Apr 222019
 

Ostatnio w internecie pojawiły się conajmniej cztery teksty, które powinny zainteresować czytelnika w Polsce. Sir Humphrey i Nicolas Drummond prowadzą polemikę na temat planowanych fregat (czy też korwet) Type 31, mających wypełnić lukę po obcięciu serii Type 26 do ośmiu jednostek. Szef Dowództwa Morskiego NATO, admirał Johnstone udzielił wywiadu prasie w czasie pobytu w Polsce i odbył rozmowę z ministrem Solochem, szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Z ust brytyjskiego admirała pada zarówno sugestia zakupu kilku fregat jak i uzasadnienie takiej strategii. International Center for Defence and Security w Estonii opublikował raport „To the Seas Again. Maritime Defence and Deterrence in the Baltic Region”. Będąc ze sobą zupełnie nie związane, wypowiedzi splatają się a argumenty uzupełniają. Zachętą do opisania własnej próby interpretacji tekstów była chęć wyjścia poza schemat podpierania własnych poglądów wybiórczo dobranymi wypowiedziami osób trzecich. Stąd pewnie w tekście pojawi się więcej pytań niż odpowiedzi.

Polemika pomiędzy dwoma znanymi brytyjskimi blogerami sprowadza się do odwiecznego dylematu ilość kontra jakość. W konkretnym przypadku liczby fregat w Royal Navy pada pytanie czy fregatę można zastąpić tańszą korwetą aby zaspokoić najbardziej palące potrzeby. Nicolas Drummond wyjaśnia przy okazji, że używa świadomie terminu korweta dla kontrastu bowiem zarówno formalnie jak i w rzeczywistości mówimy raczej o lekkiej fregacie. Kwestia terminologiczna jest bardziej złożona – Brytyjczycy nie narzucili limitu na wielkość tylko na cenę okrętu.

Sir Humphrey argumentuje, że jakkolwiek rola korwet typu Flower w czasach II wojny światowej jest nie do przecenienia, to technologia się zmieniła. Okręty podwodne są szybsze i cichsze a do ich wykrycia potrzebne są sonary o najwyższych parametrach i śmigłowce ASW startujące z pokładów okrętów. Gwoli przypomnienia dla Royal Navy takim śmigłowcem jest Merlin, którego zakup planuje się dla naszej marynarki wojennej. Zainstalowanie systemów „z górnej półki” na korwecie jest według autora nierealne i podaje przykład fregaty Type 23, której historia zaczęła się właśnie w ten sposób jako taniej platformy dla sonaru holowanego z dużym pokładem dla Merlina. Wniosek jest więc taki, że Type 31 jako platforma do zwalczania okrętów podwodnych nie ma sensu i należy się skupić na najlepszym wykorzystaniu środków dla kontynuacji kombinacji T45/T26. Sir Humphrey nie odmawia zasadności rozważaniom na temat tańszych okrętów do celów ogólnego przeznaczenia jeśli będą wystarczające środki finansowe do dyspozycji. Przy ustaleniu priorytetu dla nowych fregat T26 i ograniczonym budżecie nie należy jednak spodziewać się dodatkowych środków więc jest to de facto wybór jakości przed ilością. Gdzieś pod spodem jest zawarte pytanie czy na pewno zwalczanie okrętów podwodnych jest pierwszorzędną i jedyną potrzebą Royal Navy. Jeśli nie, to okręt o mniejszych zdolnościach niż fregata ale większych niż OPV oraz wystarczająco tani byłby wskazany do celów dyplomacji czy utrzymywania porządku prawnego w czasach konfliktu czy kryzysu i podwyższonego ryzyka. Czy jest to rozwiązanie dla nas? Nie wiadomo, chociaż w tym kierunku wydaje się zmierzać tok rozumowania autorów raportu ICDS, jak zobaczymy na końcu.

Kandydat na lekką fregatę czy korwetę T31 ze stoczni Cammell Laird czyli nowe wcielenie Leander. Foto Cammell Laird

Nicolas Drummond uznaje z kolei, że korweta ASW jest możliwa i potrzebna choć powinno się przeanalizować czy takie rozwiązanie jest opłacalne. Autor wychodzi z założenia, że aktualna liczba fregat w Royal Navy jest po prostu za mała. Bez T31 będzie to flota 13 jednostek T26 i zmodernizowanych T23 a później T31. Autor wymienia do czego są potrzebne fregaty i to jest wątek dla nas interesujący. Po dwie sztuki dla osłony lotniskowców i grupy desantowej komandosów, patrolowanie GIUK Gap, jedna jednostka na misji na Morzu Południowo-Chińskim no i w końcu Północny Atlantyk. Jeżeli weźmiemy pod uwagę, że budowa lotniskowców oznacza dla Brytyjczyków wybór projekcji siły kosztem liczebności fregat, to narzuca się automatycznie kolejność priorytetu w przydzieleniu jednostek eskortowych. Połowa sił zostaje przydzielona do osłony lotniskowców i okrętów desantowych a utrzymanie jednej jednostki na ciągłym patrolu wymaga trzech-czterech okrętów według słów admirała Johnstona, o czym mogliśmy przeczytać w udzielonym wywiadzie. Dla podanych obszarów zainteresowania brakuje już okrętów. Stąd poszukiwanie przez autora tańszej alternatywy w postaci lekkiej fregaty. Czy jest ona możliwa w tym sensie, że okręt posiada mniejsze zdolności ale wciąż pozostaje efektywną jednostką do zwalczania okrętów podwodnych? I jaki będzie rzeczywiście koszt takiej korwety? Inną drogą jest próba zastąpienia okrętów lub ich wsparcie innymi systemami jak okręty podwodne, samoloty patrolowe czy wszelkiego rodzaju pojazdy bezzałogowe.

Dyskusja jak powyżej daje nam tło dla wypowiedzi admirała Johnstona w Polsce. Rekomendacja posiadania 3-4 fregat przez Marynarkę Wojenną RP jest poparta jasnym przekazem dlaczego. Dla NATO nie tylko Bałtyk jest ważny ale i Morze Czarne oraz Atlantyk, przez który mogą iść posiłki ze Stanów Zjednoczonych do Europy. Admirał wyraża również zachętę dla nas abyśmy byli graczem światowym i odwołuje się do zasady wzajemności. Chcecie pomocy? Pomóżcie innym. Jest to bardzo dobry przykład jak ważną rolę dyplomatyczną może odegrać wysoki rangą oficer marynarki nawet bez okrętów. Słowa zostały wypowiedziane czy powtórzone wobec szefa BBN-u, który taką właśnie koncepcję promuje. Ze strony Pana Admirała to nie tylko polityka ale też kurtuazja. Trudno też nie dostrzec potrzeby takiej zachęty ze strony NATO. Lista krajów europejskich NATO posiadających więcej niż 10 niszczycieli i fregat nie jest aż tak długa, a wielu przypadkach mają one inne zobowiązanie niż tylko Atlantyk. Kryterium arbitralne 10 jednostek wskazuje tylko na różnicę posiadania kilku lub kilkunastu jednostek. W północnej Europie są to właśnie Wielka Brytania, o której już mówiliśmy, że ma zbyt mało okrętów eskortowych i Niemcy. Francja ma podzieloną uwagę pomiędzy Atlantyk i Morze Śródziemne. Pozostają Hiszpania i kraje śródziemnomorskie – Włochy, Turcja i Grecja. Francja, Hiszpania i Włochy też mają swoje okręty lotnicze i desantowe do obrony, czyli podobny problem do Brytyjczyków, a grecko-turecki konflikt czy rywalizacja stawia znak zapytania o ich główne obszary zainteresowania. Taki stan rzeczy z pewnością pozwala na wystawienie okrętu do stałego zespołu NATO, ale czy ten zespół wystarczy w czasie ostrego konfliktu lub wojny? Nic więc dziwnego, że „składkowa” flota złożona z wkładów krajów posiadających pojedyncze jednostki staje się coraz ważniejsza. Dla nas pytanie brzmi ile jesteśmy w stanie lub gotowi wydać na realizację zasady wzajemności na morzu, wiedząc że inne państwa stosują politykę zrównoważenia celów obrony indywidualnej i kolektywnej lub wręcz politykę projekcji siły i wywierania wpływu na wydarzenia światowe.

Ważnym zdaniem wypowiedzianym przez ministra Solocha, a nie występującym w wywiadzie dowódcy MARCOM jest następujące stwierdzenie:

Admirał Johnstone podkreślił znaczenie bezpieczeństwa morskiego w kontekście obecnej sytuacji i wzrostu zagrożeń wokół Europy, związanych przede wszystkim z agresywną polityką Rosji. Zwrócił uwagę, że z militarnego punktu widzenia jedynie działania połączone, których istotnym elementem jest skuteczna aktywność komponentu morskiego, mogą zapewnić odpowiedź na wyzwania związane z tymi zagrożeniami.

Admirał jasno stwierdza, że na wodach wokół Europy tylko działania połączonych sił zbrojnych mogą stanowić skuteczną odpowiedź na istniejące zagrożenia ze strony Rosji. Komponent morski jakkolwiek by był ważny jest elementem większej łamigłówki. W konsekwencji okręty i ich specyfikacja powinny brać pod uwagę współpracę i podział zadań pomiędzy rodzajami sił zbrojnych. Im bliżej brzegu tym bardziej środowisko wpływa na optymalne parametry systemów wykrywania i uzbrojenia co prowadzi do rozbieżnych specyfikacji pomiędzy okrętami do działania na wodach oceanów i wodach przybrzeżnych. Sprawia to nie lada kłopot przy planowaniu struktury floty i ograniczonym budżecie. Przykładem rozwiązania dylematu jest Deutsche Marine składająca się z dwóch komponentów – fregat do działań sojuszniczych na Atlantyku czy gdzie indziej oraz korwet i okrętów podwodnych na Bałtyk i Morze Północne.

Najdłuższym tekstem i traktującym temat bezpieczeństwa morskiego na Bałtyku najszerzej jest opracowanie ICDS, instytucji ulokowanej w Estonii. Raport wymienia szereg rekomendacji dla NATO, państw przyległych do Bałtyku i w szczególności dla Republik Bałtyckich. Niektóre wątki przeplatają się z poprzednią dyskusją jak kwestia działań większych okrętów na Bałtyku czy też ich zakupu dla flot państw bałtyckich. Z jednej strony rekomenduje się NATO częste jak to tylko możliwe wysyłanie dużych jednostek na Bałtyk, głównie w celu demonstracji woli i przekazania jasnego komunikatu Federacji Rosyjskiej uważanej w raporcie za jedyne potencjalne i poważne zagrożenie dla państw regionu. Z drugiej padają stwardzenia jak:

Przybrzeżne siły złożone z „wielu i małych” raczej niż „dużych i nielicznych” jednostek oferują większą elastyczność w czasach kryzysu i konfliktu.

Środki wykrywania typowe dla większych okrętów pełnomorskich mogą być dalekie od optymalnych do działania na obszarze Bałtyku.

Nie należy tego rozpatrywać w kategoriach przeciwieństwa czy braku konsekwencji. Jest to raczej obraz uzupełniających się zdolności wykorzystywanych w miarę potrzeb i możliwości. Raport przede wszystkim zwraca uwagę na znaczenie ekonomiczne Bałtyku dla wszystkich stron potencjalnego konfliktu, konieczność rozpoznania i posiadania jak najlepszego obrazu sytuacji i zagrożenie w postaci działań hybrydowych jako najbardziej prawdopodobnych. Pewną odmiennością w lekturze opracowania niech będzie poniekąd „statystyczny” przegląd rekomendacji zawartych w tekście. Są one skierowane do czterech adresatów – Dla NATO, państw regionu ogólnie, Niemiec oraz Republik Bałtyckich. Spośród wszystkich rekomendacji ponad 1/2 dotyczy organizacji, rodzajów aktywności czy też sposobu użycia sił morskich. Blisko 1/6 dotyczy rozszerzenia obszarów zainteresowania. Mniej niż 1/3 dotyczy bezpośrednio lub pośrednio akwizycji lub struktury sił. Wśród tych ostatnich połowa rekomendacji odnosi się do Republik Bałtyckich w celu proponowanego zwiększenia obecności sojuszu na „wschodnim Bałtyku”.

Rekomendacje dotyczące inwestycji lub struktury sił potrafią być natury ogólnej jak „zwiększenie ogólnej obecności na Bałtyku a w szczególności na wschodnim Bałtyku”. Dla wszystkich państw regionu zaleca się inwestycje w systemy wymiany danych oraz „środki do radarowej i wizualnej identyfikacji okrętów Federacji Rosyjskiej przepływających przez ich strefę wyłączności ekonomicznej”. Dla Republik Bałtyckich rekomenduje się zainwestowanie w zdolność do stawiania min oraz nabycie niewielkich okrętów wielozadaniowych uzupełnionych być może pojazdami bezzałogowymi. Podobnie jak to uczyniono w Polsce zaleca się instalację nadbrzeżnych baterii rakietowych. Pytaniem natychmiast nasuwającym się na myśl jest czy w ogóle jest możliwa mała jednostka wielozadaniowa i na dokładkę osiągalna finansowa dla kogokolwiek a Republik Bałtyckich w szczególności. Zgrabnie się to łączy z dyskusją w Wielkiej Brytanii na ile korweta może być skuteczną jednostką obrony przed okrętami podwodnymi i to przy wyporności 3.500 ton lub więcej co nie jest mało. Kwestią kluczową jest o jakich parametrach typu zasięg wykrycia rozmawiamy. Oraz czy liniowa degradacja jakości zamienia się automatycznie w linowy spadek kosztów lub wielkości okrętu. Innym aspektem jest pytanie co jest ważniejsze – wielkość czy koszt. Relacja pomiędzy tymi wielkościami istnieje choć jest złożona i wykracza daleko poza technikę czego dowodem niech będzie historia Gawrona/Ślązaka.

O ironio! Po wpisaniu w Google “small multimission combatant” na pierwszym miejscu pojawia się…mutacja LCS. Foto Lockheed Martin

Akapit dotyczący Polski i cytowany w mediach społecznościowych o nieadekwatności sił Marynarki Wojennej RP do obrony przed zagrożeniami i wyzwaniami należy czytać w kontekście zdania następującego bezpośrednio po cytacie:

Porównując wielkość i zamożność Polski z innymi krajami, koncepcja nakreśla ambitny plan przekształcenia Marynarki Wojennej RP w postmodernistyczną, średniej wielkości siłę morską zdolną do globalnej projekcji siły…”

Jest to całkowicie zgodne z intencjami czy zachętami wyrażonymi w wywiadzie przez admirała Jonhstone’a. O ile zasada wzajemności i poczucie wewnętrzne zobowiązania do wsparcia innych partnerów podczas gdy sami potrzebujemy ich pomocy nie powinna budzić wątpliwości, to ambicja stworzenia floty średniej wielkości zdolnej do projekcji siły na skalę globalną musi zastanowić. Pomijając terminologię, gdyż takim określeniem Royal Navy opisuje sama siebie, to nie widać ani w MON, ani w rządzie najmniejszych śladów takich ambicji. Jak do tej pory strategia Bałtyk Plus i towarzyszący jej Program Modernizacji Technicznej sprzed kilku lat jest szczytowym osiągnięciem na rzecz marynarki. Niezrealizowanym i krytykowanym za niedoszacowanie.

Jaki wniosek płynie z lektury wspomnianych tekstów? Chyba głównie taki, że teksty należy czytać całe i do końca. Najlepiej z przypisami. Zwłaszcza jeśli nie chcemy ugrzęznąć w bitwie na emocje, czyli kto głośniej krzyczy. Po drugie zawsze warto podjąć wysiłek by znaleźć punkt wspólny lub rozwiązanie kompromisowe czy też zrozumieć logikę stojącą za wypowiedzią innej osoby. Tak czy inaczej, szczególnie ostatni tekst daje nam kilkadziesiąt rekomendacji do działania poza obszarem akwizycji. Z pewnością nie są to projekty bezkosztowe, ale niekoniecznie liczone w miliardach czy nawet setkach milionów. Co oznacza, że są osiągalne przy odrobinie dobrej woli i rozsądku.

Mar 052019
 

Thomas Schelling napisał Arms and Influence pół wieku temu ale książka nic nie straciła na swej świeżości. Być może dlatego, że prezentowane w niej idee są głęboko zakorzenione w ludzkiej naturze, ta zaś się ani nie starzeje ani specjalnie nie zmienia. Dla nas ma fundamentalne znaczenie bo zmusza do refleksji nad dziedzictwem doświadczeń historycznych, chociaż lepiej by było powiedzieć nad okowami własnej mitologi luźno opartej na historii.

Dalszy tekst może dla czytelników zawierać treści kontrowersyjne o lekkim posmaku herezji i z pewnością jest dowodem na porzucenie mądrej rady „jeśli mówisz, co myślisz – myśl, co mówisz”. No cóż, na własne ryzyko.

Sam tytuł już przy najbardziej elementarnej analizie wskazuje, że można być uzbrojonym po zęby i nie mieć wpływu oraz odwrotnie, mieć wpływ bez broni. Przykładem z życia codziennego może być wpływ eksperta czy handlowca, nie mających żadnej władzy nad obiektem starań. Niemniej książka skupia się na wywieraniu wpływu wykorzystując nie broń lecz groźbę jej użycia oraz na opieraniu się takim wpływom.

Jest różnica pomiędzy zagrabieniem czego się chce a skłonieniem kogoś do oddania tego, pomiędzy odparciem ataku a spowodowaniem u kogoś obawy przed zaatakowaniem, pomiędzy utrzymaniem tego co ludzie próbują ci zabrać a wzbudzeniem obawy przed zabraniem, pomiędzy utratą tego co ktoś zabiera siłą a oddaniem z obawy przed ryzykiem lub szkodą. To jest różnica pomiędzy obroną a odstraszaniem, pomiędzy brutalną siłą a zastraszaniem, pomiędzy podbojem a szantażem, pomiędzy działaniem i groźbą.

Clausewitz twierdził, że celem wojny jest zmuszenie przeciwnika do poddania się naszej woli. Zwykle rozumiemy przez to pokonanie wroga z użyciem siły militarnej a więc zniszczenie jego wojskowych środków obrony. Tylko co dalej? Mamy wiele współczesnych konfliktów jak Irak, Afganistan czy Syria gdzie nie ma już po drugiej stronie zorganizowanej armii a mimo to chaos i zniszczenie trwa. Nikt nie poddaje się woli strony teoretycznie zwycięskiej. W Syrii nie ma chyba w ogóle strony zwycięskiej. Tak dramatyczna sytuacja jak w wymienionych krajach stawia brutalnie pytanie o cele wojny i sposoby ich osiągania.

Nawet całkowite zwycięstwo nad wrogiem co najwyżej oferuje możliwość egzekwowania przemocy na bezbronnej ludności przeciwnika. Jak wykorzystać tę możliwość w interesie narodowym lub szerszym kontekście może być tak samo ważne jak osiągnięcie zwycięstwa, lecz klasyczna sztuka wojenna nie mówi nam jak wykorzystać taką zdolność do zadania bólu. I jeśli któraś ze stron, zwycięska lub przegrana ma zamiar użyć czystej przemocy do wywarcia wpływu na wroga, to nie ma potrzeby czekać na całkowite zwycięstwo.

