Dec 152015
 

Środowisko skupione wokół Rady Budowy Okrętów przygotowuje projekt doktryny morskiej dla Rzeczpospolitej i jej marynarki wojennej. Nieposiadanie takiego dokumentu jest nie tak bardzo skutkiem biurokratycznych zaniedbań, co wyrazem braku wizji wykorzystania Marynarki Wojennej RP zarówno w dziedzinie militarnej jak i polityki międzynarodowej. Prowokacyjnie można by stwierdzić, że jest to choroba większości dotychczasowych ekip rządzących z tym, że objawy się nasilają. Tkwimy w pewnym zawieszeniu i próżni koncepcyjnej, którą można rozciągnąć na całe siły zbrojne i politykę zagraniczną. Tak więc każdą próbę społeczną wypełnienia tej luki należy szanować i przyjąć z otwartą życzliwością. Swego czasu uczono mnie formułować myśl w jednym zdaniu zawierającym nie więcej niż dziesięć słów. W ten sposób wymusza się na autorze sprecyzowanie swoich idei i przekazania ich w sposób maksymalnie klarowny dla odbiorcy. Czy jesteśmy więc w stanie sformułować sens istnienia Marynarki Wojennej RP w taki sposób? Slogan reklamowy dałby szansę na większą akceptację społeczną i zyskanie prostych argumentów w rozmowach o flocie. Czy inne marynarki wykorzystują takie podejście? Niektóre z nich ewidentnie tak:

  • Wir. Dienen. Deutschland. (Deutsche Marine).
  • Protecting our Nation’s Interests. Guardian and Diplomat. (Royal Navy).
  • Forward. Engaged. Ready. (US Navy). 
  • Securing the Sea and the Coastline. (Merivoimat – Finlandia).

Rzut oka na strony internetowe przypadkowo wybranych jedenastu flot europejskich (lub sił zbrojnych ogólnie) oraz US Navy pozwala na wniknięcie trochę głębiej w strukturę ich zadań zarówno politycznych jak i militarnych. Wyłania się z nich kilka powtarzających się funkcji floty uzasadniających ich istnienie. Społeczna i polityczna aprobata tych funkcji pozwala na stabilne finansowanie rozwoju marynarek wojennych krajów wymienionych w tabeli.

Funkcje Flot.001

Z powyższego zestawienia wyłania się pewien obraz. Tylko dwie floty posiadające własne strony internetowe wymieniają obronę kraju jako swoje podstawowe zadanie – fińska i włoska. Są to na tyle różne kraje aby można było odrzucić jakiś wspólny rys charakterystyczny. W dwóch pozostałych krajach wspominających o obronie terytorialnej, stwierdzenie dotyczy całych sił zbrojnych a nie marynarki wojennej. Są to Norwegia i Polska. Zdecydowana większość zadań związana jest z realizacją celów polityki zagranicznej jak obrona interesów czy współpraca na rzecz bezpieczeństwa międzynarodowego. Wśród krajów omawianych tylko Finlandia nie wymienia na pierwszym miejscu żadnej funkcji bezpośrednio wskazującej na międzynarodowy charakter poza granicami kraju. Nawet na stronie naszego MON-u w rozwinięciu pierwszego zdania znajduje się odniesienie do bezpieczeństwa międzynarodowego i udziału naszych sił zbrojnych w jego utrzymaniu:

Siły Zbrojne Rzeczypospolitej Polskiej służą ochronie niepodległości państwa i niepodzielności jego terytorium. Zapewniają bezpieczeństwo i nienaruszalność jego granic. Jako podstawowy element systemu obronnego państwa uczestniczą w realizacji polityk: bezpieczeństwa i obronnej.

Siły Zbrojne RP utrzymują gotowość do realizacji trzech rodzajów misji:

  • zagwarantowania obrony państwa i przeciwstawienia się agresji w ramach zobowiązań sojuszniczych
  • udziału w procesie stabilizacji sytuacji międzynarodowej oraz w operacjach reagowania kryzysowego i humanitarnych
  • wspierania bezpieczeństwa wewnętrznego i pomoc społeczeństwu

Tylko dwa kraje – Francja i Stany Zjednoczone w sposób otwarty mówią o funkcji odstraszania. Ciekawostką jest, że Royal Navy posiadając w swym arsenale strategiczną broń jądrową nic na ten temat nie wspomina w pierwszym akapicie mówiącym o misji floty jej królewskiej mości. Inną ciekawostką jest deklaracja sił zbrojnych Królestwa Danii ( w wersji angielskiej by uniknąć błędów interpretacji) – By being able to fight and win, Danish service men and women promote peaceful and democratic development in the world and a secure society in Denmark. Nic dziwnego, że okręty podwodne i StanFlex 300 zamieniono na ekonomiczne fregaty o dużym zasięgu pływania. Innym interesującym aspektem jest wyróżnienie przez pięć flot ochrony żeglugi i handlu morskiego jako istotnej roli do spełnienia. Taki wybór wydaje się oczywisty dla Royal Navy czy US Navy. Również Holandia w swej historii zawsze była potęgą handlową uzależnioną od handlu morskiego, ale Finlandia? Przypadek zasługujący na uwagę czy też skrajny pogląd do odrzucenia?

Z pewnością nie powinniśmy bezmyślnie naśladować innych ale nie powinniśmy jednocześnie odrzucać całkowicie doświadczenia tylu krajów i dorobku intelektualnego ich marynarek wojennych. Fakt tak silnej orientacji flot europejskich na realizację celów polityki zagranicznej państw wynika z doświadczenia historycznego przydatności flot w czasie pokoju i zapobieganiu konfliktom. Jest jednak nade wszystko wyrazem woli rządów tych państw do świadomego użycia marynarki wojennej jako instrumentu polityki zagranicznej. Okręty wojenne oferują politykom możliwość demonstracji siły i stosowania przymusu bez naruszania integralności terytorialnej. Zgodnie z zasadą symetrii dla Polski oznacza to nie tylko możliwość spełnienia takiej roli floty dla naszego kraju ale również uniemożliwienie potencjalnym przeciwnikom wykorzystania ich floty przeciwko nam. Największym zagrożeniem nie jest otwarta wojna totalna z Rosją, ale tlący się ograniczony konflikt z użyciem sił zbrojnych połączony z taktyką salami. To grozi erozją spójności sojuszy i osamotnieniem Polski a w rezultacie powolnym słabnięciem sił moralnych i materialnych kraju. W takim scenariuszu rola floty to zapobieganie konfliktom lub ich wygaszanie oraz zapobieganie erozji więzi sojuszniczych. Życie coraz częściej przynosi nam wiadomości ze świata mogące posłużyć jako przykład tego, co w końcu może się wydarzyć na Bałtyku. Próby rosyjskiej marynarki zablokowania budowy mostu energetycznego Litwy ze Szwecją czy ostatnie incydenty ze statkami pod banderą Turcji są wskazówką. Nietrudno również podać kilka scenariuszy jakie Rosja może rozważać w obronie NordStreamu.

Czy fregata w cenie korwety  jest w stanie zmienić jej postrzeganie? Foto www.shipspotting.com

Czy fregata w cenie korwety jest w stanie zmienić jej postrzeganie? Foto www.shipspotting.com

Dla realizacji wymienionych funkcji najlepiej nadają się okręty nawodne i przy akceptacji pewnych kompromisów nie muszą być wcale bardzo drogie, co pokazuje przykład duńskich fregat. Aspekt finansowy nie jest być może najważniejszy, ale liczebność naszej floty już tak, biorąc pod uwagę z góry założoną jej skromną wielkość. Tak więc przy zadanym budżecie albo maksymalizujemy jakość okrętów ograniczając ich liczbę drastycznie, albo określamy niezbędne minimum zdolności i dążymy do maksymalizacji liczebności floty. Sojusznicze operacje w czasie konfliktu lub samodzielne w czasie pokoju promują wariant pierwszy. Samodzielne operacje w czasie konfliktu lub lokalne wsparcie sojuszników na Bałtyku skłaniają do wyboru wariantu drugiego. Jest wiele innych czynników wpływających na taki czy inny wybór, ale podstawową sprawą jest wola społeczeństwa i rządu otwarcia się na świat lub zamknięcia w zaklętym kręgu historii stosunków polsko-rosyjskich. I nie oznacza to, że Rosja nie stanowi dla nas zagrożenia. Trzeba mieć jednak świadomość bycia zwykłym pionem na światowej szachownicy, na której Rosja rozgrywa swe globalne posunięcia. Patrzmy nie tylko na możliwości Rosji, ale również na intencje. Charakterystyczny jest fakt dyskutowania zawzięcie parametrów technicznych okrętów wciąż pozostających na papierze przy jednoczesnym braku jakiejkolwiek dyskusji o doktrynie morskiej Rosji. Jakie są strategiczne obszary zainteresowania Rosji i jakie kluczowe interesy? W końcu rola marynarki wojennej Federacji Rosyjskiej jest nakreślona wyraźnie:

Военно-Морской Флот jest rodzajem Rosyjskich Sił Zbrojnych odpowiedzialnym za zbrojną ochronę interesów Rosji i prowadzenie działań na morskim teatrze wojny.

Powróćmy po tych dłuższych dywagacjach do pytania o hasło dla Marynarki Wojennej RP. Z wyżej podanych przykładów niemiecki wydaje się dla nas zbyt ogólny, brytyjski zbyt dyplomatyczny, amerykański zbyt globalny natomiast fiński jest dobrym tropem. Uwzględnia nasze lęki ale pozostawia otwartą furtkę na świat wskazując jednocześnie na typowo morskie zadania do wykonania. Ulegając nieco aktualnej modzie propozycja dla Polski byłaby patriotyczna, patetyczna i nieco poetycka:

Broni na morzach mienia i obywateli Rzeczpospolitej, sławi jej imię i zapewnia dostęp do morza

Ze względu na wspomniany charakter patetyczny i poetycki, zdanie należałoby przetłumaczyć na bardziej praktyczny język. Oznacza możliwość ale i obowiązek:

  • oczywistej samoobrony okrętów wojennych Marynarki Wojennej RP
  • ochrony statków pod polską banderą oraz ładunków będących własnością polską przewożonych pod innymi banderami
  • ochronę życia obywateli polskich, gdziekolwiek się znajdują
  • ochronę instalacji i infrastruktury na morzu lub jego dnie będących mieniem polskim
  • obrona prawa do eksploracji mórz zgodnie z porządkiem prawnym
  • reprezentowanie obecności Rzeczpospolitej i jej interesów na morzu
  • szeroko pojęta aktywność dyplomatyczna od demonstrowania bandery, poprzez budowę sojuszy aż do stosowania przymusu
  • obrona baz morskich i portów wraz z podejściami do nich
  • wspieranie wojsk lądowych i lotnictwa w operacjach w pasie nadbrzeżnym

Od naszych ambicji i przeznaczonych środków materialnych zależeć będzie zasięg geograficzny realizacji powyższych zadań jak i poziom zagrożeń, przed którymi będziemy w stanie się bronić. Dla przykładu, okręt patrolowy może chronić mienie na Bałtyku i poza nim przed zagrożeniami asymetrycznymi, korweta przed atakiem z ograniczonym użyciem nowoczesnej broni na wodach przybrzeżnych a fregata przed atakiem zbrojnym w trzech wymiarach na dowolnym akwenie morskim. Z powyższego zestawu raczej typowych zadań ale przystosowanych do lokalnych warunków można wysnuć kilka postulatów pod adresem klas okrętów i wypełnianych przez nie funkcji.

  • Okręty patrolowe zbierają informacje o sytuacji na powierzchni wody, pod wodą i w spektrum elektromagnetycznym. Mają ograniczone możliwości zwalczania zagrożeń w wymienionych obszarach plus podstawowe zdolności do samoobrony. Mocny punkt tej klasy to użyteczność i ekonomiczność. Słaby punkt to brak wsparcia w radzeniu sobie z naszymi lękami przed najazdem sąsiadów.
  • Okręty przeciwminowe służą do zwalczania zagrożeń spod wody (za wyjątkiem okrętów podwodnych) co oznacza rozszerzenie ich funkcji o zwalczanie zagrożeń asymetrycznych i podwodnych dronów. Ich zdolności do samoobrony powinny być uzupełnione co najmniej o środki pasywne. Klasa okrętów znajdująca akceptacje wśród polityków i pożyteczna, jednocześnie zbyt droga by być bezbronną.
  • Korwety służą do ochrony przed ograniczonym atakiem z powietrza i wody na wodach przybrzeżnych oraz posiadają broń ofensywną do zwalczania celów na powierzchni morza lub lądu. Dlaczego nie ASW – patrz przedostatni akapit. Klasa reprezentuje wstępny poziom dobrej kombinacji zdolności ofensywnych i dzielności morskiej, może jednak okazać się zbyt droga w porównaniu z oferowanymi korzyściami.
  • Fregaty są podstawowym okrętem eskortowym na dowolnym akwenie morskim, wyspecjalizowanym bądź do zwalczania okrętów podwodnych bądź do strefowej obrony przeciwlotniczej. Mogą działać zarówno na Bałtyku jak i poza nim, samodzielnie lub w ramach zespołów sojuszniczych. Pomimo bycia zasadniczo okrętem eskortowym, fregata w naszych warunkach staje się w sposób naturalny trzonem „battleforce” co może wzbudzić kontrowersje na temat przeznaczenia okrętu i stosunku ryzyka do poniesionych kosztów.
  • Systemy nadbrzeżne jak Morska Jednostka Rakietowa, lotnictwo morskie, obrona przeciwlotnicza czy drony. Zapewniają obronę baz morskich i podejść do nich pozostając pod parasolem ochronnym całego systemu obrony kraju. Realizują koncepcję „floty fortecznej” lub też odmowy dostępu. Mają dużą szansę ze względu na wspomniane lęki chociaż realizują tylko jedno z wymienionych zadań. Dobra okazja dla rodzimego przemysłu by się wykazać, zwłaszcza w systemach bezzałogowych. Ich zaletą jest możliwość korzystania z małych portów wzdłuż wybrzeża. Tu dygresja – czyżbyśmy odkryli źródło narzuconego limitu 1.000 ton na Okręt Obrony Wybrzeża? Tylko taki może bazować w być może dwóch portach oprócz Gdyni i Świnoujścia.
  • Okręty desantowe lub transportowe pozwalają na wsparcie operacji w pasie nadbrzeżnym. Biorąc pod uwagę doświadczenia historyczne wojen na Bałtyku i Morzu Czarnym, ta klasa jest użyteczna w rajdach i desantach taktycznych na bliskie odległości i nie musi być kojarzona z projekcją siły w operacjach ekspedycyjnych. Funkcja niedoceniana i odziedziczona po doktrynie Układu Warszawskiego może stać się zalążkiem współpracy z armią w połączonych operacjach obronnych. Dobry sposób na demonstrowanie siły i woli, co wykorzystują Rosjanie. Całkowicie w zakresie naszych zdolności przemysłowych.
  • Okręty podwodne to obok fregat najbardziej gorący temat dyskusji. Powszechnie uważane za potężne narzędzie doktryny odmowy dostępu i zwalczania żeglugi, mogą być również użyteczne do blokady lub skrytego rozpoznania. Przyjmijmy za minimalną bezpieczną głębokość operacyjną 40m dla klasycznych okrętów podwodnych i spójrzmy na poniższą mapę Bałtyku. Wówczas odkryjemy, że odmowa dostępu czy obrona przed desantem nie wchodzi w grę, bo jest za płytko. Zwalczanie żeglugi jest możliwe w strefach wyłączności ekonomicznej innych państw, zwłaszcza tradycyjnie neutralnej Szwecji. Poza dyskusją w czasie pokoju a w czasie wojny bez znaczenia strategicznego zarówno dla nas jak i Rosji. Pozostaje blokada, która jest możliwa tylko w czasie wojny i tylko pod warunkiem utrzymania operacyjnie bazy w Gdyni. Konwencjonalne odstraszanie strategiczne jest argumentem dla polityków szukających głosów wyborczych, ale nie ma uzasadnienia militarnego. Przy swoim koszcie jest to najbardziej kontrowersyjny program modernizacyjny marynarki wojennej.
obszary o głębokości poniżej 40m są niebezpieczne dla OP

obszary o głębokości poniżej 40m są niebezpieczne dla OP

Historia Planu Modernizacji Marynarki Wojennej i całych Sił Zbrojnych jest dowodem na brak zgody co do koncepcji i doktryny a nie braku pieniędzy. Niewydolność biurokracji i słaba konkurencyjność rodzimego zaplecza przemysłowego tylko kryzys pogłębia. Nowy rząd bije na alarm, że czas biegnie i jest go coraz mniej wobec nadchodzącego niebezpieczeństwa, ale na razie zamiast decyzji mamy audyt.

