kraje zostały opanowane przez Rosję lub są nam nagle wrogie? Jak to pogodzić z dalszymi tezami o współpracy ze Szwecją i Finlandią w celu blokowania floty Bałtyckiej w zatoce Fińskiej?

Geografia powoduje, że siły morskie zgromadzone na Bałtyku pozostaną najprawdopodobniej na nim podczas trwania kryzysu.

Ponawiam pytanie, czy rzeczywiście? Konfliktu kogo z kim? Kolejne zdanie jest równie pasjonujące:

Na Bałtyku geografia powoduje, że Rosja jest w trudnym położeniu strategicznym i operacyjnym, bowiem stosunkowo łatwo można zablokować jej flotę w portach: Kronsztad, Petersburg, Bałtijsk i Kaliningrad.

Jeżeli mamy do czynienia z wojną USA z Rosją, to zgoda co do możliwości zamknięcia wyjścia Floty Bałtyckiej na otwarty ocean. Tylko po co Rosja by to miała robić. Od tego jest Flota Północna. Jeśli autorzy mają na myśli zbrojny konflikt Polski z Rosją, to zwracam uwagę, że Niemcy w czasie II wojny światowej osiągnęli ten efekt przez opanowanie wszystkich baz od strony lądu a oblężenie i ostrzał Leningradu spowodował, że baza straciła swoje zdolności do realnego wspierania floty. Kontrola nad całością wybrzeża Zatoki Fińskiej pozwoliło na dość skuteczne zakorkowanie Floty Bałtyckiej, chociaż okręty podwodne pomimo strat kontynuowały swoje działania. Poleciłbym również lekturę Corbetta i tego co ma do powiedzenia na temat blokady. Jest to forma działań mająca na celu zdobycie przewagi na morzu. Corbett rozróżnia blokadę bliską, która staje się coraz trudniejsza wobec możliwości rażenia celów z lądu od blokady dalekiej (distant), która wymaga dużych nakładów sił i środków. Mówienie o skutecznej blokadzie za pomocą 1-2 okrętów podwodnych jest po prostu nieporozumieniem. Być może dlatego autorzy kontynuują wątek sojuszu ze Szwecją, Finlandią i republikami bałtyckimi aby móc wspólnie zablokować Zatokę Fińską. No cóż, biorąc pod uwagę realny konflikt zbrojny z Federacją Rosyjską, to pomijając brak ochotników, warto zanotować, że Bałtowie są ulokowani na wąskim pasku wybrzeża i mają militarnie problem większy od naszego. Rosjanie nie potrzebują floty do odblokowania Zatoki. Odwracając sytuację, śledząc logikę raportu, musielibyśmy pokonać Rosję na lądzie aby móc pozwolić 1-2 okrętom podwodnym na blokadę baz morskich w Zatoce Fińskiej. Pozostawiam bez komentarza. Chociaż ten brak realizmu czuć dalej:

Pożądana jest zdolność lotnictwa wielozadaniowego do prowadzenia działań morskich. To łączyć się winno z adekwatnym szkoleniem i posiadaniem platform o optymalnym promieniu działania około 1.000 km, a zatem większym niż aktualnie używane przez Siły Powietrzne F16C/D, przystosowanych do prowadzenia wojny morskiej oraz, dodatkowo, posiadających zdolności do wykonywania uderzeń za pomocą trudno wykrywalnych pocisków samosterujących dalekiego zasięgu.

Czy my mamy cele do ataku nad Morzem Białym lub w Moskwie? Czy autorzy mają na myśli propagandowy efekt podobny do rajdu na Tokio w 1942? Na koniec rodzynek, mrożący trochę krew w żyłach:

Teoretycznie siły sojusznicze, w tym polskie, zyskują lepsze pozycje do rażenia przeciwnika wystrzeliwanymi z okrętów podwodnych i samolotów wielozadaniowych precyzyjnymi pociskami dalekiego zasięgu. Tego typu środki mogę nie być w stanie przechylić szali. Mogą jednak stanowić element eskalacyjnej strategii odstraszania, na wypadek użycia przez przeciwnika taktycznej broni jądrowej.

Jeżeli czegoś nie przeoczyłem, to Rosja ma się przestraszyć eksplozji kilku bomb 500kg w momencie gdy sama używa broni nuklearnej? Raport jest jak patchwork, zlepkiem stwierdzeń znanych lecz nie pasujących do siebie i wyrwanych z oryginalnego kontekstu. Prawie każde zdanie może wzbudzić silne kontrowersje nie za sprawą dobrej lub złej koncepcji ale podważania zasady racjonalności. Za radą ministra Siemoniaka polecam lekturę Newsweeka, o wiele bardziej sensowną i realną.

