Nov 122012
 

Pomysł, czy nie można by rozważyć zamiany trałowców typu 207M na zdalnie sterowane systemy walki przeciwminowej, narodził się po przeczytaniu krótkiego komentarza Marmika na Forum Okrętów Wojennych. Marmik wyraził pogląd, że miałoby wiele sensu, gdyby planowany bezzałogowy pojazd nawodny ewoluował w kierunku klasy Holm, w służbie Królewskiej Marynarki Danii. W skrócie, Holm to jest 100 tonowy StanFlex z jednym stanowiskiem na wymienny moduł. Dwa z nich są przekształcone w bezzałogowe pojazdy do zwalczania min.

Takie podejście rodzi dwa zasadnicze pytania:

  • Czy istnieje potrzeba dużych bezzałogowców nawodnych?
  • Czy warto wykorzystać istniejące jednostki w powyższej roli?

Pozytywna odpowiedź na pierwsze pytanie znajduje potwierdzenie w artykule Robots in the Age of Pirates, opublikowanym w USNI Proceedings, w którym autorzy postulują, aby wykorzystując nowoczesne kompozyty zbudować nawodne pojazdy bezzałogowe dużego zasięgu (nawet do 2.000 mil), zdolnych do samodzielnego działania poza zespołami floty. Uważają, że takie pojazdy należy traktować podobnie do strategicznych systemów UAV. Jest to o tyle naturalne, że w miarę rozwoju technologii zwykle rośnie zapotrzebowanie na większe możliwości systemu:

Silniej uzbrojone wersje mogłyby uczestniczyć w akcjach nawodnych czy zwalczania okrętów podwodnych z użyciem pocisków Hellfire lub torped Mk54 z pozycji najmniej spodziewanych. Posiadając większą moc niż niezbędną do holowania za sobą urządzeń, mogą prowadzić działania przeciwminowe, czego od dawna oczekuje się od robotów. Z wystarczającą mocą elektryczną, mogą również przenosić systemy rozpoznania radiotechnicznego lub zakłócania.

Ten sam tok rozumowania znajdujemy w Disruptive Technologies: The Navy’s Way Forward. Dodatkowym argumentem przemawiającym za wprowadzeniem do służby większych jednostek bezzałogowych jest znajomość problemów związanych z sensorami, napędem i łącznością, które są od dawna opanowane na jednostkach nawodnych. Większy rozmiar i moc pozwalają także na łączność bez użycia satelitów na dystansach użytecznych taktycznie. Tego rodzaju projektem jest ANTI-SUBMARINE WARFARE (ASW) CONTINUOUS TRAIL UNMANNED VESSEL (ACTUV) rozwijanym przez agencję DARPA. Dlaczego w takim razie brak jest takich systemów w Unmanned Surface Vehicle Master Plan? Odpowiedź autorów jest prosta:

Wszelkie aktualne projekty marynarki dotyczące nawodnych pojazdów bezzałogowych zakładają konieczność przenoszenia przez okręty nawodne lub podwodne – jest to sposób myślenia poważnie ograniczający projektowanie i wybór napędu w porównaniu z pojazdami operującymi z lądu. Co więcej, żadne doświadczenie operacyjne nie sugeruje, że jest to rozwiązanie gorsze.

Dowództwo marynarki jasno wyraża swoje oczekiwania odnośnie USV przenoszonych przez LCS oraz UUV przenoszonych przez okręty podwodne klasy Virginia. Towarzyszą temu dość ścisłe wymagania co do wielkości, prędkości, autonomii czy zasięgu. Te ograniczenia wynikające z nosicieli pojazdów bezzałogowych bardzo utrudniają dzisiejszej technologii dać flocie wszystko, czego oczekuje.

Rozwiązanie wynikające z globalnych zobowiązań US Navy i wymagających floty ekspedycyjnej ma mniejsze znaczenie dla floty realizującej strategię Bałtyk Plus. Co warto podkreślić już teraz, przyjęcie do służby dużych bezzałogowców nawodnych nie zamyka nas na Bałtyku, gdyż mogą one być kontrolowane zarówno z lądu jak i z dowolnej jednostki pływającej. Drugi z wspomnianych artykułów wprowadza nas również tematykę gromadzenia doświadczeń, co pozwala na próbę odpowiedzi, czy warto iść taką drogą. Autorzy porównują doświadczenia US Army w użytkowaniu RQ-7 Shadow i o wiele bardziej znanego Predatora. Analizując zmiany wprowadzone w wyniku doświadczeń zebranych w Iraku czy Afganistanie, zauważają, że większość zmian nie ma charakteru technicznego lecz dotyczy organizacji i doktryny i podsumowują swoje wnioski w formie swoistego ostrzeżenia:

  • zdobycie realnego doświadczenia operacyjnego jest znacznie korzystniejsze niż oczekiwanie na techniczną doskonałość
  • US Navy jest na początku drogi ku zdobyciu doświadczenia w użyciu systemów bezzałogowych. Marynarka potrzebuje zacząć działać z najprostszym, zdolnym do funkcjonowania systemem, a nie najbardziej kompletnym.
  • Zmiany w postawach ludzi i podejściu organizacyjnym wynikłe z wprowadzenia tych systemów mogą być brutalne.

To brzmi jak echo cytowanego już na tym blogu Adm. Meyera – zbuduj trochę, przetestuj trochę i wiele się naucz. Nie musimy czekać na nowe systemy aby zacząć weryfikować koncepcje w obszarze dla nas całkiem nowym. Można wymienić kilka innych korzyści o charakterze bardziej lokalnym:

  • uproszczenie procedur biurokratycznych, co może mieć niebagatelne znaczenie. Jakkolwiek nie są one mi bliżej znane, przypuszczam, że stopniowa modernizacja okrętów już będących w służbie z użyciem systemów “z pólki” może być prostsza od tworzenia specyfikacji od początku dla całkiem nowego systemu.
  • Potencjalne zaangażowanie polskiego przemysłu. Nie tylko w pracach badawczych, bo przemysł potrzebuje realnych zamówień. A to jest możliwe w tym przypadku. Kilka składników systemu zwalczania min już istnieje. Może całkiem niedoskonałych, ale jak mówi tekst wspomniany powyżej, doświadczenie operacyjne jest o wiele ważniejsze, bo pozwala zrozumieć zasady gry.
  • Wykorzystanie relatywnie nowych jednostek, które w innym wypadku znajdują się poza planem modernizacji marynarki. W walce z minami nigdy nie będziemy mieli za wiele okrętów.
  • Nadanie dodatkowego sensu okrętowi patrolowemu Ślązak, który może być jednostką sterującą parą 207M, podobnie jak Kontradmirał Xawery Czernicki, na wzór niemieckiej Troiki. W tym wypadku kluczem są systemy łączności, które i tak są podstawą okrętu patrolowego. Zasięg bezzałogowych 207-mek można wykorzystać lepiej poprzez zwiększenie zasięgu łączności z użyciem aerostatu. Taki balon SkyDoc firma doradcza BMT zaproponowała w swoim projekcie Securitor. Wytrzymuje on podobno siłę wiatru huraganu a horyzont radarowy rozszerza do 30 nm.

Czy jest to pomysł możliwy do realizacji technicznie lub ekonomicznie, wymaga sprawdzenia, ale argument z cytatu o samoograniczaniu się poprzez niezweryfikowane doświadczalnie założenia jest dla mnie bardzo przemawiający.