Strategia wojenna nie może być dłużej uważana za (…) naukę osiągania zwycięstw militarnych. Jest obecnie na równi, jeśli nie bardziej, sztuką przymusu, zastraszania i odstraszania. Narzędzia wojny służą bardziej do karania niż zdobywania. Strategia wojenna, czy tego chcemy czy nie stała się dyplomacją przemocy.

Repertuar środków rozszerza się znacząco poza siłę zbrojną i głęboko sięga do psychologii konfliktu. W momencie, w którym zdamy sobie z tego sprawę, odkryjemy że polityka wymuszania ustępstw jest dla nas o wiele bardziej groźna i realna niż zajęcie terytorium przez wroga, bo po co miałby to robić skoro może kierować naszą polityką szantażem, wymuszeniem i zastraszaniem? To z kolei powinno wymusić na nas (tak długo jak kierujemy się racjonalizmem) doprecyzowanie a wręcz zmianę strategii bezpieczeństwa państwa z wszelkimi skutkami w postaci struktury sił zbrojnych oraz nakładów na nią. Dla Marynarki Wojennej RP konsekwencje mogą być jeszcze większe.

Thomas Schelling zgrabnie zakreśla obszary zainteresowań w formie tytułu jednego z podrozdziałów:

Wojny pól bitewnych, Wojny ryzyka i Wojny bólu i zniszczenia.

Zanim dojdzie do wojny pól bitewnych toczymy znacznie dłuższą wojnę ryzyka i strachu przed bólem i zniszczeniem. Pomimo tego najwięcej swoich wysiłków, zasobów, starań i myśli koncentrujemy na bitwie toczonej przez walczące ze sobą armie. W potocznym rozumieniu odstraszanie polega na zbudowaniu siły militarnej zniechęcającej przeciwnika do kosztownego najazdu. Książka zaś mówi coś innego, przesuwając akcent gdzie indziej.

Tradycyjnie rzecz ujmując zbroimy się patrząc na możliwości przeciwnika a nie jego intencje. Niemniej odstraszanie skupia się właśnie na intencjach. Nie tylko na ocenie intencji wroga, ale na wpływaniu na nie.

John Mearsheimer podnosi podobną kwestię 35 lat później opisując dramat rywalizacji o hegemonię nad światem lub regionem. Hegemon musi być silniejszy niż jego rywal by czuć się bezpiecznie. No właśnie, czy musi BYĆ silniejszy czy też musi CZUĆ się silniejszym i dlaczego? Przecież intencje przeciwnika mogą być inne a wywrzeć wpływ można różnymi środkami. Czy naprawdę dodatkowe 50 okrętów dla US Navy odstraszy Chińczyków i zmieni ich politykę? Jeśli chcesz wygrać, zaprzecz strategii przeciwnika i tym samym zniwecz jego wysiłki. Dodatkowy lotniskowiec nie zapobiegnie wykupowi przez Chiny portów w Europie. A to daje Chinom wpływy.

Co to wszystko oznacza dla nas? Po 1989 roku strategia bezpieczeństwa opierała się na dwóch filarach – przynależności do NATO i Unii Europejskiej. Wszystko w nadziei, że obroni nas nie tylko litera traktatu ale również chęć obrony interesów gospodarczych ulokowanych w Polsce. Gdy spełniły się nasze nadzieje, strategia przekształciła się w potrzebę powstrzymania ataku na czas potrzebny sojusznikom do reakcji i wsparcia. Na poziomie planowania sił zbrojnych zamienia się to na pytanie o siłę i liczebność wojsk zdolnych do obrony przez określony czas. W ostatnich latach mamy kolejną ewolucję, której powody i kierunki wyjaśnia dobrze tekst Justyny Gotkowskiej z Ośrodka Studiów Wschodnich:

Sceptycyzm administracji Trumpa wobec multilateralnego podejścia daje możliwości zacieśnienia współpracy bilateralnej, a w jej ramach zwiększenia amerykańskiej obecności wojskowej na wschodniej flance, która wzmacniałaby obecność sojuszniczą wynegocjowaną w ramach kompromisu w NATO. Wbrew panującej w Europie Zachodniej opinii nie podważa to spójności Sojuszu, a wzmacnia odstraszanie. Państwa takie jak Polska są więc gotowe inwestować w dwustronne relacje z USA dla wzmocnienia regionalnego i własnego bezpieczeństwa

Ani niemieckie multilateralne podejście, ani promowana przez Francję europejska autonomia strategiczna nie dają realnej alternatywy dla zagwarantowania europejskiego i regionalnego bezpieczeństwa.

Patrząc na naszą aktualną strategię oczyma Thomasa Schellinga popełniamy chyba duży błąd i to podwójny. Inwestujemy w zwiększenie siły militarnej przyjmując za pewnik, że ma wartość decydującą w dyplomacji przemocy i wymuszaniu ustępstw jednocześnie nie zastanawiając się głęboko nad jej rzeczywistą wartością odstraszającą. Powodów do niepokoju jest kilka.

Coraz bardziej polegamy na stosunkach dwustronnych ze Stanami Zjednoczonymi co w rzeczywistości oznacza oparcie bezpieczeństwa na tymczasowej zbieżności interesów naszych z interesami coraz bardziej wymagającego hegemona. Łaska pańska na pstrym koniu jeździ jak mawia przysłowie i na dodatek ta zbieżność interesów nie jest poparta żadnym traktatem. Jesteśmy w sytuacji gorszej od Filipin. Doprowadziliśmy do sytuacji gdy część wojsk amerykańskich rotujących w Polsce będzie pod dowództwem NATO a część bezpośrednio dowodzona przez Amerykanów. Jest to obniżenie progu ryzyka dla chętnego skorzystać z okazji by przetestować spójność reakcji na prowokację. Kto bowiem ma reagować, Amerykanie czy NATO. Nic nie wiadomo również na temat samej reakcji gdyż jak Schelling pisze:

(…) jakkolwiek precyzyjnie określony jest przedmiot naszego zobowiązania, często jest niejasne co jesteśmy zobowiązani uczynić.

Jest pewien próg, poniżej którego nasze zobowiązania po prostu nie działają a sam próg jest często niejasny.

Przy braku traktatu połowa sił może nie czuć się zobowiązana do niczego. Gorzej, bo w przypadku realnego zagrożenia wojną siły amerykańskie są całkowicie uzależnione od współpracy Niemiec bo bez niej nie ma możliwości logistycznego wsparcia jakiejkolwiek poważnej operacji na obszarze Bałtyku. Rosjanie mają wystarczające środki do zablokowania takiego wsparcia drogą przez Cieśniny Duńskie. Możemy dyskutować, czy Europa stanowi lub kiedykolwiek będzie stanowiła alternatywę dla naszego bezpieczeństwa, ale niewątpliwie powinniśmy wsłuchać się w to co mówią Niemcy, Francja czy Rosja by zrozumieć ich intencje i znaleźć sposób jak na nie wpływać. Kolejna perełka z Schellinga:

Zyskujesz czyjąś uwagę skuteczniej słuchając kogoś niż mówiąc do niego.

Jaka więc powinna być nasza strategia bezpieczeństwa? Powinna zamieniać sytuację kryzysu a więc niepewności i niepełnej kontroli nad wypadkami na pewność gwarantowanej ceny, którą przeciwnik musi zapłacić za atak lub prowokację. Potencjalny przeciwnik powinien wierzyć, że żadne groźby czy próby wymuszenia nie mają szans powodzenia. Nasza strategia powinna podnosić stawkę i ryzyko dla przeciwnika poprzez sojusze. Gwarancja pewnej ceny w wąskim rozumieniu sił zbrojnych oznacza wysoką gotowość bojową czyli jednostki w pełni ukompletowane, dobrze wyposażone i wyszkolone. Jest to ważniejsze niż ich liczebność czy ogólna siła.. Szacunek, czy cena jest wysoka czy niska i czy warto ją zapłacić należy do przeciwnika. Do nas należy jej zagwarantowanie.

Wpływ na strukturę sił zbrojnych przy tak rozumianej strategii jest duży i wymaga odpowiedzi na pytanie o proporcje między składnikiem „ciężkim” i „lekkim” a także o integrację działania ze służbami cywilnymi oraz ratowniczymi państwa. Sprawność państwa i jego służb oraz ich odporność na chaos i dezorganizację mają takie samo znaczenie jak liczba brygad pancernych. Te same pytania odnoszą się do Marynarki Wojennej RP ale z góry można założyć, że wojenna rola floty będzie w czasie wojny pomocnicza i określona przez potrzeby działań na lądzie. Wówczas komponent „lekki” zyskuje na wadze. To, co się rzuca w oczy to brak Straży Przybrzeżnej. Nawet wzmocniona Straż Graniczna nie wypełni chyba luki pomiędzy „ciężkim” składnikiem Marynarki Wojennej, jeśli takowy zaistnieje a sobą samą. Budowa takiej formacji wraz z systemem rozpoznania jest chyba w zasięgu możliwości nawet przy realnie nikłych nakładach finansowych. Zwłaszcza, że możne tego dokonać małymi krokami w przeciwieństwie do części „ciężkiej” jak okręty podwodne czy duże okręty nawodne. Ich koszt jednostkowy będzie przez lata na celowniku księgowych planujących budżet. Już kiedyś na tym blogu padło zdanie, że musimy mieć marynarkę wojenną, która będzie miała rolę w systemie bezpieczeństwa państwa niezależnie od istnienia sojuszy lub nie. Jeśli będzie przydatna dla sojuszników to bardzo dobrze, ale nie może być odwrotnie, że posiadamy flotę użyteczną dla sojuszników ale bez swojej misji wobec ich braku. Jak zwykle decyzja należy do nas.

Jan 172019
 

Często się na zdarza, że nie rozumiemy decyzji polityków lub własnych szefów i odbieramy te decyzje jako absurd. Zwykle mają one uzasadnienie, ale na zupełnie innym poziomie abstrakcji dla nas rzadko dostępnym. Dlatego książkę wywiad z generałem Mirosławem Różańskim zatytułowaną Dlaczego przegramy wojnę z Rosją warto przeczytać ze szczególną uwagą i potraktować jako rzadką okazję do zajrzenia wgłąb wydarzeń przez dziurkę od klucza. Pana generała obowiązuje tajemnica więc trzeba zwrócić uwagę na między-wiersze, słowa klucze, niedopowiedzenia.

Pierwsze spostrzeżenie jest zaskakujące – dość sporo jest w tej książce o Morzu Bałtyckim, marynarce wojennej i roli Bałtyku w szerszej strategii. To niezwykle cenne, bo jak wielokrotnie na tym blogu powiedziano – w czasie wojny rola marynarki wojennej w naszym kontekście będzie w większości związana i zależna od planów walki na lądzie. W konsekwencji to generałowie a nie admirałowie nadadzą kształt flocie na czas wojny. Admirałom pozostaje wciąż poszukiwanie roli floty w szerzej pojętym pojęciu bezpieczeństwa państwa i taki wątek podskórnie również się w książce przewija.

Poniżej wybrane fragmenty z tekstu opatrzone komentarzem z podkreśleniami własnymi. Generał Różański zaczyna w pewnym momencie od sformułowania „wykurzamy” Amerykanów z Bałtyku. To już niesie informację, że oni tu są a więc nie mówimy o samotnej walce oraz, że dla przeciwnika jest istotne aby się ich z Bałtyku pozbyć. Dlaczego?

„Po pierwsze, zamykamy morską drogę ewakuacji dla wojsk amerykańskich, które już są w regionie. Po drugie, blokujemy szlak komunikacji. Ilość sprzętu potrzebna do działania Amerykanom jest tak duża, że bez transportu morskiego drogą morską nie będą w stanie operować na terenie Europy Wschodniej.”

Wytłuszczone słowa klucze dają nam pierwsze wskazówki co do potencjalnej roli marynarki wojennej w takim scenariuszu. Po pierwsze dla Rosjan jest ważne odizolować region od wsparcia z zewnątrz drogą morską. Konsekwentnie dla nas oznacza to cel negatywny czyli uniemożliwić przeciwnikowi taką blokadę. Po drugie i nic w tym odkrywczego, ruch może odbywać się w obu kierunkach a więc wsparcie zmierzające do teatru działań oraz ewakuacja z obszaru. Wzmianka, że bez drogi morskiej się nie obejdzie jest intrygująca i wprowadza nas w obszar „terra incognita” dla amatorów czyli w dziedzinę logistyki. Mamy szczęście bo pojawia się w tym samym czasie informacja o kontrakcie logistycznym na przerzut drogą morską sprzętu i zaopatrzenia dla związku taktycznego wielkości prawdopodobnie brygady.

Kontrakt między innymi wymaga w ciągu 45 dni zapewnienia zdolności do transportu pojazdów wyrażonej w długości linii załadowczej 5.000m oraz 1.000 jednostek TEU czyli kontenerów 20-stopowych. To dużo, czy mało? Zamieńmy to na transport kolejowy i w zależności od nośności wagonów i ich długości otrzymamy liczbę do 1.000 platform. Dla porównania w Polsce według Urzędu Transportu Kolejowego w 2017 roku było około 7.500 platform użytkowanych, z których tylko część nadaje się do przewozów intermodalnych. Dla wzmocnienia porównania wygląda na to, że PKP dysponuje około 60-70 platformami do przewozu pojazdów o wadze > 60 ton, czyli czołgów. Jeszcze inaczej – PKP Cargo reklamuje się na swojej stronie, że przewozi 400.000 kontenerów rocznie co znaczy że nasza brygada zajmie całkowite zdolności przewozowe na 1-2 dni. Teraz popatrzmy na mapę Polski – drogową i kolejową a raczej na plany budowy infrastruktury. Powyżej linii Poznań-Warszawa-Terespol mamy w zasadzie trzy linie kolejowe:

  • Szczecin – Gdańsk
  • Kostrzyń – Tczew
  • Kunowice – Poznań – Olsztyn z odnogami na Korsze (RUS) oraz Suwałki (LT)

Podobnie z drogami ekspresowymi gdzie istnieją lub są w budowie drogi Szczecin – Gdańsk, Szczecin – Bydgoszcz oraz Warszawa – Białystok z odnogą na Suwałki. Dość rzadka jest też sieć terminali intermodalnych we wspomnianym terenie za wyjątkiem oczywiście, portów. Wspomniane 1.000 platform to z kolei około 50 składów pociągów a więc na istniejącej infrastrukturze dość spore obciążenie. Dobrze, mówimy o jednej brygadzie, co dopiero o dywizji?

Inwestujemy w kierunek północ – południe, natomiast mamy jedną magistralę wschód – zachód w Polsce środkowej i jedną na południu. Żródło www.plk-sa.pl

Wracając na morze to powiedzmy ile statków/promów potrzeba do transportu wielkości zakontraktowanych. Kontenery to dość prosta sprawa – jeden feeder i jeden rejs wystarczy. Trudniejszy jest transport pojazdów. Niemniej dwa promy Polferries jak Cracovia i Mazovia wystarczą. Dla dopełnienia obrazu JHSV ma mniej więcej 600-700m linii załadowczej ale dużą prędkość czyli przykładowe dwie jednostki musiałyby „obrócić” cztery razy.
Komentarz o niezbędności transportu morskiego w operacji sojuszniczej staje się jasny. Ktoś może powiedzieć jak łatwo zatopić takie dwa czy trzy bezbronne statki ale równie łatwo jest zablokować dwie linie kolejowe już zatkane 50 składami na torach. Poza tym, nie muszą być całkiem bezbronne.

Szary będzie jeszcze brzydszy, ale ma być użyteczny a nie ładny. RO-PAX dla kompani wojska albo i więcej. Żródło www.rolls-royce.com

Skoro mówimy o liniach komunikacyjnych to każda taka linia ma swój początek i koniec, czyli porty. To kolejny temat rozmowy i kilka ciekawych uwag. W najszerszym kontekście porty to są elementy stałe na mapie czy na szachownicy i gen. Różański odpowiadając na prowokacyjne pytanie dziennikarza czy Bałtyk to takie morze bez znaczenia odpowiada:

„Mówiłem, że na Bałtyku nie doszło do żadnej znaczącej potyczki morskiej…Na Bałtyku gra się w kółko i krzyżyk. Kto zrobi pierwszy dobry ruch, ten dyktuje warunki”

W czasie ostatniej wojny światowej sprawę aktywności floty radzieckiej rozstrzygnęła ofensywa na lądzie i zajęcie baz morskich. Później gdy sytuacja się odwróciła, porty wybrzeża Bałtyku były jedyną drogą ewakuacji dla ponad miliona niemieckich żołnierzy i uchodźców. I to w sytuacji radzieckiej przewagi w powietrzu. Wzajemna topologia baz morskich oraz dostępu do morza jest przedmiotem badań teoretycznych jak w przypadku prac Milana Vego a w przeszłości artykułów i poglądów niemieckiego admirała Wolfganga Wegenera. Teraz NATO i Rosja próbują na tym samym terenie grać w kółko i krzyżyk. Zasięg współczesnej broni umożliwia taki sposób widzenia wojny na Bałtyku czy raczej wokół Bałtyku, jakkolwiek brak rozpoznania satelitarnego znacznie ograniczenia nasze możliwości w tym względzie. Jak podkreśla generał Różański, Rosjanie w przeciwieństwie do nas mają system zabezpieczenia portów. Kryl był ale się zbył. Problem ochrony portów rozciąga się szerzej na śledzenie tego, co się dzieje pod wodą:

„Właściwie nie jesteśmy w stanie powiedzieć, co się tam (pod wodą i w portach) dzieje. Sporadycznie penetrujemy ten obszar za pomocą okrętów podwodnych.”

Pytanie czy okręty podwodne to najbardziej efektywny i ekonomiczny sposób do „penetrowania” przestrzeni pod wodą w bliskim nam obszarze i czy Orka w takim razie musi mieć rakiety manewrujące. To zadania raczej sprzeczne. Wychodząc na powierzchnie i dalej na brzeg mamy w książce wzmiankę o oczywistej konieczności posiadania obrony przeciwlotniczej. W domyśle baz morskich też i taki był zamysł Planu Modernizacji z 2013 roku.

Cały „morski” wątek nieprzypadkowo znalazł się w rozdziale „Zamęt” i jest to słowo klucz w tej książce. Scenariusz konfliktu oraz jego części morskiej opiera się na hipotezie starej miny postawionej nieprzypadkowo na trasie tankowca, której eksplozja doprowadza do katastrofy ekologicznej. Ponownie uwypuklenia tekstu nie są przypadkowe. Mamy bowiem ciąg słów mina – katastrofa ekologiczna – zamęt dająca wyraźne wskazówki z czym możemy mieć do czynienia w pierwszym rzędzie i w konsekwencji jakie instytucje bedą zaangażowane oraz jakie zdolności powinny posiadać. Generał Różański ani nie tworzy tego scenariusza tylko pozwala na jego rozwiniecie przez swojego rozmówcę, ani mu nie zaprzecza. Jednocześnie nie próbuje naprowadzić dyskusji no bardziej kinetyczny scenariusz co mogłoby wskazywać na jego większe prawdopodobieństwo. Po prostu pokazuje jak taka sytuacja obnaża nasze słabości systemowe i wystawia na cios „miękkie podbrzusze”. To określenie świetnie pasuje do naszych wód przybrzeżnych czy też wyłączności ekonomicznej.

