Jun 112016
 

Kluczem do przyszłego kształtu Marynarki Wojennej RP jest to, w jaki sposób wyobrażają sobie jej użycie politycy w czasie pokoju i wojskowi w czasie wojny. Trudno sobie jednak wyobrazić, by na ten temat decydowano bez udziału marynarzy, którzy nie powinni w tym interaktywnym procesie tworzenia koncepcji pozostawać biernymi obserwatorami. Dlatego interesującą ciekawostką jest artykuł Niebieskie ludziki. Wojna morska na Bałtyku nie jest nierealna” autorstwa Macieja Matuszewskiego, oficera służby czynnej i dowódcy ORP Gen. T. Kościuszko. Ton artykułowi nadaje pierwsze zdanie, które nie mówiąc nic o flocie może nadać jej kształt:

Jak zmusić do ustępstw duży kraj należący do NATO, nie przekraczając progu wojny i unikając interwencji jego sojuszników?

Trudno uniknąć skojarzeń z Białą Księgą Bezpieczeństwa Narodowego opublikowaną przez poprzedni skład BBN-u. Głównym mankamentem Księgi był brak jakichkolwiek bezpośrednich odniesień do marynarki wojennej i jej roli w systemie bezpieczeństwa państwa i jest to być może rzecz do skorygowania w następnej edycji tej publikacji. Niemniej kontekst został zdefiniowany i daje dość sporo materiału do przemyśleń na temat zarówno doktryny jak i struktury Marynarki Wojennej.
Odpowiadając na wiodące pytanie, autor wskazuje na wojnę hybrydową jako sposób na działania nie wyzwalające automatyzmu traktatu NATO i próbuje zdefiniować zjawisko konfliktów hybrydowych. Zadaje sobie przy tym bardzo dobre pytanie:

Podstawową zasadą podczas tworzenia nowych pojęć jest udzielenie odpowiedzi pytanie: czy jest ono naprawdę potrzebne i czy nie istnieje już coś, co opisuje zjawisko, które chcemy przedstawić?

Mamy co najmniej dwa pojęcia już istniejące i dość dobrze opisujące zjawisko. Brytyjski admirał Richard Hill nazywał takie działania Low Intensity Operations:

(…) które nigdy nie zasługują na miano wojny, mają ograniczone cele, zakres i obszar, są przedmiotem międzynarodowego prawa do samoobrony i często zawierają sporadyczne akty przemocy z obu stron a ich cele są z natury swojej polityczne. Problemem jest zawsze możliwość eskalacji do starcia zbrojnego o wysokiej intensywności, co wymaga albo własnego albo sojuszniczego zespołu wsparcia.

Chiny używają przymusu popartego siła z wykorzystaniem słabo uzbrojonych okrętów Straży Przybrzeżnej. Foto www.time.com

Chiny używają przymusu popartego siła z wykorzystaniem słabo uzbrojonych okrętów Straży Przybrzeżnej. Foto www.time.com

Wojna hybrydowa całkiem dobrze mieści się również w pojęciu morskiej dyplomacji. Christian Le Miere w książce Maritime Diplomacy in the 21st Century twierdzi, że „zasadniczo, morska dyplomacja wypełnia przestrzeń pomiędzy wojną a cywilną dyplomacją, oferując szeroki zakres narzędzi i opcji dla polityków, które pozwalają na stopniowanie eskalacji w osiąganiu krótko i długoterminowych celów”.

Le Miere pojmuje dyplomacje szeroko i dostrzega trzy obszary zastosowania – współpracy, perswazji i przymusu. Jej główną rolą jest wysyłanie sygnałów i odgrywanie roli zaworu bezpieczeństwa w polityce międzynarodowej. Od tworzenia sojuszy, poprzez budowę prestiżu aż do groźby użycia siły, dyplomacja morska jest narzędziem pokazującym intencje wysyłającego komunikat i wagę jaką on do danej kwestii przypisuje.

Inny aspekt pokojowego użycia dyplomacji morskiej. Budowa prestiżu poprzez pomoc humanitarną. Foto wikipedia.org

Inny aspekt pokojowego użycia dyplomacji morskiej. Budowa prestiżu poprzez pomoc humanitarną. Foto wikipedia.org

Autor omawianego artykułu idzie jednak inną drogą i w poszukiwaniu środowiska, w którym marynarka wojenna będzie odgrywała kluczową role, stwierdza:

Już Napoleon zrozumiał, że aby odnieść sukces należy uderzyć we wroga w miejscu i czasie, w którym jego obrona jest najsłabsza, a przez to nasza szansa na odniesienie sukcesu, możliwie małym nakładem środków, największa. Analizując, nawet pobieżnie, polski potencjał obronny, oczywistym staje się, że najsłabiej zabezpieczona przed atakiem jest strefa morskiej granicy państwa.

Chyba jako efekt uboczny, pierwsze zdanie podważa zasadność istnienia pojęcia wojny asymetrycznej w tym A2/AD, jako osobnej koncepcji gdyż każdy konflikt jest próbą wykorzystania asymetrii. Drugie zdanie wskazuje jednak, że autor sam nie jest wolny od defensywnego myślenia o obronie terytorialnej i wpada poniekąd we własne sidła. Próbując bowiem oderwać marynarkę wojenną od kontynentalnych wizji używa argumentu obrony granic, podczas gdy intencją autora jest raczej stworzenie scenariuszy, w których flota odgrywa kluczową rolę. Na taka interpretację wskazują poniższe słowa:

Konflikt na morzu wydaje się całkiem prawdopodobny. Konflikt taki, w formie działań pośrednich przeciw morskim liniom komunikacyjnym, może dojść do skutku w stosunkowo krótkim czasie. Jego areną, z dużym prawdopodobieństwem, będzie wyłącznie morze. Wezmą w nim udział tylko siły morskie.

Scenariusz wojny informacyjnej połączonej ze sponsorowanym sabotażem i zagrożeniem klęską ekologiczną na Bałtyku może mieć wpływ na decyzje polityczne i ma znamiona realności. Jest to kwestia utrzymania porządku prawnego na morzu a więc znów dyplomacji morskiej. Natomiast hipotetyczny atak SSN na gazowiec na oceanie w czasie pokoju jest mało realny. Tylko garść państw na świecie ma techniczne możliwości wykonania takiego ataku. Gazowiec będzie płynął pod banderą innego państwa i jego zatopienie wzbudziłoby reakcję całego świata. Ponadto sprawa może wyjść na jaw, na co wskazuje przykład zatopienia torpedą korwety Korei Południowej. Natomiast zablokowanie Cieśnin Duńskich, pomijając polityczny huragan jest samobójczym golem gdyż zmusza Rosję do zmiany ważnego kierunku eksportu swoich własnych surowców. Z kolei zmiana kierunków polskiego importu oznacza nie tyle uzależnienie się od Rosji co raczej od Niemiec, gdyż gazowce mogą być rozładowane w Hamburgu czy portach ARA i wędrować dalej koleją. Oczywiście to kosztuje. Jeśli więc szukamy argumentów za posiadaniem sił ASW to może lepszym byłaby osłona planowanego Marlina.

W innej publikacji na Defence24 o tytule mówiącym za siebie [NATO ESF] Rosyjska flota uniemożliwi ułożenie Baltic Pipe? mamy scenariusze w oparciu o incydent związany z ćwiczeniami okrętów rosyjskich w pobliżu miejsca gdzie kładziono kabel energetyczny Litwa – Szwecja.

Bezsprzecznie nadchodzi czas, w którym Bałtyk staje kluczem dla bezpieczeństwa energetycznego Polski. Nasz kraj w oparciu o świnoujski terminal LNG i projekt Baltic Pipe tworzy tzw. Korytarz Północny, który pozwoli uniezależnić się od dostaw rosyjskiego gazu i przełamać monopol Gazpromu w Europie Centralnej.

Cechą charakterystyczną obu artykułów jest skupienie uwagi na własnym punkcie widzenia i celach negatywnych. Dostrzega się zagrożenie ze strony Rosji i wymienia je z imienia, ale całkowicie pomija rosyjski punkt widzenia czy sposób myślenia. Nie chcemy zaakceptować prostego faktu, że z punktu widzenia globalnej polityki Rosji jesteśmy po prostu drobną przeszkodą, tyle że mocno drażniącą. W interesie Rosji leży zabezpieczenie własnego eksportu surowców energetycznych drogą przez Bałtyk a nie przecinanie naszych. Powód jest prosty – jeżeli Rosja chce nam zaszkodzić, to zakręci swój kurek zamiast ryzykować konflikt zbrojny a jeśli chce nas uzależnić od siebie, to wystarczy obniżyć cenę na gaz i odesłać inwestycję Baltic Pipe w niebyt. Brak również celów pozytywnych. Uwagę czytelnika skierowuje się na zapobieżenie przeciwnikowi osiągnięcia jego celów, nic natomiast nie ma na temat co my chcemy osiągnąć w polityce używając floty jako narzędzia. Wracamy więc do pierwszego zdania tego tekstu i pytania jak nasi politycy wyobrażają sobie morską dyplomację i jakie sobie stawiają cele?

Omawiane artykuły skupiają się wokół dwóch „środków ciężkości” – źródeł surowców energetycznych alternatywnych do Rosji oraz zagrożeniu dla tych źródeł ze strony Rosji. Na tej podstawie buduje się częściowe uzasadnienie dla istnienia Marynarki Wojennej. Pozytywnym aspektem obu artykułów jest fakt podjęcia dyskusji wychodzącej poza wąskie grono entuzjastów i sympatyków Marynarki Wojennej. Dużym minusem i niebezpieczeństwem jest łatwość zamiany tej dyskusji w propagandowe narzędzie do uzasadnienia inwestycji zgodnych z obowiązującymi poglądami politycznymi. Te z kolei należy oddzielić od interesów Państwa Polskiego, które to interesy Rzeczpospolita ma niezależnie od rządów w określonym czasie.

Nowym elementem, rzadko dyskutowanym jest obrona infrastruktury pojętej szerzej niż tylko porty, a więc również platformy, kable i rurociągi podmorskie czy farmy wiatrowe.

Ciekawostką jest to, że próba stworzenia w miarę realnych scenariuszy pobudzających wyobraźnię i trafiających do szerszego ogółu, sama w sobie pozytywna, nie generuje potrzeby posiadania systemów niezbędnych przy konfliktach o wysokiej intensywności lub wojnie. Nie wynika z nich potrzeba posiadania okrętów podwodnych czy strefowej obrony przeciwlotniczej zdolnej do zwalczania salwy szesnastu czy dwudziestu rakiet manewrujących. Jedynym niebezpieczeństwem jest niekontrolowana eskalacja, co można przekuć na potrzebę rozbudowy floty w przyszłości o własny zespół osłony lub też w połączeniu z Marlinem na stworzenie zalążka ograniczonej projekcji siły. Taki obrót sprawy zamieniłby Marynarkę Wojenną RP z floty przybrzeżnej do floty zdolnej do realizacji celów polityki na wodach przyległych do Bałtyku. Byłby to dowód na to, że czujemy się częścią Europy.