Sep 032012
 

Zgodnie z obietnicą ministra Siemoniaka, czas decyzji powoli mija i wszyscy sympatycy Marynarki Wojennej mają nadzieję, że nadszedł czas realizacji. Tu napotykamy barierę, jaką stanowi czas realizacji projektu tak złożonego artefaktu jakim jest okręt wojenny. Czy jednak tempo zmian w otoczeniu, w którym działa marynarka wojenna nie podważa tradycyjnych zasad projektowania, zakupu i budowy okrętów? Na CIMSEC kilka interesujących wątków tworzących wyzwanie dla tradycyjnego sposobu myślenia o czasie budowy okrętów. Poniższe przykłady są dość futurystyczne, ale mają wystarczająco możnych mecenasów by mieć przynajmniej szansę na realizacje. Na nasze nieszczęście o tym, czy technologia lub wydarzenie ma charakter przełomowy, zwykle dowiadujemy się, gdy jest już za późno na reakcję.

Najpierw coś z dziedziny technologii. LT Scott Cheney-Peters pisze o projekcie DARPA o nazwie Anti-Submarine Warfare Continuous Trail Unmanned Vessel (ACTUV). Jest to mówiąc obrazowo – rzep. Do raz wykrytego okrętu podwodnego przyczepia się i płynie za nim. Autor rozważa potencjalne korzyści z punktu widzenia wielkiej floty, która posiadając serię „rzepów” może zwolnić swoje okręty do wykonywania innych zadań. Zwraca jednak uwagę na trendy jakim podlegają pojazdy bezzałogowe. Podaje przykład Predatora, który pomyślany jako platforma ISR szybko przekształcił się w nosiciela uzbrojenia i stwierdza, że ACTUV może podążać tą samą drogą ewolucji. O wiele dosadniej cel projektu przedstawia jego Program Manager z DARPA:

„Naszym celem jest przekazanie Marynarce pojazdu zmieniającego reguły gry w działaniach na morzu,” powiedział Littlefield. „To powinno stworzyć asymetrię na naszą korzyść, negującą wyzwanie stawiane przez okręty podwodne za jedną dziesiątą ich kosztów budowy”

Najnowszy projekt przewiduje trimaran szacowany na $20 mln zdolny operować na morzu przez 80 dni. Prototyp jest przewidywany na 2015 rok, a więc mniej więcej wtedy, gdy nasz pierwszy okręt podwodny być może ma szanse się pojawić. Jaki efekt może mieć, powiedzmy 5 takich „rzepów” dla znajomości położenia małej floty podwodnej złożonej z trzech okrętów, z których jeden zapewne przebywa w porcie i jego pozycja jest znana? Co prawda mały pojazd nawodny ma ograniczoną dzielność morską, ale istnieje równolegle rozwijana technologia wave glider, która może być wykorzystana w podobnym celu:

Dodatkowo do zbierania danych oceanograficznych, tego typu USV mogą pewnego dnia posłużyć jako osiągalne finansowo platformy ISR. Technologie niezbędne do długotrwałego działania na morzu, ładowania baterii słonecznych, zbierania danych oceanograficznych i ich transmisji na odległość tysięcy mil ma bezpośrednie zastosowanie w zadaniach ISR.

Wydarzeniem zupełnie z innej dziedziny jest projekt Sea-based Nations, któremu CIMSEC poświęcił cały ostatni tydzień na dyskusje. Idea polega na stworzeniu wielkich miast-państw na morzu poza jurysdykcją istniejących państw. W celu przekucia tej idei w rzeczywistość powołano Seasteading Institute. Dyskusja ma pewien koloryt lokalny nas interesujący, gdyż w poszukiwaniu obszarów wystarczająco atrakcyjnych, bezpiecznych i przyjaznych dla miast na morzu, wymienia się również Bałtyk. Wyobraźmy sobie takie „coś” na obszarze naszej strefy EEZ.

Kilka poniższych zdań LT Kurta Albaugh’a jest wskazówką bądź ostrzeżeniem, że wyruszamy w nieznane:

Istnienie wielu SBN, które do pewnego stopnia są mobilne zarówno w sensie fizycznego położenia jak i politycznych aliansów, jak i wrażliwe na działania nawet drugo- czy trzecio-rzędnej floty, może podważyć tą część światowej równowagi, która ma swe źródło w olbrzymich przestrzeniach oceanów.

Niezależnie od powyższego, SBN niosą obietnice drastycznej zmiany sposobu, w jaki myślimy o relacjach międzynarodowych.

 Jaka struktura marynarki wojennej jest najbardziej przystosowana do operowania w środowisku określonym przez opisane koncepcje? I jak szybko jesteśmy w stanie reagować na takie zmiany, jeśli będziemy postępować zgodnie z tradycyjną mądrością i doświadczeniem, które każe nam budować okręty przez 5-8 lat od pomysłu do wdrożenia? Problem jest znany projektantom okrętów od dawna i DK Brown twierdził, że dobrze zaprojektowany okręt jest wszechstronny w momencie zbudowania i adaptowalny w ciągu dalszej służby. Takie podejście preferuje okręty duże z zapasem przestrzeni i wyporności na przyszłe zmiany. Mamy więc do czynienia z sytuacją jak w teorii Johna Boyda OODA Loop, gdy przeciwnik (w tym wypadku samo życie) działa wewnątrz naszego cyklu decyzyjnego. Wydaje się, że jedynym lekarstwem jest uelastycznienie całego procesu od koncepcji, poprzez procedury przetargowe a skończywszy na budowie okrętów. Jest to jednak możliwe tylko w środowisku otwartym, w którym istnieje szybka wymiana idei i informacji. Z tego punktu widzenia brakuje trochę dalszego ciągu prezentacji z marca. Przykładem do naśladowania może być branża informatyczna. Firma wprowadzająca zintegrowany system zarządzania, kupuje zwykle system „z półki” o w miarę dużych możliwościach adaptacji do lokalnych wymagań. Każdy kierownik działu jest w stanie w ciągu kilkunastu dni sformułować wymagania „twarde” w odróżnieniu od „miękkich”. Jeśli oferta rynkowa jest w stanie zaspokoić, powiedzmy 70% wymagań w tym większość „twardych”, zakup jest możliwy. Do niektórych cech systemu, niestety firma musi się dostosować i jest to akceptowane. W języku militarnym oznaczałoby to dopasowanie taktyki do posiadanego sprzętu.