Właściwie to już mamy zarys szansy rozwoju dla Marynarki Wojennej tylko chyba przeoczony albo zignorowany. Podpisany kontrakt realizuje pewnie nasze zobowiązania wobec NATO oraz zaspakaja część potrzeb logistycznych i nie jest ważne czy te zdolności będą używane do ekspedycji sił narodowych czy do transportu wsparcia w naszym regionie czy też do ewakuacji. Wychodząc z tego punktu widzenia Marlin jako środek transportu wraz z ochroną portów i rozwiniętym systemem rozpoznania staje się punktem wyjścia. Okręt transportowo-logistyczny jak niegdyś proponowane UTL czy WOWOSZ oferuje tylko ułamek niezbędnych zdolności przerzutu sprzętu wojska i zaopatrzenia ale w czasie znacznie krótszym niż 45 dni i bez ograniczeń wynikających z umowy cywilno-prawnej. Jest to także zadanie o wiele łatwiejsze do realizacji dla naszych stoczni. Marlin załadowany wzmocnioną kompanią w pełni wyposażoną w drodze do celu zdefiniowanego przez Sztab jest argumentem prawdopodobnie bardziej przemawiającym na rzecz eskorty niż misje dyplomatyczne fregat. Nie zapominajmy, że to MON jest płatnikiem a nie BBN.

Temat fregat jest zresztą poruszony i też w charakterystyczny sposób. Generał Różański nie zaczyna tego wątku w ogóle a sprowokowany pytaniami dziennikarza kwituje sprawę enigmatycznym stwierdzeniem o braku „specjalnego entuzjazmu” wśród marynarzy. Temat można rozwijać i doszukiwać się wielu interpretacji, ale bezpiecznym jest stwierdzić, że opinie na temat fregat są podzielone. Co ciekawe, brak kategorycznego odrzucenia idei fregat ze strony Pana Generała oznaczać może, że generalicja dała szansę na otwartą propozycję nie mając jednocześnie przekonania do idei. Jeśli tak jest, to po co walić uparcie głową w mur. W końcu sam były Dowódca Generalny daje nam odrobinę wglądu jakiego wsparcia armia i państwo potrzebowałyby ze strony marynarki wojennej. Dodajmy już modernizowane siły przeciwminowe, wzmocnienie Straży Granicznej, dalszą integrację C2 i nasze podbrzusze zaczyna być umięśnione.

Aug 192018
 

CAPT. Wayne Hughes i jego klasyczna pozycja „Fleet Tactics…” doczekała się trzeciego wydania i… współautora. Jest nim RADM. Robert P. Girrier, który miał przywilej bycia kierownikiem pierwszego w historii US Navy wydziału systemów bezzałogowych. Dlaczego jest to pozycja popularna i czytana? Rozwój technologii i taktyki są nierozerwalnie ze sobą związane i jest to zależność interaktywna. Taktyka z trudem zdobyta przez doświadczenie i symulacje żąda określonych możliwości technicznych. Z kolei gwałtowny rozwój technologii oferuje nowe możliwości taktyczne. Centralnym motywem książki jest zasada „attack effectively first”, co nasuwa nam na myśl przysłowie „kto pierwszy, ten lepszy”. Niestety jakkolwiek chwytliwe, takie tłumaczenie traci na precyzji, bowiem znika ważne słówko „effectively”. Lepiej więc powiedzieć, „atakuj pierwszy, ale skutecznie!” Do precyzji języka wrócimy później.

Tytułowa książka była z pewnością czytana przez wielu decydentów i szeroko dyskutowana, czy miała jednak wpływ na taktykę lub strukturę sił US Navy? Próba odpowiedzi na to pytanie jest, o dziwo całkiem istotna dla Marynarki Wojennej RP. Na pierwszy rzut oka treść książki pozostaje bez większego echa. Fleet Tactics… skupia się na bitwie i jak ją wygrać a ostatnią wielką bitwę morską US Navy stoczyła w 1944 roku. Jest to demonstracja prostej tezy, że większość czasu marynarki wojenne świata spędzają na wykonywaniu żmudnej, lecz pożytecznej pracy w czasach pokoju. Co jakieś 20 lat mamy kryzys i od flot oczekuję się demonstracji siły czy mniej lub dalej idącej perswazji lub ich antytezy lub wręcz interwencji. US Navy od chwili swojego powstania spędziła na wojnie z mniej więcej równorzędnym przeciwnikiem około 6% czasu w trakcie pięciu wojen. Dla porównania, Polska Marynarka Wojenna brała udział tylko w jednej wojnie i stanowi to podobnie około 6% czasu jej istnienia. Nic więc dziwnego, że w czasie pokoju, gdy floty próbują zachować status quo nowe idee trudno się przebijają. Dopiero ponowne pojawienie się równorzędnego oponenta jak PLAN dla US Navy zaowocowało dość pośrednim wpływem wniosków z analizy równania salwy w postaci „distributed lethality”.

Być może najbardziej intrygującym wątkiem książki jest odniesienie do złotego wieku taktyki z przełomu XIX i XX wieku gdy rozwój taktyki opierał się na kalkulacjach i obliczeniach, choćby prymitywnych z naszego punktu widzenia współczesnego człowieka. Autor wręcz zachęca do wyciągania własnych wniosków, a nie brania na wiarę jego własnych konkluzji. Tak więc, dalej tekst jest własną próbą analizy, choć z góry uprzedźmy, że dochodzimy do potwierdzenia tez z książki.

Gwoli wprowadzenia przypomnijmy równanie salwy. Mówi o stratach poniesionych przez obie strony walczące wyliczanych jako różnica netto siły ofensywnej strony atakującej i siły defensywnej siły broniącej się, podzielonej przez odporność jednostkową obrońców.

Jednostki.Utracone = (Liczba.Jednostek.Atakujących * Siła.Ofensywna.Jednostki – Liczba.Obrońców * Siła.Defensywna.Jednostki)/Odporność.Na.Ciosy.Obrońcy

Równianie ma dwa człony gdyż dotyczy obu stron walczących, które w sytuacji jednoczesnego ataku równocześnie są stroną atakującą i broniącą się.

Do równania można, a nawet trzeba wprowadzić pewne współczynniki korygujące jak zdolność i jakość rozpoznania czy też „alertness” bądź czujność. Są to mnożniki pozwalające na urealnienie czysto teoretycznych spekulacji i dopasowania ich do historycznych wyników czy przykładów.

Celem wprowadzenia w temat możemy sobie wyobrazić hipotetyczny konflikt Orkana i popularnej ostatnio fregaty Adelaide. Jakkolwiek liczby w przypadku fregaty mogą być różne od rzeczywistych, pokazują o co chodzi i każdy może je zastąpić swoimi.

Atakuje Orkan (1 * 8 – 1 * 5)/2 = 1 1/2 czyli obezwładnienie
Atakuje Adelaide (1 * 4 – 1 * 1)/1 = 3 czyli klasyczny „overkill”

Werdykt – remis pod warunkiem jednoczesnego odpalenie dobrze nakierowanej salwy. Uprzedzając argumenty, oczywiście fregata może użyć śmigłowca do ataku co wprowadzi nas natychmiast w sferę taktyki, bo przykładowo wypuszczenie w powietrze śmigłowca zajmuje czas a wygrywa pierwszy, czyli ten kto posiada lepsze rozpoznanie.

Jak zapewnić sobie zwycięstwo poruszając się na razie w ramach zmiany pięciu technicznych zmiennych równania salwy? W co warto inwestować by obrona była skuteczna? Zacznijmy od wyliczenia wyników równania dla wszystkich kombinacji zmiennych równania dla obu stron. W następnym kroku spróbujmy podwajać kolejno każdy parametr i policzyć Zysk Netto liczony jako różnicę liczby przypadków dających zwycięstwo i porażkę. Wyniki prezentują dwie poniższe tabele. Różnica tkwi w założeniach. Oba przypadki dotyczą początkowo sił symetrycznych, a więc takiej samej liczby i takich samych parametrów dotyczących siły czy odporności. Pierwsza tabela opisuje okręty o takiej samej sile ofensywnej co defensywnej a druga dotyczy okrętów o sile ofensywnej dwukrotnie większej niż siła defensywna. Trzeci przypadek gdy siła defensywna jest dwukrotnie większa od siły ofensywnej okrętu daje zawsze sytuacje patową czyli nikt nigdy nie wygrywa i dlatego nie jest prezentowana w postaci tabelarycznej.


Najlepszy wynik w górnej tabeli daje nam liczebność jednostek, przy czym najczęstszym wynikiem różnych kombinacji zmiennych jest sytuacja patowa. Aby przechylić szalę zwycięstwa na którąś ze stron potrzeba lepszej taktyki skodyfikowanej w doktrynę i wyszkolenia załóg. Na drugim miejscu mamy zwiększanie siły ofensywnej jednostek co prowadzi nas do tabeli poniżej.
Ponownie najlepszy wynik uzyskujemy zwiększając liczebność sił, ale teraz najczęstszą sytuacją jest wzajemna anihilacja. Jeśli obie strony uderzą jednocześnie, następuje zniszczenie wzajemne i całkowite obu sił. Taka sytuacja premiuje stronę o lepszym i szybszym rozpoznaniu. Na drugim miejscu jest zwiększenie siły defensywnej co prowadzi nas do niepublikowanej tabeli z wynikiem – kompletny pat.

Prosta zabawa doprowadza nas do całkiem praktycznych wskazówek co do kierunków inwestycji. Wynik sugeruje inwestycje w możliwie największą liczbę jednostek „symetrycznych” czyli o zrównoważonej sile ofensywnej i defensywnej, rozpoznanie oraz taktykę/doktrynę i wyszkolenie. Analiza nie mówi nic o wielkości okrętów, byle by były „symetryczne”. Tak naprawdę dotyczy to całości sił zaangażowanych w bitwę, czyli zespołu złożonego ze zróżnicowanych jednostek pływających i instalacji lądowych. Więcej o kompozycji sił powie nam budżet oraz zadania nie uwzględnione w równaniu salwy a związane ze wspomnianym wcześnie użytkowaniem pokojowym floty przez 96% czasu. Osobnym tematem jest również walka z przeciwnikiem pod wodą, choć okręty podwodne można „wcisnąć” w podobne równania. Miny już będzie trudniej i sztuczniej.

Kontynuując wątek, „symetryczny” może być zespół fregaty i nadbrzeżnej baterii rakietowej, choć za podobne pieniądze pewnie można kupić trzy korwety, czyli zespół liczniejszy. Decydować będą czynniki strategii państwa i przydzielone zadania. Kutrów rakietowych można kupić za wspomniane pieniądze jeszcze więcej, lecz są to jednostki zbyt wyspecjalizowane do walki ofensywnej by były użyteczne do innych zadań. Jeszcze innym rozwiązaniem oferowanym przez technologię i dyskutowanym w książce jest połączenie systemów załogowych i bezzałogowych w różnych proporcjach. Wayne Hughes powołuje się na prace CAPT Jeffrey’a Cares, który przeciwstawił sobie w teorii dwa zespoły okrętów – konwencjonalnych z rozproszonymi opartymi o okręt – bazę i USV. Za okręt – bazę posłużył LCS i wynik był korzystny dla siły rozproszonej z zastrzeżeniem, że dzisiaj nikt nie wie jaki będzie wynik walki sieć kontra sieć. Dla nas to oznacza, że przykładowo trzy Mieczniki, Czaple czy Ślązaki wsparte 2-3 dronami uzbrojonymi w systemy defensywne lub ofensywne mogą być istotną przeciwwagą dla klasycznego przeciwnika nawet 2-3 krotnie silniejszego (według Hughes’a).

Jak dotąd posługiwaliśmy się dość enigmatycznym pojęciem siły ofensywnej i defensywnej. Dlaczego nie wgłębić się trochę bardziej i zidentyfikować część ograniczeń? Najłatwiej zacząć od odporności okrętów na uderzenia rakiet przeciw-okrętowych. Różne badania dają trochę odmienne wyniki, zwłaszcza że historia ASM jest krótka a ich bojowe użycie dość rzadkie. Niemniej dla jednostek poniżej 2.000 ton można przyjąć, że jedno trafienie obezwładnia okręt a dwa go zatapiają.

Konfrontację typowych środków napadu powietrznego i obrony przedstawia poniższa tabela. Założeniem jest samoobrona pojedynczego okrętu z użyciem własnych systemów uzbrojenia i wykrywania celu.

Pierwsze dwie kolumny symulują atak rakiety manewrującej lecącej na niskiej wysokości. Przechwycenie następuje na dystansie 10km przy czym dystans ten gwałtownie maleje wraz ze wzrostem prędkości rakiety ASM. Pocisk naddźwiękowy stawia wysokie wymagania dla czasu reakcji systemu oraz prawdopodobieństwa wykrycia. Jakkolwiek czas lotu ASM i teoretyczna szybkostrzelność wyrzutni pozwala na odpalenie od kilku do kilkunastu rakiet, może się to okazać iluzoryczną szansą na obronę. Dla obrony przed takim atakiem wystarczy rakieta przeciwlotnicza o skutecznym zasięgu 10km i głowicą samonaprowadzającą w sytuacji ataku saturacyjnego. Istotnym ograniczeniem będzie pojemność magazynu amunicji, czyli rakiet. W celach czysto spekulacyjnych dla zilustrowania wagi problemu przyjmijmy, że taki atak saturacyjny może nastąpić raz w tygodniu, oraz że kuter rakietowy może się obronić przed salwą czterech rakiet, korweta ośmiu a fregata szesnastu. Ponadto ich autonomiczność wynosi odpowiednio jeden, dwa lub trzy tygodnie. Wówczas magazyny dla kutra rakietowego powinny mieć pojemność od kilku do kilkunastu rakiet przeciwlotniczych, korweta od kilkunastu do kilkudziesięciu a fregata kilkadziesiąt i to powyżej 50-60 sztuk.

Sytuację można dość tanio i prosto polepszyć przez zastosowanie systemu podobnego do TALONS, czyli coś w rodzaju latawca na uwięzi wyposażonego w środki obserwacji rozszerzające zasięg wykrycia do 30km. Rakieta AA o skutecznym zasięgu 17km daje szansę na pogłębienie obrony i maksymalne wykorzystanie jej możliwości. Do wymagań wobec rakiety dojdzie pewnie łącze do korekty kursu. System powoli zaczyna się komplikować.

Trzecia kolumna w tabeli wyjaśnia potrzebę rakiet przeciwlotniczych dalekiego zasięgu jak wpierw Terrier a potem Standard SM-1 i w końcu SM-2. Rosyjskie bombowce Tu-22 w czasie wojny przenosiły po trzy rakiety hipersoniczne AS-4 Kitchen. Rakiety ważyły 5 ton i leciały na wysokości 10-20km. Ich tonowa głowica oraz prędkość nadała im przydomek „carrier killer”. Wówczas powstała koncepcja „Outer Air Battle” czyli obrony strefowej. Najpierw myśliwce pokładowe Tomcat z rakietami Phoenix miały zniszczyć bombowce przed odpaleniem rakiet ASM a dopiero potem rakiety przeciwlotnicze jak Terrier miały przechwytywać ASM w czasie ich dolotu do momentu ataku końcowego. Ostatnią linią obrony były systemy samoobrony (point defence) w postaci SeaSparrow. Phalanx jako broń ostatniej szansy przyszedł nieco później. Symulując atak za pomocą takiej rakiety odległość przechwycenia wynosi 80km co wyjaśnia potrzebę rakiet przeciwlotniczych o dużym zasięgu. Jednak z upadkiem Związku Radzieckiego i zakończeniem zimnej wojny powód do posiadania takich rakiet zaczął zanikać. Zaczęły dominować rakiety manewrujące latające na niskich lub bardzo niskich wysokościach a technologia zaczęła być dostępna znacznie szerzej niż tylko dla czołowych potęg militarnych świata. Skąd więc nieprzerwane zainteresowanie takim uzbrojeniem? Ponownie technologia przychodzi z pomocą. Pierwszy powód to obrona przed rakietami balistycznymi a drugi to powracająca możliwość kierowania rakietami przez inne platformy niż odpalająca. Sieć pozwala na wykorzystanie maksymalnego zasięgu rakiety przeciwlotniczej.

“TO” próbowano nazywać fregatą. Szczytowe osiągnięcie obrony przeciwlotniczej przed Aegis. Tartar FCS z New Threat Upgrade. Foto www.seaforces.org

Tu miejsce na dygresję. W języku militarnym amerykańskim mamy „layered defence” oraz „area defence”, które nie są do końca tym samym chociaż dość nieszczęśliwie są tłumaczone na polski w ten sam sposób jako obrona strefowa. „Area defence” to raczej epoka lat 80-tych i termin, który się pojawił wraz z autopilotem oraz łączem do korekty kursu. Takie rozwiązanie technologiczne pozwoliło na zwalczanie celów atakujących sąsiednie okręty czyli wzajemne wsparcie w szyku rozproszonym na maksymalnym dystansie. Trzecim powodem wiecznie młodym jest konieczność zwalczania samolotów czy innych środków rozpoznania.

Dwie ostatnie kolumny tabeli opisują dwa warianty ataku lotniczego z wykorzystaniem bomb szybujących. Wojna o Falklandy była dowodem na dość dużą skuteczność systemów okrętowych w zwalczaniu samolotów atakujących za pomocą klasycznych bomb grawitacyjnych. Bomby szybujące pozwalają teoretycznie na ich zrzut spoza zasięgu obrony, jeśli nie dysponuje ona obroną strefową (w rozumieniu przed chwilą podanym). Jednak zastosowanie prostej taktyki dolotu do punktu zrzutu na niskiej wysokości poniżej radaru w połączeniu z szybkim wznoszeniem na wymaganą wysokość daje efekt korzystny dla strony atakującej. Samolot jest w stanie zrzucić bomby i zrobić unik w dół by zniknąć z pola widzenia radaru zanim dosięgnie go wystrzelona rakieta. Symulacje przeprowadzono dla dwóch profili ataku – zrzut z lotu poziomego na wysokości 6.000m i w odległości 50km od celu oraz w locie wznoszącym na wysokości 600m i w odległości od celu 30km. Dla uczciwości należy dodać, że własne lotnictwo ma równie słabe szanse na przechwycenie samolotów wroga przed zrzuceniem bomb. Nawet przy 2 minutowej gotowości do startu będzie to możliwe tylko w niewielkim obszarze i przy ściśle określonej geometrii pola walki. Tak więc argument o teoretycznej osłonie przed atakiem z użyciem bomb szybujących za pomocą pary dyżurnej myśliwców poderwanej z lotniska jest bardzo mało realny.
Jeśli tak, to albo czekamy na nowe rozwiązania natury technologicznej, albo wracamy do taktyki. Być może rozwiązaniem jest atak sekwencyjny dający więcej czasu lotnictwu lub atak w złych warunkach meteorologicznych, gdyż sensory elektrooptyczne jak i fale milimetrowe dają gorsze wyniki w czasie np. deszczu czy śniegu. Całkiem innym podejściem jest obrona przez atak, czyli powrót do obrony strefowej – najpierw prewencyjny atak na lotniska i przejście do samoobrony.
Z drugiej strony, jeśli jest tak źle to czemu nie odwrócić tej monety i nie zastosować bomb szybujących odpalanych z wyrzutni HIMARS tak jak to próbuje czynić SAAB w kooperacji z Boeing’iem. Zasięg 150km z broszur umożliwia pokrycie całych połaci strefy EEZ a nawet dalej, za prawdopodobnie połowę ceny rakiety ASM.

