Jul 012019
 

Przewidywanie przyszłości jest zawsze obarczone błędem, większym lub mniejszym a różnica między rzeczywistością a predykcją zależy od trafności przyjętych założeń jak i metody przewidywania. W strategicznych rozważaniach o ewentualnej, przyszłej wojnie lub bezpieczeństwa państwa taki błąd może się okazać śmiertelny. Niestety jesteśmy skazani na niepewność naszych przewidywań i jedyne co możemy zrobić to studiować jak to wychodziło lub nie naszym poprzednikom. Świetną okazję do tego daje nam książka British Cruiser Warfare: The Lessons of the Early War, 1939-1941. Autorem jest znany miłośnikom okrętów wojennych Royal Navy, Alan Raven. Autor sięgnął jak głęboko zdołał do źródeł i pierwsza część książki to szereg cytatów z dzienników okrętowych i raportów po akcji. Możemy więc dzięki temu zarówno towarzyszyć autorowi w wyciąganiu jego wniosków jak i na tej podstawie spróbować własnych sił na tym polu. Lektura daje odpowiedź na pytanie jak było wciąż pozostawiając otwarte pytanie odnoście nieodgadnionej przyszłości. Istnieje niewątpliwa potrzeba przygotowań i stworzenia planów jednak trzeba to robić z e świadomością, że nieprzyjaciel „ma głos” i po pierwszym starciu o przeżyciu zadecyduje zdolność do adaptacji:

Żaden plan działania nie daje pewności po pierwszym kontakcie z głównymi siła mi nieprzyjaciela. Tylko nowicjusz widzi w przebiegu działań konsekwentne wykonanie wcześniej obmyślonych i szczegółowo zaplanowanych planów realizowanych niezmiennie do końca.

Helmut Graf von Moltke cytowane za Colin Gray, Fighting Talks: Forty Maxims on War

Pierwsze wrażenia z pierwszej części lektury dotyczą skuteczności ataków lotniczych i obrony przed nimi, roli okrętów nawodnych i podwodnych w zwalczaniu przeciwnika oraz czasu jaki okręty musiały spędzić w stoczniach z powodu uszkodzeń. Jak wiadomo słowo „wrażenie” może u naukowca jakim jest na przykład historyk wywołać dreszcze, więc konieczne jest przyjrzenie się dokładniej opisywanym faktom i oszczędne używanie opinii. Na szczęście to jest blog a nie praca naukowa, chociaż autor stara się być sumienny nie unikając niestety potencjalnych błędów. 

Zaczynając od walki z lotnictwem, książka jest pełna cytatów jak poniższy:

8.20 Atak 12 Ju-87. Brak trafień i uszkodzeń.

8.40 Atak pojedynczego bombowca z dużego pułapu. Brak trafień i uszkodzeń.

11.01 Atak pojedynczego bombowca z dużego pułapu. Brak trafień i uszkodzeń.

12.15 Atak dwunastu Ju-88. Brak trafień i uszkodzeń.

14.00 Atak dwóch Ju-88. Samoloty zostały zmuszone do przerwania ataku zanim zrzuciły bomby.

14.45 Atak dwóch Ju-88. Brak trafień bezpośrednich, ale jedno bliskie uszkodziło transportowiec Costa Rica. W wyniku eksplozji zalana została maszynownie i kotłownia.

Przypadek przeciwny czyli utrata krążownika HMS Calcutta. Radar na towarzyszącym krążowniku Coventry wykrył samoloty ale kontakt został utracony. Zaatakowały dwa samoloty – po jednym na każdy krążownik. Atak nastąpił od strony słońca i samoloty zostały wykryte wzrokowo tuż przed zrzutem bomb. HMS Coventry uniknął trafienia natomiast dwie z trzech bomb zrzuconych na HMS Calcutta były bezpośrednimi trafieniami. Podsumowanie w książce daje powód do wielowątkowej refleksji:

Moduł radaru podający zasięg dla artylerii na Coventry nie działał w chwili ataku i pozbawił okręt możliwości ognia zaporowego kierowanego radarem. Powód, dla którego Calcutta nie użyła ognia kierowanego radarem pozostaje nieznany.

Jest bardzo prawdopodobne, że obraz bitew powietrzno-morskich wielu czytelników został ukształtowany przez historię wojny na Pacyfiku, ale żeby zrozumieć historię działań brytyjskich krążowników trzeba nakreślić szersze tło, odmienne od teatru azjatyckiego. W zasadzie Wielka Brytania była jedynym państwem europejskim i trzecim na świecie wykorzystującym operacyjnie lotniskowce. Jak rozeszły się drogi Amerykanów i Brytyjczyków w rozwoju tej klasy okrętów dobrze ilustruje dość stara już pozycja kilku autorów American & British Aircraft Carrier Development. Z niej pochodzi cytat:

Przypadek lotniskowców z pancernymi pokładami jest interesującą ilustracją wpływu działań wojennych na taktyczne rozważania sprzed II wojny światowej. Okręty jak Illustrious były zaprojektowane bezpośrednio po tym, jak kryzys w Etiopii skupił uwagę Royal Navy na potrzebę obrony swych okrętów na Morzu Śródziemnym przed atakami lotnictwa lądowego. W obliczu wielu potencjalnie wrogich baz lotniczych Royal Navy nie mogła żywić nadziei na uzyskanie przewagi w powietrzu poprzez ataki wyprzedzające. Tych lotnisk było po prostu zbyt wiele. Jeśli bombowce wroga nie mogły być zaatakowane na lądzie i jeśli prawie zawsze „mogły się przedrzeć”, wówczas lotniskowce Royal Navy musiały ucierpieć w atakach i je przetrwać. Stąd opancerzenie pokładu.

Brytyjczycy musieli więc zdecydować jak podzielić obronę przed atakiem z powietrza pomiędzy własne lotnictwo (lądowe i pokładowe), artylerię przeciwlotniczą (średniego i małego kalibru) oraz bierną odporność okrętów na ciosy (konstrukcję i pancerz). Widać z góry olbrzymie pole do przyjmowania przeróżnych założeń. Brytyjczycy posiadali w sumie nieliczne lotniskowce floty i nie działały one w dużych zespołach jak amerykańskie a opancerzone pokłady i hangary oferowały w zasadzie tylko jedną eskadrę myśliwską na okręcie. Skuteczne wykorzystanie myśliwców osłony było możliwe dzięki dwóm nowinkom, bez których wzrokowe wykrycie grup atakujących samolotów wroga nie dawałoby wiele czasu na start myśliwców pokładowych i osiągnięcie pułapu przeciwnika. Były to radar i Air Defence Organisation czyli pradziadek Centrum Informacji Bojowej. Zadaniem ADO było jaj najszybsze wykrycie i zebranie informacji o wrogu oraz naprowadzenie systemu kierowania ognia na cel. W 1939 roku podobno tylko garść okrętów Royal Navy była wyposażona w radar a 40 zestawów było zamówionych. Przykładowo lotniskowiec Ark Royal nie doczekał się radaru do końca swego żywota w 1941 roku więc krążowniki wyposażone w radar zyskały nową funkcję – naprowadzanie myśliwców pokładowych na grupy wrogich samolotów. 

Brytyjskie lotniskowce na Morzu Śródziemnym były pierwszą linią obrony przeciwlotniczej dla floty. Foto www.naval-history.net

Kombinacja niewielkiej liczby stacjonujących na lotniskowcu myśliwców i ADO miała w pierwszym okresie wojny uboczny choć wielce pozytywny skutek:

Można argumentować, że wczesne użycie radaru na Morzu Śródziemnym oferowało największą korzyść w wykrywaniu samolotów rozpoznawczych i w konsekwencji nakierowaniu myśliwców z lotniskowca na nie w celu przechwycenia, zestrzelenia lub zmuszenia do odwrotu. 

Taka taktyka w połączeniu z metodami maskowania radioelektronicznego pozwalała flocie zyskać na czasie i zmylić przeciwnika co do własnej pozycji lub wręcz uniknąć wykrycia w ogóle. Wspomniany przypadek zatopienia krążownika Calcutta był jasnym sygnałem jak krytyczne jest wczesne wykrycie przeciwnika. To z kolei po stronie wroga kształtowało taktykę ataku w niekorzystnych dla obrony warunkach – od strony słońca zza zasłony chmur, pod osłoną nocy lub na małej wysokości. W tym ostatnim przypadku jak to jest i dzisiaj, nawet radar ma ograniczenia. Tak więc pierwszą zasadą było unikać wykrycia i nalotów a jeśli się to nie powiodło należało rozbić szyki przeciwnika zanim osiągnie dobrą pozycję do zrzutu bomb. Pierwszą linią obrony były myśliwce kierowane przez ADO na krążownikach a potem ciężar obrony przeciwlotniczej spoczywał na artylerii i rachunku prawdopodobieństwa. Ogólna ocena zagrożenia ze strony lotnictwa w lipcu 1940 roku była nie całkiem alarmująca:

W połowie lipca panowało przekonanie, że każde wyjście floty w morze spotka się dużą liczbą ataków bombowych, ale doświadczenie z ostatnich pięciu tygodni od rozpoczęcia działań wojennych wskazywały na 1% prawdopodobieństwo trafienia bombą, chociaż uważano (nieprawdziwie), że wraz z rosnącym doświadczeniem Włochów ten wskaźnik wzrośnie do 2% co uważano za akceptowalny poziom.

I dalej potwierdzenie największego zagrożenia poprzez zaskoczenie:

Do końca 1941 roku raporty Home Fleet wskazują, że 75% trafień bezpośrednich lub bliskich (z naciskiem na bombowce nurkujące) zdarzyło się w wyniku zaskoczenia samolotu atakującego od strony słońca, wykorzystania ukrycia w chmurach bądź obserwator patrzył w innym kierunku.

Ocena skuteczności artylerii była równie ciekawa, zwłaszcza jej fragment o efektywności armat małego kalibru na podstawie operacji Halberd pomiędzy 24 września a 1 października 1941 roku:

Ogień zaporowy był stosowany przez wszystkie okręty i na ogół był skuteczny w rozbiciu szyku atakujących przed osiągnięciem pozycji zrzutu bomb. 

Ponieważ użycie myśliwców osłony w połączeniu z ogniem zaporowym dalekiego zasięgu skutecznie w wielu przypadkach zmuszało przeciwnika do odwrotu, tylko w niewielu przypadkach samoloty podeszły blisko do konwoju i jego osłony złożonej z krążowników i pancerników. Tylko w tych nielicznych przypadkach artyleria bliskiego zasięgu była użyta i jeśli była, to jest mało dowodów na jej skuteczność. 

Sytuacja zmieniła się na niekorzyść w styczniu 1941 gdy Włosi otrzymali wsparcie ze strony Niemiec i większa liczba bombowców nurkujących w połączenie z lepszym wyszkoleniem pilotów znacznie zwiększyło ryzyko dla brytyjskiej floty. Istotną rolę ogrywała liczba atakujących samolotów. W trakcie ewakuacji Krety raporty wspominają o „średniej liczbie atakujących samolotów od siedmiu do ośmiu”. Taka liczba pozwalała na skuteczną obronę używając  dostępnego sprzętu i taktyki wypracowanej na podstawie przedwojennych założeń, ale pojawiły się nowe zjawiska. Seria 20 ataków trwających wiele godzin z użyciem niewielkiej liczby samolotów dawała efekt ciągłego nalotu wywołującego stres i długotrwałe zmęczenie. W efekcie następowało znaczne obniżenie zdolności załogi do walki. Ogólnie po ewakuacji Krety stwierdzono, że z jednej strony bombowce nurkujące mają równorzędnego przeciwnika w „zdyscyplinowanym i kierowanym ogniu artylerii” a z drugiej, że:

Lekcja o konieczności trzymania się okrętów blisko dla wzajemnego wsparcia była ciężko okupiona, ale najważniejszym wnioskiem ze wszystkich było to, że flota działająca w zasięgu wrogich bombowców musi mieć absolutnie własną osłonę myśliwców.

Efekt psychologiczny artylerii na pilotów wroga był zapewne mniej spodziewany i większy niż przypuszczano przed wojną. Skuteczność artylerii w obronie przeciwlotniczej lub jej brak zapewne jak wspomniano wcześniej, opierano na statystyce i rachunku prawdopodobieństwa. Efekt presji na pilota jest o wiele trudniejszy do skalkulowania. 

W początku 1941 roku rozpoczęto dostawy amunicji smugowej do pom-pomów dla Floty Śródziemnomorskiej i okrętów „Force H”. (…) Wrażenie jakie amunicja robiła na pilotach była widoczna natychmiast, zmuszając wiele formacji do przerwania ataku przed zrzuceniem bomb.

Do czasu wybuchu wojny i w jej pierwszym okresie uważano, że główną bronią do zwalczania okrętów nawodnych przeciwnika jest artyleria okrętowa oraz torpedy odpalane zarówno przez lekkie siły nawodne jak i okręty podwodne. Kierowanie ognia opierało się o przyrządy optyczne oraz wzrokowe rozpoznanie celu i szacowanie odległości. Duży wpływ miały oczywiście warunki meteorologiczne. Radar był wsparciem, ale podobnie jak i w przypadku Amerykanów krzywa uczenia się zarówno obsługi jak i taktyki wymagała czasu. Radary pierwotnie były przeznaczone do wykrywania celów lotniczych, ale dość szybko zorientowano się w jego wartości w zwalczaniu celów nawodnych. Według autora prawdopodobnie największy sukces w użyciu radarów do zwalczania celów nawodnych nastąpił dopiero w listopadzie 1941 roku w trakcie ataku na włoski konwój. Porównanie pierwszych doświadczeń z przedwojennymi założeniami przyniosło wiele zmian ale ogólna ocena jakości ognia artyleryjskiego była określona jako satysfakcjonująca. Zauważono nierealistyczne warunki przedwojennych ćwiczeń oraz bardzo duże zużycie amunicji w kilku przypadkach. Rozpoznanie z użyciem samolotów katapultowanych z krążowników było rutyną codzienną i ponownie pokazuje wagę wczesnego wykrycia przeciwnika i jego zamiarów:

Z 35 pełnych dni na patrolu, poszukiwanie okrętów zajęło 25, trzy dni były „nielotne” a jeden dziń stracono z powodu usterki. Należy zauważyć, że codzienne loty patrolowe o świcie były najważniejszym zadaniem spośród wszystkich.

Łączność z samolotami obserwacyjnymi pozostawiała sporo do życzenia i procedury z czasem zostały ulepszone lub doprecyzowane. 

Tematem nieczęsto poruszanym w opisach wojny jest zaplecze gospodarcze, w tym wypadku stoczniowe. Okrętów zatopionych w trakcie działań wojennych było znacznie mniej niż uszkodzonych. Skala zapotrzebowania na moce produkcyjne i remontowe w stoczniach była tak wielka, że Brytyjczycy poprosili Amerykanów o pomoc i spora część brytyjskich okrętów była remontowana i modernizowana w Stanach Zjednoczonych. Jednak nawet to nie wystarczało i Amerykanie odmawiali remontów okrętów starych lub nieperspektywicznych. Dla zobrazowania sytuacji podobno w okresie od września 1939 roku do końca 1941 roku tylko stocznie cywilne przeprowadziły 300 remontów dla samych krążowników. DK Brown w książce Nelson to Vanguard przytacza dane pokazujące ten sam problem tylko z innej perspektywy. Stosunek krążowników pozostających w służbie do tych zatopionych lub uszkodzonych wynosił:

  • 1939-40 44/20
  • 1940-41 46/53
  • 1941-42 42/45
  • 1942-43 35/14
  • 1943-44 36/22
  • 1944-45 29/9

Jak widać w pierwszym roku wojny co drugi okręt statystycznie był zatopiony lub uszkodzony a w chwili kulminacji wojny każdy okręt był uszkodzony co najmniej jeden raz. Trochę humorystycznie przypomina to dzisiejsze gry dla młodzieży, gdzie program pozwala nam mieć kilka „żyć” w trakcie gry. Po przechyleniu się przewagi na rzecz aliantów straty spadły choć z drugiej strony widać spadającą liczbę okrętów w linii. Prawdopodobnie oznacza to zarówno inne priorytety dla obciążonych pracą stoczni (statki handlowe oraz okręty eskorty) jak i powolny spadek zainteresowania ciężkimi okrętami. 