May 142016
 

Los Marynarki Wojennej RP jest nierozerwalnie związany z Grand Strategy polityki bezpieczeństwa państwa polskiego. Niestety, tak jak nie ma w kraju zgody co do fundamentów polityki zagranicznej i bezpieczeństwa państwa, tak nie ma zgody co do roli marynarki wojennej. Gdy w 1989 roku Polska odzyskiwała swoją podmiotowość (unikam jak ognia nadużywanego słowa suwerenność), panowała dość powszechna zgoda co do dwóch filarów polityki zagranicznej – członkostwa w EU i NATO. Dziś jest to kwestionowane a Marynarka Wojenna dryfuje na morzu audytów w nieznanym kierunku. W takiej sytuacji lektura klasyków i redukcja problemu do podstawowych elementów powinna co nieco rozjaśnić horyzont. Stąd ponowne „podejście” do Tukidydesa i jego Wojny Peloponeskiej wchodzącej w skład kanonu zarówno strategii (obok Sun Tzu i Carla von Clausewitza) jak i polityki realnej. Poniżej popularny cytat z dialogu melijskiego:

Przecież jak wy tak i my wiemy doskonale, że sprawiedliwość w ludzkich stosunkach jest tylko wtedy momentem rozstrzygającym, jeśli po obu stronach równe siły mogą ją zagwarantować; jeśli zaś idzie o zakres możliwości, to silniejsi osiągają swe cele, a słabsi ustępują.

Po dwóch tysiącach lat wciąż znamy w zasadzie tylko dwie strategie dla małych państw w konfrontacji z hegemonem – szukać ochrony u protektora lub stworzyć przeciwwagę. Tukidydes opisuje rzeczywistość, w której jedynym sensownym rozwiązaniem dla słabszych jest sprzymierzenie się z jednym z dwóch protektorów. Taka konstrukcja wynika z dwubiegunowości świata Hellenów. O tym, którego z hegemonów lepiej wybrać za protektora mówi inny cytat z dialogu melijskiego:

Najlepiej może postępują ci, którzy równym sobie nie ustępują, dla silniejszych zachowują szacunek, wobec słabszych umiar.

Przyjęcie do wiadomości swojej pozycji jako małego państwa na światowej szachownicy supermocarstw jest być może psychologicznie trudne i bolesne, ale jak najbardziej zgodne z duchem realizmu politycznego.

Drugim sposobem jest utworzenie przeciwwagi dla potęgi sąsiada. Z tą intencją portal War on the Rocks opublikował artykuł Does Europe need a new Warsaw Pact? Podtytuł trafia idealnie w nastroje wielu polityków naszego regionu – „kraje Europy Wschodniej nie powinny polegać wyłącznie na NATO”. Propozycja stworzenia sojuszu państw, które na papierze są w stanie liczebnie utworzyć siłę odstraszającą, chwieje się w posadach po spojrzeniu na zwykłą mapę. Z wymienionych w artykule państw: Estonii, Łotwy, Litwy, Polski, Słowacji, Czech, Węgier, Rumunii i Bułgarii, tylko pierwsze cztery graniczą z Rosją i trudno sobie wyobrazić bułgarski desant morski na Krym w odpowiedzi na zajęcie Estonii. Taka konstrukcja w przeciwieństwie do poprzedniej, nie jest zgodna z duchem realizmu politycznego, co nie wyklucza współpracy politycznej i militarnej.

Akceptacja pozycji słabszej strony szukającej protekcji wymaga w konsekwencji zgody na warunki tej ochrony. W epoce wojny peloponeskiej mniejsze państwa – miasta dostarczały żołnierzy, okręty wraz zaopatrzeniem czy po prostu pieniądze dla protektora w zamian za bezpieczeństwo. Obrona słabszego sojusznika nie była jednak automatyczna i wymagała zabiegania o nią oraz zrozumienia interesów protektora. W sporze pomiędzy Korkyrą a Koryntem początkującym wojnę peloponeską, flota Aten pojawia się na scenie ale nie angażuje się w bezpośrednią walkę. Sztuką jest więc nieustanne szukanie wspólnoty interesów z silniejszym sojusznikiem, co ułatwia mu bezpośrednie zaangażowanie się w spór.

Greckie okręty - źródło potęgi dla Aten i niezbędne narzędzie dla Sparty

Greckie okręty – źródło potęgi dla Aten i niezbędne narzędzie dla Sparty

Przenosząc się do współczesności mamy do czynienia z podobną sytuacją w przypadku Republik Bałtyckich (czy też Polski) oraz NATO w konfrontacji czy sporze z Rosją. War on the Rocks oferuje nam kolejny artykuł dotyczący naszego regionu Fixing NATO Deterrence in the East or: How I learned to stop worrying and love NATO’s crushing defeat by Russia, będący przy okazji krytyką gry wojennej przeprowadzonej przez RAND na temat rosyjskiej agresji na Bałtów. Pierwsze zdanie poniższego cytatu definiuje dobrze nasze poglądy a drugie wprowadza w dylemat sojusznika i protektora:

Czy cokolwiek mniej niż kilkanaście brygad amerykańskich usatysfakcjonuje Republiki Bałtyckie? Prawdopodobnie nie. Niestety, usatysfakcjonowanie a obrona ich niekoniecznie oznacza to samo zadanie.

Dalej autorzy wyjaśniają różnicę i proponują rozwiązanie problemu obrony sojuszniczej ale niekoniecznie terytorium sojuszniczego!

Właściwą drogą jest ustanowienie odstraszania przez ukaranie (punishment), co dawało dobre rezultaty przez całe lata. Oznacza to wykorzystanie lotnictwa i marynarki jako globalnej siły zdolnej do rozciągnięcia teatru działań i zadania Rosji kolosalnych strat militarnych i ekonomicznych, jeśliby dokonała agresji na członka NATO.

No cóż, niełatwe jest życie słabszego sąsiada hegemona a opcje są bardzo ograniczone. Dzieło Tukidydesa ma dla nas dodatkową zaletę, gdyż zawiera silny wątek wojny morskiej. Ateny jako model państwa morskiego może w mniejszym stopniu przyciągać naszą uwagę, ale Sparta? W trakcie wojny obie strony używały floty do rozszerzenia pola manewru dla wojska. Podczas gdy Sparta pustoszyła ziemie należące do Aten i ich sojuszników, flota ateńska do woli atakowała wybrane punkty wybrzeża.

Łącząc wątki rozciągnięcia strategicznego frontu działań NATO z rozszerzeniem pola manewru wojska w czasie wojen peloponeskich wyłania się struktura floty złożonej z dwóch podstawowych komponentów. Jednym są okręty zdolne do działań sojuszniczych przynajmniej na europejskim teatrze działań. Drugim to środki do transportu wojska w ramach co najmniej Bałtyku. Dodatkowym składnikiem floty stają się siły minowe, rozpoznawcze czy osłony portów. Okręty transportujące wojsko powinny mieć osłonę i w tej roli może występować komponent do współpracy z NATO. Walka o uzyskanie panowania na morzu jest możliwa we współpracy sojuszniczej. Swego rodzaju rewolucją i ukłonem w stronę koncepcji obrony terytorialnej byłoby nadanie pierwszeństwa siłom wsparcia połączonych sił zbrojnych, czyli jednostkom transportowym. Dodatkową korzyścią byłoby większe prawdopodobieństwo zaangażowania w projekt krajowych stoczni.

Wykorzystanie morza jako pola manewru dla wojska na Bałtyku tym się różni od wojen peloponeskich, że w dzisiejszych czasach flota musi działać w zasięgu systemów nadbrzeżnych i pod nieomalże ciągłą obserwacją. Dla niektórych komentatorów oznacza to w konsekwencji niemożliwość działań floty nawodnej, łatwej do zniszczenia. Pogląd nie tyle nieprawdziwy, co pokazujący brak konsekwencji w myśleniu o działaniach w trakcie konfliktu z nieograniczonym użyciem nowoczesnej broni.

W dawnych czasach na Studium Wojskowym uczono studentów, że cele dzielą się na punktowe, liniowe i powierzchniowe. Okręt jest celem punktowym i raz wykryty staje się teoretycznie łatwym do zniszczenia. Tyle, że dotyczy to tak samo lotnisk, centrów dowodzenia czy zgrupowania wojsk. Teoretycznie lotnisko czy nabrzeżny dywizjon rakietowy jest celem powierzchniowym, ale przy dzisiejszej technice broni precyzyjnych jest to raczej zbiór celów punktowych. Eliminacja kontroli lotów, systemów nawigacyjnych, centrów łączności lub stacji pomp paliwa ogranicza automatycznie działania lotnictwa, co może mieć decydujące znaczenie w pierwszych godzinach ataku. Na dokładkę korweta uzbrojona tylko w RAM dysponuje przy obecnym stanie obrony przeciwlotniczej lepszą obroną przeciwrakietową (choć nie przeciwlotniczą) od lotniska. Większość polskiego lotnictwa jest zgrupowana na 3-4 lotniskach, które wiadomo gdzie są i nie zmieniają położenia w przeciwieństwie do okrętów. Tak więc, jeśli twierdzimy że okręty nawodne są bezbronne zastosujmy tę samą logikę do innych rodzajów sił zbrojnych czy uzbrojenia. Natomiast jeśli akceptujemy przewagę środków ataku nad obroną i straty, to powstaje pytanie jak skomplikować przeciwnikowi atak i jak zwiększyć swoje własne siły ofensywne.

Patrząc na problem oczyma polityków powinniśmy sobie odpowiedzieć na pytanie jaką część budżetu zbrojeniowego jesteśmy gotowi przeznaczyć na flotę pełniącą rolę pomocniczą dla działań połączonych wojsk. Historia budżetu MON wskazuje, że 10% udziału floty w programach modernizacyjnych jest realne i możliwe. Jest to również liczba, która nie powinna wywoływać kontrowersji na temat ważniejszych priorytetów wojsk lądowych czy lotnictwa. Przy obecnym poziomie finansowania obrony narodowej oznacza to 600-800 mln PLN rocznie. To wystarczy na zbudowanie niewielkiej i dość wszechstronnej floty, która być może nie obroni samodzielnie wybrzeża, ale może być użytecznym narzędziem polityków w czasie pokoju i wojska w czasie wojny.