 

Dec 052013
 

Kiedy w mediach jest mowa o zakupach sprzętu wojskowego najczęściej przychodzi nam do głowy ustawa o zamówieniach publicznych wraz z magicznym słowem przetarg, budzącym wręcz grozę. Tymczasem tryb przetargu nie jest ani jedynym, ani najlepszym sposobem zakupu skomplikowanej technologii dla celów obrony narodowej. Jest istotna różnica pomiędzy zakupem produktu masowego i dość łatwego do sparametryzowania, np. papieru do drukarek, a dajmy na to okrętami podwodnymi. W pierwszym wypadku cena może być kluczowym wyróżnikiem, bo reszta parametrów jest jeśli nie taka sama, to bardzo zbliżona. W drugim przypadku mamy do czynienia z bardzo wąską ofertą produktów posiadających mocno zróżnicowane cechy, których zakup powoduje bardzo różne skutki czy konsekwencje. To zaś wymaga wyjścia poza standardową procedurę „złóż ofertę i czekaj na werdykt” oraz prowadzenie długich rozmów na temat wad i zalet każdego rozwiązania. Dodatkową trudnością jest pytanie jak oszacować pewne korzyści czy ryzyka związane z ofertą. Zejdźmy na ziemię i weźmy przykład. Obrona przeciwlotnicza i przeciwrakietowa MEADS. Jak wycenić szansę polskiego przemysłu na pełnoprawne uczestnictwo w rozwoju wiodących na świecie technologii? Jak to zbilansować z ryzykiem „niewypalenia” projektu? I czy takie rzeczy da się zapisać w wymaganiach przetargowych? Jak ocenić okręt podwodny S80, który został wadliwie zaprojektowany lub A26, który jest tylko na deskach kreślarskich? Ile jest dla MW warta możliwość korzystania z infrastruktury szkoleniowej niemieckiej marynarki wojennej w przypadku zakupu U212? Jaka jest wartość polityczna „Smart Defence” i Pooling&Sharing”? Co jest ważniejsze na Bałtyku – kadłub amagnetyczny czy możliwość odpalania SubHarpoon? Pytania tego typu można mnożyć w nieskończoność, ale odpowiedź na nie można znaleźć tylko w klarownej koncepcji czego się chce i dialogu z oferentami. Przetarg pozwala na dialog ale PRZED jego ogłoszeniem. Potem mamy już tylko oskarżenia o stronniczość. Tak więc tryb przetargu nie jest najlepszym rozwiązaniem dla złożonych systemów militarnych.

Jak wspomniałem, nie jest także jedynym. Poniżej wybrane paragrafy dotyczące wyłączeń ze stosowania ustawy:

Ustawy nie stosuje się do zamówień,

  • udzielanych na podstawie umowy międzynarodowej, której stroną jest Rzeczpospolita Polska, zawartej z jednym lub wieloma państwami niebędącymi członkami Unii Europejskiej, lub porozumienia zawieranego na szczeblu ministerialnym,
  • udzielanych w ramach programu współpracy opartego na badaniach i rozwoju, prowadzonych wspólnie przez Rzecz- pospolitą Polską i co najmniej jedno państwo członkowskie Unii Europejskiej nad opracowaniem nowego produktu oraz, tam gdzie ma to zastosowanie, do późniejszych etapów całości lub części cyklu życia tego produktu;
  • udzielanych przez rząd Rzeczypospolitej Polskiej rządowi innego państwa związanych z dostawami sprzętu wojskowego lub newralgicznego sprzętu,
  • udzielanych do celów działalności wywiadowczej;

Oczywiście prawo posiada wbudowane zabezpieczenia zapobiegające instrumentalnemu używaniu wykluczeń. Między innymi, istnieje osobne rozporządzenie określające co to znaczy sprzęt newralgiczny dla bezpieczeństwa Państwa. Tym niemniej lista daje spore możliwości, które mają realny wpływ na to co MON kupi. Przykładowo Leopardy zostały kupione, jak rozumiem na podstawie umowy międzyrządowej. To samo może mieć zastosowanie do okrętów. Jeśli dobrze pamiętam, Marmik na Forum Okrętów Wojennych stwierdził, że „może po prostu stosować zakup jednostek używanych jako rozwiązanie docelowe, a nie tymczasowe”. Byle by był to sprzęt wartościowy i w dobrym stanie. Ta opcja ma sens szczególnie w odniesieniu do okrętów podwodnych, które najprawdopodobniej nie są w stanie wnieść wiele do polskiego przemysłu obronnego.

Bardzo interesującą opcją są wspólne programy badawcze. Marynarka Wojenna jest w tym nieszczęśliwym położeniu, że wszelkie zakupy i zamówienia mają charakter jednostkowy. Wspieranie bazy produkcyjnej będzie miało tylko marginalny efekt. Zostawmy tę opcję dla czołgów, transporterów opancerzonych, ciężarówek czy broni strzeleckiej. O wiele bardziej interesujące jest wspieranie kluczowych technologii. Tutaj współczesne okręty wojenne mogą wnieść sporo. W interesie marynarki leży więc wspieranie uczestnictwa w projektach EDA jak MARSUR, zwalczanie min, bezzałogowce czy techniki związane z wykorzystaniem satelitów. Zakup rodzimego pakietu zwalczania min staje się rzeczywistym wsparciem lokalnych ośrodków badawczych i pozostaje poza głównym nurtem kontrowersji politycznych. Kwestią otwartą pozostaje jak traktować platformę przenoszącą moduł. Czy jest to część integralna projektu badawczego, czy nie. Nawet jeśli jednak werdykt byłby negatywny, to budowa takiej platformy jest z zasięgu naszych stoczni i mogą one konkurować z propozycjami europejskimi. Takie podejście pozwala również na rozbicie planowanego przetargu na drony na kilka mniejszych kontraktów. Dla Marynarki Wojennej to ważna rzecz, bo o ile systemy MALE będą i tak wspólne z innymi rodzajami sił zbrojnych i wybierane wspólnie to wiropłaty będą pewnie istotne tylko dla floty. MALE to nawiasem mówiąc następny przykład współpracy europejskiej w ramach EDA.