Na zakończenie trochę zimnej wody na rozpalone głowy miłośników technologii. Wśród studentów Wayne’a Hughes’a był John C. Schulte, który zebrał wszystkie znane publicznie przypadki użycia rakiet ASM w walce aż do roku 1994. Podzielił cele na trzy kategorie – bezbronne, uzbrojone lecz nie podejmujące obrony i faktycznie się broniące. Prawdopodobieństwo trafienia rakietą mierzone jest jako stosunek rakiet odpalonych do trafień. Nie jest to efektywność ani obrony ani ataku tylko wynik czegoś co von Clausewitz nazywał tarciem lub my moglibyśmy nazwać oporem materii.

  • Rakiety trafiały cele bezbronne z prawdopodobieństwem 91%. Dobry wynik choć mamy szansę, że w salwie ośmiu rakiet czasami jedna nie trafi.
  • Okręty broniące się aktywnie zostały trafione z prawdopodobieństwem 26%, czyli co czwarta rakieta jest dobrze wycelowana i przedziera się przez obronę.
  • Jednostki nie podejmujące obrony choć mające taką możliwość są intrygujące. Prawdopodobieństwo trafienia wynosi 68%, tylko dlaczego jest tak różne od 91% jeśli ani jedna kategoria ani druga nie broniły się? Wyjaśnieniem może być bardziej psychologia niż technologia i zachowanie ludzi w stresie mających świadomość, że obrona może być skuteczna.

Autor raportu zdawał sobie sprawę, że rozwój rakiet ASM jest gwałtowny i trudno porównywać Styx z Exocet. Wydzielił więc osobno liczby dla przypadków od 1982 roku czyli Wojny o Falklandy. Liczby wynoszą odpowiednio:

  • Cele bezbronne 98%
  • Cele nie podejmujące obrony 63%
  • Cele broniące się 45%

Widać wyraźny spadek skuteczności ataku, chociaż wciąż co druga rakieta przedziera się przez obronę. Z drugiej strony coraz mniej okazji do weryfikacji danych. W przeszłości najskuteczniejszym środkiem obrony były zakłócenia i pułapki. Odnosząc się do wcześniejszej dyskusji tylko w jednym przypadku rakieta została zniszczona za pomocą obrony średniego zasięgu. Od tego czasu mamy chyba tylko cztery znane przypadki użycia ASM tylko nieznacznie modyfikujące dane:

  • 2006 – Atak na izraelską korwetę zakończony trafieniem w okręt i pobliski bezbronny statek
  • 2016 – Atak na prom High Speed Vehicle zakończony trafieniem
  • 2016 – Atak dwóch rakiet na amerykański niszczyciel Aegis z czego jedna zneutralizowana przez obronę a jedna spadła do wody.
  • 2013 – W czasie testów systemu Aegis dron symulujący atak trafia amerykański krążownik. Nie potwierdzono, czy okręt podjął próbę obrony więc nie wiadomo, do której kategorii zakwalifikować przypadek.

Ten ostatni przypadek dodaje smaku gdyż nieuzbrojony w głowicę bojową dron obezwładnił duży okręt i wyeliminował go z linii.

Istnieją o wiele bardziej złożone modele walki i pewnie każda marynarka wojenna ma swój własny czy preferowany. Do takich modeli należy też podchodzić z dużą dozą ostrożności bo daje on pewne wskazówki do rozważań, ale nie definiuje przyszłości w sposób deterministyczny. Wciąż również trwa wyścig pomiędzy obroną i atakiem, w końcu nikt nie odwołał trzeciej zasady dynamiki Newtona – akcja rodzi reakcję. Niemniej tego typu obliczenia dają większe szanse na owocną dyskusję niezależnie od poziomu profesjonalizmu dyskutantów.

Jun 242018
 

Historia meandrów powstania i tworzenia kolejnych edycji strategii US Navy poza gronem specjalistów może się wydawać ciężką strawą. Dla szerszego grona czytelników godne polecenia są więc dwie lektury opisujące wspomnianą historię w sposób przystępny a wręcz miejscami lekki. Pikanterii dodaje wiele szczegółów dotyczących kluczowych osób oraz admirałów biorących udział w procesie. Pierwsza pozycja ma szerszy horyzont czasowy i jest bardziej zdyscyplinowana jako rozwinięcie tezy końcowej z Naval Postgraduate School – Peter D. Haynes Toward a New Maritime Strategy. American Naval Thinking in the Post-Cold War Era. Druga pozycja jest napisana w stylu wręcz dziennikarskim, ze swadą i nie unikając kontrowersyjnych stwierdzeń – Thomas P.M. Barnett The Pentagon’s New Map. War and Peace in the Twenty-First Century.

Każdy z tej lektury może wynieść coś innego, ale najbardziej pasjonującym momentem jest chyba przełom 1991 i 1992 roku gdy w ramach prac grupy zwanej Naval Force Capabilities Planning Effort (NFCPE) Bill Manthorpe z ONA zaprezentował tylko jeden slajd. Ten slajd zapoczątkował dyskusję trwającą do dzisiaj na temat roli US Navy i jej struktury. Wynik debaty ma podstawowe znaczenie dla budżetu i procesu planowania nowych systemów uzbrojenia. Mówimy o dziesiątkach miliardów dolarów rocznie więc nic dziwnego, że siły zaangażowane w obronę różnych opcji były i są potężne. Krótki passus o zamianie czasownika „achieve” na „use” skutkujący ograniczeniem liczebności sił podwodnych pozostawia czytelnika z glębokim zdumieniem i niedowierzaniem. Sprawa staje się jeszcze bardziej fascynująca po umieszczeniu jej w szerszym kontekście. Praca NFCPE doprowadziła do stworzenia najbardziej wpływowej koncepcji strategicznej USNavy od czasów zimnowojennej Maritime Strategy. Ta z kolei miała niezwykłą siłę sprawczą bo jak zauważa Peter Haynes:

W kategoriach ogólnej strategii Stanów Zjednoczonych ani przeznaczenie marynarki wojennej ani jej struktura sił nigdy nie były oczywiste. Dlatego, w konsekwencji marynarka posyłała swoich najlepszych i najbadziej obiecujących oficerów do Pentagonu do kierowania programami rozwoju systemów uzbrojenia dla floty.

Sam slajd jest niezwykle prosty. Pokazuje, że zagrożenie ze strony równorzędnego przeciwnika jest cykliczne (sinusoidalne) z okresem około 20 lat. Ponadto, że suma wszelkich innych zagrożeń mających źródło w konfliktach regionalnych rośnie, ale jest nieporównywalnie mniejsza niż zagrożenie wynikające z wyzwania innego państwa pretendującego do roli hegemona. Praktycznie w roku 1991 oznaczało to, że nie należy spodziewać się następnego cyklu wcześniej niż w 2010 roku. Patrząc z perspektywy możemy to potwierdzić, tylko wtedy padło pytanie co US Navy ma robić przez kolejne 20 lat? Według Thomasa Barnetta zażarte dyskusje doprowadziły do podziału grupy roboczej na trzy obozy:

  • „Transitioneers” skupiali się na opanowaniu mało przewidywalnego rozwoju wypadków po rozpadzie Związku Radzieckiego a więc na zboczu opadającym krzywej Manthorpe’a opisującej upadek równorzędnego przeciwnika. Grupa składała się głównie z oficerów floty nawodnej i piechoty morskiej. Wychodząc poza tezy autora przypiszmy jej funkcję „Dyplomacji Morskiej” zarówno z użyciem przymusu jak i bez.
  • „Big Sticks” podzielali poniekąd poglądy pierwszej grupy skupiając się na niepewnym czasie pomiędzy szczytami cyklu, ale uważali że należy się skoncentrować na wygaszaniu większych regionalnych konfliktów do czego potrzebne są spore zdolności bojowe. Do tej grupy należeli przede wszystkim piloci z lotniskowców i wszyscy orędownicy użycia lotniskowców jako głównej siły uderzeniowej floty. Podobnie jak poprzednio, nazwijmy ich główne zadanie jako „Uderzenie z Morza”.
  • „Cold Worriers” byli zainteresowani tylko i wyłącznie następnym cyklem czyli kolejnym kandydatem na hegemona próbującym rzucić wyzwanie Stanom Zjednoczonym na morzu. Grupa złożona głównie z oficerów floty podwodnej skupiała się na długofalowej przewadze technologicznej i uzbrojeniu tylko i wyłącznie „z górnej półki” ignorując okres przejściowy. Ich zadanie nazwijmy „Panowanie na Morzu”.

Następne dwie dekady pokazały kluczowy problem wielkich organizacji, zwłaszcza silnie hierarchicznych. Bezwładność decyzyjna powoduje desynchronizację pomiędzy okresem cyklu decyzyjnego i cyklu zagrożenia czyli krótko mówiąc dysfunkcję. Na obronę należy stwierdzić, że w przypadku okrętów wojennych okres 20 lat to w zasadzie dopiero półmetek życia a okres projektowania i budowy fregaty czy niszczyciela to około 10 lat. No cóż, nic tak nie destabilizuje układu oscylacyjnego jak wprowadzenie opóźnienia na wejściu. Tyle dygresji inżyniera.
Prace nad strategią zaowocowały dokumentem „…From the Sea”, który łączył w sobie koncepcje „Big Sticks” zakładając posiadanie panowania na morzu a priori. Nic więc dziwnego, że US Navy nie wykazywała żadnego zainteresowania czymkolwiek mniejszym lub słabszym od niszczycieli a i te istniały tylko jako eskortowce dla lotniskowców. Kolejny dysonans powstał na styku Pentagonu i Kongresu bo ponownie odwołując się do Petera Heynesa:

Kongres jak i naród amerykański miał wąskie, nie-systemowe rozumienie przeznaczenia sił zbrojnych, które tylko miały zapobiegać wojnom i je wygrywać.

Przyjęcie posiadania panowania na morzu a priori oznaczało spadek zainteresowania ochroną szlaków żeglugowych. Stare fregaty masowo odeszły do rezerwy i w zapomnienie.

Z biegiem czasu coraz trudniej było marynarce uzasadniać żądania budżetowe dla systemów rodem z zimnej wojny wobec braku istotnego zagrożenia w średniej perspektywie. Gdy w końcu zainteresowano się okrętami bardziej adekwatnymi dla środowiska przybrzeżnego o ograniczonym zagrożeniu, przedłużający się proces rozwoju LCS zaskoczył marynarkę w momencie wchodzenia na krzywą wznoszącą kolejnego zagrożenia ze strony równorzędnego przeciwnika. Zamiana LCS na fregatę z tego punktu widzenia może się okazać ponowną demonstracją bezwładu, bo zbliżając się do szczytu zagrożenia fregata będzie zabierała pieniądze z budżetu dla niszczycieli co może napotkać na duży opór. Rozwiązaniem psychologicznie trudnym byłoby zaakceptowanie faktu, że panowanie na morzu nie jest dane tylko trzeba je dopiero wywalczyć, czego powoli nie pamiętają już nawet najstarsi oficerowie floty.

Lotniskowce ze swoją świtą są z pewnością w stanie rozwiązać drobne konflikty. Tylko dlaczego 10 mld $ za sztukę i dlaczego 12 sztuk? I jak długo trzeba czekać na równorzędnego przeciwnika? Ostatni był w 1944.

Powracając do książek obaj autorzy reprezentują pogląd, że należy skupić się na pozytywnym budowaniu bezpieczeństwa poprzez ochronę światowego systemu handlu morskiego czy eliminowaniu regionalnych konfliktów zanim zamienią się w coś nieogarnionego. Pozytywne wspieranie procesów globalizacji i wymiany handlowej daje trwałe podstawy dla budżetu US Navy niezależne od cyklu zagrożenia ze strony równorzędnego przeciwnika. To wymaga przejścia od strategii czysto wojennomorskiej (naval) do morskiej (maritime). Przeszkodę Peter Haynes widzi w samej marynarce i cytuje admirała Arleigh Burke’a:

Ludzie służący w marynarce nie wiedzieli wiele o strategii… To dlatego nie mieliśmy żadnej organizacji tworzącej argumenty na rzecz floty lub jej broniącej…. Cierpieliśmy z powodu niewiedzy o tym, do czego w ogóle jest marynarka wojenna.

Kilkanaście lat później wsparcie dla koncepcji strategii morskiej opartej o „systemowe” zadania wynikające z sytuacji braku równorzędnego przeciwnika przyszło z gier wojennych przeprowadzonych w Naval War College w 2006 roku. Gry przeprowadzono w ramach pierwszego etapu formowania „Cooperative Strategy”. Zaskakującym wnioskiem było odkrycie, że wszystkie państwa traktowane w grze jako potencjalnie wrogie takie jak Chiny, Iran czy Korea Północna są w gruncie rzeczy zainteresowane utrzymaniem aktualnego systemu handlu światowego. Skąd więc ma przyjść następny cykl zagrożenia? Jedynym źródłem są organizacje nie-państwowe mające interes w zniszczeniu lub zakłóceniu istniejącego układu. Dzisiaj chyba możemy powiedzieć, że w grze pominięto być może istotny szczegół bowiem zainteresowanie utrzymaniem aktualnego systemu nie jest jednoznaczne z utrzymaniem status quo. Innymi słowy kto będzie strażnikiem światowego systemu handlu morskiego? Przynajmniej na poziomie regionalnym Chiny deklarują, że o swoje interesy zadbają samodzielnie i bez Amerykanów. Położenie Chin powoduje jednak, że w grę wchodzą kluczowe szlaki żeglugowe na dwóch oceanach co ma wpływ na najważniejszych sojuszników Stanów Zjednoczonych w regionie. Czy to jednak będzie podstawą do otwartego konfliktu? Globalizacja ma to do siebie, że zapobiega konfliktom bo wszyscy są zainteresowani żywotnie w utrzymaniu pokoju. Z drugiej strony jeśli taki konflikt wybuchnie to będzie globalny z tego samego powodu zaangażowania wszystkich.

Bezpieczeństwo morskie to wynik współdziałania wielu państw, organizacji i zdolności. Czy widzimy tu miejsce i rolę dla nas?

W tym roku celebrujemy 100-lecie Marynarki Wojennej państwa polskiego. Z naszej perspektywy zdania o nietrwałych fundamentach US Navy mogą brzmieć wręcz śmiesznie, ale wciąż nam brak w Polsce podobnej otwartej debaty i kompromisu w kwestii, która opcja ma dominować. Dyplomacja Morska, Uderzenia z Morza czy Panowanie na Morzu wobec dominacji strategii lądowej z pewnością będą miały inny wydźwięk i kształt niż w Stanach Zjednoczonych niemniej trudno bez pogłębionej refleksji na ten temat uzasadnić wydatki na flotę. Uwaga o Kongresie i społeczeństwie amerykańskim rozpatrującym wydatki na obronę tylko w kategorii wojny są tak samo słuszne dla Polski. Być może jeszcze większym problemem niż w USA będzie pytanie kto taką debatę ma prowadzić. Liczba oficerów jest ograniczona w tym pomocniczym rodzaju sił zbrojnych. Zainteresowanych strategią jeszcze mniej. Mających styczność z MON-em czy cywilnym nadzorem nad armią pewnie garstka. Polityków orientujących się w zagadnieniach morskich policzyć można na palcach jednej ręki plus garść amatorów i sympatyków. Czy ma być to dyskusja w kuluarach w wąskim i zamkniętym gronie czy też szersza, wciągająca bardziej opinię publiczną? Jeśli tak to gdzie jest forum tej dyskusji? Pytań więcej niż odpowiedzi, ale jeśli 2018 rok ma być jubileuszem wartym świętowania to dobrze by było znaleźć odpowiedzi jak najszybciej.

Nov 192017
 

Naval Institute Press wydał właśnie nowa edycję Théories Stratégiques francuskiego admirała i teoretyka wojny morskiej Raoula Castexa. Gratka dla wszystkich nie znających języka francuskiego i zaintrygowanych pytaniem, na ile teorie wojny morskiej mogą być pomocne w uzasadnieniu istnienia Marynarki Wojennej RP. Castex przelał na papier swoje przemyślenia w okresie pomiędzy dwoma wojnami światowymi, stąd jego poglądy w większym stopniu niż innych teoretyków odzwierciedlają dylematy morskie państwa posiadającego granicę lądową ze swoim przeciwnikiem. Jeszcze bardziej dobitnie niż Corbett podkreśla służebną rolę floty i wojny na morzu w stosunku do rozstrzygających o wojnie wydarzeń na lądzie:

Potęga morska ma wartość o tyle, o ile wnosi wkład w zwycięstwo na lądzie i na ile wspiera działania armii lub jeszcze lepiej, na ile uczestniczy w nich poprzez wysadzanie wojska na ląd skądkolwiek.

W innym paragrafie pisząc o swojej kluczowej koncepcji manewru podkreśla jeszcze raz:

Strategia wojny morskiej nigdy nie jest samodzielna lecz zawsze musi podlegać rozważaniom i ograniczeniom narzuconym przez nie-morskie siły i interesy.

Korzystna sytuacja, jaką jedna strona próbuje stworzyć poprzez manewr musi być w zgodzie z celem strategicznym, nie tylko morskim, ale również politycznym, wojskowym (operacje połączone, transport wojska), w powietrzu, ekonomicznym (zaopatrzenie, linie komunikacyjne) lub psychologicznym (wpływ na morale sił własnych i sprzymierzonych).

Brzmi znajomo i ponadto mamy nowoczesne rozszerzenie wojny na sferę życia społecznego, politycznego i moralnego co przypomina dzisiejsze wojny hybrydowe i przewlekłe konflikty na peryferiach wielkich mocarstw. Jeśli jednak autor wierzy w tak silne podporządkowanie działań floty interesom armii, to o czym pisze w następnych siedmiu tomach? Jakie widzi znaczenie kluczowych dla wojny na morzu pojęć jak walka o morskie linie komunikacyjne czy panowanie na morzu? W przypadku posiadania granicy lądowej z przeciwnikiem panowanie na morzu według Castexa nie przynosi rozstrzygnięcia. Jeśli ten przeciwnik jest na dokładkę potęgą lądową wszelkie próby działań przeciwko jego morskim liniom komunikacyjnym uważa za „bezpłodne” tak długo jak dotyczą wojny ekonomicznej. Z drugiej strony spostrzega:

Lecz panowanie na morzu najczęściej będzie miało poważny wpływ na działanie armii i będzie pożyteczne dla strony utrzymującej to panowanie.