Może czas w końcu na garść własnych spostrzeżeń. Z załączonych statystyk nie pozbawionych pewnie błędów i uproszczeń wyłania się obraz strat krążowników różnych flot teatru europejskiego mocno zanurzony w ogólnym kontekście wojny i sytuacji poszczególnych państw. Większość zmagań odbyła się na Morzu Śródziemnym i tam doszło do największych strat. Lotnictwo jest odpowiedzialne za 1/3 ogółu zatopionych krążowników ale w przypadku połowy z tej liczby do zniszczenia okrętów doszło w porcie. Lotnictwo natomiast było powodem olbrzymiej liczby uszkodzeń. Okręty podwodne zatopiły 1/5 jednostek a okręty nawodne trochę ponad 1/7. Broń podwodna skutkowała zatopieniem lub ciężkim uszkodzeniem w przeciwieństwie do bomb, które najczęściej oznaczały rozliczne i rozległe uszkodzenia a w mniejszym stopniu zatopienie okrętu. Walka pomiędzy okrętami nawodnymi miała swój duży udział a okręty podwodne wręcz równorzędny z lotnictwem w opisywanym pierwszym okresie wojny. Los floty francuskiej to samo-zatopienie w Tulonie a wysokie straty okrętów niemieckich i japońskich to po prostu dobijanie przez lotnictwo resztek floty (często w porcie) w końcowym okresie wojny oraz wielka seria bitew o Filipiny w 1944 roku. Z tego punktu widzenia założenia przedwojenne w dużym stopniu się sprawdziły natomiast skala zjawisk była większa niż się zapewne spodziewano. Lata 1941-42 to czas największych strat po którym nastąpiło przechylenie przewagi na drugą stronę. Duże straty w latach 1944-45 to ostateczne złamania potęgi Japońskiej Floty Cesarskiej i polowanie na ostatnie ciężkie okręty Kriegsmarine we własnych bazach morskich. 

Próba przypisania zatopienia jednostki do wykonywanych zadań jest trudna i wymaga dużych uproszczeń oraz pewnej dozy interpretacji. Niemniej obraz pozostaje ciekawy. Więcej niż 1/4 okrętów w momencie zatopienia była zaangażowana w operacje ataku lub osłony żeglugi lub konwojów. Dokładnie 1/6 jest związana z inwazją lub lądowaniem oraz obroną przed nimi. 1/5 to atak na bazy morskie a tylko niewiele ponad 1/10 odnosi się do bezpośredniej akcji przeciwko flocie wroga. Wyraźnie widać pomocniczą rolę działań na morzu dla wojny na lądzie. 

Kwestia zaplecza stoczniowego dzisiaj może wyglądać całkiem podobnie i jednocześnie całkiem odmiennie. Niewykluczone, że potrzeby będą tak samo duże, ale czas budowy okrętów i zdolności przemysłu stoczniowego do budowy okrętów wojennych są zupełnie inne. Całkiem nową rolę odegra przemysł zbrojeniowy ogólnie i elektroniczny w szczególności. Oprogramowanie jest łatwo replikowalne ale sprzęt już niekoniecznie. Łatwiej w tym kontekście zrozumieć dążenie do wykorzystywania sprzętu dostępnego komercyjnie. 

Na sam koniec uwaga ogólna dotycząca lektury. Autor wysuwa wiele wniosków na temat obu przeciwników brytyjskiej Royal Navy a więc floty włoskiej i niemieckiej. Te lepiej chyba czytać równolegle lub w towarzystwie publikacji dających szansę na przeciwwagę, jak choćby The Naval War in the Mediterranean 1940-1943, Jack Green & Alessandro Massignani. 

Oct 282018
 

Jak na razie Marynarka Wojenna jest przedmiotem wielu deklaracji i dyskusji do czego ma służyć, ale nie wiadomo w którym kierunku zmierza. Jak sprawa wygląda za przysłowiową miedzą? Większość krajów z pewnym niepokojem spogląda w jednym i tym samym kierunku, lecz uwarunkowania i strategie się różnią co powinno być odzwierciedlone w projektach modernizacyjnych. Zróbmy więc mały przegląd stanu i nowości flot krajów przylegających do Bałtyku i zobaczmy jak Polska wygląda na ich tle.

 

Szwecja

Wiceadmirał Nykvist aktywnie buduje wizje rozwoju marynarki wojennej oraz dzieli się w mediach ustalonymi przez siebie priorytetami. Te z kolei wypływają z dokumentu rządowego Sweden Defence Policy 2016-2020. Dowódca marynarki szwedzkiej kładzie nacisk na mobilność, elastyczność, niewidzialność i współpracę. Widzi poważne zagrożenie w „szarej strefie”. Zwróćmy uwagę na podkreślenie prewencji w poniższym zdaniu:

Musimy w szarej strefie być obecni … gotowi do działania i oczywiście posiadać właściwe wyposażenie, aby być zdolnym do zatrzymania każdego zanim cokolwiek się stanie.

W innym miejscu wyjaśnia na czym polegają działania floty:

Główne zadania praktykowane regularnie to ciągła obserwacja i rozpoznanie w celu zapewnienia nienaruszalności terytorialnej, ochrona i wspieranie cywilnej żeglugi i w ostateczności obrona wybrzeża „jeśli ktokolwiek nas zaatakuje”.

Kontynuację realizacji powyższych zadań mają zapewnić programy modernizacyjne i dodatkowe fundusze zagwarantowane przez rząd. W planach lub realizacji są:

  • Modernizacja dwóch korwet (lub kutrów rakietowych) Gävle
  • Wzmocnienie zdolności wykrywania i zwalczania okrętów podwodnych
  • Instalacja nowych mobilnych sensorów i utrzymywanie w gotowości zapór minowych
  • Modernizacja i wymiana generacyjna okrętów podwodnych
  • Wymiana okrętu SIGINT

Ponadto w prasie pojawiły się doniesienia o możliwej reaktywacji rakietowych baterii nadbrzeżnych lecz nic o nich nie ma na stronie oficjalnej sił zbrojnych. Plany wiceadmirała Nykvista sięgają dalej i chciałby zrealizować modernizację korwet Visby, zwiększyć liczbę batalionów piechoty morskiej i sił nawodnych oraz liczbę okrętów podwodnych do sześciu. Nie są to jednak aktualnie zatwierdzone projekty choć mówią wiele o preferowanych kierunkach rozwoju. Za ważny element obronności kraju uważana jest współpraca międzynarodowa jak Sea Surveillance Co-operation Baltic Sea (SUBCAS) z udziałem również brytyjskiej Royal Navy czy dwustronna inicjatywa Szwecji i Finlandii SUCFIS.

Niemcy

Bardzo zwięzły opis charakteru zmian, którym podlega obecnie Deutsche Marine znajdujemy w dokumencie  szwajcarskiego instytutu Center for Security Studies:

Marynarka wojenna Niemiec dokonuje zwrotu w stronę Bałtyku i Północnego Atlantyku po ponad dwóch dekadach zaangażowania w przeciwdziałanie kryzysom i operacjach bezpieczeństwa morskiego na Morzu Śródziemnym i Oceanie Indyjskim.

W czasie pokoju obszar Bałtyku wymaga posiadania skutecznego monitorowania i rozpoznania oraz obecności sił morskich zdolnych do wiarygodnego odstraszania. W czasie wojny na Bałtyku potrzeba łącznych zdolności umożliwiających pokonanie rozwijanych przez Rosję zdolności A2/AD i skuteczną realizację wzmocnienia Republik Bałtyckich drogą morską i powietrzną.

Ambitny program modernizacyjny w skrócie opisuje wiceadmirał Andreas Krause na łamach USNI Proceedings:

W trakcie 20 kolejnych lat marynarka wojenna Niemiec wymieni, zmodernizuje lub zwiększy prawie cały arsenał obecnej floty. Począwszy od tego roku, pierwsza z czterech fregat typu F125 Baden-Wuerttemberg z rotacyjną załogą i zwiększoną liczbą dni w morzu wejdzie do służby. W dalszej przyszłości flota wzbogaci się o drugą serię pięciu korwet K-130 Braunschweig (zwiększając ogólną liczbę do dziesięciu), sześć nowych okrętów wielozadaniowych, zastępstwo dla śmigłowców morskich, nowe jednostki przeciwminowe zarówno załogowe jak i bezzałogowe, zdolności obrony ABM dla fregat przeciwlotniczych typu 124 Sachsen oraz o osiem modernizowanych samolotów patrolowych.

Z początkiem 2019 roku marynarka wojenna Niemiec utworzy w Rostocku wielonarodowy komponent dowodzenia dla Bałtyku, co poprawi znacznie zdolności dowodzenia siłami NATO na tym obszarze.

Można do powyższego tylko dodać, że fregaty stacjonują w Wilhelmshaven z głównym kierunkiem na Atlantyk chociaż okręty są dostępne dla operacji na Bałtyku w razie takiej potrzeby. Program MKS-180 wspomniany w wywiadzie przez wiceadmirała Krause ma najprawdopodobniej zastąpić starsze typy fregat ASW a wspólny z Norwegią projekt okrętów podwodnych U212CD zastąpić dwie najstarsze jednostki U212A. Flota Niemiec jest podobnie jak przypadek Danii dość trudny do oceny jej zaangażowania w działania na Bałtyku ze względu na równoczesne sąsiedztwo z morzami Bałtyckim i Północnym co otwiera nowe obszary działań i konieczność nadawania priorytetów.

Dania

Obrona Danii musi mieć siłę, głębokość i odporność taką, aby razem z NATO zniechęcić i odstraszyć inne kraje od ataku na naszych sojuszników i w ostateczności , na Danię. Obrona musi być wiarygodna i kolektywna. Ma to szczególne zastosowanie na Bałtyku, gdzie aktywność Rosji wzbudza rosnący niepokój.

Proposal for new Danish defence agreement 2018 – 2023

Kontradmirał Torben Mikkelsen w wywiadzie dla USNI Proceedings dodaje:

Podstawowym zadaniem Królewskiej Marynarki Danii jest utrzymywanie wolności mórz i swobodnego do nich dostępu.

W odniesieniu do marynarki wojennej trzy programy są zaproponowane i dotyczą głównie modernizacji i dozbrojenia istniejących fregat:

  • Doposażenia w rakiety SM-2 lub ewentualnie w dalszej kolejności SM-6
  • Doposażenie w sonar i systemy obrony przeciwtorpedowej
  • Wyposażenie śmigłowców morskich w sonar i torpedy do walki z okrętami podwodnymi

Dania jest od lat obiektem zainteresowania ze względu na innowacyjne a jednocześnie praktyczne rozwiązania dla swojej marynarki wojennej. Aktualnie siły przeciwminowe przechodzą transformację z dedykowanych okrętów do modułów przenoszonych przez dowolną platformę.

Finlandia

Finowie celują w prostocie i jasności przekazu informacji dotyczącej zarówno celu użycia sił morskich jak ich struktury czy też nowych inwestycji. Oficjalna strona marynarki wojennej swoje istnieje uzasadnia jednym zdaniem:

Marynarka wojenna ma trzy zadania statutowe związane z militarną obroną Finlandii: monitorowanie naszych wód terytorialnych, odpieranie wtargnięć na terytorium i ataków morskich oraz ochrona morskich linii komunikacyjnych. Marynarka wojenna monitoruje wody terytorialne Finlandii 24/7/365.

Odnośnie ochrony żeglugi Finowie są dość precyzyjni w dokumencie uzasadniającym najnowszy program modernizacji floty stwierdzają:

Najważniejszymi węzłami komunikacyjnymi dla fińskiego transportu morskiego są cieśniny Porkkala-Naissaari w Zatoce Fińskiej i Märket na Morzu Alandzkim. Archipelag Åland posiada specjalny status strefy zdemilitaryzowanej a Finlandia jest zobowiązana do jego obrony.

Bezpośrednim impulsem dla Squadron 2020 czyli projektu nowych jednostek była konieczność wymiany aż siedmiu okrętów – trzech stawiaczy min i czterech kutrów rakietowych. Wybór korwet na następców jest racjonalnym połączeniem zdolności poprzedników, chociaż nie bez przeszkód.

Głównymi cechami okrętów będzie zdolność do długotrwałego działania w ciągu całego roku we wszelkich warunkach pogodowych i lodowych Morza Bałtyckiego oraz dowodzenia operacjami morskimi, zwalczanie celów nawodnych na otwartym morzu, stawianie min oraz działania przeciw okrętom podwodnym.

Nie istnieje okręt spełniający wymagania floty. Zdolność do nawigowania wśród lodu i stawiania min wymaga zaprojektowania okrętu nowego rodzaju.

Mamy więc do czynienia z hybrydą korwety i stawiacza min a być może lodołamacza. Dla polskiej publiczności ciekawostką może być pogląd na obronę przeciwlotniczą:

Systemy obrony powietrznej na okrętach nawodnych służą przede wszystkim do samoobrony i ochrony określonych celów.

Na poziomie ogólnonarodowym wszystkie ważne transporty morskie i krytyczne transporty wojskowe są ochraniane przez połączone operacje trzech rodzajów sił zbrojnych.

Prostota, klarowność, estetyka. Żródło www.defmin.fi

Podziwiać należy klarowność dokumentów, dostępność do informacji i racjonalność wyborów.

Rosja

Najnowsza wersja doktryny morskiej Federacji Rosyjskiej jest bardziej konkretna i wojennomorska niż poprzednie edycje. Trochę trzeba się pomęczyć, bo dostępna jest głównie wersja w języku rosyjskim. Z całej palety zadań i celów poniżej są zaprezentowane te, mające odniesienie do Bałtyku:

Cele Floty w czasie pokoju (wybrane):

  • Identyfikować i ingerować w aktywność rozpoznawczą wroga na morzach i oceanach przyległych do wybrzeży Rosji. Śledzić i być gotowym do zniszczenia platform rozpoznania wroga wraz z rozpoczęciem operacji bojowych
  • Zapewnić rozlokowanie sił morskich w czasie zagrożenia
  • Śledzić aktywność zagranicznych okrętów i samolotów
  • Zapewnić konwencjonalne odstraszanie wobec zagrożenia lub użycia siły wobec Rosji z kierunku morza

Cele Floty w czasie wojny:

  • Zniszczyć instalacje wroga na lądzie z dużej odległości
  • Zniszczyć wrogie siły zwalczania okrętów podwodnych i inne oraz instalacje na lądzie
  • Utrzymywać sprzyjające warunki operacyjne
  • Zabezpieczyć morskie wsparcie dla oddziałów kontaktowych w trakcie morskich operacji ofensywnych i defensywnych
  • Obrona wybrzeża

Rosyjska doktryna jest doktryną światowego mocarstwa i dobrze jest mieć tego świadomość. Trzeba umieć oddzielić intencje od możliwości Federacji Rosyjskiej bo te ostatnie przewyższają naszą zdolność do obrony a w skrajnym przypadku wojny nuklearnej nawet przy wsparciu NATO. Rosja zresztą otwarcie mówi o akceptacji użycia taktycznej broni nuklearnej dla wzmocnienia efektu odstraszania konwencjonalnego. Użycie taktycznej broni jądrowej ma również zapobiegać eskalacji konfliktów oraz stanowić wskaźnik skuteczności strategi wojennomorskiej.

Odnośnie środków doktryna mówi otwarcie o głównych kierunkach rozwoju:

Podstawą uzbrojenia podwodnych i nawodnych oraz nadbrzeżnych sił Floty w okresie do 2025 roku będą precyzyjnie naprowadzane rakiety manewrujące dalekiego zasięgu. Po 2025 roku na uzbrojenie podwodnych i nawodnych oraz nadbrzeżnych sił Floty wejdą hipersoniczne rakiety i zrobotyzowane środki różnego przeznaczenia, w tym autonomiczne pojazdy podwodne.

Raport CNA The Russian Navy in the 21st Century wymienia jako priorytety budowy okrętów okręty przybrzeżne z rakietami dalekiego zasięgu oraz atomowe okręty podwodne, zarówno z rakietami balistycznymi jak i ogólnego przeznaczenia.