Nov 242015
 

Świeżo opublikowany przegląd strategiczny Wielkiej Brytanii jest sam w sobie interesującą lekturą, ale proponuje spojrzeć na niego trochę pod innym kątem. Jest to bowiem dokument napisany w sposób dość zwięzły i wiążący ze sobą cele i środki do ich realizacji oraz podany w sposób przystępny dla przeciętnego czytelnika i obywatela Zjednoczonego Królestwa. Jest również na tyle uniwersalny, że odnaleźć w nim można sporo odniesień do naszego regionu i sytuacji Polski. We wstępie premier Wielkiej Brytanii definiuje sedno i początkowy impuls dla przeglądu strategicznego:

U samego źródła leży zrozumienie, że nie możemy wybierać pomiędzy klasyczną obroną przed zagrożeniami ze strony państw i potrzebą zwalczania zagrożeń ponad narodowych nie uznających granic. Dzisiaj stoimy w obliczu obu możliwości i musimy być gotowi na obie.

Wojna na Ukrainie pokazała, że mamy mamy trzecią opcje – zagrożenie ze strony państwa maskującego swoją obecność, a więc fuzję dwóch zagrożeń wymienionych przez Davida Camerona. Całość dokumentu w dalszym ciągu to rozwinięcie szczegółowe trzech podstawowych zadań bezpieczeństwa państwa, z których poniżej wymienione są dwa:

  • Zadaniem Nr 1 Bezpieczeństwa Narodowego jest ochrona naszych obywateli – w kraju, w naszych terytoriach Zamorskich i za granicą oraz ochrona naszego terytorium, bezpieczeństwa ekonomicznego, infrastruktury i sposobu życia.
  • Zadaniem Nr 2 Bezpieczeństwa Narodowego jest globalna projekcja naszych wpływów – ograniczenie prawdopodobieństwa powstania zagrożeń oddziałujących na Zjednoczone Królestwo, nasze interesy oraz interesy naszych sojuszników i partnerów.

Nie mamy terytoriów zamorskich, ale mamy chyba obowiązek chronić naszych obywateli i mienie za granicą. Podobnie nie mamy ambicji bycia graczem światowym, ale rozwinięcie głównego hasła już ma zastosowania do naszych problemów ze wschodnim sąsiadem. Jest to podejście wykraczające poza ramy jednostronnej wizji zagrożenia inwazją ze wschodu i takie, które w sposób płynny łączy obronę kraju z polityką zagraniczną i obroną interesów. To jest coś, czego nam brak.

Cztery wyzwania wymienione w dokumencie są uniwersalne.

  • Rosnące zagrożenie ze strony terroryzmu, ekstremizmu i niestabilności.
  • Powrót zagrożeń ze strony państw i wzmagająca się szersza rywalizacja pomiędzy państwami.
  • Wpływ technologii a zwłaszcza zagrożeń cybernetycznych oraz innych technologii szeroko pojętych.
  • Erozja porządku międzynarodowego opartego na zasadach, co czyni trudniejszym osiąganie porozumienia i stawianie czoła globalnym zagrożeniom.

Możemy się jedynie spierać, co do kolejności i umieścić terroryzm i ekstremizm niżej na liście priorytetów, o ile nam na to pozwoli rozwój wydarzeń. Mądry Polak po szkodzie, mówi przysłowie. Okręty patrolowe tak niedoceniane i brak zainteresowania granicą południową Europy dzisiaj skutkuje falą imigrantów nie do opanowania i wołaniem o uszczelnienie granic Unii. No cóż, nasz wspólny dom zwany Europą ma i wschodnią i południową a nawet północną granicę i właśnie nas to dopada. Mamy dużo szczęścia do tej pory, że nie jesteśmy celem zamachów, ale problemy związane z falą uchodźców i konsekwencjami tego faktu pukają dosłownie do naszych drzwi. Spokój i porządek wewnątrz Europy chwieje się, a zestrzelenie przez Turcję rosyjskiego samolotu pokazuje jak łatwo tak lubiany przez nas paragraf 5-ty może nas wciągnąć w wir wydarzeń daleki od naszych wyobrażeń, choć paradoksalnie związany z Rosją.

Dokument podkreśla wagę współpracy w ramach sojuszy i porozumień dwustronnych. Przykładem jest zdanie o naszym regionie demonstrujące wagę zabiegów dyplomatycznych w budowaniu wspólnego frontu:

W uzupełnieniu do naszej pracy w ramach NATO, Joint Expeditionary Force jest wynikiem współpracy Norwegii, Danii, Estonii, Litwy i Łotwy pod przewodnictwem Wielkiej Brytanii. Razem doskonalimy naszą zdolność szybkiego reagowania na kryzys zarówno samodzielnie jak i w ramach szerszej koalicji. Pracujemy również z naszymi partnerami Grupy Północnej, a zwłaszcza z Polską, Szwecją i Finlandią promując bardziej efektywną współpracę w zakresie obrony w północnej Europie.

Jakkolwiek Polska jest również wymieniona wśród partnerów europejskich, nie zakładajmy zbyt wiele i miejmy świadomość szerszych horyzontów polityki brytyjskiej:

Rosja jest jednym z pięciu stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ i pomimo dzielących nas różnic, będziemy szukać dróg współpracy i zaangażowania Rosji w wielu aspektach światowego bezpieczeństwa, takich jak zagrożenie ze strony ISIL.

Rozwinięcie Zadania Nr 1 czyli zapewnienia bezpieczeństwa obywateli, dla Wielkiej Brytanii oznacza realizację kilku wyraźnie określonych postulatów:

  • Odstraszanie
  • Obrona niezawisłości Państwa
  • Obrona terytoriów Zamorskich
  • Zwalczanie wrogiej działalności wywiadowczej
  • Ochrona granic
  • Asysta konsularna i ochrona obywateli Zjednoczonego królestwa za granicą.

Odstraszanie jest pojęte szeroko a nie sprowadzone do możliwości odpalenia kilku rakiet z okrętów podwodnych. Dokument mówi o użyciu sił zbrojnych z użyciem broni jądrowej w ostateczności, ale także dyplomacji, wpływów ekonomicznych, wymuszaniu porządku prawnego, ofensywnych atakach cybernetycznych czy też działaniu sił specjalnych i wywiadowczych, czyli również wykorzystaniu tak zwanej soft power. Ponownie lista może być zaaplikowana do naszych warunków z wyłączeniem obrony terytoriów zamorskich i ponownie demonstruje szerokie spektrum działań i niezbędnych środków, niekoniecznie militarnych. To, co dla naszych dyskusji jest istotne, to spojrzenie co najmniej regionalne i ponad granicami. Ciekawe ile jesteśmy gotowi wydać na ochronę obywateli RP poza granicami kraju? I czego nam do tego potrzeba?

Dalej dokument określa zarówno politykę obronną jak i strukturę sił zbrojnych do jej realizacji. Doktryna obronna zakłada osiem funkcji do wypełnienia przez siły zbrojne, podzielone na dwie grupy po cztery. Pierwsza mówi o działaniach rutynowych, w domyśle – pokojowych:

  • Bronić i wzmacniać bezpieczeństwo kraju oraz jego odporność
  • Prowadzić odstraszanie nuklearne
  • Wnosić wkład w lepsze zrozumienie świata poprzez wywiad strategiczny i globalną sieć obrony z sojusznikami i partnerami.
  • Wzmacniać międzynarodowe bezpieczeństwo i wspólne możliwości naszych sojuszników, partnerów i międzynarodowych instytucji.

Następna grupa czterech celów odnosi się do działań kryzysowych:

  • Przeprowadzać akcje humanitarne i ratownicze
  • Przeprowadzać operacje projekcji siły
  • Prowadzić operacje przywracania pokoju i stabilizacyjne
  • Prowadzić operacje wojenne, jeśli to konieczne, włączając te prowadzone na podstawie paragrafu 5-go układu NATO.

Ponownie z naszego punktu widzenia, być może jest w nas chęć zmiany kolejności priorytetów, ale są one ułożone zgodnie z malejącym prawdopodobieństwem wystąpienia. Za wyjątkiem odstraszania nuklearnego i projekcji siły całe menu jest zgodne z naszymi własnymi celami i zadaniami. Jak wspomniano, możliwa jest dyskusja nad kolejnością czy wagą poszczególnych punktów, co powinno zaowocować nieco inna strukturą sił zbrojnych czy też marynarki wojennej. Kilka uwag odnośnie przewidywanych sił Royal Navy. Przegląd potwierdza wolę utrzymania komponentu odstraszania nuklearnego oraz projekcji siły w postaci czterech SSBN oraz obu lotniskowców z zastrzeżeniem, że tylko jeden będzie w gotowości w danym czasie. Przecina się dyskusje na temat samolotów patrolowych – będzie zakup ośmiu sztuk, co jest niewątpliwie wynikiem incydentów z rosyjskimi okrętami podwodnymi u wybrzeży Wielkiej Brytanii a zwłaszcza w pobliżu bazy dla SSBN. Globalne zobowiązania Royal Navy wymagają również wzmocnienia sił logistycznych, co zostało uwidocznione w Przeglądzie. Dla nas dwie ciekawostki – jedna to sześć okrętów patrolowych, które nigdy nie cieszyły się wsparciem marynarzy. Częściowo jest to wymuszone koniecznością wsparcia przemysłu stoczniowego niemniej ciekawe będzie zobaczyć, jak będą wykorzystane. Równie ciekawe to fakt, że żaden nie ma hangaru dla śmigłowca. Druga ciekawostka dotyczy fregat – ich totalna liczba pozostaje bez zmian, ale struktura już nie. Wygląda na to, że z 19 jednostek sześć to będą niszczyciele T45, osiem to nowe fregaty T26 ale pozostałe mogą być mieszaniną wciąż pozostających w służbie lecz wycofywanych T23 plus być może nowych „lekkich fregat”. Na marginesie, wszelkie wysiłki zbudowania tanich fregat kończą się najwyraźniej nowymi projektami ponownie tanich okrętów. Wielka Brytania idzie śladami Francji, która w swym ostatnim przeglądzie strategicznym również mówi o nowych, tanich fregatach TFI w zakresie 5.000 ton uzupełniających FREMM-y.

Tylko 8 sztuk. Za drogi. Foto www.royalnavy.mod.uk

Tylko 8 sztuk. Za drogi. Foto www.royalnavy.mod.uk

Wśród innych ciekawostek jest fragment o cyberbezpieczeństwie. Właściwie o tym wiemy, ale nie wiem czy coś w tym względzie robimy. Będąc po „cywilnej” stronie gospodarki, nie zauważyłem żadnych działań.

Duża część naszej infrastruktury znajduje się w rękach prywatnych. Rząd będzie współpracował z właścicielami infrastruktury i ich operatorami w celu ograniczenia ryzyka złośliwych ataków i naturalnych nieszczęść. Zapewnimy, aby rząd posiadał właściwe narzędzia do zapewnienia odporności naszej infrastruktury na przyszłe zagrożenia.

Wzmocnimy odporność Wielkiej Brytanii na przerwy w zasilaniu.

Interesujący dla nas będzie fragment o narodowym przemyśle obronnym. Rząd Jej królewskiej Mości nie gwarantuje zakupów w krajowych firmach lecz dążąc do najlepszego stosunku wartości do ceny ma „podejmować akcje pomagające przemysłowi obronnemu we wzroście i konkurencyjności”. Kilka szczegółów pozwalających lepiej zrozumieć ideę i odróżnić ją od naszych pomysłów. Sektor obronny w Wielkiej Brytanii przynosi rocznie 30 miliardów funtów przychodu z czego 11.9 miliarda z eksportu. Czyli 30%, tak więc ma dość mocne podstawy do utrzymania niezależności. W sytuacji, gdy brakuje zamówień, rząd wspiera stocznie. W oczekiwaniu na budowę fregat T26, zamówiono trzy OPV podobne do okrętów Trynidad i zamówienie będzie rozszerzone o dwie następne jednostki. Tyle, że koszt jednego okrętu wyniesie 116 mln funtów wobec 44 mln za Trynidad. Czy jesteśmy gotowi dla podtrzymania własnego przemysłu stoczniowego przepłacać 2.5 raza?

Wystarczająco dobry dla RN nawet bez hangaru, ale drogi. Foto www.savetheroyalnavy.org

Wystarczająco dobry dla RN nawet bez hangaru, ale drogi. Foto www.savetheroyalnavy.org

Całkiem przeciwnie do nas, konkurencyjność przemysłu wspiera się poprzez „ustanowione forum dedykowane do potrzeb małych i średnich dostawców tak, aby w pełni rozumieć ich problemy i priorytety oraz maksymalizować ich wkład do naszego bezpieczeństwa narodowego”. Już zbudowali molocha jak BAE, a teraz szukają sposobu co zrobić by następna fregata po T26 nie kosztowała 900 mln funtów. Dlatego ograniczają serię T26 do ośmiu jednostek i zapowiadają nowy program „lekkiej, wszechstronnej, możliwej do eksportu fregaty ogólnego przeznaczenia”. Najwyraźniej ma ona być nową konstrukcją a nie odchudzonym T26, co znowu wzmacnia tendencje do innowacyjności.

Na koniec, choć biurokracji nam nie brakuje, to być może ma sens powołanie na wzór Brytyjczyków organu do przeglądu i nadzoru wprowadzenia w życie opracowanej strategii. Tak, czy inaczej nasze Ministerstwo Obrony Narodowej, jeśli bierze na serio swoje słowa o zmianie w środowisku bezpieczeństwa powinien jako pierwszą rzecz potwierdzić aktualną Białą Księgę Bezpieczeństwa Narodowego lub ją zmodyfikować. Jeżeli zaś strategia poprzedniej ekipy zostanie odrzucona w całości, to będzie oznaczało, że nie tylko plany modernizacyjne ale i strategię bezpieczeństwa państwa będziemy musieli dostosować do cyklu wyborczego. Jest w tym zaleta – Rosjanie za nami na nadążą:)

Jul 192015
 

Wiadomość o wodowaniu ORP Ślązak cieszy. Mniej entuzjazmu a więcej niepokoju budzi natomiast informacja o wyborze PGZ do negocjacji kontraktu na budowę sześciu okrętów nawodnych w połączeniu z wizjami adaptacji projektu MEKO A-100 autorstwa biura BTT, prezentowanymi na portalu Defence24. Być może planowane i ogłoszone niedawno kolejne przesunięcia terminu kontraktu o rok ma dać koncernowi czas na opracowanie propozycji, czy wręcz projektu. Źródłem niepokoju nie jest sam fakt kolejnego opóźnienia lecz niebezpieczeństwo kompletnej utraty kontroli nad projektem i jego kosztami. Problem tkwi w tym, że ani MON ani Marynarka Wojenna nie posiada w swych strukturach zespołu projektowego, zdolnego do niezależnej oceny co jest możliwe a co nie z technicznego punktu widzenia. Innymi słowy brakującym ogniwem jest Naval Architect, ktoś, kto łączy w sobie umiejętności zarządzania skomplikowanym projektem z praktyczną wiedzą techniczną na temat projektowania i konstrukcji okrętów. Wszystko pozostaje więc w rękach przemysłu posiadającego również, bez urazy, dość skromną wiedzę na ten temat. Nie mając żadnego w tym względzie doświadczenia, tym bardziej cenię sobie książki doświadczonego konstruktora okrętów, D.K Browna. Dzieli się w nich z nami swego rodzaju filozofią zawodu i zbiorowym doświadczeniem Royal Navy. W poniższym tekście czerpię pełną garścią cytaty z dwóch pozycji:

Future British Surface Fleet: Options for medium-sized navies oraz,
Rebuilding the Royal Navy. Warship design since 1945.