Pożytek wynika po części z rozwoju technologii, która może doprowadzić do sytuacji patowej dla obu stron i wówczas impas można przełamać przez oskrzydlenie lub wręcz otwarcia nowego frontu poza głównym obszarem działania. To nas prowadzi prostą ścieżką do użycia morza jako dodatkowego pola manewru, o czym już była mowa na tym blogu. Manewr jest dla autora słowem kluczowym, wytrychem i lekarstwem na wszelkie bolączki. Wykonać manewr to „poruszać się w sposób inteligentny w celu stworzenia sprzyjającej sytuacji”. Naturalną cechą manewru jest podział sił. Castex nie stosuje nowoczesnej terminologii więc nie ma w tekście rozróżnienia pomiędzy lądowaniem na brzegu bronionym lub nie. Mamy natomiast rozróżnienie pomiędzy atakiem i inwazją na wybrzeże przeciwnika. Według obiegowej opinii panującej w Polsce, operacje desantowe w przypadku konfliktu z Rosją nie mają uzasadnienia z powodu posiadania dostępu do terytorium przeciwnika na lądzie i tamże następującym rozstrzygnięciem. Jednak ułożenie fragmentów teorii w całość daje nieco inny obraz sytuacji. Wykonując manewr dzielimy siły na główne i pomocnicze. Zadaniem tych drugich jest dywersja lub lepiej – odwrócenie uwagi przeciwnika od głównego teatru działań poprzez zaangażowanie części jego sił na kierunku pobocznym. W naszym kontekście możemy uznać armię i wojnę na lądzie za główne działania rozstrzygające o wojnie a działania na morzu jako drugorzędny i pomocniczy kierunek dywersji odciągający część sił z kierunku podstawowego. Rosjanie w czasie II wojny światowej przeprowadzili (w zależności od źródła) ponad 100 lądowań z czego w większości na skalę taktyczną z udziałem plutonu lub kompanii głównie w obronie baz floty.

Rosjanie używali zwykłych łodzi do taktycznych desantów. Foto www.figurementors.com

Tylko kilka ze wspomnianych operacji radzieckiej piechoty morskiej miało charakter operacyjny i we współczesnych realiach tylko sojusznicza operacja może mieć taki charakter. Warunkiem koniecznym działań na skalę operacyjną jest transport wojska, sprzętu i zaopatrzenia drogą morską czyli zataczamy koło i wracamy do problemu ataku i obrony morskich linii komunikacyjnych gdzie tymczasowa i lokalna przewaga na morzu jest istotna dla przeprowadzenia transportu wojska. Dopóki jednak nasz desant to raptem pluton czy kompania to rozmawiamy bardziej o prześlizgnięciu się na teren wroga niż o zdobyciu lokalnej przewagi.

Więcej rozważań taktycznych na ten temat znajdujemy w rozdziale o obronie i ataku. Admirał Castex miał już doświadczenia z I wojny światowej był więc świadom możliwości kryjących się w technologii a zwłaszcza rozwoju lotnictwa, broni podwodnej i łączności radiowej. Swoje analizy opierał na naturalnych cechach danej technologii nie wchodząc w szczegóły techniczne. Dla lotnictwa to szybkość i zdolność do rozpoznania a dla okrętów podwodnych skrytość i relatywna niewrażliwość na ataki nieprzyjaciela. W ten sam sposób rozumując znajdował jednak środki zapobiegawcze wykorzystując ograniczenia technologiczne i operacyjne tych nowych rodzajów broni. O okrętach podwodnych pisze tak:

Wrogie okręty podwodne w oczywisty sposób tworzą zagrożenie zwłaszcza na głównym teatrze działań, ale mniejsze niż ludziom się wydaje. Z pewnością wymagają one nieustannej uwagi lecz nic nie działa lepiej przeciwko okrętom podwodnym jak szybkość, aktywność i inicjatywa czyli cechy będące istotą manewru stąd nasz manewr oferuje automatycznie pewien poziom gwarancji.

Taktyka nie jest zwykle dyskutowana w popularnych publikacjach czy na forach dyskusyjnych, ale ma istotne znaczenie co najmniej tak duże jak technologia. Okręt podwodny by pozostał skryty musi poruszać się wolno co oznacza, że musi umieć przewidzieć trasę i punk przechwycenia przeciwnika. Najłatwiej jest to uczynić w pobliżu punktu wyjścia lub docelowego, ale właśnie tam obrona ma szansę na skupienie swoich wysiłków. Pomyłka w wybranej pozycji i pościg za konwojem oznacza ryzyko utraty skrytości. Taktyka była wykorzystywana w czasie II wojny światowej poprzez formowanie specjalnych szybkich konwojów. Ponadto jeśli desant dotyczy plutonu na łodziach szturmowych atak torpedowy nie wchodzi w grę. Podobnie autor traktuje zagrożenie z powietrza:

Ofensywnie lotnictwo może zaatakować siły nawodne strony A lecz A zareaguje wpierw używając własnych środków (artyleria, zasłony dymne, itd.) a później angażując własne lotnictwo do obrony powietrznej. Biorąc pod uwagę taką reakcję strona atakująca osiągnie znaczącą gorszy wynik niż przeciw bezwładnemu celowi ale najlepszą i radykalną odpowiedzią na atak jest rozproszenie, na które siły B nie mają rady.

W dalszym ciągu tekstu następuje korekta albo uściślenie zgodne z aktualnie obowiązującą mądrością – najlepszą obroną przed atakiem z powietrza jest oczywiście posiadanie własnej przewagi w powietrzu w istotnym dla nas miejscu i czasie. Pada też krótkie zdanie podsumowujące:

Jeśli musimy je stosować, konwoje wymagają silnej osłony z powietrza…

Bezpieczeństwo baz jest krytyczne i osłona konwojów nie wystarczy

Dla nas istotne są wnioski pośrednie a więc nie tylko stwierdzenie konieczności posiadania silnego lotnictwa ale też nieadekwatności obrony przeciwlotniczej floty do zapewnienia samodzielnie bezpiecznego przejścia morzem. Wspaniała ilustracją były będące dla francuskiego admirała przyszłością konwoje na Maltę w czasie II wojny światowej. Rozproszenie wspomniane przez autora jest wybiegiem mającym na celu skomplikowanie rozpoznania i wyboru celów stronie atakującej. W założeniu nie wszystkie cele zostaną wykryte i zaatakowane a z kolei dążenie do 100% skuteczności grozi zaangażowaniem nieproporcjonalnych sił. Mamy więc przykład manewru na teatrze pomocniczym odciągającego lotnictwo z głównego kierunku działań. Zarówno Mahan jak i Corbett a póżniej Castex, wszyscy byli świadkami rewolucji technologicznej swoich czasów. Mahan obserwował przejście z siły wiatru na parę i kształtowanie się dużych okrętów pancernych, Corbett usiłował przewidzieć wpływ jaki będzie miała „flotilla” na strukturę i działania floty a Castex już miał szansę doświadczyć zagrożenia ze strony lotnictwa i okrętów podwodnych a mimo to dla żaden z nich nie przejawia dzisiejszej fascynacji technologią. Parametry z broszur marketingowych a rzeczywistość na wojnie zbyt często się rozbiegają.

Bardziej ciekawym rozdziałem dla polskiego czytelnika powinien być wpływ geografii na wojnę morską a zwłaszcza kombinacja geografii i technologii. Pierwsza reperkusja to gwałtowne zmniejszenie się czasoprzestrzeni. Ze względu na wzrost szybkości samych okrętów, wprowadzenie lotnictwa czy ostatnio sieci informatycznych gwałtownie zmniejszył się czas realizacji samych zadań jak i czas reakcji i podejmowania decyzji. Ma to wpływ negatywny na wykonywanie manewru zwłaszcza na obszarach ograniczonych geograficznie:

Czas trwania sprzyjającej sytuacji w oczywisty sposób się zmniejszył, ale pozostaje wystarczający do wyeliminowania morskich sił przeciwnika mając na uwadze nowoczesną broń. Rozumując w ten sam sposób, krótki okres czasu jest wystarczający do przeprowadzenia bezpiecznie konwoju lub podjęcia działań przeciwko wybrzeżu wroga.

Ponownie jak poprzednio i całkiem zgodnie z filozofią Immanuela Kanta, wszystko ma swoją dobrą i złą stronę. Każda broń jest obosieczna i dzięki temu taktyka ma spore pole do popisu. Istotnym w naszym położeniu geograficznym spostrzeżeniem jest malejące bezpieczeństwo baz morskich. Mamy dwie bazy morskie na krańcach wybrzeża i aż prosi się o jakiś punkt bazowania na środkowym wybrzeżu. Wykorzystanie istniejącej infrastruktury jest pewnie możliwe, ale ogranicza wielkość okrętów średnio do sławetnych 1.000 ton okrętu obrony wybrzeża. Pouczająca jest historia baz Flot Bałtyckiej i Czarnomorskiej Związku Radzieckiego w czasach II wojny światowej.

Przed przejściem do następnego akapitu o koncepcji Perturbateur, zróbmy małe podsumowanie. Studiowanie teorii wydaje się być zbyt abstrakcyjne by było użyteczne i rzeczywiście nie mówi nam bezpośrednio co mamy robić. Prędzej ostrzega nas przed tym, czego lepiej nie czynić. Wnioski z lektury Théories Stratégiques zaadoptowane do naszych warunków geo-politycznych zachęcają do działań połączonych i wykorzystania morza jako drogi transportu wojska na ląd przeciwnika i atakowania wybrzeża z morza. Zniechęcają natomiast do prowadzenia wojny ekonomicznej na szlakach żeglugowych. Castex wierzy w wyższość ataku nad obroną (dokładnie odwrotnie niż Carl von Clausewitz) i proponuje aktywną obronę w formie „małej wojny”. Ten sposób działania strony słabszej opisywał już wcześniej Julian Corbett a mistrzem praktyki okazał się Mao Tse-Tung. Rozwój środków ataku i szybkość działania promują rozproszenie a więc jakąś niezdefiniowaną ale większą liczbę zarówno jednostek jak i baz morskich. O czym nie było mowy wcześniej, ale Castex wskazuje na konieczność obrony biernej co dzisiaj przełożylibyśmy na aktywne środki samoobrony i obronę pasywną zwłaszcza w odniesieniu do mniejszych jednostek mających naturalną barierę wbudowania odporności biernej na ciosy.

Po tym wstępie wyjaśnijmy co to jest Perturbateur w myśli Raoula Castexa. Są to państwa agresywne, kierowane ideologią podważające istniejący porządek świata dla własnych celów. Współcześnie można by podjąć próbę rozszerzenia koncepcji na organizacje i grupy pozarządowe oraz nowe technologie zmuszające do porzucenia starych nawyków i doktryn w krótkim czasie. Jesteśmy świadkami wojen toczonych na obszarze państw ale niekoniecznie przez państwa. Irak, Afganistan, Syria to tylko kilka przykładów niekończących się i przewlekłych wojen lub konfliktów coraz bardziej mających znamiona wszystkich ze wszystkimi. W artykule Prepared for the Battle But Not for the War z listopadowego numeru USNI Proceedings autor podaje kilka przykładów jak ataki cybernetyczne i wojna informacyjna są w stanie wytrącić z równowagi społeczeństwo tworząc bezpośrednie zagrożenie dla życia i mienia obywateli a nawet sił zbrojnych. Ataki na lotniska z użyciem dronów produkowanych domowym sposobem w technologi 3D, zakłócanie działania służb porządkowych i ratowniczych, obezwładnianie systemów sterowania i zarządzania infrastrukturą, produkcją finansami oraz transportem lub zautomatyzowana walka informacyjna z użyciem mediów społecznościowych w trakcie wyborów to tylko fragment repertuaru możliwości wspomnianych w artykule. Tekst należy czytać mając w pamięci tezę, że aby pokonać przeciwnika należy złamać jego wolę, niekoniecznie niszcząc go fizycznie czy zajmując terytorium. Potwierdzeniem tej tezy są nie tylko obecne konflikty ale sama Polska okupowana w czasie II wojny światowej ze swoją armią podziemną i regularnym wojskiem na wschodzie i zachodzie. To już nie jest science-fiction jak pokazują doniesienia z ostatnich manewrów Zapad-17:

Usługi telefoniczne w Łotwie, Norwegii i na szwedzkiej wyspie Öland zostały według doniesień przerwane na kilka godzin w trakcie sierpniowych ćwiczeń Zapad prowadzonych przez Rosję i Białoruś. O zakłócanie podejrzewa się rosyjski okręt walki radioelektronicznej pływający na Bałtyku.

Bardziej odpowiednia reakcja na atak cybernetyczny niż NDR

Trudno, aby odpowiedzią na takie ćwiczenia czy też zamierzony atak było zatopienie okrętu Federacji Rosyjskiej za pomocą rakiet Nadbrzeżnego Dywizjonu Rakietowego. To samo dotyczy najnowszych inwestycji rosyjskiej marynarki w łodzie szturmowe czy planowanego wznowienia budowy poduszkowców desantowych Żubr. Od lat polska marynarka wojenna tkwi w impasie, który łatwiej zrozumieć po lekturze Théories Stratégiques. Podporządkowanie doktryny wojny morskiej doktrynie lądowej i posiadanie realnych alternatyw do bałtyckich linii komunikacyjnych w zasadzie przez obie strony, podważa klasyczne filary teoretyczne wojny morskiej – panowania na morzu i walki na szlakach żeglugowych w celu wywarcia presji ekonomicznej na przeciwnika. Spycha marynarkę wojenną do roli pomocniczej dla armii i uzależnienia jej istnienie od tego czy wojska lądowe mają wizje wykorzystania sił morskich czy też nie. Poleganie w takiej sytuacji na hierarchicznym procesie planowania i dokumentach typu Strategiczny Przegląd Strategiczny jest niewystarczające, gdyż jak zauważa ze sporą dozą humoru Raoul Castex:

Jak o wielkim wężu morskim, wielu ludzi mówi o rządowym planie wojny, ale nikt go nigdy nie widział i wielu wątpi w jego istnienie.

Co więc może uczynić Marynarka Wojenna RP i środowisko ją wspierające? Potrzebna jest inicjatywa w tworzeniu i podsuwaniu pomysłów nie podważających istniejących priorytetów i możliwych do sfinansowania w ramach istniejącego budżetu marynarki wojennej. Poniższa lista przewija się przez strony blogu co rusz, więc nie jest niczym nowym. Po prostu znajduje teoretyczne wsparcie w kolejnej pozycji klasyki literatury na temat:

  • W czasie wojny przyjąć rolę pomocniczą i skupić się na:
    • operacji wysadzania na ląd wojska i oddziałów specjalnych i ewakuacji na skalę taktyczną (łodzie szturmowe, ship-to-shore connectors jak LCAC/LCAT)
    • symetrycznie obroną przed takimi samymi przedsięwzięciami ze strony przeciwnika (łodzie szturmowe, okręty patrolowe jak PC)
    • obroną baz morskich i ich podejść dla operacji sojuszniczych (baterie naziemne przeciwokrętowe/przeciwlotnicze, bariery sensoryczne, USV/UUV, okręty patrolowe, przeciwminowe, korwety)
  • W czasie pokoju i kryzysu zajmować się:
    • bezpieczeństwem morskim i przeciwdziałaniu dyplomacji siłowej (okręty patrolowe IPV/OPV, przeciwminowe, korwety)
    • współpracą z Morskim Oddziałem Straży Granicznej w monitorowaniu sytuacji na morzu, pod jego powierzchnią, na dnie i w cyberprzestrzeni (okręty patrolowe PC, lotnictwo patrolowe, USV/UUV, łodzie szturmowe)
    • współpracą w zakresie SAR (smigłowce, samoloty patrolowe, okręty patrolowe PC)
    • pomocą humanitarną (okręty logistyczne uzbrojone lub nie)
    • budowaniem sojuszy (okręty przeciwminowe, logistyczne, patrolowe, korwety, samoloty rozpoznawcze, jednostki MOSG)

Jeśli powyższy tok rozumowania ma sens to jak bumerang wraca hasło Bałtyk Plus i po prostu trzeba je polubić.

Jul 232017
 

O kształcie Marynarki Wojennej RP zdecyduje to w jaki sposób będzie postrzegana przez polityków i społeczeństwo. Ta zaś percepcja będzie rządziła polityką budżetową i poziomem inwestowania we flotę. Często w dyskusji o marynarce wojennej pojawia się argument konieczności zaspokojenia jej potrzeb jednak mija się on z celem właśnie z powodu wspomnianego postrzegania. Ujmując sprawę prosto choć brutalnie, dopóki nie zostaną wyartykułowane cele i zadania dla floty wspierane przez polityków i akceptowane przez społeczeństwo, marynarka nie ma żadnych potrzeb. Na starej stronie internetowej marynarki Wojennej RP istniała co prawda sformułowana lista zadań, ale najwyraźniej nie miała ani wystarczającego wsparcia ze strony rządu ani zrozumienia w społeczeństwie więc poziom finansowania był proporcjonalny do takiego stanu rzeczy.

Weźmy jako przykład siły przeciwminowe. Wciąż istnieje wiele min i niewybuchów z czasów II wojny światowej i zdjęcia z ich likwidacji mogą przemawiać do wyobraźni ludzi. Jeśli taka pozostałość wojenna zostaje odkryta w funkcjonującym porcie powstaje wówczas naturalna potrzeba posiadania środków przeciwdziałania a zdjęcia z akcji oddziałują na emocje wspierając przekaz. Mamy więc Kormorana, który z pewnością świetnie sobie da radę z takimi zagrożeniami i zadaniami chociaż najprawdopodobniej nie ma szans przeżycia w hipotetycznej Bitwie o Zatokę Gdańską.

Zmierzmy się z innym przykładem fregaty dla marynarki wojennej działającej w zespołach NATO. Postrzeganie potrzeby takiego działania może być dla społeczeństwa mgliste i niejasne a dla polityków mniej istotne w porównaniu z innymi potrzebami bieżącymi, stąd niechęć do inwestycji maskowana równie mglistymi deklaracjami. Jednak widok fregaty z wielką banderą na maszcie może budzić poczucie dumy narodowej i na fali wzbierającego nacjonalizmu stanowić wystarczający argument do inwestycji. Dla wątpiących w taki scenariusz proponuję przyjrzeć się dokładniej argumentacji na rzecz programu Orka. Przykład jest ciekawy bo pokazuje jak można oprzeć program modernizacji floty w kompletnym oderwaniu od strategii i celów potencjalnego przeciwnika oraz jego intencji. Jednocześnie pokazuje drugie dno dyskusji o „potrzebach” – w tym wypadku nie są to zdolności bojowe tylko potrzeba dumy. Historycznym przykładem jest być może flota Mussoliniego. Samo pojęcie „Mare Nostrum” nie określało potrzeb operacyjnych tylko cele polityczno-propagandowe.