Apr 092012
 

Tekst Lecha Kościuka w kwietniowym numerze Nowej Techniki Wojskowej przynosi między wierszami tytułowe pytanie o możliwość zdominowania przez roboty walki na zamkniętym morzu jak Bałtyk. Pytanie jawi się jeszcze bardziej wyraziście po lekturze tekstu Maksymiliana Dury o nowej fazie rozwoju robotów – od rozpoznania, roboty przechodzą do przenoszenia uzbrojenia. Stają się więc systemami bojowymi. Czy są w stanie wyprzeć całkowicie współcześnie nam znane systemy załogowe? Lub też będą tylko ich uzupełnieniem? Próbę odpowiedzi znalazłem w artykule Will Unmanned Undersea Vehicles Replace Submarines? Autor (podwodniak z doświadczeniem ze służby na dziewięciu SSN) próbował zastosować do analizy teorię o technologiach przełomowych (disruptive technologies) pochodzącej ze świata ekonomii. Jego pierwszym spostrzeżeniem jest to, że wspomniana teoria o wiele lepiej wyjaśnia zdarzenia z przeszłości niż przewiduje wydarzenia z przyszłości. Tak więc stwierdza, że przełom z użyciem danej technologii nie jest ani nieunikniony ani przewidywalny. Niemniej zwraca uwagę na konieczność obserwacji “znaków ostrzegawczych” o nadejściu przełomu. Tu cytat, który wypisz, wymaluj pasuje do naszego zakątka:

Dolny zakres rynku na okręty podwodne jest najprawdopodobniej najbardziej podatny na zakup podwodnych pojazdów bezzałogowych zamiast okrętów podwodnych. Kraje, które polegają na okrętach podwodnych z napędem dieslowskim do realizacji zadań ograniczonej odmowy dostępu dla celów obrony własnych wód terytorialnych odkrywają, że utrzymanie floty podwodnej jest kosztowne i technicznie wymagające. Ponadto, wiele z tych krajów nie posiada możliwości budowania okrętów lokalnie. W rezultacie, gdy podwodne pojazdy bezzałogowe zaczną posiadać możliwości odmowy dostępu, będą sobą przedstawiać atrakcyjną opcję dla użytkowników ze średniej półki.

Niemniej droga do realizacji takiej wizji jest dość wyboista i wymaga pokonania wielu przeszkód. Główne problemy koncepcyjne stojące na drodze realizacji wizji zastosowania militarnego robotów to zasięg, autonomiczność i ryzyko. Roboty będą podlegały tym samym kryteriom optymalizacyjnym, co systemy załogowe. Mogą mieć zasięg wręcz globalny albo taktyczny i wówczas muszą być przeniesione do teatru działań za pomocą “platformy”. Ta z kolei również może być bezzałogowa i wówczas powstaje problem autonomiczności. Ograniczona autonomiczność wymaga olbrzymiej ilości informacji transmitowanej zwykle na duże odległości, co “zatyka” pasma łączności. Wysoka autonomiczność powoduje wzrost ryzyka użycia (zwłaszcza bojowego) robotów i konieczność zaprojektowania łącza pozwalającemu człowiekowi na ostateczną decyzję. Wraz ze wzrostem zasięgu sprawa się komplikuje. Nie należałoby również lekceważyć ludzkiej zdolności do oceny sytuacji na miejscu. Znów cytat z The 21st-Century Naval Environment (World Politics Review Features):

Woda i odległość przedstawiają sobą największe przeszkody dla hybrydowej floty. Fale radiowe rozchodzą się źle w wodzie, utrudniając operatorowi pozostawanie w nieprzerwanym kontakcie z robotami podwodnymi a nawet nawodnymi, w sytuacji gdy kontakt radiowy zostanie zablokowany przez fale. Podobnie, wielkie odległości w locie nad oceanem mogą nadmiernie obciążyć infrastrukturę łączności z UAV.
(…)
Zasadniczo, Marynarka nie ufa w pełni swoim robotom i ten brak zaufania pozostanie, gdy roboty będą uzbrojone i atakowały cele blisko obiektów cywilnych.

Być może największą przeszkodą do pokonania jest nie sama technologia ale człowiek. Technologia jest tylko narzędziem, którym musimy się umieć posługiwać. Broń pancerna Francji w 1940, Lotnictwo arabskie w wojnie 1967, broń podwodna włoskiej Regia Marina czy lotnictwo Regia Aeronautica w wojnie na Morzu Śródziemnym wskazują, że bez jasnej koncepcji użycia technologii i właściwego poziomu wyszkolenia, wyniki są słabe a koszty wysokie. Stąd być może bardziej realistyczne podejście Office of Naval Research w formułowaniu swojej wizji (podkreślenie moje):

Osiągnąć zintegrowane, hybrydowe siły zbrojne złożone z systemów załogowych i bezzałogowych posiadających zdolność do zbierania i interpretacji informacji, przewidywania, komunikowania, planowania, podejmowania decyzji i właściwych akcji niezbędnych do osiągnięcia celów. Zastosowanie takich systemów zredukuje ryzyko dla Marynarzy i Żołnierzy oraz zwiększy możliwości.

Takie podejście ma swoje uzasadnienie w “drugiej stronie medalu”, czyli w niewypowiedzianej wprost niemożliwości sił nawodnych do przetrwania na Bałtyku. Ten sam ONR prowadzi równolegle badania mające na celu:

Rozwijać ruchliwe, oszczędne i elastyczne w zastosowaniu platformy zdolne do operowania w określonych środowiskach. Umożliwić załogowym i bezzałogowym platformom i siłom morskim operowanie w wrogim otoczeniu i jednocześnie być zdolnym do unikania, przełamania i przetrwania ataku.

Bliżej nas, Szwedzi argumentowali swoją decyzje o budowie Visby faktem, że okręt aby odeprzeć atak musi być albo “Niezwyciężony”, albo “Niewidzialny”. Pierwszą opcję zostawiają bogatym krajom a sobie zarezerwowali drugą. Dodać warto, że prace Wayne’a Hughesa wprowadzają trzecią opcję – “Niezliczony”, w której rozproszone siły ofensywne wykorzystują słabość rozpoznania przeciwnika i czas na swoją korzyść. Jak dotychczas dyskusja skupia się na “Niezwyciężonym” i ta opcja rzeczywiście przedstawia sobą największe koszty i ryzyko, co czyni systemy bezzałogowe bardziej atrakcyjnymi.

Czy z powyższych rozmyślań płynie jakiś pożyteczny wniosek? Roboty reprezentują sobą poważny potencjał technologii przełomowej. Czy tak się stanie, nie jest oczywiste. Niemniej jednak roztropnie jest jak najszybciej wprowadzić bezzałogowe systemy do Marynarki Wojennej po to aby dać flocie czas na opracowanie koncepcji użycia, eksperymentowanie i zmianę podejścia do tematu. Ponieważ są to procesy bardzo czasochłonne, nie od rzeczy by było wprowadzić roboty do służby jak najszybciej, nawet przed jakimkolwiek planowanym okrętem. Niestety, nie jesteśmy liderem ani znaczącym użytkownikiem, mogącym mieć wpływ na rozwój rynku czy technologii robotów. Być może właściwym miejscem dla polskiego zaplecza naukowo-badawczego byłoby rozwijanie software’u dla systemów dowodzenia robotami a hardware po prostu należałoby kupić.

Feb 262012
 

Miniony tydzień przyniósł nowe wiadomości na temat przyszłości Marynarki Wojennej, a precyzyjniej, jak ona wyglądać nie będzie. Sytuacja jest obarczona sporym ładunkiem emocji i pod pewnymi względami przypomina kryzys z 1949 roku zwany Rewoltą Admirałów. Zanim więc przejdziemy do dalszej dyskusji, zdefiniujmy pole dla niej dozwolone. Cytat pochodzi z książki Colin S. Gray Fighting Talk: Forty Maxims on War, Peace and Strategy:

I w tym dialogu nie powinno być miejsca na wątpliwość, że żołnierze podlegają cywilom. Jest jednakże obowiązkiem żołnierzy mówić prawdę politykom i informować ich odnośnie tego, co wydaje się być możliwe a co nie.