Posiadanie doświadczonego zespołu projektantów okrętów w kraju ma swoje niezaprzeczalne zalety, ale nie jest łatwe do osiągnięcia. Poniższy cytat dotyczy Wielkiej Brytanii i początku lat 90-tych, ale późniejsze wydarzenia związane z projektowaniem zarówno Type 45 jak i przyszłej fregaty Type 26 chyba potwierdzają werdykt autora wymienionych książek:

Przed drugą wojną światową niszczyciel wypływał na morze jakieś 18 miesięcy po rozpoczęciu projektu i w czasie trzyletniej kadencji Konstruktor miał szanse pracować nad trzema typami okrętów. Taka szybkość cyklu projektowania pozwalała projektantom na naukę zawodu, wypróbowanie nowych idei i zobaczenia wyników swojej pracy w krótkim okresie czasu. Dzisiaj potrzeba ośmiu do dziesięciu lat na pełen cykl od koncepcji do prób morskich. Wynikający z tego faktu brak doświadczenia staje się krytyczny (…).


W rzeczy samej wątpliwa jest ciągła zdolność Wielkiej Brytanii to zmontowania jednego, kompetentnego zespołu projektowego potrzebnego do zaprojektowania fregaty.

Co się stanie, jeśli dodamy do tego, że następna okazja do zaprojektowania jakiegokolwiek okrętu wojennego w Polsce będzie za co najmniej 10 lat, jeśli w ogóle? Nasze dyskusje publiczne w kraju i chyba na poziomie polityków również, kończą się próbie weryfikacji jakie uzbrojenie i elektronika zmieści się w kadłubie korwety za określone pieniądze. Nie pomagają upublicznione specyfikacje na tyle ogólne, że zdolne do zdestabilizowania projektu w tym sensie, że będziemy musieli zdecydować, czy rezygnujemy z części specyfikacji czy pułapu cenowego. Takie decyzją mogą zapaść tylko w Ministerstwie Obrony Narodowej, ale na jakiej podstawie. Kto powie co jest realne a co nie, bo przemysł szukający klienta za duże pieniądze zawsze będzie miał tendencje do mówienia tego, co chce usłyszeć klient. Wbrew temu, co próbuje się robić z projektem Kormoran, okręt wojenny NIE MA prototypu. Dialog techniczny jest w tej sytuacji niewątpliwie niezbędny, ale obarczony wspomnianym podejściem marketingowym. W końcu oferenci proponują gotowy produkt lub projekt z wbudowaną elastycznością konfiguracji (patrz MEKO) czy konstrukcji (jak DAMEN), opierając się na uogólnionych wymaganiach potencjalnych klientów uzyskanych w wyniku badań rynkowych.

Projekt powinien się zacząć od jasnej definicji funkcji spełniaj przez okręt”. Ten warunek nie wydaje się być spełniony, bo trudno uniknąć wrażenia, że wciąż mamy do czynienia z próbą zbudowania korwet z ogólnymi zdolnościami fregat OHP. O niebezpieczeństwach takiego podejścia niech świadczą niżej podane przykłady zaczerpnięte ze wspomnianych wyżej książek. Zacznijmy od korwety, co będzie łatwiejsze, gdyż D.K Brown był wiodącym konstruktorem dla OPV Castle, na bazie którego próbowano zaprojektować tanią korwetę.

Jej podstawową rolą byłoby służenie jako platforma dla sonaru holowanego wraz z lądowiskiem dla dużego helikoptera. Dla wypełnienia tej funkcji korweta musi być cicha, co implikuje napęd mieszany diesel-electric. Prędkość około 25 węzłów wydaję się być pożądana do towarzyszenia kontenerowcom (…)


Takie korwety mogą w czasie pokoju spełniać rolę policyjną, dla wykonania której potrzebują działa zdolnego do odparcia ataku terrorystycznego i wystarczająco precyzyjnego do oddania strzału ostrzegawczego. Nowoczesne armaty 30mm posiadają pewne zdolności zwalczania helikopterów, ale większy kaliber jak 105mm może być preferowany.

W czasie wojny okręt służyłby jako nosiciel sonaru holowanego operującego w odległości do 100 mil od niszczyciela lub lotniskowca, a jego śmigłowiec byłby serwisowany przez towarzyszący większy okręt, aby uniknąć konsekwencji bazowania helikoptera na otwartym pokładzie. Dla wielu zadań pokojowych, śmigłowiec nie musiałby być zaokrętowany.

OPV Castle jako podstawa projektu prostej korwety ASW. Fot. www.shipspotting.com

OPV Castle jako podstawa projektu prostej korwety ASW. Fot. www.shipspotting.com

Mamy więc funkcje okrętu sformułowane prostym językiem na najwyższym poziomie ogólności. Jeśli zamienić w powyższych zdaniach lotniskowiec na lotnictwo lądowe a niszczyciel na zespół NATO, to mamy gotową receptę na Ślązaka. W drugim etapie definiowania okrętu musimy określić jakie konkretnie systemy ma ten okręt przenosić (nie wystarczy stwierdzić system plot średniego zasięgu) i tu zaczynają się trudne decyzje i kompromisy. Popatrzmy, co się stało z „naszą” korwetą dalej przy dodawaniu kolejnych, wydawałoby się rozsądnych jeśli nie minimalnych wymagań:

Na dolnym końcu studium alternatyw był projekt 353 mający około 1960 ton, napędzany dwoma dieslami o mocy 20.000 shp i prędkości 26.4 węzła. Uzbrojenie stanowiła pojedyncza armata 40mm, podwójny miotacz Mark X, w sumie okręt kosztował 4 mln funtów. System łączności mógł transmitować dane do innego okrętu wyposażonego w wyrzutnie Ikara. Za 6.5 mln funtów (Leander 5.25 mln) można było otrzymać okręt o wyporności 2.700 ton, napędem parowym o mocy 30.000 shp oferującym 27 węzłów i przenoszący system Ikara (z 24 pociskami) wraz z armatą 4.5 calową.
W trakcie prac nad projektem OPV Castle, wykonaliśmy model na wystawę RN Equipment Exhibition, demonstrujący potencjalnie silniej uzbrojone warianty.

To było interesujące ćwiczenie z pewnymi fundamentalnymi konsekwencjami. Okręt miał być cichy, co oznaczało że większość wyposażenia musiała być wykonana według standardów dla okrętów wojennych, a zasilanie elektryczne powinno mieć stabilne napięcie i częstotliwość. Wszystko to wskazywało na budowę okrętu w stoczni „okrętów wojennych” z jej wysokimi kosztami stałymi i prowadziło do szacowanej ceny 25 mln funtów bez uzbrojenia, zamiast 6 mln dla OPV. Okręt w pełni wyposażony kosztowałby około 35 mln. (…) Uzbrojenie korwety w rozsądny system samoobrony podniósłby cenę na poziom bliski kosztowi fregaty Type 23, czyli znacznie powyżej 100 mln funtów.

Innym przykładem, wydawałoby się prostej ewolucji było poszukiwanie następcy dla typu Leander. Zadanie o tyle trudne, że te fregaty były ogromnym sukcesem trudnym do pobicia. Ponieważ w brytyjskiej marynarce fregaty to przede wszystkim okręty ASW, powinny nosić najnowsze systemy sonarowe, aktualnie dostępne. Wówczas takim był sonar podkadłubowy Type 2016. W ten sposób powstał Type 22, traktowany jako ulepszony Leander i z pewnymi podobieństwami, ale znacznie większy (raczej projektowe 3.500 ton zamiast 2.450) i droższy. Wkrótce i on był krytykowany:

Już w chwili przyjęcia do służby okręty były krytykowane jako zbyt duże. Rzeczywiście, oferowały dużo przestrzeni w wyniku próby ułatwienia konserwacji i utrzymania w ruchu i żywiono nadzieję, że będzie miejsce na przyszłe wyposażenie. Jednakże, jak wkrótce się okazało, okręty były zbyt małe do pomieszczenia sonaru holowanego Type 2031Z wraz z towarzyszącym wyposażeniem elektronicznym.

Od tego się zaczęło. Trudno  pobić własny sukces. Fot. www.leander-project.homecall.co.uk

Od tego się zaczęło. Trudno pobić własny sukces. Fot. www.leander-project.homecall.co.uk

A "TO" spowodowało wzrost wielkości następcy o 40%. Fot. www.wstg.co.uk

A “TO” spowodowało wzrost wielkości następcy o 40%. Fot. www.wstg.co.uk

Historia fregat Duke (Type 23) jest równie pasjonująca i pokazująca jak proste na pierwszy rzut oka wymagania mają konsekwencje znacznie niedowartościowane. Najprostsza i wstępna definicja wyglądała następująco:

Wstępne wymagania zostały opublikowane w początku 1981 roku dla lekkiej fregaty ASW, Type 23. Oczekiwano okrętu bardzo cichego, o kształtach minimalizujących echo radarowe, dobrym zasięgu przy umiarkowanych prędkościach wraz z pokładem i hangarem dla bardzo dużego śmigłowca EH 101. Wszytko to za nie więcej niż 70 mln funtów w cenach z 1980 roku.

Historia projektu to seria interakcji, kolejnych wersji i kompromisów w wyniku których otrzymano okręt znacznie bardziej złożony i droższy:

Pierwsze studium pokazywało okręt o długości 107m o koszcie przekraczającym narzucony pułap i z poważnymi ograniczeniami natury operacyjnej. Nie było hangaru i helikopter, nie chroniony niczym, wkrótce straciłby zdolności operacyjne; okręt nie miał też systemów samoobrony. Powzięto desperackie kroki w celu redukcji kosztów, włączając eliminację jednego silnika głównego! Pewne oszczędności uzyskano na kosztach struktury kadłuba. Projekt został skorygowany do 115m i zawierał pojedynczą wyrzutnię Sea Wolf z prostym hangarem, chociaż koszt wciąż przewyższał 70 mln funtów. W takiej formie projekt został przedstawiony do akceptacji w początku 1982 roku i zatwierdzony z drugim silnikiem głównym oraz drugim radarem śledzącym dla Sea Wolf. Zdolność do bazowania na okręcie śmigłowców zarówno Sea King jak i EH 101 dodała 3m do długości okrętu co pozwoliło na zmniejszenie zagęszczenia wyposażenia i pomieszczeń dla załogi.
Lekcje z wojny o Falklandy zaowocowały dalszymi większymi zmianami. Dodano armatę 4.5 cala dla ostrzeliwania celów na lądzie i wyrzutnie pionowego startu dla rakiet Sea Wolf.

Projekt zaczął się od platformy z sonarem holowanym i lądowiskiem dla Merlina. Nawet bez hangaru i systemów samoobrony projekt przekraczał budżet

Projekt zaczął się od platformy z sonarem holowanym i lądowiskiem dla Merlina. Nawet bez hangaru i systemów samoobrony projekt przekraczał budżet

W sumie pierwszy okręt w serii, Norfolk kosztował 135 milionów chociaż następne jednostki już „tylko” 60-96 milionów funtów. Istniała również dyskusja na temat liczebności załogi, bowiem według D.K Browna, koszt jednego dodatkowego człowieka na fregacie to około 80 tys. funtów, co przeliczone na dzisiaj wyniosłoby może 300 tys. funtów. Do wyobraźni może przemówić kalkulacja polegająca na zamianie systemu obrony przeciwlotniczej z samoobrony na obronę strefową. W popularnych dyskusjach bierze się zwykle pod uwagę koszt sprzętu, ale pomija przestrzeń i dodatkowa załogę w Centrum Informacji Bojowej. Jeśli by miało to być tylko 5 osób więcej to mówimy o ponad 8 mln PLN.

Podane przykłady opisują typowe sytuacje gdzie naturalne, wydawałoby się wymagania, poprzez złożone interakcje projektowe i techniczne prowadzą do znacznie większych konsekwencji odnośnie zarówno wielkości jak i kosztów okrętu. Proces tym bardziej niebezpieczny w sytuacji braku powszechnej wiedzy technicznej na temat projektowania okrętów i braku zespołów kierowanych przez osobę spełniającą funkcję Naval Architect zarówno po stronie MON jak i MW. Dlatego mają sens ograniczenia, poniekąd sztuczne bądź na wielkość bądź na maksymalny koszt okrętu. Ale podstawowym środkiem zaradczym jest jasna koncepcja co do funkcji okrętu. Pomocnym byłoby zaprzestanie nazywania korwety okrętem wielozadaniowym. To niewątpliwie podnosi wartość okrętu w oczach szerokiej publiczności i uzasadnia wysokie koszty budowy, ale nie pomaga w klarownej definicji co okręt ma robić w czasie pokoju i wojny. Nawet większość fregat państw zachodnich nie jest okrętami wielozadaniowymi. Wymienione w tekście fregaty Royal Navy są wyspecjalizowanymi okrętami do zwalczania okrętów podwodnych z lepszym lub gorszym systemem samoobrony. Być może dla całego programu modernizacji MW stwierdzenie, że budujemy sześć korwet, z czego trzy w wersji ASW a trzy w wersji AAW byłoby lepsze dla szerszego odbioru, aniżeli operowanie pojęciami okrętu patrolowego i obrony wybrzeża.

Jun 212015
 

W poprzednim wpisie koncentrowaliśmy się na strategii Bałtyk Plus. Była to próba wykorzystania pewnych logicznych zależności w teorii Juliana Corbetta do stworzenia struktury sił morskich państwa zorientowanego na samotną obronę swojego terytorium przed atakiem znacznie silniejszego przeciwnika. Dzisiaj o prawie lustrzanym odbiciu sytuacji, czyli działaniu w koalicji dającej możliwość przewagi niezależnie od stopnia zagrożenia. To pozwala uczestniczyć w pełnym spektrum działań na morzu wymienianych przez Corbetta. Nie możemy więc wykorzystać ograniczeń teorii do zdefiniowania klas okrętów potrzebnych flocie w realizacji zadań postawionych przez polityków. Może za jednym wyjątkiem, są bowiem możliwe operacje desantowe, stąd ma sens rozważanie okrętów desantowych lub transportowych. Niezależnie od scenariusza niezmienny pozostaje kontekst geopolityczny i nurtujące nas pytanie jak mamy się zachować wobec sąsiada coraz bardziej demonstrującego ambicje odzyskania pozycji światowego mocarstwa?

Profesor Mearsheimer w książce The Tragedy of Great Power Politics podaje kilka typowych strategii używanych przez potencjalnych hegemonów do zmiany równowagi sił na swoją korzyść. Oczywistą i pierwszą metodą jest wojna. Ta jest jednak bardzo kosztowna i może nieść ryzyko. Drugim sposobem popularnym jest szantaż. Im słabszy przeciwnik tym lepszy efekt. Dodatkowym plusem jest niski koszt. W końcu nie używamy siły, tylko grozimy jej użyciem. Dotychczasowa strategia BBN-u skupia się właśnie na takiej sytuacji. Trzecie podejście to wykrwawianie, czyli to co obserwujemy na Ukrainie.