Być może trzon przyszłej Floty Bałtyckiej. Korweta Karakurt do masowej produkcji. Foto www.navyrecognition.com

W przypadku Floty Bałtyckiej mamy do czynienia z mieszaniną okrętów pochodzących jeszcze z czasów Związku Radzieckiego i nowych. Proces modernizacji trwa i chociaż dynamika wymiany okrętów spowoduje prawdopodobnie przejściowy dalszy spadek liczebności floty to jej zdolności bojowe będą rosły. Nieznany jest los sił podwodnych gdyż Flota Bałtycka nie jest na liście priorytetów a nowe programy budowy okrętów podwodnych konwencjonalnych napotykają na trudności technologiczne. Z drugiej strony trudno sobie wyobrazić, że przy istnieniu takiej woli wymiana na nowe okręty choć starszej generacji stanowiłaby problem dla marynarki wojennej Federacji Rosyjskiej.

Republiki Bałtyckie

Dobrym podsumowaniem stanu flot Litwy, Łotwy i Estonii jest artykuł na blogu CIMSEC. Wszystkie te niewielkie marynarki wojenne są zorientowane na służbę patrolową i zwalczanie min. Są szyte na miarę możliwości, ale służą dobrze swoim krajom i realizują przyjętą strategię. Największą wśród nich jest marynarka Litwy. Istnieje pomiędzy nimi współpraca a w szczególności litewsko-łotewski Baltic Squadron złożony z okrętów przeciwminowych.

Poniżej zaprezentowane jest tabelaryczne zestawienie nie tyle liczebności poszczególnych klas okrętów ale raczej sam ich rodzaj ze wskazaniem na kierunki inwestycji w najbliższych latach. Pytanie więc brzmiało w jaką strukturę sił morskich poszczególne państwa inwestują i ewentualnie z jakich przesłanek to wypływa. Za projekty modernizacyjne uznano te w realizacji bądź mające zapewnione finansowanie. Odfiltrowane zostały plany czy ambicje, ale bądź jeszcze niedojrzałe bądź bez zabezpieczenia finansowego. Pomimo dołożonych starań błędów być może nie udało się uniknąć a wiele interpretacji może się okazać dyskusyjne.

Czy można dokonać jakiś spostrzeżeń uogólniających na podstawie powyższej tabeli? Być może parę.

  • Mamy do czynienia z dziewięcioma krajami z czego sześć ma wybrzeże tylko nad Bałtykiem. Polityka morska pozostałych trzech flot jest kierowana przez strategię wykraczającą poza Bałtyk. Wszystkie trzy plus Polska posiadają w swym składzie fregaty. Fregaty flot Niemiec i Danii służą głównie do działań międzynarodowych na oceanach a w przypadku Polski wydaje się, że głównie do współpracy w ramach SNMG. Niemcy są jedynym krajem z szansą na zwiększenie liczebności tej klasy okrętów z 10 do być może 13. Pozostałe kraje posiadają pojedyncze sztuki z zaznaczeniem, że okręty rosyjskie są pochodzenia jeszcze radzieckiego i wkrótce pozostanie w służbie tylko jeden, jeśli nie zostaną wymienione na nowe konstrukcje.
  • Z wymienionej dziewiątki wyraźnie wyróżniają się Republiki Bałtyckie mające najmniejsze zasoby. To jest istotne przy porównywaniu flot i takim wypadku powinno być ściśle powiązane z oceną strategii danego kraju, czyli odpowiedzią na pytanie na ile flota realizuje założenia polityki wojennomorskiej czy morskiej.
  • Wszystkie państwa nad Bałtykiem posiadają siły przeciwminowe oraz patrolowe. Te ostatnie w różnej formie i często innej formacji czy instytucji. Ograniczenia prawne i rozbieżność zakresu zadań straży wybrzeża i marynarki wojennej powoduje, że najbardziej palącą potrzebą staje się monitorowanie aktywności pod wodą w połączeniu ze zdolnością do szybkiego działania. Straż graniczna tego nie wykona.
  • Kutry rakietowe oddają powoli pole korwetom. Te z kolei koncentrują się na realizacji zadań w dwóch obszarach – zwalczania okrętów podwodnych lub celów nawodnych oraz lądowych. Liderem w tej transformacji są Niemcy, które proces już zakończyły. Aktualnie najbardziej widoczne trend jest we flotach Finlandii i Rosji. Szwedzki i fiński program modernizacji ma na celu uzupełnienie zdolności do wykrywania i zwalczania okrętów podwodnych wobec deficytu tych zdolności w ich flotach. Polska utknęła na mieliźnie.
  • Biorąc pod uwagę wiek i programy modernizacyjne okrętów podwodnych zaskakujące jest to, że być może wkrótce okręty tej klasy będą obecne w co najwyżej trzech flotach – niemieckiej, szwedzkiej i rosyjskiej. Spośród tych krajów tylko Szwedzi prowadzą obecnie modernizację i wymianę generacyjną okrętów podwodnych podczas gdy Niemcy mają porozumienie z Norwegią dotyczące dalszej przyszłości. Rosja buduje nowe okręty starszej generacji ale z przeznaczeniem głównie dla Floty Czarnomorskiej, co nie znaczy że nie może tego zrobić w przyszłości dla Floty Bałtyckiej.
  • Okręty desantowe czy łodzie bojowo-desantowe są raczej rzadkością najwyraźniej związaną naturalnie z posiadaniem przez dane państwo piechoty morskiej. Polska takiej formacji nie ma i najwyraźniej nie może się zdecydować co z tym fantem zrobić. Na razie okręty Lublin są klasyfikowane jako transportowo-minowe co daje im bezpieczny byt w nadchodzących latach. Dania posiada okręty raczej transportowe (Absalon) niż desantowe, jakkolwiek warto zaznaczyć ich obecność w składzie floty, jako kolejne potwierdzenie pomysłowości Duńczyków.
  • Lotnictwo morskie istnieje w pięciu krajach i ciekawostką jest rozwiązanie szwedzkie, gdzie część helikopterów należących do sił powietrznych jest wyposażona i przeznaczona do działania nad morzem na rzecz marynarki wojennej. Być może rozwiązanie do naśladowania dla Polski pod warunkiem posiadania MALE.

Jak na tym tle prezentuje się Marynarka Wojenna RP? Patrząc na zestawienie mamy wszystko i nic. Większość klas okrętów jest reprezentowana, ale biorąc pod uwagę ich wiek i brak konkretów co do umów na budowę nowych jednostek, wkrótce nasza flota zredukuje się się do dywizjonu okrętów przeciwminowych, paru jednostek pomocniczych i instalacji lądowych. Z tabeli wyłania się obraz trzech wielkich luk:

  • Siły patrolowe są conajmniej skromne i reprezentowane przez Ślązaka w marynarce wojennej oraz dwie jednostki patrolowe w Straży Granicznej plus szereg mniejszych łodzi patrolowo-pościgowych uzupełnionych samolotami Bryza różnych wersji. Żadna z większych jednostek nie została zbudowana z przeznaczeniam na okręt patrolowy. Zła pogoda może znacznie ograniczyć nasze możliwości w tym zakresie i brak nam czegokolwiek do monitorowania tego co się dzieje pod wodą.
  • Brak rozstrzygnięcia czy i w jaki sposób prowadzić walkę z zagrożeniem pod wodą. Mowa nie tyle o okrętach podwodnych, których potencjalny przeciwnik posiada niewiele a większość naszych wód jest dość płytka co raczej miniaturowych i/lub bezzałogowych pojazdach podwodnych służących do rozpoznania, minowania czy dywersji. Osobnym wątkiem z gatunku „być albo nie być” są fregaty i ich potencjał ZOP na wodach oceanów.
  • Najbardziej rzucającą się w oczy luką jest brak wizji jaki charakter mają mieć nasze siły nawodne. Jakie klasy okrętów powinny być obecne i do czego służyć. Mamy do dyspozycji dwie stare fregaty trzymane w służbie jak tylko się da długo (już za długo) z nadzieją że gdzieś, kiedyś, ktoś zdecyduje o następcach, trzy dozbrojone kutry rakietowe oraz jedną „zdegradowaną” korwetę. Właściwie to staropolski bigos.

W następnym wpisie może parę słów co z tym fantem zrobić.

Jun 242018
 

Historia meandrów powstania i tworzenia kolejnych edycji strategii US Navy poza gronem specjalistów może się wydawać ciężką strawą. Dla szerszego grona czytelników godne polecenia są więc dwie lektury opisujące wspomnianą historię w sposób przystępny a wręcz miejscami lekki. Pikanterii dodaje wiele szczegółów dotyczących kluczowych osób oraz admirałów biorących udział w procesie. Pierwsza pozycja ma szerszy horyzont czasowy i jest bardziej zdyscyplinowana jako rozwinięcie tezy końcowej z Naval Postgraduate School – Peter D. Haynes Toward a New Maritime Strategy. American Naval Thinking in the Post-Cold War Era. Druga pozycja jest napisana w stylu wręcz dziennikarskim, ze swadą i nie unikając kontrowersyjnych stwierdzeń – Thomas P.M. Barnett The Pentagon’s New Map. War and Peace in the Twenty-First Century.

Każdy z tej lektury może wynieść coś innego, ale najbardziej pasjonującym momentem jest chyba przełom 1991 i 1992 roku gdy w ramach prac grupy zwanej Naval Force Capabilities Planning Effort (NFCPE) Bill Manthorpe z ONA zaprezentował tylko jeden slajd. Ten slajd zapoczątkował dyskusję trwającą do dzisiaj na temat roli US Navy i jej struktury. Wynik debaty ma podstawowe znaczenie dla budżetu i procesu planowania nowych systemów uzbrojenia. Mówimy o dziesiątkach miliardów dolarów rocznie więc nic dziwnego, że siły zaangażowane w obronę różnych opcji były i są potężne. Krótki passus o zamianie czasownika „achieve” na „use” skutkujący ograniczeniem liczebności sił podwodnych pozostawia czytelnika z glębokim zdumieniem i niedowierzaniem. Sprawa staje się jeszcze bardziej fascynująca po umieszczeniu jej w szerszym kontekście. Praca NFCPE doprowadziła do stworzenia najbardziej wpływowej koncepcji strategicznej USNavy od czasów zimnowojennej Maritime Strategy. Ta z kolei miała niezwykłą siłę sprawczą bo jak zauważa Peter Haynes:

W kategoriach ogólnej strategii Stanów Zjednoczonych ani przeznaczenie marynarki wojennej ani jej struktura sił nigdy nie były oczywiste. Dlatego, w konsekwencji marynarka posyłała swoich najlepszych i najbadziej obiecujących oficerów do Pentagonu do kierowania programami rozwoju systemów uzbrojenia dla floty.

Sam slajd jest niezwykle prosty. Pokazuje, że zagrożenie ze strony równorzędnego przeciwnika jest cykliczne (sinusoidalne) z okresem około 20 lat. Ponadto, że suma wszelkich innych zagrożeń mających źródło w konfliktach regionalnych rośnie, ale jest nieporównywalnie mniejsza niż zagrożenie wynikające z wyzwania innego państwa pretendującego do roli hegemona. Praktycznie w roku 1991 oznaczało to, że nie należy spodziewać się następnego cyklu wcześniej niż w 2010 roku. Patrząc z perspektywy możemy to potwierdzić, tylko wtedy padło pytanie co US Navy ma robić przez kolejne 20 lat? Według Thomasa Barnetta zażarte dyskusje doprowadziły do podziału grupy roboczej na trzy obozy:

  • „Transitioneers” skupiali się na opanowaniu mało przewidywalnego rozwoju wypadków po rozpadzie Związku Radzieckiego a więc na zboczu opadającym krzywej Manthorpe’a opisującej upadek równorzędnego przeciwnika. Grupa składała się głównie z oficerów floty nawodnej i piechoty morskiej. Wychodząc poza tezy autora przypiszmy jej funkcję „Dyplomacji Morskiej” zarówno z użyciem przymusu jak i bez.
  • „Big Sticks” podzielali poniekąd poglądy pierwszej grupy skupiając się na niepewnym czasie pomiędzy szczytami cyklu, ale uważali że należy się skoncentrować na wygaszaniu większych regionalnych konfliktów do czego potrzebne są spore zdolności bojowe. Do tej grupy należeli przede wszystkim piloci z lotniskowców i wszyscy orędownicy użycia lotniskowców jako głównej siły uderzeniowej floty. Podobnie jak poprzednio, nazwijmy ich główne zadanie jako „Uderzenie z Morza”.
  • „Cold Worriers” byli zainteresowani tylko i wyłącznie następnym cyklem czyli kolejnym kandydatem na hegemona próbującym rzucić wyzwanie Stanom Zjednoczonym na morzu. Grupa złożona głównie z oficerów floty podwodnej skupiała się na długofalowej przewadze technologicznej i uzbrojeniu tylko i wyłącznie „z górnej półki” ignorując okres przejściowy. Ich zadanie nazwijmy „Panowanie na Morzu”.

Następne dwie dekady pokazały kluczowy problem wielkich organizacji, zwłaszcza silnie hierarchicznych. Bezwładność decyzyjna powoduje desynchronizację pomiędzy okresem cyklu decyzyjnego i cyklu zagrożenia czyli krótko mówiąc dysfunkcję. Na obronę należy stwierdzić, że w przypadku okrętów wojennych okres 20 lat to w zasadzie dopiero półmetek życia a okres projektowania i budowy fregaty czy niszczyciela to około 10 lat. No cóż, nic tak nie destabilizuje układu oscylacyjnego jak wprowadzenie opóźnienia na wejściu. Tyle dygresji inżyniera.
Prace nad strategią zaowocowały dokumentem „…From the Sea”, który łączył w sobie koncepcje „Big Sticks” zakładając posiadanie panowania na morzu a priori. Nic więc dziwnego, że US Navy nie wykazywała żadnego zainteresowania czymkolwiek mniejszym lub słabszym od niszczycieli a i te istniały tylko jako eskortowce dla lotniskowców. Kolejny dysonans powstał na styku Pentagonu i Kongresu bo ponownie odwołując się do Petera Heynesa:

Kongres jak i naród amerykański miał wąskie, nie-systemowe rozumienie przeznaczenia sił zbrojnych, które tylko miały zapobiegać wojnom i je wygrywać.

Przyjęcie posiadania panowania na morzu a priori oznaczało spadek zainteresowania ochroną szlaków żeglugowych. Stare fregaty masowo odeszły do rezerwy i w zapomnienie.

Z biegiem czasu coraz trudniej było marynarce uzasadniać żądania budżetowe dla systemów rodem z zimnej wojny wobec braku istotnego zagrożenia w średniej perspektywie. Gdy w końcu zainteresowano się okrętami bardziej adekwatnymi dla środowiska przybrzeżnego o ograniczonym zagrożeniu, przedłużający się proces rozwoju LCS zaskoczył marynarkę w momencie wchodzenia na krzywą wznoszącą kolejnego zagrożenia ze strony równorzędnego przeciwnika. Zamiana LCS na fregatę z tego punktu widzenia może się okazać ponowną demonstracją bezwładu, bo zbliżając się do szczytu zagrożenia fregata będzie zabierała pieniądze z budżetu dla niszczycieli co może napotkać na duży opór. Rozwiązaniem psychologicznie trudnym byłoby zaakceptowanie faktu, że panowanie na morzu nie jest dane tylko trzeba je dopiero wywalczyć, czego powoli nie pamiętają już nawet najstarsi oficerowie floty.

Lotniskowce ze swoją świtą są z pewnością w stanie rozwiązać drobne konflikty. Tylko dlaczego 10 mld $ za sztukę i dlaczego 12 sztuk? I jak długo trzeba czekać na równorzędnego przeciwnika? Ostatni był w 1944.