Temat nie jest ani nowy ani nieznany. Lars Wedin, oficer szwedzkiej marynarki wojennej w książce Maritime Strategies for XXI century. The Contribution of Admiral Castex komentuje dokonania wybitnego francuskiego teoretyka wojny morskiej reprezentującego potęgę lądową. Najpierw cytat o postrzeganiu:

Opinia publiczna narodu wyspiarskiego uważa marynarkę wojenną za ważny instrument swojego bezpieczeństwa i istnienia, armia jest czynnikiem dodatkowym w sposób oczywisty ważnym ale bez mocy osiągnięcia głównego celu jakim jest obrona. Społeczeństwo państwa kontynentalnego widzi w armii główne narzędzie. Marynarka wojenna jest podrzędnym rodzajem broni, bardzo interesującym i ważnym lecz niczym więcej.

Za takim postrzeganiem idą proporcjonalnie fundusze pomimo, że powyższe słowa nie odzwierciedlają dobrze rzeczywistości. Rola i znaczenie percepcji jest właściwie opisana ale zawężenie tezy do wyłącznie obrony nie tłumaczy historii wielu flot świata. Przed narodzinami US Navy była Continental Navy powstała w czasie Wojny o Niepodległość. Za początki US Navy uznaje się budowę sześciu fregat do walki z piratami po drugiej stronie oceanu i do obrony wolności handlu morskiego. W czasach wojny secesyjnej floty obu walczących stron były klasycznymi flotami przybrzeżnymi z innowacjami jak Monitor. Amerykańska marynarka wojenna pozostawała mała i nieliczna oraz niedofinansowana tak długo jak Ameryka zajmowała się przede wszystkim sobą. Nie służyła do obrony przed zewnętrznym najeźdźcą lecz do obrony swych interesów handlowych. O tym do czego służy flota i ile na nią przeznaczał pieniędzy Kongres decydowało amerykańskie społeczeństwo i to, jak rozumie swoje cele i priorytety oraz ambicje. Dlatego o wiele bliższe rzeczywistości są inne słowa francuskiego teoretyka:

Wojna nie wymaga tylko działań militarnych. Równie niezbędna jest walka na froncie dyplomacji, ekonomii, finansów i morale.

To jest sztuka użycia w czasie wojny i pokoju wszelkich sił i środków w posiadaniu walczącego narodu.

Taka definicja jest nam dość bliska współcześnie w odniesieniu do wojny nazywanej hybrydową i rozciąga się poza wojną na całą sferę konfliktów międzynarodowych w czasie pokoju. Rosyjskie tezy o stosunku zaangażowanych w walkę hybrydową środków niemilitarnych do militarnych wynoszącym 4:1 mają pokrycie w słowach Castex’a. Nie powinno więc dziwić odpowiednie i proporcjonalne angażowanie środków finansowych. Nawet biorąc pod uwagę wyłącznie działania militarne to Castex proponuje klasyfikację na:

  • Walkę pomiędzy zorganizowanymi siłami
  • Walkę na liniach komunikacyjnych
  • Działania przeciw celom lądowym lub dla wsparcia działań na lądzie, takich jak:
    • Operacje połączonych sił zbrojnych
    • Blokada
    • Rajdy, bombardowania z morza, coups de main

Mając na względzie fakt sąsiadowania z potęgą lądową i nuklearną jaki rodzaj działań wydaje się być najbardziej prawdopodobny dla państwa przybrzeżnego? Ponownie odwołujemy się do postrzegania decydującego o proporcjach w budżecie. Tak więc inwestycje w siłę militarną są tylko fragmentem nakładów na szerzej pojmowane bezpieczeństwo państwa i jego interesy i dzielą się proporcjonalnie na trzy ogólne zadania floty. To swoiste rozcieńczanie nakładów finansowych na siłę i potęgę militarną konfrontuje się z możliwościami państwa nadbrzeżnego. Z jednej strony proporcjonalnie mała przypisywana waga daje niskie nakłady a z drugiej walka pomiędzy zorganizowanymi siłami wymaga najwyższych wydatków. Wątek przewija się w książce Navies in Northern Waters, gdzie Jacob Borrensen w rozdziale o norweskiej marynarce wojennej zatytułowanym Coastal Power: The Sea Power of the Coastal State and the Management of Maritime Resources pisze:

Połączenie ograniczenia zasobów z koniecznością szybkiej reakcji na pogwałcenia prawa i wtargnięcia zanim się rozwiną w pełny konflikt lub kryzys wraz z potrzebą zyskania czasu dla sojuszniczego wsparcia prowadzi do przedkładania ilości nad jakością. Jest bowiem ważniejsze zabezpieczenie pokrycia obszaru zainteresowania własnymi jednostkami tak, aby mogły reagować szybko, zademonstrować intencję czy oddać strzał ostrzegawczy niż posiadać zdolność przetrwania konfrontacji z napastnikiem.

Ponownie, floty przybrzeżne najlepiej i jeśli tylko to możliwe, powinny kierować swą uwagę na rozwiązania „szyte na miarę”, rozwijać własne wymagania i specyfikacje zamiast kopiować rozwiązania potęg morskich poprzez nabywanie ich sprzętu z drugiej ręki.

Mamy do czynienia z przedłożeniem użyteczności nad siłą bojową wraz z postulatem innowacyjności nawet za cenę ryzyka pójścia błędną drogą. Teraz możemy zatoczyć koło i zapytać o potrzeby Marynarki Wojennej RP. Dopóki zagrożenie będziemy widzieli w kategoriach wojny totalnej i ataku hord pancernych na cały obszar naszego kraju tak długo marynarka wojenna będzie istnieć w formie wirtualno-propagandowej lub w najlepszym wypadku postaci embrionalnej. Jeśli zmienimy postrzeganie zagrożenia ze strony potencjalnego przeciwnika z inwazji na próbę destabilizacji kraju z użyciem siły zbrojnej jeśli przeciwnik dostrzeże taką potrzebę to zaczniemy budować flotę odpowiednią do intencji przeciwnika a nie jego możliwości. Wówczas może się okazać, że parę Czapli i grupa zorganizowanych hakerów działających pod osłoną eskadry myśliwców będzie miała więcej sensu niż niszczyciele rakietowe.

Dec 232016
 

Ostatnio ukazała się książka Andrzeja Drzewieckiego Polska Marynarka Wojenna od Drugiej do Trzeciej Rzeczypospolitej, której jedną z głównych tez jest zależność floty od interesów morskich co w pigułce zostało przez autora sformułowane tak:

Dopiero pełnokrwista obecność państwa na morzu dopomina się o flotę wojenną, która staje się gwarantem bezpieczeństwa jego „morskich interesów”. W przeciwnym wypadku będzie ona tylko „dekoracją wybrzeża” i dodajmy, że bardzo kosztowną. Flota wojenna, podkreślałem to z naciskiem, musi być proporcjonalna do interesów państwa na morzu, co w sposób nie budzący wątpliwości powinno wynikać z podstawowych zasad polityki morskiej.

Konfrontacja z danymi Głównego Urzędu Statystycznego na temat gospodarki morskiej na tle całej naszej gospodarki pokazuje jakimi meandrami kroczy nasza marynarka wojenna. To porównanie prosi się o spojrzenie na argumenty używane w dyskusji o potrzebie posiadania marynarki wojennej a w konsekwencji o odpowiedź na pytanie jakiej? Wybiegając nieco w przód te argumenty można podzielić na kilka grup:

  • polityczne:

realizacja celów politycznych państwa na morzu lub z użyciem marynarki jako narzędzia polityki
wkład w obronę kolektywną

  • gospodarcze:

obrona interesów gospodarczych państwa związanych z morzem

  • militarne:

zapobieganie kryzysom i eskalacji konfliktów
działania hybrydowe (sytuacje trudno-konsensusowe według terminologii prof. Kozieja)
wojna ograniczona
wojna pełnoskalowa

Wracając do wspomnianych danych GUS-u trzeba zacząć od zastrzeżenia, że jest to wierzchołek góry lodowej i aby właściwie dane zinterpretować należałoby wgłębić się w temat znacznie bardziej. Niemniej, decydent patrzący na świat poprzez pryzmat komórki w Excelu tak właśnie będzie widział „gospodarcze interesy morskie”. Rocznik Statystyczny Gospodarki Morskiej 2015 mówi, że w gospodarce morskiej było zatrudnionych 0.7% ogółu zatrudnionych. Gospodarka morska wypracowała 1.1% przychodu z rentownością stanowiącą 0.9% całego zysku przyciągając 1.4% inwestycji. Tak więc można powiedzieć, że region daje sobie radę całkiem dobrze, wręcz lepiej niż pozostałe i pozostaje atrakcyjny dla inwestorów. Niemniej w całości gospodarki jest to niewielki ułamek.
Kontynuując, przemysł stoczniowy wyprodukował 4 nowe statki oraz wyremontował 610 statków. Większość nowych konstrukcji to „statki nietowarowe” co wskazuje na umiejscowienie się w niewielkich acz lukratywnych niszach. Dysproporcja pomiędzy jednostkami remontowanymi a nowo-budowanymi jest olbrzymia i może poddawać w wątpliwość nasze zdolności budowy bardziej złożonych okrętów wojennych. Na gospodarkę morską można popatrzyć pod innym kątem a mianowicie jako część systemu transportowego. Niestety, udział żeglugi morskiej w ogólnej masie towarów transportowanych nie przekroczył 0.4% w ciągu ostatnich pięciu lat. Jeśli odnieść to do samego eksportu, to takich danych GUS nie podaje, ale pośrednie obliczenia wskazują na jeszcze mniejszy udział. Zaskakujące jest to, że ten wskaźnik jest w 2015 roku niższy niż dla żeglugi śródlądowej!

Tak więc jest to bodziec dla wzrostu znaczenia Morskiego Oddziału Straży Granicznej ale kosztowne inwestycje w marynarkę wojenną muszą szukać wsparcia w innych argumentach, póki co. „Uprawianie morza” rozwijamy ale daleko mu do statusu „sportu narodowego”. Mówiąc o „morskich interesach” pozostają argumenty polityczne. Są pewne jaskółki na niebie jak informacja o poszukiwaniu przez MOSG środków na okręt patrolowy do działania w ramach FRONTEX-u czy wysłanie fregaty na Morze Śródziemne z zadaniem przeciwdziałania nielegalnemu przemytowi ludzi drogą morską. Prezydent podarował banderę bojową dla ORP Kościuszko ale wciąż nie wiadomo na ile poruszamy się w sferze symboli a na ile jest to przejaw świadomej i konsekwentnej polityki.

Symbol czy konsekwentna polityka?

Zauważmy w jaki sposób podano informację na temat pożądanej jednostki dla MOSG – to straż sama szuka środków na sfinansowanie inwestycji. Czyż nie państwo powinno łożyć na nowy kuter w ramach realizacji swoich celów politycznych? Innym przykładem niech będą fregaty. Załóżmy, że mamy parę okrętów tej klasy. Byłby to nasz wkład w obronę kolektywną NATO i widoczny znak woli oraz narzędzie do współpracy ze wspólnotą międzynarodową na morzach wokół Europy czy jeszcze dalej pod auspicjami EU czy ONZ. Tyle, że my mamy od 15 lat dwie fregaty, jak są one więc wykorzystywane? Centrum Operacji Morskich w swoich wiadomościach podaje przy okazji misji ORP Kościuszko na Morzu Śródziemnym, że nasze fregaty po raz trzeci uczestniczą w stałym zespole okrętów NATO dodając, że okręty przeciwminowe uczestniczyły w tym samym czasie 12 razy a ORP Xawery Czernicki dwukrotnie. Co powstrzymywało wykorzystanie fregat w podobnym stopniu jak okręty przeciwminowe? Czy brak woli politycznej? Chyba nie, bo niszczyciele min są nieomalże stałym uczestnikiem zespołów NATO. Stan techniczny fregat? Być może ale zmodernizowane trałowce są jeszcze starsze od fregat i były w zasadzie już „spisane”. Czy powstrzymywano modernizacje fregat aby nie blokować środków na nowe okręty? Ponownie być może, ale jeśli tak to popełniono błąd taktyczny o potencjalnych konsekwencjach strategicznych dla struktury floty. Brak środków na eksploatacje? Jeśli tak to źle wróży wszelkim planom budowy większych jednostek nawodnych. Wciąż przewija się podskórnie pytanie o koszt-efekt takiego zaangażowania międzynarodowego, podobnie jak w przypadku Royal Canadian Navy. Bilans służby fregat pod polską banderą jest wciąż trudny do interpretacji bo z jednej strony okręty pozwoliły na rozwinięcie współpracy z NATO i przyczyniły się do wyszkolenia wielu specjalistów ale z drugiej strony opanowaliśmy wiedzę w dziedzinach, o których wciąż nie wiemy czy będą rozwijane.

Argumenty militarne najczęściej dotyczą stanu wojny co szybko prowadzi do polaryzacji stanowisk, bowiem wojna w naszym położeniu geopolitycznym prowadzi do szybkiego podporządkowania floty ogólnym planom obronnym państwa. Te z kolei są zdominowane przez działania na lądzie i w powietrzu a więc plany są sformułowane językiem armii i reprezentują jej sposób postrzegania problemu. Jak to wyglądało w praktyce pokazuje wspomniana książka Andrzeja Drzewieckiego. Podaje on jeden z pierwszych planów obrony wybrzeża autorstwa generała Mossora zaproponowany w 1949 roku:

podstawy strategiczne: wskazujące dwa warianty przyszłego frontu, z bardziej prawdopodobnym w koncepcji defensywnej na Odrze;
rola marynarki wojennej: osłona północnego skrzydła frontu obronnego na Odrze i Nysie;
ogólna koncepcja obronna: zbyt szerokie polskie wybrzeże nie może być bronione przez obronę stałą za pomocą pasma fortyfikacji, wobec tego Mossor proponował zorganizowanie:
czterech ośrodków obrony stałej (obszary wojenne), obejmujących najważniejsze bazy morskie,
zmotoryzowanej grupy manewrowej dla zaczepnej interwencji na międzypolach obszarów wojennych,
dwóch flotylli MW dla zaczepnych operacji na Bałtyku,
lotnictwa rozpoznawczego i operacyjnego, lądowego i morskiego;

Niektóre sugestie gen. Mossora okazały się niezwykle długowieczne

Taki plan zrodził się pewnie na podstawie doświadczeń kampanii wrześniowej i nie jest jeszcze wizją Układu Warszawskiego, powołanego do życia kilka lat później. Ogólne spojrzenie mało mówi o zadaniach dla marynarki wojennej, ale w dalszej części książki znajdujemy zadania sformułowane przez ministra obrony narodowej w 1964 roku:

  • udział w zwalczaniu sił morskich NATO i niedopuszczenie ich do działań w środkowej części Bałtyku,
  • udział w obronie wybrzeża morskiego PRL wspólnie z wojskami Obrony Powietrznej Kraju, Okręgu Wojskowego oraz formacjami OTK,
  • zabezpieczenie przewozów dla Frontu Nadmorskiego drogą morską,
  • prowadzenie operacji desantowych wspólnie z wojskami Frontu Nadmorskiego,
  • udział w organizacji systemu bazowania sił własnych i sojuszniczych.

Nie patrzmy na daty pochodzenia obu dokumentów i ówczesny kontekst polityczny. Wystarczy zamienić Odrę na Wisłę i kontynuować dyskusję. Aby dać szansę marynarce wojennej w takim kontekście należałoby zmienić odrobinę słownictwo. Zamiast mówić o obronie wybrzeża rozmawiajmy o morzu jako polu manewru dla armii. Akcent przesuwa się na manewr a mobilność to główna zaleta sił morskich. Wówczas „obrona wybrzeża” zamienia się na zwalczanie przeciwnika w rejonie bazowania, desantu i w trakcie przejścia morzem. Na kształt floty mają duży wpływ technologia i obszar działania. Ten ostatni w przypadku uszanowania neutralności Szwecji to pas o szerokości około 30 – 40nm. Dla współczesnych środków rażenia taki dystans nie stanowi wyzwania a precyzja rażenia jest duża. Rośnie znaczenie rozpoznania i dynamika działań a czas na reakcję się kurczy.

Rozważając warianty użycia militarnego floty na wypadek wojny trzeba się zmierzyć z trudnym pytaniem czy w naszych kalkulacjach bierzemy pod uwagę możliwości czy intencje potencjalnego przeciwnika. Mając za sąsiada największą chyba potęgę nuklearną świata a więc państwo o nieograniczonych możliwościach eskalacji konfliktu nie pozostaje nic innego jak skupić się na jego intencjach pozostawiając problem eskalacji sojuszowi i jego zdolności odstraszania. O intencjach Federacji Rosyjskiej mówi co nieco doktryna morska do 2020 roku, która swój rozdział o działaniach wojenno-morskich zaczyna definicją:

Pod pojęciem działań wojenno-morskich rozumie się celową działalność państwa z użyciem siły militarnej dla tworzenia i utrzymywania sprzyjających warunków na światowym oceanie dla stałego rozwoju i realizacji narodowych priorytetów bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej.

W tej definicji pobrzmiewa niepokojąca nutka użycia siły dla jednostronnej ekspansji Federacji Rosyjskiej. Kluczem do interpretacji intencji jest więc zrozumienie priorytetów, które należy stale monitorować i brać pod uwagę. Ponadto trzeba być świadomym, że Rosja nazywa rozbudowę potencjału oraz obecności NATO w regionie Bałtyku „niewłaściwą”. Priorytety doktryny morskiej Rosji skupiają się na problemach gospodarczych i zabezpieczeniu linii zaopatrzeniowych do Obwodu Kaliningradzkiego wraz ze znajdującymi się tam bazami sił zbrojnych Federacji. Tak więc nie widać bezpośredniego i natychmiastowego zagrożenia wojną ale istnieje demonstrowana przez Rosję gotowość do wyrażania swojego niezadowolenia z „niewłaściwego” postępowania NATO w regionie i niebezpieczeństwo eskalacji.