Tak jak uczciwy żołnierz zazwyczaj będzie niepewny co do możliwości wykonania zadania przez wojsko, to znaczy zadania określonego przez politykę, tak uczciwy polityk pozostawi w sobie resztki wątpliwości co do mądrości obranego kierunku polityki.

To nam daje, nazwijmy tak, prawne i moralne uzasadnienie refleksji nad przyszłością Marynarki Wojennej. Nie jest to łatwe, bo z wypowiedzi czołowych dostojników państwowych nie wynika jasno, czy chodzi o przygotowanie się do zagrożeń asymetrycznych czy też raczej do walki z równorzędnym przeciwnikiem. Marynarka Wojenna ogólnie służy dwóm celom:

  • zapewnieniu integralności terytorium i niezależności politycznej Państwa,
  • wspieraniu polityki zagranicznej i interesów Państwa.

O ile w naszym położeniu geograficznym i przy naszej historii, w wykonywaniu pierwszego zadania palma pierwszeństwa przypada Wojskom Lądowym i Lotnictwu, to w drugim przypadku Marynarka Wojenna oferuje najwięcej za najmniej. Klasyk morskiej dyplomacji, James Cable, zamyka wszystko w prostym zdaniu:

Okręty są wysyłane i przemieszczane w geście politycznym, bądź jako alternatywa realnej akcji bojowej lub też jako upust emocji.

Niestety właśnie z tej alternatywy politycy świadomie lub nie, ale rezygnują. Czego więc oczekują w zamian? Wywiad szefa BBN-u i spotkanie eksperckie na temat MW daje nam wgląd w priorytety, widziane oczyma Prezydenta i BBN-u a realizowane przez MON. Dopasujmy się więc do oczekiwań i postępujmy zgodnie z ponadczasowym cytatem z Sun Tzu:

Armia może być porównana do wody, bo tak jak woda omija wyżyny i spływa do nizin, tak armia unika silnych punktów i uderza w słabe.

Sytuacja pozwala nam chyba na wyjście poza klasyczne rozwiązania lub inaczej mówiąc na spuszczenie wyobraźni ze smyczy samokontroli. Poniższa tabelka zawiera w kolumnach priorytety a w wierszach projekty lub zdolności proponowane do dyskusji. Pierwsze trzy to są programy European Defence Agency, pozostałe dwa – moja propozycja do przemyślenia.


Cooperative Engagement Capability kojarzy się nam raczej z okrętami klasy Aegis, ale co by było, gdyby wersję “dla ubogich” zainstalować z modułem VLS dla 8 rakiet na 1.000 tonowym okręcie? Taki moduł nie waży wiele więcej niż armata średniego kalibru, więc jest to chyba możliwe. CEC jest bardzo drogie i czy ma sens umieszczanie go na tak małym okręcie? Być może tak, jeśli spojrzymy na okręt jak na wysoce mobilną baterię przeciwlotniczą, chroniącą nie flotę przed atakiem z lądu, lecz ląd przed atakiem z morza. Ale skąd nasz okręt ma brać informacje o celu? To jest właśnie urok CEC – z sieci. Wspomniana sieć może się składać z radarów, nawet 2D, umieszczonych na lądzie i okrętach. Do tego by całość funkcjonowała, brakuje radaru 3D umieszczonego w powietrzu. Takiej informacji może dostarczyć AWACS NATO-wski bądź lokalny substytut o mniejszych możliwościach ale większej dostępności. Jak podobny system funkcjonuje na styku lądu i morza, pokazuje zgrabnie filmik. W rzeczywistości, wstępne inwestycje poniekąd zostały już poczynione, bo po co Nadbrzeżnemu Dywizjonowi Rakietowemu radar 3D?

Pewien kłopot sprawia platforma czyli okręt, który mógłby, co prawda wymiennie, spełniać funkcje wspomniane w tabelce. W normalnych warunkach mówilibyśmy o kilku klasach okrętów o różnych charakterystykach. Spróbujmy jednak wcisnąć wszystko w jedną platformę zdolną do zmiany wykonywanych zadań bądź dzięki modułom, bądź dzięki robotom. Wymagania sformułujmy jak poniżej:

  • wielkość zdecydowanie mniejsza niż Gawron, a więc 1000-1200 ton maksimum (tak chce premier, nawet jeśli to jest mocno dyskusyjne)
  • budowa według standardów cywilnych
  • uzbrojenie i sensory jak dla okrętu patrolowego np. typu L’Adroit
  • przestrzeń dla CEC plus moduł VLS lub alternatywnie dla rakiet przeciwokrętowych
  • obszerny hangar dla pojazdów bezzałogowych/robotów i modułów misji
  • pokład lotniczy dla śmigłowca

Będąc w pełni świadom, że staje się nudny, poniższy rysunek dla zilustrowania koncepcji wykorzystuje ponownie Sea Fightera. Po prostu dlatego, że ta forma daje maksimum dzielności morskiej i powierzchni hangaru przy minimalnej wielkości okrętu.

Nie jestem w stanie oszacować dokładnie kosztu takiego okrętu, ale moje próby mówią mi, że kwota rzędu 500 mln PLN jest być może osiągalna. Czy warto spróbować? W obecnej sytuacji każdy pomysł, nawet szalony warto wziąć pod lupę.

 

Feb 122012
 

W odstępie kilku dni ukazały się w prasie dwa artykuły – Quo Vadis Marynarko Wojenna i Gra w statki. Trudno o bardziej dobitną ilustrację sporu toczącego się w kwestii wizji rozwoju Marynarki Wojennej. Sporu Obawy z Korzyścią wymienianych przez Tukidydesa, w wyniku którego nasz Super Battleship zamienia się w Chinese Junk. Jak żywo, sytuacja przypomina antyczny dramat, w którym obie strony mają całkiem uzasadnioną rację. Podsumujmy, co wiemy z Gazety Wyborczej na temat oczekiwań MON-u:

  • zwalczanie zagrożeń asymetrycznych na Bałtyku Plus, “z niewielkim udziałem w operacjach międzynarodowych”
  • nacisk na pojazdy bezzałogowe i śmigłowce
  • rozbudowa i użycie sił specjalnych
  • okręty wojny minowej są akceptowalne
  • siła uderzeniowa floty skupia się w Nadbrzeżnym Dywizjonie Rakietowym

Interesujące pytanie brzmi – na ile powyższa wizja jest echem poglądów doktrynalnych BBN-u a na ile potrzebą cięcia kosztów przez Ministerstwo Finansów. Prawdopodobnie obydwa czynniki odgrywają rolę i ze sobą współgrają. Aktualne problemy marynarki nie są bowiem efektem nieodpowiedzialnej publicystyki, tylko mają o wiele głębsze podłoże doktrynalne. Powtórzmy fragment prac BBN-u cytowany już na tym blogu:

Z racji tego, że w średnioterminowej perspektywie nie należy się spodziewać bezpośredniego zagrożenia naszego terytorium, ani zagrożenia dla naszych sojuszników, specjalny wysiłek na rzecz dozbrojenia polskiej armii nie wydaje się konieczny. Wystarczy unowocześnianie posiadanego uzbrojenia i zwiększanie interoperacyjności z armiami naszych sojuszników. Natomiast większe wymagania stwarza potrzeba dobrego wyposażenia w nowoczesny sprzęt dla jednostek przeznaczonych dla misji reagowania kryzysowego.