Powracając do książek obaj autorzy reprezentują pogląd, że należy skupić się na pozytywnym budowaniu bezpieczeństwa poprzez ochronę światowego systemu handlu morskiego czy eliminowaniu regionalnych konfliktów zanim zamienią się w coś nieogarnionego. Pozytywne wspieranie procesów globalizacji i wymiany handlowej daje trwałe podstawy dla budżetu US Navy niezależne od cyklu zagrożenia ze strony równorzędnego przeciwnika. To wymaga przejścia od strategii czysto wojennomorskiej (naval) do morskiej (maritime). Przeszkodę Peter Haynes widzi w samej marynarce i cytuje admirała Arleigh Burke’a:

Ludzie służący w marynarce nie wiedzieli wiele o strategii… To dlatego nie mieliśmy żadnej organizacji tworzącej argumenty na rzecz floty lub jej broniącej…. Cierpieliśmy z powodu niewiedzy o tym, do czego w ogóle jest marynarka wojenna.

Kilkanaście lat później wsparcie dla koncepcji strategii morskiej opartej o „systemowe” zadania wynikające z sytuacji braku równorzędnego przeciwnika przyszło z gier wojennych przeprowadzonych w Naval War College w 2006 roku. Gry przeprowadzono w ramach pierwszego etapu formowania „Cooperative Strategy”. Zaskakującym wnioskiem było odkrycie, że wszystkie państwa traktowane w grze jako potencjalnie wrogie takie jak Chiny, Iran czy Korea Północna są w gruncie rzeczy zainteresowane utrzymaniem aktualnego systemu handlu światowego. Skąd więc ma przyjść następny cykl zagrożenia? Jedynym źródłem są organizacje nie-państwowe mające interes w zniszczeniu lub zakłóceniu istniejącego układu. Dzisiaj chyba możemy powiedzieć, że w grze pominięto być może istotny szczegół bowiem zainteresowanie utrzymaniem aktualnego systemu nie jest jednoznaczne z utrzymaniem status quo. Innymi słowy kto będzie strażnikiem światowego systemu handlu morskiego? Przynajmniej na poziomie regionalnym Chiny deklarują, że o swoje interesy zadbają samodzielnie i bez Amerykanów. Położenie Chin powoduje jednak, że w grę wchodzą kluczowe szlaki żeglugowe na dwóch oceanach co ma wpływ na najważniejszych sojuszników Stanów Zjednoczonych w regionie. Czy to jednak będzie podstawą do otwartego konfliktu? Globalizacja ma to do siebie, że zapobiega konfliktom bo wszyscy są zainteresowani żywotnie w utrzymaniu pokoju. Z drugiej strony jeśli taki konflikt wybuchnie to będzie globalny z tego samego powodu zaangażowania wszystkich.

Bezpieczeństwo morskie to wynik współdziałania wielu państw, organizacji i zdolności. Czy widzimy tu miejsce i rolę dla nas?

W tym roku celebrujemy 100-lecie Marynarki Wojennej państwa polskiego. Z naszej perspektywy zdania o nietrwałych fundamentach US Navy mogą brzmieć wręcz śmiesznie, ale wciąż nam brak w Polsce podobnej otwartej debaty i kompromisu w kwestii, która opcja ma dominować. Dyplomacja Morska, Uderzenia z Morza czy Panowanie na Morzu wobec dominacji strategii lądowej z pewnością będą miały inny wydźwięk i kształt niż w Stanach Zjednoczonych niemniej trudno bez pogłębionej refleksji na ten temat uzasadnić wydatki na flotę. Uwaga o Kongresie i społeczeństwie amerykańskim rozpatrującym wydatki na obronę tylko w kategorii wojny są tak samo słuszne dla Polski. Być może jeszcze większym problemem niż w USA będzie pytanie kto taką debatę ma prowadzić. Liczba oficerów jest ograniczona w tym pomocniczym rodzaju sił zbrojnych. Zainteresowanych strategią jeszcze mniej. Mających styczność z MON-em czy cywilnym nadzorem nad armią pewnie garstka. Polityków orientujących się w zagadnieniach morskich policzyć można na palcach jednej ręki plus garść amatorów i sympatyków. Czy ma być to dyskusja w kuluarach w wąskim i zamkniętym gronie czy też szersza, wciągająca bardziej opinię publiczną? Jeśli tak to gdzie jest forum tej dyskusji? Pytań więcej niż odpowiedzi, ale jeśli 2018 rok ma być jubileuszem wartym świętowania to dobrze by było znaleźć odpowiedzi jak najszybciej.

May 122017
 

W poprzednim wpisie padło stwierdzenie, że „każda inwestycja w spójność sojuszu jest warta tyle samo co inwestycja we własny potencjał militarny”. Czego jednak oczekują on nas sojusznicy? Jaka inwestycja byłaby z ich punktu widzenia najbardziej racjonalna czy też użyteczna? Impulsem do przemyśleń i rewizji utartych poglądów jest raport CSBA Restoring American Seapower: A New Fleet Architecture for the United States Navy, w którym znajduje się fragment dotyczący naszego regionu a nawet Bałtyku, tak jak widzą to amerykańscy analitycy.

Raport ma strukturę hierarchiczną idąc od nowych koncepcji działań w dół do platform i systemów uzbrojenia. Zaczyna od dość rewolucyjnego odejścia od taktyki „stand-off” i założenia, że siły morskie muszą być zdolne do walki w bezpośredniej bliskości przeciwnika lub atakowanego przez niego celu. W konsekwencji postuluje w obronie przeciwlotniczej i przeciwrakietowej zmniejszenie zasięgu obrony do na rzecz gęstości ognia oraz rozproszenia. Bardziej precyzyjnie chodzi o wzrost gęstości ognia na dystansie 10-30nm kosztem dystansu 100nm i więcej, co w praktyce oznacza wzrost liczby ESSM kosztem SM-2. To, według autorów pozwoli na włączenie w obronę w większym stopniu technologie już znane jak walka elektroniczna oraz nowe jak lasery, broń mikrofalowa czy artyleria z pociskami HVP. Interesujące wnioski nasuwają się przy analizie załączonych rysunków, bowiem biorąc pod uwagę ograniczoną pojemność magazynów broni, autorzy przypisują EW zdolność do zmylenia tej samej liczby celów co ESSM mogą zestrzelić, a artylerii z pociskami HVP większą efektywność niż laserom. Dodatkowo działania w przestrzeni fal elektromagnetycznych mają „stworzyć wiele celów fałszywych, oślepić systemy wykrywania przeciwnika i umożliwić siłom Stanów Zjednoczonych na wykrycie przeciwnika pozostając samemu ukrytym”. Efektem ubocznym lecz bardzo pożądanym ma być zwolnienie części VLS dla uzbrojenia ofensywnego. Z kolei w walce podwodnej rośnie rola pojazdów bezzałogowych:

Jakkolwiek poszczególne pojazdy bezzałogowe mogą nie posiadać zasięgu, prędkości, sensorów i autonomii pozwalające im zastąpić okręty podwodne, mogą one jednak atakować okręty w porcie, cele na lądzie, stawiać miny, przeprowadzać rozpoznanie i przeciwdziałać rozpoznaniu przeciwnika.

Echo Voyager nie jest okrętem podwodnym, ale może ma więcej sensu na naszych wodach? Foto www.militaryaerospace.com

Do osiągnięcia założonych celów i prowadzenia operacji według nowych koncepcji, wydzielono w ramach floty Deterrence Force oddelegowaną do poszczególnych regionów krytycznych dla strategii Stanów Zjednoczonych. Deterrence Force składa się z mniejszych zespołów okrętów i w elastyczny sposób ma być dostosowywana do specyfiki regionu i teatru działań. Główną siłą w Północnej Europie ma być Carrier Strike Group w asyście SSN operująca na Morzu Norweskim. Natomiast bliżej nas:

Na Bałtyku Counter-ISR Group monitorowałaby rosyjskie środki do działań w spektrum elektromagnetycznym i wprowadzała w błąd systemy rozpoznania Rosji. We współpracy z sojuszniczymi i zaprzyjaźnionymi flotami, Offensive Mine Warfare Group działałaby stale w regionie zagrażając dostępowi do portów takich jak St. Petersburg i Kaliningrad i wspierając ataki na rosyjskie siły morskie bazujące w nich”

W cytacie pozostawiono w oryginale nazwy grup okrętowych, które są w tekście raportu zdefiniowane z punktu widzenia swojego składu:

  • Counter-ISR Group ma się składać z fregaty służącej jako centrum dowodzenia grupą okrętową oraz okrętu wsparcia pojazdów bezzałogowych nawodnych i podwodnych służących do zakłócania i mylenia systemów wykrywania i naprowadzania przeciwnika. Fregata ma być wyposażona w UAV pełniący rolę translatora łączności.
  • Offensive Mine Warfare Group składa się ponownie z fregaty jako ośrodka dowodzenia oraz dwóch do trzech Extra Large Unmanned Underwater Vehicle wyposażonych w inteligentne miny. Wspomniane pojazdy bezzałogowe miałyby bazować na lądzie lub działać przy wsparciu tendra.

Inną ciekawą kompozycją nieplanowaną dla naszego regionu jest Littoral Combat Group złożona z fregaty rakietowej posiadającej obronę plot średniego zasięgu i trzy MALE oraz trzech okrętów patrolowych wyposażonych w rakiety dalekiego zasięgu do atakowania celów na morzu i lądzie. Nazwa okręt patrolowy wprowadza co nieco w błąd, bo autorzy wskazują jako modelowy przykład egipskie okręty klasy Ambassador oraz szwedzkie Visby tyle, że z dodatkiem USV lub RHIB.

MALE dla okrętów nawodnych. Całkiem przydatne. Foto www.militaryaerospace.com

Raport zawiera wiele innych ciekawostek godnych naszej uwagi. Nie specyfikuje dokładnie pojazdów bezzałogowych ale wyraźnie preferuje większe jednostki oferujące większe możliwości w zakresie ładunku użytecznego. Padają przykłady konkretnych rozwiązań już istniejących chociaż na etapie eksperymentów i prób jak podwodny Echo Voyager Boeinga czy SeaHunter/ACTUV DARPA. Są to pojazdy mogące autonomicznie działać z naszych portów, nawet tych najmniejszych i być kierowane bądź z ośrodków na lądzie bądź z okrętów. Ich wyposażeniem może być lekki sonar holowany TRAPS. Subtelną zmianą o sporych konsekwencjach operacyjnych ma propozycja nowego składu grupy lotniczej dla lotniskowców:

  • 2×6 UCAV czyli uderzeniowe drony dalekiego zasięgu,
  • 2×12 VF czyli „czyste” myśliwce,
  • 4×10 V(F)A F-35 czyli samoloty szturmowe z dodatkową funkcją myśliwską,
  • 2×6 VAQ E/A-18,
  •  2×5 VAW E-2D AEW/C2,
  • 2×6 VRC bezzałogowe pomocnicze/tankowce

Powrót myśliwców na pokłady lotniskowców to nie nostalgia tylko potwierdzenie tezy, że w pobliżu terytorium przeciwnika naziemne czy okrętowe środki obrony przeciwlotniczej to za mało. Konieczne są działania ofensywne i w walce z lotnictwem wroga najefektywniejsze są własne myśliwce.

Będąc członkiem sojuszu mamy obowiązek wnieść do niego swój wkład, tylko w jakiej formie? Czy wszyscy muszą budować siły ogólnego przeznaczenia, czy też można pójść ścieżką specjalizacji regionalnej. Jeśli dla Polski marynarka wojenna ma znaczenie drugorzędne to można argumentować, że nasza flota pójdzie drogą specjalizacji. Omawiany raport, gdyby go potraktować jako oficjalną strategię US Navy czy wręcz NATO, to stwarza nam bardzo dobrą pozycję wyjściową do dyskusji o naszej flocie, bowiem funkcjonalnie grupy okrętowe jak Counter-ISR czy Offensive Mine Warfare a nawet Littoral Combat jesteśmy w stanie stworzyć samodzielnie. Wieść gminna niesie, że Ślązak ma centrum dowodzenia na wyrost a więc nadaje się do dowodzenia niewielką grupą okrętową i systemami bezzałogowymi. Okrętem wsparcia UUV i USV może być Crossover czy inaczej uzbrojony logistyk a następcy Orkanów w postaci 1.000 tonowej korwety pełnić funkcje „streetfightera”. W czasie pokoju rolę rozpoznania elektronicznego, patrolowania i wsparcia dla pojazdów bezzałogowych spełniałyby Czaple a rolę ACTUV lokalnie zbudowany SWATH jak Skrunda. Brakuje nam dużego UUV, który albo kupimy za granicą albo uczynimy z niego naszą wąską specjalizację.

Z powyższego wyłania się jeszcze jeden wariant struktury floty a mianowicie:

  • Offensive Mine Warfare Group One 1 x korweta (Ślązak), 3 x niszczyciel min (Kormoran)
  • Offensive Mine Warfare Group Two 1 x korweta (Ślązak), 3 x Extra Large UUV
  • Counter ISR Group One 1 x okręt patrolowy (Czapla), 2 x Extra Large USV(Skrunda), 1 x Extra Large UUV
  • Counter ISR Group Two 1 x okręt patrolowy (Czapla), 2 x Extra Large USV (Skrunda), 1 x Extra Large UUV
  • Littoral Combat Group 1 x Crossover, 3 x korweta 1.000 ton (Kaszub II?)
  • Dwie baterie NDR z własnym rozpoznaniem UAV
  • Dwie baterie Narew
  • Śmigłowce ASW
  • Śmigłowce SAR
  • Moduły do walki minowej i radioelektronicznej dla okrętów
  • Jednostki pomocnicze
  • Transport wojska i następcy Lublinów w zależności od poglądów Wojsk Lądowych i Sztabu Generalnego.

Z powyższych pozycji pod warunkiem poprawy zarządzania projektami lub/i zgody na współpracę z partnerem zagranicznym, jesteśmy w stanie zbudować lokalnie prawie wszystko. Patrząc na fakt oddelegowania przez Niemcy korwety do SNMG, z powyższego zestawienia w zespołach stałych NATO może współpracować sześć okrętów (korwety, niszczyciele min i Crossover). Całość jest podzielona na części bardziej akceptowalne dla budżetu i łatwe do podzielenia na mniejsze zamówienia. Wraz z pojazdami bezzałogowymi działającymi autonomicznie pojawia się również szansa dla lokalnego przemysłu i innowacji. Również C2 dla Czapli jest być może szansą rozwojową dla CTM-u. W realizacji jakiegokolwiek planu najwyraźniej największą przeszkodą jesteśmy my sami, nie możemy więc ustać w wysiłkach pokonania tej bariery. Bloger może tylko pisać, co czynię.

Mar 202017
 

Dyskusja na temat modernizacji Marynarki Wojennej RP staje się coraz bardziej bezprzedmiotowa i tak pozostanie dopóki nie nastąpią poważne zmiany w państwie. Jest to jednak blog o marynarce wojennej a nie polityce więc wątku nie będziemy rozwijać. Trudna sytuacja w kraju nie oznacza jednak, że mamy zasypywać gruszki w popiele. Wręcz przeciwnie, trzeba aktywnie się uczyć i być gotowym zaproponować dobre rozwiązania gdy przyjdzie na to czas. To taki optymizm pesymisty.

Marcowy numer USNI Proceedings jest już tradycyjnie poświęcony sprawom międzynarodowym i ma stałą rubrykę „The Commanders Respond”. W połączeniu z inną stałą rubryką „World Navies in Review” daje interesuacy wgląd w najbardziej palące problemy flot świata i to w jaki sposób sobie z tymi wyzwaniami radzą. Zostawmy na boku Pacyfik i Azję chociaż tam się najwięcej dzieje i skupmy się na naszym regionie, czyli Europie.

Na samym początku niespodzianka – Admirał Sir Philip JonesFirst Sea Lord i Chief of Naval Staff za najważniejszy priorytet uznaje wojnę cybernetyczną i informacyjną dominację. O sprzęcie jest niewiele i wzmianka na temat F-35 jest również opatrzona komentarzem, że jest to „godne uwagi narzędzie do zbierania danych”. Ani słowa o lotniskowcach czy nowych fregatach, tylko o współpracy z partnerami, sztucznej inteligencji we wspomaganiu podejmowania decyzji i ćwiczeniach Exercise Information Warrior.