Jan 112014
 

W coraz częściej pojawiających się publicznych dyskusjach na temat modernizacji sił zbrojnych, rzadko podejmowany jest temat koncepcji czy też strategii rządzącej logiką wysiłków modernizacyjnych. Terminy najczęściej używane w kontekście Marynarki Wojennej to Bałtyk Plus czy odstraszanie. Ostatnio Prof. Koziej użył terminu niedostępności terytorialnej kraju. Poniższy tekst jest próbą krytycznego spojrzenia na stosowność używania wspomnianych terminów i wezwaniem, aby wrócić do klasyków. Nie chcę dzielić włosa na czworo, ale od podstawowych definicji zależy (albo raczej powinno zależeć) jakie będziemy mieli okręty podwodne, jaką rolę będą spełniały drony w systemie obronnym lub czy ma sens inwestowanie w patrolowe samoloty CASA. W książce The Dynamics of Military Revolution, 1300-2050 (MacGregor Knox i Williamson Murray) znalazłem taką oto perełkę mądrości:

Błędy strategiczne mogą zostać skorygowane dopiero w następnej wojnie.

Do właściwości stosowania teorii Jeune Ecole w odniesieniu do naszych koncepcji obronnych już się na tym blogu odnosiłem. Dzisiaj czas na idee niedostępności terytorialnej kraju oraz odstraszania. Pierwsza jest zapewne spolszczeniem amerykańskiego terminu A2/AD czyli anti-access/area denial. Jest to określenie dość nowe i wcale nie precyzyjne. Termin jest popularny i chwytliwy ale do niedawna brakowało mu jakiejkolwiek podbudowy teoretycznej. Na szczęście ukazała się książka Samuela Tangredi, Anti-Access Warfare: Countering Anti-Access and Area-Denial Strategies, która jest próbą usystematyzowania wiedzy na ten temat. Autor, analizując konflikty z przeszłości wyodrębnia pięć podstawowych elementów stanowiących zręb koncepcji:

  • przekonanie o strategicznej przewadze sił atakujących
  • dominujący czynnik geografii jako element mający największy wpływ na czas operacji i wykruszanie się sił przeciwnika (attrition)
  • dominację obszarów morskich nad przestrzenią konfliktu
  • krytyczny wpływ posiadania informacji i rozpoznania oraz odwrotnie – decydujący efekt operacji wprowadzających przeciwnika w błąd co do rzeczywistych zamiarów i działania
  • zdecydowany wpływ wydarzeń w innych regionach i niezwiązanych bezpośrednio w konfliktem

Każdy z powyższych punktów jest w przypadku Polski dyskusyjny i nie daje jednoznacznego potwierdzenia słuszności przyjęcia takiej koncepcji obrony. Retoryka „państwa granicznego Unii” i położenie geograficzne eliminuje argument o dominacji obszarów morskich. Geografia sama w sobie nie sprzyja za bardzo działaniom opóźniającym ani wyczerpywaniu sił przeciwnika. Mamy natomiast wpływ na budowanie świadomości sytuacyjnej. Polityka zagraniczna za cel może również obrać tworzenie sytuacji dla przeciwnika niewygodnych i odwracających jego uwagę od bieżącego konfliktu. Ten ostatni punkt Tangredi ilustruje przykładem ataku Persów na Grecję. Bitwa morska pod Salaminą choć zwycięska dla Greków nie była w stanie sama zmienić wyniku wojny. Stworzyła jednak groźbę odcięcia dróg zaopatrzenia, co wobec mnożących się buntów podbitych ludów wewnątrz państwa Perskiego zmusiły Kserksesa do zmiany kalkulacji i wycofania się z Grecji. Do prowadzenia takiej polityki nie potrzebujemy jednak A2/AD. Przykładem jak najbardziej współczesnym prowadzenia aktywnej polityki zagranicznej poza potencjalnym obszarem konfliktu niech będzie wizyta okrętów JMSDF w Polsce i próba zacieśniania stosunków na płaszczyźnie militarnej.

Najbardziej trafnym wydaje się być przekonanie o przewadze przeciwnika. Tu jednak napotykam na pewien problem logiczny. Po pierwsze zagrożenie może nadejść niekoniecznie ze strony dominującej potęgi. W końcu żyjemy w świecie, gdzie struktury pozarządowe i ponadnarodowe są równie groźne co państwa. Jeśli jednak będziemy wystawieni na prowokacje ze strony przeważającej siły to nasze działanie ma sens i szanse powodzenia wówczas gdy założymy, że przeciwnik ma ograniczone cele. Mamy więc do czynienia ze sporem nie będącym dla przeciwnika zagrożeniem istotnym i do realizacji którego przeznacza tylko fragment swoich sił. Dlaczego więc wówczas z góry zakładamy przewagę sił atakujących? Jeśli podważymy ten podstawowy argument za stosowaniem koncepcji niedostępności terytorialnej, to wówczas, jak zauważa Sam Tangredi:

W skrócie, bez przekonania o strategicznej przewadze oponenta, optymalizowanie sił zbrojnych pod kątem niedostępności terytorialnej nie jawi się ani jako niezbędne ani atrakcyjne. Zamiast tego, siła własnej armii na polu walki i zdolność do operowania poza obszarem konfliktu może nawet skuteczniej zapobiec jakiemukolwiek potencjalnemu atakowi. Koszty realizacji strategii niedostępności terytorialnej mogłyby być lepiej wykorzystanie do optymalizacji własnych sił.

Małe inwestycje i duży efekt. Włoscy płetwonurkowie zatapiają Viribus Unitis w porcie przeciwnika .

Małe inwestycje i duży efekt. Włoscy płetwonurkowie zatapiają Viribus Unitis w porcie przeciwnika .

Co więc w zamian? Proponowane podejście miałoby sens, gdybyśmy umieli precyzyjnie a wręcz chirurgicznie rozdzielić A2/AD od podejścia klasyków do obrony przed silniejszym przeciwnikiem i uzasadnić przewagę takiego teoretycznego wsparcia strategii obronnych. Klasycy oferują jednak wystarczająco dużo przemyśleń na temat i to zarówno w domenie wojny na lądzie jak i na morzu. Twierdzenia von Clausewitza o wyższości obrony nad atakiem nie brzmią tak medialnie jak “Polskie Kły”, ale już wersja “aktywnej obrony” w  wydaniu Mao Tse Tunga wydaje się być równie chwytliwa. Sir Julian Corbett powtarza za von Clausewitzem, że „prawdziwa obrona oznacza oczekiwanie na szansę do ataku” a „ogólna polityka obronna może się składać z serii mniejszych operacji ofensywnych”. Narzucenie sobie z góry przekonania o wyższości przeciwnika jest niekoniecznie i niekorzystne. Z góry może sugerować rozwiązania, które blokują ofensywne nastawienie sił zbrojnych. Jeśli wziąć pod uwagę twierdzenie Juliana Corbetta o tym, że struktura floty powinna być odzwierciedleniem dominujących poglądów, to brak precyzyjnego rozróżnienia pomiędzy koncepcją niedostępności terytorialnej a aktywną obroną może zaowocować chybionymi inwestycjami. Ilustracją niech będzie pomysł samolotów patrolowych CASA. Zgodnie z tym co wiemy już o A2/AD, posiadanie informacji jest kluczowym elementem strategii. Co jednak, jeśli konflikt rozstrzyga się głównie na lądzie a obszar patrolowany jest w zasięgu lotnictwa przeciwnika mającego strategiczną przewagę. Systemy ISR czy C2 będą wśród pierwszych celów do zniszczenia. Być może rozsądniej byłoby inwestować w drony? Albo porzucić koncepcję i założyć bardziej wyrównane szanse z możliwością walki o uzyskanie przynajmniej chwilowej i lokalnej przewagi. Wówczas samolot załogowy da nam lepszą informację i warto zaryzykować?

Samolot patrolowy czy drony? Zależy od subtelnych różnic w formułowaniu strategii

Samolot patrolowy czy drony? Zależy od subtelnych różnic w formułowaniu strategii

Odmowa terytorialna może być spójna z koncepcją odstraszania i często bywają one wymieniane jednym tchem. Pokazujemy przeciwnikowi, że atak na nas nie tylko będzie kosztowny ale mamy kły i możemy się odgryźć. Tylko czy aby na pewno? Zbyt często zapominamy o niedocenianym psychologicznym aspekcie odstraszania. Powracam do tego, co na ten temat mówi Sam Tangredi:

W dyskusji o odstraszaniu jako elemencie niedostępności lub anty-niedostępności terytorialnej należy pamiętać, że odstraszanie nie jest własnością fizyczną – jest to stan umysłu. Odstraszanie występuje gdy rządowi decydenci są przekonani, że potencjalny oponent posiada zarówno technologię jak i wolę do uniemożliwienia osiągnięcia celu. Zarówno możliwości jak i wola muszą być oczywiste dla decydentów, jeśli mają odwieść ich od podjęcia akcji.

Założenie o strategicznej przewadze przeciwnika utrudnia nam przekonanie go o naszej zdolności do uniemożliwienia mu osiągnięcia celu. W końcu ma wystarczającą przewagę, prawda? Autor analizując wojny z przeszłości dochodzi do wniosku, że technologia w ogóle ma mały wpływ na wynik zmagań z obroną opartą o ideę niedostępności terytorialnej. Na poziomie samej technologii podkreśla on konieczność nie tylko precyzji ale i siły oraz ciągłości ognia. To zakłada odporność na ciosy i duży zapas amunicji i wiele platform. Dlatego konwencjonalne odstraszanie jest tak trudne.

Niedawno ukazał się tekst warty lektury i napisany z dużą dozą poczucia humoru, zatytułowany How Poland Came to Be a Major EU Power a w nim zdanie:

As for the Poles, everyone knows why they don’t budge: they have an inferiority complex and a strong dose of territorial angst.

Z koncepcją A2/AD w odniesieniu do Polski mam dwa problemy. Pierwszy to obawa, że cytowane zdanie ma zbyt duży wpływ na nasz sposób myślenia o bezpieczeństwie narodowym. Drugi to pytanie na ile Marynarka Wojenna jest właściwym narzędziem do realizacji obranej koncepcji oraz czy flota nie byłaby bardziej przydatna do budowania relacji wzajemności w ramach zarówno EU jak i NATO.