Państwa zagrożone mają do dyspozycji dwie podstawowe strategie – budowania przeciwwagi lub przerzucania odpowiedzialności. Profesor Mearsheimer daje jasną wskazówkę co do preferencji wyboru strategii w zależności od wzajemnego położenia przeciwników na mapie:

Kwestią krytyczną w odniesieniu do geografii jest to, czy zagrożone państwo ma wspólną granicę z agresorem lub też bariera – w postaci innego państwa lub dużej przestrzeni wodnej, oddziela rywali. Wspólna granica promuje budowanie przeciwwagi, bariery zachęcają do przerzucania odpowiedzialności.

Budowanie przeciwwagi w naszej sytuacji polega na tworzeniu sojuszy i uczestnictwie w już istniejących, jak NATO. Możemy w tym dziele porzucić idealizm i nie polegać ani na literze prawa ani na zobowiązaniach moralnych. Wystarczy, że będziemy w sposób aktywny identyfikować i wspierać wspólne interesy uczestników aliansu. Być może nie jest w interesie Stanów Zjednoczonych walka w obronie Polski, ale jest w ich interesie powstrzymywanie ambicji imperialnych potencjalnych regionalnych hegemonów grożących zmianą obowiązującego status quo. Wiceadmirał James Foggo podaje na blogu USNI dobry przykład:

W BALTOPS 2015 uczestniczy 49 okrętów reprezentujących 17 krajów. Często otrzymuję pytanie od europejskich sojuszników jaki wpływ na Europę ma, jeśli w ogóle, reorientacja na Pacyfik? Spójrzmy na te liczby z perspektywy zeszłorocznych ćwiczeń państw basenu Pacyfiku (RIMPAC), największych ćwiczeń wojennomorskich na świecie, w których uczestniczyło również 49 okrętów. To, co się dzieje na naszych oczach na Bałtyku to natowska własna wersja RIMPAC.

Symboliczny wyraz sojuszniczej współpracy. Foto FB Marynarka Wojenna RP

Symboliczny wyraz sojuszniczej współpracy. Foto FB Marynarka Wojenna RP

Dodajmy kilka znanych oficjalnie liczb odnośnie BALTOPS 2015 – oprócz 49 okrętów uczestniczyło w ćwiczeniach 60 samolotów, 5.600 żołnierzy i marynarzy w tym 700 żołnierzy piechoty morskiej ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii ale także Szwecji i Finlandii. Pytanie retoryczne brzmi, czy jesteśmy w stanie zbudować własnym sumptem taką siłę? I w jakim czasie? Tak więc flota staje się wsparciem i narzędziem dla wysiłków dyplomatycznych tworzących przeciwwagę lub używając języka finansistów inwestycją dającą dobry zwrot.

W ten sposób zarysowuje się misja Rzeczpospolitej Morskiej wspomnianej w poprzednich wpisach. Otwarcie na świat ma dzisiaj również inne uzasadnienie. Sir Julian Corbett uważał, że nadrzędnym celem floty jest zapewnienia prawa do przejścia morzem. Środkiem do tego było w przeszłości panowanie na morzu, niekoniecznie trwałe. Współcześnie te koncepcje posiadają więcej niuansów o czym tak pisze Geoffrey Till w klasycznej pozycji na temat roli flot w świecie Seapower: A Guide for the Twenty-First Century:

W czasach globalizacji jest coraz mniej ważna kwestia „zabezpieczenia” morza w sensie zagwarantowania użytkowania tylko dla siebie, lecz bardziej „uczynienia go bezpiecznym” dla każdego za wyjątkiem wrogów całego systemu.

Innymi słowy Polska korzysta z dobrodziejstw handlu morskiego niezależnie od tego, gdzie statki zawijają i jakiego są armatora. Nieistotne jest czy będzie to Szczecin, Gdynia, Gdańsk czy też raczej Hamburg lub porty ARA. Sami z siebie w najlepszym wypadku możemy pokusić się o osłonę wybranych transportów na kawałku Bałtyku. Jakakolwiek flota oceaniczna może prowadzić działania przeciw żegludze poza naszym zasięgiem, ale prawdą jest też to, że nie ma na świecie floty zdolnej do zapewnienia bezpieczeństwa całemu systemowi handlu morskiego. Tak więc naturalną konsekwencją jest współpraca międzynarodowa na tym polu i w tym wypadku możemy mieć swój wkład. Należy jednak podkreślić – to jest kwestia naszego świadomego wyboru a nie rezultat analizy dającej jednoznaczny wynik. Wspomniana książka jest kopalnią wiedzy o roli współczesnych flot i źródłem mądrości ujętych w chwytliwe zdania. Oto następny argument w dyskusji:

Zasadą naczelną w dążeniu do realizacji celów narodowych jest to, że zapobieganie wojnie jest zawsze lepsze od wygrywania jej.

W realizacji naszego celu możemy zasadniczo obrać dwie drogi – specjalizacji lub ogólnych zdolności marynarki wojennej wynikających z położenia i polityki bezpieczeństwa Państwa. Specjalizacja oznacza skupienie wysiłków i środków materialnych na dziedzinie użytecznej dla aliantów i w której możemy mieć przewagę, np. zwalczaniu min. W tym sensie strategia Bałtyk Plus nie jest sprzeczna z ideą Rzeczpospolitej Polskiej, jest drogą specjalizacji oferując kompetencje w walce na wodach przybrzeżnych. Druga alternatywa prowadzi nas do tak zwanej floty zrównoważonej a wraz z nią do dylematu małych marynarek wojennych. Problem tkwi w niebezpieczeństwie wpadnięcia w pułapkę kopiowania struktury dużych flot przy jednoczesnej niemożliwości technicznej przeprowadzenia procesu skalowania w dół. Dla przykładu spróbujmy zmniejszyć proporcjonalnie Royal Navy przy założeniu budżetu dwu- lub trzykrotnie mniejszego. Nie da się zbudować floty posiadającej 2 fregaty ale też pół lotniskowca i 2/3 okrętu desantowego plus sam reaktor do SSN. Proszę wybaczyć przesadne sformułowania, ale ilustrują problem. Z czegoś trzeba zrezygnować. Odnosząc się do naszej sytuacji flota zrównoważona ma sens na praktyczną realizację dopiero od pewnego poziomu ilościowego okrętów i finansowania. Posiadanie jednej fregaty nie zapewni bowiem odpowiedniego zaplecza kadr i poziomu wyszkolenia potrzebnego do efektywnego wykorzystania tejże fregaty. Do momentu ogłoszenia planu modernizacji Marynarki Wojennej RP budżet floty nie dawał nadziei na budowę zrównoważonej floty a i teraz balansujemy na krawędzi. W dalszym ciągu tego tekstu konsekwentnie będzie stosowana zasada priorytetu budżetu nad potrzebami.

O zaletach floty zrównoważonej a raczej jej przewadze nad flotą obrony wybrzeża i różnych mutacjach Jeune Ecole mówi interesujący cytat z książki Understanding Naval Warfare, w której autor – Ian Speller odnotowuje:

Paradoksalnie wiedząc, że ich poglądy na skuteczność łodzi torpedowych bazowały częściowo na zakończonym sukcesem rosyjskim ataku na turecki okręt Intikbah z 27 grudnia 1877 roku, Rosjanie nie poszli drogą Jeune Ecole. Zagrożenie atakiem torpedowym być może neutralizowało większą flotę Imperium Ottomańskiego ale Rosjanie rozumieli, że brak dużych okrętów (battle fleet) zredukowało ich możliwości artyleryjskiego wsparcia działań na wybrzeżu Morza Czarnego i zmusił ich do wycofania się z Konstantynopola po przejściu floty brytyjskiej przez Dardanele. Tak więc, Rosjanie kontynuowali budowę okrętów liniowych.

Używając terminologii zaproponowanej przez Erica Grove, nasz wybór floty zrównoważonej prawdopodobnie oznacza przejście od Offshore Territorial Defence Navy, czyli floty obrony wybrzeża reprezentowanej przez ideę Bałtyk Plus do Adjacent Force Projection Navy, czyli floty posiadającej pewne zdolności projekcji siły w oddaleniu od własnego wybrzeża. Tak więc dopiero obszar działania wychodzący poza ochronny parasol sił operujących z lądu jest pierwszym wskazaniem na konieczność posiadania organicznej i co najmniej lokalnej obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej. Jak twierdzi Geoffrey Till:

Większość jest zgodna co do tego, że rakiety przeciwokrętowe są najbardziej niebezpieczne, gdy są odpalane z samolotów; większość również jest zgodna co do tego, że najlepszą obroną przed tym jest utrzymywanie przewagi w powietrzu.

Poza zasięgiem lotnictwa lądowego jedyną szansą na utrzymanie przewagi w powietrzu jest lotnictwo pokładowe, stąd postulat chociaż częściowego rozwiązania problemu poprzez okrętowe systemy obrony strefowej. Ta długa droga prowadzi nas na końcu do fregat, czyli okrętów osłony bądź statków handlowych bądź transportów wojskowych. Dlaczego jednak fregata a nie korweta? Ponownie odwołam się do koncepcji D.K. Browna na temat projektów niestabilnych czyli takich okrętów, które są już zbyt drogie by być bezbronne. Korweta wydaje się być szczególnie podatna na stanie się niestabilnym projektem. Popatrzmy na historię Gawrona. Był zbyt drogi i postanowiono go ukończyć jako okręt patrolowy. Ślązak za cenę około 0.8-1.0 miliarda PLN jest kosztowny i jego strata byłaby uważana za nieakceptowalną a wciąż jest bezbronny. Z drugiej strony próba zbudowania okrętu uzbrojonego w sposób akceptowalny przez marynarzy powoduje szybki wzrost wyporności. Pomysł Okrętu Obrony Wybrzeża wystartował jako 1.000 tonowa jednostka, w specyfikacji Miecznika dolna granica to już 1.900 ton a ostatnio publikowane szkice mają 2.600 ton. Patrząc na inne projekty zagraniczne wiemy, że około 3.000 ton LCS to za mało aby oprócz modułu ASW zainstalować coś więcej niż SeaRAM do samoobrony a australijskie MEKO A-200 z CEAFAR wymagają jak rozumiem, dodatkowego balastu.

Jesteśmy więc ściśnięci w kleszczach budżetu i technicznej racjonalności okrętu co najmniej dwu zadaniowego w zakresie ASW i AAW. Postęp technologiczny daje pewne szanse na zamianę w Planie Modernizacyjnym sił nawodnych koncepcji trzech korwet i trzech okrętów patrolowych (3+3) na dwie fregaty plus dwie korwety ASW (2+2), pozostawiając resztę planu bez zmian lub też raczej do dalszej dyskusji. Czy ma to sens operacyjny to już pytanie do marynarzy, niemniej w takim mniej więcej modelu funkcjonujemy dzisiaj mając dwie fregaty OHP i Kaszuba. Aby taka zamiana była możliwa, należałoby się rozglądać za fregatami z dolnej półki a nie górnej, gdyż koszt współczesnej fregaty odpowiada kosztowi około 2-3 korwet. Poddałbym pod rozwagę dwa systemy obrony przeciwlotniczej i trzy platformy plus jeden okręt wymagający dodatkowego komentarza.

Na czele listy jest Nansen z uproszczoną wersją systemu Aegis. Klasyczny okręt eskorty z sonarem CAPTAS-2 i rakietami ESSM oferującymi lokalną, strefową obronę przeciwlotniczą i przeciwrakietową. Co prawda pasywne anteny radaru są już pewnym technologicznym przeżytkiem ale posiadanie Aegis na okrętach może otworzyć nowe możliwości współpracy z Aegis Ashore w Redzikowie. Warunkiem koniecznym jest sukces wysiłków dyplomatycznych i umieszczenie w Redzikowie nie tylko rakiet anty balistycznych ale również obrony przeciwlotniczej. Wówczas inwestycja w CEC mogłaby zaoferować interesującą synergię.

Prawda, że ładna para? Foto wikipedia

Prawda, że ładna para? Foto wikipedia

Na drugim miejscu jest MEKO A-200 z systemem Sea Ceptor. Rakiety CAMM upraszczają wyrzutnie i współpracują z każdym radarem, posiadając osobne łącze do korekty trajektorii lotu. System nie wymaga więc zbyt wyrafinowanych radarów jak APAR. Dzięki projektowi marynarki wojennej Nowej Zelandii wiemy, że instalacja takiego systemu w kadłubie poniżej 4.000 ton jest możliwa. W połączeniu z dwoma korwetami MEKO A-100 możemy zbudować politykę wymiennych modułów i uprościć logistykę zwiększając jednocześnie elastyczność w średnioterminowym planowaniu zdolności bojowych okrętów.

Konstrukcja wciąż zdobywająca nabywców. Ciekawe, na ile polskie stocznie byłyby zdolne partycypować? Foto www.janes.com

Konstrukcja wciąż zdobywająca nabywców. Ciekawe, na ile polskie stocznie byłyby zdolne partycypować? Foto www.janes.com

Na trzecim miejscu Freedom LCS w planowanej wersji FF z sonarem CAPTAS-2 raczej niż CAPTAS-4 oraz Sea Ceptor, jak w poprzednim przykładzie. Taki wybór ma dwie zalety. Z przeszukiwania sieci wygląda, że jest aktualnie najtańszą opcją za około $600 mln, pozwalając zaoszczędzić pieniądze na bliźniaka dla Ślązaka, co w poprzednich opcjach pozostaje mocno niepewne. Drugą zaletą jest możliwość zbudowania szybkiego Zespołu Mobilności Wojsk po zakupie JHSV lub odpowiednika. Ta para – LCS i JHSV pasuje do siebie idealnie. Ponadto wysiłki włożone w usunięcie największych bolączek okrętów dają już widoczne efekty i projekt staje się dojrzały.

Plany zamiany LCS na FF już się kreśli. My musielibyśmy pozmieniać trochę więcej. Foto www.breakingdefence.com

Plany zamiany LCS na FF już się kreśli. My musielibyśmy pozmieniać trochę więcej. Foto www.breakingdefence.com

Osobnej wzmianki wymaga duński Iver Huitfeldt ze względu na szeroko komentowany niski koszt i w rezultacie bardzo atrakcyjny wskaźnik osiągów do kosztów. Z pewnością należałoby zweryfikować jaki byłby koszt dla naszej marynarki biorąc również pod uwagę nasze wymagania. To może nie być to samo, ale warto spróbować. Drugą kwestią do rozstrzygnięcia jest pytanie na ile duńska fregata może być platformą ASW, mając świadomość jej cywilnego rodowodu. Oraz jeśli nie, na ile to jest akceptowalne lub też możliwe do skompensowanie przez parę (a może nawet trójkę) korwet ASW?.

W bazie Korsor.

W bazie Korsor.

W przypadku fregat z pewnością dodatkowym punktem spornym może być zdolność do budowy tej klasy okrętów w polskich stoczniach. Cała otoczka związana z polityką przemysłową może przekreślić najlepsze plany i obrócić w niwecz wszelkie nadzieje. Obecnemu rządowi i jego ministrowi obrony narodowej należy wyrazić uznanie za to, że program modernizacji marynarki wojennej w ogóle ruszył i otrzymał wsparcie finansowe. Jeśli uda się temu rządowi podpisać umowy na budowę następnych okrętów w tej kadencji, to możemy mówić o sukcesie niezależnie od naszych rozważań teoretycznych. Natomiast sytuacja jest poważna, bo nie udało się ministerstwu wykorzystać czasu mu danemu w skuteczny sposób i wszystko może stanąć pod znakiem zapytania. Tak więc wybór pomiędzy Bałtykiem Plus a Rzeczpospolitą Polską lub po prostu nihilizmem niekoniecznie się kończy.