Kontradmiral Jens Nykvist, ze Szwedzkiej Królewskiej Marynarki wspomina o wybrzeżu liczącym 1.700 mil i Bałtyku jako jednym z najbardziej uczęszczanych szlaków żeglugowych świata. Wszystko w kontekście bliskości Rosji. Za główne zadanie dla marynarki podaje odstraszanie, ale w przeciwieństwie do naszej dyskusji o rakietach manewrujących, odstraszanie oparte o „wysoki poziom gotowości, sprzęt dobrej jakości i wysoki poziom wyszkolenia”. Co ciekawe w tych kategoriach opisuje odstraszanie nasza własna i wciąż obowiązująca Biała Księga Bezpieczeństwa Narodowego. Monitorowanie tak długiego wybrzeża wymaga według admirała Nykvista dużej liczby platform o znaczącym zasięgu i autonomiczności. Dlatego kluczowa jest dla Szwecji współpraca międzynarodowa, w której za najważniejszych partnerów wymienia Finlandię i Stany Zjednoczone. Nas tam nie ma pomimo ewidentnie wspólnych interesów i oficjalnej w tym względzie retoryki.

Kontradmiral Lars Saunes, z Królewskiej Marynarki Norwegii zaczyna od stwierdzenia, że „Rosja odtworzyła swój bastion obronny i wprowadziła do służby nowe systemy uzbrojenia we wszystkich sferach działania”. Za główne zagrożenie otwarcie wskazuje zagrożenia dla morskich linii żeglugowych na Północnym Atlantyku, łączących Europę z Ameryką Północną. Wraca więc do klasycznego problemu kontroli morza na wodach Północnego Atlantyku. Wyzwanie rzucone przez rozbudowę potencjału militarnego Rosji na tym obszarze nazywa wprost czwartą bitwą o Atlantyk. Głównym zadaniem staje się obrona przed okrętami podwodnymi i nic dziwnego, że Norwegia zainwestowała we fregaty.

Wiceadmirał Andreas Krause z Marynarki Wojennej Niemiec zwraca uwagę na zmianę w środowisku międzynarodowym i iluzji „pokojowych dywidend” po okresie zimnej wojny. Pomimo to, rząd Niemiec uważa, że powinna istnieć równowaga pomiędzy obroną kraju i obroną sojuszniczą a reagowaniem na kryzysy międzynarodowe. Polityka, która powinna mieć naśladowców w naszym kraju ale jakimś trafem trudno się jej przedrzeć i dotrzeć do szerszej świadomości zarówno polityków jak i społeczeństwa. W konsekwencji za równie ważne niemiecka marynarka uważa rozbudowę potencjału obronnego na północnej flance sojuszu jak i zarządzanie kryzysem na Morzu Śródziemnym. W wypowiedzi admirała Krause padło trochę szczegółów na temat modernizacji i rozbudowy floty. Projekt MKS-180 nabrał wyrazu i został określony jako klasa sześciu fregat ASW o wyporności 7.000 ton. Biorąc pod uwagę to i aktualnie realizowane projekty flota Niemiec rzeczywiście wzrośnie. Flotylla okrętów podwodnych zwiększy się z sześciu do ośmiu jednostek a obecny zestaw dziesięciu fregat wzrośnie do prawdopodobnie 13 jednostek – trzy istniejące fregaty AAW typu 124, cztery nowe fregaty stabilizacyjne typu 125 i wreszcie sześć nowych fregat ASW. Ponadto stan korwet zostanie zdublowany do 10 sztuk.

Wiceadmiral Veijo Taipalus, głównodowodzący Marynarką Wojenną Finlandii podobnie do poprzedników z regionu Bałtyku odnotowuje zmianę klimatu politycznego w basenie Morza Bałtyckiego na niekorzyść. W wypowiedzi przewija się wątek konieczności współpracy międzynarodowej na wypadek wojny obronnej. To jest delikatne politycznie novum w Finlandii, gdzie do tej pory twierdzono, że Finlandia jest w stanie obronić się samodzielnie. Trudno powiedzieć co jest przyczyną a co skutkiem, ale informacja o planie budowy czterech korwet znajduje się w sąsiedztwie następującego zdania „ Regionem rosnącej współpracy z US Navy będzie Arktyka…” Ciekawostka, bo niewątpliwie Finlandia częściowo znajduje się na obszarach polarnych ale nie ma dostępu do mórz arktycznych.

Kontradmiral Frank Trojahn, z Królewskiej Marynarki Danii skupia się na prostym fakcie, że duńska flota handlowa jest jedną z największych na świecie więc naturalną funkcją duńskiej marynarki wojennej jest dbałość o bezpieczeństwo morskie na całym świecie co jest możliwe tylko we współpracy międzynarodowej. Mamy więc wytłumaczenie logiki stojącej za udanymi projektami fregat i okrętów logistycznych Absalon. Aktualne inwestycje skupiają się na modernizacji śmigłowców morskich, zakupie rakiet SM-2 dla fregat i przygotowaniach do przystosowania przynajmniej jednej fregaty do zadań BMD.

W powyższych wypowiedziach zwraca uwagę umiejętność do sformułowania w jednym lub kilku zdaniach kluczowej kwestii stanowiącej podstawę dla strategii i planowania struktury floty. Niezależnie od posiadanych środków finansowych czy bazy technologicznej lub szkoleniowej, każda z wymienionych marynarek racjonalizuje swój problem i zamienia w plan działania przy użyciu posiadanych środków. Jest w tych odpowiedziach na zadane pytanie kilka uwag z powodzeniem stosowalnych do naszej sytuacji, ale jak wspomniano na wstępie to już inna historia.

Nov 162016
 

Tytuł przypadkowo napotkanego w sieci artykułu Canada’s Naval Strategy: The Strategy of a Client State trudno przetłumaczyć, ale pobrzmiewają w nim nutki wzbudzające w czytelniku z Polski pewien rezonans. Możemy być zdumieni, że mając program budowy sześciu arktycznych OPV i piętnastu fregat mowa w nim o chybotliwych fundamentach kanadyjskiej marynarki wojennej. A jednak! Aby zrozumieć problem Kanadyjczyków trzeba sięgnąć do momentu założenia floty w 1910 roku, gdy Kanada była częścią imperium brytyjskiego a sąsiad w postaci Stanów Zjednoczonych uważany był za zagrożenie:

W chwili ustanowienia Royal Canadian Navy w 1910 roku Frederick Monk, członek parlamentu z ramienia Partii Konserwatywnej potępił ideę „floty, która ma być kanadyjska gdy trzeba za nią płacić tylko po to by była imperialna gdy zajdzie potrzeba jej użycia”

Od samego początku dla polityków flota była zbyt droga w porównaniu do korzyści, które oferowała. Jako element niezależnej polityki Kanady nie była w stanie samodzielnie zapewnić oczekiwanych korzyści politycznych a jako element floty brytyjskiej czy później sojuszniczej nie skutkowała wpływami na decyzje sojuszników w stopniu proporcjonalnym do wkładu. Autor artykułu cytuje Premiera Trudeau, który sformułował ten dylemat w sposób zaiste godny zręcznego polityka i mówcy stwierdzając:

Czy polityka obronna miała bardziej wywrzeć wrażenie na przyjaciołach niż przestraszyć naszych wrogów?

Trudeau, który piastował stanowisko premiera przez piętnaście lat był zwolennikiem polityki odprężenia w czasach zimnej wojny i widząc taki marny efekt inwestycji w kosztowną flotę sięgnął po inne, polityczne środki. Jakim cudem więc pod rządami takiego polityka zdecydowano się na budowę czterech niszczycieli Iroquois i dwunastu fregat Halifax? Ponownie trzeba sięgnąć do kontekstu tamtych czasów. Pytanie brzmiało, czy agresywne działania przeciw rosyjskim okrętów podwodnym, nosicielom rakiet balistycznych zniechęci Rosjan do użycia broni jądrowej, czy wręcz przeciwnie sprowokuje ich do tego. Wygrała opcja, że tego typu operacje wspomogą raczej niż przeszkodzą w rozmowach na temat kontroli zbrojeń. To mieściło się jak najbardziej w wizji politycznej partii rządzącego premiera. Potwierdza to pośrednio inny autor – Marc Milner w artykule Reflections on Canada, the State, the Nation and the Navy:

Byłoby wspaniale móc powiedzieć, że odrodzenie marynarki, które zaowocowało programem fregat w latach 90-tych było efektem narastającej fali patriotycznych uczuć albo wynikiem rosnącej presji członków Parlamentu na utrzymanie nowoczesnej i wszechstronnej floty. Niestety nic na to nie wskazuje. Większość Kanadyjczyków – zarówno wówczas jak i dziś – nigdy nie widziało swojej floty. Powody budowy fregat były całkowicie związane z polityką wewnętrzną, przemysłową i zagraniczną.

Czy fregaty Halifax doczekają się godnych następców? Foto www.navy-marine.forces.gc.ca

Czy fregaty Halifax doczekają się godnych następców? Foto www.navy-marine.forces.gc.ca

Co więc dzisiaj jest istotne dla polityków kanadyjskich w odniesieniu do marynarki wojennej? Wydaje się, że tak jak i przed dziesiątkami lat istnieje potrzeba patrolowania olbrzymich przestrzeni wód okalających Kanadę ze szczególnym współcześnie naciskiem na wody arktyczne. Do tego celu istnieje spora flota lodołamaczy Straży Przybrzeżnej wspieranych przez 12 uniwersalnych okrętów typu Kingston marynarki. Te niewielkie jednostki o wyporności poniżej 1.000 ton mogą wykonywać wiele zadań od patrolowania aż do walki z minami, chociaż nie są dedykowanymi niszczycielami min. Program budowy sześciu arktycznych okrętów patrolowych dla marynarki jest zwieńczeniem tej polityki i istotnym dla niej wsparciem.

Arktyczne OPV mają poparcie i są dobrym początkiem dla odzyskania kompetencji przez krajowy przemysł stoczniowy. Foto www.navy-marine.forces.gc.ca

Arktyczne OPV mają poparcie i są dobrym początkiem dla odzyskania kompetencji przez krajowy przemysł stoczniowy. Foto www.navy-marine.forces.gc.ca

Co jednak z fregatami? Peter Haydon zauważył, że flota jest właściwie na łasce lub niełasce widzimisię polityków, którzy nigdy nie dostrzegli istotnej roli dla niej w całokształcie polityki państwa. Na potwierdzenie inny cytat z Marca Milnera, wypisz wymaluj kopia naszych obecnych debat:

Jeśli ktoś się kiedykolwiek zastanawiał jak odległe dla większości Kanadyjczyków jest morze, wystarczy spojrzeć na niekończące się debaty w parlamencie na temat samolotów SAR, potrzeby śmigłowców dalekiego zasięgu zdolnych do działania w każdych warunkach pogodowych i rozmieszczenia stacji ratowniczych wzdłuż wybrzeża (czy też na północy).

Tak więc fregaty wypełniające pracowicie szereg zadań na całym świecie, są w zasadzie odstępstwem od reguły, żeby nie powiedzieć wybrykiem natury niż wynikiem przemyślanej polityki. Na ich korzyść działa istniejące poparcie dla uczestnictwa w sojuszach jak NATO czy dla operacji humanitarnych lub pokojowych wraz z przeświadczeniem, że flota może być subtelnym instrumentem działającym w sposób pośredni stabilizująco na bezpieczeństwo państwa. Czy jednak wystarczy to dla utrzymania sporej floty czterech niszczycieli i dwunastu fregat lub ich piętnastu zamienników? Pomimo deklaracji rządu (tak jak i deklaracji poprzednich rządów) nie jest to takie jasne. Na razie rozpoczęto budowę arktycznych OPV mających wsparcie i dość powszechnie akceptowane uzasadnienie oraz modernizuje się fregaty Halifax. Wysłużone niszczyciele poszły w odstawkę wraz z okrętami zaopatrzeniowymi. Te ostatnie będą miały zamienników zbudowanych według niemieckiego projektu Berlin i cały program wydaje się być dość zaawansowany. Będzie miał też uzasadnienie w postaci wsparcia dla zmodernizowanych fregat, choć są głosy, że nie jest niemożliwe wysłanie fregat na misje bez własnych okrętów wsparcia ale polegając na zasobach sojuszników.
Nie można więc wykluczyć, że część deklaracji pozostanie na papierze i z 16 jednostek pozostanie w służbie na jakiś czas 12 zmodernizowanych fregat. Te z kolei być może zostaną zastąpione nie piętnastoma ale powiedzmy, sześcioma nowymi jednostkami co pozwoli na symboliczny udział w NATO i/lub równoległych operacjach pojedynczych jednostek na dwóch oceanach. Przyszłość okrętów podwodnych może się okazać równie jak nie bardziej mglista biorąc pod uwagę niekończące się problemy i lawinę kosztów z nimi związanych.

Powyższe rozmyślania mogą wydawać się jednostronne bo opierają się na głosach polityków i historyków ale nie reprezentują głosu samej Royal Canadian Navy. Jest to świadomy wybór gdyż wszelkie argumenty rodem z teorii wojny morskiej czy dyplomacji najwyraźniej nie trafiają. Podobnie jak u nas. Ciekawe jest to, że rząd Kanady w celu opracowania nowej doktryny zwraca się bezpośrednio do szerokiego kręgu odbiorców poprzez dokument Defence Policy Review Public Consultation Paper zawierający kilka kluczowych pytań. Obok na stronie mamy do dyspozycji Consultation Tool Kit dla wszystkich gotowych przeczytać opinie ekspertów.

Co możemy wyciągnąć dla siebie z krótkiego opisu chwiejnych podstaw Royal Canadian Navy? Programy mające uzasadnienie w powszechnie akceptowanych poglądach są realizowane. Potrzeba monitorowania obszarów arktycznych zaczyna docierać do szerokiego ogółu. Podobnie pomoc humanitarna. Symboliczna obecność w sojuszach ma również poparcie ale tu już zaczyna padać pytanie o relacje koszt-efekt. Czy potrafimy określić środki ciężkości albo kluczowe interesy nasze i Federacji Rosyjskiej na Bałtyku czy szerzej na morzach, tak jak to czyni Kanada? Spróbujmy, nawet jeśli miałoby to być mocno niezdarne, niech wywoła dyskusję.

Dla Rosji politycznym celem w obszarze Bałtyku jest neutralizacja wpływów NATO i odsunięcie sojuszu możliwie daleko od własnych granic. Ekonomicznym środkiem ciężkości jest eksport paliw drogą morską i rurociągiem Nord Stream oraz przemysł stoczniowy skoncentrowany wokół St. Petersburga. Militarnym centrum jest zaś Obwód Kaliningradzki i jego ewentualna obrona.

Gdy przychodzi do nas samych w głowie pojawia się pewnie pustka (za wyjątkiem osób związanych z morzem lub wybrzeżem). Jako cel polityczny wybierzmy hasło o nieco propagandowym posmaku – Bałtyk miejscem pokojowej współpracy. Zamieniając hasło na ekonomiczne realia możemy mówić o:

  • transporcie i szerzej o kanałach logistycznych wschód-zachód oraz północ-południe,
  • rozwoju handlu poprzez porty morskie,
  • infrastrukturze na wybrzeżu, powierzchni morza i jego dnie jak platformy wiertnicze, farmy wiatrowe, gazociągi i kable komunikacyjne,
  • ochronie ekologicznej basenu.

Cele militarne czy paramilitarne wynikają z powyższych a więc:

  • ochrona powyższej infrastruktury,
  • zapewnienie bezpieczeństwa na morzu zarówno od zagrożeń naturalnych jak i intencjonalnych,
  • zapobieganie użyciu siły i dyplomacji siłowej w regionie.