Demonstracja MARSUR. Foto - EDA

Demonstracja MARSUR. Foto – EDA

Ostatni punkt jest najbardziej nieokreślony ale i dający szansę na realizację największych projektów. Decyzja 112 MON-u definiuje tryb decydowania o szczególnej wadze danego systemu oraz określa co ma być brane pod uwagę w trakcie podejmowania decyzji:

Dokonując selektywnego podziału zadań Zespół bierze pod uwagę w szczególności:

  • uwarunkowania geopolityczne i operacyjne, w tym operacyjne wykorzystanie sprzętu wojskowego; 
  • bezpieczeństwo informacji związane z przedmiotem zamówienia;
  • cenę bezpieczeństwa dostaw sprzętu wojskowego, w tym zakres i konieczność uniezależnienia się od zagranicznego dostawcy;
  • potrzebę i zakres ustanowienia lub utrzymania krajowego potencjału przemysłowego w kontekście znaczenia pozyskiwanego sprzętu wojskowego lub usługi;
  • strategiczne znaczenie sprzętu, w tym kryptograficznego, chemicznego, biologicznego, radiologicznego i jądrowego;
  • konieczność i sposób uniezależnienia się od zagranicznego wykonawcy w zakresie serwisu i konserwacji w sytuacji kryzysowej;
  • zasadę proporcjonalności podejmowanych środków, w tym zakres i czas trwania zamówień.

Nie zdziwiłbym się, gdyby w tym trybie dokonywano zakupu systemu antyrakietowego, ale przy odrobinie dobrej woli Miecznik też mógłby być zakwalifikowany. Co ciekawe, abstrahując od sensowności potrzeby posiadania podwodnej części “Polskich Kłów”, ten projekt z pewnością nadaje się do realizacji w tym trybie. Czy okręt podwodny BEZ rakiet również, to kwestia niejednoznaczna. Stąd pytanie, czy rakiety aby nie są rzeczywistym uzasadnieniem wysokich kosztów projektu. Jeśli tak, to czeka nas Gawron bis. To z kolei zachęca do skupienia się na nawodnej i bardziej realistycznej części planu modernizacji floty.

Powyższy tekst nie ma stanowić menu trików do omijania przetargów tylko być wsparciem dla wysiłków w podejmowaniu racjonalnych decyzji przez MON. Rezygnacja wiceministra odpowiedzialnego za modernizację armii jest sygnałem ostrzegawczym, że racjonalność decyzji może się stać ofiarą presji politycznej. Nie odnoszę się w ten sposób do konkretnej osoby, lecz do funkcji. Ten fakt ma znaczenie chyba większe niż myślimy. Postawmy się w sytuacji Ministra Obrony Narodowej. Mamy podejmować kluczowe decyzje na temat olbrzymich inwestycji. Jesteśmy pod presją polityczną, interesów przemysłowych i grup nacisków, strategią rządu wspierania gospodarki i poglądami kadry dowódczej. Minister ma pełne prawo nie być ekspertem we wszystkich dziedzinach obronności Państwa i potrzebuje w miarę obiektywnej oceny podejmowanych projektów i konsekwencji ich realizacji. Dla międzywojennej US Navy taką rolę ogrywał General Board. Polecam książkę na ten temat – Agents of Innovation. The General Board and the Design of the Fleet That Defeated the Japanese Navy. Współcześnie amerykańscy kongresmani mogą liczyć na takie publikacje jak Ronalda O’Rourke z Congressional Research Service. Jak widać z linku, mają swoją wagę.

Pytanie brzmi jaka osoba lub instytucja ma służyć ministrowi w podejmowaniu trudnych decyzji. Biorąc pod uwagę siłę presji politycznej, być może powinna to być właśnie instytucja a nie osoba, na co poniekąd wskazują oba przykłady. Jest to bowiem kluczowe ogniwo w procesie podejmowania racjonalnych (to słowo chcę podkreślić) decyzji w MON-ie.

 

Nov 152013
 

Co może zrobić przysłowiowy Kowalski obserwując zamieszanie wokół wymagań na okręty podwodne dla Marynarki Wojennej RP? Najprościej będzie odwołać się do zdrowego rozsądku i faktów dostępnych dla zwykłego śmiertelnika. To pozwoli sobie wyrobić własną ocenę sytuacji i krytycznie podejść do doniesień mediów.