Paradoksalnie to BBN obok MSZ jest naturalnym sojusznikiem i klientem Marynarki Wojennej, o których względy warto zabiegać. Natomiast MON jest tylko administratorem sił zbrojnych i budżetu, a wypowiedź dla Gazety Wyborczej jest oświadczeniem, że ministerstwo przechodzi do realizacji powstającej doktryny. Jeśli chcemy uniknąć sytuacji patowej, nie pozostaje nic innego, jak zaproponować platformę spełniającą wymienione oczekiwania i wykorzystać fakt, że okręt zdolny do udziału w operacjach międzynarodowych musi posiadać odpowiednią dzielność morską. To pozwoli na wbudowanie odpowiedniego zapasu wyporności na przyszłe modernizacje. Jednocześnie z platformami propozycja powinna zawierać wskazówki co do pojazdów bezzałogowych lub modułów misji do wykorzystania na proponowanych platformach. Nie wiem, na ile tekst z Gazety wiernie oddaje plany MON-u, ale pewne stwierdzenia p. Idzika są niepokojące:

Okręty będą także potrzebne, ale nie aż tyle. Kupimy np. trałowce czy statki bezzałogowe.

To oznacza, że jeśli Marynarka Wojenna zaproponuje klasyczny niszczyciel min, to na tym może się zakończyć plan zakupu okrętów. W takiej sytuacji lepiej postawić na większe wykorzystanie systemów modułowych lub skonteneryzowanych na bazie platformy OPV. Współcześnie Offshore Patrol Vessels są wyposażane w radar 2D lub 3D, uproszczony system C2, uzbrojenie artyleryjskie a nawet rakietowe i dość bogaty zestaw walki radioelektronicznej. Wszystko za kwotę około 300-400 mln PLN. Kopalnią wiedzy na temat możliwości OPV i jak floty świata planują je wykorzystać są konferencje IPQC. Warto ściągnąć parę prezentacji i poczytać. Szczególnie polecam:

  • Smart OPV Specification for Cost-effective Offshore Patrol Jonathan Kamerman z TKMS
  • Cost Effective Flexible Payload for Future Multi Mission OPV’s Dr. Heino Dobiasch z Atlas Elektronik
  • Fassmer OPV2020: The art of Innovation Rene Quezada z Fassmer
  • The Changing Face of OPV Designs and Principal Cost Drivers Dave McMillan STX Canada
  • Cost Effective Platform Protection Philippe DeVille z Thales

Ponieważ jesteśmy w blogosferze mogę sobie pozwolić na wskazanie swoich preferencji. Mój typ to Fassmer 2020. Taka platforma może dla Marynarki Wojennej RP spełnić tą samą funkcję co StanFlex 300 uczynił dla duńskiej marynarki, wiele lat temu. A mianowicie przeprowadził duńską flotę przez trudny okres masowej wymiany kliku klas okrętów w tym samym czasie, przy zachowaniu rozsądnych kosztów. Innowacyjny system modułowy Flex, który się niejako przy okazji narodził i całą operację umożliwił jest stosowany do dzisiaj na robiących o wiele większe wrażenie, współczesnych duńskich “logistykach” czy fregatach. OPV mają również tą miłą zaletę, że z racji swojego pierwotnego przeznaczenia zostały zaprojektowane do wysokich wskaźników dni operacyjnych w morzu. Okręty klasy River mają zakontraktowane 320 dni w roku na morzu plus 25 dni na remonty i konserwacje a 20 dni pozostaje w rezerwie. Wszystko to dzięki dzięki podwójnym załogom.

Nie zapominajmy o systemach modułowych i pojazdach bezzałogowych dla okrętów. Kilka takich modułów jest już gotowe bądź w zaawansowanej postaci. W przypadku MCM, chyba najbardziej kompletnym jest Atlas Elektronik C-IMCMS. Camcopter jest z kolei naturalnym kandydatem na taktyczny UAV, w oczekiwaniu na cięższy SW-4 rodzimej produkcji. Pewien problem sprawia nawodny pojazd bezzałogowy, wśród których najbardziej wszechstronnym, największym i pewnie najdroższym wydaje się być Textron CUSV. Ale może warto mieć choć jeden egzemplarz dla eksperymentów.

Mówiąc o platformach, nie pomijałbym całkowicie projektów egzotycznych i niekonwencjonalnych. Poniżej dwa przykłady. Ich wielką zaletą jest możliwość operacji Ro-Ro i duża powierzchnia zarówno hangaru jak i pokładu lotniczego. To im daje naturalne predyspozycje zarówno do transportu niewielkich oddziałów wojska, czy sił specjalnych jak i przenoszenia większej liczby pojazdów bezzałogowych. Niezależnie od tego czy są to pojazdy podwodne, latające czy pływające.

MRV80 z Austal. Ma duży pokład i powierzchnię hangaru – po 500m2. Ponieważ jest to miniaturka trimaranu LCS, podobnie jak tam, można umieścić moduły do walki przeciw minowej a nawet sonar holowany do walki z okrętami podwodnymi. W przeciwieństwie do LCS, MRV80 ma napęd dieslowski pozwalający osiągnąć umiarkowaną prędkość 26 węzłów, przy mniejszych kosztach eksploatacji.

SeaFighter. Najbardziej “bojowy” ze wszystkich wymienionych. Może przenosić do 12 modułów 16-tonowych a elewator pozwala na przenoszenie ich na pokład lotniczy. Ten ostatni pozwala na operowanie dwoma śmigłowcami klasy Blackhawk jednocześnie. W przyszłości część hangaru można przeznaczyć na uzbrojenie stałe. Kontrowersyjną prędkość 55 węzłów można ograniczyć, a na samych silnikach diesla okręt osiąga 20 węzłów. Rampa rufowa pozwala na wodowanie łodzi do 11m i operacje Ro-Ro. Ma umiarkowaną wyporność ponad 800t standard i 1.100t pełną, co ma sens na wodach zamkniętych jak Bałtyk, ale dzięki konstrukcji katamaranu ma dzielność morską jednostki znacznie większej od siebie.

Zasoby, które posiadamy na realizację projektu to czas i pieniądze. Jeśli wybrać do realizacji 2 różne platformy i w konsekwencji budowę zlecić w dwóch różnych stoczniach, to być może jest szansa na zbudowanie 6 okrętów w 8-9 lat za jakieś 2.5 – 3.0 mld PLN. Myślę, że to jest lepsze niż postępująca degeneracja zasobów Marynarki Wojennej ze wszelkimi z tego tytułu wynikającymi konsekwencjami dla morale marynarzy. Czy jest więc szach-mat? Pod warunkiem, że rząd zachowa rozsądek, to nie będzie tak źle, chociaż będzie to wielkie wyzwanie dla etosu Marynarzy. Dobrym znakiem jest seria artykułów w prasie i ożywiona dyskusja na forach. Jeżeli nie będziemy mówili o naszych problemach, nikt się nimi nie zainteresuje, a decyzje zapadną w ciszy kuluarów.

Feb 032012
 

W grudniowym numerze USNI Proceedings ukazał się artykuł pod wiele mówiącym tytułem More Brains, Less Brawn. Myśl przewodnią dobrze oddaje cytat:

Wiedza o budowie bezzałogowych pojazdów latających, naziemnych, czy podwodnych jest już mocno zaawansowana. Jednak koszt obsługi przez personel wojskowy wymaga wyjścia poza zasadę “jeden człowiek, jeden joystick, jeden pojazd”, która istniała w poprzednich dekadach rozwoju systemów bezzałogowych.