W takim obrazie nie ma wiele miejsca na okręty bojowe o rozbudowanych zdolnościach. Potrzeba być może bardziej rozbudowanej Straży Granicznej, której nazwa nieszczęśliwie sama sugeruje ograniczenie obszaru działania, pomimo że ustawa pozwala na znacznie więcej. Ostatni punkt wymaga okrętów nawodnych i korweta może być rozwiązaniem wystarczającym do tego celu. Dla zobrazowania weźmy toczącą się w Stanach Zjednoczonych dyskusję Presence czy Posture, czyli gdzie leży kompromis pomiędzy obecnością a zdolnościami bojowymi. Na przykład OPV reprezentuje „obecność” bez „zdolności” a kuter rakietowy na odwrót – „zdolności” bez „obecności”. Skrajnym przypadkiem braku „obecności” jest Nadbrzeżny Dywizjon Rakietowy niezdolny do wysyłania przeciwnikowi sygnałów ostrzegawczych. Jest to broń zero-jedynkowa. Kompromisem jest właśnie korweta, czyli takie pół na pół pod warunkiem rozsądnej specyfikacji i akceptowalnych kosztów.

Potrzeba okrętów wojennych z prawdziwego zdarzenia pojawia się w dwóch przypadkach. Pierwszy to zamiana regionu Morza Bałtyckiego z obszaru współpracy w obszar konfrontacji militarnej, co najprawdopodobniej zaktywuje sojusze wojskowe. Drugi to wola i ambicja państwa do odgrywania roli międzynarodowej niezależnie od sojuszy lub w ich ramach. Zwłaszcza ten ostatni punkt generuje potrzebę okrętów większych od korwety jednocześnie z towarzyszącym pytaniem ile państwo jest gotowe wydać pieniędzy na odgrywanie takiej roli?

Kiedyś na tym blogu padło hasło Polacy nie gęsi i swój koncept mają. Zbyt dużo rozmawiamy o środkach a zbyt mało o celach i drogach do ich osiągnięcia. Zrozumiałe w sytuacji braku strategii wiążącej te elementy ale jak mówią praktycy wojny, błędy na poziomie taktycznym można skorygować lecz na poziomie strategicznym już nie.

Nov 022016
 

W każdym momencie naszym celem powinno być zapobieganie kryzysom i konfliktom. Polityka bezpieczeństwa musi być dalekowzroczna i realna. Jednocześnie musimy być zdolni do szybkiej reakcji na gwałtowne konflikty, do udzielenia pomocy i do odegrania naszej części roli w rozwiązywaniu konfliktów. Do osiągnięcia tego celu konieczne jest połączenie działań instytucji militarnych i cywilnych. Musimy jednak być uczciwi i realistyczni w naszym spojrzeniu na świat: nie będziemy zdolni do zaradzenia wszystkim zagrożeniom w rejonach kryzysu samodzielnie. To oznacza, że nasi partnerzy w innych regionach muszą wykonać swoją część obowiązków.

Angela Merkel

Powyższy cytat ze wstępu do niedawno opublikowanej Białej Księgi Niemiec formułuje kluczowe elementy polityki bezpieczeństwa Niemiec zawarte w pytaniach o rolę Niemiec w świecie i wartości oraz interesy państwa, które warto bronić. Niemcy obok obrony integralności swojego terytorium i sojuszników (!) równie silnie akcentują swoją odpowiedzialność międzynarodową. To kwestia wyboru wartości jak demokracja i prawo. My jesteśmy w trudniejszej sytuacji bo zarówno rola Polski w świecie jak i podstawowe wartości są obecnie przedmiotem gorących dyskusji i coraz bardziej dramatycznych podziałów. Jakkolwiek wydaje się to odległe od pytania jakie okręty wojenne są potrzebne, ma to wbrew pozorom silny wpływ na kształt marynarki wojennej. Globalizacja i internet spowodowały, że nie ma możliwości bycia samotną i odizolowaną wyspą szczęśliwości w tym świecie. Ostatnim bastionem być może jest Korea Północna, przykład mało popularny do naśladowania. Złożone związki pomiędzy aktorami świata nauki, kultury, gospodarki i polityki w wymiarze globalnym są coraz trudniejsze do ogarnięcia i kontrolowania a więc powodują sytuacje coraz bardziej nieprzewidywalne. Sytuacje kryzysowe w takim świecie mają często zaskakujące i daleko sięgające konsekwencje nie mające nic wspólnego z administracyjnymi granicami państwa.

Niemcy zdają sobie sprawę, że międzynarodowe zaangażowanie ma swoje granice i zostawiają sobie prawo decydowania o stopniu i obszarze udziału tak, aby dostępne zasoby nie zostały wyczerpane. W Europie dostrzegają zagrożenie wynikające z coraz bardziej agresywnej polityki Rosji, stąd rosnące zainteresowanie Bałtykiem. W odróżnieniu od naszej, przynajmniej oficjalnej retoryki nasi sąsiedzi próbują znaleźć rozwiązanie dla sytuacji opisanej przez stare powiedzenie „złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma”. Dokument wprost stwierdza, że bez fundamentalnej zmiany polityki Rosja będzie zagrożeniem, ale jednocześnie Rosja jest wielorako powiązana z Europą. Niemcy szukają więc złotego środka. Nord Stream jest niewątpliwie takim punktem, gdzie nasze opinie rozbiegają się z niemieckimi, ale z drugiej strony nie chcemy zauważyć szerszego kontekstu naszych sąsiadów. Niemcy zdecydowały o rezygnacji z energii nuklearnej i są wciąż zdecydowane na rozwiązania proekologiczne. Mają już chyba największy w Europie udział energii wiatrowej i słonecznej i jedyną alternatywą dla atomu jest w tej chwili gaz. Nie mamy się więc co obrażać, że handlują z Rosją, tak jak i my oczekujemy wyrozumiałości dla naszego węgla.

Wśród zagrożeń wymienionych z nazwy terroryzm nas jak na razie omija, zagrożenia cybernetyczne ignorujemy, rozprzestrzenianie się broni masowego rażenia jest zbyt abstrakcyjne podobnie jak zmiany klimatyczne a imigracje nielegalną próbujemy rozwiązać poprzez negację problemu. Pozostały dwa zagrożenia znajdujące u nas zrozumienie to:

  • Konflikty międzypaństwowe. Obok zinstytucjonalizowanego nacjonalizmu głównym zagrożeniem według Białej Księgi są próby podminowania państwa z użyciem środków poniżej progu otwartej wojny. Mowa jest o starej taktyce salami:

(…) podejście łączy różne cywilne i militarne środki nacisku w sposób nie ujawniający swoich agresywnych i ofensywnych intencji aż do momentu gdy wszystkie elementy układanki zostaną złożone.

  • Zagrożenia dla systemów łączności i informacji, linii zaopatrzenia, transportu i szlaków handlowych jak również bezpieczeństwo energetyczne i surowcowe. Kwestia jest widziana w szerokim aspekcie we wszystkich wymiarach przestrzeni rzeczywistej i wirtualnej. Ponownie widać konieczność współpracy międzynarodowej i wspierania porządku prawnego:

Niemcy muszą więc czynić wysiłki w kierunku zapewnienia niezagrożonego dostępu do lądowych, lotniczych i morskich linii komunikacyjnych wraz z przestrzenią informatyczną i cybernetyczną. Nieustający przegląd i usprawnienia porozumień i instytucji gwarantujących prawny porządek międzynarodowy pozostanie ważnym zadaniem.

Aby ten ogólny dokument zamienić na realia Deutsche Marine, pomocą służy artykuł opublikowany na blogu CIMSEC. Sebastian Bruns w tekście The Baltic Sea and Current German Naval Strategy pisze o wyzwaniu jakie dla Niemiec stanowi wzrost aktywności Rosjan na Bałtyku i wymaganym zwrocie w strategii, sprzęcie i sposobie myślenia o tym obszarze. Opinie autora są o tyle interesujące, że brał on udział w formułowaniu dokumentu bardziej operacyjnego niż Biała Księga.
Pierwszy etap rozwoju powojennej Bundesmarine autor określa jako „obrona terytorium i uczestnictwo w siłach sojuszu ze ścisłym ograniczeniem na obszar i charakter działań”, a więc coś o czym toczy się dyskusja dzisiaj w Polsce. Druga faza po zakończeniu zimnej wojny to etap „ekspedycyjny”. Teraz przychodzi czas na trzecią fazę uwzględniającą dynamiczną sytuację powstałą w wyniku aneksji Krymu i konfliktu wewnątrz Ukrainy. W rekomendacjach zawarty jest między innymi postulat wyjścia poza Standing NATO Maritime Group (SNMG) we współpracy z sojusznikami oraz ponowne przemyślenie obszarów działania sił morskich na wzór lat 80-tych:

  • linie zaopatrzenia na Morzu Śródziemnym,
  • wschodni basem Morza Śródziemnego,
  • linie zaopatrzenia przez Atlantyk,
  • „płytkie morza” (w tym Bałtyk),
  • Morze Norweskie.

Kilka miesięcy po publikacji tego dokumentu mamy ogłoszenie decyzji ministerstwa obrony Niemiec o zakupie pięciu dodatkowych korwet K-130, czyli znanego nam typu MEKO A-100. Czy jest to tylko środek zapobiegawczy przeciwko malejącej liczbie okrętów w linii i etap pośredni przed realizacją projektu 180 czy raczej pierwsze znaki realizacji trzeciej fazy według nowej strategii? Więcej światła na kwestię rzuca krótki tekst opublikowany rok temu przez The Royal Institute of Naval Architects.

Bardziej rozwinięcie F-125 niż korweta. Czy przeżyje i co zastąpi? Foto www.GlobalSecurity.org

Bardziej rozwinięcie F-125 niż korweta. Czy przeżyje i co zastąpi? Foto www.GlobalSecurity.org

Analizując tekst widoczna jest zmiana akcentu w porównaniu z ostatnią i wciąż obowiązująca wersją długofalowego planu rozwoju Deutsche Marine, a mianowicie w miejsce MKS-180 wchodzą dodatkowe korwety. Przyczyna tkwi chyba w wypowiedzi admirała Manhardta cytowanej przez RINA o strategii „intensywnego użytkowania, modularyzacji i wymiennych załóg”. Jest to odpowiedź na nieustannie malejącą liczbę jednostek w służbie w połączeniu z problemami retencji załóg. My jesteśmy jeszcze w całkiem odmiennej sytuacji – mamy marynarzy nie mamy okrętów. Realia Deutsche Marine czy Royal Navy są pod tym względem całkiem inne. Tak więc zakup dodatkowych korwet ma kilka korzyści:

  • zmniejsza liczbę wymaganego personelu, bo K-130 mają wysoki poziom automatyzacji i jako mniejsze okręty mają mniejsze załogi,
  • oferują elastyczność w działaniu wymiennie z fregatami przy mniejszych kosztach eksploatacji, co demonstruje uczestnictwo korwety w SNMG,
  • pozwala na współpracę z sojusznikami/partnerami poza formułą SNMG,
  • zwiększa udział sił do działań na „płytkich morzach”,
  •  koszt inwestycji jest co najmniej dwukrotnie niższy niż planowany koszt MKS-180,

Korweta poddana dyscyplinie budżetowej to całkiem praktyczny nabytek. Foto www.naval-technology.com

Korweta poddana dyscyplinie budżetowej to całkiem praktyczny nabytek. Foto www.naval-technology.com

Po wycofaniu fregat 122 i kutrów rakietowych główne siły nawodne Deutsche Marine będą więc liczyły 11 fregat i 10 korwet. Ciekawe jest spojrzenie na ich możliwości. Tylko trzy fregaty są specjalizowane do obrony powietrznej i mają radar zdolny do naprowadzania wielu rakiet jednocześnie. Cztery fregaty są przeznaczone do walki z okrętami podwodnymi a kolejne cztery mają za zadanie misje stabilizacyjne. Wszystkie okręty opierają swoją samoobronę na rakietach RAM. Dodatkowo fregaty ASW mają do dyspozycji 16 wyrzutni SeaSparrow, ale kierowane za pomocą radaru STIR, co jest już rozwiązaniem przestarzałym. Korwety nie posiadają środków do zwalczania okrętów podwodnych i są specjalizowane do zwalczania celów na powierzchni morza lub na lądzie. Flotę dopełnia sześć nowoczesnych okrętów podwodnych z napędem AIP oraz flotylla docelowo 10 okrętów przeciwminowych. Na razie nie mamy ogłoszenia oficjalnego odnośnie planowanych dwóch okrętów wsparcia (JSS).

Mamy więc do czynienia z szeregiem współgrających ze sobą powodów do takiej a nie innej decyzji. Jest to połączenie ekonomii z polityką przy jednoczesnej optymalizacji zdolności bojowych floty. Korwety K-130 reprezentują bowiem być może mniejszy potencjał niż przewidywany dla MKS-180 ale z pewnością większy od kutrów 143.

Czy taka flota spełni oczekiwania nakreślone bardzo ogólnie w Białej Księdze? W dużej mierze tak, chociaż diabeł tkwi w szczegółach. Jedenaście fregat wystarczy do prowadzenia dwóch operacji międzynarodowych jednocześnie i na udział w SNMG. Korwety oferują elastyczność w operowaniu na wodach przybrzeżnych od wschodniej części Morza Śródziemnego poprzez Bałtyk i Morze Północne aż po fiordy Norwegii. Dziesięć korwet to w razie konieczności znacząca siła na Bałtyku, którą zawsze mogą wesprzeć fregaty. Co do floty u-boot-ów to czytelnikowi zostawiam do rozważań cytat znaleziony w raporcie CSIS Undersea Warfare in Northern Europe:

Pomimo tego, że w sposób oczywisty sprawdzałyby się (U212) na Bałtyku, nie jest jasne do jakiego stopnia flota podwodna Niemiec operuje na tych wodach.

Czy z lektury Białej księgi Niemiec wypływają jakieś szczególne wnioski dla nas? Szczegóły, które mogą różnić Polskę od Niemiec to podejście do kwestii osłony linii żeglugowych i geografia. Z punktu widzenia Niemiec obrona terytorium odbywać się będzie na dość wąskim odcinku z pozycji środkowych. Polska miałaby długie wybrzeże będące flanką wszelkich operacji na lądzie czy na morzu. Niemniej możemy te teoretyczne rozważania pominąć bo i tak zarówno poprzedni rząd jak i obecny akceptuje korwety. Najrozsądniejszym i całkiem praktycznym wnioskiem jest połączenie wysiłków i zaproponowanie Niemcom zwiększenie serii o 2 jednostki zamówione w TKMS (plus Ślązak daje trzy) i budowę całej serii w polskich stoczniach pod nadzorem TKMS. Różnice w konfiguracji mogą być zmniejszone do minimum – C2, pojedynczy SeaRAM zamiast dwóch RAM pozostawiający pole manewru na przyszłość czy sonar. Przy tej okazji stara fregata mogłaby jeszcze skorzystać i zamienić stary Phalanx na bardziej użyteczny SeaRAM.

Takie rozwiązanie byłoby wykorzystaniem nadarzającej się okazji, która szybko może zniknąć, Walczy się tym co się ma a nie tym co jest w planach budżetowych na następne dziesięciolecia.

Apr 072016
 

Być może czas na zmianę kursu modernizacji naszej marynarki wojennej, co będzie problematyczne bo rozwój technologii wyprzedza nasze zdolności do uczenia się i adaptacji, czego historia Ślązaka jest dowodem. Defense News informuje, że mały ale wpływowy zespół analiz strategicznych przy US Naval War College i podległy bezpośrednio CNO został rozwiązany. Wydarzenie samo w sobie nie jest czymś niezwykłym dopóki nie przeczyta się uzasadnienia:

Adm. John Richardson, obecny CNO szuka sposobów przyśpieszenia procesów przyswajania wiedzy oraz przetwarzania informacji i według doniesień zdecydował, że okres ośmiu miesięcy jaki zajmował każdej powołanej grupie do przestudiowania problemu i stworzenia raportu to za długo.