Apr 122015
 

Krótki tekst pod tytułem Conventional Deterrence by Denial and the Baltics, którego autorem jest Jon Solomon powinien zwrócić uwagę choćby z powodu naszego sąsiedztwa z republikami bałtyckimi i wspólnego członkostwa w NATO. Co jeszcze ciekawsze, artykuł odnosi się do scenariuszy strategicznych, w których marynarka wojenna mogłaby odegrać ważną rolę. Jest więc okazja do sprawdzenia na ile własne koncepcje (i mam tu na myśli nie tylko moje, lecz każdego z nas) sprawdziłyby się w opisywanych wariantach rozwoju wypadków. Autor zamieszcza dość obszerny fragment innego tekstu Stop Putin’s Next Invasion Before It Starts, który można krótko streścić w następujący sposób:

Rosja ma militarną siłę zdolną do pokonania obrony Litwy, Łotwy i Estonii wspomaganych przez lekkie siły NATO w czasie nawet dwóch dni. Gdyby do takiej sytuacji doszło, Stany Zjednoczone i NATO stoją przed ponurą alternatywą – poddać Pribałtykę z wszelkimi konsekwencjami dla sojuszu lub odbić ją od Rosjan, co wymagałoby potężnej operacji desantowej. Lepiej więc i taniej zapobiec temu rozmieszczając odpowiednie siły na terytorium tych krajów.

W zasadzie pokrywa się to z intencjami Polski i wysiłkami naszego rządu aby wzmocnić wschodnią flankę sojuszu i powrócić do pierwotnej funkcji obronnej sojuszu. Nieodmiennie wraca pytanie o rolę marynarki wojennej w obu przypadkach. Niewątpliwie scenariusz potężnego desantu z morza z obwodem Kalliningradzkim za plecami byłby poważnym argumentem za rozbudową sił morskich, ale na ile taki obrót sprawy jest prawdopodobny? Pomocnym w dalszym „rozgryzieniu” tematu jest raport organizacji RAND zatytułowany NATO Needs a Comprehensive Strategy for Russia. Na wstępie padają cztery kluczowe dla polityki pytania:

  • Jakie jest podstawowe zagrożenie dla członków NATO, któremu chcą zapobiec: tradycyjna agresja wojskowa, czy też niekonwencjonalne wymuszanie wojskowe i polityczne?
  • Jakie powinno być podejście do odstraszania Rosji przed podjęciem agresywnych kroków: podnoszenie kosztów takich akcji czy zaprzeczanie możliwościom osiągnięcia celów?
  • Jaki powinien być charakter relacji pomiędzy NATO a Rosją: zaangażowanie, czy odcinanie się?
  • Jaki stopień wpływów Rosji w krajach nie będących członkiem NATO, sojusz powinien zaakceptować oraz jaki rodzaj obietnic i wsparcia NATO powinno zaoferować tym krajom?

Jest to punkt widzenia amerykański i być może ogólniej, zachodni, ale dla nas krytyczny, bo jak teksty w odnośnikach zauważają, lokalne siły sąsiadów Rosji, do jej powstrzymania w żaden sposób nie wystarczą. Powyższe pytania stanowią swego rodzaju punkty decyzyjne i prowadzą autorów raportu do dwóch alternatywnych strategii postępowania wobec Rosji. Poniżej seria cytatów dająca krótki ich opis wraz z zaznaczeniem potencjalnych negatywów.

Punishment and disengagement (kara i odcięcie się)

Ta strategia szuka wpierw i przede wszystkim w jaki sposób zapobiec dalszej agresji poprzez wzmocnienie bezpośredniej obrony i zdolności do odwetu, rozwijając zdolności wojskowe NATO.

Wzywa również członków NATO i EU do zerwania współpracy z Rosją w szerokim zakresie obszarów, oferując dodatkową formę nacisku jak również dlatego, że dotychczasowe wysiłki współpracy okazały się bezowocne.

Chociaż NATO ogólnie dysponuje większymi siłami, to dla Rosji jest łatwiej skoncentrować wojska na swojej granicy i zagrozić sąsiadowi niż dla NATO skoncentrować swoje siły w odpowiedzi.

W ostatecznym rozrachunku istnieje ryzyko, że strategia punishment and disengagement wcześniej, czy później wywoła reakcję.

Resilience and engagement (odporność i otwarcie)

U podstaw tej strategi leży przekonanie, że przynajmniej aktualnie, Rosja wierzy w skuteczność paragrafu piątego sojuszu. Rosja postrzega potencjał NATO jako wystarczający do spowodowania, że użycie siły wojskowej spełznie na niczym. Pewne aspekty bieżącej polityki Rosji mogą mieć na celu osłabienie spójności sojuszu, a więc i jego wiarygodności dla uzyskania efektu zmiany równowagi sił.

W języku doktryny odstraszania jest to strategia zanegowania Rosji możliwości osiągnięcia celów, a nie obietnicy odwetu po ich osiągnięciu.

Scenariusze niekonwencjonalne i bez użycia siły militarnej, takie jak naciski ekonomiczne, polityczne, cybernetyczne lub tajne akcje są o wiele bardziej prawdopodobne niż zagrożenie otwartą wojną. W tym wypadku NATO powinno zmienić swoje priorytety na usuwanie potencjalnych słabości samej instytucji państwa. Rosja może widzieć takie kroki NATO jako niekonsekwentne, zwłaszcza początkowo, dające wolną rękę w krajach na peryferiach Rosji. Innymi słowy, Rosja może nie poczuć się zniechęcona do swoich działań destabilizujących NATO i jego partnerów i może wręcz poczuć się pewniej w zamysłach użycia swoich konwencjonalnych sił zbrojnych, nawet przeciwko członkom NATO.

Trzecią alternatywną strategią, odrzuconą w raporcie jest sfera wpływów, czyli koncesje dla Rosji na swobodę działania w krajach uważanych przez Rosję za swoją strefę wpływów.

Końcowe rekomendacje raportu faworyzują strategię drugą – budowania odporności i stopniowanej otwartości na Rosję. Istnieje również w tle silny argument finansowy – roczne koszty strategii odwetu to suma w granicach 1.0-1.5 miliarda dolarów na dość skromne siły, między innymi dwóch brygad pancernych, jednej eskadry F-16 i 90 dni w roku obecności lotniskowca na wodach przyległych. Alternatywa jest znacznie tańsza, w granicach nie przekraczających 0.8-1.0 miliarda i w zasadzie opierająca się na rotacyjnej obecności wybranych jednostek, wzmożonych ćwiczeniach i rozbudowie infrastruktury. A więc coś, co już znamy i obserwujemy w rzeczywistości.

Jaki wpływ ma na rolę i strukturę Marynarki Wojennej RP prezentowany punkt widzenia? Wersja pesymistyczna otwartej inwazji na republiki bałtyckie jest przez raport uznawana za mniej prawdopodobną ale przede wszystkim za, powiedzmy otwarcie, beznadzieją. Stąd skupienie się na zapobieżeniu takiej sytuacji. Czy jednak wspomniane dość skromne siły są w stanie zniechęcić zdeterminowaną Rosję do podjęcia działań? Wszyscy wolelibyśmy uniknąć sprawdzenia, czy tak jest. W każdym przypadku Obwód Kalliningradzki odgrywa kluczową rolę. Być może więc umiejętność zademonstrowania możliwości neutralizacji sił bazujących na tym kawałku Rosji byłaby wystarczającym motywem do ponownych kalkulacji szans na sukces? Dylemat, przed którym stoi nasza Marynarka Wojenna to oddzielenie tego, co może wykonać samodzielnie od tego, co może wnieść do wysiłku i strategii sojuszników. Sztuką będzie zbudowanie floty równie użytecznej w obu przypadkach. W kontekście raportu RAND, doktryna BBN-u skupia się na samodzielnych działaniach w sytuacji ograniczonego zagrożenia, zwanego „podprogowym”. Nie wnikając, a wręcz unikając rozważań o konkretnych planach operacyjnych, odwołuję się jeszcze raz do tego, co Jon Salomon pisze na końcu:

Role flot i obrony wybrzeża muszą zostać nakreślone. Potencjalne role marynarek wojennych państw członkowskich NATO leżących nad Bałtykiem byłyby całkiem różne od tych, które leżą nad Atlantykiem.

Problem roli Marynarki Wojennej RP jest więc wciąż tematem do dyskusji.

Mar 282015
 

Nigdy za wiele o sensie istnienia marynarki wojennej, zwłaszcza w naszym położeniu geostrategicznym. Każda wątpliwość co do potrzeby jej istnienia, sygnalizowana przez nieobecność tematu w mediach, nieokreśloności budżetu czy planów inwestycyjnych bądź opóźnienia w ich realizacji, powinny nam przypominać o potrzebie powrotu do źródła. Do nieustannego formułowania klarownej funkcji i miejsca marynarki wojennej w strategii bezpieczeństwa państwa.
Zapraszam więc do wspólnej lektury Strategii Bezpieczeństwa Narodowego RP i wskazania, w których jej punktach flota może i powinna odgrywać istotną rolę, a gdzie będzie tylko narzędziem pomocniczym. Jeżeli potraktujemy rodzaje sił zbrojnych jako narzędzie realizacji polityki państwa, dobrze by było rozumieć do czego dane narzędzie się nadaje, a do czego nie bardzo. W tym punkcie z pomocą przychodzi nam świeżo wydana strategia US Navy pod znamiennym tytułem A Cooperative Strategy for 21st Century Seapower. Nie jesteśmy potęgą morską ani nie pretendujemy do bycia nią, skąd więc zainteresowanie akurat tym dokumentem, zwłaszcza w kontekście Polski? Z dwóch powodów – Stany Zjednoczone są państwem morskim a US Navy czołową potęgą morską świata. Możemy więc brać naukę z wiedzy, było nie było eksperta w dziedzinie wojny morskiej. Drugim powodem jest fakt, że nasza strategia opiera się na sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi i to podwójnie – w układzie dwustronnym (patrz Aegis ashore) oraz wielostronnym w ramach NATO. Jest więc istotne do jakiego stopnia nasze interesy leżą w polu zainteresowania USA, albo jak bardzo są zbieżne z niektórymi interesami naszego sojusznika.

Strategia opracowana przez BBN ma charakter hierarchiczny, zacznijmy więc od początku, skupiając się na aspektach związanych z siłami zbrojnymi, pomijając aspekty społeczno-gospodarcze:

Interesy narodowe określa art. 5 konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej. Z nich wynikają interesy narodowe w dziedzinie bezpieczeństwa, do których należą:

dysponowanie skutecznym narodowym potencjałem bezpieczeństwa zapewniającym gotowość i zdolność do zapobiegania zagrożeniom, w tym odstraszania, obrony i ochrony przed nimi oraz likwidowania ich następstw;

silna pozycja międzynarodowa Polski i członkostwo w wiarygodnych systemach bezpieczeństwa międzynarodowego;

ochrona indywidualna i zbiorowa obywateli przed zagrożeniami dla ich życia i zdrowia oraz przed naruszeniem, utratą lub degradacją istotnych dla nich dóbr (materialnych i niematerialnych);

Lektura pełnej listy interesów narodowych jest wskazana dla umiejscowienia roli całych sił zbrojnych w odpowiedniej perspektywie. Coś, co kiedyś nazywało się obroną cywilną lub niezależność energetyczna czy skuteczność w kierowaniu Państwem w razie kryzysu ma takie samo znaczenie jak zdolności bojowe komponentu militarnego. Jeśli ważyć każde słowo powyższego teksu to widać hierarchię zadań – od zapobiegania i odstraszania poprzez obronę i ochronę do likwidacji skutków. W tej piramidzie flota ma szansę odegrać ważną rolę w zapobieganiu i odstraszaniu, zwłaszcza w kontekście międzynarodowym, natomiast w obronie będzie w naszej sytuacji spełniała rolę pomocniczą. Podkreśla to punkt drugi. Jedynym wiarygodnym sojuszem jest dzisiaj NATO a najsilniejszym sojusznikiem USA. Jeśli chcemy odgrywać w tym towarzystwie jakąkolwiek rolę, musimy wziąć pod uwagę interesy naszych sojuszników i ich percepcję źródeł zagrożenia. Będąc krajem środkowo-europejskim leżącym pod bokiem jednej z największych potęg militarnych świata o coraz bardziej agresywnej polityce zewnętrznej, łatwo zapominamy o starym powiedzeniu, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

W NATO decydującą rolę militarną i finansową ogrywają Stany Zjednoczone a spośród krajów Europy są to Wielka Brytania, Niemcy i Francja. Dwa z tych czterech państw są potęgami morskimi a Francja zawsze była i jest zainteresowana posiadaniem silnej floty zdolnej do projekcji siły. Dwie tradycyjne potęgi lądowe – Francja i Niemcy mają całkiem odmienne poczucie zagrożenia od naszego. De facto mamy często rozbieżne zdanie z naszymi sojusznikami europejskimi na temat polityki wobec Rosji, która wydaje się dominować popularne i publiczne dyskusje w naszym kraju na temat bezpieczeństwa. Trzeba sobie wyraźnie powiedzieć, że absolutne bezpieczeństwo oznacza logicznie zdolność do obrony przed kimkolwiek, a więc bycie hegemonem, co najmniej regionalnym. Nie jesteśmy nim, więc nasze bezpieczeństwo w obliczu otwartej wojny zależy całkowicie od skutecznego wsparcia społeczności międzynarodowej, w tym NATO.

Jeśli polegamy na sojuszu transatlantyckim, co warto spojrzeć na priorytety US Navy, zawarte w najnowszej edycji:

Stany Zjednoczone są narodem morskim. Od ponad 200 lat Marynarka Wojenna, Straż Przybrzeżna i Korpus Piechoty Morskiej działają na całym świecie chroniąc obywateli amerykańskich i interesy Stanów Zjednoczonych poprzez reagowanie na kryzysy, a w razie konieczności tocząc i wygrywając wojny. (… ) siły morskie wykorzystują globalne wody międzynarodowe jako przestrzeń do manewru zapewniając dostęp do regionów zamorskich, broniąc kluczowych interesów w tych obszarach, chroniąc amerykańskich obywateli zagranicą i zapobiegając wykorzystaniu morza przez naszych przeciwników przeciwko nam.