Dec 052013
 

Kiedy w mediach jest mowa o zakupach sprzętu wojskowego najczęściej przychodzi nam do głowy ustawa o zamówieniach publicznych wraz z magicznym słowem przetarg, budzącym wręcz grozę. Tymczasem tryb przetargu nie jest ani jedynym, ani najlepszym sposobem zakupu skomplikowanej technologii dla celów obrony narodowej. Jest istotna różnica pomiędzy zakupem produktu masowego i dość łatwego do sparametryzowania, np. papieru do drukarek, a dajmy na to okrętami podwodnymi. W pierwszym wypadku cena może być kluczowym wyróżnikiem, bo reszta parametrów jest jeśli nie taka sama, to bardzo zbliżona. W drugim przypadku mamy do czynienia z bardzo wąską ofertą produktów posiadających mocno zróżnicowane cechy, których zakup powoduje bardzo różne skutki czy konsekwencje. To zaś wymaga wyjścia poza standardową procedurę „złóż ofertę i czekaj na werdykt” oraz prowadzenie długich rozmów na temat wad i zalet każdego rozwiązania. Dodatkową trudnością jest pytanie jak oszacować pewne korzyści czy ryzyka związane z ofertą. Zejdźmy na ziemię i weźmy przykład. Obrona przeciwlotnicza i przeciwrakietowa MEADS. Jak wycenić szansę polskiego przemysłu na pełnoprawne uczestnictwo w rozwoju wiodących na świecie technologii? Jak to zbilansować z ryzykiem „niewypalenia” projektu? I czy takie rzeczy da się zapisać w wymaganiach przetargowych? Jak ocenić okręt podwodny S80, który został wadliwie zaprojektowany lub A26, który jest tylko na deskach kreślarskich? Ile jest dla MW warta możliwość korzystania z infrastruktury szkoleniowej niemieckiej marynarki wojennej w przypadku zakupu U212? Jaka jest wartość polityczna „Smart Defence” i Pooling&Sharing”? Co jest ważniejsze na Bałtyku – kadłub amagnetyczny czy możliwość odpalania SubHarpoon? Pytania tego typu można mnożyć w nieskończoność, ale odpowiedź na nie można znaleźć tylko w klarownej koncepcji czego się chce i dialogu z oferentami. Przetarg pozwala na dialog ale PRZED jego ogłoszeniem. Potem mamy już tylko oskarżenia o stronniczość. Tak więc tryb przetargu nie jest najlepszym rozwiązaniem dla złożonych systemów militarnych.

Jak wspomniałem, nie jest także jedynym. Poniżej wybrane paragrafy dotyczące wyłączeń ze stosowania ustawy:

Ustawy nie stosuje się do zamówień,

  • udzielanych na podstawie umowy międzynarodowej, której stroną jest Rzeczpospolita Polska, zawartej z jednym lub wieloma państwami niebędącymi członkami Unii Europejskiej, lub porozumienia zawieranego na szczeblu ministerialnym,
  • udzielanych w ramach programu współpracy opartego na badaniach i rozwoju, prowadzonych wspólnie przez Rzecz- pospolitą Polską i co najmniej jedno państwo członkowskie Unii Europejskiej nad opracowaniem nowego produktu oraz, tam gdzie ma to zastosowanie, do późniejszych etapów całości lub części cyklu życia tego produktu;
  • udzielanych przez rząd Rzeczypospolitej Polskiej rządowi innego państwa związanych z dostawami sprzętu wojskowego lub newralgicznego sprzętu,
  • udzielanych do celów działalności wywiadowczej;

Oczywiście prawo posiada wbudowane zabezpieczenia zapobiegające instrumentalnemu używaniu wykluczeń. Między innymi, istnieje osobne rozporządzenie określające co to znaczy sprzęt newralgiczny dla bezpieczeństwa Państwa. Tym niemniej lista daje spore możliwości, które mają realny wpływ na to co MON kupi. Przykładowo Leopardy zostały kupione, jak rozumiem na podstawie umowy międzyrządowej. To samo może mieć zastosowanie do okrętów. Jeśli dobrze pamiętam, Marmik na Forum Okrętów Wojennych stwierdził, że „może po prostu stosować zakup jednostek używanych jako rozwiązanie docelowe, a nie tymczasowe”. Byle by był to sprzęt wartościowy i w dobrym stanie. Ta opcja ma sens szczególnie w odniesieniu do okrętów podwodnych, które najprawdopodobniej nie są w stanie wnieść wiele do polskiego przemysłu obronnego.

Bardzo interesującą opcją są wspólne programy badawcze. Marynarka Wojenna jest w tym nieszczęśliwym położeniu, że wszelkie zakupy i zamówienia mają charakter jednostkowy. Wspieranie bazy produkcyjnej będzie miało tylko marginalny efekt. Zostawmy tę opcję dla czołgów, transporterów opancerzonych, ciężarówek czy broni strzeleckiej. O wiele bardziej interesujące jest wspieranie kluczowych technologii. Tutaj współczesne okręty wojenne mogą wnieść sporo. W interesie marynarki leży więc wspieranie uczestnictwa w projektach EDA jak MARSUR, zwalczanie min, bezzałogowce czy techniki związane z wykorzystaniem satelitów. Zakup rodzimego pakietu zwalczania min staje się rzeczywistym wsparciem lokalnych ośrodków badawczych i pozostaje poza głównym nurtem kontrowersji politycznych. Kwestią otwartą pozostaje jak traktować platformę przenoszącą moduł. Czy jest to część integralna projektu badawczego, czy nie. Nawet jeśli jednak werdykt byłby negatywny, to budowa takiej platformy jest z zasięgu naszych stoczni i mogą one konkurować z propozycjami europejskimi. Takie podejście pozwala również na rozbicie planowanego przetargu na drony na kilka mniejszych kontraktów. Dla Marynarki Wojennej to ważna rzecz, bo o ile systemy MALE będą i tak wspólne z innymi rodzajami sił zbrojnych i wybierane wspólnie to wiropłaty będą pewnie istotne tylko dla floty. MALE to nawiasem mówiąc następny przykład współpracy europejskiej w ramach EDA.

Demonstracja MARSUR. Foto - EDA

Demonstracja MARSUR. Foto – EDA

Ostatni punkt jest najbardziej nieokreślony ale i dający szansę na realizację największych projektów. Decyzja 112 MON-u definiuje tryb decydowania o szczególnej wadze danego systemu oraz określa co ma być brane pod uwagę w trakcie podejmowania decyzji:

Dokonując selektywnego podziału zadań Zespół bierze pod uwagę w szczególności:

  • uwarunkowania geopolityczne i operacyjne, w tym operacyjne wykorzystanie sprzętu wojskowego; 
  • bezpieczeństwo informacji związane z przedmiotem zamówienia;
  • cenę bezpieczeństwa dostaw sprzętu wojskowego, w tym zakres i konieczność uniezależnienia się od zagranicznego dostawcy;
  • potrzebę i zakres ustanowienia lub utrzymania krajowego potencjału przemysłowego w kontekście znaczenia pozyskiwanego sprzętu wojskowego lub usługi;
  • strategiczne znaczenie sprzętu, w tym kryptograficznego, chemicznego, biologicznego, radiologicznego i jądrowego;
  • konieczność i sposób uniezależnienia się od zagranicznego wykonawcy w zakresie serwisu i konserwacji w sytuacji kryzysowej;
  • zasadę proporcjonalności podejmowanych środków, w tym zakres i czas trwania zamówień.

Nie zdziwiłbym się, gdyby w tym trybie dokonywano zakupu systemu antyrakietowego, ale przy odrobinie dobrej woli Miecznik też mógłby być zakwalifikowany. Co ciekawe, abstrahując od sensowności potrzeby posiadania podwodnej części “Polskich Kłów”, ten projekt z pewnością nadaje się do realizacji w tym trybie. Czy okręt podwodny BEZ rakiet również, to kwestia niejednoznaczna. Stąd pytanie, czy rakiety aby nie są rzeczywistym uzasadnieniem wysokich kosztów projektu. Jeśli tak, to czeka nas Gawron bis. To z kolei zachęca do skupienia się na nawodnej i bardziej realistycznej części planu modernizacji floty.

Powyższy tekst nie ma stanowić menu trików do omijania przetargów tylko być wsparciem dla wysiłków w podejmowaniu racjonalnych decyzji przez MON. Rezygnacja wiceministra odpowiedzialnego za modernizację armii jest sygnałem ostrzegawczym, że racjonalność decyzji może się stać ofiarą presji politycznej. Nie odnoszę się w ten sposób do konkretnej osoby, lecz do funkcji. Ten fakt ma znaczenie chyba większe niż myślimy. Postawmy się w sytuacji Ministra Obrony Narodowej. Mamy podejmować kluczowe decyzje na temat olbrzymich inwestycji. Jesteśmy pod presją polityczną, interesów przemysłowych i grup nacisków, strategią rządu wspierania gospodarki i poglądami kadry dowódczej. Minister ma pełne prawo nie być ekspertem we wszystkich dziedzinach obronności Państwa i potrzebuje w miarę obiektywnej oceny podejmowanych projektów i konsekwencji ich realizacji. Dla międzywojennej US Navy taką rolę ogrywał General Board. Polecam książkę na ten temat – Agents of Innovation. The General Board and the Design of the Fleet That Defeated the Japanese Navy. Współcześnie amerykańscy kongresmani mogą liczyć na takie publikacje jak Ronalda O’Rourke z Congressional Research Service. Jak widać z linku, mają swoją wagę.

Pytanie brzmi jaka osoba lub instytucja ma służyć ministrowi w podejmowaniu trudnych decyzji. Biorąc pod uwagę siłę presji politycznej, być może powinna to być właśnie instytucja a nie osoba, na co poniekąd wskazują oba przykłady. Jest to bowiem kluczowe ogniwo w procesie podejmowania racjonalnych (to słowo chcę podkreślić) decyzji w MON-ie.

 

Nov 252012
 

Historia nie daje nam odpowiedzi na pytanie o przyszłość, raczej uczy pokory będąc jedynym dostępnym miernikiem rozdźwięku pomiędzy założeniami a rzeczywistym przebiegiem wydarzeń. Pasjonujące jest wniknąć w motywy decyzji głównych aktorów dawnych wydarzeń i skonfrontować je z rzeczywistym efektem. To pozwala spojrzeć z dystansem na własne decyzje podejmowane dzisiaj w obliczu nieznanej przyszłości. Z tego punktu widzenia książka Naval Warfare in the English Channel 1939-1945  jest bardzo interesująca.Tym bardziej, że dotyczy wód przybrzeżnych i wynikających z tego faktu interakcji pomiędzy różnymi rodzajami sił zbrojnych, ograniczonej przestrzeni i skróconego czasu reakcji. Jest to według autora obszar w dalszym ciągu niezgłębiony:

Pomimo, wydawałoby się oczywistej wagi dla dobrobytu narodów, ten obszar walki na morzu jak dotąd jest mało znany. Wojna pomiędzy kutrem torpedowym i konwojem, niszczycielem i bombowcem nurkującym, jeszcze bardziej niebezpieczna z powodu wszechobecnego zagrożenia minami i okrętami podwodnymi, pozostaje w dużej mierze niezapisana.

W dalszym ciągu zamieszczam kilka refleksji, przychodzących na myśl w miarę lektury.

W wyniku zagrożenia minowego i ataków lotniczych, na obszarze kanału La Manche i wód przyległych operowały praktycznie tylko lekkie siły nawodne. Z ciężkich okrętów ostał się stary pancernik Revenge. Straty wśród lekkich sił nawodnych były duże, a jako odsetek całości zaangażowanych sił jeszcze większe. Relacja uczestnika tych wydarzeń ujmuje kwestię zwięźle:

Powiedziałbym, że 1-sza flotylla niszczycieli widziała więcej akcji na krótkim dystansie niż większość innych okrętów Royal Navy. Można było założyć, że będziemy bombardowani lub atakowani przez kutry torpedowe sześć razy na dziesięć.