Tych kilka powyższych spostrzeżeń uzmysławia, że nie mamy jednego i wiodącego argumentu prowadzącego wszelkie dyskusje do jednego rozwiązania. Wręcz przeciwnie, koncepcje są rozbieżne w zależności od wybranego rodzaju argumentu. Dzisiaj najsłabszym argumentem wydaje się być argument gospodarczy, a szkoda bo byłaby to naturalna siła napędowa floty. Argumenty polityczne muszą wyjść od instytucji państwowych a więc marynarka nie może snuć planów nie zawieszonych w próżni bez wcześniejszego wyrażenia zapotrzebowania na jej „usługi”. Z kolei argumenty militarne są natychmiast zdominowane przez wizje wojny lądowo-powietrznej i albo armia powie jak widzi rolę marynarki w swoich planach co doprowadzi armię do konfliktu interesów na tle budżetowym, albo marynarka zacznie myśleć pozytywniej o armii i co może dla niej zrobić chociaż grozi to flocie marginalizacją. Gdzieś pomiędzy jednym a drugim krańcem mamy zapobieganie kryzysom i przeciwstawianie się perswazji co na szczęście wymaga środków użytecznych w obu podstawowych koncepcjach floty.
Zwykle budując coś zaczynamy od rzeczy najważniejszych przechodząc później do pomniejszych. Przypadek naszej marynarki wojennej pokazuje, że być może warto tę kolej rzeczy odwrócić, bo cóż czynić, jeśli na rzeczy najważniejsze w pojęciu marynarzy trzeba czekać w nieskończoność? Dajmy więc szansę rzeczom małym, wierząc, że zmienią postrzeganie rzeczy i otworzą nowe horyzonty.

Oct 212016
 

Rzeczywistość wokół nas staje się coraz bardziej nieprzewidywalna i chwilami wręcz karykaturalna. Odskocznią niech będzie powrót do teorii. Sir Julian Corbett wspominał, że na pozór nie ma nic bardziej bezproduktywnego niż studiowanie teorii wojny na morzu ale później dał nam nadzieję, nadając temu sens samokształcenia i zrozumienia wydarzeń w szerszym kontekście.
Raoul Castex i jego pięciotomowe dzieło Theories Strategiques niełatwo znaleźć. Sam autor pozostaje w cieniu wielkich teoretyków, chociaż dla nas powinien być interesujący, gdyż jako Francuz reprezentuje problemy potęgi kontynentalnej a nie morskiej. Co nie znaczy, że Francja nie posiadała znaczącej floty na przestrzeni wieków. Swoją pracę pisał w latach 30-tych i miał okazję przeanalizować praktyczne użycie torped i okrętów podwodnych czyli coś, co Corbett dopiero intuicyjnie przewidywał pisząc jaką rolę będzie odgrywała w przyszłości flotilla. Jest też smakołyk dla nas w postaci osobnego rozdziału na temat działań na Bałtyku w czasie I wojny światowej.
Na nasze szczęście w internecie jest dostępne tłumaczenie części jego pracy wydane przez Naval War College w 1939 roku! Miło popatrzeć na fotokopię tych starych stron napisanych na maszynie. Admirał Raoul Castex w swojej teorii mocno rozwinął wątek manewru:

Manewr to znaczyć ruch wykonywany w sposób inteligenty w celu stworzenia korzystnej sytuacji.

Samo pojęcie Castex rozumie dość szeroko i obejmuje nie tylko działania wojenne na morzu ale wszelkie operacje sił połączonych, naciski ekonomiczne, propagandę czy podminowanie morale przeciwnika. Wszystko, co pozwoli uzyskać korzystniejsze dla nas warunki.

Manewr nie istnieje sam dla siebie lecz wspiera strategie unicestwienia (anihilation) lub wyniszczenia (attrition). W przeciwieństwie do Corbetta, który w swojej koncepcji fleet-in-being wskazywał na możliwość osiągnięcia celu bez walki Castex stwierdza prosto, że nie ma manewru nie zakończonego bitwą, nawet jeśli odwleczoną w czasie. A propos bezużyteczności studiowania teorii w tym miejscu przychodzi refleksja. Jeśli rzeczywiście jesteśmy stroną słabszą, to trudno mówić o unicestwieniu przeciwnika, a z drugiej strony działania na wyniszczenie wymagają większej ilości zasobów czy to w postaci oddziałów wojska, okrętów czy samolotów. Ma to istotne konsekwencje dla struktury floty przy ograniczonym i zadanym poziomie budżetu (pomijamy szczególny przypadek zerowego budżetu, co czasami przychodzi na myśl rozglądając się wokoło). Jeślibyśmy z kolei chcieli mieć potężnego protektora pozwalającego na posiadanie przewagi i unicestwienia sił przeciwnika, to musimy sobie zadać pytanie czego on od nas oczekuje w zamian. Miasta-państwa starożytnej Grecji zwracały się o taką protekcję do Sparty lub Aten i ją otrzymywały w zamian za udostępnianie swojego wojska i floty na wojny prowadzone przez protektorów. Jaką naszą flotą są zainteresowani sojusznicy? Uzupełnieniem ich własnej „battle force” czy raczej „enabler force” czyli floty pozwalającej siłom głównym działać na wodach przybrzeżnych. Przykładem mogą być niszczyciele min lub tak krytykowany (chyba niesłusznie) Littoral Combat Ship.

Anihilacja floty rosyjskiej wymagała "battle force". Tsushima 1905.

Anihilacja floty rosyjskiej wymagała “battle force”. Tsushima 1905.

Następne zdanie może brzmieć dziwnie dla strony przyznającej się do bycia słabszą:

Jest obojętne czy celem głównym będzie punkt najsilniejszy przeciwnika czy najsłabszy, istotne jest aby był to punkt, którego upadek daje największy rezultat.

Castex przywiązuje dużą wagę do koncentracji sił, które dzięki współczesnej technologii nie muszą być skupione geograficznie ale ich efekt ma być zmasowany geograficznie. Używa także popularnego współcześnie pojęcie środka ciężkości przeciwnika. Koncentracja własnych sił naprzeciw środka ciężkości przeciwnika, który nie musi być wcale punktem najsłabszym daje w rezultacie nierównomierne rozłożenie sił po obu stronach. Uzyskujemy więc efekt asymetrii, o której tak wiele się dzisiaj mówi i dyskutuje zamiast po prostu poczytać klasyków. Jak widać wciąż ocieramy się o stare koncepcje tyle, że ubrane w nowe szaty.

Częścią teorii manewru jest rozróżnienie na kierunek działań podstawowy i pomocniczy. Na podstawowym teatrze kluczem jest atak. Siły działające na drugorzędnych czy też pomocniczych teatrach odgrywają ważną rolę zabezpieczenia sił głównych:

Najważniejszy jest koncept zabezpieczenia sił wyznaczonych do osiągnięcia głównego celu. Jest to serce idei manewru ściśle związane ze swobodą działania. Aby ją zapewnić jest niezbędne utrzymywanie sprzyjających warunków uzyskanych wcześniej przez pewien czas; że nie będą zakłócane przez siły nieprzyjaciela okupujące obszary drugorzędne i będą utrzymywane z dala od decydujących zmagań na podstawowym teatrze działań przynajmniej na czas prowadzenia tych działań. Stąd wymóg wiązania tych sił w miejscu, w którym są. To zadanie przypada naszym siłom wydzielonym do pomocniczego kierunku działania, które będą słabsze od przeciwnika w wyniku stosowania zasady ekonomii sił posiadanych.

Nasze (drugorzędne) siły wykonają dywersję, której wartość możemy zmierzyć liczbą zaangażowanych okrętów nieprzyjaciela. Nasze siły będą blefować do maksimum możliwości.

Przy czym dywersja jest rozumiana całkiem precyzyjnie:

Najistotniejszym celem dywersji jako podstawowego środka zabezpieczenia sił jest utrzymywanie rozproszenia sił przeciwnika, jeśli do tej pory nie istniało.

Tu jest miejsce na kolejną refleksję, bo umieszczając powyższe cytaty w naszym kontekście geostrategicznym, teatrem podstawowym są działania na lądzie a operacje na morzu są kierunkiem drugorzędnym z zadaniem dywersji, czyli wiązania maksymalnych sił przeciwnika i odciąganiu ich od podstawowego celu na priorytetowym kierunku. W jaki sposób to czynić trudno ustalić bez dialogu z wojskami lądowymi i lotnictwem i bez odpowiedzi z ich strony na pytanie jak sobie armia wyobraża wsparcie ze strony marynarki wojennej. Nie kłóci się to w żaden sposób z teorią Juliana Corbetta twierdzącego, że podstawowym przedmiotem działań na morzu jest prawo przejścia morzem. W tym wypadku bardziej chodzi o transporty wojska, uzbrojenia i zapasów niż handel lecz zasada pozostaje w mocy. Guerre de course również może być znaczącą dywersją na szczeblu strategicznym o ile ma zastosowanie w naszym przypadku, co jest dyskusyjne. Cały ten wątek otwiera pole do rozważań o operacjach desantowych na drugorzędnym teatrze działań. Taki desant jest w stanie związać znaczne siły przeciwnika, gdyż wróg musi zdecydować gdzie nastąpi desant jeśli wybierze obronę na plaży lub zgromadzić spore rezerwy w głębi lądu jeśli myśli o obronie manewrowej w głębi lądu. Związane będą również siły morskie próbujące przeszkodzić w przejściu desantu morzem. Podobny manewr może wykonać przeciwnik, tak więc celem negatywnym jest przeciwdziałanie tym zamiarom, oczywiście z użyciem manewru.

Trudno pominąć rozdział dedykowany działaniom na Bałtyku w czasie I wojny światowej, z którego każdy może zaczerpnąć fragment wywołujący rezonans z własnymi koncepcjami. Pierwszy fragment jest pochwałą niedocenianej roli marynarki wojennej we wsparciu działań na lądzie:

Działając w ramach sił połączonych (Niemcy) były w stanie zaoferować cenne i korzystne wsparcie z morza dla dowolnej armii na froncie wschodnim opierającej się o flankę nadmorską.

Drugi cytat to słowo o brytyjskich okrętach podwodnych działających na Bałtyku.

Ich działania niezależnie od tego jak energicznie prowadzone i jakie poruszenie wywołujące, nie były w stanie wydrzeć Niemcom z rąk ich panowania na Bałtyku. Na tych wodach brytyjskim okrętom podwodnym brakowało niezbędnego wsparcia sił nawodnych.

hms_e9_submarine

Okręty podwodne. Aktywne, ale nie mające decydującego znaczenia. Ciekawa teza.

Mocno to się kłóci z głoszonymi tu i ówdzie poglądami o nieużyteczności sił nawodnych na Bałtyku z powodu ich wrażliwości na atak z powietrza. To tak, jakby powiedzieć żołnierzom na linii frontu, że nie mają prawa bytu bo są w zasięgu artylerii przeciwnika.

Ciekawe są również spostrzeżenia Raoula Castexa na temat skuteczności i znaczenia nowych wówczas technologii jak okrętów podwodnych, lotnictwa czy łączności radiowej. O ile lotnictwo dopiero dorastało to okręty podwodne w czasie I wojny światowej zaczęły osiągać wiek dojrzały. Rolę okrętów podwodnych widzi najwyraźniej jako element manewru:

Użycie okrętów podwodnych będzie ewidentnie ułatwione dzięki istnieniu wszelkich pułapek obliczonych na wciągnięcie w nie wroga i wymuszenie na nim znanych dróg podejścia i odwrotu. Taki stan zachodzi gdy manewr jest zastosowany do zagrożenia punktu na wybrzeżu przeciwnika lub dla osłony własnego konwoju.

Castex nie dostrzega jednak wielkiej roli okrętów podwodnych w zabezpieczeniu głównego teatru działań. W odniesieniu do użycia okrętów podwodnych przez przeciwnika wyraża dość duży sceptycyzm przyznając, że ich obecność komplikuje sprawę „ale w znacznie mniejszym stopniu niż byśmy się tego spodziewali”. Podstawowym sposobem zniwelowania tego niebezpieczeństwa jest ruch i manewr. Znacznie większą przeszkodę dla Castexa stanowią okręty podwodne użyte przez przeciwnika w obronie jako środek rozpoznania i zwiadu. Zaletą tak skonstruowanej teorii jest wydedukowanie potencjalnych wad i ograniczeń okrętów podwodnych z istoty manewru a nie osiągów technicznych, co czyni teorię ponadczasową. Przynajmniej aż do momentu obalenia logiki wywodu, ale nie poprzez rozwój technologii. Ostateczną konkluzją jest proste w formie ale o złożonych konsekwencjach stwierdzenie o zmniejszającej się przestrzeni, również dla manewru:

Jedną z bezpośrednich konsekwencji tego stanu rzeczy jest skrócenie czasu trwania sprzyjających warunków, stworzenie których jest celem każdej strategii. W dzisiejszych czasach nieprzyjaciel jest w mocy bardzo szybko zakłócić stan korzystny dla nas. Jest on przejściowy i efemeryczny. Wymaga aktywnego działania i szybkich decyzji.

Dążąc do bardziej praktycznych wniosków wniknijmy trochę głębiej w refleksje po lekturze tekstu. Jeśliby nasza flota miała być uzupełnieniem sojuszniczej „battleforce” to oznacza to jednostki bojowe o dużych możliwościach i przy posiadanym budżecie nieliczne w najlepszym wypadku. Tracimy więc zdolność do walki na wyniszczenie bo jedna dobrze ulokowana rakieta jest w stanie wyeliminować połowę albo więcej naszej floty. Pomyślmy o synonimie wielkich strat wśród żołnierzy jakim jest słowo zdziesiątkowani. Całkiem na zimno oznacza 10% strat. Idąc dalej, co oznacza „enabling force” w praktyce? Poddając się trendom mody w sztuce zarządzania, sformułujmy takie „morskie 5S”:

  • scout – zwiad, rozpoznanie
  • screen – eskorta, osłona
  • strike – uderzenie, atak
  • secure – zabezpieczenie, ochrona sił i infrastruktury
  • supply – transport, zaopatrzenie, ewakuacja

Są to zdolności wymienione w prezentacji PMT z 2012 roku tyle, że rozszerzone i po angielsku (moda!). „Strike” to domena „battleforce” ale aby siły główne mogły operować na naszych wodach przybrzeżnych musimy mieć dobry zwiad i zabezpieczenie. Konieczne wydaje się również „czyszczenie przedpola” dla sił głównych, na co zadania stawiane LCS w zasadzie dają nam gotową receptę. Mamy więc zwalczanie zagrożeń spod wody jak miny i okręty podwodne oraz na powierzchni morza jak łodzie motorowe, czy kutry rakietowe. Konkretna realizacja tych zadań wcale nie musi wyglądać jak LCS z tej prostej przyczyny, że projektujemy siły działające w oparciu o „przyjazny brzeg” i nie mamy wymogu szybkiego przejścia na sąsiedni teatr działań. Druga refleksja premiuje „supply” czyli zdolności transportowe ludzi, wyposażenia, zapasów bądź w ramach wsparcia, desantu czy ewakuacji.

W tym miejscu niezbędne wydaje się przejście do jeszcze szerszego kontekstu a mianowicie faktu, że jak na razie mówimy o wojnie pomijając czas pokoju i kryzysu. Te zaś stanowią gros czasu w rzeczywistych działaniach flot świata. Czy więc zarysowujący się kształt sił będzie równie przydatny do misji dyplomatycznych, humanitarnych, budowania sojuszy czy perswazji? Z punktu widzenia funkcji jak najbardziej tak, bo zwiad czyli posiadanie informacji jest podstawą podejmowania decyzji a więc działania niezależnie czy mamy pokój czy wojnę. To samo dotyczy transportu i logistyki. Zabezpieczenie i ochrona infrastruktury również ma swoje zagrożenia zarówno w czasie pokoju, kryzysu jak wojny a siły przeciwminowe mają szanse być nasza specjalnością. Różnica tkwi odpowiedzi na pytanie gdzie? Czy przy własnym wybrzeżu, czy z dala od niego? Trudniej przerzucić na drugi koniec świata niszczyciel min niż moduł przeciwminowy transportowany samolotem. Odwrotnie, łatwiej wysłać okręt jak „crossover” czy LPD aniżeli kilka barek desantowych. Jakikolwiek pomysł będziemy mieli na strukturę floty, musimy wyważyć między sobą postulaty użyteczności w czasach pokoju, kryzysu i wojny oraz postulat większej liczby jednostek ze względu na zdolność do walki na wyniszczenie.

Nowa wersja L-CAT jest łącznikiem brzeg-brzeg i pozwala na przerzut kompanii rozpoznawczej lub zmechanizowanej na dystans 800 nm. Foto www.janes.com

Nowa wersja L-CAT jest łącznikiem brzeg-brzeg i pozwala na przerzut kompanii rozpoznawczej lub zmechanizowanej na dystans 800 nm. Foto www.janes.com

W obecnej sytuacji dochodzi nam dodatkowy postulat skalowalności naszych pomysłów, czyli ograniczenia finansowe. Jeśli zaproponujemy na przykład LPD wraz shore-to-shore connectors jak odmiana L-CAT prezentowana na Euronaval to jeżeli LPD zostanie zbudowany, to świetnie. Jeżeli nie to wciąż jest szansa na L-CAT do współpracy z wojskiem. Taki katamaran może również przenosić moduł przeciwminowy i był ostatnio prezentowany z CAPTAS-1. Jakkolwiek to może być niesatysfakcjonujące, w obecnych warunkach musimy się wykazać całkiem niekonwencjonalnym sposobem myślenia.

Sep 032016
 

Tytuł może budzić kontrowersje i słusznie, bo zaprasza do pójścia pod prąd i wbrew modzie. Dolewając oliwy do ognia zadajmy sobie pytanie o źródłosłów określenia anti-access/area denial. Obecnie termin używany powszechnie w literaturze anglosaskiej odnosi się głównie do Chin, ale czy jest odzwierciedleniem rzeczywistych intencji Chin czy raczej wyraża kłopot US Navy w swobodnym operowaniu wewnątrz pierwszego łańcucha wysp? Trzy wielkie przykłady historyczne dostępne do rozważań to Jeune Ecole we Francji z przełomu XIX i XX wieku, porewolucyjna Młoda Szkoła w Związku Radzieckim w latach 20-tych i współczesna realizacja aktywnej obrony Mao w Chinach. Mamy szczęście, bo US Naval War College Review w lecie 2015 roku opublikował artykuł Fighting The Naval Hegemon. Evolution in French, Soviet and Chinese Naval Thought, z którego nic tylko czerpać cytaty garściami.

Geografia nadaje strategii znaczenie. Bezpieczne od lądowej inwazji, Wielka Brytania i później Stany Zjednoczone wykorzystywały w szczególny sposób potęgę morską do pokonania swoich przeciwników. Oba kraje używały marynarkę wojenną do kontrolowania morskich szlaków komunikacyjnych i kluczowych przesmyków do wywierania bezpośredniej presji na wybrzeża wroga.

Alternatywna szkoła myśli wojenno-morskiej zakorzeniona w obronie wybrzeża podąża ścieżką asymetrycznych działań mających umożliwić słabszemu powalenie silniejszego.

Mahan i Corbett reprezentują dziedzictwo anglosaskiego myślenia oceanicznego, które wydaje się dla nas całkowicie abstrakcyjne i nie stosowalne. W końcu nie jesteśmy światowym hegemonem ani nasza flota królową mórz. Stąd pewnie część krytyki celującej we „flotę oceaniczną”. Z drugiej strony jest możliwe dołączenie się do takiej koalicji dobrej woli co miałoby pozytywny wpływ na nasze bezpieczeństwo narodowe, ale wyraźna niechęć do takiego podejścia wpycha nas do alternatywnej koncepcji obrony wybrzeża. Czy jednak rzeczywiście jest to alternatywa dla nas i czy istnieje tak zwana „trzecia droga”? Nawiasem mówiąc, Polska Marynarka Wojenna nie odegrała wielkiej roli w kampanii wrześniowej ale stała się członkiem takiej koalicji dobrej woli i walczyła dzielnie u boku Royal Navy przez cały okres wojny. Gdyby tak się nie stało to czym minister Macierewicz zapełniłby izby pamięci narodowej?