Rozsądek każe nam zacząć od pytania czego chcemy albo jeszcze lepiej co potrzebujemy? Odpowiedź nie jest prosta bo co innego okręt podwodny dla marynarki wojennej a co innego “Polskie Kły”, czyli elementy odstraszania konwencjonalnego w postaci pocisków manewrujących ze zdolnością atakowanie celów na lądzie. Rozróżnienie jest bardzo istotne, bo okręt uzbrojony w rakiety dużego zasięgu (o tym za chwilę) będzie zasobem strategicznym przez Marynarkę Wojenną tylko administrowanym. Zadania będą wyznaczane przez Sztab Generalny albo i wyżej. Korzyść dla marynarki stoi pod znakiem znakiem zapytania. Okręt nieposiadający takich rakiet lub o krótszym zasięgu jest natomiast potężną bronią w walce na morzu, zarówno ofensywną jak i defensywną, wymuszającą na przeciwniku zaangażowania sporych sił i środków dla neutralizacji tego zagrożenia. Taki okręt jest również ważnym nabytkiem dla systemu rozpoznania (ISR). Pomiędzy tymi dwoma zastosowaniami jest pewna sprzeczność. Nikt nie będzie wysyłał okrętu spełniającego misję odstraszania w pobliże bazy morskiej przeciwnika by zbierać dane wywiadowcze. Powstaje pytanie dość paradoksalne, czy szukamy okrętu dla MW czy SG?

Gdy już przebrniemy przez dylemat wyboru co jest nam potrzebne, naturalnie rozglądamy się wokół co jest dostępne, albo czego w ogóle można chcieć? Krótki przegląd państw członkowskich NATO pokazuje, że na 28 członków, 23 ma jakiekolwiek siły morskie, 13 posiada okręty podwodne, 9 okręty podwodne z napędem klasycznym i tylko 4 z napędem AIP, niezależnym od powietrza. Aby być uczciwym, trzeba powiedzieć, że większość budowanych dzisiaj okrętów podwodnych w Europie to są jednostki z AIP.

Konwencjonalne okręty podwodne w NATO

Konwencjonalne okręty podwodne w NATO

Dominacja Niemców jest bardzo widoczna. W ciągu najbliższych lat, biorąc pod uwagę już podpisane kontrakty i okręty w budowie, jest całkiem możliwe, że blisko 2/3 konwencjonalnych okrętów podwodnych w służbie NATO będzie niemieckiego pochodzenia. Ponadto 4 jednostki hiszpańskie S80 wywodzące się ze Scorpene oraz kilkanaście typów nie rozpatrywanych jako potencjalni kandydaci w przyszłym przetargu. Nieobecność Scorpene na liście wynika z faktu, że jest to product francuski ale nie użytkowany przez Marine Nationale. Możliwość wspólnej bazy szkoleniowej i logistycznej jest więc argumentem pozatechnicznym, ale niezwykle atrakcyjnym.

Gdy już wiemy czego chcemy i co jest dostępne, czas na wybór oferty. W grę zaczynają wchodzić szczegóły. Główną cechą U212 odróżniającą go od reszty jest amagnetyczny kadłub. Cecha pożyteczna na Bałtyku gdzie zagrożenie minowe będzie wysokie a degradacja zasięgu systemów sonarowych powoduje wzrost znaczenia detektora anomalii magnetycznych (MAD) do wykrywania okrętów podwodnych, szczególnie na płytkich wodach jak Bałtyk. Minusem jest brak zintegrowanych z okrętem rakiet manewrujących. Tyle, że który je ma? Scorpene jest zintegrowany z SM 39 Exocet o zasięgu 50km a U214 z Sub Harpoon o zasięgu „powyżej 124km”. Exocet nie może być traktowany jako broń odstraszająca a Sub Harpoon jest tylko namiastką. Spekulacje na temat Scalp Naval czy też Tomahawk wyrażają tylko pewne potencjalne możliwości stwarzające problemy polityczne związane z koniecznością uzyskania zgody odpowiednich rządów jak i integracji z danym typem okrętu i związanych z tym kosztów. Pomijając fakt, że Scalp Naval jest dopiero w fazie rozwoju z planowaną datą wprowadzenia do służby w 2017 na atomowych okrętach Barracuda. Przy napiętym harmonogramie wprowadzania okrętów do służby stawia to znak zapytania nad celowością całego przedsięwzięcia. W zasięgu ręki pozostaje Sub Harpoon.

Kontrowersje związane z napędem opisuje dość dobrze i zwięźle globalsecurity.org. Scorpene i niemieckie okręty stosują odmienne rozwiązania, z których każde posiada swoje wady i zalety. Zbyt szczegółowe określenie wymagań co do napędu automatycznie wyeliminuje konkurenta i sprowadzi przetarg do sytuacji bez wyboru. W którąkolwiek stronę.

Co wybierze MON i Marynarka Wojenna, tego Kowalski nie wie, ale może mieć swoje zdanie i je „hartować” w dyskusji. Do tego potrzebny jest jednak dialog i opanowanie zbytniej podejrzliwości.