Długotrwały konflikt jest walką na wyniszczenie. Biorąc pod uwagę koszty i liczebność współczesnych flot, trudno sobie nie zadać pytania o to, czy w ogóle w przyszłości jest możliwy przeciągający się w czasie konflikt obliczony na wyczerpanie zasobów. Chociaż operacje lądowe jak Irak czy Afganistan raczej potwierdzają, że tak. Głównymi aktorami walk na wodach przyległych do kanału La Manche były stare niszczyciele rodem z I wojny światowej, co stawia ponownie odwieczne pytanie, gdzie leży właściwa równowaga pomiędzy ilością i jakością. I jak zapewnić ilość wobec braku odpowiedniego zaplecza stoczniowego. Ogromną rolę w odpowiedzi na te pytania odgrywa sama Marynarka Wojenna, która może stymulować rozwój zaplecza poprzez odpowiednie planowanie struktury floty, pozwalającej przemysłowi na zdobywanie kompetencji ale i zapewniającej długoterminową dochodowość poprzez powtarzalne zamówienia. Z tego punktu widzenia planowane okręty patrolowe mają większe znaczenie niż ich możliwości bojowe.

Najbardziej efektywne i cenione okazały się nie najsilniejsze niszczyciele floty lecz eskortowce klasy Hunt, głównie dzięki swojej uniwersalnej artylerii. Pomimo wszelkich podejmowanych wysiłków i licznych projektów, Royal Navy nie wypracowała w czasie wojny uniwersalnej artylerii średniego kalibru na wzór amerykańskich 5″/38 i armaty 4″ pozostały najskuteczniejszą bronią. Typowym przeciwnikiem jednostek Hunt obok Luftwaffe były Schnellboote, które najbardziej się obawiały nie brytyjskich MTB, ale artylerii głównej niszczycieli. Według autora książki, niemieckie jednostki były groźniejsze niż ich brytyjskie odpowiedniki. Główny powód autor upatruje w mniejszej wielkości, a więc i dzielności morskiej oraz zawodnemu silnikowi benzynowemu. D.K. Brown w Nelson to Vanguard twierdzi, że ich wyniki były lepsze niż innych klas okrętów, ale poniesione koszty na infrastrukturę stawiają ten sukces pod znakiem zapytania. Potwierdza również znaczący wzrost wyporności jednostek brytyjskich w trakcie wojny, ale to powodowało jeszcze większe problemy z jednostką napędową. Brytyjczykom w czasie wojny nie udało się opracować wydajnych silników diesla i pozostawali w tyle za Amerykanami czy Niemcami.

Wbrew przewidywaniom, udało się w miarę skutecznie zneutralizować zagrożenie ze strony okrętów podwodnych, natomiast miny pozostały śmiertelną bronią przez cały okres trwania wojny. Lotnictwo, głownie Ju-87 Stuka zebrały obfite żniwo, zwłaszcza wobec odmiennych priorytetów RAF. Zagrożenie osłabło zimą 1940/41, gdyż ograniczone zasoby zmusiły Niemcy do przerzucenia większość jednostek na planowany front wschodni. Niedostateczne wsparcie ze strony RAF przewija się przez całą książkę i autor wystawia RAF-owi druzgocącą opinię. Poniższy cytat dotyczy operacji przejścia ciężkich okrętów nawodnych Kriegsmarine (Scharnhorst, Gneisenau, Prinz Eugen) z portu w Breście do Niemiec w 1942 roku:

Jeden fakt wyróżnia się spośród wszystkich innych: Niemcy woleli stanąć oko w oko ze wszystkim co RAF mógłby rzucić przeciwko nim, aniżeli ryzykować długie przejście morzem przez Północny Atlantyk.

Podobnie rozpaczliwą próbą był atak samolotów Swordfish z Fleet Air Arm bez jakiejkolwiek osłony myśliwców. Utrata prawie całej 825-tej eskadry była gorzkim ciosem. Fakt, że od tych heroicznych, młodych ludzi oczekiwano zaatakowania krążowników liniowych starymi dwupłatowcami w trakcie trzeciego roku wojny był skandalem pośród wielu skandali.

Lotnictwo słusznie jest uważane za niezwykle groźny środek ataku na wodach zamkniętych. Jednak potencjalne możliwości rozbiegają się z rzeczywistym efektem. Jest paradoksem, że potęga kontynentalna, jaką były Niemcy potrafiła zorganizować lepsze wsparcie lotnictwa dla marynarki aniżeli uczyniła to Wielka Brytania, będąc potęgą morską. Jest to godne podkreślenia zwłaszcza, że Royal Navy bardziej od możliwości szturmowych lotnictwa, oczekiwała osłony z powietrza przed atakami Luftwaffe.

Interesującym szczegółem, wynikającym ze skondensowanej przestrzeni było użycie przez Niemców ciężkiej artylerii nadbrzeżnej do ostrzeliwania przybrzeżnych konwojów po stronie brytyjskiej. Były one kierowane radarem, stąd taktyka konwojów nocnych nie dała spodziewanych efektów. Broń okazała się raczej nieskuteczna za wyjątkiem sporego efektu psychologicznego, gdyż załogi statków w konwojach najpierw dostrzegały wybuch pocisków a dopiero potem słyszały ich dźwięk w trakcie lotu. Co prawda nie mamy dzisiaj armat 15″ czy nawet 11″ calowych, ale postępy w zwiększaniu zasięgu i celności artylerii są imponujące.

Operacja ostrzelania wybrzeży w okolicach Cherbourga przez Revenge pokazuje kilka ciekawych aspektów. Po pierwsze z lektury książki wynika, iż pomimo tym razem dobrej współpracy z RAF-em, okręty nie miały pełnej osłony lotniczej. Zamiast tego RAF zorganizował akcję dywersyjną bombardowania wybrzeża w ten sposób, aby eksplozje pocisków 15″ z Revenge wyglądały na wybuchy bomb. To się udało, ale powstaje pytanie, jak to się stało, że konwoje i ruch okrętów były śledzone rzez radary Freya, ale przejście morzem Revenge z eskortą pozostało niezauważone? Książka nie daje odpowiedzi na to pytanie, co może być potwierdzeniem mądrości mówiącej, że technologia rozwiązuje tyle samo starych problemów co przynosi ze sobą nowych.

Cała historia przywodzi mi na myśl całkiem współczesną analogię. W latach 60-tych nowoczesne wówczas rakietowe systemy obrony przeciwlotniczej Terrier miały, jeśli dobrze pamiętam niezawodność i dostępność na poziomie rzędu 60%. Pomimo tak słabego wyniku, wynikającego z nowatorskich wówczas technologii, system był w służbie, bo nie było nic innego i lepszego. To oznaczało, że jakikolwiek dłuższy konflikt powinien się zakończyć fatalnie dla zespołów floty. Tak powinno być, chyba że … środki napadu powietrznego miały podobną niezawodność lub raczej zawodność. Wówczas przestrzeń dla przypadku czy zwykłego szczęścia odgrywającego wielką i niedocenianą rolę na wojnie pozostaje olbrzymia. Natomiast planowanie operacji w oparciu o obietnice, które oferuje technologia w oderwaniu od praktyki jest zaproszeniem do porażki.

Aspektem często przewijającym się na stronach książki, choć mało “bojowym” była propaganda. Tradycyjny wizerunek rzetelności BBC legnie w gruzach po lekturze. Triumfalizm i nieznajomość tematyki dominowały urągając inteligencji i bezpośrednim doświadczeniom uczestników akcji. Trudno jest walczyć mając gorycz w ustach.

Książka jest napisana z pasją i zawiera wiele relacji bezpośrednich uczestników wydarzeń. Z pewnością godna polecenia każdemu, kto zadaje sobie pytanie jak może wyglądać ewentualny przyszły konflikt morski na Bałtyku.

Nov 022012
 

Plan modernizacji marynarki wojennej ogłoszony w marcu jest niewątpliwie bardzo pozytywnym znakiem, ale dla postronnego obserwatora pozbawiony koncepcyjnej podbudowy. Być może ona istnieje, lecz jest po prostu nieopublikowana czy też nie znana szerszemu gremium. Jestem skłonny zaryzykować stwierdzenie, że plan jest swoistym kompromisem wynikającym z dwóch rzeczy. Problemów ze sformułowaniem strategii dla Polski w jej położeniu geostrategicznym, pomiędzy tradycyjnymi dwoma europejskimi potęgami lądowymi z jednej strony oraz doświadczeń operacyjnych Marynarki Wojennej wynikającej z ponad 10-cio letniej współpracy z NATO i uczestnictwa w operacjach sojuszniczych z drugiej strony. Pomiędzy tymi dwoma procesami brak jest łącznika scalającego plan modernizacji w spójną strategię kierującą rozwojem taktyki i techniki.

Tytułowe pytanie mieszkańca podkrakowskich Bronowic sprzed ponad 100 lat w Weselu Wyspiańskiego zaskakuje szerokością spojrzenia i zachęca dzisiaj do spoglądania na doświadczenia innych, choćby tak odległych krajów, jak Chiny. James Holmes w artykule wartym przeczytania w całości, rozwija wątek floty obrony wybrzeża, działającej w zasięgu rakiet przeciw-okrętowych czy balistycznych, co we współczesnych realiach oznacza setki mil:

Chiny próbują połączyć stare koncepcje i nową technologię w coś, co komandor US Navy i znany teoretyk potęgi morskiej, Alfred Thayer Mahan nazwał “fortress fleet”, flotę działającą prawie wyłącznie pod osłoną wsparcia ogniowego z lądu.

Kluczową cechą tej strategii jest fakt, że nowoczesna technologia daje możliwość wyrwania się Ludowo-Wyzwoleńczej Marynarki Chin (PLAN) poza wody przybrzeżne.

Źródła takiej strategii tkwią w koncepcji aktywnej obrony, doktryny wypracowanej przez Mao Zedonga w czasie wieloletniej walki najpierw z okupacyjną armią Japonii a później w trakcie wojny domowej. Jakkolwiek sekretarz Mao czerpał wiele z Sun Tzu, to 100 lat wcześniej w Europie, Carl von Clausewitz twierdził podobnie, że silniejszą formą walki od ataku jest obrona. Przy czym obaj teoretycy zgodnie krytykowali obronę tylko pasywną. W książce Red Star over Pacific jest cytat z Mao Zedonga:

Walka obronna, która posiada pasywną formę, może być aktywna w swej treści i może być zmieniana z fazy, w której jest pasywna w formie do fazy, w której jest aktywna zarówno w formie jak i treści.