Mnie jednak bardziej niż obcinanie kosztów u nas jeszcze nie istniejących, interesują wątki poboczne ale chyba ważniejsze w naszej rzeczywistości. Złamanie wspomnianej zasady prowadzi do kilku koncepcji, już będących przedmiotem badań w USA.

Pierwszy koncept to konieczność obsługi wielu urządzeń przez jednego operatora jednocześnie. Typową sytuacją może być monitorowanie obszaru, bądź to przez pojazdy latające poszukujące celów nawodnych, bądź też podwodne w poszukiwaniu min. Mamy do czynienia z konstelacją dronów, z których każdy porusza się w innym obszarze, według innego programu i każdy może być źródłem informacji. Wymaga to opracowania bardzo sprytnego interfejsu pomiędzy człowiekiem a maszyną. Bardzo dobry przykład o co chodzi demonstrują wyniki prac grupy podwodniaków TANG.

Związany z powyższym jest inny problem doskonale ujęty w poniższym cytacie autorstwa generała Cartwright’a a pochodzącym z dyskutowanego artykułu:

W dzisiejszych czasach analityk siedzi sobie tam i spogląda na Death TV godzinami, usiłując znaleźć pojedynczy cel lub cokolwiek poruszającego się. To po prostu strata czasu.

Człowiek w tym wypadku powinien być potrzebny tylko do podejmowania decyzji w sytuacji otrzymania istotnej informacji. To oznacza dalsze zwiększenie autonomii pojazdu i “uzbrojenia” go w dodatkowe algorytmy samodzielnego interpretowania zbieranych danych.

Załączony link wyjaśnia następny koncept operowania dronów w “rojach”. Parominutowy filmik, który obiegł już światową blogosferę, potrafi pobudzić wyobraźnię. “Rój” w tym wypadku ma jedno zadanie, które wykonuje kolektywnie i w przyszłości może mieć zapewne wbudowaną zdolność autonomicznego doboru optymalnego sposobu wykonania zadania w zależności od okoliczności i ogólnych instrukcji od operatora. Wyobraźmy sobie “rój” pocisków przeciwokrętowych. Implikacje są spore. Dotychczas każdy pocisk posiada własne sensory. W przypadku roju właściwie wystarczy tylko jeden. Wynikające z tego obniżenie kosztów działa na korzyść strategii nasycenia obrony i wojny na wyczerpanie, opisywanej przez Wayne’a Hughes’a i dyskutowanej w poprzednich wpisach. Można iść również w przeciwnym kierunku i uzbrajać “rój” w szereg różnych sensorów a nawet w systemy zakłócania radioelektronicznego obrony przeciwnika. To zmniejsza ograniczenia okrętów wynikające z małej liczby przenoszonych rakiet. Zupełną nowością może być fakt, ze taki samobójczy rój może przerwać atak i powrócić na pokład, co daje nie znane do tej pory opcje taktyczne, podobne do samolotów.

Ostatni wymieniony koncept powoduje kaskadę następnych pytań o platformę przenoszącą drony. Wszystkie przykłady opisują sytuacje wykorzystania wielu pojazdów bezzałogowych jednocześnie. To wymaga nosiciela zdolnego do przechowywania, wypuszczania i przyjmowania z powrotem większej ilości pojazdów. Jakkolwiek niebezpieczna, nasuwa się analogia do okresu, gdy lotnictwo morskie przekształcało się z pojedynczych wodnopłatowców przenoszonych przez krążowniki czy tendry lotnicze w lotnicze grupy bojowe bazujące na lotniskowcach. Angielska nazwa oddaje wiernie istotę – Aircraft Carrier. Pytanie jaki okręt będzie przyszłym Drone Carrier? Niewątpliwie powinien mieć spory hangar, ale co z Launch&Recovery? Lotniskowce operują tylko statkami powietrznymi, drony latają, pływają i nurkują.

Wspominałem na początku o pobocznych wątkach nas interesujących i czas do nich wrócić. Pytanie brzmi, kto dla nas to wszystko opracuje i zrobi? Na razie jesteśmy na etapie, gdy AMW pracuje nad konwersją torpedy na UUV do celów rozpoznawania min. Czy nie należałoby, wobec coraz szybszego postępu technologii porzucić prace nad hardware i zająć się software? Inaczej mówiąc, czy nie należy zakupić sprzęt “z półki” i zająć się systemami C2 i interfejsem człowiek maszyna dla powyższych koncepcji? Lub też opracowaniem koncepcji nosiciela? Problem leży w tym, że potencjalne zasoby (jeżeli w ogóle istnieją) potrzebne do wykonania takich prac leżą bardziej po stronie cywilnej społeczeństwa, ale inicjatywa musi wyjść ze strony Marynarki. W tym miejscu znowu cytat z artykułu, tym razem autorstwa prezydenta Franklina Roosevelta (nawiasem mówiąc wielkiego zwolennika Marynarki):

To change anything in the Navy is like punching a feather bed. You punch it with your right and you punch it with your left until you are finally exhausted, and then you find the damn bed just as it was before you started punching.

Prezydent ujął zagadnienie z duża dozą humoru, ale kwestia nie jest bynajmniej trywialna. Marynarka Wojenna służy państwu i społeczeństwu, stanowi jednak tylko maleńki ułamek tego społeczeństwa. Będąc swego rodzaju elitą, jak każda inna elita wytwarza silną identyfikację i własną kulturę organizacyjną. Niestety, im silniejsza identyfikacja wewnętrzna tym większa bariera pomiędzy elitą a resztą społeczeństwa. Stąd wiele pomysłów przychodzących z zewnątrz (lub nie daj Boże narzucanych) jest traktowana nieufnie w obawie, że sprowadzą Marynarkę na manowce. Barwnym przykładem jest historia spotkania admirała Jamesa Holloway’a III (wówczas będącego CNO) z profesorem Edwardem Tellerem, twórcą bomby wodorowej, a opisana we wspomnieniach Aircraft Carriers at War. Profesor roztoczył przed admirałem wizję okrętów podwodnych, które analogicznie do lotniskowców zabierałyby na pokład szereg maleńkich, 1-2 osobowych okrętów podwodnych, poruszających się z szybkością 100 węzłów. Reakcją admirała był wniosek, że niezależnie od błyskotliwości umysłu, czy wręcz geniuszu, opinie wyrażane na polu innej dziedziny powinny być traktowane z olbrzymią rezerwą. Później Rosjanie skonstruowali Szkwał a dzisiaj kwitnie technologia UUV, stąd rozdział swoich wspomnień admirał kończy konstatacją, że być może profesor był mądrzejszy niż admirał był gotów mu to wówczas przyznać. Na koniec jeszcze raz cytat z Fleet Tactics and Coastal Combat, w orginale dla zachowania gry słów:

The inspiration for these transitions often comes from outside a navy. The perspiration always comes from within it.

P.S. W towarzyszącej wspomnianemu na wstępie artykułowi nocie, major Charles Weko podnosi niebanalny temat nazewnictwa. Używając słowa unmanned, czy bezzałgowce określamy czym przedmiot nie jest, a nie czym jest. Może mały konkurs na nazwę czym to-to jest? Moja propozycja to Szperacz.