Jakie więc są punkty zbieżne pomiędzy tymi dwoma strategiami, dla których Stany Zjednoczone będą gotowe się zaangażować i ponieść istotne koszty (nie tylko materialne)? Czy US Navy potrzebuje naszych czołgów? Z pewnością my potrzebujemy ich związków pancernych, ale odwrotnie? Wracając do strategii BBN-u i schodząc szczebel niżej w hierarchii celów, czytamy:

Z powyższego układu interesów wynikają odpowiadające im cele strategiczne w dziedzinie bezpieczeństwa:

utrzymywanie i demonstrowanie gotowości zintegrowanego systemu bezpieczeństwa narodowego do wykorzystywania szans, podejmowania wyzwań, redukowania ryzyk i przeciwdziałania zagrożeniom;

doskonalenie zintegrowanego systemu bezpieczeństwa narodowego, a zwłaszcza jego elementów kierowania, w tym zapewnienie niezbędnych zasobów i zdolności;

rozwój potencjału obronnego i ochronnego adekwatnego do potrzeb i możliwości państwa oraz zwiększenie jego interoperacyjności w ramach NATO i UE;

wzmocnienie gotowości i zdolności NATO do kolektywnej obrony oraz spójności działań UE w dziedzinie bezpieczeństwa; budowanie silnej pozycji Polski w obu tych organizacjach;

rozwijanie bliskiej współpracy ze wszystkimi sąsiadami oraz budowanie partnerskich relacji z innymi państwami, w tym służących zapobieganiu i rozwiązywaniu konfliktów i kryzysów międzynarodowych;

promowanie na arenie międzynarodowej zasad prawa międzynarodowego oraz uniwersalnych wartości, takich jak: demokracja, prawa człowieka
i wolności obywatelskie, a także podnoszenie w polskim społeczeństwie świadomości praw człowieka i obywatela;

Pierwszy punkt mówi, że mamy być gotowi i nasi przeciwnicy mają być tego świadomi. To jest prawdziwy element odstraszania, polegający na psychologicznym mechanizmie nieuchronności konsekwencji. Co ciekawe, ten punkt działa bez odniesienia się do jakichkolwiek konkretnych zdolności bojowych. Oczywiście, jeśli nie będziemy mieli żadnych zdolności, to nikogo to nie odstraszy, nic jednak nie wspominamy o górnej granicy możliwości bojowych. Ten punkt dla argumentu za istnieniem marynarki wojennej jest neutralny. Podobnie drugi. Ciekawostką jest fakt, że potencjał obronny jest wymieniony dopiero na trzecim miejscu i jako środkowy punkt. I taka jest jego waga. Punkt trzeci zwraca uwagę na konflikt pomiędzy potrzebami a możliwościami i konieczność współpracy sojuszniczej. Innymi słowy mamy nadzieję, że sojusznicy pokryją wspomniany deficyt pomiędzy potrzebą a możliwościami. Tylko co na to sojusznicy? To jest punkt za marynarką wojenną jako tym narzędziem, które leży w sferze zainteresowań naszych sojuszników. Żadna z europejskich potęg nie ma tak silnego poczucia zagrożenia ze strony Rosji jak my i nasi sąsiedzi z republik bałtyckich. Ich zainteresowania są związane o wiele bardziej z morzem – ochroną interesów w odległych regionach, projekcją siły lub ochroną żeglugi a raczej całego systemu handlu morskiego. O tym mówią wszystkie pozostałe cele strategiczne, jeśli spojrzymy na nie oczyma sojuszników. Zwłaszcza ostatni punkt powinien być silnym argumentem za istnieniem marynarki wojennej, gdyż utrzymywanie porządku i ładu międzynarodowego wymaga wysokiej mobilności a flota daje najlepszy kompromis pomiędzy tonażem i czasem przemieszczania ładunków i wojska. Potwierdzenia ponownie szukamy w strategii US Navy:

Ta strategia morska potwierdza dwie podstawowe zasady. Po pierwsze, wysunięta obecność marynarki wojennej jest kluczowa dla osiągnięcia następujących celów, wynikających z wytycznych władz państwowych: bronić kraju, zapobiegać konfliktom, reagować na kryzysy, odpierać agresję, chronić handel morski, wzmacniać partnerstwo i oferować pomoc humanitarną wraz z pomocą w katastrofach. Po drugie, siły morskie są silniejsze, gdy działają wspólnie lub razem z sojusznikami i partnerami. Łącząc nasze indywidualne zdolności i siły tworzymy efekt, który jest większy od sumy poszczególnych składników.

W kontekście sąsiedztwa z potęgami lądowymi i dzielenia z nimi granicy na lądzie, marynarka wojenna będzie najbardziej użyteczna przy zapobieganiu konfliktom i kryzysom oraz ochronie systemu międzynarodowego handlu morskiego przy drugorzędnym znaczeniu przy obronie kraju przed agresją. Jest to doprecyzowanie stosowalności narzędzia jakim jest flota, a nie negowanie wagi obrony narodowej. Problem obrony terytorialnej i integralności Państwa Polskiego jest złożony i nie ma prostej odpowiedzi bądź jednego rozwiązania. Prezydencki dokument próbuje to uchwycić w trzech priorytetach, kładąc nacisk na poziom zagrożenia, który będziemy w stanie zneutralizować samodzielnie i konieczność współpracy międzynarodowej dla zwalczania otwartej agresji militarnej. Różnica w poglądach na charakter i poziom zagrożenia pomiędzy członkami układów sojuszniczych jest wyraźnie widoczna w próbach wzmocnienia kolektywnej obrony i otwartym zdefiniowaniu całej strefy zdarzeń „podprogowych”, czy „trudno-konsensusowych”:

Główny kierunek działań strategicznych w tym zakresie określają trzy priorytety polityki bezpieczeństwa, do których należą:

zapewnienie gotowości i demonstracja determinacji do działania w sferze bezpieczeństwa i obrony oraz wzmocnienie narodowych zdolności obronnych, ze szczególnym traktowaniem tych obszarów bezpieczeństwa narodowego, w których sojusznicze (wspólne) działania mogą być utrudnione (sytuacje trudno-konsensusowe);

wspieranie procesów służących wzmocnieniu zdolności NATO do kolektywnej obrony, rozwój Wspólnej Polityki Bezpieczeństwa i Obrony UE, umacnianie strategicznych partnerstw (w tym z USA) oraz strategicznych relacji z partnerami w regionie;

wspieranie i selektywny udział w działaniach społeczności międzynarodowej, realizowanych na podstawie norm prawa międzynarodowego, mających na celu zapobieganie powstawaniu nowych źródeł zagrożeń, reagowanie na zaistniałe kryzysy oraz przeciwdziałanie ich rozprzestrzenianiu się.

Nie jest to łatwe zadania, patrząc na to jaką wagę w całej strategii US Navy przypisuje Europie w całości, nie wspominając o Polsce:

NATO i nasi Europejscy sojusznicy oraz partnerzy pozostają żywotną częścią interesów bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych w regionie i na świecie. Nasza zdolność do współdziałania z sojusznikami pozostaje priorytetem, na co wskazuje dziewięcio-miesięczny wspólny rejs Carrier Strike Group ze sztabowcami Royal Navy na pokładzie i wspólne operacje z marynarką wojenną Francji. Nasza infrastruktura wojskowa w Europie ma fundamentalne znaczenie dla wspierania działań morskich na wodach europejskich i przyległych. Siły morskie operujące w Europie są usytuowane idealnie do przeprowadzenia szybkich, elastycznych akcji w Europie, Afryce, na Bliskim Wschodzie i w Południowo-Wschodniej Azji.

Podkreślając nasze zobowiązania wobec NATO, US Navy będzie dalej wspierać Stałe Zespoły Okrętowe NATO i wydzielać siły do działań w Europie, które oferują unikalne zdolności dla sojuszu jak obrona przeciw rakietom balistycznym na lądzie i na morzu, chroniąc naszych sojuszników i partnerów przed zagrożeniem rakietami balistycznymi.

 

Współpraca międzynarodowa i budowanie sojuszy. To zadanie dla MW RP

Współpraca międzynarodowa i budowanie sojuszy. To zadanie dla MW RP

Wszelkie wyżej wspomniane cytaty dość jasno określają oczekiwania naszego głównego i podwójnego sojusznika wobec nas i Europy. Na zasadzie wzajemności na tacy mamy podany wkład i co byłoby wysoko ocenione jako wzajemność. Jest więc rola dla naszej floty i chociaż bliższa ciału koszula, to powinniśmy spojrzeć odrobinę szerzej, by zobaczyć co my możemy zrobić dla partnerów, jeśli chcemy być netto konsumentem bezpieczeństwa narodowego. Ten wątek współpracy międzynarodowej przewija się w doktrynie BBN-u wielokrotnie. Najkrótsze podsumowanie naszej doktryny zawiera się w jednym zdaniu:

Istotą działań obronnych jest stałe utrzymywanie gotowości do skutecznego reagowania na zagrożenia dla niepodległości i nienaruszalności terytorialnej Rzeczypospolitej Polskiej. Do działań uzupełniających należy aktywne wykorzystywanie szans i uprzedzające redukowanie ryzyk w dziedzinie bezpieczeństwa, między innymi poprzez udział w międzynarodowych wysiłkach na rzecz ograniczania źródeł zagrożeń, w tym w międzynarodowych operacjach bezpieczeństwa.

O ile palmę pierwszeństwa w obronie nienaruszalności terytorialnej kraju należy oddać wojskom lądowym i lotnictwu, to domeną marynarki wojennej powinno być uprzedzające redukowanie ryzyk oraz udział w międzynarodowych działaniach na rzecz stabilizacji sytuacji międzynarodowej. Z tradycyjnego menu funkcji floty – odstraszanie/zapobieganie, kontrola morza, projekcja siły i ochrona żeglugi, samodzielnie powinniśmy się skupić na pierwszej i ostatniej funkcji, do pozostałych dwóch wnosząc pomocniczy wkład dla sojuszników. Flota dzięki swoim unikalnym cechom mobilności i autonomiczności jest idealnym narzędziem ochrony interesów państwa i polityki międzynarodowej. W naszej sytuacji oznacza to zapobieganie eskalacji konfliktów i budowanie sojuszy niezbędnych do pokrycia deficytu pomiędzy potrzebami a możliwościami podsystemu militarnego. Ile środków chcemy poświęcić na takie cele zależy od tego jak politycy postrzegają wagę takich priorytetów. Poprzez analogię do zawodu lekarza, który przede wszystkim ma nie szkodzić pacjentowi, flota powinna i może być istotnym elementem zapobieganiu konfliktom i ograniczaniu ich ryzyka. Jeśli już jednak dojdzie do walki zbrojnej na wielką skalę, flota wciąż może zaoferować manewr na flance i ochronę przed takim samym manewrem przeciwnika.

Jan 192015
 

Zmiana klasyfikacji Littoral Combat Ship na fregatę (FF) zbiega się w czasie wraz z istotną zmianą sposobu myślenia US Navy o siłach nawodnych i ma konsekwencje znacznie większe niż tylko gra słów. Powinna być także pożywką intelektualną dla naszego projektu Okrętu Obrony Wybrzeża, który ma się zmaterializować w najbliższym czasie. Jest to świetna okazja do wyjścia w dyskusji o Mieczniku poza schemat ćwiczenia maksymalnego upakowania zdolności bojowych w kadłubie 2.000 tonowego okrętu i za jaką cenę.

Nowa nazwa to nie tylko wyjście naprzeciw krytykom LCS, ale w pewnym sensie zamknięcie na nieokreślony czas dyskusji o potrzebie działań marynarki wojennej na wodach przybrzeżnych. Fregata ma dość dobrze zdefiniowaną funkcję czy rolę i stanowi powszechnie akceptowaną klasę okrętów, ale ma mało wspólnego z walką na wodach przybrzeżnych. Czym jednak ma być Miecznik dla Marynarki Wojennej RP? Na fregatę jest za mały, chociaż ambicje idą być może w tym kierunku. Na przybrzeżnego wojownika broniącego przeciwnikowi dostępu do określonego akwenu jest za duży i za drogi. Chyba jesteśmy zakleszczeni pomiędzy tymi dwoma wizjami, z których jedna to okręt osłaniający własne linie żeglugowe a druga to ofensywna broń zdolna do zadania istotnych strat przeciwnikowi zarówno na lądzie jak i na wodzie. Zupełnie z boku jest trzecia wizja, obrony powietrznej zespołów okrętów czy konwojów a nawet obrony powietrznej kraju.

Korweta wydaje się być odpowiednim słowem dla jednostki 2.000 tonowej, chociaż w tradycji Royal Navy jest to raczej zdefiniowana rola przybrzeżnego okrętu ASW i być może jest to właściwe dla nas podejście. W styczniowym numerze USNI Proceedings, Adm. Holland w artykule Designing the Future Warships oferuje swoją wizję, jak do zadania definiowania okrętu podejść, unikając pułapek LCS:

Odpowiedzią nie jest próba szczegółowego opisania zadań jakie okręt będzie wykonywał, lecz sformułowanie w ogólnych kategoriach wymogów jakie okręt ma spełniać. Tak więc w pierwszym rzędzie trzeba przewidzieć okręt, który może spełniać zwyczajowe zadania zachowując jednocześnie elastyczność i podatność na modyfikacje, gdy pojawią się nowe zadania, sytuacje i systemy uzbrojenia. Aby wykonać tego typu zadanie, analitycy i komputery są mniej ważni od marynarzy, konstruktorów okrętów i poczucia morskiej oraz organizacyjnej historii.

Inną, cenną uwagą admirała jest stwierdzenie konieczności znalezienia odpowiedniego promotora czy mecenasa projektu. Osoby, która jest w stanie sterować złożoną interakcją pomiędzy doświadczeniem operacyjnym, technologią, bazą przemysłową, tradycją czy oczekiwaniami zarówno polityków jak i marynarzy. Zadanie niełatwe, ale mam wrażenie, że projekty jak F-16, Rosomak czy Spike miały tego typu instytucjonalne wsparcie. Nic mi niestety nie wiadomo na temat takiego wsparcia dla morskich przedsięwzięć MON-u.

Wyciskając Miecznika jak cytrynę, musimy więc skupić się jak najlepiej potrafimy na ogólnej definicji możliwości okrętu, tak aby dała wskazówki co do konkretnych rozwiązań technicznych. Przede wszystkim okręt wielkości korwety czy nawet fregaty jest jednozadaniowy, to znaczy może posiadać zdolności na wysokim poziomie w jednej dziedzinie (np. ASW) redukując zdolności w pozostałych do pewnego minimum. Jeżeli nasz wybór podążając śladem Royal Navy to ASW, wówczas obrona przeciwlotnicza zostanie sprowadzona do samoobrony a zdolności ofensywne powinny pozwolić na zwalczanie podobnej klasy okrętu na zasadzie symetrii. Taki model jest spójny z rolą floty polegającej na ochronie żeglugi, ale wymaga posiadania panowania na morzu, co w sytuacji pełnego konfliktu mogą zapewnić tylko sojusznicy. Jest on również niesprzeczny z doktryną BBN-u określającą poziom zagrożenia najbardziej prawdopodobnego jako „działań podprogowych”.