Dla Mahana koncept miał wydźwięk negatywny, bo zasięg artylerii był mały, co w konsekwencji prowadziło do pasywnej postawy floty i utratę inicjatywy. Technologia daje jednak starej koncepcji nowe życie i pozwala na operowanie daleko od własnego wybrzeża, co powinno zniwelować negatywne skutki opisywane przez amerykańskiego teoretyka. Dla nas oznacza to rozszerzenie zasięgu operacyjnego poza Bałtyk. Ponadto “forteca” kontrolująca otaczające wody z lądu ma szansę na zniwelowanie psychologicznego poczucia nierówności sił i zwolnienia sił nawodnych do realizowania zadań dyplomatycznych i budowania sojuszy na obszarze Bałtyku jak i poza granicami, co jest o wiele bardziej spójne z doświadczeniami operacyjnymi Marynarki Wojennej w ostatniej dekadzie.

Powyższe stwierdzenia dotyczą głównie sił nawodnych, ale ma również zastosowanie dla kontroli sytuacji pod powierzchnią morza. Nie tylko można wykorzystywać śmigłowce ZOP bazujące na lądzie co pozwala na zastosowanie znacznie większych maszyn o większym zasięgu, udźwigu i mniejszej wrażliwości na pogodę, ale pozwala także na zainstalowanie sieci sensorów na dnie morza. Przykładem niech będą dość zaskakujące dane z pierwszego okresu II wojny światowej prowadzonej na obszarze Kanału La Manche i wód przyległych. Poniższy cytat pochodzi z książki Naval Warfare in the English Channel 1939-1945:

Niemcy odważnie i zdecydowanie użyli swoje flotylle niszczycieli do stawiania min w samym kanale La Manche, u wrót głównych baz brytyjskiej marynarki, w zasadzie niezauważalnie i z sukcesem. U-booty nie osiągnęły takiego sukcesu, gdyż było ich mało, a ich zastosowanie spodziewane. Przeciwdziałanie jak patrole czy położenie defensywnych pól minowych, wkrótce spowodowało, że U-booty zapłaciły wysoką cenę i ich działalność została wkrótce wstrzymana.

Trzecia i ostateczna faza zablokowania dostępu do Kanału La Manche dla niemieckich okrętów podwodnych nastąpiła po położeniu pól minowych, poprzez położenie pomiędzy polami podwójnego systemu pętli wykrywających, które notowały każde przejście jakiegokolwiek okrętu podwodnego przez wzbudzanie prądu elektrycznego w kablu leżącym na dnie morza.

W późniejszym okresie zarówno okręty podwodne jak i lotnictwo odegrało swoją role, ale mówimy o początkowym okresie około 18 miesięcy, czyli dość długim. Innym przykładem, znacznie nam bliższym, są idee wielkiego innowatora Royal Navy, Sir Johna “Jackie” Fishera. Stanął on wobec skomplikowanego problemu utrzymania prymatu Royal Navy na morzach w sytuacji coraz silniejszych ograniczeń finansowych i gwałtownie rozwijających się nowych technologii. Jeśliby rozwijana przez Francuzów doktryna Jeune Ecole wojny asymetrycznej okazała się skuteczna, olbrzymi kapitał zainwestowany we flotę pancerników okazałby się bezużyteczny. Sir John Fisher zdołał wykorzystać siłę nowych koncepcji i technologii dla swoich celów i stworzył wizję dwuczłonowej floty:

  • krążowniki liniowe dzięki swojej prędkości i nowatorskiemu zastosowaniu jednolitej artylerii dużego kalibru były zdolne do obrony linii komunikacyjnych i posiadłości rozległego imperium
  • obronę własnych wód przybrzeżnych zapewnić miały asymetryczne nowinki jak miny i torpedy przenoszone przez okręty podwodne i flotylle nowo powstałej klasy niszczycieli, wspierane przez całkiem nowe, ale moralnie przestarzałe pancerniki.

Był to również okres szybkiego rozwoju łączności radiowej, która pozwalała na tworzenie obrazu sytuacji jeszcze nie taktycznej ale strategicznej na skalę globalną, co Norman Friedman celnie nazwał Picture Centric Warfare. Taki obraz był niezbędny do efektywnego wykorzystania małych i szybkich zespołów krążowników liniowych. Tak samo jak dzisiaj jest konieczny do naprowadzania rakiet dalekiego zasięgu, odpalanych z “fortecy”. Stare powiedzenie mówi, że nie ma róży bez kolców, o czym przekonał się Sir John Fisher już przy budowie Dreadnoughta, który był w zasadzie kompromisem między jego pomysłami a werdyktem bardziej tradycyjnej komisji Comitee on Designs. W październikowym numerze Proceedings, komandor Gerard D. Roncolato USN, wskazuje na potencjalne problemy związane z wprowadzaniem radykalnych idei w życie:

  • z perspektywy długiego okresy pokoju bez przeciwnika na morzu, powstaje pytanie w jaki sposób marynarka wojenna ma ożywić swoje myślenie koncepcyjne o pełnym spektrum działań wojennych na morzu w warunkach zmian w technologii i nowo powstających rywali
  • jak nowa technologia ma być wprowadzona do floty w znaczeniu zarówno materialnym jak i doktrynalnym
  • przyznając, że często systemy zbudowane z myślą o jednym celu są używane z czasem do innych celów (jak w przypadku brytyjskich krążowników liniowych), w jaki sposób marynarka ma zamiar zarządzać ryzykiem związanym z taką sytuacją

Z tego punktu widzenia w warstwie materialnej plan modernizacji marynarki nie wygląda źle i jest dość wyważony pomiędzy tradycją a nowoczesnością. Warstwa doktrynalna jest jednak głęboko ukryta dla postronnego obserwatora. Niemniej powyższa mieszanina starej koncepcji i nowej technologii może być atrakcyjna poprzez możliwość połączenia w spójną całość operacyjnego doświadczenia floty i obronnych koncepcji Sztabu Generalnego.

May 202012
 

Zaczęło się od niewielkiej, “karnej” ekspedycji Persów przeciwko Atenom. W bitwie pod Maratonem Grecy zwyciężyli, co zaowocowało następną ekspedycją 10 lat później. W 480 roku przed Chrystusem, potężna armia perska pod dowództwem króla Kserksesa ruszyła na Ateny. Ze względu na wielkość armii, król Persów zrezygnował z transportu armii morzem i poruszał się wzdłuż wybrzeży Grecji. Z tego samego powodu flota była głównym źródłem zaopatrzenia dla Persów. Po bitwie pod Termopilami flota została ostatnią rubieżą obrony. Pod Salaminą, sprzymierzona flota Greków wystawiła do bitwy 380 okrętów wobec perskich 1200. Plan bitwy zakładał sprowokowanie Persów do ataku i zmuszenie ich do walki w wąskiej cieśninie, gdzie przewaga liczebna straciła na znaczeniu. W osiągnięciu celu pomógł fortel Temistoklesa. Wysłał on do króla Kserksesa posłańca z wiadomością, że sojusznicy Aten są gotowi zdradzić i poddać się. Persowie chcąc wykorzystać tę sytuacje ruszyli na Greków, którzy wycofali się wgłąb cieśniny. Tam stłoczone okręty perskie stały się bezładną masą, na którą uderzyły galery greckie z obu skrzydeł. Zwycięstwo przyniosło Grekom zwygraną w całej wojnie, gdyż flota perska nie była więcej zagwarantować zaopatrzenia armii na lądzie.

Współcześnie mamy skłonność do polegania o wiele bardziej na technologii niż na strategii czy umiejętnościach taktycznych. Oczekujemy, że technika dostarczy nam coraz potężniejszej broni, która zapewni nam przewagę nad najgroźniejszym znanym w danym czasie, zagrożeniem. Jest to raczej iluzja, którą tak opisuje B.H. Liddell Hart we wstępie do swej książki Strategy:

Bomba wodorowa nie jest odpowiedzią na marzenie ludzi zachodu o pełnej i ostatecznej gwarancji bezpieczeństwa. Nie jest cudownym środkiem na zagrożenia ich trapiące.

W celu “powstrzymania” zagrożenia staliśmy się bardziej zależni od “broni konwencjonalnej”. Ta konkluzja nie oznacza jednak, że powinniśmy polegać na konwencjonalnych metodach. To powinno być zachętą do rozwoju nowych dróg.

Przeznaczając coraz większe sumy pieniędzy na coraz doskonalsze systemy uzbrojenia, warto zwrócić uwagę na mądrość płynącą z doświadczenia, zawartą w słowach, które Gen. James Cartwright wypowiedział na tegorocznej Joint Warfighting Conference:

Strategia jest nam naprawdę potrzebna zanim wydamy pieniądze, a to na co wydamy musi być czymś, co jest aktualnie osiągalne.

Technologię należy jak najbardziej używać, ale nie zastąpi ona myśli strategicznej ani umiejętności taktycznych, które pozwalają wybitnym dowódcom stawić czoła przeciwnikowi o 3-krotnej przewadze.

 

Mar 252012
 

Wygląda na to, że z trzech najbardziej znanych teorii wojny na morzu, Alfreda Thayera Mahana, Sir Juliana Corbetta i Jeune Ecole, Polska wybiera ostatnią. Pytanie, czy jest ona najkorzystniejsza, lub choćby najbardziej spójna z poglądami Prezydenta i BBN-u? Zacząć należy od pytania, czy rzeczywiście jesteśmy zaangażowani w realizację nowej mutacji Jeune Ecole.

Szybkie spojrzenie na listę zakupów MON na 2012 rok pokazuje, że z 276 pozycji około 20 dotyczy Marynarki Wojennej. Wśród nich dominują zakupy dotyczące szeroko pojętego C2, rozpoznania i wojny minowej. Tylko dwie dotyczą inwestycji w nowy sprzęt – śmigłowce i okręt podwodny. Jeśli dodać do tego najnowszy nabytek – Nadbrzeżny Dywizjon Rakietowy, to trudno o lepszą ilustrację systemu odmowy dostępu, czyli współczesnej wersji Jeune Ecole. Na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się być w zgodzie z Prezydenckimi postulatami obrony kraju i ograniczenia się do Bałtyku Plus.