Bezwładność naszych własnych instytucji jest o wiele bardziej porażająca i wszelkie próby centralizacji władzy i instytucji są drogą donikąd. Centralna władza jest bowiem w stanie przełamać bariery biurokracji i bezwładu ale nie jest w stanie promować innowacyjnego i niezależnego myślenia na szerszą skalę. Tymczasem w świecie dzieje się dużo nowego. Ostatnio ukazały się dwa raporty:

Pierwszy wprowadza w stan zaawansowania prac nad bronią laserową, działem elektromagnetycznym i Hypervelocity Projectile (HVP). Nawiasem mówiąc konia z rzędem temu, kto ładnie to przetłumaczy na język polski. Drugi raport dotyczy bardziej złożonej materii walki o spektrum elektromagnetyczne. Istotnym spostrzeżeniem w obu dokumentach jest to, że osiągnęliśmy granice możliwości pewnych sposobów walki i czeka nas zmiana taktyki. Dotyczy to zarówno obrony przeciwrakietowej, gdzie koszt systemów obrony rośnie o wiele szybciej niż koszt środków ataku jak i walki radioelektronicznej gdzie gwałtownie rośnie wrażliwość aktywnych sensorów i zakłóceń na przeciwdziałanie przeciwnika. Ten, kto właściwie odczyta znaki czasu i się zaadaptuje szybciej zyska przewagę przynajmniej na krótką metę. Być może świadomość osiągnięcia granic pewnych możliwości w połączeniu z tendencją do liniowych ekstrapolacji przyszłości powoduje popularne u nas przekonanie o niemożności przetrwania okrętów nawodnych na wodach przybrzeżnych.

Jest wiele możliwych sposobów na zwiększenie za pomocą taktyki i technologii skuteczności i przeżywalności sił nawodnych w konfrontacji z systemami bazującymi na lądzie. Wayne Hughes w książce „Fleet Tactics and Coastal Combat” podaje pięć stałych czynników wojny na morzu i pięć atrybutów sił morskich. Dodajmy, że są one na tyle uniwersalne, że można je chyba rozciągnąć na inne rodzaje sił zbrojnych.

Pięć „stałych” wojny na morzu:

manewr, siła ognia, rozpoznanie, przeciwdziałanie i dowodzenie (maneuver, firepower, scouting, counterforce, C2)

Pięć atrybutów sił morskich:

przywództwo, wyszkolenie, wytrzymałość, odporność, wyposażenie (Leadership, training, endurance, resilience, hardware)

Pomiędzy nimi istnieją zależności i synergie. Pozycja T w walce artyleryjskiej pokazuje jak manewr, czyli uzyskanie dogodnej pozycji może wzmocnić siłę ognia. Stworzenie pierwszych systemów kierowania walką umożliwiło zorganizowanie patroli myśliwców grup lotniskowców i zwiększyło ich odporność na atak. We wspomnianej książce mamy również świetnie opisaną zależność między siłą ognia a rozpoznaniem. Można bowiem wyróżnić trzy strefy działania, które ograniczają skuteczność siły ognia niezależnie od zasięgu używanej broni.

  • W strefie panowania potrzebujemy informacji do namierzania celu
  • W strefie wpływów potrzebujemy informacji do śledzenia celu
  • W strefie zainteresowania potrzebujemy informacji o wykryciu celu.

Przykład NDR-u pokazuje jak niezrównoważona inwestycje w siłę ognia i rozpoznanie ogranicza siłę ognia do pola widzenia Bryzy o wiele bardziej bezbronnej od okrętów nawodnych. Nawiasem mówiąc, ponownie można rozszerzyć to stwierdzenie na Kraby, Kryle, Homary i inne skorupiaki. W jakich więc obszarach nowe technologie oferują pokonanie osiągniętych barier?

  • Radary multistatyczne nie zwiększają siły ognia ale znacznie polepszają odporność na przeciwdziałanie przeciwnika i pośrednio wpływają na lepsze rozpoznanie. Źródłem aktywnym sygnału mogą być zarówno nadajniki z otoczenia jak i specjalne bezzałogowe źródła promieniowania. Jeśli nawet ulegną zniszczeniu, łatwo je zamienić czy wysłać w powietrze następne przy czym odbiornik wciąż może pozostać niewykryty.
  • Bezzałogowe pojazdy generujące zakłócenia działają dwojako. Mogą być alternatywą do taktyki nasycenia obrony poprzez zwiększenie prawdopodobieństwa przedarcia się przez obronę ograniczonej liczby pocisków. Wówczas zwiększają siłę ognia, ale mogą również być użyte do ograniczenia efektywności rozpoznania przeciwnika i wówczas stanowią element przeciwdziałania zwiększający odporność sił własnych.
  • Cele pozorne mają podwójna rolę. W obronie wymuszają większą salwę na przeciwniku podnosząc koszty ataku lub przy danej salwie zmniejszają prawdopodobieństwo trafienia a więc ponownie zwiększają odporność. W ataku mogą symulować własne rakiety co znacząco zwiększa wymagania dla obrony i wpływa pośrednio na zwiększenie siły ognia.

Lasery, działa elektromagnetyczne oraz HVP celują raczej w korzystniejszy stosunek kosztów obrony do kosztów ataku, ale ze względu na technologie użyte zwiększają pojemność magazynów amunicji a więc rośnie wytrzymałość (endurance) własnych sił. Żadna z tych technologii nie jest jeszcze w pełni gotowa, chociaż próby laserów na okręcie już się prowadzi a działo elektromagnetyczne planuje się zainstalowań na okręcie w tym roku. Może najmniej spektakularny ale dający szansę na szybkie wprowadzenie na uzbrojenie jest HVP. Okazało się bowiem przy okazji rozwoju działa elektromagnetycznego, że amunicja dla tego działa może być odpalana również z konwencjonalnej armaty 127 lub 155mm. Aktualnie uzyskany zasięg już jest porównywalny z amunicją Volcano. W podobnym kierunku idzie rozwój Miniaturowego Kinetycznego Pocisku Przechwytującego Lockheed-Martin o czym wspomina Defence24.

Artyleria ponownie odzyskuje swój uniwersalny charakter. Warto spróbować. Żródło - prezentacja NAVSEA

Artyleria ponownie odzyskuje swój uniwersalny charakter. Warto spróbować. Żródło – prezentacja NAVSEA

Jak powyższe technologie mogą wpłynąć na kształt floty i samych okrętów? Rośnie zapotrzebowanie na nosiciela pojazdów bezzałogowych, parafrazując – „drone carrier”. Drony będą liczne nie tylko ze względu na różnorodność zastosowania ale także na ich wpisaną w koncept akceptacje strat. Tania amunicja w postaci HVM czy miniaturowych rakiet kierowanych spowoduje wzrost gęstości obrony kosztem zasięgu. Walka o pasmo elektromagnetyczne przesunie środki inwestycyjne z aktywnej obrony kinetycznej na walkę o dominację w cyberprzestrzeni i paśmie elektromagnetycznym. Premiowana na okręcie będzie przestrzeń, wielofunkcyjność i moc generatorów oraz siła ofensywna. Do łask powinna wrócić artyleria o coraz większym zasięgu i uniwersalności. Potrzebna będzie przestrzeń wielofunkcyjna lub hangar oraz pokład lotniczy, być może również dok.

Dla nas wnioski mogą być radykalne. Klasyczna korweta nie spełnia większości tych wymogów i lepszym kandydatem byłby krytykowany LCS czy kuter US Coast Guard. Dobrym kandydatem są okręty desantowe LPD czy hybrydy jak Damen Crossover lub duński Absalon. Co zrobić z tak radykalnymi wnioskami? No cóż, władza scentralizowana ma tę zaletę, że może podjąć decyzję szybko a taką wadę, że poza nią decyzji nie podejmie nikt.

Mar 062016
 

W okresie od Forum Bezpieczeństwa Morskiego do ostatniego posiedzenia SKON-u politycy wypowiedzieli i niedopowiedzieli wystarczająco wiele kwestii aby zaniepokoić się o przyszłość Marynarki Wojennej RP. W wywiadach z przedstawicielami MON przewija się często wątek strategicznych korzyści danej inwestycji. Jaka jest więc w tym świetle strategiczna wartość floty?

Dwóch wielkich teoretyków wojny morskiej ma na ten temat trochę odmienne zdanie. „Floty istnieją dla ochrony handlu” twierdził Alfred Thayer Mahan i jego poglądy są tak samo aktualne dziś jak i na przełomie XIX i XX wieku. Z tego punktu widzenia, biorąc pod uwagę dominującą rolę transportu morskiego w światowym handlu, marynarki wojenne świata mają znaczenie i pozycję strategiczną. Kłopot polega na tym, że z globalnego handlu korzystamy wszyscy ale nie należy on do nikogo. Kto ma więc zająć się jego obroną? Ze światowych potęg Stany Zjednoczone mogą i i jeszcze chcą a Chiny chcą ale jeszcze nie mogą. Sir Julian Corbett swoje zdanie zawarł w bardziej rozwiniętej formie:

Ponieważ ludzie żyją na lądzie a nie na morzu, wielkie spory pomiędzy wojującymi narodami zawsze decydowały się – z bardzo nielicznymi wyjątkami – albo poprzez to, co własna armia mogła zdziałać przeciwko terytorium przeciwnika i jego narodowemu bytowi albo poprzez obawę, co flota może swojej armii uczynić możliwym do wykonania.

Takie postawienie sprawy czyni flotę narzędziem pomocniczym i podporządkowanym strategii walki na lądzie. Flota ma więc o tyle wartość strategiczną o ile jest w stanie stworzyć dźwignię strategiczną dla armii w jej działaniach. W tym przypadku nasz kłopot objawia się w tym, że flota z natury rzeczy zwraca się ku morzu i ochronie handlu a armia zachowuje się jak przysłowiowa Zosia Samosia i nie widzi korzyści z dodatkowego pola manewru na morskiej flance.

Ochrona żeglugi odegrała istotną rolę w obu ostatnich wojnach światowych, ale poniekąd związane to było z pozycją i istnieniem flot narodowych czy państwowych. Dzisiejsza bezosobowość handlu morskiego powoduje, że jego ochrona ma większe znaczenie w czasie pokoju niż wojny chociaż atak na linie żeglugowe może być zapalnikiem światowego konfliktu gdzie wszyscy walczą ze wszystkimi. Z kolei działania na flance armii są raczej domeną czasu wojny. Nadmierna orientacja na działania wojenne kosztem zapobiegania konfliktom jest zachowaniem podobnym do sytuacji znanej nam ze służby zdrowia. Wydajemy miliardy na leki i tylko miliony na profilaktykę. Obserwujemy nakręcającą się spiralę – im mniej prewencji tym większy koszt leczenia. Kontynuując tę analogię, złotówka wydana na profilaktykę daje o wiele większy zwrot niż ta sama złotówka wydana na leczenie. Odzwierciedlenie tej prawdy znajdujemy w marcowym numerze USNI Proceedings gdzie w rubryce World Navies in Review jej edytor Eric Wertheim tak podsumowuje miniony rok:

W ciągu całego poprzedniego roku siły morskie wielu narodów działały na, pod i nad powierzchnią światowych oceanów i wód przybrzeżnych jako instrumenty polityki państwa. Od prężenia muskułów do wsparcia humanitarnego, od uspakajania zaniepokojonych sojuszników do zbierania poufnych danych wywiadowczych, współczesne floty często były przeciążone lecz wciąż zdolne do wywierania bezpośredniego i nieproporcjonalnie dużego wpływu na światowej scenie.

Drugim rysem charakterystycznym marynarek wojennych obok zaskakująco dobrego zwrotu z inwestycji jest współpraca międzynarodowa. Wspomniany numer marcowy USNI Proceedings jest tradycyjnie poświęcony przeglądowi wydarzeń na świecie i od lat zawiera równie interesującą kolumnę The Commanders Respond. Z niej zaczerpnięto szereg poniżej wybranych cytatów:

Marynarka wojenna Finlandii współpracuje głównie z marynarką szwedzką ale z innymi również. Obecnie współdziała blisko z marynarką wojenną Niemiec w przedsięwzięciach zapobiegania kryzysom.

W początkach bieżącego tysiąclecia nasze floty rozpoczęły współpracę w dziedzinie operacji antykryzysowych i rozszerzyły ją o nasze oddziały piechoty morskiej. Kilka lat temu utworzono fundamenty pod ustanowienie wspólnego fińsko-szwedzkiego zespołu okrętowego (SFNTG)

– Rear Admiral Veijo Taipalus Finnish Navy

Wielkość floty ma znaczenie. Jako mała marynarka wojenna, powinniśmy być elastyczni w dopasowaniu się do standardów naszego większego partnera nie rezygnując z własnych podstawowych wartości. Jeśli jesteś większym partnerem, bądź otwarty na uczenie się od innych

– Lieutenant General Rob Verkerk Royal Netherlands Navy

Winston Churchill powiedział pewnego razu „Jest co najmniej jedna rzecz gorsza od wspólnej walki z sojusznikami – i jest to walka bez nich”. Ten cytat jest wciąż aktualny. Współpraca koalicyjna znaczy więcej niż kiedykolwiek.

Jako mały naród z ograniczonym budżetem i sąsiadując z jedną z najpotężniejszych flot, Norwegia polega na bliskich sojusznikach od dziesiątków lat. (To jest główny powód przystąpienia do NATO w 1949 roku). Gdy bliscy przyjaciele i sojusznicy idą ramię w ramię, możliwości i jakość szkolenia rosną niewspółmiernie. The Royal Navy’s Flag Officer Sea Training (FOST) w Devonport jest tego przykładem

– Rear Admiral Lars Saunes Royal Norwegian Navy

Nie tylko NATO ma swoje grupy okrętowe. Fińskie i szwedzkie okręty razem. Fot. www.annualreport.mil.fi

Nie tylko NATO ma swoje grupy okrętowe. Fińskie i szwedzkie okręty razem. Fot. www.annualreport.mil.fi

Wracając do pierwszych zdań tekstu, trudno nam ocenić, co się dzieje wewnątrz rządu i obozu prezydenckiego. Mamy do czynienia chyba z trzema wariantami wewnętrznej polityki:

  • w łamach rządu istnieją poważne różnice co do roli floty. To daje szanse koncepcjom współpracy międzynarodowej i programowi Rady Budowy Okrętów. Z drugiej strony przegrana może oznaczać porzucenie jakichkolwiek planów modernizacyjnych marynarki wojennej.
  • Rząd prowadzi działania propagandowe w celu przygotowania gruntu do negocjacji. Wówczas ma sens kontynuowanie dialogu w ramach istniejącego programu modernizacyjnego oraz zakresu jego modyfikacji. Główną osią konfliktu będzie wybór pomiędzy siłami nawodnymi i podwodnymi oraz rola okrętów nawodnych.
  • Rząd nie widzi żadnych strategicznych korzyści w rozwoju floty i sprowadzi marynarkę wojenną do statusu tak zwanej token navy. W takiej sytuacji każdy z nas będzie czynił tak, jak mu nakazuje poczucie obywatelskiego obowiązku. Rezygnacja pięciu generałów i ich wymiana „w locie” nie jest dobrym prognostykiem dla rządu i jego polityki.

Brak polityki informacyjnej tylko pogłębia atmosferę niepewności i utrudnia wymianę argumentów. Pozostaje lektura na temat “Cóż tam, panie, w polityce? Chińcyki trzymają się mocno!”

Dec 262015
 

W dyskusjach o kształcie czy wielkości Marynarki Wojennej RP brakuje często jakiejś miary dającej podstawę do ilościowej analizy. Ile potrzebujemy okrętów i jakich? Na to pytanie nie odwołany jeszcze plan modernizacji odpowiada „wszystkiego po trzy” na zasadzie jeden okręt na misji, drugi po a trzeci w remoncie, trakcie szkolenia itp. Tylko o jakiej misji mówimy w koncepcji Bałtyk Plus? Stałe uczestnictwo w zespołach NATO mogłoby być przesłanką dla tego sposobu myślenia, ale ani poprzedni rząd, ani tym bardziej obecny takiego założenia nie uczynił. Inną flotę potrzebujemy na czas pokoju a inną na czas wojny. W pierwszym przypadku potrzeby można zdefiniować na podstawie zadań rzeczywiście realizowanych, na co pośrednio wskazuje liczba dni spędzonych w morzu. Takie dane chyba nie są publikowane, dlatego kontynuując poniekąd mało naukową metodę przeglądania stron internetowych stworzono poniższą tabelę, odzwierciedlającą aktywność okrętów „bojowych” w 2015 roku na podstawie rubryki „aktualności” stron Centrum Operacji Morskich oraz obu Flotylli okrętów.