Alternatywnym kierunkiem może być inwestowanie w zdolności ofensywne. To podejście jest spójne z doktryną odmowy dostępu BBN, ale wówczas trudno uniknąć dyskusji na temat skutków wymiany salw rakietowych pomiędzy przeciwnikami. Taki scenariusz promuje jednostki o zdecydowanej przewadze możliwości ataku nad obroną, co stwarza sytuację groźną i niestabilną, kto pierwszy, ten lepszy. Ukrytym założeniem jest spora liczebność okrętów działających w rozproszeniu. Trzy korwety to z pewnością za mało. Swego rodzaju Mercedesem w tej klasie jest Visby. Ten kierunek nie wydaje się mieć większych szans z dwóch powodów:

  • Zainwestowano w zdolności obrony wybrzeża i odmowy dostępu w postaci Morskiej Jednostki Rakietowej i program modernizacji nie widzi w przyszłości roli dla jednostek klasy Orkan.
  • Marynarka bierze aktywny udział w ćwiczeniach międzynarodowych, sojuszniczych a przede wszystkim NATO, gdzie podstawową rolę odgrywają scenariusze z typowymi elementami walki na morzu, wynikającymi z doświadczeń flot sojuszników.
Niewykorzystany potencjał przybrzeżnego wojownika. Foto www.austal.com

Niewykorzystany potencjał przybrzeżnego wojownika. Foto www.austal.com

Nawet, jeśli priorytet przypiszemy zwalczaniu zagrożeń spod wody, to określenie tego, co należałoby uznać za minimum samoobrony przeciwlotniczej i zwalczania symetrycznych zagrożeń nawodnych zabierze sporo z ograniczonych limitów wagi, przestrzeni czy mocy dostępnej na korwecie. Proste symulacje scenariuszy z użyciem równania salwy pokazują, że zapas amunicji zabieranej przez okręt będzie krytyczny. System klasy RAM jest teoretycznie w stanie obronić okręt przed salwą 2-3 rakiet. Korweta uzbrojona w dwa takie systemy (jak K-130) teoretycznie może się bronić przed 4-6 pociskami nadlatującymi jednocześnie. Dla pewności unieszkodliwienia korwety należałoby w konsekwencji odpalić salwę 8 rakiet, biorąc pod uwagę brak 100% gwarancji właściwego działania sprzętu, wykrycia, identyfikacji celu i naprowadzania i konieczność trafienia co najmniej jedną rakietą. To oznacza, że postulat zdolności zwalczania innej korwety na zasadzie symetrii wymaga przenoszenia minimum 8 rakiet. Posługując się tą samą zasadą symetrii, korweta powinna mieć zdolność do obrony przed taką salwą, co być może jest realne przy zastosowaniu również środków maskowania czy zakłócania. Tylko w tym przypadku obrona przed jedną salwą nie wystarczy, dwie, trzy salwy wydają się być niezbędnym minimum, co automatycznie definiuje zapas rakiet obrony przeciwlotniczej, przenoszony przez okręt. Dodajmy tak samo niepełne prawdopodobieństwo zestrzelenia czy awarii jak w przypadku rakiet przeciw-okrętowych i liczba amunicji rośnie do ponad 24. Problemem może się stać bardziej dostępna przestrzeń niż waga tych rakiet, zgodnie z tezą głoszoną przez Normana Friedmana, że we współczesnych okrętach parametrem krytycznym w projektowaniu jest objętość a nie ciężar.

W przypadku Polski, istotnym wyborem będzie posiadanie hangaru lub nie i co w tym hangarze ewentualnie ma być. Marynarka Wojenna prawdopodobnie będzie optowała za śmigłowcem pokładowym, a więc z hangarem i pełną obsługą wiropłata. To stoi w pewnej sprzeczności z dotychczasową praktyką śmigłowców operujących z lądu i wymogami przetargowymi na wspólną platformę dla wojsk lądowych i marynarki, bo preferencje 25 brygady kawalerii powietrznej leżą raczej po stronie cięższych maszyn. Powierzchnia hangaru będzie równie cennym zasobem jak pojemność magazynów amunicji. Ciężka maszyna w środku zabierze miejsce dla bezzałogowców potrzebnych do rozpoznania czy nawet zwalczania mniejszych, choć liczniejszych zagrożeń. Brak takiej maszyny obniży potencjał zwalczania okrętów podwodnych. Kompromisem może być lądowisko dla śmigłowca z możliwością uzupełniania paliwa i uzbrojenia a niewielki hangar dla bezzałogowców. Ogólnie, to co wybierze dla siebie armia, będzie miało wpływ na konfigurację okrętów. Tak samo jak w przypadku helikopterów, podobne konflikty wymagań taktyczno technicznych mogą zaistnieć dla dronów czy rakiet przeciwlotniczych.

Innym wymogiem, również dyskutowanym na tym blogu jest pytanie o stopień modułowości wbudowany w okręt. LCS jest być może realizacją wizji idącą zbyt daleko na obecną gotowość do asymilacji nowinek. We wspomnianym uprzednio numerze Proceeding, Gregory V. Cox w artykule Lessons Learned from the LCS, pomaga nam usystematyzować wiedzę na temat typów i celów modułowych konstrukcji, grupując je następująco:

  • Shipyard – Podatność na modernizacje. To jest typ bardzo interesujący dla niewielkiej floty zmuszonej do maksymalnego wykorzystania skromnych zasobów. MEKO czy StanFlex są dobrymi przykładami, jak można łatwo okręt modernizować.
  • Operational – definiowaną jako zdolność do zmiany konfiguracji okrętu we własnej bazie, pomiędzy kolejnymi przydzielonymi zadaniami. Pewien poziom takiej wymienności modułów jest wskazany, głównie poprzez użycie systemów skonteneryzowanych i pojazdów bezzałogowych. Możliwe jest wówczas wykonywanie zadań spoza standardowego menu okrętu jak rozpoznania radioelektronicznego czy przeciwminowego. Do tego potrzeba przestrzeni dla modułów.
  • Maintenance – utrzymanie kosztownej maszynerii i elektroniki w ruchu i pełnej sprawności. Dla jednostek działających w pobliżu własnych baz nie jest to parametr krytyczny, choć zawsze mile widziany. Przejawem takiego podejścia jest wymóg standardowej siłowni dla Czapli i Miecznika.
  • Tactical – możliwość rekonfiguracji okrętu będącego na misji. To nas interesuje mniej, przyjmując strategię Bałtyk Plus. Niemniej, uniwersalne wyrzutnie pionowego startu, jak Mk41 dają pewne szanse na elastyczność z pogranicza Tactical i Operational. Tyle, że aby zastosowanie wyrzutni pionowych miało sens, musielibyśmy zacząć od około 16-24 wyrzutni, co może napotkać na bariery zarówno techniczne jak i finansowe.

Nazwa Okręt Obrony Wybrzeża ma tę zaletę, że określa rolę okrętu, tak jak niegdyś torpedowiec, niszczyciel czy lotniskowiec. I byłoby wszystko dobrze gdybyśmy budowali Visby lub coś podobnego (niech będzie ze stali amagnetycznej), tyle że nie budujemy nic podobnego. Ale nazwa niesie ze sobą wiele konotacji co do sposobu użycia, czy przeznaczenia. Korweta nie jest wyjątkiem, a nazwa i tradycja stojąca za tą nazwą niech będzie jakąś wskazówką w decyzjach co do tego, w co zainwestujemy.

Nov 302014
 

Raport CSBA Commanding the Seas: A Plan to Reinvigorate U.S. Navy Surface Warfare w Stanach Zjednoczonych komentowany, a w Polsce raczej niezauważony, jest głosem w dyskusji na temat przyszłości amerykańskich sił nawodnych. Z punktu widzenia czytelnika w Stanach Zjednoczonych zawiera kilka interesujących tez jak i kontrowersji, ale nas interesuje pytanie, czy z raportu wynika jakaś nauka dla małej floty na Bałtyku. Wątkiem wiodącym jest koncepcja:

Ofensywna kontrola morza jest kluczową koncepcją, wokół której skupiają się rekomendacje wynikające z analizy. Ta idea powinna zmienić zapatrywania na konfigurację, uzbrojenie i użycie dużych i małych okrętów wojennych dla celów podtrzymania zdolności sił nawodnych do zdobycia i utrzymania panowania nad obszarami oceanów poprzez zniszczenie zagrożeń, takich jak okręty nawodne, podwodne i samoloty zamiast bronić się przed rakietami i torpedami.

Mamy więc do czynienia z próbą ożywienia starej doktryny Outer Air Battle z czasów zimnej wojny. Wówczas hasłem przewodnim było „zniszcz łucznika zamiast strzały”, a jego materialnym wyrazem była znana kombinacja F-14 Tomcat i pocisku Phoenix. Za współczesny odpowiednik można by uznać równie znaną i popularną parę systemu zarządzania walką Aegis wraz z najnowszą wersją pocisków rodziny Standard SM-6. Co więc powoduje, że tak rozwinięta technologia uznana zostaje za niewystarczającą lub nieadekwatną? Dwa czynniki – pojemność magazynów amunicji i jej drastycznie rosnący koszt, a właściwie rosnąca dysproporcja kosztu pomiędzy środkami napadu i obrony:

Marynarka wojenna powinna zaimplementować nowy koncept obrony przeciwlotniczej składającej się z tylko jednej warstwy obrony krótkiego zasięgu, aby zwolnić miejsce w VLS dla uzbrojenia ofensywnego; zwiększyć gęstość obrony powietrznej i polepszyć koszt wymiany pomiędzy obroną sił własnych a pociskami manewrującymi (ASCM) wroga.

Powyższe zdanie jest niczym innym, jak dążeniem do zwiększenia efektywności zasobów i jako takie nie jest niczym nowym. To, co się zmieniło to kontekst, w którym przyjdzie działać US Navy. Rosnąca potęga morska Chin wraz z coraz bardziej asertywną Rosją (co już zostało dostrzeżone) kończy powoli epokę niekwestionowanej przewagi Stanów Zjednoczonych na morzu. Do tej pory lotniskowce mogły bez większych obaw swobodnie operować na dowolnie wybranych akwenach mórz, tak aby zoptymalizować swój potencjał uderzeniowy na cele lądowe. Dlatego pomimo protestów, flota zaakceptowała wymianę generacyjną lotnictwa morskiego z Intruderów na Hornety, co wiązało się ze znacznym zmniejszeniem zasięgu. W przypadku Chin i Morza Południowochińskiego oznaczałoby to dzisiaj niebezpiecznie bliski dystans i nieakceptowalne ryzyko utraty lotniskowców.
Ścierają się więc ze sobą dwie koncepcje – wycofanie głównych sił poza zasięg oddziaływania przeciwnika i stamtąd próba obezwładnienie jego zdolności do działania. Innymi słowy Air Sea Battle. Druga koncepcja, opisana w omawianym raporcie to próba wejścia w zwarcie i klasyczna walka na krótkim dystansie. Takie podejście wymaga jednak zmiany w myśleniu o małych jednostkach jak LCS:

Marynarka powinna wdrożyć nową ideę zwiększenia liczby okrętów nawodnych zdolnych do uczestniczenia w ofensywnej kontroli morza.
(…)
Zdolność okrętów pomocniczych typu JHSV, do przeprowadzenia niektórych zadań przypisanych do LCS, jak wojna minowa czy operacje związane z bezpieczeństwem żeglugi sugerują, że należy oddzielić moduły zadaniowe od samych okrętów LCS, uczynić je niezależnymi i uniwersalnymi modułami do przenoszenia przez szeroką gamę okrętów floty.

Nie jest to żadne prawo udowodnione, lecz tylko intuicyjne podejście, niemniej im krótszy dystans walki, tym większa gęstość ognia i w konsekwencji większe straty. Liczbę okrętów teoretycznie można zwiększyć budując ich więcej lecz tańszych i prostszych, ale co zrobić z gęstością ognia? Poniższy cytat pochodzi z Defense News, gdzie wypowiada się podsekretarz obrony Robert Work. Zostawiam tym razem w oryginale, aby uniknąć kaleczenia języka i słownej gimnastyki:

Right now; we’re on the losing end of a cost imposing strategy, where it costs more to shoot down incoming missiles and guided missiles than it does to shoot them. So a key aspect of the offset strategy is to handle that problem, as well as to bring more offensive capabilities. So we’re looking at things such as electromagnetic rail guns, directed energy weapons. If we can crack those technologies, then the competition looks much, much different.

Railgun - niedaleka przyszłość? Na razie pozostaje nam artyleria klasyczna. Zdjęcie www.defenseindustrydaily.com

Railgun – niedaleka przyszłość? Na razie pozostaje nam artyleria klasyczna. Zdjęcie www.defenseindustrydaily.com

Najwyższy czas zastanowić się nad konsekwencjami dla nas, czyli działaniach na obszarze Bałtyk Plus w świetle rekomendacji raportu. Planiści MON bardzo słusznie sformułowali wymóg zdolności atakowania celów na lądzie dla Mieczników. Nie zajęli się jednak problemem, że korweta jest w stanie przenosić zwykle 4-8 rakiet manewrujących. To za mało, aby móc zwalczać równocześnie cele na morzu i na lądzie, co wydaje się być scenariuszem prawdopodobnym. Rozwiązaniem może być bądź artyleria w postaci klasycznej lub wiązki energii, bądź zwiększenie liczby okrętów. Ze względu na ograniczenia ładunku użytecznego, mocy i przestrzeni dostępnych na okręcie tak niewielkim jak korweta, większego sensu nabiera użycie broni z użyciem wiązki energetycznej do obrony własnej przy jednoczesnym zwiększeniu liczby jednostek. To jednak przyszłość. Dzisiaj dostępna jest tylko artyleria klasyczna z amunicją kierowaną. Wspominany już na tym blogu pomysł wykorzystania armat 127mm Oto Melary oferowałby w takim przypadku możliwości zwalczania niewielkich jednostek na morzu zachowując rakiety dla ataku celów lądowych. Raczej pomyłką wydaję się być ewentualny montaż około 12 wyrzutni rakiet klasy VL Mica, co wystarczyłoby być może na obronę przed jedną salwą wroga bez możliwości przeładowania w morzu. Lepszą alternatywą byłaby instalacja jednego modułu VLS z „czteropakiem” ESSM, ale pod warunkiem integracji z radarem AESA i wersją ESSM 2 z aktywną głowicą samonaprowadzania. Tyle, że to może podrożeć istotnie korwetę, która zbudowana w liczbie trzech automatycznie stanie się „capital ship” i jako taka będzie głównym celem ataku. Tracimy więc zaletę rozproszenia i wymogu większej liczby jednostek koniecznych, istotnego do zwiększenia ilości broni ofensywnej. Pozostaje pójść w przeciwnym kierunku, czyli RAM Blk 2 lub coś podobnego.

Wielokrotny bohater tego blogu. System samoobrony dla niewielkich okrętów bez  wysadzania w powietrze budżetu.

Wielokrotny bohater tego blogu. System samoobrony dla niewielkich okrętów bez wysadzania w powietrze budżetu.

Jest jeszcze jeden istotny aspekt nie poruszony w raporcie, ale podnoszony od dłuższego czasu przez Wayne Hughes’a – w walce na rakiety przeciwokrętowe kluczem jest informacja. W najbliższej przyszłości jej źródłem będą przede wszystkim drony. Ciekawego porównania użył Craig Hooper na swoim blogu NextNavy, stwierdzając, że wszędobylskie drony są współczesnym odpowiednikiem min. Jeśli dane o celu w połączeniu z łatwością ataku potrafią doprowadzić do porzucenia realizacji misji lub wręcz do zatopienia okrętu, to efekt jest taki sam jak kiedyś miny. Stąd nieoczekiwana konieczność zmiany priorytetów w przeciwdziałaniu:

Tak więc…odłóżmy przez chwilę na bok rozpowszechnianie super samolotów, rakiet manewrujących i innych systemów uzbrojenia z górnej półki. Nie są naszym głównym celem w średnio-okresowym terminie. To pleniąca się flota „niekonwencjonalnych” sensorów, o którą powinniśmy się martwić. Ułatwiają przeciwnikowi rozwiązanie problemu naprowadzania na cel i stawiają na drodze amerykańskiej flocie niespodziewane przeszkody.

Tłumacząc „na nasze”, po co przeciwnik ma atakować broniony NDR, jeśli wystarczy go oślepić atakując bezbronne Bryzy? I w drugą stronę, po co nam uzbrojony po zęby NDR czy Miecznik, który nie zna precyzyjnie pozycji celu lub nie umie go pozytywnie zidentyfikować?

Podsumowanie jest w zasadzie jednym wielkim pytaniem o spójność obranego kursu modernizacji Marynarki Wojennej. Jeśli zagrożenie ma być ograniczone do wojny hybrydowej lub lokalnych prowokacji to 3 korwety zdolne do działania poza Bałtykiem mają sens. Nie ma natomiast sensu próba uzbrajania ich w wyrafinowane systemy obrony przeciwlotniczej. Nie spełnią swojego zadania w warunkach wyższego niż planowane, zagrożenia. Jeśli natomiast ograniczyć się do Bałtyku z założeniem możliwości otwartego konfliktu, to za te same pieniądze należałoby zbudować nie sześć, a dziewięć lub nawet dwanaście okrętów. Paradoksalnie, tak cenione przez polityków odstraszanie miałoby większy i bardziej realny wymiar w postaci większej ilości rakiet przenoszonych przez małe „stadko” korwet. Takie okręty musiałyby również być nosicielami dronów w liczbie kilku a nie jednego czy dwóch. Tym samym czynię pętlę i wracam do ORP Huragan, pomysłu z początków tego blogu, gdzie platformą był ulepszony Sea Fighter przenoszący parę dronów w wewnętrznym hangarze, uzbrojony w dwie armaty 30mm, parę pocisków ASCM wraz z RAM odpalanymi z pionowych wyrzutni.