Apr 222012
 

Visby jest historią innowacji wynikłej z rezygnacji przez marynarkę wojenną Szwecji z dużych okrętów nawodnych. Jego możliwości i historię powstania odkrywam, czytając materiały z sympozjum Navy 2000 – The VISBY class corvette – a vital asset in future maritime security. Okręt został wspomniany ostatnio w kontekście dyskusji, czym ma być Okręt Obrony Wybrzeża, ale wydaje się być w tym wypadku ofiarą stereotypu. Geneza powstania wskazuje na potencjalnie całkiem inne zastosowanie okrętu w naszych warunkach. Początek wyglądał tak:

Po prostu nie byliśmy w stanie pozyskać dużych okrętów z powodu cięć budżetowych. Rozwiązaniem wydawało się zainstalowanie nowoczesnego uzbrojenia na mniejszych jednostkach. Te okręty okazały się całkiem skuteczne i ze sporym potencjałem uderzeniowym, chociaż uzyskano to kosztem ograniczenia przeżywalności, wszechstronności i zasięgu.
(…)
Dość wcześnie stało się jasne, że aby utrzymać rozsądny poziom przeżywalności dla małych okrętów z ograniczonym zestawem uzbrojenia i załogi, konieczne jest poleganie na zautomatyzowanych systemach obrony.
(…)
Aby zwiększyć jeszcze bardziej przeżywalność na polu walki, FMV zaczęło studiować technologię stealth.

– The Development, Marcus Bergman, FMV

Seria incydentów na wodach przybrzeżnych Szwecji w latach 80-tych i 90-tych z użyciem okrętów podwodnych i midget’ów w połączeniu z tradycyjnym zagrożeniem minowym, zaowocowała koncepcją połączenia możliwości MCM i ASW w jednym kadłubie. Ponad 20 lat później, idea nie tylko nie straciła na wadze ale wręcz przeciwnie, zyskała na atrakcyjności z powodu robotyzacji pola walki. Jeśli snujemy wizje o ofensywnym użyciu pewnego dnia robotów, to drugą stroną medalu jest organizacja obrony przed takim samym użyciem robotów przez przeciwnika. Walka podwodna rozszerza swoje pole działania i trudno sobie wyobrazić odpalanie torped Impact do Sea Ottera, czy jego potomka. W prezentacji The Visby Programme, Thomas Engevall, FMV, tak zdefiniował zadanie:

Wymóg posiadania na Visby zdolności zarówno MCM jak i ASW skierował rozwiązania technologiczne w stronę nowych koncepcji taktycznych i technicznych. W skrócie, było to pytanie o połączenie systemów MCM istniejących na okrętach Landsort z uzbrojeniem ASW używanym na okrętach Gothenburg.

W rezultacie dla Visby zdefiniowano następujące rodzaje zadań:

  • operacje MCM (alternatywnie do zwalczania celów nawodnych)
  • operacje ASW
  • zwalczanie celów nawodnych (alternatywnie do MCM)
  • stawianie min ofensywne i defensywne
  • służba patrolowa i wspieranie działań pozamilitarnych
  • służba eskortowa
  • udział w operacjach międzynarodowych

Sercem walki przeciwpodwodnej stał się zintegrowany system sonarowy HYDRA, połączony z modułem przeciwpodwodnym systemu kierowania walką CETRIS. Składa się on z sonarów – holowanego, podkadłubowego i VDS współdziałających z podwodnymi bezzałogowcami: do rozpoznania i klasyfikacji celu oraz jednorazowego do jego zniszczenia. Jako dostawcę sonarów wybrano firmę Marport a bezzalogowce pochodzą z SAAB-a. Szerokie spektrum zadań wymusiło pewien stopień modułowości. Na pokładzie cargo znajdują się sonary i wyrzutnie torpedowe. W przedniej jego części jest przestrzeń dla małego śmigłowca lub wyrzutni rakiet przeciwlotniczych. W innej części pokładu znajduje się przestrzeń dla rakiet RBS 15 lub zamiennie dla pojazdów bezzałogowych do zwalczania min.


W planie rozwoju Marynarki Wojennej RP niszczyciel min ma być zbudowany zaraz po okręcie podwodnym. Tradycyjną słabością okrętów tej klasy jest niska prędkość i bezbronność. Wobec rosnącego arsenału broni podwodnych można by dodać jako wadę również nadmierną specjalizację. Visby jako okręt szeroko pojętej walki przeciwpodwodnej, eliminuje te wady ale nie bez swojej ceny. Koszt zakupu jest mniej więcej dwukrotnie większy od wyspecjalizowanego niszczyciel min. Z drugiej strony istotnie zwiększa możliwości bojowe i zwalnia inne okręty z obowiązku eskorty. Ale gdzie znaleźć pieniądze na realizacje takiego projektu? Niestety, musiałoby to oznaczać, że Okręt Obrony Wybrzeża byłby raczej kontynuacją serii Visby lub też zamiast U212 byłby to U210mod. No cóż, pofilozofować można.