Sięgnijmy jednak do źródeł. Jeune Ecole w swoim zamyśle, narodziła się we Francji jako sposób na przełamanie dominacji Royal Navy. Torpedowce miały zadać cios brytyjskim pancernikom, a krążowniki i okręty podwodne niszczyć żeglugę Anglii. W pewnym sensie była to pierwsza, formalna doktryna asymetryczna. Miało to sens w odniesieniu do przeciwnika, będącego potęgą morską i nie posiadającego z Francją granicy lądowej. A w naszym przypadku? Aby zachować chociaż trochę poprawności politycznej i postarać się nie urazić nikogo, użyjmy tylko dla celów poglądowych, historycznych oponentów Polski. Dwóch spełnia podstawowy warunek braku granicy lądowej z Polską – Szwecja i Turcja. Zwalczanie morskich linii zaopatrzenia i odmowa dostępu są wtedy strategicznie uzasadnione. Szczególnie w sytuacji jakiejkolwiek potęgi przedostającej się na Bałtyk przez Cieśniny Duńskie. Czy przewidujemy jednak powtórkę z Jana III Sobieskiego lub z Potopu?
Natomiast w przypadku obu naszych wielkich sąsiadów, z którymi graniczymy, to działania na morzu będą pod olbrzymim wpływem rozwoju wydarzeń na lądzie. Przypadek Rosji jest dla nas bardziej interesujący z powodu izolacji Kalliningradu od reszty kraju. Zaopatrzenie może tam docierać bądź drogą morską, bądź poprzez Republiki Bałtyckie. Tym sposobem docieramy do prostej konkluzji, że kluczem jest przesmyk przez Mierzeję Wiślaną i oba porty na Zalewie, a alternatywą jest zajęcie Republik i prawdopodobny konflikt z całym NATO. Odcięcie dostaw do obwodu może stać się celem wyznaczonym Marynarce Wojennej przez Sztab Generalny, ale według Corbetta, byłoby to możliwe przy posiadaniu przewagi na morzu, co jest zaprzeczeniem idei Jeune Ecole. NDR jest w stanie, przynajmniej teoretycznie “zakorkować” przesmyk, ale odsunięcie go o choćby kilkadziesiąt kilometrów w tył za pomocą działań na lądzie zabezpieczy oba porty. Pozostaje więc marynarka, ale jaka? Czy któraś z pozostałych teorii wojny morskiej jest nam w stanie pomóc? Moim zdaniem, obie. Sir Julian Corbett podkreślał, że wojny rozstrzygają się na lądzie a działania morskie mają o tyle znaczenie, o ile wpływają na wydarzenia na lądzie. I tego wątku trochę mi brakuje w skądinąd żywej i ciekawej dyskusji na forach. Drugim rysem charakterystycznym wspomnianej dyskusji jest skoncentrowanie się na obronie (aż do stwierdzenia jej niemożliwości) przy jednoczesnym braku rozwijania myśli ofensywnej. Nawet w sytuacji znaczącej przewagi przeciwnika, można zastosować “aktywną obronę” w interpretacji mistrza walki partyzanckiej, Mao Zedong – “obrona służy do kontrataku i przejścia do ofensywy”. Do Mahana należą z kolei słowa:

Prawdziwe tempo wojny to nie jest pędzenie w przód na złamanie karku, tylko nieustanny strumień energii nie tracącej czasu.

Zresztą dopóki nie dojdzie do eskalacji, nasz przykład Kalliningradu dotyczy sił znajdujących się w danym momencie na terenie obwodu, a nie całych sił Federacji. Polityczna poprawność nie pozwala nam na otwarte rozważanie realnych scenariuszy zagrożeń, o których być może w głębi duszy myślimy. Oficjalne dokumenty BBN-u publikowane na stronie internetowej mogą więc pozostać w zawieszeniu, niewykorzystane. A propos Szwedów. Szukając ilustracji do tego wpisu, natknąłem się na obraz bitwy pod Oliwą. Przyznając się do historycznej niewiedzy, zerknąłem na opis bitwy. I co znalazłem? Ciekawy scenariusz do powyższej dyskusji. Bitwa była istotnym, ale epizodem w wojnie lądowej ze Szwedami. Przeciwnik używał sił morskich do transportu wojska i ekonomicznej blokady Polski. W bitwie pod Oliwą flota polska była liczniejsza, lecz okręty były słabiej uzbrojone a załogi słabiej wyszkolone. Strona polska wykorzystała atut zaskoczenia i uzyskała zwycięstwo. Dwie uwagi – to nie była asymetryczna walka odmowy dostępu, tylko bitwa równych sił, z których jedna wykorzystała lepiej taktycznie swoje punkty silne. Druga uwaga to cytat z książki Toshi Yoshihara i Jamesa Holmesa, Red Star over Pacific:

Nie bez powodu pułkownik John Boyd ogłosił, że ludzie, idee i sprzęt – “w tej kolejności” – są podstawowymi determinantami rywalizacji jaką są działania wojenne. Lub bardziej dokładnie, Mao Zedong odrzucił “tak zwaną teorię, że uzbrojenie decyduje o wszystkim, co leży u podstaw mechanicznego podejścia do zagadnień wojny. … To ludzie, nie rzeczy są czynnikiem decydującym”

Na koniec cytat podsumowujący, również z tej samej książki:

Flota obrony wybrzeża otwarcie przyznaje się do swojej niższości wobec przeciwnika, nie przyznając się jednocześnie do porażki.

Być może jest to zgodne z naszym stanem ducha, ale czy zgodne z naszymi interesami i potrzebami?

 

Jan 212012
 

Wszystko zaczęło się od Fredericka W. Lanchestera, który w początkach XX wieku opisał za pomocą równania kwadratowego skuteczność ognia artyleryjskiego. Z biegiem czasu artyleria została wyparta przez lotnictwo uderzeniowe a współczesna walka na morzu wydaje się być zdominowana coraz bardziej przez pociski przeciwokrętowe. Pojedynek na rakiety różni się jednak od pojedynku artyleryjskiego pod pewnymi względami, co wyjaśniają słowa Romeo Bernottiego, instruktora L’Accademia Navale z Livorno, napisane w 1912:

Broń, której nie można użyć ponownie bez dłuższej przerwy w czasie, i której zapas jest ściśle ograniczony, musi być użyta tylko w sytuacji zapewniającej znaczące prawdopodobieństwo trafienia.

Tekst odnosi się do salwy torpedowej ale oddaje wiernie sposób działania rakiet przeciwokrętowych. Inną ich cechą, współdzieloną z lotnictwem pokładowym jest działanie pulsacyjne. Uderzenie następuje w falach, oddzielonych przedziałem czasu. Potrzebny więc był nowy model matematyczny, jakim jest tytułowe Równanie Salwy opisane przez Wayne’a Hughesa, autora książki Fleet Tactics and Coastal Combat. Równanie ma postać:

OkrętyObezwładnione = (SiłaOfensywnaFloty – SiłaDefensywnaFloty)/OdpornośćNaCiosy,

w którym:

  • SiłaOfensywnaFloty to efektywna salwa rakiet trafiających w przeciwnika nie broniącego się. Jest iloczynem liczby atakujących jednostek i salwy jednostkowej skorygowanych o prawdopodobieństwo trafienia i niezawodność systemu. Dla późniejszych rozważań, wystarczy powiedzieć, że można dodatkowo tą wielkość skorygować o współczynnik efektywności rozpoznania.
  • SiłaDefensywnaFloty to sumaryczna zdolność floty do zniszczenia lub zmylenia określonej liczby rakiet.
  • OdpornośćNaCiosy to zdolność do przetrwania i zachowania przynajmniej części możliwości bojowych okrętu przy trafieniu określoną liczbą pocisków rakietowych. Ponieważ dla okrętów poniżej 2.000 ton przyjęcie liczby większej niż 1 wydaje się być mało prawdopodobne, w dalszej części przyjmiemy właśnie jeden.

Urok tego równania polega nie tylko na prostocie ale i na tym, że zabawa nim prowadzi do poważnych wniosków. Będę się posługiwał przykładami podobnymi do tych z książki w taki sposób, aby przybliżyć konkluzje w niej zawarte. Na początek popatrzmy co wyniknie z walki hipotetycznego Gawrona z trzema Orkanami. Załóżmy, że każda z jednostek posiada 8 rakiet klasy RBS, a niezawodność systemu i prawdopodobieństwo trafienia wynoszą po 90%. Stąd SiłaOfensywna Gawrona wynosi 8*0,9*0.9 = 6,4 czyli 6 rakiet. W przypadku Orkanów jest to 3 razy więcej, czyli 6,4*3 = 19,2 to znaczy praktycznie 19 rakiet. Wyposażmy Gawrona w system VL Mica lub ESSM i przyjmijmy jego SiłęDefensywną jako 8 (dyskusję na ten kontrowersyjny temat proponuję odłożyć na inny czas). W przypadku Orkanów przyjmijmy, że każdy z nich może zestrzelić jedną rakietę, czyli ich sumaryczna SiłaDefensywna wynosi 3. Rezultat pojedynku jest następujący:

Dla Gawrona  OkrętyObezwładnione = (6 – 3)/1 = 3. Gawron jest w stanie jedną salwą zniszczyć wszystkie Orkany.

Dla Orkanów OkrętyObezwładnione = (19 – 8)/1 = 11

Klasyczny overkill. Orkany są w stanie obezwładnić Gawrona 11 razy. Mamy do czynienia z sytuacją kto pierwszy, ten lepszy. W jaki sposób Orkany mogą sobie zapewnić zwycięstwo? Poprzez taktykę szyku rozproszonego. Wówczas, przy takich samych zdolnościach rozpoznawczych przeciwników, mają większe szanse, że przynajmniej jeden z nich nie zostanie wykryty. Rezultat bitwy jest jednoznaczny, Gawron tonie a na polu bitwy pozostaje jeden, być może dwa Orkany. Odwrotne pytanie, w jaki sposób Gawron może sobie zapewnić zwycięstwo? Poprzez przewagę w rozpoznaniu (np. z użyciem helikoptera lub UAV). Wtedy ma szanse zaatakować pierwszy i wygrać.

Zabawę z równaniem można poprowadzić w innym kierunku, a mianowicie spróbować odpowiedzieć sobie na pytanie w co warto inwestować? OdpornośćNaCiosy, jak wspomniałem wcześniej jest przypuszczalnie nieosiągalna poza liczbę jeden dla tak małych okrętów, ale jej znaczenie jest inne. Powinna zostać wbudowana na wspomnianym, minimalnym poziomie ze względu na konieczność ochrony życia marynarzy i na to, że zdolność do przyjmowania i zadawania ciosów jest podstawową cechą wyróżniającą okręt wojenny. Parametry, którymi posługiwałem się w powyższych przykładach to liczba okrętów zespołu, zdolności rozpoznawcze i możliwości obronne. Co się stanie, jeśli zaczniemy zmieniać siłę defensywną w powyższych przykładach? Aby móc podejmować racjonalne decyzje, można każdemu takiemu rozwiązaniu przypisać koszt z nim związany.
Aby Gawron mógł się obronić przed Orkanami, musiałby posiadać zdolność do zwalczania 19 celów atakujących jednocześnie. Zdaje się, że mówimy o czymś porównywalnym z Aegis lub Viper. Nawet, gdyby istniały pieniądze, przy dzisiejszej technologii taki system nie mieści się w kadłubie korwety. Pójdźmy w odwrotnym kierunku i wyposażmy Orkany w RAM lub rozwiązanie podobne to tego jak na fińskich okrętach Hamina. Przyjmując, że RAM jest w stanie obronić okręt przed atakiem 2 -3 rakiet, SiłaDefensywna Orkanów rośnie do 6-9 a więc zespół jest w stanie obronić się przed Gawronem nawet, jeśli ten zaatakuje pierwszy. Opcje otwarte dla Gawrona to wycofać się z walki lub skupić atak na jednym Orkanie w nadziei zadania maksymalnych strat przeciwnikowi przed zatonięciem. Wszystko to za cenę 3 zestawów RAM za 40 mln EUR? Mówiąc o zdolności do samoobrony nie powinniśmy zapominać o metodach pasywnych. Jeśli przypiszemy im 50% prawdopodobieństwo zmylenia rakiety, to przy salwie sześciu rakiet trzy zostaną wyeliminowane. To bardzo ekonomiczne rozwiązanie, zwłaszcza dla tanich patrolowców. Jednak prawdziwym “języczkiem u wagi” są zdolności rozpoznawcze przeciwników. Walka poza zasięgiem horyzontu radarowego bez rozpoznania jest walką ślepców. C2 połączone z efektywnym rozpoznaniem jest kluczem. Jak twierdzi Wayne Hughes:

At sea, first effective attack is the aim of every tactical commander. But grasping this is only a good beginning. Superior scouting, whose role has been in recent years come to be more fully appreciated, opens the door for the attack. Command fuses scouting data, applies force, and frustrates the enemy’s efforts to do the same.