Sep 112013
 

BMT Defence Services, twórca koncepcji VENATOR kontynuuje swoje prace nad niedużym, wszechstronnym i ekonomicznym okrętem patrolowym. Rezultat swoich najnowszych prac firma zaprezentowała na tegorocznej konferencji RINA w dokumencie zatytułowanym HOW TO SQUARE THE CIRCLE FOR THE NEXT GENERATION OF PATROL SHIP DESIGNS. Jest to prezentacja interesującego narzędzia pozwalającego wyważyć zdolności bojowe okrętu z jego kosztem w sposób pozwalający decydentom na bardziej świadomy wybór. Biorąc pod uwagę, że Czapla jest praktyczną realizacją idei zawartych w tekście, lekturę polecam każdemu kto chce sobie wyrobić opinię co jest możliwe i rozsądne w ramach 100 metrowego okrętu o wyporności około 1.600 ton.

Autorzy twierdzą, że Admiralicja tworzy założenia taktyczno-techniczne prowadzące niezmiennie do wzrostu wielkości okrętu, jego zdolności bojowych i oczywiście kosztu. Jest to tendencja ponadczasowa i aby projekt nie rozbił się o rafę ekonomicznego nonsensu, niezbędny jest proces interakcyjny tworzenia specyfikacji, w którym projektanci okrętu wraz ze sztabowcami generują kolejne iteracje projektu, spełniającego w optymalny sposób oczekiwania przy zadanych ograniczeniach. Najczęstszym takim ograniczeniem jest koszt budowy lub wielkość okrętu. Próba przekroczenia wspomnianych barier owocuje w pierwszym przypadku debatą budżetową pomiędzy politykami a w drugim frustracją projektantów próbujących dokonać niemożliwej operacji zmieszczenia w kadłubie o określonej wielkości wszystkich systemów zawartych w specyfikacji.

Aby uniknąć pułapki artykuł prowadzi nas za rękę niejako, zadając pytania, na które warto sobie odpowiedzieć uczciwie (przynajmniej w duchu). Pierwsze z nich jest cytatem z pracy Warship Design for Economic Procurement, M. B. Hawke, Journal of Naval Engineering, June 1988:

Czy wpierw definiujemy wymagania i potem asygnujemy pieniądze wystarczające na powstały projekt? Czy też określamy dostępne środki finansowe i kupujemy projekt będący najlepszym możliwym kompromisem w ramach pułapu finansowego.

Różnica pomiędzy tymi drogami jest istotna, bo zgoda na specyfikację w przypadku projektu wieloletniego jakim jest okręt wojenny nie daje gwarancji, że finansowanie będzie stałe. Nikt bowiem nie może przewidzieć kryzysu czy korekty budżetu. Pozostawia się również otwartą furtkę dla “ulepszania” specyfikacji po zatwierdzeniu projektu.
W drugim przypadku może się zdarzyć, że w ramach określonego pułapu finansowego nie jesteśmy w stanie uzyskać projektu wystarczająco wartościowego operacyjnie. Jednak wówczas mamy szansę na to, że kluczowe decyzje zapadną PRZED zaangażowaniem znaczących środków materialnych i finansowych. Kłania się tutaj przypadek Gawrona. Narzucenie ograniczenia na koszt ma również zaletę wspólnego języka ze sztabowcami rządowymi piszącymi budżet.

Innym pytaniem jest (u nas rzadko spotykanym) czy krytycznym i wiodącym parametrem projektu jest długość okrętu czy też objętość wewnętrzna. OPV jest przykładem, gdzie wymóg zasięgu, autonomiczności i wynikającego z powyższych komfortu załogi premiuje objętość. Potrzebujemy jej dla paliwa, zapasów i odpowiednich pomieszczeń dla załogi. Im więcej systemów uzbrojenia chcemy zainstalować i okręt staje się bardziej “wojenny” bym większą rolę odgrywa problem właściwego rozmieszczenia systemów i urządzeń na długości kadłuba. Hangar dla śmigłowca będzie kolidował z przestrzenią wielofunkcyjną dla bezzałogowców, pokład lotniczy “przesuwa” nadbudówkę w kierunku dziobu a optymalna pozycja dla armaty “przsuwa” ja w kierunku rufy zostawiając niewiele miejsca dla masztów czy rakiet przeciwokrętowych. Nad wszystkim dominuje układ siłowni z kominami i czerpniami powietrza oraz mało widoczna ale istotna kompatybilność elektromagnetyczna. Dobrze to widać na L’Adroit, gdzie trudno by było dodać coś jeszcze, choćby RAM, czy VL Mica. Bardzo dobrym wprowadzeniem do tematu jest książka D.K Brown Future British Surface Fleet ilustrująca problem krytycznych wymiarów na typowej fregacie. W przypadku Czapli konflikt może się ujawnić jeśli zadamy sobie pytanie co jest bardziej istotne – zasięg i autonomiczność, czy systemy uzbrojenia. Pierwszy powód dla którego kadłub Czapli może być inny od Miecznika.

Artykuł rozważa również problem równowagi pomiędzy zdolnościami bojowymi a żywotnością okrętu. Jedno i drugie kosztuje. O ile OPV skupia się na zapewnieniu bezpieczeństwa załogi to w przypadku okrętu wojennego dochodzi zapewnienie ciągłości wykonania zadania. Kompromis zaproponowany przez BMT idzie w kierunku rozwiązań amerykańskich znanych z LCS. Proponowany okręt patrolowy ma zapewnić bezpieczeństwo załogi i ciągłość wykonania zadania w środowisku niskiego zagrożenia a przy wyższym zagrożeniu skupić się na ochronie ludzi. To kolejny powód dla którego Czapla może się różnić od Miecznika.

Czy Ślązak będzie platformą testową dla Czapli?

Czy Ślązak będzie platformą testową dla Czapli?

Na końcu (co dla amatorów może się wydawać dziwne) pozostaje rozważanie możliwości bojowych jednostki. Wachlarz rozwiązań jest olbrzymi dzięki zastosowanej 3-stopniowej klasyfikacji wymienności systemów uzbrojenia. Mogą one być standardowe, w formie modułu lub tworzyć osobną podklasę okrętów (tzw. Batch) w przypadku instalacji systemów, których wymiana wymaga większej modernizacji. W tym miejscu widać gołym okiem konieczność ekonomicznej weryfikacji każdej możliwości, bowiem wraz z możliwościami zmienia się koszt okrętu ale także jego użyteczność widziana oczyma polityków. Stosunek ceny do tak sformułowanej użyteczności będzie miał duże znaczenie dla decyzji o kontynuacji bądź zakończeniu projektu. Ponieważ w ostatnim numerze NTW pojawił się interesujący artykuł Maksymiliana Dury na temat doświadczeń eksploatacyjnych L’Adroit, warto zerknąć na ile wpisują się one w prezentowany model. Poniżej własna próba interpretacji jednej z tabel zawartych w artykule i porównująca L’Adroit, Czaplę z Patrol Frigate BMT w dwóch konfiguracjach.

 

Porównywane okręty są różnej wielkości od 1.000 do 3.200 ton

Porównywane okręty są różnej wielkości od 1.000 do 3.200 ton

 

Z lektury tego ciekawego artykułu płynie kilka wniosków. Po pierwsze doświadczenia operacyjne są bezcennym źródłem informacji ale tylko wówczas, gdy weryfikują konkretną koncepcję. Czapla jest techniczną implementacją ekonomicznego okrętu patrolowego ale ma odmienne przeznaczenie i przewidywane środowisko działania niż L’Adroit. Po drugie, zarówno Venator jak i Czapla są hybrydami w tym sensie, że są umiejscowione technicznie i koncepcyjnie gdzieś pomiędzy typowym OPV a korwetą (czy niewielką fregatą). Niestabilność koncepcyjna hybryd powoduje szeroką gamę możliwości i związanych z nimi kosztów ale również zróżnicowaną postrzeganą użyteczność. Potrzebne jest, zwłaszcza dla decydentów, narzędzie porządkujące możliwe opcje i prezentujące ich konsekwencje w relatywnie prosty sposób. Inaczej wpadniemy w pułapkę spirali możliwości bojowych i kosztów. Po trzecie, artykuł opisuje okręt o wyporności około 3.200 ton a więc bardziej zbliżony do OHP niż Miecznika czy Czapli nie wspominając o L’Adroit. Co może oznaczać, że Czapla będzie większa niż 1.600 ton na co zresztą pozwala wstępna specyfikacja używająca formuły “nie mniej niż”. I na koniec niezwykle ciekawie przedstawiać się może porównanie operacyjnej wartości okrętów z ich kosztem. Sądząc po załączonym krótkim porównaniu specyfikacji, klasyczny OPV jak L’Adroit nie będzie miał powodzenia w Polsce, która szuka zdolności “przeciwzaskoczeniowych”. To zaś implikuje poziom zagrożenia wyższy niż zakładany dla OPV. Najciekawsze pytanie to jak wypadnie jednostkowa cena Czapli w porównaniu z Miecznikiem. Czapla nie będzie pewnie polskimi kłami ale zapowiada się na prawdziwego konia roboczego.

Aug 102013
 

Wizyta okrętów Morskich Sił Samoobrony Japonii w Gdyni jest okazją do zainteresowania się tym co łączy Polskę i Japonię oprócz zamiłowania do muzyki Chopina. Warto też zdać sobie sprawę z tego, że problemy w Azji i basenie Pacyfiku nie są aż tak odległe i abstrakcyjne dla nas, jakby się wydawało na pierwszy rzut oka. Problematyka obronna i szerzej, bezpieczeństwa Państwa przeplata się z dyplomacją, interesami gospodarczymi i strategią na najwyższym poziomie. Łącznikiem jest Rosja, która dzięki swojej rozległości łączy obszar Euroatlantycki z Pacyfikiem.

W trakcie swojej wizyty w Gdyni minister Siemoniak wymienił co najmniej dwa obszary wspólnych zainteresowań, do których dodałbym następne dwa:

  • Mamy wspólnego wielkiego sąsiada i tego samego potężnego sojusznika.

Stany Zjednoczone obszar Pacyfiku widzą głównie poprzez pryzmat rywalizacji z Chinami. Mamy więc trójkąt zawierający USA, Chiny i kluczowego w regionie sojusznika – Japonię. Wystarczy jednak zmienić punkt widzenia i trójkąt widziany oczyma Japończyków zamieni się na Chiny, Rosję i Stany Zjednoczone ze szczególnym przypadkiem Korei Północnej. Wśród wymienionych krajów tylko Japonia uważa obecność Amerykanów za mile widzianą. Stosując powiedzenie, że “przyjaciele naszych przyjaciół są naszymi przyjaciółmi”, silna Polska na zachodniej granicy Rosji może znajdować się w orbicie zainteresowania Japonii, co przeplata się z interesami gospodarczymi. Europa Wschodnia wciąż jest atrakcyjną niszą, z którą Japonia ma relatywnie niskie obroty handlowe i niewielki poziom inwestycji. Z państw obszaru Bałtyku, zespół okrętów ma w planie odwiedzić oprócz Polski, Rosję i Finlandię. Wybór, jeśli nie jest przypadkowy to jest bardzo interesujący.

  • Obrona przeciwrakietowa.

Minister Siemoniak zauważył, że doświadczenia wynikające z sąsiedztwa z Koreą Północną są interesujące dla Polski mającej ambicje zbudowania własnego systemu obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej. Rozmieszczenie rakiet Iskander w obwodzie Kaliningradzkim zwiększa zapotrzebowanie na wiedzę o praktycznym użytkowaniu takiego systemu zwłaszcza, ze istnieje duże prawdopodobieństwo stosowania tej samej technologii. Konsultacje w tej sprawie są więc naturalną konsekwencją.

  • Dywersyfikacja źródeł energii.

Oba kraje stoją przed podobnym problemem uzależnienia się od dostaw surowców energetycznych, które mogą być zagrożone. Japonia importuje około 90% gazu i ropy z Bliskiego Wschodu i próbuje zwiększyć bezpieczeństwo i stabilność dostaw poprzez wzrost dostaw z Rosji. Handel opiera się na prostej zasadzie ropa i gaz za technologie i inwestycje. Ta strategia ma jednak własne, wewnętrzne ryzyko wynikające z nierozwiązanego sporu o Kuryle. Fakt, że Polska uważa dostawy gazu z Rosji za zagrożenie, podczas gdy Japonia za szansę jest tylko następnym przyczynkiem do politycznych konsultacji. Cały problem ma wymiar wojennomorski ale nie ma rozwiązania militarnego. Poniższa mapa zaczerpnięta ze strony Ministerstwa Obrony Japonii, pokazuje jasno, że nawet dwukrotnie większa liczba niszczycieli i fregat nie daje marynarce Japonii gwarancji bezpieczeństwa dostaw w przypadku otwartego konfliktu z Chinami. Polska jest w podobnej sytuacji i nasza “miłość” do węgla jest uzasadniona nie tylko tradycją.

Obrona linii żeglugowych jest wyzwaniem - Ministerstwo Obrony Japonii

Obrona linii żeglugowych jest wyzwaniem – Ministerstwo Obrony Japonii

  • Strategia skupiona na samoobronie.

Powody są różne, ale oba kraje są zmuszone do kreatywnego poszukiwania strategii zakładających nierówność szans na wejściu. W Japonii ograniczenia konstytucyjne skutkują brakiem uzbrojenia ofensywnego, a według von Clausewitza, obrona jest oczekiwaniem na możliwość ataku. W Polsce zakłada się brak przewagi nad przeciwnikiem, co jest wynikiem doświadczeń historycznych ostatnich 300 lat. W obu przypadkach wyrównanie szans przychodzi z zewnątrz. Dla Japonii jest to sojusz ze Stanami Zjednoczonymi a dla Polski uczestnictwo w NATO. Taki układ rodzi pytanie o pożądany poziom samowystarczalności lub inaczej, jakie operacje marynarki obu krajów mogą przeprowadzać samodzielnie bez wsparcia sojuszników. Jest to zachęta do studiowania strategii partnera, co jest niemożliwe bez zrozumienia kontekstu geostrategicznego.

Żaden z powyższych punktów nie ma bezpośredniego wpływu na Marynarkę Wojenną RP, chociaż są możliwe konsultacje i wymiana informacji. W bardzo pośredni sposób, szersze zainteresowanie problematyką Rosji a w konsekwencji Azji i Pacyfiku może mieć wpływ na widzenie Marynarki Wojennej jako instrumentu polityki Państwa a nie tylko narzędzia do obrony granic. Myślę, że Marynarka Wojenna dobrze wykorzystała wizytę zespołu okrętów Japonii dla tworzenia swojego wizerunku. Z relacji mediów wygląda na to, że poziom wzajemnego zainteresowania zaskoczył obie strony, z czego należy się tylko cieszyć.

Zupełnie na marginesie, przeglądając stronę internetową Ministerstwa Obrony Japonii natknąłem się na poniższy slajd pokazujący zależność firm sektora zbrojeniowego od zamówień wojskowych. Średnio wynosi 4.4%. Do przemyślenia.

JapanDOD.003