Apr 092012
 

Tekst Lecha Kościuka w kwietniowym numerze Nowej Techniki Wojskowej przynosi między wierszami tytułowe pytanie o możliwość zdominowania przez roboty walki na zamkniętym morzu jak Bałtyk. Pytanie jawi się jeszcze bardziej wyraziście po lekturze tekstu Maksymiliana Dury o nowej fazie rozwoju robotów – od rozpoznania, roboty przechodzą do przenoszenia uzbrojenia. Stają się więc systemami bojowymi. Czy są w stanie wyprzeć całkowicie współcześnie nam znane systemy załogowe? Lub też będą tylko ich uzupełnieniem? Próbę odpowiedzi znalazłem w artykule Will Unmanned Undersea Vehicles Replace Submarines? Autor (podwodniak z doświadczeniem ze służby na dziewięciu SSN) próbował zastosować do analizy teorię o technologiach przełomowych (disruptive technologies) pochodzącej ze świata ekonomii. Jego pierwszym spostrzeżeniem jest to, że wspomniana teoria o wiele lepiej wyjaśnia zdarzenia z przeszłości niż przewiduje wydarzenia z przyszłości. Tak więc stwierdza, że przełom z użyciem danej technologii nie jest ani nieunikniony ani przewidywalny. Niemniej zwraca uwagę na konieczność obserwacji “znaków ostrzegawczych” o nadejściu przełomu. Tu cytat, który wypisz, wymaluj pasuje do naszego zakątka:

Dolny zakres rynku na okręty podwodne jest najprawdopodobniej najbardziej podatny na zakup podwodnych pojazdów bezzałogowych zamiast okrętów podwodnych. Kraje, które polegają na okrętach podwodnych z napędem dieslowskim do realizacji zadań ograniczonej odmowy dostępu dla celów obrony własnych wód terytorialnych odkrywają, że utrzymanie floty podwodnej jest kosztowne i technicznie wymagające. Ponadto, wiele z tych krajów nie posiada możliwości budowania okrętów lokalnie. W rezultacie, gdy podwodne pojazdy bezzałogowe zaczną posiadać możliwości odmowy dostępu, będą sobą przedstawiać atrakcyjną opcję dla użytkowników ze średniej półki.

Niemniej droga do realizacji takiej wizji jest dość wyboista i wymaga pokonania wielu przeszkód. Główne problemy koncepcyjne stojące na drodze realizacji wizji zastosowania militarnego robotów to zasięg, autonomiczność i ryzyko. Roboty będą podlegały tym samym kryteriom optymalizacyjnym, co systemy załogowe. Mogą mieć zasięg wręcz globalny albo taktyczny i wówczas muszą być przeniesione do teatru działań za pomocą “platformy”. Ta z kolei również może być bezzałogowa i wówczas powstaje problem autonomiczności. Ograniczona autonomiczność wymaga olbrzymiej ilości informacji transmitowanej zwykle na duże odległości, co “zatyka” pasma łączności. Wysoka autonomiczność powoduje wzrost ryzyka użycia (zwłaszcza bojowego) robotów i konieczność zaprojektowania łącza pozwalającemu człowiekowi na ostateczną decyzję. Wraz ze wzrostem zasięgu sprawa się komplikuje. Nie należałoby również lekceważyć ludzkiej zdolności do oceny sytuacji na miejscu. Znów cytat z The 21st-Century Naval Environment (World Politics Review Features):

Woda i odległość przedstawiają sobą największe przeszkody dla hybrydowej floty. Fale radiowe rozchodzą się źle w wodzie, utrudniając operatorowi pozostawanie w nieprzerwanym kontakcie z robotami podwodnymi a nawet nawodnymi, w sytuacji gdy kontakt radiowy zostanie zablokowany przez fale. Podobnie, wielkie odległości w locie nad oceanem mogą nadmiernie obciążyć infrastrukturę łączności z UAV.
(…)
Zasadniczo, Marynarka nie ufa w pełni swoim robotom i ten brak zaufania pozostanie, gdy roboty będą uzbrojone i atakowały cele blisko obiektów cywilnych.

Być może największą przeszkodą do pokonania jest nie sama technologia ale człowiek. Technologia jest tylko narzędziem, którym musimy się umieć posługiwać. Broń pancerna Francji w 1940, Lotnictwo arabskie w wojnie 1967, broń podwodna włoskiej Regia Marina czy lotnictwo Regia Aeronautica w wojnie na Morzu Śródziemnym wskazują, że bez jasnej koncepcji użycia technologii i właściwego poziomu wyszkolenia, wyniki są słabe a koszty wysokie. Stąd być może bardziej realistyczne podejście Office of Naval Research w formułowaniu swojej wizji (podkreślenie moje):

Osiągnąć zintegrowane, hybrydowe siły zbrojne złożone z systemów załogowych i bezzałogowych posiadających zdolność do zbierania i interpretacji informacji, przewidywania, komunikowania, planowania, podejmowania decyzji i właściwych akcji niezbędnych do osiągnięcia celów. Zastosowanie takich systemów zredukuje ryzyko dla Marynarzy i Żołnierzy oraz zwiększy możliwości.

Takie podejście ma swoje uzasadnienie w “drugiej stronie medalu”, czyli w niewypowiedzianej wprost niemożliwości sił nawodnych do przetrwania na Bałtyku. Ten sam ONR prowadzi równolegle badania mające na celu:

Rozwijać ruchliwe, oszczędne i elastyczne w zastosowaniu platformy zdolne do operowania w określonych środowiskach. Umożliwić załogowym i bezzałogowym platformom i siłom morskim operowanie w wrogim otoczeniu i jednocześnie być zdolnym do unikania, przełamania i przetrwania ataku.