Teraz zaczyna być wiadomo skąd się wziął Streetfighter. Ten okręt miał uosabiać i wcielać w życie wnioski z zabawy w Równanie Salwy:

  • bitwa na morzu jest walką na wyczerpanie (attrition), a atak dominuje nad obroną
  • przewaga liczebna jest niezmiernie trudna do wyrównania jakością poszczególnych jednostek
  • rozpoznanie w połączeniu z sieciowym systemem dowodzenia ma decydujące znaczenie dla aplikacji siły
  • jednostki o dużej sile ofensywnej i relatywnie małej sile defensywnej tworzą psychologiczną presję na dowódców szczebla taktycznego i łatwo wtedy o błąd
  • koncentracja dużej siły ofensywnej na małej ilości jednostek kreuje ryzyko, że część przenoszonych rakiet nie zdąży być wykorzystana przed zatopieniem jednostki, co jest marnotrawstwem wobec ograniczonej liczby rakiet przenoszonych przez okręty.
  • Przy małej sile defensywnej lepszą taktyką jest rozproszenie, przy większej – koncentracja

Dla chętnych do studiowanie tematu głębiej polecam ciekawe opracowanie. W świetle powyższych wywodów Gawron miałby szanse na byt pod warunkiem zbudowania dłuższej serii w umiarkowanym koszcie jednostkowym. Jego zaletą byłaby dzielność morska, większa odporność na ciosy i potencjał do użycia pojazdów rozpoznawczych. Obrona przeciwlotnicza może być umiarkowana.
I tu mógłby nastąpić koniec, gdyby nie podejrzenie, że wielu czytelników może mieć niedosyt wynikający z tego, że prezentowane przykłady dotyczą wyłącznie konfliktu pomiędzy siłami nawodnymi. A jak podejść do użycia lotnictwa? Warto zerknąć na USNIBlog i dostrzec zmieniającą się rolę lotnictwa na morzu. O ile samoloty szturmowe w dalszym ciągu dominują w atakowaniu celów lądowych to w w przypadku celów morskich rośnie ich rola w rozpoznaniu i uniemożliwieniu tego samego przeciwnikowi. Tak więc samolot staje się mało ekonomicznym przedłużeniem zasięgu rakiety. W tej sytuacji odpowiednikiem okrętów przeciwnika w Równaniu Salwy staje się lotnisko przeciwnika. Ale atak na taki obiekt jest domeną działania Połączonych Sił Zbrojnych i wychodzi daleko poza nasze rachunki.

 

Jan 152012
 

Nie przypuszczałem, że książka o taktyce może mnie kiedykolwiek zainteresować. Fleet Tactics and Coastal Combat autorstwa Wayne’a Hughesa jest jednak książką o zbyt poważnych potencjalnie konsekwencjach, by ją pominąć. Napisana przystępnym językiem i zilustrowana dobrze dobranymi przykładami od bitwy pod Abukirem, poprzez nocne starcia u Wysp Salomona aż po fikcyjny, współczesny konflikt pomiędzy Grecją i Turcją, zawiera wiele wątków do przemyślenia. Dzisiaj o interakcji taktyki i technologii. Autor książki podkreśla znaczenie rozwoju myśli taktycznej:

Przywódcy w czasach pokoju zapominają, że ich podstawową odpowiedzialnością jest dbanie o aktualność doktryny i trenowanie zgodnie z nią.

Jest zaskakujące, że taktyczne i doktrynalne przygotowanie w momencie wybuchu wojny, wydaje się być w słabym związku z postępem technologicznym czy też z liczbą obserwowanych przypadków okrętów w akcji. Skuteczność taktyki koreluje się najlepiej z jakością myśli taktycznej w różnych publikacjach … Gry wojenne powinny kłaść nacisk nie tylko na szkolenie i doświadczenie ale na wnioski wyciągnięte z rezultatów każdej poprzedniej gry, tak jak to było w latach 20-tych i 30-tych.

Jeśli takie prace zostaną zaniedbane, skutki mogą być nieprzyjemne. O ile, według autora, I wojna światowa nie przyniosła wielkich niespodzianek taktycznych i była prowadzona zgodnie z zasadami wypracowanymi przed wojną, to II wojna wymusiła duże zmiany w taktyce. Problemem była zarówno asymilacja nowych technologii jak i brak kreatywnego myślenia w taktyce użycia starych i znanych systemów uzbrojenia. Dobrym przykładem w książce jest seria nocnych starć u Wysp Salomona, gdzie używano głównie artylerii i torped. Japończycy byli w stanie wypracować efektywną taktykę nocnej walki z użyciem torped podczas gdy Amerykanie polegali na artylerii. Prawie dwa lata zajęło US Navy nauczenie się walki w nocy pomimo posiadania radaru! Interesujące jest porównanie zmian, jakie zaszły w sposobie walki lotniskowców pomiędzy bitwą o Midway a bitwą na Morzy Filipińskim. W obu przypadkach dowodził adm. Raymond Spruance. Pod Midway lotniskowce były jeszcze na tyle bezbronne, że wygrywał ten, kto pierwszy wykrył przeciwnika i zaatakował. Adm. Spruance w końcowej fazie bitwy obawiał się nawet spotkania z pancernikami japońskimi i zaprzestał pościgu. Takie obawy nie były bezpodstawne (patrz zatopienie Glorious przez Scharnhorsta i Gneisenau). W 1944 roku sytuacja była już całkiem inna. Radar, C2 i Combat Air Patrol były na tyle rozwinięte, że adm. Spruance pozwolił Japończykom na pierwszy atak. Zmieniła się siła defensywna lotniskowców w wyniku synergii technologii i taktyki. Jednak o dominującej roli lotniskowców lub pancerników na Pacyfiku być może zdecydowała równowaga pomiędzy dojrzałością różnych technologii radarowych. W książce cytowana jest wypowiedź Charlesa Allena:

Jeśli by (technologia radarowa) okazała się bardziej efektywna w kierowaniu ciężką artylerią przeciwlotniczą (lub jeśli, jak stwierdzili inni, zapalniki zbliżeniowe pojawiłyby się parę lat wcześniej), skuteczność lotnictwa taktycznego mogłaby zostać w znacznym stopniu zneutralizowana. Jeśli by technologia radarowa była znacząco mniej efektywna we wczesnym ostrzeganiu i naprowadzaniu myśliwców, wrażliwość lotniskowców na atak mogla by się okazać nie do udźwignięcia. W obu przypadkach flota w 1945 wyglądałaby w sposób dramatycznie odmienny.

Werdykt historii jest nam znany, jednak tempo i zakres zmian zachodzących w czasie II wojny były zaskakująco odmienne od poprzedniej wojny, co sugestywnie opisuje poniższy cytat:

Role uderzeniowa i wspierająca pancerników i lotniskowców zostały zamienione; ciężkie krążowniki zaprojektowane do rozpoznania na rzecz floty robiły prawie wszystko, tylko nie to; lekkie krążowniki przeznaczone do przewodzenia niszczycielom zostały eskortą przeciwlotniczą dla lotniskowców; niszczyciele pomyślane jako obrona trzonu floty przed atakami torpedowymi innych niszczycieli zostały zaadaptowane do roli eskorty AAW i ASW a okręty podwodne zaprojektowane do rozpoznania i ataków na okręty wojenne zostały skierowane do atakowania żeglugi i morskich linii komunikacyjnych.

Przykładem całkiem nam współczesnym jak czasochłonne i pracochłonne jest pożenienie technologii z taktyką jest krótka notka na InformationDissemination dotycząca LCS. W dzisiejszych czasach jesteśmy świadkami gwałtownego rozwoju sensorów i technologii informatycznych, których celem jest zbudowanie wspólnego obrazu sytuacji taktycznej i rozwiania klasycznej “mgły wojny” Clausewitza. Praktycy powątpiewają i twierdzą, że jest to bardziej wyraz wiary niż rzeczywistość. Paradoksalnie, zapotrzebowanie na rozpoznanie (scouting) gwałtownie rośnie i co ciekawe, dotyczy to szczególnie flot słabszych:

Słabsza flota powinna kłaść szczególny nacisk na pierwszorzędne rozpoznanie … Aby móc zaatakować skutecznie jako pierwsza, słabsza flota musi przezwyciężyć swoje ograniczenia poprzez kombinacje inicjatywy i zaskoczenia.

Z tej ciekawej lektury każdy może wyciągnąć pożyteczne dla siebie wnioski. Mnie się nasuwa kilka:

  • Opracowanie skutecznego systemu uzbrojenia wymaga połączenia technologii i taktyki. Obie dziedziny na siebie wzajemnie wpływają i zajmuje to dużo czasu. Posiadanie samej technologii nie determinuje sukcesu. Wymaga to prowadzenia ćwiczeń innych niż praktykowanie “stałych fragmentów gry”.
  • Podobnie jak przed II wojną światową, marynarki wojenne świata (nasza również) stoi przed wyzwaniem zinterpretowania i zasymilowania nowych technologii, jak drony czy pociski przeciwokrętowe. Te pierwsze są nowe i zobaczymy czy pójdą w ślady lotnictwa pokładowego lat 30-tych. Te ostatnie, mimo że znane od lat, nie wydają się być w pełni poznane. Jakkolwiek należy się wystrzegać analogii, ich sytuacja przypomina pozycję torped w US Navy przed wojną. Wiadomo, jak je używać i do czego służą ale ktoś dopiero nam ukaże ich prawdziwy potencjał.
  • Liczby mają swoje znaczenie. Bismarcka atakowało 9 samolotów Swordfish, przeciw Yamato wysłano grupę 386 samolotów.