Dni w morzu.001

Od razu nasuwa się kilka refleksji lub koniecznych komentarzy. Jest to informacja być może całkiem niewiarygodna. Niemniej, jeśli błąd wynosi około 20-25% to nie zmieni on zasadniczo postaci rzeczy i ogólnej wymowy liczb. Jeśli natomiast błąd jest rzędu 100% lub więcej, to znaczy że dane są niemiarodajne, ale społeczeństwo nie jest świadome jak aktywna jest flota i w konsekwencji trudno mu ocenić jej wartość użytkową. Druga refleksja dotyczy możliwości pewnego zarzutu – nie pływamy, bo nie mamy czym. Niskie liczby mogą również oznaczać, że stan techniczny okrętów jest bardzo zły i należy podjąć decyzję co z tym zrobić. Jeśli tak nie jest i biorąc pod uwagę, że okrętów jest zwykle kilka w danej klasie to są one słabo wykorzystane w czasie pokoju. Dla przykładu statystycznie każdy okręt podwodny był tylko jeden tydzień w morzu. Kolejna rzecz rzucająca się w oczy to brak rutynowych zadań do wykonania za wyjątkiem uczestnictwa w SNMCMG-1. Politycy nie wykorzystują w żaden sposób narzędzia, jakie posiadają w postaci marynarki wojennej. Nic dziwnego, że idee Rzeczpospolitej Morskiej tak trudno przebijają się do świadomości zarówno polityków jak i społeczeństwa. Liczby (oprócz wspomnianego wyjątku współpracy z NATO) dotyczą szkolenia i ćwiczeń. Interesujące w tym kontekście słowa wypowiedział Szef Sztabu Wielkiej Brytanii, Sir Nicholas Houghton w czasie wykładu w Royal United Services Institute:

W typowy dla Zjednoczonego Królestwa sposób, spędzaliśmy znaczną część tego roku (i poprzedniego) na celebrowaniu rocznic. Bitwa pod Agincourt w 1415, Waterloo 1815, Gallipoli 1915 i 75 rocznice Bitwy o Wielką Brytanię. Tego rodzaju narodowe wydarzenia w połączeniu z ostatnimi doświadczeniami z Iraku i Afganistanu utrwalają w świadomości społecznej fałszywą ideę, że Siły Zbrojne służą przede wszystkim do toczenia wojen.

Do tego, aby oszacować liczbę potrzebnych okrętów w czasie pokoju potrzebna jest wiedza ile dni w roku okręt jest w stanie przebywać na morzu w normalnym reżimie pracy uwzględniającym drobne remonty naprawy i przeglądy. Współczesne okręty patrolowe są zbudowane do operowania przez 240 dni w roku, co wymaga pewnie jakiejś formy rotacji załogi. Jeżeli nie decydujemy się na takie rozwiązanie, przyjmijmy 50% czasu w morzu co jest ograniczeniem wynikającym z retencji załóg (przynajmniej to jest przypadek USN). Niezbędne jest chyba połączenie fregat i korwet wraz z nieperspektywicznymi (według planu modernizacji) małymi okrętami rakietowymi w jedną klasę. Biorąc pod uwagę powyższe wystarczy nam jedna fregata lub korweta do wypełniania zadań czasu pokoju. Mając jednak na uwadze, że zadania mogą być wykonywane równolegle przyjmijmy konieczność posiadania dwóch jednostek. Warto odnotować, że samo uczestnictwo w stałym zespole NATO generuje automatycznie potrzebę na dodatkowy okręt. W tym miejscu musimy się zatrzymać i spróbować użyć zdrowego rozsądku. Pod warunkiem słuszności przyjętych założeń, znajdujemy się w sytuacji posiadania wyremontowanej, starej fregaty o ograniczonych możliwościach oraz niedozbrojonego Ślązaka przy potrzebie posiadania dwóch jednostek. Pytanie brzmi, czy lepiej uruchamiać program budowy nowej serii (dwóch jednostek), czy też coś zrobić z tym, co posiadamy? Odpowiedź zależy również od decyzji, czy okręty mają być budowane w kraju, czy zagranicą. Pozostaje gorące pytanie korwety czy fregaty. Nasze jednostki przebywały na ćwiczeniach poza Bałtykiem 24 dni w 2015 roku, nie jest to więc skuteczny argument za posiadaniem fregat poza udziałem w Standing NATO Maritime Group. Sam udział w zespołach NATO ma z kolei jak dotychczas zbyt małą siłę przebicia.

Siły przeciwminowe to najbardziej aktywna część marynarki wojennej i zgodnie z tabelą oraz przyjętymi założeniami wymaga posiadania trzech jednostek, czyli program Kormoran zaspakaja nasze potrzeby czasu pokoju na tę klasę okrętów. Pewnym znakiem zapytania jest Czernicki wykorzystywany jako okręt dowodzenia siłami przeciwminowymi lub okręt logistyczny. Nie wymieniony w tabeli, spędził w morzu 17 dni według informacji podanych do ogólnej wiadomości. Innym tematem mającym potencjalnie wpływ na liczbę okrętów potrzebnych jest walka z podwodnymi dronami i monitorowanie asymetrycznych działań przeciwnika pod powierzchnią morza. Czy można takie zadanie powierzyć Kormoranom i i wówczas ich liczba wzrośnie, czy też powstanie potrzeba posiadania innych jednostek, być może większych i łączących w sobie również funkcje okrętu patrolowego (czytaj – jakie uzasadnienie w powyższym rozumowaniu ma Czapla?)

Na tym tle całkiem dobrze prezentują się nasze okręty desantowe. Dla tej klasy okrętów mniej istotna jest liczba dni w morzu co zdolność do przetransportowania określonej ilości ładunku w postaci ludzi, sprzętu czy zaopatrzenia. Dla celów kompanii rozpoznawczej w stylu skandynawskim wystarczyłyby łodzie CB-90, ale dla batalionu zmechanizowanego aktualnie pięć posiadanych Lublinów jest bardziej odpowiednie. Okręty mają już 25 lat służby za sobą więc nadchodzi czas by pomyśleć o ich następcach, co jest całkowicie w zasięgu możliwości naszego przemysłu stoczniowego. Źle by się stało, gdyby ta klasa okrętów zniknęła z naszej marynarki wojennej. Czy Lubliny powinny być zastąpione nowoczesnym okrętem wsparcia operacyjnego i czy Marlin powinien być okrętem klasy LPD/LHD/LHA? To bardzo zależy od rodzaju przewidywanych operacji desantowych i stanowiska armii w tej sprawie. Rajdy i małe desanty taktyczne są przeciwwskazaniem dla Marlina a ewakuacja, operacje humanitarne czy ekspedycyjne lub transport strategiczny są rekomendacją dla takiego okrętu.

Trudno coś powiedzieć na temat okrętów podwodnych, bo z definicji ich działalność jest okryta tajemnicą. Jako broń odmowy dostępu rzeczywiście ma niezbyt wiele do roboty w czasie pokoju. Z drugiej strony 30 dni w morzu dla pięciu jednostek jest słabą rekomendacją do wydania 6-8 mld PLN.

Podsumowując potrzeby minimalne floty czasu pokoju, nasza marynarka wojenna poza okrętami pomocniczymi składałaby się z:

  • dwóch korwet (lub fregat, jeśli znajdziemy właściwe argumenty),
  • trzech okrętów przeciwminowych
  • około pięciu okrętów desantowych LST lub alternatywnie pewną ilość tzw. ship-to-shore connectors jak francuski L-CAT

ship-to-shore connector łatwo można na Bałtyku zamienić na shore-to-shore. Foto www.cnim.com

ship-to-shore connector łatwo można na Bałtyku zamienić na shore-to-shore. Foto www.cnim.com

Otwartym pytaniem pozostałyby Czaple i ich liczba. Na korzyść okrętów patrolowych przemawia chęć wspierania i rozwijania krajowego przemysłu stoczniowego jako zaplecza dla marynarki wojennej. Byłby to krok w kierunku bardziej złożonych okrętów wyposażonych w być może system zarządzania walką opracowywany w CTM. Są to także w innych flotach okręty bardzo intensywnie używane w czasach pokoju. Na niekorzyść działa postrzeganie Czapli jako okrętu drugiej kategorii a więc do budowy w drugiej kolejności po okrętach „bojowych”.

Jak jednak powinna wyglądać flota czasu wojny? Dyskusja trwa głównie na forach internetowych, bo nawet oficjalny plan modernizacji skupiał się na zdolnościach nie podając nigdy teoretycznej czy koncepcyjnej podstawy. Nasze umiejscowienie w czasie i przestrzeni wskazuje na Rosję jako kraj potencjalnie nieprzyjazny i posiadający zdolność do wymuszenia na nas swoich żądań. Musimy jednak posiąść umiejętność umiejscowienia naszych obaw w rzeczywistej polityce zagranicznej Rosji. Chodzi o skupienie się się na tym czego Rosja chce a nie tym, co może. Dość dużo się mówi aktualnie o zagrożeniu ze strony Rosji, ale mało o tym jaki ma ono mieć charakter. Dzięki gen. Koziejowi, który zamieścił na Twitterze link, mamy dostęp do ciekawej analizy podejścia Rosji do współczesnych konfliktów. Poniższy rysunek zaczerpnięty z wymienionego artykułu Russia’s Approach to Conflict – Implications for NATO’s Deterrence and Defence jest autorstwa generała Gierasimowa, Szefa Sztabu Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej.

NATO on Russia.002

Przypatrując się szczegółom rysunku zwróćmy uwagę na kilka rzeczy:

  • użycie sił zbrojnych jest podporządkowane celom politycznym, jak twierdził Carl von Clausewitz. Działania militarne są więc tylko fragmentem większego planu,
  • tak zwane „kolorowe rewolucje” mogą być nie tylko zagrożeniem dla rządów autokratycznych ale również służyć im do podporządkowania sobie innych państw. Wówczas stają się swego rodzaju bronią ofensywną,
  • w cyklu rozwoju konfliktu politycznego poprzez fazę militarną do wygaszenia napięcia, stosunek środków nie-militarnych do militarnych wynosi 4:1.

Jeżeli spojrzeć na „menu” w poszczególnych fazach, to rozpoznamy działania już mające miejsce w rzeczywistości naszych wzajemnych stosunków z Rosją. Możemy również zidentyfikować potencjalne ruchy w sytuacji pogłębienia się sporów lub konfliktu; jak blokada ekonomiczna czy ataki cybernetyczne. Siła militarna jest wykorzystywana już w fazie początkowej konfliktu. „Strategic deployment” może przybrać również formę groźby, której należy przeciwdziałać demonstrując wolę oporu. Tak więc na tym etapie działania wojska wspierają wysiłki dyplomatyczne. Następny rysunek pokazuje jak zmienił się repertuar działań czysto militarnych w „kolorowych rewolucjach”.

NATO on Russia.001

Do przeszłości należą starcia dużych formacji wojsk, fizyczne zniszczenie armii przeciwnika i zajęcie jego terytorium. Teraz nacisk kładzie się na rozpoczęcie operacji militarnych już w czasie pokoju czyli zatarcie granicy pomiędzy wojną i pokojem, degradację krytycznej infrastruktury cywilnej i wojskowej z użyciem broni precyzyjnej, przyszłościowej, sił specjalnych na całej głębokości obszaru działania zarówno w przestrzeni fizycznej jak i informacyjnej. Nikt nie zamierza rzucić na nasz kraj tysięcy czołgów, bo nie ma takiej potrzeby. Niebezpieczeństwem dla nas jest raczej kraj podzielony, osłabiony i izolowany na arenie międzynarodowej. Niestety, jesteśmy aktualnie na drodze w tym właśnie kierunku.

W ramach opisanych schematów działania, Flota Bałtycka będzie w każdym wypadku narzędziem realizacji poszczególnych pozycji z „menu”. Dzięki innemu dokumentowi opublikowanemu ostatnio przez Office of Naval Intelligence mamy wgląd do prawdopodobnej struktury Floty Bałtyckiej po 2020 roku, co koresponduje z naszym cyklem planów modernizacyjnych. Raport nie mówi nic na temat wszelkich „drobnoustrojów” i tego co się z nimi stanie, ale wiadomo, że Rosja zamówiła siedem jednostek nowego typu Uragan o wyporności 800 ton uzbrojonych w osiem wyrzutni rakiet dalekiego zasięgu. Harmonogramu wycofywania ze służby dzisiejszych okrętów i wprowadzania do linii nowo wybudowanych jednostek pokazuje, że główny trzon floty będzie się składał z jednej fregaty oraz czterech korwet. Należy domniemywać, że będzie wspomagany przez siły amfibijne i przeciwminowe oraz być może 3-4 małe okręty rakietowe. Uderza przede wszystkim brak okrętów podwodnych i przydział nowo budowanych jednostek do Floty Czarnomorskiej a nie Bałtyckiej. Jeśli przewidywania potwierdzą się, to jedynymi krajami posiadającymi okręty podwodne na Bałtyku będą Niemcy i Szwecja, co stawia pod znakiem zapytania konieczność posiadania rozbudowanych sił zwalczania okrętów podwodnych dla marynarki wojennej wraz z koniecznością posiadania helikopterów pokładowych. Główną siłą uderzeniową Floty Bałtyckiej będą rakiety odpalane z okrętów, baterii nadbrzeżnych czy samolotów. Mając naprzeciw siebie takiego przeciwnika, trudno zignorować komentarz admirała Makarowa na temat bitwy u ujścia rzeki Yalu:

Uważa się, że pancerz okazał się zwycięski w tej bitwie: to nie jest prawda, gdyż nie możemy zapominać, że dobra armata daje zwycięstwo podczas gdy pancerz jest zdolny tylko opóźnić porażkę.

Mówiąc o flocie działającej w sytuacji przewagi ataku nad obroną nie unikniemy rozstrzygnięcia dylematu czy budujemy okręty Niezwyciężone, Niewidzialne czy Niepoliczalne, trawestując szwedzkie uzasadnienie dla Visby – Invincible or Invisible. Wybór pierwszej opcji to odwrócenie trendu przewagi ataku nad obroną i to w warunkach pozostawania w zasięgu baterii nadbrzeżnych. Przede wszystkim to oznacza eliminację niebezpieczeństwa saturacji obrony. Być może lasery przyniosą taką możliwość, ale nie dzisiaj. Opcja niewidzialności ma swoje ograniczenia i nie ma żadnego poparcia w naszym kraju. Visby nie wzbudził większego zainteresowania, chyba tylko jako ciekawostka techniczna. Rozproszenie promuje stronę o lepszej orientacji w sytuacji, czyli posiadającej lepsze rozpoznanie i systemy dowodzenia. Dodatkową korzyścią jest rozproszenie siły ofensywnej, co wymusza śledzenie najmniejszego nawet nosiciela rakiet. Świetnym podsumowaniem jest tekst na Information Dissemination zwłaszcza fragment o rezultacie ćwiczeń z marca 2014 odnośnie operacyjnego użycia LCS. Przy zadanym budżecie maksymalizacja liczby jednostek oznacza minimalizację kosztu jednostkowego. To z kolei implikuje uboższe wyposażenie i uzbrojenie. Ponieważ dominująca tendencją jest maksymalizacja zdolności bojowych w ramach dostępnej wyporności, jedyną metodą jest sztuczne ograniczenie wielkości okrętu. To rodzi pytanie jaka wyporność minimalna ma sens, patrz dyskusja o 1.000 tonowym limicie dla Okrętu Obrony Wybrzeża.

Pytanie o kształt floty czasu wojny pozostaje otwarte, bo najbardziej zależy on od naszego postrzegania roli Polski w Europie oraz naszej otwartości na świat. Aktualnie zaczynają dominować w polityce poglądy narodowe i ksenofobiczne co spycha Marynarkę Wojenną RP do roli floty obrony wybrzeża, ale z drugiej strony nie da się budować floty na cztery lata tylko na kilkadziesiąt więc niezbędna jest refleksja strategiczna o długim horyzoncie czasowym. W tym kontekście korweta staje się wymuszonym kompromisem, okrętem za małym dla działań w stałych zespołach NATO i być może za dużym na liczną klasę okrętów obrony wybrzeża. Konsekwencje tego sformułowania otwierają jednak nowe możliwości, o czym w następnym wpisie.