Bliżej nas, Szwedzi argumentowali swoją decyzje o budowie Visby faktem, że okręt aby odeprzeć atak musi być albo “Niezwyciężony”, albo “Niewidzialny”. Pierwszą opcję zostawiają bogatym krajom a sobie zarezerwowali drugą. Dodać warto, że prace Wayne’a Hughesa wprowadzają trzecią opcję – “Niezliczony”, w której rozproszone siły ofensywne wykorzystują słabość rozpoznania przeciwnika i czas na swoją korzyść. Jak dotychczas dyskusja skupia się na “Niezwyciężonym” i ta opcja rzeczywiście przedstawia sobą największe koszty i ryzyko, co czyni systemy bezzałogowe bardziej atrakcyjnymi.

Czy z powyższych rozmyślań płynie jakiś pożyteczny wniosek? Roboty reprezentują sobą poważny potencjał technologii przełomowej. Czy tak się stanie, nie jest oczywiste. Niemniej jednak roztropnie jest jak najszybciej wprowadzić bezzałogowe systemy do Marynarki Wojennej po to aby dać flocie czas na opracowanie koncepcji użycia, eksperymentowanie i zmianę podejścia do tematu. Ponieważ są to procesy bardzo czasochłonne, nie od rzeczy by było wprowadzić roboty do służby jak najszybciej, nawet przed jakimkolwiek planowanym okrętem. Niestety, nie jesteśmy liderem ani znaczącym użytkownikiem, mogącym mieć wpływ na rozwój rynku czy technologii robotów. Być może właściwym miejscem dla polskiego zaplecza naukowo-badawczego byłoby rozwijanie software’u dla systemów dowodzenia robotami a hardware po prostu należałoby kupić.

Apr 012012
 

Mamy już plan rozwoju Marynarki Wojennej i wiemy jaka ma być flota. Przed nami dyskusja nad poszczególnymi elementami struktury floty, jak okręty czy systemy autonomiczne i bezzałogowe, gdyż ich kształt został tylko naszkicowany. Można mieć tylko nadzieję, że przedstawiona koncepcja jest wyrazem, z pewnością trudnego kompromisu pomiędzy Marynarką Wojenną a MON-em i Sztabem Generalnym. Jest kilka wskazówek, które pozwalają na taki sposób myślenia.

Przede wszystkim, jeśli przyjąć za własne powiedzenie “małe jest piękne”, to flota okazuje się być dość zrównoważona. Posiada w sobie elementy “bojowe” jak Okręt Obrony Wybrzeża i okręty podwodne. Patrolowce pozwolą na realizacje dyplomacji morskiej i funkcji policyjnej we współpracy międzynarodowej, a okręty przeciwminowe i dowodzenia siłami minowymi na udział w stałym zespole NATO. Okręt wsparcia operacyjnego demonstruje lepsze powiązanie zdolności Marynarki Wojennej z ogólną strategią Sztabu Generalnego. Z kolei nacisk na rozpoznanie pozwoli na zwiększenie efektywności użycia skromnych środków bojowych pozostających w dyspozycji floty.

Bardzo pozytywnym przejawem jest w ogóle opublikowanie prezentacji. Nawiązanie dialogu z szerszym audytorium jest ze wszech miar wskazane. Wytknięcie pewnych “wpadek” w Post Scriptum nie zmienia znaczenia samego faktu publikacji i raczej stwierdza, że lekarstwem nie jest utajnienie, tylko dostarczenie większej ilości informacji. Wówczas mamy szansę na bardziej rzeczową dyskusję. Pewne mankamenty pozostają do skorygowania. Pierwszy pojawia się już na samym początku. Slajd Uwarunkowania wymienia:

  • Zagrożenia
  • Przeznaczenie i zadania
  • Zdolności
  • Zobowiązania sojusznicze
  • Potrzeby operacyjne
  • Budżet

Następny slajd przeskakuje bezpośrednio do Zdolności Marynarki Wojennej pomijając dwa pierwsze punkty, będące de facto teoretycznym uzasadnieniem obranej koncepcji. Takie prace trzeba kontynuować, bo będą niezbędne do rozstrzygania późniejszych dylematów i problemów dotyczących specyfikacji okrętów. Pytania pojawią się bardzo szybko wraz z okrętem podwodnym, planowanym jako pierwszy nowy nabytek. Poniżej kilka z nich:

1. Do czego okręty podwodne mają służyć naszej flocie – do zwalczania żeglugi, czy też raczej do obrony przed atakiem na płytkich wodach przybrzeżnych? Pierwszy przypadek premiuje sensory, drugi – raczej małe wymiary okrętu. Dla zobrazowania będę się posługiwał cytatami z The Right Submarine for Lurking in the Littorals Milana Vego.