 

Jan 062012
 

Wątpliwości co do słuszności tytułu powinny się rozwiać po przeczytaniu informacji MON-u o priorytetach modernizacji technicznej. Drony znalazły się na 2 miejscu! Zapotrzebowanie na drony jest już duże i będzie rosło. W znacznej mierze jest to związane z szeroko pojętym rozpoznaniem (scouting). Wayne Hughes w książce Fleet Tactics and Coastal Combat zwraca uwagę na fakt, że dwukrotne zwiększenie zasięgu broni zwiększa czterokrotnie obszar do przeszukania. Ponadto krótki czas reakcji na atak rakietowy można skompensować najczęściej tylko dodatkowym dystansem od przeciwnika. Jak autor wspomnianej książki pisze, powstają wówczas trzy kręgi:

The smallest is the region of control: an enemy inside it must be destroyed. The next is the region of influence or competition, something like no man’s land. The largest is the region of interest: an enemy inside it must be prepared against. Scouting in the first region seeks targeting data; in the second, tracking; and in the third, detection. Thus the effect ot the increase in weapon – system range and speed has been not simply to increase the area in which weapons may be delivered but to expand the size of the battlefield so that it includes the entire region of scouting and preliminary maneuver.

Mamy zaległości w zbieraniu doświadczeń zarówno operacyjnych jak i eksploatacyjnych z wykorzystaniem autonomicznych pojazdów bezzałogowych i jeżeli naprawdę myślimy o własnych, rodzimych konstrukcjach to najwyższy czas zacząć eksperymentować. Cytowana książka wspiera pogląd, że sama technologia, nie ważne jak rewolucyjna, nie wygrywa wojen bez towarzyszącej jej rewolucji w taktyce. Co prawda Marynarka Wojenna operuje pewną liczbą pojazdów bezzałogowych ale, o ile dobrze rozumiem, są to Remotely Operated Vehicles a nie pojazdy autonomiczne. Inicjatywa szybkiego wprowadzenia tego typu uzbrojenia ma kilka walorów:

  • polityczny, bo jest w zgodzie z oczekiwaniami MON-u i BBN-u (tego chce klient – patrz ostatni wpis)
  • operacyjny, bo zwiększa możliwości w zakresie ogólnie pojętego rozpoznania
  • finansowy, bo możliwy jest zakup niezależnie od przyszłej platformy za kwoty nie będące przedmiotem tak gorących kontrowersji jak Gawron.

Rodzaj wybranych pojazdów autonomicznych/dronów i wstępna eksploatacja pozwoliłaby również na własną ocenę rozwiązań Launch&Recovery. Moda modą ale wybór pomiędzy slipem a żurawikiem czy dźwigiem nie wydaje się być banalny. Podobnie, decyzja o wyborze konfiguracji z pokładem dla 10-tonowego śmigłowca oraz hangarem dla 5-tonowego w przypadku L’Adroit wydaje się być przemyślana, ale czy taki układ będzie dobry dla nas, to zależy od wypracowanej taktyki działania i rodzaju planowanego sprzętu. Aby móc o takich kwestiach decydować świadomie, szybki zakup byłby tym bardziej wskazany. Innymi słowy – pojawia się okazja i trzeba ją wykorzystać, zanim zniknie. Poniższa krótka lista potrzeb tylko pokazuję jak obszerne jest pole do działania i jak bardzo by się przydał dokument doktrynalny na temat zastosowania dronów w Marynarce Wojennej :

Potrzeby UAV:

  • taktyczne rozpoznanie i kierowanie ogniem – odpowiednik wodnopłatowców bazujących na krążownikach w latach 30-tych. Przykładem jest Camcopter-100.
  • MALE – długodystansowiec do rozpoznania strategicznego i przekaźnik łączności. Substytut dzierżawionych łącz satelitarnych. Zapotrzebowanie na pojemność łączy szybko rośnie. Podobno aktualni oferenci dla MON-u to Predator, Hebron, Hermes 900 i Dominator … ale czy Marynarka Wojenna jest w tym planie ujęta? Być może alternatywą mógłby być balon wysokościowy. Aparaty lżejsze od powietrza mają swój renesans.
  • Bojowy UAV klasy Fire Scout do przenoszenia uzbrojenia. Lokalnym kandydatem może być WestlandAugusta SW-4 ze Świdnika. W przypadku realizacji pomysłu na okręty patrolowe dla Marynarki Wojennej, tymczasowo rolę katalizatora dla rozwoju taktyki może pełnić Głuszec, używany przez 25 Brygadę Kawalerii Powietrznej. Takie rozwiązanie byłoby uzasadnieniem hangaru dla 5-tonowego śmigłowca.

Potrzeby AUV

  • rozpoznawczy do poszukiwania min i REA. Istnieje szereg rozwiązań jak Remus, Hugin, SeaOtter, AUV62, Bluefin czy Asemar. Ewidentnie Akademia Marynarki Wojennej prowadzi eksperymenty nad adaptacją torpedy do takich samych celów.
  • Do niszczenia min jak SeaFox czy Głuptak.

Potrzeby USV

  • Patrolowy do monitorowania portów lub działań antypirackich. Mamy już krajowy prototyp i można prace kontynuować.
  • Wielozadaniowy do przenoszenia zdalnie sterowanych ładunków niszczących miny, transmisji danych pomiędzy dronami a okrętem bazą czy też do holowania trałów. Tu jest ewentualnie miejsce na eksperymenty ze stalą amagnetyczną. Pojazd 7-11 metrowy jest projektem łatwiejszym do ogarnięcia niż niszczyciel min Kormoran. Przykładem bardzo dobrym i perspektywicznym jest Textron CUSV, choć być może poza naszym zasięgiem. Ten rodzaj pojazdu może wzbudzać w naszej marynarce kontrowersje ze względu na poczucie zagrożenia dla projektu Kormoran II. Z drugiej strony zastosowanie USV w kombinacji z UAV z modułem C2 umieszczonym na brzegu może stanowić rozwiązanie dla kontrolowania podejść do portów. To chyba najtańszy sposób na wprowadzenie nowych rozwiązań do Marynarki Wojennej bez wzbudzania nadmiernych polemik.

Jeśli European Defence Agency i rządy państw europejskich dojdą do porozumienia na temat mniejszej ilości wspólnych projektów w zamian za większą serię i mniejsze koszty jednostkowe, to możemy się już przygotowywać bo Polska uczestniczy w pracach EDA i powinniśmy wykorzystać posiadaną wiedzę na temat kierunków rozwoju. To jednak może być trudne, zwłaszcza w aktualnej sytuacji politycznej UE i niewykluczone, że zostaniemy z alternatywą – czekać na konsolidacje projektów europejskich czy też wybrać ofertę rynkową. Pierwsza opcja ma swoje walory polityczne druga premiuje czas. A tego ostatniego jest coraz mniej.