Przypadek Francji jest poniekąd wynikiem szybkiego rozwoju technologii w końcu XIX wieku i relatywnej słabości ekonomicznej w stosunku do Wielkiej Brytanii. Flota francuska za swojego głównego rywala uważała tradycyjnie Anglię stąd podwójny koncept wojny asymetrycznej. Zaatakować brutalnie handel morski by wstrząsnąć opinią publiczną w Wielkiej Brytanii i zmusić rząd do korzystnych dla Francji rozstrzygnięć oraz zorganizować obronę wybrzeża przed inwazją za pomocą nowej broni asymetrycznej czyli torpedy. Zarodek porażki Jeune Ecole tkwił w samych założeniach. Przegrana wojna z Prusami w 1870-71 zmieniła priorytety armii francuskiej i Niemcy zaczęły być głównym przeciwnikiem a jednocześnie postępowało zbliżenie z Wielką Brytanią. Flota skonstruowana do walki z handlem brytyjskim straciła rację bytu, z kolei obrona wybrzeża nie pozwalała Francji na interwencję w koloniach i obronę interesów poza Europą. Nie miała również wielkiego znaczenia w w ewentualnej wojnie z Niemcami. Koncepcja stworzona w czasach słabości ekonomicznej upadła gdy gospodarka mogła sobie pozwolić na budowę trzonu floty opartego o duże okręty pancerne. Technologia również obróciła się przeciwko Jeune Ecole – Lord Fisher wziął na serio zagrożenie torpedami i powstało specjalizowane narzędzie do zwalczania torpedowców – niszczyciel, chociaż lepiej w tym miejscu odwołać się do nazwy francuskiej a nie angielskiej – contre-torpilleur.

Cytowany artykuł podkreśla, że takie samo ekonomiczne podłoże legło u podstaw radzieckiej Młodej Szkoły. Był to czas po rewolucji październikowej i kraj był wyczerpany wojną. Komuniści ogłosili plan industrializacji (starsi czytelnicy mogą z rozrzewnieniem przypomnieć sobie czasy planów 5-letnich) a armia wymagała gwałtownie odbudowy. W rezultacie rola floty sprowadzała się do obrony morskiej flanki armii. Trochę później, w latach 30-tych Józef Stalin rozpoczął budowę floty oceanicznej, ale jak mówi inny cytat z artykułu:

Z jednej strony pancerniki były zupełnie nieprzystosowane do działań na płytkich wodach a z drugiej żadne plany się nie pojawiły, pokazujące jak te okręty miałyby operować na oceanach. Kuźniecow musiał przyznać po rozmowie ze Stalinem w końcu 1939-go, że „nie jest to całkiem jasne w mojej głowie dlaczego te okręty w ogóle są budowane”.

Marat w Gdyni. Niemcy wykorzystali lepiej swoje cięzkie okręty, ale mieli zupełnie inną pozycje na ladzie. Foto www.zerohedge.com

Marat w Gdyni. Niemcy wykorzystali lepiej swoje cięzkie okręty, ale mieli zupełnie inną pozycje na ladzie. Foto www.zerohedge.com

Historia powojenna rozwoju Floty Związku Radzieckiego to już trochę inna historia i bardziej przypominająca współczesny rozwój teorii morskich w Chinach. Przykład radziecki wskazuje na to, że zarówno narodziny jak i upadek Młodej Szkoły, oprócz ekonomii były przede wszystkim wynikiem promowanej ideologii. Wspólnym wątkiem z Jeune Ecole jest to, że w chwili gdy głównym przeciwnikiem jest potęga lądowa, z którą się ma wspólną granicę, marynarka wojenna zaczyna stawać przed egzystencjalnym pytaniem o sens bytu. Odwracając ten sam argument – ponieważ Jeune Ecole celowała w Wielką Brytanię oddzieloną od Francji wodą, przypadek Związku Radzieckiego jest dla nas bardziej ciekawy do analizowania bo tak nam mówi geografia.

Bardzo dobrze podsumowuje historię obu przypadków Młodej Szkoły Milan Vego w artykule On Littoral Warfare z US Naval War College Review z wiosny 2015:

Pomimo wspólnej nazwy, idee radzieckiej Młodej Szkoły nie pokrywały się z tymi z Jeune Ecole z lat 80-tych XIX wieku. Radziecka strategia była defensywna a nie ofensywna jak francuska. Obie szkoły stworzyły jednak teorie potencjalnie stosowalne do walki na wodach przybrzeżnych – lecz tylko biorąc pod uwagę przemijające czynniki narodowe niezwiązane z przedmiotem sprawy i bez prawdziwego zrozumienia wojny na morzu. Żadna ze szkół nie stworzyła koncepcji wystarczająco dostosowanej do działań na wodach przybrzeżnych, choć obie zajmowały znaczącą pozycję w swoich krajach przez wiele lat (a w przypadku Jeune Ecole również w Autro-Węgrzech). Obie szkoły zostały porzucone gdy sytuacja w ich macierzystych krajach uległa zmianie.

Chiny są uważane za kraj o najpotężniejszym systemie odmowy dostępu. Rakiety manewrujące i lotnictwo lądowe dalekiego zasięgu wspierane przez rakiety balistyczne DF-21 o zasięgu 1.000 mil morskich i uzupełnione przez okręty podwodne, miny oraz małe okręty rakietowe budzą respekt. Nawet jeśli wielu specjalistów i komentatorów powątpiewa w realną skuteczność rakiet DF-21 to USNavy bierze to zagrożenie całkiem na serio ogłaszając najpierw Air-Sea Battle a później Distributed Lethality. Czyż nie jest to raczej sukces i skąd pomysł przyklejania naklejki „porażka”? Chiny po wojnie stworzyły obronę wybrzeża z zewnątrz całkiem podobną do radzieckiej ale wypływającą z innych pobudek i założeń. Było to rozciągnięcie na morski kierunek teorii i praktyki wojny partyzanckiej w wykonaniu Mao Tse Tunga. Po pierwszych sukcesach w latach 50-tych walki z Kuomintangiem (dzisiejszy Taiwan) PLAN weszła w okres stagnacji. Zmiana nadeszła w początku lat 80-tych i PLAN z obrony wybrzeża przeszedł koncepcyjnie do „obrony przylegających mórz”. To zmieniło doktrynę na o wiele bardziej ofensywną i jednocześnie bardzo rozszerzyło obszar geograficzny działań. Zmienił się także status ekonomiczny Chin a z nim przyszło uzależnienie od handlu morskiego i kluczowych cieśnin morskich. Tak więc zamiast mówić o odmowie dostępu powinniśmy mówić o klasycznej kontroli morza czy panowaniu na morzu. Porażka koncepcji A2/AD w tym przypadku polega na staniu się ofiarą własnego sukcesu. Już nie chodzi o obronę przed inwazją ale o panowanie na obszarach, na których Chiny mogą prowadzić politykę i wywierać swój wpływ. Pierwszy w służbie lotniskowiec nie jest narzędziem do odmowy dostępu tylko do kontroli morza. Jest także znakiem postępującej dalej zmiany doktrynalnej. Nie bez powodu pojawiają się publikacje o studiowaniu przez chińczyków Mahana, o drugim a nie pierwszym łańcuchu wysp i nie bez powodu okręty PLAN pojawiają się u wybrzeży Afryki a nawet na Morzu Śródziemnym.

PLAN. Czy to wygląda na flotę obrony wybrzeża? Foto www.navalmarinearchive.com

PLAN. Czy to wygląda na flotę obrony wybrzeża? Foto www.navalmarinearchive.com

Jeśliby jakiś system A2/AD miał zasięg globalny to nie możemy już mówić o odmowie dostępu tylko mówimy o panowaniu na morzu. To, jak takie panowanie wykorzystamy i do czego, mówią nam teoretycy jak Mahan i Corbett. Wracamy więc do klasyków. Jeśli intencją czy sensem istnienia floty jest obrona przed inwazją to możemy używać słów jak „odmowa dostępu”. Jeśli celem jest prawo przejścia morzem, co według Corbetta jest podstawowym sensem posiadania floty to mówimy o kontroli morza. Jeżeli natomiast planujemy desanty taktyczne, wsparcie wojsk na lądzie, ewakuacje czy zapatrzenie drogą morską to mówimy o osłonie morskiej flanki wojsk. We wszystkich przypadkach rolę kluczową odgrywa kontrola morza. Jeśli ją posiadamy, możemy ją wykorzystywać do wszystkich wspomnianych celów. Jeśli jej nie posiadamy to zawsze pozostają rajdy i niepozwalanie przeciwnikowi na wykorzystanie przewagi na morzu przez niego. Innymi słowy strona słabsza zawsze może utrzymywać stan nierozstrzygniętego panowania na morzu.

Jeżeli więc mamy awersję do koncepcji oceanicznych, w których możemy uczestniczyć głównie jako sojusznik a z drugiej strony doktryna odmowy dostępu wydaje się być ślepą uliczką, to mamy do rozpatrzenia dwie alternatywy – albo przemyślimy swoją awersję do współpracy na oceanach albo zaczniemy rozmawiać o flocie przybrzeżnej, ale nie obrony wybrzeża.

Powyższy tekst nie jest argumentem ani za ani przeciw korwetom czy fregatom. Niemniej mówiąc o walce na Bałtyku lub otwartym oceanie warto mieć świadomość pewnych implikacji technologicznych powodujących, że coś co jest uważane za dogmat na wodach otwartego oceanu na wodach morza zamkniętego może nie mieć takiego znaczenia i na odwrót. Łatwo zapominamy, że technologia i taktyka są w interakcji. Mając daną doktrynę i taktykę szukamy sprzętu najlepiej realizującego znane nam koncepcje taktyczne. To samo jednak dotyczy odwrotnej relacji – rozwój technologii prowadzi do rozwoju taktyki, wystarczy wspomnieć samolot, radar czy okręt podwodny. Wspomniany artykuł Milana Vego zawiera wiele ostrzeżeń przed nadmiernym zaufaniem do technologii i o jej ograniczeniach rzadko się mówi. A ponieważ dotyczy to osiągów kluczowych dla okrętu systemów, ci co wiedzą – milczą. Przykładową ciekawostką jest informacja, że torpedy ASW jak Mk 46 Mod5A odpalane z okrętu nawodnego potrzebują co najmniej 148 stóp głębokości, czyli tyle ile średnia głębokość Bałtyku.

To nas prowadzi do innego, gorąco dyskutowanego tematu czyli obrony przeciwlotniczej okrętów i zespołów okrętów. Ponownie fascynacja technologią zakrywa przed nami fakt, że jest ona związana z konkretnymi sytuacjami taktycznymi. Króciutka historia obrony plot US Navy może służyć jako ilustracja. Dla uproszczenia zacznijmy od pojawienia się Standard Missile zastępujących starą triadę Talos, Terrier, Tartar. Systemem kierowania ognia był Tartar D a półaktywnie sterowane rakiety wymagały podświetlania celu przez cały czas lotu. Problemem były bombowce rosyjskie Badger i Backfire odpalające salwy rakiet z dalekiego dystansu w tak zwanej G-I-UK Gap czyli przestrzeni na Atlantyku pomiędzy Grenlandią, Islandią a UK. Rozwiązaniem była obrona strefowa (layered defence w odróżnieniu od area defence, które u nas jest tłumaczone tak samo a znaczy chyba coś innego). Dominującą doktryną była „Outer Air Battle” a głównym narzędziem lotniskowce z bazującymi na ich pokładach myśliwcami Tomcat uzbrojonymi w rakiety dalekiego zasięgu Phoenix. Tylko lotnictwo pokładowe dawało szansę na przechwycenie bombowców zanim odpalą swoje rakiety. Te, które nie zostały przechwycone zwane „leakers” były celem obrony na okrętach nawodnych. Ponieważ atakujących rakiet mogło być wciąż dużo, jednokanałowy system Tartar D był łatwy do nasycenia. Ważnym celem były również samoloty wskazujące bombowcom cel, tak zwane „pathfinder”. Jon Salomon w swojej pracy na temat walki z rajdami rosyjskich bombowców „Deception and the Backfire Bomber” pisze, że pomimo radarowych systemów na orbicie rosyjscy piloci największe zaufanie mieli do wizualnej identyfikacji celu przez samoloty Bear. Musiały się one więc znaleźć w zasięgu rakiet przeciwlotniczych na okrętach i tu liczył się zasięg rakiet. Rozwiązanie dla obu problemów przyszło w postaci New Threat Upgrade. Standard Missile wyposażono w autopilota i nawigację bezwładnościową co pozwoliło na zastosowanie nawigacji proporcjonalnej i oświetlanie celu tylko w końcowej fazie lotu. Nawigacja proporcjonalna kieruje pocisk raczej w punkt przewidywanej pozycji celu a nie aktualnej co pozwala na znacznie efektywniejszą trajektorię lotu, stąd większy zasięg bez modernizacji rakiety. Oświetlenie celu w końcowej fazie rozwiązało albo raczej poprawiło możliwości zwalczania ataków saturacyjnych, bo NTU mógł naprowadzać kilka rakiet jednocześnie. Obrona strefowa miała wciąż dużą głębokość.

Aby pokonać rajd rosyjskich bombowców, takie okręty z NTU musiałyby się mnożyć jak króliki.

Aby pokonać rajd rosyjskich bombowców, takie okręty z NTU musiałyby się mnożyć jak króliki.

System Aegis, który jest spadkobiercą projektu Typhoon był opracowywany równolegle i wszedł do służby w podobnym czasie. Miał znacznie lepsze możliwości ale wymagał dedykowanej platformy stąd równoległe wprowadzenie do służby obu systemów. NTU było krytyczne dla posiadanej olbrzymiej floty Tartar. Znaczenie Aegis wzrosło gwałtownie z zakończeniem zimnej wojny. Norman Friedman tak pisze w marcowym numerze Proceedings z 2004 roku:

Wraz z końcem zimnej wojny założenia zmieniły się radykalnie. Okręty operowałyby prawdopodobnie bliżej lądu. Przeciwnik posługiwałby się relatywnie małą liczbą rakiet przeciwokrętowych ale odpalanych ze znacznie krótszego zasięgu. Nacisk przeniósł się na czas reakcji systemu, co z kolei zależało częściowo od tego jak szybko można odpalać rakiety.

New Threat Upgrade wykorzystywał informacje z radarów poprzedniej generacji nie posiadających tak precyzyjnej informacji jak SPY-1 i musiał poświęcić znacznie więcej czasu na ustalenie trajektorii celu i naprowadzenie radarów kierowania ogniem. Nie nadawał się dobrze do walki na krótkich dystansach. Sprawę pogarszały też rakiety przeciwokrętowe odpalane z okrętów podwodnych. Zamiast wczesnego ostrzegania walka zaczynała się potencjalnie w ramach 15 milowego zasięgu radarowego dla celów lecących nisko nad wodą.
Kilka słów o NTU – jednym z głównych elementów był procesor SYS-2 służący do automatycznego tworzenia trajektorii lotu celów na podstawie informacji ze wszystkich posiadanych przez okręt radarów i sensorów. Radary pracują w różnych pasmach, mają inną częstotliwość odświeżania itd. Każdy radar może okresowo gubić cel z pola widzenia i trajektoria celu się urywa, jednak sumaryczna informacja z kilku sensorów ma znacznie większe szanse na utrzymanie trajektorii celu wystarczająco dokładnej do naprowadzania rakiet. Historia o tyle ciekawa, że się powtarza. O ile SPY-1 był olbrzymim postępem w porównaniu do SPS-48 to i tak nie był idealny i wciąż raportowano zaskakująco dużo „leakers” czyli niewykrytych atakujących celów. Ponownie więc sięgnięto do tej samej idei integracji sensorów, tyle że na skalę zespołu okrętów a nie pojedynczej platformy. W ten sposób powstało Cooperative Engagement Capability co było o tyle prostsze, że oba systemy stworzył ten sam ośrodek. Kolejnym krokiem jest Naval Integrated Fire Control – Counter Air (NIFCA-CA), który umożliwia realizacje starego pomysłu rakiet przeciwlotniczych Surface Launched Air Targeted (odpalanych z powierzchni morza ale kierowanych z powietrza). Obecnym urzeczywistnieniem idei jest kombinacja CEC, VLS, SM-6 i E-2D.

Wniosek jest taki, że technologia nie istnieje sama dla siebie tylko oferuje rozwiązania dla konkretnego scenariusza. Jeśli naszym scenariuszem jest walka na zamkniętym morzu lub wodach przybrzeżnych, wówczas nie powinniśmy chyba odrzucać rady Milana Vego:

Ryzyko działania okrętów o wysokich możliwościach ale drogich przewyższa potencjalne korzyści. Okręt nawodny operujący na zamkniętych wodach nie powinien być może przekraczać 1.200 – 1.500 ton. Wspólnymi cechami dla wszystkich okrętów zoptymalizowanych do działań na wodach przybrzeżnych są mała wielkość, umiarkowanie duża prędkość, małe zanurzenie, wysoka manewrowość, umiarkowany zasięg i niskie sygnatury (radarowa, termiczna, akustyczna i magnetyczna).

Ze względu na bezpośredni styk wszystkich fizycznych środowisk, w których rodzaje sił zbrojnych działają, główne operacje w strefach nadbrzeżnych prowadzone indywidualnie przez jeden rodzaj sił zbrojnych będą rzadkością.

Obrona strefowa w strefie nadbrzeżnej oznacza atakowanie nosicieli rakiet tak samo jak w Outer Air Battle z czasów zimnej wojny. Tyle, że nosiciele będą w znacznej mierze umieszczeni na lądzie. Tak więc odpowiednia wydaje się być kombinacja dużej siły ofensywnej i obrony powietrznej ograniczonej do mniej więcej 15 nm. Łączność i rozpoznanie będą kluczowe, bo mniej ważne są środki napadu od umiejętności wskazania właściwego celu. Backfire dawał zasięg ale kluczowym elementem był „pathfinder”.

Z drugiej strony jeśli naszym scenariuszem będzie współdziałanie z sojusznikami na wodach oceanu, to mamy wybór specjalizacji bo okręty stają się coraz droższe. Albo zdecydujemy się na wariant ASW albo AAW ale wówczas najprawdopodobniej coś na wzór CEC będzie standardowym wymogiem. A gdyby nam przyszło do głowy tak wyposażone okręty budować w kraju niech przestrogą będzie dla nas ambitna flota Stalina, której tylko mały fragment został zbudowany w oparciu o zagraniczne technologie i projekty napotykając niekończące się przeszkody technologiczne.