Zwykle, SSN musi mieć około 50-60 stóp pod kilem dla bezpieczeństwa nawigacji; dla SSK odpowiednio będzie to 30-40 stóp. Okręt podwodny musi płynąć relatywnie blisko powierzchni wody aby użyć peryskopu, urządzeń łączności lub chrap. Dla przykładu, głębokość peryskopowa dla amerykańskich SSN wynosi około 50 stóp. Dla niemieckich okrętów typu 212A jest to około 40 stóp. Ponadto, aby uniknąć pościgu, okręt powinien mieć większą głębokość pod kilem, tak aby mógł wykonywać manewry w pionie. 

Powyższe pytanie ma również aspekt teoretyczny, bowiem według Juliana Corbetta, zwalczanie żeglugi należy do działań strony posiadającej przewagę na morzu. Wobec jej braku mamy do czynienia z guerre de course. Posługując się przykładami historycznymi, Amerykanie prowadzili nieograniczoną wojnę podwodną przeciw Japonii i uzyskali pozytywny rezultat strategiczny, ale panowali na morzu. Niemcy prowadzili guerre de course i przegrali Bitwę o Atlantyk, gdyż byli w stanie co najwyżej kontestować panowanie Aliantów na morzu.

2. Jak cichy powinien być nasz okręt podwodny?

SSK jest trudny do wykrycia, jeśli leży na dnie na głębokości mniejszej niż 100 stóp i wyłączy silniki napędowe (…), 

Jeśli konieczne jest przejście do rejonu działania to wyciszenie gra dużą rolę. Jeśli natomiast okręt ma przebywać w zasadzce na wodach przybrzeżnych, to pomniejsze różnice pomiędzy różnymi okrętami tracą na znaczeniu.

3. Czy ma posiadać AIP, czyli jaki powinien mieć zasięg i długotrwałość wykonywania zadania. Czy 5 dni na zasadzkę w bliskiej odległości od bazy wystarcza, czy raczej potrzebujemy 15 dni?

4. Czy okręt będzie używany do skrytego minowania? Rozpoznania? Przenoszenia Sił Specjalnych? Bałtyk jest płytki i podejście skryte do niektórych miejsc może się okazać trudne dla większego okrętu.

5. Jaki koszt pozyskania? Andrastę reklamuje się jako nawet dwukrotnie tańszą od Scorpene. Ponadto, zarówno Andrasta jak i U210mod nie mają jeszcze nabywców. Jako pierwszy klient mielibyśmy być może szanse na negocjacje ceny. Uzyskane oszczędności można wykorzystać dwojako, albo do obniżenia ryzyka porzucenia projektu ze względu na koszty (okręty podwodne będą największą pozycją budżetową zawartą w planie) lub do przyśpieszenia wprowadzenia do służby bądź to okrętu podwodnego bądź niszczyciela min. O tym poniżej.

Drugim dylematem jest dość długi czas oczekiwania na coś, co będzie pływało. To nie tylko potrzeba szybkiej wymiany wielu okrętów, ale swego rodzaju test wiarygodności koncepcji w oczach marynarzy. Sprawa o tyle ważna, że koncepcja rozwoju MW potrzebuje wewnętrznych promotorów idei i wsparcia przynajmniej części korpusu oficerskiego.
Nie znam szczegółów leżących u podłoża takiego a nie innego harmonogramu wprowadzania do służby okrętów, ale z pewnością podstawowymi ograniczeniami są czas i pieniądze. Jeżeli nie możemy wydatkować więcej niż 900 mln PLN rocznie, to czy zakup tańszego okrętu pozwoli na jego wcześniejsze wprowadzenie do służby? Lub też, czy możemy te pieniądze przeznaczyć na niszczyciel min “z półki” i nie czekać na finał prac rozwojowych? Decyzja o ewentualnym poświęceniu parametrów taktyczno- technicznych powinna wypływać z głębszego studiowania przyjętej doktryny. Wracamy więc do pierwszego slajdu prezentacji.

Jak widać, pogłębienie naszego zrozumienia zagrożeń, przeznaczenia i zadań Marynarki Wojennej będzie miało zdecydowany wpływ na dyskusję o docelowym kształcie okrętów i systemów wymienionych w prezentacji.

Post scriptum

Drobnym mankamentem natury propagandowej jest slajd prezentujący Potencjał Bojowy Marynarki Wojennej. Jest ostrzeżeniem jak niebezpiecznym narzędziem może być EPOCC, używany poza granicami swojego przeznaczenia. Pierwsze, co się rzuca w oczy to dwie żółte linie wskazujące na różnicę potencjału pomiędzy starym planem a planem skorygowanym – bez Gawrona OHP i Tarantul. Tu niespodzianka – różnica wynosi około 10 punktów na skali. Tyle wart był trzon floty, o który toczył się spór. Jakieś 9% całego potencjału floty.Ten wynik można dość łatwo wyjaśnić, ale jeśli używamy takich wykresów do celów propagandowych to będzie kłopot. Cała zmiana koncepcji przynosi wzrost potencjału bojowego w 2026 roku o jakieś 10%. To dużo, czy mało? Uwaga na wścibskich internautów! Prezentacja EPOCC pokazuje wartość czołgu T-72 jako 3.783 punktu. Wszytko dobrze, jeśli wyniki są znormalizowane do wartości właściwych danemu rodzajowi sił zbrojnych. Tego wścibski internauta jednak nie wie.