Sep 302011
 

Wznowienie programu Kormoran II to z pewnością dobre wieści dla Marynarki Wojennej, stawia jednak kilka pytań co dalszych kroków i całego kształtu przyszłej floty. Nie umiem ocenić na ile klasyczny niszczyciel min jest przejawem ostrożności a na ile konserwatyzmu. Jednak Kormoran II jest elementem aktualnie obowiązującego planu rozwoju Marynarki Wojennej, o którym można prawie z dużą dozą prawdopodobieństwa powiedzieć, że będzie podlegał rewizji. Zwłaszcza, że nadchodzące lata nie wróżą nic dobrego w ekonomii.
Zmiana planów będzie relatywnie łatwa dla nowego rządu po październikowych wyborach. Dlatego warto odpowiedzieć sobie na pytanie jak ma wyglądać Marynarka Wojenna w przyszłości, w której klasyczny niszczyciel min będzie fragmentem spójnej całości. Rozwiązaniem nasuwającym się na myśl jest idea “Hi-Low Mix”, czyli kombinacja okrętów o wysokich i umiarkowanych możliwościach w danym obszarze możliwości bojowych. W tym wypadku Kormoran II stanowi Hi-end a Low-end może stanowić moduł przeciw minowy stosowany na innych klasach okrętów Marynarki Wojennej. Czy będzie to korweta, której przyszłość jest w dalszym ciągu nieznana, czy też inny okręt, to taka propozycja ma pewne zalety:

  • zwiększa ilość jednostek przeciwminowych, których zawsze będzie za mało,
  • okręty będą posiadały znacznie większe możliwości samoobrony,
  • okręty będą miały znacznie większą dzielność morską i autonomiczność

Bardzo możliwe, że założenia taktyczno-techniczne dla Kormorana powstały po części na podstawie doświadczeń wojny w Zatoce Perskiej, albo raczej tak jak je widzi Marynarka Wojenna. Odrobinę światła na poglądy Marynarki Wojennej rzuca artykuł z Zeszytów AMW:

Analiza działań przeciwminowych na podejściu do portu Umm Qasr wskazuje, że funkcja modułów wojny minowej, nawet gdyby znajdowały się one na wyposażeniu jednostek nawodnych, ograniczałaby się do roli wsparcia sił przeciwminowych. Zadanie oczyszczenia z min torów wodnych w pierwszej kolejności przydziela się zespołom składającym się z niszczycieli min. Ich platformy są w lepszym stopniu przystosowane do likwidacji zagrożenia minowego na wodach płytkowodnych, ponieważ mają mniejsze zanurzenie, a ich kadłuby generują pola fizyczne o wartościach niższych niż kadłuby dużych okrętów nawodnych.

W porównaniu klasycznego niszczyciela min i okrętów z modułem przeciwminowym minimalizuje się fakt innych zagrożeń, niż miny. W tym samym artykule mamy następujący fragment:

Bez opanowania brzegów półwyspu Al-Faw nie byłoby można bezpiecznie wprowadzić sił przeciwminowych na tor wodny prowadzący do portu Umm Qasr i przystąpić do jego oczyszczania z zalegających tam min morskich.

Mówimy o sytuacji pełnego panowania sił koalicyjnych na morzu i lądzie, czyli o sytuacji idealnej. Przeprowadzając taką samą dyskusję dzisiaj wypadałoby zauważyć, że technologia pojazdów bezzałogowych poczyniła spore postępy od tego czasu i np. Atlas Elektronik chwali się ofertą kompletnych możliwości przeciwminowych z użyciem pojazdów bezzałogowych. Czy tak jest, czy nie można relatywnie tanio sprawdzić, przeprowadzając serie prób i testów z użyciem takiego pakietu.
Warto rozważyć zakup skonteneryzowanego modułu przeciwminowego i przetestować koncepcję jego użycia na “Kaszubie” czy “Czernickim”. Zebrane doświadczenia byłyby również cenne dla polskiego przemysłu w ewentualnych pracach nad rodzimym odpowiednikiem.

Sep 222011
 

Krótka informacja na stronie “Unmanned” wspomina o szkoleniu pracowników Politechniki Gdańskiej i Akademii Marynarki Wojennej w zakresie użytkowania oprogramowania SeeTrack Military firmy SeeByte. Szybki rzut oka na stronę SeeByte – SeeTrack Solutions in Action – MCM, wyjaśnia czym jest wspomniany produkt:

SeeTrack Military is a modular software system providing the situational awareness that helps field operators and their commanders gain this layered view of the battlespace. It is easily deployable on a single notebook or desktop form factor, with an intuitive, easy to use-and-remember operator interface. Functionally, it performs rapid on-site data collection from multiple sensors and platforms, registration, processing (fusion, navigation processing, classification for event detection) and visualization/interaction, It also provides facilities for planning future missions with multiple sensors and platforms, and for the downloading of these to platforms for execution. Finally, it allows data export to other tactical software (eg MEDAL or MINTACS for Mine Warfare) and HTML for archiving and quick distribution.

Dlaczego ta informacja zwraca na siebie uwagę? Z trzech powodów:

1. Jest to sygnał, że dzieje się coś pozytywnego. Rzecz istotna z psychologicznego punku widzenia dla szerszej publiczności, która jeśli cokolwiek wie o Marynarce Wojennej, to tylko to, że próbuje się od 10-ciu lat zbudować korwetę od a końca nie widać. Podobnie pozytywny wydźwięk w ostatnim czasie ma artykuł Maksymiliana Dury “Ćwiczenia eksperymentalne CAP DEMO 2010” opublikowany w lipcowym numerze Przeglądu Morskiego. Co prawda słowo propaganda w naszym kraju się mocno zdewaluowało, ale trzeba szukać sojuszników i sprzymierzeńców dla MW wszędzie. Wystarczy popatrzeć ilu entuzjastów ma lotnictwo. Chyba dobrze by więc było, aby na stronie Marynarki Wojennej znalazła się krótka informacja o obu tekstach z linkiem do źródła.

2. SeeTrack to jest klucz, klej, klocek LEGO, podstawa umożliwiająca tworzenie większej całości. Pytanie na ile Marynarka Wojenna jest w cały ten proces zaangażowana, a na ile jest życzliwym obserwatorem. Zaangażowanie MW byłoby korzystne w sytuacji, gdy istnieje wyartykułowany plan eksperymentowania z koncepcjami walki przeciwminowej ale z pozostawieniem otwartej kwestii, kto będzie dostawcą finalnego systemu. To oznacza, że rozwiązania krajowe będą mogły uczestniczyć w przetargach na zasadzie równości z rozwiązaniami zagranicznymi. Ważne jest, aby takiego eksperymentowania nie zostawić tylko przemysłowi i ośrodkom badawczym. Podział powinien być prosty – Marynarka Wojenna eksperymentuje z koncepcjami a przemysł z technologią. Oba ośrodki pozostają ze sobą w interakcji.

3. Jak bumerang wraca pytanie co polski przemysł jest w stanie zaoferować Marynarce Wojennej. Gdzie jest kompromis pomiędzy niechęcią do uzależniania się od zagranicznych dostawców i kosztem serwisowania, dążeniem do wspierania rodzimej gospodarki a częstym brakiem uzasadnienia ekonomicznego dla rozwiązań krajowych. Poniżej krótka lista wymagań pod adresem lokalnych oferentów i produktów:

  • – produkt musi być porównywalnej jakości do rozwiązań alternatywnych i koszt nie może być istotnie wyższy
  • – producent musi być firmą stabilną finansowo, zdolną do długofalowego wspierania produktu
  • – oferent/produkt powinien dotyczyć obszaru, w którym mamy szansę być ekspertem co najmniej europejskim
  • – wielkość produkcji i rynków sprzedaży przekracza skalę eksperymentalną

Listę można wydłużać, ale niech by istniała!